Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jedynku wieści nie mieliśmy. U Margockiego żadnego śladu nie natrafił...
Trzeba było siebie ratując drugich gubić. — Rada w radę — co tu począć — Szaniawski mi powiedział — nie mięszaj się, gorączka jesteś i o skórę ci idzie — zdaj na mnie — ja poprobuję azali się nie uda wykryć prawdy.
Mądry Szaniawski, tegoż wieczora gdy z kolonij wychodzili, przysunął się do Słoniewskiego i szepnął mu — mam ci coś powiedzieć.
Przystał do niego młokos, jak pijawka — nagląc niespokojnie.
— Ludzie prawią szepnął mu Szaniawski, że waszmości wieczorem widziano idącego do lasku w którym Boncoura zabito, a potem powracającego jakoby z szablą zakrwawioną.
Młokos nieopatrzny a już w sumieniu niespokojny odparł na to natychmiast.
— Któż to śmie mówić? kto? nikt mnie nie widział? nikogo nie spotkałem.
Szaniawski języka zagryzł — Habemus confitentsem — szepnął sobie.
— A Margocki, spytał cicho — którędy zemknął?
Słoniewskiemu jakby się słabo zrobiło — rzucił się ściskać Szaniawskiego.
— Nie gub mnie! Zkąd wy to wiecie? jakim sposobem?
— O to nie pytaj — odparł Szaniawski — powiedzieć ci tego nie mogę. Jedno tylko radzę i ty i Margocki zabierajcie manatki póki czas i uchodźcie na Wołoszczyznę — bo tylko nie widać jak was wyśledzą, a wówczas gardłem przypłacicie.