Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A to — infamia! zawołał. Prosił się, do nóg nam padał żeby mu ją dać. Cóż zawiniła?
— Niewiem spełna, rzekłem — zazdrosny jest, zastał u niéj kogoś pono.
— Dziewczyną była płochą — król wtrącił — ale przecież nie wmości u niéj zdybał.
— Nie — odparłem — podobno Dupont‘a.
Rozśmiał się król.
— A! ten wszędzie się do kobiet wciśnie.
Tymczasem, rzekł zwracając się do mnie — Boncour się tylko na waćpana skarży. Poco się w to wdajesz.
— Biedna kobieta płacze, skarżąc się że nikt się za nią nie ujmuje — dodałem skruszony — przyznaję się nie mam prawa się w to mięszać — ale jak się tu łzom oprzeć?
Wzruszył Sobieski ramionami.
— Dajże mu pokój i niech się na tem skończy.
— Będę się starał — rzekłem cicho.
Z téj małej rzeczy we dworze powstała gadanina wielka, która mnie na sztych wystawiła. Widziałem żem zbytnią powolnością dla Felisi, sobie i jéj kłopotu poczynił.
Mało kto wiedział o Duponcie, opowiadano więc że mnie zastał u żony, i choć się zaprzysięgałem nie wierzono. Wyśmiewano się ze mnie, z Boncoura — ale Felicja nic sobie z tego nie czyniąc, tak śmiało w oczy wszystkim patrzyła — jakby się to jéj nie tyczyło.
Nazajutrz król gdzieś wysłał Duponta; Felicja opuściła wspólne mieszkanie z Boncourem i przeniosła się do panien królowéj, a że téj zabawiać nie było czem, zaraz jéj Federba opowiedziała całą historję — mnie nie oszczędzając, bo zła była.