Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszechnego zwyczaju medyków, skoro niedysponowanym był, krew mu puszczano i to bardzo obficie, a niekiedy raz po raz kilkakrotnie.
Felicja była już od roku prawie zamężną, gdy raz będąc z obojgiem królestwem w Jaworowie, — przy wielkim konkursie gości — posłów, senatorów, cudzoziemców, z powodu których bardzośmy się licho mieścili siedziałem wieczorem na strychu w mojéj izdebce. Miałem bardzo szczupłą i lichą — co nie dziw gdy Vitry francuzki ów poseł nie mógł dostać więcéj nad dwa pokoje. — Wtem słyszę że ktoś bieży po strychu i drzwi moich szuka, a nim wstałem aby je otworzyć, wpada zapłakana, w sukni pomiętéj, zmieniona owa Felicja Boncourowa.
Niemogłem pojąć co się stało.
— Panie Adamie, krzyknęła od progu, ja tu niemam nikogo coby się ujął za mną, okazywałeś mi zawsze przyjaźń; broń, ratuj mnie. Mąż mnie bije!
Osłupiałem, a ta padłszy na krzesło w płacz.
— Na Boga żywego — zawołałem — gotówem czynić co tylko w méj mocy, ale jakimże ja prawem mogę wdawać się między małżeństwo!
— Na to nie potrzeba żadnego prawa — przerwała Felicja, mężczyzny każdego obowiązkiem jest za pokrzywdzoną kobietą się ujmować. To człowiek podły, ulęknie się gdy zobaczy że ja mam kogoś co mnie broni.
— Ale cóż on pomyśli! co ludzie? szepnąłem wachając się — zkądże przyszło do sporu i do tego aby się ważył rękę podnieść.
— To jest najpodlejszy z ludzi — krzyknęła Felicja, posądza mnie — zazdrosny jest. Wyjechał w pole, a po-