Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


za zuchwalstwo z méj strony nie za dowód niewinności i powiadano, żem był pewien królewskiéj protekcji dlatego tak sobie śmiało poczynam.
Inkwizycja też szła przez ten wzgląd na króla opieszale, tak że ja sam musiałem ją niemal prowadzić... Najmniejszego śladu nie można było natrafić, ani nawet domysłu powziąć, kto mógł to morderstwo popełnić.
Znałem już teraz do tyla Boncourową że ją mogłem posądzić, iż jeśli zabójców nie nasłała, to przynajmniéj przyczynić się mogła do tego... Nie ja jeden dla niéj głowęm stracił, było innych wielu co szaleli, z tą różnicą że moja miłość stateczną była, a ich przemijającą namiętnością.
Rozpytując, rozpatrując, śledząc, tyle tylko doszedłem, że w ostatnich dniach przed zabójstwem, najwięcéj się około Boncourowéj uwijali Słoniewski niejaki i Margocki, oba młokosy. Letreu mi mówiła że widziała jejmość kilka razy to z jednym z nich, to z drugim śmiejącą się i szepczącą po kątach — i że Słoniewski i Margocki nazajutrz po zabójstwie do stołu przyszedłszy tak mieli zmienione twarze, wejrzenia niespokojne, że ją to zaraz uderzyło...
Mnie oni oba bardzo byli mało znani, zwierzyłem się Szaniawskiemu... Ten mnie nic nie mówiąc, gdy oni oba na obiad poszli, poszedł ich mieszkanie i szable obejrzeć. Otóż u Słoniewskiego wprawdzie na szabli śladów krwi nie było, ale w kącie znalazł starą koszulę, o którą widocznie zakrwawioną szablę ocierano i tę zabrał z sobą...
Krew była niedawna, a na dworze o żadnym po-