Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chciał odchodzić — porwałem go za guzik od sukni i wstrzymałem.
— Zrozumiałeś mnie waćpan? powtórzyłem. Mam czy nie prawo — żal mi kobiety, nie dam się znęcać nad nią.
Boncour śmiał się.
— Waćpan gdzieś dziś za dużo piłeś wina — rzekł do mnie. Daj mi pokój.. mówię ci — daj mi pokój..
Niewiem czym go w pasij potrącił, ale Boncour się rzucił do mnie, a w złości już będąc okrutniem się z nim obszedł, tak że peruki postradawszy uchodzić musiał.
Ledwiem ochłonął wołają mnie do króla. Znajduję go samego w gabinecie z Matczyńskim.
— Coś zrobił Boncourowi? pyta mnie.
— Nic — rzekłem.
— Z czego poszło! mów prawdę! nie mogę pozwolić aby mi cudzoziemców — których potrzebuję — którzy mi służą — lekceważono. Boncour powiada, że nic nie zawinił.
Pomyślawszy trochę i widząc że tu inaczéj jak prawdą szczerą nie wybrnę — odezwałem się z cicha.
— N. Panie — żal mi się zrobiło żony jego — która lamentuje, bo się z nią źle obchodzi. Człowiek nie może dopuścić aby nad słabą kobietą choćby nawet własny mąż się znęcał.
Słuchał król jakby nierozumiał.
— Po cóż wpan palec we drzwi wkładasz? co komu do tego?.
— Skarżyła mi się, bije ją.
Oburzył się na to Sobieski.