Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lasu, który okopany był pomiędzy obozem naszym, a Diestrem, gdzie się szkapy jako tako żywiły. Koń zaś nasz z biedy i strzechę je i gałęzie ogryza, wychudnie prawda, ale by wodę dobrą miał, będzie się trzymał...
Seraskier zaś sam tak cierpiał z końmi swojemi jak i my, a może gorzéj, bo ich daleko więcéj miał, a w okolicy na mil dziesięć i dwanaście zdźbła trawy nie było.
A że się pogańcowi po dwakroć nie powiodło zmódz nas w potyczkach, fortelu postanowił zażyć cale nie spodziewanego, a przynajmniéj nie zwykłego, bo się chciał jak do twierdzy do nas przekopami dostać.
Dzień i noc pracowali nad niemi, ażeby nie dać robotnikom spoczywać, Seraskier kazał swoje namioty rozbić wśród robotników janczarów i doglądał a przyspieszał...
Wysypali tak siedem redut czyli kawalerów naprzeciwko nam wymierzonych, a prędko i jak oddawano im sprawiedliwość, bardzo zręcznie. Całą swoją ciężką artylerję, działa ogromne jakich w oblężeniach używają zaciągnęli na te baterje, których naliczono dwadzieścia kilka, a z tych około piętnastu olbrzymich.
Ciągnęły się one po nad strumieniem wzdłuż, a że im spoczywać nie dano, bo po całych dniach waliły a waliły do naszych nie bardzo oddalonych szańców, szkody nam wyrządzili dosyć, ludzi nazabijali, a co najboleśniéj było królowi Żebrowskiego stracił generała, którego kula na pół przecieła. Temu grobowiec kazał wznieść król, na jaki nas stało...
Z namiotów ludzie poczęli się wynosić do dołów, które sobie kopali, ale Sobieski ze swoich nie ustąpił,