Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Król kazał wołać cię — czemu nie wpadłeś zawczasu.
Pasja mnie porwała.
— Człowiecze! zawołałem, coś ty z innemi oszalał także czy co? Ja o Bożem świecie nie wiem...
— Król rozgniewany jakem go nie widział dawno, dodał Morawiec. Już na ostatnim sejmie, pojedynki i zabójstwa około zamku doprowadziły go do srogiego oburzenia — chciał dać przykład a tu przy nim — pod jego bokiem, taki kryminał i na Boncourze — którego on potrzebował i lubił.
Nie było już co z niemi rozprawiać — tyle tylko żem porwał obraz Chrystusa wiszący nad łóżkiem i przysięgłem im że zabójcą nie byłem...
— Żebyś sto razy przysiągł — odparł Szaniawski — ludzi nie przekonasz — ja ci wierzę, ale król — ale inni...
Jak w gorączce pierwsze z brzegu suknie wdziawszy, pobiegłem do króla, którego właśnie Lafore ubierał i nogi mu smarował...
Z twarzy Sobieskiego postrzegłem zaraz, że sprawa źle stała. Zobaczywszy mnie w progu zatrząsł się.
— Zbóju ty! zawołał — nie poszanowałeś nawet majestatu króla twojego... Wiesz że ty co to szabli dobyć tam gdzie król rezyduje... na gardle za to odpowiesz! na gardle.
Padłem na kolana bijąc się w piersi.
— N. Panie, krzyknąłem z boleścią, jam niewinien. Sprawa to nie moja... Poprzysiądz to mogę...
— Precz! precz! pókiś cały! — począł król — mężobójcą a w dodatku chcesz być krzywoprzysiężcą. Pa-