Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i nie zmienił nawet miejsca, w którem stały, powiadając że — Bóg kule nosi, a komu ona przeznaczona, nie minie.
A no gorąco nam było bardzo...
Trwało to sporo czasu, aż czy sam król czy francuzcy inżenjerowie, odezwali się z tem, żeby z naszéj strony też przekopy w stronę turecką rozpocząć.
Dosyć, że poczęto się kopać i sunąć ku nim, czego ja, przyznaję się, nie mogłem zrozumieć, na coby się to zdało..
W wojsku naszym, choć mu na wielu życia potrzebach zbywało, a położenie było niemal zrozpaczone, — trwogi nie mogłem dopatrzeć najmniejszéj. Żartowano sobie i podkpiwano jak w najlepszy czas. Król także czoła nie zmarszczył...
Tym czasem konie żyły gałęźmi, a, co trzymano w sekrecie, nam mogło prochów zabraknąć... Było ich omal, by na straszny ogień turecki trzeba było odpowiadać.
W tureckim też obozie, cośmy przez połapanych tatarów wiedzieli, konie padały jak muchy, a z tego ścierwa końskiego, choć je zakopywano, fetor był do niezniesienia..
Trwało to do dwudziestego pierwszego października. Myśmy po troszę odsieczy i dywersij się spodziewali, na to licząc: że pogańcy nie wytrzymają w polu, na mrozie i o głodzie.
Jakim cudem się to stało, iż w końcu Seraskier przysłał jeńca naszego proponując pokój — tego wytłumaczyć nie potrafię.
Słuchałem narady i odpowiedzi i negocjacje z niemi.
Naprzód sobie król zawarował, że o haraczu mowy