Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nabożeństwa idącą, a za nią tuż młodziusieńkie dziewczątko.
Jak że tu opisać i opowiedzieć wrażenie, które na mnie uczyniło to zaledwie z dzieciństwa wychodzące stworzenie. Wprost przyznaję się — osłupiałem. Takiej piękności, jakiejś delikatnej, niby z powietrza i promieni słonecznych zlepionej, — nie miałem pojęcia, aby ona w świecie naszym mogła się znajdować.
Widywałem ci ja niewiast wiele i pięknych dziewcząt nie mało, ale czegoś podobnego, — do czego by ją przyrównać było można, — nigdy.
Pokłoniłem się im i zdjąwszy czapkę jakiem stanął olśniony, zapomniawszy się, tak długo przyjść do siebie nie mogłem, a dziewcze to dojrzawszy, śmiech chusteczką na ustach musiało stłumić. Śmiesznym też w tem zachwyceniu wydawać się im musiałem, sam to wiem, alem mocy nad sobą niemiał, takie mnie ogarnęło zdumienie.
Oczu czarnych, biała jak mleko, śnieżna jak pączek różany, nie zbyt słusznego wzrostu, zręczna jak sarenka, z wyrazem na twarzyczce figlarnym i wesołym — wydała mi się panna Felicja Viviers — aniołem z niebios zstępującym. Paść tylko było przed nią na kolana i chyba się do niej modlić. Cała moja istota zadrgała i poruszyła się na widok tego cudownego dziewczęcia...
Wrota się już za niemi zamknęły, i obie mi znikły z oczów, a jam stał widząc ją jeszcze ciągle przed sobą. Dopiero po dobrej chwili oprzytomniałem i ruszyłem też precz.
Widziałem je idące przed sobą, w pewnej odległości, a panna Felicja parę razy się szybko obejrzała...