Adama Polanowskiego Dworzanina Króla JMci Jana III. notatki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Adama Polanowskiego Dworzanina Króla JMci Jana III. notatki
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1888
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ADAMA
POLANOWSKIEGO
Dworzanina Króla JMci Jana III.
NOTATKI.
UŁOŻONE PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.
WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA.
1888.
Дозволено Цензурою.
Варшава 18 Февраля 1888 г.

Druk Braci Jeżyńskich (dawniéj J. Ungra), Warszawa, Nowolipki Nr. 9.




TOM I.


Vade retro, Satanas!...
Precz, kusicielu odemnie! niedosyć ci żem się długiem życiem umęczył, chcesz abym się sam na tortury brał. Spowiadając się z niego, kwoli waszej pociesze a mojej konfuzyi!!
Widziałeś mnie zawsze prawie wesołym, choć bieda to hoc, jakbym albo najszczęśliwszym był, albo sobie nieszczęścia nie miał za nic; — więc ci się zdaje że mi żywot płynął jak po maśle — i uciechą będzie czytać gdy wam o nim nakłamię. — Ale — wiesz że ty czym ja, śmiejąc się, owego lisa spartańskiego ukrytego niemiał na piersi, który mi ją gryzł i szarpał, gdym się uśmiechał?? (Lis był czy wilk? proszę sprawdzić — o to idzie że kąsał).
Myślisz że życie własne, pełne omyłek, za które się pokutowało, drugi raz przeżyć na papierze, łatwo jest albo miło??
Naostatek, sądzisz że iż ja ci jak na spowiedzi — prawdę powiem? Choćbym chciał niepotrafię.
Jest w ludzkiej naturze, iż mówiąc o sobie człowiek zawsze kłamie, nawet gdy prawdę mówi, — bo, gnoti scauton — niemożliwa rzecz!
Więc po cóż się zdało biografię pisać?. Z bajek ludzie tyle się uczą co dzieci — o stworzeniach jakichś na świecie nie ma i cudach, których nigdy nie bywało.
Wiem co mi na to odpowiesz, że nie mojej mizernej biografij żądasz, bo ta ci do niczego, ale chcesz bym ci opowiedział na com patrzał, et quorum pars parva fui.
To znowu sprawa inna. Odpowiedz mi naprzód na to pytanie czy człowiek który widział buty czyjeś może wizerunek jego malować?? Ja zaś w mojem życiu często na widzeniu historycznych butów musiałem poprzestać.
Na to już potrzeba daru osobliwego, odwagi wielkiej i bezczelności nie pośledniej, aby ludzi odgadywać z małych próbek.
Z tem wszystkiem, mój Jordanie, wystawiłeś mnie na pokusę, bo mi się teraz coś o czasach moich pisać zachciewa i mówię sobie, prezumpcją byłoby chcieć być lepszym od drugich... — i kiedy drudzy głupstwa po sobie ad aeternam memoriam zostawili, dla czego ja mam od nich być lepszy?
Przy czem miłości własnej, zawsze trochę świerzbiącej, dogodziło by się.
Za tem, nie będzie to ani biografia, ani historia, ani żadna taka rzecz coby się na kopyt zwykły wbić dała, ale coś swobodnego, — nie roszczącego sobie prawa ani do tytułu ani do znaczenia.. Lóźne karty...
Nie żądaj odemnie abym pięknie pisał i przedmiot mój umiejętnie ci rozpłatał jak kucharz rybę. — Pióro puszczę tak jak to się język puszczało przy kominie i ciepłem piwku — a co pamięć przyniesie to się na kartach zapisze.
Niech ci Pan Bóg przebaczy, żeś mnie do tego namówił. Vale et me ama.

Adam Polanowski.
1698 r.








Z młodszych moich lat — nie ma co pisać, bo ludzie są jako trawa gdy się z ziemi wytyka, wszyscy jednakowi, trudno poznać czy to z tego będzie łopuch czy sałata. Pamiętam tylko że mi dla zbytniej swawoli matka i ojciec prorokowali iż się szubienicy dorobię, lecz, dzięki Bogu nie sprawdziło się, choć prawda, żem dokazywał srodze i kipiało we mnie, a spokojnie na miejscu wysiedzieć nie było sposobu.
Rodzeństwa nas było troje, starszy brat Michał, powolny i nad wiek stateczny, młodsza siostra Julusia, a ja w pośrodku.
Matka nasza najukochańsza, świeć panie jej duszy, nie bardzo była dla mnie surowa, i mawiała (choć nie w mojej obecności) że młodość ma prawa swoje, i najlepsze piwo gdy zrazu szumi — więc przez palce patrzyła na wybryki i folgowała gdy ojciec dyscypliną i rózgami groził. Swawola też owa ograniczała się na znęcaniu nad ptactwem, do którego z łuku się strzelało, na rybołóztwie, na dojeżdżaniu koni, od których nie jednegom guza dostał i sińców napytał.
Do obiecadła, nad którem Michał rad siadywał, ani mnie było napędzić ale przecież gdy na srom przywiązano mnie sznurkiem do ławki i kazano się uczyć — nie przychodziło mi to z trudnością.
Bakałarza mieliśmy osobliwego, niejakiego Kleta Cygańskiego, który nomen omen, choć szlachcic, jako cygan się włóczył ode dworu do dworu, to bakałując, to za oficjalistę służąc, to przy kościołach rezydując, a nigdzie nie zagrzewając miejsca. Człek był i na oko nie powszedni, drab jakby z samych kości zbudowany, skóra lśniąca na nim jakby wyprawna, włosa tyle tylko że korona do koła łysiny, wargi odwalone ogromne, a oczy gdyby ślipia kocie świecące, nosił się nędznie, nie zawsze czysto około niego bywało, ale głowę i gębę miał że i statyście by ich starczyło.
Powiadano o nim iż tak ciekaw był, że żadnej książki z rąk nie puścił aby jej nie przeczytał. Oracją napisać komu, jakąkolwiek bądź, jak orzech zgryść było dla niego, i płacono mu za to a pojono go i karmiono... Grosza by był mógł łatwo sobie przyzbierać, ale potajemnie pił pono, a pod humor pieniądze rzucał ubogim i lada komu, jak plewę.
Ja u Cygańskiego miałem łaskę, choć Michał był pilniejszy i stateczniejszy. Czasem mnie za uszy wytargał, czuprynę mi wymiętosił, ale nigdy się nie pogniewał bardzo, a często i zataił przed rodzicami, gdym co zbroił.
Michałowi starszemu przepowiadał, co się sprawdziło, że do zakonu wstąpi, gdyż w istocie potem, O. Jan brat matki naszej do nowicjatu go w Lublinie wziął, już z niego nie wyszedł, choć ojcu się to bardzo nie podobało.
Z rąk Cygańskiego oddano mnie do infirmy w Łucku, a później razem z Michałem do Lublina, z powodu że tam ojciec Jan, wuj nasz rezydował i w zakonie miał znaczenie a nami się opiekował.
Tu Michał mój poczciwy, natura spokojna i łagodna, jak przylgnął do Ojca Jana, jak sobie upodobał życie klasztorne, tak już pozostał Bogu służąc, mnie zaś mamonie na łup dano. Uczyłem się niezgorzej, chociaż o pierwszą ławę i laury nie ubiegałem, a swawola szła swoim porządkiem i w tej celującym byłem zawsze. Rózeg nie brałem — bo bym był ich nie zniósł, ale w karceresie na rekollekcjach mało którego tygodnia nie siadywałem. Miano wzgląd na krew oną burzliwą, której mi pohamować było trudno.
Gdy wreszcie Michał sobie stan obrał duchowny i odwieźć go od tego postanowienia nie było podobna, na mnie przypadło w przyszłości się do gospodarki, a razem i do stanu rycerskiego sposobić, bo co szlachcic musiał żołnierzem być.
Jam sobie tem wcale nie przykrzył.
Śmiało mi się życie obozowe, o którem się nasłuchałem siła, — wyprawy wojenne, potem sejmikowanie a gospodarzenie około roli.
Wszystko to we krwi już było... Od młodu się człowiek nasłuchał, napatrzył, obyczaje te poznał i w nich kochał.
Nim do szkół mnie oddano, tom ci się już w szable umiał ściąć niezgorzej, na konium jeździł jako centaur, a z łuku i strzelby celnie strzelałem i nikomum się wyprzedzić nie dał. — Łuk naówczas do parady więcej służył niż do boju, ale się nim zabawiano chętnie, równie jak oszczepem. Pozostałości te były prastarych czasów, które konserwowano.
Pamiętam że na tak zwane łuby, w których strzały pierzaste noszono, wysadzano się chętnie, równie jak na ozdobne tarcze, choć oboje tylko na okaz służyły. Nie jeden taki łub, w którym ani śladu łubu nie było, perłami szyty, złotem dzierzgany, kamieniami sadzony, kilka set złotych wartał, tak samo tarcze, które albo giermek niósł, albo na sobie wieszano, lekkie, — łacne do przebicia, dla plendoru tylko chowano, a były malowane, złocone i roboty osobliwej...
Szlachcic około domu w kitlu płóciennym, w kozłowych butach i lada jako chodził, ale każdy najuboższy, po dziadach i pradziadach, miał się w co odziać paradnie, gdy wystąpić było potrzeba... Przechowywały się pasy, lamy, futra, delje z pokolenia w pokolenie. Dopiero za moich czasów, gdy różne mody cudzoziemskie nastały, poczęto się też drogich pozbywać pamiątek i przebierać szpetnie. Przy czem nieraz od tych co obyczajowi staremu wierni pozostali dostało się dobrze tym zniemczonym i sfrancuziałym po tebinkach.
Pod koniec mojej szkolnej nauki wąs mi się już wysypywał, a okrutnąm niecierpliwość czuł aby się z pod feruły wydobyć i w świat pójść. Ale człowiek sam sobą nie dysponował, ojca, matki słuchać było potrzeba. Wyrwał się który niecierpliwszy, bez zezwolenia ich z domu, nie było już po co powracać. Rygor był wielki, ani rzadkością to że młodzieniec pod wąsem, na kobiercu ręką ojcowską baty oberwał, za które karzącą dłoń pocałować musiał.
Pod koniec mojej nauki szkolnej, rodzicowi naszemu najlepszemu, nagle się zmarło, po Sejmiku w Łucku, czasu którego się namęczył, i zirytował, tak że do domu powróciwszy obległ zaraz i już nie wstał.
Dano nam znać do Lublina gdy już nadziei utrzymania przy życiu nie było i spieszyliśmy z Michałem dniem i nocą po błogosławieństwo ojcowskie, aleśmy ojca już na katafalku zastali.
Pogrzeb z sumptem nie małym odprawiliśmy w Łucku u Dominikanów, gdzie w Refektarzu chleb żałobny potem zastawiono, przy którym ja gospodarzyłem, bo Michał choć starszy, już kleryk nie chciał się tego podjąć.
Kilka tylko dni w domu przy matce zabawiwszy, musieliśmy do Lublina powracać, Michał do nowicjatu, a ja do szkoły, której porzucić matka nie pozwalała.
Z męztwem wielkiem, choć z sercem bolejącem, wzięła się sama do interesów i do gospodarstwa, nie zapominając o wychowaniu Julusi, którem się sama zajmowała, a na wszystko jej starczyło czasu.
Ale też niewiast takich jak ona, starego autoramentu, już wówczas nie wiele było u nas.
W życiu jej marnej chwili nie było, wstawała z kurami, — z nią się też wszystko we dworze do pracy budziło. Obchodziła wszystkie kąty — nie wyręczając się nikim. Rzadko z rana czas przysiąść miała, bo coś zawsze było do czynienia, co ją na nogach trzymało.
Przy pracy i przy modlitwie wspólnej ona przewodniczyła. Nie rzadko jeszcze gość nadjechał, proboszcz, kwestarz — trzeba go było przyjmować, regestra przepisywać, motki i talki policzyć, wymiaru zboża jeśli nie dopilnować, to na niego najrzeć — i tak cały Boży dzień schodził.
Przy czem i to dodać potrzeba, iż prawne interesa, na których nie zbywało, bo mało która majętność albo spornej granicy, lub jakiego zastarzałego processu nie miała — pani matka nadzorowała sama, i prawo jej nie było obce... tak że lada jurysta nie podszedłby był, i nie oszukał.
A wszystko to szło, pamiętam, tak spokojnie, cicho, jak w zegarku, że ani słychać było ani widać wysiłku. Przybył obcy człek, witała go obliczem wypogodzonem, dla wszystkich uprzejma, łagodna, chociaż w potrzebie surowa, i gdy co postanowiła nie przełamana.
Na wakacje przybyłem już sam gdyż Michał jak każdy zakonnik rodziny się wyrzekać musiał, tak jak wyrzekał świata. Ze łzami na oczach powitała mnie, gdym jej w ganku do kolan przypadł, sam też płacząc, bo ojciec się przypominał, którego nam brakło.
W pierwszych dniach mowy niebyło o tem, co pani matka względem mnie postanowi. Korciło mnie wielce się o tem dowiedzieć, alem nie śmiał pytać.
Nie nagliłem też, bo mi doma, po szkole było jak w raju. Wszystkom tu miał, za czem w mieście tęskniłem. Konie, psy, las, rzekę, szerokie pola, a sąsiadów tak miłych, którym się przypominało. Byli między niemi i rówieśnicy, i szkolni z Łucka z jednej ławy towarzysze.
Pani matka swobody mej wiele nie hamowała, zapowiedziawszy to, żem mógł sobie spocząć i zabawić się, nimbym się zaprzągł do nowego życia, ale jakie ono miało być, nie mówiła.
Po nieboszczyku ojcu wierzchowych koni, psów łowczych różnych, zostało dosyć, ludzi też w pomoc do tej zabawy nie brakło. Zapraszali sąsiedzi, między innemi, pomnę, Steccy i Tomaszewscy, z którymi i ojciec żył w przyjaźni.
Czasy były nie wesołe, bo po owem nieszczęsnem panowaniu Jana Kazimierza nastąpiło było jeszcze smutniejsze króla Michała, które zawichrzyły całą rzeczpospolitą podzieliwszy ją na obozy...
Stali jedni, szczupła gromada przy królu przez szlachtę sobie obranym, drudzy przeciwko niemu, a turecka potencja z kozakami na granicach plądrowała i pustoszyła, zanosiło się po okropnych klęskach i Buczackich traktatach na gorsze jeszcze.
Lecz prawdę powiedziawszy, tam gdzie wojna, ogniem i mieczem nie dochodziła, ledwie ją czuć było i wierzyć w nią chciano. Paliło się nieraz obok, łupiło kozactwo i plądrowali tatarzy, a byle nie dotarli gdzie szlachcic się nie poruszał i na wojska zaciągane zdawano obronę, pospolitemu ruszeniu opierając się do ostatka.
Wichrzyciel wielki i ówczesny Prymas jednooki Prażmowski i jego zausznicy wbrew królowi, wojnę negowali, nieprzyjaciela ignorowali, ani ludzi ani pieniędzy nie miłemu panu dawać nie chcieli.
Jeszcze na chwiejącym się tronie siedział ów elekt szlachecki, gdy już jedni księcia Lotaryngskiego, drudzy jakieś francuzkie książątko, inni Neuburgskiego na gwałt forytowali.
Szlachta, choć niby mocy swej dała dowód na elekcij wbrew panom i na przekorę im wyniósłszy ubogiego Michała, za którego się pod Gołębiem gorąco ujęła, złamaną została w prędce, a Senatorowie i panowie tak rej wiedli znowu jak przed tem.
Mnie naówczas mało te rzeczy obchodziły, wszelako mimowoli się o uszy obijało, co się gdzie działo.
Widocznem było iż, choć rakuzcy przyjaciele i Cesarscy mieli mir i pewną siłę, francuzka partja górę brała...
Od abdykacji Jana Kazimierza, którego francuski król namówił do złożenia korony, albo raczej od śmierci Władysława IV, — sprawą królowej Marji Ludwiki pani wielkiego rozumu i energii zgoła nie kobiecej; francuzi i francuzkie stronnictwo coraz się potężniejszem stawało. Chciał król francuzki w Polsce przeciwko Cesarzowi mieć ścianę mocną, a nad utwierdzeniem jej pracowała skutecznie Marja Ludwika.
Nie lubiano rakuszan i obawiano się ich, posądzając, że na Polskę i jej wolność czyhali, ale też francuzi miłości sobie wielkiej nie pozyskali, krom u tych, co się na ich obyczaj ponawracali, język ich sobie przyswoili, suknie przyodzieli.
Pomnę to sam, że na prowincjach u nas, gdy się który z panów, z peruką na głowie, we wstążki i koronki przystrojony pokazał — zbiegano się nań patrzeć, jak na raroga, a śmiechu było pełno.
Z za płota nie jeden do takiego francuza strzelił, taką obrzydliwość miano ku nim.
Mogło się było zdawać, że po śmierci królowej, która abdykację poprzedziła, wpływ ten jej i francuzów ustanie lecz okazało się inaczej.
Przywiozła z sobą była z Francji Marja Ludwika siła młodych i pięknych dobrego rodu, francuzek, które za Paców, za Zamojskich powychodziły.
Pomiędzy temi celowała najpiękniejsza, królowej najulubieńsza, którą niemal dzieckiem jeszcze przywiozła Marja Ludwika, tak że złe języki bąkały nawet jakoby ukochana ta wychowanka bliższą jej była niż się wydawała... Zwała się Marja de la Grange d’Arquien, pono dobrego ale zubożałego rodu, i w istocie wychowanką była tylko bezdzietnej naówczas pani.
Oprócz niej, panna de Mailly, później Kanclerza Paca żona i innych wiele ze dworu królowej za znacznych panów powychodziły.
Wszystkie one przejęły po nieboszczce sprawę francuzką i mężów na nią ponawracały, tem łacniej, że pieniądze z Francyi płynęły, a większe jeszcze od nich obietnice.
Mówiłem już o pewnej Marji de la Grange. Dzieckiem była ona nadzwyczajnej piękności i dorastając jeszcze większym zajaśniała blaskiem. Ludzie dla niej głowy tracili, szczególniej młody Sobieski, dzielny wojak, ale jako człowiek krewki i gorącego temperamentu, w niewolę się jej zapisał.
Ale wówczas jeszcze płotka to była dla niej, co szczupaka o złotej łusce mieć chciała. Czuwała też nad tem królowa, aby tę perłę dobrze sprzedać.
Więc choć się pannie piękny i miły, a serdeczny Sobieski podobał ale — miłości czekać kazano, a tymczasem chciwość i ambicja wyswatały ją za starego Zamojskiego.
Z tym jakie było pożycie łatwo zgadnąć.
Na tej nadpodziw pięknej kobiecie sprawdziło się to iż nie wszystko złoto co się świeci, a dziwnie czasem piękność niewieścia w parze idzie z okrucieństwem i nie litościwą rachubą.
Pieszczona, ubóstwiana od dziecka, samolubna ambitna, w szkole Marji Ludwiki zestarzałej i ostygłej wychowana, owa cudnej piękności pani, wyrosła na niewiastę, jakiej u nas w Polsce dzięki Bogu, drugiej by nie znalazł.
Po śmierci starego Zamojskiego oddała wprawdzie rękę Sobieskiemu, zdawna kochankowi i niewolnikowi swemu, lecz naówczas już kiedy jego męztwo, rozum, dzielność wielką mu przyszłość obiecywały, której też fundamenta położyło Marszałkowstwo naprzód koronne, potem Hetmańska buława.
Więcej już, zdaje się, wdowa po Zamojskim, ulubienica królowej, ani pragnąć, ani się spodziewać nie mogła.
Rozszerzyłem się tu o niej nie bez przyczyny, bo ona i na losy kraju i na moją dolę wpływ miała, choć za panowania Michała wszystkiego co potem nastąpiło przewidywać nie było można, ale mi do niej jeszcze wielekroć powrócić przyjdzie.
Rodzina ta nasza Polanowskich zdawien dawna szlachecka i rycerska, po całej niemal Koronie, na Rusi i na Litwie nawet była porozrzucana.
Naszej gałęzi na Wołyniu ojciec jeden był ostatnią odroślą i, krom rodziny matki, nie mieliśmy nikogo bliższego, któryby głowę domu zastąpił i matce radą w pomoc przyszedł.
Za żywota nieboszczyka ojca z temi innemi się Polanowskiemi rozproszonemi, utrzymywaliśmy stosunki, a szczególniej z Aleksandrem Chorążym Sanockim Pułkownikiem w wojsku kwarcianem, słynącym z męstwa i ulubieńca rycerstwa całego. Matka więc i teraz, gdy o mnie stanowić przychodziło i szukać gdzie bym się ja, dla dalszego wyrobienia między ludźmi pomieścił, — pomyślała o tem aby się zwrócić do Chorążego.
Tylko że nie wiedzieli gdzie go było szukać bo w domu na wsi rzadko siadywał, przy wojsku statecznie będąc, a że się teraz na wojnę zbierało, od regimentu swego ani się mógł ruszyć.
Naprzód tedy list napisała do niego, a z nim któż miał jechać jeżeli nie Leśko!! Widzi mi się że takiego drugiego Leśka dziś by ze świecą szukając nie znalazł, i dla tego o nim coś powiedzieć muszę.
Kto był ów Leśko! — prosty chłop siedzący w chacie na wsi... Młodość prawda pędził na dworskiej służbie, ale potem, ożeniwszy się ze służącą matki naszej poszedł na grunt i gospodarzył.
Bez Leśka ani ojciec ani matka stąpić nie mogli, i muszę mu to przyznać że, gdyby go do Chin posłano, zdaje się, i do nich by drogę znalazł, a sprawił się.
Małego wzrostu, dużej twarzy, z długim włosem jasnym na głowie, oczów niebieskich, spokojny, cichy, milczący jakby trzech zliczyć nie umiał — Leśko miał rozum i zręczność w postępowaniu niesłychaną.
Chodził zawsze powoli, a robił wszystko prędko — nie obiecywał nigdy nic, a z każdą rzeczą radę sobie dał, nikt go nie oszukał. Leśkowi ojciec często tysiącami powierzał pieniędzy, nigdy tego zaufania nie pożałowawszy.
Matka też Leśka szacowała jako klejnot i rzadki był dzień, aby do dworu go nie potrzebowano.
I teraz też, ponieważ o pułkowniku Chorążym Polanowskim nic nie wiedziano kędy się obracał, Leśko tylko jeden mógł go wyszukać.
Przywołano go gdy już list był gotów, kieliszek wódki wypił, głowę ciągle ręką przyczesując, wziął pieniędzy na drogę, pokłonił się i tegoż dnia wyjechał.
Niebyło go blizko trzy tygodnie z powrotem, bo — jak się okazało, stał pan Chorąży z pułkiem swym około Lwowa, ale znalazł go Leśko, pismo wręczył i respons przywiózł — konia nawet nie schudziwszy. Po drodze zaś na jarmarkach nakupił chust i różnego towaru, który potem z zarobkiem sprzedał.
Pułkownik matce odpowiedział iż chętnie by się losem moim zajął, ale jako sam żołnierz do wojska mnie wpisać życzył, a o dworskiej służbie pod te czasy wyrażał się iż o nią trudno było...
Mnie rycerska sprawa dosyć się uśmiechała, nie byłem od tego, ale matka, mając już teraz mnie jednego, bo pierworodnego Bogu ofiarowała — wolałaby była spokojniejsze pomieszczenie, gdzie by codzień życia stawić nie było potrzeba. Zawahała się więc mocno.
Wiedzieliśmy o tem iż u Hetmana Sobieskiego Polanowski był w zachowaniu wielkiem, z tego urosło, iż matka powtóre list do Pułkownika wysłała wyłuszczając mu dla czego życzyła sobie mnie dać na dwór czyjś insynując czyby Hetman dworzanina nie potrzebował.
Niewątpliwem było iż ich chować musiał wielu, bośmy o tem słyszeli że i Polaków i Francuzów i Włocha miał do listów a kancellarję liczną.
Na to pismo powtórne, które już poszło przez ręce duchownych OO. Dominikanów z Łucka do Lwowa, dosyć długo czekaliśmy odpowiedzi.
Nadeszła wreszcie tąż samą drogą — pisał Polanowski iż z Hetmanem o mnie mówił, bliższym mnie uczyniwszy siebie pokrewieństwem niż w istocie byłem, i że — choć Sobieski utyskiwał że miał próżniaków nad miarę przy sobie przecież, na opinje i prośby, przyrzekł mnie przywiązać do swej osoby...
Radość ztąd u nas była wielka, i pani matka natychmiast zajęła się wyprawą. Chociaż mi wielce o to chodziło abym się między obcemi wydał przystojnie i śmiechu z siebie nie uczynił — znając matkę naszą tak byłem pewnym iż wszystko rozporządzi najlepiej, żem się ani chciał mięszać do tego.
Nigdy bym też sam tak się obficie nie zaopatrzył we wszystko, jak ona mnie w tą podróż. Nie było zapomnianego nic ani najmniejszej rzeczy — nie wiedziałem jak dziękować.
Konie najlepsze, wóz węgierski, siodła dwa, kulbakę, wyrostka też we wszystko zaopatrzonego z łaski jej dostałem, żem aż nadto pańsko wyglądał. Sukni podostatkiem, kożuchów dwa pokrytych, wojłoków, kobierców, nawet cokolwiek sreberka i namiocik obozowy na wozie się mieściły. Grosza też nie chciała abym rychło z rąk cudzych patrzał, więc i kilkaset złotych w talarach bitych do puzderka włożyła.
Pierwszy też raz sygnet herbowy po ojcu na palec włożyłem, przy którym nauka była jak ten klejnot szanować należało. Uzbrojenia, choć wojskowo służyć nie miałem, musiałem wziąć dosyć dla parady, a szabel dla bezpieczeństwa.
Bogu tylko wiadomo jak mi się tęskno zrobiło gdy z domu wyruszać przyszło, choć wprzódy tak się w świat chciało!! Obchodziłem żegnając wszystkie kąty, z każdym parobczakiem się żegnałem, a chwilami serce mi się tak ściskało żem im losu zazdrościł.
Matka popłakiwała, Julusia mi się wieszała do szyi... — ów świat co się tak uśmiechał, teraz gdyby kirem powleczony się zdawał.
Zwlekałem z dnia na dzień, aż na ostatek — ruszyć musiałem, w imie Boże.
Jakem się rozstawał z panią matką i domem — opisywać nie będę, ani podróży w ciągu której przez niedoświadczenie bąków siła się nastrzelało, za które workiem płacić przyszło.
Hetman czasowo przebywał we Lwowie, wybierając się do obozu pod Gliniany, i tu go zastałem, ale tak był niesłychanie zajęty wojskowemi sprawami, że ani mu listu oddać, ani się przedstawić pierwszego dnia nie było sposobu.
Około domu w którym stał, ludzi różnych, gromady czekały ciągle dobijając się posłuchania, wojskowi przyjeżdżali z obozu, przyprowadzano języka — przychodzili mieszczanie, przybiegali posłańcy z majętności jego z pieniędzmi, żydów też siła wartowała... nie licząc Senatorów i panów nawiedzających.
Z tego mi zaraz poznać było łatwo co Hetman znaczył, jakie miał zachowanie, bo, choć króla się też spodziewano, ale na Sobieskiego wszystkich oczy były zwrócone.
Wystawszy nadaremnie u wrót godzin parę, z desperacją niemal wróciłem do gospody — ale tu mi się szczęściem nastręczył Wardeński, rządzca Hetmana dóbr, któremu gdym się wyspowiadał z biedą moją, ulitowawszy się, obiecał mi nazajutrz drogę utorować.
Był naówczas, gdym go po raz pierwszy zobaczył Sobieski urodziwym bardzo mężczyzną, w sile wieku, chociaż już nieco otyłości późniejszej widać było początki. Twarz piękna, oko pełne ognia, czoło rozumne, na ustach często uśmiech, postawa pańska i rycerska... Nosił się po polsku i spojrzawszy nań wnet czuć było że to kość z kości naszych, a ród wielki i stary. Groźnego w sobie nie miał nic, a przecież posłuszeństwo wrażał jednem skinieniem...
Czynnym był nieustannie i niezmordowanie, a czasu marnować lada jako nie lubił.
Gdy mnie przywołano, już był uwiadomiony przez Wardeńskiego z czem przybyłem i pokłon mój do kolan, jako ojcu, przyjął uśmiechając się.
— Chłop zdrów, silny jak dębczak, odezwał się — czemuż to do wojska się nie zapisał. U mnie teraz wszelki dworzanin będzie musiał zbroję wdziać...
W tem się zadumał, przystąpił do stołu i zwracając się do mnie począł.
— Już rozkazy wydam aby tam waści pomieszczono — nie wiem jeszcze, ale może być że wypadnie na początek z listami i parą puzderek do Warszawy, naprzeciw żonie mojej z za granicy powracającej jechać, i przy niej do czasu pozostać, bo ja tu dosyć dworu mam, a tam pani Hetmanowej go braknie. Gotuj że się ewentualnie do drogi...
Pokłoniłem się chcąc odejść, aż się zawrócił.
— A jak tam z końmi! Masz szkapy dobre? — zapytał.
— Niczego — rzekłem chwalić się nie śmiejąc.
— Każę Stebelskiemu zobaczyć — dodał.
Na tem się posłuchanie skończyło, bo już Aron żyd, dobijał się pilno do drugich drzwi i dwa razy go oznajmywano.
Dnia tego tyle tylko żem się z towarzyszami zapoznał i przeniósł do ciasnej ciupki, którą we dwu zajmowaliśmy z drugim, w kancellarji polskiej pracującym, Morawcem... a wieczorem, wedle zwyczaju, musiałem znajomość moją i inkrutowiny te paru garncami wina oblać.
Z tego com słyszał i widział strachu wielkiego i grozy nie nabrałem. Pan był dobry, ale, gdy się dowiedziano że mam być wysłanym do pani Hetmanowej — nikt mi nie winszował.
Nie powiedział żaden i uchowaj Boże, złego słowa, lecz z milczenia i min, wiele się domyslać było można...
Tylko żem ja nigdy tchórzem podszyty nie był. Wolałbym był może z panem Hetmanem do Glinian, a potem dalej, jako zapowiadano pod Kamieniec czy ku Chocimowi — ale i Warszawę poznać nie przykrzyłem sobie, na wszystko gotów będąc.
Przeciągnął się ten wybór do obozu, bo jakem już mówił, Hetman niezmiernie był zajęty i na głowie miał nie jedno wojsko — choć ono teraz było najważniejszą rzeczą, ale i własne interessa i cudzych siła.
Drugiego dnia, gdy się Sobieski z kwatery swej wybrał arcybiskupa odwiedzić, mnie Morawiec zaprowadził do jego sypialni i gabinetu, — dla ciekawości. Z obejrzenia ich najłatwiej mi przekonać było można, jak ten człowiek pracować musiał, bo — czegóż tu nie było?!
Na wielkim stole mapp i planów wojennych mnóstwo, sztychowanych i od ręki świeżo przez inżenjerów rysowanych, książek też francuzkich poznaczonych kupy; na innych cebule kwiatów, nasiona, owoce różne, słoje ze słodyczami. — Obok dziecinne stroiki (dla trzyletniego syneczka Jakóba, którego Fanfanikiem zwano). Listów wszędzie stosy, w których mi Morawiec ukazał cyfry, com je pierwszy raz w życiu oglądał, regestra gospodarskie, komputy wojskowe.
Przy łóżku aż trzy wizerunki pani Hetmanowej po raz pierwszy oglądałem, jeden większy, bardzo piękny, snadź dawniej, gdy młodziuteńką, była wystawujący, dwa pomniejsze w różnych strojach, bo jeden na kształt pasterki.
Morawiec mi ukazał ten, który najpodobniejszym być miał — ale na tym, mimo piękności, oblicze miała tak dumne i pogardliwe iż mi się wcale nie podobała.
Wpatrywałem się w nią długo — ale oprócz tej pychy i nadąsania jakiegoś, nic nie znalazłem czem by człowieka oczarować miała — choć Morawiec mi szeptał że ona z panem Hetmanem czyniła co jeno zamierzyła i gdy by mu była kazała, kraj porzucić, wyprzedać się, opuścić wszystko, przesiedlić za góry — i na to był nawet gotów.
W pokojach przez Hetmana zajmowanych, wszędzie tu jego pracowitość, o której dworacy cuda opowiadali, jawną widać było. Samych książek porozpoczynanych do czytania, po wszystkich kątach walała się moc wielka.
Morawiec mówił że często o czwartej dopiero nad ranem usypiał, a w parę godzin potem był już na nogach. Koni po kilka na dzień zamęczał, bo nigdy jeden mu nie starczył. Przy tem mało kiedy zupełnie zdrów był i leki jakieś bierał, krew często puszczał, wody mu różne z za światu sprowadzano do picia!! Z twarzy zaś tego bynajmniej wyczytać nie było można.
W tych pierwszych dniach małom, ja tu co mógł wyrozumieć, później dopiero wszystko mi się jaśniej przedstawiło.
Człowiek mi się wydawał najszczęśliwszy w świecie, na równi z królem lub więcej nad niego mogący, gdyż wojsko całe w ręku miał, a w Senacie co najprzedniejsi z nim trzymali — w dostatki zdawał się opływać, żona jak anioł piękna. Czegoż mógł pragnąć?!
A w istocie samej — troski go jadły, pokoju nie miał. — Na oko się prezentowało wszystko jak nie można piękniej i lepiej, a pod tą pozłotą...
Ale ja wówczas tego jeszcze wcale nie rozumiałem, tylkom wielką potencję mego pana czuł i widziałem, a winszowałem sobie że mnie pan Chorąży Sanocki tu umieścił.
Zapowiedziany mając wyjazd do Warszawy na przeciw pani Hetmanowej, musiałem czekać na listy, które nie rychło przygotowano. — Ale zdawało się nie odmiennem że mnie z niemi nie kogo innego odprawi, boć wolał pozbyć się mało znajomego, niż jednego z tych do których był nawykłym.
W ciągu dni tych miałem czas lepiej się tu rozpoznać i rozsłuchać, choć nie rozumiałem ani części tego co się koło mnie obracało.
Panowie Senatorowie, panie też nieustannie do Hetmana przyjeżdżali, z któremi żywe rozmowy po francuzku się wiodły, — które często i listy już gotowe zmieniać zmuszały, bo tu się jakichś intryg różnych plątało i krzyżowało bez miary. A co pism przychodziło dnia każdego, kartek, notatek, tego nie zliczyć. Zawóz był nieustanny jak we młynie.
Starsi dworzanie jak Morawiec, który mi bardzo przyjaznym się okazywał, rozumieli tu ludzi lepiej, wiedzieli: kto miły, a kto podejrzany. —
Dla mnie ten zgiełk cały tyle tylko że Hetmana potęgę wpływ dobitnie oznaczał. Musiałem się uczyć co tu które nazwisko wyrażało, przyjaciela czy wroga; bo jedni i drudzy kłaniać się przychodzili.
Nie pełniłem żadnej służby stałej tymczasowo, ale porywano i posyłano pod czas i mnie do innych posług, gdy pilne były.
Jak mi się to po cichem życiu domowem wydawało — trudno powiedzieć — mutatis mutandis, jak wyżej powiedziałem, — zdało się jak bym do młyna zajechał.
Dzień i noc prawie spoczynku nie mieliśmy.
Gdy od wojska lub od granicy przychodziły kresy, przyprowadzano języka, budzono nie tylko nas, ale samego Hetmana, o każdej godzinie.
Tak czynnego żywota wyobrażenia nie miałem, — potrzeba było do niego nawyknąć.
W końcu dzień wyjazdu do obozu oznaczony został, a ja też zaraz miałem się puścić w drogę, do której byłem przygotowany. Zawołano mnie do Hetmana rano, który z małej chwili wolnej korzystając, jeszcze mi ustną chciał dać instrukcję, to dodając, że od pani Hetmanowej zależeć będzie, albo mnie przy sobie zatrzymać lub też z listami i posyłką do niego nazad odprawić.
Wardeński mi pieniędzy na drogę miał dać, jakoż w istocie znalazłem je bardzo ściśle obliczone, i od razu mogłem zmiarkować, że ze swoich dokładać przyjdzie. Dziękowałem więc przezorności matki dobrodziejki, iż mnie uprowidowała. Z góry zaś, wyliczając mi strawne i na konie, pan Wardeński zapowiedział żebym się rządził jak chcę, ale żadnych potem pretensyi nie wnosił o dodatki, suplimenty i indemnizacje, bo tych niedostanę.
— My tu, rzekł — takie mamy ciężary, niesłychane; a i pani Hetmanowa potrzebuje tak dużo, iż ledwie nastarczyć można...
Sam też w kilku dniach tych przekonać się mogłem, iż Hetman oprócz osobistych wydatków, miał do dźwigania i publiczne, bo ze swej szkatuły wojsku często płacił, gdy szemrało, prochy swoje własne i działa dawał...
Słowem, nauczyłem się tu wiele w krótkim czasie choć nie wszystko rozumiejąc.
Ze Lwowa razem jechaliśmy, Hetman do obozu pod Gliniany, a ja do Warszawy naprzeciw Jegomości.
Gdym się po tych szumie i zgiełku znalazł sam jeden na gościńcu, z wyrostkiem i masztalerzem, sam sobie pan znowu, aż mi się lżej zrobiło.
W drodze pospieszałem jakem mógł, ale koni zaoszczędzając, bo koń dla szlachcica to więcej niż drugie nogi, — bez niego, ani kroku.
Przypadku dzięki Bogu niebyło żadnego, tyle tylko co z podkowami się kłopotać musiałem, choć zapaśne miałem, bo nie wszędzie się kowal znalazł, a nie raz dla niego z gościńca w bok trzeba było skręcić.
Mało to mnie opóźniło i w Warszawie stanąłem szczęśliwie przed panią Hetmanową, której się dopiero spodziewano. Był więc czas odetchnąć.
Po Lwowie mi się Warszawa wydała bardzo piękna, a ruch tu jeszcze większy, chociaż król się też pod Gliniany wybierał, i koło zamku, frekwencja była daleko mniej żywa, niż przy kwaterze p. Hetmana.
We dworze, który zajmować miała pani nasza, część już fraucymeru i nas dworzan — oczekiwało na nią, z ochmistrzynią i rodzajem marszałka tymczasowego, który był człek niemiły i opryskliwy i wielce godność swą nową noszący dumnie.
Szczęściem był rodem z Wołynia, i familję moją znał, albo o niej słyszał, więc dla mnie dosyć się uprzejmym obiecywał.
Na tym punkcie mojej spowiedzi stanąwszy, pióro mi niemal odmawia posługi, tak człowiekowi trudno się przyznać do — słabości swych...
Słabością ja to zowię przez konsyderacją dla siebie, choć surowiej biorąc, inaczejby denominować należało.
Pierwszego dnia przybywszy oprócz IMPana Łowczyca, który marszałkował, i dwu młodych dworzan przyszłych towarzyszów moich nie widziałem nikogo. Dużo było do czynienia z rozgoszczeniem się, postawieniem koni, poznoszeniem rzeczy kosztowniejszych i t. p. Jeść mi dano do izby i cale nieosobliwie, alem o to wiele niedbał...
Nazajutrz, ponieważ wcale do czynienia nie było nic, a o Hetmanowej wiadomości nie mieliśmy, wolnym byłem i do kościoła Ks. Bernardynów chciałem na mszę świętą, gdy w samych wrotach — Ochmistrzynią starą francuzkę spotkałem, również z książką od nabożeństwa idącą, a za nią tuż młodziusieńkie dziewczątko.
Jak że tu opisać i opowiedzieć wrażenie, które na mnie uczyniło to zaledwie z dzieciństwa wychodzące stworzenie. Wprost przyznaję się — osłupiałem. Takiej piękności, jakiejś delikatnej, niby z powietrza i promieni słonecznych zlepionej, — nie miałem pojęcia, aby ona w świecie naszym mogła się znajdować.
Widywałem ci ja niewiast wiele i pięknych dziewcząt nie mało, ale czegoś podobnego, — do czego by ją przyrównać było można, — nigdy.
Pokłoniłem się im i zdjąwszy czapkę jakiem stanął olśniony, zapomniawszy się, tak długo przyjść do siebie nie mogłem, a dziewcze to dojrzawszy, śmiech chusteczką na ustach musiało stłumić. Śmiesznym też w tem zachwyceniu wydawać się im musiałem, sam to wiem, alem mocy nad sobą niemiał, takie mnie ogarnęło zdumienie.
Oczu czarnych, biała jak mleko, śnieżna jak pączek różany, nie zbyt słusznego wzrostu, zręczna jak sarenka, z wyrazem na twarzyczce figlarnym i wesołym — wydała mi się panna Felicja Viviers — aniołem z niebios zstępującym. Paść tylko było przed nią na kolana i chyba się do niej modlić. Cała moja istota zadrgała i poruszyła się na widok tego cudownego dziewczęcia...
Wrota się już za niemi zamknęły, i obie mi znikły z oczów, a jam stał widząc ją jeszcze ciągle przed sobą. Dopiero po dobrej chwili oprzytomniałem i ruszyłem też precz.
Widziałem je idące przed sobą, w pewnej odległości, a panna Felicja parę razy się szybko obejrzała...
Doganiać ich nie myślałem, anim się ważył, w głowie tylko rozbierając, co ta dzieweczka tu robiła i znaczyła, i czy ona też do fraucymeru Hetmanowej należała...
Wszystko się już na upojenie mnie od razu składało, bo i Ochmistrzyni z towarzyszką, poszły też do Bernardynów, a ja podążyłem za niemi.
Żem się tego dnia roztargniony nie wielce modlił — oczewista rzecz, ani dziw. Razy dwa i trzy poczynałem jedną modlitwę, nie mogąc jej dokończyć. Panna się już krom jednego razu, nie obejrzała się ku mnie.
Uklęknęły obie przed wielkim ołtarzem, gdzie się właśnie msza rozpoczynała i dotrwały do jej końca, poczem obie jeszcze przeszły na prawo do N. Panny ołtarza i tam pomodliwszy się z koscioła się wymknęły.
Zrazu mi się chciało gonić je, alem się rozmyślił odwagi nie miałem i zostałem na drugą mszę cichą, słuchając jej pobożnie do końca. Tegom jednak na sobie wymódz nie umiał, żeby pozbyć się obrazu dziewczęcia z przed oczów moich...
Samem się tego wstydził przed sobą, lecz też samego siebie poznać nie mogłem, tak mnie widok tej dzieweczki do gruntu przemienił.
Strach aż ogarniał...
Pomodliwszy się w kościele, wyszedłem w ulicę, a że, mimo, późnej jesieni czas był dosyć pogodny i ciepły — poszedłem ku zamkowi, zabawiając się widokiem miasta i ludzi. Czym jednak wiele widział i nauczył się dnia tego, — wątpię.
Nie wiedziałem jeszcze wcale kto była owa dzieweczka, a paliła mnie ciekawość okrutna. Ze stroju wnosząc domyślać się było można, iż chyba do dworu Hetmanowej należeć musiała, co mnie wielce radowało.
Gdym tak przechadzał się około krakowskiej Bramy — natknął mi się wczoraj już poznany towarzysz ze dworu naszego, Szaniawski, czemum rad był bardzo i przystąpiwszy do niego, zaprosiłem na kubek wina do francuzkiej winiarni, tuż pod zamkiem. Szliśmy tedy razem, a jam tylko na myśli miał, jak się od niego o dzieweczce dowiedzieć, nie zdradzając z tem żem się jej dał tak olśnić.
Szaniawski był mojego wieku wesoły i dziecinny prostaczek, — jak się później okazało — poczciwy i serdeczny chłopak, któregom przyjaźni doświadczył w ciągu życia.
Z rozmowy zręcznie mi się udało na to wpaść, iż bodaj Ochmistrzynią do kościoła idącą spotkałem, o pannie nieśmiałem nawet napomknąć.
— A jużci — odparł Szaniawski — chodziła do kościoła z Felisią Viviers... Nie może być, dodał, abyście i tej nie postrzegli, bo dziewcze śliczne.
Przyznałem się tedy, obojętność cale udając, że w istocie była z nią panienka jakaś.
Szaniawski był w bardzo dobrym humorze.
— Najpiękniejszą z naszego fraucymeru panienkę, rzekł, widzieć się wam udało na początek, macie szczęście. Jestto francuzka, sierota bardzo pani naszej hetmanowej ulubiona, któraby jej była pewnie do Francji towarzyszyła, gdyby na odrę nie zasłabła właśnie na ten czas. Dziecko to jeszcze, bo nie wiem czy ma lat pietnaście skończonych, ale gdy wyrośnie obiecuje być pięknością osobliwą. Już teraz ludziom głowy zawraca.
Stanąłem milczący, niechcąc okazywać ile mnie to wszystko obchodziło.
Dowiedziałem się tedy od Szaniawskiego, że dziewczę było ubogie, na łasce Hetmanowej, sierota, bez rodziny — i pono nawet nie szlachcianka, ale tego trudno było dojść, jak powiadał, bo francuzi wszyscy jakiej by kolwiek byli extrekcij do Polski przybywszy, sobie nadawali szlachectwo.
Wypiwszy po parze kubków wina, poszliśmy razem do dworu Daniłowiczowskiego, gdzie była nasza kwatera.
Mnie ciągle po głowie owa Felisia chodziła, aż mi wstyd było samego siebie.
Fraucymer mieścił się na drugim końcu dworca daleko od nas i nie spodziewałem się prędko znowu zobaczyć Felisi, gdy na obiad nas do wspólnego stołu powołano, do którego i panny przychodziły z Ochmistrzynią.
Zjawiła się i panna Viviers z innemi, które, choć dosyć przystojne, wszystkie przy niej gasły, stellae minores. Mnie się albo na szczęście lub na biedę dostało miejsce na prost przeciwko tego obrazka, tak że moc nad sobą musiałem wielką mieć, aby wciąż w nią oczu nie wlepiać.
Ile razy pobieżnie spojrzałem, tylekroć jej wejrzenie nadzwyczaj śmiałe ku sobie skierowane znajdowałem.
Z drugą towarzyszką przez cały czas obiadu szeptały, śmieszki stroiły i zabawiały się wesoło.
Siedziała przy niej nie tak już młoda, ospowata, nie ładna, ale śmiała i dowcipna dziewczyna, która czas dłuższy była w Polsce i bardzo pociesznie po polsku się mówić nauczyła.
Tu parę razy próbowała mnie zaczepiać, alem z nieśmiałości i tego odurzenia pięknością Felisi języka w gębie zapomniał. Siedziałem jak mruk z podełba tchurzliwie spoglądając.
Lżej mi się zrobiło gdyśmy od stołu wstali nareście...
Wszystko to by opisywania nie było warte, gdyby ten moment na całe moje życie późniejsze nie miał wpływu wielkiego, a owa piękność Felisi nie upoiła mnie od razu i nie uczyniła niewolnikiem.
Doświadczenia nie mając żadnego — padłem ofiarą — bo to co mi się wydawało nie tylko pięknem, wziąłem też w dobrej wierze za anioła.
Następnych dni do stołu chodząc, ośmielony stopniowo przez ospowatą wielce śmiałą i złośliwą pannę Blanc, którą tu Sofronisbą zwano — poznałem się bliżej z fraucymerem, a choć taiłem się z tem, iż na mnie takie wrażenie uczyniła Felisia, choć strzegłem się patrzeć, nie zaczepiałem nigdy ani słowem — niewiem jak i panna Sofronisba i inne dziewczęta zaraz to odgadły.
Zaczęto mnie nią prześladować.
W trakcie tego — nadjechała pani Hetmanowa i wszystko się z jej przyjazdem zawichrzyło u nas, bo trudno wypowiedzieć jak była wymagającą, dumną i kapryśną.
Znalazłem ją podobną kubek w kubek do tego wizerunku widzianego we Lwowie, który mi się niepodobał.
Piękna była — temu zaprzeczyć nie można, ale ta jej królewska piękność miała w sobie coś odstręczającego dumą, samowolą i takim despotyzmem, iż zdawało się jakby miała prawo cały świat widzieć u nóg swoich. Miłą ani się starała być i aniby może potrafiła. Na palcach przed nią chodzić musiano a skinienia patrząc, na twarz padać.
Pomimo, że bardzo jeszcze wyglądała świeżo i młodo, lecz niekiedy przy małem znużeniu, oko dostrzegało, że o wiele starszą być musiała, niżeli się zdawało.
Z panią Hetmanową, dwór jej francuzki przybył dosyć liczny, panien służebnych kilka, ale ulubiona jej Felisia zaraz nad innemi miejsce przy pani dawne zajęła i można było dostrzedz, że wszyscy ją wielce szanowali i oszczędzali gdyż u Hetmanowej miała nadzwyczajne łaski. Sama nawet stara ochmistrzyni jej się akomodować musiała.
Z panią Hetmanową przybył też trzyletni synek, zwany Fanfanikiem. Jakób, około którego naówczas bardzo pilno chodzono i pieszczono go wielce.
Ale ani dziecko, ani mąż niezdawali się Hetmanowej zajmować więcej nad ją samą.
Wszystkiego jej za mało było, nigdy niczem zaspokojoną się nie okazywała. Zły humor i lekceważenie były chlebem powszednim.
Natychmiast po przybyciu jej, z tych pań, które w Warszawie rezydowały, mało która nie pospieszyła pierwsza się submitować Hetmanowej.
Duchowieństwo też i panowie Senatorowie świeccy szczególniej ci co do partji francuzkiej należeli, na wyścigi przybiegali spragnieni wiadomości jakie z sobą przywiozła... Od rana do wieczora gości bywało pełno — ona zaś mało kogo nawiedzać raczyła.
W utrzymaniu domu postrzedz było można zarazem wielką chęć okazywania splędoru i skąpstwa.
Jak to umiano pogodzić nie moja rzecz.
Drugiego dnia i mnie do siebie przywołać kazała, naprzód się pytając czy po francuzku umiem.
Uczyłem się ja ci tego języka w szkole, ale z niej tak mało wyniosłem, że mi się nie było czem chwalić. Przyznałem się do niedostatecznej znajomości — języka, i konwersacja się poczęła po polsku, którym ona mówiła licho, chociaż rozumiała go dobrze.
Wzięty na spytki, oświadczyłem, co zresztą i w listach stać musiało, iż miałem się do rozkazów zastosować, azali nie zechce mnie z pismami do p. Hetmana nazad odprawić. Na co nieotrzymałem odpowiedzi żadnej.
Nareszcie odprawiła mnie skinięciem głowy.
Z tej audjencji mogę powiedzieć żem jeszcze przykrzejsze wyniósł wrażenie, niż z widzenia wizerunku. Straszną mi się wydała, anim pojąć mógł, o czem mnie Morawiec upewniał, iż Sobieski w niej był zakochany do szaleństwa.
Ponieważ nas dworzan nie wielu się przy niej znajdowało, a chciała się okazale prezentować, więc i mnie odprawić jakoś niespieszyła, a jam się też nie napierał, bo mnie tu sam widok Felisi karmił, żem więcej nic nie pragnął.
Napisałem — widok — bo w istocie oprócz widoku nie miałem nic. Obawiałem się przystępować bliżej a ona tak dobrze mnie oczkami wabiła i zalecała się jak drugim...
Rychłom się mógł przekonać o tem, że dziewczęciu szło o hołdy, bez wyboru kto je składał. Passyi to jednak mojej nie zmniejszyło, tyle tylko że ją w sobie dusić musiałem.
Służba ciężką nie była — ale nieustanną — rzadko kiedy mogliśmy wypocząć z Szaniawskim i Drużbickim, kollegami mojemi. Z temi było mi bardzo dobrze. Tak Szaniawski, jak i on, oba nie byli majętni. Z domu im mało co nadsyłano, a jurgeld był skąpy — więc mój worek przydawał się bardzo, nie tylko im ale i panu Ochmistrzowi, u którego też zachowanie miałem.
Grosza do zbytku oszczędzać nie potrzebowałem, bo matka w listach zalecając abym rozrzutnym i marnotrawcą nie był, — kazała się też strzedz brzydkiego skąpstwa i obiecywała gdy zażądam, nowy sukurs dostarczyć.
Miłość dla Felci naówczas, ba i potem, choć nie raz mi dokuczyła, ale humoru i młodej wesołości nie nadwyrężyła.. Miałem taką naturę żem wszystko brał pogodnem czołem, bez kwasu a dręczenia się — gdy mi było bardzo smutno, prowadziłem Szaniawskiego na wino, śpiewaliśmy piosenki, swawolili aby o lichu nie myśleć. Do wzdychania łzawego ani usposobienia nie miałem, ani mi też ono na co byłoby się przydało. Owszem, gdy płochę dziewcze zawiniło mi, udawałem jakobym sobie z tego wcale nic nie czynił.
Chociaż z góry do nas, od tego co się tam działo około Hetmanowej ledwie kapnęło co czasem, czuć było całą sieć intryg osnutych, snujących się rwących... Tajono się z niemi, każda z tych osób o które chodziło miała jakieś przybrane nazwisko, aby nie wtajemniczeni nie rozumieli o kim mowa, ale Hetmanowa czasem niezmiernie serdecznie z jedną dziś będąc, nazajutrz z drugą przeciwko niej knowała, a w istocie nie miała nikogo ukochanego, wszyscy jej byli obojętni — myślała o sobie.
Jeżeli się do kogo przymilała, to albo mu już buty szyła, albo jej musiał bardzo być potrzebnym.
Przy tem chciwości grosza takiej jak w tej kobiecie, nie widziałem w żadnej. Gdyby nie to że duma ją zmuszała, od gęby sobie by była odejmowała, aby skarb pomnożyć.
Pomiędzy mężem a żoną — o ilem ja mógł już na ówczas sądzić, nie było podobieństwa charakteru najmniejszego, — i taki niech sobie kto co chce mówi, żadna polska kobieta by taką być nie potrafiła jak ta francuzica.
Najmniejszego serca — dla nikogo... a gdy była dla kogo dobrą, to pewnie tylko że sobie go pozyskać chciała. — Zresztą litości, miłosierdzia — uprzejmości ani śladu, a największe upodobanie ludzi czernić i narzekać że jej się działa nie sprawiedliwość, choć robiła co zamarzyła.
Prosta rzecz że u takiej kobiety, aby łaskę pozyskać trzeba było kłamać, padać, uwielbienie przed nią udawać, pochlebiać bezustanku. Cały fraucymer jej z tej nuty śpiewał. Królowała nad nim; filut Felisia, którą ona dla jej piękności lubiła, celowała w rozpadaniu się około pani.
Napatrzyłem się tedy na samym wstępie komedji życia — które mi po rodzicielskim domu, po tem czem się młodość karmiła, poczwarną się wydała. O wyprawieniu mnie do Hetmana tym czasem mowy nie było. Ponieważ miałem się w co ustroić gładko, a prezentowałem się niezgorzej, więc Hetmanowa przy karecie jeździć kazała i około domu chętnie się mną posługiwała. — Ale szczególnej łaski nie pozyskałem sobie.
Z Felisią zaś w której się zakochałem szalenie stosunek był osobliwy.
Naprzód żem wcale tego gatunku kobiet nieznał, myślałem że po prostu starając się podobać, nadskakując, miłość jej okazując — skłonię ją ku sobie. Rychło jednak postrzegłem że ta w dobrej szkole wyuczona, nie łatwą była do rozmiłowania. Chciała mnie mieć jako niewolnika, ale sama nie myślała wcale o mnie.
Tuszyła sobie że ze swą pięknością, przy protekcji Hetmanowej, która ją niemal jak własne dziecko pieściła — dla zabawki, gdyby pieska lub papugę — nadzwyczajny jakiś los zrobi. Wiedziała że i jej pani tyle tylko że ze starej szlacheckiej rodziny, ale uboga z pomocą królowej Maryi Ludwiki dobiła się bogactw i świetnych małżeństw.
Więc czem dla niej był taki pan Adam Polanowski, dworzanin pana Hetmana. Prezenta odemnie przyjmowała, posługiwała się chętnie, mrugnęła czasem oczkami — ale serce ani drgnęło.
O czem ja przekonawszy się wziąłem na kieł. Była druga dosyć przystojna i stateczna panienka przy Hetmanowej polka, panna Jagnieszka Skorobohata. Choć mi tak dalece w oko nie wpadła, nawróciłem do niej, a Felisi dałem na pozór pokój. A co mnie to łgarstwo kosztowało, Bogu wiadomo. Zaś najsmutniejsza rzecz, że Skorobohata, jak to nasze wszystkie poczciwe dziewczęta, afektowi memu uwierzywszy, poczęła mi dawać dowody że mi sprzyja.
Francuzka była zła, więc nuż szydzić ze mnie i z niej, i zabiegać abym się do niej powrócił.
Mówiła po polsku tak jak jej pani, to jest bardzo źle... — ale o to nie dbała, bo godziła na takiego małżonka coby pół francuzem był, jak i Sobieski, który po francuzku gdyby rodowity francuz szwargotał.
Przy pierwszej zręczności poczęła mi drwiąc winszować „konkiety“ odpowiedziałem jej lekko i niewdając się w dłuższą rozmowę, szedłem precz. Napadła mnie tedy powtórnie z innej beczki.
— Wacpan się gniewasz na mnie?
— Ja! a tożby za co? spytałem.
— Albo ja wiem odparła..
— A ja pannie Felicji zaręczyć mogę że ani się gniewam, ani też zbytnio o przyjaźń staram, bo wiem że jej nie dostanę.
— Dla czegoż?
— Panna Felicja wysoko patrzy a ja dla niej za małym jestem.
— Któż to powiedział panu?
— Są takie rzeczy że ich mówić nie potrzeba, same się w oczy rzucają.
Nadąsała się i poszła. Był tedy niby rozbrat między nami, ale uważałem że ją to nie pokoiło.. Nie zbliżałem się umyślnie, alem też nie unikał.
Najgorsza zaś że z serca, jak raz je zajęła, tak jej było nie wygnać...
Com wycierpiał — to tylko sam wiem, bom się chciał przezwyciężyć nadaremnie.
Jakby dla odetchnięcia i wypoczynku, nagle, gdym już sądził że w Warszawie na Hetmana czekać będę, kapryśna pani nasza, gdy ją coś tknęło, zawołać mnie kazała i oznajmiła że z bardzo ważnemi listami mam jechać, Hetmana gonić, który gdzie się obracał — spełna niewiedziała — tylko że go koło Chocima szukać należało.
Jesień, plucha, drogi najgorsze... mnie więcej nad wyrostka i masztalerza brać z sobą nie godziło się — oddalenie znaczne, — wreście i Kozacy a Tatarowie na przesmykach... otóż co miałem przed sobą. Ale młodemu na to graj, a z ciężkiem sercem, właśnie najlepiej w taki wir...
Pokłoniłem się więc i ruszyłem gotować aby nazajutrz na koń siąść, a było co robić, bo i konie kuć i węzełki wiązać i mój wóz i rzeczy bezpiecznie umieścić musiałem.
Szaniawski mi zazdrościł, drudzy głowami kręcili, a byli i tacy co mi życzyli abym ino cały powrócił.
Z pannami nie było czasu się żegnać tylko z daleka. Hetmanowa, gdy raz postanowiła mnie wysłać, już się niecierpliwiła abym jednej godziny ruszał. Expedycja dla mnie gotową była.
Wyruszyłem tedy, mając zlecenie po drodze jeszcze w Jaworowie i we Lwowie pytać czy bym innych do Hetmana posłańców dla bezpieczeństwa nie mógł wyszukać, aby razem z niemi się przez niepewne szlaki przedzierać.
Pierwszy raz w życiu, niedoświadczony narażałem się na taką imprezę zuchwałą, która i daleko wprawniejszemu trudną by była — ale, właśnie to że mi doświadczenia brakło, żem niebezpieczeństw wielu nie przewidywał, czyniło mnie odważniejszym.
Znaczniejsza część podróży wypadła lepiej niż się mogłem spodziewać — we Lwowie zaś istotnie znalazło się różnych posłańców, opóźnionych wojskowych, a nawet handlarzów, którzy się do obozu dostać chcieli, i ztąd już nie sam, ale w kilkanaście koni podążyłem dalej.
Chodziły pogłoski że Hetmana około Chocima szukać było potrzeba.
Król podówczas chory leżał już we Lwowie, gdzie go w samą wigilję zwycięztwa pod Chocimem, śmierć miała od żywota męczeńskiego wyswobodzić.
Podróż dalsza może bezpieczniejszą była z powodu że nas się większa zebrała gromadka, ale wyżywienie siebie i koni, pomieszczenie, często sam pochód bywał utrudniony przez to że zbieranina się znalazła ludzi różnego rodzaju i nadto zuchwałych i zbyt przezornych a tchórzliwych. Skończyło się na tem, że raz i drugi zmuszony się skłócić, musiałem samowolnie wziąć komendę nad całą kupą, zagroziwszy iż ich porzucę.
Szło potem raźniej, ale kraj ogłodzony, pusty, przewodników pewnych brak, głód, chłód, bieda dokuczyły.
Droga się przewlokła do zbytku, tak że gdyśmy już ku Chocimowi się zbliżyli, dostaliśmy języka iż Turków Hetman zbił okrutnie, rozproszył, nasiekł, że Hussejan Pasza salwował się w kilkanaście koni, łup wielki zabrano i t. p.
Z wielką więc otuchą, a weselem i już bezpieczni podążaliśmy do obozu, ciągle się krzyżując z posłańcami Hetmana, którzy wiadomość o odniesionym tryumfie wieźli do kraju.
Razem z tem, wprzódy jeszcze nimeśmy nadążyli pod Chocim, dowiedzieliśmy i tej smutnej nowiny zarazem, że Hetman Pac, zaraz po odniesionem zwycięztwie, przy którem kooperował, nazad z Litwinami do domu odciągał, nie dając się namówić, aby z niego korzystać.
Ponieważ tryumf ów cały Hetmanowi naszemu słusznie przypisywano, bo Pac bitwy nie radził i w wigilją jej cofać się życzył — zazdrość i inwidja spowodowały iż Sobieskiego samego rzucał... Nie było bowiem wątpliwości że pozbawiony litewskich wojsk i on też na tem poprzestać będzie musiał...
Zastałem Hetmana jeszcze rozgorączkowanego swem zwycięztwem, ale razem oburzonego na Paca.
W obozie wesołość, — pomimo złej pory, wszystkich szczęśliwych i sławiących Sobieskiego, który ojczyznę uratował. Już ani wątpiono teraz iż Kamieniec odzyskany zostanie.
Mnie, gdym się zjawił z listami od żony, Hetman tylko że nie uścisnął i nie całował, pytaniom nie było końca. Jak jejmość wyglądała, czy zdrowa była, czym Fanfanika widział i jak się hodował.
Nie dość było listów — zaledwie mnie od siebie odpuścił, już biegł Morawiec nazad wołając, — dla tych informacij. Najmniejszej rzeczy nie zapomniał, która się ukochanej Marysieńki tyczyła. Musiałem więc opowiadać, kto bywał, czy z domu Hetmanowa wyjeżdżała i do kogo, czy się na służbę i wygody nie uskarżała, nawet czy piece stare w domu Daniłowiczów, dobrze izby ogrzewały.
Zwycięztwo odniesione i listy otrzymane, mimo ostrej pory roku, Sobieskiego można było powiedzieć, odmłodziły, choć się to na nogi, to na krzyże uskarżał.
Na Paca tylko i Paców wogóle pioruny ciskano, bo nie dosyć iż o mało Chocimskiego zwycięztwa swoim uporem nie wyrwał z rąk Sobieskiemu, ale wszystkie jego skutki, paraliżował odciągając — bez pytania samowolnie.
Dla mnie wszystko com tu w obozie i Chocimiu zastał, nowem było i ciekawem. Co tylko wojna z sobą przynosi tegom się napatrzył — i pijanych tryumfem a szczęśliwych i pokaleczonych okrutnie a bolejących, i pozabijanych w kwiecie wieku...
Łupu tureckiego też mogłem nakupić za bezcen, co wlazło, bo proste ciury najkosztowniejsze rzeczy w pół darmo dawali, napraszając się. W zdobytym zameczku, do którego się kupców siła schroniło, kupi różnej nabrano i rozerwano bardzo wiele; na żydach, ormianach i grekach.
Hetman właśnie był powrócił do obozu z wycieczki, którą przedsiębrał naprzeciw ciągnącemu Hussejnowi w pomoc Kapłanowi Baszy który zawczasu się o chocimskiej klęsce dowiedziawszy uszedł.
W czasie oddalenia się Sobieskiego, Pac z Litwinami odszedł, a tu ze Lwowa jeden poseł naprzód zaraz po mnie nadbiegł iż król bez nadziei życia, dogorywa, a drugi że zmarł.
Muszę tę sprawiedliwość oddać Hetmanowi iż, choć do króla Michała srogi żal miał za wyroki Gołąbskie, — przecież śmierć jego do serca wziął, i nad losem się litował.
Tu już dalej przeciwko turkom, po wyjściu Paca, po odkomenderowaniu Sieniawskiego Chorążego koronnego w pomoc Mołdawanom, nie było co poczynać. Trzeba było myśleć o zimowych kwaterach dla wojska na granicy, bo wiosna z sobą wojnę przynieść musiała.
Hetman też, który wobec turka tak dzielnym był co umiał wojsko nieustannie się burzące i skłonne do związków utrzymać w ryzie, którego myśmy wszyscy i bali się i kochali, tak był stęskniony za jejmością, i niecierpliwy pośpieszenia pod słodkie jej jarzmo, że na łeb na szyję wszystkiem rozporządzał — zastępców dobierał, szukał ktoby go wyręczył, aby co prędzej do najukochańszej Marysieńki się dostać.
Jak tylko wojsko się rozłożyło, — Hetman już po konwokacji puścił się w podróż dla spotkania z żoną, pilno mu tak było, iż prosił ją aby naprzeciw do Lwowa wyjechała, — bo go ani elekcja, ani publiczne sprawy nie obchodziły w części nawet tak gorąco jak połączenie się z żoną, za którą gdyby młokos tęsknił, rozpadał się, o niczem nie myślał tylko o niej.
Miałem tedy przed oczyma obraz passyi jakiej dotąd nie tylkom nie widział, alem się nie domyślał aby człowiek mógł być nią do tego stopnia opętanym. Chociaż połowy objawów tej namiętności widzieć nie mogłem — była ona tak w oczy bijącą, że ślepy by chyba poddaństwa pana Hetmana nie dojrzał.
Jejmość czyniła z nim co chciała.
Rozumem, nauką, charakterem wszystkiemi przymiotami stokroć ją przewyższał, tymczasem ona królowała, rozkazywała, a on stawał się przy niej najniższym sługą i ślepym rozkazów wykonawcą.
Płaciła mu za to, żal się Boże, prawie ciągle kwaśną minką, wymówkami, złym humorem, bo jej nigdy nie było dosyć na niczem. Hetman bez ograniczenia we wszystkiem jej słuchał, — tylko gdy o wojsko szło i obowiązki względem rzeczypospolitej — wymykał się i głuchym czynił.
Na konwokację, jakem pisał, Hetman stawić się nie mógł, bo wojsku hiberny obmyślać musiał, rozkładać je na granicach i na oku trzymać. Dopiero na sejm elekcyjny podążyliśmy wielkim dworem ale wojska z sobą nie prowadząc tak gromadnie jak drudzy, także ostatniego kwietnia ostatni też był nocleg przed Warszawą.
Jaka była miłość wielka i nadzieje w Hetmanie pokładane przekonać się mieliśmy zręczność po całej drodze niemal, bo go ciągle spotykano, wyjeżdżano naprzeciw, a orszak się nasz co godzina powiększał. Na ostatku, nie licząc pomniejszych mieliśmy z sobą Aleksandra Lubomirskiego wojewodę Kochańskiego, i Stanisława Jabłonowskiego wojewodę ruskiego, obu przyjaciół wiernych...
Zwyciężcę Chocimskiego wszyscy witali jako wybawcę i przyszłego rzeczypospolitej oswobodziciela, Senatorów mnóstwo, szlachty całe gromady stały przypatrując się uroczystemu wjazdowi Hetmana, który też wystąpił bardzo pańsko...
Wojska nie było wiele, trochę pancernych i regiment dragonów, ale więźniowie tureccy, janczarowie z muzyką swą osobliwą, potem sam pan z łukiem na ramieniu, z tarczą złotą — piękny choć malować — tylko mu na skroń laur włożyć — oczy rwali.
Zajechaliśmy do pałacu Kazimirowskiego, który dla Hetmana był wyznaczony i gdzie ona też mogła się wygodnie pomieścić.
Pan Bóg to wiedzieć raczy, azali naówczas w początku Sejmu, postało w czyjej myśli aby Hetmana królem wybrać. Jeżeli kto się z tem już nosił ukrywając, to chyba jedna Hetmanowa, a ta jeśli się komu zwierzyła, tylko Jabłonowskiemu, z którym się często na osobności po cichu naradzała, przed mężem tając z temi konszachtami.
W Warszawie zastaliśmy wszystkich rozgorączkowanych, Paców zabiegających i intrygujących z królową wdową... z prymasem... jednych z Kondeuszem, drugich za Neuburgskim, innych za Lotaryngskim, który miał Eleonorę zaślubić, chociaż ta gotową była i za francuza wybranego wyswatać się byle się przy koronie utrzymać.
Zgiełk, ruch, wrzawa, a Litwa z koroną, możne dwory między sobą w ciągłych waśniach bij, zabij. Nie było dnia żeby trupów kilkudziesięciu po ulicach i na drogach nie zwleczono.
Hetman jak był ustrojony paradnie, musiał w prost nie na swą kwaterę jechać, ale naprzód do dworu księcia Michała Radziwiłła Hetmana polnego, który na przyjęcie jego się wspaniale przygotował i ugościł. Sławiono w nim zwycięzcę, ale najmniejszego nie było znaku aby go na tron wynieść zamyślano.. Gdzie się człowiek posunął tylko o Neuburgu, Kondeuszu i Lotaryngskim słychać było.
Ja naówczas, jako młodzik, więcej się tą nielitościwą a płochą Felisią zajmowałem niż polityką i elekcją, ale o uszy mi się ciągle coś obijało, bo drudzy o niczem nie mówili tylko o niej, więc w ostatku i we mnie się ciekawość rozbudziła.
To dobrze pamiętam, że w pierwszych dniach po przybyciu naszem do Warszawy, chociaż Hetmana z weneracją wielką przyjmowano wszędzie, i on tu obok Prymasa najpierwszym był — wszelako nikomu na myśl nie przychodziło, drugi raz Piasta wybierać, gdy się na jednym sparzono. Wiedziano też i znano że Sobieski francuza popierać przyrzekł.
Jednakże coś musieli Pacowie przewąchać, albo się obawiali niespodzianki bo puszczono szmermel, aby naprzód Piasta exkludować; choć się żaden kandydat nie stawił. Byłoby może do tego przyszło, ale co godzina nowy niepokój nowe myśli sprowadzał.
Nigdy podobno tylu kandydatów do tej nieszczęśliwej korony Polskiej się nie zgłaszało, co teraz, gdy ona zewsząd zagrożoną była...
Nie notowałem sobie podówczas, ale się dla żartu nauczyłem na pamięć litanij którą jakiś żartowniś, jowjalista ułożył z imion kandydatów.. Zabawiano się nią na Woli... powtarzając i przepisując, chociaż większej części książąt tych nikt nie znał i ledwie kto popierał.. Dwóch tylko znaczniejszą liczbę popleczników miało.
Snadź już tę koronę za tak łatwą do zagarnięcia poczytywano, że po nią było tylko rękę wyciągnąć.
Stali w owej Litanij, o ile ja sobie przypomnieć mogę, Tomasz Sabaudzki książe, którego tu żywy człek nie znał, drugim książę Modeny, a o tym wiedziano tyle iż dobry katolik był, Jerzy królewicz duński już przez to podejrzany że luter; tak samo jak syn Elektora brandeburgskiego. O tych obu ani Nuncjusz ani duchowieństwo słuchać nie chciało, a panowie dysydenci tej siły nie mieli ażeby ich sami wybrali, — za temi szli francuzki Verdome, idem Kondeusz, hrabia Swessjonu, jakiś książe bawarski, Jakób książę Yorku brat króla angielskiego, Don Juan austryjacki syn Filipa III, z nieprawego łoża (co szlachtę w passją wprawiało, bo u nas do cechu bękartów nie przyjmują), na ostatku jeszcze byli: syn Cara Moskiewskiego Aleksego, książe Siedmiogrodzki, no i ów Neuburg i Lotaryngski, Papież zaś miał ochotę forytować księcia Alfieri, tylko mu Nuncjusz odradził.
Było więc w czem wybierać, do Piasta się niepotrzebując uciekać.
Ta mnogość kandydatów, właśnie naówczas gdy pośpiech i zgoda były najpotrzebniejsze, jednych do rozpaczy przyprowadzały, w drugich pusty śmiech budziły, bo połowy ich nikt poważnie za pretendentów przyjąć nie mógł i na żart niemal wyglądało iż ich imiona na wierzch wypływały właśnie gdy termin elekcji wyznaczony był krótki, czasu na rozpusty wcale nie mało zostawało, turek zagrażał, a o obronie myśleć było potrzeba ante omnia.
Przyszło do tego iż panowie Senatorowie duchowni, zestraszeni tą ewentualnością iż elekcja zwlec się może, nakazali na tę intencję czterdziestogodzinne nabożeństwo, z wystawieniem przenajświętszego Sakramentu po wszystkich kościołach, aby pan Bóg umysły do zgody i jedności nakłonić raczył.
Nam się wszystkim naówczas zdawało, jakoby Neuburgski lub Lotaryngski niezawodnie otrzymać musiał, a u nas tylko o pierwszym z nich lub Kondeuszu mówiono, oczekując co poseł francuzki z sobą przyniesie który z przyjazdem się opóźnił; na co pani Hetmanowa szczególniej się żaliła.
Być bardzo może, o ile ja sobie po latach tylu przypomnieć umiem i kombinuję dziś, post testum, że Hetmanowa potajemnie, ewentualnie elekcję mężowską na myśli miała, nikomu się tego, oprócz wojewody ruskiego nie zwierzając. — Było to jednak tak przysłonięte, zakryte iż się tego nikt nie domyślał.. Rachowano na to iż w ostatniej godzinie i gdy głosy rozbite zostaną, a Elekcja pilną będzie — wszyscy zgodzą się na zwycięzcę turków.
Składało się po myśli. Przybył od Wołochów poseł w imieniu turka ofiarujący pokój i zwolnienie z haraczu, byleby go w posiadaniu Kamieńca spokojnem zostawiono. Ale po Chocimskim pogromie, nikt słuchać nie chciał takich ofert.
Zaraz potem znać dano od granicy że Kaplan Basźa ciągnie pod Chocim, że na Jassy turcy napaść zamierzają, Soczawę chcą zdobyć, że Tatarowie już na Pokuciu plondrują — że Sułtan się z tem odzywa iż polacy bez jego zezwolenia króla wybierać nie mogą... wszystko to tak umysły podburzało, iż na gwałt chciano Elekcję przyśpieszyć aby rzeczpospolita dłużej bez głowy nie pozostała.
Ale nim by do wyboru przystąpiono, szlachta była tak nerwowa, tak różnie myśląca, a panowie tak zazdrośni o siebie i swe stanowiska i zgoda zdawała niepodobieństwem.
Pacowie tymczasem, jakby przeczuciem jakiem, wraz z adherentami swemi w Litwie i koronie, poczęli, jakom mówił, naglić aby naprzód Piasta wyłączyć.
Mówiło to za niemi, iż z Michałem wszystkie klęski na Polskę spadły powtarzano więc — non bis in idem.
Byłoby do exkluzij przyszło może, ale się wielkopolanie rozmyślili, lub im kto podszepnął żeby się z tem nie spieszyć — i zażądano od nich aby wprzódy wszystkich kandydatów pod pręgierz postawić i przedyskutować ich zalety i defekta...
Tak tymczasem Piastowi została otwarta brama, chociaż żaden się nie ukazał, co by nią ochotnie miał wjechać, a dawni kandydaci, Kondeusz, Neuburg, Lotaryngski byli we wszystkich ustach i — kieszeniach — Pacowie Sobieskiego nienawidząc, ponieważ on francuz był — jak naówczas się wyrażano, do obozu Cesarskiego się zaciągnęli.
Z wymienionych w litanji kandydatów, duńskiego i brandeburgskiego, przeciwko którym Nuncjusz w imieniu Papieża się oświadczył, nie przypuszczono nawet do zalecenia się.
Jeszcze to teraz powtórzę, iż ja com przy dworze Hetmana był, patrzył, słuchał, a choć młody, ciekawie chwytał wszystko, nie dostrzegłem ani najmniejszej oznaki ażeby Sobieski myślał o koronie dla siebie.
Do ostatniego momentu nic nie transpirowało.
Po za szopą co się działo — trudno to opisać i dosyć że bójki i strzelania codzienne, nawet po ulicach. Na Woli zaś posłów cudzoziemskich, poznawszy od Nuncjusza i Cesarskiego słuchano, potem pomniejszych Francuzki się spóźniał i nie było go, na co u nas narzekano; tak że dopiero piętnastego Maja nadążył, gdy już nie wiele mógł zrobić, bo termin Elekcji był za pasem.
Przypisywano mu później że on Hetmanowi dopomógł do korony, ale na to czasu nie miał, a mnie się zdaje i instrukcji. Gdy się elekcja dokonała, wolał pewnie Sobieskiego niż kandydata cesarskiego lub innego, któregoby musiał zyskiwać, — a ten duszą i ciałem francuz był. I po przybyciu swem, pierwszego niemal biskup Forbin odwiedził Hetmana i żonę jego.
Mówiłem już co się na mieście działo... gdzie władza marszałkowska nie była zdolną porządku utrzymać i często przez szpary patrzeć musiała, na bijatyki i kłótnie. Jedną z najznaczniejszych była pomiędzy czeladzią i dworem księcia Konstantego Wiśniowieckiego, brata Dymitra, którego ludzie zajęli kwatery, wprzódy pono przez litwinów zamówione.
Litwa bojownicza na miejsce przybywszy i dwory zastając zajęte, jęła się siłą i gwałtem Wiśniowieckich rugować, ci też za broń chwycili, i czoło im stawili, a bój się i walka wszczęła tak zajadła i krwawa, że zabitych z obu stron kilkunastu liczono, a rannych dwakroć tyle...
Rozerwano ich potem i zmuszono do uspokojenia — ale sprawa, inkwizycje i godzenie trwało dni kilka, które marnie strawiono dla tej waśni.
Przez cały ten czas my z poczciwym Szaniawskim razem przy osobie Hetmana zostawaliśmy. Widywaliśmy go w domu i w polu, między Senatorami i pośród przyjaciół, a nikomu z nas w myśli nie postało przyszłego króla w nim przeczuwać, tak spokojnym był, pogodnego oblicza, wesołym nawet... czy że dysymulować umiał doskonale albo w istocie nie myślał o koronie.
Przy stole, z gośćmi jeśli mówił to o Turkach, Chocimie, Soczawie, Kamieńcu i pilnej potrzebie ciągnięcia na nieprzyjaciela, dopóki by się go większe kupy nie zgromadziły i pozycij, nie zajęły mocniejszych.
Honory mu czyniono wielkie — ale te Hetmanowi należały, a jako zwycięzca, który traktaty Buczackie poszarpał, zasługiwał na nie.
Od niego też jednego odzyskania Kamieńca, odparcia Turków się spodziewano...
Wszyscy go jako tryumfatora na ręku nosili, co w Pacach tem większy gniew i zazdrość obudzało, bo było zarazem wymówką przeciw nim, którzy poniewoli tylko bili się pod Chocimem, a zaraz potem precz do domów pociągnęli, i niedali ze zwycięztwa korzystać. Sobieski im to głośno wyrzucał, a nie mieli się czem tłumaczyć.
Zazdrość była jawna, prywata brzydka. Jabłonowski, Lubomirski, wojsko całe wynosiło Hetmana, gdy ich nawet obronić nie było komu. Ztąd złość niewypowiedziana...
Na placu elekcyjnym unikano się wzajemnie, Pacowie świeccy i duchowni, dwu biskupów, kanclerz, hetman chodzili osobną gromadą. Patrzano na siebie z ukosa...
Na Litwie dosyć silni Pacowie przecież mieli i tam przeciwko sobie Sapiehów, z któremi Hetman stał dobrze i Radziwiłłów, — z któremi był spokrewniony przez siostrę. Siły więc nierówne były, lecz na warcholenie i zawichrzenie Paców stało.
Królowej wdowie Hetman należne uszanowanie okazywał, ale ona wiedziała dobrze iż go sobie pozyskać nie może, a samą Hetmanową nienawidziła... Trudno też było dla królowej wielki szacunek mieć, przypominając jak z królem nieboszczykiem żyła, jak teraz intrygowała, gotowa się sprzedać za koronę choć serce Lotaryngskiemu oddała.
Biskup marsylski Forbin, który tak bardzo się opóźnił z przybyciem, natychmiast wszedł z Hetmanem w stosunki ścisłe — ale żeby go miał popierać, lub z myślą tą jechać — nie może być. — Wiele zaś pomódz nie mógł, bo sam tu miru nie miał. Znajomych nawet ludzi, ani stosunków, a polecony był z Paryża, Hetmanowej i Sobieskiemu.
Wszyscy o pośpiech wołali i nie było dnia, żeby goniec nie nadbiegł od kresów naglący o obronę — Periculum in mora, wołano jednym głosem, a tu Neuburg i Lotaryngski tak stali, że gdyby na nich głosowano, na dwie prawie równe części podzieliłyby się wota, i zgoda nie możliwą była, bo żaden nie myślał ustąpić.
W ostatku szukając takiego na którego by się wszyscy zgodzić mogli, stawiono ks. Modeny, jako dobrego katolika, ale tego nikt nie znał i nic go zresztą nie zalecało. — Zaledwie o nim mówić poczęto, gdy ponownie wiadomość przyniesiono, że Tatarzy na Pokuciu plądrują.
Hetman a razem Marszałek, w ciągu ostatnich dni gdy już termin naznaczony dla Elekcyi upływał, niezmiernie był czynny ze swego urzędu marszałkowskiego, a gdy pod szopą do zbytku się zawieruszyło, stukając laską o ziemię dwa razy ją połamał...
My z Szaniawskim, gdy wchodził umieliśmy się wcisnąć pod szopę, i staliśmy słuchając u drzwi. Tak się nam też dostało jego przemówienie, to jest votum usłyszeć...
Z początku dosyć nieśmiało i cicho odezwał się z tem że Polsce potrzeba nie takiego wodza i króla, któryby się dopiero uczyć musiał, ale doświadczonego i dojrzałego; potem coraz głośniej i wymowniej za królem — żołnierzem przemawiając, — wotował za Kondeuszem...
Krótkie to przemówienie ogromne uczyniło wrażenie. Pomięszali się wszyscy, rozbity obóz francuzki na nowo się około tego imienia zjednoczył, — tylko Pacowie, nie chcieli go dopuścić.
Ze wszystkich stron ich adherenci nosić się z tem poczęli że Kondeusz znanym bezbożnikiem był, z kalwinem Radziwiłłem poufale przestawał, w piątki z mięsem jadał, z obrzędów religijnych się naśmiewał — a Ludwik król dla tego forytował go do Polski, aby się pozbyć z Francji.
Pomiędzy tymi co Kondeusza chcieli a Pacami i rakuskiemi stronnikami, w tych dniach do takiego rozdrażnienia przyszło iż można się było krwi przelewu obawiać.
My, jak w tęczę patrzyliśmy na naszego pana, ale ten tak był spokojnym a na oko chłodnym, jakby się niczego nie obawiał, gdy z przeciwnej strony po Pacach poznać było można iż w nich wrzało i kipiało.
Królowa wdowa, której zastępca Prymasa pomagał — trzymała dotąd za Lotaryngskim, który niemiał żadnej nadziei aby go wybrano... Pacowie szli z nią. Powiadano że do niej wysyłano poselstwo, ale to z niczem powróciło... Hetman i kanclerz litewski spodziewali się jeszcze Lotaryngskiego przeprowadzić, w najgorszym razie Neuburga — o Kondeuszu zaś ani słuchać nie chcieli.
Dano znać naszemu panu w porę że Pacowie ze swym kandydatem do koła pojechali... gdy po ogrodzie Kazimirowskiego pałacu z francuzkim posłem się przechadzał. Słyszałem jak się odezwał do biskupa.
— Bądźcie spokojni, ja też jadę do Koła, rakuszanina nie dopuścimy nigdy.
Siadł zaraz na koń i popędziliśmy na Wolę.
Nigdym miasta jeszcze nie widział w takim popłochu jak dnia tego, sklepy zamykano, w niektórych domach też wrota stały zaparte, żydzi się wynosili — kupy zbrojne zewsząd zdążały na Wolę, zdawało się że przyjdzie do starcia i krwi rozlewu.
Gdyśmy z Hetmanem i niewielką garścią przybyli pod Szopę, ruch między Litwą wszczął się taki, jak gdyby na raz i na naszych rzucić się chciała. Ale biskup Tzebicki zaintonował Veni Creator — i wszyscy musieli mu wtórować, a przez ten czas i poostygali nieco, rozważywszy co z rozruchu wyrosnąć może.
Natychmiast potem Województwa się rozdzielać poczęły i stawać pod chorągwiami, a Hetman przy ruskim się umieścił... obok przyjaciela swego Jabłonowskiego. — To była godzina rozstrzygająca i myślę że na nią Wojewoda liczył...
Podniósł tedy głos bardzo śmiało i wymownie, a nadewszystko gorąco, tak że i słuchającym serca się rozgrzały...
O Neuburgu mowy być nie może — mówił, Lotaryngski rakuskim jest kandydatem, niechcemy go... ja głosuję przeciw... — Przeciwko mianowaniu Kondeusza nie miałbym nic do nadmienienia, ale Kondeusz starym jest i zmęczonym, a nam potrzeba dzielnego i w sile wieku wodza... Kondeusz nie zna ani kraju, ani wojen naszych. — I po cóż bohatera tego szukać mamy za granicami naszemi, a do cudzych uciekać się Bogów, gdy w swojem gnieździe mamy jedynego człowieka, wodza który już dowody dał męztwa, rozumu i dzielności.
Przerwano mu wołaniem — Piast! Piast!...
Jabłonowski coraz gorącej ciągnął dalej zalecając już Sobieskiego... i przypominając zwycięzkie jego bitwy, Słobodyszcze, Pohayce, Chocim...
Ledwie mu dokończyć dano, tak wszyscy jednogłośnie wołać zaczęli...
— Vivat Piast, Vivat Joannes!
Patrzyłem się na niego, gdy się to działo — pobladł nieco, ale wnet odzyskał spokój i panowanie nad sobą. Prosił o głos... i odezwał się za Kondeuszem... dla aljansów i opieki mocarstw obcych — których Piast za sobą mieć nie mógł.
Ale przerwał mu kasztelan lwowski poważny mąż, i krótkie przemówienie zakończył.
— Palec w tem Boży widzę, wotuje za Sobieskim.
Za nim już jednych chórem zgodnym wołać poczęto okrzykując go, Aleksander Lubomirski w Krakowskiem, Czarnecki z Podlasiem, dalej województwa już wszystkie, a nawet wielka część Litwy Sapieżyńskiej i Radziwiłłowskiej — tylko Pacowie pociągnąwszy z sobą dwu Wiśniowieckich — krzyczeli za Lotaryngskim i królową Eleonorą, ale ani ich słychać było, ani słuchać chciano... — Znalazłszy się w bardzo szczupłej kupce, bo jeszcze im odpadło dużo w samym ostatku... utonęli prawie z uporem swoim nadaremnym.
Wszystkie te mowy, krzyki, radosne nawoływania się — spory, zabrały czasu do wieczora... Mrok padał już gdy Jabłonowski z Lubomirskim na biskupa Krakowskiego nalegać poczęli, aby okrzyknął króla, którego jednogłośnie obrano...
Tymczasem Sobieski obejrzawszy się postrzegł że Pacowie wszyscy z Wiśniowieckimi i wierną sobie Litwą z placu zjechali, nie bez celu...
Zabrał zaraz głos, i oświadczył że z urzędu swego marszałkowskiego, obowiązanym będąc do strzeżenia aby się prawu zadość działo, na ono ogłoszenie zgodzić się nie może, dopóki Litwa i ci co opór stawili, nie zostaną pozyskani... — Gdyby innej opozycij nie było, dokończył podnosząc głos — ja veto moje stawiam i niedopuszczę...
Za czem, gdy już mrok padał co raz gęstszy, wszyscy się z pola rozjeżdżać zaczęli, ale Hetmanowi towarzyszył orszak ogromny z okrzykami, a wszyscy go, mimo wzdrygania się jego, królem już zwali.
W kazimierzowskim pałacu, Hetmanowa już przez biskupa marsylskiego uwiadomiona o wszystkiem i pierwszy raz... Najjaśniejszą panią utytułowana, dowiedziawszy się że mąż nie dopuścił okrzyknięcia i z powodu Paców wszystko zwlókł, narażając elekcję swą na nieprzewidziane zmiany, — przyjęła go gniewem i wyrzutami.
Nie pochwalę się abym tam był, na to patrzył i słuchał, ale wiem z najlepszego źródła że między małżeństwem wszczął się spór żwawy i niemal kłótnia. Wpadła Hetmanowa z gwałtownością wielką na niego, wyrzucając mu że siebie, ją i przyszłość dzieci, jakiejś fantazij poświęcał... Słuchał dosyć zimny, z początku mężnie się opierając.
Powtarzały panny, które u drzwi słuchały, całą tę między małżeństwem rozprawę, w której i łez i gniewu i pogróżek zażywała Hetmanowa, a ci co znali ją i jego wiedzieli dobrze na czém się to skończyć musi, i że Sobieski w ostatku znużony, przeciwko przekonaniu ulegnie...
Tym czasem jednak zakończyło się pono tem iż Hetman powiedzieć miał do żony.
— Nie chcę aby mnie Pacowie tak na tortury brali, jak Praźmowski i my wszyscy męczyliśmy tego nieszczęśliwego Michała... — Pomsty Bożej się lękam, Paców znam, niechcę ich mieć przeciw sobie, życie nam zatrują. — Wyboru ani korony nie przyjmę, jeżeli się oni nie zgodzą...
Przez caluteńką noc, ani Hetman, ani żona szczególniej nie udała się na spoczynek, nawet chwilowy...
Przybiegali posłańcy z doniesieniami, wyprawiano listy, wszyscy byli na nogach, tak samo u nas jak na zamku, w klasztorze OO. Jezuitów, u Bernardynów i t. p. Pacowie na Pragę się cofnąwszy, tam obozem rozkładali, a słychać było że z wieczora jeszcze przeciwko Elekcij protest do Akt w imieniu Litwy zapisali...
Mnie dopiero później na to wszystko otworzyły się oczy — bo naówczas patrząc co się działo, wiedziałem tylko iż się panowie rozgorączkowywali, gniewali, występowali, — alem sprężyn tych machinacij nie dopatrzył. W istocie zaś wojna to była, pomiędzy Kanclerzyną Pacową, z królem francuzkim spokrewnioną, dumną i ambitną jak Hetmanowa, a nią, która po Maryi Ludwice energję jeśli nie rozum i przebiegłość odziedziczyła.
Dodawszy do tego królowę Eleonorę, która Prymasem i obozem rakuskim władała i nim się posługiwała, — choć mężczyzni walczyli z sobą, — wojna była kobieca...
Jam też tej nocy dla mnie pamiętnej, nie wyszedł bez szwanku...
Posłano mnie do pana Wojewody Krakowskiego z kartką, od którego powracając, wstąpiłem do winiarni francuzkiej, w której świeciło się, bom i głodny był i spragniony.
Tu ledwie się do kubka docisnąć było można, taki tłok i gąszcz ciasne izdebki napełniała.
Jeszczem po winie gęby nie otarł, słyszę za sobą, na stole stojącego oratora, który wrzeszczy w niebogłosy...
— Co wy mi Hetmana Sobieskiego zalecacie? Sławicie jego zwycięztwa, albo to światu nie wiadomo zkąd jego moc i bogactwa pochodzą? Od wszystkich brał, gdzie tylko urwać było można... Płacili mu Turcy, płacił Neuburg, sypał Kondeusz... albo to nie cudowna rzecz, że gdy mu kto zawadzał, to go nagle choroba sprzątała... Zapytajcie z czego zmarł król Michał i kto mu upiekł tę cyrankę, która go zadławiła? kto sprzątnął Prymasa, gdy niewygodnym stać się mógł...
Mnie słuchając krew buchnęła do głowy... i drżącą ręką szabli dobywszy, z krzykiem się rzuciłem na stojącego a perorującego ze stołu szlachcica, któregom na ziemię ściągnął...
W izbie ciasnota była wielka, ludzisków różnych kupa, jedni za mną, drudzy za obalonym stawać poczęli... Ja już spełna nie wiedziałem ani co czynię, ani na co się ważę i ledwie się podniósł z ziemi orator, z szablą na niego wpadłem.
— Bij się, szelmo!!
Zaczęto nas rozrywać nadaremnie, bo mną taka złość miotała, taka jakaś siła wstąpiła we mnie, żem się i dziesięciu nie dał, a Litwina Suszkę, który tak przeciw Hetmanowi bluźnił, po łbie raz i drugi ciąwszy, — byłbym dobił, gdyby mnie gwałtem nie oderwano od niego...
Nie czułem tego nawet że sam też cięty w ramię ranny byłem i nie opamiętałem się aż w ulicy, bo mnie poznawszy niektórzy uprowadzili poniewoli właśnie gdy się litwa mścić za Suszkę zabierała...
Tum się dopiero obejrzał że mi ciepło w rękawie, ale że ręką władać mogłem — nicem sobie z tego nie czynił, i ledwie chustką zawiązawszy, pospieszyłem do kazimierowskiego pałacu...
Alem już do Hetmana samego z odpowiedzią pana Wojewody nie mógł dostąpić, bo przy świetle się okazało żem cały był krwią własną i ranionego umazany, a we łbie mi się też kręciło i padłem na łóżko jak martwy.
Dopiero nierychło, gdy Hetmana Felczer żyd nadszedł zawołany i ranę opatrzył a mnie orzeźwił, do zmysłów przyszedłem...
Tłumaczyć się z tego co się stało niepotrzebowałem, bo Michałowski, dworzanin też Sobieskiego świadkiem był w winiarni całego zajścia i powodu jaki miałem, ujmując się za cześć pana.
A choć tej nocy zasnąć prawie czasu nie miał, przyszedł Hetman sam do mnie.
— Bóg zapłać, Polanowski, rzekł pochyliwszy się nademną — ale powinieneś wiedzieć że psie głosy nie idą pod niebiosy, a w takiej kupie ludzi nie porywać się jednemu z szablą... Łaska Boża że cię nie rozsiekali.
Na co ja mdłym głosem odparłem.
— Człowiek niepoczciwej potwarzy słuchając pomiarkowania niema...
A Hetman uśmiechając się, bo już mu spieszno było — odparł tylko.
— Janasz powiada że was rychło wykuruje, tym czasem leżeć spokojnie...
Rad nie rad w tej godzinie, gdy mi najgoręcej się chciało, patrzeć i słuchać zamknięty w dusznej izbie, przykuty do łóżka męczyć się musiałem i polewką mnie karmiono, a wściekły głód męczył...
Szaniawski mi wiadomości wszelkie do poduszki przynosił...
— Nie stało by nas wszystkich ilu jest przy Hetmanie, — powiedział — gdybyśmy za francuzką się ujmować chcieli... On jak on, ale ona się ma z pyszna, aż uszy więdną. Odgrażają się że choćby królem obrany został, co pewno nastąpić musi — jej koronować nie dopuszczą...
Ale o tem ja i wszyscy wiedzieli zdawna, że krom rozkochanego w sobie małżonka, Wojewody ruskiego, którego sobie starała się pozyskać, kilku osób do rodziny należących, miłości nie miała u nikogo, ani się też ją pozyskać starała.
Zrażała dumą, mało powiedzieć królewską — bo się za bóstwo jakieś miała, a czci dla siebie wymagała nadzwyczajnej. Rzadko ją widzieć było można z wypogodzonem obliczem, rzadziej jeszcze od niej dobre słowo posłyszeć. Jak się czasem z mężem obchodziła, któremu wszystko była winna, choć się jej zdawało, że on jej wszystko zawdzięczał o tem tylko my domownicy wiedzieliśmy.
Hetman to wszystko z niewymowną łagodnością i słodyczą znosił.
My, obcy nie obdarzeni taką świętą cierpliwością jak on i nie wdrożeni do ulegania, nieraz patrząc i słuchając zaciskaliśmy pięście mrucząc — Aj dałbym ja ci dał!
Od Szaniawskiego tedy wiedziałem jak Hetmanowa, nie zważając na to co mąż mówił i zamierzał niesłychanie była czynną z jednej strony, z drugiej Pacowa i królowa — i co na nie wszystkie wygadywano, szczególnie na piękną Hetmanowę, której faworom dla wojewody ruskiego przypisywano że on za Sobieskim głos podniósł.
Oprócz niego Aleksander Lubomirski i książe Michał Radziwiłł i wielu innych elekcją Sobieskiego gorąco popierali pomiędzy senatorami, bo u szlachty i tak miał mir wielki, jako dzielny żołnierz i dowódzca.
Pani Hetmanowa zaś obietnice przyszłych łask w rozdawnictwie wakansów nie szczędziła i oprócz tego samej rzeczypospolitej chciała od męża więcej pono przyrzekać, niż to na co fortuna jego starczyć mogła.
Gdyby nie Szaniawski, który o mnie pamiętał, następnego dnia bym był mógł z głodu zdechnąć i wszyscy by o mnie zapomnieli takie było w pałacu zamięszanie, latanina, niepokój, — przybywanie ciągłe gości rozsyłanie na wszystkie strony taka jeszcze, pomimo wyboru, niepewność co z niego wyniknie.
Hetman król wszystko to z wielkim znosił spokojem, ale co się z nią działo i że przeżyła tę gorączkę — ludzie się wydziwić nie mogli, bo na przemiany to się radowała to desperowała, odgrażając że się z Polski wyniesie, że znać jej niechce, jeżeli dozna sromoty... — Do biskupa Krakowskiego, do wojewody ruskiego, biegały a biegały posły.
Pacowie tym czasem na Pradze osobnym obozem stojąc obliczali się ze swojemi siłami, ale te okazały się za szczupłe aby mogli wydać wojnę. Wdał się w pośrednictwo marszałek Połubiński, jeden z Ogińskich. Pozyskano biskupa Wileńskiego, — i w końcu mięknąć poczęli, choć Kanclerzyna upokorzona — rozpaczała..
Już tego dnia by był biskup rad nie rad, mimo nalegań i prośb królowej wdowy ogłosił Jana królem, ale Sobieski wbrew żonie, wbrew wszystkim oświadczył iż korony inaczej nie przyjmie tylko jednogłośnie i zgodnie ofiarowanej, — nemine contradicente, jak prawo chciało..
Nie powątpiewano już tej nocy że nazajutrz okrzyknięty zostanie królem i Szaniawski mi relację z tego zdał że w mieście i na Woli radość, ognie, strzelania i śpiewania, a pijatyka aż do rana bywały.
W pałacu znowu mało kto mógł zmrużyć oko, bo spokoju nie było ani w kuchni, ani w stajniach ani na pokojach. Hetman tylko nad ranem poszedł do łóżka, gdy sama ona listy dyktowała i rozsyłała.
Tu mi się godzi wspomnieć o moich nieszczęśliwych z panną Felisią stosunkach. Jużem ją znał, i każdego dnia lepiej, wiedziałem że płochą była a wedle wzoru pani swej i opiekunki postępowała we wszystkiem, ale na co człowiekowi rozum się zdał, gdy nim passja owładnie.
Wszyscyśmy z królewskiej powolności dla żony szydzili, a jam słowo w słowo takim był dla tej dziewczyny jak on dla swej Marysieńki. Robiła ze mną co chciała, z nieba mnie do piekieł strącając i z otchłani dzwigając jednem paluszka poruszeniem.
Nie wiele ją to kosztowało, tak słabym byłem dla niej.
Dopóki nic się jej lepszego nie stręczyło, bywałem i ja dla niej dobry, uśmiechała się, — podarki przyjmowała, rączki do pocałowania nie broniła — a no trafił się ktoś pokaźniejszy a spojrzał na nią i okazał jej że mu obojętną nie była, szedłem w kąt i znać mnie nie chciała.
Naówczas poprzysięgłem sobie iż nie spojrzę na nią nawet i zbliżałem się do Skorobohatej, która była dobrego serca dziewczęciem, szczerze mi sprzyjającem.
U Felisi nie trwało nic — po mnie raz wstąpił w łaskach niejaki Bartkowski herbu Świnka, którego my całą Świnią przezywaliśmy, bo otyły był i ciężki, ale za bogatego uchodził. Ojciec jego starostwo miał i za króla Michała dla syna prawo następstwa sobie wyrobił, jus comunicativum.
Zawsze więc już jam mu nie mógł sprostać.
Ten pono nie długo w jej sercu gościł, jeżeli tę gospodę sercem się zwać godziło.
Nastręczył się przy Jabłonowskim będący młody i ładny chłopak, wojskowo służący Kostecki — który oszalał niemal dla niej..
Na mnie więc ani patrzeć nie chciała, ale za razem francuz inżenjer świeżo z Francji przybyły zjawił się na naszym dworze i przylgnął do niej.
Kostecki się o tem dowiedziawszy że panna z nim po ogrodzie przy pałacu, który rozległy był i bardzo piękny, wieczorami sam na sam długie odbywa przechadzki — odstręczył się i porzucił. Francuza Hetman wyprawił do zameczków, które chciał mocniej opatrzeć, Bartkowskiego też gdzieś nie stało, — mogła przyjść znowu kolej na mnie.
A było to właśnie pod ten czas gdym leżał ranny.
Zdziwiłem się mocno z Ochmistrzynią starą widząc ją wchodzącą do mnie... Byłem sit venia verbo, tak głupi, żem to wziął za dobrą monetę, za dowód jej serca litościwego i na nowo rozgorzałem. Szaniawski nie chcąc mnie martwić, z tem o czem wiedział, zamilczeć wolał.
Panna usiadłszy na chwilę, — jako towarzyska Ochmistrzyni nie wiele mówiła, ale się uśmiechała i okazywała taką miłą dla mnie, iż mi mogę powiedzieć, sił i zdrowia dodała.
Chociaż i inne osoby do naszego dworu należące odwiedzały mnie też z kondolencjami, z powodu żem dla czci królewskiej cierpiał — bytność u mnie panny Felisi wziąłem za szczególny dowód jej łaski. — Znowu mi głowę zawróciła.
Rana moja nie była niebezpieczną, ale się goiła powoli i mnie trzymała między czterma ścianami właśnie podówczas kiedy było najwięcej do słuchania i widzenia.
Szczęściem że dobrzy przyjaciele Szaniawski i Morawiec, na przemiany przychodzili i przynosili co który posłyszał. Morawiec zaś, choć na to nie wyglądał, z cicha pęk — niezmiernie umiał zręcznie chwytać w powietrzu plotki i podglądać a podsłuchiwać.
Przez te dni przyszła królowa chodziła w gorączce, bo wdowa po Michale, która naprzód z Lotaryngskim chciała panować, potem gotową była francuza poślubić, naostatek teraz z pomocą Paców powzięła szaloną myśl, aby Sejm Sobieskiemu kazał się z żoną rozwieść, a ją poślubić.
Ukrywano to przed Hetmanową, ale przed nią żadna się intryga utaić nie mogła. Trzeba było widzieć jej wściekłość gdy się dowiedziała o tem!!
Próżno Hetman klęcząc z palcami złożonemi poprzysięgał jej, że prędzej się korony zrzecze, niż sobie warunek taki da narzucić, ona sama z siebie miarkując, nie uspokoiła się dopóki naostatek Pacta Conventa nie zostały spisane i poprzysiężone. Dopiero się uczuła panią — a że zemstę na wszystkich tych co przeciwko niej stawali — do póki żywota wywierać postanowiła... O tem i mówić nie potrzeba.
O każdym kroku królowej wdowy wiedziała Hetmanowa, bo za nią i do Bielan i do Częstochowy słała swoich — a nie odetchnęła aż Te Deum odśpiewano i Jana uroczyście królem okrzyknięto.
Od tej chwili poczęło się można powiedzieć panowanie jej nad Rzeczpospolitą całą z wyjątkiem nieprzyjaciół którzy jej przebaczyć nie mogli tego nadzwyczajnego szczęścia i których ona też nienawiścią ścigała do końca. Była zawczasu już dumną i wymagającą czci i hołdów — teraz wszelką miarę straciła i baczność. — A że jej kłaniano się, padano przed nią, że najwięksi panowie, książęta, duchowieństwo dla męża ją szanowało — a wedle naszego obyczaju uniżenie bardzo się zachowywało... musiało ją to upoić.
W życiu mojem to zawsze postrzegałem w narodzie naszym, że — jedno z dwojga, albo się uniżał i korzył, padając do stóp i całując nogi, — albo stawał się zuchwałym i grubjańskim. Środka między temi krańcami, mało kto się trzymał... Królów zaś u nas, nawet rokoszanie wenerowali.... jako pomazańców bożych...
Razem z panowaniem przyszła królowa musiała rozpocząć wojnę, nie, jak mąż z Tatarami i Kozakami, ale z Kanclerzyną i mnóztwem zazdrosnych a dumą jej obrażonych.
Wedle zwyczaju odwiecznego, powinien był odbyć się teraz pogrzeb nieboszczyka króla i obojga królestwa koronacja, ale tę musem było odłożyć, bo wojna się odkładać nie dała, a Sobieski może też myślał że się umysły uspokoją i przejednają — bo mu donoszono iż nieprzyjaciele koronacij królowej przeszkodzić się gotowali, a przynajmniej wywołać burzę i dumną kobietę upokorzyć.
Zaledwie Te Deum odśpiewano, gdy już przyszła królowa, wraz z posłem francuzkim i swojemi przyjaciółmi i przyjaciółkami tak czynnie się krzątać poczęła około rozdawnictwa urzędów, starostw i wszystkich tych jakiemi król rozporządzał — że sobie wrogów namnożyła bez liku.
Trzeba ją było widzieć pod ten czas, naprawdę swem szczęściem i potęgą upojoną, dwakroć dumniéjszą i kwaśniejszą niż kiedykolwiek była, mściwą — rozkazującą — despotyczną i nie szanującą nikogo. Jedni tylko posłowie obcych mocarstw, Nuncjusz szczególniéj i biskup marsylski byli wyjątkami — bo dla nich pewny respekt miała — obu ich potrzebując, co od innych — nie oszczędzała nikogo.
Można sobie wyobrazić ile nienawiści, sarkań, gniewów obudziła przeciwko sobie. Z kobiet nawet te z któremi dawniéj w przyjaznych była stosunkach, wszystkie zrażone się od niéj cofnęły i jawnie lub skrycie poprzechodziły do obozu nieprzyjacielskiego.
Król zaś, wyjąwszy gdy szło o wojsko i obronę granic, we wszystkich innych sprawach, ślepo jéj był posłuszny. Gdy się w czem oparł, dąsała się, zamykała, niewpuszczała go do siebie, nie dawała rączki dotknąć i w końcu wymogła co chciała.
W rozdawnictwie urzędów, — musiał Sobieski, choć ze wstrętem dopuścić aby zaprowadzony za Władysława i Kazimierza system, który Marja Ludwika do końca utrzymywała, — nie został zmieniony.
Wiadomem było że za wszystko sobie francuzka płacić kazała — a wychowanica jéj natychmiast przejęła ten obyczaj, o czem król choć wiedzieć niechciał, ulegał i milczał. Zwało się to porękawicznem, było niby podarkiem dobrowolnym — ale się targowano, jak na jarmarku, kto da więcéj i na zasługi nie zważano wcale, tylko na zapłatę.
Nigdy to nawet tajnem i tajonem nie było, w początkach ostróżniéj, potem śmieléj oferty się czyniły — a ten co zapłacił głośno mówił co królowéj dał.
Ztąd wszędzie, nawet po miejscach publicznych paskwilusze i urągowiska rosły, ktoby chciał za wszystkie się ujmować i rąbać, prędko by go nie stało.
Trąbiono o tém po mieście, ale że obyczaj ten wprzód nastał niż Hetmanowa królową — było się czem zasłonić — że tak zawsze się praktykowało.
Mnie ręka porąbana, choć rana się zdawała mało znacząca, nie dawała jeszcze w świat wyjść — nosiłem ją na opasce, — niechciała się goić, a władnąć nią nie mogłem.
Matka moja, która dla gospodarstwa i interesów oddalić się z domu nie mogła — pisała a pisała żądając abym dla kuracij i spoczynku na wieś do niej jechał — a mnie tu ta niepoczciwa Felicja przykutym trzymała, tylkom się wymawiał przed jejmością doktorami, o których tu łatwiéj było.
Tymczasem dwora naszego liczba urosła, ludzi przybyło i coraz poważniejszych, — więc i moja łaska u francuzki coraz zaczęła mniéj się okazywać. Powrócił naprzód ów inżynier, który nad Prutem i Dniestrem zameczki opatrywał, — i myślał że dawne swe prawa odzyszcze, ale tu znalazł przy pannie, oprócz mnie kaleki, com się nie liczył — drugiego francuza też ze dworu biskupa Marsylskiego, i jednego polaka na przyprzążce.
Ja póki z izby nie wychodziłem, i nie patrzałem na to, o czem mnie poczciwy Szaniawski niechciał informować oszczędzając umartwienia, o niczem nie wiedząc najlepsze miałem nadzieje, ale raz pierwszy siadłszy znowu u marszałkowskiego stołu — gdzieśmy razem jadali, przekonałem się iż abszyt dostałem, a o dziewczynie płochéj nie było co i myśleć.
W początku o małom się z téj aprehensyi nie rozchorował na dobre — alem na koniec przemógł się i postanowiłem na czas jakiś do matki zjechać, aby Felusię z oczów stracić.
Zameldowałem się więc z rana, gdy się oddziewał król, który o mnie dobrze pamiętał, zobaczywszy mnie zawołał rękę postrzegając na chuście.
— A cóż to waść jeszcze nie wydobrzał! nie mówiono mi o tém nic — przecież staranie o tobie mieli?
Pokłoniłem się dziękując i prosząc o dozwolenie pojechania do matki.
— Jedź rzekł Sobieski, ale młodemu się na wieś zakopywać nie życzę. Wieś nie ucieknie, a młodość drogą jest. Ja o waszmości pamiętać będę, i czy przy dworze, czy w wojsku miejsce się dla was znajdzie.
Kazał mi dać wiatyk, choć skromny, którego przyjęcia odmawiać nie wypadało, i tak francuzki nawet żegnać nie myśląc, zaraz się do podróży sposobić począłem.
Ale dziewczyna była jak młoda tak już dobrze wyedukowana — więc choć miała podostatkiem wielbicieli i mnie puścić nie chciała, a manewrowała tak żem z nią mówić musiał, a zalotne jéj wejrzenie wziąć z sobą do Połonki do domu..
Wiedziałem bardzo dobrze iż na nią rachować, na lodzie budować było, ale czy pasja rozumuje!
Jechałem precz z taką w sercu tęsknicą, jakbym tu największe szczęście porzucił.
Dopiero gdym się w znajomych okolicach, a zbliżać począł do gniazda, serce się poruszyło i zapomniałem o wszystkiem myśląc tylko o matce, którą widzieć miałem, i o Julusi i o domu...
Coraz pospieszając, bo mnie teraz coraz mocniéj ciągnęło do swoich, nocą przybyłem do Polanki, gdy już wszystko spało. — Co za radość była, aż do łez, jakie witanie — ile uścisków, co pytań?! niepotrzeba pisać!
Matkę znalazłem trochę postarzałą i jakby zmęczoną, Julusię znacznie wyrosłą, a największą niespodzianką było dla mnie żem i Michała zastał, któremu ojcowie, w towarzystwie drugiego starszego kleryka, na parę dni do domu przybyć dozwolili. Bóg wie czybym go gdzieindziej był poznał, tak się z twarzy, ruchów, obyczaju, w głosie nawet i całéj postaci odmienił.
Spoważniał bardzo — alem go nie znalazł smutnym, a gdym we cztery oczy pytał czy mu dobrze było i czy z wyboru stanu zawsze był rad, odpowiedział mi że zupełnie się czuł szczęśliwym.
Matka się skarżyła, że jéj gospodarstwo, interesa i wychowanie Julusi trochę na lata jéj przychodziło za ciężko..., ale do pozostania w domu mnie nie namawiała, powiadając że powołania słuchać należało, do czego komu Bóg dał ochotę.
Nieprzyznałem się przed nią, ani nawet przed Julusią do tego, że gdyby nie owa przeklęta francuzka, która mnie oczarowała oczyma bazyliszka — pewniebym był na wsi pozostał.
Jak się tylko w sąsiedztwie dowiedziano iż dworzanin króla JMci, przybył w odwiedziny do matki, drzwi się u nas nie zamykały, tak wszyscy ciekawi byli odemnie dowiedzieć się o elekcij i o tem co się w Warszawie działo. Na prowincij z wyboru wszyscy byli radzi, na Hetmanie nadzieje wielkie pokładano, a o królowéj to mało co kto wiedział, tyle tylko że francuzką była, a to za nią nie mówiło, bo Marją Ludwikę pamiętano, która miłości nie miała — choć pono od téj nowéj królowéj daleko była lepszą.
Czas mi tu zszedł do jesieni, mogę powiedzieć piorunem, zasłyszałem i Szaniawski mi doniósł, że król się na odzyskiwanie Ukrainy i przeciwko tatarom a turkom wybierał. Chciałem i ja ztąd pospieszyć wprost do niego, czy do Lwowa, czy do Żółkwi, lub gdziebym o nim zasłyszał, ale ręka się uparcie jątrzyła, mimo balsamów i plastrów, które matka na wagę złota przepłacając sprowadzała.
Śmiech powiedzieć dopiero gdym te leki porzucił, a prostą babę przywołano, która ranę obmyła i jakieś ziela zgotowawszy niem mi okładać zaczęła rękę, — prędzéj ognia się pozbyła i goiła.
Ale pomimo to, i jesień i zimę przebyłem przy matce, tak że dopiero w r. 1675 mogłem się na nowo wybrać do króla na służbę.
Ręka była zabliźniona zupełnie, a jednak mi w niéj pozostała jakaś sztywność, któréj długo się nie mogłem pozbyć.
Przez cały ten czas, wierny mi przyjaciel Szaniawski regularnie pisywał, a choć listy, różnemi drogami przychodziły nie rychło — miałem ciągle wiadomości odedworu. Donosił mi że Felicja zawsze adoratorami chodziła otoczona, ale że w coraz większych była u królowéj łaskach, więc nie bardzo na kogo patrzeć chciała, coraz wyżéj nadziejami sięgając. Królowa się nią posługiwać lubiła, bo jéj myśli odgadywała, a u nóg leżała pokorna... i wprost adorowała ją jak bóstwo.
Zarazem jednak w fraucymerze królowéj nienawiść ku niéj była wielka, bo nikomu nic dobrego nie wyświadczyła, a donosiła i zniechęcała panią od swoich towarzyszek.
Jako się tedy postanowiło, żem powrócić miał na usługi do króla, tak się spełniło. Na nowo tylko wóz, konie i wszystkę moją wyprawę matka opatrzyła, aby mi na niczem nie zbywało i żeby się mnie pan pułkownik Polanowski nie wstydził. Wziąłem też jednym koniem więcéj i jednym pachołkiem, tak że z wyrostkiem miałem ich trzech do posług, — a więcéj nie było potrzeby.
Już na samem wyjezdnem Szaniawski mi dał znać, że król sobie życzył, abym wprost do niego do obozu przybył, gdy ja dla francuzki téj nieszczęśliwéj spodziewałem się zostać przy królowéj. Nie twierdzę tego zapewno, ale Szaniawski, który mnie oderwać chciał od tych niezdrowych amorów, jak on je nazywał — przyczynił się może do tego, abym jéj nie mógł widywać zbyt często...
Z listów dorozumiewałem się tego co mnie spotkać miało przy królu.. Nie ukoronowanego jeszcze prześladowały intrygi, i nawet na życie czyhano, o czem mało kto wiedział, bo sprawa uduszona została, ale to pewna, że mu truciznę gotowano i że podczaszego oddalić musiano.
Na Paców cała rzeczypospolita za nową zdradę oburzoną była, gdyż tak jak z pod Chocima, tak znowu z Ukrainy od króla precz odeszli, samego zostawiając... Hetman jednak zmiarkował wkrótce potém że nienawiść powszechną ściągnął na siebie, bo mu publicznie imieniem zdrajcy w oczy ciskano. Pacowie w rakuską opiekę ufali, a królowa Eleonora w Toruniu siedząca spiskowała...
Powtarzano powszechnie jakby Sobieski Wojewodzie ruskiemu miał to często powiadać.
— Los Michała i mnie nie minął, mści się opatrzność za to cośmy mu dali cierpieć!!
Jakem króla znalazł, gdym powrócił do niego, opowiedzieć mi trudno — męczennikiem mi się zdał i chwilami rozpacz go ogarniała...
Wojska przy nim nie pozostało nad kilkanaście tysięcy, kozactwo, tatarowie i ogromna siła turecka w części niszczyła już kraj, a więcéj jeszcze zagrażała mu zawojowaniem. Zdradzany przez swoich, pomimo największych ofiar, największych wysiłków Sobieski wątpił już azali podoła nawale...
Prawda, że Paca odejście nawet Litwę przeciwko niemu tak podniosło, iż musiał króla przebłagać i naprawić co zawinił, chociaż teraz to trudniéj przychodziło, bo nieprzyjaciel miał czas wzmódz się w siłę. — Sobieski, który się spodziewał jako zwyciężca dopiero sięgnąć po koronę, — zawiedziony w nadziejach, niemal do szaleństwa był doprowadzony. Nigdym go też niewidział czynniejszym i tak niezmordowanym.
W sierpniu już Lwów był zagrożony, — król miał wszystkiego kilkadziesiąt tysięcy żołnierza, Litwę w to licząc, a Naraddyn, który już pode Lwowem leżał, poprzedzający Ibrahima Paszę, nierównie wielmożniejsze prowadzącego zastępy, sam czterdziestu tysiącom dowodził.
Gdyśmy do Lwowa z królową i całym dworem przybyli, już jedno tylko z ust Sobieskiego słyszeć się dawało — albo tu paść lub zwyciężyć...
On też jeden w początku męztwo okazywał i w Bogu nadzieję, a niemi drugich natchnął, bo gdybyśmy przybyli do miasta, tylko łzy i narzekania słychać było, a kto mógł uchodził precz... Dopiero gdy go ujrzano krzątającego się, ciągle na koniu, działa rozstawującego, wojsko opatrującego, a pogodne okazującego oblicze — duch też wstąpił i w wojsko i w mieszczan.
Na dwa dni wprzódy nimeśmy pod murami turków nadciągających ujrzeli, łuny stały do koła po całych nocach aż strach i groza patrzeć było...
Sobieski z góry to zapowiedział, że byle się turcy ukazali, niedając im obozem się położyć, natychmiast na nich rzucić się musi. — Wszystko to tak przygotowanem było, ażeby Nuraddyn większych sił niż wistocie były, miał wyobrażenie. Dla tego jak pod Zbarażem i Beresteczkiem, użyto fortelu, iż kopijników lance i proporce osobno w zaroślach zatknięto, przestrzeń niemi znaczną zajmując, która zdala jak wojskiem osadzoną się wydawała...
Przed wyciągnięciem z miasta, w kościele OO. Jezuitów król, królowa, hetmanowie, starszyzna, pułkownicy przed obrazem ś. Stanisława Kostki modlili się ze łzami...
Patrzyłem na Jana wówczas, alem na jego twarzy tylko zapał i niecierpliwość widział. Wprost z kościoła, żonę ze łzami w oczach uściskawszy, Fanfenika całując — konia dosiadł.
Choć to było w końcu sierpnia, ale dzień burzliwy i straszna zawierucha z gradem i śniegiem nas poprzedziła... gdy turcy zaledwie się rozkładać mieli.
Sroga ich mnogość stała przed nami, tak że przy pierwszem starciu jazda nasza złamać się dała, ale król przyskoczył sam wołając.
— Albo niech mnie ubiją tu, lub zwyciężyć musiemy! Naprzód!
Próżno go jako wodza i króla powstrzymywać chciano, żołnierzem był tylko w téj chwili — ani Radziwiłł, ani Lubomirski, ani Pac, którzy go odciągli, niemogli nic... — Puścił się na czele pułków, a to tak wojsko całe zapałem wielkim przejęło, iż z góry runęło impetem okrutnym na turków, którzy go nie wytrzymali...
Kto zna sposób ich wojowania wie to, że raz złamani, gdy, wedle wiary swéj, widzą w tem rękę przeznaczenia iż ginąć mają, już się nie opierają. Dla tego popłoch na nich rzucić pierwsza rzecz, bo z lasem walczyć nie umieją.
Jak skoro tył podali, już było tylko ścigać i zabijać — chociaż — na oko samo, bo liczby turków dokładnéj nie znał nikt, było ich pewnie trzykroć tyle co nas — a uchodzili tak ścigano i zabijano po drodze, że ich ranek następny o osiem mil ode Lwowa zastał.
Nikt tak dobrze charakteru muzułmanów, sposobu wojowania ich nie znał jak Sobieski i to mu dawało wielką wyższość nad innymi wodzami... — Zapobiegł aby się do kupy zebrać nie mogli, kazał ścigać pojedyncze oddziały, a gdy raz zwycięztwo na naszą pochyliło się stronę, już wiernie nam służyło... Dopiero i duch i męztwo i ufność w siebie powróciły.
Muszę też to przyznać wszystkim, których w boju przy królu widziałem, że, niewyjmując francuzów, dzielnie się i z męztwem niewypowiedzianem, wzorem króla — potykali. Biskup Marsylski Forbin, na com patrzał, dwa konie miał zabite pod sobą, a kawaler de Maligny, nikomu się wyprzedzić nie dawał. Powziąłem respekt dla narodu tego, o którym dotąd z samych kobiet sądząc, cale inne miałem wyobrażenie.
O sobie tego powiedzieć nie mogę abym kontent był, bo mi ta ręka przeklęta — jeszcze słaba nie dawała być czynnym, iżem stał a patrzył, a serce mi się w piersi tłukło jak młotem. Zrywałem się z koniem nie jeden raz, aż mnie Szaniawski za cugle chwytając strzymywać musiał. A jak całe życie do guzów i ran miałem szczęście wielkie — iż mnie nigdy nie mijały, gdziekolwiek ich napytać było można, tak i pode Lwowem, choć stałem na boku za dworem, kula mi skroń drasnęła i skórę zdarła — z czego tylko śmieliśmy się i plaster zaraz położony przez parę tygodni ze mnie bohatera czynił. Kula snadź słabą była, bo się po kości ośliznęła, za co panu Bogu niech będą dzięki.
Cudem było żeśmy się nawale turków opierać mogli, ale króla rozpacz ogarniała że mu Podhajce wzięto i spalono, a Ibrahim szedł na Trębowlę, choć zamek z położenia samego bronić się i trzymać obiecywał..
O tem oblężeniu Trębowli siła się nasłuchałem rzeczy sprzecznych i do wiary niepodobnych, ale to poświadczyć mogę iż niedarmo Chrzanowskiéj żonie dowódzcy przypisują iż się turkom oparła, aż król z odsieczą nadciągnął. Wistocie ona nietylko na zamku czuwała — mężowi dodawała męztwa — ale sama z pistoletami na czele oddziałów jeździła na wycieczki i tak się potykała odważnie, że ją najstarsi żołnierze podziwiali — niewiasta była godna mężczyzną się rodzić.
Gdyby nie ona byłby Trębowlę ten sam los spotkał co Zbaraż, który tchórząc, zabiwszy Dezotela francuza, tam dowodzącego turkom zdali, w nadziei że ich oszczędzi.
W Trębowli też schroniona uboga szlachta i osadnicy z okolicy już się zmawiali zamek poddać, ale im Chrzanowska zagroziła że wpierw w powietrze zamek wysadzi, niżeli dopuści poddania.
Chrzanowskiego późniéj za to Sejm uszlachcił, bo chociaż żonę szlachciankę miał, rodem z Kurlandij (von Fresen) — sam prostéj kondycij człowiekiem był...
Chrzanowska turkom tak się dzielnie opierała że do wściekłości ich doprowadziła, bo i dział mieli dosyć, i ludzi podostatkiem, a przecież zamku nie dostali, a gdy o królu zasłyszeli, tak się ulękli że od oblężenia ustąpili, uchodząc ku Kamieńcowi.
Ale nie pospieszyli się oddalić i przez rzekę przeprawić gdy król na nich wsiadł i bitwę stoczył krwawą, która dla nas szczęśliwie się skończyła, bo turcy od niewolników zasłyszawszy o królu, nie czekając reszty, na pobojowisku zostawując kilka tysięcy trupa odciągnęli pod Kamieniec.
Samo imie Sobieskiego już starczyło aby ich trwogą przejąć i precz odegnać, tak że Ibrahim aż za Prut i Teret się przed nim cofnął.
Pan Bóg mu błogosławił i Polskę przez niego z wielkiego uratował niebezpieczeństwa, chociaż nie było końca na tem, bo Kamieniec został w ręku turków, a odwet w którym się kusić musieli, zagrażał. Ale król przynajmniéj wytchnąć mógł i na nowe zdobyć się siły.
Ja z rozkazu pana, z listami jego do Żółkwi go wyprzedzić musiałem, gdzie zwyciężcę już po całym świecie wysławionego, posłowie mocarstw obcych powitać mieli, — chociaż on pewnie mniéj to sobie ważył niż ucałowanie rączek najukochańszéj Marysieńki, za którą jak tęsknił, jak do niéj posyłał, jak jéj listów żądny był, tego ja wypowiedzieć nie potrafię.
W Żółkwi znalazłem królowę, jeżeli to być mogło, teraz jeszcze nowemi męża tryumfami i sławą jego, po całym świecie rozniesioną — dumniejszą niż przedtem była. Przystąpić do niéj było trudno, takiego bałwochwalczego poszanowania wymagała, a w pojęciu swoim na świecie całym chyba równéj jéj nie było. Kto chciał u niéj, niełaskę ale bodaj wejrzenie łagodniejsze pozyskać, musiał padać, czcić i wenerować, jako dawniéj poganie czcili swe bóztwa i okadzali.
Nie było jednéj z pań, krewnych i najdostojniejszych naówczas niewiast, z którą by w zgodzie wytrwała, a w końcu się nie skłuciła — że od niéj uciekać musiały. Nikt z nią nie mógł wyżyć, krom tego nieszczęśliwego męża, a i ten cierpiał więcéj niż się rozkoszą napawał...
A co to był za człowiek!! Gdyby nie ta jedna jego słabość dla żony, która wcale miłości warta nie była i mówiła czasem mu w oczy że go nie kochała, bez skazy bohaterem swego wieku i narodu nazwać by go można. Do czego się kolwiek wziął, w każdą sprawę serce wkładał, a to jest największa w świecie rzecz... Na wojnie cały był żołnierzem, życia sobie nie ważąc wcale — na polowaniu tak samo łowcem był namiętnym, z uczonymi rozprawiając, co niezmiernie lubił, gotów był całą noc na dyskusjach spędzać, o spoczynku, jadle i napitku zapominając, naostatek tak samo i w tem nieszczęsnem kochaniu miary nie było u niego.
Pomimo, że go pierwszym bohaterem swojego wieku głoszono, dumy nie miał najmniejszéj, a kondycij swéj ludzkiéj nie zapominał — pobożny, modlił się gorąco, duchownych szanował, a przez to jednak z tatarami, z żydami poufale obcując nigdy ich wiary nie tknął. Dla służby pan najlepszy, a komu przyjacielem był, temu do żywota wiernym pozostał.
W Żółkwi, choć i nowe budynki naprędce powznoszono dla pomieszczenia koni i służby, choć domowi musieli wszyscy niemal po chałupach się tulić, miejsca zabrakło dla wszystkich co się tu zjechali, aby Sobieskiemu winszować i starać się go sobie pozyskać. Cudowne jego oręża sukcesa, nad przeważnemi siłami ottomańskiemi odniesione, imie jego i narodu daleko rozniosły tak że od Perskiego Szacha wspaniałe przybyło poselstwo z podarkami, które przeciwko Carowi Moskiewskiemu przymierza jego szukało.
Przybyli też z powinszowaniem poseł Cesarski, króla Angielskiego, Transylwański, Elektora Brandeburgskiego, nie licząc biskupa marsylskiego Forbina, który tu u królowéj szczególniéj był w łaskach, a chlubił się tem nadaremnie, że on Sobieskiemu do korony był pomocą.
Ze wszystkich francuzów jakichem się tu napatrzył dosyć, bo ich zawsze pełno było, ksiądz biskup Marsylski zawsze mi się najwięcéj francuzem wydawał, w którym krew narodu tego i temperament był zawsze najwidoczniejszy. Biskupa takiego u nas znaleźćby trudno i do dawnego sobie jemu podobnego wyobrazić...
Chodził, mówił, przymilał się, dowcipował, jak gdyby więcéj o świecie niż o Bogu myślał. Towarzystwo kobiet bynajmniéj go nie zrażało, ani galanterja, na którą patrzył obojętnie. Przy tem przepych, elegancja, wystawność, pański ton — cóś na pół rycerskiego, dla mnie go tak osobliwym czyniły, żem się go napatrzeć nie mógł.
Było zresztą i innych wiele do widzenia rzeczy dla mnie nowych — i dla całego dworu naszego, jeden tylko król dosyć obojętnie patrzył i słuchał, a splendory mu i tytuły nie czyniły żadnego wrażenia...
Więcéj może niepokoił się zbliżającą koronacją, o którą królowa nagliła, chociaż była brzemienną i przez to nakazywano się jéj szanować.
Wiedziano dobrze w Żółkwi że królowa Eleonora wdowa, dotychczas jeszcze w Toruniu przemieszkująca intrygowała z Pacami, aby sejmiki i szlachta nie dopuściły koronacij margrabianki d’Arquien po Arcyksiężniczce austryjackiéj — ale intrygi te się nie wiodły. Nie mogąc zapobiedz koronacij knowano przynajmniéj aby w kościele czasu jéj — rozruch i skandal wywołać, o czem też Sobieski, a wprzódy jeszcze ona była zawiadomioną i obmyślano zawczasu środki, ażeby do kościoła niepewnych ludzi nie dopuścić.
Dość o tem napomknąć aby dać wyobrażenie co się u nas na dworze działo, i jaka panowała gorączka a niepokój. Posłów wesołą twarzą przyjmować musiano, gdy w duszy gniew i troska się gnieździła, gdy codzień na wszystkie strony listy i posły się rozchodziły.
Mnie, że już zdawna jako zbyt dobrodusznego niezdatnym do potajemnych knowań uznano — więc chyba z ważnemi pismami tylko czasem byłem wysyłany, a ustnych poleceń mi nie dawano. U królowéj też miru nie miałem. Za to król JMi lubił królewskich rozmów słuchać, a bodaj listy czytać nie każdy potrafił. Mogli głośno mówić co chcieli, nie zrozumiał nikt nic, jeśli wtajemniczonym nie był...
W kółku królowéj, szczególniéj, nikt się własnem nazwiskiem nie mianował, ale miał przydane sobie, czasem nie jedno, ale dwa i trzy różne, aby gdy listy kto podchwyci, nie doszedł z nich nic. Pisywali królestwo do siebie cyframi, ale to była nader uciążliwa rzecz, odczytywać je potem.
Wolano się więc posługiwać tym umówionym językiem.
Król w listach się zwał Orondatesem, Feniksem, prochem (la poudre), Celadonem, Jesienią (automne) i Sylwandrem; królowa Astreą, Bukietem, Klelją, Korynką, Mandaną, Słowikiem, Różą...
Krewnych królowéj zwano Bêtes, Jana Kaźmirza aptekarzem, królowę Marję Ludwikę Girouette. Po abdykacij Kaźmirz zwał się już tylko kupcem paryzkim (marchand de Paris) — Michała Wiśniowieckiego przezwano Małpą, a matkę jego Viola di Gamba.
Niezliczyć tych różnych przydomków, często obelżywych, czasem dowcipnych.
Zamojski Wojewoda Sandomierski chodził pod nazwiskiem Wołu (Boeuf), Jan Zamojski Fleta lub Konia fryzyjskiego, Stanisław Jabłonowski mianował się Dożą, pani Dönhofowa Podkomorzyna Egypcjanką, Dymitr Wiśniowiecki Śledziem, Kondeusz Czaplą, Jerzy Lubomirski Jaskółką... i Żmiją. Morsztyn Podskarbi i Prosiakiem i Wróblem bywał... Stanisław Rewera Potocki pod koniec zszedł u nich na stary pantofel...
Listy się nazywały konfiturami, zdrowie Odorem, Elekcja, Myślą albo Widmem, miłość pomarańczą, rozwód Intelligencją. — Późniéj jednak król tego języka zaniechał... — lubił mnie i papiery a pieniądze powierzał często.
Pod koniec roku 1675, wyprzedzając dwór z poleceniami króla, musiałem jechać do Krakowa, gdyż niedaléj jak w Styczniu, koronować miano oboje królestwo..
Opisywać tych obrzędów jakie wedle starodawnego obyczaju towarzyszą koronowaniu nie będę, bo się to znajdzie u innych. Wiadomo powszechnie, iż jakby dla przypomnienia nowemu panu znikomości wszech rzeczy ludzkich, koronację poprzedza pogrzeb zmarłego króla. Na ten raz zaś, co się dotychczas nigdy nie trafiło, nie jednego ale dwu monarchów poprzedników pogrzebać miano, bo i zmarłego we Francji Jana Kaźmirza ciało sprowadzono i Michał Wiśniowiecki czekał niepochowany na swego następcę.
Mogłem się przypatrzeć ceremonjom wielce wspaniałym, które w cudzoziemcach podziwienie wzbudzały, szczególniéj gdy rycerze we zbrojach konno, do kościoła wpadając, przy katafalku kopije i godła panowania kruszyli...
Pielgrzymka do grobu Ś. Stanisława męczennika, zamordowanego przez Bolesława Śmiałego — pokutnicza można powiedzieć, należy też do koronacyjnych obyczajów...
Lecz — sam dzień koronacij najmocniéj niepokoił i króla i królowę — i przyjaciół ich, wiedziano bowiem, że stronnictwo Eleonory wdowy, austryjackie, i wszyscy zazdrośni a niechętni, nie śmiejąc przeciwko Sobieskiemu wystąpić, gotowali się w kościele królowéj jeśli nie przeszkodzić to przynajmniéj zatruć tę chwilę uroczystą.
Od rana też, jak tylko kościół otwarto wcisnęli się do niego i ci co go niedopuścić byli powinni. Do tych oczywiście my wszyscy ze dworu króla należeliśmy, a porozstawiano nas tak wszędzie, że gdziekolwiek śmiał się wyrwać warchoł z sykaniem albo wykrzykiem, było komu zatkać mu gębę.
Mieliśmy też rozkaz, w razie nieprzyjaznego wołania jakiego, zagłuszyć je — vivatami.
Chociaż, Bóg widzi, królowéj nigdy wielkim wielbicielem nie byłem, a za pana naszego żal do niéj miałem — przyznać każe prawda iż piękną bardzo była jeszcze naówczas, choć młodość miała za sobą. Tego jednak dnia, czy to dla cierpienia stanowi swemu właściwego, czy z trwogi, wydawała się prawie brzydką, i dziwnie zmienioną. Dumą tylko i srogością wejrzenia nadrabiała, choć widać było iż drżała ze strachu i nogi pod nią się chwiały.
Na Sobieskim religijne skupienie ducha i nie mniejszą też obawę widać było, bo czuł co często powtarzał, że się na nim to spełnić miało, co z jego pomocą Michała umęczonego do grobu wtrąciło.
Gdy nadeszła chwila ta straszna, koronowania Marji — czuć było po całym kościele podburzenie jakieś dawano sobie znaki — starali się odedrzwi wcisnąć ludzie nieznani — wszystko zwiastowało niebezpieczeństwo. Aleśmy czuwali, a oprócz nas Jabłonowskiego dworzanie, Radziwiłła Sapieżyńscy — i co było bliższych przyjaciół Sobieskiego.
Marja Kaźmira szła tak blada, iż można się lękać było by nie omdlała — a ciężkie ubranie, mogło się też przyczynić do tego, ale miała siłę nad sobą wielką, a gniew i ressentyment ją podwajał.
W chwili gdy koronę na skronie miał wkładać Arcybiskup... w istocie sykanie i urywane jakieś wyrazy słyszeć się dały z różnych stron, ale natychmiast zahukano je vivatem, a po kątach nawet do starcia przyszło... które niepostrzeżone wprędce i bez wybuchu się skończyły...
Przy uczcie na zamku i zabawach, które nastąpiły, królowa już całą swą odwagę, dumę i despotyczny charakter jawnie odzyskała; na twarzy jéj jaśniała radość niewypowiedziana i szyderskie napawanie się tryumfem, gdy król poważny był i smutny.
Słyszałem sam gdy Lubomirskiemu powtarzał.
— Weselszym bym był, gdybym rzeczypospolitéj Kamieniec przyniósł za tę koronę, którą mnie obdarzyła!!
Nazajutrz, jeszcze w rynku krakowskim przyjmował król uroczysty hołd i podarunki miasta Krakowa. Królowa na to z kamienicy naprzeciw z orszakiem swym patrzyła, postarawszy się o to, aby Jakubek konno przy ojcu wystąpił — otoczony Senatorami i rycerską młodzieżą, jako królewicz i książę.
Ni mniéj ni więcéj wszystkie teraz myśli i starania ku temu skierowane były, aby familij tron zapewnić i dynastję nową ufundować.
Głównym pomocnikiem królowéj do tego, jak we wszystkich innych jéj zabiegach i intrygach był szlachetny, zacny, ale tak jak i król słaby dla niéj — rozkochany, podbity, niewolnik Wojewoda ruski Jabłonowski. W oczy bił ten jéj stosunek z panem wojewodą, który też królowi był najwierniejszym, ale królowéj więcéj posługiwał nie jemu.
Spodziewała się też ona za te usługi wymódz na mężu dla niego buławę wielką — co się na ten raz nie powiodło...
Co król z tego powodu wycierpieć od niéj musiał i jakim cudem oprzeć się jéj potrafił a Jabłonowskiego sobie zjednać iż mu za złe nie miał, że go mniejszą buławą kontentował, tego ja wytłumaczyć nie potrafię.
Być może iż stan zdrowia królowéj, która wkrótce potem na świat córkę wydała, ułatwił Sobieskiemu to trudne zadanie. Wziął więc wielką buławę Dymitr Wiśniowiecki, a inne też wakanse, zdaniem wszystkich tak rozumnie były rozdane, aby ukoić i przejednać nieprzyjaciół.
Olszowskiemu dostało się arcybiskupstwo, a pieczęć Wielopolskiemu, który siostrę królowéj, Marję Annę miał poślubić...
Nie moja rzecz o tem pisać, co na Sejmie pod obrady przyszło — pamiętam tylko ogólną tę impresję, że rozum króla i przezorność jego, a troskliwość o dobro rzeczpospolitéj wysławiano, i to że Sobieski ciągle powtarzał a bił w jedno, że przedewszystkiem potęgę otomańską złamać było potrzeba, a kraje zagarnięte przez kozactwo i turków odzyskać.
Królowa co innego miała na myśli.
Przed wyborem Sobieskiego, za panowania Michała jeszcze, odbyła podróż do Francji, po któréj nieprzyjemne jéj pozostało wspomnienie, gdyż u dworu téj konsyderacij i miejsca nie mogła pozyskać, do jakich rościła sobie prawo.
Zdawało się jéj teraz, że ukoronowana królowa, gdyby się do Francji udać mogła, odwet by uzyskała i na równi z rodziną francuzką panującą, stanąć by musiała.
Zdaje mi się, że dworujący a nadskakujący jéj biskup marsylski, któremu kapelusz kardynalski przyobiecała, pomagał ile zdołał, ale wszystko się rozbiło o nieprzezwyciężony opór Ludwika XIV, który królowi elekcyjnemu ani tytułu „Majestas“ przyznać, ani na równi go z sobą nie chciał stawić...
Posłano z tem szwagra królowéj markiza de Bethune, spodziewając się, że pomyślne przywiezie rozwiązanie.
Na dworze głoszono tylko, że zdrowie królowéj, ostatnią słabością mocno zachwiane, koniecznie się domagało jakichś mód francuzkich i francuzkiego powietrza.
Niecierpliwiła się tak królowa, bynajmniéj nie powątpiewając, że Ludwik XIV, którego ojcem chrzestnym dla dziecięcia swego wybrała, musi uledz jéj wymaganiom — iż nieczekając nawet powrotu posła, wyruszyła w drogę, czemu Sobieski oprzeć się nie mógł..
Zabrawszy więc sobą Jakubka najstarszego i dwór świetny a liczny, do którego ja, dzięki Bogu nie należałem, wyruszyła z Żółkwi do Francji. Myśmy swobodniéj oddychali gdy jéj nie stało i cieszyliśmy się wypoczynkiem, — gdy nagle i wcale niespodziewanie, w furyi i gniewie, królowa razem z Markizem de Bethune, do Żółkwi powróciła.
Starano się potem całéj téj podróży już rozgłoszonéj i powrotowi nadać inne znaczenie, ukryć doznany zawód — gniew i pragnienie zemsty — ale — szydła w worku nieutaić. Nieprzyjaciele się radowali — Sobieski był wielce markotny, choć pilniejsze sprawy go zajmowały.
Od téj podróży, można powiedzieć, poczęła się niechęć wielka i gniew na Francję — a krzyżowanie wszelkich jéj do pozyskania sobie Polski zabiegów — co się późniéj czuć dało.
W kilku słowach o tem mówię, bo trudno się rozwodzić — ale myśmy na skutki patrzyli i cierpieli, a u dworu każdy gniew królowéj i jéj wola wnet się mocno czuć dawały. Z dnia na dzień ci co u królowéj wprzódy w łaskach byli — popadli w nienawiść. Mściwą bowiem była i nieprzebłaganą, gdy kto jéj miłość własną podrażnił.
Jam naówczas, ani głęboko, ani daleko młodemi i nie wprawnemi oczyma nie sięgał... wielu téż rzeczy sobie wytłumaczyć nie umiałem, które późniéj zrozumiałem dopiero.
Moje nieszczęśliwe rozmiłowanie w téj francuzce trzymało mnie tylko przy dworze, alem się starał więcéj przy królu niż przy królowéj służbę sprawiać, co się nie zawsze powodziło. Królowa mało mnie znała, i nielubiła pewnie, com z jéj oczów czytał, ale wiedziała o tem że mi zawierzyć było można, czem się nie cały jéj dwór mógł pochlubić; często więc od króla żądała, aby mnie oddał na jéj posługi.
Przyczyniało się do tego faworu, wcale mi nie pożądanego, żem na nieszczęście w oko wpadł najulubieńszéj ze sług, powiernicy i niemal przyjaciółce, bez któréj królowa żyć nie mogła, pannie Federba...
Wstyd o tem mówić i pisać. Było ich dwie przy królowéj, nienawidzących się wzajem, zazdrosnych o siebie, trzęsących całym dworem i więcéj może niż nim, panna Letreu i ta Federba.
Z prostych panien służebnych, umiały się jéj stać tak niezbędnemi, że się bez nich obejść nie mogła.
Jam naówczas, jak ludzie powiadali, niczego wyglądał, młody byłem, przystojny, zdrów, podczas wesół, a wiedziano téż żem z dobrego rodu pochodził nie bez grosza był.
Niewiem zaprawdę jak mogłem się podobać Federbie, która była już nie zbyt młodą, i dobrze przywiędłą i, choć z twarzy nie brzydką, ale wychudłą strasznie, tak że ją służba do kościotrupa porównywając, kostuchą przezywała.
Letreu daleko baczniejsza, powolniejsza, chytrzejsza może i ostrożniejsza, niemiała ani w części tego niezmordowanego ducha intrygi, téj czujności i daru szpiegowania co Federba, przed którą się nic utaić nie mogło. A miała téż u królowéj mir nadzwyczajny i gdy co chciała na niéj wymódz, zabiegała tak, że mimo Letreu, która się starała przeszkadzać, zawsze postawiła na swojem.
Wiedzieli o tem wszyscy, iż Federba, każąc sobie płacić zaprzystęp do królowéj, za jéj łaski, za każdą pomoc, dorobiła się już dosyć pięknego grosza, a że miała przytem wpływ wielki — na starających się o jéj kościstą rączkę niezbywało. Lepszych odemnie było kilku, ale skarał mnie pan Bóg tem, że się we mnie rozkochała.
Z początku temu wierzyć nie chciałem, anim przypuszczał, gdy mi pierwszy Szaniawski oczy otworzył. Było to czasu pobytu owego w Żółkwi przed koronacją, gdy ścisk był niezmierny.
Staliśmy z nim razem pod strychem w izdebce takiéj, że ledwie między dwoma na ziemi siennikami naszemi przejść było można. Szliśmy zwykle spać nadedniem znużeni tak że i do rozmowy ochoty brakło.
Powiada mi nagle śmiejąc się przyjaciel.
— Pilnuj no się Adasiu, bo cię Kostucha zabierze.
— Co tobie? jaka? — spytałem.
— Niewidzisz nic?
— Cóż mam widzić?
— Toć Federba cię oczyma zjada i za tobą biega nie bez kozery...
We mnie się wszystko zburzyło.
— Słuchaj — rzekłem głupie to żarty — daj mi pokój bo gniewać się będę. Cożem ja u ciebie nie wart więcéj nad to, żebym Federbie służył?
— Nie myślę wcale żartować — poważnie odparł Szaniawski — ale widzę żeś ślepy, bo patrzysz tylko na Felicję, która się od ciebie odwraca, a tymczasem stara Kostucha za tobą biega!! albo ci to wielkie szczęście przynieść może, jeżeli ambitnym zechcesz być, albo — pomstę jéj na siebie ściągniesz, co niebezpieczną rzeczą jest...
— Bój się Boga — zawołałem — cóż ona mi zrobić może? W najgorszym razie ode dworu mnie odsadzi? pojadę do domu...
Na myśl mi przyszła Felicja i westchnąłem mimowoli.
— Prawda, dodałem, że téj francuzicy nieszczęsnéj nie widzieć, śmiercią by było dla mnie.
Przekonał mnie Szaniawski, różne drobne przypominając okoliczności, iż w istocie Federba miała coś do mnie, jakbym jéj był do czegoś potrzebnym. Nie przypuszczałem jednak żeby to miała być miłość — bo na samą tę myśl — dreszcze mnie przechodziły, taki do tego kościotrupu wstręt miałem.
Nazajutrz już na baczności będąc — przekonałem się iż Szaniawski prawdę mówił, alem pocieszał się tem, iż jéj może, wiecznie intrygującéj, do innéj sprawy jakiejś u króla byłem potrzebnym. Ostrożnie i grzecznie starałem się z drogi schodzić...
Postrzegłem i to że francuza inżeniera mocno u Felicji popierała, aby mnie zrazić do niéj. Siadaliśmy codzień dwa razy razem do stołu... tego uniknąć nie mogłem. Prawie zawsze albo Letreu lub Federba naprzemiany z nami jadały, rzadko obie, bo jednéj z nich królowa potrzebowała nieustannie.
Służba ta ich przy Pani była szczególnego rodzaju... Spełniały niby około osoby jéj, nawet najpospolitsze obowiązki przy wstawaniu, ubieraniu, kąpielach i t. p. ale to im tylko służyło do przynoszenia plotek, do zawiązywania intryg lub do odbierania rozkazów różnych, które spełniały. Często też po całych dniach się jedna z nich gdzieś odprawiona absentowała. Ci, którym o łaski królowéj chodziło, co o wyjednanie czegoś się starali, jak w dym szli do jednéj lub drugiéj.
Ludzie utrzymywali, że choć Federba więcéj się poruszała i wydawała czynniejszą, Letreu tłusta, blondynka piegowata z włosami rudawemi — jeszcze od niéj była przebieglejszą.
U obu inaczéj jak prezentami i to znacznemi, albo wprost pieniędzmi — interesu zrobić nie było można, a znały tak stosunki i usposobienia królowéj, że od razu mogły powiedzieć co łatwem, a co trudnem było do przeprowadzenia...
Wpływ ich na królowę był tak wielki — czemu mi się zrazu wierzyć nie chciało, że siostra rodzona, która za Wielopolskiego wychodzić miała, księżna Radziwiłłowa siostra króla, inne panie i panowie, nie wyjmując Wojewody ruskiego Jabłonowskiego musieli je sobie zjednywać... Niema mowy o tem nawet że król też te potęgi szanował, nigdy się z niemi w walkę nie wdając.
Pozwalał sobie czasem żartów z tego iż królowa tak im ulegała, ale Marja Kaźmira wpadała w gniew, a Sobieski na klęczkach najukochańszą Marysieńkę przebłagiwać musiał. Wszystkim było wiadomem iż do królowéj najprostsza i najpewniejsza droga, prowadziła przez garderobę.
Mnie dotychczas było to obojętném, bo chyba dla pozyskania Felisi byłbym się starał o łaski Letreu lub Federby. Teraz zaś i ta moja głupia, nieszczęśliwa miłość była tak zdesperowaną, żem tylko patrzeniem i napawaniem się widokiem Felisi, musiał się karmić.
Rozum mi powiadał że z tak płochego, a w takich przykładach wydawanego dziewczęcia, żony przywiązanéj i wiernéj, która by się domowem szczęściem na wsi kontentowała, mieć nie będę. Desperowałem więc abym ją mógł pozyskać, bo ona też nie chciała mnie, a pomimo to ciągnęła, rwała ku sobie — i gdzie tylko ją widzieć było można, słowo przemówić, pewniem nie chybił.
Wstyd mi było passyi téj, spowiadałem się z niéj i modliłem na intencję, aby mnie Bóg z tych utrapionych więzów wyzwolić raczył. Ilem razy próbował — nie wytrwałem.
Na ratunek wzywałem Skorobohatę, gwałtem się usiłując do niéj przywiązać, i — kto wie — może by to się w końcu powiodło, ale Federba, dojrzawszy tego — tak chodziła około królowéj, około rodziny Skorobohatych, że ją insperate, przemocą za mąż wydała... Dziewczę do mnie lgnące już opierało się nadaremnie, rodzice chcieli tego, partja była dobra — stało się po woli Kostuchy...
Ciarki po mnie chodziły.
Szaniawski mi jedno radził. — Proś się na wieś, do matki, zejdź jéj z oczów...
Rada pewnie dobrą była, ale zejść jéj z oczów znaczyło też i Felisi nie widzieć — a ja sobie mówiłem, — tyle mojego szczęścia że choć na nią patrzę i nasycam się tém.
Przyznałem się przyjacielowi, który takiéj miłości jak moja — niezrozumiał, — miał słuszność, ale co tu pomógł rozum, kiedy człowiek chodził jak pijany.
— No — a cóż poczniesz gdy za mąż wyjdzie? pytał Szaniawski.
— Tak samo się za nią włóczyć będę jako i teraz rzekłem. Ludzie to czarami zwali i trunkom jakimś miłosnym przypisywali takie bezrozumne zamiłowanie, dziś się śmieją z tego, ale pasij téj leczyć się nie nauczyli.
Dawał mi siebie za przykład Szaniawski, że on wcale się tak kochać jak ja nie był zdolnym — czego mu winszowałem — ale ludzie nie wszyscy są do siebie podobni.
Znając przywiązanie do mnie Szaniawskiego i obawy jakie miał — lękałem się aby i on potajemnie się nie starał na czas jakiś mnie od dworu oddalić i zakląłem go na przyjaźń naszą, aby tego nie czynił — powtarzałem mu ciągle — tyle mojego że ja ją widzę!!
Coraz jawniéj owa fantazja Kostuchy ku mnie — okazywać się zaczęła. Już i drudzy prześladowali nią, a co gorzéj, gdy który miał sprawę jaką, zwracali się do mnie, abym pomagał i pośredniczył, czemu się stanowczo opierałem. W dodatku ta jéj miłość śmiesznym mnie czyniła, bo wcale powabną nie była... ani miłą.
Ale obawiano się jéj jak ognia.
Czasu podróży do Krakowa i koronacji trochę byłem od niéj wyswobodzony, ale za to i Felisi widywać się było trudno, a ta mnie nie szukała, wprost czasem drwiąc ze mnie, bo pewna była że jedném słowem potem przyciągnie ku sobie.
Lecz dość o tém. Musiałem u samego króla się prosić aby mnie do siebie wziął, bo już po Sejmie na gwałt się wybierał na wojnę. Wszystko dobrze rozważywszy com miał lepszego do uczynienia?
Trzeba się było gwałtem oderwać od niegodziwéj téj dworki, uciekać od prześladującéj mnie Federby — a w ostatku i nie gnuśnieć wśród tych babskich intryg.
A i to mnie ciągnęło żem króla kochał i widział go wydanego na łup niegodziwym. Cała potęga pogańska ciągnęła z tym Baszą, którego Szatanem zwano, a u nas jeszcze chodziły plotki że król nie na turków wojsko zbierał, ale chciał Prusy wojować dla siebie i iść w pomoc francuzom!
A tu tymczasem siła nieprzeliczona pod nowym Seraskierem już nad granicę ciągnęła... — a turcy przez szpiegów swoich wiedzieli, że Sobieski ledwie garść miał do stawienia przeciwko nim.
Ale nigdy Sobieskiego liczba nie ustraszała. Był on takim wodzem iż dla niego położenie, rozstawienie, stan wojska — chwila stanowiła o wygranéj, a nie wielkie ufce. Na przewagę liczebną nie rachował.
Miałem zręczność to już powiedzieć iż turków znał doskonale, których raz załamać było dosyć aby im na całą wyprawę męztwo odjąć. A czemu mi trudno wierzyć, ale co po ludziach chodziło że w wielu razach wodzów, gdy tylko przychodziło do układów z niemi, wprost kupował pieniędzmi...
Nie podaję tego za prawdę, lecz już to że utrzymywano jakoby się to działo — coś znaczy.
Gdy król cokolwiek ludzi mógł zebrać i wystąpić, trzeba się już było na własnych śmieciach bronić, tak turcy daleko wtargnęli.
Cała ta wyprawa, można powiedzieć cudowną była i więcéj powinna Sobieskiemu przynieść sławy, niż wszystkie jego zwycięztwa...
Niewiem czy który inny Hetman byłby się ważył na tak śmiałe, zuchwałe można powiedzieć stawienie czoła wojsku kilkakroć liczniejszemu we czterdzieści tysięcy niespełna, dając się otoczyć i zamknąć w zewsząd opasanym obozie... Słyszałem starych żołnierzy rozpowiadających, że tak samo pod Podhajcami zmógł nieprzyjaciela, choć był przez niego oblężonym.
Szliśmy pospiesznie, przez Dniestr się przeprawiwszy po nad brzegami jego, aż do ujścia Stryja, który przebywszy też, posunęliśmy się pod Żurawno.. Tu się wszystko miało rozwiązać...
W Żurawnie już o turkach dostaliśmy języka, że cała ich potęga o mil kilka od nas była. Nie mieliśmy czasu do stracenia, trzeba było ledz obozem i zaraz się okopać nimby nadeszli turcy... Piechotę więc zostawiwszy z łopatami i rydlami, król z jazdą posunął się naprzód zabawiać nadchodzących, póki by okopy nie były gotowe.
Mało co posunąwszy się daléj ku rozległéj dolinie, jużeśmy ztąd mogli widzieć, jak okiem zajrzeć całą, zalaną, zasypaną, niezliczonemi namiotami i stadami koni i ludzi.
Jezu miłosierny!! Widząc te tłumy dziczy a licząc się z tem cośmy mieli z sobą, dreszcz przechodził, zguba zdawała się nieuniknioną.
Woziłem wówczas za królem to czego mógł potrzebować pod ręką — stałem zawsze blizko, mogłem się twarzy przypatrzyć — nigdym na niéj trwogi nie widział najmniejszéj. Ile razy położenie stawało się trudne, ożywiał się, poruszał widocznie, budził, dawał rozkazy — i zdawał tylko niecierpliwić najmniejszą zwłoką.
Ze wzgórza gdy przed nami się widok roztoczył na to olbrzymie mrowisko, przeżegnał się i krzyż w powietrzu zakreślił... stał milczący trochę i wnet z Lubomirskim, który przy nim był, prawie wesoło rozmawiać zaczął.
— Cofać się potrzeba w porządku do okopów — rzekł, ale jak najpowolniéj — nie sądzę aby oni bardzo napierali, nad Świeczą trochę może ich potrzymamy... tymczasem wał powinien być usypany...
Cały jeden dzień staliśmy nad tą rzeczką, którą turcy wbród po różnych miejscach zaczęli przechodzić. Gdzieniegdzie do małych utarczek się zrywano... w końcu już musieliśmy do okopów wnijść, chociaż naprawdę jeszcze było co koło nich robić, ale łopaty nie próżnowały...
Żórawno mała mieścina, na prawym brzegu Dniestru w Pokuciu, leży w widłach u ujścia Świeczy do niego, majętność ta należała wówczas do Sapiechów.
Całą obroną nędzny wał zapadły w ziemię, darniną okryty... Zamku nie było nigdy tylko dwór pański, albo gubernatorski, około którego też wał drugi taki sam, a po rogach cztery usypy, na których ustawiano małe działka, dla obrony od tatarów, którzy tu często zaglądali, ale wiadomo że oni na obleganie czasu nie mają.
Idąc daléj w górę Dniestrem rozkłada się nad brzegiem piękna, szeroka równina, płaska, jak stół... nie więcéj jak w pół mili od Żórawna, a jeszcze daléj poczynają się trzęsawice i błota, nie do przebrnienia.
Z błot tych głębokiem korytem płynie dosyć znaczny strumień wody. Ten przerzyna równinę cala, obraca kilka młynków pod miasteczkiem w przekopie i uchodzi do Dniestru.
Na przeciwnym brzegu rzeki téj, wznoszą się pagórki i wzgórza gęstym okryte lasem — poniżéj i powyżéj Żórawna.
Myśmy się położyli obozem w téj części doliny, która jest między miasteczkiem a błotami. Lewe nasze skrzydło osłaniało po części Żórawno, w części rzeczułka Świecza, którą wszędzie w bród przejść było można w téj porze roku — chociaż wiosną i po ulewach, wzbierała gwałtownie i niosła się bardzo wartko. Prawe skrzydło nasze osłaniały błota, a na tyłach mieliśmy Dniestr i lasy na wzgórzach. Od nieprzyjaciela z frontu usypany był okop świeży poczynając od miasteczka aż do błota, o ćwierć mili od strumienia z niego wypływającego, którego koryto równoległe z naszemi okopami się ciągnęło.
Ledwieśmy do obozów weszli, gdy król z konia nie zsiadając począł objeżdżać obozowisko. Dwóch francuzów inżynierów, Dupont, Lubomirski, i nas kilku towarzyszyliśmy mu. Rozmowa z francuzami wszczęła się bardzo żywa — i zaraz, jak stał król ponaznaczał miejsca na reduty, które niezwłocznie sypać się zabrano, bo niebyło chwili do stracenia, zamiast jednego okopu osadzonego działami, starczyło na dwie linje fortyfikacij, na których artyllerja rozstawiona być miała, tak że gdyby turcy jedną linję zdobyli, druga się mogła opierać i kulami ich zasypać.
Do roboty około okopów wzięto się nie zwlekając tejże chwili — ale turcy też szli za nami tak w trop, że się na to patrzyli, jak nasza piechota z łopatami się uwijała.
Król jak sam mówił, spodziewał się, że nieprzyjaciel widząc nas okopujących się, będzie się starał przeszkadzać. Rachował tak dalece na to — iż pułki stały gotowe do odparcia.
Tymczasem Seraskier, któremu pono niewygodnie było w dolinie, spokojnie się rozpoczął rozkładać też, o sobie naprzód myśląc nie o nas.
Drugiego dnia przekonawszy się o tem, Sobieski uśmiechać się począł. Słyszałem jak mówił do Duponta.
— Przechowali Szatana, wódz z niego nie tęgi gdy mi daje spokojnie się tu fortyfikować — i nie przeszkadza. Będzie za to musiał drogo zapłacić.
Korzystając z téj niezdarności Seraskiera, kazał jeszcze Sobieski redut kilka sypać między lasem a błotem które późniéj się wielce przydały.
Ja com po raz pierwszy widział ten kraj, choć nasz Wołyń mu miejscami nie ustąpi, niemogłem się piękności jego nadziwić — chociaż go to plugawstwo pogańskie szpeciło. Lasy, wzgórza, rzeka — cud — jakie mi się to wydawało śliczne, ale gdzie było po za nasze obozowisko wyjrzeć, wszędzie namioty tureckie i tatarskie niby kretowiska, wojłokami pookrywane siedziały skupione.
Tureckie obozowisko dzieliła od nas rzeczka Świecza, o któréj mówiłem. Od téj począwszy ciągnęło się ono daleko po za błota, w koło otoczone tatarami.
Ja z początku nie umiałem rozpoznać jednych od drugich, ale rychło się nauczyłem.
Języka ciągle różnego przyprowadzano, król miał też tatarów swoich na usługach, którzy się wciskali do obozu i przynosili wiadomości.
Nuradyn Sułtan stał po drugiéj stronie rzeki na górach ze znacznym oddziałem wojska.
Strach było pomyśleć spojrzawszy do koła — bośmy byli jak w wianku otoczeni, tak że ani od nas, ani do nas się przecisnąć nikt nie mógł.
Patrzałem na króla tylko, ale na twarzy jego, oprócz wielkiego zapału i ochoty nic nie było można czytać, nie spróżnował chwili, koń stał ciągle gotów, ledwie zsiadł, często suchym kawałkiem chleba się pożywiwszy, ledwie do namiotu wszedł, już go wywoływano i znowu na koń, na drugi koniec obozu.
Ze wszystkiego widać było iż Sobieski o Seraskierze miał daleko lepsze wyobrażenie, niż doświadczenie późniéj poznać go dało.
Spostrzegliśmy że i on, który z taką ogromną potęgą naprzeciw naszéj garści się położył, nie czując się bezpiecznym okopywać się począł, na co król ramionami ruszył, bo mu te szańce nie były potrzebne, a nam dawał czas do lepszego obwarowania się. Francuzcy inżynierowie uśmiechali się, a Sobieski mruczał.
— Bogu dzięki — djabeł nie tak straszny jak go malują.
Mnie — com po raz pierwszy w obozie był i na wojnie, wszystko naówczas niepomiernie dziwiło. Jak skoro miałem chwilę czasu wolnego, wybiegałem z Morawcem aż do drugiego okopu, aby na obóz turecki patrzeć.
Na Świeczy postawili mosty, bo ona między nami a niemi płynęła, jakiem mówił, posypali koło nich reduty, a działa poustawiali.
Do utarczek prawie nie przychodziło, choć u nas ciągle czujność wielka była — bośmy się co godzina napaści spodziewali.
Połapani tatarowie powiadali że Seraskier do koła nas otoczywszy, spodziewał się głodem wziąć i dla tego się nie spieszył — owszem umyślnie zwłóczył, myśląc że bez wojny i krwi przelewu, zmusi do poddania się.
Całą tak niedzielę wypoczywaliśmy, nie spiesząc z wyzywaniem ich.
Król tylko oko na nich mając — czekał.
Szóstego czy siódmego dnia dopiero ruszyli się za Świeczą, wyszli ku niéj ciągnąc za sobą ogrom wyciętego chrustu i gałęzi, bo myśleli groblę na rzeczce sypać dla przejścia.
Nam się już tak naprzykrzyło z założonemi rękami że Lubomirski się wyprosił także wyciągnąć z obozu ku rzeczce i choćby stanąć aby im pokazać — że i my pogotowiu jesteśmy.
Sądziliśmy że jak już chróstów nagromadził kupy i hacić począł — tak poprobuje do nas przejść.
Ale przyszło południe — nadszedł wieczór — turcy się zminęli postawszy i do swego obozu powrócili — nie zaczepiwszy nas.
Czysto wyglądało to na jakąś zabawkę. Ukażą się oni za Świeczą, występują nasze pułki także, patrzymy na siebie zdaleka — godzina — dwie — turcy powracają do obozu, a cokolwiek późniéj my także.
Stary żołnierz, który zawsze jest wesołéj myśli — choćby już mu wnętrzności wydzierano, żarty sobie stroił z Seraskiera — choć byli i tacy co mówili.
— Niebójcie się! mądry on jest! nie lekceważyć go.
Dwudziestego dziewiątego Septembris znowu z obu stron jak na monstrę wyciągnęły wojska a z prawéj strony Seraskier od błota postawiwszy część jego, sam przez mosty się przeprawił i naostatek podstąpił pod reduty nasze, które naprzód były wysunięte.
Król gdy mu dano znać, wyjechał sam rozpatrzeć się i dragonów swych z pułkiem wyprawił aby nieprzyjaciela odegnać.
Była to pierwsza utarczka krwawa, do któréj nasze wojsko szło spragnione — chciwe boju — z wielkim zapałem, ale i turcy też walczyli zajadle. Można powiedzieć że ważyło się zwycięztwo kilka razy, ale nasze posiłki stały w gotowości, uchowaj Boże porażki; a pod wieczór turcy musieli się zwinąć i nazad za mosty, za Świecz uchodzić, także dragonom pierwszy bój się poszczęścił.
Przez godzin trzy się ucierano.
Nazajutrz myśleliśmy że się to ponowi, ale turcy zostali w obozie i małe tylko oddziały występowały niby na harc, a postawszy nad rzeką wracały nic nie przedsiębiorąc.
Z naszéj strony, ile razy oni wyszli ku nam, myśmy też stawili się na przyjęcie, ale od Septembra dni ostatnich do ósmego Octobris, nie przyszło do starcia. Naszym się to oczekiwanie sprzykrzyło, ale król kazał mieć cierpliwość.
Ósmego wysypało się ich daleko więcéj, a za pierwszemi oddziałami tuż szli Janczarowie i z pochodu król zaraz odgadł że pomiędzy nasze reduty chcieli się wcisnąć, zostawując za sobą janczarów, którzy mieli pierwszą linję naszą zdobywać, odciętą od wojska. Do tego niedopuszczono i zaraz z prawego skrzydła puściła się jazda na nich z takim impetem że ich złamała i zmusiła za forty umknąć.
Seraskier sam pod buńczukiem zielonym dowodził i jak tylko zobaczył uchodzących, natychmiast im posiłek posłał — tatarowie też ruszyli się w pomoc kupami, ze zwykłym swoim wrzaskiem.
Z naszéj strony Sobieski nie ograniczył się na pierwszych pułkach i sukurs wyprawił, tak że walka się zawiązała około pierwszych fortów zajadła wielce, i można powiedzieć że się tu ważyły losy całéj wyprawy chwilami gdyby uchowaj Boże, jazda nasza złamać się dała i pierwszy szaniec opuściła.
Król z konia nie zsiadał. Dotąd cały bój się na prawym skrzydle toczył, ale w tem Seraskier z tych wzgórzów na których stał od lewego, spuścił się z dosyć silnym oddziałem, wpław przez Dniestr, potem przez Świecz i natarł z drugiéj strony, aby tu odciągnąć część sił, gdyż rachował na to że król ich wiele niemiał.
Z bijącem sercem patrzałem na to, przy królu stojąc — który kilka razy to na prawo, to w lewo chciał sam się rzucić, ale go nie puszczano.
Na prawem skrzydle ciągle walka była najzajadlejsza, trzeba było coraz nowe posiłki wyprawiać, a tatarowie przez błoto przebrnąwszy usiłowali tył zająć naszym, ale tu działa ich tak przywitały że nie mogli się daléj posunąć. Huk był straszny, bo ogień nie ustawał.
W środku zaś wojska oba nieruchome stały.
Jak się zaczęło około południa, tak dopiero nad wieczorem skończyło tem, że nasza artylerja zmiotła tę ciżbę, okrutną moc jej nabiwszy i nie dając iść daléj.
Pod jéj zasłoną nasi napadłszy dzielnie naostatek przegnali napastników, których siła uchodząc w błocie się potopiło na prawem skrzydle, a na lewem też się im nie lepiéj powiodło. Dosyć że o mroku z téj strony Świeczy trupy tylko leżały, a żywi wszyscy przez mosty i wpław, jak kto mógł salwowali się do swojego obozu.
Dopóki życia mojego dzień ten mi będzie pamiętnym, mogę powiedzieć żem oczy wypatrzył, jak stanąłem z wlepionym wzrokiem w ten bój straszny, takem ich już do zmroku odwrócić nie mógł.
Zapomniałem o głodzie, — ogłuchłem, zdrętwiałem stojąc tak gdyby słup, a gdy wszystko się skończyło mrok padł, a Morawiec mnie począł za rękaw sukni targać, jakby z drugiego świata zstąpiłem, zobaczywszy go. Cała moja dusza była przez ten czas na bojowisku...
Z naszéj strony zabitych nie było wielu, przecież najdzielniejszych padło kilkunastu, a rannych mniéj więcéj ciężko nie policzyć było... Turków, jak słyszałem potopionych i pobitych do trzech tysięcy z tatarami rachowano.
Przez całą noc potem, opatrywaliśmy rannych, jeść dawano i pić zgłodzonym i zmęczonym, a radowano się i Bogu dziękowano za zwycięztwo...
Nazajutrz, jak się spodziewać tego było można, turcy spokojnie w obozie leżeli.. od którego językaśmy mieli, że im dla koni na paszy zbywać zaczęło, bo na kilkanaście mil w koło kraj był zniszczony i wycieńczony, że nic w nim oprócz gałęzi poschłych znaleść nie było można.
Trudno temu uwierzyć będzie co powiem, choć to tylko piszę na co patrzyłem i czegom dotykał. Staliśmy tak opasani wkoluśieńko, że i myszy do nas dostać się było trudno. Król bardzo tęsknił nad tem, że od żony wiadomości nie miał, ani o sobie jéj mógł dać znać, gdy dziesiątego Octobris, jak dziś pomnę, w parę dni po téj bitwie — nocą się zjawił na naszych czatach na samem skrzydle Tatarzyn... Widziałem go, więc zaświadczyć mogę, iż wistocie niktby w nim niepoznał przebranego posłańca, który szyję ważąc ode Lwowa się tu przekradł do króla z pismami.
Był to nie jaki Drążewski, znany z tego iż przez długą u tatarów i turków niewolę, tak się wyuczył ich mowy, obyczaju, nawet modlitw i umywania, tak się opalił, — a nawet twarzą stał podobnym do téj dziczy, iż go w świecie nikt niemógł wziąść za kogo innego tylko za rodowitego tatara.
A i temu uwierzyć trudno, iż miał pasję do przekradania się i zwodzenia tatarów i turków... Sam się zawsze ofiarował na to niebezpieczeństwo, bo dosyć było podejrzenia, ażeby go strzęśli, a listy miał pozaszywane, w czapce, w kożuszku... w skurzniach nawet...
Gdy królowi o Drążewskim powiedziano, iż ze Lwowa przybywał, wybiegł sam na przeciw niego i tylko że go nie uściskał... Tym czasem zaraz poczęliśmy go rozdziewać i pruć co na nim było, aby się do pomiętych papierów, pomoczonych i zabrukanych dostać...
Z tych się król dowiedział, że Radziwiłł Hetman Polny Litewski pode Lwów przyprowadził dziesięć tysięcy Litwy, ale z niemi do naszego obozu przerznąć się nie było można myśleć nawet. Oprócz tego we Lwowie siedzieli szwagier królewski Bethune i anglik Hyde. Pierwszy z nich przywoził jakiś order od francuzkiego króla... Anglik, który sobie tatarów wyobrażał narodem jako drugie, szanującym prawo pospolite, uparł się trębacza posłać paradnie wystrojonego z tłumaczem, którego mu dał Radziwiłł, domagając się aby go przepuścili jako posła do króla do obozu...
Tatarowie spotkawszy ich, po swojemu się z niemi obeszli i pościnali, a głowy posłali Seraskierowi, za czem anglikowi ochota odeszła probować pod Żurawno się dostać.
Oprócz tych wiadomości, miał król list od Jéjmości, który całował i czytał i nacieszyć się nim niemógł, a serca mu przybyło jeszcze, tak się tem uradował...
Drążewski, któremu mogło jednéj takiéj przechadzki być dosyć, — już trzeciego dnia, wyspawszy się i posiliwszy do króla poszedł ofiarując się z listami nazad do Lwowa.
Chłop był, jakom mówił, przysiądz patrząc na niego że tatarzyn, bo nawet nos miał płaski i zkądsiś oczy wziął pokoszone jak u tatarów, mały, gruby, czarny, niezgrabny, ale nieopłacony...
Gdy się napił, a był w dobréj myśli, począł tatara udawać i na dywaniku przysiadłszy tureckie majufes odprawiać, ręce podnosić, składać na piersiach, czołem o ziemię bić, tylko było patrzeć a dziwować się.
Ksiądz kapelan nasz mu to wyrzucał, iż się mahometańskiego nabożeństwa wyuczył, ale on tłumaczył się, że pan Bóg po turecku rozumie, i będzie wiedział jako Drążewski Chrystusa się dla mahometa nie zaparł, choć go pono tatary gwałtem obrzezały..
Po téj bitwie Seraskier snadź powrócił do pierwszego swego postanowienia, aby nas głodom wziąć...
Żołnierzom było łatwiéj, bo żywności, choć ladajakiéj mieliśmy jeszcze dosyć, ale konie cierpiały i byłyby wyzdychały nam z głodu, gdyby nie ten zrąbek lasu, który okopany był pomiędzy obozem naszym, a Dniestrem, gdzie się szkapy jako tako żywiły. Koń zaś nasz z biedy i strzechę je i gałęzie ogryza, wychudnie prawda, ale by wodę dobrą miał, będzie się trzymał...
Seraskier zaś sam tak cierpiał z końmi swojemi jak i my, a może gorzéj, bo ich daleko więcéj miał, a w okolicy na mil dziesięć i dwanaście zdźbła trawy nie było.
A że się pogańcowi po dwakroć nie powiodło zmódz nas w potyczkach, fortelu postanowił zażyć cale nie spodziewanego, a przynajmniéj nie zwykłego, bo się chciał jak do twierdzy do nas przekopami dostać.
Dzień i noc pracowali nad niemi, ażeby nie dać robotnikom spoczywać, Seraskier kazał swoje namioty rozbić wśród robotników janczarów i doglądał a przyspieszał...
Wysypali tak siedem redut czyli kawalerów naprzeciwko nam wymierzonych, a prędko i jak oddawano im sprawiedliwość, bardzo zręcznie. Całą swoją ciężką artylerję, działa ogromne jakich w oblężeniach używają zaciągnęli na te baterje, których naliczono dwadzieścia kilka, a z tych około piętnastu olbrzymich.
Ciągnęły się one po nad strumieniem wzdłuż, a że im spoczywać nie dano, bo po całych dniach waliły a waliły do naszych nie bardzo oddalonych szańców, szkody nam wyrządzili dosyć, ludzi nazabijali, a co najboleśniéj było królowi Żebrowskiego stracił generała, którego kula na pół przecieła. Temu grobowiec kazał wznieść król, na jaki nas stało...
Z namiotów ludzie poczęli się wynosić do dołów, które sobie kopali, ale Sobieski ze swoich nie ustąpił, i nie zmienił nawet miejsca, w którem stały, powiadając że — Bóg kule nosi, a komu ona przeznaczona, nie minie.
A no gorąco nam było bardzo...
Trwało to sporo czasu, aż czy sam król czy francuzcy inżenjerowie, odezwali się z tem, żeby z naszéj strony też przekopy w stronę turecką rozpocząć.
Dosyć, że poczęto się kopać i sunąć ku nim, czego ja, przyznaję się, nie mogłem zrozumieć, na coby się to zdało..
W wojsku naszym, choć mu na wielu życia potrzebach zbywało, a położenie było niemal zrozpaczone, — trwogi nie mogłem dopatrzeć najmniejszéj. Żartowano sobie i podkpiwano jak w najlepszy czas. Król także czoła nie zmarszczył...
Tym czasem konie żyły gałęźmi, a, co trzymano w sekrecie, nam mogło prochów zabraknąć... Było ich omal, by na straszny ogień turecki trzeba było odpowiadać.
W tureckim też obozie, cośmy przez połapanych tatarów wiedzieli, konie padały jak muchy, a z tego ścierwa końskiego, choć je zakopywano, fetor był do niezniesienia..
Trwało to do dwudziestego pierwszego października. Myśmy po troszę odsieczy i dywersij się spodziewali, na to licząc: że pogańcy nie wytrzymają w polu, na mrozie i o głodzie.
Jakim cudem się to stało, iż w końcu Seraskier przysłał jeńca naszego proponując pokój — tego wytłumaczyć nie potrafię.
Słuchałem narady i odpowiedzi i negocjacje z niemi.
Naprzód sobie król zawarował, że o haraczu mowy być nie może — ani on o nim słyszeć chce. Potem ofiarował stoczyć bitwę, byle turcy za Strumień ustąpili i plac mu dali... naostatek Seraskier zmiękł — i pokój został zawarty; w tych warunkach, w jakich myśmy się znajdowali, nie do wiary. Wszystko zaś to winniśmy byli tylko Sobieskiemu, jego męztwu i téj znajomości tureckiego charakteru, jaką on miał.
Powiadano potem, że Seraskier się dał podarkami ująć, a choćby i tak było, o czem wątpię, sztuką było do tego przyprowadzić taką siłę przemagającą, ażeby pokój, ze wszech miar dla nas chlubny i korzystny, Porta zawrzeć była zmuszoną z garścią ludzi opasaną do koła.
Sławiono, prawda, Sobieskiego ze wszystkich jego wojennych czynów, ale kto na niego patrzył zblizka, temu się zdaje, że go jeszcze nie dosyć szacowano. On musiał i męztwem i rozumem iść przeciwko wszystkim... a naostatek i z szablą naprzód, aby dać przykład. Tego co on przewidywał nigdy nikt nie widział wprzódy, a jemu jakby było objawione z góry.
O sobie, czasu téj wyprawy pod Żórawną wiele do powiedzenia nie mam.
Było to moje pierwsze pole, gdziem prochu wąchał i kule świszczące słyszał, a niebezpieczeństwo widział codzień utraty życia albo wolności.
Śmierć lub tatarska niewola. Gdyby się człowiek bił, łatwiejby te czarne myśli znosić przyszło, ale stać i patrzeć a medytować o łykach... nie najmilsza to rzecz.
Nasłuchaliśmy się też z Morawcem wszelakich przypuszczeń, bo niektórzy już pęta i śmierć widzieli nieuniknione, a było takich dużo.
Nawet stary żołnierz chwilami wątpił...
Mówiłem to już, iż miałem do guzów szczęście, jakoż i tu w obozie, choć w pole nie wyciągnąłem, nie minęła mnie pamiątka tatarska.
Poszliśmy z Morawcem na prawe skrzydło przypatrywać się harcom z tatarami, a że trochę opodal w polu zobaczyliśmy leżącego dragona pod krzakami, i zdało się nam, że go może ratować można, biegiem puściliśmy się ku niemu.
Zdało się, że tatarów nasi odpędzili i że ich już tu nie ma wcale.
Nie miałem na sobie tylko kaftan łosiowy spodem a na wierzch kożuszek, zbroi żadnéj.
Wtem, gdy my już do trupa się zbliżamy, nie wiedzieć zkąd świsnęło kilka strzał i czuję w ręku lewym jakby mnie szydłem kto przebódł.
Siedzi strzała tatarska i dygocze.
Chciałem wyrwać zaraz, bo mówiono o zatrutych, ale tak głęboko poszła żem dostać nie mógł. Trzeba było nazad do obozu zawrócić i tu mi dopiero Janusz, rozciąwszy trochę ranę, dostał strzałę z niéj, którą na pamiątkę zachowałem.
Rana mi się bardzo długo jątrzyła, tak żem z nią powrócił, ciekło z niéj, ciekło i zagoić nie było można, a i na starość w tem miejscu czuję rwanie na słotę.
Takich drobnych wypadków siłaby można przypomnieć różnych; co najszczególniejsza zaś, że kto miał polegnąć prawie zawsze przeczuwał coś, niepokoił się, spowiadał nawet...
Wiele razy mi się to widzieć zdarzało.. Z wieczora siedziemy najlepszéj myśli u kubków, aż wyrwie się który i zawoła: — Jutro mnie kula nie minie...
Śmieją się z niego, on sam też wesół, nic sobie z tego nie czyni — a nazajutrz — sprawdziło się.
Po zawarciu tego pokoju wszyscy się cieszyli, że wypocząć cokolwiek będą mogli, a i król też — choć on z łaski żony i Paców nigdy spokoju zażyć nie mógł.
Biedny człowiek, bez téj żony żyć mu było niepodobna, tak ją kochał, albo raczéj taką ona miała jakąś siłę przyciągającą dla niego — tak mu jéj brakło — a z nią nieustanny spór był, walka, męczarnia, bo nigdy nic ją nie zaspokajało.
Dla siebie i rodziny swojéj, doszedłszy do tronu, chciała nadzwyczajnych godności, tytułów i zapewnienia na przyszłość miejsca, jakie miała zajmować, wśród najsławniejszych rodów monarchicznych. Marzyła dla syna o tronie polskim, dla córki o wyswataniu ją za panującego, a że przeszłości, niestety, zmienić nie było można, w któréj familja de la Grange d’Arquien nie tak świetne miała imie, starała się we Francji dla ojca i brata o tytuł książęcy, o nadanie dziedzicznego parowstwa.
Ludwik XIV potrzebował i pragnął aljansu z Polską, rad był sobie ująć Sobieskiego, ale nadzwyczaj surowy gdy szło o dostojność, o nadawanie przywilejów rodowych — jakby na przekorę czynił trudności królowéj, przyprowadzonéj do rozpaczy. Uwielbienie jéj dla króla Francji powoli zmieniło się w nienawiść i pragnienie zemsty.
Napróżno starano się to załagodzić małemi grzecznościami — Maryja Kazimira się niemi zaspokoić nie mogła.
Tymczasem te intrygi we Francji, nieprzyjaciele króla inaczéj tłumacząc rozgłaszali po między szlachtą że on Polskę Francij w hołdownictwo oddawali że ją zabiegami temi poniżył. Wszyscy austryjaccy przyjaciele mający Paców na czele — stosunki z biskupem Marsylskim, z innemi agentami Francuzkiemi obracali się przeciw królowi.
On, dla zabezpieczenia sobie domowego spokoju, choć często przeciwko przekonaniu — opierając się, w końcu żonie ulegał. Więcéj ona z Jabłonowskim i francuzami rządziła się niż Sobieski.
On, jak nie na wojnie, to był w ogrodzie, na łowach, albo na rozmowach lub przy czytaniu z którego się coś mógł nauczyć.
Ludzi szczególniéj lubił, z któremi mógł o religijnych i filozoficznych przedmiotach rozprawiać, a gdy mu na nich zbywało, śmiech powiedzieć i przyznać, alem na uszy słyszał, z Janaszem i Aronem faktorem swym, godzinami o Biblij i o talmudzie rozpytującego rozkazującego sobie różne rzeczy objaśniać — dyskutował i sprzeczał się zawsze mu kogoś było potrzeba do tych mądrych pogadanek, w których niezmiernie się kochał...
Trafił się duchowny uczony, to go przytrzymywał, niepuszczał i z nim kwestje wszelkie kontynuował, często do późnéj nocy. To było jego najulubieńsze zajęcie... Książek w których zasłyszał, że się ukazały, szczególniéj francuzkich był łakomy, a kto mu ich dostarczył, łaskę sobie zdobywał. Pomimo to między wesołemi wesół, i pożartować lubił i przez grzeczność wina się dla towarzystwa napił, chociaż pijanic i nałogowych bankietników nieznosił.
Z pustogłowami też nie rad obcował. Właśnie gdy królowa przez męża się starała we Francij o owo księstwo i parowstwo u króla, trafiła się przygoda osobliwa, któréj by uwierzyć trudno, gdyby wistocie prawdziwą nie była.
Łotra jakiegoś kawał, pono chudzina i szlachcic nie osobliwy, jak to się we Francij wszystko kupuje, tytuł sobie i urząd Sekretarza królowéj JMci kupił. Matka jego, może tylko zdaleka widziała Sobieskiego gdy był we Francij młodym jeszcze, a może tylko zasłyszała, że jako młody a krewki różne tam miłostki w Paryżu i stosunki pozawiązywał.
Syn tedy z nią naradziwszy się postanowił z wyniesienia na tron Sobieskiego korzystać i udać pana Brisacier za syna jego..., narodzonego po wyjeździe z Francij...
Uknuto cały spisek, a sekretarz królowéj Francuzkiéj sfałszował list od niéj do króla Polskiego, w którym poświadczała to iż wistocie Brisacier zaś żądał aby za protekcją jego mógł otrzymać tytuł książęcy i parostwo!!
List ten tajemnie powierzono niejakiemu doktorowi Akakij w Gdańsku — który interesa francuzkie miał na pieczy, zalecając mu ażeby do rąk własnych samego króla doszedł potajemnie. Musiano pewnie zastrzedz ażeby królowa go nie widziała.
Znalazłszy pewną zręczność i zaufanego człowieka, francuz pisma te jakoby królowéj polecającéj swego sekretarza i jego, doręczono Sobieskiemu.
Nie byłem przy tem, ale co piszę tom od najlepszego przyjaciela królewskiego słyszał, i wierzę w to jak w ewangelję.
Przeczytawszy owe listy — król formalnie osłupiał. Nie był ci bez grzechu w czasie swojego pobytu w Paryżu, ale owéj jéjmości pani Brisacier nie pamiętał wcale.
— Boże mnie skarz — rzekł przytomnemu przyjacielowi, któremu listy były powierzone — Boże mnie skarz jeżeli sobie przypominam tę kobietę...
Ani wiem ani rozumiem... Lat upłynęło wprawdzie wiele, zapomniało się niemało — ale gdybym serdeczniejsze miał stosunki — juściż bym o nich pamiętał i coś kolwiek by z nich pozostało w sercu.
Powiedziałbym że.. oszustwo jest, na moją kieszeń wymierzone, ale królowa jejmość sama świadczy i zapewnia że świadomą jest tego i ręczy za uczciwość tych ludzi...
Król w piersi się bił.
Mea culpa! mszczą się grzechy choć późno na człowieku!! Ale uchowaj Boże dowie się o tem królowa!! Ona mnie wszystkie młodości mojéj Hanusie i Kasie po dziś dzień wspomina... będęż się miał za tę... Jakże się ona zowie? Brisacier! Brisacier! śmie... I ruszał ramionami uśmiechając się — ani wiem ani rozumiem.
Co tu począć??
Nosił się z tem król, słysząc, zafrasowany mocno przez dni kilka, wzdychał, radził z przyjacielem — naostatek w wielkiéj tajemnicy, nieśmiejąc odmówić królowéj fraucuzkiéj, postanowił list do Ludwika z interwensją za panem Sekretarzem wystosować. Ale łatwo przewidzieć było, że w Paryżu, gdzie na straży wszechpolskich stosunków, był de Bethune szwagier królowéj i ojciec jéj — owo pismo się nie utai... i... dojdzie do wiadomości Marysieńki.
Tymczasem choć zwlec burzę chciał, któréj uniknąć nie było można.
Stary Markiz d’Arquien, ojciec królowéj sam chodząc około otrzymania przywileju na księztwo i parostwo — dowiedział się zaraz że król, zamiast pisać za nim, wstawiał się za jakimś chudopachołkiem... i nie wiadomo za co i dla czego!
— Narobiło to wrzawy w Paryżu, a ztąd przyszła ona do nas.
Naturalna rzecz, królowa się dowiedziała pierwsza i wpadła jak burza na męża.. Jednemu Bogu wiadomo jak się to między niemi skończyło, ale jejmość po kobiecemu rozpatrując się w całéj intrydze, dojrzała w niéj jakiegoś oszustwa i fałszu.
Poszły rozkazy do Francij dochodzenia czy istotnie królowa list pisała za swym Sekretarzem... i — okazało się że o niczem nie wiedziała, że pismo było po prostu sfałszowane...
Ukarano fałszerza pono wygnaniem i więzieniem wraz z matką, ale co król wycierpiał — to przy nim zostało. Żona mu za ową niewierność imaginacyjną dobrze odpokutować kazała. A że Ludwik XIV od dodania księztwa P. d’Arquien się grzecznie wymówił, chcąc go orderem kontentować, gniew powstał wielki tak że niemal z dnia na dzień z paryzantki Francji, królowa się stała austryjackiego aljansu i austryjackich tu przyjaciół opiekunką. W takich to my żyliśmy nieustannych przemianach, zachodach i troskach. Bo z Francją jawnie zrywać nie chciano — oszczędzano ją i królowa zemstę knując, zawsze się niby z weneracją odzywała o Ludwiku XIV, tak jak on z uwielbieniem dla Sobieskiego.
Lecz nim co więcéj o tem powiem, muszę też cokolwiek o sobie wspomnieć jak mi się działo.
Król, któremu pod Żurawnem się wysługiwałem jak mogłem, a widział mnie ciągle pilnym i statecznym, przy tem dobréj myśli, bo smutnych twarzy koło siebie nie znosił — polubił mnie dosyć i czasami nawet, jak bywał poufałym, baraszkował sobie ze mną... Nie mogę narzekać, bo i podarków mi się kilka dostało, i — co droższe nad nie, zaufanie mi okazywał.
Ktoś mnie przed nim zdradził, żem się szalenie kochał w Felicji, z czego raz wraz żartował, ale nie pół żartem radził mi się z téj choroby wykurować, twierdząc że dziewczyna była płocha innych też francuzów mu bałamuciła, a że mi się i tem ktoś u niego przysłużył że o Federbie powiedział, śmiał się rając się i swatając Kostuchę, jako bardzo rozumną i stateczną niewiastę.
— Ta cię nie zdradzi — śmiał się, pomocnika do tego nie łatwo znajdzie...
Markotne mi były te żarty, ale i w nich dobre serce króla czuć było...
Gdyśmy powrócili i połączyli się ze dworem królowéj, Szaniawski mi zaraz dał znać żebym sobie Felisię z głowy wybił i ani o niéj myślał, bo francuz Boncour, już ją zaswatał, a królowa przyrzekła wydać za niego.
Boncour ten był sługą królowéj, którego do różnych potajemnych robót używała — miał zachowanie wielkie mówiono że pieniędzy umiał od niéj wyciągać sporo i już trzos dobrze nabity nosił.
Nie powabny był, bo i nie młody i ospowaty nieco, sprytny, żywy, kłamca i intrygant wielki.
Chociaż wiadomo było wszystkim że się żenił z Felisią i ona temu nie zaprzeczała, gdym przybył przyjęła mnie — tak żem zmysły postradał, z wielką uprzejmością, z takiemi czułemi wejrzeniami, jak gdyby istotnie w sercu dla mnie co miała.
Nie mogłem tego zrozumieć. Wiedziałem ci że francuzki mężów oszukiwać zwykły, i to chleb powszedni, że mąż u nich do serca nie ma prawa — ale mnie to obrzydzenie i pogardę sprawiało, bom prostą drogą nauczył się chodzić.
Gdyśmy się tedy spotkali, a ta ząbki do mnie szczerzyć zaczęła, ja powinszowałem jéj Boncoura.
Rozśmiała się poruszając ramionami.
— Jeszcze do tego daleko — rzekła — królowa mnie swata, ja się mojéj dobrodziejce i opiekunce nie opieram, ale Boncoura nie lubię.
Odszedłem od niéj rozmarzony — i byłbym może uwierzył zalotnicy, ale drugiego dnia już innego wabiła i z nim się zabawiała — a jam poszedł w kąt.
Oszaleć było można z tą dziewczyną.
Nie koniec na tém.
Federba też przypomniała sobie żem jéj w oko wpadł i witała mnie straszliwie czule, na większe utrapienie moje. Szaniawski mi tego szydząc zazdrościł.
— A toś powinien p. Bogu dziękować że się staréj babie głowa zawróciła — ona u królowéj może co chce; sam król się jéj kłania.
Co prawdą było — bo Letreu i Federba nawet Sobieskiemu straszne były, a często — gdy co u żony potrzebował wyrobić i szło mu opornie, udawał się do jednéj lub do drugiéj.
Tak samo biskup Forbin ujmował je sobie relikwjami i agnuskami, a niemi się posługiwał.
Między niemi zaś była rywalizacja ciągła chociaż jedna drugiéj niemogła całkiem wyprzeć z łask i odedworu. Bywało że tygodniami Federba górą stała przy królowéj, a Letreu popadała w obojętność, potem naprzemian ta brała górę a Federba musiała głowę suszyć jak się królowéj przypodobać.
Niemal wszyscy, którzy przez królowę coś chcieli wyrobić sobie, a to był sposób najpewniejszy, zaczynali od ujmowania jednéj z dwu faworyt. Pomiędzy niemi zgoda i pokój, napozór czasem panowały, ale w istocie szkodziły sobie wzajemnie, jedna drugiéj pozbyć się starała, niemogąc tego dopiąć.
Ile razy księżna Radziwiłłowa z Białéj do brata przyjeżdżała, zawsze dla obu jéjmościanek przywoziła podarki, toż samo późniéj musiała rodzona siostra królowéj Wielopolska naśladować, ani jedna ni druga nie zabezpieczyły się tem od plotek i posądzeń.
Federba tak się jawnie z tem popisywała, że raczyła mnie wyszczególniać i protegować, iż Letreu, która jéj z oka nie spuszczała, była o tém uwiadomioną i niemogła wytrzymać, żeby jéj na przekorę coś nie począć.
Jednego dnia, gdy przy obiedzie nie było Federby, która u królowéj została — chwilowo będąc w większych łaskach niż Letreu — gdyśmy od stołu wstali, zbliżyła się ona do mnie z uśmieszkiem i dała znak że ma mi coś do powiedzenia.
— Siadaj no, odezwała się zaprowadziwszy mnie do kąta. Ja to wiem od dawna żeś się zakochał w Felisi, którą królowa wydaje za Boncoura i że ta stara Federba miżdrzy się do ciebie. Wszyscy się z niéj śmieją!.
Spuściłem oczy.
Co się tyczy Felisi, mówiła daléj — dziewczyna płocha, nie ma się co spieszyć, może się ustatkuje, a z Boncourem, choć królowa przez Federbę namówiona chce ją wydać za niego i przyrzekła — rzecz nieskończona. Można jeszcze mu stołka przystawić. Federby się nie masz co obawiać, — ja wpanu dobrze życzę i nie dam ci uczynić nic złego.
Ona sobie pochlebia że ma wielką moc w naszéj pani ale to nieprawda. Znosi ją, cierpi, nawykła, a czasem po całych tygodniach do niéj nie przemówi ani słowa.
Podziękowałem jéj za życzliwość, a co się tyczy Felisi, choć nie zapierałem się że bardzo mi się podobała — zbyt się jéj narzucać nie chciałem.
— W. Pan jesteś dla Federby nazbyt grzecznym, ciągnęła daléj — a ona to sobie inaczéj tłumaczy i duży się napróżno. Powinieneś jéj dać poznać że się w niéj przecie rozkochać nie możesz. Obawiać się nie masz co, spuść się na mnie.
Znowu tedy dziękowałem dodając że obawy nie miałem żadnéj — bo oprócz chęci służenia królowi J. Mości nie byłem ambitny i o nic się nie dobijałem.
— Pan Bóg dał mi — rzekłem — chleba kawałek po ojcu — a służbę przyjąłem żeby za młodu świata i ludzi trochę zobaczyć. Dopóki Najjaśniejsi Państwo z moich usług radzi, trzymać się będę u dworu — a, uchowaj Boże nie łaski — wrócę na wieś.
Ta moja obojętność niepodobała się pannie Letreu.
— Jak to może być — przerwała — żeby młody człowiek ambicyi nie miał?. Patrzajże na tych co po rodzicach ogromne majętności odziedziczyli, a dla tego za starostwami i dzierżawami biegają. Wiem że król was lubi, królowa też z usług była zawsze kontenta, potrzeba z tego korzystać — ale bez Federby w. pan się możesz obejść, ja mu dobrze życzę. Ona zaszkodzić wam u królowéj nie potrafi — a u Felisi ja pomogę. Głupią by była żeby starego Boncoura wybrała, który tylko jurgelt swój ma, a może trochę grosza, gdy wpan jesteś młody, masz majątek i sperandy przed sobą.
Nie trać więc nadziei, ale Federbie daj do zrozumienia — aby się darmo nie durzyła.
Odpowiedziałem na to — że byłem zawsze z uszanowaniem dla panny Federby, ale więcéj nic.
Rozmowa się przeciągnęła nieco, a że obie faworyty miały swoje partje u dworu, pewnie tegoż samego dnia Federbie doniesiono iż miałem na stronie poufną rozmowę z panną Letreu.
Nazajutrz wyrwała się na chwilę od królowéj — i przybiegła szukając mnie niespokojnie, chcąc się dowiedzieć czego Letreu odemnie żądała i co znaczyła ta narada na stronie.
Odpowiedziałem śmiejąc się że ciekawą była szczegółów o obozie pod Żurawnem i że o nie tylko rozpytywała. Na to Federba głową potrząsnęła...
— Strzeż się waćpan Letreu — rzekła — ja tam nie chcę jéj szkodzić, ale was — dobrze życząc, muszę przestrzedz — to jaszczurka jest, żmija, komu tylko może zaszkodzić — nigdy nie pominie zręczności, pomódz ani umie ani może — królowa nią dawno znudzona, radaby się pozbyć, ale kto to weźmie — astmę ma, byle trochę się poruszyła żywiéj — dysze i kaszle. Wiem że mnie nie lubi, bo zazdrosną jest że u królowéj mam łaskę, że gotowa była na mnie i przed wami wymyślać.
— Nie było mowy o was — odparłem — i powodu do niéj.
— No — dodała Federba — miejcie się na baczności. Ona gotowa czynić wam nadzieje, obiecywać złote góry, aby się popisać ze swoją mocą, a żadnego wpływu niema. Wierzcie mi.
Wpadłem tedy między te dwie baby zazdrosne i byłem w dosyć nieprzyjemnem położeniu, a że matka się dawno upominała, ażebym ją odwiedził, wyprosiłem się u króla na kilka tygodni do domu. Szaniawski też, który chciał mnie oderwać od Felisi — a spodziewał się że ją tymczasem za mąż wydadzą, naglił i napierał abym jechał.
— Co z oczów to z myśli, mówił — póki będziesz ją miał codzień przed sobą, nie uwolnisz się od téj miłości, z któréj ci się otrząsnąć potrzeba, bo to dziewczyna nie dla szlachcica-wieśniaka na żonę. Dworką była od dzieciństwa i pozostanie nią do śmierci.
Wprędce tedy poszedłem do króla pokłonić się i poprosiłem o urlop do matki, na który natychmiast przystał, rozkazując mi wydać Wardyńskiemu viatyk, ale kazał powracać i nie zasiadywać długo, bo — będziesz mi potrzebnym — dodał.
Wybrałem się więc pożegnawszy u stołu z mojemi protektorkami, które trochę były zdziwione żem z placu im uszedł.
W domu matka i siostra — sąsiedzi — co żyło serdecznie mnie przyjmowali. Nie mogłem im dosyć naopowiadać o Żórawnie — o królu, o turkach i o tem oblężeniu kilku tygodniowem, w jakiem nas wytrzymał Seraskier, a nic nie wskórawszy sam o pokój prosić musiał. Za ten pokój wszyscy króla błogosławili, bo cała rzeczpospolita zmordowana wojnami i najazdami, była żądną odetchnienia.
Znaczniejsza część ziemian króla pod niebiosa wynosiła, ale i tego zataić niemogę, że się złośliwe głosy dawały też słyszeć przeciwko niemu. Obwiniano go o zbytnią uległość i powolność Francji, o tajemne knowania aby dzieciom za żywota tron zapewnić i t. p. królowa wogóle przyjaciół niemiała, a kto niewymyślał na nią — to się już liczył do jéj stronników. Niebyło się z czego chwalić.
Po cichu zaś sobie z ust do ust podawano że ona w zmowie i serdecznych stosunkach z Jabłonowskim kieruje i prowadzi wszystko i t. p.
Z Podola szczególniéj głosy sarkających przeciwko królowi przychodziły, bo mu za złe miano, że wszelkiemi siłami się nie starał o odzyskanie Kamieńca, w którym turcy kościoły na meczety przerabiali coraz się mocniéj sadowili, i chcieli bronić do upadłego. Tego zaniedbania twierdzy, która się za perłę najdroższą korony rachowała, nie mogli przebaczyć królowi choć z nas każdy wiedział że Sobieski dzień i noc przemyślał o zdobyciu Kamieńca i jak prawdziwy kamień leżał mu on na sercu.
Zapraszano mnie w koło ciągle, do Steckich, do innych domów w sąsiedztwie, w Łucku księża przyjmowali i gdybym był chciał, dnia bym jednego nie miał wolnego, chociaż z matką i siostrą sam na sam najmiléj mi było. O Michale tyleśmy tylko wiedzieli, że z jednéj rezydencji do drugiéj przenoszono go, że on też się nie skarżył na dolę swoją.
Matka nie spodziewała się, że kiedyś do Żytomierza zawita, a ona go tam widywać będzie mogła.
Tym razem wspomniała też że czas by może dwór porzucić, o gnieździe pomyśleć, żenić się i gospodarować — dając do zrozumienia że panny by się znalazły ze wszech miar dla mnie stosowne, młode, majętne, dobrych rodzin, przystojne...
Podziękowałem pani rodzicielce za jéj troskliwość, alem odparł że do stanu małżeńskiego ochoty jeszcze nie czułem i wolałbym to zostawić czasowi.
Na co mi zaraz odpowiedziała.
— Mój Adasiu, tylko żadnéj żony z miasta i ze dworu, uchowaj nas panie... Nie przyzwyczai się to nigdy do naszego wiejskiego życia, a tęsknić będzie za miastem i dworem... Dopókim ja żywa, nie dopuszczę tego, ale i po mojéj śmierci, spodziewam się że rady usłuchasz — a żony sobie u swoich równych szukać będziesz...
Nie przyznawałem się przed matką do Felisi, bo nigdyby w świecie ani myśleć o niéj nie dała, raz że na dworze przy królowéj i splendorach była wychowana, powtóre że francuzka była, a francuzów u nas nie lubiono i obawiano się.
Mimowolnie pobyt mój na wsi się przeciągnął, bom na polowaniu przeziębiwszy się dostał srogiéj gorączki, tak żem bezprzytomny majacząc leżał więcéj tygodnia, a gdy dzięki księdzu kanonikowi, który razem doktorem był, do siebiem przyszedł, kilka miesięcy musiałem się odżywiać, aż mi siły dawne powróciły. Przyczem włosy z głowy wypełzły haniebnie i już nigdy nie odrosły bujne jak były.
Przez ten czas król z królową pojechali do Gdańska, gdzie się syn Sobieskiemu narodził.
Gdańszczanie przyjmowali oboje królestwo nadzwyczaj świetnie i wspaniale, co u nich nie nowina — bo i Marję Ludwikę oni w Polsce jedni tak witali jak nawet stolica nie mogła kosztowniéj i wystawniéj.
Ale o tym pobycie w Gdańsku królestwa tyle tylko wiedziałem, co mi Szaniawski donosił — zapewniając że się król o mnie informował i kazał mi donieść że pożądanym mu będę gdy powrócę.
Przez cały ten czas choroby małom co wiedział ze dworu i co się na świecie działo — anim tak bardzo ciekaw był — bo się pokojem cieszono — a to była główna rzecz... I z Moskwą też traktaty przedłużone, z téj strony zapewniały bezpieczeństwo... Naostatek wydobrzawszy przy macierzyńskich pieszczotach, gdy mi włosy cokolwiek na nowo odrosły pojechałem znowu na służbę mało co przed tem gdy się królestwo na Sejm do Litwy wybierali, przeciwko czemu wrzawa była ogromna, iż dla niéj tak znaczne czyniono ustępstwo.
Pacowie to wymogli że Litwie alternaty zapewniono, ale zawiedli się srodze, spodziewając iż Sejmy naznaczone będą do Wilna, gdyż król im na przekór wybrał Grodno, dla tego tylko ażeby Wojewodzie Wileńskiemu nie dać zbyt gospodarzyć, jako u siebie w domu!
Grodno nikomu prawdę rzekłszy dogodném nie było, bo naówczas gdy się pierwszy Sejm miał tu zgromadzić, miasto było całe drewniane, a i lepszych dworów z drzewa mało w niem było.
Zamek zaś nie dosyć opuszczony, niewygodny, szczególniéj pod zimę, trzeba było na gwałt wyporządzać dla królestwa — bo mury wszędzie poopadały z tynków, dachy były pogniłe, podłóg na dole cale żadnych...
U dworu zastałem tę niespodzianą zmianę, w którą mi się wierzyć nie chciało z razu, iż Pacowie co trzymali z Austrją, a królowi byli przeciwni i wszędzie mu szkodzić a na przekory czynić się starali — mieli za sobą królowę, chociaż się z tem nie wydawała, bo wiedziała że męża nie pociągnie za sobą. Rozgniewana na Ludwika XIV, który nie dosyć dla niéj był powolnym, królowa zwróciła się ku rakuskiemu stronnictwu przeciwko francuzkiemu... I tak stała się rzecz niedowiary, że ona trzymała z Pacami, a król z Sapiehami, których podnosił i opiekował się niemi, aby złamać wpływ jaki sobie tamci pozyskali, począwszy od panowania Michała..
Dwór wybrał się w tę podróż do Grodna, w najgorszą porę, po najokropniejszych drogach — które w części grzązkie były, tak że powozy w nich zapadały po osie, a za lada przymrozkiem gruda straszna pośpieszać nie dawały... Łamały się kolebki ciągle, niewygód, strachu, królowa miała tyle do zniesienia, że właśnie brzemienną będąc, ledwieśmy do Białéj przybyli, musiała się położyć i rozchorowała niebezpiecznie.
W Białéj Radziwiłłowie książęce albo raczéj królewskie przygotowali przyjęcie... Dosyć powiedzieć że muzyków i śpiewaków sprowadzono aż z Włoch, a dla króla do zwierzyńca niedźwiedzi nałapano, łosiów, jeleni z puszcz radziwiłłowskich moc ogromną. Od rana do wieczora, przy ogromnym zjeździe sproszonych gości karmiono, pojono, zabawiano ze wspaniałością niesłychaną, a że szło szczególniéj o pozyskanie królowéj dla téj i podarki i wszelkie możliwe wygódki a czego tylko zapragnąć mogła, starano się przysposobić.
Tymczasem wszystkiemu temu choroba jéj szyki pomięszała, i — co gorzéj — nadzieja potomka zniweczona została, nad czem król bolał niezmiernie.
Po tym wypadku trzeba było koniecznie, z porady doktorów, choć parę niedziel spocząć w Białéj, a króla puścić na Sejm samego bo ten zwołany był i w dniu naznaczonym otwarty być musiał.
Na to królowa pozwolić nie mogła w żaden sposób. Już sam ów przepych i występowanie wspaniałe siostry królewskiéj raziło ją i było widocznie przykrem. Powtóre króla uwolnić samego nie chciała, i choć zdrowie nie pozwalało, zerwała się z łóżka, nie dając sobie spoczynku, upierając się jechać z mężem do Grodna. Starań o to było i prośb a zaklęć nie mało, aby cokolwiek w Białéj spoczęła, ale nie było sposobu przełamać jéj i przekonać, gdy co raz postanowiła. Musiano dla niéj kolebkę tak wysłać aby w niéj leżeć mogła, i wcześniéj daleko niż się można było spodziewać puściliśmy się, chociaż powolnie jadąc do Grodna.
Król bardzo był w czasie drogi markotnym, ale woli swéj niemiał, słuchać musiał. Między nim a królową, spory były zajątrzone jak nigdy — niemal wojna.. a Sobieski stawił opór jeżeli nie jawnie, to z pomocą przyjaciół i swoich...
Gdyśmy przybyli do Grodna, senatorów było mało, musieliśmy czekać, aż się, ich większa liczba zbierze.
Tymczasem między chorążym koronnym Lubomirskim a Wiśniowieckimi walka się rozpoczęła o dobra zakonu Maltańskiego.., a obie strony przyciągnęły z taką liczbą żołnierzy jakby sobie wojnę wistocie wydać zamierzały i siłą się rozprawiać.
Naprzód więc król musiał się starać uspokoić umysły, i do porozumienia się przyprowadzić, co nie przyszło łatwo.
Potem sprawa się wytoczyła o kanclerstwo, które Wydżga arcybiskupem, po zmarłym nagle Olszowskim mianowany, trzymał i złożyć musiał, a król je szwagrowi Wielopolskiemu konferował.
Na ostatek rumor wielki uczyniono o to że po pijanemu z pistoletu postrzelono popiersie króla, i chciano winowajcę sądzić za crimen lesae majestatis, na ucięcie głowy i ręki, ale król go ułaskawił.
Naostatek sprawa Jezuitów Jarosławskich poruszyła zakon i padł jéj ofiarą spowiednik królewski O. Piekarski, który się rozchorował z aprechenzij, z żalu do króla i zmarł w rozpaczy że zakon został znieważony, chociaż Sobieski miał dla Jezuitów powolność wielką.
Wszystko to razem, w ciasnem mieście, gdzie nagle ludzi się zjechało kilkakroć razy tyle ile mogło pomieścić, a przy ścisku niechęci i nieprzyjaźni siła — odgróżki po pijanemu, rąbanina, nieustanna... nie dały nam spoczynku ani na chwilę, król téż go nie zażył, bo go oblegano, a królowa często stała na przeciw i na przekór jego woli...
Że zaś świeżo była po chorobie i o zdrowie się jéj lękał, więc przeciwko przekonaniu ulegać musiał i gryzł się tem a narzekał...
Przy tem całem nieszczęściu, musiał dla ludzi wychodzić z twarzą pogodną, zabawiać się, zachęcać do wesołości, godzić, jednać i zapobiegać aby zgorszenia nie było... Pomiędzy nim a królową, usłużny hetman Jabłonowski pośredniczył, a przy nim mała garstka przyjaciół.
Król chciał wojny i odzyskania Kamieńca, ku czemu umysły przysposobić należało... Królowa zaś nie bacząc na tę sprawę najważniejszą o sobie tylko myślała i niepowiedziawszy nic mężowi, korzystając z tego że niechętnych jéj posłów wielu jeszcze nie przybyło, skłoniła kanclerza swego Załuskiego, aby bez wiedzy króla wniósł o zapewnienie jéj oprawy...
Król był na podziw cierpliwy i już wdrożony do noszenia ciężkiego jarzma, ale tym razem zbuntował się i przyjął Załuskiego w taki sposób, że osobiście obraził. — Wprost niemal precz iść mu kazał.
Na ten wybuch gniewu Załuski z dosyć zimną krwią, odparł.
— Jeżeli W. Król. Mść zapominasz, że kapłanem jestem, to proszę pamiętać żem téż szlachcicem polskim...
A trzeba wiedzieć, iż Sobieski go lubił i cenił, obejść się bez niego nie mógł.
Obrażony przy świadkach Załuski, odjechał do domu, po drodze głośno oświadczając, że składa urząd i zupełnie się usuwa od wszystkiego...
Doniesiono o tem królowi, który już był ochłonął... Nie było to Załuskiemu przeznaczone, na prawdę, ale królowéj, niemogąc po koniu, uderzył po hołoblach, czego już żałował...
Wpadł tedy niemal w rozpacz Sobieski, niewiedząc co począć... Nastręczyła się szczęściem siostra księżna Radziwiłłowa, oświadczając pośredniczyć do pojednania...
Król chodził struty, lecz trzeba go uniewinnić, bo kogo od rana do nocy, bez chwili spoczynku ciągle drażnią, w końcu, gdyby aniołem był, musi na kieł wziąć. Nieszczęściem, że to na Załuskiego trafiło, który, choć królowéj posłuchać musiał, nie mniéj powinien był i króla przestrzedz na co się zanosiło. Tłumaczył się zaś tem, iż znając stosunki obojga królewstwa, niewątpił, iż za wspólną zgodą wniosek był postanowiony...
Księżna natychmiast pojechała w pogoń za Załuskim i uprosiwszy go a zakląwszy, we własnéj karecie nazad na zamek przywiozła...
Zobaczywszy to król (byłem przy tem) obie ręce do niego wyciągnął.
— Ojcze mój — zawołał — przebacz, ale oba jesteśmy gorączki.. Przyrzecz mi, że się gniewać przestaniesz, a ja ci słowo daję, że powodu do sporu niedam..
I w najlepszéj się komitywie rozstali.
Temu zmartwieniu królowa była winną, jak we wszystkich niemal sprawach, które Sobieskiemu dolegały; bo nigdy na niego nie miała najmniejszego względu.. Co ją obchodził Kamieniec gdy chciała swoją sprawę otrzymać! Chciwość miała nienasyconą.
Ta przygoda z Załuskim, szczęściem jakoś prędko naprawiona z łaski siostry królewskiéj, nie zbyt się rozniosła, ale zostawiła po sobie ślady.. królowa, choć postawiła na swojem była gniewna za to na króla że śmiał się jéj woli przeciwić, król znowu zżymał się na żonę po cichu za jéj postępowanie, a wyrzutów czynić nie ważył się.
Ale ze wszystkiego najosobliwszem i najdziwniejszem była ta niespodzianka, że gdy na stół przyszła sprawa oprawy królowéj, ani królewska partja, ani jéj przyjaciele nie śmieli jéj jawnie popierać, a natomiast wystąpili z tém, kto? Pacowie! Wiśniowiecki oświadczył grubjańsko że kucharkę przyjmując przecież się jéj pensja naznacza a miano by odmówić królowéj? Cały ten obóz na przekór Sobieskiemu, tak gardłował za królową, że jéj dwakroć sto tysięcy złotych w starostwach i gotowym groszu z żup Wielickich wyznaczono.
Około tych rozpraw czas się zwlókł i to co król miał na sercu głównie, pobór na wojsko pod Kamieniec — pozostał nieuchwalony. Król chodził tak pogrążony w sobie, że do żony się nie odzywał, choć się przymilała.
Austryjacki poseł z jednéj strony, z drugiéj Bethune, ciągnęli go każdy do polityki swojego pana, a on ani całkiem jednéj, ani się zupełnie drugiéj nie chciał oddać.
Słowem że ten Sejm był nieustannym dla nas mankamentem, bo i człowiek w końcu niewiedział komu się uśmiechać, na kogo marszczyć, kto tu przyjacielem a kto wrogiem. Ja, że w tę politykę naówczas niebardzo byłem wtajemniczony, przyznam się, żem chodził jak w ślepéj babce.
Pomiędzy królem a królową — chłód, zatargi, — po gabinetach szeptania, narady, posyłania... kwasy ciągłe.
Wstał czasem król weselszy z łóżka, ledwie się do niego schodzić zaczęli, czoło mu się fałdowało. Poseł od tatarów, poseł od Moskwy... oba odprawieni z niczem.
Caluteńką zimęśmy się tak przemęczyli w tem Grodnie i już wierzby puszczać zaczęły, gdy naostatek znużeni wszyscy na króla się zdali — głosując jak sobie życzył. Sobieski brał na siebie odpowiedzialność politycznych układów z Francją, z Wiedniem, ze Szwedami.
Jednéj nocy, nagle, szybko zgodzono się aby raz dokończyć... i Sobieski odetchnął dopiero, ale też i żonę przeprosiwszy, położył przed nią łapki, jak to powiadają. Odzyskała swój wpływ, oprócz tego na swą rękę nie przestając prowadzić po cichu polityki własnéj, wymierzonéj przeciwko Francji.
Tenże sam plan, który zajmował od wieków wszystkich monarchów chrześcijańskich, złamania wielkim sojuszem potęgi ottomańskiéj, teraz na ramionach króla ciężył.
Wszyscy się po troszę obiecywali być pomocą, chociaż największe brzemię spadało na Rzeczpospolitą, która była narażoną na nawałę niewiernych.. a odzyskanie Kamieńca musiało z nią wojnę wywołać, bo o ustąpieniu go król ani słuchać nie chciał.
Tymczasem sposobiąc się do téj wojny przeciw poganom, wysłał Sobieski do Francji od siebie Morsztyna, który jéj cały był oddany, a do Wiednia Radziwiłła; — nie tracąc z oczów przygotowań do wojny.
Widocznem tylko było, że się ona przewlecze.
Pomiędzy Paryżem a Warszawą, jakem i ja już ślepy mógł się dopatrzeć, coraz zadraźnienie rosło większe, bo Ludwik XIV, jak mi mówiono, z Turkami trzymał dla niechęci swéj ku Austryi, a Sobieski przeciwko Turkom się gotował. Ztąd wielkie na Polskę gniewy.
Zmieniono miękkiego margrabiego Bethune, a w jego miejsce przybył do Polski biskup marsylski, Forbin — i pan Vitry, francuz wielkiego rodu, ale większéj jeszcze przebiegłości, chytrości i zuchwalstwa.
Gdyby umyślnie wybierano człowieka coby oliwy do ognia dolewał, lepszego by pewnie nie znaleziono. Dumny, szyderski, śmiały, potęgą snadź tego pana, którego reprezentował, wzdęty, jeżeli cokolwiek okazywał królowi poszanowania, to tak jakby zmuszony, innym zaś, których by sobie powinien był starać pozyskać, szyderstwami, przycinkami zalewał za skórę, że go cierpieć nie mogli. W Polsce zaś sam i przez swoich pomocników tak się rządzić chciał, jakby istotnie w kraju hołdowniczym.
Ale przy tem wszystkiem jemu i Forbinowi nie zbywało na dowcipie, na umiejętności zabawiania króla, a nawet pochlebiania mu podczas bardzo zręcznego, tak że, choć się go bał Sobieski i nie odkrywał mu się, obcował z nim chętnie i rozrywał się rozmową.
Okazało się, że i król w potrzebie dyssymulować umiał, gdyż Vitremu nie okazywał, iż go przenikał na wylot, a tak się z nim obchodził, jakby go znał przyjacielem najlepszym.
Słowem, powiedzieć było chyba patrząc na to, że na teatrze komedji się asystowało, a mnie młodego te kłamstwa i podstępy, mogę śmiało wyznać, smak do życia odbierały.
Niekiedy tęsknota mnie porywała za tym naszym wiejskim, prostym obyczajem, za spokojem i — prawdą, gdy tu wszystko kłamstwem było i na kłamstwie się opierało i w tem powietrzu zatrutem żyć i oddychać było potrzeba. Nieśmiem sądzić o królu, bo któż tam zajrzeć może w duszę człowieka, ale mi się czasem zdawało z jego słów rzuconych bezmyślnie, że i on się dusił i męczył... a wyrwać z téj opresyi nie mógł.
Bywało w Jaworowie zajdzie do ogrodu, do swoich drzewek i kwiatków, zastanie tam ogrodnika, albo parobka, prostego człeka, — zaczepia go do rozmowy, półgodziny z nim spędzi na gawędzie, wesół taki, a smakując w tym chłopskim rozumie, jakby to który z nas po czerstwych bułkach białych, dorwawszy się do świeżego razowego chleba.
Kochanie jego z królową zawsze niby też same było, całował paluszki, delektował się zapachem jéj sukni, — unosił się nad wszystkiemi ślicznościami najukochańszéj Marysieńki — ale absentował się chętnie, i — choć w listach tęsknił — rad był wypocząć...
Z nią niebyło dnia spokojnego tak około niéj wyścigi się nieustanne odbywały za wakansami, które ona samowolnie rozdawała; — biorąc od każdego certum quantum, a drugie tyle dla króla. Ułatwiali to pośrednicy i pośredniczki... Rzadka rzecz była żeby kto, bodaj najzasłużeńszy, dostał co darmo, a złożyło się tak, że król od siebie przyrzekł innemu, królowa obiecała drugiemu, musiał się Sobieski dla spokoju wykupić, aby jéj nie drażnić.
Uchowaj Boże sprzeciwieństwa, wpadała w gniew, w furję — ciskała wymówkami, łajała, zamykała się, czyniła chorą, dopóki król nie przebłagał.
Gdy się to wszystko działo, moja panna Felicja za mąż się naprawdę wybierała, a jam już prawie życzył aby się to raz skończyło, bom sądził że gdy ślub weźmie, a ja ją cudzą żoną zobaczę, ostygnę i nie będę więcéj myślał o niéj.
Pomimo że tam zachodziły jeszcze intrygi różne, koniec końcem w zapusty tego roku naznaczono wesele, i — pod niebytność moją, bo ja umyślniem zjechał na ten czas — ożenił się Boncour. Niewiem czy sobie imaginował, że żonę ze dworu weźmie, ale ona królowéj była potrzebna i ani myślała się ruszyć. Tyle tylko, że im mieszkanie wspólne wyznaczono, ale że Boncoura król ciągle posyłał, ona zostawała sama jedna.
Będąc już zamężną i wolną, przyjmowała kogo chciała, wieczorami wyprawiała kolacyjki gachom i koleżankom, słowem bawiła się jak chciała.
Dostąpiłem i ja tego szczęścia, że mnie też zapraszała abym przychodził, ale noga tam moja nie postała. Oburzała się dusza na to ażeby złodziejem zostać i komuś szczęście a cześć kraść dla zabawki. A takiego kochania płochego, jakiem się wróble na dachach popisują, nigdym nie lubił; ona zaś innego pono nie rozumiała.
Żal mi jéj było... bo patrząc na nią czasami — zdawało się, że to najświętsza panienka, najniewinniejsza istota, skromność sama — gdy pod tą powierzchownością mieszkała zdrada i fałsz.
Raz i drugi mnie zaprosiwszy do siebie pod niebytność męża, gdym nie przyszedł, spotkała mnie w podwórzu i wprost przyszła z zapytaniem:
— Cóż to? gniewasz się na mnie, że nawet nosa nie pokażesz, choć zabawił byś się weseléj niż w przedpokoju u króla... Zły jesteś żem Boncoura wybrała?
— Nie — odpowiedziałem poprostu. Wolno było uczynić wybór wedle upodobania, ale raz męża wziąwszy... trzeba na nim poprzestać...
Spojrzała na mnie z pogardą.
— Nauki będziesz mi dawał? — zawołała. Boncour nie jest zazdrośny, a ja dla miłości jego wędzić się nie myślę.
— Jest panią Boncourową i bezemnie komu bawić — począłem — więc się obejdzie bez takiego jak ja niezdary.
— A! że nietęsknię tego możesz być pewnym — przerwała — ale ludzie widzą że waćpan mnie znać nie chcesz... to znaczy jakbyś potępiał...
Chciała mnie zmusić abym do niéj przyszedł, bo się obawiała języka mojego, niesłusznie, słowam bowiem nigdy złego nie powiedział o niéj.
Przeprosiłem ją że u króla mam służbę ciągle pilną i ani wieczór nie jestem wolnym.
Oprócz niéj musiałem się od Federby salwować, która mnie swoją miłością prześladowała. Dała mi nawet jasno do zrozumienia, że gdybym się z nią ożenił, królowaby ją starostwem tłustem wyposażyła. Udałem żem tego nierozumiał, a dla oswobodzenia się raz na zawsze, oświadczyłem jéj w rozmowie, że matka mi się żenić nie dozwalała, a i ja do tego stanu nie czułem powołania.
Nic to nie pomagało, nudziła mnie wielce, szczęściem że Letreu długo jéj nigdy nademną się znęcać nie dozwalała... Myślałem już, mimo całego mego przywiązania do króla, czyby się nie lepiéj oddalić było odedworu...
Czas upływał w większéj części na podróżach z królem, który dosyć lubił być w ruchu, i — jak sam często powtarzał, na powietrzu, jeżdżąc konno, polując czuł się najzdrowszym, chociaż tuszy mu coraz przybywało i stawał się czasem ociężałym. Wedle powszechnego zwyczaju medyków, skoro niedysponowanym był, krew mu puszczano i to bardzo obficie, a niekiedy raz po raz kilkakrotnie.
Felicja była już od roku prawie zamężną, gdy raz będąc z obojgiem królestwem w Jaworowie, — przy wielkim konkursie gości — posłów, senatorów, cudzoziemców, z powodu których bardzośmy się licho mieścili siedziałem wieczorem na strychu w mojéj izdebce. Miałem bardzo szczupłą i lichą — co nie dziw gdy Vitry francuzki ów poseł nie mógł dostać więcéj nad dwa pokoje. — Wtem słyszę że ktoś bieży po strychu i drzwi moich szuka, a nim wstałem aby je otworzyć, wpada zapłakana, w sukni pomiętéj, zmieniona owa Felicja Boncourowa.
Niemogłem pojąć co się stało.
— Panie Adamie, krzyknęła od progu, ja tu niemam nikogo coby się ujął za mną, okazywałeś mi zawsze przyjaźń; broń, ratuj mnie. Mąż mnie bije!
Osłupiałem, a ta padłszy na krzesło w płacz.
— Na Boga żywego — zawołałem — gotówem czynić co tylko w méj mocy, ale jakimże ja prawem mogę wdawać się między małżeństwo!
— Na to nie potrzeba żadnego prawa — przerwała Felicja, mężczyzny każdego obowiązkiem jest za pokrzywdzoną kobietą się ujmować. To człowiek podły, ulęknie się gdy zobaczy że ja mam kogoś co mnie broni.
— Ale cóż on pomyśli! co ludzie? szepnąłem wachając się — zkądże przyszło do sporu i do tego aby się ważył rękę podnieść.
— To jest najpodlejszy z ludzi — krzyknęła Felicja, posądza mnie — zazdrosny jest. Wyjechał w pole, a powróciwszy zastał u mnie francuza Dupont. Niewiedzieć co mu się przywidziało tamtego przepędził, mnie złajał, a w końcu laską uderzył. — Niemam nikogo — jestem sierotą, zlituj się nademną.
— Gotów jestem na wszystko — odparłem wzruszony w końcu — lecz cóż to pomoże. Wszak się nie uląkł Duponta.
— To co innego — wołała Felicja, oni między sobą jako francuzi po swojemu się rozprawią, wy tylko natrzyjcie — stchórzy.
Czułem że żądała rzeczy ani dla siebie ani dla niéj nie dobréj — ale łzy, prośby tak mnie upoiły, żem postanowił się rozprawić z Boncourem.
Nikogo się nie radząc — nikomu nie zwierzając — natychmiast zszedłem go szukać, a że właśnie od króla wracał, w podwórzu go pochwyciłem.
— Za pozwoleniem — rzekłem odprowadzając go na stronę — mam mały interesik do waćpana.
— Wy, do mnie? spytał ciekawie.
— Tak jest ciągnąłem daléj — niech to waści nie dziwi że na pozór się wdam w to co do mnie nie należy. Kochałem się długo w téj która waćpana żoną została. Los jéj nie przestał mnie obchodzić. Dowiaduję się że waćpan męczysz ją — i ważyłeś się rękę podnieść na kobietę. Nie jestem z żadnego innego tytułu opiekunem ale czuję się w obowiązku jako przyjaciel — oświadczyć że za wszelką jej wyrządzoną krzywdę — mścić się będę.
Francuz patrzał na mnie i pogardliwie się zżymał.
— Ale waćpan szalony jesteś? zawołał — co komu do mojéj żony? Sprawa między mną a nią.
Chciał odchodzić — porwałem go za guzik od sukni i wstrzymałem.
— Zrozumiałeś mnie waćpan? powtórzyłem. Mam czy nie prawo — żal mi kobiety, nie dam się znęcać nad nią.
Boncour śmiał się.
— Waćpan gdzieś dziś za dużo piłeś wina — rzekł do mnie. Daj mi pokój.. mówię ci — daj mi pokój..
Niewiem czym go w pasij potrącił, ale Boncour się rzucił do mnie, a w złości już będąc okrutniem się z nim obszedł, tak że peruki postradawszy uchodzić musiał.
Ledwiem ochłonął wołają mnie do króla. Znajduję go samego w gabinecie z Matczyńskim.
— Coś zrobił Boncourowi? pyta mnie.
— Nic — rzekłem.
— Z czego poszło! mów prawdę! nie mogę pozwolić aby mi cudzoziemców — których potrzebuję — którzy mi służą — lekceważono. Boncour powiada, że nic nie zawinił.
Pomyślawszy trochę i widząc że tu inaczéj jak prawdą szczerą nie wybrnę — odezwałem się z cicha.
— N. Panie — żal mi się zrobiło żony jego — która lamentuje, bo się z nią źle obchodzi. Człowiek nie może dopuścić aby nad słabą kobietą choćby nawet własny mąż się znęcał.
Słuchał król jakby nierozumiał.
— Po cóż wpan palec we drzwi wkładasz? co komu do tego?.
— Skarżyła mi się, bije ją.
Oburzył się na to Sobieski.
— A to — infamia! zawołał. Prosił się, do nóg nam padał żeby mu ją dać. Cóż zawiniła?
— Niewiem spełna, rzekłem — zazdrosny jest, zastał u niéj kogoś pono.
— Dziewczyną była płochą — król wtrącił — ale przecież nie wmości u niéj zdybał.
— Nie — odparłem — podobno Dupont‘a.
Rozśmiał się król.
— A! ten wszędzie się do kobiet wciśnie.
Tymczasem, rzekł zwracając się do mnie — Boncour się tylko na waćpana skarży. Poco się w to wdajesz.
— Biedna kobieta płacze, skarżąc się że nikt się za nią nie ujmuje — dodałem skruszony — przyznaję się nie mam prawa się w to mięszać — ale jak się tu łzom oprzeć?
Wzruszył Sobieski ramionami.
— Dajże mu pokój i niech się na tem skończy.
— Będę się starał — rzekłem cicho.
Z téj małej rzeczy we dworze powstała gadanina wielka, która mnie na sztych wystawiła. Widziałem żem zbytnią powolnością dla Felisi, sobie i jéj kłopotu poczynił.
Mało kto wiedział o Duponcie, opowiadano więc że mnie zastał u żony, i choć się zaprzysięgałem nie wierzono. Wyśmiewano się ze mnie, z Boncoura — ale Felicja nic sobie z tego nie czyniąc, tak śmiało w oczy wszystkim patrzyła — jakby się to jéj nie tyczyło.
Nazajutrz król gdzieś wysłał Duponta; Felicja opuściła wspólne mieszkanie z Boncourem i przeniosła się do panien królowéj, a że téj zabawiać nie było czem, zaraz jéj Federba opowiedziała całą historję — mnie nie oszczędzając, bo zła była.
Letreu przybiega przed obiadem do jadalnego pokoju i daje mi znaki.
— Co waćpan najlepszego robisz? powiada odprowadziwszy na stronę. Jak można było Boncourowéj dać się namówić do wystąpienia w jéj obronie, przeciwko mężowi? Gdzież to kto widział! Że ona rozumu niema i mogła tego zażądać, — nie dziwuję się, ale żeś wpan dał się namówić?.
A wiesz o co to idzie? Felicja przed przyjaciółkami powiada iż doprowadzi do tego abyście pojedynkowali się i żebyś Boncoura zabił.
Dla tego was wybrała — że najpewniejszą jest iż dokażesz czego ona chce.
Sama się z tym nosi iż na życie jego godzi.
Byłem skonfundowany nie wypowiedzianie, a bolało najwięcéj to, że owo ucieczenie się do mnie Felisi wziąłem za dowód jéj serca — gdy tymczasem była to prosta rachuba — bo chciała ze mnie kata uczynić.
Nie mówiłem nic o tem Szaniawskiemu — bo mi wstyd było słabości — ale się dowiedział i dopieroż wpadł na mnie, a gorzéj jeszcze na Boncourowę.
— Nie warta jest tego aby dla niéj poczciwy człowiek życie ważył, przewrotna, płocha i wszystkich gotowa poświęcić dla siebie.
Nie mogłem się już tłumaczyć nawet, czując żem zbłądził. Nie pozostawało mi nic tylko się w kąt zaszyć i milczeć. Król zaś zmiarkowawszy moje położenie wyprawił mnie do Warszawy z pismami do Senatorów, którzy tam podówczas byli, kazał mi tam aż do sejmu pozostać.
Co się czasu tego sejmu działo, nie umiem opowiedzieć bom zdala i ze słuchu tylko mógł wnosić o okrutnem poburzeniu umysłów, jakie panowało z powodu fakcji francuzkiéj, i intryg Vitrego...
Między Pacami a Sapiehami przychodziło do tego że wśród sejmu szabel dobywali... Król chciał koniecznie poboru i wojska dla odzyskania Kamieńca, a całe sejmowanie upłynęło na godzeniu zwaśnionych, na zasadzkach, potyczkach służby, pojedynkach i krwi rozlewie...
Nie było dnia, nie było nocy ażeby z jednéj lub drugiéj strony trupów kilka nie padło, które do Wisły rzucano. W ulicach byle się spotkały czeladzie nieprzyjaźne, wnet się rwały do szabel, a nie było sposobu karać, bo obie strony równie zawiniły. Francuzka fakcja, Forbin i Vitry tak się krzątali, płacili, podburzali, że w końcu sejm zerwali, aż król niemal płakał...
Nie uchwalono nic aby go bezbronnym uczynić i niedopuścić do wypowiedzenia wojny Turkom.
Gdy już termin nadchodził i o głosowanie szło, umyślnie zwlekano do nocy, aby czasu nie stało do uchwały... Wiadomo, że prawo przy świecach nie dopuszcza sejmować.
Chciał król, szanując je, poradzić sobie, w sąsiednich salach światła kazawszy zapalić a drzwi pootwierać, aby sejmującym widno było..., ale spisek był na zerwanie. Zaprotestował naprzód Przyjemski, któremu ofiarowano znaczną summę aby odstąpił — ale niechciał, i wyszedł, poparł go poseł Dubrowski i tak wszystko spełzło na niczem... a gdy mówię, że król płakał, to nic a nic nie przesadzam.
Słyszałem go z Matczyńskim chodzącego i powtarzającego. — Odebrali mi Kamieniec!! nie puszczają mnie niepoczciwi przeciwko nieprzyjacielowi wówczas gdy mi go zmódz było najłatwiéj.
Po sejmie, po tych burzach, jakoś się niby ukoiło... pozostały tylko frymarki królowéj z wakansami i chwytanie pieniędzy, które ze wszech stron starała się zagarnąć. Królowa obawiając się wpływu czyjegokolwiekbądź, który by z jéj wpływem mógł walczyć — starała się zwaśnić męża z familją jego, a nawet z własną, odsuwać odedworu wszystkich, którzy jemu byli najmilsi. Podejrzliwa, niespokojna — otaczała go szpiegami, najmniejszą czynność śledziła...
Całą pociechą, króla była nowa jego fundacja pod Warszawą, nad Wisłą, w bardzo pięknem położeniu, którą nazwał Villa nova, gdzie pałac stawił i ogrody zakładał.
Pochlebcy francuzi, choć się wyśmiewali po kątach głośno porównywali ją do Wersalu i nazywali polskim Wersalem. Bóg tam wie, bo ja go nigdy niewidziałem, czy piękniejszy jest i wspanialszy od Willanowa, ale ta fantazja królewska wiele Sobieskiemu chwil szczęśliwych przyczyniła, bo z nadzwyczajną, można było powiedzieć pasją, sadził, kopał, plany rysować kazał i pilnował ich wykonania. Szczególniéj zaś owocowe drzewa go zajmowały, gdyż owoce lubił bardzo i jadł ich wiele, a nie było ich w Żółkwi, Jaworowie i po własnych ogrodach, zwożono mu je zdaleka i delektował się niemi. Słyszałem od Brauna i innych lekarzy że się owoce do otyłości mu przyczyniły.
Oprócz ogrodów, król wszystkiego był ciekaw i rad każdej rzeczy probował, a wprowadzał do Polski o czem gdzie zasłyszał — w Willanowie holendrów osadził, którzy nabiałem i robieniem serów się zajmowali.
Tych gustów królewskich, wielkiego bohatera i hetmana, pospolici ludzie zrozumieć nie mogli, wyśmiewali się z nich... po kątach, ale gdy on ogród pokazywał drzewka swoje opatrywał, sam kołki wbijał i łyczkiem, które w kieszeni nosił przywiązywał do nich szczepki — unosili się i admirowali. Królowa też wolała go ogrodnikiem widzieć niż wtrącającym się w jéj sprawy.
A jak to zawsze bywa, gdy ludzie możnemu się chcą przypochlebić — ci co przypodobać się pragnęli i cybule z Holandji i kwiaty szczególne zwozili, i nasiona i drzewka.
Tak samo było ze zwierzętami — bo i te Sobieski lubił, szczególniéj osobliwe, nie znane w kraju, albo przyswojone i ułożone, jako to była Wydra pana Paska, co ryby łowiła... W Jaworowie strusie, wielbłądy, wilki ogłaskane, niedźwiadki i różne stworzenia wolno chodzące i w klatkach widzieć było można.
Przez parę lat spokojniejszych tych właśnie, które wielką wyprawę poprzedziły — można powiedzieć że Sobieski cokolwiek domowego szczęścia zażył, o ile ono z taką kobietą jak królowa Jejmość możliwe było...
Familja z Francji niemal cała się około Maryi Kaźmiry gromadziła, mieszkał ojciec, który pewno nie na czyim koszcie żył tylko na królewskim, a honory mu oddawać musiano i wygód też ci francuzi wymagali nadzwyczajnych.
Honorami i pieniędzmi chciwéj rodzinie nastarczyć nie było można. Dwór też dla ciągłych posłów cudzoziemskich, książąt i grafów przybywających na wysokiéj stopie król trzymać musiał — i był prawdziwie pańskim, licznym a wspaniałym, chociaż on dla siebie tego wszystkiego niepotrzebował.
Na łowach kawałkiem chleba, owocami, kubkiem wina się kontentował, a w nocy pod lada namiotem, na cienkim materacyku legał...
Gdy występować musiał z całym majestatem i pompą królewską, miał potemu i postawę i oblicze, ale daleko szczęśliwszym był w małem kółku, w letniem ubraniu za stolikiem, godzinami rozprawiając. Ciekawy byłem nieraz przedmiotu tych rozmów, które się do północy i za północ przeciągały... — podsłuchiwaliśmy, Boże odpuść, podedrzwiami.
Przybył jakiś cudzoziemiec, inżynier, uczony lekarz, fizyk, — król się z nadzwyczajną ciekawością informował o nowych wynalazkach, o książkach, o doświadczeniach jakie gdzie czyniono.. Z duchownymi zaś godzinami o nieśmiertelności duszy, o życiu przyszłem o Bogu i t. p. rozprawiał, a często się tak zapędzał, że mu to spowiednik potem naganiał...
Ale w ciągu tych rozpraw trudno go było poznać, tak się poruszał, ożywiał cały i niemi przejmował.
To mu dozwalało o dawnych troskach zapominać i o dzieciach, które kochał bardzo i wielce się troskał o nie. Królowa jak Fanfonika, Jakubka, tak i inne wychowywała na francuzki sposób i niańki, dozorców, nauczycieli sprowadzała francuzów, tak że dzieci szwargotały lepiéj tą mową, niż polską władały.
Sam słyszałem jak się o to upominał nie jednokrotnie, aby z nich nie robić cudzoziemców..., ale o to sam się starać musiał, bo go królowa nie słuchała...
Miała w głowie aljanse monarchiczne i chciała aby synowie i córka były po europejsku wychowywane. Jakubkowi, choć król, sobie tego życzył bardzo, polskiego stroju włożyć nie dała wcale. Musiał uledz dla świętego spokoju.
W nim samym polskiego szlachcica nic zatrzeć nie potrafiło — a najszczęśliwszym był, gdy nim się mógł nie przymuszając do niczego, okazać...
Jak ona nigdy swéj dostojności królewskiéj nie zapominała, tak on się jéj pozbywał łatwo... Nieraz też mu brak ambicji wyrzucała.
Dwory króla i królowéj chociaż się z sobą łączyły ale bliżéj się przypatrując, tak się od siebie segregowały, że nigdy zmięszać nie mogły, i co królowi było upodobanem, to ona odpychała, a on tego co ją otaczało wprost się obawiał...
Dosyć było łaskę u króla mieć, aby się królowéj stać podejrzanym.
Ale o tem i o francuzach na naszym dworze wogóle, jeszcze pisać będę, a teraz do roku 1681 przystąpię, w którym się rozstrzygnęła sprawa o to z kim król i Rzeczpospolita trzymać będzie w razie konfliktu rakuskiego z turkami, którzy Tekelemu pomagać mieli, a w istocie zażyli go tylko aby całą swą potęgę przeciw Cesarstwu rozwinąć.
Zaprawdę mi trudno wszystko opowiedzieć i jak do tego przyszło i jak maleńkie na pozór przyczyny sprowadziły bardzo wielkie i ważne następstwa. Dziś i pamięć nie starczy, bo w niéj tylko niektóre się szczegóły zatrzymały i uwięzły, tak jak, nieprzymierzając w sicie z mąki niektóre grudki pozostają.
Niemogę inaczéj powiedzieć tylko że król większym się politykiem okazał, (zawsze nie zdradzając na którą stronę się przechyli) — niż po nim spodziewać się było można.
Mnóstwo okoliczności składało się na to, ażeby z Cesarzem iść raczéj i Papieżem przeciwko odwiecznemu wrogowi Polski turkowi, niż z królem Francji i Turkami przeciw domowi rakuskiemu.
Nikt tu Cesarza nie lubił, ani mu wierzył. Słyszałem nie jeden raz Sobieskiego, który na rok przed sojuszem, w przewidywaniu jego, powtarzał, iż niewdzięczności Cesarskiéj tak jest pewien, jak że żyw się czuje — ale dobrze zrozumiane Rzeczypospolitéj interessa nie dozwalały na żaden sposób podać ręki Turkom. Złamawszy potęgę Cesarską, dyktowaliby prawa Polsce i czynili z nią co chcieli a król Francji pewnieby jéj nie pomógł ani ratował, a niby mógł nawet myśleć o tem.
W dodatku Vitry, którego wysłano do króla, najniemilszym był wszystkim, bo z nikim się obejść nie umiał, aby pozyskać, zrażał dumą, szorstkością i szyderstwy...
Naostatek i sprawa siostry królowéj naszéj, pani Bethune we Francji przepełniła naczynie i królową naszą niemal do szaleństwa oburzyła.
Król Ludwik XIV, który chciał sobie pozyskać Polskę, bo nawet ze swoim protegowanym Tekelim, któremu pieniądze posyłał, aby go przeciw Cesarstwu ciągle na stopie wojennéj trzymać, nie mogła Francja mieć stosunków tylko przez Polskę, do czego tu trzymała osobnego agenta Duwernego. Tymczasem, gdzie szło o jakieś uchybienie przeciwko etykiecie i powadze Ludwika, którego się miała dopuścić siostra królowéj pani Bethune — nie wahał się król jéj zakazać przystępu do dworu i pokazywania się w Paryżu. Skazano ją na wygnanie gdzieś do dóbr na prowincji.
Można tedy sobie wystawić, co się z królową naszą działo, gdy o tem otrzymała wiadomość, któréj z razu i wierzyć nie chciała. Było to wprost znieważenie rodziny króla polskiego i bardzo łatwo przyszło królowéj jakoś wytłumaczyć Sobieskiemu iż on tego przebaczyć nie mógł, bo to była obraza Majestatu jego i lekceważenie go.
Sam król wziął to do serca mocno i nazywał „doznaną sromotą”.
Bardzo mu łatwo było z tego natychmiast skorzystać i Duwernego z Polski wygnać, przezcoby się przecięły stosunki Ludwika z Węgrami, — ale miał w tem subtelny rachunek swój król, aby Vitrego i Francję zostawić w niepewności — na którą stronę się stanowczo przechyli.
Z Cesarzem potrzeba się było targować, bo na jego wspaniałomyślność wcale rachować król nie mógł.
Francuski poseł, Vitry, czując że niebezpieczeństwo grozi stosunkom z Rzeczpospolitą, króla niemal nieodstępował, pod pozorem ciekawości na łowy i wycieczki mu towarzysząc, w których więcéj był naprzykrzonym niż pożądanym.
Z Tekelim też król Jan do samego końca — albo, prawdę rzekłszy, nawet gdy się roztrzygnęło to że Cesarzowi w pomoc szedł — nie zerwał zupełnie i zachował prawie przyjacielskie stosunki, które, nawet czasu wojny nieraz się przydały.
Królowa do żywego dotknięta sprawą siostry, któréj upokorzenia królowi Ludwikowi przebaczyć nie mogła — dyssymulowała... Z Vitrym ciągle była ceremonjalnie, zimno, ale niby z największą rewerencją dla Ludwika i poszanowaniem. Czy Vitry temu wierzył, o tem niewiem.
Oprócz niego, krzątał się tu w interesie Francji Duwerne, który szczególnie komunikacji przez Polskę z Węgrami pilnował, doktór Akaleja w Gdańsku, przez którego chodziły wszystkie pieniądze, a nareście Morsztyn. Ten będąc wolnym rzeczpospolitéj szlachcicem — nikomu krom Bogu nie podlegającym, dobrowolnie się zaprzedał, jak się późniéj okazało, w poddaństwo królowi Francji i jemu służył przeciwko własnemu królowi. Ten na wszystko oko miał, donosił, dozorował Vitrego i bystrzéj wglądał we wszystko niż francuzi.
Umiał też długo tak się obchodzić z królem i królową iż — choć go posądzano — znoszono wszakże i nie zrywano z nim jako ze zdrajcą.
Jesienią król (1681) zabawiał się łowami, przy którym byłem ciągle, rad żem się wyrwał z babskich intryg... Towarzyszył nam Vitry z francuzami, którzy i w myślistwie nie okazali się bardzo szczęśliwemi...
Nikt z nich, ani z towarzyszów Cesarskiego Rezydenta Zierowskiego o takich łowach jak nasze, wyobrażenia nie miał, gdzie koło Dzieduszyc i Międzyrzecza bywało jednego dnia w kniejach po dziesięciu niedźwiedzi i tyleż dzików nielicząc pomniejszego zwierza, ubito — francuzi tymczasem szrótem do psów królewskich strzelali i poranili je, — król stracił charta ulubionego, jeden z towarzyszów postrzelonego brytana. Jednemu janczarowi królewskiemu niedźwiedź głowę obdarł, ale był tak poczwarnie ogromną bestją, że nikt jako żyw podobnego nie widział...
Król nadzwyczaj wesół był, dobréj myśli, i choć się skarżył na jakąś niemoc a lekarstwo miał brać, tak nakoniec z drugiemi dotrzymywał placu, że pociecha było patrzeć na tę jego dzielność.
Najtrudniéj mu bywało na siodło się dostać, ale raz na koniu, po godzin kilka nie zsiadając — nigdy się nie poskarżył. Na tych łowach około Dzieduszyc i Międzyrzecza, dzień w dzień, bez spoczynku się zabawiał.
W tym roku już, zdaje się, szala na stronę aljansu z Cesarzem przechyliła się, ale Vitry i francuzi znajdując króla do czasu powolnym dla Duwerna i zawsze z pewnym respektem wyrażającego się o Ludwiku XIV, pochlebiali sobie iż króla i królowę pozyszczą.
Vitry znając pewnie jak nasza pani chciwą była grosza, wnosił aby Francja sto tysięcy rocznie zaofiarowała, kupując sobie przymierze. Nie wątpiono iż się to powiedzie. Ale nieznali pono oni Sobieskiego, któremu o tem mówić nawet nie było można, ani nawet królowéj, która chciwą była, ale jeszcze bardziéj dumną, a w osobie siostry dotkniętą tak boleśnie iż tego przebaczyć nie mogła.
Na wiosnę tego roku znowuśmy z królem, który rad był trochę swobody mieć od żony i odetchnąć na świeżem powietrzu — ruszyli na łowy w kwietniu — a rezydent Cesarski tak pilnym był, iż nawet na polowaniu chciał Sobieskiemu towarzyszyć. Od tego się ledwie oswobodzono.
Jednakże pamiętam że gdyśmy około Dziedziłowa z nieosobliwem szczęściem polowali, bo zwierza było mało i tu króla nowiny od Turcji przez Wołochy dostarczone doszły, które przepisane zaraz rezydentowi Cesarskiemu posłano. O Tekelim też i wszystkich jego obrotach i zamiarach, król był lepiéj uwiadamionym niż sam Cesarz.
Królowa siedziała niedomagająca w Jaworowie ze swą rodziną — a król zarazem i dobra swe oglądał porządek w nich zaprowadzając.
Po kilkudziesięciu latach, jak sam powiadał król, z wielkiem wzruszeniem odwiedzał przy téj okazyi, w Kwietniu, zamek w Olesku, — gdzie się urodził. Znaleźliśmy go bardzo zdezelowanym i opuszczonym — bo komnaty niektóre zaciekały, za co król bardzo się na burgrabiego gniewał. Pokazywano nam tu marmurowy stół pęknięty, na którym przyszedłszy na świat naprzód był położonym. Olesko restaurować, choć miejsce bardzo piękne i ogrody pozakładane w dobrym stanie podczas przy budowaniu i robotach w Willanowie i Jaworowie, trudno było myśleć, ale król to sobie obiecywał w przyszłości.
Kościół i groby Daniłowiczów znalazły się dosyć dobrze utrzymane.
Z Oleska, gdzie król dłużéj dnia nie bawił, jechaliśmy do Złoczowa i do Podhorzec do Koniecpolskich. Wiosna była najśliczniejsza — a tam z podziwieniem się mógł przypatrzeć jak ten wielki rycerz i bohater nie postradał, mimo wszystko to co miał na głowie, upodobania w tem co pospolitych ludzi bawi i zajmuje.
Musiałem raz w raz z Morawcem, z konia zsiadać i pierwsze kwiatki nad drogą się pokazujące, które król radośnie witał, zrywać dla niego. Cieszył się tak miodunkami, podlaszkami, żółtemi sosenkami, jakby, z pozwoleniem, dziecię. Inni się uśmiechali, a jam na to patrzył z poszanowaniem, bo — dali Bóg, póty w człowieku serca i poczciwości dopóki go takie proste rzeczy radują i smaku w nich nie traci... A tu mimo Cesarza i króla Ludwika, nasz pan śmiał się do przelaszek tak, jakby turka na świecie nie było.
Z Oleska, ni fallor, — ciągnęliśmy na Zborów do Huty nad Krynicą, około Olejowa dwadzieścia sarn i ogromne wilczysko upolowawszy, — daléj do Medyki, gdzie ten nieszczęsny francuz Duwerne czekał na nas bo mu jego szpiegów z listami Tekelego pochwycono...
Tych podstarości Niemirowski chował na strychu, aby francuz o ich wzięciu i o listach, które wieźli nie dowiedział się..
Listy odesłano rezydentowi cesarskiemu, a ludzi pobranych odprowadzić król kazał na zamek do Sośnicy pod Wysockiem.
Francuz już miał wiatr o ich przejęciu — czemu Sobieski nie zaprzeczał, ale udał, że ich rezydent cesarski sam pochwytał...
My, czuliśmy już że z francuzami szło coraz gorzéj co i po nich widać było, bo nosy bardzo pospuszczali, a Vitry nawet taki był teraz grzeczny i nadskakujący jak nigdy. Nie chybiano mu też, ale chłód ceremonjalny coraz był jawniejszym.
Politykowano.
Przed podróżą tą do Oleska i do dóbr na Rusi, Vitry, obawiając się na chwilę go stracić z oczów, ofiarował się towarzyszyć, ale Sobieski grzecznie dał do zrozumienia, aby na niego poczekał... Oprócz tego posłał z kancellaryi swéj Czarnowskiego, który najlepiéj po francuzku umie i więcéj niepowie nad to co potrzeba, aby panu Vitry poufnie oznajmił, iż rezydent cesarski, a nadewszystko nuncjusz papieski Pallavicini uskarżają się na to, że król toleruje stosunki Węgrów z Francją przez kraje rzeczpospolitéj i że Sobieskiemu trudno będzie na dłuższy pobyt Duwernego pozwolić — Papieża musiał mieć na względzie dla subsydjów, jakich się od niego spodziewał, wrazie wojny z Turkami.
Czarnowski wszystko to odniósłszy, co Vitry kwaśną miną przyjął — króla od osobistych nieprzyjemnych tłumaczeń uwolnił.
Powróciwszy z téj wycieczki, zastaliśmy Vitrego w Jaworowie, który, jak nam powiadano, nieszczęśliwie się dowiadywał o powrót króla i zaraz nazajutrz rano, gdy król w ogrodzie się zabawiał około tulipanów, pochwycił go na długą rozmowę.
Z téj powróciwszy — Sobieski, choć wcale gorąco nie było, pot z czoła ocierał, a królowa natychmiast nadeszła na konferencję z nim, aby się pewnie dowiedzieć... czego Vitry żądał i na czem się skończyło...
Z pochmurnego oblicza posła można się było domyślać, że nie bardzo był rad z posłuchania. Przy obiedzie wszakże królowa dla francuza nadzwyczaj była uprzejmą, jakby na przekorę i szyderstwo, a król też głośno się oświadczał z wielką dla Ludwika XIV admiracją i sympatją.
Francuzi między sobą szeptali, że Duwernemu wskazano, aby się ztąd oddalił, bo go dłużéj cierpieć nie chciano...
Jawną już była przegrana francuzów, na których się królowa mściła nietylko za siostrę ale i za ojca, któremu tytułu książęcego i parostwa dotąd odmawiano.
O ilem ja moim mizernym rozumem, mógł naówczas penetrować co się knuło, składało i przygotowywało — jawnem było co raz bardziéj, iż mimo zapewnień poszanowania dla Francji, wszyscy już z Cesarzem trzymali, a król niekoniecznie dla żony, ale z własnego przekonania się na tą stronę przechylał. Siostra księżna Radziwiłłowa, szwagier króla Wielopolski, żona jego siostra królowéj trzymali z rezydentem cesarskim...
Pomiędzy ludźmi, przysłuchując się, różne można było zdania chwytać, bo u nas wkorzeniony był wstręt do rakuskiego dworu, obawa jego, a również i dla turków miłości nie mieliśmy, ani dla francuzów. Więc głosy się dawały słyszeć najsprzeczniejsze, nie gdzie życzliwość i miłość prowadziła, ale gdzie nienawiść skłaniała.
Vitry, jakom późniéj słyszał, przypisywał usposobienie króla i niechęć ku Francji, jedynie królowéj obrażonéj jéj dumie i chęci poniszczenia się za ojca. Doradzał więc aby mu choć późno, owo pożądane księztwo i starostwo ofiarowano, gdy królowa głośna się z tem odzywała — że teraz nie przyjmie choćby dawano i niepotrzebuje łaski królewskiéj.
Rachował też Vitry na owe sto tysięcy pensyi, którą Ludwik królowéj czy królowi chciał ofiarować, ale — z tem wystąpić nie śmiano. Myśmy z samego pochmurnego oblicza posła francuzkiego mogli wnosić — że tu mu coraz ciaśniej było i niewygodniéj. — Siedział jednak, a w towarzystwie oboje państwo okazywali mu zawsze uprzejmość wielką, tak że się skarżyć nie mógł..
Przez cały ten rok, nieumiem powiedzieć czy francuzi się łudzili, czy ich łudzono tem że sobie mogą pozyskać króla, gdy wistocie w miarę tego co mógł zyskać Sobieski stojąc po stronie Cesarza, Ludwik XIV — ani w części nie mógł mu równoważnych zapewnić korzyści. Morsztyn — który dawniéj u króla miał pewne zachowanie, stał się nietylko podejrzanym, — przyjmowano go chłodno — a w końcu królowa, która mniéj dyssymulować umiała, jawnie już poczęła niechęć ku niemu objawiać.
Ale we wrześniu jeszcze Vitry się upierał dworując ciągle — choć niezbyt zręcznie — że Sobieskiego przeciągnie na stronę Francji. Tymczasem Cesarz już nawet tytuł majestatu królowi pruskiemu dawać począł, a pono królowa się obietnicami cieszyła że dla Fanfanika rękę arcyksiężniczki pozyszcze.
Była to dla niéj najprzyjemniejsza pomsta nad Francją.
Nie przyznaję sobie wcale prawa sądzenia o polityce, bom się jéj nie nauczył, choć się o nią ocierałem codzień, ale mi się widzi teraz — gdy poglądam zdala na ówczesny skład okoliczności, że więcéj przewidując a mniéj króla i rzeczpospolitą sobie lekceważąc, Ludwik XIV byłby mógł sobie pozyskać królowę, jéj rodzinę, a przez nich i Sobieskiego, który zdawna — od młodu miał skłonność sprzyjać Francji. Tymczasem czyniono wszystko co tylko było można, aby królowę i jego zrazić i odepchnąć — a w dodatku posłano tu Vitrego, który nikogo sobie pozyskać nie umiał.
Król rozmawiać z nim lubił, ale ni mniéj ni więcéj jak z innemi ludźmi trochę wykształconemi, konwersował z nim godzinami, nigdy mu się pono nie zwierzając z niczego, a sam na uszy moje słyszałem — bo się mnie nie wystrzegano, jak powróciwszy z takiéj konferencij z nim, przed królową z niéj się spowiadał, podżartowując z Vitrego, którego półsłówka doskonale rozumiał, a przed nim udawał że inaczéj pojmuje to niżeli on i wyślizgał mu się nigdy nie dając wypowiedzieć szczerze, tak jak sam szczerze się przed nim wygadać nie chciał.
O ile wiem i przypominam Vitry się łudzić dłużéj dawał niż bystrzejszy — od niego Morsztyn, który widział zawczasu że interesa Francji źle stały i ratować ich już nie było można.
W Listopadzie, jeśli się nie mylę, Vitry naostatek królowéj oświadczył że Ludwik XIV, przez konsyderację dla niej — margrabiemu ojcu p. d‘Arquien nadać był gotów ów tytuł książęcy i parostwo osobiste, ale Marja Kazimira grzecznie a dumnie odpowiedziała mu że jéj godność i teraźniejsze położenie nie dozwalały już przyjąć téj łaski, za którą dziękowała nie mogąc z niéj korzystać.
Wyszły pono przy téj zręczności na stół żale za siostrę, panią Bethune i Vitry już nie miał nic więcéj do ofiarowania jako kompensatę nad owe sto tysięcy liwrów, na które rachował znając chciwość i skąpstwo królowéj, a posądzając i króla o to że zbyt pieniądze lubił. Tymczasem i to już chybione było — bo spóźnione — albo li całkiem nie zręczne — bo godności króla uwłaczające. Można było tę ofiarę jak chcieć malować i tłumaczyć — zawsze ona była pensją która stawiła Sobieskiego na żołdzie Francji.
Na to już duma królowéj nawet nie mogła przystać. Napróżnoby Vitry chciał dowodzić iż tajemnicą mogła pozostać pensja, — bo w polityce takiéj, ledwie krótko się sekret uchować może, gdy kilka — co najmniéj, osób — mieć go musi zwierzonym.
W Grudniu wiem że gdy Sejm zwoływać miano, przejęto list Morsztyna do francuza jakiegoś, w którym stało: „Liga pomiędzy naszym dworem a Cesarzem zawarta, a nawet okupiona przyrzeczeniem wydania Arcyksiężniczki za księcia i zapewnieniem sukcesij tronu. Samo z siebie, z natury rzeczy wypada iż gdy sejm zerwany zostanie — zerwie się i ta Liga.“
Z tego wnosić już łatwo, jaki się sejm gotował — i jak wytężone były wszystkie siły i intrygi — aby przykładem innych — zerwany został.
To zaś Morsztynowi i francuzkiéj klice zdawało się bardzo łatwem — bo dosyć było jednego posła przekupić i kazać mu okrzyknąć — veto — aby wszystkie narady i uchwały w łeb wzięły.
Z takiemi aprehensjami jechaliśmy do Warszawy, jawnie już mając wystąpić z przymierzem rakuskiem, które tylko to zabrało że je Papież przez nuncjusza miał popierać.
O sobie jak mi się pod te czasy działo — niewiele powiedzieć mogę, tyle tylko że u króla w łaskach byłem zawsze — a nawet coraz większe zdobywałem zaufanie, które, oprócz Szaniawskiego i Morawca we wszystkich zazdrość i niechęć ku mnie obudzało.
Bóg widzi żem z królewskiego dla mnie usposobienia nigdy na niczyją krzywdę nie korzystał — owszem, gdy król pytał o kogo, zawszem tłumaczył — zalecał, a żadnego sobie złego słowa do wyrzucenia nie miałem.
Najwięcéj się przeciwko temu oburzono — gdy — pomijając starszych we dworze, — król mi powierzył swój osobisty skarbczyk. Były to jego kieszonkowe pieniądze, o których ani królowa ni też nikt nie wiedział, ani zkąd przychodziły ni gdzie się obracały. Podskarbi prowadził wielkie rachunki, jam miał w zawiadywaniu woreczek królewski, ażeby zaś stosunek ten cokolwiek pokryć, dał mi król nadzór nad swojemi kosztownościami, których choć niewiele używał, ale ich dosyć było — po Daniłowiczach, Żółkiewskich, po pradziadach.
Już naówczas samych szabel w złoto oprawnych miałem na regestrze kilkanaście — (z których jedną najulubieńszą — król sankami jadąc zgubił w tym roku) — drugie tyle było siodeł, rzędów, czubów, zbroi szmelcowanych, spinek pod szyję, pasów, łańcuchów i różnego srebra.
Nigdy nie wychodził król bez sakiewki, w któréj jednym końcu złoto miał, a w drugim srebro, bo zawsze złotem rzucać nie lubił — choć jałmużnę chętnie dawał i nigdy ubogiemu odejść bez niéj nie dopuścił.
Trafiało się bardzo często że kilkadziesiąt dukatów wziąwszy z sobą, powracał wieczorem i oddawał mi śmiejąc się sakiewkę próżną, a gdym pytał co mam wpisać, po namyśle najczęściéj, na rachunek ogrodowy to wpisywać kazał.
W istocie dla ogrodników hojnym był, ale też i dla innych podupadłych szlachty, petentów, których zawsze było mnóstwo, umiał być szczodrym — szczególniéj gdy do rodzin mu znanych należeli. Skąpym ani chciwym nigdy nie był, choć rozrzucić nie lubił.
Tu też może słowo powiedzieć nie zawadzi o francuzach na dworze u nas — około których teraz musiała być oględność wielka, bo do nich Vitry i jego pomocnicy łatwy przystęp mieli i przez nich wiedzieli co się u nas mówiło i działo.
Nie mogę ich o to wszystko obwiniać aby króla zdradzali, bo wielu z dobrą wiarą się wygadywali, nie wiedząc że to szkodzić mogło, ale i na tych nie zbywało, którym Vitry i Forbin i inni agenci dawali pensje... Pomiędzy kobietami królowéj też pewnie na ujętych przyjaciółkach francuzom nie zbywało. A jako dawniéj powiadano, że za Wazów, aż do Marji Ludwiki, przemagała u nas na dworze niemczyzna, tak Michała wyjąwszy — z królową francuzką, a potem z naszą margrabianką tak się francusczyzna rozwielmożniła iż prawie ją tylko słychać było na dworze.
Królowa Sobieska, wprawdzie od młodych lat mieszkając w Peszcie, języka się mimowoli nauczyła, ale nim mówiła bardzo źle, a pisała jeszcze gorzéj, jeżeli parę słów czasem nakreślić była zmuszoną. Z mężem, z dziećmi, z ojcem, z bratem — siostrą, szwagrami, z całą służbą rozmawiała po francuzku tylko. Około króla było dworzan i służby polaków kilku, około królowéj nie wiem jeżeli kto oprócz Szumowskiéj jednéj. Faworyty obie Federba i Letreu francuzki były, dziewczęta przeważnie też, lokaje nie mniéj. Dopiero zstępując niżéj coraz, przy kredensie i koniach polaków znaleźć było można.
Z powodu Margrabiego Ojca, brata, siostra królowéj, gdy ci do stołu siadali, albo w towarzystwie się znajdowali, francusczyzna w salonie panowała, król też książki francuzkie przeważnie czytywał, albo łacińskie, polskich, oprócz panegiryków mało było i to tak szpetnie drukowanych, że ich do ręki wziąć było trudno. Nie razem biblioteki oglądając dawne i książki widząc dawniéj u nas drukowane w Krakowie, w Gdańsku, nawet po mało znanych miastach, dziwić się musiał temu że u nas i papieru dobrego nie stało i drukować nie umieli. Dla króla gdy panegiryk wydrukowano, to się już zmogli na papier ludzki, ale toż samo dla pospolitych ludzi, gorzéj niż na bibule odbijano, a królewskie konterfekty jak od siekiery wyrąbane wyglądały.
Ale to naówczas nikogo nie obchodziło, bo kto się o polską książkę troszczył, a kto jéj był żądny??
Wracając do francuzów, właśnie naonczas gdy królestwo oboje najgorzéj byli z Francją, gdy Vitry się wściekał nic dokazać niemogąc, powszechnie nienawidzony — francuzów na dworze, po miastach, przy magnatach, w wojsku naszem było mnóztwo. Inżenierowie niemal wszyscy byli z Francji posprowadzani. Przy królu pisarze, sekretarze, lokaj i felczer razem Dumoulin, Lafore służący — niezliczyć ilu francuzów.
Można pojąć jak nam tu było cokolwiek przed posłem i agentami francuzów ukryć. Czego mężczyzni nie wygadali, wypaplały kobiety... W Warszawie, we Lwowie sklepów i kupców z Francji moc było, jak niegdyś w Krakowie włochów.
Myśmy się wszyscy prawie po niewoli czy po woli musieli nauczyć języka tego, choć kto mówił źle, rozumiał go dobrze. Jak na przekorę ta cała francuszczyzna teraz, z królową razem stała przeciwko Francji i jéj królowi, ale Vitry i Morsztyn, z całym zastępem swoich jawnych i skrytych pomocników, zakupionych, gotowali się bodaj Sobieskiego z tronu strącić, a do przymierza z Austrją przeciw turkom nie dopuścić.
Vitremu w téj niepoczciwéj robocie nie tyle przypisywać należało, co nader zręcznemu, przebiegłemu, okrutnemu a duszą i ciałem oddanemu Francji Morsztynowi, który już więcéj francuzem był niż polakiem, i dobra nabywszy we Francji, sam się tam z radością przenieść zamierzał.
Jak do tego przyszło iż z wielkiego przyjaciela i sługi króla JMci przeszedł do obozu jego wrogów, — trudno tłumaczyć inaczéj, tylko wielkiemi dobrodziejstwy jakich za zdradę własnego kraju spodziewał się od Ludwika XIV.
Królowa też w tem jak we wszystkiem cokolwiek się u nas działo, miała udział nie mały. Brat jéj kawaler de Maligny, któremu jako mężnemu dowódzcy nic zarzucić nie było można, nie stary, przystojny, starał się o córkę Morsztyna. Odmówiono mu jéj. Królowa za brata i za własną obrazę poprzysięgła pomstę, a choć Morsztyn tłumaczył się i uniewinniał że córki zmuszać nie mógł — nie przebaczono mu tego że śmiał wzgardzić kolligacją z królewską rodziną.
Morsztyn naówczas już przygotowany opuścić całkiem rzeczpospolitę, mający tu licznych przyjaciół i stosunki, zręczny, umiejący wszelką odegrać rolę jaka na niego przypadała — ważył się na spisek przeciw królowi... Nie miał Ludwik XIV czynniejszego ani doskonalszego agenta w Polsce nad niego.
Nie umiem powiedzieć prawda li było czy potwarzą co późniéj głoszono, a król taił i nie dopuszczał by się rozchodziło — iż spiskowi zamierzali nie tylko go z tronu zrzucić a wielkiego Hetmana Jabłonowskiego w miejscu jego okrzyknąć, ale nawet na życie Sobieskiego godzili.
Tam gdzie o tak straszliwe oskarżenie idzie, lekkomyślnie go rzucać nie pozwala sumienie, ani zapisywać ku wiekuistéj pamięci, tego co bodaj zapomnianem zostało. Nie będę się więc rozpisywał z tem co mnie doszło późniéj o spisku, który Bóg strzegł — nie przyszedł do skutku.
W całéj téj sprawie ciemno było i jest — ci co w niéj ręce umaczali, wyparli się udziału — o Jabłonowskim mówiono iż bez jego wiedzy nim rozporządzano, król bowiem do ostatka miał go za najlepszego przyjaciela, a u królowéj był nie tylko w największéj estymie, ale bodaj więcéj jéj upodobanym niż mąż. Tego szlachetny charakter i otwartość nie godziły się często z jéj polityką nie patrzącą i nie przebierającą w środkach — byle prowadziły do upragnionego celu.
Przed Sejmem król tak był spokojnym i zdawał się swojego pewien iż najmniejszéj obawy nie miał o rezultat. Obmyślanem było wszystko aby do zerwania nie dopuścić — a wnioski królewskie poparte przez Nuncjusza Inocentego XI i przez rezydenta Cesarskiego przeprowadzić... Zdaje mi się że i królowa nierównie podejrzliwsza i przebieglejsza nie domyślała się uknutéj zdrady...
Lecz nim do tego Sejmu przyjdziemy, moją własną nieszczęśliwą przygodę, opowiedzieć muszę, gdyż ona wielkich dla mnie strapień, zgryzot i mankamentu była przyczyną. Wspomniałem wyżéj jak mnie Felicja ta nieszczęsna, dziś już Boncourowa wciągnęła w to że z mężem jéj o nią się powaśniłem.
Wiedzieli o tem wszyscy, bo i my oba od siebie stronili, nie mówili jeden do drugiego, francuz mnie omijał, a jam go też nie szukał. Wiedziałem o tem że się na mnie odgrażał po kryjomu i ciągle obiecywał mi dać naukę. Śmiałem się z tego — ale z żoną jego stosunków unikałem i choć mi się uśmiechała pięknie a wabiła, nie dawałem się pokusie.
Tak stały stosunki nasze, gdy jużeśmy się naówczas na Sejm wybierali do Warszawy, rano jednego dnia wpada do mnie poczciwy Szaniawski tak zaperzony, iż od razumpoznał że coś przynosi nie dobrego...
Nagle stanąwszy naprzeciwko mnie wśród izby, woła:
— Człowiecze! coś ty zrobił, do czego cię ta głupia pasja twoja doprowadziła!!
Przeżegnałem się.
— Co tobie jest? pytam spokojnie.
— Przedemną nie udawaj — krzyknął Szaniawski — póki czas, ubieraj się, uchodź — to nie przelewki...
Vox populi na ciebie wskazuje... wszyscy mówią że to sprawa twoja. Jeżeli ci życie miłe...
Mnie się w głowie mięszało.
— Bóg świadek duszy mojéj, zawołałem z łóżka się porywając, ani wiem ani rozumiem o co idzie... Czego ty chcesz? o czem mówisz?
Popatrzył na mnie Szaniawski.
— Czyś winien, czy nie winien, bo dalibóg nie wiem już co sądzić... rzekł ciężko oddychając... ratować się jakoś należy, bo jeden jedyny głos że to twoja sprawa...
— Ale, do kroćset djabłów — przerwałem, powiedz że mi w końcu o co idzie. Jestem jak w rogu...
— Boncour zabity — począł Szaniawski, znaleziono dziś rano w śmierć porąbanego w lasku za ogrodem. Wczoraj wieczorem widziano was z sobą się sprzeczających...
Dreszcze po mnie i ogień przeszły...
— Jakżeż ty mógł przypuścić, zawołałem, żebym ja był zabójcą, żebym pokryjomu napadał i zarąbał!! Waśniliśmy się z sobą nie jeden raz, wczoraj też drwiłem z niego, aleśmy się w podwórzu rozeszli. O niczem nie wiem...
Przestraszony jednakże wstałem natychmiast się odziewać.
— Pójdę do króla wprost, zawołałem, niech zaraz inkwirują... jam nie winien...
— A! już tam od dnia inkwizycja się poczęła i król uwiadomiony — rzekł Szaniawski, byłem pewny żeś uszedł — bo i ja ciebie posądzałem...
— Z inkwizycji nie wyszło nic więcéj nad to że wczoraj późno wyście z sobą jeszcze koty darli, a potem on się z mieszkania wyśliznął i już nie powrócił. Nocą trupa w lasku czeladź z miasteczka powracająca znalazła... Mówię ci, że jednym głosem wszyscy ciebie obwiniają...
Trupa złożono w szopie na tapczanie, posiekany strasznie, głowa rozpłatana... Żona wpadła, słyszę, zobaczyć go, i łzy nie uroniwszy wyniosła się ze wspólnego mieszkania do fraucymeru...
Wcale żalu po nim nie ukazuje...
— Jam nie winien — odparłem Szaniawskiemu. Znasz mnie, nie miałbym dla ciebie tajemnicy. Prawda się musi wykryć. Ubieram się i idę do króla...
Ledwiem tych słów dokończył, gdy Morawiec wpadł zobaczywszy mnie ręce załamał i krzyknął.
— Król kazał wołać cię — czemu nie wpadłeś zawczasu.
Pasja mnie porwała.
— Człowiecze! zawołałem, coś ty z innemi oszalał także czy co? Ja o Bożem świecie nie wiem...
— Król rozgniewany jakem go nie widział dawno, dodał Morawiec. Już na ostatnim sejmie, pojedynki i zabójstwa około zamku doprowadziły go do srogiego oburzenia — chciał dać przykład a tu przy nim — pod jego bokiem, taki kryminał i na Boncourze — którego on potrzebował i lubił.
Nie było już co z niemi rozprawiać — tyle tylko żem porwał obraz Chrystusa wiszący nad łóżkiem i przysięgłem im że zabójcą nie byłem...
— Żebyś sto razy przysiągł — odparł Szaniawski — ludzi nie przekonasz — ja ci wierzę, ale król — ale inni...
Jak w gorączce pierwsze z brzegu suknie wdziawszy, pobiegłem do króla, którego właśnie Lafore ubierał i nogi mu smarował...
Z twarzy Sobieskiego postrzegłem zaraz, że sprawa źle stała. Zobaczywszy mnie w progu zatrząsł się.
— Zbóju ty! zawołał — nie poszanowałeś nawet majestatu króla twojego... Wiesz że ty co to szabli dobyć tam gdzie król rezyduje... na gardle za to odpowiesz! na gardle.
Padłem na kolana bijąc się w piersi.
— N. Panie, krzyknąłem z boleścią, jam niewinien. Sprawa to nie moja... Poprzysiądz to mogę...
— Precz! precz! pókiś cały! — począł król — mężobójcą a w dodatku chcesz być krzywoprzysiężcą. Patrzaj że do czego cię ta głupia miłość doprowadziła. Gubisz duszę...
— N. Panie! zawołałem.
— Milcz — krzyknął król — milcz, wynoś mi się pókiś cały — nie pokazuj na oczy... Gdy cię marszałkowscy urzędnicy wezmą, ja nie obronię i bronić nie będę.
— N. Panie — począłem błagając, jeżeli ujdę to mnie wszyscy winnym uznają, a ja nim nie jestem. Nie chcę, choćby życie ratując, sromotą się okryć — niewinny jestem...
— Wszyscy cię obwiniają, wtrącił gwałtownie król wszyscy! widzieli was wczoraj wieczorem waśniących się z sobą i takeście wyszli razem...
— Alem ja wprost do mieszkania na strych poszedł, anim Boncoura widział — powtórzyłem.
— Jedź ztąd — słyszysz — przerwał mi król — mam litość nad tobą. Prawda się odkryje, ale nim się ta twoja niewinność, w którą ja nie wierzę — okaże — będziesz więzionym, bo niemal in flagranti cię pochwycono... Z Marszałkiem żartów nie ma...
Spojrzał na mnie.
— Nie, N. Panie — uciekać nie będę, odparłem spokojnie — zabójstwa winien nie jestem...
— Tak! tak — gniewnie przerwał mi Sobieski — sofistykujesz — zabójstwa niepopełniłeś, powiadasz, ale pojedynek był... O toż tak! pojedynek bez świadków to morderstwo...
— Ale ja się z nim nie biłem — zawołałem zrozpaczony. Sam się oddam w ręce marszałkowskiéj straży, bo nie mogę tego ścierpieć aby mnie obwiniano — gdy się niewinnym czuję...
Pomimo zaklęć moich, król się nie mógł uspokoić, ni chciał mi zawierzyć.
— Rób sobie co chcesz — zawołał — ale ja cię dłużéj trzymać nie mogę przy osobie mojéj i przy dworze. Dosyć posądzenia o zabójstwo... tolerować mi się tego nie godzi. Mnożą się pokątne kryminały, folgować im niemogę. Zdaj wszystko Szaniawskiemu i czyń co chcesz... znać cię nie chcę.
Mnie się niemal na płacz zaniosło, kląkłem znowu.
— N. Panie — począłem ręce podnosząc — nie karz mnie niewinnego, nie odpychaj. Dosyć będzie téj oznaki gniewu twego aby mnie wszyscy potępili...
Nie dał mi mówić.
— Dość, dość — rzekł — niemogę tego słuchać i pobłażać nie wolno mi... Com rzekł to się stanie...
Wskazał mi na drzwi — Lafore widząc go zagniewanym, otworzył je przedemną, musiałem iść precz.
W głowie mi się zawracało — uciekać nie myślałem...
Szaniawski stał w przedpokoju, czekając naczem się to skończy, rzuciłem mu klucze, powiadając że skarbczyk miał przejąć.
— A ty? — zapytał.
— Cóż, ja? — odparłem. Nie możesz przecież myśleć że ja ucieknę, kiedy się niewinnym czuję. Ja pozostanę tu, póki się instygowanie nieskończy. Sam będę instygatorem bodaj, a winowajcę odkryję, bo na sobie plamy takiego mordu znieść niemogę.
Ludzie, którzy sądzili że ja już za górami jestem lub za kratą, zobaczywszy mnie chodzącego swobodnie i ani myślącego o ucieczce — poczęli zmieniać zdanie.
Nikt jednak do mnie, oprócz Szaniawskiego i Morawca nie zbliżał się, bo się obawiali wszyscy — aby o wspólnictwo i pomoc nie byli posądzeni, a w konflikt wejść ze sądami marszałkowskiemi nikt sobie nie życzył.
Pierwsza rzecz poszedłem z Szaniawskim do szopy gdzie trup był złożony. Ażem się wzdrygnął tak haniebnie porąbany był. Oprócz głowy, z któréj mózg wyprysnął... twarz, ramiona miał posieczone... ale krew już dawno płynąć przestała i tylko skorupa czarno-krwawa go okrywała..
Z tego wnosić było można iż jeszcze z wieczora został zamordowany...
Rany były od szabli zadane, a przy nim tylko złamany rożenek francuzki się znalazł. Nie był to więc pojedynek, ale wprost napaść jakaś, a z ilości ran zdawało się, że chyba nie jeden ale conajmniéj dwu na niego naskoczyło...
Od niego potem poszedłem do żony, do fraucymeru królowéj, chcąc ją widzieć, ale mnie niedopuszczono. Z tego co mi Letreu przyszła podszepnąć, wniosłem, że i ona mnie musiała posądzać o zabójstwo — chociaż po mężu tym wcale nie płakała...
Letreu też życzyła mi uchodzić, alem wprost jéj oświadczył, że ani myślę się ruszyć, póki zabójców nie wyśledzę — i ja się nie oczyszczę...
Nie ruszyłem się więc ani krokiem z Jaworowa, ale że mnie już za ekskludowanego uważano, nie poszedłem do stołu i zostałem w izbie pod strychem. Com wycierpiał przez ten czas, nie opisać.
Marszałkowski zastępca nie chciał mnie aresztować, bo widział, że uchodzić nie myślę, ale to brano wprost za zuchwalstwo z méj strony nie za dowód niewinności i powiadano, żem był pewien królewskiéj protekcji dlatego tak sobie śmiało poczynam.
Inkwizycja też szła przez ten wzgląd na króla opieszale, tak że ja sam musiałem ją niemal prowadzić... Najmniejszego śladu nie można było natrafić, ani nawet domysłu powziąć, kto mógł to morderstwo popełnić.
Znałem już teraz do tyla Boncourową że ją mogłem posądzić, iż jeśli zabójców nie nasłała, to przynajmniéj przyczynić się mogła do tego... Nie ja jeden dla niéj głowęm stracił, było innych wielu co szaleli, z tą różnicą że moja miłość stateczną była, a ich przemijającą namiętnością.
Rozpytując, rozpatrując, śledząc, tyle tylko doszedłem, że w ostatnich dniach przed zabójstwem, najwięcéj się około Boncourowéj uwijali Słoniewski niejaki i Margocki, oba młokosy. Letreu mi mówiła że widziała jejmość kilka razy to z jednym z nich, to z drugim śmiejącą się i szepczącą po kątach — i że Słoniewski i Margocki nazajutrz po zabójstwie do stołu przyszedłszy tak mieli zmienione twarze, wejrzenia niespokojne, że ją to zaraz uderzyło...
Mnie oni oba bardzo byli mało znani, zwierzyłem się Szaniawskiemu... Ten mnie nic nie mówiąc, gdy oni oba na obiad poszli, poszedł ich mieszkanie i szable obejrzeć. Otóż u Słoniewskiego wprawdzie na szabli śladów krwi nie było, ale w kącie znalazł starą koszulę, o którą widocznie zakrwawioną szablę ocierano i tę zabrał z sobą...
Krew była niedawna, a na dworze o żadnym pojedynku wieści nie mieliśmy. U Margockiego żadnego śladu nie natrafił...
Trzeba było siebie ratując drugich gubić. — Rada w radę — co tu począć — Szaniawski mi powiedział — nie mięszaj się, gorączka jesteś i o skórę ci idzie — zdaj na mnie — ja poprobuję azali się nie uda wykryć prawdy.
Mądry Szaniawski, tegoż wieczora gdy z kolonij wychodzili, przysunął się do Słoniewskiego i szepnął mu — mam ci coś powiedzieć.
Przystał do niego młokos, jak pijawka — nagląc niespokojnie.
— Ludzie prawią szepnął mu Szaniawski, że waszmości wieczorem widziano idącego do lasku w którym Boncoura zabito, a potem powracającego jakoby z szablą zakrwawioną.
Młokos nieopatrzny a już w sumieniu niespokojny odparł na to natychmiast.
— Któż to śmie mówić? kto? nikt mnie nie widział? nikogo nie spotkałem.
Szaniawski języka zagryzł — Habemus confitentsem — szepnął sobie.
— A Margocki, spytał cicho — którędy zemknął?
Słoniewskiemu jakby się słabo zrobiło — rzucił się ściskać Szaniawskiego.
— Nie gub mnie! Zkąd wy to wiecie? jakim sposobem?
— O to nie pytaj — odparł Szaniawski — powiedzieć ci tego nie mogę. Jedno tylko radzę i ty i Margocki zabierajcie manatki póki czas i uchodźcie na Wołoszczyznę — bo tylko nie widać jak was wyśledzą, a wówczas gardłem przypłacicie.
Słoniewski już tak był strwożony że z niego mógł inkwirujący dobyć co chciał.
— Myśmy oba niewinni — mówił — jak poczęła przedemną i przed Margockim narzekać i piszczeć francuzka — kto mnie od tego tyrana zazdrośnika uwolni! kto mnie temu zbójcy z rąk wyrwie.
A płakała — rozpaczała, i wprost podburzała do tego aby ją wyswobodzić zabójstwem, bo inaczéj ona musiała się otruć lub utopić.
Przyznał się Słoniewski do tego, że się we dwu zasadzili na Boncoura — i że od żony mieli wiadomość iż tego wieczora do miasteczka ma iść sam do Duponta, ze zleceniem od króla.
— Słuchaj Słoniewski, rzekł wybadawszy go przyjaciel mój — zguby waszéj niechcę, ale nie czekając dzisiejszéj nocy i ty i Margocki na Wołoszczyznę ruszajcie. Wątpię żeby za wami pogoń wysłano — w tem rozum abyście umknęli. Paskudna rzecz we dwu na jednego po nocy napaść i bezbronnego tak zamordować. Chcecie życie salwować — nie traćcież ani chwili.
Mnie Szaniawski tego wieczora nie przyszedł nic powiedzieć.
Rano wyrostek mój wchodzi do izby po odzienie, i przed łóżkiem stanąwszy mówi.
— Pan wie że Słoniewski i Margocki dzisiejszéj nocy gdzieś znikli ztąd, najlepsze konie zabrawszy i mało co rzeczy. Ludzie mówią że to sprawa Boncoura.
Zerwałem się tedy równemi nogami.
— Prawdę mówisz?
— A cobym miał kłamać?
Ledwiem tych słów dokończył, wchodzi Szaniawski w rannym kożuszku z uśmiechem na twarzy.
— Chłopiec ci już pewnie przyniósł wiadomość? spytał.
— Prawda-li to?
— Obu ich niema — odparł Szaniawski oczyma mi pokazując abym odprawił wyrostka.
Posłałem go do stajen.
— Podziękuj mi — odezwał się przyjaciel. Wczoraj wieczorem zagadnąłem Słoniewskiego, a że na złodzieju czapka gore — zdradził mi się od razu. Dziś ich już obu niema — zatem oczyścić się będziesz mógł, a ja pozbędę się utrapionych kluczów od skarbczyka, które mnie palą — bo mi się ciągle zdaje że ktoś go okradnie — a ja będę musiał odpowiadać.
Rzuciłem się go ściskać z radości wielkiéj, a ten dopiero usiadłszy per extensum mi wszystko opowiedział — nastając na to że oba młokosy nie tyle były winne co ta przebrzydła Boncourowa — która ich nasadziła — podbudziła i właściwie ich rękami sama popełniła zabójstwo.
— Niechaj że cię to — dokończył, raz na zawsze wyleczy z téj miłości niegodnéj ciebie dla kobiety — która warta jest najsroższéj kaźni. Właśnie się dowiaduję — że francuz mąż jéj — testament zostawił, którym wszystko co miał niepoczciwéj przekazał.
We dworze wiadomość o ucieczce Słoniewskiego z towarzyszem uczyniła wrażenie ogromne, a na moją stronę się przechyliła waga i poczęto ubolewać że mnie nadaremnie posądzono, iż król w pośpiechu mnie skrzywdził i t. p.
Nie narzucając się przecież pozostałem na strychu w izdebce, oczekując co z tego będzie. Tymczasem poczciwy Szaniawski drugiego dnia podając królowi sakiewkę odezwał się.
— N. Panie — wypadałoby mi zdać i klucze i skarb znowu Polanowskiemu, — bo on za cudzą winę pokutuje.
— A gdzież on jest? zapytał król.
— Wybiera się do matki — rzekł Szaniawski — jeszcze tu.
Zadumał się Sobieski.
— Nie — rzekł — zostaniesz przy kluczach, a z Polanowskim ja nie wiem jeszcze co zrobię. Znajdzie się dla niego zajęcie.
— Czy mam mu oznajmić — aby się stawił? naglił Szaniawski.
— Daj pokój — nie mięszaj się w nieswoje rzeczy odparł Sobieski — będę wiedział co zrobić.
Doniósł mi o tém zaraz, czekałem tedy — ale tego dnia do późnego wieczora — napróżno. Zrana nie zawołano mnie też — i już mi się przykrzeć poczynało oczekiwanie, gdy jeden z paziów króla przyszedł mi oznajmić — abym do gabinetu szedł z nim zaraz.
Uśmiechnął się widząc mnie wchodzącego.
— Widzisz — rzekł — prawda jak oliwa zawsze na wierzch wychodzi, ale do mnie żalu niepowinieneś mieć żem był surowym i posądzenie samo ukarałem... Król jest sędzią, a sprawiedliwość litości nie zna...
Milczałem. Przeszedł się parę razy po gabinecie, z dużéj misy srebrnéj biorąc owoce, które zawsze miał pod ręką — i chciwie je zajadając.
— Oddał bym ci nazad skarbczyk — rzekł — ale mi będziesz gdzieindziéj potrzebnym. Znam cię żeś roztropny i język za zębami trzymać umiesz. Będę cię musiał ztąd wysłać przed sejmem do Warszawy i instrukcję ci dam. Wrzekomo powieziesz co ci da szatny... i na zamku będziesz miał co czynić, ale ja ci ważniejsze rzeczy zwierzę... Przyjdź jutro...
Co się tyczy rehabilitacji, téj nie potrzebujesz, dosyć, że w służbie pozostajesz i jurgielt ci każę powiększyć.
Zjawiłem się tedy tego dnia u wspólnego stołu umyślnie — Boncourowéj nie było — nie pokazywała się — Terica i Federba obie mi winszowały.
Nikt się teraz nie chciał przyznać aby mnie posądzał — wszyscy utrzymywali że o mojéj niewinności byli przekonanymi. O zbiegłych mówiono osobliwe rzeczy.
Boncourowa się wypierała, i czerniła ich gorzéj niż inni..
Krótko trwała ta historja, a miała ten skutek że w początku zupełnie mnie ze słabości dla wdowy wyleczyła. Nie starałem się jéj nawet widzieć. Powiadali jedni że chce dwór i służbę opuścić, drudzy że pozostanie przy królowéj, która się bez jéj szczebiotania obejść nie może.
Jam starał się zapomnieć że na świecie była — choć, pasja pasją, we snach mi ciągle stawała na oczach w takich jasnych niewinności szatach.
Przychodziłem codzień na służbę do króla — widział mnie, uśmiechał mi się — ale czekać kazał. Upłynęło dni kilka. Jednego dnia późno w noc, Szaniawski wbiegł do mnie, wołając natychmiast do króla...
Zastałem go już rozebranego w jednym popielicowym kożuszku na koszulę wdzianym, nad stolikiem, w papierach, które z otwartéj dobywał szkatułki. Czoło miał zmarszczone i twarz bardzo smutną. Nierychło mówić zaczął.
Chociaż lat od tego czasu upłynęło wiele — nie sądzę ażebym mógł tu zapisać z czem mnie król posłał, dosyć powiedzieć iż chodziło o spisek, o potajemne stosunki z Morsztynem i Vitrym tych osób, które on dotąd za najwierniejszych swoich przyjaciół liczył, a naostatek o podchwycenie listów, które Morsztyn do Francji wysyłał.
Na piśmie nic mi król nie dał, a kazał poprzysiądz ze tajemnicy dochowam, któréj i dziś zdradzać nie chcę.
Ośmieliłem się pokorną uczynić uwagę, iż mi powierzał ciężar nad siły, że przy najlepszéj chęci, mogą ramiona moje nie dźwignąć brzemienia.
— Serce poczciwe ci dopomoże — odparł król, wiem że nie zdradzisz, a rozumu dość masz abyś sobie dał radę. Jedź w imie pańskie, głównie mi o listy Morsztyna chodzi — jak i którędy je posyła, najpewniéj przez Gdańsk i Akakję — musisz dojść — i środki obmyśleć, ażeby choć jedną przesyłkę pochwycić i do rąk moich oddać...
Sprawa ta może wymagać wydatków, więc masz do wiernych rąk kilkaset dukatów, z których mi zdasz rachunek. Uprzedzam tylko abyś nie oszczędzał, bo na wagę złota bodaj trzeba dowód zdrady dostać... czarno na białem. Na tem mi zależy bardzo wiele. Jeżeliby nie starczyło co daję, Aron będzie też w Warszawie i ma polecenie pod kwit WMości dać ile zażądasz.. Dla kilkudziesięciu dukatów — bodaj dla kilkuset nie godzi się opuścić tego, na czem mi zależy wiele...
Trzymał mnie potem król, informując o drogach, któremi iść miałem i ludziach jakich w pomoc użyć mogłem, tak że dobrze było po północy gdym na strych mój powrócił. Zastałem tu Szaniawskiego który czekając na mnie — położył się na łóżko moje i usnął. Ledwie się go dobudziłem, bo sen miał bardzo twardy. Począł tedy pytać, ale — mimo całéj naszéj przyjaźni, nie mogłem mu się przyznać z czem i po co jadę. Powiedziałem tylko, że król kazał szaty swe wieść i na zamku mnóstwo różnych odmian zlecił porobić, dla tego tak trzymał mnie długo.
Uwierzył Szaniawski czy nie, ale nie badał więcéj, bo znał mnie że gdy milczeć należało, żadna siła w świecie z ust mi słowa wydobyć nie potrafiła.
Nie zwlekając więc począłem się wybierać tak pośpiesznie, ażebym przed wieczorem z Jaworowa mógł ruszyć... Wozów ze mną szło kilka, ludzi dosyć, koni luźnych też dodano, słowem że się tabor wcale zebrał pokaźny.
Mogłem się cieszyć z nadzwyczajnego zaufania jakie król miał we mnie, lecz prawdę mówiąc, więcéj mnie to niepokoiło niż radowało. Zadanie było tak trudne, a takiéj niemiłéj natury, że gdyby nie to iż szło o życie i spokój króla, nigdybym go nie podjął. Wymagało ono chytrości, któréj ja nigdy nie miałem, maskowania się — wykrętów dla mnie wstrętliwych...
Podróż z powodu bardzo złych dróg ni zimowych ni jesiennych — trwała dłużéj niżeli rachowałem, a było kilka takich przepraw w ciągu niéj, żeśmy na ramionach niemal wozy dobywać musieli z grzęzawicy i błota.
W Warszawie już zastałem zjazd i ruch wielki a jak zawsze przed Sejmem, w mieście przygotowania na przyjęcie licznych gości, a razem niepokój o rozruchy jakie oni z sobą przywożą. Mało co wypocząwszy, wedle wskazówek danych mi przez króla puściłem się na wywiadywanie po ludziach, a w tydzień byłem już pewnym, że się w istocie na coś zanosi dla króla groźnego, nie mówiąc już o Sejmie, który niezawodnie zerwać chciano.
Wielu bardzo przeciwko przymierzu rakuskiemu szemrało — przywiązując do niego to znaczenie co zawsze do rakuskich praktyk, to jest o panowanie tronu i zmienienie na dziedziczny, absolutum dominium. Nie chciano ani arcyksiężniczki na tronie ani Jakuba, choćby Mołdawja i Wołoszczyzna do Polski się przyłączyły... Wszystkie te przeciwko królowi głosy szerzyła partja francuzka, więcéj jak uważałem, oszczędzająca królowę niż króla.
Nie chciało mi się temu wierzyć, gdym się dowiedział że Hetmana Jabłonowskiego wciągnięto do spisku, a przynajmniéj na niego rachowano.
Vitry, Morsztyn, zawczasu byli bardzo czynni, i nie trudno przyszło dośledzić że ostatni bardzo często korespondował z królem i innemi osobami, że Vitry pieniądze odbierał znaczne, nie dla węgrów ale dla robót na Sejmie, na którym wcześnie oddanych sobie mieć chciała klika francuzka.
Nie zbywało na przyjaznych i oddanych królowi, którzy w niego wierzyli i po nim się wszystkiego spodziewali — ale byli to po większéj części ludzie małego znaczenia.
Brakło też na dowódcy obozowi temu, bo na Jabłonowskiego rachować było trudno. Królowa, któréj nie lubiono nie wiele mogła. Ciągły frymark wakansami, przysporzył jéj pieniędzy, ale poszanowania ujmował.
Smutno mi się sejm przygotowujący prezentował. Ale do mnie to nie należało, przywiązałem się cały do Morsztyna, aby owe listy, których król tak był żądny podchwycić. Miałem taki wstręt do téj pokątnéj praktyki, żem musiał sobie po sto razy powtarzać iż o zbawienie rzeczpospolitéj i ocalenie króla chodziło.
Nie łatwo też przyszło wyśledzić jaką drogą szły przesyłki od Morsztyna i Vitrego do Akakij, gdyż innéj drogi pewnéj nie mieli. Byłbym może wcale nie mógł dokazać tego czego król tak pragnął, gdyby Akakia sam potajemnie nie przybył do Warszawy, pod przybranem nazwiskiem. Nie traciłem go tu z oczów jak cień chodząc za nim, ale wcisnąć się między spiskujących nadzwyczaj było trudno.
Wstyd mi nawet wyznać jakich musiałem używać środków aby dopiąć co zamierzałem.. Ale czegoż z pomocą tych wszechmogących pieniędzy nie dokaże człowiek?
Zbliżał się już termin naznaczony na przybycie króla, a ja jakże, oprócz nadziei, nie miałem nic. Przyrzeczony był pakiet korrespondencij do pana de Cailléres adresowanych, ale Bóg jeden wiedział czy one zawierały co królowi czarno na białem mieć było potrzeba, a ja rozpieczętowywać i rozczytywać się nie miałem prawa.
W wigilją wyjazdu doktora Akakji dopiero mu papiery owe doręczono, które zręczny mój pomocnik na inny, podobnie adresowany i zapieczętowany pakiet białego papieru zamienił — i mnie wręczył.
Ale takem się lękał ażeby się to nie wydało a mnie nie wydarto drogo zapłaconych pism, żem żadnéj nocy na zamku nie spał — i nosiłem je przy sobie na piersiach. Wiedziałem, że i na zamku francuzi mieli swoich ludzi, a gdyby się wydało, życia mojego i mnie by nie szczędzili. Z najwyższą więc niecierpliwością wyglądałem przybycia królewskiego, tymczasowo uciekłszy do Wilanowa, gdzie u znajomego mi ogrodnika przechowywałem się, kazawszy zaufanemu słudze, aby mi dał znać, gdy królestwo przyjadą.
Czas mi się okrutnie wydawał długim, — a i niepewność ta czym się niezawiódł, ladajakiéj bibuły za drogie pieniądze kupiwszy mocno mnie dręczyła.
Na ostatek mój Wasylek mi dał wiedzieć, że na króla czekają, i że wieczorem przybywa. Ruszyłem więc z Wilanowa na zamek, gdzie już dosyć urzędników, senatorów i wojskowych oczekiwało Sobieskiego.
Przyjęcie wszakże było zimne, a król zaledwie wysiadłszy — zdało się że mnie szukał oczyma. Stałem tak aby spostrzedz mógł, a gdy wejrzenie jego spotkałem niespokojne, ręką uderzyłem się po piersiach, pokazując, że mam to czego sobie życzył.
Nastąpiły witania długie, rozmowy i taki natłok cisnących się do ręki królewskiéj, że ja w garderobie musiałem czekać do późna. Wszedł do niéj król z Matczyńskim, pytając o mnie.
Nie śmiałem przy świadku ust otworzyć, ale mnie klepnął po ramieniu.
— Mów — masz ptaka czy nie?
— Mam N. Panie, ale jeden Bóg wie czy kuropatwa czy nietoperz, bom kota w worku brać musiał.
Rozpiołem suknię i podałem pakiet. Matczyński na dany znak drzwi pospuszczał na rygle. Sam król rozerwał pieczęcie i kopertę...
Wypadło listów kilka, Vitrego do króla, do Forbina, na ostatek znaną ręką Morsztyna do pana de Cailliéres, król naprzód ten otworzył i czytał stojąc przy świecy, a jam mu patrzał w twarz, usiłując odgadnąć.. com złowił...
Zbladł bardzo czytając i papier mu w rękach dygotał, ale chciwie aż do końca odczytał wszystko, — niektóre miejsca, o ile mogłem pomiarkować raz i drugi — aż na ostatek rękę z listem do Matczyńskiego wyciągnął.
— Patrz — czytaj! Więcéj nie potrzeba — rzekł choć najsmaczniejszy kąsek w cyfrach.
Zapomniał o mnie na chwilę, potem odwrócił się szukając i klapiąc po ramieniu, szepnął głosem w którym wielkie wzruszenie czuć było.
— Spisałeś się dobrze — Bóg zapłaci — uczyniłeś mi przysługę wielką, któréj ci ja nie zapomnę. Pomyślę abym cię niewynagrodził — teraz idź, i ani mi piśnij nikomu.. nikt wiedzieć o tem nie powinien..
Pocałowałem rękę królewską i wysunąłem się z sercem bijącem. Szaniawski, który ze dworem przybył poznał zaraz po mnie żem był wielce uradowany, a że nic nie mieliśmy do czynienia — po polsku więc, do winiarni na kubek wina!

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.



TOM II.



Sejm się rozpoczynał przy najlepszych nadziejach może dla tego że choć król miał już wiadomość o spisku Morsztyna, — wszakże pono nie domyślał się, nie posądzał nawet osób, które do niego wchodziły.
Listy, które ja przejąłem nie starczyły na obwinianie go — i, choć dowodziły konszachtów — nie wypowiadały całéj tajemnicy, ale po téj nitce można było dojść do kłębka, i w istocie pochwytano ważniejsze jeszcze.
Sobieski oprócz Podskarbiego, Vitrego i Duverne, nie domyślał się żadnego wspólnika — nie posądzał ani mógł podejrzewać Jabłonowskiego, który zawsze mu najserdeczniejszym był przyjacielem. Tymczasem okazało się późniéj że świeżo mianowany Hetmanem Jabłonowski, łudzony koroną, — neutralnie się zachowywał, ale o spisku bodaj był uwiadomionym, że Sapiechowie, których król łaskami obsypał, zdradzali go, że w partij własnéj swéj miał gotowych nieprzyjaciół — gdyby się udało tylko zachwiać powagą króla i zyskać przeciwko niemu większość.
Niechcę sięgać myślą daléj, — ale za Jabłonowskim innych wielu się dorozumiewano. Morsztyn był tak swego pewny, — jakby już z tronu króla obalił.
W istocie jak niegdyś król Michał, tak teraz Jan otoczony był zdrajcami i wrogami. Wielką jego sławę jako wodza i pogromcy turków, — jako Hetmana dotąd niezwyciężonego usiłowano równoważyć rycerską sławę Jabłonowskiego, a o królu głoszono że ociężał, że na konia nie mógł siąść, że na żadną wyprawę nie podobna mu się było wybierać. Na pozór można było nawet sądzić iż w tem się coś prawdy mieściło, bo na konia gdy siadał, musiano mu stołeczek podstawiać, ale gdy był na siodle, po dziesięć godzin wytrzymywał nie skarżąc się.
Sama zaś myśl walki przeciwko poganom w obronie krzyża świętego, tak go ożywiała, poruszała, sił mu przyczyniała, że się stawał młodszym na jéj wspomnienie.
Nigdym jednak smutniejszym go nie widywał, jak w chwili przedsejmowéj — bolało go zawczasu że przyjdzie sromotne odsłaniać zdrady...
Królowa też, choć pono była uwiadomioną w części o intrygach francuzów, nie wiem czy je wszystkie znała... Jabłonowski któremu wierzyła, musiał ją uspokajać i nie dawać jéj zajrzeć w to głębiéj.
Jak dawniéj francuzcy panowie Forbin i inni gośćmi byli najczęstszemi u króla, towarzyszami jego codziennymi, tak teraz nuncjusz papiezki, poseł austryjacki codzień przychodzili, przysyłali listy, nalegali na króla i królowę.
Sobieski szedł, o ilem ja widział i czuł, z pobudek chrześcijańskich, w obronie wiary — a rachował, jak sam powiadał że pod Wiedniem dobywał Kamieńca, królowéj zaś szło o arcyksiężniczkę dla Jakubka i o koronę dziedziczną.
Marszałkiem sejmowym wybrano Leszczyńskiego i dosyć spokojnie poczęły się obrady, a natychmiast wprowadzono posłów od Papieża i Cesarza w sprawie przymierza i pomocy Leopoldowi.
Na to czekali spiskowi, aby wybuchnąć — z całą gwałtownością długo poskramianéj namiętności. Argumenta ich były na nieszczęście te, któremi się u nas pokolenia karmiły — nienawiść i obawa rakuzkiego domu. Cesarz, poczęto wołać, nie pomagał nam gdy nas turcy czekali, za cóż my mamy w pomoc mu przychodzić? My sobie z turkami poradziemy, a że oni się nad Dunajem usadowią — co nam to szkodzi? Naszemi wrogami nie są turcy, ale Brandeburgi i Rakuszanie. Oni to już zdawna czyhają na to, aby rzeczpospolitą rozerwać i podzielić pomiędzy siebie.
Drudzy śmieli otwarcie wyrzucać Sobieskiemu że z Austrją się łączył aby sobie zapewnił dziedzictwo tronu, to jest zagubę wszystkich swobód rzeczpospolitéj!
Nie dosyć iż na Sejmie krzyczano, ale tysiącami rozsypywano po polsku i po łacinie piśmidła najgwałtowniejsze przeciwko królowi.
Morsztyn widocznie prowadził cały ten zastęp krzykaczy i pismaków..
Zaczęła partja francuzka tak brać górę w Sejmie, a z każdym dniem się bardziéj uzuchwalać, iż nie pozostawało królowi, mimo wstrętu jaki miał do wystąpienia jawnego z oskarżeniem, które wiele osób dotknąć mogło — tylko publicznie obwiniać Morsztyna i pozwać go przed sąd świata.
Pochwycone przezemnie i w Berlinie listy, starczyły jako dowody zdrady — wprawdzie znaczniejsza ich część była cyframi pisana, ale toż samo świadczyło iż się taić musiał, a za tem nic dobrego nie zamierzał.
Listy te mając w ręku, król zwołał radę panów Senatorów i kładnąc je przed niemi, domagał się sądu i kary...
Dowody były tak jawne i przekonywające iż tłumaczyć się stawało niepodobieństwem... Powołany przed Senatorów Morsztyn, stawił się zuchwale — przeczył ażeby działał na szkodę rzeczpospolitéj, klucza cyfry nie chciał dać... wywijał się... Niepomogło to, pozwano go przed sąd... W jednéj chwili listy te, które oprócz Podskarbiego mnóstwo osób kompromitowały — wywołały zmianę całkowitą w usposobieniach — ci co się dali uwieść Morsztynowi, wyparli się go, potępili, odstąpili.
Złość i gniew zwróciły się potem przeciwko Vitremu posłowi francuzkiemu, który się w ulicy pokazywać nie śmiał.
Król na winnych i wspólników Morsztyna musiał patrzeć przez szpary, i nie pociągać ich z nim razem. Morsztyn został z francuzami sam i potępiony...
Rozeszły się wiadomości, o spisku na życie króla — szlachta, wszyscy wielbiciele wojownika i bohatera podnieśli się w jego obronie za nim — gotowi iść gdzie wskaże!
Nie wszystko wyszło na jaw co naówczas skutecznie tak przechyliło szalę na stronę króla — alem ja słuchał i patrzał, i mogę sumiennie powiedzieć że w tem nie tyle było polityki co uczciwego oburzenia przeciw pokątnéj, tajemnéj zdradzie, którą każdy u nas uczciwy człek miał w ohydzie... ani nuncjusz ani poseł cesarski nie zrobili tyle co rozchodzące się wieści że francuzi struć lub z tronu króla zrzucić chcieli, że mu gotowano już napój jakiś... że nasadzano zabojców.
Przywiązanie do wiary świętéj katolickiéj działało też na umysły i serca, tak samo na króla jak na pospolitą rzeszę...
Jednego więc dnia całe to rusztowanie francuzkie tak mozolnie wznoszone — runęło, gdy Morsztyna Lubomirski musiał pod straż wziąć, a Podskarbi spokorniawszy, na zwłokę tylko rachując, o sześć miesięcy prosił, aby dowody niewinności swéj zebrać... Domagano się cyfry od niego, ale tę podskarbina, dowiedziawszy się o losie męża, zdarła i spaliła. Musiano więc słać do Francji domagając się jéj.
Francuzi Duwerne i Vitry, oba dotąd najpewniejsi zwycięztwa — choć wiedzieli że im się nic nie stanie — choć Duwerne opierał się rozkazowi wyjazdu i dumnie odpowiadał — musieli się przekonać, że sprawę na łeb przegrali.
Vitry, który dumą i szorstkością wszystkich przeciwko sobie zraził, nadrabiał swą ambasadorską powagą, ale i ta niepomogła...
Młody Tyszkiewicz mu pokazał, że się go tu nie bano, ani pana jego, Vitry stał w klasztorze u Bernadynów, strzelano do jego okien i do ludzi; on sam musiał z eskortą w ulicy się pokazywać tylko, a wkrótce i widać go nie było.
W Senacie wołano że ambasadorów stałych w Polsce nieznano i domagano się aby jechał precz, a inny z posłów krzyknął.
— Po turecku z nim się obejść, z tym przyjacielem turków, czterysta kijów w podeszwy... Co on nam tu się będzie rządzić?
Sejm tak nastrojony wszystko przyjął, czego król żądał — potwierdzono przymierze z Cesarzem... — wionął duch rycerski i serca rozgrzał. Napróżno po staremu probowano w ostatnim momencie Sejm zerwać — przyjaciele króla, a najwięcéj ci może co wczoraj sekretnie Morsztynowi pomagali, dziś się oczyścić i zasłużyć pragnąc pilnowali — niedopuszczono aby wszystko marnie spełzło...
Vitremu nie pozostawało jak fałszywemi doniesieniami łudząc króla i uniewinniając siebie, pożegnać Polskę i powracać do Francji ze wstydem...
Myliłby się wszakże ktoby sądził, że po pozbyciu się Vitrego i Duwernego, nikt już nie pozostał z tych co knowali i psowali — cała sieć jak była rozciągnięta pozostała, tylko mniéj widoczna, bo jéj głowy nie stało... I w Gdańsku i w Warszawie i w Krakowie i na samym dworze i w garderobie królowéj przechowywali się słudzy wierni Ludwika XIV.
Od téj chwili nie było już wątpliwości iż polski sukurs pójdzie w pomoc Cesarzowi, natychmiast zaczęto naprzód na żołd rakuzki zaciągać korpus, którym miał Lubomirski dowodzić, wyszły uniwersały do kozaków, do Litwy, do wojska aby pogotowiu było i ściągało się — ale to wszystko było niczem...
Trudno mi może będzie tak to wyrazić jakem ja widział gdy się działo — i tym co podówczas nie żyli a nie czuli co my — nie do wiary się wyda o co głównie Pallaviciniemu i posłowi Leopolda chodziło.
Imie Sobieskiego jako statecznego turków pogromcy było tak głośne w Europie, wiedziano że on jeden znał tak ich taktykę, sposób wojowania, język, jak nikt drugi, że u tatarów i turków samo to imię budziło trwogę paniczną... W Europie miał dobrą sławę wodza — niepozorny książe Lotaryngski, ten sam co się z wdową po Michale ożenił, i tego generalissimusem Cesarz miał nad swojemi wojskami i sprzymierzeńcami uczynić — ale Lotaryngski u turków nic nie ważył — bo go nie znali, a króla polskiego znali zdawna i wiedzieli że gdzie się on pokazał tam oni pierzchać musieli.
Sobieski osobą swoją starczył za dziesięć tysięcy ludzi. Szło więc głównie o to ażeby już znużonego, podstarzałego króla skłonić, wymodlić u niego w imie krzyża świętego, wiary katolickiéj, aby on swą osobą szedł na wojnę. Nie mała to była rzecz, bo ociężały, nie bardzo zdrów — o sławę swą dbający król, ważył życie, spokój i imie dla — wyratowania Cesarza...
Królowi pod niczyje, nawet pod Cesarskie rozkazy iść nie przystało, godności swéj strzedz był powinien — wstrzymywało więc to, a wreszcie i wzgląd na wiek i na siły...
Naostatek inna była rzecz wojsko posłać, a inna samemu ciągnąć, co się bez ogromnych wydatków i kosztów obejść nie mogło...
Ci co do króla przywiązani byli — obawiali się, niedopuszczali — protestowali... mało kto go podbudzał. Sławy nowéj i tak wielkiéj jaką w istocie zyskał, niespodziewano się dorobku — ofiara była wielka.. dla kogo! dla Cesarza którego niewdzięczności król z góry był pewien, znając dumę rakuzką...
Królowa też po ostatnim Sejmie, do żywota małżonka i długiego panowania jego przywiązując wagę wielką — ulękła się. Obudziła się w niéj niby jakaś opóźniona czułość dla męża, bo w sprawie z Ludwikiem XIV przekonała się iż opieki by nad sobą spodziewać się nie mogła od Francji w chwili, w któréj by jéj zapotrzebowała. Króla mógł nuncjusz sprawę krzyża i wiary zyskać, królowa nie miała tego ducha ofiary jaki go ożywiał. Tą trzeba było zdobywać interesem, obietnicami arcyksiężniczki dla Jakubka, Mołdawji i Wołoszczyzny i t. p.
Sobieskiego toż samo co Warneńczyka niegdyś — poruszało i unosiło — imie zbawcy Chrześcijaństwa, obrońcy krzyża..
Myśmy na niego w ciągu téj wojny patrzyli i możemy powiedzieć, że tu wyprawa była ciągłą modlitwą. Ledwie zdobyto gdzie zamek, pierwszą było rzeczą mszę świętą odprawić w meczecie — księżyce pozrzucać a postawiać krzyże... Jeżeli pamiętał o Kamieńcu i o odzyskaniu tego co turcy i kozacy oderwali — to dopiero naostatku, kościół i krzyż szedł przodem... A nie można znowu powiedzieć aby takim nabożnisiem był, co modlitwą do niebios szturmuje, i nieustannie się popisuje z pobożnością. Modlił się gorąco a krótko, mszy słuchał nieraz na kolanach, ale tuż koń stał osiodłany...
Gdy się w nim duch rozgrzał — zdawało się, że żywcem do niebios będzie porwany — ale ten duch zstępował na niego z góry, on się nigdy z nim przed ludźmi nie chwalił...
Lubił modlitwę tajemną i na osobności...
Można powiedzieć, że od téj chwili gdy sejm się rozszedł, aż prawie do wystąpienia naszego w pole, do wyjazdu z Krakowa — jeszcze ciągle niedowierzano, a ciągle nad tem pracowano aby go pozyskać.
Obiecał już — wieść poszła, że sam z wojskiem idzie tak wielkiemu szczęściu wierzyć nie chciano.
Nuncjusz drżał do ostatniego momentu aby co nie przeszkodziło... Myśmy się na wozy pakowali — a w poselstwie rakuskim i w nuncjacie nie zupełnie ufano aby król słowa dotrzymał.
Nie dziw też, bo Jan więcéj stawił na kartę niż mógł zyskać, koronę miał, sławę miał — nie potrzebował się niczego dobijać a wiele mógł utracić. Turków zemstę ściągał na siebie, — życie postradać mógł, i bohatera imie.
Tak samo jak cesarscy do ostatka nie dowierzali ażali pójdzie, tak też turcy nie wierzyli aby szedł rakuszanom w pomoc. Nie śniło się im to. Przypuszczali iż wojsko pośle i zaciągi w polsce da robić cesarzowi, ale żeby sam w pomoc osobą swą spieszył — z tego się śmieli. Stał już na Kalembergu, gdy jeszcze wątpili aby tu miał być...
Nie potrafię ja tego opowiedzieć z jakiem uniżeniem się nuncjusz i poseł modlili a prosili go o tę pomoc... Powiadano, że klękali przed nim... Na obietnicach téż najpiękniejszych nie zbywało, lecz muszę to poświadczyć za panem moim, iż ani się niemi uwodził, ani wierzył w nie.
Sam nieraz słyszałem gdy Matczyńskiemu powiedział.
— Wszystko to vox, vox, pretereaque nihil. Jestem tego tak pewnym, jakbym rad zbawienia pewnym być, że mi się najczarniejszą niewdzięcznością wypłacą — że żadnego słowa i pisma nie strzymają — ale ja nie dla nich idę ale dla krzyża Chrystusowego.
Królowę pod te czasy mało widywać miałem zręczność, i w miejscu mi też król nie dał siedzieć.
Było poufnych do załatwiania spraw bardzo wiele, a raz się przekonawszy iż służyłem sumiennie, usługi swéj nie przeceniałem, niedomagałem się jak inni, nieustannych datków, król mną się rad wyręczał, posyłał — i ledwiem z konia zsiadł, już prosił abym jechał w innéj sprawie...
Musiałem się też wyprosić na parę tygodni do matki na wesele siostry, którą za Podhorodeńskiego wydawała, zamożnego ziemianina.
Chciano mnie jako dworzanina królewskiego mieć dla splendoru, a dawano mi tam tytuł skarbnika, choć urzędownie nim nie byłem, a moich funkcji przy królu określić trudno.
Począwszy od pisania do przyjmowania czasem gości — spadały na mnie onera różne.
Te szczególne łaski jakie miałem u niego, — a przytem okoliczność, iż mnie rosnącego i bogacącego się nie widziano.. — obudzały zazdrość i podejrzenia. Królowa mnie nie cierpiała, bo probowała pozyskać, a jam się grzecznie wyśliznął. Domyślano się że muszę ogromne summy po cichu za moją służbę pobierać... Tymczasem, Bogiem a prawdą, jam się nie dopominał, król obiecywał tylko, ale w istocie wcalem się nie bogacił.
W tych utrapieniach moich, bo inaczéj nazwać niemogę służby téj — myślałem, iż się choć tego dorobię, że się z miłości głupiéj otrząsnę, ale Szaniawski słuszność miał, że nie będę póty od niéj wolnym, aż się w innéj pokocham.
Tymczasem ta kobieta, która się niezmierną zręcznością a padaniem przed królową, trzymała przy dworze, choć jéj ani Letreu, ani panna Baisson ani Beaulien, ani Federba nie lubiły tak bardzo — umiała ze mną taką rolę odgrywać, żem się jéj litował i — po troszę był pomocnym.
Mniejsza z tém że mi kiedy nie kiedy wyciągnęła trochę grosza, bo była chciwą bardzo — ale bywało przyjdę do niéj wiedząc co jest warta.. godzinę posiedzę, posłucham, tak mnie uwikła, iż ją i niewinną gotowem sądzić i niewiedzieć jakie dla niéj ofiary ponieść.
Chciała widocznie owdowiawszy gdym coraz u króla w większych był łaskach — przyprowadzić mnie do tego a żebym się z nią ożenił. Zabiegała wszelkiemi sposobami, znając słabość moją, — pan Bóg mnie strzegł żem się nie dał wziąć w bardzo pospolite sidła.. Gdybym nie nawykł szanować kobiet, a szczególniéj takiéj z którąbym żenić się miał — korzystał z zaprosin a zapomniał się — byłaby mnie z pomocą królowéj zmusić mogła do ożenienia.
Alem ją szanował i na dobre mi to wyszło.
Byłbym uległ jéj może, gdyby cokolwiek baczniejszą była i na mnie jednym się ograniczyła — ale razem dwu czy trzech miała zawsze napatrzonych — a, choć ona mnie ślepym sądziła — nie byłem nim...
Trudno opowiedzieć a niewarto może wszystkich téj kobiety sztuk i wykrętów wyliczać. Z każdym była inaczéj, razem dwu i trzech o jednéj godzinie zwodziła, jak czysty kameleon tak się mieniła, że wesołość, płacz, gniew, smutek, wszystko razem nic ją, nie kosztowały...
Nikt nigdy słowa prawdy z ust jéj nie posłyszał — ale gdy chciała oszukać, najostrożniejszego swoją minką uwiodła.
Właśnie jakoś pod ten czas, pamiętam, żartując tak ze mną i baraszkując, powiedziała mi te słowa.
— W. mość mi się bronisz, bronisz i sądzisz, że gdybym ja chciała, to bym go nie wzięła? Musiałbyś się ożenić ze mną. Ale na to czas... Jak zechcę — poprowadzisz mnie do ołtarza!!
Mnie się aż gorąco zrobiło — szepnąłem — Quod Deus avertat.
Na weselu siostry mieliśmy gości tyle iż ich nietylko dwór, lamus, śpichrze, ale część stodoły dla nich opróżniona nie mieściły. Matka i ja staraliśmy się aby gody były sute... Miała siostra wyprawę zawczasu przygotowaną i kosztowną i piękną i dostatnią, — wino nawet na wesele przeznaczone od lat kilkunastu było w piwnicy, na niczem nie zbywało... Za bratem tylko Michałem tęskniliśmy, bo ten nie mógł przybyć, gdyż go do Brumbergi wyprawiono do misyi.
Podhorodeńskich w tych stronach rodzina stara można, skoligacona z najważniejszemi domami, a wszystko to na weselu być musiało, naszych też i matki krewnych zjechała się moc wielka... Wesele trwało tydzień jak obszył, a po niem jeszcze kilka dni było zmniejszonych gości, zawsze osób kilkanaście...
Wśród mnóstwa panien, między któremi i bardzo urodziwych nie brakło, miałem co wybierać — alem tu dopiero postrzegł, że sobie smak popsułem. Wydały mi się jakoś prostaczkowate, i po francuzkach nie okrzesane.. Za radą Szaniawskiego idąc, chciałem się w któréj zakochać a po wojnie, jakby Bóg dał powrócić — ożenić i osiąść na wsi.
Przysiadałem się z kolei do wszystkich, poczynałem rozmowy — ale — nie szło...
Nie one były winny tylko ja, com sobie na złéj strawie podniebienie zepsuł..
Matka mnie z oka nie spuszczała — i wzdychała widząc tak obojętnym.
Mnie też w głowie naówczas amory nie były, bo wiedziałem co czeka, że król pewnie się da nakłonić, — pójdzie na odsiecz Wiedniowi, a ja z nim. Niemogłem tak dobrego i łaskawego pana opuścić w konjunkturze owéj, gdym mu właśnie mógł być potrzebnym, chociażby dla pilnowania żeby materaca, torebki z owocami i butelki z winem wozić za nim nie zapomniano... Spieszno mi było do niego, nimby królestwo wybrali się do Krakowa.
Zaraz więc po weselu, piękny podarek siostrze złożywszy, obdarzywszy też szwagra, pożegnawszy starych domu przyjaciół, puściłem się ku Żółkwi i Jaworowa, nie wiedząc kędy króla szukać, bo wiadomości po kraju, nawet osób królewskich się tyczące, bardzo się powoli rozchodziły, a często i zawodne bywały.
Królestwo znalazłem na wyjezdnem do Krakowa, bo Pani też odprowadzała męża, ze szczególną dla niego okazując się czułością, jakiéj oddawna nie doznawał z jéj strony. Mogła też ona być szczerą, bo uchowaj Boże czego — nie miała dość przyjaciół, aby na nich dla siebie i dzieci rachować mogła. Jeden tylko Jabłonowski, teraz Hetman wielki koronny, zawsze jéj pozostawał wiernym.
Króla, nad wszelkie spodziewanie, zastałem wesołym, wielce tą wyprawą przejętym, po całych dniach na mapach, które mu zewsząd przywożono, śledzącym ruchy wojsk, położenie Wiednia, przejście Dunaju itp.
Powszechnie to znanem było, iż nikt o obrotach turków, o ich zamiarach i planach nie był lepiéj zawiadomionym nad króla naszego.
Zda się to fabułą gdy powiem, że nawet w Radzie najwyższéj ich, w Dywanie miał zawsze swoich, opłacanych dobrze donosicieli. Tatarowie też, niektóre zwłaszcza Ordy, potajemnie były w stosunkach z Sobieskim i rozkazy jego spełniały. — Przyczyniało się do utrzymania tego porozumienia, iż król po turecku i po tatarsku dobrze mówił, języki te rozumiał, z niewolników pobranych zawsze miał w Jaworowie, potem w Wilanowie ludzi dużo przy robotach w ogrodach, budynkach, z niemi konwersował i niekiedy ich obdarzonych wypuszczał z rozmaitemi do ord poleceniami. — Napatrzywszy się jego potęgi i bogactw w Polsce, ci niewolnicy roznosili potem po Ordach sławę króla i dobroć jego sławili...
Bardzo często się trafiało iż który z Carzyków, chcąc się mu zasłużyć, gońca — więźnia jakiego chrześcijanina do króla wyprawiał z oznajmieniem dokąd, którędy i kiedy się iść gotowali.
Sobieski więc pewnie lepiéj był oświadomionym i teraz co turcy przedsiębrać mieli i pierwszy dał znać do Wiednia, że Kara Mustafa szedł na stolicę. W początku rzuciło to popłoch, zaczęto się przygotowywać do obrony, myślano przedmieścia palić, potem ochłonąwszy niemcy powiedzieli sobie, iż to bajką jest i próżnym postrachem. Zdawało się im, że Turek ważyć by się nie śmiał na Cesarską stolicę. Wszystko więc pozostało do ostatniéj chwili prawie zaniedbanem, patrzano tylko na Węgry, sądząc że tam się wojna ograniczy.
Dopiero gdy już cała owa nawała niewiernych, nie wojsko można było powiedzieć, ale jakby naród ogromny spadł na kraje rakuskie, a Węgrowie wszyscy woleli Tureckiemi być hołdownikami niż w rakuskiéj trwać niewoli — w ostatniéj godzinie, Cesarz po nocy z rodziną swą uchodzić musiał salwując się z Wiednia, bo nieufał aby się tu mógł utrzymać.
Po niewczasie przekonano się że Sobieskiego informacje nie zawodziły, i tém mocniéj pomocy jego się domagano.
Książe Karol Lotaryngski był też wodzem i żołnierzem dzielnym, czego dał dowody — ale co innego było walczyć z europejskiem wojskiem a inna z ordami tatarów i turków, których on ani obyczaju ni języka, ni sposobu wojowania świadomym niebył...
Urok też imienia króla, siejącego trwogę między poganami tak był wielki, co się późniéj okazało, iż twierdze silne, które niemcy oblegali i próżno do poddania się wzywali — na imie Sobieskiego natychmiast białe wywieszały chorągwie.
Przyczem należy i to zapisać, iż król nawet z pogany w niewoli dosyć ludzko się obchodzić kazał. Bardzo wielu używano do lekkich robót, do dozoru dworów i zamków, a ci co wały sypali, kopali i t. p. mieli żywność zdrową i taką do jakiéj byli przywykli.
Król, gdym się mu stawił po powrocie, okazał mi twarz bardzo wesołą i widocznie rad był.
— A toś mi zuch, — rzekł kręcąc mnie za ucho, jak był przywykł pod dobry humor — lubię to że i w małéj rzeczy słowa dotrzymujesz... No!! gotuj że się do drogi... Niewiem czy w sakwie co będzie, ale sakwy ci zdać muszę... a od siebie cię nie puszczę. Pilnuj mi się tylko od kul, bo jesteś potrzebny.
N. Panie odparłem przypominając strzałę tatarską pod Żurawnem, mam takie szczęście że gdzie kule albo strzały latają — nigdy mnie nie miną...
— Pilnuj że się abyś zawsze Dumoulin’a pod bokiem miał — dodał król, ten cię zaraz obandażuje...
Rzadkom króla mocniejszym, ale też mocniéj zajętym widywał jak o te czasy. Słał listy i uniwersały na wszystkie strony, kozaków chcąc swoich mieć koniecznie, a ci w porę nie nadciągnęli, potem Litwę, która się haniebnie spóźniła i przyszła jak łyżka po obiedzie.
Całemi dniami z Dupontem z innemi inżenjerami siadywał nad planami, utyskując że dobrych map i kart nie było nigdzie, choć je zewsząd sprowadzać kazał i przepłacał.
O wszystkiem musiał sam pamiętać, aż do kopij dla pancernych i kopijników, na których w istocie późniéj zbywało, tak że je po drodze jeszcze strugano i wozy całe siły ich pełne za nami.
Widząc króla tak przejętym i troszczącym się drudzy też dla przypodobania mu się, pilnowali wyboru, ale pomimo to szło nie sporo, i co król przewidywał, wiele potem rzeczy zabrakło, z któremi już nadążyć nie mogli ci co się spóźniali.
Byli też tacy w wojsku samem, jak nasz powinowaty Polanowski Stolnik koronny, żołnierz doskonały mąż ducha rycerskiego, wielce przez króla ceniony, chociaż hypokondryk, który całą tę wyprawę naganiał, i przepowiedział jéj najgorsze następstwa. Sam słyszałem go narzekającego że król na zgubę swą idzie i kwiat rycerstwa prowadzi, bo inna rzecz na swoich śmieciach, we własnym kraju nieprzyjaciela ścigać, a inna w nieznanych okolicach, nie mając zapewnionéj żywności, ludność też obcą i niechętną, walczyć i z nieprzyjacielem i ze sprzymierzeńcem i z elementami nawet, których się nie wie siły i skutków.
Jakoż późniéj, już z drogi się Polanowski zrażony cofnął i do domu powrócił, zobaczywszy że króla nic od téj imprezy odciągnąć nie mogło. Przewidywał on też łatwo, iż niewdzięcznością Cesarz się wypłaci, bo mu wstyd będzie zawdzięczać ocalenie obcemu panu...
Królowa niemal codzień była inaczéj usposobioną. Raz chciała korzystać z okoliczności tych, dla rodziny i syna — to się obawiała o męża i o Fanfenka, który już wówczas nie był jéj najulubieńszym. Jakoż można było przewidywać że nie ulegnie matce do zbytku i zechce mieć wolę swoją.
Jakub kilkunastoletni, z zapałem młodzieńczym napierał się na tę wyprawę, ale ci co go lepiéj znali, powiadali że nie dla ducha rycerskiego tak się wyrywał za ojcem, ale przez prostą dziecinną ciekawość i w téj nadziei że swobody mieć musi więcéj, ludzi się napatrzy i rozerwie.
Ojcu zaś ta ochota Jakuba bardzo się podobała i nie był od tego aby przy jego boku w pierwsze pole wyszedł. Było toż komu go strzedz, bo brat królowéj kawaler de Maligny, jechał też z nami i miał regiment... a był, jak już mówiłem, rycerz bardzo odważny i wielkiego serca.
W Krakowie co żyło a szczególniéj duchowieństwo króla i królowę przyjmowało z wielkim zapałem...
Szliśmy jako na krucjatę...
Modlono się na intencję naszą po wszystkich kościołach, starzy pobożni świętobliwi kapłani, błogosławili i prorokowali.
A muszę tu zapisać że wszystkie znaki i proroctwa zgodnie nam wielkie zwycięztwa wróżyły.
Opowiadano co chwila o jakiemś nowem zjawisku na niebie, głosach po kościołach, znakach które się około króla ukazywały.
Otaczały go tłumy, kościoły były pełne... król z królową codzień prawie w innym nabożeństwa i suplikacij słuchał.
Do Krakowa już gdyśmy się wybierali, a codzień coś się spóźniało i na coś oczekiwać było potrzeba — poczęli posłańcy od księcia Lotaryngskiego i od Lubomirskiego, który z kilku tysiącami przy nim był, nadchodzić, nagląc a błagając aby król pośpieszał, gdyż miasto wielce zagrożone było, ściśnięte a lada chwilę obawiano się wyłomu i wtargnięcia...
Król odbierając te wiadomości, musiał w końcu wyrzec się opóźnionych i z tem co miał ciągnąć. Wprawdzie przewidywano że Lotaryngski i oblężeni może trochę grozę swego położenia zwiększali, aby Sobieskiego przybycie przyśpieszyć — ale w saméj istocie czasu do stracenia nie było. Z całych też Niemiec dopiero teraz się jakie takie posiłki pod komendą Lotaryngskiego ściągły, z Saksonij, Bawarij, Wirtemberga i t. p. Jako i my uroczyście z Krakowa się ruszyli za pułkami, które w części nas uprzedziły, pisać nie będę, zapisali to inni w ówczesnych diarjuszach.
Królowa, jakom mówił dla męża i syna czułość okazując bardzo wielką, a niepokój o losy ich — postanowiła odprowadziwszy do Tarnowskich gór, wrócić do Krakowa i tam przez cały czas wyprawy pozostać, aby mieć częstsze i pewniejsze wiadomości.
W Tarnowskich górach, jużeśmy po pierwszéj próbie mieli doświadczenie czem to będzie dalszy pochód w kraju obcym i nieznanym, z ludźmi do takich wypraw nie nawykłemi. Ja co miałem sobie dozór zwierzony nad częścią wozów i osobistych króla sprzętów, oręża, szat, — nie mogłem sobie rady dać. Jak mi się nasi woźnice zaczęli żegnać w Krakowie, a potem opóźniać w drodze, koła i osie łamać, pakunki ginąć, myślałem że głowę stracę, nim ład i porządek zaprowadzę.
Lecz, mniejsza o to... de minimis nie było się tu co troszczyć... Patrzyłem na króla, królowę, familją, przyjaciół i domowników. Uroczyste to były godziny, szczególniéj dla naszego pana, który w istocie wyglądał jako wysłaniec Boży, jako rycerz chrześciański, obrońca chrześciaństwa.
Zdał się to czuć taką miał powagę wielką i majestat na obliczu, tak każde jego słowo tchnęło jakiemś namaszczeniem.
W ludziach widać było pewną trwogę, królowa, Boże mi przepuść, nie z miłości dla małżonka, ale z obawy o los własny, drżała i płakała bez przerwy prawie. Z otaczających króla znaczniejsza część, jak stolnik Polanowski miała strach w sercu i mało ufności w sukcess.. W królu widziałem jedną tylko troskę aby nic nie zabrakło co mieć potrzebował, zresztą szedł z taką w Bogu ufnością — tak pewien siebie — iż drugim dodawał otuchy.
Gdyby też on o najmniejszéj rzeczy niepamiętał, jak to wyżéj pisałem o włóczniach — niewiem ktoby tem rozporządził — bo w pochodzie, mimo Stanowniczych, pomimo że przodem oznajmywano o nas, kwatery wyznaczono, żywność otrzymano, mało gdzie się znalazło wszystko na czas i poddostatkiem. Król przysposabiając się do konia, z którego późniéj prawie nie zsiadał, prawie ciągle konno jechał, a dla tuszy i wagi ciągle mu je zmieniać było trzeba.
Po pożegnaniu z królową, która mdlała — chociaż ręczyć nie mogę czy dla oczów ludzkich, czy że istotnie mdłości doznawała — król jechał pomodliwszy się, cale ożywiony i wielkiego nie okazując smutku.
A żem wyżéj wyraził powątpiewanie o mdłościach królowéj, dodać muszę, że post festum ktoś z przyjaciół N. Pani puścił świat jakoby o przyczynę łez na odjezdnem i przy pożegnaniu z Jakubkiem spytana odpowiedzieć miała. Płaczę nad tem że drogi mój syn za młody jest aby mógł iść walczyć wraz z ojcem.
Otóż téj spartańskiéj odpowiedzi królowéj nikt na ówczas ani słyszał, ni o niéj wiedział, dopiero po powrocie i tryumfach zapisano ją, w diarjusze... Wcale ona do Marji Kaźmiry nie przystaje... i bardzo wątpię aby coś podobnego pomyślała przy rozstaniu... Drugiego też syna już na ówczas przekładała nad Jakuba, choć ja, niedowiarek, nawet w macierzyńską miłość tego wyschłego i wystygłego serca nie wierzę...
Z Tarnowskich gór wyruszywszy (22 Sierpnia) — ciągnęliśmy do Gliwic na Szlązku, gdzie dla nas w klasztorze oo. Reformatów kwatery były wyznaczone i opatrzone.
Przez cały ten dzień napędzali nas opóźnieni, do których i brat królowéj Maligny należał. Dla tego król troskliwy, namiot kazał pozostawić.
Listy też, które w Krakowie króla nie zastały już, na drodze odebrał.
Z tych dowiedział się o tem, z czego się głośno naśmiewał iż ów szalony a zuchwały Duwerne, któremu oświadczono aby się sobie precz wynosił, w początku bardzo hardo się stawił, potem składał się tem że nie francuzkim był posłańcem, ale księcia Transylwanji, upierał się w Gdańsku pozostać — a w końcu musiał zabierać się do odwrotu...
Cyfer zaś Morsztynowskich, o które we Francji król upominał, pod różnemi pozorami, wydawać nie chciano.
Była to, jak się późniéj okazało, ukartowana rzecz, aby Morsztyn wprzódy z aresztu marszałkowskiego zbiegł i salwował się z życiem...
Gdybyśmy byli wnosili z tego jak nas po drodze i w Glinianach witano, przyjmowano, zabiegano, — można się było spodziewać, że nas na rękach nosić będą.
Duchowieństwo wszędzie niemal wołało — Ave Salvator! — niewielkich panów, komisarzy, różnego tytułu cesarskich urzędników po drodze zabiegała moc nieskończona aż do uprzykrzenia...
Królowi dziczyzny, zwierzyny, bażantów, prowiantu osobliwego naskładano więcéj niż go można było zużyć. Do Tarnowskich gór król kazał kresy rozstawić z trabantów, dla korespondencji, chociaż ona późniéj najniepoczciwiéj przychodziła.
Z Gliwic król nie chcąc się wlec z ciężkiem wojskiem, które wolniéj musiało się posuwać, oddzielił się we dwadzieścia kilka lekkich chorągwi z kilkuset dragonami, i szliśmy na Opawę do Ołomuńca naprzód.
Tam hrabia Schafgotsch wysłany przez cesarza miał czekać na naszego pana...
Początki naszego ciągnienia, nie mogę inaczéj powiedzieć, bardzo się przyjemnie zwiastowały, — gorąco chociaż znaczne do wytrzymania było, pogoda piękna, kraj się nam wydał wesół, żyzny, obfity, ludność przyjazna i uprzejma.
W Raciborzu którędy do Opawy wyciągnęli graf jakiś przyjmował pana naszego, ale kosztem cesarza, chociaż u siebie.. Sama pani z licznem gronem dam zabawiała też króla, który w karty z niemi grać musiał, nim do stołu podano. Na podziw wszyscy pełni byli wdzięczności i poszanowania, a nawet lud witał błogosławiąc posiłki... przyjmowano nas obficie ugaszczając i jak niemożna lepiéj.
Króla tu już słyszałem mówiącego, że musi pospieszyć, bo się lęka aby turcy nie odstąpili od Wiednia i zwycieztwa nam spodziewanego z rąk nie wydarli. Koniecznie przed początkiem Septembris chciał stanąć pod Wiedniem...
Pochód ten gdyby już zwycięzki wesoły był i wszystko szło jak z płatka.
W Raciborzu nakarmiono nas i napojono obficie, potem pod Opawą, znowu panie różne niemkinie, choć król w stodole się prostéj zatrzymał, przyszły mu się przypatrywać i dziękować... Opawę bardzo piękne miasteczko tylkośmy przejechali nie zatrzymując się w niem.
Drugiego dnia z noclegu o dobrą milę za miastem, bardzo pięknym krajem ujechawszy godzin parę, poczęły się góry morawskie.
Niemogę inaczéj powiedzieć tylko że dla oczów naszych, do podobnych widoków nie nawykłych, droga w górach powabną była, ale dla koni i wozów, żal mi Boże, — bo skały, kamień, i przez strumienie powyrywane doły bardzo ją utrudniały, tak że późną nocą ledwieśmy się do noclegu naznaczonego dobili, konie znużywszy, a i około wozów szkoda téż była, bo wiele ich nie wytrzymało...
Tu już nas ów obiecany cesarski Schafgotsch oczekiwał. Nie wiem jak się tam z królem JMością rozmówił i czy z niego rad był, alem to postrzegł, że król się zmarszczył, — zdumniał i odprawił go wcale nie uprzejmie, tak że domyśleć się było można iż poseł ów w czemś uchybić musiał i naukę dostał. Był to początek tych nieprzyjemności, które nam duma i dziwne wyobrażenia cesarskiéj rady gotowały w przyszłości.
Ale Sobieski wszystko to przeczuwał, i jak należało, dawał odprawę.
Odjechał graf ów dosyć nosa opuściwszy, bo co chciał nauki dawać, sam pono dobrą dostał.
Słyszałem jak się król i zżymał i oburzał na to...
Nazajutrz, ciągle pospieszając, przyszło nam jeszcze niemal do południa przez te góry ciągnąć, a daléj ku Ołomuńcowi — równina się piękna roztoczyła przed nami.
Król się okrutnie męczył, bo go po drodze witano uroczyście, więc też dla mów i przyjęć musiał się odziewać paradnie, konia mieniać, występować — ale za to nasłuchał się salwatorów — i pochwał a błogosławieństw do syta.
Toż samo czekało nas w Ołomuńcu od Jezuitów i duchowieństwa. Król aby uniknąć fatygi, jaką mu to sprawiało, domagał się aby za miastem naznaczono kwatery, tymczasem nieposłuchano go i dano ją w kamienicy pośród miasta, z izbami pustemi, ogromnemi, gdzie wszyscy na kupie być musieli.
Zapisuję to dla tego, ażebym okazał jak nas witano, jak nas czczono, a jak się to potem wszystko szpetnie odmieniło. Strach jeszcze naówczas wielką tę miłość rodził...
Król niezmiernie pragnął pospieszyć, bo miał wiadomość od księcia Lotaryngskiego, że ten się już z nieprzyjacielem ścierał, a obawiał się aby mu przeciwko jego planom nie uczyniono co i nie popsuto co zamierzał...
Niemogliśmy się skarżyć na brak języka od wojsk Cesarskich, bo tego ciągle po dwa razy na dzień dostawaliśmy, co w królu niepokój budziło, tak że naglił co żywiéj się chcąc dobić do Dunaju...
Ciągnęliśmy więc z pośpiechem wielkim, a znużenie to przy gorącu, król na podziw dobrze i zdrowo wytrzymywał, tylko na królewicza niewczas ten, a zmiana życia tak podziałała, że mu twarz, usta i policzki szpetnie opryszczyła, ale Dumoulin powiadał że to ze krwi i bardzo dobrze jest,..
Po drodze ciągłe powitania, różnych książąt i panów, jakiéjś księżnéj Lichtenstejnowéj, która, powiadano, była przy królowéj Eleonorze i królowi znajomą.
Mszy Świętéj, w sam dzień ścięcia św. Jana, król i my słuchaliśmy w Brunie albo raczéj Brnie, bardzo pięknéj mieścinie, nad którem panuje mocny zamek na wysokiéj górze, a dokoła kraj jak Ukraina żyzny i zamożny... Przyjmowali nas uroczyście księża Franciszkanie, a tłok ludu ciekawego był wielki i dla odpustu i dla nas.
Myśmy z rozkoszą się przypatrywali tutejszéj zamożności a szczęśliwości ludu, który oprócz wszelakiego zboża, winnic ma i owoców najpiękniejszych podostatkiem. Chłopskie chaty, którychby na nie jeden nasz dworek szlachecki nie pomieniali. Obiadem nas w Brnie ze dworem razem królewskim przyjmował graf Kołowrat, którego nasi Kołowrotem przezywali — bo ten rządzi prowincją.. król z przyjęcia i jedzenia był dosyć rad...
Król tu listy odebrał od Lotaryngskiego na imie Boże, na wszystko zaklinające aby pośpieszał, bo Starenberg — a jego pismo też było przyłączone, pisał, że długo się już trzymać nie może nieprzyjaciel w jednym z nami siedzi rawelinie, idzie ziemią podkopem pod Beluard zwany Cesarskim, tak że ci co kontr-miny kopią, czują go naprzeciwko siebie...
Ponotowałem naówczas te doniesienia — że się posiłków od Elektorów co chwila spodziewano, oprócz brandeburgskiego, że turcy mosty pozwalane przy Wiedniu na nowo odbudowywali i szańce koło nich sypali.
Król już spokojniejszym był, bom go słyszał mówiącego do Wojewody Wołyńskiego.
— Da Bóg jutro posłyszymy działa Wiedeńskie i napijemy się wody z Dunaju.
Teraz się już tem kłopotał że o kozakach, których chciał mieć przeciwko Tatarom nic nie było słychać, i Litwa niewiedzieć co z sobą poczynała.
Król jéj już nie potrzebował i życzył aby na Węgry poszła dla dywersji.
Takeśmy się dobili do Heiligenbron, niedaleko od Tulmu, gdzie most budować kazano. Król ztąd w kilkanaście koni jeździł pod Nikielsburg, bo go chciał oglądać sam, nie spuszczając się na cudze oczy. Wydziwić się obcy niemogą, a i my też jak król czynny, rzeźwy, niezmordowany i na małem poprzestający.
Ja co go w pospolitem życiu, przy wszystkich wygodach widywać nawykłem często ociężałego i uskarżającego się na różne dolegliwości, tu go poznać nie mogłem. Duchem się dźwigał ale mocą cudowną. Nie dosypiał, nie dojadał, znużył się, a rzeźwy tak był, że Jakubek z nim nie wytrwał, choć starał się go naśladować.
Ale w Jakubku krew jakaś inna, charakter wcale odmienny — rzekłbym że z matki coś wziął, a cudzoziemcem pachnie. Zarzucić mu nie można, iż rycersko się stara okazywać, lecz z kanclerzem Maligny, albo z Dupontem miléj mu niż z polską drużyną i tam go serce ciągnie.
Szlachcica w nim już polskiego ani szukać, ni znaleźć.
Ale wracam do tego co nas spotykało, a naprzód do onego księcia Lotaryngskiego, o którym żeśmy się niezmiernie wiele nasłuchali z dawna, jako o wodzu znakomitym, wszyscy, nie wyjmując króla, byli go nad miarę ciekawi.
Ten królowi w kilkanaście koni zabiegł drogę, cum debita reverentia, bo szło o to wielce jak się postawi i czy zechce obok króla być niezależnym Generalissimusem, lub podda się komendzie pana naszego. Otóż miał ten rozum, iż nie pretendował zostać swobodnym, ale po dobréj woli ofiarował się słuchać, boć gdyby dwu rozkazywało, gorzéj jakby żadnego nie było.
Po naszym panu jak się nam ów wódz wydał niepoczesnym i z figury i z ubioru — wypowiedzieć trudno. Średniego wzrostu, postawa pospolita i niczem się nie odznaczająca, choć pewien wigor w niéj czuć. Twarz też opalona, czerwonawa, nos jak u papugi i oczy tylko żywe a rozumne. Chociaż do króla jechał — wcale się na ubranie nie wysadził, suknię miał szaraczkową z trochą galonów i guzików pozłocistych, kapelusz bez piór, buty żółte, ale zbrukane i mocno wytarte.
Słyszałem jednak gdy się król potem odzywał o nim z wielkiemi pochwałami i bardzo go wysoko szacując z téj prostoty i skromności a rozumu bystrego i znajomości sztuki wojennéj.
I tom słyszał, gdy król w rozmowie z nim rzekł śmiejąc się.
— Nie mamy się co tych turków i tego czarnego Musztafy obawiać, bo nieprzyjaciel który nam bez przeszkody daje most na Dunaju budować, i albo nie wie o nim lub nie dba — zaprawdę nie jest strasznym.
Król jego i innych gości przybywających na których nam nie zbywało, przyjmował, jak na obóz, wśród wojny, bardzo honeste i pańsko, bo ani jadła, ani wina nie brakło i — choć nie pito ale wszyscy sobie podweselili, nie wyjmując Lotaryngskiego, który zrazu wino lekkie pił z wodą, ale potem dał się i na węgierskie nakłonić.
Król bardzo rad był, bo się wszyscy oświadczyli iż w najmniejszéj rzeczy słuchać go będą i ordynansom jego podlegać. Szło mu po trosze o godność — ale pewnie więcéj o sukces, który zależał na tem ażeby jedna myśl i ręka kierowała wszystkiem.
Z obejścia się z panem naszym, z poszanowania dla niego, z radości jaka się na ich twarzy malowała, gdy się przypatrywali wojsku naszemu, znać było jak nas tu potrzebowali że nie darmo króla wszędzie jako wybawiciela witano.
Nam zdawało się dotąd wszystko sprzyjać, mosty te o które królowi tak chodziło, aby je bez przeszkody mógł wystawić, już na ukończeniu, wojska wyglądały, mimo strudzenia bardzo okazale, z wyjątkiem kilku pułków piechoty, odartych. Jednego dnia na niebie obserwowaliśmy przez kilka minut osobliwą tęczę i jasny pas niby jakiś znak, albo jakby olbrzymią literę, któréj nie było tylko nam komu wytłumaczyć, ale wyglądała ona nie jako groźba, miotła lub rózga, ale jasno i śmiejąco się — co daj panie Boży wszechmogący! wołaliśmy.
Król ciągle dobréj myśli, ale troskliwy, wszędzie zaglądał, o żołnierzy, o konie się kłopotał, rad był nakarmić, napoić a sam mało co jadł i to najwięcéj owoców.
(Z mojego pisania widzicie iż stare konotatki wciągam tu, bom w Krakowie umyślnie sobie papier oprawić kazał dla regestrów i rachunków, przy czem się to i owo notowało).
O książęciu Lotaryngskim, któregośmy też wszyscy ciekawi byli, król ciągle, pomimo jego wytartych butów i „niecnotliwéj peruki” wyrażał się z wielkim szacunkiem. Zaraz po odjeździe, mówił Matczyńskiemu przy mnie:
— Zda się być poczciwy człowiek, i wojnę rozumie bardzo dobrze, a do niéj się aplikuje. Owo zgoła takim go znam, że się z moją fantazją bardzo łacno zgodzi i godzien większéj daleko fortuny.
Ze Stetelsdorfu, o ćwierć mili od mostu, dla przeprawy wojsk z wielkim pośpiechem zbudowanego, bez żadnéj przeszkody ze strony nieprzyjaciela, król z powodu że sekretarz Talenti niedyspozyt był, mnie list do królowéj dyktować raczył w części, a w części sam go pisał. Z tego sobie praeter propter przypominam, że się tłumaczył iż nawet na korespondencję czasu nie ma, gdyż konferencje ustawiczne z ks. Lotaryngskim, i innemi, ordynanse, komplementa, witania po miastach, nie tylko siła pisać, ale ani jeść ani spać w porę iść nie dawały.
Nieprzyjaciel był już o cztery mile od nas, a tu przy każdem spotkaniu ceremonjały, kto gdzie ma stać, kto z tyłu, kto na przodzie, po lewéj lub prawéj ręce. Królowa się widać troskać musiała jak tam Majestat królewski wśród okazałości cesarskich prezentować się będzie, na co król odpowiadał, z prawdą zgodnie, że z powierzchowności sądząc za krezusów polaków mieć mogą, bo barwy na paikach, na paziach, na lokajach bardzo piękne, konie bogato poubierane, pokoje obite, królewski i ks. Jakuba złocistemi oponami antykamera brokatelą. U nich zaś (u niemców) ani centka srebra na koniach, suknie proste, wpół z niemiecka, na wpół z węgierska, — wozy proste, pazia ani lokaja żadnego nie widać.
Książe Elektor Saski, który wczoraj też przybył, w prostéj czerwonéj sukni, szarfą karmazynową z franzlą prostą przepasany, wzrostu średniego, twarzy dosyć dobréj, broda staroniemieckim obyczajem, na pozór dosyć simplex, a, co najdziwniejsza, żadnym językiem oprócz niemieckiego nie mówiący, tym zaś także nie wiele i nie bystro... Za to do napoju i kubka bardzo pilny...
I ten także pod ordynans króla się stawił... a pomimo iż sam tak niepoczesno wyglądał, znaleźliśmy piechotę jego, którą król oglądał, w bardzo pięknym porządku, czysto odzianą i dobrze uzbrojoną.
Obawiał się dotąd król JMść, aby go pod Wiedniem z akcją nie uprzedzono i nie nadwerężono planów jego, ale tu się mógł z rozmów przekonać, iż nietylko się o to lękać nie potrzebował, ale opieszałych i ociągających się napędzać było potrzeba.
Rzecz oczewista że niebardzo pewni siebie, gdy do ostatecznéj rozprawy, która o losie miasta i kraju rozstrzygać miała — przychodziło — wahać się musieli.
Z królewicza Jakuba, któremu towarzyszów stałych król dotąd nie wyznaczył mając trudność w wyborze ich — dosyć kontent dotąd był, jako też z hrab. Maligny, którzy oba nieodstępnie mu towarzyszyli.
Przy królu sypiali, oprócz nas, na zawołanie będąc Podskarbi nadworny Modrzejowski i Starosta Łucki Miączyński. — Jeszcze tu zapisać i powtarzać muszę wielką admirację moją dla pana naszego, bom go nigdy tak pracowitym nie widział, tak niezmordowanym — a o jadle, o śnie, o spoczynku zapominającym. Mil dziesięć do mostów i nazad na rozstawnych koniach zrobić jednego dnia, bez odetchnienia prawie — to dla niego nic...
Ale Dumoulin i Janusz powiadają, że już z tuszy cokolwiek spadł, prorokując że schudnąć musi, co mu na korzyść wyjdzie. Na twarzy rumiano wygląda, choć policzki nieco opadły...
Do mostu pod Tulnem zbliżając się, osobliwego posła Papiezkiego spotkaliśmy, którego król i wszyscy z nadzwyczajnym respektem przyjmowali, chociaż, Boże odpuść, nie wyglądał lepiéj od naszych kwestarzów, albo raczéj grubszą jeszcze suknią odziany — nogi bose, habit na gołem ciele...
Jest to wielkiéj świątobliwości zakonnik kapucyn, Ojciec Marek, którego wszędzie za niemal już błogosławionego za żywota ludzie mają, dar mu proroczy przyznają i do rąk się cisną...
Opisać go chyba niepotrafię, ale takim sobie wyobrażam onego Śgo Kapistrana, o którym w żywotach czytałem. Postawa dosyć piękna, ale kości na nim i skóra ogorzała, świecąca jak pargamin... oczy pałające ogniem jakimś, szczególniéj gdy się modli, zdaje się naszego świata niewidzieć wcale... Odzież na nim gruba, sznurem prostym przepasana, nogi w trepkach — ręce tylko z twarzą nie pasują, bo białe i piękne, choć wychudłe.
Królowie i książęta dla niego, jakby ich nieznał, ani potrzebował wiedzieć czem są, bo dla wszystkich i dla najmizerniejszego pacholika jednakim jest. Do króla JMci snadź osobne polecenia miał od Ojca Św. bo sam go szukał, a przy powitaniu ze łzami niemal błogosławił, poczem na osobności z nim więcéj pół godziny strawił. Słyszałem jak potem król hrabiemu Maligny rozpowiadał iż O. Marek Cesarza wprzódy widział i napominał go, ukazując za co P. Bóg te kraje tak surowo karze. Przy czem upewnił że Cesarz się nie zbliży do wojsk, bo mu on to nietylko odradzał, ale wzbronił.
Król rad temu był, gdyż go sobie nie życzył, a pono i sam Cesarz ochoty wielkiéj nieokazywał w tę matnią wpaść, bo wojska się ruszały w góry, wąwozy i lasy ku Wiedniowi, gdzie Tatarowie łacno z tyłu niepokoić mogli...
Nabożeństwo które odprawiał Ojciec Marek do żadnego zwykłego podobnem nie było... król i starszyzna z rąk pobożnego kapłana komunję świętą przyjmowali, przy czem głośno pytał czy mają w Bogu ufność, i za sobą po razy kilka powtarzać kazał — Jezus, Marja...
Otucha wielka z tym świętobliwym mężem wstąpiła we wszystkich, jakby go tu P. Bóg nam zesłał w tym momencie — gdy męztwa dodać było potrzeba.
Przeprawa przez mosty, które nareście gotowe stanęły, dosyć kłopotliwa była, bo ciągle tu i owdzie się coś psuło, a deszcz i ślizgawica wozom nie na pożytek. Za Dunajem kraj, mówiono, wygłodzony i opustoszały, gdyż Tatarowie tu stali przez niedziel kilka, a po nich jak po szarańczy niczem się już nie pożywi.
Drogi przez góry, wąwozy i gęstwinę leśną trudne i niepewne, przewodników tak jak niedostać, a karty i mapy okazywały się, na co król bardzo utyskiwał — albo fałszywe lub niewystarczające.
Przodem miały iść piechoty i dla jazdy drogi trzebić — rozszerzać i wyrąbywać. Największa męka z wozami była, których porzucić niepodobna — a ciągnąć je z sobą niewymownie trudno przychodziło szczególniéj dla koni i paszy — bo tu trawy ani na lekarstwo. Nie były też budowane na takie bezdroża kamieniste, przez jakie się z ciężarem wlec musieliśmy.
Dotąd król ze wszystkich rad, na nikogo się nie skarżył, książę Lotaryngski i Saski oba go słuchali, ordynanse przyjmowali i do nich się rekomendowali, oprócz nich książąt Rzeszy niemieckiéj na łeb na szyję zbiegało się mnóstwo, którzy opóźniwszy się, a zasłyszawszy o królu, pospieszali dniem i nocą. Słyszeliśmy o Bawarskim, dwu Neuburgskich, Hanowerskim, Anhalt i innych — których imion nie pochwytałem. Oprócz tego ochotnika niby krzyżowców, różnych narodowości, chciwych boju pod takim wodzem, kawalerów siła było... którzy po różnych oddziałach się rozmieszczali.
Książe Saski z wielkiem podziwieniem kawalera Maligny, ciągle w swéj czerwonéj przepłowiałéj sukni, obok naszego pana objeżdżał wojska, niby ze dworu jego ktoś, niepodobny wcale do panującego.
Na koniu u rzędzika srebra ledwo dojrzeć było, paziów ani lokajów przy nim żadnych, namieciska z prostego cwilichu.. Asystencja przy nim sami oficerowie, brzuchatych dosyć i twarze tęgo rumiane.
Języka prawie codzień dostawaliśmy, który na jedno się wszystek godził, że w obozie tureckim o przybywaniu króla naszego nie wiedziano, albo raczéj wierzyć na żaden sposób nie chciano. Podjazdy nasze powracające powiadały, że dział strzelania pod murami srogiego nie słychać, z muszkietów tylko ognia dają, i pono miny kopią — a Czarny Mustafa nie rad miasta szturmem brać dla łupu, bo grabieży przy zdobyciu gwałtownem nie uniknąć, a jemu się chce owe skarby niezmierne, jakich się w Wiedniu spodziewa — samemu zagarnąć. Ztąd ta jego powolność i zwłoki, czemu król rad był, bo się niczego więcéj nie obawiał nad to, jak żeby bez nas się obeszli i nas kto nie uprzedził.
Widziemy teraz że strach ten był płonny, bo gdyby nie odsiecz, Wiedeń by się poddać musiał.
Tak dalece w króla tu nie wierzono i nie spodziewano się go, że poseł od Tekelego, który do Lotaryngskiego przybył, ofiarując pośrednictwo jego dla uzyskania armistycjum — zobaczywszy naszego pana, języka w gębie zapomniał.
Niewiem czym o tem pisał że Tekeli dla króla względy miał wielkie, bo się go obawiał — i posłusznym być musiał. Przez tego więc posła, Talentemu król kazał cyframi napomnienie Tekelemu wysłać, aby pamiętał do czego się zobowiązał, chceli być cały...
Im bliżéj Wiednia, tém goręcéj nam wszystkim było, — cóż o nas mówić, gdy i król ani wygód już ani opatrzenia potrzebnego niemiał.
Często dobréj wody mu dostać nie można było, a za całą strawę kawałek chleba starczyć musiał ale król to tak wesoło Panu Bogu ofiarował, jakby we wszystko opływał.
Ledwie oczy otworzył a przeżegnał się, już pytał o nowiny, o języku, posyłał — wyprawiał. Największy niepokój gdy długo od królowéj nie otrzymujemy wiadomości, a te bardzo nie regularnie przychodziły, chociaż środki obmyślane były — aby na posłańcach, trebantach, kursorach i różnych kresach nie zbywało.
Na posiłki, na kozaków Mężyńskiego, który z niemi we Lwowie dopiero stał, wcale król nie rachował, bo nam o liczbę nie szło już, ale o dzielność żołnierza...
Opowiedzieć trudno jakiemi to drogami, z jakiem utrapieniem i znużeniem dla koni, które prawie gałęźmi samemi żywić przychodziło — daleko późniéj niż król pragnął na Kalenberg już pod Wiedeń dostaliśmy się. W drodze cudem prawdziwym prawieśmy żadnéj przeszkody ze strony nieprzyjaciela nie mieli, raz dla tego że się wojsk w tych górach i lasach nie spodziewał, powtóre że w króla do ostatka nie wierzył.
Złączył się z nami Elektor Bawarski, młody jeszcze, z twarzy niczego, nieszpetny, prezencja lepsza niż Saskiego i około niego też czyściéj a wytworniéj, konie piękne, ale dworu żadnego tak jak niewidać było. Ten z królewiczem Jakubem się zapoznawszy, poufale do niego przystał i w komitywie najlepszéj, czemu nasz pan rad, przyjmował go wielce życzliwie.
Obaj Elektorowie — którzy się zrazu trochę opodal od króla trzymali, teraz gdy już nieprzyjaciel blizko był — stawili się po kilka razy na dzień, parol odbierali, dopytywali sami o rozkazy, akomodowali się chętnie.
Król wczoraj mówił z widoczną radością.
— Kapitan najprostszy niemógłby być posłuszniejszym od nich i dla tego możemy, przy łasce Bożéj, spodziewać się dobrego końca... lubo nie bez mozołu, bo inaczéj i gorzéj rzeczy tu stoją aniżeli nas informowano.
Com wyżéj pisał o przeprawach górami do Kalenbergu, ani dać może wyobrażenia o tem co wojsko i my ucierpieliśmy. Miejscami nie iść — nie jechać — ale się wprost trzeba było drapać na strome wyniosłości bez drogi wszelkiéj, a wymyte deszczami wąwozy przepaścisto przebywając, często kozom nóg zazdrościliśmy — bo nasze do takich przepraw nie były stworzone.
Wszakże z pomocą Bożą jakoś, bez wielkich strat i szwanków dobiliśmy się już tu — gdzie po nad tureckim obozem niewidzialni stanęliśmy. Narady ciągłe trwały dniem i nocą, gdzie kogo postawić.
Król wszystkie wozy swoje — które prowianty — sprzęty, namioty lepsze i łopaty wiozły, musiał oprócz niezbędnych kilku — pozostawić za sobą nad Dunajem w miejscu — jak się zdawało dosyć bezpiecznem. Patrzyłem na to z podziwieniem i admiracją jak się bez wszystkiego obchodził wesoło, na nic nie utyskując. Kazałem za nim wozić na siodle materacyk lekki — aby potrzebując spocząć, na gołéj ziemi nie legał — ale rzadko na niego czekał.
Turecka nieopatrzność czy z woli Bożéj zaślepienie dla nas niepojęte były. Nasza dragonja i kozacy podkradali się pod nich — bydło im zabierali — ludzi chwytali, wszystko to było na rachunek inny, a o nas jakby nie wiedzieli.
Przez parę dni byliśmy z królem bez wojska, które nadążyć nie mogło z takim pośpiechem — a król pozycją chciał oglądać.
Tu dopiero okazała się decepcja wielka — straszna, która w początku naszego pana do rozpaczy prawie przywiodła — bo na wszystkich kartach i planach stało iż wszedłszy na Kalenberg ztąd już pod miasto żadnéj trudności ani zawady nie napotkamy. Tymczasem zamiast winnic — jakiemi góra mierna okrytą być miała — gdyśmy stanęli na wyżynie ujrzeliśmy u stóp naszych obóz turecki ogromny — rozłożony jak miasto nieprzejrzane, daléj Wiedeń nim opasany jak na dłoni i po za nim przestrzeń na mil kilkanaście, ale w prawo, cośmy się pola spodziewali, las gęsty, przepaście i straszliwa stroma wyniosłość.
Książe Lotaryngski pytany przyznał to iż się na mapach zawiódł, królowi zaś teraz przyszło zmienić plan i zamiast uderzenia nagłego i prędkiego powoli się skradać, podchodzić, naciskać.
Szczęściem turcy, jak to już widać, obozu nie okopali, stał otworem — ani go podobieństwem było obwarować, taką rozciągłość miał wielką. Komendant Wiedeński Starenberg już o przybyciu odsieczy zawiadomiony — racami nas wypuszczonemi nocą pozdrowił.
Wojsko nasze stało w szerz dobre pół mili zalegając w górach i lasach, na prawem skrzydle — król na samym skraju nocował przy piechotach — zkąd obóz caluteczki turków widać było, a w nocy huk dział ustawiczny oka zmrużyć nie dawał.
Bóg wiedział co nas tu czekało, ale że na to patrzeć — nie każdemu się w życiu dostało i że rozkosz to wielka widzieć ten kraj, gród, te namioty jako grzyby, te ogniste nocą po niebiosach wstęgi, te dymy kłębiące się nad wieżami i całe niezmierzone owo spectaculum, gdyby sen wielkie i dziwne — to pewna. Panu Bogu dziękowałem że mi się to dostało, trudu nie lutując jaki poniosłem. Oczy się nie napatrzyły, uszy nasłuchać nie mogły, bo i one miały co chwytać.
Gdy wiatr, którego my tu na górach mamy podostatkiem mieliśmy, — wionął na nas, a przyniósł razem huk tych dział — odgłos daleki dzwonów, ryk wielbłądów, rżenie koni, mruczenie obozowe, chrzęst — brzęk — aż mrowie przechodziło po człowieku.
Żadna by muzyka tak do głębin duszy nie przemawiała. Trwoga ogarniała jakaś i podziw. A rodziło się pytanie co Bóg z nami uczynić zechce — bo tu już żaden rozum ludzki nic nie mógł obrachować.
Jeżeli się nie mylę, król nasz na tatarów wezyrskich coś rachować musiał, bo się o nich ustawicznie dopytywał i posyłał swoich aby się o nich dowiadywali, kędy są — ale dotąd ich nie napytaliśmy.
Chodząc po obozie przez te dwa dni — gdzie znajomych miałem wielu, tyle o nim powiedzieć mogę, żem nigdy wojska nie widział więcéj łaknącego boju i pewniejszego siebie, jako to nasi byli.
W królu niezmierną ufność mieli wszyscy, o Hetmanach mowy nie było. On tu najwyższym wodzem i cudzoziemcy też — owi Elektorowie — książęta — Lotaryngski i inni na niego patrzyli.
Codziennie prawie widując go mogłem poświadczyć że dotąd nietylko się królowi nigdy kontr nie stawił nikt — ale w każdéj rzeczy o zdanie jego pytano i za nim szli — uznawszy to iż turków lepiéj znał i więcéj praktykował niż oni wszyscy.
Śmiejąc się pokazywał nasz pan bliznę pod Beresteczkiem otrzymanéj rany — mówiąc iż tędy mu do głowy znajomość strategij pogańskiéj weszła.
Gdy języka przyprowadzano — a tłumacza naszego nie było pod ręką, podziw zawsze wielki, że się król ofiarował z tatarami rozmawiać i expedite konwersował... W jeńcach też — gdy o królu się dowiadywali zaraz widać było jak tracili odwagę i pokornieli.
O ile z góry widzieć się dawało i rozeznać ów czarny Mustafa wcale się po pańsku rozgospodarował pod murami Wiednia — a same namioty jego i haremu służby — rzezańców — janczarów przy osobie zostających jak miasto wielkie wyglądały. Pomiędzy temi szkarłatnemi i złocistemi namioty z księżycami na wierzchach, na których blachy świeciły zieloności nasadzono, fontanny biły. Zdaje się że i sam Sułtan — gdyby szedł na wojnę z większymby się splendorem wybrać nie mógł — wielkiego zaś wojskowego ruchu w obozie nie widać było, tylko u samych baszt i murów — pod które się podkopywali i wyłomy robili. Opieszale jakoś szturmowali, a nie równo — i chwilę spoczynku a modlitwy ich bardzo widoczne były.
Z miasta zaś ogień chociaż nie przestawał — ale mało się zdał skutecznym. Nocami z wież race ogniste puszczał Starenberg które pewnie książę Lotaryngski i król rozumieli co odznaczać miały, bo różne były i nierówno wytryskiwały, w przestankach, po kilka.
O tem też wiedzieliśmy że Janczara przebrany polak z Wiednia do obozów naszych i z powrotem do niego został wyprawiony. Słyszałem jak król powiadał że Starenberg nagli bardzo, ale pospieszyć nie podobna, taki nam zawód góra uczyniła...
Jesień nam już się wielce czuć dawała.
Tu zapisać muszę pana naszego mądre znalezienie się przy wojsk przeglądzie, które okazywał książętom Lotaryńgskiemu i Saskiemu. Byłem przy tem gdy Hetman przyjechał, zafrasowany, iż część piechoty tak była odarta i nędznie przyodziana, że ją chyba z tyłu postawić należało, aby się przed obcemi nie wstydzić, za nią.
— Zwłaszcza — dodał — po saskiéj piechocie, która barwę ma jak z igły, i ślicznie się prezentuje, ani jéj pokazać możemy.
Król ramionami ruszył.
— Uchowaj Boże — zawołał... — nie kryjcie mi tego regimentu, owszem, występujcie śmiało, ja to wytłumaczę Lotaryńgskiemu jak należy...
Przyszła koléj na tę piechotę nieszczęśliwą, w któréj na ludziach do radnych nie zbywało, ale odzież była w łachmanach niemal...
Król zobaczywszy ich odezwał się na głos.
— Upraszam was, panowie, abyście szczególną zwrócili uwagę na tych mężnych moich wojaków. Przed każdą wyprawą mają zwyczaj brać jak najgorszą odzież, poprzysięgając że się zdartą z nieprzyjaciela wszyscy przystroją. A nigdy jeszcze niepowrócili bez najwykwintniejszych sukni. I teraz ręczę za nich, że będą wyglądali jak pułk Janczarów Wezyra.
Lotaryńgski i Saski z wielką tedy ciekawością przypatrywali się obdartusom i potem sobie o nich rozpowiadali — król śmiał się.
Tatarowie, których myśmy się dopytać nie mogli, błądzili kędyś zdaleka i gdy im o królu pobrane ciury nasze rozpowiadali — szydzili z nich. Wiedzieli tylko o Lubomirskim — a w samego pana wcale do ostatka nie wierzyli.
Z drugiéj strony, będąc ciągle przy królu, który przy mnie, wcale się niewystrzegając mówił o wszystkiem, mogę to poświadczyć, że w chwili gdy uderzenie na obóz Kara-Mustafy postanowione zostało, a król ręką własną napisał rozkład dla wojsk — wcale się nie spodziewał nikt, ani on sam, ażeby się mogło wszystko rozstrzygnąć jednem uderzeniem.
Rachowano na to, że się początek uczyni, z gór w dolinę wojska przeniosą i obóz turecki powoli otaczać będą i zdobywać.
Niecierpliwość była wielka, aby dla spóźnionéj roku pory, nie zwłóczyć — i na dwunasty Septembris wszystko się gotowało. Umysły były wielce poruszone. Co Bóg da? Każdy zbroję sposobił, włócznie dobierał — wszelki oręż rozpatrywał.. Na królu nie widziałem i na ówczas najmniejszéj trwogi, ale troskliwość nieustanną, aby jego rozkazy były spełnione, to też i mnie i innych ciągle rozsyłał z napomnieniami, gdzie kto ma stać, — kogo słuchać i t. p.
W nocy jeżeli usnął to chyba mało bardzo, modlił się chodząc. Późno już swoich tatarów, co mu służyli wołać do siebie kazał i tych, snadź na zwiady posyłał.
O piątéj z rana działa się dały słyszeć od strony zamku na Kalenbergu, gdzie stali Sasi, którzy ogień rozpoczęli, a zarazem i tureckie działa strzelać poczęły na mury miasta..
Król już ubrany wyszedł z namiotu, wszyscyśmy byli na nogach...
Wojsko się rozstawiało wedle dyspozycyi królewskéj. Na prawem naszem skrzydle stał Hetman Jabłonowski i nasza husarja z nim — wprost prawie naprzeciw środka obozu tureckiego. Na lewem, które aż do Dunaju dochodziło piechota Cesarza i Sasi. Dowodzili tu najsławniejsi niemieccy pułkowodzcy i książęta...
Sam Elektor saski jeden oddział prowadził. Żołnierza ich król chwalił, piechotę szczególniéj — doskonale wyćwiczoną i zahartowaną. Lubomirski z zaciągiem polskim zastępował tu jazdę niemiecką. Całe to skrzydło prowadził książe Lotaryńgski.
W środku stało Cesarskie też wojsko i Bawarczycy, pod dowództwem książąt niemieckich, których ja niezliczę...
Było ich bardzo dosyć, bo się zbiegli zewsząd i w stosunku więcéj prawie do komenderowania stanęło, niż do szeregów. Oprócz Cesarza, który się nie pokazał, cała rzesza jego była reprezentowaną, ale Kapucyn mówił, że on tu cale był niepotrzebnym.
Miejsce jego właśnie zajmował nasz król, przy którym i prawego skrzydła i całéj armji było dowództwo.
Ogień, który już o piątéj zrana się rozpoczął od Sasów, — pochodził ztąd iż z wieczora król dysponował, aby pod klasztorem Kamedułów, na skraju lasu wysypano baterje i ustawiono działa, przeciwko środkowi obozu wymierzone, — wedle porady Kątskiego. Nocą więc co prędzéj kopano i działa wciągnięte, które przededniem postrzegli Spahowie i rzucili się, aby zburzyć baterje, tak że tu się walka rozpoczęła naprzód, gdzie zaraz mężny książe Croy został raniony, a książe Maksymiljan zabity.
Gorący tu już wrzał bój — na skrzydle, gdzie nasz Lubomirski bardzo się odznaczył dzielnie — król posyłał do swoich i sam jeździł opatrywać, gdy się ustawiali. O godzinie ośméj może... nadbiegł konno z pospiechem wielkim Lotaryngski po rozkazy i dla narady, w chwili gdy Ojciec Marek w małéj kapliczce mszę świętą miał rozpocząć.
— Poczynajmy od Boga — rzekł Sobieski do przybywającego, po mszy siadam na koń i już nie spocznę, aż się walka wywiąże.
W tem król kołpak mi rzucił swój — i wszedł do zakrystyi — chciał sam służyć do mszy świętéj... Wszyscy co tam byli zdumieni spoglądali, a mnie się łzy w oczach zwisły... Kapucyn wychodził ze mszą, tak cały w Bogu zatopiony, iż może nie widział, ani kto przed nim szedł, ani kto mu do Confiteor odpowiadał.
Ja niemogłem oczów od naszego pana odwrócić. Przez całą prawie mszę świętą z podniesionemi do góry rękami i oczyma modlił się tak gorąco, że mu w oczach łzy stały. Cały pewnie żywot od pierwszéj młodości przechodził mu przez myśl w tym momencie uroczystym, gdy się przed Bogiem tak maleńkim czynił...
I król i Lotaryngski i kilku ze starszyzny, z rąk świętobliwego Kapucyna przyjmowali Komunją świętą.
Zdaleka dochodzący huk dział, tentent jazdy ściągającéj się, chrzęst oręża i zbroi towarzyszyły temu obrzędowi.
Serce się ściskało pomyśliwszy iż jakby na śmierć się dysponowali...
Mówią, czegom ja nie słyszał, że O. Marek, sam o tem niewiedząc, gdy się odwrócił na — Ite missa est, zamiast tych wyrazów miał wróżyć zwycięztwo, ale król o tem nie wspominał.
Ledwie od ołtarza, potrzeba było na koń, tylko że w progu kaplicy podano wina kubek i kawałek chleba królowi i księciu, ale czasu brakło nawet na zakąskę...
Nasza Ussarja już się miała rozpocząć spuszczać w dół po spadzistéj górze, co przychodziło z niezmierną trudnością dla nierównego gruntu, kamieni, rowów, wyrw i dziur... w które konie zapadały. Porządek wstrzymać było niezmiernie trudno, tak że coraz to który z tych pięciu szeregów musiał stawać i czekać, aż opóźnieni podążyli i linja się wyrównała. Pospieszyć nie było sposobu, boby wszystko na łeb spadło bezładnie. Tymczasem Cesarscy już się w dolinie potykali i szło mi dobrze, bo winnice i pasieki dosyć obronie sprzyjały. Około godziny dziesiątéj pułki Lesle, ranny książe Croy, książe Saski posunęli się już, opanowawszy wąwozy — a nasza Usarja jeszcze się dopiero spuszczała z gór, tak że król Jan posłał żądając aby na nią poczekano mało, dopókiby z tych przepaści się nie wydobyła. Dopiero o jedenastéj godzinie jazdy nasze przezwyciężywszy wszystkie przeszkody, w szeregach zwartych stanęły — Cesarscy ich witali okrzykami.
Musieliśmy choć chwilę przystanąć aby koniom dać wytchnąć i ludziom, choć chleba kawałkiem się posilić. Król z Lotaryngskim i kilku książętami pod drzewem przypadł nieco, rozkazując podać jedzenie, które jako tako przygotowane było..
Tymczasem koło południa gorąco okrutne się zrobiło, — a we zbroi, w kaftanach, można sobie wystawić co się z ludźmi działo, z których każdy jeszcze oręża ciężar dźwigał na sobie. Ledwie przekąsiwszy król na konia siadł, ale już z paradą, z buńczukiem przed sobą, ze złotą tarczą który giermek wiózł za nim i począł z Lotaryngskim wojsko objeżdżać, do niemców po niemiecku, do innych po francuzku, po włosku przemawiając i zagrzewając do boju do wiary świętéj.
Turcy też mieli dosyć frysztu aby się przeciwko nam ustawić i przysposobić do walki, do któréj jednak pono zrazu wielkiéj wagi nie przywiązywali. Można powiedzieć że jeszcze o téj godzinie końca nikt ani przewidywał, ani się domyślał.
Dopieroż bój się krwawy zajął — wśród takiego przepaścistego stoku, około Neudorfu, że jazda z trudnością się przeciwko turkom utrzymać mogła. Nasza ussarja rzucała się impetem wielkim i rozbijała turków, ale się potem ani obrócić, ani chyżo ruszyć nie mogła, bo to żołnierz był jak młot ciężki, wszystko rozbijający, ale mu się podnieść łatwo nie było. W pierwszem tem starciu młodziuchny, mężny a ognisty kasztelanic Potocki, ukochany ojcu, tak się narażał że padł zabity, również jak Aswerus pułkownik dzielny. Ussarja nasza o włos nie została rozbitą, gdyby jéj Bawarczycy w pomoc nie nadbiegli.
Król przerażony z drugim szeregiem jazdy, sam na czele, animując swoich rzucił się na turków i — to cały sukcess dnia tego rozstrzygnęło — bo turcy nacisku wytrzymać nie mogli.
Turcy w początku dnia wiele nie przypuszczali, snadź tak jak i my, żeby do stanowczéj przyjść mogło batalij, dopiero może około południa spostrzegli że siły większe niż rozumieli wyciągnęły przeciwko nim, a tatarzy Kar. Mustafie oznajmili pono pierwsi z trwogą iż król polski którego imie ich napełniało trwogą, sukursem tym dowodził, i że już nie z Lotaryngskim samym i kilku tysiącami Lubomirskiego do czynienia mieli, ale z wojskiem licznem, które się cudem przez góry zarosłe i przepaście przedarłszy zjawiło tam, gdzie go się wcale nie spodziewano. Dopiero i Kara Mustafa i Ibrachim i posiłki Wołoskie wyciągnęły na przeciwko, a tatarowie, jak późniéj powiadano, wcale nie ochotnie się stawili, gotowi raczéj ratować siebie niż Wezyra...
Gdy nasza druga linja z królem złamała turków, już się nie zatrzymali aż u przekopu obóz ich opasającego, gdzie chorągiew wielka Mahometa i Kara Mustafa się ukazała.
Tu dopiero bój ostateczny się rozpoczął, ale Jabłonowskiemu na prawem skrzydle powiodło się rozpędzić tatarów już wylękłych, z lewéj dzielnie naciskał Lotaryngski, w pośrodku zaś król sam z wyborem rycerstwa naciskał i łamał janczarów Kara Mustafy...
Jeszcze około godziny piątéj z południa los był nie rozstrzygnięty i król myślał na pobojowisku się utrzymując do jutra odłożyć ostateczną rozprawę. Wezyr zaś tak snadź był spokojnym o siebie, iż namiot swój przenośny, szkarłatny rozbić kazał i z synami w nim odpoczywał.
W tem król objeżdżając szeregi i rozpatrując się w położeniu — jakby tknięty jakimś rozkazem z góry, dał znak do boju.
— Wszystko się dziś musi rozstrzygnąć, zawołał — jutro będzie zapóźno... Kątskiemu kazano działa ustawić, do których z początku brakło pono ładunków tak że król po pięćdziesiąt talarów za każdy strzał ofiarował, a francuz jeden peruką i chustką działo przybił. Opanowano wzgórze po nad obozem Kara Mustafy, przybyły ładunki, ogień się rozpoczął srogi, a nasza Ussarja szła jak szalona na nieprzyjaciela...
Król stał na wzgórzu z królewiczem i pierwszy postrzegł że szeregi tureckie wygięły się, zerwały i cofać poczęły...
Pobiegł z rozkazem ktoś od króla aby Lotaryngski na środek natarł co prędzéj, sam on zaś na prost ku czerwonemu namiotowi wezyrskiemu się rzucił. Matczyński który przy buńczuku i skrzydle niósł tarczę za królem, ledwie za nim mógł podążyć, tak pędził z szablą podniesioną na oślep... widząc już zwycięztwo przed sobą i wołał tylko głośno.
— Non nobis, non nobis! sed nomini Tuo da gloriam!
Usarzom w tem ostatniem starciu wszystkim prawie włócznie się skruszyły...
Już co się naówczas działo, tego żadne pióro nie opisze, duch jakiś wstąpił we wszystkich niezwyciężonéj potęgi, któréjby się i dwakroć większa siła oprzeć nie mogła... Siał trwogę przed sobą...
Przed chwilą jeszcze spokojny i pyszny ów Wezyr, który się bezpiecznym mniemał, postrzegł że zgubionym był... Popłoch niewysłowiony, rozszerzył się między turkami, którzy rzucając oręże, jak szaleni zbiegać zaczęli na wszystkie strony, potraciwszy głowy...
Można śmiało powiedzieć że tu już żaden wódz, ani rozum, ani umiejętność wojenna w téj chwili nic nie mogły — ale pan Bóg gnał te rzesze jedne naprzód drugie jakby rózgą chłoszcząc do odwrotu...
Gdy się raz zamięszanie wzięło — a prąd cały ku wezyrskim namiotom popłynął — walka była rozstrzygnięta. Jak wicher piaski tak strach rozpędzał te tłumy, rażone gdyby gromem.
Ussarja nasza pierwsza klinem się wparła pomiędzy turków i na dwoje ich przekroiła. Zginęli naówczas paszowie Alepu i Sylistryjski, a czterech innych na prawem skrzydle padło naprzeciw Jabłonowskiego.
Powiadano późniéj że Wezyr do wielkiego namiotu uciekłszy — nie wiedząc co począć, płakał... Selim Geraj Han krymski był przy nim jeszcze. — Ratuj! wołał Wezyr zaklinając — król polski jest z niemi, przeciwko niemu my nie możemy nic, siebie musiemy ocalić!!.
Chodziły pogłoski jakoby ta zdrada złotem była okupioną zawczasu, czemu nie wierzę, bo na tatarów król złota nie potrzebował — słowa jego dosyć było.
Z tego co się człowiek późniéj nasłuchał i napatrzył, księgi by całe o tym jednym dniu spisywać można, ale i tak wszystkiego razem cośmy czuli i widzieli naówczas zebrać niepodobna.
O godzinie szóstéj, król pierwszy do namiotów Wezyrskich się dostał, pomimo że janczarowie jeszcze ognia przeciwko niemu dawali i natychmiast straże postawić kazał — aby się nikt nie ważył nic tknąć i żadnego łupu brać obiecując nazajutrz wojsku ukontentowanie.
Sam los tak dał i postanowił iż królowi naszemu dostały się niezmierne bogactwa po Kara-Mustafie, który tu z przepychem i okazałością monarchy — ze skarbami niezliczonemi rozposażył się zawczasu jak zwyciężca. Było to razem i szczęście wielkie i wielkie nieszczęście dla nas, jak niżéj powiem.
O sobie, jakom ten pamiętny dzień życia mojego spędził, nie godzi mi się prawie wspominać. Byłem właśnie jako ziarno piasku wśród téj burzy. Od początku dnia — wedle przykazu króla, starałem się trzymać około niego w pobliżu, — niosąc kubek, flaszkę z wodą i z winem, chleba kawałek i wędliny. Ale wszystkiego tego aż do nocy nikt nie tknął, a mnie choć zrazu od skwaru wargi się spaliły, anim pomyślał o napoju. Podążałem też za królem o ile mi koń i miejsce pozwalało — ale razy kilka się zdarzyło żem w tyle pozostać musiał, a doganiać nie było łatwo — oczyma szukałem ciągle skrzydła orlego i buńczuków a i te za proporcami ussarzów nie zawsze dostrzedz było można. Zbłądziłem też nieraz i ledwiem potem się mógł zorjentować.
Dopierom w dolinie króla dognał — ale gdy już znowu konia dosiadł.
Gdyśmy przekop przebywali niecnota janczar, niewiedzieć zkąd kulą mnie poczęstował, aby się sprawdziło że nigdym całym wyjść nie mógł.
Oprócz mnie z orszaku nikt raniony nie był — a kula snadź umyślnie dla mnie przeznaczona — tu nagnała, siły już nie mając — bo mi kaftan tylko na ręku zdrapała i skóry trochę zniosła, utkwiwszy w rękawie, tak żem ją potem wyjąwszy mógł zachować na pamiątkę dnia tego.
Rana była śmiechu warta tylko, ano bez krwi się nie obeszło.
Miałem króla na oku od tego momentu — gdy przekop przebywszy do namiotów zdążał, znużony wielce zdyszany, za synem się tylko oglądający — ale takiego oblicza jasnego a majestatycznego jakem u niego rzadko widział.
Usta mu się ciągle poruszały jakby modlitwą. O zwycięztwo nie było już co pytać — bośmy w obozie nieprzyjacielskim byli — więc tylko o swoich, których nie widział około siebie ciągle się dowiadywał, o kawalera Maligny, o Hetmanów, o swoich ulubionych. Matczyński go przez cały czas na krok nie odstępował.
Królewicz też można mu oddać tę sprawiedliwość w ogniu się okazał bardzo statecznym. Na ojca patrzał i skinienia jego słuchał.
Ledwie się przy namiotach zatrzymaliśmy — gdy z różnych stron nadbiegać zaczęli dowódzcy, winszując, okrzykując. Saski Elektor się rzucił w ramiona królowi, niemal ze łzami. W téj pierwszéj chwili czuli to i rozumieli wszyscy ile Sobieskiemu i nam byli winni, ale się to prędko odmieniło potem.
Tu zaraz u namiotów królowi niewolnik Wezyra, konia jego przyprowadził i złote strzemię ofiarował, które królowéj posłał z pierwszym listem i wiadomością o zwycięztwie...
Książe Lotaryngski podstąpił pod mury miasta dla oczyszczenia ich z pozostałych po przekopach i murach Janczarów, — niektórzy w pogoń się puścili, ale turcy uchodzili tak spiesznie, że ich napędzić było trudno. Wszystko jak wymiótł znikło z tego olbrzymiego obozu, który na poły poobalanemi namiotami z pozabijanemi końmi i wielbłądami, z mnóztwem najrozmaitszego łupu pozostał w naszych rękach. Zakazano było wprawdzie łupieży wszelkiéj, ale kto po nocy mógł upilnować...
Muszę tu wspomnieć tylko o samych namiotach Wezyrskich, które się królowi dostały, że to było jakby miasto wśród obozu, dla rozkosznego żywota zbudowane..., z takiem bezpieczeństwem jakby się tu niczego nie mógł obawiać Wezyr.
Ogrody, fontanny, łaźnie, altany, kioski, ścieżki powyściełane suknem i namioty z najdroższych materyi złotem bramowane, wewnątrz niezmierna moc sprzętu najwytworniejszego, kufry, sepety, siodła, kobierce, szaty w ilości niedowiary ogromnéj. Niechciało się prawie oczom wierzyć temu przepychowi z jakim poganin szedł pewien panowania, jakby je już posiadł.
Tymczasem jedna godzina wszystko w proch i ruinę obróciła.
Król mógł tegoż dnia jeszcze ujechać do miasta dla spoczynku, lecz nie chciał, i noc spędził na pobojowisku pod drzewem, a że jeść nie było co, a dzień cały głodem marliśmy, wcale tego nie czując, Starenberg przysłał cokolwiek żywności...
Tu niżeli daléj powiem co się z nami działo, muszę opisać jaki zwrót natychmiast prawie, po otrzymanem zwycięstwie nastąpił, który już nazajutrz się czuć dawał.
Po pierwszym wybuchu radości tym, gdy królowi mało nóg nie całowali okrzykując go — ochłonąwszy powoli, i żołnierze i wodzowie, spostrzegli, że znaczniejsza część sławy i korzyści z téj wiktoryi im wydartą została. Nad królem błyszczał wieniec zwycięztwa, w jego rekach była wielka chorągiew Mahometa, skarby Wezyra, namioty jego łup najznaczniejszy, słowem oni wszyscy schodzili na posiłkujących, on na głównego wodza i zwyciężcę...
Ztąd zazdrość zaraz, a nawet w tych co najlepiéj wiedzieli co byli winni królowi, który osobą swą i rozumem wszystkiem kierował i prowadził.
Więc i niechęć, więc ztąd łacne potwarze.
Powtóre, główny łup, który sobie może znaczniejszym wyobrażano niż był, — a był w istocie nie małym, opanowała nasza usarja dla króla i ten do niego należał niewątpliwie. Choć z niego późniéj szczodrą dłonią król wszystkim wiele rozdawał, mówiono o skrzyniach złota, o klejnotach nieocenionych, które sobie przywłaszczył.
Król na prawdę sam, chociaż wiele dostał, ale że wszystkiemi dzielić się musiał, a wiele mu też z rąk wychwycono, tak że nie było ciury, któryby się nie pożywił i następnych dni żołnierze sprzedawali za bezcen najdroższe sprzęty i kosztowności.
Z tych co przy królu byli nikt z próżnemi rękami nie wyszedł.
Prawda że w namiotach wszystkich było co brać i czem się dzielić, tyle tam nagromadziło się skarbów.
Łupieży też z krajów zwojowanych siła się znalazło. Samych szabel, siodeł, rzędów, czubów w kamienie drogie przyozdobionych, po kilkadziesiąt królowi zostały, obdzieliwszy towarzyszów... O złotéj monecie, któréj było podostatkiem, nie umiem rachunku zdać, bo tą Matczyński się zajmował...
Innym posiłkującym dostały się pośledniejsze części obozu, w którym było też co brać, ale daleko mniéj niż u Wezyra. Ztąd nieukontentowania wiele i na króla jako na przywłaszczyciela patrzano, oskarżając go o chciwość, a nas polaków o łupieztwo, choć nie wzięliśmy tylko to cośmy krwią naszą zdobyli. I to była cała nasza mizerna zapłata za wszystkie poniesione ofiary, bo największą niewdzięcznością królowi i nam późniéj odsłużono.
Przewidywał on to zawcześnie i ciągle w podróży aż do spotkania się z Ks. Lotaryngskim powtarzał, że od Cesarza się nic oprócz niewdzięczności nie spodziewa.
Cesarz tem zwycięztwem ocalony, sam bezczynny, musiał się czuć upokorzonym, a przez to stał się pyszniejszym jeszcze. Snadź miał się za ono jakieś Bożyszcze, którego wszyscy bronić i osłaniać byli obowiązani, a on im nie winien nic.
Na tym materacyku ubogim, pod drzewem spoczywając przez noc król pewnie miał na myśli, co go nazajutrz w ocalonym Wiedniu czekało... i potem jeszcze...
Widziałem go uspokojonym, modlącym się, ale znużonym wielce, bo to był dzień, dla nie młodego już a ociężałego duchem i ciałem ledwie do przetrwania.
Od rannéj mszy Ojca Marka, aż do szóstéj wieczorem, duch nie spoczywał na chwilę — ważyło się kilkakroć zwycięztwo, szło koniecznie o rzucenie popłochu, o złamanie...
Potem gdy raz pierzchać poczęli — zmiótł ich strach, tak że śladu nie pozostało...
Chociaż król około namiotów Wezyra straże postawić kazał, aby z nich nic nierozrywano, nazajutrz i dni późniejszych się okazało, że mnóstwo najcenniejszych klejnotów pochwytały ciury i przepadło a zmarnowało się téj zdobyczy bardzo wiele.
Ale że prosty lud szacunku tych rzeczy nie znał, panowie nazajutrz i dni następnych kupowali za kilka talarów co warte było tysiące dukatów.
Warto zapisania że gdy turcy już zwyciężonymi się widzieli, wszystko co mogli niszczyli, aby się nie dostało w ręce zwycięzców. Kobiet nawet niewolnic, których uprowadzić nie mogli, pozabijanych leżało wiele.
Król bardzo żałował ściętego strusia i różnych zwierząt, które Wezyr dla rozrywki miał przy sobie, — bo i te poginęły lub odleciały...
Z łupów bogatych, chorągwi, namiotów niemcom się nic nie dostało, bo wojsko ich nie zdobyło żadnéj obozu części... Pan Bóg nam i królowi poszczęścił, lecz też nieprzyjaciół przymnożył.
Noc tę po bitwie jak król spędził, — choć przy nim byłem razem z Matczyńskim i kilku innemi, nie wiem, alem głos jego coraz słyszał, czy przez sen, czy że się przechadzał często... Miał pewnie o czem myśleć teraz, — bo nieuniknione było spotkanie z Cesarzem, a z tym, choć go ocalił król, przewidywać było można trudności ceremonjału przyjęcia i kwasy.
Zaraz z wieczora zapowiedział pan sekretarzowi włoskiemu, Talenti, iż będzie miał to szczęście i nazajutrz Ojcu Świętemu powiezie złożyć u stóp Jego wielką chorągiew Mahometa. Włoch mało nie oszalał z radości, boć to dla niego cześć wielka i wiekuista chluba...
Wszystko to tu smakować nie mogło, Sobieski Ojcu Ś. oznajmywał o zwycięztwie, łup główny on składał — Sobieski „króla chrześciańskiego“ (!), francuza zawiadamiał o wiktorji, — on tu stał na pierwszéj linji, gdy Cesarz co się salwował ucieczką, bardzo mizernie wyglądał. Jakże tu było takiego Salwatora kochać.
A i to wielka prawda, że dosyć jest komu dobrodziejstwo wyświadczyć, aby go sobie uczynić nieprzyjacielem. Takie są serca ludzkie...
Lecz rzućmy na to zasłonę.
Nazajutrz rano tchnąć nie było czasu — a co za widok tego pobojowiska, ruin, trupów, — opuszczonych namiotów... tego język ludzki niewypowie. Od rana listów i posłańców musiał król wyprawiać na wszystkie strony. Obiad miał dawać nam Starenberg w Wiedniu, gdzie tylko w kościele Te Deum odśpiewać było i dłużéj nie gościć.
Ponieważ żadne jeszcze wrota nie były wolne dla wjazdu, musieliśmy wyłomem, uliczką ciasną przeniknąć do tego miasta — któreśmy ocalili. Lud by był krzyczał i cisnął się do zbawcy swego, ale Cesarscy pono zakazywali wszelkich tych oznak zachowując je dla Cesarza, więc tylko gdzieniegdzie się głosy wyrywały jak kradzione.
Król naprzód do kościoła Augustjanów po drodze wstąpił i tak mu pilno było Bogu dziękować — że gdy duchowieństwo się nie mające rozkazów, nie kwapiło do Te Deum, sam kląkłszy u W. Ołtarza począł hymn ambrozjański. Dopiero późniéj uroczyściéj powtórzono go u ś. Szczepana — gdzie król krzyżem leżąc słuchał.
Tu go ksiądz powitał owemi słowy które, się tak do niego dobrze zastosować dawały:
Fuit homo missus a Deo — cui nomen erat Johannes.
Niemcy extra chłodno swojego zbawcę przyjmowali, choć Starenberg sam się przyznawał że dłużéj pięciu dni nie byłby się mógł utrzymać, a myśmy widzieli co się w mieście działo — i jak mury od kul były pogruchotane, a lochy od min popsute.
Król J. Mość bardzo się tém cieszył, że chorągiew młodszego syna jego Aleksandra, którego podówczas Minionkiem (Mignon) zwano, (niemiał nad lat osiem) Wezyra złamała — o czem królowéj doniósł — wiedząc że Aleksandra nad inne dzieci przenosiła.
Co się jednak z tego narodzić miało, ani on, ani nikt nie przewidywał.
Na to potrzeba było przewrotności i śmiałości królowéj, aby skorzystać z wiadomości przeciwko Jakubowi, starszemu i Aleksandrowi nie zasłużoną sławę robić po świecie. Król sam życzył sobie aby z listów które do królowéj pisał gazetki układano, a te się po całéj rozchodziły w Europie. Otóż w tych które z Krakowa do gazet hollenderskich i francuzkich wyprawiano, wszystko co czynił książe Jakub, przypisywano Aleksandrowi i on jeden obok ojca występował. Działo się to w ten sposób że królowéj J. Mości trudno było obwinić, ale sądzę że Pac to rozumiał i tyle tylko że swego Fanfanika wychwalał coraz więcéj. Zkąd i dla czego poczęła się królowéj matki już naówczas niechęć przeciw najstarszemu synowi, niesposób odkryć ale ona potem rosła i wzmagała się, chociaż Fanfanik się akomodował, listy pisywał i niczem przeciw niéj nie wykroczył.
Zaraz po owem przyjęciu kusem w Wiedniu przez Starenberga, chłód jaki nam okazywano wzmógł się — ale też i inni książęta, którzy posiłki dostarczyli odciągali zniechęceni. Jeden z pierwszych odszedł książę Saski — Lauenburgski — król gdy go przysłał żegnać, sowicie obdarzył, — dając dwa konie w bardzo bogatych rzędach, dwie tureckie chorągwie czterech więźniów, dwie śliczne misy farfurowe i bogatą zasłonę. Także ze zdobyczy Jenerałowi Goltzowi szablę we złoto oprawną, oficerowi konia i t. p.
Król życzył sobie co najrychléj ciągnąć daléj za uchodzącym nieprzyjacielem, ale że oznajmiono o rychłem przybyciu Cesarza, z którym się wypadało widzieć, musiał się nieco zatrzymać.
Nie było to bardzo przyjemnem, bo na pobojowisku trupa ludzkiego i koni a wielbłądów tyle leżało iż nieznośny fetur tchnąć nie dawał. Nie sposób było wszystko to uprzątnąć i zasypać.
Czekaliśmy tedy, czekali na onego przyobiecanego nam Cesarza, aż wreszcie król, już i tak zniechęcony bo nam najmniejszéj rzeczy nie ułatwiono, a starano się dziwną okazywać niechęć, podkanclerzego pozostawił z jedną chorągwią dla Cesarza, a sam odstąpił z pod murów i byliśmy już we dwie mile, gdy Gałecki o północy nas nagnał od Grafa Szafgotscha, z naleganiem usilnem, aby król sam z Cesarzem J. Mością rozmówić się raczył, a nie przez podkanclerzego i t. d.
Nadbiegł i sam Szafgotsch z tłumaczeniem, zakłopotany jakiś, niewyrażając się jasno o co chodziło — ale dając poznać z siebie iż coś im dolegało z czem się nie umieli jasno wygadać.
Król nasz w całéj téj imprezie okazał się tak wyniosłym umysłem wyższy nad Cesarskie sługi i ceremonij mistrzów, ba i nad samego Leopolda — że z dumą na niego spoglądaliśmy.
Szafgotschowi wręcz rzekł.
— Mówcie jasno, o co wam tam chodzi, pewnie o jakąś ceremonją dworską — kędy i jak się spotykać mamy, stać i kłaniać.
Tedy Graf przyznał się, iż Cesarz boleje nad tem wielce — że królowi prawéj ręki dać nie może, gdyż Elektorowie Rzeczy i t. d.
Śmiał się pan nasz.
— Ani prawéj ani lewej nie potrzebuję, odparł chłodno. Gdy się Cesarz zbliży do wojsk moich, z któremi ja ciągnąć będę, wyjadę naprzeciw niego i pozdrowię go kilku słowy, — na tem koniec będzie, bo mi pilno za nieprzyjacielem.
Patrzyliśmy na to spotkanie. Król świetnym pocztem, w gronie Senatorów, z Hetmanami, z całą pompą wystąpił. Cesarz się ukazał w towarzystwie Elektora Bawarskiego — z orszakiem nie zbyt licznym. Przed nim kilku szło trębaczów i lokajów, około niego ministrowie, kawalerowie dworscy, urzędnicy — daléj drabanci. Leopold ze smutną i pochmurną twarzą, jakby wzięty w niewolę niemal prezentował się, nie śmiejąc oczów podnieść. Koń pod nim piękny gniady, hiszpański. On sam ubrany w suknię niemiecką bogato szytą, kapelusz ze spinką i piórami białemi i ceglastemi.
Podjechał nasz pan, ręką tylko do kołpaka sięgnąwszy i wesoło pozdrowił Cesarza — krótkim komplementem łacińskim — na co cicho i jąkając się Cesarz coś w tymże języku mu odpowiedział grzecznie.
Natychmiast potem na dany znak podstąpił królewicz Jakób, którego ojciec pierwszego przedstawił Cesarzowi, ale ten ani oczów nie podniósł, ani ręki do kapelusza nie ściągnął, a król widziałem jak z aprehensyi zbladł i już byłem pewnym — że się to spotkanie w polu nie przeciągnie. Jakoż po przedstawieniu pp. Senatorów i Hetmanów, na których Cesarz ani spojrzał — pan nasz kilka słów głośno przemówiwszy zlekka mu się skłonił z dumą i powagą wielką i jechał precz.
A że Cesarz sobie wojsko nasze widzieć życzył — okazanie go pozostawił Wojewodzie Ruskiemu. Oburzenie za znalezienie się to Cesarza w wojsku było ogromne i powszechne.
Ze strony niemców zaś, gdy zobaczyli iż Cesarz sobie z tych objantów wcale nic nie czynił i tak się z niemi obchodził, jakby im nic winien nie był — postępowanie się zmieniło zupełnie. Znać już nas nie chcieli.
Gdy potem z oburzeniem się wyrażał za tę niewdzięczność nawet wierny Cesarski sługa Wojewoda Bełzki (Wiśniowiecki) słyszałem jak król się odezwał.
— Ale za cóż miał Cesarz dziękować? przecież on wiedzieć musi, że ja tu nic dla niego ale dla krzyża Chrystusowego i zagrożonego chrześciaństwa przybyłem — więc nie czuł się w obowiązku...
Nadludzkiéj czasem potrzeba było cierpliwości, aby znieść co oni z nami czynili. W niczem najmniejszéj pomocy, ani prowjantów, ani dla chorych pomieszczenia, którzy na gnojach pod gołem niebem, po lada jakichś szopach jęczeć musieli. Jednego mizernego stołka nie mógł się król doprosić, aby tych biedaków za sobą do Preszburka wodą przeprowadzić, bo tu ich na łasce niemców nie było sposobu pozostawić. Dopraszano się dla kilku naszych paniąt znaczniejszych, poległych w bitwie, grobów w kościołach, i tego odmówiono.
Co gorzéj, dragony i lancknechty ich gdziekolwiek naszych spotkali w małéj liczbie, bili, kaleczyli i zdzierali i skargi skutku nie odnosiły. Wszystko czynili jakby się nas pozbyć chcieli teraz, a król pomimo ze zwycięztwa korzystać postanowił i z pola schodzić nie myślał choć Hetmanowie nasi radziby temu byli.
Ostygł też teraz i Lotaryngski, laurów postradawszy przez nas i obojętnie bardzo przyjmował nalegania króla aby dla koni paszę obmyślił, bo z głodu wszystkie wyzdychać mogą.
Posłany od króla do Wiednia kapitan, tyle tylko że się tam wymówek i przekąsów nasłuchał, za wymagania nasze... król do najwyższego stopnia niewdzięcznością oburzony, panu Bogu to ofiarując mitygować się musiał, i pisał tylko do królowéj, aby wszystkim zawiadomiła nuncjusza... Słyszałem go utyskającego wielce na to że sam został pozostawiony i narażony na zgubę, gdy z aljantów jedni natychmiast do domów powrócili zniechęceni, drudzy się wcale nie spieszyli.
Nie było co stać dłużéj pod Wiedniem, gdzie się już odgrażano, że do nas strzelać będą, aby odegnać. Lotaryngski na nic radzić, w niczem pomocą być nie chciał. W nas krew kipiała... — a król powtarzał tylko jam to wszystko przewidywał i gdyby nie ojciec Św. i nie naleganie jego, nigdy bym się nie naraził na to.
Tu też jedni duchowni, Ojciec Marek pobożny i kilku księży usiłowali coś pomódz i za nami przemówić, ale to spełzło na małem lub niczem.
Król do gazet nawet swego żalu słusznego, w téj mierze jak czuł nie kazał posyłać — dyktował tylko, „że komisarze Cesarscy bardzo wojska zawiedli w prowjantach, na które Ojciec Św. tak wielkie summy ordynował, że mostu dotąd nie masz, że wojsko cierpi srodze, że Cesarscy stoją jeszcze pod Wiedniem, Sasi poszli do domów, a król wprzodzie za nieprzyjacielem, kawalerją go swoją ścigając i — gdyby nie wielkie spustoszenie kraju, które pośpieszyć nie dozwala, noga by jego nie uszła.”
Z wojska też naszego siła zaczęła się napierać do domów, a żołnierza prostego i bez abszytu odchodzić. Ci co się pod Wiedniem pochwyconemi zdobyczami obłowili, umykali z niemi w obawie aby jéj nie odebrano...
Zaraz mało co od Wiednia odszedłszy mieliśmy tego dowód co u turków imie króla naszego znaczyło... Natrafiliśmy bowiem na zameczek, w którym przedtem lwy trzymano, ale z niego strzelanie się słyszeć dawało. Posłał król się dowiadywać co by to znaczyło i okazało się że tam kilkudziesięciu janczarów się zamknęło, broniąc się wściekle a niechcąc poddawać. Posłał zaraz król dając im znać o sobie i na jego imie niezwłocznie się poddali — gdzie sucharów moc znaczną znaleziono.
Ciągnęliśmy daléj tak ku Presburgowi sami i choć po zwycięztwie wielkiem, które nas sławą okryło, ale z jakim humorem i zgryzotą w sercu — trudno wysłowić. Nie każdy tę niewdzięczność mógł tak znieść po chrześciańsku, z pogodą i rezygnacją, jako król nasz prawy rycerz Chrystusowy. Było się czem pocieszać, ale było czem i trapić. Szczęściem, gdy już o konie strach był największy, cokolwiek paszy dla nich na Dunaju się znalazło... W samą tedy porę z Wiednia ktoś przybieżał od koniuszego Cesarskiego, przymawiając się aby ze zdobytych koni parę król Cesarzowi ofiarował, za co on też się chce odwdzięczyć. Na co ramionami ruszył pan i rzekł, co słyszałem.
— Na to zeszło że cośmy tu obdarzeni być mieli za nasze trudy, od nas się darów domagają, — ale tak lepiéj.
Z naszych panów w Wiedniu się nieco przyzostało, z czego król nie był bardzo rad. Wojewoda Wołyński dla niedomagania, Podstoli koronny Grodzieński Chorąży koronny Lotaryński i pomniejszych wielu, ale ci za nami nadążyć mieli.
W ciągu tych wszystkich dni i przez miłość dla pana i przez ludzką ciekawość miałem w niego wlepione oczy, chcąc myśli odgadnąć.
Sądzę też iż nieraz mi się to udawało, bom nawykł był dłuższym przy nim pobytem wyraz oblicza — ze stanem duszy porównywać.
Po zwycięztwie stał się mogę powiedzieć pobożniejszym jeszcze i z tego co mówił znać było iż wierzył w swe posłanie na pogrom nieprzyjaciela krzyża świętego. Wszystko do Boga odnosił, ale przeto się wcale nie zaniedbywał aby po ludzku przewidzieć potrzeby wojsk i zaspokoić je. Na opatrzność się zbytnio nie spuszczał.
Po wyjściu z Wiednia, nieprzyjaciela ani znaku już ani innego śladu oprócz trupa i padliny na drogach... a zniszczenia i ruiny okrutnéj. Ci niemcy, którzy nam przybywającym na sukurs z takiemi komplementami zabiegali drogę, uniżali się, salwatorami czcili — teraz się stali nieprzyjaciołmi. W znacznéj części do tego się przyczyniała nędzna owa chciwość ludzka, bo wiadomem było że myśmy co najprzedniejsze namioty i skarby owe Wezyrskie opanowali, a choć król z nich szczodrą ręką obdarzał wszystkich, domyślano się olbrzymich łupów, mówiono o korcami mierzonych perłach i klejnotach i t. p. Pierwsze też europejskie gazety jakie się zjawiły, króla polskiego stawiły na czele, jemu wszystko niemal przyznawały co i Lotaryngskiego i innych srodze bolało. O Cesarzu niema co i mówić, bo temu łaskę czyniono milcząc o nim...
Pochód nasz dalszy ku Dunajowi i mostom któreśmy sobie budować musieli, osobliwy był. Znalezliśmy się sami, bez wieści o innych sprzymierzonych, pozostawieni własnemu przemysłowi — niewiedząc nawet co niemcy zamyślali czynić daléj, i jak z wiktoryi korzystać. Posyłał król kilkakroć, ale znajdował taką niechęć, chłód i widoczną ochotę pozbycia się, że w końcu niemal sam tylko na siebie rachować już musiał.
Myślą króla było dwie lub trzy twierdze jeszcze zdobywszy, zawrócić do domu. Łupów w nich, krom prochów i kul spodziewać się nie mogliśmy, ale król mówił o tem iżby kilka zbezczeszczonych kościołów, obróconych na meczety, chciał przywrócić służbie Bożéj — i niemal dla tego jedynie szedł daléj. To wiadomem było powszechnie iż na wieży Św. Szczepana w Wiedniu, z pierwszego oblężenia jego, był z tureckiego przymusu zatknięty księżyc, na którym chociaż krzyż postawiono, pozostał pamiątką upokorzenia.
Król się teraz domagał, aby zaraz księżyc zdjęto, bo już dawne traktaty nie obowiązywały. Chciał to mieć na pociechę swą iż oczyścił dom Boży od pamiątki sromotnéj. Przyrzekł zaraz Starenberg na wieżę posłać i księżyc zrzucić, ale potem pono umyślnie wlókł, aby się to po woli króla polskiego nie stało — tak też wszędzie pierwszą myślą było jego księżyce rugować, a na ich miejsce krzyże wznosić — jako się niżéj powie.
Dosyć późno już w pochodzie ku Dunajowi, gdy król na nich się nie oglądał tak bardzo, pomiarkowali się niemcy przecież i dali o sobie znać. — Cesarzowi posłał król na żądanie parę pięknych koni, które sam wybierał, ale nie gołych, z siedzeniami bardzo bogatemi, lub rubinami i szmaragdami wysadzonemi. Na jednym z nich rzędzik diamentowy.
Cesarz też pomiarkowawszy się, albo i zasłyszawszy że się na despekt uczyniony królewiczowi Jakóbowi skarżono — przysłał mu przez dworzanina swego szpadę diamentami sadzoną, dosyć piękną...
Po posłańcach, którzy od księcia Lotaryngskiego, od Cesarza i od innych książąt przecież zaczęli przybywać, jakby sobie dopiero o nas przypominali teraz — sam Generalissimus się obiecywał wkrótce. W tych dniach tak znowu nas posłami i gońcami, przez których odpisywać było potrzeba, trapiono, iż król nawet książki w rękę wziąć nie miał czasu, co jego najmilszą było rozrywką. Mieliśmy ich podostatkiem i ja też pamiętałem o tem aby zawsze przy łóżku miał tę, którą rozpoczął, ale tknąć jéj nie było czasu nigdy... Obcy i swoi pokoju nie dawali, bo po zabitych wakanse się okazały i o te zaraz nacisk był utrapiony.
Już nad Dunajem król listy z Krakowa otrzymał, które go wielce uradowały... Z nich dowiedzieliśmy się iż pierwszą wiadomość o walnem zwycięztwie królowa odebrała w kościele na modlitwie i o mało nie omdlała z początku z trwogi, co jéj przyniesiono, potem z radości wielkiéj.
I strzemię też owo Wezyrskie, które jéj na znak przyniesiono, natychmiast u krzyża przed którym klęczała, zawiesić kazała.
Z Wiednia przez duchownych miał król wiadomość, iż świątobliwy Ojciec Marek d’Avinno z Wiednia do Lincu, a ztamtąd zaraz miał do Włoch powracać i że głośno a srodze bolał nad grzechami téj stolicy wiedeńskiéj i Cesarskiego dworu, na pychę, niesprawiedliwość i rozpustę, któréj Cesarz hamować nie chciał czy nie umiał...
Naszych biedaków chorych przecież na wyproszonych i zapłaconych szkutach Dunajem tu za nami przywieziono, około których Ks. Hacki, Peccorini i co było doktorów i felczerów pilno chodzili. Chorych w obozie nie zliczyć było, mało kto dla złéj wody i strawy nielepszéj wolny był od biegunki. Z rannych dużo umierało codzień. Teraz dopiero straty nasze bardzo znaczne i z kwiatu rycerstwa obliczać poczęliśmy. Nie było chorągwi pod którą by nie brakło kilku albo i kilkunastu.
Tu dopiero gdy niemieccy książęta przybywać zaczęli okazało się, że nie jeden król nasz srogą niewdzięcznością się czuł pokrzywdzonym, lekko to znosząc, bo powtarzał ciągle iż czynił dla Krzyża Chrystusowego i wiary nie dla Cesarza tę wyprawę...
Najwięcéj bolał książe Saski, który z posiłkami precz szedł, — czując że mu się niesprawiedliwość działa wielka, gdy go ukłonem zbyto, Starenbergowi zaś Feldmarszałkowstwo, Złote Runo, sto tysięcy talarów dano...
Oprócz Saskiego, oburzonego wielce i niemogącego się ukoić, Caprara i Lesle, którzy najczynniéj i byli, narzekali i odzywali się nawet tak butnie, że sam słyszałem mówiących: — Pocoście go przyszli ratować, niechby był przepadł — i ta jego pycha z korzeniem wyginęła...
Niektórzy jednak wlekli się za nami, i znowu pod rozkazy króla się zaciągali, jako książe Bawarski.
Lotaryngski, gdy nadążył za nami, znowu u nas był gościem codziennym, ale na nim wcale też nieznać było żadnéj łaski Cesarskiéj, ani wielkiego ukontentowania... Człowiek też skromny i cichy się wydawał.
Z tych dni pochodu naszego ile pamięcią zasięgnąć mogę, jeszcze to zapisuję, iż król się ze znużenia czuł niedyspozyt i życzył sobie gdzieś do miasta zajechawszy lekarstwa zażyć z rady Peccoriniego, ale i na to czasu nie było. Lekarstw zaś by nie zbrakło, bo między innym łupem, dostała się królowi wezyrska apteka osobliwa, z balsamami i ingredjencjami najrzadszemi i najkosztowniejszemi.
Co daléj ku Preszburgowi tyleśmy mieli pociechy, że dla koni pasza była lepsza i dostatniejsza, tak że wychudłe szkapy cokolwiek do siebie przychodzić zaczęły, gdyśmy już trwożyli się, że nam bodaj pieszo powracać przyjdzie. Za to między choremi na tą biegunkę okrutną śmiertelność sroga panowała. Chorych pomiędzy starszyzną nie zliczyć było, Wojewodowie krakowski, lubelski, Kasztelan sandomirski obłożnie, wołyński też bez nadziei prawie. Podczaszy lubelski Gałęzowski zmarł, Kizynk z rany tu skończył życie. Trafiało się tak, że niebyło komu dowództwa zdać i porządku utrzymać.
Król dzięki Bogu, choć innego owocu niemając, dereń dojrzały i berberys przegryzał, trzymał się zdrów dosyć, i jeździł Jaworyn twierdzę oglądać. Lekarstwo jednak z rady doktora zażył. Mnie do pana Wojewody Kochowskiego do Preszburga posyłał, zkąd wróciłem przerażony, bo jednym szpitalem zdało mi się miasto, tylu tam naszych leżało i codzień zmierało.
Skarżył się pan Wojewoda iż z tego aprehensją miał wielką, patrząc jak do koła nieustannie ludzie marli. Płaciliśmy za sukurs Cesarzowi dany drogo bardzo, bo nam młodzieży najznaczniejszéj siła się nie doliczyć potem przyszło.
Od turków tyleśmy wiadomości mieli iż Wezyr na paszów swych niepowodzenie składając, kilku ich udusić kazał.
Z książąt niemieckich, o ilem mógł zauważyć, Bawarski z nami w najlepszéj komitywie był, dla króla, z należytą rewerencją, z królewiczem serdecznie... Chwalono go też z siły i zręczności we wszelkich ćwiczeniach, na koniach oklep jeździł, pływał jak ryba, dziarski i wesół... Królewicz i król obdarzyli go szczodrze z łupów...
Zapisać to też należy iż król nad Tekelim i węgrami okazywał miłosierdzie wielkie i chciał ich ratować o tyle o ile się to z interesem wiary świętéj i chrześciaństwa dało pogodzić. Zapowiedziane były posły do króla od Tekelego, który jak przyrzekł tak wszelkiéj zaczepki względem nas i na szkodę rzeczpospolitéj dotąd unikał.
Wojska nasze jak wyszły z pod Wiednia pierwsze, choć je choroba dziesiątkowała, tak i teraz przodem stały przed wszystkiemi. Lotaryngski za nami dopiero — Niemcy z któremi się wciąż stykaliśmy, najbardziéj pono boleli nie nad tem żeśmy im laury z pod nosa wzięli, ale że królowi się dostały w spadku po Wezyrze jakieś bajeczne miljony. Słyszałem sam gdy król któremuś z nich się spowiadał otwarcie z tego, co dostał, nie licząc iż rozdał zaraz część znaczną, a ja też poświadczyć mogę najlepiéj, bo kosztowności te były pod dozorem moim. Na regestrze u mnie pięć naszyjników, pas diamentowy, dwa zegarki diamentami sadzone, pięć nożów bogato oprawnych i kamieniami przyozdobionych, pięć sahajdaków ekstra kosztownych, bo lśniących od rubinów, szmaragdów i pereł, sobolów i futer soroków kilkadziesiąt, najpiękniejszych w świecie. Do tego doliczywszy siodła i rzędy, szkatułki złote, bagatelek różnych pięknéj roboty dosyć — będzie po wszystkiem — koni niewiem wiele, ale z tych się już rozeszło na podarki bodaj połowa.
Chodziła po obozie pogłoska że Miączyński w pierwszych dniach po ciurach i czeladzi nabywając, czy też namiot taki szczęśliwy natrafiwszy, bardzo się zapomógł w kosztowności wielkiéj ceny. Wiem że go król o to pytał przez ciekawość, chcąc oglądać, lecz nie mieszkając już wszystko było przy dozorze pewnych ludzi na Wołyń wyprawione. Miączyński zaś tylko do jednego pasa diamentowego się przyznawał, który u chłopaka miał kupić za parę talarów.
Pieniędzy gotowych, owego skarbu, o którym wiele prawiono, nikt na oczy nie widział. Ten albo w pierwszéj chwili rozerwali ci co do niego dopadli, albo wszyscy ludzie zabrali, ale myśmy go nie dostali, ani nawet ów locus ubi Troja fuit oglądać się nam dał...
Twierdze przez turków dotąd trzymane królowi animuszu wielkiego dodały, tak że i niewdzięczności i zawodów doznanych zapomniał, cały gorączką tą przejęty, jakby je najrychléj szedł zdobywać. Siedem mil ztąd do Jaworzyna pojechał go oglądać zawczasu, nie lutując fatygi — taki w niego młody duch znowu wstąpił. Nieznużony, niezmordowany, nieustannie czynny, że człowiek patrząc na niego wistocie sobie przypomina co słyszał o tych specjalnych gratiae status, które Bóg ludziom powołanym zsyła. Wierzę w to iż mu łaskę swą szczególną znał na tę wyprawę, bo pospolitą ludzką siłą, w jego wieku na to starczyć — niemożliwą było rzeczą.
Król ztąd do Krakowa niektóre zdobyte osobliwości przez niejakiego Zdżańskiego wyprawił, przyczem i więźniów tureckich kilku, którzy potem handlem się zabawiali. Dla królowéj, dla księżnéj siostry, ojca Markiza i córeczki Teresy, (Pupusieńki) rozmaitych szkatułeczek, kobierców, zasłonek, materij poszło dosyć co lepszych, przy tem namioty bardzo piękne, chociaż cokolwiek podczosowane... które w Żółkwi złożone zostały.
Niewiem czy królowa to dobrze przyjęła, iż o Miniunku jéj ulubionym, wcale zapomniał, którego gdym się ośmielił mu przypominać, nic mi nie odpowiedział.
Choroby ciągle nie ustawały, ale też i leki się do śmiertelności przyczyniały, bo gdzie się Peccoriniego i naszych felczerów doczekać nie mogli, lada żydów wzywali na radę, a ci, jako ks. Przeborowskiemu opium i inne venena zadawali, tak że od nich pomarli.
Co do dalszego pochodu z Niemcami spór był, bo ci chcieli wprost iść na Budę — i żałowali, że króla posłuchali, król zaś także w tą stronę dążył, ale po téj stronie Dunaju i rad był po drodze zamki zdobywać, co za rzecz łatwą uważał. My tylko jedni z Tekelim i ks. Siedmiogrodzkim mieliśmy porozumienie. Ostatni po niewoli szedł z turkami, ale go Wezyr puścić od siebie nie chciał.
To też konotować się godzi iż w listach królowa zbytnią troskliwość okazywała o łupy i mężowi o nie pokoju nie dawała, że mu je prawie z rąk wyrwano, tak że się tłumaczyć i uniewinniać musiał. Mało jéj było odniesionego zwycięztwa i tych kosztowności, których się nam przecież dostało dosyć. Nie było sposobu po opanowaniu namiotów, tak te ostawić wartą ażeby się tam czeladź i ciury nie wdarły, a nawet gdzie straże stały, namioty z tyłu rzezano i wyciągano z nich co lepszego...
Inni nasi mądrale jako Gałecki, co się do klejnotów nie dobrali, jak ów kozaczek kuchcik Chorążego, woły skupując, porzucaną miedź zbierając, a potem spieniężywszy, do znacznego przyszli zarobku.
Ja się niczem pochwalić nie mogłem, krom drobiazgów, które od żołnierzy kupowałem, bo mi się nie zdało za łupem uganiać, król sam też cokolwiek podarował, widząc że nie mam ani czasu ni ochoty do łupieży. Ci którzy do łatwego zarobku mieli zdolność, a nie zapominali korzystać z okoliczności — przysporzyli sobie mienia, choć wielu je potem po drodze potraciło...
Niech Bóg strzeże abym nawet nieprzyjaciela miał lekko posądzać i obwiniać — ani z siebie to biorę co muszę zapisać z powodu dalszego pochodu naszego, gdzie jedna łaska Boża nas uratowała, a król istnym cudem śmierci uszedł, jako zaraz powiem.
To rzecz pewna że Niemcy się ociągali o kilka mil za nami pozostając w tyle, chociaż ks. Lotaryngski wiedział dobrze iż turków mamy przed sobą siłę przemagającą.
Gdyśmy z obozowiska nad Dunajem w pobliżu Ostrzygonia czyli Granu ruszać się mieli w pochód, król przewidując starcie z turkami, posłał księdza Zebrzydowskiego do Lotaryngu aby z jazdą za nim pośpieszał. Straży zaś przykazał, aby idąc przodem, czółna na Dunaju dla kozaków zabierała i żeby na niego o milę od mostu czekała, a miała się na baczności.. Postanowiono było jeżeliby z miasteczka około mostu, Parkanami zwanego mieli na drugą stronę do Ostrzygonia uciekać i most za sobą zabierać, ażeby i Parkany zająć zaraz, jeżeliby zaś tu wojsko się jak ukazało i bronić chciało — stanąć od niego w mili i czekać na Cesarską piechotę i na działa, które za nami jeszcze dobrze pozostały.
Tymczasem straż nie pytając i nie dawszy królowi znać, dotarła aż do mostu, gdzie wojsko tureckie zastała, które właśnie w nocy przeszło przez Dunaj. Zwycięztwem uzuchwaleni nasi, nie czekając i nie oglądając się na nic poczęli się z niemi ucierać.
Nadjechał na to Wojewoda Ruski, który w niedostatku piechoty dragonom kazał zsiąść z koni, nie prezumując z jaką siłą mieć będzie do czynienia, gdy z zarośli i chrustów coraz większe kupy turków wysuwać się poczęły. Cofać się było zapóźno, boby i dragoni i reszta na zgubę pewną wystawioną została. Widząc się w bardzo niebezpiecznem położeniu, Wojewoda posłańca za posłańcem począł wyprawiać do króla, prosząc o posiłki i ratunek...
Ale nie powiedziano wcale że wojsko tureckie było bardzo znaczne, — więc my z królem bez piechoty, bez dział, można powiedzieć z gołemi rękami szliśmy dragonom w pomoc, którzy już odcięci byli i odbieżano ich...
Król nie miał jeszcze nieprzyjaciela przewagi najmniejszego przeczucia, uszykowano pułki, aż tu, nie daléj nad sto kroków przed nami wystąpili turcy, zastęp srogi.
W pułkach naszych więcéj pięciu tysięcy ludzi nie było, gdyż straty wielkie ponieśliśmy przez choroby, a wiele się z tyłu pozostało przy zdobyczach, stadach bydła, wozach, i t. p.
Król wprawdzie się zasępił okiem rzuciwszy przed się, ale nie stracił ducha, i tyle tylko że nas jednego po drugim w czwał wyprawiał po Lotaryngskiego i piechoty, a swoim kazał stać nie ruszając się.
Sam osobiście mało kogo przy sobie mając, objeżdżał pan szeregi i rozporządzał je starając się miejsca zająć dosyć, aby siła się większa wydawała — ale wojsko było pomięszane i ludzi mało. Na prawem skrzydle postawił król Wojewodę ruskiego, krakowskiego na lewem, wpośrodku P. Marcina Zamojskiego, lubelskiego.
Mnie już wówczas przy królu nie było, bom z rozkazu jego biegł po piechotę na złamanie karku, gdyż mi sam powiedział — konia nie żałuj, ale mi naoczny świadek JMPan Czerkas późniéj to opowiadał. Jeszcze do bitwy nie przyszło gdy nadbiegł zafrasowany okrutnie Wojewoda ruski do króla, zaklinając go aby zawczasu uchodził, gdyż w wojsku zauważył konfuzją wielką i opór przeciwko rozkazom. Dragonja z koni zsiadać nie chciała, kilka chorągwi dysponowanych aby szły stanowiska wyznaczone zająć, nie ruszały się z miejsca, wołając że je na rzeź dawano.
Królowi jednak, raz tu przyszedłszy, nie zdało się cofać i okazywać obawę, któraby wojsku resztę odwagi odjęła. Pozostał więc w miejscu, mając przy sobie generała Dynewalda od Cesarskich wojsk przybyłego dla obserwacij nieprzyjaciela.
Dynewald też zmiarkował ogromną przewagę turków i od siebie ludzi do Lotaryngskiego posyłał, dopraszając się posiłku jazdy niezwłocznie.
Niech że Bóg sądzi czy Lotaryngski mógł a niechciał pośpieszyć, albo li też nagłości się nie domyślał. Słyszałem potem dowodzących, iż posiłek spóźniono w téj nadziei, aby nas zostawionych samym sobie z tą garścią, konfuzja spotkała...
Turcy zaś nie czekając, gdy nas obliczyli, rzucili się na prawe skrzydło Wojewody Ruskiego i odparli je...
Powtórnie potem nacisnęli je, nie mogło się utrzymać. Za trzecim razem gdy śmielsi coraz, przyskoczyli turcy, okrążyli prawe skrzydło, tył mu zabrali, objęli i zmięszali, tak że uchodzić zaczął kto mógł i popłoch się wziął wielki, król w téj chwili bezpieczniejszym się sądząc wśród Ussarji, a uchodzić nie myśląc, ruszył z niemi przeciwko tym turkom, którzy tył Wdzie ruskiemu zajęli i byłby go skutecznie poparł ale w tejże chwili za przykładem prawego skrzydła, środek a w końcu i lewe skrzydło zmięszane z pola uchodzić zaczęło. Turcy wsiedli zaraz na nich ze wściekłością straszną, goniąc ogromnemi massami, więcéj niż pół mili uciekających, aż prawie ku piechocie naszéj i ku wojsku Cesarskiemu, które spokojnie sobie stało...
Królowi też nie pozostało nic tylko na konia zdać życie swe i uchodzić z innemi, — ale naprzód jeszcze Jakuba królewicza wyprawił przykazując co najrychléj biedz i unosić życie. O siebie się nie troszczył, ale o syna mdlał niemal z niepokoju wielkiego.
Przy królu naówczas byli koniuszy koronny, starosta Łucki Piekarski, Ustrzycki i litwin Czerkas, rajtar jakiś z chorągwi Usarskiéj króla, wszystkiego ośmiu z nim...
Co się wówczas dziać poczęło — tego i ci co byli przy królu opisać nie zdołali, bo ścisnąwszy się około pana tak że mu zbrojami boki obijali, spychając jedni drugich, padając, odcinając, gonili na oślep przed się, już śmierć widząc przed sobą.
Wojewoda Pomorski, który cokolwiek w tyle pozostał, już osaczony przez turków zginął; a najdzielniejszego rycerstwa bardzo wielu. A że król potrafił się salwować, można to było za pewny cud łaski Bożéj uważać, bo ci co przy nim byli już się za zgubionych mieli... W szalonéj téj jeździe co chwila rowy przeskakiwać, trupy, bębny, zbroje na pobojowisku porozrzucane omijać lub gnieść, od czego się konie płoszyły... Pod Starostą Sandomirskim, który za królem pędził osobno dwa razy koń padł, ale go uratowano, tylko sekretarza włocha, który przy nim był, utracił. — Marszałek nadworny był naówczas przy wojsku Cesarskiem i uszedł wcale nawet widowiska tego. Tymczasem Lotaryngski niemal to przed oczyma mając nie ruszał się pod pozorem iż drugie jego skrzydło nie nadciągnęło, lubo miał czasu i miejsca dość aby królowi towarzyszyć.
W pierwszym momencie gdym nazad powrócił a w obozie zastał popłoch nieopisany, o małom nie padł trupem, gdyż głoszono że król zabit, że królewicza wzięto, a nasi wodzowie polegli wszyscy. Wojewoda ruski, Wojewoda lubelski już na pobojowisku trupa szukali... gdyż król, dzięki téj garści co go między siebie wzięła — uszedł cało... ale ręce i boki karwaszami i blachami mając tak poobijane, że je natychmiast opatrywać i okładać musieliśmy.
Do tego jeszcze niepewność o syna, o którym nie zaraz miał wiadomość, iż mu się nic nie stało, o mało go nie ubiła...
A co się w jego sercu dziać musiało czując że go na sztych umyślnie prawie dano!!.
Gdym przybył potem gdzie na materacu król dysząc okrutnie spoczywał, słyszałem narzekającego, ale nie na własną dolę, tylko że przez to nieprzyjacielowi zuchwalstwa przybyć musiało, że teraz i Wezyra się spodziewać było można.
Napróżno go Wojewoda ruski z innemi — mitygować chcieli — aby daléj nie ciągnąć, nie narażając się, wojsko schorzałe mając, dość uczyniwszy już, zawrócił do domu. O tem on ani chciał słyszeć bez odwetu — ani sobie dał mówić, zaraz nazajutrz się wybierając, byle piechoty i działa nadeszły, — szturmować Parkany i most.
— To co nas spotkało — mówił — przyjmijmy za sprawiedliwą karę Bożą, za rabunki kościołów zdzierstwa, wszeteczeństwa, jakie wojsko popełniało. Widziałem ja co się działo, bolałem i groziłem że precz odjadę, przy takiem wojsku nad którem wisi kara Boża trwać niemogąc.
Późniéj też król dowódzcom wyrzucał że wojsko się rozleżało, ćwiczeń zapominało, oficerowie niedbali byli i niepilni, żołnierz rozpuszczony. W dragonij, jak się ukazało, wielu lontów zapalonych brakło — i marnie przepadli.
Lecz wszystko to po niewczasie przychodziło. Niemcy, choć się może w duchu cieszyli że my też za nasze zuchwalstwo ukarani zostaliśmy, wielką niby komonizerację ukazywali — a zdumieli się mocno — gdy król oświadczył — że nie wziąwszy odwetu — spokoju mieć nie będzie.
Po tym pogromie i stratach — wszyscy prawie otaczający go, przeciwili się nowéj imprezie, prosili, po nogach go niemal całowali, ukazując że zdrajcom niemcom służyć daléj krwią naszą nie godziło się. Na co on ciągle odpowiadał jedno.
— Czci mojéj i wojska naszego wetować muszę. Odstąpiemy ich — ale wczorajsze nieszczęście Bóg da zwycięztwem sobie wynagrodzić musiemy. Tem męztwem król drugich też powoli natchnął — bo widząc go tak uporczywie stojącym przy tem, ducha też nabrali.
Działo się to dnia ósmego Octobris, a przy pomocy Bożéj, trzeciego dnia potem król mógł zawołać.
— Po wczorajszem zwycięztwie jakby mi lat dwadzieścia nazad wróciło!
Zwycięztwo zaś to nikomu innemu nie należało tylko naszemu panu, bo po owéj nieszczęśliwéj porażce pod Parkanami, jednym głosem wołali wszyscy. Wracajmy! dosyć już nas dla nich naginęło.
Król dla saméj czci rycerstwa polskiego na powrót zgodzić się nie mógł i z szybkością nadzwyczajną się zaraz do walki nowéj sposobił, wydając tejże nocy rozkazy, chociaż tak był potłuczony że ciało miał jak najczarniejsze sukno od sińców, na co wcale nie zważał, ani się zdawał czuć. Na radzie wojennéj, gdy wszyscy głosowali, aby do domu odciągnąć, słyszałem go gdy leżący wołał:
— Wojsko wczoraj podrwiło — ale się jutro poprawi, to nie nowina. — Niemcy wcale nie są strwożeni, a my byśmy mieli ducha stracić.
Co o fortunie mówicie? zdepcę ją jako małpę, a Boga przebłagawszy, zobaczycie jutro odmianę.
Przyznać trzeba że i wymowne kazanie ks. Skopowskiego przyczyniło się do odżywienia wojska i dodania im ufności w Bogu.
Nie było też sposobu uniknąć bitwy, bo Turcy znowu uzuchwaleni nadciągali wyzywając. Kara-Mustafa starając się korzystać z małego zwycięztwa, natychmiast całą siłą, obu brzegami Dunaju ruszył sam i węgrom z Tekelim iść kazał, o tatarach niezapominając.
W dolinie pod Parkanami roiło się turkami, którzy z gór od Budy i przez most pod Ostrzygonią napływali z pośpiechem. — Przez całą noc słychać ich było, a że w wojsku tureckiem wieść chodziła iż król polski padł zabity, wielce ich to animowało. Innych wodzów mało co sobie ważyli.
Jak się późniéj okazało ustawili się poganie — pewni prawie zwycięztwa opierając prawem skrzydłem o wąwozy — z których lada godzina węgrów się w pomoc spodziewali. Z téj strony dowodził nowy Pasza Budy, na miejsce Ibrahima mianowany, Czarny Mahomet, Sylistryjski stał wpośrodku, w lewo pasza Karamunij-Ali.
Z naszéj strony razem pono liczono do czterdziestu tysięcy, dobrego żołnierza, ale już wielce znużonego.
Przededniem na godzinę, mimo sińców, które winem z rozmarynem pookładano, już pan nasz na koniu był i wojsko w trzy rzędy ustawiał, mięszając pułki niemieckie z naszemi. Dopiero o dziewiątéj, gdy już dzień był wielki ruszyło się wszystko wolnym krokiem przeciwko turkom. Król stanął u prawego skrzydła — które miał rzucić na Parkany. Lotaryngski był w pośrodku z Badeńskim i innemi, lewym skrzydłem dowodził Hetman Jabłonowski.
Z téj strony naprzód naskoczyli turcy chcąc Hetmana opasać i odciąć. Impet był straszny — ale nasze linje wytrzymały nie dając się złamać.
Za powtórnym napadem Lotaryngski ruszył się z piechotą i złamał ich linję bardzo szczęśliwie. Zaczęło się szczęście ku nam przechylać i Kara-Mahomet raniony był a Karamański ranny padł w ręce usarij naszéj. — Sylistryjski się zapędziwszy we czterdzieści koni, znalazł się otoczony jazdą niemiecką. — Bronili się wściekle i niepoddali aż Jabłonowskiemu.
Król tymczasem, choć z Ostrzygonia strzelano nań szedł na Parkany, osłoniony wzgórkami, tak że bezpiecznie przyszedł pod same mury.
Turcy postrzegłszy go tu, spłoszyli się niezmiernie i rzucili uchodząc na most do twierdzy prowadzący. Wojska nasze wielkim kołem objąwszy ich ku Dunajowi przyparło i już zwycięztwo było pewne, a król twierdzę zdobył łatwo.
Znowu tedy polacy w łaskach, a nasz pan bohaterem..
Tekelego, jak król przewidywał zawczasu nie było w bitwie, tylko pono dwu od niego posłańców, którzy na pogrom patrzyli, tatarów też na lekarstwo chyba, kilkuset — do których król miał posłać z komplementem więźnia, dziękując Hanowi iż na przymierza z nami pamięta.
I to wzmiankować muszę, iż jak pod Wiedniem O. Marek widział nad królem unoszącą się białą gołębicę, tak przed tą klęską czwartkową pies nam czarny ustawicznie zachodził drogę, orzeł czarny się spuszczał nad nami, a teraz gołębia król sam widział przed sobą.
Królewicz Jakub, który się szczęśliwie i z pogromu wydobył, bez żadnego szwanku i tu, choć do niego strzelano okrutnie z Ostrzygonia — wyszedł cało.
Już tedy po odwrocie tak szczęśliwym, iż król sobie to zwycięztwo wyżéj cenił niż pod Wiedniem odniesione, po tylu stratach, po tak srogiem wojska zdziesiątkowaniu — śmiało mogliśmy niemców porzucić.
Ale — jak to zaraz przepowiedział Hetman Jabłonowski — który naturę królewską znał dobrze — zachciało się mu Ostrzygonia dobywać, choć Wezyr z Budy kilku tysiącami załogę jego wzmocnił. Nie zrażało to że coraz ostrzejsza pora, wielkie znużenie i jadło nie zdrowe, chorób przymnażały. U nas nawet kilku z czeladzi nie wytrzymało, Kełmuczek i Dąbrowski, paź króla którego on lubił — na wozach niemal poumierali. Chorych było bez liku, pogrzeby codzień, towarzyszów, pachołków, czeladzi — padała liczba u nas daleko większa niż u niemców, którzy na pozór wątlejsi byli.
Po zwycięztwie szemrać poczęto, a nieszczęśliwe wakanse po zabitych i upomarłych, wielu dysgustów przyczyna, król wrzekomo tak czynił jakby niewidział i niesłyszał — choć o wszystkiem był uwiadomiony. Referendarz koronny, który po zabitym Denhoffie Województwa Pomorskiego się dopominał miał się odezwać publicznie na głos w majdanie.
Ja wezmę moją chorągiew i pójdę do domu, — bo ten most przez Dunaj budują nie dla czego innego, tylko żeby nas poprowadzić pod Budę i tam pogubić wszystkich. — Marszałek litewski Radziwiłł napierał się Regimentu po Wojewodzie — a nieotrzymawszy go też malkontentem został.
Król mimo uszów to puszczał i śmiał się z tych co do czarnych pieców i złego piwska chcieliby pośpieszyć — ale to darmo — one piwo i pod piwek swój milszy niż tu pałace i tokajskie wino.
Ja co zblizka patrzyłem na niego słuchałem — i mimo własnéj woli musiałem wiedzieć o wszystkiem co go dotykało mocy duszy jego wyadmirować się nie mogłem. Tu mało kto z niego kontent był, każdy więcéj wymagał — niż mu dać można było, kwasy i wyrzuty, z niemcami — choćby najlepiéj był — dowierzać im nie mógł — bo się przekonał jak byli przewrotni, a szli za fortuną, naostatek o czem tylko my wiedzieć mogliśmy, królowéj listy zamiast pociechy przynosiły najczęściéj wymówki, narzekania, wyrzuty i najdziwaczniejsze wymagania. Radaby króla odciągnęła już była do Polski i żałowała że więcéj jeszcze zdobyczy i jeńców nie przynosił z sobą.
I tych Baszów, których pobrał Jabłonowski, a od nich się wielkiego okupu spodziewał, królowa żałowała, choć się temu dostali, który w sercu jéj — Boże odpuść, na równi z królem był ulokowany.
Gdy listy od Astrei przychodziły, chwytał je chciwie król, a ręce mu do nich drżały. Czasem przy nich szarfa jakaś lub węzeł przyszedł, to się tem bzdurstwem nacieszyć nie mógł — a no gdy czytać począł, chmurzył się, rzucał, powracał do pisma — i znowu je odpychał i po kilkakroć do ręki brał... a nieraz mu aż pot na czoło występował. Królowa z Krakowa by rada i wakansami rozporządzać i wszystkiem rządzić, a rozkazy wydawać.
Nic pomyśli jéj nie było, zazdrości też dla Minionka, tych laurów, które tu Fanfanik zdobywał — choć w istocie nie narażał się zbytecznie, bo go pilnowano niezmiernie, a król o jego bezpieczeństwo daleko dbał więcéj niż o własne.
Śmiałym był, temu zaprzeczyć niemożna, ale ze wsząd wyszedł cało, nawet mu się bardzo zmęczyć nie dawano, co za dziw że się niczego nie obawiał, gdy drudzy trwożyli się za niego.
W popłochu tym pierwszym pod Parkanami, gdy król do obozu szczęśliwie, ale cały potłuczony wrócił, gdy się na razie o Fanfaniku nie mógł dowiedzieć, mało że zmysłów nie stracił.
Jemu samemu ten ruch, to życie niewygód pełne, dziwnie na zdrowie służyły, czemu się Peccorini i Dumulin wydziwić nie mogli. Nie dojadł, nie dospał, woda częstokroć do picia taka bywała, że domaby się nią człowiek umywać nie chciał.. — fatyga nieustanna, a na tuszy stracił, co ja na pasach widzę i na rapciach, bo wszystko trzeba było ściągać... ale rzeźwiejszy jest niż w domu, i niemal odmłodzony.
Ks. Skopowski powiadał: — Duch go trzyma... gdyby nawet nie jadł nic, wytrwał by, taki ogień ma wewnętrzny w sobie... Święta prawda.
Pod Ostrzygoniem, nie zważając na mruczenia most budować rozkazawszy, do dwudziestego Octobris mieliśmy ukończonym. Jak tylko to nieprzyjaciel postrzegł, zwąchał o co chodzi — przedmieścia, część miasta, zamek jeden na górze Ś. Tomasza podpalono i zniszczono, gdyż się bronić do upadłego zamierzali — król zaś dowodził, iż do zdobywania zamków zawsze miał szczególne szczęście i że tu też rychło w miejscu księżyca na kościele starym krzyż zatknie.
Most zaledwie ustawiwszy, gdyśmy się przeprawiać poczęli, turcy o tem zasłyszawszy ku Belgradowi się udali, węgrów i wołochów rozpuściwszy... — a tak Węgierska ziemia, która od kilkuset lat w ręku ich była, przez naszego Pana oswobodzoną została...
Zamek Ostrzygonski, który przy pomocy Bożéj na pewno zdobyć się spodziewaliśmy bez mała przez półtora wieku w ich rękach pozostawał.
Ażeby serce anielskie bohatera naszego jak należy ocenić, trzeba było widzieć i słyszeć jak się troszczył i za krzywdy biednemu ludowi wyrządzone ujmował. Słyszałem go powtarzającego wszystkim: — A, dla Boga, za cóż niewinni chłopkowie cierpieć mają? Ja nawet wziętych na wojnie węgierskich żołnierzy nazad odsyłam, wyjmując im to z głowy, że my tu nie chrześcian ani kalwinów wojować przyszli, ale tylko samych pogan! Ten naród ustawicznie ręce wznosi do Pana Boga za nami, nam się w protekcję oddaje, w nas pokłada nadzieje a ich za to ścinać, tych którzy nas żywią i daléj żywić będą!! Pod miastami tureckiemi harcować, nie ubogich ziemnych robaków zatracać!!
Po wzięciu Ostrzygonia, gdzie król bardzo pragnął krzyż zatknąć znowu — chciał nazad przejść Dunaj, i daléj nieco pociągnąwszy ku Pesztowi wrzekomo, ztamtąd dopiero ku granicom polskim zawrócić, dla rozłożenia wojsk na zimowe leże.
Królowa zaś jak i większa część tych którzy przy królu byli, nalegali na niego aby do Polski wracał, a listy które z Krakowa przychodziły, rozpaczliwe i niespokojne, nieustannie się tego domagały.
Jakkolwiek zawsze jejmości ulegał, tym razem jednak od imprezy raz powziętéj nie odstąpił dla tych listów i szedł daléj jako zamierzył...
Królowéj zaś odpisywał: „Wierzę że tam ich siła pisze i pisali ażebym nazad powracał, ale to są ci, którzy tego życzą i życzyli, nie dla mnie, ale dla siebie! Ja zdrowie, życie i szczęście moje, oddałem raz w ręce Boskie i chwale jego świętéj, ani go też hazarduję więcéj nad to, co poczciwemu należy, i temu na którego akcje cały patrzy świat. Miłe mi życie dla usługi Boskiéj, chrześciaństwa i ojczyzny, miłe dla WMości, dzieci, krewnych i przyjaciół moich, ależ i honor na który się cały wiek robiło, powinien być miły: a to oboje, przy łasce i protekcji Bożéj, pogodzą się“.
Własne to są jego słowa.
Im bardziéj napierano na to aby przed zimą wojsko z Węgier wyciągało, tém król więcéj obstawał przy tem, ażeby oswobodziwszy Węgry, w nich zimować...
W Ostrzygoniu była załoga, do pięciu tysięcy turków, król obległ zamek sam, bez pomocy żadnéj, krom małego oddziału brandeburgskiego, — w deszcz, zimno, w brak paszy dla koni, z wojskiem znużonem i chorobami wycieńczonem — a przecież czwartego dnia po osaczeniu zamek się poddał — na imie króla... Radość była niezmierna i tryumf wielki.
Ostrzygonska ta twierdza broniła się zrazu bardzo dobrze przez te dni kilka, chociaż nam wielkiéj szkody nie czyniąc. Z naszéj strony rzucane bomby i granaty dokuczały im wielce, mury psowając i ludzi zabijając.
Patrzyliśmy z pociechą wielką na wyciągających precz pogan pod wodzą dwóch paszów Alepu i Nikopolis — którzy na Wezyra, że ich opuścił, narzekali, srom ponosząc jakiego nie doznali nigdy...
Myśmy zaraz potem weszli na zamek, który stoi na górze dosyć wyniosłéj, całéj z marmuru czerwonego, z którego rozpadlin źródła wody ciepłéj się sączą wszędzie... i żaby w nich na Symona Judę tak skrzeczą jak u nas w Maju...
Jam niezrównanéj doznał serca pociechy na pana patrząc, gdy po raz pierwszy wchodził do kaplicy marmurowéj, niegdy chrześcijańskiéj, potem na meczet obróconéj, teraz orężem jego służbie i chwale prawdziwego Boga przywróconéj po stu czterdziestu leciech. Trzeba go było widzieć jak się temu cieszył, więcéj niż wszelkim tryumfom i zdobyczom..., gdy w dzień ŚŚ. Apostołów zagrzmiało tu Te Deum nasze!!
Kaplica marmurowa cała, jeszcze dawnych ołtarzów a nawet wizerunku Matki Boskiéj ślady zachowała, ale twarz była popsowana i umyślnie zniszczona...
Po zdobyciu Zamku, gdy już i pora spóźniona nie dozwalała daléj nieprzyjaciela ścigać, i uchodził tak że go napędzić było trudno, — wojska nasze się od Cesarskich oddzieliły — dla łatwiejszego sustentowania.
My, wedle postanowienia króla, który map i kart nie rzucając, ciągle się w nich rozpatrywał, szliśmy daléj mimo twierdzy tureckiéj Szecina, potem mimo Files, na Koszyce i Eperies. Ale wprzódy koniom i ludziom okrutnie znużonym spocząć potrzeba było, a i pory znośniejszéj może spodziewaliśmy się doczekać, bo plucha, śniegi, wicher, zimno nie do zniesienia dokuczały.
Wszyscy tu tego się lękali że król twierdze jeszcze przez załogi tureckie zajęte pomijając, nie wytrzyma, a jak zawsze do brania ich miał wielkie szczęście i tu go zechce probować. Słyszałem mruczących i narzekających na to niesłychane pragnienie bohaterstwa, o którem my najlepiéj wiedzieliśmy, że ono było raczéj gorliwością o wiarę świętą... i chrześciaństwo...
Wysłał król do Krakowa do królowéj z listami płochego francuza Deleraka, którego zaraz na drodze turcy ujęli i w niewolę uprowadzili, o czem dano znać. Król w kłopocie niemałym, bo francuza pono za wielkiego jakiegoś i znacznego mieli człeka, okupu się za niego domagając takiego, że, mimo najlepszéj chęci, dać go niepodobna było, bo francuz z kośćmi i mięsem niewart był połowy tego co zań pretendowano.
Nie omyliłem się wcale w domysłach moich, słysząc żeśmy twierdze przez turków zajęte pomijać mieli. Gdyśmy się ku Szecinowi zbliżyli, zauważyłem niepokój w Panu wielki. Nie chciał na żaden sposób za sobą zostawić nieprzyjaciela w gnieździe. Zwołano radę, która jednozgodnie głosowała aby twierdzy nie zaczepiać.
Pomimo to wysłał król syna z Wojewodą lubelskim, z Dynewaldem, generałem Cesarskim i Truksem dowódzcą brandeburgskiego posiłku dla rekognoskowania, którzy powrócili opowiadając że zamek się im nie zdawał bardzo mocnym i trudnym do opanowania.
Stanęliśmy w wigilją S. Marcina pod miastem w okrutną szarugę, ale twierdza się królowi wydała mocniejszą niż opowiadano...
Palissady dokoła były podwójne, przekopy, mury, wieże, położenie na pagórku, załoga powiększona świeżo posiłkiem Janczarów. Zobaczywszy to nasi dowódzcy umysł króla znający, narzekać poczęli... a Pan nasz uśmiechając się powtarzał i przypominał że ma do twierdz szczęście i że mu się one poddają łatwo.
Zaledwieśmy stanęli gdy z zamku strzelać na nas poczęto i żołnierza nam zabito, a zabierając się do obrony przedmieścia turcy zapalili, król natychmiast, tylko co przybyłych kozaków wyprawił aby przedmieść palić nie dawali. Cudem jakimś, bo kozacy się nam nie spisywali — tym razem wpadli z impetem takim, że nie tylko przedmieścia wzięli, ale pierwszą palisadę i bramę opanowali... i chorągwie z krzyżem, na niéj zatknęli. Dodało to animuszu nadciągającéj piechocie i działom, tak że palisady wszystkie opanowano przed nocą.
Nie trwał ogień z naszéj strony nad godzin trzy, gdy chorągiew białą na zamku wywiesili, właśnie w tym momencie, gdy u nas w obozie lamentować poczęto iż tu król wojsko daremnie na kule wystawia.
Zaprzestano strzelania i zamek się poddał na łaskę i niełaskę królowi. Słyszałem jak ich padających do nóg i o żywot proszących, uspokoił temi słowy:
— Nie bójcie się, nie spadnie wam włos z głowy. Nie jesteśmy pyszni w szczęściu, bo wszystko Bogu przyznawamy!
W istocie osobliwemu szczęściu królewskiemu przypisać potrzeba, iż turków trwogą nawiedził, bo się mogli kilka tygodni wyśmienicie bronić, żywności i prochów mając podostatkiem.
— Na Św. Marcin w obu Meczetach chwałę Bożą śpiewać będziemy! powtarzał król z niewymowną radością. Ztąd już mamy na Eperiesz ciągnąć nie spotykając i nie biorąc zamków, — bo nasi wodzowie stęsknieni do domów i spoczynku, słuchać nie chcą o żadnéj imprezie, on jeden, pan ten nasz do ostatka chwałę Bożą ma na myśli.
Ztąd, dzięki Bogu i pochód, mimo zburzony Filek, szedł nam snadniéj, gdyż niebo się wypogodziło i mrozy brać zaczęły takie w Listopadzie, jakie u nas około Trzech Króli zwykle przychodzą dopiero. Ale gruda lepsza niż błoto i mróz niżeli plucha...
Król na mapy i opisy krajów narzekał, że w nich nigdzie prawdy nie znalezie. Zapewniano nas iż tu gór wcale nie ma, tymczasem od Dunaju do granic naszych, nic, tylko same góry spotykaliśmy i gęste lasy...
W ciągu pochodu tego, król ciągle od Tekelego listy miewał i wiadomości, a ile nam te stosunki z nim czasu wyprawy pomocnemi były — wyrazić trudno.
Szliśmy tak ciągle, acz nie mogąc wedle myśli naszych panów pośpieszyć ku Koszycom. Król na to najbardziéj utyskiwał że nieregularnie wiadomości odbierał od Jejmości, a z Krakowa się żalono na toż samo i na fałszywe a skąpe nowiny, które cudzoziemskie gazety przynosiły. Myśmy też z okazów nie mieli zręczności w świat o sobie rozsyłać wieści, ani je ze świata odbierać. Doszło nas parę artykulików w Rzymie umyślnie fundowanego pisma, które miało specjalnie o wojskach i wojnie krzyżowéj przeciwko pogaństwu zawiadamiać. Drukował je niejaki Krakus, — o którym czy by włochem był, — lub jakiéj innéj narodowości — niewiem.
Daléj ku Koszycom wojsku się gorzéj działo, bośmy wszędzie miasta i zamki przez Tekelego poobsadzane i pozamykane znajdowali na drodze... Koszyce kilka tysięcy ludzi na obronę miały... Tekeli, który się dotąd akomodował i króla szanował, chociaż mu on wszelkie bezpieczeństwo zapewnił, sam z żoną uszedł do turków do Debreczyna, a wojsku pozostałemu wydał rozkazy aby się z nami po nieprzyjacielsku obchodziło. Myśmy tu spodziewając się być spokojni, natrafili na wrogów, tak że od Satmar począwszy ciągle zewsząd napastowali nas i strzelali.
Z Koszyc na nas uczynili wycieczkę... W Preczowie z działa ubito starego i dzielnego żołnierza P. Modrzewskiego Wojskiego Halickiego... Głód, chłód, chorobska we znaki nam się dały haniebnie, a to był właśnie kraj na zimowe leże naznaczony, gdzieśmy się odpoczywać spodziewali.
Preszów pominąć musieliśmy nie kusząc się o zdobycie jego, aby prędzéj wyciągnąć z tego utrapionego kraju. Tymczasem się nadspodzianie poszczęściło w Sybinie. Starosta Łucki spotkawszy jazdę węgierską, trochę ją przekrzesał, a w sam dzień Niepokalanego Poczęcia, gdyśmy z królem nadeszli, i artylerja litewska do miasta ognia dała kilkadziesiąt strzałów, miasto się poddało na łaskę i niełaskę.
My ztąd wprost do Lubowli ciągnęliśmy, gdzie pono królowa miała się z nami spotkać — i czas jakiś zażyć spoczynku, bo król wiele miał do opatrzenia i zabezpieczenia...
Tandem meta laborum nadeszła — i król już na dwoje mogę powiedzieć był rozdarty. Z jednéj strony z Węgrami coś postanowić było potrzeba i od Tekelego czekać wiadomości, z drugiéj już myśl cała i namiętność do królowéj ciągnęła, która też niespokojna wielce, aby co rychléj panowanie odzyskać pośpieszyć była gotową naprzeciw nas choćby na Sącz — gdy król JMość na Czorsztyn i Nowy-Targ, chociaż dalszą nieco radził.
Mnie z Lubowli król z wozami do Czorsztyna wysłał, zkąd część powierzonych rzeczy miałem nie czekając odprowadzić do Krakowa.
Tak tedy, po niemal cztero miesięcznéj służbie, która mi się tem opłaciła, żem na moje oczy oglądał, o czem drudzy ze słuchów, pojęcia mieć nie mogli nawet — powróciłem w Grudniu do Krakowa, pozwolenie mając królewskie, abym na Gody dobiegł do matki, czego mi się żywnie pragnęło.
W Krakowie już nie pierwszy stanąłem, bo mnie tu dezerterów i powracających z dozwoleniem i bez wiadomości królewskiéj — poprzedziło bardzo wielu — nie oblegano mnie więc tak dalece — a jam ciekawszy był tego co tu zastanę, niż ci co mnie tu witali, tego com z sobą przynosił. Od Ostrzygonia bowiem, jeżeli nie wcześniéj, bardzo wielu samopas się do granicy przedzierało, a im bliżéj Lubowli byliśmy, tem uchodzących liczba się pomnażała.
Szaniawskiego mojego, który volens nolens, musiał pozostać tu, znalazłem wielce radosnego że mnie żywym widział, bo mu różnie donoszono... Oprócz niego, Kraków był pełen starych znajomych i nowych z wyprawy téj, a tum się mógł przekonać dopiero, co to się z prawdą w ludzkich ustach dzieje i jak te same rzeczy, na które wiele oczów patrzy, każdemu się mogą wydawać inaczéj. Cóżto mi się nasłuchać przyszło o tych bitwach i pochodach, przy których byłem, które oczyma memi oglądałem!! A i o królu samym i o wodzach naszych co tu opowiadano, uszy więdły. Jam z sobą wiózł największe uwielbienie dla pana, u którego boku ciągle będąc, słuchając go — nigdym tak wielkim nie widział, tu zaś inwidja, ślepota i łatwowierność w innem go świetle stawiły... Niemal na każdym kroku rozprawiać się przyszło z niechętnemi.
Zwłaszcza w tych rodzinach, które potraciły swoich w potyczkach, przeciwko ambicji królewskiéj, któréj on wszystko sakryfikował sarkano... Drudzy niepomierną pożądliwością łupów tłumaczyli iż zamiast wprost z pod Wiednia zawrócić do Polski, niewdzięczności doświadczywszy — szliśmy daléj tak się narażając jako pierwszego dnia pod Parkanami.
Na samym wstępie Szaniawski mi oznajmił że i Boncourową w Krakowie znajdę, abym się lepiéj nie nastręczał jéj, bo na łup pewnie z pod Wiednia czyhać będzie i obedrze mnie bez litości. A jam wistocie tego łupu tyle tylko miał com go kupił po ciurach, bo sam nie tknąłem nic... Ledwie tyle się znalazło w sakwach co na obdzielenie rodziny i przyjaciół bardzo skromne starczyło.
Szaniawskiemu dostał się pas nie szpetny w Parkanach nabyty — i tym się kontentować musiał. Ja dla siebie jedną szablę pięknie oprawną zachowałem.
A że mi moja Felisia w istocie trochę z serca wywietrzała, niebardzom jéj szukał, mając zamiar koniom wypocząwszy i ludziom, natychmiast się puścić w drogę tak abym najpóźniéj na złamanie opłatka do stóp dobrodziejki mógł pośpieszyć. Aż tu jednego ranka, gdym do P. Marji na ranną mszę się wybrał, spotykam w rynku podle kamienicy, w któréj część dworu królowéj pozostała, wystrojoną jak lalkę... Boncourową.
Osłupiałem widząc ją, bo com sobie w myśli wystawiał postarzałą i zwiędłą, znalazłem tak świeżą, rumianą, odmłodzoną — jakby się w cudownéj wodzie owéj, o któréj baśnie powiadają, skąpała. Podeszła sama ku mnie sznurując pyszczek.
— A cóż to stary przyjaciel nie łaskaw? odezwała się. Czekałam go napróżno, zasłyszawszy o nim. Waćpanowie coście pogan gromili, tak jesteście tem zwycięztwem dumni, że już na nas patrzeć nie chcecie.
I, nie dając mi odpowiedzi, dodała.
— Musiałeś i wmość przy królu będąc, jak pan Miączyński i inni pięknych rzeczy dostać w namiocie Wezyra. U nas tu tylko o tem prawią żeście perły korcami mierzyli...
Rozśmiałem się.
— O drugich niewiem nic — rzekłem — a o sobie powiedźieć mogę, iż z wyprawy na turka, powracam jak turecki święty. Gdy drudzy o sobie myśleli, jam myślał o panu...
— Oh! oh! — przerwała... Któżby to temu wierzył..
Wchodziliśmy do kościoła — chociaż z próżnemi rękami i bez gościńca — dodała, będziesz mi wmość miłym gościem, proszę mnie nawiedzić.
Takeśmy się rozstali. Musiałem za tem powróciwszy do gospody pomyśleć o tem co jéj zaniosę. Nie miałem w czem wybierać. Oprócz tego co dla matki i siostry przeznaczone było, miałem tylko piękną zasłonkę szytą złotem, jakich się tam w obozie siła znajdowała — musiałem ją, w sepecik turecki wysadzony mosiądzem misternie zamknąwszy, zanieść jejmości.
Chciałem mało co pozdrowiwszy ją tylko i podarek złożywszy, ujść precz, ale Syrena ta swoim głosikiem srebrnym jak mię zaczęła wabić, a wesoło zabawiać i uśmiechać się i w oczy nieustannie patrzeć — zupełniem znowu osłabł i do dawnéj passyi powrócił.
Trzymała mnie do późna u siebie, ale szczęściem nowy jakiś jéj amant nadszedł, który mnie z posterunku niebezpiecznego zluzował.
Boże uchowaj dać się raz niewieście ująć za serce! Wiedziałem że ona sobie z mojéj miłości igraszkę czyni — że nic potem była, bo Szaniawski różnych historyi nowych dosyć mi nakładał w ucho — niepomogło nic — oszołomiła mnie znowu — żem wyszedł jak pijany zgoła..
Ale żem już do podróży wszystko rozporządził, wymogłem to na sobie iż nazajutrz, mimo pokusy wielkiéj wyjechałem szczęśliwie do domu.
Dopiero w podróży gdy mnie zdrowsze ogarniało powietrze, a od wsi naszéj wionęły wspomnienia — trochę ostygłem i przyszedłem do zmysłów.
Pani matce, gdybym był chciał dać o sobie znać naprzód nie mogłem, ani się mnie mogła spodziewać.
W drodze się tak dziwnie złożyło że po grudzie śpiesząc i w nocy zarywając, ledwie na samą wigilję rano w Łucku stanąłem. Tu już taka mnie ogarnęła niecierpliwość wielka iż ludzi i konie popodbijane zostawiwszy, do mojego wozu żydowskie nająłem i nie spoczywając prawie, wyruszyłem do domu.
Nie było jeszcze owéj gwiazdy na niebie która u nas znakiem jest podawania wieczerzy w ten dzień, gdy wóz mój przed ganek się zatoczył, a jam z niego wyskoczywszy, wszedł jak szalony prosto pani matce pod nogi...
Znalazłem tu, jakom przeczuwał, nie tylko siostrę z mężem, ale nawet brata Michała...
A! niewysławionéj że to radości była chwila, gdym ich głosy usłyszał, gdym macierzyński uścisk uczuł — i znalazł się w tem gnieździe, w którym by człek choć mu złote pałace stawiono — nigdy nie rad mieniać na nie.
Matka właśnie opłatki trzymała w ręku... i rozpłakawszy się z pierwszym mną się pocałowała...
Mówili o mnie właśnie gdym nadjechał, sądząc z tego co słyszeli, żem z królem jeszcze albo w Lubowli lub zaledwie na drodze do Krakowa.
Oprócz rodziny, starszego brata, szwagra mojego znalazłem u nas w gościnie... Siedliśmy zaraz do stołu — a jak mi tu wszystko smakowało — jeden Bóg wie. Zdało mi się żem z temi potrawami szczęśliwe lata młodości na nowo spożywał.
Posypały się pytania — słowo w słowo tu znalazłem co w Krakowie pełno fałszów i baśni o nas — a prawdy mało. Pisane gazetki — które tu z rąk do rąk przechodziły, zawierały ekscerpta z listów królewskich do niepoznania poprzekręcane — a razem inne wiadomości z różnych źródeł, które się z sobą sprzeczały.
Musiałem im opowiadać o panu, widząc że i tu go sobie inaczéj cale wystawiano niż był. Nikt w nim owego bohatera chrześcijańskiego nie widział — jakim on nam się ukazywał od wstąpienia na ziemię, którą miał oswobodzić — od mszy téj do któréj służył w dzień zwycięztwa na Kalenbergu.
Brata Michała znowum znalazł zmienionym i postarzałym — ale równie jak pierwszym razem w stanie swym szczęśliwym i nie pragnącym nic nadto co osiągnął. Powagi wielkiéj nabrał, a pobożnością nas budował.
Z tych wigilij godów — które mi Pan Bóg dał przeżyć na świecie i pożywać z rodziną, niewiem czy która nad tę uroczystszą mi się wydawała.
Gdyśmy wstali od stołu — poszedłem moje sakwy podróżne rozwiązać, aby gościniec dobyć. Dla matki miałem bardzo piękny różaniec z drogich kamieni w złoto oprawnych, bo to wiedzieć potrzeba iż turcy się też modlą na paciorkach i siedząc je ciągle w rękach przebierają. — Trzeba tylko było aby ten pogański różaniec O. Michał poświęcił.
Szwagrowi nóż pięknie oprawny przywiozłem — ale że się ostrza żelaznego nie godzi ofiarować — dla jakiegoś przesądu — grosz mi musiał za niego zapłacić. Najgorsza była sprawa z bratem szwagra — któregom się zastać niespodziewał i musiałem go kontentować jednym pistoletem bez pary, który wprawdzie bardzo był pięknie kością słoniową i turkusikami oprawny — ale mu odpowiedniego do olstry brakło. Przyjął go sercem wdzięcznem. Siostrze się dostała spinka najkosztowniejsza ze szmaragdem.




Do tego terminu te moje notatki doprowadziwszy, gdy mi je daléj przychodzi ciągnąć, serce się ściska.
Na własny mój los, chociażby on mógł był się złożyć inaczéj a lepiéj, narzekać nie będę, — ale nad ukochanego pana mojego ciężkiemi żywota kolejami komentować by przystało i niemal przeznaczeniu wyrzuty czynić — gdyby wszystko nie przychodziło z ręki i sądu Bożego. Bohater i mąż który tyle się chrześcijaństwu zasłużył — cierpiał tak wiele — nietylko że we własnéj ojczyźnie był zapartym, znieważonym — prześladowanym — ale umierając pociechy téj niemiał, aby potomstwu lepsze widoki przyszłości zostawić.
Od téj daty niemal wiedeńskiéj wyprawy i powrotu z niéj — rozpoczynają się niesnaski, spiski nowe, zabiegi dworów cudzoziemskich i knowania najlepszych przyjaciół Sobieskiego, przeciwko niemu, przeciw wszystkiemu cokolwiek zamierzał bój i walka.
Wszystkiemu zaś temu pobudką jedyną, podporą i podnietą — królowa, która za żywota już zapierała się tego swojego dobroczyńcy, gotowa była go porzucić, własne dziecko pierworodnego Jakuba prześladowała, wszystkie plany i myśli męża krzyżując, a nienawiść ściągając na niego.
Spisać wszystko to co na nieszczęśliwym panu przez te lata — aż do zgonu brzemieniem ciężyło, — siły niemal i rezygnacyi braknie.
Europa cała czcią go wielką wynagradzała, imie sławiła, nieprzyjaciele poganie korzyli się przed nim i drżeli na wspomnienie Jana, a we własnym domu, ci których on wyniósł, obdarzył, obsypał spiskowali — przeciwko niemu.
Krok w krok iść za tem co się od owego roku 1684 aż do zgonu króla działo, nad siłę moją, a i pióro by nie podołało. Sądzę że jeden tylko Biskup Załuski — który świadomość miał wszystkich czynów i pobudek, przed którym się król zwierzał z tego co myślał i czynił — mógł by był z tych smutnych dziejów zdać sprawę, a i ten nawet wielu rzeczy się tylko domniemywać musiał — bo król przez srom i litość nad rodziną — pokrywał często co go bolało.
Lekko dziś nieraz ludzie męczennikami się zowią i przyznają sobie to wielkie imie, które nosić godzien jest tylko ten co cierpiąc się nie skarżył — Bogu ból swój ofiarował i na rusztowaniu się uśmiechał. Otóż takim prawym męczennikiem z pogodą na czole był ten pan nasz przez wszystkie lata aż do końca. Nie skarżył się nigdy.
Raz tylko do ostateczności przywiedziony koronę chciał złożyć — bo już mu sił do dźwigania brakło — i dopiero naówczas postrzeżono co on znaczył i wiele ważył.
Francuzkie intrygi, Cesarskie zabiegi przy niewdzięczności oburzającéj — matki przeciw własnemu dziecku podstępne knowania — niepokój wewnętrzny aż do wojny domowéj posunięty — wszystko to spadło na niego a wszystkiemu winna była królowa. Ciężar jej grzechów on musiał na sobie dźwigać.
Nie patrzyłem na to gdy król naostatek się z żoną połączywszy, do Krakowa ściągnął na samą tę wigilję godów, bo ja też matce mojéj do nóg upadłem. Witano go tam pod bramami tryumfalnemi z radością wielką — powracał bohaterem nie już naszym — ale całego chrześcijaństwa — a na imie polskie blask jego imienia spadał. Dawna sława rycerska, któréj pozbyliśmy za Jana Kaźmierza i Michała, wracała nam.
Nawet we Francij, — w pierwszéj chwili wszystko brzmiało uwielbieniem bohatera, budząc tem większą ku niemu niechęć Ludwika XIV.
Przyznawano wielką zasługę Papieżowi, który do wojny zagrzewał, posiłkował pieniędzmi — lecz sam Innocenty XI, posyłając Sobieskiemu miecz poświęcony — przyczem się złota Róża dostała królowéj — okazywał komu przypisywał pogrom, który złamał potęgę pogan i tamę dalszemu ich posuwaniu się i zdobyczom położył.
Za pozwoleniem króla, o które mi się Szaniawski przez p. Matczyńskiego postarał, przedłużyłem pobyt mój na wsi, z wielkiem matki ukontentowaniem, która by mnie była chętnie zatrzymała przy sobie, nalegając na to ażebym się żenił. Lecz wcale gustu do stanu tego nie miałem.
Przez cały ten czas przeciągniętego pobytu w Połonce, albom się z gospodarstwem obeznawał, lub końmi zajmował, które lubiłem bardzo, albom po sąsiadach jeździł, którzy mnie serdecznie zapraszali i ugaszczali, tak że często na jeden dzień wyjechawszy, — całą niedzielę wyrwać się nie mogłem. Matka już późniéj nauczyła się, wspomagając mnie, — posyłać od siebie z żądaniem pilnem powrotu do domu i to mnie wyzwalało.
Czas ten mile spędziwszy między swojemi — odetchnąwszy, pokrzepiony, dopiero w lecie roku tego — gdy mi Szaniawski doniósł że król sam miał wyruszyć ku Kamieńcowi — zerwałem się z téj kopni, spiesząc — do pana, aby mu służyć znowu.
Znalazłem Jana otoczonego świetnym dworem posłów, książąt, kawalerów różnych racyi, którzy się wpraszali aby pod nim mogli uczyć się rycerskiego rzemiosła. Nie potrafię tego opisać co to była za świetność, przepych i życie w Jaworowie, pod któremi na czas kryły się potajemne knowania Cesarskich przyjaciół i króla francuzkiego agentów. Zatruło mi to życie, żem zaraz w początku namacał przewagę królowéj we wszystkiem, która już nietylko polityką się zajmowała — ale na wojnę pretendowała towarzyszyć Panu i zdobywaniu zamków asystować, aby też na osobę swą zwrócić świata chrześcijańskiego oczy. Przyczem i Aleksandra miała na względzie — aby dzieciak był wspominany zarazem — gdy o Jakubie umyślnie unikano wzmianki.
Już tedy od téj chwili poczęła się rodzić waśń pomiędzy braćmi, antagonizm — niechęć, która potem rodzinę pozbawiła spadku zasługi ojcowskiéj.
Wyprawa nasza tym razem, z muzyką, z namiotami, kredensami, dworem licznym, całym szeregiem karet i kolebek raczéj spacerem i przejażdżką niż wojennem wystąpieniem nazwać się mogła. Dopiero tam gdzie się poczęło niebezpieczeństwo — cofnęła się królowa — ojciec jéj i cały ten niepotrzebny nam ciężar ciekawych próżniaków.
Często — gdy królowi na zwiady i po język ludzi brakło, ręce wszystkie zajęte były ustawianiem namiotów dla dworu, markiza, grafów, ambasadorów i nakrywaniem stołów, które musiały tak wyglądać po królewsku jakby w ogrodzie Jaworowskim.
Naprzeciwko Kamieńca silnie się okopawszy i nieprzyjacielowi dokuczywszy, ale nie mogąc go do poddania się przymusić, król pociągnął nad Dniestr pragnąc spotkania i bitwy — ale Hetman się sprzeciwił; i powróciliśmy do Żółkwi pod jarzmo ukochanéj Marysieńki.
Król jako mógł ukrywał nieukontentowanie swe, ale za to jéjmość otoczona szczególniéj świetnym dworem francuzów, którzy jéj nadskakiwali — tryumfowała:
Wśród téj sławy jaką zdobył, niebyło nieszczęśliwszego człowieka nad niego — gdyż jéjmość władzę swą nad nim despotycznie wywierała... Ustępował dla spokoju — a każde takie ustępstwo moc Marji Kazimiry powiększało...
Zastęp zazdrosnych i niechętnych powiększał się codzień, — a w szeregach ich i Sapiehowie i Jabłonowski się znajdował. Głośno powstawać na to zaczęto że król wszystko poświęcał nadziei ufundowania dynastyi i tronu dziedzicznego z pomocą Austrji... Francuzi tem zrażali do króla... Zarzucano mu, że Kamieńca nie odzyskał dotąd, w ostatku że sobie przyznawał wszystko, gdy Hetmanowie i wojsko krew przelewało nadaremnie...
Na następny Sejm, który się burzliwym zapowiadał — i ja też towarzyszyłem królowi do Warszawy, po to tylko abym się gryzł, zżymał i na zuchwałych nadaremnie narzekał...
Patrząc na to co się działo w Warszawie, na zuchwalstwo Paców, na niewdzięczność Sapiehów, na niepokój, który niedawał tchnąć królowi — można się było zarzec Elekcji Piasta na zawsze. Ci co przeżyli dwa panowania Michała i Jana, słusznie ekskluzji się domagać na przyszłość postanawiali. Wszyscy ci panowie senatorowie sądzili się królowi równemi, poszanować go nie chcieli, a niczem ich przejednać nie było można...
Widząc to iż mu jego sławy i laurów zazdroszczono, król dobrowolnie ustąpił dowództwa Jabłonowskiemu — pozostając przy swych ogrodach i książkach — ale Hetmanowi się nie powiodło, ludzi nie mógł ściągnąć, do Kamieńca nie przystąpił nawet i impreza spełzła na niczem.
Oczewista rzecz, że choć król stał na uboczu i czynnym nie był, Jabłonowski jemu przypisywał to, iż się bezsilnym okazał.
Gniewy tedy i zniechęcenie wzajemne.
Królowa tymczasem z francuzami rozpoczęła układy i króla z sobą ciągnęła. Bethune, ona, Wielopolski, którego do Paryża posłano, pracowali nad przejednaniem z Francją. Popłoch padł na niewdzięcznych rakuszan, którzy w niczem Sobieskiemu słowa dotrzymać nie chcieli.
Tego to czasu zjawił się przypadkiem, jakoby w przejeździe do Moskwy, O. Vota zakonu Jezusowego, który sobie króla serce, zaufanie i miłość pozyskał... Rozpoczęło się to od owych rozmów wieczornych, które król lubił i tak ich potrzebował że do nich w niedostatku innych, nawet swego Janasza, Arona i lada kogo przypuszczał. O. Vota, trzeba mu to przyznać, jakby stworzonym był dla króla. Uczony czyli przynajmniéj obeznany ze wszystkiem, encyldopedyją był chodzącą. Być może, jakem słyszał twierdzących, że głęboko żadnego przedmiotu nie badał, ale nie było kwestji, któraby go nieprzygotowanym znalazła. Bawił więc i zajmował króla, bo mu na każde pytanie mógł dać odpowiedź, a przytem oszczędzał go, podnosił rozum i naukę, przypochlebić się umiał.
Od pierwszego wystąpienia O. Voty na dworze można było przewidzieć i przepowiedzieć, że on tu stanie się niezbędnym...
Nieraz podedrzwiamiśmy się przysłuchiwali tym rozmowom wieczornym, które się czasem i do północy przeciągały. O. Votę było podziwiać w istocie; z taką łatwością i pewnością na wszelkie pytanie umiał znaleść odpowiedź, tak grzecznie, łagodnie, rozumnie dotykał każdego przedmiotu.
Przytem niezmordowany był, a gdy zamieszkał na dłużéj, zblizka się przypatrując jego sposobowi życia, musieliśmy i my go podziwiać.
Nie miał żadnéj słabostki, ani jadło, ani napój, ani błyskotka go żadna nie nęciła, a w towarzystwie najdostojniejszych osób obracał się z taką swobodą, jakby był między swojemi. Jako kapłan, pobożny a nie świętoszek, tolerujący wiele, a nie wychodzący z granic — słowem jednym był w istocie stworzonym aby się stać ulubieńcem i powiernikiem znużonego i utrapionego pana, jakim król był naówczas, gdy się on zjawił.
Wpływu i przewagi jakie późniéj pozyskał, nie chwaląc się niemi — nie zdobył odrazu, ale od pierwszego spotkania się zjednał sobie aplauz nietylko pański, ale niemal wszystkich u dworu. Umiał się bowiem tak obchodzić z każdym iż go za serce chwytał. Szczerym był, czy tylko tak wielki kunszt posiadał ujmowania sobie, Bóg wie jeden — lecz czarodziejem go nazwać było można.
Przy tem wszystkiem zazdrości nawet nie obudzał, bo nikt się z nim na równi postawić nie mógł.
Gdy się późniéj okazało, że pan nasz raz wraz go potrzebował, rady zasięgał, objaśnienia od niego żądał — a O. Vota już go nie odstępował, bywało iż w antykamerze lub w gabinecie, nierozbierając się legał na ławie albo na sofie i chustką sobie twarz przykrywszy drzemał tak, aby być na każde zawołanie.
Żelazna była albo raczéj gibka jak stal natura, któréj nic zmódz nie mogło.
Rozumie się że, jak tylko postrzeżono co się święci, każdy sobie usiłował O. Votę pozyskać, ale i tego się domyśleć było łatwo, że Cesarzowi i rakuzkiemu dworowi całkiem był oddany, tak że niektórzy posądzali, iż go tu umyślnie wybranego przysłano, aby czujnie stał na straży interesów cesarskich.
Rzecz oczywista że królowa, która o wszystkich co mogli na męża wywierać wpływ, była zazdrosną — lubić go nie mogła i chętnieby się pozbyła — lecz Vota i ją sobie ująć potrafił, jak się zdaje, obietnicami że dynastyczne jéj żądania z pomocą Cesarza tylko mogą się spełnić.
Króla zaś wodza chrześciańskiego sławą go ujmując, stawiać na czele przyszłéj ligi przeciwko turkom, która ich z Europy wygnać miała, było najpewniejszym sposobem — zjednać sobie. Francuzi nic nie mieli czemby te łudzące pokusy równoważyć mogli.
Takeśmy doszli do 1686 roku — w którym króla ociężałego, znużonego, jeszcze raz w pole osobą swą ciągnąć na czele wojsk zmuszono.
Niżeli to nastąpiło, zabawiał się pan nasz łowami, nad które może wspanialszych i kosztowniejszych niemiał żaden z panujących.
Służyli mu do tego jeńcy tureccy pobrani na wojnach, z których wybierano co najzdolniejszych i najzręczniejszych, i było ich dwie kompanje janczarów, zupełnie na wzór tureckich odzianych i uzbrojonych. Dowódzcy polscy komenderowali niemi po turecku, bo i sam król i wielu naszych dobrze tym językiem posługiwać się umiało. Dobór janczarów był taki, iż na nich rachować mógł król jak na najwierniejsze sługi, ale też im się dobrze działo... Gdy z wojskiem szli janczarowie nasi, obowiązkiem ich było przy taborze iść, namioty rozbijać, zwijać i za stanowniczemi przygotowywać każdą naszą stację — aby król przybywając znajdował wszystko w porządku.
Czasu pokoju janczarowie ci do łowów używani byli. W wigilję ich wyprawiano z sieciami na wozach i ze psy, — a każdy z janczarów uzbrojony był w siekierę i strzelbę. Łowczy im wskazywał knieję którą zająć mieli — a tę natychmiast do koła sieciami opasywano, pozostawując jedno wyjście, naprzeciw niego zaś stawali psiarze z ogary i psami.
Za przybyciem swem król mieścił się u tych wrót, towarzysze jego rozstawiali się w półkole na wyznaczonych stanowiskach, niewiele osób przy nim pozostawując... Puszczano potem psy, które zwierza naganiały. Od sieci odpędzali go janczarowie krzykiem i biciem w drzewa... Na każdego zwierza psy były wyznaczone osobne. Król nietylko ten rodzaj łowów, ale i już zarzucony z ptakami, białozorami, sokoły, bardzo lubił i nie wzdragał się ani niedźwiedzi, ani dzików, które często oszczepami i nożami musiano dobijać, gdy zbyt nam psów nakaleczyły.
Po sejmie się zaraz rozpoczęły przygotowania do wyprawy, szczególniéj na Litwie — którą sprowadzić było potrzeba z oddalonych leży zimowych. Tymczasem się król zabawiał w Wilanowie, około którego takie miał staranie i tak sobie z téj rezydencij wiele obiecywał, że i Żółkiew i Jaworów zaniedbane nieco zostały, drzewa, krzewy, kwiaty najrzadsze zwożono teraz do Wilanowa, a król sam własnoręcznie rad sadził szczepił i zasiewał.
Ale już w końcu Maja, potrzeba było zaniechać ogrodnictwa i do obozu się udać, w którym król sam wszystkie pułki oglądał z wielką pociechą, gdyż chorągwie były okryte, a rycerstwo bardzo piękne. Działa też i artylerja nigdy nie były tak liczne i dobrze uposażone, dzięki Kątskiemu i francuzom przy nim będącym. Zaswatał się nam też na tę wyprawę ochotnik markiz de Courtanvaut z bardzo wykwintnym dworem, który tu na niego czekał, bo wprzódy brat jego w Polsce przebywał.
Trzech oficerów francuzkich mu towarzyszyło, o których dla tego wzmiankuję że jeden z nich Danville, wdowie Boncourowéj wpadł w oko i ona mu wzajemnie — co mnie od zalecania się oswobodziło — bom nigdy z nikim w zawody się nie puszczał na tem polu.
Znajdą się którzy lepiéj odemnie tę wyprawę opiszą, ja powiem tylko żeśmy ciągnęli nad Dniestr i ku Bukowinie. Wojsko rzekę przebywało pod Żórawnem i Haliczem; poczem weszliśmy Pokuciem ku Bukowinie.
Nieprzyjaciel się nie okazywał aż do granicy Mołdawskiéj i przebycia tych lasów, które się w historyi naszéj takiemi pogromami zapisały. Gdyśmy w pola nareście się wydobyli, zastaliśmy pustynię przed sobą a miasta po drodze noszące ślady wojny i okrutnéj ruiny. Na polach zajałowiałych zboże padaliczne gdzieniegdzie dziko porastało. Oprócz Jass, żywéj duszy nigdzieśmy w pochodzie nie spotkali.
Król po opuszczonych zamkach, małe pozostawiał załogi, na rzekach mosty kazał budować, w przewidywaniu odwrotu. Na drzewie nie zbywało i łatwo przychodziło je klecić z kłód obalonych. Rzeki też nie były na teraz do przebycia trudne, bo z nich, dla długiéj nie do uwierzenia posuchy, zostały tylko suche po większéj części łożyska. Powiadano że od lat trzech kropla deszczu tu nie spadła — wszystko też na popiół było wysuszone, a pomimo to rosami żywione trawy — szczególniéj na nizinach w pas człowiekowi sięgały.
Tylko uchowaj Boże ognia paliły się jak hubka, bo spodem poschłych badylów leżało grubo.
Jeszcześmy z Bukowiny nie wyszli, gdy do króla przybył z oświadczeniem gotowości poddania się Hospodara, powinowaty jego, zapraszając do Jass, aby zapobiedz zbieganiu się mieszkańców. Jednakże wielkim jego obietnicom wierności i poddaństwa wiary nie bardzo dawano, po tylokrotnych zdradach. Na dni trzy od Jass, posłano przodem osiem tysięcy ludzi aby je zajęły, ale Hospodara — który się tak serdecznie oświadczał — ani rodziny jego już nie zastaliśmy. Wszystko to pierzchnęło, skarby swe zabierając z sobą.
Położenie Jass bardzo piękne, miasto zbudowane porządnie, cerkwie jak zamki obronne, ogrody — winnice do koła, — wszystkim po przebyciu lasów i pustkowi rajem się wydały.
Zamek pryncypalny na wzgórzu, mury bardzo stare i nieforemne ale bardzo mocne. Znaleźliśmy w nim sale i komnaty mozaikami i złoceniami przyozdobione bogato, jakich się nigdy tu spodziewać nie było można.
Lud też dorodny, silny, piękny, mężczyźni rycersko wyglądający, mowa do włoskiéj podobna. Wojsku naszemu król jaknajsurowsze wydał rozkazy aby nikomu najmniejszéj krzywdy czynić się nie ważono, tak samo jak wprzód w Węgrzech, dbając o to ażeby spokojni ludzie — pracowici nie cierpieli niewinnie z powodu wojny. Serce jego zawsze o tem pamiętało.
Myśmy z obozem królewskim o mil sześć od Jass się rozłożyli i król to poselstwo mieszkańców z duchowieństwem i biskupem przyjmował.
Nie chciał król bliżéj podchodzić, aby wojsko mieszkańcom mimowoli ciężarem się nie stało, bo utrzymać ciurów szczególniéj zawsze trudno. Na prośby jednak Biskupa i starszyzny, którzy do stolicy zapukali bardzo uprzejmie, nie więcéj jak w kilkaset koni pojechał.
Życzyli sobie aby im dał znać gdy przybyć ma — aby go przyjęli uroczyście, ale król tego nie chciał i ruszyliśmy niespodzianie, a Prut przebywszy u ujścia do Bachlui, pięknemi łąkami dostaliśmy się do Jass na zamek wprost.
W mieście ledwie się spostrzegli że przybywamy, biskup, duchowieństwo, mnichów moc zebrała się na powitanie, — król bardzo łaskawie z niemi rozmawiał i obiad zjadłszy siadł na koń objeżdżając cerkwie, miasto, rynki. Położenie mu się bardzo podobało, bo w istocie piękne jest i wesołe. Ogrody i winnice do koła.
Po powrocie do obozu wysłał król dla załogi półtora tysiąca piechoty i osiemset koni, a resztę cofnął nazad.
Zamiarem było Sobieskiego Wołoszczyznę zająć całą, postępując aż do Dunaju, i osadzając załogi po opuszczonych zamkach i miastach, — a bodaj i zimę tu z wojskiem przepędzić.
Król przez swoich tatarów i turków, których miał przy sobie, a ci się do niego jak do ojca przywiązywali, miał zawsze najlepsze wiadomości z Konstantynopola i teraz wiedział że turcy naprzeciw niego gotowali się we czterdzieści tysięcy więcéj wysłać nie mogąc bo zewsząd byli oskoczeni. Do nich mieli się przyłączyć Tatarowie Pogajscy i z Budziaku. Spodziewał się król jedną bitwą szczęśliwą rzucić popłoch na ordy i przepędzić je precz z Bessarabij i sąsiednich krajów.
Pochód nasz się przeciągnął z tego powodu że krom Prutu wody nie było nigdzie i dla niéj musieliśmy się ciągle trzymać po nad brzegami.
Z obozu na téj równinie Cesarskiéj, gdzie król opłakiwał zgon dziada swojego i nabożeństwo za jego duszę odprawiać kazał, wojsko szło daléj do Falesi, mało nie dwie niedziele jakom powiedział, dla wody. Zapewniano króla że zamek znajdzie opuszczony jako inne — ale nie w gorszym stanie od nich — tymczasem na miejscu się okazało, że tylko gruzy z niego obalone na kupy pozostały. Ani jednego budynku — ani jednéj ściany całéj nie znaleźliśmy, oprócz kościoła. Ale gdyby nawet i w lepszym stanie zamek się okazał na nic by się nie zdał, jak twierdzili inżynierowie — bo dokoła był opasany wzgórzami nad nim panującemi, tak że jak w kotlinę do niego było można strzelać.
Posucha — znużenie wojska, kraj pustynny, — skłoniły króla daléj już nie idąc zawrócić, odkładając na rok przyszły dokończenie. Załogi tylko po zamkach miały się wzmocnić. W Gałaczu most wystawiono i przeprawiliśmy się za Prut, gdzie paszy i lasu było poddostatkiem.
Czwartego dnia po rozpoczęciu odwrotu od Falesi, pokazali się nam po raz pierwszy tatarowie, i tu dopiero się rozpoczęła taka heca, na którą patrzeć było a dziwować się tylko, a kto tam był nigdy jéj nie zapomni. Szli naprzód tatarowie po jednéj stronie rzeki, my z drugiéj, krok w krok za nami, ale prawie nas nie śmiejąc zaczepiać, tylko hałaśliwemi krzyki i wrzaski. Potem przeprawili się na naszą stronę, trzymając zdaleka.
Między naszem kozactwem a ciurami i niemi poczęła się nieustanna szermierka. Nieupłynęło godzin kilka żebyśmy języka nie dostawali.
Zasadzano się w wąwozach po nad rzeką na Tatarów, po zaroślach, po dołach i chwytano ich ciągle.
Tatarowie żeby nam utrudnić pochód, zapalali suche trawy, które płonęły jak słoma. Wiatr niósł zwęglone badyle, popioły, czarny proch, a że żołnierz był dla okrutnego gorąca ciągle w potach, a sadze te na nas osiadały, wyglądali wszyscy jak murzyni. Króla nie było można poznać, ale śmiał się spluwając. Co było robić, królewicz Jakub — który nam towarzyszył wraz z garstką francuzów i kozakami puszczał się bardzo zuchwale na tatarów — tak że pokilkakroć był w srogiem niebezpieczeństwie, ale mężnie sobie poczynał.
Daléj już i tureckie wojsko i obozy z działami wystąpiły, ale ciągle się trzymali po drugiéj stronie rzeki, do któréj dostać się dla napojenia koni było trudno bez strzelania i krwi przelewu. W pustyni téj którąśmy przebywali krom ogórków i kawonów żadnego posiłku nie mieliśmy, ale z tych tylko biegunka i śmiertelność rosła.
Pomimo trudności pochodu i ciągłéj czujności dniem i nocą, pożarów tych, skwaru okrutnego — niebezpieczeństwa, wojsko było takim duchem ożywione iż niemal za zabawkę sobie poczytywano te harce z turkami, w których kozacy się szczególniéj odznaczali. W stepach tych ciągle ogromne mogiły odwieczne, groby jakieś spotykaliśmy, z których wierzchołka można było cokolwiek daléj okiem sięgnąć...
Ledwieśmy którą z tych mogił opatrzywszy odeszli, tatarzy za nami idący natychmiast na nią się wdrapywali.
Młodzież z tego korzystała aby im sztukę spłatać i zakopywała bomby z długim lontem tlącym się, pokryte darniną. Tatarowie się zbiegali na wierzchołek mogiły i w powietrze ich wysadzało. Tak samo zdechłe konie, na które łakomi byli nasi im faszerowali bombami — i ginęło ich tak różnemi sposobami, w zasadzkach bardzo wielu...
Król się z syna cieszył iż śmiało i ochotnie codzień dokazywał tak że niewolnika mu przyprowadzał — ale obawiając się o niego straż mu dodawać musiał, bo był kilka razy tak osaczonym iż ledwie go odbito...
Z tatarami tysiącznemi sposoby igraszki sobie krwawe czyniono, na mogiłach, na ścierwie końskiem, na starych połamanych wozach, które gratami napełniano... chciwi tak byli lada mizernéj zdobyczy, że się ciągle na to brać dawali.
Dziś mi już spamiętać trudno wszystkich tych utarczek, które dzień w dzień po sobie następowały i, co prawda, nie dawały nam spoczynku. Strat z naszéj strony nie było znacznych, ale wojsko i przodem i czuwaniem wielce było zmordowane. Parę razy turcy nam zaskoczywszy drogę z działami na zakrętach rzeki niby do boju wyzywali, ale nasze działa bardzo prędko ich zmuszały poprzestać ognia i ustępować. Nasza lekka jazda też kilkakrotnie się przedostała na tamtą stronę i wpadła po nocy na ich obozowiska, znaczną rzeź w nich sprawując i popłoch roznosząc — ale z tego wszystkiego skutku nie było żadnego ani korzyści.
Król fatygi niezmierne téj wyprawy znosił tak szczęśliwie że podziw było na niego patrzeć. We wszystkich tych niewygodach, trosce o wojsko, głodzie i skwarze, nigdym go takim nie widział jak nieraz w Żółkwi lub Jaworowie, gdy mu jejmość, siejąca niezgody, kłótliwa, gniewna życie zatruwała.
Takeśmy znowu przyciągnęli na owe pamiętne pola pod Cecorą i tu postanowiono tegoroczną wyprawę dokończyć, wzmacniając tylko załogę w Jassach piechotą, działami, kulami i prochem.
Królewicz Jakub, kilku francuzów i ja z niemi dojechaliśmy do monumentu i pyramidy wzniesionéj na pamiątkę poległego tu z synem Żółkiewskiego, gdzie dotąd zachowany napis łaciński czytaliśmy.
Wszędzie po drodze w zamkach król załogi poumieszczał, mury naprawiać i okopy sypać nowe nakazał. Można więc było pocieszać się tem że choć żadnego zręczniejszego nie odniósł zwycięztwa, przecież opustoszały kawał kraju na nowo do życia przywrócił i handlowi który tą drogą iść był zwykł dawniéj, na nowo ją otworzył i zabezpieczył...
Rozpisałem się nieco o tem na com patrzył, mogę powiedzieć z królewskiego namiotu, z którego mi się cała ta wyprawa nie tak skwapliwą wydawała jak ją późniéj z innych ust opisywaną słyszałem. Trudno dziś wszystko zapamiętać. Nie jeden raz sprzeciwiano się królowi, do odwrotu naglono, narzekano, wojsko się skarżyło, przecież strat nie mieliśmy znacznych, a król sądził że zajęciem Wołoszczyzny cel na teraz osiągnął.
Ja ze dworem naszym i panem do Żółkwi powróciłem, gdzie nieraz służba cięższą mi była niż w polu... W Żółkwi mieliśmy wypoczywać, ale nas tu już poselstwo moskiewskie oczekiwało, zjazd Senatorów i szlachty ogromny i powszednie nasze kłopoty, od których król nigdy wolnym nie był.
Trzeba na to było patrzeć a słuchać. Zabiegano o każdy wakans tak zawczasu, że jeszcze nie ostygł, albo i nie umarł ten co urząd albo Starostwo trzymał, a już dziesięciu się ze swemi zasługami dla ojczyzny, królowi naprzykrzało. Łapano go w ogrodzie, na polowaniu, w stajni, wkradano się do antykamery, przekupywano ludzi, zyskiwano O. Votę, Junosza, Betsala, Arona, Wardeńskiego. Król w końcu znużony ulegał.
Ledwie słowo dał, gdy królowa wpadała z zawiadomieniem że ona już komu innemu wakans przyrzekła. Więc wojna, rzucanie drzwiami, krzyki, mdłości, wymówki, symulowana choroba, króla ani na oczy.
Sobieski zaś gdy raz komu słowo dał, święte u niego było. Więc co jego proszono, on się wypraszać musiał a zaklinać aby go dla miłości Bożéj zwolniono, bo mu marnie ginąć przyjdzie.
Matczyński, O. Vota, albo kto z bliższych musiał w sukurs przychodzić, aby inaczéj uspokoić petenta a króla wyswobodzić z męczarni.
Trafiało się to nie raz w miesiące, ale niemal każdego dnia. Królowa od wakansów brała jawnie pieniądze, czasem je i dla króla warowała.
Całą pociechą było staremu, gdy wieczorem, dzień ciężki przebolawszy, na rozmowę około siebie zgromadził duchownych i światłych ludzi, najczęściéj cudzoziemców. Tu rozprawiając o nieśmiertelności duszy, o końcu człowieka, o religji, obyczajach, o nowych wynalazkach, których był nadzwyczaj ciekawym i chciwym — zapomniał co przecierpiał, aby nazajutrz znowu pod toż samo jarzmo powrócić.
Chociaż ciągle mając go na oczach, nam domownikom mniéj się może dawało czuć powolne starzenie się i ociężałość — wszelako i my nawet widzieliśmy go coraz częściéj cierpiącym.
Troska o rodzinę, niesnaski z żoną, polityczne zabiegi, które nieustannie go otaczały w ostatku gotująca się walka między synami, którą królowa podsycała swą niechęcią dla Jakuba a pieszczotami Aleksandra i Konstantego — nawet tak świętéj cierpliwości człowieka w końcu złamać musiały, tracił wiarę w ludzi i ochotę do życia, czuł że swéj woli nie mogąc mieć teraz, po zgonie spełnienia jéj spodziewać się nie może...
Bolał więc i drętwiał tak w oczach naszych powoli.
Bywało też żem sypiając z Morawcem obok niego, pierwszego przechodzącego widział gdy się obudził. Nogi mu już często brzęknąć poczynały, owa blizna jeszcze pod Beresteczkiem otrzymanéj rany przypominała się, gdziekolwiek dawniéj stłuczenia miał na ciele teraz się odzywały łamaniem w kościach. Naprzód więc z francuzem sługą razem i felczerem musiał mieć do czynienia. Potem dopiero z odzieżą myśmy przystępowali. Naówczas często rozmowami nas zabawiał i wypytywał. Pomnę raz w Żółkwi, sam byłem przy nim, bo Morawca do ogrodu posłał po owoce.
— Cóż ty, stary — zapytał mnie śmiejąc się — nie myślisz się żenić! a jużby ci czas.
— Ochoty nie mam, rzekłem.
— O! o! tak rozumny jesteś? odparł, a też Boncourowa?
— Właśnie mi ta do małżeństwa dysgust taki sprawia — mówiłem śmiało. Piękność jéj po dziś dzień mnie czaruje, ale co potem, kiedy serca niema — a płocha nad wyraz..
— Ale nie wszystkie się w nią wdały — rzekł król mógłbyś sobie znaleść inną.
— N. panie, odezwałem się śmiało — do innéj serca niemam, a ta którą wybrałem serca nie warta. Nie pozostaje mi więc ino.
— Cóż! chcesz kapucynem zostać? — rozśmiał się. Wiesz że dla tych moich najulubieńszych dzieci Św. Franciszka budują klasztor w Warszawie. Chcesz tam być pierwszym brodatym mnichem polskim?... hę?
— N. Panie — na zakonnika ja się też nie czuję powołanym. Brata już mam u OO. Jezuitów...
— Wiem.
— Dosyć będzie jednego — dodałem...
— Wielki rozum masz — rzekł po namyśle Sobieski, ale przecież końca nie widzę. Starym kawalerem zostać nie dobra rzecz. Wprawdzie Polanowscy przez to nie wygasną, bo was dosyć jest, ale co na starość sam robić będziesz?
— Bóg wie, czy ja jéj dożyję — N. Panie — odrzekłem.
Na tem się skończyło, ale król mnie zawsze potem rozumnym zwał i tłumaczył to wszystkiem tem żem kochając się w płochéj kobiecie, namiętności nie uległ.
— Niewola namiętność — powtarzał — a kto się jéj raz da obuzdać, już go nie puści aż do zgonu.
Mówił to sam o sobie... chociaż, mnie się zdawało że wielka ta miłość dla wszystkich śliczności Marysieńki bardzo już była osłabła — królowa hoża, była jeszcze ale po pięćdziesięciu leciech, przy największem staraniu o zachowanie świeżości i piękności, kosmetykach, smarowaniach, bielidłach i barwiczkach... młodości przywrócić nie było sposobu...
Królowi na Rusi było jakoś najlepiéj i najswobodniéj, czuł się tu w domu, i rad przesiadywał, ale i to go tu trzymało, że z Kamieńca oczów nie spuszczał. Nic już więcéj nie pragnął nad to aby go mógł odzyskać.
Królowa zaś, choć nie z przywiązania ale z interesu rada go była do Warszawy i Wilanowa wyprawić, zapobiegając temu żeby się już na nowe wyprawy nie puszczał. Obawiała się bowiem zgonu jego, wiedząc jakie on mógł i musiał sprowadzić zamięszanie.
Szło jéj o to aby Jakuba jako narodzonego za Marszałkowstwa Sobieskiego od tronu wyłączyć, a Aleksandra w miejsce jego postawić, który był synem królewskim, o czem król słuchać nie chciał. Kochał on wszystkie swe dzieci równo, ale dla Jakuba miał najwięcéj słabości, bo go widział pokrzywdzonym...
Królowa się nie kryła z tem, że go nie cierpiała, a i on też w końcu ostykł dla matki, z Aleksandrem prawie się nie spotykał, tylko gdy musieli oba się stawić na pokojach.
Myśmy wypocząwszy tego roku w Żółkwi, pojechali do Lwowa, gdzie przez kilka tygodni król wypoczywał, ciągle tłumem szlachty i panów otoczony.
Następnego roku, król już sam nie wychodził w pole, wyprawił królewicza Jakuba z Jabłonowskim i Sapiehą, — ale nic nie sprawili, tyle tylko, że turków zaalarmowali. Sejm króla znowu struł, i zszedł na niczem, dzięki francuzkim zabiegom.
Litwa z Polską w czasie tym niemal do wojny przychodziła — tak że dnia nie mieliśmy spokojnego, — królowa, hetman i cała partja francuzka żgała przeciwko nieszczęśliwemu panu, tak że myśmy musieli strzedz aby niepoczciwych paskwilów i wizerunków, w których był na pośmiewisko wystawionym, nie znajdował na wrotach i drzwiach przybitych...
Malowano go bezecnie z ojcem Vota i Jezuitami odprawującym procesją sromotną — a znajdowali się słudzy co po pokojach rzucali te szkarady... Serce boli pisać o tem, a pióro się wzdraga.
Nie jeden raz ale niezliczoną ilość razów znajdowałem go i słuchałem lamentującego przed biskupem Załuskim nad przyszłością Polski.
Mógł sobie wprzódy król pochlebiać, że Jakubowi tron zapewni — ale też we własnéj matce znajdował nieprzyjaciela, a dwór rakuzki też na monarchją dziedziczną w Polsce dozwolić nie chciał...
O sejmach pisać nie chcę i nie mogę, znajdą się ich diarjusze mniéj więcéj wierne, na srom nasz i pohańbienie. Przeciwko intrygom królowéj, rzucającéj się namiętnie na jedną lub drugą stronę, przeciwko fakcjom panów, współzawodnictwom prywaty... bohaterstwo Jana, ani wielki umysł jego, ani serce szlachetne nic nie mogło...
Pod koniec panowania wielki ów gmach staréj rzeczpospolitéj, która się zwycięztwami orężem Jana podniosła i uratować mogła — zaczął grozić ruiną. Prawda, że wpływy obcych mocarstw się do niéj wielce przyczyniły, że na téj naszéj krwawéj szachownicy rakuski dwór i francuzki walczyły z sobą o lepszą, ale bez naszego rozprzężenia, nieładu i prywaty nigdy by do téj ostateczności nie doszło.
Mnie tylko miłość dla króla trzymała przy nim, bo mi tu wszystko srodze zbrzydło.
Wcisnąwszy się do izby sejmowéj nieraz człek niewiedział, czy płakać, czy siekać i rąbać zuchwałych warchołów. W oczy nieszczęśliwemu panu rzucano przezwiska tyrana, despoty, ciemiężyciela, dążącego do zagłady swobód... Wołano aby przestał rządzić, a gdy on sam już gotów był złożyć koronę, niedopuszczano...
Pamiętam tę poruszającą scenę, gdy wytrwawszy obelżywości — nawoływanie, szyderstwa, wstał prawie ze łzami w oczach i przemówił ze łkaniem w głosie.
— Bóg mi poszczęścił w bitwach, mówił — ale ojczyzny ocalić nie zdołam... Pozostaje mi zdać zbawienie jéj nie na los, bom chrześcianin i wierzę w opatrzność Bożą — ale na to co Bóg przeznaczył. Nie wierzę w wieszczby żadne, w wyrocznie i sny prorocze. Wiara mnie uczy, że wyroki Bozkie spełnić się muszą. Potęga i sprawiedliwość tego, który rządzi światem, losy narodów naznacza, tam gdzie za żywota panującego wszystko wolno, gdzie ołtarz przeciw ołtarza stawią ludzie, gdzie cudzych bogów sobie szukają, tam pomsta Najwyższego niedaleka.
Panowie Senatorowie — w obliczu Boga świata, rzeczypospolitéj całéj, świadczą o mojem poszanowaniu swobód naszych, poprzysięgam zachowanie ich takiemi jakiem je miał powierzone.
Nic nie potrafi zachwiać moją wiernością dla tego świętego depozytu, nawet niewdzięczność, ten potwór natury. Gotowem do ostatka życie święcić na ołtarzu religij i rzeczpospolitéj, spodziewając się Bożego miłosierdzia, którego poświęcającym się dla narodu, nigdy łaska pana nie odmawiała...
Dopiero mowa ta poruszyła serca, kardynał Radziejowski przyszedł do tronu, protestując w imie rzeczypospolitéj, że wiary panu swemu dodawać miała... Uniosła się cała izba żałością wielką i wzruszeniem — głosowali jako jeden, ale trwało to właśnie, ile czasu zabrało wyjście z sali... Ci co się w niéj popłakali, śmieli się już wyszedłszy, bo u nas gorączki dostać zawsze równie bywało łatwo jak jéj pozbyć.
Po tym sejmie na następnym zaraz fakcje wystąpiły z taką siłą jak przedtem, królowę mając na czele. Rzecz by się zdawać mogła nie do wiary, gdyby nie była, niestety — aż do zbytku sprawdzoną i jawną. Nie odkrywała się królowa, że swem wspólnictwem w intrygach Jabłonowskiego, Opalińskiego, Lubomirskiego, Rafała Leszczyńskiego, ale król ich się mógł domyślać, albo i zawiadomionym był przez Matczyńskiego i biskupa Załuskiego...
Weszło we zwyczaj króla malować na różny sposób wykrzywiającego, — który choć podpisanym nie był po otyłości, i wąsach każdy go rozpoznał łatwo.
Dawniéj tedy w processyi idącego z O. Votą a teraz z okazij układów z hollendrami, konterfektowano go jako kupca, któremu żydzi pomagali ładować kieszenie.
Niepraktykowane to dotąd u nas zuchwalstwo, poszanowania dla majestatu nie mogło powiększyć — a że uchodziło bezkarnie poczynano sobie z królem jak z bezbronną ofiarą. Biskup Chełmiński Opaliński w oczy królowi rzucił na sądach sejmowych: Bądź sprawiedliwym lub przestań panować. — Nie uszło to wprawdzie całkiem płazem biskupowi, bo się na niego oburzono, i kasztelan Sandomirski zawołał że Polska choruje na gorączkę, a nie będzie zdrową aż jéj krwi upuszczą...
Opaliński uląkłszy się téj pogróżki zemknął. Złapano go, przyprowadzono i na klęczkach musiał króla przepraszać, który wszystko i zawsze przebaczał. Nie było przykładu ażeby na kogokolwiek nastawał, ale tą dobrocią więcéj ośmielał niż rozbrajał.
Matczyński Wojewoda Bełzki, który grozą był przejęty, krzyknął naówczas że wszystkich biskupów warto było do kupy zebrawszy, do Rzymu odprawić... Obrażony Załuski na to:
— Zapominasz, panie Wojewodo że my nim zostaliśmy biskupami, byliśmy szlachtą i zasiadamy tu takiem prawem jako i wy.
Dopiero ich król łagodnie się wdawszy pogodził. Sejm zszedł na kłótniach, bo i o dobra Radziwiłłowskie na Litwie, które konfiskować chciano dla Jakuba królewicza, zatarg był z Sapiehami. Zerwał Sejm jeden, potem drugi warchoł, bo nieprzyjaciele królewscy postanowili go niedopuścić — poszli za nim w pogoń — aż do pałacu Hetmana litewskiego, do którego się schronił napróżno. Ten w oknie lulkę kurząc na zapytanie o zbiega, szydersko im odpowiedział że pan Bóg mu straży nad tym bratem nie powierzył.
Nadeszła noc, tumult w izbie nie słychany, litwin biskupowi po omacku policzek daje, — szable dobywają, — zgroza. Brandeburgski minister z kieszeni list gubi, w którym stoi, że Sapiehowie wzięli sześćdziesiąt tysięcy aby Sejm zerwać — i nic im za to. Powracają bezkarnie do domów zostawując króla i rzeczpospolitą na lodzie.
Do wszystkich tych zgryzot przybyła sprawa Łyszczyńskiego, oskarżonego o to że w Boga nie wierzył, którego na ciężką śmierć osądzono, czego ani Ojciec Św. Innocenty XI nie pochwalił, ani król bez utrapienia i boleści nie mógł przenieść bo się zdawna w Polsce nie trafiło, aby tak okrutnie bezbożnych karano.
Drudzy zaś nawet Łyszczyńskiego niewiernym głosili.
Przywiedziony do ostatka polecił już Sobieski kanclerzowi akt abdykacji przygotować, gdy — królowa przestraszona, nie pewna przyszłości, zapobiegła aby nie przyszedł do skutku.
Ja w tych czasach naprzemiany to przy królu, to w domu przesiadywałem, gdyż matka moja najukochańsza, coraz słabszą się czuła i chociaż gospodarstwa z rąk nie puszczała, już mu nie mogła podołać sama, i zięcia na pomoc wzywała, a do mnie nakazywała abym nadaremnie przy dworze nie wisiał. Król wistocie, chociaż mi się zdawna obiecywał, nic dotąd prawie dać nie mógł, bo wszystkie do rozdania wakanse, bodaj najmniejsze zawczasu królowa przyrzekała — tak że jam zawsze przybywał po harapie.
Król naostatek, mimo francuzkich intryg Jakuba, o którego przyszłość się obawiał, zdołał ożenić po myśli z księżną Neuburgską. Bethune się wściekał, dużo pono pieniędzy wysypał, ale zapobiedz temu nie potrafił.
Wszyscyśmy to naprzód przewidywać mogli iż królowa JMość synowéj swéj pokoju nie da i życie jéj zatruje...
Tak się też stało. Jako Jakuba żona, młoda, piękna i z rodu wysokiego, podobać się nie mogła i musiała być na różne sposoby prześladowaną. Aleksander ledwie dorastający, stawał przy matce przeciwko bratu, a król? Król powoli, nie mogąc niczemu już zapobiedz, w oczach nam drętwiał i stawał się obojętnym na wszystko. Nie poruszały go już ani paskwillusze, ani konterfekty złośliwe ani głosy sejmowe, ani zamkowe waśnie, które zwykle od tego się poczynały, że ktoś ze sług królowéj zadzierał się z naszemi, a od czeladzi szła waśń do góry i kończyła się aż między królową a mężem. Jan nasz dla najukochańszéj Marysieńki w słowach był zawsze dawnym owym Celadonem i Orondatem, ale czasem się to wydawało ironją gorzką, gdy te imiona zapomniane na usta wróciły... Post tot discrimina miłość ta czysto cielesna, musiała ostygnąć... a innéj dla królowéj mieć i zachować nie było można. Jawnem było i dla króla że Marja Kazimira gotową była ślubować Jabłonowskiemu gdyby go na tron wyniesiono... że więcéj się troszczyła o skarby zachowywane częścią w Żółkwi, częścią w Warszawie i Gdańsku, niż o serce mężowskie.
Przychodziło do tego, że gdy nie domagał, przez Załuskiego, przez kogo tylko zdołała, starała się wrzekomo dla spokoju i zgody nakłonić króla aby ostatnią wolę swą spisać kazał. Przy tem spodziewała się natarczywością dla siebie naprzód, potem dla Aleksandra wyrobić znaczniejszą cześć spadku.
Ale tu się okazało, jak temu naszemu panu serce już dla niéj, a nawet dla dzieci krom Jakuba ostygło...
Nalegania więc, napomknienia, rozmaite środki jakich jejmość zażywała, aby króla skłonić do uczynienia testamentu, rozbiły się o tę jego ostygłość, odrętwienie jakieś i obojętność na wszystko.
Bywało tak że gdy Załęski biskup kijowski do niego przychodził, i zawiązywała się między niemi naówczas długa rozmowa, drzwi między sypialnią a gabinetem, w którym zawsze jeden z nas blizko progu siadywał, stały otworem. Łacno więc było słyszeć wszystko co mówili. Dziś mi to powtórzyć trudno, ale sens ogólny tych rozmów przytomnym mi jest, jakbym ich jeszcze słuchał.
Biskup oczewiście jako kapłan duchowny, wszystko tłumaczył i do woli Bożéj odnosił — król też nie inaczéj mniemał, ale wpadał zaraz w ogólne uwagi nad kondycją ludzką, nad niestałością rzeczy ludzkich nad płochością serc i przewrótnością.
Ciężko pod ostatek życia na los swój narzekał, nie zdradzając się z tem co myślał, iż wszystkiego przyczyną była królowa i namiętność jego dla niéj.
— Pan Bóg mi, jak na igraszkę, mawiał do biskupa dał wszystko czego tylko człowiek zapragnąć może, zwycięztwa nad nieprzyjacioły, sławę szeroką u ludzi, koronę na skronie, purpurę na ramiona — bogactwa... a no szczęścia nie zaznałem nigdy.
W każdéj rozkoszy robak siedział, i zatruwał ją.
Ludziom się mogłem wydawać tryumfatorem, gdym najbiedniejszym był w istocie.
Ani to moje męczeństwo się komu na co przydało, ani dzieciom, ani Marysieńce, ani rzeczpospolitéj.
Srogim nie umiałem być, boni tego w naturze nie miał, a dobrociąm sobie nikogo nie pozyskał. Z przyjaciół do ostatka mało mi kto został wiernym. Słowem wszędzie i zawsze doznawałem zawodu.
Czasami śmiejąc się do biskupa kijowskiego upewniał że najwdzięczniejsze bywały mu drzewka które sadził, dające owoce i kwiaty.
— Z nich jednych miałem pociechę — mawiał, ale co potem gdy pomyślę że te sady i ulice, którem ja starannie powysadzał w Olesku, w Żółkwi, w Jaworowie, Wilanowie, gdy ja oczy zamknę, los spotka wszystkich dzieł ludzkich. Podziczeje to, albo kto powycina — za sto lat śladu ich nic będzie...
Biskup Załuski, który króla znał, kochał go i wiedział jak z nim poczynać — bardzo zręcznie do testamentu go nakłaniał — bo widział też iż był potrzebnym, aby zapobiedz nieuchronnym zatargom między rodzeństwem, Jakubem i matką a Aleksandrem... Gdy tylko do tego przychodziło, król ostygał.
— Mój ojcze, powtarzał, jam nigdy za żywota nie potrafił woli mojéj przeprowadzić — i posłuch dla niéj wymódz lub poszanowanie, a wy sądzicie, że mnie z za grobu szanować będą?
I zaraz poczynał o czem innem.
Królowa, gdy Załuski był na rozmowie, podsłuchiwała, zżymała się, ale sama nie śmiała nalegać, bo już nie miała dawnéj władzy nad nim.
W 1691 król na wyprawę idąc, choć mu odradzano, dla ran które się odnawiały i dla tuszy a ciężkości — nie mógł się oprzeć temu aby z sobą na prośby królowéj, nie wziąć Aleksandra. Jakubowi to było solą w oku... Począł krzyczeć i narzekać iż to jest spisek przeciwko niemu, że Aleksandrowi chcą dać pierwszeństwo.
O mało nie przyszło do wielkiego zgorszenia i rozerwania uczesnego... bo Jakub manifest chciał uczynić przeciwko ojcu i bratu, a sam się z Polski wynosić.
Król się znalazł w wielkiem utrapieniu, bo go postępowanie pierworodnego oburzyło, na posponowanie Aleksandra pozwolić nie mógł, widział w tém niesprawiedliwość.
O włos że do zerwania z Jakubem nie przyszło, gdyby w porę go nie upamiętano, iż sam na zgubę idzie.
Musiał ojca na klęczkach przeprosić i obaj bracia poszli razem na wyprawę — która króla goryczą nakarmiła, bo ciągle baczyć musiał, aby się ocierając o siebie, nie wybuchnęli tą nienawiścią jaką mieli ku sobie.
Jakuba zuchwalszego trzeba było ciągle mitygować, bo chodził zwarzony i zły ciągle, gdy Aleksander natomiast serca sobie zyskiwać się starał nadzwyczajną uprzejmością dla rycerstwa, łagodnością i szczodrobliwością. Słyszałem króla mówiącego, że mu ta wojna cięższa była niż z muzułmanami.
Jakuba podszczuwano, a i on też sam gwałtowniejszego był temperamentu i na miłość ojca więcéj liczył, Aleksander zaś zwyciężywszy i ojca i nam wszystkim tak był akomodującym się, iż go choć do rany było przyłożyć.
Była to ostatnia króla wyprawa, co on sam pewnie przewidywał, chociaż nigdy nie mówił o tem. Jabłonowski i Sapieha odtąd hetmanić mieli... Obrzydł świat, ludzie i dwór królowi, a od tumultu uciekał i krył się po ogrodach — szukając samotności. Często na niego Senatorowie napróżno oczekiwali, gdy on z Łukaszem ogrodnikiem, w płóciennym kitlu siedząc na ławie, godzinami się zabawiał rozmową.
Gdym mu nieraz przybiegł dać znać, że któryś z Wojewodów lub Kasztelanów czekał — odpowiadał z przekąsem:
— Zamelduj go do królowéj Jéjmości, albo:
— Powiedz Matczyńskiemu niech go zabawia — ja czasu niemam...
Uśmiechał się złośliwie i ręką dawał znać aby mu nie dokuczano.
Wychodził, prawda, potem do swych gości, z dosyć pogodnem obliczem, ale jak skoro który z nich tknął spraw publicznych, natychmiast rozmowę odwracał — albo o owocach, o ogrodzie lub o czemś powszedniem zagajając, tak że gość raz albo dwa poprobowawszy, musiał zmilczeć i odchodził z niczem.
Królowa natomiast zabawiała się, przyjmowała, otaczała dworem i gośćmi, szczególniéj cudzoziemcami, z wielkim przepychem i okazałością ich przyjmując. Ale najczęściéj się tak składało, że król JMość zdrowiem się od tych uroczystości wymawiał i pozostawał w szczupłem kółku przyjaciół na osobności, lub na chwilkę się ukazawszy, znikał, rozbierał się i wygodnie spoczywał, nie mieszając do towarzystwa.
Ojciec królowéj stary d’Arquien, pycha uosobiona, który we Francji niemogąc grać roli jaką chciał, tu sobie stanowisko przywłaszczał, próżności jego dogadzające — prezydował zwykle na pokojach.
Król go oczywiście szanować musiał, ale rad omijał, bo mu rodzina cała dosyć już dojadła... królowa zaś z jednym tym ojcem była w zgodzie, bo z siostrami i szwagrami często rozbrat bywał i na dworze się nie pokazywali. Łaskę u niéj zdobyć było łatwiéj niż ją utrzymać, gdyż ludźmi pomiatała, służyć sobie kazała, zaprzęgała ich w niewolę taką, że rzadko kto mógł wytrzymać. Na dworze wiekuiście, można powiedzieć, panowała wojna, bo bez niéj zgryźliwa królowa nie mogła wytrzymać.
O sobie pod te czasy niewiele mam do zapisania. Boncourowa która się za mąż napróżno wydać chciała ciągle przy dworze królowéj, jak wiele innych wisiała tam się trzymając że zawsze coś miała do doniesienia a gdy plotki brakło, łacno ją z niczego tworzyła. Polowała na wielu, a powracała do mnie, snadź rachując na pewno, że gdy się nic lepszego nie znajdzie, weźmie kiedy zechce. Na tem się wszelako omyliła. Miałem dla niéj zakamieniałą pasję, ale żenić się nie mogłem. Na wsiby ona nie wyżyła, a jam się nie wyrzekał tego by życie zakończyć starym obyczajem w swem gnieździe. Już mi też powoli starzejącemu wszelka myśl ożenienia odeszła — Boncourowa ciągle goniąc za małżeństwem — w końcu zdesperowawszy postanowiła się rozprawić ze mną stanowczo. Zaprosiła mnie więc raz do siebie na ową kawę, która podówczas po Wiedeńskiéj naszéj wyprawie, w używanie wchodziła, choć nie wszyscy w niéj gustowali.
Byłem dla niéj zawsze grzecznym i nadskakującym, bo to już w obyczaj weszło. Siedliśmy naprzód przeciw sobie baraszkując — aż nagle Boncourowa zagadnęła:
— No — a co, panie Adamie, dosyć już długo konkury wasze trwają, trzeba by im koniec uczynić jakiś. Mnie też za mąż wyjść pora... Myślisz się Wmość żenić ze mną?
Ani postrzał w piersi nie byłby mnie raził mocniéj nad to pytanie... Musiałem milczeć chwilę.
— Piękna pani — rzekłem — gdybym się ja ważył z nią żenić, oddawna bym się z tem oświadczył...
— A więc? — przerwała brwi marszcząc groźno — WPan mi dajesz odkosza...
— Uchowaj Boże — odparłem — bo ja to za żart z jéj strony uważam. Żenić się ja niemogę.
— A to dla czego? — spytała opryskliwie.
— Bom ja wieśniak i prędzéj czy późniéj na wieś mi, do mojéj ubogiéj chaty szlacheckiéj powrócić przyjdzie, a Pani tam wytrwaćby było niepodobieństwem...
— Tak waćpan sądzisz? — odparła szydersko.
— Jestem tego pewnym, — rzekłem — dwojeby nas nieszczęśliwych było; — WPani w tym świecie do którego nie jesteś nawykłą, a ja patrząc na nią i téj nieszczęśliwości czując się przyczyną.
Zagryzła usta i pokręciła główką.
— Jakbyś to Wmość dla mnie niemógł do miasta się przenieść, wioskę zadzierżawić i tu sobie stworzyć świat po naszéj myśli.
— Niemożliwa to jest rzecz — odezwałem się.
Rozmowa na tem się urwała.
Musiała zaraz w żart obrócić swą propozycję — oświadczając że mnie tylko probować chciała. Od tego dnia rozbrat wiekuisty pomiędzy nami się począł i zyskałem w niéj nieprzyjaciółkę skuteczną — zabiegającą na wszelki sposób aby mi zaszkodzić mogła. U królowéj więc naprzód postarała się aby mnie jako jéj nieprzyjaciela — całkiem oddanego królewiczowi Jakubowi odmalować. Zrobiła mnie donosicielem, króla podszczuwającym i wielce szkodliwym interesom jejmości.
Postrzegłem to rychło, bo królowa co była dla mnie obojętną, poczęła się okazywać pogardliwą i widocznie mi niechętną.
Król po kilku dniach, zrana mnie spytał.
— Cóż to waszmość królowéj przewinił i naraził się.
— Jako żywo, N. Panie — nie uchybiłem w niczem, ani to było w myśli mojéj.
— Nie poczuwasz się — ale cóś jest? zapytał. Zrób no rachunek sumienia. Ja ci mówię — musiałeś coś zawinić.
— Bóg widzi że się do tego przyznać nie mogę — odezwałem się, ale originem téj niełaski łatwo się domyślam.
— Cóż to jest? pytał daléj.
— Boncourowa na mnie zagniewana, odparłem — i stara się mi tem dokuczyć.
— Zawsze ta dawna miłość! rozśmiał się król.
— N. Panie — ciągnąłem daléj — cała rzecz w tem iż naostatek sprzykrzyła sobie stan wdowi i chciała się wydać za mnie, a jam podziękował.
— Masz rozum — zamruczał król.
— Prosiłbym tylko N. Pana, dodałem, aby temu co przeciwko mnie będzie donoszonem, nie dawał wiary.
— Bądź spokojny. Znam tę starą intrygantkę.
Na tem się dzięki Bogu, skończyło.
Zaraz potem musiałem pobieżeć do domu — bo mi o ciężkiéj chorobie matki siostra znać dała.
Biegłem ani siebie ani konia nie szczędząc na gwałt — bo miałem aprehensję wielką, czy ją przy życiu zastanę — siostra mi bowiem donosiła iż ostatnie sakramenta z rąk Michała przyjęła.
Z bijącem i ściśnionem sercem, dobiłem się nareszcie do domu, nie śmiejąc pytać gdy mnie w progu siostra spotkała.
— Chwalić Boga odezwała się ściskając mnie — matka żyje jeszcze, a ciągle się o ciebie dopytywała i dopytuje.
Przed chwilą z jéj ust słyszałam iż ciebie tylko co nie widać.
Chodź.
Wprost jak stałem szedłem z nią do matki. Siedziała biedna — wymizerowana i blada w łóżku — ostawiona poduszkami do koła. Zobaczywszy mnie — podniosła ręce drżące i gdym ukląkł przed nią, chwyciła za głowę.
Poczęła płakać z radości wielkiéj, ale mówić już prawie nie mogła, tak była osłabioną. Błogosławiła tylko mnie i nas wszystkich, rozweselona, z twarzą pogodną — żegnając się z nami, zalecając miłość i zgodę.
Była godzina dziesiąta na półzegarzu gdy przyjechałem, a z północy znużona zapragnęła spocząć, oczy zamknęła spokojna i już ich nie otworzyła więcéj. Gdyśmy się zbliżyli nad ranem, znaleźliśmy ją wiecznym snem uśpioną.
Wszystko po niéj w takim było porządku, że ani z pogrzebem, ani ze spuścizną nie mieliśmy najmniejszéj trudności ni wątpliwości. Na śmierć się obyczajem dawnym gotując zawczasu, miała wszystko aż do ubrania przygotowane — światło nawet kupione. Pieniądze dla rozdania ubogim, duchowieństwu, kościołom były popieczętowane i pozapisywane, o czem siostra miała wiadomość, odprowadziliśmy ją do grobu naszego do Łucka.
Ze spadkiem nie było też najmniejszéj trudności między rodzeństwem. Michał się wszystkiego zrzekł na nas, a my z siostrą byliśmy zgodni. Mężowi jéj puściłem Polankę, to sobie warując abym każdego czasu dwór miał dla siebie ekscypowanym, gdyby mi powrócić przyszło.
Miałem bowiem to mocne postanowienie, iż po śmierci króla, ani Jakubowi, ani Aleksandrowi z królową służyć nie będę, a na wieś powrócę.
Pochwalała to siostra z tem tylko, że mi koniecznie żony szukać chciała, — co zbyłem śmiechem, postanowiwszy nie żenić się wcale. Przeciw temu ona protestowała, że to nie może być.
Zabawiwszy w Polance dla spoczynku i ułożenia się ze szwagrem, powróciłem na sejm 1695 roku do Warszawy. Oddalenie się moje nie trwało nad kilka miesięcy, alem pana znalazł — znacznie słabszym i cięższym niżem go odjechał...
Na pokoje do gości prawie nie wychodził pod tym pozorem, że mu nogi brzękły i że często mu się w głowie zawroty trafiały. Wieczorami się wszyscy zbierali do króla na uczone rozmowy, które stanowiły jego jedyną rozrywkę — bo go od świata i jego niesmaków, odrywały.
Najczęściéj się kółko to składało z ojca Voty, z przybyłego z Francji, bardzo przebiegłego i miłego w towarzystwie ks. Polignaca, biskupa Załuskiego, doktora O’Connora, a nawet doktora żyda Jonasza, którego król przypuszczał chętnie.
Żydzi ci Jonasz, Bethsal, Aaron — wogóle u nieprzyjaciół króla byli narzędziem przeciwko niemu. Gdy nie było czem mu dokuczyć, jak to pospolicie mówią niemogąc konia uderzyć, bito po hołoblach, — prześladowano potrzebnych panu i posługujących mu Jonasza, człeka rozumnego i statecznego, Bethsala, który około pieniędzy chodzić umiał, ba nawet Aarona, prostego faktora, którego król tu i owdzie posyłał.
Przyszło do tego, że na żydów wzniecono burzę wielką jakoby oni pośrednikami byli do sprzedaży urzędów i wakansów, za które pieniądze pobierali. Mówiłem o tem już, że za królowéj Maryi Ludwiki, która tę praktykę porękawicznego zastała już w Polsce, za wiedzą króla pobierały się od rozdawnictw podarki, z których nawet tajemnicy nie czyniono, choć to symonja była sromotna. Patrzała się na to młodą będąc królowa Marja Kazimira, a chciwość jéj formalny potem targ ustanowiła za każdy przywiléj i dostojność pobierając dla siebie i dla króla oznaczony podatek. Sami się napraszali ci co otrzymać coś chcieli.
Król czasem dał coś darmo, bo nigdy nie przyjmował nic, ale królowa brała imienia jego nadużywając — naówczas krzyki były, narzekania, wymówki i kłótnie iż często podpisany już przywiléj dla świętego spokoju rezerwować przyszło.
Trwało to przecież pół wieku już i choć sykano nikt się publicznie skarżyć nie śmiał, bo kupujący również winien w takim frymarku jak i sprzedawca... Teraz użyto broni téj przeciw królowi, choć on niewinnym był, bo własny pieniądz, prochy, działa na obronę rzeczypospolitéj bez rachuby wydawał i obwiniano jego zamiast téj, która wszystkiego złego była sprawcą.
Na jednym sejmie, w Grodnie jeżeli się nie mylę Bethsala obwiniono i na śmierć sądzić chciano, pod pozorem świętokradztwa. Zadawano mu, że miał krucyfiks na który przysięgać kazał chrześcianom, a potem go bez poszanowania gdzieś w kąt rzucał — król mu ledwie życie ocalił... Do Jonasza doktora, który Sobieskiemu równie miłym jak potrzebnym był, rzucono się potem, aby królowi przezto dokuczyć — i ten ledwie bezkarnie uszedł prześladowania.
Na Litwie Sapiehowie, których łaska królewska przeciwko Pacom podniosła, rządzili się teraz i dokazywali samowolnie co chcieli. Wywierali oni despotyzm taki, iż się im nic oprzeć nie mogło, a czasu sejmów i w Polsce też réj wodzić usiłowali, mnogich mając przyjaciół i klijentów. Zadarłszy się z biskupem wileńskim Brzostowskim, którego zniszczyli majętności i całą książkę przeciwko niemu wydrukować dali (De Episcopo litigioso) na sejmie 1695 r. Kryszpina siostrzeńca biskupa do laski przypuścić nie chcieli. Zadali mu że szlachcicem nie był popełnili w izbie poselskiéj gwałt na jego osobie, uszło im i to bezkarnie.
Król nie miał władzy żadnéj — a tacy pankowie, wojska na dworze trzymający, otoczeni klijentami — ubogą szlachtą, którą żywili — pozwalali sobie co chcieli — i ani sejmy ani trybunały od ich prepontencij wolne nie były. Najlepsza sprawa przeciwko nim przegraną być musiała — bo szablami pisali sobie dekrety.
W Warszawie naostatek oburzenie było przeciwko Sapiehom takie, a z ich przyczyny i na całą Litwę — że gdy jeden z nich chłopców w palcaty w wojnę się zabawiających zaczepił i pogromił — koronna szlachta rzuciła się na litwinów i byłoby do krwawéj przyszło rzezi w ulicach — gdyby się Sapiehowie nie wynieśli z Warszawy, wraz ze swemi — ale sejm też zerwany został.
Ostatnie te dwa lata, przy ciągłem niezdrowiu królewskiem, niepokoju na dworze dla zatargu z Jakubem zabiegów królowéj aby przed zgonem wszystko opanować — na co już stary zobojętniały pan patrzał zimno, nic poradzić nie mogąc — życie i dla nas przy osobie jego zostających, nie było bardzo słodkiem.
Musieliśmy z kilku wiernemi przyjaciołmi króla na straży stać ażeby mu nieustannie jakąś burdą, skargą i wrzawą nie zakłócano spoczynku.
Widocznem było że się niemal dziecinnie zabawiał fraszkami często — aby daremnie się nie gryźć, na co radzić nie umiał.
Wolał o ogród się troszczyć niż o sejmiki i Sejm, książki sobie kazać czytać i o nich rozprawiać, instrumenty różne nowo wymyślone sprowadzać i z niemi eksperymenta czynić niż de publicis nadaremnie radzić, gdy tu mu nic nie dawano doprowadzić do końca.
Nie jeden raz, gdy z Matczyńskim sam pozostał, a serce mu się zbolałe otworzyło, słyszałem go powtarzającego.
— Co się z tym naszym krajem nieszczęśliwym dziać będzie — gdy ja oczy zamknę — nie śmiem myśleć nawet. Pragnąłbym pewnie tronu dla Jakuba — a życzyć mu go nie śmiem bo zamęczy go nieład jak mnie jak Kaźmirza znękał, a Michała zamordował. Za jego to może dolę, los się pomścił na mnie.
Lecz niechżebym ja cierpiał, ale nie ta nieszczęśliwa Rzeczpospolita.
Dźwignął ją oręż i zwycięztwa — trochę ducha rycerskiego tchnąć się udało w zniewieściałych — cóż potem? Owo rycerstwo się w rokosze obróciło — i w tę anarchję, na którą ani ja, ani żaden z moich nie poradzi.
Jakub też w waśni z matką i Aleksandrem nie utrzyma się pewnie, obu ich wyekskludują, — nie obiorą więcéj Piasta. — Przyjdzie niemiec z rakuskiego ramienia albo li francuz. Oboje licha warte. Gdyby niemiec umiał obuzdać warchołów, ale tego nie dokaże bez gwałtu, a gwałt wojnę domową wywoła. Francuz zaś, kto odgadnie!!.
I wzdychał.
— Wojna z Turkiem, mówił, narzekali na nią że przez nią ja chcę szlachtę wytracić! a ona jedna, gdyby nie konfederacje i związki cokolwiek nas uszlachetniała. Zamiast wojny téj krzyżowéj — wolą się między sobą kąsać i zabijać.
Napastowano króla nieustannie, na wszelkie sposoby o zrobienie testamentu — opierał się do ostatka. — Mówił przed Załuskim biskupem po kilkakroć że się to na nic nie zdało — bo gdy żywego słuchać nie chciano, jak się spodziewać mógł — aby z za grobu słowo jego miało wagę jaką?..
Ale może i nie to jedno skłaniało go do ociągania się. Po myśli królowéj ostatniéj woli uczynić nie chciał — a gdyby testament jéj był nie wsmak, ostatek by mu dni zatruła wymówkami i gniewy, krzykami i narzekaniami.
Tak, w oczekiwaniu ciągłem tego testamentu — nie śmiała go drażnić.
Przychodziła po kilka razy na dzień, wystrojona od swego towarzystwa, woniejąca, niby łagodna i troskliwa o zdrowie, — dopytywała o nie, dawała rady — starała się przypochlebić.
Król zawsze też grzeczny był dla Marysieńki — ale tylko o tyle aby ją ukołysać i nie podrażnić. Miłości tam żadnéj nie było. Wygorzała na popiół.
Uśmiechał się gdy wchodziła — ale swobodniéj oddychał gdy się oddaliła od niego.
Do wszelkich trosk i o Jakuba przyszłość też niemała przybywała. Nie mógł tego nie widzieć że królewicz przyjaciół nie miał, u szlachty miru nie pozyskał. Z twarzy nie miał w sobie nic pociągającego, patrzyła z niéj duma — chociaż niczem jéj osobiście nie mógł usprawiedliwić. Bił się nieraz mężnie — ale wodza z niego się nie spodziewano, nie wsławił się niczem, a takich rycerzy jak on siła mieliśmy w wojsku. Postawa była nie pokaźna, wątła, a strój cudzoziemski i obyczaj francuzki albo raczéj jakiś europejski — choć podówczas już wielu się tak nosiło, nie dawał w nim nawet łatwo, na pierwszy rzut oka poznać polaka. Wyraz oblicza miał zasępiony — ponury, dziki niemal.
Wszystkie potomstwo Sobieskiego, wychowane pod oczyma matki, dumą się odznaczało, na stopniach dworu zrodzonych książąt.
Jakub się spokrewnił z książęty niemieckimi przez małżeństwo swe z ks. Neuburgską, potem na rok coś przed śmiercią króla wydano księżniczkę Teresę za bawarskiego Maksymiljana, młodsi też mogli się spodziewać koligacij nie mniejszych.
Na wiosnę następnego roku, co miał się dźwignąć zimę przebywszy — bo tego doktorowie się wszyscy spodziewali — rachując wedle przysłowia że marzec przeżył, więc siły odzyska — myśmy widzieli go coraz opadającym. Częste miewał głowy zawroty — chodził ciężko i o kiju ledwie się wlókł. Powietrze wiosenne co go miało ożywić, — po przechadzce osłabiało. Czuł się niem jakby upojonym. Doktorowie zapytywani milczeli, a dla nas to miało znaczenie wielkie. Z twarzy ich widać było troskę i niepewność. On przecież wesołym się okazywał i w małem kółku żartował sobie, wcale się nie zdając obawiać śmierci.
Są tacy ludzie, w których życiu ręka opatrzności jest widoczna. Takim był Sobieski przeznaczony na wielkie dzieła a zarazem na utrapienia i upokorzenia; dusza wielka a człowiek słaby, gdy z własną namiętnością miał do czynienia.
Całe to jego życie dziwnie nauczające — a i koniec też jakby umyślnie przygotowany w sam dzień urodzin, którego dnia też na tron był powołany i do drugiego lepszego życia.
Po uroczystych procesjach Bożego Ciała do Wilanowa tłum się gości począł zjeżdżać z powinszowaniem i urodzin i rocznicy. Nie wszystkich do niego dopuszczano — bo go rozmowa i przyjmowanie pustych komplementów męczyło. Czuł się osłabionym, ale umysł miał pogodny i okazywał się wesół.
Dopytywał przybywających z Warszawy ciągle.
— A co tam w mieście? co słychać?
Odpowiadano mu że się wszyscy modlą, panu Bogu dziękując i prosząc go o utrzymanie ukochanego Monarchy w zdrowiu i długiem życiu.
Rozpytywał niektórych o procesje, o celebrujących i t. p. Ksiądz Vota potem mszę świętą w pokoju odprawił, któréj król słuchał z wielkiem skupieniem ducha — skarżąc się tylko że nie mógł komunikować, bo nie był już na czczo.
Chodził po troszę po pokojach — przyjmując przybywających i zabawiając się więcéj słuchaniem rozmów, niż żywym w nich udziałem. Tak cały dzień jakoś szczęśliwie przeszedł, a Janasz i O’Connor obserwowali iż jadł z apetytem.
Wieczorem jak zazwyczaj zeszli się ci, z któremi zabawiać się lubił i około łóżka zasiedli. Tymczasem królowa tłumnie zgromadzonych panów Senatorów przyjmowała wraz z ojcem kardynałem d’Arquien, w paradnych apartamentach — a że im nie żałowano wina, hałaśliwie też dość sprawiali się — tak że do nas vivaty podczas dochodziły, król się uśmiechał, bo oszustwa nie znosił.
Siedzieli przy nim ks. biskup Załuski, ks. Polignac O. Vota i trochę domowników było blizko. Rozmowa się zdawała toczyć obojętnie. Nadeszła królowa dowiedzieć się co się tu działo. Spojrzał na nią jakoś nagle — drgnął i Załuski postrzegł iż się pochylił ku poduszkom.
Nadbiegli doktorowie — ruszony był apopleksją, — mowę postradał. Na krzyk królowéj, który się rozległ po pokojach, Senatorowie od stołu się porwawszy choć niektórzy z nich ledwie się na nogach utrzymać mogli, nadbiegli otaczając łoże. Lament powstał wielki, puszczono krew. Rozeszli się wszyscy. Była nadzieja utrzymania przy życiu — ale trzeba było widzieć ów popłoch jaki się wszczął, owo przerażenie, od którego wielu się otrzeźwiło nagle. Niektórzy natychmiast konie podawać kazali spiesząc do Warszawy — inni pozostali czekając końca.
W tem król tchnął silnie — poruszył się — oczy otworzył — i odezwał się głośno.
Stava bene!
Jakby mu dobrze z tem było iż przytomność postradał.
Nadzieja w nas wstąpiła, ale on snadź czuł że żyć nie może i prosił zaraz o spowiednika. Pozostał z nim zamknięty dosyć długo, bo niemal pół godziny. Zażądał sakramentów i wjatyku.
Królowa biegała poruszona — ręce łamiąc — to się zbliżając do chorego — to odbiegając do okna, to rozsyłając ludzi — to szlochając, to narzekając. Widać było że nie tyle śmierć ta w niéj budziła żalu co obawy o przyszłość.
Po przyjęciu sakramentów, król położył się spokojnie bardzo — ale nie wiele czasu upłynęło, gdy doktór który go za rękę trzymał, puścił ją i powieki zwolna przywarł.
Król nie żył...
Było to mało co po zachodzie słońca, długiego czerwcowego dnia...
Co się potem u nas w Wilanowie działo, jak się zawieruszyło — niepodobna tego opisywać.
Królewicz Jakub udał się był przedtem do Warszawy na Zamek, czy w przewidywaniu zgonu ojca — nieumiem powiedzieć ani twierdzić mogę... Dano mu natychmiast znać konnym posłańcem, ale nie od królowéj matki, tylko ktoś z jego przyjaciół — i to potajemnie...
Słyszałem nieraz z ust samego króla że w chwili urodzin jego, burza straszliwa szalała nad Oleskiem.
Otóż dziwnym trafem, w tę rocznicę, zaledwie król oczy zamknął, nadciągnęła chmura i rozpoczęła się ulewa z gradem i piorunami, z wiatrem takim, że zdawała się chcieć wszystko zburzyć i zniszczyć. W ogrodzie Wilanowskim ze starych topoli kilka z korzeniami wyrwało, dachy pozrywało...
Zwłoki królewskie jeszcze nietknięte leżały na łóżku, gdy nadciągnęła burza i przeraziła wszystkich. Piorun[1] po piorunie waliły w Wisłę i w ogrodzie.
Strach nas jakiś ogarnął, żeśmy poklękali wszyscy modląc się zapłakani.
Królowę kobiety jéj na rękach zaniosły pod kotarę...
Burzy tak gwałtownéj mało kto sobie w życiu przypominał — i nierychło przeciągnęła... Jeszcze się to przyczyniło do zamięszania w pałacu, bo do reszty głowy potracili wszyscy. Ale może najpierwsza się królowa podniosła, do swoich przyjaciół śląc do Warszawy...
Tymczasem gdy królewiczowi dano znać o śmierci ojca, w pierwszéj chwili albo mu źle doradzili, albo sam na tę myśl wpadł żeby na zamku nie dopuścić matki...
Z północy jéj o tem dano znać, iż Jakub od gwardyi odebrał przysięgę wierności, niewiedzieć jakiem prawem, wrota wszystkie pozamykać kazał, silną straż przy nich postawiwszy i nikogo nie dozwalając wpuszczać bez swego zezwolenia...
Dano znać o tem wdowie, która wpadła w gniew wielki, przeciwko wyrodnemu synowi.
Ofiarowali się niektórzy z panów do pośrednictwa pomiędzy matką a synem... i pojechali do Warszawy, ale po kilku godzinach powrócili z niczem.
Jakub ich słuchać nie chciał, upierając się przytem że królowéj niedopuści...
Uchwalono więc aby z ciałem nieboszczyka wraz udała się w uroczystym pochodzie, bo zdawało się niepodobieństwem ażeby syn ojcowskim zwłokom miał wzbronić zamku, duchowieństwu i rodzinie wrota zamykać.
Naprędce tylko obmyte ciało, przyobleczone w szaty jakie się znalazły pod ręką — na wóz żałobny włożono, i pochód się z Wilanowa puścił do miasta. Straszno to powiedzieć, ale doktorowie sami taką zmianę nagłą w twarzy i ciele zmarłego postrzegli, że o truciznie szeptać poczęto...
Ale to wprost była baśń niedorzeczna, bo któż i dla czego mógł mu ją zadać.
Wcale zaś dziwnem nie było, że schorowane stare ciało, przy gorącu wielkiem, bardzo prędko się psuć poczęło.
Lecz do wszystkich nieszczęść jakich ten pan doświadczył i tego było potrzeba aby potwarz taka ze śmiercią jego na świat wyszła. Ludziom zaś łatwowiernym i małego umysłu, milsza taka plotka niedorzeczna niż prawda...
Niepotrzeba było innéj trucizny nad tę jakiéj on codzień zażywał i która mu życie skrócić musiała. Była nią niewdzięczność ludzka, waśń dzieci, zwątpienie o wszystkiem...
Gdyśmy ze zwłokami przybyli do Warszawy, tłumy już zastaliśmy w ulicach, które aż do samego zamku przepełnione były. Stała ta ciżba w smutnem milczeniu, ani się może spodziewając tego widowiska gorszącego jakie jéj królewicz Jakub przygotowywał.
Posłanych przodem dworzan, odprawiono z tem ażeby nadaremnie na Zamek ze zwłokami nie przybywano, gdyż ich straż nie puści.
Gdyśmy o tem się dowiedzieli, duchowieństwo całe oburzyło się strasznie.
Pojechali Biskupi, Załuski pierwszy do królewicza nie z prośbami już, ale z groźbami, iż się dopuszczał wobec całego świata, niesłychanego wykroczenia, ojcu własnemu zamykając drzwi jego zamku, do którego królewicz żadnego prawa nie miał.
Załuski śmielszy wpadł z takim ferworem, iż mu ludzkiem i boskiem prawem zagroził, przepowiadając pomstę niebios za samą myśl tę niegodziwą.
Poczęli też przyjaciele Jakuba reflektować go że się tem światu i rzeczypospolitéj cale niedobrze okazywał i zjednać tem ludzi niemógł, ale ich przeciwko sobie obruszył..
Stały zwłoki jakby litości prosząc u wrót, gdy naostatek otworzono im, zmógłszy Jakuba, i karawan wszedł w podwórze, poczem na ramionach naszych zanieśliśmy ciało do sali, gdzie je w królewskie szaty i insygnja przybrać należało, niżeli na widok wystawione będą i nabożeństwo się rozpocznie.
Korona, berło, jabłko były pod kluczem królowéj. Idzie do niéj Matczyński dopominając się ich...
Pierwsze słowo jéj było:
— Nie dam — nie dam, królewicz Jakub gotów i te klejnoty, kilka kroć sto tysiące wartujące sobie przywłaszczyć, tak jako i cały skarb nieboszczyka pochwycił lub myśli opanować.
Nie dam.
Z królową było gorzéj niż z Jakubem, bo téj ani ów najwierniejszy króla przyjaciel Matczyński wojewoda, ani biskup Załuski, ani ks. Polignac, nie zdołali zmiękczyć...
Matczyński od zmysłów niemal odchodził, ręce łamiąc. Stał u katafalku i płakał... Potem nagle złocisty hełm pochwyciwszy na głowę nieboszczyka włożył...
Otóż jaka była śmierć, ostatnie godziny i początek bezkrólewia po bohaterze.
Czego się już potem spodziewać było można — chyba wojny domowéj, ale nawet z pomocą wszystkich zabiegów królowéj, jéj pieniędzy i zachodów — nie mogła rodzina tak rozdarta, powaśniona... wzbudzić w nikim sympatji ku sobie. Litowało się wielu, nikt nie widział sposobu aby do tronu tego dobili się, do którego królowa i Jakub rościli prawa...
Zrazu to poznać było łatwo, że Piasta ekskluzja spotka, i inaczéj być nie mogło, choć Radziejowski kardynał Sobieskim był oddany. Ani on, ani Załuski, ani poczciwy Matczyński, który wkrótce potem zmarł z żalu, nie zdołali umysłów na stronę rodziny nawrócić. Z wyborem Sobieskich czego innego jak przedłużenia niepokojów domowych spodziewać się niebyło można...
Ja natychmiast po śmierci królewskiéj, zażądałem odprawy i uwolniłem się od służby — chociaż miałem zaległości których na razie uzyskać nie było podobna.
Pozostałem jednak w Warszawie, bo mnie tu sama ciekawość trzymała — a ostatnich czasów kłopoty i nieustanne czuwanie o chorobę mnie przyprawiły taką, że musiałem w gospodzie, którą trudno znaleść było, obledz...
Szaniawski też ani Jakubowi, ani Aleksandrowi się nie dał do służby namówić i dwór pożegnał, jeszcze spełna niewiedząc co z sobą pocznie...
Nie można było przewidzieć w tych początkach, komu tron przeznaczony, aleśmy to tylko czuli że Sobiescy go nie posiądą. Królowéj żaden z nas nie byłby za nic chciał służyć, tak nam ona za żywota pańskiego dokuczyła.
Tuśmy w stolicy byli świadkami tego poruszenia umysłów i powodzi piśmideł, jakie się zaraz z okazji bezkrólewia wylały. Czego niemożna było drukować, to pisano, przepisywano i rozrzucano — hańbiąc i nieszczędząc ani matki ani dzieci.
Królowéj przedewszystkiem już szło nie o tron, ale o spuściznę, którą dla siebie więcéj niż dla potomstwa rewendykowała. Powiadano naówczas, że sześćdziesięcioletnia owdowiałemu kochankowi dawnemu, Hetmanowi się stręczyła, aby z nim podzielić koronę. Lecz Jabłonowski ją już nadto dobrze znał, a głos powszechny go uczył iż z nią i przez nią do niczego by nie doszedł. Patrzał też na los niegdy przyjaciela swego nieboszczyka króla i przekonał się, że korona nie była do zazdrości.
Wojsko się zaraz, pod pozorem zaległych żołdów, skonfederowało, dopominając wypłaty — ale konfederacja ta poddmuchniętą była albo przez rakuzkich lub przez francuzkich intrygantów, którzy się z niéj spodziewali korzystać.
Jeszcześmy byli w Warszawie z Szaniawskim, gdy Jakub, który ciała ojca nie chciał wpuścić do zamku, a późniéj musiał mu wrota otworzyć i ohydę tylko na siebie ściągnął, zmiarkowawszy iż zajście z matką i szczucie przeciwko niéj i Aleksandrowi powszechną zgrozę obudzą, postanowił się z nią przejednać.
My gdyśmy o tem posłyszeli, śmiać się nam chciało, i pamiętam że Szaniawski o trzy garnce węgierskiego chciał iść w zakład iż się nie pogodzą.
Ale do zakładu nie przyszło, bo sam on pomiarkował, że gdyby królowa tylko w tem korzyść dla siebie widziała najmniejszą, gotowa się zgodzić, a nazajutrz pokłócić... Serca w niéj nigdy nie było, pycha rządziła wszystkiem.
Jeszcze teraz, gdy już ze skroni jéj korona ze śmiercią króla spadła, z majestatem swym nosiła się tak samo dumna i otaczała dworem, ceremonją, jakby zawsze królową była.
Ale jak między mężczyznami nie miała przyjaciół krom tych których sobie kupować musiała, a wrogów tysiące liczyła, tak między kobietami, nie wyłączając rodziny własnéj i Sobieskiego żywa dusza jéj nie sprzyjała.
Zapóźno teraz było sobie serca pozyskiwać.
Jakub, gdy mu doradzono, chociażby dla oka ludzkiego tylko, z matką się pojednać, a ta wszelkie pośrednictwo odrzucała i zapowiedziała mu że gdyby się ważył próg jéj przestąpić, każe go służbie precz wypchnąć — namyślał się długo, aż czy to z naprawy czyjéj, czy z własnego planu, postanowił gdziekolwiekbądź jéj drogę zajść, bodaj wychodzącéj z kościoła, paść do nóg publicznie i w ten sposób niejako zmusić do przejednania. Starał się tylko o to, ażeby mieć przy sobie świadków, gdyż na ich przytomność rachował...
Zawiadomiono go, że dnia jednego królowa ma Wizytki odwiedzić i o pewnéj godzinie powracać od nich będzie. Nagotował się więc z przyjaciołmi, których było osób ze dwadzieścia wraz ze służbą, i oczekiwali na przejeżdżającą...
Królowa, któréj towarzyszyła straż tatarska, poznawszy syna i domyślając się o co szło, kazała woźnicy i tatarom aby zawrócili i uchodzili. Jechał przy kolebce starszy podkomorzy jéj Sawicki, któremu też dała rozkaz — aby niedopuszczał spotkania.
Ale panowie Senatorowie towarzyszący Jakubowi zajęli tak ulicę i powóz opasali, że ani ujść ani daléj jechać nie było sposobu. Królowa stukając w szyby wołała ciągle aby jechali, a kroku daléj nie można było przebojem uczynić.
Jakub z konia skoczywszy, prawie się pod koła karety rzucił, nie pomogło to nic. Niechciała słuchać jego, ani żadnego z tych, co w jego imieniu z obu stron się cisnęli, szyby pozamykała, maski, którą miała na twarzy, od opalenia ją nosząc (tak dotąd o cerę była troskliwa) nie zdjęła... — i w najniegrzeczniejszy sposób odprawiła nie już syna, ale najdostojniejszych dygnitarzy, którzy się do zgody przyłożyć chcieli.
Przyjaciele rodziny nieboszczyka króla pomimo tych wybryków królowéj, stali przy niéj długo wiernie, usiłując dopomódz, pogodzić i zburzone ułagodzić umysły. Największe jednak starania biskupa Załuskiego, Kardynała Radziejowskiego, Potockich niepomogły, bo królowa cokolwiek oni uspokoili, postępowaniem swoim gorączkowem burzyła i w niwecz ich zachody obracała.
Mając zdawna wielu na siebie łaskawych, obracałem się ciągle pomiędzy niemi, mało nie codzień widując z Matczyńskim Wojewodą i Załuskim.
Nie spieszyłem do domu, sama ciekawość mnie trzymała w Warszawie, sądziłem że się tu końca téj tragi-komedji doczekam.
Szaniawski mój dał się namówić i wciągnąć do dworu królowéj, która dworzan potrzebowała, a nie łatwo kto do niéj przystał, jeszcze zaś trudniéj się utrzymał — przez niego więc także wiadomości miewałem co się działo.
Na zamku wrzało jak w kotle nieustannie; widocznem było że wdowa korony dla siebie z kimkolwiekbądź więcéj pragnęła niż nawet dla ulubionego Aleksandra.
Stręczyła się więc Polignacowi dla francuzkiego kandydata tak samo jak gotową była austryjackiego przyjąć, gdyby nieżonatym był. Tych co żony mieli samo przez się ekskludowała.
Stara, zwiędła, rozlana, choć zdrowa jeszcze i silna — powabu już dla nikogo mieć niemogła, niegdyś najśliczniejsza Marysieńka. Stroiła się pomimo to młodo, sznurowała usta, przymrużała oczy, — a przy tem brzękała miljonami, o które z Jakubem wojnę prowadzić miała.
Srom było patrzeć na te zabiegi, przez pamięć na tego bohatera, którego imie tak się nikczemnie poniewierało.
Mnie, jakom rzekł, nic tu już po ustąpieniu ze służby nie wiązało, oprócz ciekawości. Do Jakuba się nie mogłem przywiązać, a od Aleksandra odstręczała matka. Trochę znużenia pozbyłem się łatwo wypocząwszy, mogłem więc swobodnie się obracając, być spektatorem tylko, do niczego się już mięszać nie chcąc. Nie suponowałem iż się doczekam tego, że siedzieć będę musiał — poniewoli.
A stało się to z następującej przyczyny.
Miałem sobie przez króla powierzane klucze jego skarbczyka, w którym się część klejnotów, oręża, kosztowności różnych, papierów i pieniędzy przechowywała. Bywało tak że gdym się oddalał na czas jaki, bo mnie posyłał w ważniejszych sprawach, gdy pisać nie chciał, albo pieniądze znaczniejsze przewozić było potrzeba — klucze zdawałem panu a potem je znowu odbierałem.
Między innemi precjozami były u mnie owe sławne garnitury, zdobyte na Kara-Mustafie pod Wiedniem, kosztowne bardzo i piękne. Każdy z nich składał się z bogato sadzonego Sahajdaka czyli, jak u nas pospolicie denominowano, Łubu, z szabli, noża, zegarka i siądzenia na konia.
Jedne były turkusami perskiemi, drugie rubinami malajskiemi, inne perłami urjańskiemi i smaragdami wysadzane. Nie mniejszéj ceny była ich oprawa i robota wielce misterna, a nie w srebro złocone jak pospolicie się trafiało, ale w czyste złoto były osadzane, co łatwo waga poznać dawała. Złożone były w pięknych sepetach, skórami cielęcia morskiego obciągniętych, a tak ochędożnych że je choć w pokojach można było trzymać.
Sama slósarska koło nich robota, godną była oglądania. Czasami król cudzoziemcom i ciekawym gościom pokazywać je kazał, a było na co patrzeć i dziwować się czemu.
Ostatnim razem stały garnitury w Jaworowie, gdy mnie ztamtąd król do Wilanowa posłał. Klucze oddałem jemu samemu do rąk i tylem je już widział. Zdało mi się że one w Jaworowie zostały.
Po zgonie króla ani mi one na myśl przyjść mogły, gdy jednego dnia przysyła do mnie Wojewoda Matczyński, prosząc abym go nawiedził.
Przyszedłem do niego nazajutrz rano..
Znalazłem biednego pana, tak jak był ciągle od śmierci królewskiéj, smutnego, schorzałego. Kaszel go męczył nieustanny i dychawica.
— Mój Polanowski, — odezwał się zobaczywszy mnie i przywitawszy — chciałem się ciebie zapytać — co się stało z temi garniturami, które były pod kluczem u ciebie? Królowa się do mnie odzywa dopominając o nie — i — Panie Boże jéj odpuść, bodaj albo mnie lub Wmości ma w posądzeniu, żeśmy te drogocenne klejnoty przefrymarczyli!! Na waszmości zaś tem cięższe podejrzenie, żeś się zaraz uwolnił ze służby!
Poruszył ramionami, a jam usłyszawszy to, aż do góry poskoczył.
— Na rany pańskie! — krzyknąłem, czerwieniejąc jakby mnie kto krwią oblał — jeszcze mi się to w życiu nie trafiło aby kto śmiał mnie o złodziejstwo posądzać! Stante pede biegnę na Zamek, niech inkwizycją czynią. Mam na to świadków gdym królowi, do Wilanowa jadąc, klucze wszystkie zdał i sepety z niemi, komu je potem zwierzył niewiadomo mi, ale to się łatwo okaże. Ja na mojem poczciwem imieniu nawet cienia takiego posądzenia dopuścić nie mogę...
— Czekaj no, nie strzelaj — odparł śmiejąc się i mitygując Wojewoda — powinno cię to pocieszać, żeś w dobréj kompanji ze mną. Wszyscy przecie wiedzą że Was i mnie o to posądzać, śmieszna rzecz. Królowa nawet sama frymark ten tylko ma na myśli, żeśmy je Jakubowi wydali, a nie sobie przywłaszczyli. Ot co jest!
Musisz przecie domyślać się co się z sepetami stało? Gdzie one są?
— Właśnie że nic o tem nie wiem, bo późniéj o nich mowy nigdy nie było. Król ciągle niedomagał. To wiem, że do Wilanowa jadąc, klucze, jak zawsze, wszystkie oddałem królowi..., a potem ani już skarbczyka, ani garniturów, ani kluczów tych nie oglądałem. Żądam ścisłéj inkwizycji, wyjdzie oliwa na wierzch.
— Daj pokój — odparł Matczyński — samo z siebie wyniknie iż dochodzić będą. Siedź cicho jakbyś niewiedział o niczem. Dosyć wrzawy i zgorszenia bez tego. Być może iż Jakub sobie te sepety przywłaszczył, albo — —
Niedokończył i rzekł:
— Chciałem z ust waszych mieć jak to stoi. Garniturów w Jaworowie już nie ma. Albo je król odesłał do Żółkwi, albo Jakub zagarnął, lub — nie ręczę za królową, choć teraz się o nie upomina aby z siebie to na drugich zwaliła... Zwolna, paulatim, wszystko się wyjaśni. Ani ja, ani wy nie wzięliśmy ich przecie do kieszeni...
— Miałem się już do domu wybierać — odezwałem się, ale teraz krokiem się ztąd nie ruszę, dopóki z garniturami końca nie będzie. Nie mogę dopuścić tego ażeby kto posądzał mnie żem zbiegł ze strachu o inkwizycją, któréj sam pierwszy się dopominam.
Matczyński stał zamyślony pokaszlując.
— Ty wiesz — rzekł potem — iż król mi wszystko zwierzał, największy grzechby był wyspowiadał, gdyby go miał na sumieniu. O tych nieszczęsnych garniturach, któremi się chlubić lubiał, nic mi ostatniemi czasy nie wspominał. O ile przypomnieć mogę, pokazywano je, bodaj pośledni raz Polignacowi gdy przybył, bo ciekaw był wszystko oglądać... Królowa przy tem była i zachwycała się niemi, utrzymując że Sahajdaki do niczego się już nie zdały, że je należało na inne poprzerabiać klejnoty. Król się temu sprzeciwił mocno, chcąc mieć historyczne pamiątki zwycięztwa utrzymane tak jak były... Miały dla niego w tym stanie pretium affectionis. Zamknięto je napowrót do sepetów i na tem się skończyło.
— Bądź co bądź, panie Wojewodo, — odparłem — proszę i suplikuję, aby surową inkwizycją nakazano o te garnitury. Ja się z Warszawy krokiem nie ruszę, aż spokojnym będę, że się one znalazły. Żeby je kto inny, okrom królowéj albo królewicza Jakuba mógł sobie przywłaszczyć i wykraść je, śmieszna pomyśleć nawet.
Kufry były wcale nie małe, na lada wózek ich nawet nie było zabrać, — i stały zawsze pod kluczem, a z twarzy je znali wszyscy.
— Wszystko się tu wyjaśni — czekaj, — rzekł Matczyński — nie gorącuj się tylko i nie mów o tem wcale, bo możesz na siebie gniew ściągnąć. Is fecit cui prodest... Mnie się wszystko zdaje iż królowa dla tego o nie się tak troszczy, że je już musiała sama wziąć. My po nici do kłębka dojdziemy, ale trzeba milczeć, dosyć wstydu i sromoty bez tego... Niech lepiéj przepadają tysiące i krocie, niżby poczciwe imie pana naszego cierpiało na tem. Wiesz Wmość z pisma jako synowie Noego nagość jego i sromotę okrywali.
Nie łatwo mu przyszło mnie zmitygować.
Przypomniałem mu że po obiciu i okuciach sepety były tak znaczne i od innych się odróżniały, że jabym je w piekle poznał... W Wilanowie zaś wszystkie zakamarki zwiedzałem, i wiem że ich tam nie było, na Zamku też pewno niema... Jeżeli w Jaworowie się nie znalazły, a dobrze szukano, należało tam za niemi iść, gdzie reszta skarbu królewskiego złożoną była..
Matczyński mi nie dał dokończyć, ręką zamachnąwszy w powietrzu, i szepnął cicho:
— Nową koronę, berła, jabłko, miecz poświęcany papiezki — królowa trzyma u siebie — sepety u niéj też być muszą, ale się niemi dzielić nie chce... — w tem sekret cały... My tego dojdziemy. Gdyby w istocie zginęły garnitury — byłoby daleko więcéj o nie wrzawy, a tu bardzo cicho się tylko półgębkiem o nich mówi i — sub rosa.
Dobry czas potem jeszcze stękaliśmy z nim razem nad nieszczęśliwem położeniem rodziny ukochanego pana naszego, — który przez nią w grobie nie miał spokoju. Pożegnałem potem Wojewodę, zaprzysięgając mu że się z Warszawy nie ruszę, dopóki sprawa nie wyjaśni się i nie wyklaruje aż do dna. Chciałem się nią sam zaraz zająć, ale mnie Matczyński zaklął ażebym nie poczynał nic, i nikomu nie mówił o tem, a on już wszystko bierze na siebie.
Otóż przez co ja uwiązłem w Warszawie, a że się to dłuższy czas mogło przeciągnąć, mnie zaś izdebka w gospodzie, wśród wrzawy i niepokoju, gdzie coraz nowi ludzie zajeżdżali, a ciągle się trzeba było pilnować, aby uprzęży, okucia a nawet obroków nie odkradano — wcale nie była dogodną; nająłem dworek za krakowską bramą u Glińskich, mały, drewniany ale schludny, przy którym też stajnie były z biedy na dziesięć koni mogące starczyć, masztarnia i wozownia.
Przeniosłem się tam zaraz.
Ale że dworek pustką stał, sprzętu trochę lepszego musiałem sprowadzić z Połonki, reszta się w miejscu dokupiła i tam po niewoli osiadł, z wielkim dysgustem moim — ale, dla poczciwości imienia naszego, tak mi postąpić należało. Com miał zaś rupieci różnych przyzbieranych po troszę, nawzajem do Połonki się odesłało.
Do Matczyńskiego, do którego i tak przywiązany byłem, jaknajczęściéj się dowiadywałem, ale one garnitury teraz jak w wodę wpadły. Powiadał że królowa już o nich ani wspominała.
Tymczasem Sejm Konwokacyjny się otwierał i zaraz w początku, rakuska partja ekskluzję Piasta przeprowadziła.. Cios był wielki, znaczyło to — że Sobiescy musieli się wyrzec nadziei, — synowie ale nie matka! Znalazł się przytem zaraz pogotowiu poseł Horodeński, który huknąwszy veto, narady zerwał, a sam szyję salwując, pod skrzydła związku Baranowskiego drapnął.
Przez to się okazało jak na dłoni, z czyjéj naprawy zerwanie nastąpiło, chociaż i bez tego czuli wszyscy rękę królowéj. Nigdy może tak zapamiętale czynną, rzucającą się, sypiącą pieniędzmi nie była. Na pokojach u niéj od rana do nocy, jak mi Szaniawski powiadał, gdyby w szkole żydowskiéj wrzawa nieustawała...
Baranowskiego tego, głowę związku wojskowego znałem dobrze zdawna. Człeczek był mały i nie znaczący, a podjął się tego przewodniczenia w nadziei jurgieltu i krescytywy. Pamiętałem go takim że mi się do kolan kłaniał, gdym go na kieliszek gorzałki z zakąską kiełbasy wędzonéj zapraszał. Spotykałem się i teraz z nim, ale już nosa do góry zadzierał, a drudzy mu się kłaniali, z czego mi się drwić ino chciało.
I ciąglem mu do ucha kładł:
— Ej, ostróżnie, aby cię los Gąsiewskiego nie spotkał!!
Do tego związku Baranowskiego przyłączyli się potem i Litwini z Michałem Ogińskim i Kryszpinami, wiążąc w konfederację przeciwko Sapiehom. Zaczęła się więc wojna, którą królowa opłacać musiała, a Elekcją do roku następnego odłożono.
Tymczasem tak się wszyscy rozpierzchli, tak dziwnie powiązali, że nawet człowiek co, jak ja, wszystkich znał, nie mógł się zorjentować z kim kto i przeciw komu trzymał. Istny chaos.
Szlachta przeciwko Senatorom gardłowała, jak to u nas zdawna bywało we zwyczaju, Litwa się z Koroną waśniła, rakuzka partja z francuzką darła. Przewidzieć było niepodobna na czem się ten zamęt skończy, bo i królowa przechylała się na różne strony.
Rachowała ona w początkach na Hetmana Jabłonowskiego, ale ten zmiarkowawszy że przyjaźń z nią na sławie mu szkodzi i w ohydę podaje, zdezerterował i przeszedł do partyzantów Cesarskich... Radziejowski, Załuski, Służkowie, Leszczyński, Potoccy, dla pamięci nieboszczyka rodzinę jego podtrzymywali. Ale ona sobie sama tak wiele szkodziła, że jéj nikt w świecie uratować nie mógł.
Ani Jakub, tem mniéj królowa serc sobie pozyskać nie zdołali, jeżeli co zrobili to pieniędzmi.
Jakubowi Cesarz szwagier przyrzekał niby to pomoc i protekcję, ale nie szczerze. Dynastji Sobieskich na tronie sobie nie życzył. Aleksandra żywa dusza oprócz matki nie popierała, mało go kto znał, i chociaż nad Jakuba więcéj miał zalet — nie ufano mu dla królowéj, która go prowadziła.
Rada w radę — ks. Polignac jeszcze był w wielkiem zachowaniu, królowa mu ufała, choć ją zdradzał — z jego tedy naprawy nastąpiła zgoda z Jakubem i on wraz z Aleksandrem pojechali do Paryża łaski króla Francuzkiego się dopraszać.
Któż mógł się tego domyślać, iż Marja Kazimira, swoją własną sprawę przez Polignaca popierała u Ludwika, byle francuzki kandydat nieżonaty, ją się obowiązał poślubić. Polignac czynił nadzieję że się to da przeprowadzić.
Ten wyjazd obu królewiczów do Paryża był tak niespodzianą rzeczą, że gdy mi Szaniawski o nim przyniósł wiadomość, myślałem zrazu iż sobie ze mnie czyni igraszkę. Tymczasem prawda była że z miljonami pojechali do Francji. Dzieci własne oszukawszy, poczęła teraz zabiegać, aby Elekt francuzki był nie żonaty...
Do wszystkich poczwarności i sromot które sprawą były téj kobiety, z piekła rodem, tego tylko brakło ażeby dzieci własne dla siebie sakryfikowała..
Miałem to od Szaniawskiego, który nigdy nie kłamał (zwłaszcza przedemną) że po odjeździe synów, wśród licznego zgromadzenia, bo pełno u niéj codzień bywało na pokojach, a wielu sama ciekawość sprowadzała — w głos królowa poczęła mówić przeciwko synom. Ludzie zrazu uszom wierzyć nie chcieli.
Przysięgał Szaniawski że własne jéj powtarzał słowa.
— Prawda żem się polką nie urodziła — mówiła — alem ja od dziecka tu wzrosła i całem sercem polką jestem. Najlepszym tego dowodem że więcéj miłuję tę rzeczpospolitę niż własne moje potomstwo i rodzinę, a powiadam panom otwarcie, — niech Bóg uchowa abyście którego z synów moich za króla wybrać mieli.
Załuski syknął z bólu — podnosząc ręce do góry. — Odwróciła się do niego.
— Lepiéj ja od was znam tę krew moją, — ciągnęła daléj. — Jeżeli którego z nich — zwłaszcza Jakuba wybierzecie, zginie Rzeczpospolita, zgubicie ją.
Załuski przerwał ręce składając.
— Na miłość Bożą, Najjaśniejsza Pani — miéj się Wasza Królewska Mość na baczności. Czyż się to godzi? czy przystało matce tak się oświadczać?.
Niedała mu mówić i przerwała porywczo, na głos, tak że ją wszyscy słyszeli.
— Prawdą jest co mówię — księże biskupie. Otwarcie to oświadczam i nie będę żałować tego com rzekła. Czynię to przez troskliwość o los téj rzeczpospolitéj. Wybierzcie jeżeli chcecie Piasta — lepiéj pierwszego lepszego z pomiędzy was. Macie dosyć zasłużonych.
Stał właśnie przy niéj Wojewoda Kijowski — generał artyllerij Kątzki — któremu król chciał przed śmiercią Hetmańską, konferować buławę, a wszystkim wiadomem było iż królowa do tego nie dopuściła. W tem obróciła się ku niemu — i wskazała go.
— Nie macież, naprzykład, tego dostojnego pana Wojewody Kijowskiego, tylu wsławionego bitwami.
Wojewoda się skrzywił na to, ramionami poruszając.
— O! la Boga — zawołał. — Wasza Królewska Mość nie więcéj temu nad kilka miesięcy, nie uznaliście mnie godnym buławy, a jakżebym teraz nagle berła się miał stać godnym!.
Zarumieniła się nieco Jejmość, ale nigdy jéj na wybiegu nie zbywało, zasypała słowami, zwróciła rozmowę inaczéj, dowodziła zuchwale niedorzeczności — tak że we wszystkich najżyczliwszych nawet wstręt obudziła.
Tym co Jakuba podtrzymywać myśleli, ręce poopadały.
Na Jabłonowskiego nie mogąc rachować, bo ten się całkiem od niéj odstrychnął — oddała się przewrotnemu Polignacowi, który z wielką subtelnością uwodził ją, zręcznie się nią posługiwał, a wcale jéj pomagać nie myślał.
Z tego com sam po ludziach chwytał i co mi Szaniawski przynosił, niewielem się mógł nauczyć — bo on też ostrowidzem nie był, a mnie te frymarki tak obrzydły — żem nie rad się o nich informował.
Siedziałem tymczasem przykuty do Warszawy — gdyż z powodu wyjazdu Jakuba sprawa sepetów z garniturami wyklarowaną być nie mogła.
Jednym razem pod koniec roku, jak z procy wyleciało dotąd nieznane nazwisko francuzkiego kandydata, ks. Ludwika de Conti — siostrzeńca króla Ludwika XIV — sławnego już wodza, ale — żonatego.
Jak tylko się rozgłosiła ta kandydatura, na zamku zawrzało — królowa gdyby szalona, kazała do karety zaprządz i sama poleciała do Polignaca.
Na parę dni przedtem jeszcze dla niego tak serdecznie usposobioną była, że mu własny wizerunek podarowała.
Ten zobaczywszy u niego na ścianie zawieszony, własną ręką go zerwała i zrzuciła na ziemię.
Można tedy miarkować jak się tam francuz miał z pyszna, co mu się dostało i jak się z nim rozeszli.
Musiała tedy królowa potem nawrócić do Jakuba i do jego austryjackich protektorów — ale ci już znać jéj nie chcieli i nic nie mogli uczynić.
Cesarz się tem tłumaczył iż Ojca Świętego słuchać musiał, który na tron polski zalecał i prowadził Elektora Saskiego Augusta, albowiem mu się zobowiązywał wiarę swą luterską odrzucić, katolikiem zostać, a potajemnie przyrzekł starać się o to aby jezuici poddanych też jego nawracali i kościołowi zyskali na nowo.
Wkrótce też potem królowa się tak naprzykrzyła wszystkim w Warszawie, niespokojnem zachowaniem się i intrygami, mnożąc tylko rozterki — że jéj kazano się oddalić na czas Elekcij, tak jak innym kandydatom prawo pobytu czasu sejmu wzbraniało.
Tylko że jéj pozbyć się nie było łatwo, a siłą ją wyrzucić Radziejowski nie mógł, aby na siebie zarzutu niewdzięczności nie ściągnąć. Dopiero więc we trzy miesiące, po objawieniu jéj zapadłego wyroku — wygnania do Gdańska, — zdołano się jéj pozbyć.
Tak to — w oczach naszych spuścizna po wielkim monarsze, w niwecz poszła i zmarniała, w ohydę podaną została przez jedną tę kobietę, która zgubą była za żywota mężowi, a po zgonie jego rodzinę swą własną zagubiła.
Ja — pomimo że w Warszawie już nie było co robić bo o sepetach i garniturach zupełnie zabyto i nikt o nich nie pisnął, a biednemu Matczyńskiemu z żalu po przyjacielu się zmarło wkrótce — pozostałem do Elekcyi — przedłużywszy dzierżawę szwagrowi.
Ciekaw byłem końca, którego nikt nie mógł przewidzieć — Załuski popierał Contiego.
Dla nas też to była rzecz prawie nie do wiary, ażeby Sasa — protegowanego przez rakuski dwór, miano okrzyknąć.
W głowie się nam nie mieściło, ażeby ta nasza rzeczpospolita, co się tak praw tych rakuskich obawiała, a od stu lat przeszło czuwała niedopuszczając wpływu rakuskiego, kolligacij z niemi, miała teraz abdykować wstręt obawę — niechęć i dobrowolnie owo jarzmo dać sobie nałożyć.
Gdy się zjechała szlachta a poczęło na Woli zwykłym obyczajem szumieć, my z Szaniawskim prawieśmy nieschodzili z pola i od szopy.
Z wielkiem zdumieniem przekonaliśmy się że nawet Jakub miał trochę ludzi za sobą, że tu i owdzie się za nim odzywały głosy — ale przewidzieć było można łatwo — że się utrzymać nie potrafi.
Z jednéj strony francuzi sypali pieniędzmi, na gwałt prowadząc ks. de Conti, z drugiéj Przebendowski kasztelan Chełmski, z niejakim Flemingiem — szwagrem swym — sasem talary niemieckie sieli w polu, w nadziei że z nich korona urośnie.
Z niepospolitą chodzili zręcznością, pokątnie, cicho przekupując ludzi obietnicami większemi jeszcze niż pieniędzmi.
Radziejowskiego jednak — Prymasa, którego głos najwięcéj znaczył przy wyborze — nie potrafili sobie zjednać — chociaż Nuncjusz około tego chodził w sekrecie i biskupów kilku pozyskał — a między innemi Dąbskiego Kujawskiego, który się na wszystko gotowym oświadczał — nawet przeciwko Prymasowi Elekta obwołać.
Gdy przyszło do wotów, w początku województwa Krakowskie i wielkopolski część okrzyknęły Jakuba, a reszta zagłuszyła je, wołając Conti.
Z płockiego też trochę głosów miał Jakub za sobą.
Za Sasem dopiero późniéj oświadczać się zaczęto, gdy postrzeżono iż Jakub utrzymać się nie może — a Conti w jego miejscu stanie.
Królowa i ci których miała na rozkazy, woleli kogokolwiek bądź — bodaj Sasa — byle nie zdrajcę francuza.
Potrzebowała się pomścić na Polignacu — bądź co bądź Marja Kazimira.
W ten sposób głosy się pomięszały i Jakub z królową — przeszli na stronę Sasa.
Pierwszego dnia gdyśmy o nim zasłyszeli, ani ja ani Szaniawski, a z nami, sądzę i znaczniejsza część szlachty o królu tym przyszłym, tak dobrze jak nic nie wiedziała. Przebędowski nie miał czasu go zalecić, żadnym też urokiem nie pociągał ku sobie.
Zaczęto oponować głośno naprzód że Luter był — ale O. Jezuici ręczyli za to że rewokował herezję i że do kościoła katolickiego powrócił.
Biskupi też niektórzy świadczyli za tem daléj że rakuskim duchem był nadziany, — przeciwko czemu stawiono tylko iż on się nikomu nie da prowadzić i t. p.
Po nader gorącym dniu 26 Czerwca nocą na 27 wracając z Woli do mnie na przekąskę i wypoczynek z Szaniawskim, zabraliśmy z sobą dworzanina pana Kasztelana Chełmskiego, niejakiego Suskiego, który w polu bardzo za Sasem gardłował, tak że go przezwali Saskim miasto Suskiego. Ten, że Szaniawskiemu jakimś kolligatem był, niewiem która woda po kisielu — pokumaliśmy się z nim i pociągnęli z sobą.
Chcieliśmy się od niego cokolwiek dowiedzieć co zacz był ten, któregośmy — albo i drudzy wybierać mieli. Suski zaś chwalił się że i w Dreznie bywał i na dworze Elektora pił.
Ten zaszedłszy do mnie, gdyśmy wieczerzali i w kubki się trącali do późna w noc — albo lepiéj do rana — naprawić się nie mógł cudowisk o tym kandydacie.
Mnie się, prawdę rzekłszy, ani kandydat — ani ten co go zalecał nie podobał, ale dla miłości Szaniawskiego musiałem mu rad być. Ciekawości się też dogodziło. Byli z nami także Morawiec i Drwęski i kilku jeszcze, których niepamiętam, czas więc zszedł wesoło.
Zaczęto zaraz Saskiego zagadywać o tego kandydata i plótł niestworzone rzeczy!
— Takiegośmy na tronie jeszcze niemieli, mówił — od owego francuzkiego Henryka, który także, jak wiadomo, wesoły był i zabawiać się lubił. August tylko by baraszkował — choć pan poważny gdy chce i pięknéj postaci.
Naprzód jednak to o nim wiedzieć macie — że u nas nawet, gdzie na siłaczach nie zbywa, nikt mu nie sprosta — koniowi albo wołu głowę mieczem odcina jednym zamachem jak pióro osmalił, podkowy w ręku jak liście gniecie. Ostatnim razem gdy do Wiednia jeździł wiózł z sobą ni mniéj ni więcéj tylko panią duszkę urzędową — hrabinę Königsmark, daléj drugą pośledniejszą pannę Klengel, a w samym Wiedniu dobrał sobie jeszcze pannę Althaun. I dopiero mu było bez mała dosyć.
— Nie żonaty więc? zapytałem.
Saski się rozśmiał.
— Ale bo z Waszmości simplex, rzekł, królowie idą wzorem Salomona.
Żonaty i dzieci ma, ale to nie przeszkadza że miłośnic ma zawsze po kilka. Jedna albo dwie mu nie starczą!! U nas tak!!
— Ano — odparłem — jeżeli u was tak, to się nie macie z czem chwalić...
Morawiec dodał:
— W Polsce to nie uchodzi. Pewnośmy też nie święci, ale choć wstyd mamy.
— Et! dajcie tam temu pokój — przerwał Suski. Sas tu inny obyczaj zaprowadzi.. Pan jest gładki i grzeczny gdy chce — ale też gdy się rozsierdzi — mówią że jak dziki zwierz straszny...
Słuchaliśmy sądząc że z nas szydzi i bajki plecie — ale późniéj się okazało że nie kłamał.
— I z tego pochwalić go potrzeba — mówił daléj — że do kielicha chwat a pije jak piasek... U nas, gdzie też za kołnierz nie wylewają, wątpię ażeby go kto przepił. Pije puharami ogromnemi, a potem gotów na Bucefała siąść i w pole gnać, a gdy konia chce osadzić, to go tylko nogami ściśnie... Strzela kulą w lot jaskółki...
— Czy niebędzie tego za wiele? — spytałem śmiejąc się. Rycerz więc jest i pewnie w wojnach bywał, a w nich się już odznaczył??
— Na męztwie mu pono nie zbędzie — rzekł Suski — ale żeby hetmaniąc wielkie szczęście miał, o tem nie słyszałem. Widzicie, że kłamać nie chcę... Z turkami mu się pono nie wiodło.. Co prawda to prawda.. Sasi tłumaczą go że jenerał jakiś rakuzki przez zazdrość go zdradzał, ja przy tem nie byłem i niewiem o niczem..
— No — przerwał Szaniawski — chwała Bogu żeś coś do naganienia znalazł, bom sądził że z nas drwisz takim go czyniąc... Trudno powiedzieć czy on do nas a my do niego przypadniemy... Jakim my się z nim językiem rozmawiać będziemy — to też ciekawa..
O Contim powszechnie głoszą że rycerz jest dzielny..
Suski ręką o stół uderzył.
— Co tu już o Contim mówić, kiedy, czy zechcecie czy nie, Sasa będziecie mieli. Nie weźmiecie go po dobréj woli, narzucą wam... Osiem tysięcy doskonałego żołnierza stoi słyszę pogotowiu na granicy...
Byle Sasa dziesięciu Przebędowskiego przyjaciół okrzyknęło, wejdą natychmiast Sasi, a biskupa mamy w kieszeni takiego co nam Te Deum zaśpiewa. Nim się Conti dowie że go wybrano, nim namyśli, nim wybierze, nim wujaszek pieniędzy da — nim okręta się ściągną, Sas będzie gospodarzył — i francuzi przyjdą po harapie..
— Biskup — przerwałem — żaden się przecie nie waży ogłaszać kiedy Prymas jest, i zdrów a na nikogo nie zdał funkcji. Za to zaś ręczyć można, iż Radziejowski Sasa nie będzie proklamował, tylko Jakuba albo Contiego.
— A ja wam ręczę że się znajdzie biskup co go zastąpi — rzekł Suski. Praktykowana to rzecz czy nie, spraktykuje się teraz. Czyż nie widzicie że rzeczy są ukartowane tak, iż wam go narzucą, a nie macie Zamojskiego coby tego Maksymiljana wziął pod Byczyną, bo Jabłonowski przy jego boku stanie.
Będziemy mieli u Ojca Św. tę zasługę że — od Turków nasz Sobieski Europę salwował, a z Luterstwa August Saksonją obmyje... dwie dobre kreski! Rakuski dom go też poprze, bo go w Wiedniu na rękach noszą.
— Więcéj niż szwagra Jakuba? — zapytałem.
— Co Cesarzowi po takim szwagrze, — wtrącił Suski — który kosztować go może, a nic nie przyniesie? Ojcowie też Jezuici coś znaczą, a oni tego kandydata prowadzą i protegują. Zatem niema nam co się darmo zżymać i rzucać, a warcholić, pójdziemy gdzie nam wskażą, niema rady.
Wszystkim się nam smutno zrobiło, nie żebyśmy tak po Jakubie płakali — ale ten siłacz, z pozwoleniem moczymorda, rozpustnik sławny, o którym sobie rozpowiadano takie rzeczy, jakich by się największym hultajom sromać należało — na nasz tron zdał się nam wcale nie pożądanym.
Nie kryliśmy się z tem że nam ów do smaku nie przypadał, — Suski stronę jego trzymał dowodząc, że gdy Sasi się z nami połączą, łatwo Kamieniec i inne awulsa odzyskamy, wojsko porządne wystawim, przyjdziemy do ładu i do siły...
— A przytem i to nie do pogardzenia, — dodał świstak — że się rzeczpospolita wesoło zabawiać będzie, bo August jedyny jest do urządzania festynów, maszkar, balów, widowisk teatralnych, a myśliwca nad niego niema lepszego i z oszczepem na zwierza idzie jak na igraszkę..
Jak nam potem począł pleść znowu o sztabach żelaznych, które Sas jak wstążki zwijał, o wychylanych puharach, które w ręku dusił, o szaleństwach bezwstydnych z kobietami, o nadzwyczajnéj dworu wspaniałości — o turniejach, festynach, zamiast gustu nam dodać do niego — do reszty go zmierził. Gdzież było porównać tego jakiegoś sztukmistrza i kuglarza do naszego Jana, idącego w imie Boże, pod chorągwią Chrystusową, z modlitwą na ustach, — z jedną tą myślą, aby chłopkowi było lżéj, żeby się sprawiedliwość działa wszystkim — żeby prawo Boże panowało na ziemi!
Drwęski, który pobożny był, rzekł na zakończenie:
— Bóg go chyba za grzechy zsyła na ostatnią zgubę naszą, bo takiego pana widzieć na tronie, to znak srogiego gniewu Pańskiego. Co zostało staréj cnoty przepadnie i pójdziemy w niewolę obcą, jak Skarga i Jan Kazimierz przepowiedzieli... Fiat voluntas tua...
Nazajutrz jechaliśmy na Wolę z innemi patrząc co się tam dziać będzie, ale ani ja, ani Szaniawski, ani Drwęski nie głosowaliśmy za nikim. Za Augustem nie chcieliśmy, grzechem się nam zdało, za Contim głos by nasz przepadł, za Jakubem już nikt się prawie nie odzywał. Świadkami byliśmy gdy się Elekcja na dwoje rozdarła...
Z głosów wnosząc widocznem było że Conti miał znaczną większość za sobą, ale Augustowi wrzask ogromny czynili — wołali, hukali, straszyli — i koniec końcem jedni i drudzy pośpieszyli odśpiewać Te Deum.
W niepewności i zawieszeniu wszystko potem pozostało, — ale jedna rzecz jawną była, iż po Janie żaden z jego synów korony nie odziedziczy. Królowa i Jakub pieniędzy wysypali dosyć na przepadłe imie, Polignac wydał do ostatniego grosza, bo jeszcze na Woli głosy kupowano...
Statyści po Warszawie zaczęli głosić.
— Teraz kto pierwszy do młyna zajedzie ten będzie meł.
Lecz łatwo było przewidzieć, nie będąc prorokiem, że Sas stojący już pogotowiu na granicy, Francuza uprzedzi..., który przez morze tylko mógł się dostać do Polski, a wojska z sobą wiele przyprowadzić nie sposób mu było, ani go tu tak na poczekaniu ściągnąć...
Po Elekcji poszedłem rankiem do ks. biskupa kijowskiego, który zawsze bywał łaskaw na mnie, dowiadując się co o tym ewencie przyjaciele Sobieskich myśleli.
Znalazłem go wielce przygnębionym i smutnym.
— Rzecz ci to jeszcze nie rozstrzygnięta, odezwał się na moje pytanie. Mamy choć słabą nadzieję, że Conti się utrzyma, a ten Herkules Saski, którym nas straszą, ustąpić będzie musiał — Elekcja to osobliwa, bo nietylko większości nie miał, ale zaledwie go część jakaś wywoływała. Radziejowski Prymas znać go nie chce, znaczniejsza część panów Senatorów z nami trzyma, szlachty też dosyć rakuskiego protegowanego nie życzy.
Jeżeli Conti prędko przybędzie, a król francuzki jak się spodziewać należy, wyposaży go dobrze, poprze silnie — może się jeszcze wszystko zmienić na lepsze, choćby Sasa i ogłoszono a bodaj ukoronowano. Elekcja w najmniejszéj rzeczy ważną nie jest — wedle prawa wcale na nic się nie zdała...
My będziemy na Contiego czekali, wyglądając go kędyś u Gdańska!!
Taką nadzieją byli w początkach ożywieni Prymas biskup kijowski, Wojewoda Kątski, wszyscy przyjaciele Sobieskiego, dobrze rzeczpospolitéj życzący — ale wszystko to się w niwecz obróciło.
Elekcja Sasa, okrzyknięcie, koronacja szparka, objęcie rządów wszystko było jakimś kuglarskim sposobem obmyślane, — wykradzione, narzucone. W co się tu wolne głosy narodu obróciły... Nie było prawdy za grosz w niczem — udanie, kłamstwo, zahukanie.. Czego się to było można spodziewać po panowaniu, które się od tego poczynało, że król dla korony wypierał się swojéj wiary, jakąby ona tam była — a drudzy powiadali — wiary nie zmienił, bo zmienić można tylko co się ma, a on żadnéj nie miał nigdy!
Jezuitom w oczy rzucano — apostata jest i bezbożnik! odpowiadali — mniejsza o to syna jego wychowamy tak, że bez nas nie stąpi, żonę mu damy pobożną i w rodzinie wiarę ugruntujemy...
Gdy August przybiegł na wszystko się godząc byle tylko koronę pochwycić, ktoś jego wybór i wstąpienie na tron w paskwiluszu nazwał komedją w pięciu aktach!
Akt pierwszy: Król bez dyplomu elekcyjnego.
Akt drugi. Pogrzeb bez zwłok i trumny. (Sobiescy bowiem ciała króla nie dali.)
Akt trzeci. Sejm bez posłów...
Akt czwarty. Koronacja bez Prymasa.
Akt piąty. Protestacje bez skutku.
Po Elekcji anim miał po co ani chciałem dłużéj w Warszawie siedzieć i patrzeć na smutne te dzieje.
Postanowiłem wracać do domu. Poszliśmy z Szaniawskim pieszo ostatnią odprawić żałobną pielgrzymkę do Wilanowa.
Oba zahartowani, starzy, do łez nie skłonni, chodziliśmy po tym opustoszałym pałacu i ogrodzie, oczy ocierając. Stał przed niemi ten pan nasz uśmiechnięty choć umęczony, z piłką i nożykiem w ręku lubujący się drzewkom swoim. Słyszałem to nieraz z ust jego — toć jedna istota jest co wdzięczną być umie, da mi kwiatek i owoc za moje staranie...
Wszędzie tu po nim pozostały ślady, albo ręki albo myśli jego, ale z nim kończyło się wszystko. Żadne z dzieci jego ducha, serca, rozumu, charakteru nie przejęło. Gdziekolwiek ta kobieta dotknęła czego splugawiła i zniszczyła...
Patrzyliśmy z boleścią na sadzone przez niego drzewka, o które teraz nikt nie dbał. Ogrodnicy szukali służby i rozłazili się. Pałac stał pustkami, książki, które on tak lubił, a miał ich tyle — na kupę pozrzucano — nikt się teraz nie tknął. Gdzie komu z nich książka była w głowie?
Ruina blizka patrzała zewsząd.
Zwłoki jeszcze nie pochowane stały, a po nim już tylko u ludzi wspomnienie zostało i baśnie, jakby go od stu lat pogrzebiono. Córka za niemieckim księciem syn z niemką ożeniony, wdowa ni polka ni francuzka do żadnego się narodu nie przyznająca... Młodsi synowie w perukach.
Gdzież tu było szukać potomstwa po Sobieskim, który do ostatniéj godziny polakiem był, polskim szlachcicem do szpiku kości! — a wszystko to przez jedną kobietę, jedne nieszczęśliwe ożenienie!
Jego ona przerobić nie potrafiła, ale dzieła i myśl bohatera zniszczyła.
Już przed zgonem, gdy z Załuskim o blizkiéj swéj mówił śmierci, widać było iż zrezygnowany na to patrzył, że po sobie nic trwałego nie pozostawi, krom chorągwi Mahometa w Rzymie i imienia obrońcy chrześcijaństwa.
O nic się też dla siebie nie dopominał, a mówiąc o wyprawie Wiedeńskiéj, gdy ową straszną chwilę pod Parkanami przypominał, w któréj cudem z życiem uszedł, dodawał.
— To mi zapłaciło za wszystko żem sześć meczetów tureckich na kościoły obrócił.
Czasu tego pochodu pod Wiedeń, dokąd się czuł głosem Bożym powołany — jeszcze na Jakubie pokładał nadzieje, jeszcze się nim cieszył jak spadkobiercą, ale myśmy widzieli, mówić nie śmiejąc, że młodego pana nic polskiego nic naszego nie pociągało ku sobie. Oddawał co miał najlepszego księciu Bawarskiemu, Waldekowi, innym, z niemi rad przestawał, nadwszystko się pragnąc cudzoziemcom przypodobać — z polakami ani się przyjaźnił, ani przestawał... gminem mu się wydawali.
W królu był szlachcic jeszcze, w nim z francuzki narodzony królewicz — zamiłowanie to w obczyźnie z matki wziął, która polką się być oświadczając, nic nigdy w sobie polskiego nie miała.
Pożegnawszy Wilanów, tak jakbym się z całą młodością moją pożegnał — wybrałem się precz z Warszawy z tem stałem postanowieniem, aby na wsi zamieszkać i Pana Boga chwalić na świat się więcéj nie wydobywając.
O dalszem też życiu mojem mało co mam do zapisania — było to powszednie nasze życie szlacheckie wedle prastaréj modły, bo się po wsiach mało co od wieków zmieniło. Powróciłem spodziewany i oczekiwany do Połonki, dając szwagrowi dotrzymywać dzierżawę jéj, a sam sobie tymczasem dwór po myśli urządzając tak aby i mnie był miły i rodzicielskich pamiątek nie pozbył.
W ciągu tych lat włóczęgi mimo woli nieznacznie uzbierało się rupieci różnych bardzo wiele. Patrząc na to jak drudzy kosztowny oręż, osobliwe uzbrojenia, sprzęt różny nabywali, a kochali się w tem — choć pieniędzy wiele nie miałem do tracenia bo się i przyjaciołom wygadzało i sobie nie było potrzeby żałować — takżem tu i owdzie coś stręczącego się tanio nabył.
A że służba trwała dość długo, naściągało się tego sporo, tak że gdym w ostatku — dwór porzuciwszy, wszystkie moje skrzynie, kufry, sepety i węzełki pościągał z Jaworowa, z Żółkwi, ze Lwowa — zdziwiłem się sam jaka to moc tego się znalazła. Niektórych skrzyń tak się zapomniało, żem sam potem nie wiedział co w nich znajdę.
Prawda że od Wiedeńskiéj potrzeby poczynając, na Węgrzech, potem w Mołdawij, po miastach i obozach ciągle się narzucały różne osobliwości. Z naszych żołnierzy, co który miał to potrzebą przyciśnięty, za lada grosz oddawał. Więc ratując trzeba było brać niepotrzebne rzeczy.
Gdy się raz ludzie dowiedzieli że ja to kupuję co się nikomu na nic nie zdało — nasyłali na mnie z lada łomem. Każdy szedł jak w dym, aż się czasem śmiać chciało.. Ano między temi łupami były i piękne, takie których mi potem możniejsi ludzie zazdrościli. W Warszawie u żyda kupiłem szpalery stare tkane, flamskiéj roboty z historją Dawidową, które gdym potem oczyściwszy je na ścianach u siebie rozwiesił wydziwić się im nie mogli. Te późniéj do kościoła ofiarowałem. Tureckich namiotów cale ochędożnych miałem kilka, broni też, buńczuków, i zbroi zebrało się dosyć. Szyszak jeden srebrny trybowany, złocony, com go w Mołdawji za małe pieniądze kupił, drogo mi płacić chciano, alem frymarczyć nie lubiłem i pozostał u mnie. Złotnicy go na kilkaset złotych cenili. Srebro pono nie wielkiéj było próby, ale robota wyśmienita.
Samych kobierców ważnych perskich i tureckich, niemal cały wóz nabity przyciągnąłem z sobą do Połonki.
Sam jeden, niemając w początku co robić, bo szwagier się sam około roli parał, wziąłem się do porządkowania mojej rezydencji, wedle fantazji a na wzór tego co się po świecie widywało. Ludzie mi to potem bodaj za złe poczytywali, sądząc żem im tem imponować chciałem alem się po prostu durzył tem i nic więcéj.
Siostra mnie zaraz żenić by była chciała, choć szpakowaciałem, i byłaby mi panien urodziwych dosyć napytała, alem żadnéj nieszczęśliwą czynić nie chciał, serca do żadnéj niemając. Kobiety mi też przez królowę i jéj fraucymer obmierzły, bom się takich napatrzył, że wstręt do całego rodzaju niewieściego powziąć od nich było można. Samo wspomnienie Boncourowéj starczyło.
Ta, wielką miała ochotę zrazu pomścić się na mnie, probowała mi na różne sposoby szkodzić, lecz się jéj niepowiodło. Podupadła potem wielce i była jednego razu w takiéj potrzebie, że się do mnie uciekła o ratunek. Przebaczywszy jéj, pomogłem w istocie. Wydała się naostatek za starego francuza kuchmistrza królowéj, bardzo już na małem przestając, gdy wprzódy wysoko patrzyła... Zwał się Petit, tłusty, łysy, brzydki, ale bystry człek, — grosza sporo sobie tłustości szumując przyzbierał. Podobał sobie ją, choć wiedział kogo bierze, i do ołtarza idąc oświadczył, że brykać nie dopuści a twarde mięso zwykł bijać dopóki nie zmięknie.
Żyli potem z sobą podobno w zgodzie i dostatkach, choć drudzy twierdzili, że się jéj po bokach dostawało i bywało różnie. Bóg tam z niemi.
Byłem już na wsi gdy wieść doszła i do nas, że Conti z francuzami na okrętach wojennych przybył do Gdańska. Mówiono o wielu tysiącach rycerstwa..
Wszystko u nas zakipiało po staremu przeciwko rakuzkiemu elektowi i niemcom, — ruszali się panowie niektórzy, niepokoiła szlachta, ale nie było jéj komu prowadzić. Dowiedziałem się, że Wojewoda Kijowski pobiegł do Gdańska. Rozesłał ktoś okólnik aby kto żyw, sub poena Perduelionis przy Contim stawał, a tuż drugie, idem, aby się nikt ruszyć nie ważył.
Przyleciał do mnie Morawiec we trzy konie, namawiając z sobą.
— Jedźmy!
Ochoty niemiałem najmniejszéj, ani ufności, aby co z tego dobrego wyrosnąć mogło, ale jak mnie zaczął molestować, namawiać, prosić, w końcu podedrwiewać żem ja już do niczego zaszkapiał, kazałem ludziom i koniom do podróży się sposobić, kupić nie kupić, potargować można.
Powiedziałem Morawcowi z góry.
— Do niczego ręki nie przyłożę, póki się nie przekonam, że tam siła jest i ład, bo darmo w kraju niepokój szczepić, grzeszna sprawa. Pojedziemy się rozpatrzeć z czem ten Conti przybywa i kto z nim idzie.
Morawiec na upartego mi dowodził — z tego co słyszał że Senatorowie zewsząd z wojskami nadwornemi i nowemi zaciągami pod Gdańsk pospieszali. Szwagier i siostra na żaden sposób puszczać mnie nie chcieli, alem ich uspokoiwszy, wyruszył z Morawcem.
Z kopyta poszło zrazu bardzo ostro a spiesznie, po drodze języka dostając — który tak sprzeczny był, że się z niego nic nauczyć nie mogliśmy.
Co godzina to nowina. Jedni twierdzili, z imprezy téj nie będzie nic — Sasi do kraju weszli, król ukoronowany, panowie akcessa robią ciągle, łączą się z wybranym, Prymas nawet zmiękł. Drudzy mówili — Sasa z ramienia rakuskiego nikt nie chce znać, do Contiego i francuzów garnie się wszystko.
Conti hetman wielki — godzien być Sobieskiego następcą. Słyszeliśmy że już przy nim byli Załuski, Kątski, Leszczyńscy, Potoccy i innych wielu. Przepowiadano że byle się Conti ruszył z pod Gdańska — wymiecie Sasów i śladu po nich nie zostanie. Przypominano Maksymiljana, i t. p.
Wszystko to tak różnie brzmiało — żeśmy musieli dotrzeć aż do miejsca dla sprawdzenia. Mnie też i tego miasta — któregom nie znał, a wiele o nim słyszałem, ciekawość brała.
Jechaliśmy spiesząc — co koni stało. Dziwiło nas tylko iż owych wojsk — o których rozpowiadano — że się zewsząd ściągały, nigdzieśmy po drogach nie spotkali. Szlachty też, ochotnika bardzo mało.
Dociągnęliśmy naostatek do miasta, jak dziś pamiętam rankiem pogodnym. Wrota murowane jak do twierdzy — straż przy nich miejska, cale porządnie uzbrojona. Tuśmy wszakże musieli przystanąć — bo właśnie oddział dragonów wychodził precz.
Patrzę przyglądając się im, i poznaję Żerebskiego starego namiestnika, któregom znał z wojen za króla Jana.
— Czołem, panu Namiestnikowi! zawołałem.
Zdziwiony stary stanął wąsa pokręcając.
— A wy tu co robicie? zapytał.
— Przybywam gdzie i drudzy — rzekłem — nowemu królowi służyć. Pewnie w pole Conti wyciąga?
Żerebski się przeżegnał oglądając.
— A no w czaseście się wybrali odparł, francuz nam komplementów naprawił siła, ale go już niema. Zawinął się, siadł na okręt na którym przybył i żegluje już z powrotem, nas w saku pozostawiwszy!.
Aż po mnie ciarki poszły. W tem stary namiestnik pokłonił mi się i daléj ruszał.
— Jedźcie do miasta — doniesie się resztę.
W mieście zastaliśmy rumor wielki, poruszenie — bieganinę. Zaraz w pierwszym rynku, na dworzanina biskupa Załuskiego natknąłem się.
— Jesteście tu? przywitałem go z radością.
— Jesteśmy — to jest — byliśmy — odparł zagadnięty dziś lub jutro napowrót do Warszawy się wybieramy, niema tu już co robić, Francuz na okręt wsiadł i uszedł.
Spojrzałem na Morawca — a co?.
Jechaliśmy do gospody. Pełne były niemal wszystkie przybyłych na powitanie nowego króla, który gdy się rozpatrzył że gotowéj armij na rozkazy niema, a rozsłuchał o Sasach i o akcesach — wojować mu się odechciało i przeprosiwszy adherentów swych, nazad do Francji nawrócił.
Cóż tu było robić?..
Pieprzu i korzennych przypraw kupiwszy do domu po pięknem mieście i kościołach na zbory poprzerabianych rozglądnąwszy się, koniom wypocząwszy, z drugiemi wraz przy czarnem piwie Gdańskiem na dolę naszą, nabiedowawszy dosyć — musieliśmy do domów nawracać.
Ostatnia to była znaczniejsza podróż moja i pokuszenie się... — Siadłem potem w Połonce, rozpamiętywać praeterita.

KONIEC.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; korekta na podstawie wydania z 1913 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.