Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Słoniewski już tak był strwożony że z niego mógł inkwirujący dobyć co chciał.
— Myśmy oba niewinni — mówił — jak poczęła przedemną i przed Margockim narzekać i piszczeć francuzka — kto mnie od tego tyrana zazdrośnika uwolni! kto mnie temu zbójcy z rąk wyrwie.
A płakała — rozpaczała, i wprost podburzała do tego aby ją wyswobodzić zabójstwem, bo inaczéj ona musiała się otruć lub utopić.
Przyznał się Słoniewski do tego, że się we dwu zasadzili na Boncoura — i że od żony mieli wiadomość iż tego wieczora do miasteczka ma iść sam do Duponta, ze zleceniem od króla.
— Słuchaj Słoniewski, rzekł wybadawszy go przyjaciel mój — zguby waszéj niechcę, ale nie czekając dzisiejszéj nocy i ty i Margocki na Wołoszczyznę ruszajcie. Wątpię żeby za wami pogoń wysłano — w tem rozum abyście umknęli. Paskudna rzecz we dwu na jednego po nocy napaść i bezbronnego tak zamordować. Chcecie życie salwować — nie traćcież ani chwili.
Mnie Szaniawski tego wieczora nie przyszedł nic powiedzieć.
Rano wyrostek mój wchodzi do izby po odzienie, i przed łóżkiem stanąwszy mówi.
— Pan wie że Słoniewski i Margocki dzisiejszéj nocy gdzieś znikli ztąd, najlepsze konie zabrawszy i mało co rzeczy. Ludzie mówią że to sprawa Boncoura.
Zerwałem się tedy równemi nogami.
— Prawdę mówisz?
— A cobym miał kłamać?