Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się poruszyła żywiéj — dysze i kaszle. Wiem że mnie nie lubi, bo zazdrosną jest że u królowéj mam łaskę, że gotowa była na mnie i przed wami wymyślać.
— Nie było mowy o was — odparłem — i powodu do niéj.
— No — dodała Federba — miejcie się na baczności. Ona gotowa czynić wam nadzieje, obiecywać złote góry, aby się popisać ze swoją mocą, a żadnego wpływu niema. Wierzcie mi.
Wpadłem tedy między te dwie baby zazdrosne i byłem w dosyć nieprzyjemnem położeniu, a że matka się dawno upominała, ażebym ją odwiedził, wyprosiłem się u króla na kilka tygodni do domu. Szaniawski też, który chciał mnie oderwać od Felisi — a spodziewał się że ją tymczasem za mąż wydadzą, naglił i napierał abym jechał.
— Co z oczów to z myśli, mówił — póki będziesz ją miał codzień przed sobą, nie uwolnisz się od téj miłości, z któréj ci się otrząsnąć potrzeba, bo to dziewczyna nie dla szlachcica-wieśniaka na żonę. Dworką była od dzieciństwa i pozostanie nią do śmierci.
Wprędce tedy poszedłem do króla pokłonić się i poprosiłem o urlop do matki, na który natychmiast przystał, rozkazując mi wydać Wardyńskiemu viatyk, ale kazał powracać i nie zasiadywać długo, bo — będziesz mi potrzebnym — dodał.
Wybrałem się więc pożegnawszy u stołu z mojemi protektorkami, które trochę były zdziwione żem z placu im uszedł.
W domu matka i siostra — sąsiedzi — co żyło serdecznie mnie przyjmowali. Nie mogłem im dosyć naopowiadać o Żórawnie — o królu, o turkach i o tem oblę-