Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Był naówczas, gdym go po raz pierwszy zobaczył Sobieski urodziwym bardzo mężczyzną, w sile wieku, chociaż już nieco otyłości późniejszej widać było początki. Twarz piękna, oko pełne ognia, czoło rozumne, na ustach często uśmiech, postawa pańska i rycerska... Nosił się po polsku i spojrzawszy nań wnet czuć było że to kość z kości naszych, a ród wielki i stary. Groźnego w sobie nie miał nic, a przecież posłuszeństwo wrażał jednem skinieniem...
Czynnym był nieustannie i niezmordowanie, a czasu marnować lada jako nie lubił.
Gdy mnie przywołano, już był uwiadomiony przez Wardeńskiego z czem przybyłem i pokłon mój do kolan, jako ojcu, przyjął uśmiechając się.
— Chłop zdrów, silny jak dębczak, odezwał się — czemuż to do wojska się nie zapisał. U mnie teraz wszelki dworzanin będzie musiał zbroję wdziać...
W tem się zadumał, przystąpił do stołu i zwracając się do mnie począł.
— Już rozkazy wydam aby tam waści pomieszczono — nie wiem jeszcze, ale może być że wypadnie na początek z listami i parą puzderek do Warszawy, naprzeciw żonie mojej z za granicy powracającej jechać, i przy niej do czasu pozostać, bo ja tu dosyć dworu mam, a tam pani Hetmanowej go braknie. Gotuj że się ewentualnie do drogi...
Pokłoniłem się chcąc odejść, aż się zawrócił.
— A jak tam z końmi! Masz szkapy dobre? — zapytał.
— Niczego — rzekłem chwalić się nie śmiejąc.
— Każę Stebelskiemu zobaczyć — dodał.
Na tem się posłuchanie skończyło, bo już Aron