Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nauki będziesz mi dawał? — zawołała. Boncour nie jest zazdrośny, a ja dla miłości jego wędzić się nie myślę.
— Jest panią Boncourową i bezemnie komu bawić — począłem — więc się obejdzie bez takiego jak ja niezdary.
— A! że nietęsknię tego możesz być pewnym — przerwała — ale ludzie widzą że waćpan mnie znać nie chcesz... to znaczy jakbyś potępiał...
Chciała mnie zmusić abym do niéj przyszedł, bo się obawiała języka mojego, niesłusznie, słowam bowiem nigdy złego nie powiedział o niéj.
Przeprosiłem ją że u króla mam służbę ciągle pilną i ani wieczór nie jestem wolnym.
Oprócz niéj musiałem się od Federby salwować, która mnie swoją miłością prześladowała. Dała mi nawet jasno do zrozumienia, że gdybym się z nią ożenił, królowaby ją starostwem tłustem wyposażyła. Udałem żem tego nierozumiał, a dla oswobodzenia się raz na zawsze, oświadczyłem jéj w rozmowie, że matka mi się żenić nie dozwalała, a i ja do tego stanu nie czułem powołania.
Nic to nie pomagało, nudziła mnie wielce, szczęściem że Letreu długo jéj nigdy nademną się znęcać nie dozwalała... Myślałem już, mimo całego mego przywiązania do króla, czyby się nie lepiéj oddalić było odedworu...
Czas upływał w większéj części na podróżach z królem, który dosyć lubił być w ruchu, i — jak sam często powtarzał, na powietrzu, jeżdżąc konno, polując czuł się najzdrowszym, chociaż tuszy mu coraz przybywało i stawał się czasem ociężałym. Wedle po-