Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rozpowiadających, że tak samo pod Podhajcami zmógł nieprzyjaciela, choć był przez niego oblężonym.
Szliśmy pospiesznie, przez Dniestr się przeprawiwszy po nad brzegami jego, aż do ujścia Stryja, który przebywszy też, posunęliśmy się pod Żurawno.. Tu się wszystko miało rozwiązać...
W Żurawnie już o turkach dostaliśmy języka, że cała ich potęga o mil kilka od nas była. Nie mieliśmy czasu do stracenia, trzeba było ledz obozem i zaraz się okopać nimby nadeszli turcy... Piechotę więc zostawiwszy z łopatami i rydlami, król z jazdą posunął się naprzód zabawiać nadchodzących, póki by okopy nie były gotowe.
Mało co posunąwszy się daléj ku rozległéj dolinie, jużeśmy ztąd mogli widzieć, jak okiem zajrzeć całą, zalaną, zasypaną, niezliczonemi namiotami i stadami koni i ludzi.
Jezu miłosierny!! Widząc te tłumy dziczy a licząc się z tem cośmy mieli z sobą, dreszcz przechodził, zguba zdawała się nieuniknioną.
Woziłem wówczas za królem to czego mógł potrzebować pod ręką — stałem zawsze blizko, mogłem się się twarzy przypatrzyć — nigdym na niéj trwogi nie widział najmniejszéj. Ile razy położenie stawało się trudne, ożywiał się, poruszał widocznie, budził, dawał rozkazy — i zdawał tylko niecierpliwi najmniejszą zwłoką.
Ze wzgórza gdy przed nami się widok roztoczył na to olbrzymie mrowisko, przeżegnał się i krzyż w powietrzu zakreślił... stał milczący trochę i wnet z Lubomirskim, który przy nim był, prawie wesoło rozmawiać zaczął.