Przechadzki po mieście (Poznaniu), część II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marceli Motty
Tytuł Przechadzki po mieście (Poznaniu), część II
Wydawca Drukarnia Dziennika Poznańskiego
Data wydania 1888
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
PRZECHADZKI
PO MIEŚCIE
(POZNANIU)
-------------
CZĘŚĆ II.
vvvvv
ODBITKA Z DZIENNIKA POZNAŃSKIEGO.
-------------
POZNAŃ.
NAKŁADEM I CZCIONKAMI DRUKARNI DZIENNIKA POZNAŃSKIEGO.
1888.





CCieszy mnie, panie Ludwiku, że znów się spotykamy po tak długiem niewidzeniu; szedłeś, jak mówisz, aby się zemną przywitać, posłyszawszy o moim powrocie; otóż dziękuję ci za grzeczność, ale wybacz, jeźli nie wracam i nie proszę cię do siebie. Po tych kilku dniach deszczu, który nas trapił, słońce trochę zaświeciło; korzystajmy z pogody, zwłaszcza iż nie wiadomo, jak długo trwać będzie, i puśćmy się znów, jak przeszłego kwartału, na wędrówkę.
Wszakże, żegnając się z tobą przed kilku tygodniami, przyrzekłem ci, skoro wrócę, odgrywać nadal jeszcze rolę cicerona poznańskiego i opowiadać co było i co si działo tutaj na ulicach i po domach temporibus olim, o ile starczy worek méj pamięci“, jak się tam wyraził któryś z mniéj nieśmiertelnych poetów; jestem więc znów na twoje usługi.
Przebiegliśmy z sobą, jeźli się nie mylę, Stary rynek, Nową ulicę, Wilhelmowską i kończyny jéj wschodnio-południowe, teraz resztę górnego, a zarazem nowego miasta przewędrujemy, a późniéj dolnemu się przypatrzym. Najpierw chódź na Plac Teatralny, urzędownie Wilhelmowskim zwany. Wyglądał on znacznie inaczéj około dwudziestego piątego, szóstego roku, tak daleko bowiem pamięć moja sięga. Środkowy jego czworobok, który dawniej od rana do wieczora służył za plac musztry i ćwiczeń wojskowych, obsadzony był, od czasu założenia, naokół dwoma rzędami drzew, z których zewnętrzny, jak na alei, tworzyły włoskie topole; ów pamiątkowy pomnik, przed teatrem, na cześć poległych w wojnie austryackiéj, nie śpiżowy, jakbyś może myślał, lecz cynkowy, postawił magistrat w parę lat po owéj kampanii, ogródki zaś, gaiki i skały, zdobiące teraz dwa przeciwne boki placu, dopiero przed kilku laty także kosztem miasta urządzono. Miejsce teraźniejszych kamiennych słupów i żelaznych poręczy zajmowały przez długie lata drewniane, skromne i niskie. Prócz apelów codziennych, niedzielnych parad, kilku patryotyczno-niemieckich zgromadzeń i przedstawień politycznych, przez osoby rządowe lub magistrackie spowodowanych i ułożonych, nic takiego, ile pamiętam, nie zaszło na tym placu, coby ci warto było powiedzieć; chyba że ci nadmienię jeden mało ważny, lubo nie codzienny wypadek, którego byłem mimowolnym świadkiem.
Przechodząc tu raz zimą piędziesiątego trzeciego roku, około drugiéj po południu, spostrzegłem stojącego, prawie na środku placu, żołnierza w płaszczu i hełmie z karabinem w ręku. Widok taki nic rzadkiego, przeto nie zwróciłem na niego uwagi. Lecz ledwo go byłem minął z kilkanaście kroków, gdy nagle usłyszałem huk wystrzału. Oglądam się, a w téj chwili żołnierz chwieje się i wywraca. Przybiegłem z kilku osobami, które również szły niedaleko; leżał nieżywy z przestrzeloną głową. Zwykle ludzie odbywają takie operacye na ustroniu, co zaś tego biedaka spowodowało, aby za białego dnia, na miejscu publicznem, wśród przechodzących, żegnać się w taki sposób dobrowolnie z tym światem, dowiedzieć się nie mogłem.
W rzędzie budynków ciągnących się po prawym boku placu, widzisz najpierw, panie Ludwiku, bibliotekę Raczyńskich. Przechodziłem tu nieraz, będąc dzieciakiem, gdy ją budowano; skończono ją bowiem roku dwudziestego dziewiątego i pamiętam jak się wydzierałem, aby biegać po owych kolumnach żelaznych, które przez długi czas leżały na ziemi, nim je na gmach wciągnięto. Sprowadzono je z Gliwic, a ustawiona z nich galerya miała, wedle myśli fundatora, przypominać galeryę Luwru, do któréj ma, w zmniejszonych rozmiarach, niejakie podobieństwo. Hrabiego Edwarda Raczyńskiego, który, przyjeżdżając do Poznania, mieszkał tu zwykle na pierwszym piętrze, naprzeciwko czytelni, lub na dole, gdzie teraz bank Wolffa, osobiście nie znałem, lecz widziałem go często tu w Poznaniu i słyszałem niejedno o nim zdanie. Słusznego wzrostu i średniéj tuszy, miał zwykle surdut brunatny, polskim krojem robiony i białą chustkę na szyi. Zobaczysz może, panie Ludwiku, tu i ówdzie piękną litografię przedstawiającą go na pół leżącego na sofie; twarz jego jest tam podobna, choć znacznie umłodzona i złagodzona. Panią Raczyńską tylko ze dwa lub trzy razy spotkałem; była już wtenczas nie młoda, dość wysoka, bardzo otyła i kulała trochę na jednę nogę. Jéj wizerunek olejny, zrobiony, gdy była jeszcze w średnim wieku, kazał mąż zawiesić w czytelni biblioteki, gdzie pozostał do dziś dnia.
O tem, że Raczyński ma wiele pańskiéj dumy, że mało jest przystępny i prawie z nikim, nawet z równorodowych, w bliższych nie żyje stosunkach, że dla tych, którzy od niego zależą, lub których za niższych uważa, jest często niemiłym i szorstkim, słyszałem dawniéj od takich, co go znali, albo z nim mieli do czynienia. Dla tego też dom państwa Raczyńskich, lubo znaczeniem społecznem i majątkowem wysoko stojący, nie był nigdy, ani w Poznaniu, ani na wsi, centrum towarzyskiem.
Wszakże te w niektórych rodach tradycyjne słabości, zresztą dosyć częste i w kołach niezamożnych, a pochodzące z wpajanego przez całe otoczenie, niemal od urodzenia, przekonania o jakiéjś lepszości rasowéj, są w naszych czasach całkiem nieszkodliwe, a nawet mogą być dla ogółu nader cenne i dobroczynne, byle je równocześnie łączono z myślą francuzkiego przysłowia: noblesse oblige. Każdy z nas teraz zapomni o dumie rodowéj pana Edwarda Raczyńskiego, o jego chęci odróżniania się i odosabniania od innych, która może też była wynikiem nerwowego ustroju i któréj przypisać należy mnóstwo niechętnych i stronniczych o nim sądów, wobec tego, iż w wysokim stopniu miał za zasadę: noblesse oblige, a żyjąc sam do zbytku skromnie, nawet skąpo, jak mi mówiono, myślał przedewszystkiem, działał i grubo wydawał dla dobra ogółu. Nie zapomniał, że jest Polakiem, a, jako pan polski, uważał za powinność objawiać tę pańskość na korzyść swego narodu.
Całą drugą, o wiele większą połowę swego życia przepędził tutaj w kraju, gdzie był jego majątek ziemski, a zajmując się sam naczelnym zarządem rozległych dóbr swoich, w których administracyi mnóstwo Polaków miało utrzymanie, nie tylko ich nie uszczuplał, lecz je powiększył, mimo ogromnych wydatków. Te wydatki szły w najznaczniejszéj mierze na cele publiczne. Uznając, wkrótce po drugim zaborze, konieczność podniesienia u nas poziomu oświaty, ponieważ nie było w całéj téj części kraju publicznego księgozbioru, któryby dla nas i następców przechowywał skarby dziejopisarstwa i piśmiennictwa ojczystego, krzewił przy tem zamiłowanie do nich i ułatwiał prace i badania na tem polu, stworzył Raczyński taki zakład, który krocie kosztował. Nie tylko bowiem wzniósł budynek ów niemały i ozdobny, lecz dał własny swój księgozbiór, około dwadzieścia tysięcy tomów liczący, z samych prawie dzieł polskich lub odnoszących się do Polski, jako też francuzkich złożony, a prócz tego wyposażył tak, iż z przeznaczonych nań funduszów opłacają się urzędnicy i corocznie nowe robią zakupy książek.
Tymczasem vanae sunt spes hominum! Raczyńskiemu chodziło jedynie o korzyść współrodaków, lecz nadto dobrze tuszył o przyszłości, sądząc, że nic się nie zmieni. W akcie erekcyjnym oddał zarząd zakładu swego tak zwanemu Curatorium, składającemu się z jednego członka familii Raczyńskich, namiestnika królewskiego, każdorazowego marszałka sejmowego, naczelnego prezesa i nadburmistrza tutejszego. Wtenczas trzej pierwsi byli Polacy, dwaj drudzy, w tym przedmiocie, nieszkodliwi; teraz zaś pierwszego usunięto, drugiego niema wcale, trzej pozostali są Niemcy nowego autoramentu, a cały zakład przybrał, o ile wiemy, od dawna już kierunek przeważnie niemiecki.
Nie przestał Raczyński na tym jednym wspaniałym darze dla ogółu; mając rozległe stosunki w całéj dawnéj Polsce i wiedząc, gdzie co znaleźć można, wyszukiwał i skupował za drogie nieraz pieniądze rzadkie pamiątki piśmienne i rękopisy i ogłaszał je drukiem ku wielkiéj korzyści piśmiennictwa naszego, szczególnie dziejowego. On pierwszy wynalazł i wydał Pamiętniki Albrechta Radziwiłła, Otwinowskiego, Kołłątaja, Wybickiego, przedewszystkiem Listy Jana III do żony, Pamiętniki Chryzostoma Paska i Pamiętniki Kitowicza; wydał daléj obszerny zbiór dokumentów historycznych pod tytułem: Codex diplomaticus Lithuaniae, Jagiełłę Albertrandego, Ziemiaństwo polskie Koźmiana, Gabinet medali polskich w bardzo kosztownéj formie i inne rzeczy, które mi już wyszły z pamięci.
Wiedziałeś zapewne o tem po większéj części, panie Ludwiku, bo trzeba być wielkim rudisem w rzeczach polskich, aby nie znać owych Listów do Marysienki; opowiadań Paska i Kitowicza, lub Ziemiaństwa Koźmianowego, nie mówiąc już o reszcie. Prócz tego, chcąc, abyśmy mieli, jak inne narody, tłumaczenia wszystkich głównych dzieł starożytności, wydawał przez czas niejaki nakładem swoim Bibliotekę klasyków, w któréj się mieszczą pierwsze w języku naszym tłómaczenia Pliniusza, Witruwiusza, Propercyusza, Katulla i kilku innych autorów łacińskich.
Skoro wydania jego ujrzały światło dzienne i pojawiły się w handlach, tak mało się pytał wydawca o to, co się z niemi dzieje, że, jak mi mówił Żupański, ani nawet koszta papieru wrócić mu się za nie nie mogły. Uznając pod tym względem całkowicie zasługę i wspaniałomyślność Raczyńskiego, nie mogę jednak pominąć jednéj zdrożności, któréj się w kilku wydaniach swoich dopuścił. Otóż nieraz zmieniać kazał dowolnie tekst rękopisów; w Pasku usunąć lub przetłómaczyć wszystkie makaronizmy, któremi pamiętniki te były napełnione, w Kitowiczu zaś, Witwickim i Kołłątaju wypuszczać nazwiska a częstokroć całe większe i mniejsze ustępy, mogące być, wedle jego mniemania, niemiłemi lub draźliwemi dla żyjących jeszcze; czasami nawet skreślał miejsca po prostu dla tego, że mu się nie podobały. Wiem o tem z bardzo pewnego źródła; zresztą swego czasu nie było to wcale tajemnicą, a wynikało z usposobienia wydawcy, któremu się taka cenzura właśnie słuszną zdawała. Najpierwszem jednak z wszystkich dzieł przez Raczyńskiego wydanych jest Dziennik podróży po Turcyi, którą odbył czternastego roku i ogłosił drukiem dopiero siedm lat późniéj; wymagało bowiem długiego czasu i znacznego bardzo nakładu to wydanie zbytkowne w wielkiem in folio, zawierające przeszło osiemdziesiąt rycin sztychowanych. Ryciny porobił na miejscu malarz Fuhrmann, towarzysz Raczyńskiego w owéj podróży. Po powrocie nie rozłączyli się i Fuhrmann pozostał przy swoim mecenasie i robił dla niego rozmaite obrazy i rysunki, mieszkając już to w Rogalinie, już to w Poznaniu, zwłaszcza iż ożenił się z Polką, córką jednego z urzędników pana Raczyńskiego. Znał się dobrze z moim ojcem, ztąd też widziałem nieraz i jego i całą jego rodzinę. On sam mówił po polsku piąte przez dziesiąte, ale jego dzieci, dwaj synowie, ile pamiętam, i jedna córka, wyszły na Polaków. Fuhrmann był malarzem wcale niezłym, a jeśli go chcesz ocenić, panie Ludwiku, to idź do tumu, do owéj kaplicy, w której stoi grobowiec księdza Koźmiana; nad ołtarzem jest tam jeden jego obraz, przedstawiający przedśmiertną chwilę św. Stanisława Kostki, u góry zaś drugi, małych rozmiarów, wizerunek św. Alojzego. Co się tyczy tekstu Dziennika podróży, napisał go sam pan Edward, a chociaż nic nadzwyczajnego nie napisał, ma jednę wielką zasługę, że go napisał po polsku i nie dał się uwieść słabości, dość powszechnej wtenczas u naszych panów, popisywania się z francuzczyzną; tego nie uczynił na przykład syn jego żony, pan Bernard Potocki, wydając w Poznaniu, parę lat późniéj, opis swéj podróży we Włoszech w języku francuzkim, pod tytułem: Voyage en Italie. Ten pan Potocki znany mi był jeszcze z owych czasów, gdy z swéj podróży włoskiéj wróciwszy, bawił tu w Wielkiem Księstwie przez czas niejaki. Przychodził nieraz do mego ojca, a chociaż byłem dziewięcio czy dziesięcio-letnim chłopcem, mogła mi się osobistość jego wbić w pamięć.
Dość wysoki, cery bardzo białéj, o jasno-rudych gęstych włosach, miał nizki kapelusz z szerokiemi brzegami i wielki płaszcz, tak zwany karbonarski, którego prawy koniec zarzucony był na lewe ramię. Sprawiał i wtenczas i zawsze wrażenie cudzoziemca, zwłaszcza iż prawie tylko po francuzku mówił, a gdy mówił po polsku, sposób wymawiania i akcentowanie wyrazów trąciły obczyzną. Ożenił on się, kilka lat przed powstaniem, z Klaudyą Działyńską, siostrą pana Tytusa, która, trochę poetycznie usposobiona, przez szlachetne uczucia, gorący patryotyzm i niewyczerpaną dobroć serca, dobrze się zapisała w pamięci narodowéj. Na samym początku powstania przybyła do Warszawy i tam przez całe siedm miesięcy przesiedziała w lazaretach wojskowych, pielęgnując rannych i cholerycznych. Po upadku sprawy, opuszczając kraj, przewiozła, z narażeniem własnem, kilka bardzo skompromitowanych osób, między nimi Wincentego Tyszkiewicza, przez Prusy, a osiadłszy w Dreźnie była opiekunką i dobrodziejką mnogich emigrantów przejeżdżających wtenczas przez to miasto. Gdy dowiedziała się od jenerała Bema o opłakanem położeniu oddziałów wojska polskiego, które do Prus przeszły, sprzedawszy wszystkie swoje klejnoty, szale i kosztowne ubiory, zebrała co mogła i posłała przeszło 40,000 złotych tym biedakom marniejącym od głodu i mrozu. Umarła niedługo potem na wychodztwie skutkiem piersiowéj choroby, do któréj od pierwszéj młodości miała skłonność, przyspieszonéj silnemi wzruszeniami, na które w Warszawie i w Dreźnie narażoną była, i ciężkim żalem z upadku naszéj sprawy. Raz ją tylko widziałem w Poznaniu, dwudziestego dziewiątego roku; przechadzała się z mężem po Nowym Rynku, śmiejąc się i jedząc tereśnie z wielkiéj papierzanéj tytki, którą niósł pan Bernard.
Była wtedy, ile sobie przypominam, dość wysoka, szczupła i blada, z krótko strzyżonemi ciemnemi włosami, w białą suknię ubrana. Jéj litografowany wizerunek, robiony już w czasie gdy była znacznie cierpiącą, dość wiernie rysy jéj twarzy oddaje, jak mi pan Tytus Działyński mówił. O p. Bernardzie słyszałem późniéj od tych co przebywali z nim wojnę trzydziestego pierwszego roku, że się odznaczył wybrykami niepospolitéj odwagi, jako jeden z świetniejszych kawalerzystów. Potem przepędziwszy na wychodztwie jeszcze dość długi czas po śmierci żony, wrócił wreszcie, po czterdziestym roku, do kraju i ostatnią część życia przepędził głównie w Tulcach, w pobliżu Poznania. Ile mi wiadomo, prócz państwa Radolińskich, z nikim w bliższych nie żył stosunkach; nigdy go nie widziałem ani na zebraniach, ani w towarzystwach, z wyjątkiem dwóch może kólkowych balów, na których się ukazał jako opiekun bardzo ładnéj blondynki, wychowanki pani Radolińskiéj; nigdy też nie słyszałem, iżby miał udział w jakiéjkolwiek wspólnéj naszéj robocie. Szkoda istotnie, że niekorzystał z wybitnego stanowiska, które mu nadawało urodzenie i ze stosunków majątkowych, początkowo dość świetnych, aby się chcieć w czemkolwiek przyczynić do dobra ogółu, zwłaszcza iż miał bystre pojęcie, dużo zdolności i niemało nauki przez czytanie nabytéj. Prócz innych powodów, może go do odosobnienia się i obojętności względem naszego społeczeństwa spowodowało także ironiczne usposobienie i ujemne zapatrywanie się na świat, którego nie ukrywał. Ile razy mi się zdarzyło z nim spotkać, zawsze dosłuchałem się, jako głównéj nóty we wszystkiem co mówił, niezadowolenia i mniéj więcéj zgryźliwego dowcipu, z którym, śmiejąc się odprawiał i ludzi i rzeczy.
Ale widzisz, panie Ludwiku, jak mnie Dziennik podróży wykoleił; wszakże, mówiąc o panu Edwardzie Raczyńskim, nie mógłem pominąć tak bliskich mu osób zajmujących oraz tak znakomite stanowisko w ówczesnem społeczeństwie naszem. Oprócz owego Dziennika, wydał jeszcze pan Edward, około czterdziestego drugiego i trzeciego roku, drugie podobne dzieło in folio, illustrowane, lecz kosztowniejsze jeszcze, a dla nas wiele ważniejsze, z którem się teraz tylko w znaczniejszych księgozbiorach spotkać możesz; są to dwa tomy Wspomnień wielkopolskich. Znajdziesz w nich nie tylko opis kościołów, grobów, zamków, pałaców i innych znakomitych budynków publicznych lub prywatnych dawniejszego województwa poznańskiego, kaliskiego, gnieźnieńskiego, lecz dodany do opisu wielki zbiór miedziorytów przedstawia także owe pomniki wiernie naszym oczom. Nie mała między niemi liczba zrobiona jest podług rysunków pani hrabiny Konstancyi tak Potockiéj jako i Raczyńskiéj; na jednym przedstawiła się sama w postaci rysującéj, zupełnie podobnie.
Przyznasz, panie Ludwiku, że już tem co powiedziałem mógł sobie Edward Raczyński zasłużyć na głęboki szacunek i szczerą wdzięczność ogółu, dla którego tyle pracy poświęcał i tak wspaniałomyśnie majątkiem swoim szafował; za życia jednak mało mu téj wdzięczności okazywano i mało znalazł uznania. Prawda, że nie umiał i nie chciał być, jak to mówią popularnym, że odrębnością swoją, a czasem dumnem wystąpieniem wielu sobie zniechęcił, ale z drugiéj strony posuwano drażliwość za daleko.
Okazało się to szczególnie przy sposobności pomnika dla Mieczysława i Bolesława. Otóż zamiar wystawienia nowego grobowca dla obydwóch królów, których szczątki znajdowały się w katedrze, pokutował w kapitule poznańskiéj już od połowy przeszłego wieku, ale dopiero roku 1827 podał, zdaje mi się, ówczesny kanonik Wolicki do sejmu prowincyalnego odpowiedni wniosek, który przyjęty z zapałem i niebawem przez rząd zatwierdzony został. Ogłoszono składkę publiczną, do któréj się nawet król pruski i car rosyjski przyczynili. Byłem właśnie w kwincie i pamiętam dobrze jak w gimnazyum cenzorowie zbierali po klasach złotówki i zebrało się, jeśli się nie mylę, coś przeszło 28 tysięcy talarów.
Chciano z początku wystawić ów pomnik w wielkich rozmiarach i pod gołem niebem, na placu katedralnym, ale wykonaniu tego planu przeszkodziła częścią niedostateczność funduszów, częścią téż inne względy; postanowiono zatem wystawić grobowiec w jednéj z kaplic katedrainych. Król wyznaczył komisyę, która się wykonaniem zająć miała, a do której należeli: książę namiestnik, hr. Edward Raczyński i ks. kanonik Przyłuski.
Wkrótce potem Radziwiłł Poznań opuścił, a kierunek téj sprawy i całą rzeczywistą pracę wziął na się Edward Raczyński i zajął się nią z właściwą sobie gorączkowością, którą okazywał we wszystkiem, co robił. Sprowadził z Włoch architektów, Lanciego i Cristofolego do przebudowania i urządzenia kaplicy, a co do posągów wszedł w umowę z Rauchem.
Byłeś przecież w kaplicy królewskiéj, panie Ludwiku, otóż wszystko co tam jest, coś tam widział, winna katedra, winni wszyscy zachodom, staraniom i wytrwałości Raczyńskiego. Ale nie skończyło się na zachodach i staraniach; składek, jak ci mówiłem, zebrało się 28 tysięcy talarów, a samo urządzenie i przyozdobienie kaplicy, prócz owego pięknego mozajkowego obrazu nad ółtarzem, który jest podarunkiem pani Raczyńskiéj, kosztowało znacznie przeszło 25 tysięcy, koszta zaś posągów Raucha, tak jak są i stoją, wynosiły przeszło 28 tysięcy talarów; oblicz teraz przewyżkę i wiedz, że ją dał Raczyński ze swéj kieszeni. Wszystko, co czynił w téj sprawie, chciał sobie poniekąd wynagrodzić satysfakcyą, którą, w obec ofiar przez niego poniesionych, można było, szczerze mówiąc, puścić pomimo, to jest napisem na podstawie posągów, świadczącym, że te posągi są jego darem. Wywołał jednak ów napis ćmę protestów, oburzeń i zaczepek, jakoby Raczyński był nadużył publicznego zaufania i przywłaszczył sobie to, co przecież ogół składkami zrobił. Przyszło nawet na sejmie czterdziestego trzeciego roku do głośnego wybuchu. Poseł Pantaleon Szuman wystąpił z wnioskiem o podanie prośby do króla, aby polecił sejmowi odebrać rachunki w sprawie dotyczącéj pomnika, a mianowicie, aby nakazał zmianę napisu umieszczonego na posągach. Wniosek ów odrzucony został dość znaczną większością, lecz nie przyjęto także ofiary zaczepionego, który oświadczył, że zwróci wraz z procentem wszystkie fundusze powierzone mu na założenie pomnika i dowolne niemi dalsze rozporządzenie sejmowi pozostawi.

Otóż wszystkie te objawy opinii publicznéj zadały dotkliwą ranę drażliwemu poczuciu wartości własnéj pana Edwarda, który, ulegając przymusowi moralnemu, napis na podstawie posągów zetrzeć kazał, tak iż ani znaku po nim nie zostało. Trzy lata przedtem pokazał był przecież Raczyński nie tylko, że i pod względem politycznym łączy się ściśle ze sprawą współrodaków, lecz że poczuwa się także do obowiązku osobistego wystąpienia w jéj obronie. Gdy szło wtenczas o podanie skargi rozpoczynającemu panowanie swoje Fryderykowi Wilhelmowi IV przeciw nadużyciom administracyi w W. Księstwie, jako też o przypomnienie synowi jasnych i uroczystych obietnic ojca i artykułów wyraźnych wiedeńskiego traktatu, wystąpił Raczyński, jako tłómacz żalów, praw i życzeń narodu i wypowiedział śmiało w znanéj ci zapewne przemowie, cośmy wszyscy, uszczęśliwiani wtenczas flottwellowym systemem, mieli na sercu.
Ostatnim, zdaje mi się, z kosztownych i dobroczynnych podarunków, które Edward Raczyński zrobił na korzyść ogółu, były jego wodociągi dla miasta. Poznań, przed urządzeniem obecnéj kanalizacyi, rozprowadzającéj czyszczoną wodę rzeczną po wszystkich domach, miał wielki brak zdrowéj i dobréj wody do picia. Za najlepszą uchodziła, dawnemi czasy, woda na podwórzu rejencyjnego, t. j. pojezuickiego gmachu, którą niegdyś księża Jezuici ze źródła poza miastem sprowadzili, prócz tego woda w fontannach na Starym rynku, również ze źródeł pochodząca; ztąd też pamiętam jeszcze z lat moich młodych, jak zalecano służącym, aby po wodę do picia szły do kolei, t. j. do collegium, albo do rurki, tj. na rynek, gdzie woda z fontan rurkami spływała. Na każdéj ulicy były prócz tego pompy, które z głębokich studni wyciągały wodę, rozumie się podejrzanéj czystości. Aby temu niedostatkowi źródlanéj wody zapobiedz, sprowadził Raczyński, własnym niemałym nakładem, wyborną wodę ze źródeł znajdujących się na pagórkach fortecznych w bliskości tak zwanego Kernwerku, na św. Wojciech, na Podgórną ulicę, daléj na Wilhelmowską, przed landszaftę, gdzie kazał wybudować dużą fontannę kamienną z medalionem Prieschnitza, i na Długą ulicę, przed klasztorem Szaretek, gdzie kazał postawić małą gotycką kapliczkę z pięknym śpiżowym posągiem Matki Boskiéj.
Dotknąłem, panie Ludwiku, tylko najważniejszych rzeczy, które mi o panu Edwardzie przyszły na myśl, a chociaż to wszystko niedokładne i powierzchowne, jak zwyczajnie w przypadkowéj pogadance, wystarczy jednak, abyś uznał, że mąż ten wiele zrobił dla kraju i że podrzędne tylko względy przeszkadzały nieraz należytemu ocenieniu jego zasług. Śmierć jego, jak ci wiadomo, była, tragiczna; słyszałeś zapewne, że na wysepce pod Zaniemyślem zabił się sam, wystrzeliwszy do siebie z armatki, przed którą stanął. Było to czterdziestego piątego roku, dwa lata po zajściach wywołanych napisem na pomniku w kaplicy królewskiéj. Nie znałem go wcale, jak wiesz, nie wolno mi więc puszczać się na domysły; nie słyszałem też, żeby którakolwiek z osób bardziéj do niego zbliżonych była dała jakieś prawdopodobne wytłómaczenie tego nadzwyczajnego wypadku; wszakże nadmienić muszę o dość powszechnéj zaraz potem pogłosce, iż szukać należy głównego powodu w dokumentach rzucających cień ponurą na pamięć bezpośrednich jego antenatów, które Raczyński znalazł, uzyskawszy przystęp do tajnych archiwów berlińskich.
Jeśli w pogłosce téj mieści się cokolwiek prawdy, byłaby śmierć Edwarda Raczyńskiego nowym dowodem, jak silnemi i czułemi zarazem były węzły, które go z narodem łączyły.
Syn jego Rogier, którego znałem, do ojca mało miał podobieństwa, tak z zewnętrznego wyglądu, warszawskim mówiąc językiem, jak i pod względem umysłowego usposobienia. Zastrzegam się tutaj znowu, panie Ludwiku, że w tem, co mówię, wypowiadam tylko osobiste wrażenia, jakie odniosłem w rozmaitych czasach, widząc ludzi i rzeczy lub o nich słysząc od innych, że prócz tego mnóstwo szczegółów uszło méj wiedzy i uwadze, lecz staram się wiernie podzielić się z tobą tem, co tkwi jeszcze w zupełnie bezstronnéj mojéj pamięci. Otóż pan Rogier, chudy i niewielkiego wzrostu, ilekroć go widziałem robił na mnie wrażenie artysty, człowieka żyjącego grą nerwów i fantazyi. Już widać to było w jego oczach głęboko leżących, zadumanych, w spojrzeniach czasem ponurych, częstokroć zaiskrzonych i uporczywie w twarz rozmawiającego z nim utkwionych, w głosie nierównym, nieraz wybuchowym i w bezwiednem gryzieniu paznogci. Twarz jego miała bardzo miły wyraz, gdy się uśmiechał, zwykle jednak trochę posępny, zdradzający człowieka myślami rozmaitemi nagabywanego. Poznałem go, gdy był jeszcze bardzo młody, w Berlinie, trzydziestego siódmego, czy ósmego roku; przyjechał tam na czas niejaki, aby posłuchać kolegiów. Rzadko wtenczas się z nim zeszedłem, bo poruszał się tylko w małem kółku kolegów bliższych sobie pochodzeniem i majątkiem, lecz bywaliśmy razem na logice heglisty Werdera, i pamiętam jak z nieruchomą postawą i wytężonym na prelegenta wzrokiem słuchał owéj heglowskiéj ideologii, która zupełnie odpowiednią była jego usposobieniu umysłowemu.
Późniéj spotkałem się z nim znowu w Poznaniu czterdziestego czwartego roku, i odtąd widywaliśmy się nieraz kródzéj i dłużéj; miałem więc sposobność przypatrzenia mu się bliżéj. Dumy i zarozumiałości nie okazywał najmniejszéj, owszem przystępny był i przyjacielski dla każdego, osobliwie dla tych, którzy uwagę jego czemkolwiek zająć mogli.
O wykształcenie jego gruntowne starano się, ile mi wiadomo, od najpierwszych lat, lecz było ono zupełnie nie swojskie. Chował się, jak to wtenczas było powszechnym zwyczajem w bogatszych rodzinach, pod dozorem Francuza, pana Durand, człowieka nie młodego i doświadczonego w zawodzie swoim, który poprzednio już kilku innych paniczów był wychował. Naukę szkolną odbywał w gimnazyum lignickiem, które normalnie ukończył, zrobiwszy w łacinie i grecczyznie, jak się późniéj sam przekonać mógłem, znaczne postępy; jednakże prawidłowe to wykształcenie nie zdołało pokonać przyrodzonéj jego właściwości umysłowéj. Wiedział bardzo dużo rzeczy ze szkół, z czytania, z ustawicznych podróży, ze spotykania się i stosunków z najrozmaitszymi ludźmi w kraju i za granicą; miał pełno myśli trafnych, nieraz głębokich, czasem genialnych; powiedzieć nawet można, iż głównem jego zajęciem było wydobywanie pomysłów z własnéj wyobraźni lub chwytanie obcych i zapalanie się do nich, ale to wszystko bywało urywkowe, że tak powiem, paroksyzmowe; brakło nieraz ścisłéj konsekwencyi w myśleniu, a praktyczności i wytrwałości w zastosowaniu i przeprowadzeniu pomysłów, między któremi znalazły się częstokroć zupełnie dziwaczne, a w wykonaniu pociągające za sobą zawody lub ciężkie materyalne straty.
Wychowanie jego, jak ci co dopiero wspomniałem, zupełnie pod wpływem cudzoziemskim odbyte, język domowego pożycia od dzieciństwa francuzki, częste i długie przebywanie za granicą dały całéj jego naturze nastrój obcy, kosmopolityczny i sprowadziły go, nie mniéj jak ówczesne wypadki, zaburzenia krajowe i prywatne przygody, z owéj drogi, z któréj nie zeszedł ojciec, spokojnego i statecznego pracowania i używania majątku na korzyść ogółu.
Patryotą był przecież gorącym i aż do śmierci zachował jak najżywsze współczucie dla spraw narodowych, gotów każdéj chwili do ofiar osobistych i majątkowych. Okazał to zaraz czterdziestego ósmego roku. Wypadki ówczesne wstrząsły silnie jego sercem i wyobraźnią. Na samym zaraz początku, uniesiony owym wichrem wolności, braterstwa, sprawiedliwości, który przeleciał przez Europę i u nas także kilkomiesięczny zamęt wywołał, zrobił Rogier Raczyński wspaniałomyślnie niemałą ofiarę z swego mienia dla dobra ogółu. Gdy bowiem w komitecie narodowym namiętne rozprawy wywołał trzymorgowy wniosek i inne poddawane środki do pozyskania wiejskiego ludu, darował pan Rogier, we wszystkich dobrach swoich, chłopom gospodarzom czynsze, które po zniesieniu pańszczyzny, z gruntów im nadanych, właścicielom płacić musieli. Uczynił to w przekonaniu, że wszyscy pójdą za jego przykładem i że taki postępek lud cały silnie do sprawy naszéj pociągnie i przywiąże; ale za tym przykładem nikt zgoła nie poszedł.
Prócz tego, będąc w ciągłych stosunkach z komitetem i wypełniając niejedno jego polecenie, miał czynny udział w zjeździe wrocławskim, na który, za przyczyną osobliwie jenerała Dembińskiego, zebrało się kilkudziesięciu przedstawicieli różnych części Polski i emigracyi, celem naradzenia się i postanowienia, co wobec danych okoliczności dla dobra sprawy czynić należy. Pragnęli tam niektórzy, aby utworzono jakiś rodzaj centralnego rządu, któryby ruch narodowy rozszerzył i pokierował nim ku jednemu celowi wszędzie, gdzieby była potrzeba, zwłaszcza iż w Krakowie, także i w pewnéj części Galicyi, przyszło do powstania. Lecz Raczyński, wspólnie z Libeltem, Cieszkowskim, Andrzejem Moraczewskim, oparł się przeprowadzeniu tego zamiaru, głównie z powodu, że nadszedł już był czas powszechnego i gwałtownego oddziaływania rządów przeciw rozruchom ludowym, których przeniesienie do Królestwa byłoby mogło wywołać nieobliczone klęski.
Za to przypieprzył trochę jemu i innym pan Hilary Meciszewski w broszurze: Zjazd polski w Wrocławiu na dniu 5 maja 1848, wydanéj później we Lwowie.
Tegoż samego roku, gdy już reakcya (ulubiony owemi czasy wyraz) zaczęła, otwarcie i bezwzględnie, nie tylko u nas, stłumiać złudzenia i nadzieje lepszéj przyszłości i gdy na niemieckiem zgromadzeniu w Frankfurcie odezwały się wrogie nam głosy, wystąpił przeciw owym reakcyonarzom i nieprzyjaciołom Raczyński w pisemku: Wer hat die Freiheit verrathen, die Slaven oder Germanen?[1] wystosowanem do Arnolda Rugego, jednego z małéj liczby szczerych i bezinteresownych demokratów niemieckich. Tę broszurę, panie Ludwiku, znajdziesz jeszcze tu i owdzie, chociaż, jak większa część ówczesnych ulotnych druków, stała się rzadkością, a czytając ją zdziwisz się nad biegłością, z którą pan Rogier władał abstrakcyjno-filozoficznym językiem niemieckim, a nad niejednem zdaniem będziesz sobie głowę łamał jak nad heglowską fenomenologią ducha. Niemniéj jak wypadki czterdziestego ósmego roku zajęły także jego wrażliwy umysł i patryotyczne uczucie późniejsze polityczne pojawy i dążności tak we Francyi jako i w Niemczech, zwłaszcza jeśli związek jaki z naszą sprawą mieć się zdawały i od czasu do czasu uwydatniał swoje myśli o nich i przekonania w artykułach i rozprawach, które w pismach francuzkich umieszczał, osobliwie w Revue contemporaine. Niektóre z nich pamiętam, jak np. La justice et la monarchie populaire, La justice et les traités, L'Allemagne et le droit des nationalités, La politique et le progrès sous l'empire. Rozwodzić ci się tutaj nie będę nad niemi na ulicy, zwłaszcza iż treść ich wyszła mi już z głowy, tylko ci powiem, że pojawiły się także w osobnych odbitkach, między piędziesiątym piątym a sześćdziesiątym rokiem i że, ile sobie przypominam, dużo w nich pięknych, błyskawicznych myśli, ale niejedno niezrozumiałe i nieraz zapytać się można: dokądże to właściwie zmierza? Francuzczyzna w owych rozprawach znakomita, pełna galicyzmów i śmiałych wyrażeń. Po polsku nic pan Rogier nie pisał, nie dla tego, żeby niechciał, lecz po prostu niedowierzał sobie, przyzwyczaiwszy się od pierwszéj młodości do myślenia i wyrażania się w obcych językach.
Na przytoczonych urywkowych płodach nie poprzestał, gdyż, ile mi wiadomo, w ostatnich latach życia przyspasabiał do druku obszerniejsze prace politycznéj i polityczno-ekonomicznéj treści, lecz śmierć go zaskoczyła, nim je wykończyć zdołał.
Na to, co zaszło u nas w sześćdziesiątym trzecim roku, nie mógł także pan Rogier pozostać obojętnym; przeciwnie, chociaż nie krył się z przekonaniem, że wszystkie usiłowania daremne i zapatrywał się już wtenczas wręcz pesymistycznie na całą przyszłość naszą, miał jednak czynny udział w wypadkach, osobliwie w owym pierwszym peryodzie, gdy z Paryża zachęcano ubocznie do wytrwania w rozpoczętéj sprawie i kazano się domyślać, że nastąpi dla nas skuteczna interwencya, bądź dyplomatyczna, bądź też inna. Należał Raczyński zaraz z początku do odbywających się w pałacu Działyńskich schadzek i obrad kierowników ruchu, przyczyniał się znacznemi ofiarami pieniężnemi do organizowania i wysyłania oddziałów i przedsiębrał wycieczki tak do obozów, jako i za granicę z poleceniami, które wiernie wypełniał. Prócz tego, jeszcze przed wybuchem, aby zaznajomić Francuzów z tem, co się dzieje w Królestwie, umieścił w „Revue contemporaine“ rozprawę: Le marquis Wielopolski et les réformes du gouvernement russe en Pologne, przetłómaczoną równocześnie na język polski przez jego żonę, w któréj starał się ocenić czynności i zamiary margrabiego i niefortunną walkę między nim a Andrzejem Zamoyskim, przechylając się mniéj więcéj na stronę ostatniego. Przez ten bezpośredni udział w powstaniu nie zyskał sobie pan Rogier, będąc już i bez tego persona ingrata, łaski rządu pruskiego; gdy więc nadeszła chwila, w któréj mogły dlań nastąpić niemiłe okoliczności, wyjechał do Włoch. Sześćdziesiątego czwartego roku nastała w owym kraju niezwyczajna pora; we Florencyi marzło i śniegi padały; przeziębił się tam mocno pan Rogier, a jadąc do Francyi, zaniemógł w drodze i całkiem chory przybył do Paryża, gdzie niebawem umarł u krewnego swego, pana Branickiego, w sile wieku, bo mając dopiero lat czterdzieści pięć. Był on, pod względem umysłowym, człowiekiem niepospolicie i oryginalnie uzdolnionym, tkliwego serca, szlachetnych uczuć i, skutkiem tego, nadzwyczaj sympatycznym; ale tak usposobienie nerwowe, którego bynajmniéj nie uspokoiło trochę gwałtowne życie w latach pierwszéj młodości, nie mniéj jak wyjątkowe stosunki i przygody prywatne w przybliżeniu przez Edmunda About w francuzkim romansie Germaine przedstawione, a wreszcie drażniące wypadki publiczne sprawiły, iż w ogóle Rogier Raczyński żył chwilowemi wrażeniami i marzeniami, które go rozrywały. Mało liczył się z rzeczywistością, nie stworzył sobie planu i stałego zatrudnienia, ztąd tak ciało jego jako i umysł były w ustawicznych podróżach z miejsca na miejsce, i piękne jego przymioty najmniéj jemu samemu wyszły na korzyść, a przy końcu życia zwątpienie i ponury pogląd na świat i ludzi przemagać zaczęły w jego duszy.
Odgadłbyś od razu człowieka i jego usposobienie, panie Ludwiku, gdybyś widział portret Rogiera Raczyńskiego zrobiony przez Rodakowskiego; podziwialiśmy go tu przed wielu laty w Poznaniu, na wystawie; niepodobno wierniéj oddać rysów twarzy i tego, co one wyrażały.
Syna pana Rogiera widywałem dość często jako siedmio czy ośmioletniego chłopczyka, gdy siedział tu w mieście z ochmistrzem swoim Albinem Góreckim; cieszy się do dziś dnia życiem i zdrowiem, nic ci więc o nim nie mówię, nic zresztą też nie wiem. Ale ów Albin Górecki należał do moich dobrych znajomych i w swoim czasie do popularnych osobistości w mieście i na prowincyi. Pochodził z Królestwa, ale rodzina jego z Litwy, a ów poeta Antoni Górecki był bliskim jego krewnym. Jako uczeń uniwersytetu warszawskiego już w nocy listopadowéj miał udział w powstaniu, zaciągnął się niebawem do wojska, a przebywszy szczęśliwie całą niemal kampanię, dostał się przy końcu do niewoli. Przy téj sposobności poznał się z naszym profesorem Janem Rymarkiewiczem; pędzono ich razem do Mińska, w niezbyt delikatny sposób, domyślając się bowiem, że to akademicy, uważano ich za należących do najgorszego rodzaju buntowszczyków. W Mińsku pozostał Rymarkiewicz w lazarecie, zapadłszy na tyfus, Góreckiego zaś zapędzono daléj, aż nad morze Czarne. Opowiadał nam raz u Cegielskiego, przez całe dwa wieczory, rozmaite i ciekawe przygody swego życia, osobliwie z czasu owéj niewoli; ale dawne to lata i nic już z jego całéj odysei niepamiętam, wiem tylko, iż mu się udało zemknąć i po rozmaitych zajściach przedrzeć się do Prus. Dążył na emigracyę, ale pozostał tutaj, napotkawszy na znajomych i kolegów z czasów wojennych. Znalazł najpierw przyjacielskie schronienie i zatrudnienie w domu pana Tertuliana Koczorowskiego, który mu powierzył dozór nad dwoma starszymi synami, Adolfem i Kaźmierzem, odbywającymi wtenczas nauki szkolne w gimnazyum poznańskiem. Dało mu to sposobność nawiązania stosunków znajomości i przyjaźni z mnóstwem ludzi, tem łatwiéj, iż do miłego towarzyskiego pożycia wszelkie posiadał przymioty. Średniego wzrostu i dobréj tuszy, krojem twarzy, czarnemi włosami i oprawą ócz, wyglądał na Włocha, a raczéj na Ormianina; dbały o zewnętrzność swoją, był wesoły, wymowny, osobliwie dla lepszéj połowy rodzaju ludzkiego, do któréj miał pewną słabość i przed którą czasem, w uniesieniu po dobrych obiadach lub wieczerzach, klękał, wypowiadając swoje uwielbienie. Względem bliższych szczery i usłużny, przy tym zawsze bon enfant, potrafił sobie prędko zyskiwać życzliwość i zaufanie, którego się zawsze godnym okazywał. Wszyscyśmy go tu lubili i kazdy już zdaleka witał go uśmiechem. Gdy młodzi Koczorowscy, skończywszy szkoły, udali się na uniwersytet, pozostał Górecki u nas i wiódł, ile pamiętam, żywot niestały, raz w mieście, raz na wsi; bawił tu i owdzie gościną, bo chętnie widzianym był wszędzie. Po czterdziestym ósmym roku, na proźbę pani Edwardowéj Raczyńskiéj, mieszkał czas dłuższy w Rogalinie, zajęty doprowadzeniem do ładu i spisywaniem znacznego zbioru ksiąg, osobliwie zaś starych rękopisów w tamtejszym zamku, niewiem już do kogo należących. Zbiór ów, jak wszystko, co się tam w pokojach mieściło, w opłakanym był stanie w skutek gospodarki wojska pruskiego, które zajęło zamek po wyrugowaniu z Rogalina zbrojnego oddziału Wilczyńskiego i Krauthofera. Późniéj, gdy rozpoczęły się czynności około założenia Tellusa, był Górecki, przez czas jakiś, przez dyrekcyą jego zatrudniony i szczególnie do objazdów i zbierania akcyi używany. Prócz tego powołało go Towarzystwo Przyjaciół Nauk, zaraz po swojem założeniu, na konserwatora i oddało mu opiekę nad poczynającym się zbiorem książek, starożytności i pamiątek. Wreszcie, ponieważ znanym był jako człowiek zacny, spokojny, naukom nie obcy i z familią Raczyńskich od dość dawna ściślejsze miał stosunki, powierzono mu, jak wspomniałem, wychowanie pozostałego po panu Rogierze małego synka Edwarda.
Z początku szło wszystko jak najlepiéj; Górecki wypełniał sumiennie swoje obowiązki i czuwał nad wychowańcem z ojcowską troskliwością. Nieraz, będąc u niego tutaj w bibliotece na dole, gdzie teraz króluje pan Wolff markowładzca, podziwiałem jego cierpliwość i łagodność, z którą znosił skoki i wybryki burzliwego chłopczyka. Lecz już wtenczas uważaliśmy u niego dziwne przyzwyczajenie szarpania prawą ręką kołnierza od surduta; stawało się ono coraz częstsze i wybitniejsze, a było pierwszym pojawem cierpienia mózgowego, które, wzmagając się z dniem każdym, pociągnęło za sobą różne dziwactwa, stłumiło wreszcie u niego stan normalny władz umysłowych. Szczęściem dla biedaka było, iż ostatnie stadyum choroby nie trwało zbyt długo. Umarł około siedemdziesiątego roku, szczerze żałowany od wszystkich, co go znali.
Od otworzenia biblioteki aż do piędziesiątego drugiego roku, wszedłszy do jednego z dość dużych, lecz niskich pokoi na drugiem piętrze, byłbyś zwykle, tak przed jako i po południu, zastał siedzącego w pobliżu okna, przy stoliku zarzuconym książkami i papierami, człowieka średniego wzrostu, z ciemnobrunatnym włosem, wyrazistą twarzą i bystrem spojrzeniem, zajętego czytaniem lub pisaniem. Zabaw nie szukał nigdy, zwykłych nawet niewinnych przyjemności nie znał, towarzystw wszelkich liczniejszych unikał, tylko pracował i pracował, a jedyną rozrywkę, któréj sobie w cichym i nad miarę skromnym żywocie pozwalał, stanowiły przechadzki i czasem mniéj więcéj naukowe rozmowy z jakim bliższym znajomym. Był to Józef Łukaszewicz, pierwszy tutejszy bibliotekarz i jeden z najzasłużeńszych naszych pisarzy wielkopolskich. Odezwał on się raz do mnie, gdy mu komplement z powodu któregoś z jego dzieł powiedziałem: Ej, co tam! po śmierci mojéj nikt o mnie mówić ani pisać nie będzie“.
Otóż jemu na przekór, powiem ci w krótkości, co mi o nim tkwi jeszcze w pamięci, bo tak on, jak i jego żona znali się od dawna z moimi rodzicami, a ja, po powrocie z uniwersytetu, widywałem go dość często, dopóki mieszkał w Poznaniu. Wywodził familię swoją z Galicyi, z pod Stanisławowa, lecz on sam rodził się tutaj, przy końcu przeszłego wieku, w Krąplewie, folwarku blisko Stęszewa, ponieważ ojciec jego, przepędziwszy młodość przy palestrze w Lublinie, przeniósł się potem w nasze strony, tutaj się ożenił i jako urzędnik w dobrach księcia Jabłonowskiego zawiadywał przez czas niejaki Racotem i kilku innemi wioskami w powiecie kościańskim. Gdy jednak ten cały tutejszy majątek Jabłonowskich przeszedł na własność książąt holenderskich straciwszy posadę, wziął pan Teodor Łukaszewicz w dzierżawę Czeszewo i w kilka lat potem umarł, zostawiając żonę w ciężkiem położeniu. Należało wprawdzie do niéj Krąplewo, ale ta posiadłość bardzo nie wielka, a kapitaliki odłożone pochłonęła wkrótce upadłość bankiera Kluga.
Trudno jéj więc było, w czasie powszechnéj biedy, zaburzeń i przechodów wojsk napoleońskich, utrzymać i wykształcić syna Józefa. Ale nasze matki, panie Ludwiku, w ogóle więcéj warte od ojców, to rzecz doświadczona, tak i tu było. Chłopiec umiał już czytać, a matka, nie puszczając Krąplewa, zdobyła się na nie wielką sumkę, jaka wtenczas wystarczała w szkołach klasztornych i oddała go do Pyzdr, pod opiekę Franciszkanów.
Tam przesiedziawszy trzy lata i pasiony samą prawie łaciną, co mu późniéj wyszło na dobre, dostał się potem młody Józef Łukaszewicz, nie wiem już przez zbieg jakich okoliczności, pod całkiem przeciwny wpływ, bo do szkółki prywatnéj pastora Rothwieda w Bninie. Był to jeszcze czas zupełnéj niemal obojętności religijnéj; Stöckery i Thümle jeszcze się nie porodzili, dla tego chłopiec nie szwankował, pod wpływem owego pastora, na uczuciach religijnych, ani patryotycznych, bo pastorowi nawracać go nie przeszło przez głowę i sam, mimo pochodzenia niemieckiego, uważał się za Polaka. Korzystał u niego wiele Józef Łukaszewicz, osobliwie w łacinie i niemieckim języku, zawsze o nim późniéj z wielką czcią wspominał, jako o człowieku zacnym i rozumnym, a prawdopodobnem jest, że owa ścisła styczność w młodym wieku z księdzem dysydenckim nie pozostała bez wpływu późniéj na kierunek niektórych historycznych prac Łukaszewicza.
Tak należycie przysposobiony dostał się do klas średnich gimnazyum poznańskiego, a oddany pod opiekę profesora Tomasza Szumskiego, który, jak ci już dawniéj powiedziałem, założył w Poznaniu pierwszą, po zaborze pruskim, księgarnię polską, miał sposobność do zadowolenia wrodzonéj skłonności do książek, przesiadując większą część wolnego czasu w owéj księgarni i rozglądając się w dziełach polskich. Przerwała mu jednak naukę cięzka i długa choroba, z któréj wróciwszy do zdrowia Poznań opuścił i przeniósł się do Kalisza, gdzie szkoły ukończył.
W tym ostatnim czasie musiał już po większéj części sam o sobie radzić, ucząc młodszych, a ponieważ i tak dostatecznych funduszów nie było, zamiast pójść na uniwersytet, chwycił się guwernerki, zwłaszcza iż znalazł wyborne miejsce, w Ujeździe, u państwa Żółtowskich, którzy mu przygotowanie do szkół najstarszego syna, Stanisława, powierzyli. Siedząc jeszcze na ławach gimnazyalnych powziął Łukaszewicz zamiłowanie do ojczystego piśmiennictwa i czuł potrzebę objawów literackich, które, jak zwykle się dzieje u młodych, przybrały najpierw kształty poetyczne. Pisał więc wiersze, a kilka z nich możesz przeczytać, panie Ludwiku, w Mrówce i Weteranie, pierwszych literackich miesięcznikach, które się u nas pojawiły. Febus ów był bardzo chudy; autor uznał to sam wcześnie, porzucił lutnię i już w Kaliszu zwrócił się na drogę bibliografii i historyi.
Aby się w tym zawodzie kształcić daléj, uzbierawszy sobie skromny fundusik na nauczycielce, pojechał do Krakowa, gdzie szczególnie korzystał z nauki Bandkiego, który go chciał przy bibliotece jagiellońskiéj zatrzymać i stale zatrudnić. Ale Łukaszewicz wolał wrócić do miejsc rodzinnych, zwłaszcza że już wszedł był w stosunki z Edwardem Raczyńskim; dla tego, po roku czy półtora, opuściwszy Kraków, udał się w podróż z polecenia i kosztem Raczyńskiego, który go sobie na bibliotekarza upatrzył, do Wrocławia, Gdańska, Królewca, Elbląga, do Warszawy i rozmaitych miast Kongresówki, aby obejrzeć księgozbiory, archiwa, antykwarnie i wybadać, co się tam znajduje ważnego i ciekawego dla dziejów Polski i jéj piśmiennictwa.
Podobne podróże, bliżéj lub daléj, ponawiał Łukaszewicz późniéj nieraz jeszcze, a mając wielką zręczność i czuły węch w tropieniu, wynajdywał często niespodziane rzadkości w księgach i rękopisach, na wieżach i poddaszach kościelnych, po ratuszach i probostwach, po dworach i u żydów. Ztąd też namnożyło się u niego powoli nie tylko mnóstwo zapisków i odpisów z akt i książek, lecz uzbierał sobie prywatną bibliotekę bardzo znaczną, zawierającą dobór starych wydań i mnóstwo białych kruków. W późniejszych czasach sprzedał nie małą część owego zbioru berlińskiemu antykwarzowi Ascherowi, który ją do Anglii przesłał, mimo to pozostało wiele bardzo cennych książek po śmierci Łukaszewicza; ile mi się zdaje, przypadły one w dziale zięciowi jego, sędziemu Łyskowskiemu.
Gdy biblioteka Raczyńskich skończoną i na użytek publiczności oddaną została, objął Łukaszewicz nad nią zarząd i opiekę, które bez przerwy przeszło dwadzieścia trzy lata dzierzył. Nie potrzebuję ci ręczyć, panie Ludwiku, że obowiązki swoje bibliotekarskie ściśle wypełniał, bo rzadko byłbyś znalazł człowieka, któryby go w sumienności, a nawet w pedantyzmie, przewyższył; to jednak nadmienię, że starał się przedewszystkiem zaopatrzyć bibliotekę w książki polskie, jakby przeczuwał, że późniéj rzeczy inny obrót wezmą. Zresztą czynności bibliotekarskie nie są bynajmniéj mozolne i aż nadto wolnego czasu pozostawiają; wszakże tego czasu nie miał Łukaszewicz nigdy za wiele. Stosunek jego z Raczyńskim nie ustał; owszem, był pan Józef aż do śmierci hrabiego prawą jego ręką we wszystkiem, co się tyczyło wydawnictw.
Cała niemal praca, dotycząca wykonania, spadała na niego, co zaręczyć ci mogę, bo wielokrotnie miałem sposobność przekonania się o tem. Przyspasabianie rękopisów, dopilnowanie druku, korrekty, potrzebne przemowy, uwagi lub dodatki, po poprzedniem porozumieniu, były niemal zawsze robotą Łukaszewicza, który, lubo nieraz innego był zdania, musiał zastósować się do życzeń mocodawcy, nie znoszącego w ogóle żadnéj sprzeczności i będącego częstokroć w szorstkiem i apodyktycznem usposobieniu. Z tłómaczeń pisarzy łacińskich, które Raczyński spowodował i kosztem swoim wydawał, wykonał Łukaszewicz jedno z najdłuższych i najmozolniejszych, t. j. tłómaczenie Historyi naturalnéj Pliniusza, w dziesięciu grubych tomach, które, dla obszerności swojéj, nie mniéj dla mnóstwa nazw technicznych i naukowych wyrażeń, nie mało pracy i biegłości wymagało, a prócz tego przełożył wyborną polszczyzną Kwintyliana ksiąg dwanaście o krasomówstwie, które pozostały w manuskrypcie jak najstaranniéj ręką jego pisanym i do druku przysposobionym, będącym zapewne jeszcze w posiadaniu pana Łyskowskiego.
Dla urozmaicenia poniekąd siedzącéj pracy, przyjął Łukaszewicz, gdy stare nasze gimnazyum w trzydziestym czwartym roku podzielono, obowiązek nauczyciela w gimnazyum Fryderykowskiem i uczył tam języka polskiego lat kilka tak Niemców jako i Polaków, co mu także nie mało czasu zajęło. Tegoż samego roku pojawił się w Lesznie Przyjaciel ludu, pierwsze u nas ilustrowane pismo tygodniowe, założone przez Jana Poplińskiego. Zajął się od samego początku Łukaszewicz szczerze tem pismem; od dawna zaprzyjaźniony z Poplińskim, był najczynniejszym jego współpracownikiem, a nawet, gdy tenże w roku trzydziestym dziewiątym umarł, zawiadywał przez dwa czy trzy lata redakcyą Przyjaciela. W pierwszych jego sześciu, siedmiu rocznikach znajdziesz pełno artykułów Łukaszewicza; poznać je łatwo, choć nie podpisane, po stylu i treści. Są to po większéj części rozprawki i obrazy tyczące się ciekawych wypadków dziejowych lub starożytności polskich; niejedne z nich mają znaczną wartość z powodu nowości lub źródłowego opracowania. Nie poprzestał jednakże na tem Łukaszewicz. Gdy byliśmy na Starym rynku, powiadałem ci, panie Ludwiku, jak to powstał trzydziestego ósmego roku Tygodnik literacki i jak się późniéj wysunął z rąk założycieli, jak powstała około roku czterdziestego nowa księgarnia polska w Bazarze, którą wkrótce po założeniu zagarnął Stefański; wiadomo ci już, że jednego i drugiego przedsięwzięcia inicyatorem, a w początkach właścicielem i kierownikiem był Łukaszewicz wspólnie z Antonim Poplińskim. Niezrażeni tym podwójnym zawodem założyli obadwa czterdziestego roku, pod własnem już nazwiskiem, nowe pismo tygodniowe Orędownik naukowy, oraz, by niedoświadczyć trzeciéj może niespodzianki, własną drukarnię na Garbarach, w domu Poplińskiego. W Orędowniku, którego pewnie nie widziałeś, bo nic prędzéj nie idzie na wieczną zatratę jak pisma peryodyczne, a o którym ci późniéj może to i owo powiem, mniéj już historycznych rzeczy zamieszczał Łukaszewicz, ale, obok wspólnéj z Poplińskim czynności w układaniu numerów, pisał głównie notatki bibliograficzne i obszerniejsze recenzye dzieł wychodzących i pod tym względem popadł nieraz w nieporozumienie z panującym wówczas prądem.
Nie potrzebuję ci mówić o jego patryotyzmie; był to człowiek, dla którego poza polskiemi dziejami i poza polską sprawą nic nie istniało i który, na teraźniejszość naszą zapatrując się tak jak Marcinkowski, widział ratunek narodu w zasadach zachowawczych, wzmaganiu się materyalnem i ciągłem rozbudzaniu ducha polskiego wszelkiemi możliwemi sposobami, przedewszystkiem pielęgnowaniem języka, dziejów i literatury ojczystéj. Ztąd też wszystko, co temu zagrażało lub zagrażać się zdawało, wzniecało w nim niechęć i obawę, nawet gniew, a że był pod tym względem draźliwym, przytem twardym w swoich przekonaniach, mało nieraz okazywał pobłażliwości w sądach i ocenach pism i ludzi. Nikt mniéj w życiu i zasadach nie objawiał przywidzeń lub słabostek arystokratycznych i szlacheckich, nikt szczerzéj nie uznawał praw ludu i krzywd, które mu się działy i dzieją, potrzeby podnoszenia go na poziom stanów oświeceńszych, jak Łukaszewicz; ale w podbechtywaniu tego ludu, wzniecaniu w nim chęci i namiętności zdrożnych, łudzeniu go próżnemi nadziejami, a szczególnie w zamiarach powstańczych widział tylko nieszczęście dla ogółu. Miał z tego powodu żal i wstręt do tak zwanego wówczas stronnictwa postępowego i do osób stojących na czele ruchu lub pchających do niego i z tem się nie ukrywał. Również nieznośną mu była wszelka niedojrzałość literacka, przeromantyzowani i niedoromantyzowani poeci, filozoficznie napuszysta proza, ponieważ przedewszystkiem wysoko cenił jasność i czystość mowy polskiéj, któréj zachowanie przy sile i zdrowiu za akt patryotyzmu uważał.
Nie dziw się więc, panie Ludwiku, iż nie zbywało Łukaszewiczowi na przeciwnikach i niechętnych, zwłaszcza iż wyrażenia jego w rozmowach i w recenzyach często nie bardzo były łaskawe; oddźwięk owych niechęci brzmi dość wyraźnie w Literaturze poznańskiéj Kaźmirza Jarochowskiego i w niejednych sądach, które o nim w pismach o nowszéj literaturze naszéj wydano.
Wszystkie, panie Ludwiku, te zatrudnienia Łukaszewicza, o których ci dotychczas mówiłem, były poboczne i dorywcze; za główne zadanie swoje uważał pracować nad wyświeceniem dziejów polskich, a liczbą i wartością dzieł, które w tym celu napisał, zapewnił sobie niewątpliwie bardzo zaszczytne miejsce w rzędzie dziejopisarzy naszych tego wieku. Są to obszerne monografie, dotyczące przedewszystkiem stosunków religijnych i oświaty w dawnéj Polsce. Pierwsza z nich, która trzydziestego drugiego roku wyszła, była Wiadomość historyczna o dysydentach w mieście Poznaniu w XVI i XVII wieku. Do tego dzieła zbliżają się treścią wydane późniéj i wiele obszerniejsze: O kościołach braci czeskich w dawnéj Polsce, Dzieje kościołów wyznania helweckiego na Litwie i Dzieje kościołów wyznania helweckiego w dawnéj Małéj Polsce.
Nie będziesz zapewne żądał odemnie recenzyi, panie Ludwiku, ale co do wymienionych dzieł tyle ci powiem, iż, chociaż wyświecają nadzwyczaj ważną stronę religijnego i politycznego życia w Polsce szesnastego i siedemnastego wieku, a co do przedmiotu swego równych sobie nie mają, niezbyt łaskawie przyjęte zostały ze strony ultrakatolickiéj; upatrywano w nich pewne sympatye do innowierców i zarzuty panującemu kościołowi; tymczasem, jeśli jedno i drugie odczytasz, nie znajdziesz tam żadnego złego zamiaru, lecz zupełnie spokojne i przedmiotowe wyjaśnienie na podstawie źródeł i stosunków, jakie były. Obraz miasta Poznania powszechne wzbudził zadowolenie, bo rzadko która monografia tego rodzaju jest tak wyczerpującą i zajmującą. Nieraz, panie Ludwiku, gdy się teraźniejszym Poznaniem przesycę, biorę sobie ów stary do ręku, aby ciemne myśli odpędzić. Najobszerniejszą i najważniejszą ze wszystkich prac Łukaszewicza jest Historya szkół w Koronie i na Litwie, od najdawniejszych czasów aż do 1794, dzieło mozolnie i gruntownie obrobione, teraz jeszcze nie tylko najlepsze, lecz jedyne właściwie na tem polu, które jednak tych i owych nie mile dotknęło, z powodu że Łukaszewicz czynności wychowawczéj Jezuitów, a osobliwie skutków jéj dla naszego kraju, w świetle różowem nie wystawił. Za jednak Łukaszewicz dla kościoła katolickiogo bynajmniéj nieprzyjaźnie usposobionym nie był, jak mu to często zarzucano, o tem świadczyły tak całe życie jego prywatne, zgodne z przepisami kościoła, liczne i ścisłe stosunki z księżmi, jako też ważne i gruntownie opracowane dzieło: Opis historyczny kościołów parochialnych etc. dawnéj dyecezyi poznańskiéj, którego zadanie gdyby w innych także dyecezyach przeprowadzone zostało, mielibyśmy wierny i szczegółowy obraz materyalnych i moralnych stosunków kościoła w dawnéj Polsce. Ostatnim owocem pracy Łukaszewicza był Historyczno-statystyczny opis miast i wsi w dawniejszym powiecie krotoszyńskim od najdawniejszych czasów aż do roku 1794, którego tom pierwszy sam jeszcze wydał, tom drugi zupełnie do druku przygotował, do tomu trzeciego wszystkie niemal potrzebne zebrał materyały.
Widzisz, panie Ludwiku, z tego szeregu dzieł, które ci przytoczyłem, że Łukaszewicz czasu swego nie tracił, i że, jak z góry powiedziałem, całe życie swoje pracował i pracował, a usilność jego i wytrwałość niepospolitą ocenisz od razu przeglądając, choć tylko powierzchownie, pierwsze lepsze z jego pism, które pod względem układu i przedstawienia są sobie wszystkie podobne. Nie należał Łukaszewicz do dziejopisarzy ogólnikujących i streszczających, którzy z faktów wynajdują lub w fakta wkładają myśli; miał pewien wstręt do téj metody, powiedział mi nawet raz, gdy była o tem mowa: Co tam, panie! myśli to są błyskotki, a w historyi chodzi o fakta.“ Dla tego też dzieła jego są właściwie zbiorem samych źródłowych podań, umiejętnie ocenionych i zestawionych, zręcznie w całość ujętych. Ileż to potrzeba było szperania, czytania, zapisywania i mozołu, nim się tak ogromne zasoby źródeł z starych książek i rękopisów zebrały; ileż to trzeba było przejrzeć bibliotek i archiwów i jak dobrze wiedzieć gdzie co znaleść można! Pomagała w tem Łukaszewiczowi nadzwyczajna pamięć, którą do późnego wieku dochował i w któréj mu tylko Tytus Działyński dorównał.
Nieraz miałem sposobność podziwiania jéj, gdy zaczął przytaczać gdzie która książka jest, którego roku wyszło to i owo, co w jednéj lub drugiéj bibliotece było lub nie było, gdzie o tem lub owem znajdzie się wzmianka, kto co wydał lub kiedy; a nie tylko ogrom bibliograficznych i historycznych wiadomości był w jego głowie, lecz znał jeszcze familijne stosunki, wypadki i rodowody szlachty naszéj tak dokładnie, iż jedynie panna Bibianna Moraczewska lub pan Józef Morawski byliby mogli z nim współzawodniczyć pod tym względem.
Do wszystkiego, co powiedziałem, panie Ludwiku, dodaj jeszcze gruntowną znajomość staréj i średniowiecznéj łaciny, oraz znajomość niemieckiego, francuskiego i włoskiego języka, przypomnij sobie jak wyborną pisał polszczyzną, a przyznasz zapewne, że Józef Łukaszewicz nie był tuzinkowym człowiekiem i że dobrze zrobiłem, mówiąc ci o nim trochę dłużéj, niż o innych, zwłaszcza iż bliższa znajomość dała mi sposobność poznania wartości jego.
Ostatnie dwa dzieła swoje wypracował, a Dzieje helweckich kościołów w Małéj Polsce wykończył Łukaszewicz nie w Poznaniu, lecz na wsi; przeniósł się bowiem, złożywszy urząd bibliotekarski, piędziesiątego drugiego roku, do Targoszyc, w powiecie krotoszyńskim, którą to majętność żona jego odziedziczyła. Aż do owéj chwili były jego dochody nader skromne, bo praca literacka, szczególnie u nas, ludzi nie tuczy; ponieważ jednak niezwykła w domu panowała oszczędność, pozostawało zawsze coś na rzadkie książki i na dobre uczynki. Znaczna zmiana fortuny nie pociągnęła za sobą żadnéj zmiany w zapatrywaniu się na świat i sposobie życia całéj rodziny. Przeniósłszy się na wieś, Łukaszewicz mało się zajmował gospodarstwem, na którem się nie znał, i spędził lat kilka, spokojniéj i jednostajniéj jeszcze, niż w mieście, na zwykłem zatrudnieniu naukowem; lecz, mając teraz wiele znaczniejsze środki, nie szczędził ich na cele publiczne i dla potrzeb prywatnych. Wiem o kilku przypadkach, w których sam, nie wezwany, wystąpił z znaczną ofiarą, bądź datkiem, bądź pożyczką, a nieraz bezimienne robił przesyłki, bo jak liczniejszych towarzystw, tak i rozgłosu wszelkiego i ściągania uwagi na swoją osobę lękliwie niemal unikał.

Ostatnie cztery lata były dla tego zacnego człowieka pasmem smutku i cierpień tak moralnych, jako i fizycznych. Śmierć, wydzierając mu żonę, wkrótce potem najstarszą córkę, zabrała mu podporę i pociechę starości; żal po nich głęboki sprowadził zwątpienie i ponury pogląd na ludzi, przytem coraz wyraźniejsze opadanie sił, a długa i dokuczliwa w ostatnim czasie choroba położyła wreszcie koniec jego życiu w Lutym siedemdziesiątego trzeciego roku.

Wspomniawszy o Łukaszewiczu, nie mogę w żaden sposób pominąć jego żony, którą o wiele dawniéj znałem od niego, gdy jeszcze jako współwychowanka i przyjaciółka pani Maciejowéj Mielżyńskiéj, często matkę moją odwiedzała; zachowała też dla niéj aż do śmierci najżyczliwsze uczucia. Pani Łukaszewiczowa odznaczała się przedewszystkiem łagodnością, skromnością i pobożnością. Chociaż w czasach pierwszéj młodości przywykła była do życia na wyższą skalę, zwyczajnego wtedy na większych dworach, i do ciągłego niemal towarzyskiego ruchu, potrafiła się, wyszedłszy za mąż, zastósować jak najchętniéj do niezbędnych potrzeb i do cichego, jednostajnego bytu. Gdy potem znaczny na nią spadł majątek, nie mogła odwyknąć od owéj prostoty i oszczędności, które się z nią zrosły i wszakże nie czyniąc żadnéj ujmy najszczerszej gościnności, ilekroć była sposobność do jéj okazania. Mając dobre i tkliwe serce, tyle dla innych rzetelnego objawiała współczucia, tak pobłażliwie sądziła o ludziach, a przytem tak swobodnie wyrażać umiała swe myśli, iż zyskała sobie szacunek i życzliwość wszystkich, co ją znali.
Nie dziw więc, że pani Łukaszewiczowa znalazła une tante d’Amérique, jak mówią za Renem. Był przy schyłku przeszłego wieku u familii Mielżyńskich Francuz, nazwiskiem Poulin, który, zdaje mi się, wychował jeszcze ojca Aleksandra Mielżyńskiego z Baszkowa. Otóż ci Mielżyńscy należeli wtenczas jeszcze do najbogatszych panów naszéj cześci kraju, i wywdzięczając się owemu Poulinowi, który potem był poniekąd ich majordomem, darowali mu za jego usługi piękną wieś, Targoszyce. Osiadł w niéj na stare lata Poulin, lecz umarł niedługo potem bezdzietny, zostawiwszy własność swoją żonie, także Francuzce. Pani Poulinowa doczekała się tam bardzo późnego wieku, a chociaż Thaerowi w gospodarowaniu nie wyrównała, nie tylko wieś w panieńskiéj czystości zachowała, lecz zebrała jeszcze bardzo poważny kapitalik, mając za zasadę, iż trzeba zawsze kłaść talar na talarze, car, voyez-vous, ça fait des petits, jak mówiła. Na pół spolszczona i oddawna ściśle z Fryzami zaprzyjaźniona, nie mając zresztą żadnych zgoła krewnych, wzięła sobie najstarszą pannę Fryza poniekąd za córkę i jéj umierając zapisała cały swój majątek. W skutek tego, ponieważ nowa dziedziczka była już znacznie w latach i bardzo cierpiąca, przeszły niebawem Targoszyce, jak ci mówiłem, na własność państwa Łukaszewiczów, którzy męzkiego potomstwa po sobie nie zostawili i których wszystkie trzy córki, dwie młodsze zamężne, w młodych jeszcze latach pomarły.
Nie weźmiesz mi zapewne za złe, panie Ludwiku, że się trochę dłużéj tu w bibliotece zabawiłem, otóż, nim się z nią pożegnamy, wymienię ci jeszcze jednego tutejszego mieszkańca, mającego niestałą siedzibę swoją na dole, z tyłu, po lewéj stronie. Był to znany powszechnie, poczciwy Maciejewski, człowiek typowy w swoim rodzaju. Zajmował on stanowisko podrzędnego, że tak powiem, adjutanta pana Edwarda Raczyńskiego. Gdy tenże bawił w Poznaniu, musiał Maciejewski być ciągle na zawołaniu i wykonywać mnogie rozkazy, wycieczki i przesyłki, a wtedy żadna ulica nie była przed nim bezpieczną; wieczorem zaś przesiadywał zwykle w bibliotece, aby, na wezwanie bibliotekarza, wyszukiwać po szafach, schylając się lub włażąc po drabce i przynosić książki dla czytającéj publiczności. Wszystkie polecenia wypełniał mówiąc tylko co koniecznie było potrzeba, bez zapału, ale ze spokojną powagą, która zgadzała się z wysoką jego postawą, długą twarzą, dużym nosem i gęstą czupryną.
A teraz pójdziemy kilka kroków daléj. Widzisz, panie Ludwiku, dość długą, jednopiętrową kamienicę, oddaloną niewielkim przestworem od biblioteki Raczyńskich, z którą, niemal równocześnie powstała. Ma nad głównemi drzwiami symbol Eskulapa, pałkę okręconą wężem; i nie bez powodu, gdyż tu, na dawniejszem pustkowiu, wybudował ją lekarz, doktór Jagielski, którego spadkobiercy sprzedali ją przy działach jakiemuś żydowi wraz z przyboczną także przez ojca wybudowaną. Dr. Jagielski był, co do czasu, pierwszym po Wolfie lekarzem polskim osiadłym w Poznaniu, jeszcze przed Marcinkowskim, i przez wiele lat należał do najbardziéj czynnych w mieście i na prowincyi. Poznałem się z nim i schodziłem nieraz, gdy już był w dość późnym wieku, lecz co mi o nim wiadomo powiem ci może, gdy zajdziem na Groblę, gdzie większą część życia spędził, bo tutaj w swéj kamienicy tylko trzy lata mieszkał. Od wieków nie zdarzyło mi się przekroczyć progu tego domu, ale z młodych lat znane mi jego pierwsze piętro, gdzie byłem kilkakrotnie i gdzie nawet dwa czy trzy razy pracowałem noc całą nogami. Zajmował przez długi czas to pierwsze piętro pan Gregor, którego nazwisko już ci poprzednio, mówiąc o adwokatach, wymieniłem. Dziejów jego szczegółowych nie znam; zkąd pochodził i co robił w młodości, nie wiem, ani też jakiéj właściwie był narodowości, tyle sobie tylko przypominam, co mi pan Gustaw Potworowski powiadał, że i on i koledzy jego na uniwersytecie, bodajnie w Wrocławiu, żyli w ścisłych stosunkach z Gregorem, który należał wtedy do najdzielniejszych rębaczy na hibery. Przytem wiem z własnego doświadczenia, że mówił po polsku jak każdy z nas i że żonę miał Polkę, bardzo ładną osobę, pannę Kojenównę, któréj brat, łagodny i miły chłopiec, przebył ze mną cztery niższe klasy i potem wyszedł na gospodarza. Rzadko adwokat miał tak powszechne i zupełne zaufanie w naszym polskim świecie jak pan Gregor; zasługiwał na nie pod każdym względem, był bowiem nieposzlakowanéj uczciwości, biegłym prawnikiem, w wysokim stopniu sumiennym i obowiązkowym. Postać jego niska, chuda i wątła, twarz przyjemna, lecz blada, znużone oczy okazywały nadmiar pracy; wszystkie bowiem wtenczas ważniejsze, osobliwie majątkowe sprawy naszego obywatelstwa przechodziły przez jego ręce; każdy niemal mający coś do czynienia z sądem starał się o to, aby go Gregor wziął pod swoją opiekę. To też z powodu ciągłego zajęcia, nie mniéj z pewnéj lękliwości i spokojnego usposobienia, unikał wszystkiego, co z polityką związek mieć mogło i trzymał się zdala od wszelkich sporów i czynności narodowościowych, mając za zasadę: homo sum. Wszyscyśmy go jednak uważali za Polaka i familijne jego pożycie miało cechę przeważnie polską. Dla nawału pracy, towarzyskie jego stosunki nie mogły być ożywione ani też rozległe, lecz ściślejsza znajomość łączyła go głównie z Polakami, a gdy późniéj córki dorosły, były one tak zewnętrznością swoją jako i wykształceniem ozdobą naszych zebrań prywatnych i publicznych i na zabawach odbywających się wtenczas w jego domu, z wyjątkiem może kilku oficerów, bywała Polonia płci obojga. To tez obiedwie córki, teraz już wdowy, wyszły za Polaków; z synami zaś, których było kilku w naszych szkołach, nie wiem co się stało; jeden tylko, idąc za przykładem ojca, został prawnikiem i osięgnął tu u nas znaczne stanowisko w zawodzie sądowym, lecz, ile mi wiadomo, do Polaków się nie liczy.
Daléj za kamienicą dr. Jagielskiego wyglądało całkiem inaczéj niż teraz aż do roku, mniéj więcéj, czterdziestego trzeciego czy czwartego, bo daty dokładnéj już nie pamiętam. Ciągnął się wzdłuż ulicy mur niepozorny, skręcający się kątem dość daleko na teraźniejszą Lipową. Mur ten otaczał ogród, dość wysokiemi drzewami obsadzony, w którego środku stała nie wielka, biała kamieniczka, spoglądająca na plac teatralny wiecznie zamkniętemi żaluzyami. Cały ten grunt należał do pułkownika Ponińskiego, ojca żyjącego jeszcze hrabiego Edwarda, a przeszedł późniéj na własność Teodora Kaczkowskiego, który część jego odstąpił władzy wojskowéj. Stanął na niéj, jak widzisz, zajęty obecnie przez jenerała zwanego komendantem placu i podwładne mu biura, budynek, przy którym ostał się jeszcze kawałek dawniejszego ogrodu; na drugiéj zaś części wybudował pan Kaczkowski, niemal równocześnie, tę wielką kamienice, w któréj, wprowadziwszy się czterdziestego szóstego roku, w trzydzieści lat późniéj, życia dokonał.
Kaczkowski był jedną z osobistości powszechnie znanych w naszem społeczeństwie; lubiliśmy go wszyscy i pod niejednym względem cenili. Poznałem się z nim w roku czterdziestym pierwszym i byliśmy z sobą w bliższych i przyjacielskich stosunkach, szczególnie w tych czasach, gdy pożycie między Polakami w mieście miało jakąś spoistość. Widywał się Kaczkowski tutaj i przestawał z wszystkimi niemal przyzwoitymi ludźmi, miał dużo także znajomych na prowincyi, lecz obracał się najchętniéj w ściślejszem kółku zaprzyjaźnionych rodzin, do których należeli Rosowie, Sypniewscy, Kolscy, Ogrodowicze, osobliwie zaś Mielcarzewicze, Kwaśniewscy, Nieszczottowie, Mateccy i Cegielscy. Nadzwyczaj łatwy w obejściu, życzliwy dla znajomych, wesoły zwykle i zadowolony z siebie i ze świata, trochę może epikurejczyk, lubił towarzystwa i, jak mówią Francuzi, une vie plantureuse, ale pod tym względem zawsze zachował miarę, był bowiem przy tem wszystkiem nader roztropny, nawet czasem więcéj niż oszczędny; dla przyjemności nie zapomniał nigdy o tem, co ważniejsze i sprawami swemi tak pokierować umiał, iż ze skromnych początków doszedł w niezbyt długim czasie do bardzo znacznego majątku. Nie można zaprzeczyć, iż pani Fortuna była dla niego łaskawą, ale w tem jego zasługa, że z tą łaską rozsądunie obchodzić się potrafił i nie tylko jéj nie strwonił, jak tylu innych zrobiło, lecz wszelkie z niéj możebne korzyści wyciągnął.
Urodził się Kaczkowski w pierwszych latach tego wieku, a chociaż genealogii jego szczegółowéj nie znam, wiem jednak, że miał ojca szlachcica, bene natum et possessionatum w Gnieźnieńskiem, który za młodu byłby wyśmiał cygankę wróżącą mu syna z wagą i kwartą. Tymczasem do tego przyszło; dość znaczny majątek ziemski rodzinny skutkiem wojny i przechodu wojsk, a bardziéj skutkiem niestatku domowego runął wcześnie; państwo Kaczkowscy rozeszli się na różne strony; ze starszym ich synem nie wiem, co się stało, młodszego, wówczas jeszcze niedorostka, oddano do jakiegoś handlu w Bydgoszczy. Przebył tam twardą, ale zbawienną szkołę pan Teodor. Właściciel handlu, zamożny Niemiec, którego nazwiska już nie pamiętam, trzymał go w ścisłych klubach; kazał w początkach ścierać i zamiatać, myć okna w handlu; pakować, wiązać, dźwigać i roznosić towary; wprawiał go do porządku i oszczędności. Sam mi to Kaczkowski raz opowiadał, dodając, że do śmierci wdzięczność pryncypałowi swemu zachowa, któremu winien wszystko, co wie i czem jest. Przebywszy lat kilka takiéj nauki w Bydgoszczy, dostał się do Poznania, gdzie czas jeszcze niejaki jako kupczyk, a późniéj jako subjekt pracował w handlu, zdaje mi się, Gumprechta, i wreszcie, zebrawszy nie wielki fundusik, wsparty przytem przez dawniejszych pryncypałów, założył sam, dwudziestego ósmego czy dziewiątego roku, handel materyalny i winny przy Szerokiéj ulicy, w domu niegdyś Ogrodowiczów, który do dziś dnia się nie zmienił i ma teraz numer 20.
Zrobię tutaj mały nawias, panie Ludwiku. Otóż, opowiadając ci na poprzednich przechadzkach to i owo o dawniejszych adwokatach, zapomniałem wymienić pana Ogrodowicza, który należał wtenczas w Poznaniu do najdawniejszych swego powołania; był bowiem już adwokatem za Księstwa Warszawskiego. Nie znałem go osobiście, tylko trochę z widzenia. Była to figura poważna, pańskiego zakroju, majątek miał bowiem dość znaczny i żył głównie z obywatelstwem wiejskiem. Z dziećmi z pierwszego małżeństwa, jak mi powiadano wtenczas, obszedł się podobno nieszczególnie, ożeniwszy się w dość późnym wieku po raz drugi. Z jednym z tych jego pierwszych synów, znacznie starszym odemnie, byłem w kwincie i przypominam sobie, że odznaczał się biegłością w mówieniu i pisaniu po polsku. Z niższych klas wyszedłszy, chwycił się wcześnie praktycznego zawodu i spotkałem go późniéj jako właściciela jednéj z cegielni leżących za Miasteczkiem na pagórkach nad Wartą. Od czasu mego wyjazdu na uniwersytet już anim go widział, ani też o nim co słyszał. Drugą żonę adwokata Ogrodowicza poznałem, po piędziesiątym roku, u wód w Salzbrunie; była wtedy od lat kilku wdową i z wielką troskliwością pielęgnowała dwóch synów swoich, bardzo miłych i dobrze wychowanych chłopców. Obadwaj wyszli późniéj na gospodarzy. O starszym wnosić było można już wtenczas z wątłéj budowy ciała i rumieńców na twarzy, że stan płuc jego mocno podejrzany; to też w młodym zupełnie wieku umarł. Drugi ożenił się, jak słyszałem, lecz starości się nie doczekał.
Wracając teraz do Kaczkowskiego, powiem ci, że, niespełna dwa lata po założeniu handlu, ożenił się z panną Honoratą Jaworską. Nie zrobił wprawdzie finansowéj spekulacyi, lecz znalazł w niéj żonę skromną, łagodną, któréj wiele zawdzięczał, bo nie tylko była dla niego wzorem porządku i ścisłéj gospodarności, lecz ciągłą zachętą do oględnego i oszczędnego postępowania w życiu i kupiectwie, a nawet, chociaż wyższego wykształcenia nie miała, ona głównie przyzwoitością i wrodzonym taktem towarzyskim jednać sobie i mężowi umiała życzliwość u ludzi. Szło też od samego początku wszystko bardzo pomyślnie w handlu i w domu; mnożyła się liczba odbiorców, powiodły kilkakrotnie szczęśliwe i korzystne kupna i uzbierał się wkrótce mały kapitalik.
Nie umiem ci powiedzieć, panie Ludwiku, przez jakie to znajomości i kombinacye przyszło do tego, że owa uciułana sumka dostała się na hipotekę Mierzewa, dosyć, że się tam znajdowała, gdy toż Mierzewo, nie wiem w skutek jakich okoliczności, uległo subhaście. Powiadali mi świadkowie, iż Kaczkowski mocno był wprawdzie zafrasowany możnością utraty tego, co sobie był zaoszczędził, ale jedynie tylko ulegając namowom i przedstawieniom przyjaciół, stawił się w odpowiednim sądzie na dzień terminu. Zdarzyło się, jak się czasem zdarza, że w braku licytujących, Kaczkowskiemu, którego nawet na miejscu trzeba było do licytowania podniecać, wieś przybito. Chociaż to była posiadłość znaczna, a cena nadzwyczaj mała, znalazł on się z początku, co także wiem od niego, w grubym kłopocie i nie wiedział co począć. Handlu porzucić nie mógł, na gospodarstwie nie znał się zgoła; wiedział prócz tego, że wieś była w opłakanym stanie, a jedna i druga spłata w bliskości. Lecz znalazła się niebawem rada i pomoc. Ojczym jego żony, pan Ziemski, biegły gospodarz i rolnik z zawodu, wziął Mierzewo w dzierżawę i sumienną pracą, korzystając z pomyślnych wtedy konjunktur, wieś hipotecznie oczyścił, w budynki opatrzył i pod względem uprawy i dochodu doprowadził do zupełnego porządku. Dopomógł mu w tem Kaczkowski, który na szlachcica i pana nie zachorował, trybu życia nie zmienił, w mieście pozostał, handel daléj prowadził, a zaznajamiając się powoli z gospodarstwem, nie tylko dochody z wydatkami równoważył, lecz pierwsze w znacznéj trzymał przewyżce.
Gdy jednak po ośmiu czy więcéj latach, tego już dokładnie nie pamiętam, pan Ziemski umarł, zwinął Kaczkowski handel i przeniósł się na wieś, nie zrywając bynajmniéj z miastem; owszem, bardzo często przesiadywał w swéj kamienicy, tu na dole, po lewéj stronie, i pozostał w stosunkach z dawnymi swymi znajomymi. Tutaj umarła mu, po kilkoletniéj słabości, pierwsza jego żona, a chociaż przeżył z nią lat niemało w najzupełniejszéj zgodzie i szczerze jéj żałował, na co ze wszech miar zasługiwała, ponieważ jednak zostawiła go bezdzietnym, ożenił się Kaczkowski, dwa lata późniéj, z zupełnie młodą panienką, daleką krewną państwa Rymarkiewiczów, w których domu ją poznał. Doczekał się w tem małżeństwie spokojnem i szczęśliwem kilkoro dzieci, czego dawniéj tak bardzo pragnął; ale po dziesięciu latach wydarła mu śmierć tę drugą żonę, która w kwiecie wieku uległa, w tem samem tu mieszkaniu, straszliwéj czarnéj ospie przez jeńców francuzkich, siedmdziesiątego pierwszego roku, do Poznania przywiezionéj. Zapewne dla tego, iż nieletnim i osierociałym dzieciom trzeba było jeszcze macierzyńskiéj opieki, zawarł Kaczkowski niedługo potem trzecie małżeństwo, w którem pięć lat bodajnie przeżywszy, siedmdziesiątego szóstego roku rozstał się z tym światem. Wywieźliśmy go tu ztąd na cmentarz święto-marciński, gdzie sobie spoczywa obok drugiéj żony, lecz ani cegiełką nawet nie wskazano miejsca, gdzie leży.
Żałośnie mi się zrobiło, gdy, idąc za jego trumną, przypomniałem sobie niejednę swobodną i miłą chwilę, którą w lepszych czasach spędziliśmy razem i gdy przyszło mi na myśl jak sam przez się był twórcą swego stanowiska, jak rozumnem postępowaniem, uprzejmem i przyjacielskiem wzięciem z ludźmi, nie tylko między rodakami wielu przyjaciół, lecz i między Niemcami mnóstwo życzliwych zyskać umiał, jak własnym przemysłem zbudować potrafił fortunę, utrzymać ją i całą zostawić po sobie, aby służyła potomkom. Tymczasem, panie Ludwiku, rozmaite są koleje fortun ludzkich; jedni je budują, drudzy wywracają. Od śmierci pana Teodora minęło ledwo lat jedenaście, a Mierzewo już w obcem ręku, szczęście jeszcze, że przeszło w ręce polskie.
Na drugiem piętrze tego domu mieszkał, niedawno jeszcze, Signor Gennaro Clementi, którego nieraz zapewne na ulicy widziałeś. Pochodził z Neapolu, a pochodzenie to zdradzały, przy pierwszem zaraz spotkaniu, jego ruchy, szczególnie zaś twarz, oczy i włosy, chociaż postawy był krótkiéj, grubawéj i silnéj. Porozumiewał się tu z nami francuzczyzną, którą mówił dość prędko, lecz z właściwą Włochom intonacyą i posługując się mnóstwem oryginalnie, często pociesznie ukutych wyrazów i zwrotów. Ci, którzy język włoski znają, zaręczali mi, iż, chociaż wyższych nauk nie pobierał, mówił jednak i pisał po włosku sposobem ludzi wykształconych, a nawet całkiem udatne robił wiersze. W pierwszych zaraz latach młodości zaczął śpiewać, jak to tam pod włoskiem niebem“ oni wszyscy śpiewają i osądziwszy, iż ma mocny i dźwięczny baryton, marząc przytem o losach Tamborinich, Rożerów i innych szczęśliwych gardłaczy, poszedł ich szlakiem, najpierw w swoim kraju na różnych występując scenach, a że powodzenie było zadawalniające, puścił się za granicę, do Hiszpanii, zkąd do Hawanny zrobił wycieczkę; późniéj zaś śpiewał w Egipcie, Turcyi i Rosyi, aż wreszcie przybłąkał się do Warszawy. W owych dalekich wycieczkach i różnych klimatach już się jednak głos trochę zużył, a ciała przybyło; pożegnał więc deski, dawał koncerta, szczególnie zaś uczył śpiewu. Pobawiwszy czas dłuższy w Warszawie, przybył do Poznania, najpierw w towarzystwie jednéj z uczennic swoich, która tu koncert dawała, a po niejakim czasie na stałe mieszkanie, i tutaj u nas ze trzy lata, jeśli nie więcéj, z przerwami przesiedział. W Bazarze kilka razy koncertował w różnych kombinacyach, ale ponieważ koncertowaniem tylko się gwiazdy i gwiazdory pierwszego rzędu tuczyć mogą, chwycił się potem pewniejszych lekcyi. Dawał je w mieście i na wsi z wielkiem powodzeniem; przyznać bowiem trzeba, iż uczył nie tylko chętnie, lecz i z zapałem, osobliwie gdy znalazł trochę zdolności i dobréj woli. Mógłbym ci kilka wyliczyć panien, które za jego staraniem prędko znakomite zrobiły postępy.
Co do usposobienia, chociaż wybuchowéj nieco natury i, pod towarzyskim względem, nie całkiem doszlifowany, był jednak przyjacielskim i szczerym, gościnnym aż nadto, ilekroć worek pozwolił, a przy tem miał dobre serce i nieraz nawet szlachetniejsze poczucia, dla tego potrafił sobie tutaj stworzyć dość duże kółko znajomych i życzliwych.
Między artystami znajdziesz, panie Ludwiku, pełno nieoględnych istot, które dają się pozorami i możebnościami powodować, a nie myślą, co to lub owo za następstwa mieć kiedyś będzie; do takich należał nasz Clementi i nieszczególnie biedak wyszedł na skutkach nierozważnego postępku, o którym, mimo iż rzecz niemal wszystkim znana, prawić ci tutaj nie będę, bo to należy do historyi nowożytnéj, a tę, jako stary, wam młodym zostawić wolę.
Do dziejów téj kamienicy dodać jeszcze muszę, iż siedemdziesiątego drugiego roku, do tylnego jéj budynku, po kilku poprzednich wędrówkach, przeniósł penaty swoje pan Franciszek Dobrowolski i że tam przez lat osiem machał berłem redaktorskiem, mimo egipskich ciemności właściwych owemu krajowi, które się niezawodnie do osłabienia jego wzroku przyczyniły. Że na téj krótkiéj wzmiance poprzestaję i dłużéj o panu Franciszku nie rozprawiam, dziwić się zapewne nie będziesz, zważywszy, że redaktorowie to genus irritabile,, jak już powiedział Horacy, ale okazałbym się niewdzięcznym, gdybym podziemnemu Schipmannowi należytego nie złożył hołdu. Ów Schipmann był jednym z pierwszych lokatorów Kaczkowskiego i pierwszym, który w Poznaniu katakumby urządził, to jest spokojne miejsce, gdzie pod ziemią potężnego czczą Bachusa. Schipmann należał do biegłych jego kapłanów: grzeczny, spokojny, usłużny, z gośćmi nie pijał pospołu, co jest arcyrozumną cnotą w tym zawodzie, ale znał się na płynach, osobliwie francuzkich i miał tę rzadką uczciwość, iż na zapytanie bez ogródki powiedział, czy czerwonego Galla w Burgundyi lub Bordeaux ochrzcono, czy też, jak zwykle, w świątyniach szczecińskich i czy Szamobywatel, jak czterdziestego ósmego roku demokratycznie mówiono, pod Epernay się rodził, czy pod kochaną Zielonogórą. Ponieważ sklep jego był nowością, a towar rzetelny, przeto interes szedł dobrze i znajdowały się tu w początkach towarzystwa bardzo przyzwoite, tak polskie jako i niemieckie. Nie liczyłem się, szczerze mówiąc, nigdy do bractwa Silenów, ale w młodszych latach to się też czasem eksces zrobiło, jak mówi ksiądz proboszcz, i pamiętam, że tutaj u Schipmanna trzy czy cztery bardzo miłe odbyłem posiedzenia, aczkolwiek z poważnymi ludźmi, kanonikiem Brzezińskim, Hipolitem Cegielskim, Mateckim i Bentkowskim, i że prawie za każdą razą udało nam się do wspólnéj narady ściągnąć z jego mieszkania Kaczkowskiego, który ów gwałt zniósł dość cierpliwie. Et haec meminisse juvabit!
Do wzmianki o owych orgiach podziemnych dodam tylko jeszcze, iż po kilku latach Schipmann, zebrawszy tutaj dość znaczną sumkę, zapragnął piękniejszych wawrzynów i na okazalszéj zasłynąć widowni. Przeniósł się do Berlina, urządził świetny jakiś lokal, ale fortuna tyłem się doń obróciła i utonął w morzu konkurentów. O następcach jego, których tu jeszcze widzisz do dziś dnia, nic ci powiedzieć nie umiem, bo noga moja u nich nie postała, a czas już zresztą, byśmy poszli daléj.
Słyszałżeś, panie Ludwiku, co tam ongi było za komendanturą, na prawo od teatru? Otóż, żydowski cmentarz. Ja go in flore już nie widziałem, przeniesiono go bowiem gdzieindziéj jeszcze przed mojem urodzeniem, ale pamiętam dobrze, z czasów gdy byłem dzieciakiem, a nawet sekstanerem, puste pole zajmujące całą tę połać od Lipowéj ulicy w górę poza Teatralną, a na prawo daleko, aż za Plac królewski; na tem polu leżały tu i owdzie wielkie, płaskie kamienie, mchem porosłe, z hebrejskiemi napisami, jako pamiątki po zmarłych za polskich czasów potomkach Abrahama. W dni pogodne pełno się koło nich uwijało chłopców w piłkę grających Jednym z pierwszych budynków, które tu powstały na Lipowéj ulicy, była ujeżdżalnia wojskowa; zajmowała ona, mniéj więcéj, miejsce teraźniejszéj landszafty i przyległego domu. Żołnierze i oficerowie uczyli się w niéj konnéj jazdy; ale nie przeto jest dla mnie z lat młodych pamiętną owa ujeżdżalnia, tylko z powodu, iż w niéj nieraz oglądałem konne widowiska, co poczytywałem wtenczas za ideał szczęścia. Władza wojskowa odstępowała jéj czasami na kilka tygodni towarzystwom wędrujących skoczków. Pojawienie się którego z nich sprawiało, przedewszystkiem w gimnazyum, niepoślednią radość, zwłaszcza iż zwykle zapowiadało się w bardzo wrażliwy sposób.
Plakaty i programy drukowane były jeszcze rzeczą podrzędną; uważano za skuteczniejsze działać ludziom bezpośrednio na oczy i nerwy. To też, gdy takie towarzystwo przybyło do miasta, objeżdżało główne ulice w kilkanaście koni; jeźdźcy, zwykle w strojach hiszpańskich i kapeluszach z strusiemi piórami, trąbili i bębnili ile się zmieściło, a za nimi biegły, wrzeszcząc, gromady uliczników i gawiedzi. Byli to w owych czasach po większéj części Francuzi; osobliwie odznaczała się doborem koni i ludzi trupa Turnièra, którą tu ze dwa razy widziałem. Późniéj pojawił się jakiś Wolf, także bodajnie Francuz, przynajmniéj do swych ludzi mówił tylko po francuzku. W jego towarzystwie był ów Rentz, który potem jako dyrektor osiadł stale w Berlinie, tam pobudował wspaniałe cyrki i bodajnie jeszcze żyje, dorobiwszy się, raczéj dojeździwszy, europejskiéj renomy i wielkiego majątku. Że w swoim rodzaju jest niepospolitym, widać było już wtenczas; zadziwiał wszystkich swoją śmiałością i karkołomnemi skokami, osobliwie tak zwanem salto mortale, którego sobie pozwalał na nieosiodłanym koniu.
Młody jeszcze, wysoki, silnie zbudowany, twarzą i włosami bardzo przypominał żyda, nie wiem jednak, czy nim był w istocie. Czynił wrażenie na płci pięknéj, co pociągnęło za sobą awanturkę, o któréj dość powszechnie mówiono, lecz czy nie była mytem, ręczyć nie mogę. Otóż mieszkała tu wtenczas pani X., wdówka nie stara, tak między trzydziestą a czterdziestą wiosną, dość wysoka, blondyna, jeszcze zupełnie ładna, très chic, pochodząca ze wsi i żyjąca z osobami wielkiego świata. Bywała często w cyrku, poczem zaczęła brać lekcye konnéj jazdy u Rentza, a ponieważ szły dobrze, przejęła się w skutek tego podobno tak silną wdzięcznością dla swego nauczyciela, że, gdy z Poznania wyjechał, ulotniła się za nim. A co daléj?… Tego nie wiem, tyle rzeczą pewną, że nigdy jéj potem w mieście nie widziałem i nikt mi powiedzieć nie umiał, co się z tą panią stało, gdy się raz i drugi pytałem.
Za ujeżdżalnią i po téj saméj stronie powstały przy Lipowéj ulicy, przed wszystkiemi innemi, dwa niewielkie bezpiętrowe domy, z których jeden widzisz jeszcze tutaj, lecz ulepszony i przystrojony w porównaniu z dawniejszym swoim wyglądem; na miejscu zaś drugiego trzypiętrową wystawiono kamienicę. W obydwóch owych domkach przebywały kiedyś znane mi osobistości.
Otóż ten co pozostał, był pierwszem i kilkoletniem mieszkaniem dyrektora gimnazyalnego Wendta, który w dziejach naszych szkolnych ważne zajmuje stanowisko; lecz, żeby niepsuć porzadku, powiem ci o nim co potrzeba, gdy przyjdziem na Gołębią ulicę i stary budynek naszéj poznańskiéj Almae matris zwiedzimy. Późniéj nabyli ów domek państwo Romanostwo Ziołeccy i tam ich kilka razy, po roku czterdziestym, odwiedziłem. Ojca pana Romana poznałem, gdy już był w bardzo podeszłym wieku, spędził bowiem na wsi większą część swego życia. W młodych latach uczył się prawa, a w czasie Księstwa Warszawskiego był tutaj naczelnikiem poczty poznańskiéj, późniéj zaś, po drugiéj okupacyi, redagował Gazetę W. Księstwa, będąc potrosze literatem. Sprzykrzywszy sobie jednak cenzurę i nowe stosunki, ustąpił z miasta, puścił się na dzierżawę, a gdy ta wypadła pomyślnie, kupił wieś Szypłowo w pleszewskim powiecie, którą, około czterdziestego szóstego roku, sprzedał panu Taczanowskiemu. Sprowadziwszy się znów do Poznania, zamieszkał tutaj na Fryderykowskiéj ulicy wraz z żoną, obok starszéj córki, pani Rymarkiewiczowéj i wkrótce potem umarł. Żona przeżyła go z lat kilkanaście, była to bowiem osoba niepospolitéj, na swój wiek, zwinności fizycznéj, żywości i swobody umysłowéj.
Syn ich jedynak skończył gimnazyum poznańskie, nim ja do niego przyszedłem, i odbywszy potem trzyletni kurs prawa na uniwersytecie wrocławskim, rozpoczął już był na dobre auskultatorkę w Poznaniu, gdy powstanie listopadowe wybuchło. Co wszyscy wtenczas zrobili, zrobił on także; poszedł i bił się przeciw Moskalom. Wrócił szczęśliwie, lecz drzwi do sądu znalazł dla siebie zamknięte i zawód swój przerwany. Nieczynnym przecież nie został, pomagał ojcu w gospodarstwie, a panu Edwardowi Raczyńskiemu w tłómaczeniach pisarzy łacińskich. Przełożył, zdaje mi się, Witruwiusza i któregoś z poetów lirycznych. Najważniejszem jednak dla niego w owym czasie było, iż poznał pannę Matyldę Aksamitowską. Matka téj panny, wdowa po jenerale Aksamitowskim, Włoszka rodem, mieszkała tutaj w Poznaniu, a ponieważ znał się z nią mój ojciec i, przechodząc koło jéj domu, wstąpił tam czasem ze mną, przeto przypominam sobie jenerałowę, wtenczas już nie młodą, dość wysoką, dobréj tuszy, przytem rysów wyrazisto-południowych, których ślady jeszcze i na wnuczki przeszły. Pannę Matyldę, przy pierwszych takich odwiedzinach, które pamiętam, wtenczas może szesnastoletnią, zastaliśmy malującą na szkle. Wyszła potem za pana Romana Ziołeckiego, gdy mnie tu w Poznaniu nie było i dopiero sześć czy siedem lat późniéj nastręczyła mi się sposobność, z powodu Towarzystwa dobroczynności, czy tam ochronek, odnowienia z nią znajomości i odwiedzenia jéj kilkakrotnie w tym domku. Przy pierwszem spotkaniu zaraz dostrzedz było można wyższą skalę duchową pani Ziołeckiéj, jéj wykwintne wychowanie towarzyskie. Żywość pojęć i wyobraźni, zamiłowanie do książek i zatrudnień artystycznych łączyła z rozumem w rzeczach praktycznych i rozwagą w zarządzaniu domem i majątkiem. Ale niedługo uszczęśliwiać mogła męża i nie zdołała wypielęgnować dość licznéj dziatwy swojéj, wcześnie już bowiem zapadła na piersiową chorobę, któréj początki jeszcze Marcinkowski starał się nadaremnie usunąć. Gdy Ziołecki, który, korzystając z pomyślniejszych stosunków politycznych po czterdziestym roku, wrócił do pierwszego zawodu i, po kilkoletniéj pracy przy sądzie poznańskim, przeniesionym został jako sędzia do Kościana, tak szybko wzmogło się i pogorszyło cierpienie jego żony, iż w dwa lata późniéj gwałtowności jego uległa w Sępnie, wsi pod Kościanem, jéj własnością będącéj. Sprawdziło się, co jéj kiedyś pan Edward Raczyński powiedział, że go lat dziesięć przeżyje i że kupi wieś, w któréj niezadługo życia dokona.
Pan Roman, ożeniwszy się późniéj po raz drugi i znalazłszy w drugiéj żonie troskliwą matkę dla nieletnich sierót i rozsądną towarzyszkę w dalszéj wędrówce życia, doczekał się podeszłego wieku i umarł roku osiemdziesiatego piątego w Kościanie, już jako emeryt. Byłem na jego pogrzebie; wyprowadzaliśmy go z ładnego domku, który wybudował, przez miasto na drogę do Zaniemyśla wiodącą, gdzie obok pierwszéj żony spoczął; sędzia Zawadzki, jako przyjaciel i kolega, pożegnał go czułemi słowy w imieniu tych, co go znali i cenili.
Łatwością w obejściu i przyjacielskiem usposobieniem jednał sobie pan Roman życzliwość wszystkich, którzy z nim w styczność wchodzili, a prawie zawsze pogodny, często wesoły i dowcipny jego umysł utrzymywał spokój i zadowolenie w domowem i towarzyskiem pożyciu. Przy ścisłem wypełnianiu obowiązków urzędowych, daleki od namiętności lub draźnień nerwowych, szukając rozrywki głównie w polowaniu, pędził w pracy rodzinie i małem kółku bliższych znajomych dość jednostajnie dni swoje, które, po śmierci pierwszéj jego żony, raz jeszcze ciężkim smutkiem przyćmione zostały, gdy siedemdziesiątego roku przyszła do Kościana z Francyi wiadomość bolesna, że syn jego drugi, służący jako lekarz wojskowy, w pobliżu Pont-à-Mousson zabity został.
Drugi z wspomnianych domków był, przez dość długi czas, własnością państwa Kurcewskich, rodziny powszechnie znanéj i z wielu innemi na prowincyi skoligaconéj. Pani Kurcewska, nie wiem już jak z domu, osóbka niska, przytem ruchawa, mimo dość podeszłego wieku, kiedy ją poznałem, w rozmowie żywa i sympatyczna, żyła, mimo różnicy temperamentu, w najlepszéj harmonii z mężem, spokojnym i poważnym, a w tym względzie podobnym do brata swego dyrektora, o którym ci wspomniałem, gdyśmy po Alei przed dawniejszą landszaftą chodzili.
Pan Kurcewski był sędzią przy trybunale poznańskim; dziejów jego pierwotnych nie znam, bo wszystkiego znów wiedzieć nie można, ale zdaje mi się, że należał do liczby tych, którzy już za Księstwa Warszawskiego urzędowali, a których okupacya pruska na miejscach pozostawiła. Pamiętam dobrze pięcioro dzieci w téj rodzinie. Ze synem, odemnie o dwa, czy trzy lata starszym, siedziałem w piątéj i czwartéj klasie na jednéj ławie; był to chłopiec rudowłosy, łagodny i przyjacielski, ze wszystkimi żył w zgodzie, to też żałowaliśmy go szczerze, gdy ledwo piętnastoletni umarł. Z czterech córek państwa Kurcewskich trzy starsze miały rzymskie imiona: Romana, Kamilla, Horacya, co zdaje mi się tragedyom Kornela zawdzięczały. Ale rzeczywistość nie była w przeciwieństwie do tych imion, gdyż, dwie starsze zwłaszcza, liczyły się do najładniejszych naszych panien i tak zewnętrznością, jak i rutyną towarzyską odznaczały się wtenczas na balach i zebraniach. Wszyscy to wyznawali i wielbicieli było niemało; mimo to jednak, dziwnem zrządzeniem losu, dwie starsze panny wyszły za Niemców, trzecia schroniła się do klasztoru, czwarta zaś w młodym jeszcze wieku umarła nagle na cholerę.
Z panną Romaną ożenił się pułkownik, czy jenerał Horst, odznaczony chlubnie między Niemcami w sprawach i wojnach szlezwickich, a panna Kamilla znalazła w tutejszym radzcy sądu apelacyjnego Winklerze powszechnie szanowanego męża, z którym się téż po polsku porozumieć mogła; syna zaś swego, teraz doktora Winklera, biegłego lekarza, mającego znaczną praktykę w Dreźnie, wychowała na dobrego Polaka, który, mimo oddalenia, o nas nie zapomniał.
Zresztą, panie Ludwiku, na téj Lipowéj ulicy nikogo bliżéj nie znałem. Przepraszam! byłbym o jednéj osobistości przepomniał, którą od najdawniejszych czasów pamiętam. Otóż ten dom, należący teraz do pana Jerzykiewicza, był, z znacznie skromniejszą zewnętrznością, najpierw własnością Grasmanna, który go bodajnie wybudował. Ów Grasmann, dawnemi laty, rezydował bardzo długo przy Wodnéj ulicy, niedaleko od mieszkania moich rodziców, ztąd też, chłopcem jeszcze będąc, tysiące razy się z nim spotykałem, lecz osobista znajomość nasza bardzo późno i przypadkowo nastąpiła. Był to jeden z tych ludzi, którym się fortuna uśmiecha i którzy z jéj dobrego humoru korzystać potrafią. Dobrego wzrostu, przystojny, jasnowłosy, twarzy otwartéj i przyjemnéj, w późnych nawet latach zawsze elegancko, jak to mówią, ubrany, zaczął zawód swój jako skromny kupczyk w handlu Bergerów, czy Treppmacherów, tego ci na pewne powiedzieć nie umiem. Były to za pierwszych Prus, za Księstwa Warszawskiego i jeszcze w początkach drugiéj okupacyi, najznakomitsze domy kupieckie w Poznaniu, ale obudwa runęły wkrótce po sobie około dwudziestego piątego roku. Grasmann chwycił się potem handlu drzewem, bardzo korzystnéj wtedy gałęzi, kiedy jeszcze lasów u nas nie brakło, szlachta o ich wartości nie miała wyobrażenia, o węglach nikomu się nie śniło. Biegle i rozważnie prowadząc intéres, stanął wkrótce na nogach; z Bergerem i Treppmacherami, którym, mimo upadku, zawsze się coś pozostało, stosunków nie zerwał, owszem ożenił się potem z starszą panną Treppmacher, jedną z najpiękniejszych blondynek w Poznaniu i w tem kilkonastoletniem małżeństwie, chociaż pani do najstrojniejszych dam należała, zebrał znaczny majątek, tak iż mógł pomyśleć o wiejskim spoczynku i za część kapitału kupił Koninek w bliskości Poznania, który, zdaje mi się, syn jego dotychczas jeszcze posiada. Po śmierci pierwszéj żony, znalazł nie młody już Grasmann drugą, nie mniéj piękną, chociaż odmienną, bo ciemną szatynkę, w osobie pasierbicy bogatego kolegi, kupca Altmanna, o którym, gdy czas przyjdzie, też ci może słówko powiem. Co do usposobienia, należał, ile go poznałem, Grasmann do Niemców nie mających względem nas nienawiści rodowéj, owszem, przy sposobności, okazywał przyjacielskie uczucia, zwłaszcza iż w czynnościach swoich kupieckich w bardzo częstych był z Polakami stosunkach. Ostatnie moje z nim spotkanie miało coś dziwnego w sobie. Było to podczas ostatniéj mocnéj cholery, zszedłem się z nim na Fryderykowskiéj ulicy, gdy wracał do domu. Wyglądał różowo i świetnie; rozmawialiśmy parę minut, nie pomnę już o czem, ale przy pożegnaniu zawołał: „ua, leben Sie wohl, leben Sie recht wohl!“ z tak niezwykłym przyciskiem, że mnie to zastanowiło i wróciwszy opowiadałem w domu; otóż tego samego wieczora Grasmann uległ cholerze.
Z Lipowéj ulicy zwróćmy się w lewo, panie Ludwiku; masz przed sobą teatr miejski, świątynię niemieckiego Apollina. Jak tam w niéj teraz wygląda, niewiem, bo nigdy tych drzwi nie przeszedłem i zapewne rzadko kiedy niepowołana noga słowiańska przestąpi jéj progi. Przedtem bywało inaczéj. Nowy ten budynek, a raczéj przebudowanie, skończono niedawno, bo dopiero siedemdziesiątego dziewiątego roku; opłaciła go kasa miejska grubemi pieniędzmi, na które wszystko co podatkuje w Poznaniu składać się naturalnie musiało; a chociaż na to i polskich marek poszło niemało, wykluczono z nowych murów wyraźnie wszelkie polskie brzmienia. Stary teatr, za pierwszych pruskich czasów wystawiony, dla nas także gościnny, lubo w dość skromnéj mierze, można było uważać za wspólną własność wszystkich mieszkańców bez różnicy pochodzenia; z nowego większą ich połowę wykluczono. Dla tego też ów poprzedni, chociaż niekształtny i niepozorny, z wielkim, niezgrabnym dachem, był dla mnie i dla nas wszystkich siwych i łysych miłym starym znajomym, zwłaszcza iż się z nim łączyło niejedno przyjemne wspomnienie z młodych lat. Przechodząc koło niego od strony głównego wejścia, zwróconego ku Berlińskiéj ulicy, za każdą razą prawie odczytywałem z zadowoleniem ów napis nad skromną jego bramą: Dulce laborum lenimen, przypominając sobie jak przed dawnym czasem, gdy byłem w sekscie, na zapytanie moje, coby znaczył, ojciec mi go przetłómaczył i kazał w dodatku przedeklinować dulcis labor przez wszystkie przypadki. Gdy się weszło do wązkiéj dolnéj sieni, był zaraz naprzeciw bramy ciasny bufecik, na którego ciastka i karmelki nieraz jako chłopiec z tęsknotą spoglądałem. Królował tam kiedyś cukiernik Freund z Wrocławskiéj ulicy, zawsze swobodnie uśmiechnięty. Po lewéj stronie od bramy znajdowała się kasa, gdzie się często rozpaczliwie tłoczyłem, ze strachu czy na czas bilet dostanę. Środek, w części dla widzów przeznaczonéj, odznaczał się wielką oszczędnością ozdób; miał dwa rzędy lóż bez przegród między sobą i raj nad niemi. Lożę w pierwszym rzędzie, po lewéj stronie, tuż przy scenie będącą, trochę aksamitem i złoconemi sznurami upstrzoną, nazywano książęcą, ponieważ pierwotnie przeznaczoną była dla księztwa Radziwiłłów. Cały dół zajmował parter z dwoma rzędami zwyczajnych drewnianych ławek, niewyściełanych i nie numerowanych; dopiero w wiele późniejszym czasie przednie ławy odgrodzono od tylnych i zamieniono na numerowany parkiet. Przyjemną dla spektatorów było okolicznością, że tak z pierwszéj loży jako i z parteru, niemal na każdem miejscu, przejrzeć było można całość i widzieć wszystkich przytomnych, co nieraz bardziéj zajmuje niż sztuka sama; ale natomiast o przyrządach do ogrzewania nikomu się wtenczas jeszcze nie śniło, to też zimą mróz tu panował czasami nielitościwy; widzowie siedzieli wszyscy w płaszczach i futrach z skostniałemi nogami, a na scenie, dla silnego wiatru, który ztamtąd na parter przewiewał, była istna Syberya, wystawiająca postrojonych aktorów i dekoltowane aktorki na istne męczeństwo.
O dziejach wewnętrznych teatru, mianowicie zakulisowych, nie wiele, panie Ludwiku, dowiesz się odemnie, bo téj rozkoszy teatralnéj, jak, szczerze mówiąc, wszelkich innych, bardzo skromnie w życiu używałem, lecz to i owo, co mi tkwi jeszcze w pamięci, powiedzieć ci mogę.
Jest jeden pan w Poznaniu, nie młodszy odemnie, wielki niegdyś lubownik sztuki teatralnéj, któremu, za jego skłonności dramatyczne, rozmaite divae et divissimae bardzo się odwdzięczały; ten mógłby ci zajmujących rzeczy mnóstwo udzielić o niejednéj uroczéj Thalii lub Melpomenie, jakie się po deskach starego teatru przesunęły. Jeśli się z nim poznasz, to go poproś o jego treściwą kronikę, a może ci jéj nie odmówi; tymczasem poprzestaj na moich chudych wzmiankach.
Na samym początku naszego poloneza po mieście mówiłem ci o przedstawieniach aktorów warszawskich, którzy przybyli tutaj koło św. Jana, zdaje mi się, dwudziestego piątego roku, w każdym razie nim do szkół przyszedłem. Od ich krótkiego pobytu aż do roku trzydziestego ósmego nie zabrzmiał żaden głos polski na scenie poznańskiéj. Natomiast było tu stałe towarzystwo niemieckie, a na jego przedstawienia chodzili, pospołu z Niemcami, dość licznie i Polacy, już dla tego, że wyboru nie mieli, a nierównie bardziéj dla tego, że różnice narodowe i niechęci wzajemne tak wyraźnie wtenczas nie występowały. Dyrektor téj trupy nazywał się Vogt; przesiedział on w Poznaniu z lat dwadzieścia przynajmniéj i bodajnie tu ztąd przeniósł się do wieczności. Była to figura oryginalna: wysoki, bardzo gruby, z głową wielką, gęsto porosłą i rozczochraną czupryną; mówił grubym i doniosłym basem. Rzadko na deskach występował, ale w rolach tyranów, srogich ojców, szczególnie zaś w rolach spokojnie komicznych grał wybornie. Wiele częściéj występował na pobojowiskach węgierskich, był bowiem nie tylko Muz zwolennikiem, lecz i ojca Bachusa, a towarzysze na tem polu bardzo go lubili, bo dowcipem swoim ich bawił i sposobem opowiadania przygód teatralnych. Z bożkiem Plutusem w ustawicznych żył zatargach, co wspólną podobno wadą wszystkich dyrektorów teatralnych; kasa jego aż nadto często: biada mi! jęczała. Wszakże w takim razie zaradzał sobie jak mógł, ściągał gwiazdy zagraniczne na scenę poznańską, układał abonamenta, wymyślał nadzwyczajne przedstawienia z fajerwerkami, a w rozpaczliwych chwilach znajdował protektorów, nawet protektorkę, jak ci już wspomniałem.
Właściwym jednak dyrektorem była pani Vogtowa, która po pierwszym mężu ową trupę odziedziczyła. Poważna ta pani, drugiemu małżonkowi swemu w objętości mało co ustępując, siedziała zawsze w kasie i zbierała złotówki z wielką powagą, palcami, których od mnóstwa pierścieni widać niebyło, a jéj owisłe policzki, pod czepkiem szerokiemi wstążkami upstrzonym, uśmiechały się wdzięcznie, gdy publicus tłumnie tłoczył się przed kasą. Z aktorów, którzy nas najwięcéj zajmowali lub bawili, przypominam sobie Josta, znakomitego komika, szczególnie w rolach błaznów naiwnych i pannę Heinevetter, jeune premiére, wysoką, ładną brunetkę, siostrę owéj sławnéj śpiewaczki, w któréj salonie w Paryżu odbyła się rozgłośna w swymczasie kryminalna awantura między dwoma jéj wielbicielami.
Wielkości dramatyczne niemieckie pojawiały się także od czasu do czasu na scenie starego naszego teatru. Widzieliśmy na niéj Klarę i Bertę Stich z mamą Krelingerową, Karolinę Hagen, Jerrmana, Dawidsona, Seydelmanna i innych, ale najwięcéj narobiła tu hałasu panna Bauer, na którą, początkujący jeszcze primaner, patrzałem z zachwyceniem, gdy występowała w roli donny Diany. Publiczność niemiecka nie posiadała się z zapału i przyszło do tego, że gdy, po skończonem przedstawieniu, wracać chciała powozem do oberzy, wyprzężono konie, aby ją ciągnąć w tryumfie.
Między tymi entuzyastami odznaczał się szczególnie pan Brzozowski, Niemiec i radzca rejencyjny, znany wtenczas w Poznaniu adorator teoretyczny płci pięknéj, który Wilhelmowską ulicę i Plac teatralny wydeptywał prawie codziennie. Ta panna Bauer, wtenczas dość młoda jeszcze, bardzo przystojna i pełna wdzięku na scenie, niedługo potem, jak ci może wiadomo, wyszła za mąż za hrabiego Władysława Platera, mieszkającego w Szwajcaryi, i tam przed kilkunastu laty umarła. Zostawiła po sobie pamiętniki, które zawierają dla Niemców dużo ciekawych rzeczy, lecz małżonkowi nie wielką podobno sprawiły uciechę.
Przypominam sobie także z dawnych czasów, że na tych deskach dawał przedstawienia najmocniejszy i najzręczniejszy siłacz, którego kiedykolwiek widziałem. Był nim Tyrolczyk Rappo; człowiek ten średniego wzrostu i na pozór zwyczajnéj budowy ciała uchodził wtenczas słusznie za pierwszego Herkulesa w całéj Europie. Kule armatnie największego kalibru rzucał sobie nogami na głowę jak piórka, pięciu centnarami naraz machał jak kijaszkiem, zginał talary i grube szyny żelazne, a wszystkie tego rodzaju sztuki wykonywał tak zwinnie i lekko, że najmniejszego natężenia sił po nim widać nie było. Mimo to jednak, jak późniéj czytaliśmy w dziennikach, gdzieś tam w głębi Rosyi zamordowany został przez rabusiów, którzy go odarli.
Z istot polskich, występujących w przedstawieniach niemieckich, pamiętam dawnemi czasy niejakiego Szpringera, Warszawiaka. Zasługiwał on najchwalebniéj na swoje nazwisko, grał bowiem tylko jednę rolę, niezbyt szlachetną, choć strasznie męczącą, to jest rolę małpy w znanéj dawniéj, teraz pewnie już zapomnianéj sztuce: Żoko (Joco.) Będąc niski, chudziutki, równie jak żona jego, która w tym dramaciku pannę Korę, przyjaciółkę małpy odgrywała, tak wybornie udawał szympansa, tak zręcznie i karkołomnie skakał w dłuż i w górę, że niedoletnia publiczność była nim oczarowaną, a ławy szkolne, podczas pauzy, trzeszczały nie jeden jeszcze tydzień po jego wyjeździe, pod skokami i wykręcaniami jego naśladowców.
Wiele późniéj, bo, zdaje mi się, siedmdziesiątego trzeciego roku, występowała tu na niemieckiéj scenie nadzwyczaj sympatyczna śpiewaczka, panna Wanda Kleczkowska alias Bogdani, którą miałem przyjemność poznać osobiście, gdy z matką swoją z Lwowa przybyła. Nie wielkiego wzrostu, ale zgrabnéj, jak to mówią, figurki, z bardzo miłą twarzyczką i obfitym jasno-złotym włosem, miała panna Kleczkowska ruchy pełne wdzięku, tak na scenie jako i w towarzystwie, a w całem jéj występowaniu widać było osobę najprzyzwoitszego chowu i wyższego wykształcenia. Ile z rozmowy zmiarkować mógłem, główną przyczyną jéj zawodu artystycznego była matka, wdowa po obywatelu lwowskim, która, chociaż pod względem materyalnym dostatecznie zabezpieczona, widząc w jedynaczce córce wielką zdolność do muzyki, osobliwie do śpiewu, marzyła dla niéj o losie Pattich i Lindów i kształciła ją, z pomocą rozmaitych metrów swojskich i zagranicznych, na śpiewaczkę. Panna Wanda miała w istocie głos nadzwyczaj miły, dźwięczny i czysty, wielką wprawę i pewność w modulacyi, przytem trafne odczucie i zrozumienie kompozycyi, lecz zbywało jéj na odpowiedniéj sile, żeby rozmiary wielkich teatrów zapełnić i wielkie orkiestry przegłosić. Widziałem ją tu jako Rozynę w „Cyruliku sewilskim“ i jako Małgosię w „Fauście“ Gounoda i szczerze powiem, że byłem zachwyconym, szczególnie, w pierwszéj sztuce, nie tylko jéj śpiewem, okazującym nadzwyczajną biegłość i wyborną szkołę, ale i grą, w któréj każdy ruch, każde cieniowanie twarzy zdradzały niepospolitą aktorkę. Publiczność niemiecka, licznie zebrana, a było to już po pogromie Francuzów i w początkach zapałów germańskich, okazywała widoczne zadowolenie, chociaż wstrzymywała się od hucznych oklasków, których byłaby pewno nie szczędziła, gdyby śpiewaczka zwała się Schmidt lub Müller.
Tu ztąd, ile pamiętam, udała się panna Kleczkowska do Francyi. Słyszałem, iż się tam bardzo przyjaźnie nią zajął sławny niegdyś tenorzysta Roger, który ją jeszcze douczał i na prywatnym swym teatrzyku do publicznych występów wprawiał. Nie wiem gdzie i jak występowała w Paryżu; nie było jakoś o tem rozgłośnie, musiała jednak osobistością swoją i śpiewem zrobić pewne wrażenie nawet w wyższych kołach, skoro młody hrabia belgijski van der Meer tak się w niéj rozmiłował, że, po rozmaitych ciężkich przejściach, pojął ją za żonę.
Po dwóch czy trzech latach widziałem się z nią znowu; przyjechali bowiem oboje do Poznania z normandzką mamką, karmiącą ich dziecko i zwracającą tu na się oczy wszystkich swoim ubiorem. Pan van der Meer, młodzieniec przystojny, tym, którzy go poznali zdawał się miłym w obejściu, dobrego tonu i łagodnego usposobienia, chociaż trochę niedoświadczonym, a pani jego dała tu wtenczas koncert w Bazarze, na którym zbyt wielkiego natłoku publiczności nie było.
Zdziwisz się, panie Ludwiku, że, zrobiwszy tak świetną partyą pojawiła się tutaj i śpiewać jéj się zachciało. Otóż, biedaczka, cięższe miała życie niż przed tem. Rodzice męża, chociaż podobno bardzo majętni, o synu, z powodu tego małżeństwa ani słyszeć nie chcieli i wszelki mu dowóz odcięli, co to Cezar nazywa: commeatu intercludere; a ponieważ młody pan, przy najlepszych może chęciach, zarabiać nie umiał, przeto musiała pani swym śpiewem żywić czeladkę zwłaszcza iż jéj matka także się od niéj odsunęła. Nie tracąc odwagi, jeździła po różnych miastach i śpiewała gdzie mogła, gdzie był zarobek. Trwało to dość długo; nareszcie jednak ojciec dał się zmiękczyć stałością syna, wytrwałą pracą i poświęceniem synowéj i zgodził się z nimi. Pan van der Meer zajął znowu w kraju rodzinnym stanowisko swoje familijne i społeczne, a żona jego, przyjmowana na dworze belgijskim, liczy się do wyższego towarzystwa tak w Brukseli jak w Paryżu, gdzie, jak niedawno czytałem w jednem z pism francuzkich, z kilku paniami, które należą do mondu, raczyła śpiewem swoim wesprzeć jakiś koncert dobroczynny.
Wymieniłem ci przed chwilką Rogera; z tym miałem także sposobność zapoznania się tutaj w starym teatrze. Nic bardziéj znikomego jak sława ludzi grających lub śpiewających; gdy instrument odłożą lub gębę zamkną, żaden ślad po nich nie zostaje prócz wspomnienia tych, co ich słyszeli. Któż teraz wie o Rogerze, który przed dwoma czy trzema laty umarł? A w swoim czasie, za Ludwika Filipa i jeszcze w początkach Napoleona III, rozgłośnym był w Europie, a w Paryżu niemal czczonym jako pierwsza gwiazda opery. Sam mi powiadał, iż zaczął z dołu i, skończywszy szkoły, pracował w biurze notaryusza. Lubił od najmłodszych lat śpiewać i zdarzyło mu się kilkakrotnie popisywać się z gardłem swojem na wieczorkach. Znawcy zwrócili mu pewnego razu uwagę na to, że w gardle ma kapitały, a ponieważ go akta i pandekta nieszczególnie bawiły, przeto, posłyszawszy ową dobrą wróżbę, porzucił notaryat, zaczął się uczyć muzyki i śpiewu, na co późniejsza jego żona wspaniałomyślnie łożyła, i popróbowawszy potem sił na małych teatrach, przyjętym został do wielkiéj opery paryzkiéj. Zajął tutaj niebawem pierwsze miejsce, nie tylko jako niezrównany tenorzysta, lecz i jako wyborny aktor, a przez lat kilkanaście sypały się nań oklaski, honory, co lepsze, pieniądze, we Francyi i Anglii. Żył jak wielki pan i świata używał, a z innemi szlachetnemi pasyami łączył zamiłowanie do flintki i polowania.
To mu wreszcie na złe wyszło; pewnego razu bowiem, gdy, goniąc za zającem i przechodząc przez płot, flintą nieostrożnie poszarpnął, zamek puścił, a strzał zgruchotał mu prawą rękę. Chirurdzy robili co mogli, aby ją uratować, ale nakoniec nie szło inaczéj, trzeba było odjąć mu ją poza łokieć. W skutek tego chorował bardzo długo, a ponieważ bez prawicy na deski wstąpić nie mógł, przyprawili mu mechanicy sztuczną rękę. Pokazywał mi ją; bardzo zręcznie była zrobiona, tak że nie tylko mógł nią na wszystkie strony machać do woli i w łokciu zginać, lecz nawet od biedy palcami ruszać. Mniejsza jednak o rękę, przypadek ten fatalny większą mu wyrządził krzywdę, gdyż w następstwie choroby i rozdraźnienia głos jego znacznie ucierpiał.
Zajął wprawdzie znowu swoje miejsce w operze, świetnie przyjęty przez publiczność, ale nie zadługo spostrzeżono zmianę w śpiewie; spostrzegano ją coraz częściéj i wyraźniéj, aż nareszcie przyszła chwila, że trzeba było pożegnać widownię tryumfów. Potrzebując znacznych dochodów do życia, a mało co poprzednio zaoszczędziwszy, urządził Roger w swym domu teatrzyk do ćwiczeń i szkołę śpiewu, a przy tem przedsiębrał wycieczki za granicę, w któréj już i mniejszemi miastami nie pogardzał. W jednéj z takich podróży zawadził także o Poznań, bodajnie roku sześćdziesiątego siódmego, i występował tu w kilku operach. Towarzyszyła mu osiemnastoletnia córka, panienka bardzo zwyczajna, bez żadnych artystycznych skłonności i mała, gruba, dość stara żona, która nie była dowodem wybrednego smaku tenora, ale nadzwyczaj troskliwie dbała o jego zdrowie, strużąc mu wytrwale kawałki jabłek, które dla odwilżania gardła połykał, gdy wracał za kulisy odśpiewawszy swą scenę.
Znać było jeszcze, że dawniéj pierwsze w swoim zawodzie zajmował miejsce. Bywały chwile, gdzie głos jego brzmiał prześlicznie, a sposób śpiewania i gra okazywały coś niepospolitego w tym rodzaju; ale często już brakło na czystości i sile, zwłaszcza że i piękne lata młodości dawno, dawno były minęły. Publiczność niemiecka, bo Polaków mało na jego przedstawieniach widywałem, przyjęła go tutaj w ogóle sympatycznie; teatr był prawie zawsze napełniony, aktorowie zaś okazywali mu wielkie uszanowanie, a pierwsza dona ówczesna, któréj nazwiska już nie pamiętam, gdy nam raz wieczorem u siebie przy fortepianie wyjątki z rozmaitych oper śpiewał, płakała z rozczulenia i całowała go po ręku. Zresztą był Roger nie wysoki i trochę otyły, ale wtenczas jeszcze przystojny, z czarnym pełnym włosem i wcale udatną twarzą; w rozmowie widziałeś zaraz człowieka wykształconego i oswojonego z językiem i zwyczajami wyższego towarzystwa.
Do Rogera przyczepię ci tutaj, panie Ludwiku, podobnego mu z rzemiosła, a nawet bardzo z wyglądu, hiszpańskiego tenorzystę Emmanuela Carrion, który nas także nawiedził przy schyłku swego śpiewającego zawodu. On również za młodych lat tenorował świetnie w Hiszpanii i we Francyi; jak wnosić było można z jego zewnętrzności i opowiadań, szerzył spustoszenia między płcią piękną; gdy zaś już nadszedł wiek bardzo dojrzały, niepokoił także Europę wschodnią swemi wycieczkami. Różnił się od poważnego Rogera wesołem usposobieniem i podróżował z siostrzenicą, „któréj nie był stryjem“, jak mówi piosenka. W teatrze występował, lecz koncertował też w Bazarze, a ponieważ był łatwy i uczynny, schwytały go, jak pamiętam, nasze panie od dobroczynności i śpiewał im na ubogich, przyczem tak całą publiczność ucieszył niezrównanem wygłoszeniem znanéj kanzonety „Dona e mobile“[2], że ją musiał kilka razy powtórzyć.
Nakoniec do Carriona dodam jeszcze Żuawów. Może ci nie jasno jak te afrykańskie istoty z teatrem poznańskim pogodzić? Rzecz bardzo prosta. Podczas wojny krymskiéj trzeba było Francuzom pod Sebastopolem nieraz całemi tygodniami bezczynnie siedzieć w obozie, a że to nacya jest, która lubi się bawić i umie się bawić i dla któréj przedewszystkiem nudy są rzeczą wstrętną, dla tego wymyślali sobie tam najrozmaitsze roboty i rozrywki, aby czas zabić. Między innemi wybudowali sobie teatr; a nie zbywało do niego ochotników, zwłaszcza iż Francuz urodzony aktor; wymyślali sobie sztuki i dawali przedstawienia, o ile na to Moskale pozwolili. Ponieważ kobiety z obozu były wykluczone, role ciotek, mam, kochanek odgrywał piechur, szaser, zuaw itd. jak wypadło. Niektórzy z nich wprawili się wybornie w to rzemiosło, a po skończonéj wyprawie, wróciwszy do Francyi, postanowili nabyte w krymskich obozach zdolności dramatyczne spieniężyć i objeżdżali po miastach i wsiach, dając przedstawienia. Z Francyi puścili się potem do Niemiec, a ponieważ dobrze im się powodziło, szli coraz daléj na wschód i zawadzili wreszcie o Poznań. Występowali tu kilka razy i na brak udziału tak ze strony Polaków jako i Niemców skarżyć się nie mogli. Szczerze się przyznam, iż, patrząc tak na ich osoby jak na ich grę, doszedłem do przekonania, że zuawów czystéj krwi między nimi nie wielu, a większość składa się z zawodowych aktorów i to bardzo wprawnych w swojem rzemiośle. Dwóch nawet było znakomitych, osobliwie ten, co miał zwykle role kochanek, a drugi, który grywał komiczne kobiety i śpiewał czasami na zakończenie baladę: le sieur de Framboisy.
Ale już dosyć o cudzoziemcach, panie Ludwiku, przejdźmy teraz do swoich. — Odbyło się tu w starym teatrze niejedno przedstawienie, tak zwane, amatorskie, na rozmaite cele, zwykle na korzyść zakładów dobroczynnych i w pierwszych czasach, gdy weszły w zwyczaj, przyczyniałem się do nich nieraz.
Wszystkich naturalnie wyliczyć ci nie mogę, bo na to pamięć nie starczy, a przytem na późniejszych tego rodzaju popisach, przyznając się do grzechu, rzadko kiedy byłem. Najpierwsze z nich odegrano tutaj czterdziestego piątego roku. Otóż nowo założone Towarzystwo dobroczynności, do którego należało wtenczas niemal wszystko co żyło w Poznaniu, potrzebując właśnie pieniędzy na swoje ochronki, wpadło na myśl dania tego rodzaju przedstawienia, zwłaszcza iż czegoś podobnego publiczność polska jeszcze tu nie widziała.
Odegrali wprawdzie kiedyś, jak słyszałem od ojca, u księstwa Radziwiłłów amatorowie jednę czy dwie sztuczki podczas karnawału, nie wiem już którego roku, ale były to sztuczki francuzkie i w zamkniętym kółku zaproszonych gości. Polecono zatem, na zebraniu rzeczonego towarzystwa, pani Milewskiéj i dr. Mottemu, żeby się urządzeniem takiego przedstawienia zajęli. Przy téj sposobności, panie Ludwiku, pominąć nie mogę wzmianki, że pani Milewska, z domu zdaje mi się, Ignaszewska, starsza siostra pani Kaźmirzowéj Szymańskiéj, należała wtenczas do najzacniejszych i powszechnie cenionych obywatelek poznańskich. Wysokiego wzrostu, pięknéj i ujmującéj twarzy, łączyła rzadką dystynkcyą z naturalnem obejściem w towarzyskiem pożyciu. Była ona żoną kupca Milewskiego, uczciwego, pracowitego i spokojnego człowieka, który miał tutaj na Starym rynku najpierw handel żelaza w spółce z niejakim Keynerem, znanym mi tylko z tego, iż był bardzo straszny, a potem sam przez lat kilka handel wina. Ale nie urodził się znać pod szczęśliwą gwiazdą; nie wiem z jakiego powodu handel jego podrzędne zajmował stanowisko, gości i odbiorców miewał mało.
Po zawieruchach czterdziestego szóstego i ósmego roku rzeczy się jeszcze pogorszyły, a Milewski coraz smutniéj wyglądał, tak iż nieraz przykro mi było spojrzeć mu w oczy, gdy go na ulicy spotkałem. Na domiar złego, jeszcze przed rokiem piędziesiątym, umarła mu żona, od dawna na chorobę piersiową cierpiąca i to nieszczęście spowodowało Milewskiego do zwinięcia handlu i opuszczenia miasta. Zaprzyjaźniony od dawna z Kaczkowskim, znalazł u niego przytułek w Mierzewie, gdzie zawiadywał kasą i rachunki gospodarcze załatwiał. Lat kilkanaście życia przepędził w tym ustroniu, unikając Poznania tak dalece, że mi go się ani razu tutaj po jego wyjeździe spotkać nie zdarzyło.
A teraz, panie Ludwiku, wracając do owego pierwszego amatorskiego przedstawienia, powiem ci, że się udało, jak najlepiéj, zwłaszcza, iż to była rzecz całkiem nowa. Publiczność zapchała teatr od góry do dołu, chociaż miejsca dość drogo sprzedawano. Pamiętam jak dzisiaj, bo nas to wtenczas bardzo zabawiło; grano dwie małe sztuczki niewinnéj natury, z francuzkiego tłumaczone: „Matka chrzestna“ i „Złoty krzyżyk.“
Z pań występowały, ile pamiętam, w pierwszéj, pani Walentyna Cegielska, w drugiéj, panna Lekszycka i panna Sommer; z mężczyzn zaś: Bentkowski Władysław, Konstanty Grabowski, Leciejewski i Motty. Z wyjątkiem jednego, wszystko to razem już na tamtym świecie. Bentkowski służył właśnie w artyleryi konnéj; przypominam sobie, że na scenie odgrywał wybornie rolę starego majora kulejącego i krząkającego, ale za kulisami był w wielkich emocyach, żeby się nie spóźnić na nocne manewra, które go czekały.
Kilka lat późniéj, drugie takie przedstawienie ściągnęło znów tutaj tłumy publiczności, tem bardziéj, że mnóstwo osób z prowincyi miało w niem udział i że urozmaicone było żywemi obrazami. Jaką wtedy sztukę grano i jacy występowali aktorowie, tego już dzisiaj nie wiem, ale majaczy mi jeszcze w głowie ten i ów żywy obraz, które wszystkie ślicznie ułożone powszechny poklask zyskały, szczególnie „Helena w stroju niedbałym“ z Leszkiem i Goworkiem, a potem Piast i Rzepicha z zwiastowaniem aniołów. Obrazy te obmyśliła, ile pamiętam, pani Działyńska; przynajmniéj w owym drugim obrazie, dwie panny Działyńskie, wtenczas jeszcze dziewczynki, ze skrzydełkami, w białą gazę owinięte tak wyglądały, iżby ich się koledzy tam u góry wyprzeć nie byli mogli.
Sześdziesiątego pierwszego roku odważyli się amatorowie na „Śluby panieńskie“ i powiodły im się dobrze. Uprosiliśmy panią hrabinę Sierakowską na mamę, a panny Helenę Ponińską i Anastazyą Warnkę na córkę i siostrzenicę; męzkie role mieli pan Julian Bukowiecki, Józef Lekszycki i Antoni Studniarski, a twój sługa uniżony odbywał skromne obowiązki zakulisowe. Pani Sierakowska, która, jak mi zaręczała, pierwszy i ostatni raz, aby się do dobrego uczynku przyłożyć, odważyła się na deski, traciła całkiem odwagę przed podniesieniem zasłony, lecz wszedłszy na scenę, odzyskała ją zupełnie i odegrała swą rolę z wszelkim spokojem. Wszyscy inni aktorowie, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu jako reżysera, wywiązali się należycie z swego zadania, a panna Warnka i pan Bukowiecki złożyli dowód prawdziwego talentu dramatycznego, za co im się publiczność oklaskami wywdzięczała.
Były potem podobne przedstawienia dość częste, lecz bliższe o nich szczegóły ulotniły się z méj pamięci, nad czem się zapewne nie zdziwisz, a zresztą nie wszystkie też widziałem. O jednem ci tylko jeszcze nadmienię, na którem mnie także reżyserskim urzędem zaszczycono. Sześdziesiątego piątego roku odegrano zapomnianą już teraz komedyjkę: „Pierwéj mama“ i występowały w niéj pani sędzina Lewandowska i panna Taylor. Przedstawienie to zadowoliło publiczność tem lepiéj, że zakończyło się także kilku bardzo pięknemi obrazami, obmyślanemi przez panię Mańkowską, a ułożonemi artystycznie przez pana Jaroczyńskiego; odznaczało się między niemi szczególnie „Oblężenie Trębowli“, do którego ozdoby przyczyniły się nie mało młodziuchne wtenczas panny Mańkowskie.
Nareszcie, latem trzydziestego siódmego czy ósmego roku, znalazł się naczelny prezes Flottwell przypadkiem raz w lepszym humorze, pozwolono zatem na przedstawienia polskie w teatrze miejskim, gdy się tutaj jakieś wędrujące towarzystwo z Królestwa pojawiło. Dyrektorem jego był Raszewski, który, jak się zdawało, za młodych lat lepszych czasów na wsi używał, a po ich smutnym końcu poszedł za przykładem i jeździł wózkiem Thespisa.
Jegomość nie wysoki, nie chudy, miał zwykle fizyonomię wesołą, stojąc przed drzwiami teatru i patrząc na wchodzącą publiczność, a posiedzenia winne i niewinne przed i po przedstawieniach dość lubił. Gdy trzeba było koniecznie, wchodził także na deski w rolach humorystycznych i nieźle czasem wyglądał. Jako pierwszy kochanek i bohater występował Łoziński, a pani Dąbrowska, nie wielka, okrągława, bardzo żwawa i dość ładna kobietka, kochała się na scenie dość układnie, a i za sceną okrutną podobno nie była. Z téj nie licznéj zresztą drużyny innych nie pamiętam, bo ich tylko kilka razy widziałem, przybywszy do Poznania podczas feryi uniwersyteckich; przypominam sobie tylko, że Trzydzieści lat z życia szulera, w któréj to sztuce Łoziński był bardzo dobrym szulerem, zrobiły wielkie wrażenie na publiczności, tak iż je kilka razy przedstawiano.
Późniéj, także jeszcze przed rokiem czterdziestym, przyjechał z Krakowa Chełchowski. Towarzystwo jego, znacznie liczniejsze od poprzedniego, miało już kilku znakomitych aktorów, przedewszystkiem Jana Królikowskiego, który, chociaż wtenczas w pierwszem polu, był, mimo to, całkiem już wytrawnym i wyrobionym. Spotkaliśmy się z sobą po kilkunastu latach niewidzenia i nie dziwiłem się wcale, że w pierwszéj chwili nie wiedział z kim mówi, bo i ja nie byłbym poznał owego do beków skłonnego małego Jasia Królikowskiego, z którym tylokrotnie bawiłem się i szamotałem tak w gimnazyum, jako też na ciasnem podwórzu naszéj kamienicy. Był tu bowiem ojciec jego, Józef Królikowski, profesorem w Poznaniu i mieszkał lat kilka przy Wodnéj ulicy, w tym samym domu co moi rodzice. Prócz Jasia, miał on kilkoro dzieci, między niemi najstarszego syna Leona, z którym chodziłem do jednéj klasy, podczas gdy Jaś był o stopień niżéj. Gdy się ta cała rodzina wyniosła do Królestwa około dwudziestego dziewiątego roku, w skutek wypadku, o którym późniéj ci powiem, skoro przyjdziem do gimnazyum, nikogo z niéj już późniéj na oczy nie widziałem, prócz owego aktora. Brat jego Leon, tu u nas jako chłopiec mało lubiący fatygę, wyrobił się, ile słyszałem, w Warszawie na poważnego człowieka i miał w Banku polskim jeden z głównych urzędów kasowych.
Podczas wypadków sześdziesiątego trzeciego roku ściągnął na się podejrzenie odbywania finansowych operacyi z tajnym rządem narodowym; musiał się więc ulotnić i uciekając do Francyi, bawił tu podobno czas niejaki w Księstwie, ale się z nim niezszedłem i niewiem, co go tam daléj spotkało.
O uzdolnieniu niezwykłem i dziejach teatralnych Jana Królikowskiego, którego, gdy umarł właśnie przed dwoma laty, Warszawa tak uroczyście złożyła do grobu, opowiadać ci tutaj byłoby zbytecznem; wychodzi to już poza poznańską sferę, a możesz sobie zresztą odczytać bardzo dobrze pisane artykuły pośmiertne w „Tygodniku Ilustrowanym“ i w „Kłosach“ z powodu pogrzebu jego umieszczone. Już wtenczas, za pierwszéj jego bytności w Poznaniu, widziałem jak pracował nad sobą ucząc się swych ról przed zwierciadłem, jak miarę głosu, sposób wymawiania, ruchy ciała, wyraz twarzy i giesty urabiał, zmieniał i powtarzał i dla tego nie dziwiłem się, że potem ciągłe jeszcze czynił postępy i że nakoniec w zawodzie swoim stanął na równi z najznakomitszymi aktorami, których za granicą spotkać mi się zdarzyło. Zresztą poza sceną był to człowiek bardzo skromny i spokojny, bez wszelkiéj zarozumiałości i przesady, które aż nadto często rażą w aktorach z powołania; nawet robił czasem wrażenie nadto milczącego i smutnego, co zdawało się być skutkiem ciągłych natężeń nerwowych. Odwiedził nas kilka razy i widzieliśmy go tutaj w głównych jego rolach, tak tragicznych jako i charakterystycznych, bo na tych obydwóch polach był znakomitym; szekspirowskie osoby jednak mniéj szczęśliwie pojmował niż inne. Największe wrażenie, jak pamiętam, szczególnie na publiczności żeńskiéj, robił jako Franciszek Moor w Rozbójnikach Schillera, chociaż w niektórych scenach trochę za mocno struny naciągał. Wraz z nim odznaczał się, w towarzystwie Chełchowskiego, Rychter, także początkujący, który pokazywał już wtenczas talent, wszakże tylko w pewnéj liczbie ról wielkim mozołem zdobytych; prócz tego starszy Chomiński, bardzo przystojny młodzieniec, stworzony na kochanka, i brat jego młodszy, który odznaczył się potem w teatrach warszawskich; grał on już wtenczas bardzo biegle niektóre role komiczne, osobliwie żydowskie. Z istot żeńskich, pamiętam pannę Kotowską i Szukiewiczównę, o których nic szczególnego powiedzieć nie mogę, osobliwie zaś pannę Radzyńską, która nie tylko znakomicie przedstawiała osóbki wesołe i komiczne, tak młode jako i stare, lecz prócz tego, będąc ładną, żywą i dowcipną, szerzyła spustoszenie między młodą i niemłodą publicznością rodzaju mezkiego; wiem to jednak, panie Ludwiku, li tylko z opowiadania.
Po czterdziestym roku pojawił się u nas, bodajnie trzy razy, poczciwy Pfeifer z Krakowa; nie tylko poczciwy, bo był szczerze dobry i czuły człowiek, ale i pobożny, co rzadziéj się zdarza w jego zawodzie. Widziałem go wiele razy na mszy w kościele modlącego się z takim ferworem, że mnie i wszystkich patrzących dziwił i budował. On sam grał rzadko kiedy w innych sztukach, ale w znanym ci pewnie dramacie Scribego: Avant, Pendant et Après grał z zapałem rolę Napoleona, przekonanym będąc, że jest do niego podobnym. Widać wtedy było jego nadzwyczajny nastrój; wpadał na scenę szybkiemi kroki, mówił krótko i obcesowo, szczególnie co chwilę heroicznie krzyżował ręce na piersiach, a wtedy był całkiem z siebie zadowolony. Dyrekcyę objął w spadku po Chełkowskim i pozostali przy nim: Królikowski, Rychter, obadwaj Chomińscy i panna Radzyńska, lecz przyłączyła się do nich pierwsza kochanka, panna Pique, która nie tak grą, jak pięknością swoją zwracała na siebie oczy znawców i w któréj się pierwszy kochanek, pan Szturm, dopóty kochał na scenie, dopóki się z nią za sceną nie ożenił. Jako pendant do pani Pique, aby także smak estetyczny publiczności żeńskiéj zadowolnić, przywiózł Pfeifer, zdaje mi się czterdziestego siódmego roku, z sobą jakiegoś pana Thomain, młodzieńca i kochanka, na którego widok rozpływały się czułe serca, tak iż mężowie żonom swoim do teatru chodzić nie pozwalali.
Żart na stronę, panie Ludwiku, ów Thomain, jako aktor wcale nie wybitny, jako młodzieniec bardzo przystojny, był zresztą przyzwoitą i dość wykształconą osobistością, którą w naszych towarzystwach publicznych i prywatnych bardzo chętnie widziano.
Nakoniec, objąwszy dyrekcyą krakowskiego teatru po Pfeifrze, przybył kilkakrotnie do Poznania p. Koźmian z swojem nowo zorganizowanem towarzystwem, które wtenczas przedstawiało rzadki dobór uzdolnionych artystów. O Modrzejewskiéj mówić ci nie będę, bo każdy wie, że należy do najpierwszych aktórek żyjących i że dotychczas jeszcze obiedwie półkule świata talentem swoim niepokoi. Ale to dodam, że właściwie rozgłos o niéj w Poznaniu się zaczął, przed jéj przyjazdem bowiem do nas, w Krakowie spokojne tylko robiła wrażenie; dopiero zapały publiczności naszéj i rozpisywania się dzienników tutejszych rozdmuchały ową gwiazdkę do wielkości gwiazdy. Na Poznań zatem bellissima, jak ją tu ktoś wtenczas w „Dzienniku“ nazywał, narzekać nie może, zwłaszcza iż na domiar znalazła tutaj tego, który węzłem małżeńskim z nią się połączywszy podziela wszelkie jéj zmienne i tak dziwnie urozmaicone losy.
Pani Hofmanowa, współzawodniczka pani Modrzejewskiéj w pojmowaniu roli, w uzewnętrzaniu uczuć i namiętności, nieraz jéj we wdzięku ruchów i twarzy mało co ustępowała, ale nie posiadała tego uroku działającego od pierwszéj chwili na publiczność, którym jéj koleżanka nawet w spokojnych i niewybitnych scenach otoczyć się umiała. Obok tych dwóch, inne aktórki przedstawień nie psuły i przyczyniały się często do ich powodzenia. Malutka pani Rapacka w Paziach królowéj Marysienki i w Raptusie milutkie robiła wrażenie; Bendowa, Ładnowska, Ekertowa miewały także szczęśliwe chwile.
Z mężczyzn, Rapacki, chociaż wtenczas w pierwszem polu, pokazywał się już myślącym i wytrawnym artystą, któremu tylko zbywało jeszcze na biegłości w stósownem zmienianiu głosu; Bendę widzieliśmy już w poprzednich towarzystwach jako niezręcznego i usiłującego młodzieniaszka, lecz wyrobił się wkrótce na bardzo sympatycznego i prawdziwego kochanka, tak w tragicznych, jak i salonowych stosunkach. To samo o młodym Ładnowskim, znanym teraz koryfeuszem warszawskich teatrów, powiedzieć mogę, który, chwyciwszy się zawodu ojca i matki, pod ich opieką wzrastając i kształcąc się na scenie, nie wróżył nam tutaj w pierwszych występach swoich, że się znakomicie z czasem wzniesie ponad poziom rodzicielski.
Eckert miał niepospolitą rutynę w lekko-śmiesznych lub dowcipnych rolach sztuczek francuzkich, a w niższéj komice gruby i krótki Hennig był czasem niezrównanym. Nie zapomnę jego gry i figury w „Piosence wujaszka“ lub w „Karpackich Góralach“; cały teatr trząsł się od śmiechu. Szkoda tylko, że ta pocieszna postać, tak sowicie rzetelnym talentem obdarzona, bardziéj do szynku, niż do sceny lgnęła, gorliwiéj niż Moliera czcząc Pistoriusza.
Tak, panie Ludwiku, towarzystwa równie dobranego i mającego tak znakomicie uzdolnione osobistości jak było towarzystwo krakowskie w dwóch pierwszych przyjazdach, nie prędko zobaczym w Poznaniu. Przybył z niem późniéj hrabia Skorupka, w zastępstwie Koźmiana, lecz znaczna już była różnica, rozstrój pewien nastąpił, kilku najwybitniejszych osób brakło i nie widzieliśmy już tego pięknego ensemble, stanowiącego pierwotnie jednę z głównych jego zalet. O towarzystwie Sarneckiego, które było, jak mi się zdaje, ostatniem z owych przyjezdnych, jeszcze tutaj w tym starym budynku występujących, szczegółów ci podać nie mogę ledwo je raz czy dwa widziałem i miałem dosyć. Wiem przecież, że za jego bytności było tu w pewnych kółkach bardzo wesoło. Dalszych dziejów teatru polskiego od czasu gdy się ustalił i we własnym, przy Berlińskiéj ulicy nowo wystawionym budynku rozgościł, rozpowiadać ci nie będę, panie Ludwiku, bo to przedmiot nadto świeży; często o nim mówią w naszym świecie tutejszym, nieraz i piszą, możesz się więc o tem od innych lepiéj dowiedzieć niż odemnie, zwłaszcza iż skutkiem starych lat coraz bardziéj obcym się staję teraźniejszemu życiu. Zresztą dość już długo na tem miejscu stoimy, pójdźmy trochę daléj.
Ten dom, który tu widzisz naprzeciwko teatru, na rogu Rycerskiéj ulicy, należał, jak tylko zapamiętam, do jednego z głównych adwokatów poznańskich, pana Hoyera, którego brat był zamożnym aptekarzem w Bydgoszczy, a bratanek jeszcze przed kilku laty, profesorem uniwersytetu warszawskiego na wydziale lekarskim. Widując go przedtem bardzo często na ulicach i na przechadzkach, poznałem się z nim późniéj, gdy już był w podeszłym wieku, w domu doktora Mateckiego, i przy każdem spotkaniu robił na mnie wrażenie człowieka spokojnego, rozważnego, który poza sądowem zatrudnieniem, lubił zajmować się czytaniem i obeznany był dokładnie z bieżącą literaturą niemiecką. Dla nas Polaków był przyjacielskim i życzliwym, znajdując się ze światem polskim w blizkiem powinowactwie, ponieważ siostra jego wyszła za pana Maurycego Szumana i była matką całéj licznéj generacyi Szumanów, tak znanéj z swego patryotyzmu. Rozpoczął Hoyer swój zawód adwokacki w Pile i Wyrzysku, ale późniéj przeniósł się do Poznania, a dom jego tutaj, licznie zwiedzany przez wyższych urzędników i wojskowych niemieckich, uchodził, pod względem towarzyskim za jeden z pierwszych w mieście, szczególnie gdy jedynaczka córka dorastać zaczęła.
W tym samym niemal wieku jesteśmy, dla tego dobrze pamiętam pannę Hoyer w czasach jéj pierwszéj młodości, gdy mi jeszcze przez głowę nie przeszło, że ją kiedyś poznam. Może za złe mi nie weźmie, jeźli ci powiem, co zresztą wszyscy starzy tutaj zatwierdzą, że była to jedna z najładniejszych panien w Poznaniu, rzadkiéj świeżości i czerstwości, z twarzą rumianą, pełną wyrazu, ożywioną okiem błyszczącem i śmiałem, uwieńczoną gęstym, ciemnym włosem. Nie dziw zatem, iż czasy jéj panieńskie krótko trwały i że bardzo młodo odpowiedniego znalazła męża w osobie ówczesnego asesora, a późniejszego sędziego i radzcy Pilaskiego. Nieznane mi są ani pochodzenie, ani początkowe jego dzieje; ile sobie przypomnieć zdołam, widziałem go pierwszy raz trzydziestego czwartego czy piątego roku w teatrze, już jako narzeczonego, w jednéj loży z państwem Hoyer. Był to kawaler bardzo przystojny, wysoki, silny; włosem i wyrazem twarzy robił wrażenie Włocha. Do społeczeństwa polskiego zbliżyli się państwo Pilascy, jak mi się zdaje, dopiero koło roku czterdziestego szóstego czy ósmego, za pośrednictwem państwa Mateckich, ponieważ doktorowa Matecka była cioteczną siostrą pani Pilaskiéj. Odtąd stosunki ich z Polakami stawały się coraz częstsze, i wreszcie sędzia Pilaski przez powiaty polskie wybranym został na deputowanego do izby poselskiéj w Berlinie. Przez długi szereg lat zajmował to stanowisko, dopóki mu siły starczyły, a kolegując z Potworowskim, Niegolewskim, Bentkowskim, w najlepszem z nimi porozumieniu, występował wielokrotnie w obronie praw naszych. Każdy kto go bliżéj poznał, cenił jego przymioty: jasny i bystry rozum, szybkie i trafne pojmowanie stosunków prawnych i politycznych, oraz życzliwość dla znajomych, wesołe i przyjacielskie z nimi obejście. Ze szczerym żalem szliśmy wszyscy za jego trumną, gdy, po długiéj chorobie, umarł w tym domu. Z trzech synów jego, ożenionych z Polkami, dwóch przesiedliło się do Królestwa, jeden zaś liczy się do obywateli Księstwa; dom zaś, który widzisz, jest do dziś dnia jeszcze własnością owdowiałéj pani Pilaskiéj. Z pozoru swego od najdawniejszych czasów wcale się nie zmienił, z wyjątkiem, iż na dole urządzono w nim składy, których przedtem nie było, jak ich w ogóle nie było na całym teatralnym placu przed pięćdziesiątym rokiem; dodano także do niego, kilkanaście lat temu, owa przystawkę jednopiętrową, przez handle zajętą, na miejscu dawniejszego muru, który podwórze tego domu od ulicy odgradzał.
Następujący dom, gdzie p. Żychliński ma swój skład cygar, stał i wyglądał tak samo, jak tylko pomnę, lecz kamienice za nim bezpośrednio będące powstały już w nowszych czasach, za méj pamięci. Pominąć nie mogę téj, w któréj od lat czterdziestu kilku mieści się handel przedmiotów sztuki i wystawa Lissnera. Czem jest teraz, zrobiono znacznie późniéj; pierwotnie była to skromna, jednopiętrowa kamieniczka, którą wystawił pan asesor Raabski.
Dawne już lata, jak on nie żyje, umarł bowiem czterdziestego siódmego roku, a jednak pamiętam jeszcze, że był nie małego wzrostu, dość otyły, z dużą, bladawą, lecz przyjemną twarzą i długiemi włosami i że na pierwszy rzut oka robił wrażenie poważnego i spokojnego człowieka, jakim był w istocie. Przyjaźnił się z moim ojcem już za czasów Księstwa warszawskiego, dla tego nieraz, spotkawszy się, chodził tu z nami po placu i kilkakrotnie wstępowaliśmy do niego w tym domu, gdzie miał na poddaszu duży pokój do pracy, papierami i książkami zarzucony. Pochodził on, ile mi wiadomo z Lwówka, a ponieważ tam Pan Bóg dzieci nie poskąpił, oddano dorastającego chłopca na wychowanie i pomieszczenie do cysterskiego klasztoru w Bledzewie, czy Paradyżu, gdzie z późniejszym adwokatem Pigłosiewiczem, o którym ci swego czasu wspominałem, nie tylko kolegował, lecz i téż same przechodził koleje. Ówczesny przeor Cystersów, gdy obadwaj szkołę klasztorną ukończyli i nowicyat rozpoczęli, widząc, iż im zbywa na szczerem powołaniu, nie tylko dał radę, aby wrócili do marności tego świata, lecz i obmyślił środki ku temu. Niedoszły zatem Cysters udał się na uniwersytet do Frankfurtu i Wrocławia, a tam odbywszy naukę prawa i administracyi, wrócił do stron rodzinnych. Było to jeszcze za Księstwa warszawskiego; młody prawnik dostał się niebawem do prefektury i pracował jako asesor w biurach prefekta Ponińskiego aż do drugiéj okupacyi pruskiéj.
Gdy po roku piętnastym całkiem inne nastały stosunki, zaczęto od samego początku usuwać Polaków przedewszystkiem z administracyi. Raabski pozostał w Poznaniu, lecz oddano mu wydział, w którym zawadzać nie mógł, poruczono mu bowiem wydawanie i tłumaczenie Zbioru praw, jako téż ogłoszeń urzędowych, tak zwanych amtsblatów; obok tego zaś objął redakcyę Gazety W. Księstwa Poznańskiego, którą Ziołecki był złożył.
Aż do trzydziestego pierwszego roku pisał Raabski ową gazetę, a chociaż ona miała bardzo skromne rozmiary, wymagała jednak znacznego mozołu, bo współpracowników żadnych nie było, redaktor sam robił wszystko i tylko czasami znalazł się ochotnik między publicznością, który podał jakąś wiadomość potoczną, wierszyk jaki niewinnie-liryczny, bajkę lub anegdotę. Polityka i piśmiennictwo mało kogo wtenczas zajmowały; w całym Poznaniu byłbyś znalazł jeden tylko dziennik francuski Constitutionnel w cukierni Douchego, z gazet niemieckich wspomniano czasem w rozmowi o Vossische Zeitung, a nie przypominam sobie, iżbym gdziekolwiek tutaj w domu prywatnym był się spotkał z jakiem peryodycznem pismem. Na prowincyi znalazł się tu i owdzie w zamożniejszych dworach jaki dziennik mód paryskich, ale do swojskich i tam mało miano pociągu, nie dziw więc, że aż do nocy listopadowéj Gazeta W. Księstwa, chociaż jedyne u nas w tym rodzaju zjawisko, cieszyła się bardzo ciasnem kółkiem czytelników.
Z początkiem powstania w Warszawie rozbudziła się naturalnie ciekawość powszechna; każdy chciał wiedzieć, co się tam dzieje; wydzierano sobie gazety warszawskie, które częstokroć nie dochodziły, gdy w nich coś było niemiłego dla sfer rządowych. „Gazeta WKsięstwa“ zyskała na ważności i liczbie czytelników, ale stanowisko redaktora stało się wkrótce nader przykre. Patryota z całego serca, musiał ulegać podwójnéj cenzurze: rządowéj, która skreślała nielitościwie wszystko, co dla powstania pomyślnem lub pochlebnem było i nie pozwalała na żadne objawy współczucia; prócz tego cenzurze właściciela gazety, byłego rotmistrza pruskiego Rosenstiela, dla którego rebelanci byli zgrozą i który nastawał na to, aby gazeta odzywała się zawsze w duchu odpowiednim chęciom rządowym. Nie zważając na to, a po części nie wiedząc o tem, publiczność polska oburzała się na redaktora i zwalała na niego całą winę postawy dziennika. Nie brakło na demonstracyach nie miłych, a nawet niektóre z gazet warszawskich nie szczędziły wycieczek. Głęboko tem w uczuciach swych dotknięty zacny pan Raabski, po dwóch czy trzech miesiącach złożył redakcyę, którą po nim objął niebawem profesor Wannowski. Odtąd aż do śmierci wiódł żywot cichy i spokojny w rodzinie swojéj, mało co udzielając się na zewnątrz.
Jak adwokat Pigłosiewicz, tak i on zachował z pierwszych lat młodości pociąg do duchowieństwa i w ściślejszych stosunkach żył z kilku proboszczami i kanonikami; a ponieważ, mimo zmian losu, pozostały w nim głębokie przekonania religijne, przeto i obowiązki pod tym względem odbywał gorliwie i lubił się także przyczyniać do obchodu uroczystości kościelnych znakomitym głosem, którym go natura obdarzyła. Nieraz w dni świąt i odpustów słyszeć go było można śpiewającego na chórze u fary lub w katedrze, a bas jego silny i dźwięczny rozlegał się po całym kościele. Czasami towarzyszyła mu druga jego żona, która także znakomicie śpiewała.
Z pierwszego małżeństwa, które krótko trwało, pozostał Raabskiemu jeden syn, Robert, w moim wieku i mój kolega szkolny od najniższéj klasy. Bodajnie ci już o nim poprzednio wspomniałem. Był to chłopiec niepospolicie zdolny, ale z natury nie usposobiony do ścisłych reguł i natężonéj pracy, częścią marzyciel, częścią krytyk, czasem zgryźliwy, mimo spokojnego pozoru; ztąd też nie wszystkich do siebie przyciągał; kto jednak bliżéj poznał jego prawość i wyborne serce, ten z nim chętnie przestawał. Doszedłszy razem do Tercyi, rozłączyliśmy się potem skutkiem jego choroby, a Robert rok czy półtora późniéj odemnie szkoły ukończył. Na uniwersytecie wrocławskim, przez dwa czy trzy semestry słuchał teologii, lecz, podobnie jak ojciec, pożegnał Tomasza z Akwinu i puszczając duszę, chwycił za ciało; przeszedł bowiem na fakultet medyczny. Doprowadził szczęśliwie do doktoryzacyi i już był rozpoczął ów długo trwający egzamin rządowy na lekarza praktycznego, gdy mu się nagle nić przerwała.
Świeżo był wtedy jakiś tam Ronge wymyślił nowokatolicyzm i pociągnął przykładem swoim u nas nieszczególne i zniemczałe indywiduum, pana Czerskiego. Jako o rzeczy nowéj, rozprawiano o tem wszędzie, i w podobną dysputę o reformatorach wdał się Robert Raabski z kolegą uniwersyteckim, panem Chamskim, należącym wtenczas do jeunesse dorée. Dysputa się zaostrzyła i zaakcentowała tak silnie, iż przyszło do pojedynku. Biedny Robert, znany zresztą między nami z swéj zimnéj, niemal obojętnéj odwagi, źle na tem wyszedł, dostał bowiem w górną część uda strzał, który mu kość znacznie nadwerężył. Rana tem gorszą była, iż lekarze, kuli wydobyć nie mogąc, zostawić ją musieli. Po długich i przykrych cierpieniach zabliźniło się to wszystko, ale nastąpiły znaczne okulawienie i częste dolegliwości w miejscu odniesionéj rany.
Czterdziestego ósmego roku, wróciwszy do Poznania, zastałem go tutaj. Widać po nim było skutki owego pojedynku, mimo to okazywał się bardzo czynnym w posługach dla Komitetu narodowego, jako i w sprawach Klubu polskiego, o którym ci poprzednio mówiłem. Ponieważ biegle władał językiem niemieckim i znaczną miał łatwość w pisaniu, przeto z jego pióra płynęły wszelkie manifesta, protesty i skargi tego Klubu, wystósowane do publiczności niemieckiéj lub do władz rządowych. Wszystkie te ogłoszenia i broszury są teraz wielką rzadkością, bo mało kto je chował, zwłaszcza iż każdy dzień prawie coś nowego przynosił. Gdy późniéj wrzawy polityczne ustały, rzadko kiedy spotkałem się z doktorem Raabskim i nie wiem gdzie się obracał i czem się właściwie zajmował, być może, iż sposobił się do egzaminu rządowego.
Nagle, roku piędziesiątego czwartego, ile pamiętam, doszła nas tu smutna wiadomość, że już nie żyje. Umarł u przyjaciela swego, doktora Gerpego w Łabiszynie, na tyfus żołądkowy, a śmierć mu przyspieszyła podobno owa kula nie wyjęta, która się potem do wnętrzności przedostała.
Prócz Roberta miał stary pan Raabski, z drugiego małżeństwa, troje dzieci; syna, który żyje jeszcze jako pozasłużbowy kapitan artyleryi gdzieś tam na Szlązku i dwie córki, za młodu wysokie i piękne panny, z których starsza poszła za profesora uniwersytetu lwowskiego, Zielonackiego, druga za kupca Magnuszewicza; obiedwie jako wdowy żyją między nami.
Aby ci uzupełnić, panie Ludwiku, dzieje tego domu, dodaję, że kupił go jeszcze od starego pana Raabskiego, któremu się przyjemności z lokatorami przejadły, antykwaryusz Lissner za tanie pieniądze i pod arcywygodnemi warunkami. Prócz urządzenia handlu w dolnych pokojach, nie zmienił go w niczem z początku, dopiero spadkobiercy po nim wystawili nowe piętra, zmienili zupełnie zewnętrzną jego postać i zabudowali obszerne podwórze. Któżby z moich rówieśników w Księstwie nieznał Lissnera? Moja z nim znajomość sięga poza rok trzydziesty, z pierwotnych jego dziejów wiem jednak tylko tyle, iż, jak większa część bogatych żydów u nas, był ipse fortunae suae faber. Za młodu kupczykując w rozmaitych handlach, sprzykrzył sobie wreszcie służbę i, około roku dwudziestego ósmego, zaczął proceder na własną rękę, a nie głupio, bo w tym rodzaju nie było wtedy prawie żadnych konkurentów. Nieraz przyszedł do mego ojca, dźwigając pakę rozmaitych książek sznurkami związanych; kupował za parę trojaczków co mu tam z druków w ręce wpadło i chodząc z domu do domu, gdzie się spodziewał co pozbyć, sprzedawał, choć z małym zyskiem, byle handel szedł. Rozumie się, że gimnazyaści byli najlepszymi jego sprzymierzeńcami.
Szło mu z początku jednak nie świetnie i dopiero powstanie listopadowe otworzyło mu bramę ziemi obiecanéj. Ławy klas wyższych wypróżniały się, codzień mnóstwo chłopców szło za granicę. Książki, obrazki i ładne fatałaszki, które miał nie jeden, stały się rzeczą zbyteczną, a pieniądze były potrzebne. Każdy niemal szedł do Lissnera, a ten kupował co miało jakąś wartość i dawał co sam chciał; takim sposobem, po niejakim czasie, stanął na pewniejszych nogach.
Z końcem powstania zaprzestał wędrówek ulicznych, zebrane nie małe zapasy umieścił w kramie, nie pamiętam już gdzie, zdaje mi się, że na Starym rynku, i rozpoczął handel regularny. Będąc bez wykształcenia, nie miał z początku i nie mógł mieć pojęcia o wartości książek, tak starych jako i nowych; ale wrodzonym sprytem wiedziony, korzystając z codziennego doświadczenia, z objaśnień i wskazówek dawanych mu nieraz przez sprzedających lub kupujących, ze związków handlowych, w które wszedł niebawem z zamiejscowymi antykwaryuszami, nabył z czasem wielkiéj biegłości w ocenianiu i wynajdywaniu osobliwie starych druków polskich, przynoszących wtenczas najwięcéj korzyści; handel jego wzmagał się przeto z każdym rokiem. Wszyscy nasi tego rodzaju amatorowie i zbieracze byli z nim w stosunkach; Raczyński, Działyński, Łukaszewicz, Popliński, Żupański, kanonik Busław, jak mi wiadomo, zwiedzali Lissnera i niejedno od niego nabyli. Nie przestał jednak, czyniąc bardzo mądrze, na samych książkach; sprowadziwszy się do tego domu, gdzie dolne mieszkanie na antykwarnią zamienił, skupował, zkąd się dało, w mieście, na prowincyi i za granicą, sztychy, olejne obrazy, stare meble, starą broń, różne ciekawości i płody sztuki. Było tam mnóstwo nieszczególnych rzeczy, ale często udało mu się nabyć przedmioty rzetelną, czasem znaczną wartość mające, a ponieważ wtedy pieniądze jeszcze jako tako były w kraju i znajdowali się ochotnicy, a Lissner w handlu był zręczny i dla grzeczności swéj i potulności lubiony, szedł ten handel pomyślnie. Do głównych jego odbiorców w gałęzi starych obrazów olejnych i rzadkich rycin, prócz pana Seweryna Mielżyńskiego, należał kanonik Kiliński, który, za jego pośrednictwem, nabył niejeden piękny okaz do swego zbioru, ale przytem niejednę bochomazę. Mnóstwo też malatur, antyków i starych książek sprzedawał Lissner bardzo bogatemu ongi i świetnemu obywatelowi, którego fortuna dość dawno temu poszła drogą wszelkiego ciała, a zbiory za marne pieniądze przeaukcyonowali wierzyciele. Lissner sam, pracą, mozołem i zręcznością, to mu przyznać trzeba, jako też nadzwyczajną oszczędnością w życiu, doszedł do czego chciał i zebrał wcale pokaźną sumę, jednakże biedak końca szczęśliwego się nie doczekał. Był jeszcze właściwie w sile wieku, gdy go ciężka jakaś nerwowa choroba pochwyciła. Parał się z nią długo, ale wreszcie boleści nieustające tak mu dokuczyły, że z rozpaczy sam sobie życie odebrał. Można o gwałtowności cierpień oraz o sile jego woli wnioskować z tego, że powiesił się na klamce od drzwi i musiał nie mało przejść trudu, nim się w taki sposób udusić zdołał.
Dom następujący był, dawniejszemi czasy, głównym w całym tym szeregu, lecz miał także, jak wszystkie inne, jedno tylko piętro. Do kogo należał początkowo i co się w nim działo, nie wiem; kupił go późniéj pan Piotrowski, podniósł o dwa piętra i zamienił na Hotel północny. Jedno tylko miłe przypomnienie łączy się dla mnie z tym domem; mieściła się w nim na dole, po lewéj stronie od wejścia, cukiernia Giovannolego, do któréj my gimnazyaści wkradaliśmy się nieraz, ponieważ sławną była na cały Poznań z śmietankowych bezów, należących, wraz z tak zwanemi windbeutlami, do ideałów naszych.
Dwóch tu pamiętam Giovannolich; jednego ochrzciliśmy dzikim, był bowiem wysoki, gruby, z wielkim nosem i rozczochraną czarną czupryną; drugiego zaś swojskim, niskiego, cienkiego, z zwyczajną, dobroduszną fizyonomią. Przenieśli oni się potem do Berlina, gdzie mieli także cukiernią, bodajnie przy Taubenstrasse.
Następna kamienica, w któréj teraz widzisz skład kupca Meiera i księgarnią Rehfelda, przedostatnia od rogu, stoi na miejscu zielonego domku, niegdyś własności pani Brzezańskiéj, osóbki nie wielkiéj, okrągłéj, z ładną twarzyczką, bardzo przytem ruchawéj, rządzącéj wszystkiem, ciągle plątającéj się w procesa i interesa, aż nareszcie nie było się już w czem plątać. Mąż jéj, a razem brat stryjeczny, pułkownik Brzezański, chociaż tak blisko z nią spokrewniony, okazywał przeciwnie spokojne i rozważne usposobienie. Widywałem go czasami w Poznaniu i raz nawet odwiedziłem w Górzykowie, pod Środą, należącem do jego żony, równie jak Czachórki pod Gnieznem. Za młodych lat rozpocząwszy zawód wojskowy, odbywał w konnicy ostatnie wojny napoleońskie i wyszedł z nich z krzyżem legii i w stopniu, zdaje mi się, rotmistrza. Osiadłszy potem na wsi, gospodarował sobie spokojnie, biorąc czynny udział we wszystkich sprawach obywatelskich swego powiatu, nie mniéj jak w spiskach przedrewolucyjnych.
Po wypadkach listopadowych, podążył niebawem do Warszawy i tutaj, zaskarbiwszy sobie od dawna szacunek i zaufanie współrodaków z Księstwa, zorganizował pułk ułanów poznańskich i objął nad nim dowództwo. Na czele tego pułku, odznaczając się przy każdéj sposobności, jak mi pan Maciéj Mielżyński i inni świadkowie powiadali, rzadką zimną krwią i wesołą odwaga, odbył całą tę wojnę, a o faktach jego dotyczących, które mi już wyszły z pamięci, możesz się dowiedzieć z książek dzieje powstania szczegółowo opowiadających. Powróciwszy do domu po skończonéj kampanii i odpokutowawszy za nią jak wielu innych, wiódł daléj normalny żywot obywatelski aż do roku czterdziestego szóstego.
Nie pozostał wtedy obcym temu co się działo, raczéj z poczucia patryotycznego niż z przekonania, a nie mieszając się zbyt czynnie do robót spiskowych, uszedł cało, gdy się rozbiły. Dwa lata późniéj jednak, stary żołnierz stanął znowu w obozie po raz trzeci. Widzieliśmy go w Miłosławiu i Wrześni, gdzie krzątał się, ile mógł, około organizacyi konnicy; ale w wojskach regularnych przywykły do ścisłego ładu i dostatecznych środków, kiwał głową wśród ruchawki i porozumieć się nie mógł z żołnierzem-poetą Mierosławskim, który go też w dziełku swojem o powstaniu poznańskiem w humorystycznem świetle wystawił. Umarł zacny pułkownik wkrótce po piędziesiątym roku, jak mi się zdaje, nieżył już bowiem, gdy, piędziesiątego drugiego, jedynaczkę córkę jego wraz z mężem, panem Tuchółką, straszna owemi czasy cholera w jednym dniu zmiotła. Syn, którego tu w szkołach i późniéj jeszcze jako dość przystojnego, eleganckiego kawalera pamiętam, nie ostał się między nami, i, po wędrownem a burzliwem życiu w rozmaitych krajach, gdzieś za granicą się ulotnił. Braci pułkownika także znałem; starszego, którego tytułowano podsędkiem, spotkałem kilka razy w rozmowie z ojcem moim i z innymi; zrobił na mnie wrażenie starego kawalera zgryźliwego i niezadowolonego ze świata i ludzi. Z drugim bratem, Ksawerym, o lat pięć czy sześć starszym odemnie, chodziłem razem do szkół; dobry, przyjacielski i wesoły chłopiec, szczotek i wody nie bardzo lubił, do pracy się nie lenił, szkolne jednak roboty dla pozaszkolnych zaniedbywał.
Bardzo wcześnie zaczęło go coś przeć ku wschodowi, a znalazłszy między niedobitkami tutejszych Franciszkanów jakiegoś patra niemieckiego pochodzenia, który był znakomitym oryentalistą, uczył się u niego zawzięcie po hebrejsku, arabsku i chaldejsku; dla tego nazywaliśmy go wszyscy Arabem i przydomek Araba pozostał mu do śmierci. Ze szkół poszedł trzydziestego roku do powstania, a wróciwszy szczęśliwie nie chwycił się żadnego zawodu i żył sobie sans souci z resztek odziedziczonéj fortuny, jeżdżąc z miejsca na miejsce i przesiadując u siostry lub krewnych. Zszedłem się z nim w późniejszych czasach kilka razy i widziałem, że się i zewnętrznie i wewnętrznie mało co zmienił, tylko studya oryentalne zarzucił, innych się zaś chwycił, które mu się do skrócenia życia wielce przyczyniły.
A teraz, panie Ludwiku, obeszliśmy, jak widzisz, szczęśliwie cały Plac Wilhelmowski; nic ci więcéj o nim nie mam do powiedzenia, zwłaszcza iż o narożnéj kamienicy, w któréj się mieści obecnie Hotel rzymski, już poprzednio nadmieniłem, com wiedział. Idźmy zatem daléj, a raczéj wróćmy się napowrót do teatru. Oto masz przed sobą Berlińską ulicę: zajęta teraz od początku do końca, po obydwóch stronach, wielkiemi, po większéj części trzypiętrowemi domami, wyglądała przed trzydziestym rokiem, a nawet jeszcze kilkanaście lat późniéj, zupełnie inaczéj; tu i owdzie stały jednopiętrowe budynki, przedzielone pustemi miejscami lub płotami aż do teraźniejszego jéj końca; w dalszym ciągu zaś była prosta droga, między warzywnemi ogrodami i polami, idąca do szosy berlińskiéj, obok kilku domków wiejskich. Kamienicę narożnią, naprzeciwko teatru, w któréj mieści się policya, pamiętam od najdawniejszych czasów; jest ona teraz powiększona znacznie w szerz i wzdłuż, dawniéj miała pozór bardzo skromny. Kto w niéj mieszkał przed laty, powiedzieć nie umiem, bo na Berlińskiéj ulicy, od jéj powstania za pierwszych pruskich czasów, mieszkali prawie wyłącznie Niemcy; późniéj zaś, gdy do tego domu z ratusza przeniesiono siedlisko publicznego bezpieczeństwa, unikałem go ile mógłem, pomny sentencyi nieraz od ojca słyszanéj: „jeśli ci miłe spokojne życie, to nie wchódź do apteki, policyi i sądu“.
Nie wszedłem więc w bliższą styczność z panami władającymi tutaj, z jednym tylko spotkałem się ze trzy, cztery razy w sposób całkiem nieszkodliwy. Był nim pan Minutoli, który przez lat kilkanaście, zdaje mi się, aż do czterdziestego siódmego roku, jako prezes policyi czuwał nad nami. Pierwszy raz widziałem go, nie zgadłbyś gdzie! Otóż u pana Tytusa Działyńskiego, którego czasami odwiedzał. Należał on do dość rzadkich okazów między wyższymi urzędnikami pruskimi; nie przemawiał z urzędowego trójnoga nieomylnéj wyższości, upatrującéj w każdym delikwenta albo petenta; miał ton i wzięcie wyższego towarzystwa, wszakże właściwa mu układność i grzeczność w obejściu nie była bez pewnéj przebiegłości odpowiedniéj stanowisku. Ojciec jego, jenerał Minutoli, odznaczył się przez swoje naukowe dzieła i podróże w Egipcie i Sudanie, ztąd też i syn nie przestawał na protokułach i śledztwach, lecz okazywał zamiłowanie do rzeczy umysłowych, szczególnie do sztuk i starożytności, i to stanowiło punkt styczny między nim a panem Działyńskim, który w rozmowie o tego rodzaju przedmiotach był niewyczerpany. Aby rozbudzić w Poznaniu całkiem obcy wtenczas interes do sztuk pięknych, założył Minutoli w tym celu towarzystwo i zaprowadził wystawy obrazów, które się z Berlina i innych miast niemieckich tutaj na czas niejaki przesiedlały i pomieszczały zwyczajnie na sali hotelu saskiego; był w tem przedsięwzięciu jego prawą ręką pan Jeziorowski. Lecz owe wystawy kilka lat tylko się utrzymały; nikt tu obrazu nie kupił, a ponieważ i składkującym pióra z czasem ogorzały, towarzystwo się rozwiązało.
Roku czterdziestego szóstego był Minutoli naturalnie bardzo czynny w wyszukiwaniu i chwytaniu; wypełniał obowiązek swego urzędu, ale nie można powiedzieć, iżby to był czynił w sposób przykry, owszem niejeden mi mówił wtenczas, że, ile mógł, okazywał się ludzkim i względnym. Częścią skutkiem odznaczenia się w Poznaniu, a bardziéj zapewne przez stosunki familijne, postąpił wkrótce potem wyżéj i powołanym został do Berlina na prezydenta policyi. Na tem stanowisku znalazł się niebawem, czterdziestego ósmego roku, w trudnem położeniu podczas dni marcowych i następnych burzliwych miesięcy. Unikając gwałtów, ile możności, występując wobec tłumów grzecznie i liberalnie, potrafił sobie zręcznością swoją zyskać popularność w niższych warstwach bürgeryi berlińskiéj i wywierał na nie wpływ znaczny.
Gdy się z akademików Polaków, pod wrażeniem wypadków europejskich jako i poznańskich, za wpływem wypuszczonego z Moabitu Mierosławskiego i pod kierunkiem Wojciecha Cybulskiego, utworzył w Berlinie mały legion, przyodziany w czamarki i czworograniaste czapeczki z piórkami, i domagał się broni, Minutoli nie tylko sam rozdał mu pałasze, przemówiwszy do niego bardzo sympatycznie, lecz przez dni kilka powierzał legionistom ważne posterunki na poczcie; chciał nawet oddać niektóre warty w zamku królewskim. Legion ów z kilkudziesięciu młodych ludzi złożony, do których się i Jan Koźmian, wtenczas już żonaty, przyłączył, przymaszerował potem do Poznania pod przewodnictwem, jak mi się zdaje, doktora Henryka Szumana, i przypominam sobie, jakeśmy wielkim tłumem wysypali się na szosę wrocławską, aby nadchodzących powitać.

Wprost z marszu podążył przed ratusz, gdzie jeszcze komitet narodowy zasiadał, i tu przyjął go przemową będący już w Poznaniu Mierosławski, wśród ogromnych aplauzów tłoczącéj się zewsząd rzeszy. Został tu legion z dziesięć dni, zaciągał przez ten czas regularnie na wartę przed ratuszem, jako straż honorowa komitetu; musztrowali go zaś na Bernardyńskim placu i na innych miejscach Mierosławski, belgijski porucznik Sobjeski i kapitan Jabłkowski. Ale niebawem zaczęły się niepokoje; żołnierze, zapalczywsi Niemcy i żydzi napastowali pojedyńczo przechodzących legionistów, a wreszcie władze pruskie nakazały im opuścić miasto. Przeniósł się zatem legion z Poznania do Środy, gdzie, ile pamiętam, dowództwo nad nim objął Edmund Taczanowski, a ztamtąd do Pleszewa, zajętego przez obóz Białoskórskiego. Gdy wkrótce przesiedlił się tenże do Raszkowa, dano legionowi kwatery w pobliskiem Pogrzybowie. Niedługo tam jednak pobawił; pewnego dnia bowiem, na wiadomość o zbliżających się przeważnych siłach pruskich, wyruszył z tego miejsca, aby się z resztą obozu połączyć, lecz nie doszedłszy do celu, otoczony przez jazdę i piechotę ze wszech stron, musiał broń złożyć, widząc, że opór kilkudziesięciu ludzi, mających tylko pałaszyki i ten i ów pistolecik, byłby daremnym.
Pod liczną eskortą, która się w drodze nie zbyt przyjacielsko z nimi obchodziła, pędzono ich najpierw wzdłuż granicy szlązkiéj do Frankfurtu nad Odrą, a ztamtąd przewieziono do kistrzyńskiéj twierdzy, gdzie w kazamatach pomieszczeni i wystawieni na dość bezwzględne obejście, kilka tygodni przesiedzieli.
Takie były, w kilku wyrazach, dzieje legionu akademików berlińskich, ile je sobie jeszcze przypomnieć mogłem. Wracając zaś znowu do Minutolego, wiem tylko, że niedługo wyrugowany został z prezydentury policyjnéj, gdy skończyły się rozruchy berlińskie i gdy przyszli do władzy tak zwani reakcyoniści, czyli ultrakonserwatywni, dla których z powodu swego nie dość sztywno-pruskosłużbowego postępowania, nie miłą był osobistością. Co potem się z nim działo, powiedzieć ci nie mogę; zniknął tu wszystkim jak z oczu tak z pamięci i dopiero przed kilku miesiącami przeczytałem w jednym z berlińskich dzienników doniesienie o jego śmierci.
Idźmy daléj, panie Ludwiku, ale tylko kilka kroków. W téj kamienicy tutaj, odłączonéj od policyjnego domu ogródkiem i żelaznemi sztachetami, mieszkało dawnemi czasy kilka osobistości dobrze mi znanych, które na życie nasze szkolne nie mały wpływ wywierały. A najpierw na dole, po lewéj ręce od bramy, była przez wiele lat główna kwatera radzcy szkolnego i konsystorskiego Jacoba.
Znany wtenczas powszechnie i dla nas niefortunnie ważny ten człowiek miał odznaczającą się zewnętrzność. Nie wielkiego wzrostu, szczupłéj lecz proporcyonalnéj budowy ciała, o ruchach spokojnych i poważnych, z twarzą regularną i ożywioną bystrem, pełnem rozumu spojrzeniem, z wysokiem czołem, włosem krótkim, ciemnym i nieco kędzierzawym, w ubiorze zawsze bardzo starannym, robił Jacob wrażenie raczéj francuskiego dyplomaty, niż pruskiego urzędnika. Nim przyszedł do nas, już się był zasłużył tak w naukowym, jako téż administracyjnym kierunku. Poświęciwszy się filologii, napisał dzieło: De graecae tragoediae principibus, które wywarło wielkie wrażenie na filologach fachowych i dotychczas jeszcze uchodzi za jedno z najgruntowniejszych w tym przedmiocie. Dla tego téż, mimo młodego jeszcze wieku, powołał go pod koniec Prus południowych rząd pruski na radzcę szkolnego do Warszawy, którą, nie długo pobawiwszy, po zmianie politycznych stosunków opuścić musiał.
Nie wiem gdzie i jak po tem był zatrudniony, lecz około dwudziestego czwartego roku przysłano go do Poznania, gdzie przeszło lat dwadzieścia pozostał. Wystąpił on u nas jako inicyator tych zasad i dążności w sprawach szkolnych, które teraz w tak świetnym rozkwicie widzimy. Cały czas swego pobytu tutaj, kierował bezpośrednio i pośrednio wychowaniem publicznem całéj prowincyi, wywierając również wpływ nie mały na stosunki kościelne i, od samego początku stanąwszy w przeciwieństwie z radzcą szkolnym, a późniéj arcybiskupem Wolickim, starał się usuwać i niweczyć wszystko, co w dziedzinie szkół dla narodowości naszéj było korzystne. Żadnego innego nie byłby mógł naczelny prezes Flottwell znaleść chętniejszego i bieglejszego sprzymierzeńca i wykonawcy w urzeczywistnianiu wiadomego systemu. Jacob przeprowadzał go w swem kole działania prędko i stanowczo; to téż czterdziestego roku zapanował język niemiecki zupełnie, z wyjątkiem seksty, w gimnazyum, nauczyciele byli niemal wszyscy Niemcy, religii w średnich i wyższych klasach uczono po niemiecku, a w szkołach niższych i elementarnych, ile ówczesne stosunki pozwalały, znaczne w tym kierunku postępy zrobiono. Tak w urzędowych jako nie urzędowych spotkaniach, miał Jacob zawsze wzięcie, że tak powiem, ściśle odmierzone i uroczyste, trzymające każdego o pięć kroków z daleka; z form grzecznych i ceremonialnych nigdy nie wypadał. Przypatrzyłem mu się kilka razy na wieczorkach; był tam w ogóle takim samym, jak w urzędzie, tylko trochę weseléj mówił, po części z ironicznym uśmiechem.
Ile mi wiadomo, w bliższych towarzyskich stosunkach z nikim nie żył, co było skutkiem tak osobistego usposobienia, jak może bardziéj jeszcze stosunków domowych. Miał żonę, która się podobno dla niego z pierwszym swoim mężem, kupcem w Warszawie, rozwiodła, ale ta pani nie pokazywała się nigdzie, ani w towarzystwach, ani na ulicy; była poniekąd zagadką w Poznaniu i zdaje mi się, że tu bez rozgłosu umarła. Syna jéj z pierwszego małżeństwa, nazywającego się Welthusen, przystojnego chłopca, pamiętam tu w wyższych klasach, a w niższych, małego Jakóbka. Samotne i nie wesołe życie, w braku innych przyjemności, bo nawet tytoniu nie palił, osładzał sobie Jacob czasami śpiewem kanarków, których miał mnogo i dbał o nie troskliwie. Poczciwy stary Dalkowski, mój metr skrzypcowy, będąc sam czułym ojcem licznego ptastwa, wszedł z tego powodu z Jacobem w styczność, dostarczał mu kanarków i uczył go obchodzić się z niemi. Już w podeszłym wieku i niechętny nieco luźniejszéj praktyce administracyjnéj wprowadzonéj przez Arnima wziął Jacob emeryturę i wyniósł się do Berlina, a nikt tu po nim nie płakał, bo nawet między Niemcami serdecznych przyjaciół nie miał. Pod względem naukowym był to człowiek niepospolity; pierwszorzędny filolog, mianowicie hellenista, mówił po francuzku jak Francuz, po polsku rozumiał wszystko, lecz z zasady słówka nie wyrzekł, jak to i teraz niektórzy z nich robią, a w innych naukach w szkole udzielanych tak rozległe i pewne miał wiadomości, że przy egzaminach wszyscy nauczyciele bardzo z nim musieli być ostrożni. Pod względem takiéj wielostronności naukowéj przewyższał go jednak znacznie inny radzca szkolny nazwiskiem Mehring, który kilka lat późniéj przyszedł na jego miejsce, mieszkał dość długo i umarł tu, na Berlińskiéj ulicy, w ostatnim wielkim domu po téj saméj stronie. Słyszałem od profesorów, którzy z nim byli w styczności, że nieraz dziwić im się przyszło, jak ten człowiek w językach starożytnych i nowych, w naukach z niemi w związku będących, równie jak w tak zwanych realnych, wszystko wiedział, najdrobniejsze nawet szczegóły pamiętał. Z zewnętrzności zupełnie do Jacoba niepodobny, albowiem wysoki, z dużą bladą twarzą, z postawą i ruchami pastora, czem był w początkach zawodu swego, zawsze w czarnym i za wielkim fraku, zbliżał się do niego spojrzeniem mądrem, często dowcipnem, nie przybierając jednak w obejściu z innymi owych pozorów uroczystych samowiednéj godności. Co do chęci i dążności urzędowych, był wogóle dalszym ciągiem Jacoba; germanizował i zaprowadzał kulturę, ile mógł, zwłaszcza na polu elementarnéj nauki; jednakowoż mniéj był twardym od poprzednika i do względów niejakich więcéj skłonnym. Nieraz okazywał dobre chęci i życzliwe uczucia nawet dla Polaków; w towarzystwach zaś, które lubił, nie pogardzając wtedy darami Cerery i Bachusa, odkładał na bok schulratha, był dla wszystkich równo przyjacielskim, czasem wesołym, a ponieważ wiele wiedział i wiele doświadczył, miał rozum i dowcip, wzbudzał powszechne zajęcie rozmową swoją i opowiadaniami, z których przebijały się pewna bezstronność i wolnomyślność w ocenianiu rzeczy i ludzi.
Ale wracając z téj krótkiéj wycieczki na koniec ulicy znów do domu radzcy Jacoba, nie mogę pominąć jego brata, który nad nim mieszkał. Przypominał on go kilku rysami twarzy, czołem i włosem trochę kędzierzawym, ale był o głowę wyższy i silniéj zbudowany. Odznaczał się także pewną uroczystą spokojnością i powagą, z któréj nigdy nie wypadał. Sprowadzony przez brata do naszego gimnazyum, uczył łaciny w dwóch najwyższych klasach, z tytułem profesora, a wkrótce zrobiono go Studiendirector, to jest kierownikiem naukowym zakładu, obok dyrektora Stoca, którego, ponieważ czuwał nad porządkiem i karnością, nazywaliśmy wtenczas dyrektorem od kozy i bata. Ile sobie przypominam, a ze mną te rzadkie już jednostki, które przed trzydziestym rokiem do szkół chodziły, nie troszczył się profesor Jacob o nic na świecie, tylko o swoją łacinę; poza Cyceronem i Horacyuszem nulla salus u niego.
W sekundzie i prymie pocili się chłopcy, których umiał zimną i stanowczą powagą utrzymać w pilności i respekcie dla siebie, nie tylko nad interpretacyą autorów, lecz i nad wykładami i dysputacyami łacińskiemi, kuli co tydzień łokciowe zadania w heksametrach lub jambach, a bąków gramatycznych strzegli się jak ognia, bo na nie Jacob bywał srogi, i tak np. Janowi Rymarkiewiczowi, mimo wybornego zresztą świadectwa, wstrzymał promocyę do prymy dla jakiegoś błędnego infinitiwu passivi.
Skutkiem tego odznaczały się przez lat kilka wyższe klasy naszego gimnazyum biegłością w łacinie. Nie mówię tego na własną pochwałę, bo, gdy do sekundy przyszedłem, już profesora Jacoba w Poznaniu nie było, powołano go bowiem, trzydziestego drugiego roku, na miejsce dyrektora gimnazyalnego do Lubeki. Z synem jego, będącym w moim wieku, znałem się dobrze; odwiedzaliśmy się nawzajem, a ztąd wiem, że miał mamę niemłodą, wysoką, suchą i bardzo nieładną i że rodzice jego żyli całkiem samotnie, ponieważ ojciec ciągle nad książkami siedział i o towarzystwo niedbał wcale.
Trzecim wreszcie, panie Ludwiku, który przez długi czas w tym samym domu mieszkał, na dole, po prawéj stronie od wnijścia, był głośny swego czasu profesor Martin, który, przyszedłszy do nas razem z Jacobem, ile pamiętam dwódziestego piątego roku, umarł tu na św. Wojciechu w dość późnym wieku jako emeryt. Sprowadzono go tu dotąd z Halli, jego ojczyzny, a przybył, ile pamiętam, po św. Michale, w czasie dżdżystym i zimnym, dla tego też wizyty swoje u kolegów odbywał w długim granatowym płaszczu o czterech kołnierzach, niezdejmując go w pokoju, chociaż był przemoczony. W filologicznym świecie niemieckim nazywano go nieraz doctus Martinus, miał bowiem pewien rozgłos przez swoje krytyczne uwagi nad niektórymi pisarzami greckimi, śmiałe konjektury co do miejsc podejrzanych lub zepsutych, jako też subtelny węch w wietrzeniu interpolacyi, czyli miejsc do tekstu oryginalnego późniéj przez kogoś innego wtrąconych. Ale nie mogły sobie owe piękne, greckie Kameny mniéj odpowiedniego zewnętrznością swoją obrać arcykapłana. Dość wysoki i chudy, w każdem poruszeniu bądź rąk, bądź nóg niezgrabny i koszlawy, z twarzą pospolitą, bynajmniéj genialności nie zdradzającą, osobliwie gdy wśród jakiéj emocyi gębę roztworzył i oczy wytrzeszczył, zacinał się szanowny Martin raz poraz w mowie i, jakoby chwytając wyrazy, z trudnością myśli swoje wypowiadał.
Nie dziw więc, że książę Antoni Radziwiłł, gdy mu figurę Martina, niezgrabnym do tego przyodzianą frakiem, przedstawiano, zawołał podobno do kogoś z blisko stojących: „A cóż za grecka poczwara!“ Prawdę mówiąc, umiał on i wiedział bardzo wiele i należał w istocie do znakomitych znawców grecczyzny i łaciny, ale nauczycielem bogowie go nie stworzyli, bo nie umiał uczyć, wyrażać i udzielać swych myśli zrozumiale, a przytem nie był w stanie porządku i harmonii w klasie utrzymać.
Nikt z nas dawniejszych jego uczniów nie zapomni owych awantur, które się nieraz na godzinach jego działy, osobliwie gdy jaki dowcip powiedział, co mu się bardzo często zdarzało, chociaż to były po większéj części dowcipy niezręczne. Natenczas cała klasa zaczynała od lekkiego śmiechu, któremu Martin chętnie wtórował; ale gdy ten śmiech nie ustawał, tylko wzrastając zamieniał się w przeraźliwy pisk i ryk, gniewał się Martin i krzyczał, zwłaszcza jeśli po uciszeniu się całego chóru, odezwał się pojedyńczo jakiś gruby bas na finale. Za moich czasów w sekundzie był najdzielniejszym finalistą basowym niejakiś Piechowski, który potem przeniósł się do Rosyi i tam podobno czegoś się dochrapał.
Prócz tego Martin dobroduszności nie miał, owszem zadowolony był jeśli komukolwiek, bądź uczniowi, bądź innemu, mógł rzecz nieprzyjemną albo złośliwość jaką powiedzieć. Polaków już jako takich nie cierpiał i byłby się niezawodnie poczuł w siódmem niebie, gdyby się był teraźniejszego czasu u nas doczekał. Nie dziw więc, że i ja i wszyscy moi koledzy nie zmartwiliśmy się bynajmniéj, gdy, przy podziale gimnazyum przechodząc do prymy trzydziestego czwartego roku, pożegnaliśmy na zawsze Martina.
Następujący dom od pierwszych czasów swoich mało co się zmienił, z wyjątkiem owych handli, których dawniéj nie było; jest on nam starszym pamiętny jako siedziba kilkunastoletnia Andrzeja i Bibianny Moraczewskich. Kupili go, zdaje mi się, czterdziestego drugiego roku, gdy się ze wsi do Poznania sprowadzili i mieszkali tutaj na dole, po lewéj stronie. Gwarno tu nieraz było owemi czasy i toczyły się częste dysputy o bieżącéj polityce, dziejach naszych i literaturze, osobliwie między czterdziestym drugim a piędziesiątym rokiem, bo odwiedzały Moraczewskich niemal wszystkie osobistości postępowe, w ruchach ówczesnych lub piśmiennictwie udział mające, które w Poznaniu mieszkały, albo przejeżdżając krócéj lub dłużéj gościły. Tu pan Andrzej odbył najważniejsze zadanie swego życia, zaczął bowiem i skończył, ile mógł, Dzieje Rzeczypospolitéj Polskiéj, i ztąd go, gdy piędziesiątego piątego roku umarł, z żalem wynieśliśmy na miejsce wiecznego spoczynku.
Już w pierwszych naszych przechadzkach, jeśli nie zapomniałeś, gdyśmy byli na Starym rynku, nadmieniłem ci co najważniejsze o panu Andrzeju, lecz i siostry jego pominąć nie mogę, która rok temu właśnie, w początku października, cztery dni po śmierci Bentkowskiego, rozstała się z tym światem.
Przypominam sobie, że ją przed czterdziestu dwoma czy trzema laty pierwszy raz w towarzystwie spotkałem i nie chciałem wierzyć, że już przeszła trzydziestkę, tak wyglądała nadzwyczaj młodo ze swoją białą, zarumienioną twarzyczką, żywemi oczyma, długiemi jasno-żółtemi lokami; późniéj miałem sposobność poznania jéj bliżéj i przejęcia się rzetelnym dla niéj szacunkiem. Była to Polka, że tak powiem, najczystszéj wody, w któréj nie znalazłeś ani źdźbła cudzoziemsczyzny w myślach, uczuciach, uczynkach i obcowaniu z ludźmi; wszystko dla niéj było obojętnem, co poza światem polskim leżało; tak ją od lat najmłodszych do ostatniéj chwili widziano. Téj wyłącznie patryotycznéj naturze towarzyszyły statecznie u niéj prawda i szczerość myśli i mowy, która, objawiając się zawsze bez ogródki, mogła czasem tego lub owego dotknąć, lecz była wrodzoną pannie Bibiannie, jak ją tu wszyscy nazywali, oraz dowodem zacności jéj charakteru. Przy bracie Andrzeju, którego serdecznie kochała i w którego niezachwianie wierzyła, zajmowała jednak, jak łatwo było można dostrzedz, miejsce Egeryi, wyręczając go nie tylko we wszystkich zewnętrznych i domowych sprawach, lecz wywierając na niego także wpływ nie mały nawet pod naukowym względem. Wiadomo mi, że w zestawianiu i pisaniu Dziejów nie mały miała udział, zwłaszcza iż, wyjąwszy nie tłumaczonych z łaciny, niemal wszystkie główne źródła owych dziejów czytała; wielekroć w wątpliwościach pan Andrzéj rady jéj zasięgał i niejeden ustęp dał jéj do obrobienia. Wszakże nie dziw, bo panna Bibianna, któréj mowa polska płynęła z ust tak pięknie, tak prędko i z takim doborem wyrazów, jak mało już kto u nas mówić potrafi, władała piórem niepospolicie i przysługiwała się także pod tym względem wspólnéj sprawie.
Od pierwszego pojawienia się Dziennika domowego, pod redakcyą Napoleona Kamieńskiego, należała panna Bibianna do najczynniejszych jego współpracowników i zamieściła w jego łamach szereg powieści, które potem wyszły w dwóch tomach; czytano je z zajęciem i każdy z nas ówczesnych przypomina sobie jeszcze powiastkę o Ojcu Cyrylu i Przygodę Madalińskiego. Późniéj pisywała do innych dzienników i tygodników w kraju i za granicą, szczególnie do emigracyjnych, Głosu polskiego i Przeglądu rzeczy polskich. Prócz tego, nie zapominając o ludzie, ułożyła w dwóch tomach, pod tytułem: Co się działo w Polsce i Co się stało w Polsce, zajmujące i przystępne opowiadania dziejów naszego narodu, a wreszcie zajęła uwagę publiczności powieścią większych rozmiarów: Dwaj bracia rodzeni, któréj treść osnuła zręcznie na rozmaitych przygodach i stosunkach dwóch braci bardzo znanych w Księstwie, mając jednego z nich w bliskiem powinowactwie.
Ciągłe i zgodne pożycie z bratem Andrzejem musiało pannę Bibiannę przywieść do przekonań demokratyczno-szlacheckich, wywołać w niéj chęci i sympatye postępowe, co jednakże nie stłumiło bynajmniéj poczucia religijnego, które szczęściem u kobiet naszych, jakiekolwiek są ich wyobrażenia świeckie, rzadko kiedy szwankuje. Rozbudzony za lat młodych patryotyzm powstaniem trzydziestego roku, w którem bracia jéj czynny udział mieli, spotęgowany późniéj przez ścisłe stosunki z emisaryuszami uwijającymi się po Księstwie lat kilka, przez przyjaźń z egzaltowaną panią Dąbrowską i Narcyzą Żmichowską, z Jarochowskimi i Bentkowskim, przez spiski wreszcie i wypadki roku czterdziestego szóstego, którym bynajmniéj obcą nie była, wytrwał do końca i uwydatniał się, przy danéj sposobności, w szlachetnych postępkach. I tak roku czterdziestego ósmego pospieszyła, wraz z panną Emilią Szczaniecką, panną Oborską, panią Pelagią Koszkowską, do lazaretu wojennego w Strzelnie, by tam doglądać i pielęgnować rannych współrodaków, a w ostatnich latach życia poświęciła znaczną część czasu swego i pracy na utworzenie, rozszerzenie i ustalenie owego nieocenionéj wartości zakładu, Towarzystwa Naukowéj Pomocy dla dziewcząt, którem, jako przewodnicząca, kierowała, od pierwszéj chwili jego powstania aż do śmierci swojéj, z rzadką roztropnością i wytrwałością. Z tych kilku pobieżnych słów, które ci powiedziałem, panie Ludwiku, domyślić się możesz, czemu nie raz starsze panie, współczujące z naszą teraźniejszą niedolą, mówią, smutno na się spoglądając: „Szkoda, szkoda panny Bibianny!“
Całe pierwsze piętro domu Moraczewskich, zajmowała pani Józefowa Czapska, owdowiawszy po drugim mężu i wychowując córkę z pierwszego małżeństwa, a z drugiego, małego synka, Bogdana. Tę panię przypominam sobie, gdy jeszcze jako panna Laura Mielżyńska mieszkała pewien czas w Poznaniu, przy Wrocławskiéj ulicy, z matką swoją i chodziła z nią na mszę do Fary, gdzie ją nieraz widziałem chłopcem będąc. Pani jenerałowa, jak ją zwyczajnie nazywano, wdowa po Stanisławie Mielżyńskim z Pawłowic, wtedy już w dość podeszłym wieku, wysoka, poważna, mocno wyprostowana i bystro spoglądająca, szła zawsze naprzód pewnym krokiem, a panna Laura za nią, skromnie, nie patrząc naokół, widocznie dyktaturze matki ulegając. Późniéj powiadała mi sama, że w nadto ścisłym trzymaną była rygorze. Niezwyczajną w młodych latach piękność zachowała jeszcze w późniejszym wieku i każdego, na pierwsze spojrzenie, uderzała jéj postawa pełna wdzięku, cera rzadkiej białości, jéj duże niebieskie i zdziwione oczy i jasno-płowe włosy. Wszystkich znajomych ujmowała sobie grzecznością spokojną i nieprzymuszaną, szczerą życzliwością i gościnnem przyjęciem. Często bywały u niéj liczne towarzystwa i niejeden tutaj przyjemny wieczór spędziłem. Gdy panna Bibianna, po śmierci brata, dom ten sprzedała, przeniosła się pani Czapska na św. Marcin, gdzie nabyła kamienicę ze znacznym ogrodem. W ostatnich latach życia wyniosła się za granicę, tak dla dokończenia wychowania syna, jako też może i z innych powodów. Bawiła najpierw w Szwajcaryi, potem w Rzymie, gdzie młodziutki jéj syn zyskał sobie szczególne łaski papieża Piusa IX; późniéj przesiedliła się do Francyi, a po kilku latach do Berlina i tutaj, siedemdziesiątego piątego roku, umarła.
Pan Bogdan, obdarzony nie małemi zdolnościami, skończył, ile mi wiadomo, szkoły w Paryżu, gdzie złożył swój baccalaureat, a potem w Prusach popis dojrzałości. Odbywszy zupełny kurs prawniczy w uniwersytecie berlińskim, rozpoczął referendarkę w Poczdamie, lecz wkrótce przeszedł do zawodu wojskowego i niejednokrotnie odznaczony, u dworu, do którego się już matka jego zbliżyła, mile widziany, służy dotychczas w stopniu majora w Hanowerze.
Ojciec jego ledwo dwa lata cieszył się szczęściem małżeńskiem. Znacznie był starszym odemnie, nieznane mi przeto w szczegółach przygody jego młodości; widziałem jednak pana Józefa kilka razy na ulicy przed trzydziestym rokiem, zwracał bowiem na siebie uwagę strojem polsko-chłopskim, w którym wtenczas chodził tak jak Seweryn Mielżyński i nie wielu innych demokratycznie usposobionych młodych panów. Wiadomo mi równie, że w szkołach i na uniwersytecie należał do najzagorzalszych patryotów i przed powstaniem konspirował z zapałem, mając udział w spiskach narodowych i karbonarskich. Trzydziestego roku pospieszył jeden z pierwszych do Warszawy i odbywając kampanię dosłużył się w pułku poznańskim złotego krzyża i stopnia porucznika. Poszedł potem na emigracyę i koczował po całéj Europie zachodniéj, przebywając głównie we Francyi, ale często też w Anglii, Szwajcaryi i we Włoszech, porozumiewając się przytem z różnemi związkami politycznemi, osobliwie wolnomyślnemi, których demokratyczne dążności i zasady zupełnie podzielał. Miał bowiem wtenczas żyłkę agitacyi i tajemniczością otaczać się lubił. Kilka razy, przedarłszy się do Prus lub bawiąc u wód jako master John Chapman, nie wydał się przed współrodakami, nawet przed znajomymi i wybornie rolę Anglika odgrywał. Poznałem się z nim w Paryżu, latem czterdziestego drugiego roku, a widząc go tam dość często, mogę ci powiedzieć, panie Ludwiku, że ujęty byłem od razu jego przyjacielskością, sprytem i oszczędnością w załatwianiu interesów i zaspakajaniu potrzeb codziennych, czego się w emigracyjnem życiu wyuczył.
Nie zapomnę jak przyszedłszy do mnie, gdy właśnie pakowałem rzeczy do wyjazdu, niecierpliwił się patrząc na moją niezgrabność i uczył mnie szczegółowo sposobu składania każdéj sztuki i porządkowania w kuferku, żeby się w jak najmniejszym obrębie jak najwięcej pomieściło. Kilka lat późniéj wrócił do kraju, pogodził się z bratem, z którym przez czas długi żył w nieporozumieniu, nie ze swéj winy, a poznawszy w jego domu panią Laurę, uzyskał, za przyczynieniem się bratowej, jéj rękę. Byłby mógł żyć szczęśliwie długie lata jeszcze, bo wszystkie miał warunki do tego i fizyczność silną, lecz przypadkiem przeziębiwszy się ciężko, zapadł na zapalenie płuc, które go w bardzo prędkim przebiegu wtrąciło do grobu. Ostatniemi czasy zmienił się wprawdzie pan Józef cokolwiek w zapatrywaniach swoich, osobliwie pod politycznym i socyalnym względem, lecz ile go znałem, przekonany jestem, że jeśli na tamtym świecie mają jakąś świadomość tego, co się tutaj dzieje, nie zbyt się zbudowali tak on jak i Pius IX ową apoteozą Huttena, wygłoszoną przez Polaka, przy odsłonięciu posągu tego nieszczególnie czystego bojownika germanizmu i reformacyi. Jak miło mi było, patrząc na ten dom, przypomnieć sobie panią Laurę Czapską i jéj męża, tak też w wdzięcznéj zachowam pamięci hrabiego Franciszka z Bukówca, w Prusach Zachodnich, za życzliwe względy, które mi nieraz okazał. Niepodobnym on był do młodszego i przyrodniego brata, ani zewnętrznie, ani z usposobienia. Równie wysoki, ale znacznie szczuplejszy, powagą twarzy, powolnością w ruchach i spojrzeniem pogodnem objawiał naturę spokojną i rozważną. Na wskroś polskiego ducha i obyczaju, daleki od wszelkiego idealizmu, cudzoziemszczyzną niedotknięty zgoła, prosty i niewyszukany w myślach, mowie i wzięciu, dbałym był przedewszystkiem o zachowanie fortuny dla licznéj rodziny swojéj, oględnym w wydatkach i za zbyt oszczędnego uchodził, chociaż, jak wiem, i ofiary publiczne chętnie ponosił i niejednemu w biedzie dopomógł. Żona jego, bardzo znacznie młodsza, pochodziła z Czapskich na Litwie osiadłych i tam wysoko skoligowanych. Pani Franciszkowa przedstawiała, na pierwszy rzut oka, zupełne przeciwieństwo do męża, z którym przecież w najprzykładniejszem żyła małżeństwie. Dama wykwintnego tonu i wychowania, żyjąca prawie zupełnie nadzwyczaj żywą wyobraźnią i zapałami patryotycznemi, przytem gorących uczuć, nerwowego nastroju i skora do poświęceń, byłaby się lepiéj uwydatniła na czynnéj scenie wielkiego świata, niżeli w spokojnem i jednostajnem zaciszu Bukówca. Znałem, powiedzieć mogę, tę panię kilkanaście lat wprzód nim ją poznałem.
Otóż, gdy trzydziestego szóstego roku przybyłem na uniwersytet, zastałem w Berlinie wielką wystawę i pomiędzy mnóstwem obrazów portret panny Michaliny Czapskiéj w całéj postawie, zrobiony, zdaje mi się, przez profesora Begasa, który tak przedmiotem jako też znakomitem wykonaniem zwracał na siebie uwagę publiczności. Przedstawiał stojącą młodziutką, bardzo ładną panienkę, z ciemnym, bogatym włosem, pięknem modrem okiem, w białéj sukni jeśli się nie mylę. Ta panienka była już wtenczas mężatką, podczas gdy jéj matka mieszkała właśnie w Berlinie z trzema synami, Maryanem, Adolfem i Edwardem. Dwaj starsi uczęszczali razem z nami na niektóre kolegia, a przytem kształcili się artystycznie, jeden w malarstwie, drugi w muzyce. Staréj pani Czapskiéj nie miałem sposobności poznania, chociaż blisko dwa lata wtedy bawiła w Berlinie i odbywały się u niéj regularnie co tydzień wieczorki dla towarzystwa polskiego, na które uczęszczali koledzy nasi o herbach i cięższych kieszeniach ale my, homines de plebe, trzymaliśmy się z daleka. Jednakże młodzi Czapscy kumali się z nami bez różnicy i przychodzili do nas, a były to chłopcy wesołe i ugrzecznione, z którymi łatwe było pożycie. Maryana widywaliśmy najczęściéj i pamiętam, iż nieraz za jego przybyciem usuwaliśmy cukierniczki ze stołu, albowiem, podczas rozmowy, zwykł był kawałkami cukier wyjadać. Obok innych zatrudnień, oddawał się z upodobaniem malarstwu, uczęszczał do pracowni któregoś z profesorów akademii i już wtenczas zupełnie udatne robił obrazki.
Gdy potem Czapscy z matką Berlin opuścili i lata szły po latach, słyszałem tylko od siostry ich, pani Franciszkowéj, że mieszkają sobie na Litwie jako osiadli obywatele, pożenieni i ojcowie rodzin. Nie śniło mi się, że ich kiedy zobaczę; prawdziwe jednak to arabskie przysłowie: „góra z górą się nie zejdzie, ale ludzie z ludźmi.“ Spotkałem tu w Poznaniu, w Bazarze, najpierw Adolfa, nie pamiętam już dobrze roku, który uciekał za granicę z powodu jakiegoś rozruchu na Litwie, czy też przygotowań do powstania. Nie poznałem go z początku, bo z cienkiego dawniéj młodzieniaszka przemienił się w silnego, rozrosłego, wąsiatego szlachcica. Późniéj zaś zszedłem się u Żupańskiego niespodzianie z Maryanem, którego również trudno mi było poznać, bo nie tylko się zmienił na twarzy, ale i na siłach podupadł skutkiem sercowéj choroby, która go niedługo potem wtrąciła do grobu. Umarł u nas w Księstwie, u córki swojéj, pani Breziny, w Więckowicach. Upamiętnił on się w naszem piśmiennictwie specyalnem dziełem: O koniu, które się odznacza nie tylko gruntownem opracowaniem przedmiotu, lecz i pięknym językiem. Ponieważ, ile mi wiadomo, także do Centaurów należysz, przeto ci je zalecam do przeczytania; mnóstwa się tam szczegółów dowiesz, których nie znajdziesz gdzieindziéj, osobliwe o rasie polskiéj, teraz już podobno do legend należącéj. Dzieło to wyszło tutaj u Żupańskiego w bardzo ozdobnem wydaniu.
Wracając teraz znów do Bukówca, zkąd do Berlina zaszedłem, dodać ci muszę, panie Ludwiku, że tam teraz bardzo smutno. Zacny pan Franciszek już dawno nie żyje; z mniemanych krezusowych zapasów, któremi się za życia jego łudzono, zgoła nic się nie znalazło; z trzech synów tylko najmłodszy pozostał, gdzieś tam w Królestwie; z pięciu córek, które się wszystkie za młodu niezwykłym odznaczały powabem, trzy już, jak mi mówiono, nie żyją, a Bukówiec i wszystkie jego ziemie w obcem ręku, tylko grobowcami Czapskich ci przypomną.
Jedna z tych panien Czapskich znalazła męża we Francyi, pana Ordęgę, któremu pewnie przez myśl nie przejdzie, że jest tu w Poznaniu jakieś indywiduum, przypominające sobie jeszcze dwóch małych Ordęgów w granatowych kurtkach de petits collégiens. Poznałem się z ich rodzicami czterdziestego drugiego roku w Paryżu; byli dla mnie tak łaskawi i przyjacielscy, iż zapomnieć o nich nie mogłem. Pan Ordęga, zdaje mi się, że mu było Józef na imię, mienny i wpływowy obywatel w Kaliskiem, mający bardzo czynny udział we wszystkich patryotycznych agitacyach swego powiatu, pospieszył, niemal zaraz po ślubie, do Warszawy, gdy wybuchło powstanie listopadowe, a ponieważ do entuzyastów należał i, jak niemal wszyscy wtenczas, poetyczne miał wyobrażenia o polityce i o Francyi, poszedł na tułaczkę i osiadł nakoniec w Paryżu. Żona podążyła za nim i była mu wierną towarzyszką aż do końca jego życia. Nie ręczę za to, ale widzi mi się, że pochodziła z Niemojowskich, także w Kaliskiem osiadłych. Kiedym ją poznał, była to jeszcze dość młoda, niewielka blondynka, z miłym, po części smutnym wyrazem twarzy, szczupłéj budowy ciała i spokojnego usposobienia. Mąż jéj, również niewysoki, ale ciemny brunet, ruchliwy, choć wcale nie chudy, z pełną, okrągłą twarzą, małemi i żywemi oczyma, miał w sobie coś bardzo ujmującego i wzbudzającego zaufanie.
Żyli państwo Ordęgowie wtenczas bardzo cicho i skromnie, bo zasiłki z kraju, gdzie majątek ich, przed rządem ukrywany, po części się stopił, z trudnością i szczuple dochodziły i zajmowali się troskliwie wychowaniem synów, którzy ich nadziei nie zawiedli, gdyż jeden, ile słyszałem, zajmuje ważniejsze stanowisko między inżynierami rządowymi, drugi zaś odznaczył się jako dyplomata w Rumunii i niedawno temu w Maroku. — Przybywszy do Francyi młody jeszcze, miał pan Józef Ordęga, jak mi sam powiadał, z początku żywy udział w obradach i działaniach Towarzystwa demokratycznego, zapalając się do jego wyobrażeń i dążności, lecz z czasem powściągnął się w tym kierunku, a raczéj wszedł na inne tory, prowadzące do ścisłego pojednania zasad demokratycznych z przekonaniami religijno-katolickiemi. Zwyczajnie opinia publiczna widzi zupełne przeciwieństwo między demokracyą a katolicyzmem w polityce i praktyce życia; ale któż to, panie Ludwiku, pierwszy wskazał ludziom i wyrzekł, że wolność, równość i braterstwo, wynikające z miłości wzajemnej, powinny być podstawami społeczeństwa, spójnią łączącą jednostki narodowe i jednostki ludzkie? Pomyśl sobie nad tem, nie mogę bowiem puszczać się tu na dalsze wywody owego tematu i powiem ci tylko, że w Ordędze rozbudziła nowe pojęcie i nowe ideały znajomość z Buchezem i jego dziełami.
Ów Buchez, doktor medycyny i z początku lekarz nie znalazłszy w tem rzemiośle zadowolenia, porzucił nie długo praktykę i został literatem; pisał wyłącznie o rzeczach filozoficznych i historycznych i wyrobił sobie system filozofii oparty na nauce kościoła katolickiego. Miał dość znaczną liczbę zwolenników, którzy w jego duchu mówili i pisali; do niego to przylgnął Ordęga całem sercem. Rozpromieniał się, gdy o nim mówił i poglądy jego tłumaczył, spowodował mnie nawet do tego, że się nie tylko z doktorem Ottem, jednym z głównych wyznawców mistrza, poznałem, człowiekiem zresztą przyjemnym i wykształconym, lecz i samemu Buchezowi uszanowanie swoje złożyłem.
Był to jegomość nie stary jeszcze, dość wysoki, dość otyły, grzeczny i wymowny, jak każdy Francuz wyższego wykształcenia. Przyjął mnie bardzo łaskawie i rozmawialiśmy dość długo, o czem, tego już nie wiem, pamiętam jednak, że była téż wzmianka o Heglu, który zdawał się dla niego ziemią nieznaną. Jeśli o Buchezie i jego sposobie filozofowania chcesz mieć wyobrażenie, panie Ludwiku, to weź jego Introduction à la science de l’histoire, dość obszerne dzieło w dwóch tomach, zawierające zupełny i szczegółowo rozprowadzony system filozofii historyi, który stawia za cel postępowego rozwoju ludzkości organizacyą społeczną wedle wzoru społeczeństwa kościoła katolickiego, jako téż prawo narodów oparte na zasadzie równości, braterstwa i sprawiedliwości chrześciańskiéj. Wszakże nim do tego przyjdzie, zapowiada on w końcu dzieła swego nie wesołe rzeczy, że z usunięciem wszelakich duchowych i moralnych zasad i wyobrażeń, nastanie czas, w którym władać będą jedynie siła i liczba, w którym wrzeć będzie wojna wszystkich przeciw wszystkim, każdy naród korzyści chwały i bezpieczeństwa swego szukać będzie w wytępieniu innych, a wśród narodów pojedyńcze jednostki wydzierać sobie będą byt i mienie.
„Natenczas, w braku duchowéj jedności, przeprowadzoną zostanie, drogą podboju, jedność materyalna. Zdaje mi się, że to zadanie spadnie na Rosyę, która wobec Europy jest teraz tem, czem była Macedonia za czasów Aleksandra, wobec Grecyi. Co do nas Francuzów, nie pozostanie nam żadne inne królestwo, prócz królestwa oświaty. Oby się nie spełniła przyszłość takowa!“
Tak zakończył Buchez swoje wywody historyozoficzne roku 1833. Czy się sprawdzą jego przepowiednie, o tem przekonasz się prawdopodobnie, panie Ludwiku, nim dojdziesz do owéj normalnéj siedemdziesiątki, o któréj mówi psalmista; wszakże, widząc co się teraz dzieje na świecie, sądzićby można, że nie będzie fałszywym prorokiem. — Ale gdzież to ja się zabłąkałem z téj Berlińskiéj ulicy! Wróćmy napowrot, panie Ludwiku, zwłaszcza że tam w Paryżu nie tak swobodnie dzisiaj, jak za czasów owego roi-citoyen chodzącego po ulicach z parasolem w ręku, kiedym pana Ordęgę na rue de Seine odwiedzał. Przeniósł on się dawno do wieczności, ale żonę jego, teraz już staruszkę, widziałem siedzącą przy oknie, gdy przed dwoma laty w Krakowie przechodziłem przez ulicę Krupniczą.
O następującéj, czwartéj z rzędu, kamienicy nic ważniejszego powiedzieć ci nie mogę; nie dopisują mi tu historyczne wiadomości; przypominam sobie jednak, że tam kiedyś rezydowały dwie istoty, na które, choć znając je tylko z widzenia, nieraz z pewnem humorystycznem zadowoleniem patrzałem. Były to dwie panny Zenker, córki jakiegoś radzcy, czy nawet prezesa rejencyjnego, obiedwie w wieku szacunek wzbudzającym, podobne do siebie, jak gdyby były bliźniętami, obiedwie dość wysokie, chude, zawsze starannie ubrane, z wielkiemi lokami i zgryźliwem spojrzeniem. Utkwiły mi one w wyobraźni, bo chłopcem będąc często je spotykałem w tych stronach razem chodzące. W późniejszym czasie kupił ten dom pan Hebanowski, budowniczy, który nie długo w nim panował, odprzedał go bowiem Spółce teatru polskiego i z jéj polecenia wystawił, na miejscu dawniejszego ogrodu, teraźniejszy budynek teatralny. Ponieważ zajmuję się tylko starzyzną, przeto, panie Ludwiku, nie tykam się owego teatru, pozostawiając skreślenie ci jego zewnętrznych i wewnętrznych, niewątpliwie bardzo zajmujących choć tragicznych dziejów, panu Franciszkowi Dobrowolskiemu, który, jako spiritus movens, ze wszystkich najlepiéj to zadanie rozwiązać potrafi.
Patrz daléj, otóż z bramy téj małéj, jednopiętrowéj kamieniczki, stojącéj tuż obok, byłbyś, przed dwudziestu laty widzieć mógł nieraz wyjeżdżającego na pięknym białym koniu starego pana, zwykle w granatowéj czamarze i czworograniastéj czapce; tak ubiór ten jako i twarz pełna, spokojem i szczerą dobrocią napiętnowana, okazywały, na pierwszy rzut oka, jednego z dawnych, jak mówią, Polonusów, którzy mieli poza sobą życie pełne ciężkich przejść i doświadczeń. Był to Stanisław Biesiekierski, pułkownik, jak go zwykle tytułowano, znany powszechnie i szanowany nie mniéj dla szczerego i przyjacielskiego względem wszystkich usposobienia, jak i dla gorącego patryotyzmu, którego składał dowody od początku do końca swéj wędrówki doczesnej.
Panie Ludwiku, dostrzegłeś może, iż, tak ci gawędząc o ludziach i rzeczach ubiegłych czasów, staram się ile możności zwracać twoją uwagę na to, co jest w związku z przywiązaniem do rzeczy ojczystych i z poświęceniem dla wspólnéj nam sprawy, bo czasami, gdy widzę i słyszę niejedno z teraźniejszych teoryi i praktyk, zaczyna mnie, słusznie czy niesłusznie, myśl niepokoić, że, w obecnem rozpaczliwem położeniu naszem, względy i dążności materyalne wyziębiać zaczynają w sercach owe tak gorące niegdyś poczucia ideałów i obowiązków narodowych.
Obowiązki te wypełnił Biesiekierski najsumienniéj. W osiemnastym roku życia zaciągnął się do dziewiątego pułku jazdy mazowieckiéj, gdy, z wiosną dziewiątego roku, Józef Poniatowski zbierał wojsko przeciw napaści austryackiéj na Księstwo warszawskie, a odbywszy tę wyprawę mianowany został podporucznikiem w trzecim pułku jazdy galicyjsko-francuzkiéj, dwa lata zaś późniéj otrzymał w dawniejszym swoim pułku stopień porucznika-adjutanta i jako taki ruszył, w korpusie króla westfalskiego Hieronima, do Rosyi, dwónastego roku. Lecz zaraz na początku téj kampanii, przy gwałtownem starciu obustronnych ułanów w potyczce pod Mińskiem, dwukrotnie pchnięty lancą i niebezpiecznie ranny, dostał się do niewoli rosyjskiéj, w któréj przeszło dwa lata się biedził wśród niezwykłych przygód. Szczęściem nie zapędzono go na północ, lecz ku południowi; najpierw na czas niejaki do Kijowa, a ztamtąd daléj i daléj, aż w góry Kaukazu. Tutaj otoczony ludnością tatarską i czerkieską, świeżo przez Rosyan ujarzmioną, przeto życzliwą dla ich nieprzyjaciół, oswoił się z nią łatwo i pozyskał sobie szczególne względy u Mengli-Geraja, hana Tatarów z Krymu wyrugowanych. Ufny w jego pomoc, sposobił się Biesiekierski do ucieczki, z zamiarem dostania się przez stepy, morze Czarne, do Carogrodu, a ztamtąd do Francyi, ale nim zamiar ten zdołał być wykonanym, nastąpił na zachodzie zupełny pogrom Napoleona i koniec wojennych zapasów. Jak inni jeńcy, tak i Biesiekierski wrócił do kraju, a nie myśląc już o wojskowości, schronił się na wieś i gospodarował sobie spokojnie na Kujawach, w Dobiesławicach, dziedzictwie po rodzicach. Rok trzydziesty wyrwał go ztamtąd i zawiódł znowu na pole bitew. Jako rotmistrz i dowódzca szwadronu w pierwszym pułku Mazurów odbył większą część wojny; miał udział w spotkaniach pod Wawrem, Białołęką, Grochowem, Wielkim Dębem, Kuflewem, a za odznaczenie się pod Ostrołęką dostał krzyż złoty; jednakże, skutkiem ciężkiéj choroby i zupełnéj niemal utraty sił, musiał wystąpić z wojska w początkach lipca trzydziestego pierwszego roku i otrzymał dymisyą w stopniu podpułkownika.
Gdy się wszystko uciszyło, powrócił Biesiekierski do wiejskiego zacisza, a czując z postępem lat coraz dotkliwiéj przykrość samotnego życia, zrobił wreszcie szczęśliwy wybór, biorąc za żonę pannę Emilię Mikorską. Pułkownika poznałem dość późno, gdy już stale osiadł w Poznaniu, ale znajomość moja z panią pułkownikową sięga już dalekich czasów. Otóż gdy księżniczka Wanda Radziwiłłówna, która potem wyszła za księcia Adama Czartoryskiego, była jeszcze dziewczęciem, wyprawiano na jéj imieniny dziecinne bale maskowe i ściągano w tym celu ze wsi i z miasta mnóstwo kawalerów i panien od sześciu do szesnastu lat, poprzebieranych w rozmaite krajowe i zagraniczne kostiumy. Na jednym z takich balików, figurując także jako kozak z żółtym pałaszykiem, który mnie z wszystkiego najbardziéj bawił, widziałem pierwszy raz z bliska dwie panny Mikorskie i byłem świadkiem powszechnego aplauzu, który wystąpienie ich wywołało. Tak mi to przytomne, jak gdybym teraz jeszcze na nie patrzał. Były ubrane podług posagów greckich, starsza za Minerwę z szyszakiem na głowie i lancą w ręku; młodsza, panna Emilia, za Dianę, z półksiężycem nad czołem, z łukiem i kołczanem. Ich ciemne tuniki, sandały i rzemyszki naszywane złotem i srebrem, hełm i półksiężyc nasadzane kamyszkami — wszystko to błyszczało, a cały ten ubiór uwydatniał piękne twarzyczki oraz figurki dość już rosłe i zgrabne. Uszczęśliwiła mnie hoża Diana, ile pamiętam, odłamkiem poloneza i to początek znajomości, którą późniéj, po wielu latach, miałem zaszczyt z panią pułkownikową odnowić. Ojciec téj pani, prezes Mikorski, za księztwa warszawskiego i w początkach drugiéj okupacyi, przewodniczył sądom całego departamentu. Mieszkał na Wilhelmowskiéj ulicy w własnym domu, teraz do cukiernika Beely’ego należącym; ów dom miał wtenczas tylko jedno piętro, które prezesostwo zajmowali, podczas gdy dzieci z guwernantkami mieściły się w górnych pokoikach pod dachem. Owych dzieci były dwa wydania: z pierwszéj żony podobno córka i dwóch synów, z których poznałem jednego w późniejszym czasie jego życia; był to Józef Mikorski. Powtarzam ci tutaj, panie Ludwiku, co już bodajnie kilka razy powiedziałem, że nie jestem dla ciebie ani dziejopisarzem, ani życiopisarzem, jeśli tak mówić można, przytaczam ci tylko osobiste wspomnienia, które przegląd ulic i domów we mnie obudza, dla tego też o panu Józefie Mikorskim, którego żywot musiał być bardzo urozmaicony, nie wiele się dowiesz.
Nie wiem, gdzie i jak się wychował, przypominam sobie tylko, że przed trzydziestym rokiem widziałem go kilkakrotnie i postać jego jeszcze dziś stawia mi się przed oczy. Był wtenczas młody i robił wrażenie czegoś zagranicznego. Średniego wzrostu, dość szczupły, z ciemnemi włosami, wąsami i bródką hiszpańską, w krótkim fraku niezwykłego kroju, z niskim kapeluszykiem skośnie siedzącym i czarną laską, na ramieniu opartą, chodził zwykle, kołysając się, środkiem ulicy i wyglądał na Hiszpana lub Włocha świeżo przybyłego. Dowiedziałem się późniéj, iż wtenczas wracał z Paryża, gdzie dłuższy czas bawił i przejął się był zasadami Saint Symonistów, z którymi podobno przestawał. Trzydziestego roku poszedł z innymi, a po skończonéj wojnie przepędził znów lat kilka we Francyi, poczem zjawił się w Poznaniu w innéj postaci. Podzielając bowiem wtenczas skrajno-demokratyczne dążności, w zamiarze wpływania na lud wiejski, przebrał się mniéj więcéj po chłopsku i chodził w bardzo elegancko zrobionéj katance, barankowéj wysokiej czapce z wstążeczkami, jak je to na Kujawach nosili, w wysokich butach i z długim prostym kijem. Prócz tego, stosownie do przekonań swoich, ożenił się niezadługo po powrocie, na owe czasy demokratycznie, albowiem z mieszczanką poznańską.
Pamiętasz zapewne jeszcze, panie Ludwiku, ów róg św. Marcińskiéj i Podgórnéj ulicy, śpiczastym kątem z góry na dół schodzący. Zmienił on się niedawno zupełnie; teraz widzisz tam wielkie trzypiętrowe kamienice, a zaledwie trzy lata temu zajmowały go dwa żółto malowane zestarzałe i bezpiętrowe domki, frontem ku św. Marcińskiéj zwrócone, z długim murem odgradzającym ich podwórze od ulicy Podgórnéj.
Otóź w tych domkach mieszkała dawnemi czasy rodzina Fontowiczów, a stary pan Fontowicz miał oberzę pod „Białym Koniem“, na szyldzie wymalowanym, bardzo zwiedzaną przez przyjeżdżających ze wsi, bo jéj właściciel był persona grata jako twardy Polak dawnéj daty. Z synem jego jedynakiem, o lat kilka starszym odemnie, chodziłem do szkół i kolegowałem aż do tercyi, z któréj, trzydziestego roku, poszedł do powstania. W klasie wszyscyśmy lubili tego chłopca przyjacielskiego i z usposobienia wesołego, ale nauczycielom figle płatał i nieraz za to oberwał, mianowicie od profesora Poplińskiego. Głowę miał z urodzenia mocno pochyloną ku lewemu ramieniu, przez ściągnięcie muszkułów karku, dla tego profesor Martin, gdy się dowiedział od nas w klasie, że Fontowicz już za granicą, rzekł złośliwie: „A pocóż poszedł? On przecież tu celuje, a tam strzela.“ Mimo to przyjęto go do pułku i bił się odważnie, jak mi mówiono. Nie widziałem go już więcéj, umarł bowiem podczas kampanii, czy też krótko potem.
Z najstarszą siostrą tego Fontowicza ożenił się pan Józef i przyznać trzeba, że się mało kto nad tem dziwił, bo pod względem urody panna Fontowiczówna nie wiele równych sobie miała w Poznaniu, a wychowaniem i usposobieniem umysłowem mężowi zupełnie była odpowiednią. W pierwszych czasach po ślubie pokazywali się państwo Mikorscy raz po raz na ulicy, a ponieważ on ubioru chłopskiego nie zmienił, pani zaś także kaftaniczkiem i czepeczkiem trochę z wiejska wyglądała, przeto ich żartobliwie nazywano Piastem i Rzepichą. Przenieśli się potem do Wyganowa, wsi dziedzicznéj pana Józefa, pod Kobylinem leżącéj, i sąsiadowali z Łukaszewiczami, u których widziałem panię Mikorską mającą wtedy już dwie córki dorastające. Z dalszych dziejów zaś téj rodziny wiem tylko tyle, że, sprzedawszy Wyganowo, czy też jeszcze przedtem, bawił Mikorski za granicą i dotarł do Turcyi, gdzie się zajmował handlem tytoniu. Po powrocie jego ztamtąd spotkałem się z nim, nie pamiętam już którego roku, pewnego razu w Bazarze i mówił mi, że zamyśla korzystać ze stosunków, które zawiązał w Carogrodzie i innych miastach wschodu, aby różne gatunki tytoniów tureckich u nas gdzieindziéj dać poznać i rozprzestrzenić. Późniéj nie widziałem go już więcéj i nie umiem ci powiedzieć, co i jak się z nim działo, ale i on i żona jego pomarli. Bliżsi znajomi Józefa Mikorskiego przedstawiali mi go jako człowieka z wybornem sercem i bardzo ruchliwą wyobraźnią; niepokojony szlachetnemi pomysłami i idealnem pojmowaniem stosunków społecznych i narodowych, był arcypoetą w życiu i rozbijał się w planach swoich o twardą rzeczywistość, do któréj zastosować się nie chciał, czy nie umiał.
Z drugiego małżeństwa, ile pamiętam, miał prezes Mikorski dwie córki i trzech synów. Jeden z tych, Ksawery, chodził ze mną do kwinty i kwarty, późniéj zaś zupełnie go z oczu straciłem; młodszego brata, ożenionego z panną Anną Sokolnicką, widywaliśmy dość często w Poznaniu; gospodarzył tu w Księstwie i umarł lat temu kilkanaście.
Wracając teraz, po tym ustępie, do pułkownika, nie myśl, panie Ludwiku, iżby, przecierpiawszy już dość za młodu, późniejszemi laty ostygł w patryotycznych uczuciach; przeciwnie, czterdziestego szóstego roku należał do najchętniejszych i najczynniejszych około przygotowań do powstania. Pojmany jak inni i osadzony w Moabicie, skazany został na osiem lat więzienia; późniéj zaś, czterdziestego ósmego, będąc już znacznie osłabiony na ciele, czynnie w obozach nie wystąpił, lecz, ile mógł, pieniędzmi i radą w rzeczach wojskowych wspierał ówczesne usiłowania. Wreszcie, gdy spokojniejsze nastały czasy, osiadł pułkownik tu między nami, kupiwszy tę kamieniczkę, z któréj wynieśliśmy go na świętomarciński cmentarz, gdy długą skołatany chorobą umarł sześdziesiątego dziewiątego roku. Została po nim tylko wdowa, bo jedynaczkę córkę stracili państwo Biesiekierscy jeszcze w bardzo młodym wieku.
Te pięć domów, któreśmy obejrzeli po téj stronie ulicy Berlińskiéj, były tu już przed trzydziestym rokiem, resztę znacznie późniéj wybudowano. Pójdźmy teraz na lewą stronę; wyglądała ona, olim temporibus, także inaczéj. Najpierw ten róg z Młyńską ulicą, zajęty teraz jak widzisz, wielką trzypiętrową kamienicą, był pustkowiem, w którego dalszym ciągu stała długa z gliny lepiona stodoła, sięgająca aż do ulicy Św. Marcińskiéj. Za tem pustkowiem na dół, wzdłuż Berlińskiéj, były, ile sobie przypomnieć mogę, dwa domy, z których jeden, teraz numer ósmy, pozostał do dziś dnia bez szczególnéj zmiany, drugi zaś, na rogu Bismarkowskiéj stojący, przebudowany został zupełnie, gdy go pani Mańkowska nabyła od Romana Ziołeckiego, bo i ten dom kiedyś do niego należał. Bezpośrednio daléj szedł długi płot ogradzający wielki ogród, który z drugiéj strony sięgał aż do Św. Marcina. Ów ogród należał kiedyś do kupca Scholza, mającego, jak już poprzednio powiedziałem, handel wina przy Starym Rynku.
Od tego Scholza kupiła go późniéj pani Laura Czapska i musiała, przez policyą znaglona, zastąpić płot murem, który jéj wystawił budowniczy Maryan Cybulski, jeden z moich szkolnych kolegów. Był to wcale ładny ogród, z mnóstwem drzew owocowych, pięknych krzaków i rzadkich roślin; zwiedzałem go bardzo często za czasów, gdy do pani Czapskiéj należał, bo tam w dość dużym ogrodowym domu mieszkał mój dawny znajomy, Ludwik Königk, o którym ci wprzódy mówiłem, gdyśmy przy domu Działyńskich stali. Jak Jan Działyński szkoły ukończył, zajmował się Königk lat kilka wychowaniem Stasia Baranowskiego, a wreszcie objął dozór nad małym jeszcze Bogdanem Czapskim. Był on wtedy i pozostał dotychczas lubownikiem roślin i znawcą ogrodownictwa, miał więc na tem miejscu sposobność do zadowolenia swéj skłonności.
Prócz tego odbywały się nieraz, z pozwoleniem pani Czapskiej, w jéj ogrodzie podwieczorki, koncerta, loterye fantowe dla członków Kółka Polskiego, w celach dobroczynnych. Gdy jednak pani Czapska przeniosła się za granicę, a w Poznaniu, skutkiem tryumfów po za Renem, nastały, siedemdziesiątego drugiego i trzeciego roku, za przykładem Berlina i innych miast, czasy tak zwanego Schwindlu, w których myśleli Niemcy, że z tych miliardów francuzkich dla każdego ulicami płynąć będą pieniądze, a spekulanci kuli codzień nowe plany, głupi ludzie budowali i kupowali za ciężkie pieniądze kamienice, a mądrzy je sprzedawali, wtenczas ów ogród sprzedanym został także, a właścicielka świetnie na tem wyszła, dano bowiem bajeczną cenę, jeźli prawda, co mi powiadano. Nabyła go umyślnie w tym celu z kupców tutejszych, po większej części Niemców, utworzona kompania, przeprowadziła nową ulicę, uczciła ją nazwiskiem Bismarcka i pobudowała po obydwóch jéj stronach piękne domy w pałacowym stylu, niewątpiąc, że wyłożony pieniądz wróci się przynajmniéj dwukrotnie. Lecz spes hominum vanae! Schwindel prędko przeleciał i zostawił w zawiedzionych żołądkach ciężką po sobie niestrawność. Niektórzy z członków kompanii budowlanéj początkowe swoje zapały dość drogo przypłacili.
Ta strona ulicy nie wielu mi znajomych przypomina, kilku jednak, którzy tu czas niejaki mieszkali, pominąć nie mogę. Najpierw bardzo często zwiedzałem pierwsze piętro domu pod numerem dziewiątym, które lat kilka zajmowali państwo Lossow. Pochodząc z rodziny od dawnych czasów w Polsce osiadłéj, za młodu przez rodziców przyzwyczajony do oględności i kierowania się rozsądkiem, był pan Apolinary Lossow uosobieniem zacnego i jasno myślącego obywatela wiejskiego, to też życie płynęło mu wśród ciągłéj i bacznéj pracy, spokojnie, normalnie i, powiedzieć można, szczęśliwie aż do końca. Odbywszy szkoły w gimnazyum leszczyńskiem, które wtenczas pod dyrektorstwem poczciwego Stoephasiusza liczyło mnóstwo młodzieży polskiéj, obrał sobie zawód gospodarza i, nietracąc czasu, rozpoczął praktyczną naukę u ojca.
Znałem ja, panie Ludwiku, młodzieży naszéj niemało, tak z rodzin majętnych, jako też mniéj miennych, która, od urodzenia niemal, przeznaczoną będąc do gospodarstwa, ukończywszy szkoły, szła zaraz potem, najczęściéj za wpływem mamy lub cioci, na uniwersyteta, albo na wojaże, pod pozorem konieczności ogólnego wykształcenia. Pobujawszy lat kilka nad prawem lub filozofią, a zwykle używszy, bez żadnego poważnego zatrudnienia, wszelkich przyjemności bezczynnego życia, wielkich miast i pełnego worka, gdzież się tam chciało potem takiemu skończonemu i zmiękczonemu kawalerowi, wyszlifowanemu pięknie do salonów, stać godzinami nad wożeniem mierzwy, kopaniem kartofli lub buraków, wtykać nos w koryta, wstawać ze wschodem słońca, pocić się, marznąć, moknąć, bądź w nauce praktycznéj, bądź późniéj na własnem gospodarstwie? Ztąd też mało kto z nich nauczył się rzeczywiście i sumiennie swego rzemiosła, które, w naszych czasach, wiele rozumu i niemało specyalnych wiadomości wymaga, wmówiwszy w siebie, że do tego nauki niepotrzeba, bo gospodarzem jest się z urodzenia lub natchnienia; ztąd także mądrze mówić o gospodarstwie każdy u nas potrafi, ale iluż takich, którzy wiedzą jak gospodarować, aby wyjść na swoje!
Otóż, panie Ludwiku, jedna z przyczyn, czemu ziemia ojczysta zpod nóg nam się usuwa, a kolonizacya tak liczne odnosi zwycięztwa. Nasunęła mi się tutaj ta uwaga, słuszna czy niesłuszna, bo jak sobie przypominam, gdy zaszliśmy raz z panem Apolinarym na ten temat, mówił mi, iż nie żałował nigdy, że za przykładem tego i owego z kolegów szkolnych nie idąc, wprost z ławki chwycił za pług.
Po kilkoletniéj pracowitéj praktyce pod okiem ojca, czując się już na siłach do zajęcia samodzielnego stanowiska, wziął małą dzierżawę, część Osowéj Sieni, wsi pod Wschową leżącéj. Wieś tę dobrze pamiętam, użyłem tam bowiem nie mało trudu i głodu, gdy, służąc w wojsku, odbywałem na jéj polach trzytygodniowe ćwiczenia, uprzyjemnione jednak wieczornemi schadzkami w Wschowie z porucznikami osiemnastego i dziewiętnastego pułku: Białoskurskim, Przyłuskim, Kalksteinem, Kolasińskim i Sängerem, którzy wszyscy potem w wypadkach czterdziestego szóstego czy ósmego roku czynny mieli udział. Jedna połowa Osowéj Sieni należała wtenczas do Niemca, druga do Polaka, pana Mielęckiego, kawalera i kalwina, który bardzo gościnnie przyjmował u siebie całą oficeryę pułkową; teraz tam już od dawna wszystko w ręku niemieckiem. Z owéj pierwszéj dzierżawy przeszedł p. Apolinary do wiele znaczniejszéj, ożeniwszy się bowiem z panną Seweryną Twardowską, siostrą swoją cioteczną, córką Twardowskiego z Szczuczyna, wywodzącego swój ród od Twardowskich z Skrzypny, osiadł w Kobelnikach, gdzie gospodarzył lat kilka, aż wreszcie, w skutek działów familijnych po śmierci rodziców, objął Gryżynę w bliskości Kościana.
O Gryżynie, panie Ludwiku, wiedziałeś zapewne chłopcem jeszcze będąc, bo to nazwisko Franciszek Morawski, swoją legendą o brzozie tamtejszéj, rozniósł po całéj Polsce i popularnem zrobił. Ową brzozę, właśnie przed ćwierć wiekiem, widziałem jeszcze w całéj sile; było to ogromne i wspaniałe drzewo; teraz go już nie zobaczysz, „zmiotła je kosa wszechmocnego Saturna“, jak mówią poeci, ale na jéj miejscu, przed ciekawą ruiną starożytnego kościółka św. Marcina, z samych kamieni polnych zbudowanego, wyrosła, podobno z korzeni, młoda jéj córka, która w poszanowaniu okolicznego ludu miejsce matki zajęła.
W téj więc Gryżynie, pracując lat mniéj więcéj dwadzieścia siedem, doprowadził pan Apolinary zawód swój do końca. Nie będąc pod tym względem fachowym, jak to mówią, nie odważyłbym się wdawać specyalne sądy o przedmiotach agronomicznych; ale, mając oczy zdrowe, mógłem, podczas kilkakrotnych odwiedzin w Gryżynie, widzieć na polach i w budynkach pewien systematyczny ład i porządek, który i na nieznawców sprawiał wrażenie; mógłem również ocenić liczbę i wygląd inwentarzy i stadniny młodych koni, których chodowli sprzyjały piękne nadobrzańskie łąki. Wszakże pozory łudzą czasami, panie Ludwiku, ale co nie łudzi, to rezultaty. Wiem, że są gospodarstwa, które zwiedzającym gościom imponują zewnętrznością i elegancyą lub doborem tej czy owéj specyalności, a których właściciele idą jednakże z każdym rokiem daléj in minus; lecz pan Apolinary należał do liczby tych, co z góry powiedziawszy sobie: „na nic gospodarstwo, jeśli nie przynosi“, tak praktyką zawodu, jako i trybem życia domowego dokazać potrafią, że gospodarstwo na coś przecież zda się. Nie minął rok, iżby się nie było odłożyło przy końcu większéj lub mniejszéj sumy, a skutkiem tego nie tylko Gryżyna pozostała i wzrosła w wartości, ale i druga wieś przybyła, Grabonóg pod Gostyniem, od Wilkońskich kupiona.
Gdy dzieci dorosły, uważał pan Apolinary zadanie swoje za skończone, a wypadek rozumnéj i wytrwałéj pracy był dla niego nagrodą. Dwie wsie przeznaczył dwom synom, trzy córki wydał za mąż i wyposażył, znaczne wiano żony zostawił dla niéj nietknięte, mógł zatem na stare lata wypocząć sobie z zadowoleniem. Sprowadził się w tym celu do Poznania i zamieszkał w tym domu, lecz tylko trzy lata w nim pobawił, albowiem siedemdziesiątego szóstego roku, w listopadzie, słabnąc już od niejakiego czasu, pewnego wieczora, gdy rozmawiał wesoło z synami, którzy przybyli go odwiedzić, nagle paraliżem rażony, stracił od razu mowę i przytomność.
Dwa dni potem żyć przestał i wywieziono go ztąd do Kobelnik, gdzie obok najbliższych swoich spoczywa. Szczery żal zostawił po sobie nie tylko w rodzinie, któréj był do ostatniéj chwili rozumnym i kochającym opiekunem, lecz i w szerszych kołach sąsiedztwa i znajomych. Nie przestając bynajmniéj na zachodach około własnego dobra, należał do najczynniejszych osobistości w Kościańskiem, ilekroć chodziło o wspólne sprawy miejscowe lub narodowe, a sąd jego wytrawny i biegłość w rzeczach administracyjnych i stosunkach powiatowych jednały jego radom przeważną powagę u współobywateli i władz rządowych. Stanowczy i niezmienny w tem, co po dojrzałéj rozwadze osądził lub przedsiębrał, prędki i nieco zapalny z temperamentu, osobliwie gdy się spotkał z czynem lub słowem przeciwnem jego przekonaniu, wynagradzał jednak wybuchy słusznéj prawie zawsze niecierpliwości rzetelną dobrocią serca i życzliwością; nie ufając zbyt skwapliwie innym, wiernie zachowywał przyjacielskie chęci dla tych, których korzystnie był ocenił.
Rozmowa z nim była nadzwyczaj przyjemna i łatwa, bo dużo miał myśli i wiele doświadczenia w rzeczach tyczących się praktyki życia i stosunków z ludźmi, których poznać i gatunkować umiał; mówił przytem prędko i jasno, nie owijając w bawełnę uczuć swoich i zapatrywań, a bliższym i dobrym znajomym szczerze udzielać się lubił.
O tych, których pan Apolinary zostawił po sobie, mówić ci nie będę, żyją bowiem wszyscy; jeden z nich tylko, młodszy syn, Dobrogost, niebawem, w kwiecie wieku, za ojcem swym podążył, zapadłszy w szkołach jeszcze na ciężką chorobę piersiową.
Przeskoczywszy teraz następującą starą kamieniczkę, zatrzymamy się na rogu Bismarkowskiéj ulicy, przed domem, gdzie widzisz fotograficzny zakład Rivolich. Należy on teraz, jak ci mówiłem, do pani Mańkowskiéj, a kiedy był jeszcze własnością Ziołeckich, odwiedzałem, w pierwszych latach po piędziesiątym roku, mieszkającą tu na pierwszem piętrze, dla dokończenia wychowania jedynaczki córki, panią Klementynę Potworowską i spotykałem się nieraz ze znanym mi już przedtem od lat blisko dziesięciu, Gustawem Potworowskim, który przyjeżdżał dość często z Goli, aby żonę odwiedzić. Chociaż urodziłeś się lat kilka po jego śmierci, panie Ludwiku, znane ci jednak niewątpliwie to nazwisko; usłyszysz je raz poraz w rozmowach między starszymi i przeczytasz na niejednéj karcie, gdzie mowa o naszych dopiero co ubiegłych losach i stosunkach, albowiem przez lat niemal trzydzieści nie mieliśmy w W. Księstwie Poznańskiem, prócz Marcinkowskiego, osobistości bardziéj popularnéj i wpływowéj, jak Gustaw Potworowski. Nie był to człowiek górujący nad innymi niezwykłą zdolnością, ani też zaszły w życiu jego nadzwyczajne jakieś wypadki, którymby wybitne swoje znaczenie zawdzięczał; przeciwnie, życie jego, ile mi znane, miało przebieg normalny, jak życie większéj części współczesnych obywateli.
Zrodzony w powiecie kościańskim pierwszego roku tego wieku, odbył nauki szkolne częścią w Poznaniu u pastora Bornemana, częścią w Warszawie, na Żoliborzu, a dokonawszy wykształcenia swego na uniwersytetach niemieckich i osiadłszy w Goli, wsi po ojcu odziedziczonéj, gospodarzył tam lat kilka more patrio i ożenił się, krótko przed powstaniem listopadowem, z panną Klementyną Chłapowską, siostrą Stanisława Chłapowskiego z Czerwonéj wsi. Że był jednym z najpierwszych, którzy trzydziestego roku przeszli granicę, to się samo przez się rozumie; razem z Marcinkowskim, Maciejem Mielżyńskim i szwagrem swoim służył w pułku poznańskim, odbył wyprawę na Litwę, gdzie raniony kartaczem, za waleczność, osobliwie w potyczce pod Hajnowszczyzną okazaną, odznaczony został złotym krzyżem, a wróciwszy potem do Goli, gospodarował daléj i działał po obywatelsku aż do śmierci swojéj, która nastąpiła roku 1860, około północy dnia 22 listopada.
Otóż główny zarys jego żywota; a jednak, panie Ludwiku, gdyby 19 listopada owego roku sześdziesiątego znalazł się tu był w Poznaniu obcy jakiś i bezstronny człowiek, gdyby był widział po domach i ulicach zasmucone i zakłopotane twarze wszystkich Polaków tutejszych, ów nawał osób rozmaitego stanu tłoczących się przez całe trzy dni do Bazaru, aby się dowiedzieć, co się dzieje z Gustawem Potworowskim, jaki obrót bierze jego choroba; gdyby był wszedł do zapchanego ludźmi ze wsi i z miasta kościoła św. Marcina, gdzie się odbywały msze na intencyę jego ocalenia; gdyby 26 listopada ujrzał te zbite tłumy ludu, od Starego rynku aż po za teatr, idące za trumną, którą najznaczniejsi obywatele dźwigali na barkach; gdyby wreszcie na tym pogrzebie kalwina spostrzegł był arcybiskupa, kilku kanoników i liczny szereg księży katolickich, wszystkich zaś przytomnych szczerym przejętych żalem, a wielu zapłakanych, taki obcy świadek owéj żałoby byłby sobie niezawodnie pomyślał: „musiał to jednak być niezwyczajny człowiek ten Gustaw Potworowski!“
A wiesz, panie Ludwiku, czem był niezwyczajny? Otóż sercem, sercem dla sprawy narodowéj, sercem dla współziomków. Wszędzie, gdzie szło o rzecz publiczną, o wspólne dobro nasze, był pan Gustaw albo pierwszym, albo jednym z pierwszych; nigdy się nie usuwał, nigdy nie dyplomatyzował; bez względu na prywatne swoje sprawy, często z ich uszczerbkiem zawsze był gotów, a przykładem i wpływem pociągał innych za sobą.
Do tajnych porozumiewań między młodzieżą, przed trzydziestym rokiem, należał; pałaszem i lancą walczył za sprawę ojczystą; przez czynny udział w założeniu i rozszerzeniu kasyna gostyńskiego przyłożył się do rozbudzenia zwątpiałego po roku trzydziestym i uśpionego ducha narodowego między obywatelstwem i skierowania go ku wspólnéj pracy; jako stały członek sejmików powiatowych i sejmów prowincyalnych, a od roku czterdziestego siódmego, jako deputowany najpierw w tak zwanym połączonym sejmie stanów i w frankfurtskiem zgromadzeniu narodowem, potem zaś, bez przerwy aż do śmierci swojéj, w sejmach berlińskich, występował w obronie praw naszych i narodowości.
Od samego początku Towarzystwa naukowéj pomocy zasiadał zawsze w jego dyrekcyi; czterdziestego ósmego roku obrano go przez aklamacyą na przewodniczącego Komitetu narodowego, który całym ówczesnym ruchem prowincyi kierował, a nawet ministerstwo pruskie ofiarowało mu wtedy naczelny zarząd owéj, podług planów willizenowskich, linią demarkacyjną odciętéj części Wielkiego Księstwa, na co pan Gustaw nie przystał, nie chcąc przyjąć i zatwierdzić nowego rozbioru. Gdy powstała Liga polska, z natchnienia Cieszkowskiego, oddały mu wybór i zaufanie współobywateli kierunek owego stowarzyszenia, które miało być organizacyą naszego życia narodowego, a wkrótce potem, przy zawiązaniu się solidarnego Koła posłów polskich na sejmie berlińskim, Potworowskiego wzięli sobie koledzy jednomyślnie za przewodniczącego, zwłaszcza iż on silnie do tego zjednoczenia napierał.
Przy téj sposobności nadmienić ci tu muszę, panie Ludwiku, o czem mało kto już wie, że pierwszym, który wniósł sprawę solidarności posłów polskich na sejmach berlińskich i konieczności jednolitego zawsze ich głosowania, był późniejszy dyrektor landszafty Józef Morawski. Wystąpił on z tem żądaniem już roku czterdziestego czwartego, na bardzo licznem walnem zebraniu obywateli, które się, nie wiem już z jakiego powodu, w końcu grudnia na sali bazarowéj odbywało. Znalazła się wówczas pewna opozycya po stronie demokratycznie usposobionych zwolenników przygotowującego się powstania; wołano na Morawskiego z rogów sali: „Jezuita, ultramontanin!“ — ale myśl zdrowa, położeniu i godności naszéj jedynie odpowiednia, przemogła.
Wracając do pana Gustawa, dodam wreszcie, że, jako ciągły radzca prowincyalnego Ziemstwa, nie tylko przyczyniał się gorliwie do utrzymania tego zakładu, lecz znane były jego usiłowania i przedstawienia rządowi podawane, mające na celu jego utrwalenie i rozszerzenie, a nadewszystko nie wypuszczenie go z pod kierownictwa obywatelskiego.
Niejedno zapewne pominąłem, co on robił w obrębie publicznego działania; dość ci powiedzieć, panie Ludwiku, bez wszelkiéj przesady, że za jego życia nic nie zaszło w wspólnych naszych usiłowaniach i pracach, coby się o Potworowskiego nie oparło. Kilka razy zdarzyło mi się słyszeć, gdy była mowa o jakim nowym pomyśle lub zamiarze, że, po krótszych lub dłuższych sporach, ten lub ów powiedział: „poradźmy się Gustawa!“
W sprawach publicznych postępował Potworowski zwykle solidarnie z panem Maciejem i Marcinkowskim, których przekonania i dążności polityczne zupełnie podzielał, a z którymi go dawna i ścisła przyjaźń łączyła; ale pod tym względem, tak z powodu wrodzonéj dobroci i pobłażliwości, jako tez życzliwego przypisywania wszystkim jak najlepszych intencyi, nie zrywał z ludźmi innych przekonań i dążności i zdawał się chcieć ciągle godzić przeciwieństwa i być poniekąd łącznikiem między niemi. Dla tego pana Gustawa nie liczono wyraźnie do żadnego z ówczesnych stronnictw, z których każde było z nim mniéj lub więcéj w styczności.
Wszakże działania obywatelskiego nie ograniczał wyłącznie na stosunki publiczne, zajmowały go bowiem, niemal w równéj mierze, sprawy prywatne przyjaciół, znajomych, nawet często ludzi mało przedtem mu znanych. Iluż to wdów i sierot był opiekunem, ileż zamarnowanych majątków pomagał ratować, ileż działów przeprowadzał, ileż procesujących lub pokłóconych jednał i godził! Mogę ci śmiało powiedzieć, panie Ludwiku, że prawie zawsze, gdy kto z obywateli wiejskich miał jakieś trudności familijne, majątkowe, sądowe lub inne, niewiedząc sam sobie rady, szedł do pana Gustawa, który życzliwie każdego przyjmował i, ile mógł, pomagał. To też niepamiętam, iżbym kiedykolwiek był słyszał o jakim jego nieprzyjacielu lub przeciwniku; wszystkim był pożądany, wszystkim miły i wszędzie mu sympatyę okazywano. Drzwi dworku w Goli nie zamykały się prawwie; codzień niemal zajeżdżali tam z interesem lub bez interesu, zwłaszcza iż gospodarz i żona jego darzyli wszystkich szczerą gościnnością i przyjacielskiem przyjęciem. Stosunki te z prywatnymi ludźmi i publicznemi sprawami pociągały za sobą naturalnie znaczne wydatki, zwłaszcza iż, gdziekolwiek okazała się potrzeba ofiary, bądź dla wspólnych naszych przedsięwzięć, bądź dla pojedyńczéj biedy, sięgał pan Gustaw z uśmiechem do worka i dawał hojnie, a Marcinkowski, jak mi wiadomo, uważał go za jednego z głównych swoich kasyerów. Tem bardziéj mu przyjaciele tę ofiarność poczytywali za zasługę, iż z natury właściwie oszczędny, na siebie stosunkowo bardzo mało wydawał i wolnym był od wszelkich szlachetnych i nieszlachetnych pasyi, na których zaspokojenie u nas większa część majątków pęka. Przytem dobroć serca i niezwykłą tę gotowość do usług łączył z rozumem w sprawowaniu własnych interesów i biegłością w zarządzie dóbr swoich. Gospodarstwo w posiadłościach jego było wzorowe, co lepiéj, donośne, a chociaż większą część czasu i znaczną dochodów, jak z tego co mówiłem domyślić się możesz, poświęcał dla innych, nie nadwyrężył jednak ani swego, ani żony majątku; przeciwnie, powiększył widocznie. Za to co z żoną dostał nabył Kossowo i Siemowo, dziedziczne posiadłości Potworowskich, od braci swoich, gdy ci się do Królestwa przenieśli; późniéj zaś kupił Karmin, obszerne dobra w powiecie pleszewskim, które, po jego śmierci, poszły drogą wszelkiego ciała. Ręczę ci, panie Ludwiku, iż gdybyś się był raz i drugi zeszedł z panem Gustawem, byłbyś się uczuł niechybnie szacunkiem i sympatyą dla niego przejętym, jak my wszyscy, którzy mieliśmy zaszczyt i przyjemność bliższéj z nim znajomości. Sama jego zewnętrzność pociągała do siebie; wysoki i dobréj tuszy, z twarzą nie bardzo regularną, ale ożywioną wyrazem dobroci i swobody, ujmował każdego, chociaż mówił nie płynnie i czasem nie wyraźnie, przy pierwszem zaraz spotkaniu, objawem dobroci i swobody, wzięciem swojem naturalnem i przyjacielskiem. Zwykle widywałem go pogodnie i wesoło usposobionym, ale spostrzegłem kilka razy jak łatwo, gdy mówiono o naszem ciężkiem położeniu, a nawet o prywatnych nieszczęściach i cierpieniach, rozczulał się i łzy gwałtem tłumił; pamiętam też żal jego głęboki i płacz na pogrzebie Marcinkowskiego. Wszystkie objawy uczuć: smutek, gniew czasami wybuchowy lecz krótki, oburzenie się na czyny i myśli nieuczciwe lub nieszlachetne, niemniéj jak wesołość, zadowolenie, przyjaźń i życzliwość — wszystko było w nim prawdziwe, bezpośrednie, rzetelne, wszelkie bowiem udawanie sprzeciwiało się wręcz jego naturze. Jak w przyjaźni wierny, tak do przebaczenia skory, powodował się Potworowski, co ci z góry powiedziałem, w pożyciu z ludźmi i zapatrywaniu się na świat, przedewszystkiem uczuciem, czemu zawdzięczał pewien rodzaj przewidywania lub intuicyi, i z pomocą téj właściwości serca nieraz załatwiał rzeczy, których wyćwierne rozumy rozplątać nie mogły. To też pastor Hartnik z Orzeszkowa, przemawiając w Bazarze nad trumną pana Gustawa, nim ją wyniesiono, znalazł najstosowniejsze godło dla żywota zmarłego w tym wierszu z ewangelii św. Jana: „I chociażbym miał wszystkie nauki i wszystką wiarę, a miłościbym nie miał, niczem nie jestem!“
Ale nam czas daléj, panie Ludwiku. O drugim rogu Bismarkowskiej ulicy, zajętym, jak widzisz, przez tę bardzo wielką kamienicę, gdzie pan Żuromski osładza życie obydwom narodom i gdzie w nad- i podziemnych świątyniach Gambrinusa rozkoszuje przeważnie Germania, nic ci nie powiem, bo to dla mnie zupełnie nowy budynek, w którym nie mam i nie miałem żadnego bliższego znajomego. Ów zaś duży dom następujący powstał wprawdzie znacznie dawniéj, byłem przecież w niepierwszéj już młodości, gdy go budowano. Ile pamiętam, zawdzięcza on swój początek doktorowi Hertzogowi, który jako lekarz praktyczny osiadł w Poznaniu po roku trzydziestym. Rodził się w Głogowie, ale jakie pierwotne jego dzieje, powiedzieć ci nie umiem, bo mało go znałem i kilka razy tylko z nim się zeszedłem. Był on niemieckiego rodu, ale zewnętrzność jego nie miała wybitnie germańskiéj cechy; słusznego wzrostu, dość chudy, z podłużną, trochę brunatną twarzą, wybitnym i nieco cienkim nosem, ciemnemi włosami, wyglądał raczéj na Francuza, zwłaszcza iż w postawie i, jak to mówią, w manierach, w głosie i wyrażeniach, niemniéj też w ubiorze miał pewną gładkość i staranność, o które dbał widocznie. Od kolegów, jak mi to nieboszczyk dr. Gąsiorowski powiadał, był powszechnie lubiony dla spokoju swego i grzeczności, dla tego także, równie jak dla francuzkiego języka, którym biegle mówił, znalazł praktykę w dość znacznéj liczbie majętniejszych domów polskich, osobliwie paniom przypadłszy do gustu.
Zbliżył się on potem znacznie do świata polskiego, dla którego zawsze pewną sympatyę okazywał, przez swoje ożenienie; pojął bowiem za żonę z domu Bruce, rozwiedzioną panię Prusimską, Szwedkę z urodzenia, lecz od najmłodszych lat wychowanicę staréj hrabiny z Jankowic, wdowy po ministrze Engeströmie. Była to bardzo piękna pani, wysmukła, z twarzą bladą, pełną powabu, dużem smnętnem okiem i ciemnym włosem; — dla wątłego zdrowia, jak się zdaje, wiodła potem żywot bardzo domowy i rzadko ją można było spotkać w towarzystwach lub na ulicy.
Z pierwszego małżeństwa miała jednego syna Edmunda, którego jako chłopca i późniéj jako przyzwoitego i przyjemnego młodzieńca dość często widywałem; teraz już nieżyje, umarł bowiem krótko przed matką. Doktora Hertzoga dwoje dzieci pamiętam, syna w gimnazyum Maryi Magdaleny, ładnego i zdolnego chłopca, mówiącego biegle po polsku i bratającego się z kolegami polskimi, jako téż córkę, kilkonastoletnią panienkę, która już wtenczas zapowiadała, że pod względem zewnętrznym matce nie ustąpi. Bodajnie jeszcze przed sześdziesiątym rokiem opuścili państwo Hertzogowie Poznań i przenieśli się na Szlązk, do Warmbrunu gdzie oboje pomarli. Syn ich, którego u nas panny nazywały le bel Adolphe, urzędował dość długo przy namiestnictwie w Strasburgu i przyjąwszy nazwisko matki, de Bruce, żyje jeszcze, jak słyszałem, w Warmbrunie ze starszą, owdowiałą siostrą.
Następujący dom, do którego nas nęcą owe rozliczne przysmaki w wystawach pana Cichowicza, rozbudza, mimo to, przykre wspomnienie we mnie i w każdym, co pamięta, że w tylnych jego zabudowaniach mieściły się początkowo biura smutnéj pamięci Tellusa. Byłem tam dość często, przecież jedynie jako odwiedzający przechodzień, bo się tu z wszystkimi niemal ówczesnymi tellusowymi dobrze znałem, osobliwie z Bentkowskim, który wtedy jeszcze zawiadywał tam kasą i zdarzyło mi się, niemal za każdą razą spoglądać ze zdziwieniem na Złoty Ołtarzyk lezący zawsze na stoliku pana Berensa, najpierwszego i najzręczniejszego z tamtejszych croque-morts. Ale się dłużéj na temat tellusowy rozwodzić nie będę, bo lepiéj, mijając tę przeszłość, powtórzyć sobie owo włoskie: guarda e passa, to jest: stul gębę i ruszaj daléj.
Wreszcie ostatnia po téj stronie kamienica Berlińskiéj ulicy, na rogu Rycerskiéj, przypomina mi osobę tego, który ją zbudował. Na owéj Rycerskiéj ulicy, panie Ludwiku, za młodych lat moich przez długie czasy, nic więcéj nie było, jak, po lewéj stronie, stajnie wojskowe, a szczególnie artyleryi konnéj, którym zapewne swą nazwę zawdzięcza; po drugiej zaś dwa czy trzy małe domki, kilka płotków i próżne miejsca.
Wracając zaś teraz do narożnéj kamienicy, ręczę ci, że każdy z nas starych Poznańczyków pamięta jéj założyciela. W pogodną porę około południa i wieczorami latem, prawie codzień mógłeś tu ongi, na Teatralnym placu lub na Wilhelmowskiéj ulicy, spotkać jegomościa w średnim wieku i średniego wzrostu, chudego, wyprężonego, z wywoskowanym w górę wąsikiem i bystrem okiem, w starannem ubraniu, z kolczykiem w uchu, przechadzającego się poważnie i machającego laską od czasu do czasu. Był to kapitan Agard, Francuz rodem, którego dziejów nie znam dokładnie, nie byliśmy bowiem w bliższéj komitywie, chociaż witaliśmy się grzecznie i nieraz z sobą rozmawiali; wiem tylko, że z początku służył w wojsku francuzkiem, późniéj zaś, do pruskiego przeszedłszy, był tutaj w ośmnastym czy dziewiętnastym pułku w stopniu kapitana. Mówił biegle trzema językami, ale dwoma przyuczonemi tak, iż byłbyś odrazu poznał cudzoziemca. Przypominam go sobie jeszcze w mundurze, ale koło trzydziestego roku, jak mi się zdaje, ze służby wystąpił, pozostał jednak u nas do końca życia, albowiem bożek Hymen go tu zatrzymał. Ożenił się z młodą jeszcze i dość ładną wdówką, panią Malinowską, która miała pokaźną fortunkę, tak iż nasz Mars mógł sobie istnieć obok niéj wygodnie. Nie dziw, że niechcąc być nieczynnym i poprzestać na tem co było, pomyślał o stosownem użyciu zasobów i, pociągnięty przykładem pierwszych w tym rodzaju spekulantów, zaczął budować kamienice. Wystawił nie tylko ten dom tutaj, ale i kilka innych w nowéj części miasta, których ci już oznaczyć nie potrafię; a gdyby się tylko budownictwa był trzymał, byłoby wszytko szło jak najlepiéj. Ale kapitan, prócz żony, nadto kochał cztery inne damy, głęboki oddawał hołd czterem królom, a za czterema asami przepadał, ponieważ zaś objawianie tych uczuć stało się niemal celem jego życia, przeto usuwano się od niego; kapitan ograniczyć się musiał w pożyciu swojem na ciasne kółko współwyznawców, a gdy, starzejąc się, łaskę czterech dam stracił, zaczęło się wszystko chylić ku ziemi. Był tam u państwa Agardów syn i bodajnie dwie córki z pierwszego wydania, po Malinowskim; z drugiego pamiętam także dwie córki dorosłe, wątpię jednak czy ktokolwiek z owéj rodziny jest jeszcze na tym bożym świecie, a samego kapitana około piędziesiątego roku, mniéj więcéj, straciłem z oczu i nie wiem czy tu umarł, czy gdzieindziéj.
Uporawszy się tak z Berlińską ulicą, przejdźmy, panie Ludwiku, na inne w górnem mieście, które całkiem za pamięci mojéj powstały. Najpierw, przechodząc z Berlińskiéj na Młyńską, mamy wprost przed sobą kamienicę trzypiętrową, bo teraz już tylko trzypiętrowe budują, zdaje mi się numer 19. Jest ona dziełem architekta Schultza, któremu Niemcy nadali przydomek Façaden-Schultz, ponieważ pierwszy, sprowadziwszy się nie wiem z jakich stron Germanii, zaczął stawiać domy na sposób berliński, z rozmaitemi ozdobami frontowemi, których stare budynki prawie wcale nie miały. Znałem go tylko z widzenia, wiem jednak, że przez lat kilkanaście był tu bardzo wziętym i odznaczał się między współfachowymi pewnem artystycznem usposobieniem. Dom ten wystawił dla siebie i opatrzył go wewnątrz, na okół podwórza, wiszącemi gankami, które uchodzić mogą za oryginalne, lecz nie przyczyniają się bynajmniéj do oświetlania przyległych pokoi. Prócz tego budował i przebudowywał wiele innych domów w górnéj części miasta i wzniósł ów znaczny budynek gimnazyum realnego przy Strzeleckiéj ulicy, który należy do najpokaźniejszych w Poznaniu. Ów Schultz niedługo się cieszył swym domem; krótko po wprowadzeniu się do niego i po ożenieniu się z panną Stern, siostrą właściciela hotelu tegoż nazwiska, umarł w sile wieku.

W tym samym domu, na pierwszem piętrze, zaskoczyła także w najlepszych latach śmierć jednego z ludzi znanych powszechnie i słusznie cenionych, z którym w bliższéj byłem styczności. Adwokat Emil Janecki czuł się od niejakiego czasu nie swoim i słabym, lecz nic pozornie nie groziło katastrofą, gdy naraz w nocy 22 lutego 1878 wołać zaczął na żonę, zerwał się z łóżka, kazał się poprowadzić do salonu, w którym przechadzał się jeszcze chwil kilka, poczem przystąpiwszy do okna, podtrzymywany przez żonę, upadł niebawem i nie powstał więcéj. Wystaw sobie, panie Ludwiku, jakie musiało być przerażenie żony i całéj rodziny! Janecki przyszedł do W. Księstwa z Opola; jakie były jego stosunki rodzinne i dzieje pierwotnéj młodości, tego dokładnie nie wiem; pochodził jednak z rodziny niewątpliwie polskiéj lubo z czasem zniemczonéj; on sam zaś nauczył się późniéj, naszego języka, ale, niedowierzając sobie, chętniéj po niemiecku mówił. Poświęciwszy się prawu, już na uniwersytecie wrocławskim zaprzyjaźnił się z Polakami, z Piotrem Dahlmanem, Ottonem Bendą, szczególnie zaś z Aleksandrem Szembekiem; złożywszy zaś egzamina, pracował najpierw w Opolu, Raciborzu i Rybnikach, a po śmierci ojca, dostał się jako asesor do sądu w Grodzisku, którego wsi przytycznych, należących niegdyś do wielkiéj fortuny Opalińskich, a będących przedmiotem wiecznego i zagmatwanego procesu, był wtenczas nie właścicielem, raczéj posiedzicielem pan Scholtz.
Ów Scholtz, jak mi powiadano, pochodzący z Bojanowa, z rodziny fabrykantów szlązkich od dawna spolszczonych poświęciwszy się bankierstwu, odziedziczył po ciotce znaczną fortunę, którą szczęśliwemi obrotami finansowemi powiększył. Osiadł potem w Warszawie i zaraz w pierwszych czasach Kongresówki wszedł w bliskie stosunki z Bankiem polskim, a szczególnie z panem Łubieńskim, i stanął wkrótce w rzędzie najbogatszych bankierów warszawskich. Nabywszy potem praw do spadku Opalińskich, w następstwie tego osiadł w Grodzisku. On sam, ile słyszałem, nigdym go bowiem nie widział, był człowiekiem wykształconym, władającym kilku językami, miłośnikiem sztuki, szczególnie malarstwa, a pani jego, którą pojął szesnastoletnią, mając już lat piędziesiąt, córka jednego z wyższych urzędników austryackich, i pasierbica ministra Dobbelhofa, wychowana w Wiedniu, była damą wyższego polotu. Poznałem się z nią, gdy już dochodziła do podeszłego wieku, ale i wtenczas widział każdy na pierwszy rzut oka, iż za młodu odznaczać się musiała wszelkiemi wdziękami pełnéj i ciemnéj brunetki. Ruchy jéj, ton i wzięcie między ludźmi, niemniéj jak górująca nad niemiecką naturą francuzczyzna w mowie, wyobrażeniach i przywyknieniach, wskazywały niepospolitą wprawę w pożyciu wielkiego świata.
Asesor Janecki, wtenczas młody człowiek, przyzwoity, dość przystojny i umysłowo uzdolniony, znalazł niebawem łatwy przystęp do domu państwa Scholtzów, i ponieważ tam kwitło kilka córek, a biegły prawnik w stosunkach majątkowych rodziny niezbyt łatwych był pożądany, przeto wkrótce gość przemienił się w zięcia, pojąwszy najstarszą pannę Scholtz za żonę. Niedługo przedtem czy potem z sądownictwa przeszedł do adwokatury i wyrobił sobie znaczną praktykę w obrębie jurysdykcyi sądu grodziskiego. Tak skutkiem swego zawodu, jako też za pośrednictwem Scholtzów, którzy z kilku domami polskiemi zachowywali sąsiedzkie grzeczności i z czasów pobytu w Królestwie do styczności z Polakami przywykli, wchodził Janecki w coraz częstsze i bliższe z tymiż stosunki, zwłaszcza że go do nich podobieństwo usposobienia ciągnęło, jako też dawniejsze koleżeństwa uniwersyteckie. Przeszedł wreszcie jawnie do obozu polskiego, przyjąwszy, niepomnę już którego roku, mandat do sejmu berlińskiego, gdzie posłując trzy lata, wspólnie z Bentkowskim, występował kilka razy w obronie praw naszych.
Po kilku latach praktyki w Grodzisku, gdzie się był bardzo zaprzyjaźnił z księdzem Aleksym Prusinowskim, który się z nim podczas posłowania w Berlinie poznał, nadarzyła mu się pożądana sposobność przeniesienia się do Poznania, gdzie stanął wkrótce na widowni tak zdolnością swoją w sądach, jako też nastrojem prywatnego i towarzyskiego życia.
Złączywszy się ściśle ze sprawami polskiemi, zajął pod każdym względem miejsce Gregora, o którym ci poprzednio mówiłem; ktokolwiek z naszych miał ważną sprawę, biegł z nią do Janeckiego, którego przyjemna osobistość przyciągała klientów, osobliwie z wyższych stanów. Roboty miał aż nadto, a chociaż mi raz powiedział: „Nie wierzysz pan jakim ja leniwy, strasznie leniwy“, nikt się na niego skarżyć nie mógł i wiem z własnego doświadczenia, że małéj nawet sprawy z wielką sumiennością dopilnował. Kilka razy miałem sposobność przysłuchiwania się jego obronom w sądach przysięgłych; nie było tam retoryki i deklamacyi, ale natomiast wielka biegłość w pochwyceniu i przeprowadzeniu tego, o co właściwie chodziło. W ogóle jako prawnik odznaczał się bystrością w pojmowaniu kwestyi prawnéj, jasnością w jéj wytłómaczeniu i dokładnością w określaniu jéj warunków i wymagalności, a wykładał to wszystko, tak w występach sądowych, jako i w naradach prywatnych, spokojnie, rozumnie i z należytem następstwem myśli.
Skutkiem powszechnego zaufania i rozległéj praktyki byłby mógł uczciwie zebrać znaczny majątek, ale pretensye do życia, jak to mówią, miał trochę wielkie. Chociaż sam wstrzemięźliwy i do hazardów stolikowych bynajmniéj nie skłonny, lubił jednak, tak pod wpływem nawyknień teściowéj i swych znajomości z panami polskimi, jako też z wrodzonego usposobienia, życie na pańską skalę, to co się po parysku chic nazywa, obszerne, ozdobnie urządzone mieszkanie, dobrane towarzystwa, willedżiatury lub wojaże, piękne wierzchowce dla siebie i dla pani i tym podobne inne przyjemności dystyngwowane, które się stały potrzebą dla niego, jako i dla całéj jego rodziny.
Ponieważ prócz tego bywały może i inne wydatki, przeto budżety roczne, znaczne w dochodach, nie mogły kończyć się przewyżką, a ze śmiercią Janeckiego nastąpił zupełny upadek; rodzina wyniosła się w dalekie strony do Niemiec, aby każdy z jéj członków mógł sobie pracą byt zabezpieczyć, przyczem pani Janecka i jéj córki okazały niepospolite męztwo i wytrwałość.
Co do narodowości, różnie to tam bywało u Janeckich; klienci i goście, którzy z odwiedzinami przybywali, lub których czasami dość licznie spraszano, po większéj części byli Polacy, ale duch domowy robił wrażenie niezdecydowanego, kosmopolitycznego. Między sobą, w rodzinie, mówiono po niemiecku; Janecki sam ze znajomymi, nawet Polakami, nie rozmawiał inaczéj; panie jego w towarzystwie używały niemal wyłącznie francuzkiego języka i pisywały listy francuzkie, córki zaś, wychowane z Polkami, dorósłszy mówiły biegle po polsku i za Polki uchodzić chciały; syn także jest Polakiem. Mimo téj niejasności narodowéj, nikt z nas bliżéj znających Janeckiego nie wątpił o prawości jego jako człowieka, oraz o szczeréj życzliwości dla nas, nawet o stanowczem, w razie potrzeby, jego przejściu na naszą stronę. W towarzyskich stosunkach był on łatwym, miłym i ugrzecznionym, a gdy miał wolną głowę i odpowiednich ludzi koło siebie, ożywiał się i rozweselał niemało, nie szczędząc dowcipu i sympatycznych objawów, przysługi zaś chętnie i bezinteresownie wyświadczał.
Dla tego więc wszystkiego, co ci powiedziałem, miał Janecki i mir wielki w świecie polskim i nagły zgon jego przeraził nas głęboko; z żalem wyprowadzaliśmy go z tego domu na miejsce wiecznego spoczynku i chętnie go sobie przypominamy przechodząc tutędy.
Patrząc na dom obok stojący, który jest teraz niemiecką oberzą pod „Pięknym widokiem“, chociaż trudno mi odgadnąć jaki to piękny widok tuztąd dostrzedz można, nie zgadłbyś, panie Ludwiku, czem był dawniéj przez lat kilka. Otóż, zamiast polujących na marki kelnerów i wesołych komiwojażerów, gościły tu święte panie i działy się pobożne rzeczy. Był to przed dwudziestu kilku laty klasztor Panien Sercanek, który powstał u nas na modłę francuzką, aby panny owych lepszych rodzin mogły pobierać odrębne od innych wychowanie, odpowiednie przyszłemu swemu społecznemu stanowisku. Ponieważ w tym klasztorze, jako profan, nie byłem, ani tam córek nie miałem, przeto ci żadnych o nim szczegółów dać nie mogę; mówiono mi tylko, iż zakonnice są Polki i Francuzki, że przełożoną ich jest panna Chłapowska, córka jenerała, że nauka udziela się wedle przepisów zakonu, o ile na to zezwalają władze pruskie, które nad szkołą, przez rewizye, egzamina i berychty, nadzór czynny wykonują i że, prócz klas osobnych dla pensyonarek, jest także szkółka elementarna dla biednych dziewcząt.
Wiem prócz tego, iż zakład miał dość znaczną, na nasze stosunki, liczbę wychowanek, bo skoro tam była hrabianka ta, hrabianka owa i baronówna taka, mnóstwo mameczek nie chciało, aby ich córeczki za jakieś gorsze między ludźmi uchodzić miały. Do tego domu należał wtenczas wielki ogród, opasany murem, który ciągnął się z jednéj strony do teraźniejszéj ulicy Pawła, z drugiéj zaś do drogi idącéj wzdłuż wałów. Ponieważ pomieszczenie to początkowego klasztoru było za ciasne i wpośród miejskiego gwaru niestosowne, rozpoczęły Panie Sercanki, nie zadługo po swem osiedleniu, budowę odpowiedniego gmachu za miastem, na samym końcu Górnéj Wildy. Plany do niego zrobiono we Francyi, ztamtąd płynęły nań franki stami tysięcy; bo ten, jak przecie widziałeś, wspaniały klasztór i budynek, z rozległym obok parkiem i wysokiemi w okół murami, którego budowlą, ile mi wiadomo, kierował po części pan Hebanowski, pochłonął sumy ogromne. Ale święte Panie zaledwie się w nim urządzić i rozgościć zdążyły; miały one trochę nadto zaufania do tolerancyi pruskiéj i do słów Fryderyka drugiego, że w jego kraju każdy może à sa façon szukać zbawienia, nie obliczyły się naprzód z panami: Falkiem, Miquelem, Hobrechtem et tutti quanti, a gdy nastały czasy wyższéj kultury, musiały, jako córki rzymskiego pomroku, zasłaniającego doskonalszą oświatę, opuścić Poznań i wynieść się za granicę. Budynek ledwo ukończony sprzedały z grubą stratą, a dobrze jeszcze, iż się w nim pomieścił zakład dobroczynności imienia Garczyńskiego.
Tego pana Garczyńskiego osobiście nie znałem, lecz widziałem go nieraz i nie wyjdzie mi z pamięci jego fizyonomia skwaszono-dumna, dolna warga wystająca, głowa w tył pochylona i rzut oka górny na otaczające go niziny społeczne. Należały doń znaczne dobra zbąszyńskie; pochodził z rodziny wielkopańskiéj, która się Rzeczypospolitéj na urzędach nieraz dobrze zasłużyła; był, zdaje mi się synem wojewodzica i jenerała polskiego, a stryjem owego Stefana Garczyńskiego, który Wacława napisał; mimo to, już podobno za młodu, nie wiem z jakiéj przyczyny, odczepił się zupełnie od polskiego świata, ożenił się potem z Niemką i zniemczał niemal całkiem. Po śmierci żony, bezdzietny, wahał się podobno przez czas niejaki, pomijając dalsze pokrewieństwo, co uczynić ze znacznym majątkiem, który, żyjąc dość skromnie, zachował; wreszcie zapisał go prawie cały na zakład dobroczynny, w którymby przyzwoici i przez fortunę upośledzeni ludzie na stare lata uczciwe znaleść mogli schronienie. Był to czyn ze wszech miar chrześciański i zacny, mogący w oczach współziomków zabliźnić narodowe, za życia, odstępstwo; ale i tu pozostał Garczyński sobie wiernym, oddając w ręce niemieckie i rządowe cały dozór i kierownictwo owego zakładu.
Zresztą, panie Ludwiku, przestrzeń Młyńskiéj ulicy między Berlińską a św. Marcińską, jest dla mnie terra incognita, a należąc do najnowszych części miasta, nie ma jeszcze historyi. Zwróćmy się teraz w tył i idźmy tą samą ulicą na dół. Zachodzi w nią najpierw, jak widzisz, ulica Pawła, o któréj także nie wiem co mówić, zawdzięczająca nazwisko swoje temu otóż niedawno zbudowanemu protestanckiemu kościołowi. Wystawiono go przed blisko dwudziestu laty podług planów z Berlina nadesłanych, ale budowlę wykonał na miejscu Polak i katolik Hochberger, rodowity Poznańczyk, który teraz jest we Lwowie naczelnym architektem rządowym i miejskim.
Róg téj ulicy z Młyńską, po stronie kościoła będący, zajmował dawniéj dom bardzo skromny o niskich dwóch piętrach, przebudowany ostatniemi czasy i teraz znacznie wywyższony i pozorniejszy niż przedtem. W owym domu mieszkał dość długo, na pierwszem piętrze, dobry mój znajomy, którego tu nieraz odwiedzałem i pominąć nie chcę, zostawił mi bowiem bardzo miłą pamięć po sobie. Zbliżyły nas do siebie owady, nie żadne podejrzane, tylko całkiem niewinne, carabi, buprestes, cerambices, cicindelae i jak je tam jeszcze entomolodzy nazywają. Żart na stronę, panie Ludwiku, młodemi laty miałem, w dziedzictwie po ojcu, pociąg do chrząszczy i chwytałem chciwie takie sześcionożne istoty, szpilkując je bez miłosierdzia. Późniéj, ile mi czas pozwalał, zajmowałem się niemi trochę naukowo i doprowadziłem do zbioru pokaźnego, systematycznie ułożonego.
Dowiedział się o tem, zdaje mi się przez Königka, ów mieszkaniec tego domu, sędzia apelacyjny Dassel, który, nie mając ani żony, ani dzieci, powziął także sentyment do chrząszczy. Przyszedł do mnie, aby mój zbiór obejrzeć i tak się zaczęły między nami rozmaite wymiany i handle jako też bliższa znajomość. Liczył on wtedy koło pięćdziesiątki, a może i więcéj i uchodził tutaj za jednego z najbiegléjszych prawników, dla czego mu też zwykle oddawano przewodnictwo na rokach przysięgłych. Był to człowiek zresztą poważny i wielostronnie wykształcony, który bardzo samotne i jednostajne życie osładzał sobie, w chwilach wolnych od urzędowéj pracy, długiemi przechadzkami, bieżącą literaturą niemiecką i entomologią. Dawniejszemi czasy, na uniwersytecie, należąc do związków, nabrał wyobrażeń idealnych i wolnomyślnych, którym pozostał wierny, chociaż się z niemi, jako urzędnik, nie łatwo wydawał. Do Polaków nie tylko nie miał owéj nienawiści teraźniejszym Niemcom właściwéj, lecz w poufnéj rozmowie nieraz wynurzał sprawiedliwe i sympatyczne pod tym względem myśli.
Dla tego też zbliżył się do Marcinkowskiego, dla którego powziął wielki szacunek i na jego wezwanie przyjął udział w przewodnictwie owego miejskiego Towarzystwa Dobroczynności, o którego posiedzeniach na ratuszowéj sali już ci poprzednio wspomniałem. Bezstronność jego i zacny sposób myślenia, nie mięszający sprawiedliwości z dążnościami politycznemi, które w poruczonych mu czterdziestego szóstego roku sprawach śledczych okazał, znane tu były w obudwóch obozach i może się z czasem jednemu z nich stały niedogodne, bo jeszcze przed sześćdziesiątym rokiem przeniesiono Dassla do Szczecina, gdzie, nie wesoły zresztą, żywot swój już przed kilkunastu laty zakończył.
Pójdźmy teraz daléj, panie Ludwiku, Młyńską ulicą, po téj saméj stronie. Masz tutaj, niedaleko od Królewskiego rynku, zieloną kamienicę ze znakiem Opatrzności u góry; nie było jéj jeszcze przed piędziesiątym rokiem. Miejsce jéj zajmowały, w części mały, bezpiętrowy, żółty domek, w części wielka drewniana brama, prowadząca na podwórze, za którem był niewielki ogródek. Do owego domku wszedłem pierwszy raz latem czterdziestego trzeciego roku, przynosząc list i pozdrowienie od Antoniego Szymańskiego z Paryża, urzędnika w prefekturze Sekwany, dla państwa Łuszczewskich, z którymi był dawniéj zaprzyjaźniony. Zastałem wszystkich przy stole, pana, panie, trzy córki i dwóch chłopców; dziatwa była jeszcze mała, z wyjątkiem dorastającéj najstarszéj panny. Tak się zaczęła moja z tą rodziną znajomość, za którą wdzięczny byłem i jestem poczciwemu Szymańskiemu.
Pan Adam Łuszczewski, syn Pawła, ministra spraw wewnętrznych za Księstwa Warszawskiego, przybył tu i osiedlił się między nami czterdziestego roku. Różne on i ciężkie przechodził losu koleje; zaraz w młodości i szkoły kończył i nauki uniwersyteckie w Warszawie odbywał, sam siebie niemal kierując i dozorując, ponieważ rodzice bardzo wcześnie go odumarli; a niedoszedłszy nawet do lat dwódziestu, jako najstarszy, objąć musiał opiekę nad niedoletnią siostrą i dwoma młodszymi braćmi, oraz zarząd znacznéj fortuny ziemskiéj po rodzicach odziedziczonéj.
Mimo młodego wieku wypełnił tén trudny obowiązek z rzadką sumiennością, a troskliwości jego nie tylko zachowanie majątku, lecz i staranne wykształcenie zawdzięczało rodzeństwo, za co go aż do śmierci najczulszą wdzięcznością wynagradzało. Że się pan Adam ze zadania swego wywiązał, jakby lepiéj rodzice nie mogli, okazały skutki. Siostrę wydał za wojewodę Wodzyńskiego, a jak znakomita to była osoba pod względem serca i duszy mieliśmy dostateczną sposobność poznania, bo owdowiawszy na wychodztwie, długo tutaj bawiła w Poznaniu i przez niejaki czas późniéj zastępowała miejsce matki najmłodszéj pannie Łuszczewskiéj. Brat jego Wacław, ojciec Deotymy, zajmował pokaźne stanowisko w administracyi Królestwa, najmłodszy zaś, osiadłszy na wsi, cieszył się, jako radzca ziemstwa, powszechnym szacunkiem współobywateli.
Dopiero po spełnieniu téj powinności względem najbliższych, którą za pierwszą uważał, pomyślał Adam Łuszczewski o ustaleniu własnego losu i w małżeństwie z panną Teofilą Skarzyńską znalazł sowitą zapłatę za to co dla rodzeństwa był uczynił. Ale nie długo mógł się cieszyć spokojem i szczęściem domowem; wybuchło powstanie listopadowe wkrótce po jego ożenieniu, a Łuszczewski musiał opuścić wiejskie zacisze, podążyć do Warszawy i jako poseł sochaczewski zająć miejsce w sejmie, dokąd go przywiązanie i zaufanie obywatelstwa powiatowego wysłało. Miał na tem wybitnem stanowisku bez przerwy udział we wszystkich obradach i uchwałach sejmowych, nie wyłączając detronizacyi Mikołaja; podążył, po zajęciu Warszawy, wraz z innymi do Zakroczymia, a gdy się sprawa nieszczęsnie skończyła, nie mogąc bez narażenia się na srogą niewątpliwie karę pozostać w kraju, powodowany prócz tego wspólnemi wszystkim nadziejami, poszedł na wychodztwo.
Z Drezna, gdzie początkowo osieść zamierzał, aby bliższym być swoich, wygnany przez rząd saski, który, jak wszystkie inne niemieckie, urazić nie śmiał Mikołaja, schronił się Łuszczewski do Paryża, gdzie dziewięć lat niemal przepędził. Tutaj przebył ciężka szkołę życia. Złudzenia, któremi się z początku karmiono, ulatywały jedno po drugiem, a spory, nieprzyjaźnie, nienawiści w obozie wychodztwa wśród obcych goryczą napełniać musiały serca ludzi po prostu myślących i szczerze do sprawy narodowéj przywiązanych, do których pan Adam należał. Przeszłość jego i rodowe stosunki ciągnęły go do Czartoryskich, dalekim jednak pozostał od zabiegów i knowań stronniczych, bo, prócz wstrętu do tego, były bliższe troski i kłopoty. Cały piękny majątek w Królestwie został zabrany; aby zabezpieczyć od niedostatku i utrzymać uczciwie rodzinę, która się pomnożyła, trzeba było ratować co się dało i obmyślać środki do życia, a to przychodziło nie łatwo wśród obcych i w takiem oddaleniu od swoich. Wypadki czterdziestego roku przyniosły niespodzianą ulgę. Korzystając bez zwłoki z nieco pomyślniejszych dla nas konstelacyi politycznych, przeniósł się pan Adam do Poznania i tutaj resztę życia swego przepędził. Życie to, na które patrzałem, było ze wszech miar budującem. Iluż ja to widziałem panów, dawniéj zamożnych, którzy, straciwszy fortunę i stanowisko, bądź to przez wypadki, bądź częściéj jeszcze z własnéj winy, nie potrafili, w nowem położeniu, nic zapomnieć i niczego się nauczyć! Pan Adam zrozumiał od razu co robić i jak robić trzeba.
Nie szczędząc starań i zachodów potrafił, z pomocą pozostałych w Królestwie krewnych i przyjaciół, ocalić niektóre resztki niemałego dawniéj majątku i przyzwoite, choć skromne, utrzymanie rodziny zabezpieczyć. Wypełniwszy poprzednio w kraju jak najsumienniéj obowiązki Polaka i obywatela, chodziło teraz przedewszystkiem o przyszłość dzieci i ich wychowanie. Zajął się tem pan Adam jak najgorliwiéj, sam wypełniał miejsce nauczyciela i zastałem go nieraz uczącego chłopców lub córki, któremu to zadaniu zwykle przedpołudniowe godziny poświęcał.
Synowie winni mu przygotowanie do szkół, córki całe niemal wykształcenie, wszystkie zaś dzieci winny mu owe gorące uczucia patryotyczne i silne zasady religijne, które, sam będąc niemi głęboko przejętym, wpajał im troskliwie od pierwszych lat. Pomagała mu w tem zadaniu wiernie i wytrwale jego żona. Przebywałem dawniéj dość dużo między ludźmi i miałem szczęście poznania kilku matron polskich, które przymiotami swemi, życiem, nawet postawą wzbudzały głęboki szacunek w każdym, co się do nich zbliżył; jedną z najwybitniejszych między niemi była pani Łuszczewska.
Nie jest to frazes, panie Ludwiku; gdybyś był widział tę twarz poważną i miłą, na któréj ślady cierpień i zmęczenia nie zatarły dawniejszego powabu, witającą cię uprzejmym dobroci uśmiechem; gdybyś był się przypatrzył temu spokojnemu a skrzętnemu obmyślaniu i załatwianiu wszelkich spraw domowych, téj czujnéj pieczy o wszystkie potrzeby moralne i materyalne męża i dzieci, gdybyś był poznał tę szczerą i cichą pobożność, będącą główną, że tak powiem, osią jéj uczuć i myśli, a przytem w wyobrażeniach, mowie, pożyciu z ludźmi, nawet w ruchach tę barwę wielkoświatowéj dystynkcyi, byłaby pani Łuszczewska pozostawiła w twéj pamięci toż samo wrażenie, które ja ci tutaj tak pobieżnie i niedokładnie skreślam.
Zachodziło pod niejednym względem pewne podobieństwo między małżeństwem. Pan Adam miał wyraz twarzy równie łagodny, trochę smętny, jak żona, nawet w nieczęstym uśmiechu jego przesuwał się odcień boleści, odznaczała go przytem niezwykła spokojność umysłu, pewna cierpliwość i rezygnacya, którą i zewnętrznie widać było w nieco pochylonéj postawie i powolnych poruszeniach; pani Adamowa, znacznie wraźliwsza, żywsza w uczuciach i myślach, dodawała w ciemnych chwilach często otuchy i nadziei; oboje zaś w najszczerszem przywiązaniu i najprzykładniejszéj zgodzie odbywali tę tak ciężką teraz dla nas Polaków wędrówkę życia. Nie poprzestał jednak Łuszczewski na stosunkach prywatnych i zachodach około własnéj rodziny; przez owe lat kilkanaście, które tu przeżył między nami, jednoczył się, ile mógł, z życiem naszem narodowem i publicznem. Wypadkom czterdziestego szóstego roku pozostał obcym zupełnie, będąc w przekonaniach swoich przeciwnych ludziom i dążnościom, które je wywołały; do tego co się czterdziestego ósmego roku działo tylko pośrednio mógł się mięszać, gdyż jako nie tutejszemu i przez rząd tylko cierpianemu, oględność była nakazaną; wiem jednak, że i datkiem ile zdołał, radą i pośrednictwem był czynny, a niejednemu z wychódźców bawiących tu wtenczas lub przejeżdżających, przez wpływ swój i znajomości, znaczną wyświadczył przysługę. Nawskroś religijne jego usposobienie pociągało go szczególnie do spraw miłosierdzia, dla tego téż, od samego początku Towarzystwa dobroczynności, o którem ci już wspominałem, należał nie tylko do radzących jego członków, lecz zajmował się osobiście i sumiennie ubogimi powierzonymi jego opiece, lub sam ich wyszukiwał, a ustępując jako jeden z ostatnich z tego pola działalności, pozostał aż do śmierci w dyrekcyi ochronek, które jemu głównie zawdzięczają, iż się po czterdziestym ósmym roku, w owych kilku latach zniechęcenia publiczności, utrzymały i teraz jeszcze dobrodziejstwem są dla biednéj ludności miejskiéj.
Przyzna każdy z moich współczesnych, który choć trochę żył tutaj między ludźmi, że państwo Łuszczewscy przykładem swoim i namową, przyczynili się nie mało tak w mieście jako tu i owdzie na prowincyi do rozbudzenia ducha miłosierdzia i chrześciańskiéj dobroczynności w wyższych kołach naszego społeczeństwa.
Dom ich był od samego początku, pod towarzyskim względem, jednym z najprzyjemniejszych i powiedzieć mogę jeden z najbardziéj ożywionych w Poznaniu. Nie tylko państwo sami przyciągali do siebie swoją szczerą uprzejmością, lecz przez stosunki rodzinne i stanowisko dawniéj w kraju zajmowane byli w bliższéj lub dalszéj styczności z mnóstwem wybitniejszych osób polskiego społeczeństwa. Niemal każdy znaczniejszy obywatel z Królestwa, przejeżdżając przez Poznań, wchodził do skromnego domku przy Młyńskiéj ulicy, aby odświeżyć dawniejszą znajomość z jego mieszkańcami.
Niepamiętam naturalnie wszystkich, których tu spotykałem, lecz przypominam sobie jako częstych gości, Łubieńskich i Morawskich, którzy byli spokrewnieni, Wesołowskiego, Woronieckiego, pułkownika Skarzyńskiego, przyjaciół z czasów powstania i wychodztwa, Cieszkowskiego Augusta, Władysława Szółdrskiego z żoną, ks. Aleksego Prusinowskiego i ks. Kamockiego, z którym, gdy jeszcze w kraju był zamożnym obywatelem, łączyła Łuszczewskich bliższa zażyłość. I szło tak dłużéj niż lat dziesięć wszystko w tym domu zacnie, spokojnie i pomyślnie, o ile w życiu polskiem pomyślnie być może; dzieci wzrastając nadziei rodziców niezawodziły, rodzice zespolili się już z tutejszym światem, który dawniéj był im obcym, stosunki ich ustaliły się i ulepszyły, a pan Adam, zakupiwszy ten grunt, domek dawniejszy przedłużył, podniósł o piętro i na kamienicę zamienił, którą godłem Opatrzności naznaczył, wywdzięczając się za jéj opiekę; poprzednio zaś, między podwórzem i ogródkiem, postawił dla siebie mieszkanie. I jeden i drugi budynek praktycznie a wygodnie urządzony, bo, jak mi wiadomo, pan Adam sam wszystkie plany do nich porobił i szczegółów wykonania budowli pilnie doglądał. Nie długo jednak cieszył się nową siedzibą, gdyż, ledwo wykończoną została, piędziesiątego trzeciego roku, przybywszy w odwiedziny do pokrewnego Oporowa, zapadł, skutkiem mocnego przeziębienia, na tyfoidalną febrę i, po krótkiéj chorobie, zeszedł z tego świata w pierwszéj godzinie Wniebowstąpienia Pańskiego, jeszcze w sile wieku, mając niespełna lat piędziesiąt pięć. Jak żywot był zacny i cichy, tak i śmierć przykładna cierpliwością i spokojem, z któremi, do ostatniéj chwili przytomny, pocieszał i hamował ciężką boleść otaczającéj rodziny. W dzień pogrzebu pożegnał zmarłego ks. Prusinowski, oceniając w pięknéj i rzewnéj przemowie wiernego chrześcianina i patryotę. Byłem tego świadkiem, panie Ludwiku, z jakiem męztwem srogi ten cios znosić potrafiła pani Łuszczewska i żal swój pokrywać zwykłą łagodnością oblicza, jak starała się bliższemu i dalszemu otoczeniu zastąpić pod wszelkim względem ojca i męża; to też wszystko, po niejakimś czasie, szło znów spokojnie w dolnem mieszkaniu tego tylnego domku, tylko pana Adama nie było, za którym każdy tęsknił. Ale nie długą była tęsknota dla pani Łuszczewskiéj; niespełna trzy lata po zgonie męża, w Grudniu piędziesiątego szóstego roku, przedwcześnie świat ten opuściła, skutkiem zapalenia płuc, którego wycieńczone od dawna siły jéj ciała przemódz nie mogły. Odwiedziłem ją kilka dni przed śmiercią i podziwiałem ową spokojną odwagę i chrześciańską pokorę, z którą, od pierwszéj niemal chwili choroby, końca swego oczekiwała. Spoczywa obok męża w Oporowie. Zdążyła jednak zabezpieczyć los dwóch starszych córek, zanim się z dziatwą swoją rozłączyła.
Jednę, która około dziesięć lat temu, w podobnych jak matka okolicznościach, umarła, wydała za księcia Woronieckiego; młodszéj zaś, folgując wreszcie jéj pragnieniu, którego niczem zachwiać nie było można, sprawiła habit Sióstr Miłosierdzia na wiano i poleciła ją opiece św. Wincentego a Paulo.
Gdziekolwiek, panie Ludwiku, zapytasz się w Poznaniu o siostrę Irenę, każdy cię zaprowadzi na Piotrową ulicę i wskaże dom przytułku, w którym ona, odziedziczywszy po rodzicach miłość chrześciańską i poświęcenie dla maluczkich i opuszczonych, matkuje do dziś dnia troskliwie niedołężnéj starości i cierpiącéj dziatwie.
Obadwaj synowie pana Adama wrócili do siedziby ojców, do Królestwa, gdzie, od dawna pożenieni, zajmują między obywatelstwem wiejskiem poważane stanowisko, najmłodsza zaś ich siostra, kilka lat po śmierci matki poślubiwszy pana Jana Mierzyńskiego, w młodym jeszcze wieku rozstała się z tym światem, ulegając téj saméj chorobie co matka i zostawiła po sobie jedynaczkę córkę, teraźniejszą panię Stefanową Łącką.
Otóż, panie Ludwiku, w kilku słowach losy zacnéj rodziny, z którą się na tem miejscu po raz pierwszy przed czterdziestu pięciu laty spotkałem, przywożąc jéj pozdrowienie przyjacielskie z Paryża. Skoro ci nazwałem mężów najstarszéj i najmłodszéj z panien Łuszczewskich, muszę o nich choć krótką dodać jeszcze wzmiankę, zwłaszcza iż znałem jednego i drugiego. Pana Mierzyńskiego widziałem pierwszy raz czterdziestego piątego roku w Bazarze u Macieja Mielżyńskiego. Obadwaj ci panowie, w tych samych mniéj więcéj latach, byli od czasów uniwersyteckich w bliższéj z sobą zażyłości, a późniéj służyli w tym samym pułku i przebywali też same losy trzydziestego pierwszego roku. Niezadługo po powrocie z kampanii, ożenił się Mierzyński z owdowiałą panią Gąsiorowską, córką bogatego Chryzostoma Niegolewskiego, a ponieważ liczył się do najbieglejszych wówczas agronomów, bardzo czynnym był przy tem i zręcznym w załatwianiu spraw administracyjnych i sądowych, przeto wielkie dobra żony, które potem spadły na jéj syna, pana Bronisława Gąsiorowskiego, dobrowolnego od lat najmłodszych wygnańca, podniosły się znacznie w wartości pod jego zarządem. On sam stworzył sobie także nie małą fortunę, kupiwszy Lipnicę, Sokolniki i inne wioski, których nieznam. Pierwsza jego żona już w młodych latach cierpiała na melancholię, a owéj choroby żadna mądrość lekarska pokonać nie mogła. Raz tylko tę panię spotkałem czterdziestego ósmego roku w Berlinie, u pani Tertulianowéj Koczorowskiéj; miała wtedy jeszcze dość miły wyraz twarzy, podpadło mi tylko, że, lubo uśmiechała się czasem, milczała jednak przez cały wieczór uporczywie; wnoszę z tego, że pożycie ciągłe z tak usposobioną osobą do najweselszych należeć nie mogło, wiem przecież, iż pan Jan nigdy pogodnego umysłu i łagodnéj cierpliwości nie tracił.
Ile razy go widziałem, to zaś zdarzało się nie rzadko, bądź na ulicy, bądź w towarzystwach, bądź też u niego, gdy, objąwszy potem całą tę posiadłość państwa Łuszczewskich, przesiadywał tu czasami w dawniejszem ich mieszkaniu, zawsze mnie ujmowała jego swobodna otwartość w wyrażaniu uczuć i myśli oraz przyjacielski sposób obcowania z ludźmi. Gdy po śmierci pierwszéj żony pojął drugą, robiło, mimo wielkiéj różnicy wieku, to stadło wrażenie szczęśliwie dobranego, jakiem było w istocie. Szczere przywiązanie obojga wywarło wpływ podwójny w przeciwnym kierunku; pan Jan odmłodniał widocznie, pani zaś Janowéj, która zresztą z natury była poważnie i spokojnie usposobiona, zaraz po ślubie jakoś lat przybyło. Żyli z sobą najszczęśliwiéj, a nawet rozłączyć się nie mogli na długo, bo już w półtora roku po śmierci męża podążyła za nim pani Mierzyńska, żegnając świat nasz z tym samym łagodnym spokojem co matka.
Jednym z częstych gości w domu Łuszczewskich, jak ci wspomniałem, który przy pierwszem spotkaniu już zewnętrznością swoją zwracał na siebie uwagę, był pułkownik Wincenty Skarzyński. Wysokiego wzrostu i silnéj budowy ciała, ciemnym, krótko strzyżonym włosem, pięknym i poważnym wyrazem twarzy, bystrem spojrzeniem, niemniéj jak sztywna trochę postawą, starannością w ubiorze i pewną dworską grzecznością w obejściu zdradzał wojskowego i to z jakiejś południowo-europejskiéj krainy; nie zdziwiłem się więc, gdy mi powiedziano, że blisko lat dziesięć służył w Hiszpanii. Raz na wieczorku u doktora Mateckiego rozgadał się niezwykle i opowiadał nam wiele wypadków ze swego życia. Bardzo płynnym w mówieniu nie był, ale gdy się ożywił, miał w swym sposobie wyrażania się urywkowym, w głosie i uśmiechu coś tak sympatycznego, że wszyscyśmy go z wielką przyjemnością słuchali, zwłaszcza iż i rzecz sama była ciekawą.
Z całéj jego epopei mało co pamiętam, bo wiele lat ubiegło od tego wieczoru; przypominam sobie jednak, że Wincenty Skarzyński w pierwszéj młodości swojéj o wojsku nie myślał. Pochodząc z Augustowskiego, nie wiem już z jakiéj tam wsi, skończywszy wykształcenie szkolne i uniwersyteckie w Warszawie, poświęcił się prawu i administracyi i przez kilka lat pracował w komisyi województwa mazowieckiego, pod prezesem Rembielińskim, z którym był spokrewniony. Dopiero powstanie listopadowe zrobiło z niego żołnierza. Zaciągnął się do pierwszego pułku jazdy mazowieckiéj i w jego szeregach odbył całą wojnę, dosłużywszy się stopnia kapitana i dowódzcy szwadronu. Trzykroć ranny i krzyżem ozdobiony z korpusem Ramorina dostał się do Galicyi i ztamtąd uszedł do Francyi.
Tutaj, przebywając głównie w Paryżu, przesyciwszy się burzliwem a bezczynnem życiem wychodztwa, porozumiał się z przyjacielem swoim Łucyanem księciem Woronieckim, i obadwaj, zdaje mi się, trzydziestego piątego roku, ruszyli do Hiszpanii, dokąd już przed nimi i późniéj za nimi niejeden z Polaków podążył. Obadwaj wstąpili do wojska Krystynosów, między którymi a Karlistami wrzała wtenczas wojna w najlepsze, i obadwaj byli tam pożądani i używani wielokrotnie do zaprowadzenia w pułkach kawaleryi porządku, normalnéj musztry, osobliwie zaś należytego obchodzenia się z lancą. Przeciw Karlistom ciągle przedsiębrano wycieczki i podczas długich i męczących pochodów, wśród gór i wąwozów, częste bywały z nimi utarczki, po których zwykle jedni i drudzy jeńców, bez długich korowodów, rozstrzeliwali lub wieszali.
Również niezbyt miłe były, choć nierzadkie także niespodzianki pronunciamientos zwane, to jest rokosze wojskowe przez niezadowolonych lub ambitnych oficerów tajemniczo przyspasabiane i nagle wybuchające. Wśród jednéj takiéj draźliwéj przygody udało się Skarzyńskiemu, który wtenczas dowodził przybocznym pułkiem jazdy, wydostać z zagrożonego miejsca młodą królowę Izabellę i zawieść ją szczęśliwie do Madrytu, zabierając zarazem gwałtem z sobą młodego oficera, z którym żył w przyjaźni, a który się był w owym rokoszu nierozważnie uwikłał. W ogóle dla ludzi młodych jeszcze, żywéj wyobraźni, rozmaitości w życiu lubiących i nie zważających na niebezpieczeństwa musiał wtenczas pobyt w Hiszpanii być dość przyjemnym; klimat ciepły, poetyczna Alhambra, piękne niebo, a piękniejsze donny!
Prócz tego zajmowali Skarzyński i Woroniecki wybitniejsze stanowiska; pierwszy był pułkownikiem, drugi rotmistrzem, obadwa w styczności z dworem, zaprzyjaźnieni lub zaznajomieni z wielu Hiszpanami; a przecież tęsknota za krajem i uczucie narodowe przemogły to wszystko. Obadwaj jak przybyli razem, tak razem opuścili ojczyznę Cyda i Cerwantesa, a wrócili do swoich. O przedostaniu się za kordon nie było mowy; osiedli tutaj między nami. Książę Woroniecki znalazł serdeczne przyjęcie u Augusta Cieszkowskiego, z którym był spokrewniony, i założył główną kwaterę swoją w Wierzenicy, gdzie panu Augustowi potroszę gospodarował. Poznaliśmy się wtenczas, czterdziestego siódmego czy ósmego roku, i widywaliśmy się nieraz, bywał bowiem częstym gościem w Poznaniu. Wyglądał on całkiem inaczéj od swego współtowarzysza broni. Chociaż dzielnie się bił w kraju i w Hiszpanii, byłbyś go, przy pierwszem spotkaniu, wziął za nieruszającego się z dworku swego wiejskiego szlachcica; niewielkiego wzrostu, nie chudy, lecz ruchawy, twarz miał okrągłą, oczy małe i wesołe, a przyjacielskiem względem wszystkich usposobieniem i łatwością w obejściu jednał sobie każdego.
Zbliżywszy się do rodziny Łuszczewskich, upodobał sobie najstarszą córkę, która się niezwykłą łagodnością i czułością serca odznaczała; pojął ją za żonę, bodajnie dwa lata po śmierci pana Adama i przeniósł się potem do Królestwa. Tam na własnym kawałku ziemi pracując mozolnie, kochany od swoich, poważany powszechnie, przeżył jeszcze lat blisko dwadzieścia, lecz go już w Poznaniu ani razu nie widziałem. Żona jego zdążyła zaledwie, i to z nie małem poświęceniem, dokończyć wychowania pięciorga dzieci, zaczęła już bowiem wtenczas zapadać na chorobę piersiową, któréj uległa, przeżywszy męża lat tylko cztery i dając w całem życiu, a szczególnie w tym ostatnim jego ciężkim okresie, budujące dowody odziedziczonéj po matce cierpliwości i religijnéj pokory.
Pułkownik Skarżyński, do którego wrócić muszę, znacznie prędzéj od towarzysza broni los swój ustalił; wkrótce bowiem po przyjeździe ożenił się z panią Rembielińską, wdową po dawniejszym swoim prezesie, która, opuściwszy kraj z pierwszym mężem po upadku listopadowego powstania, od lat kilkunastu w Dreźnie mieszkała. Zdarzyło mi się dwa czy trzy razy widzieć w towarzystwie panię pułkownikową. Była wtenczas już nie młoda, mimo to zachowała niektóre ślady powabów, któremi odznaczała się dawniéj w salonach warszawskich. Powierzchownością, sposobem ubierania się, ustrojem głowy, nawet rysami twarzy i pewną sztywnością w postawie robiła na mnie wrażenie nie-Polki; powiadano mi też, że była panną Wels z domu i wychowanką pierwszéj żony prezesa Rembielińskiego. Państwo Skarżyńscy kupili Sokolniki pod Szamotułami, gdzie blisko lat dziesięć w zaciszu przeżywszy, przenieśli się potem do Poznania.
Tutaj umarła najpierw pani, nagle, siadając do stołu, apopleksyą rażona. Przywiązany mąż nie mógł się pocieszyć po jéj stracie; co rok kilkakrotnie jeździł do Kaźmierza, parafii Sokolnik, modlić się nad jéj grobem, a w ósmą rocznicę jéj imienin, odbywając tę żałobną wędrówkę, nabawił się, skutkiem mocnego przeziębienia, ciężkiéj choroby, któréj, po dziesięcio-miesięcznych cierpieniach, uległ pułkownik w siedemdziesiątym roku życia. Ci, co go w tym ostatnim czasie odwiedzali, nie mogli się dość nadziwić patryotycznym uczuciom, rozpamiętywaniom i pragnieniom, które do ostatniéj chwili zajmowały jego umysł, oraz szczerze religijnemu usposobieniu, z jakiem ten stary żołnierz spokojnie zgonu swego oczekiwał.
Nie odchódźmy jeszcze, panie Ludwiku, od domu pod Opatrznością. Bywałem tu często na pierwszem pietrze, odwiedzając tego, który je przez lat osiemnaście zajmował z żoną i dwoma córkami, a którego nazwisko zna cała polska ziemia i znać będzie, dopóki na niéj mowa nasza brzmieć nie przestanie. Wystarczy wspomnieć wiersz: Do mistrzów słowa! lub wiersz: Do mowy polskiéj! a każdy ci powie: Stanisław Koźmian. Jego życiorysu tutaj odemnie żądać nie możesz; ani czas, aniby wiadomości moje starczyły; zresztą rzecz już zrobiona, panie Ludwiku, a zrobiona, co do treści, tak wyczerpująco i z tak gorącem współczuciem, tak świetnie co do formy, że pozostanie pomnikiem godnym pamięci zmarłego, oraz pięknym okazem naszéj literatury biograficznéj.
Tegoż samego roku, w którym umarł Stanisław Koźmian, wyszedł w Krakowie życiorys jego obszerny, zdaje mi się, przedruk z „Przeglądu Krakowskiego“; autorki ci nie powiem, skoro się sama wymienić nie chciała, ale znana tu wszystkim i nie pierwsza to jéj próba; a będąc z rodziny duchem z Koźmianami pokrewnéj i w częstéj wymianie myśli z Stanisławem, lepiéj niż ktokolwiek inny poznać i ocenić go mogła. Jeśliś tego nie czytał, panie Ludwiku, bo wy teraz z młodego pokolenia podobno od książek polskich nie chorujecie, to przeczytaj, a żałować nie będziesz i przyznasz mi słuszność. Nie mogę jednak minąć tego domu, iżbym ci, choć w kilku słowach, nie miał wspomnieć o człowieku tak znakomitym, który, od pierwszego spotkania, był zawsze dla mnie uprzejmym i przyjacielskim. Przychodziłem do niego zwyczajnie przed południem i szedłem albo na lewo, albo na prawo. Po lewéj stronie od wejścia miał swój pokój i tam go zwyczajnie zastałem piszącego lub czytającego przy skromnem biurku, stojącem tuż obok okna. W głębi, wzdłuż ściany, proste, jak to mówią, studenckie, łóżko, a nad niem krzyżyk. Zresztą, po stronie drzwi, komoda i na niéj mnóstwo książek; przy jednéj ścianie zwyczajne pułki książkami i papierami zapełnione; prócz tego, zdaje mi się, nic więcéj.
Przyznasz, panie Ludwiku, że skromniejszego przytułku nie mógłby mieć nawet stypendiat Naukowéj Pomocy. Czasem szedłem na prawo od wejścia, do jadalnego pokoju, jeśli pan Stanisław był z żoną i córkami przy rannéj herbacie, i tam także wszystko bardzo skromnie wyglądało. Tylko w dość dużym salonie było urządzenie pokaźne, zbytkiem jednak nie grzeszące, a główną tego miejsca ozdobą stanowiło kilka znakomitych obrazów, między któremi odznaczał się nad sofą, przy oknie wiszący duży obraz jakiegoś starego mistrza włoskiego. Mówię ci to, bo już z otoczenia i, że tak powiem, z dekoracyi mieszkania odgadnąć można usposobienie i skłonności mieszkańców; otóż, panie Ludwiku, skromność była jedną z głównych cech usposobienia Stanisława Koźmiana, mimo zdolności, któremi się odznaczał, zasług, które miał po sobie i stosunków spółecznych, wśród których żył za młodu i późniéj. Uwydatniała się ona w całéj jego zewnętrzności.
Gdybyś był gdzie spotkał tego człowieka nie wysokiego, dość szczupłego, z twarzą spokojną, któréj wyraz równie jak i spojrzenie dużych, niebieskich, nieco przyćmionych oczu, miały w sobie równie coś miłego jak i szlachetnego, byłbyś się od pierwszéj zaraz chwili czuł przyciągniętym do niego, a ten pociąg, którym mimowolna jego powaga i wrodzona uprzejmość każdego chwytała, stawał się coraz silniejszym, im dłużéj się z nim obcowało. Przy bliższéj znajomości było, zwłaszcza jeśli znajdował się w nieco swobodniejszem usposobieniu, w poufnych z nim rozmowach coś tak zajmującego i przyjemnego, że nieraz trudno mi przyszło je przerwać, chociaż czas mnie naglił.
Bo téż ile on przeżył, ile znał osób różnorodnych, w iluż to krajach przebywał, ileż wiedział z doświadczenia i nauki, ile czytał i z ilu to niepospolitymi ludźmi w ścisłéj był przyjaźni! Przytem miał pamięć, którą nazwać można bajeczną; pamiętał wszystko, wypadki do najdrobniejszych szczegółów, nazwiska, daty na dnie i godziny, a że umiał mówić płynnie i z doborem wyrazów a dla wraźliwego usposobienia swego czuł to co mówił, możesz sobie wystawić czem były opowiadania jego, osobliwie tyczące się czasów pierwszéj młodości i wychodztwa, jako téż rozwodzenia się nad historycznemi i literackiemi przedmiotami. Wiele on przecierpiał w życiu swojem; to prawda, więcéj bezwątpienia niż pierwszy lepszy, bo i niejedno utrapienie własne znieść musiał i skłonniejszym będąc do współczucia od wielu innych, podzielał żywo dolegliwości bliższych sobie, a nawet dalszych; mimo to życie jego do szczęśliwszych policzyć można, gdyż ani bez treści, ani jednostajnem nie było, jak życie tuzinkowych ludzi, lecz bardzo obfite w zmiany i pojawy raczéj duchowéj niż fizycznéj natury.
Już w Warszawie za lat szkolnych i uniwersyteckich, tak przez wybitną poniekąd familijną skłonność, jako téż przez znajomość i stosunki towarzyskie pociągniętym został do owych kół, w których wtenczas panował tak silny ruch literacki i artystyczny. Był to czas pierwszych występów Mickiewicza, czas walki klasyków i romantyków; Stanisław Koźmian, chociaż bardzo młody jeszcze, brał żywy udział w tych sprawach; dosiadał raz po raz Pegaza, który się brykał pod niedoświadczonym jeszcze jeźdzcem, umieszczał w czasopismach swoje próby, założył nawet miesięczny Pamiętnik dla płci pięknéj i zapalał się dla artystów i artystek grających lub śpiewających. Wielki wpływ wtedy wywierało na rozbudzenie wyobraźni i kierunek jego ducha częste obcowanie ze stryjem Kajetanem i jenerałem Franciszkiem Morawskim, nie mniéj jak ścisłe stosunki przyjaźni z podobnie usposobionymi młodzieńcami, a szczególnie z Zygmuntem Krasińskim, Konstantym Gaszyńskim, Dominikiem Magnuszewskim, Leonem Ulrychem i Łucyanem Siemieńskim.
Wszakże piękne te początki życia towarzyskiego literackiego, w tak szczęśliwem koleżeństwie, nagle przerwane zostały powstaniem listopadowem. Całą kampanię odbył Stanisław Koźmian, wspólnie z bratem swoim Janem, w oddziale gidów, a potem jako podoficer w lekkiéj bateryi konnéj, od bitwy pod Grabowem zacząwszy aż do bitwy pod Ołtarzewem, w któréj obadwaj do niewoli wzięci, ale wkrótce puszczeni, przedostali się do Warszawy kilka dni przed poddaniem się tego miasta.
Nastąpiły potem ciężkie czasy wychodźtwa. Bieda była najpierw i niesmak w Brukselli, potem w Paryżu nie lepiéj, tak pod materyalnym jako i moralnym względem; dla tego i w jednem i drugiem mieście nie długi był ich pobyt, a ponieważ usposobienie Stanisława rozważne, spokojne i czułe draźniły kłótnie emigracyjne, niemniéj jak ruchawość, niestałość i lekkość Francuzów, przeto rozłączyli się bracia, Jan pozostał we Francyi, a Stanisław podążył do Anglii, dokąd ciągnęły go normalne stosunki polityczne tego kraju, jako też pewna skłonność do charakteru jego mieszkańców. Po krótkim pobycie w Londynie, osiadł, za radą Lacha Szyrmy, w Birmingham i tutaj, ucząc się usilnie po angielsku, którym to językiem niezadługo tak władał, w mowie i piśmie, jak ojczystym, pisując do dzienników w obronie sprawy naszéj, rozpoczynając prace swoje nad Szekspirem i zawiązawszy stosunki z kilku znakomitymi Anglikami, zarabiał sobie, ile mógł, lekcyami francuzkiemi, przytem, „gryzł się i martwił“, jak gdzieś tam wspomina, losem ojczyzny i współrodaków, tęskniąc za swoimi.
Po niespełna dwóch latach otworzyło mu się obszerniejsze i o wiele wdzięczniejsze pole działania; powołanym bowiem został do Londynu, aby tam objąć miejsce sekretarza owego tak dobroczynnego dla wychodźtwa, i tak ważnego dla sprawy naszéj Towarzystwa Przyjaciół Polski. Na tem stanowisku mógł nie tylko działać wyłącznie, a pod niejednym względem skutecznie, w duchu patryotycznym na korzyść swoich, lecz i otworzyć sobie przystęp do najwyższych kół społeczeństwa angielskiego. Pozyskawszy przyjaźń i zupełne zaufanie przewodniczącego owemu Towarzystwu lorda Dudley-Stuarta, układał z nim razem, a po większéj części z jego polecenia, mowy, wnioski, interpelacye do parlamentu, manifesta do ludu, artykuły dziennikarskie, zwoływał mityngi i przemawiał na nich, obmyślał środki pieniężne do wspierania biedy emigracyjnéj, agitował wytrwale, aby dla sprawy naszéj umysły Anglików pozyskać i przeciwdziałać usiłowaniom nieprzyjaciół Polski.
Te męczące nieraz zatrudnienia nie odwiodły go jednak od zajmowania się własnem wykształceniem, od dalszéj pracy nad Szekspirem i od robienia częstych wycieczek w dziedzinę poezyi ojczystéj. Uprzyjemniały mu w wysokim stopniu kilkoletni pobyt w Londynie stosunki towarzyskie. Znajomości, które porobił z niemałą liczbą znakomitych osób, prócz Stuarta, z poetą Tomaszem Campbell i słynniejszym jeszcze Tomaszem Moorem, z lordem Beaumont, księżną Southerland, O’ Connelem, rodziną Attwoodów i wielu innymi, wprowadziły go do salonów arystokracyi angielskiéj rodowéj i parlamentarnéj, w których tak dla wzięcia poważnego i wykwintnego, jako też dla zręcznego wysłowienia się był zawsze mile widzianym gościem. Prócz tego zdarzało mu się raz po raz rozerwać się i cieszyć, dłuższy lub krótszy czas, towarzystwem niejednego z celniejszych współrodaków, Niemcewicza, Lacha Szyrmy, majora Szulczewskiego, Chopina, przyjaciela i szkolnego kolegi z czasów warszawskich, Ulrycha, Fontany i wielu innych, osiadłych w Anglii lub podróżujących. Siedm lat prawie bez przerwy, z wyjątkiem wycieczek do Irlandyi i Szkocyi przemieszkiwał Koźmian w Anglii; od roku czterdziestego drugiego, aż do przesiedlenia się do nas, mając, jak to mówią, główną kwaterę, w Londynie, prowadził żywot wędrowny, zwiedzał Francyą, Belgią, Szwajcaryą, Niemcy i Włochy, przepędzając kilkakrotnie czas dłuższy w tem lub owem mieście, w Bernie, Nicei, Paryżu, Dreźnie, Berlinie, osobliwie zaś w Rzymie i Heidelbergu, a w tych podróżach spotykał się i żył, krócéj lub dłużéj, z rozmaitemi osobami, z matką i bratem Janem, z Semeneńką i Kajsiewiczem, ze Stefanem Witwickim, Bohdanem Zaleskim, z księciem Lubomirskim, jenerałem Chłapowskim; gdzieżbym ci tam wszystkich wyliczyć zdołał, i naszych i znakomitszych cudzoziemców, z którymi Koźmian tu i ówdzie w bliższą wchodził styczność.
Jednego jednak nadmienić muszę, Zygmunta Krasińskiego, z tym bowiem odświeżywszy za granicą przyjaźń młodemi laty w kraju zawartą, wszedł w tak ścisły związek uczuć i myśli, iż wreszcie dwa ich ciała jednę tylko duszę mieć się zdawały. Dla Koźmiana był Krasiński, „człowiekiem, którego najwyżéj pomiędzy ludźmi stawiał, a najserdeczniéj obok żony, dzieci i brata ukochał“; Krasiński zaś w swoich listach mówi do Koźmiana: „kocham cię, błogosławię ci, powierzam się tobie!“ Osobliwie dłuższy ich pobyt w Heidelbergu, zdaje mi się, czterdziestego siódmego roku, był dla obydwóch jednym z najszczęśliwszych okresów życia, i wtenczas to Koźmian napisał ów wiersz „do mistrzów słowa“; zwrócony głównie do Krasińskiego.
Czterdziestego dziewiątego roku wreszcie, doszedłszy do dojrzałego wieku, osiadł pan Stanisław w Wielkiem Księstwie. Prócz tęsknoty za krajem i za stałą siedzibą wśród współziomków spowodował go do tego brat, który już był osiedlony u nas i ożeniony, jako też „Przegląd Poznański“, którego już od lat kilku Stanisław był czynnym współpracownikiem. Zamieszkał początkowo w Turwi, lecz uzyskawszy naturalizacyą i potrzebny od matki kapitał, kupił, dwa lata późniéj, z pomocą jenerała Chłapowskiego, w pobliżu będącą wieś Przylepki, na któréj zaczął gospodarować. Samotny ten przytułek ożywiła i osłodziła mu wkrótce współziemianka z Lubelskiego.
Pojął bowiem za żonę pannę Felicyę Łempicką, a młoda pani Koźmianowa, osoba żywa, czynna, na wszystko oględna, była jakoby uzupełnieniem pana Stanisława, najpożądańszą pomocą w zarządzie domowym i gospodarstwie dla człowieka jedynie do umysłowych zatrudnień i prac literackich przywykłego i obcego zachodom i kłopotom gospodarskim. Pierwsze lata w Przylepkach mógł, ile wiem, Koźmian do najlepszych policzyć. W domu był spokój i szczęście rodzinne, a poza domem żyło się w ciągłym i ścisłym związku z ludźmi tych samych przekonań i dążności. Lubo z domowego wychowania Stanisław Koźmian wpojone miał religijne uczucia, były one jednak za młodu i w pierwszym okresie wychodźtwa poniekąd zasklepione, nie działały stanowczo na myśli i czynności, nie górowały nad wszystkiemi innemi; w późniejszym czasie jednak rozbudził je u niego znowu i przemieniał w coraz silniejsze pojęcia i zasady wpływ brata Jana, który już wcześnie zespolił się z Montalembertem i szkołą odrodzonego katolicyzmu, niemniéj jak wpływ Zmartwychwstańców, Zygmunta Krasińskiego i dwukrotny pobyt w Rzymie. U nas była Turwia tem ogniskiem, z którego, wśród powszechnéj jeszcze po roku trzydziestym pod tym względem obojętności, rozchodzić się zaczęły prądy katolicko-kościelnych i antidemokratycznych zapatrywań na stosunki polityczne i społeczne; znacznie one się wzmogły, od czterdziestego piątego roku, przez zapał i energię, które w tym kierunku rozwijał Jan Koźmian i przez działanie „Przeglądu poznańskiego“, założonego w tym celu. Przeżył więc Stanisław Koźmian lat kilka bez przerwy w odpowiedniem zupełnie i skłonnościom serca swego i potrzebom ducha otoczeniu, do którego należeli: brat jego, jenerał Chłapowski, Stanisław Chłapowski z Czerwonéjwsi, Cezary Plater, referendarz Morawski z Oporowa i syn jego Wojciech, Kajetan Morawski, osobliwie jenerał Morawski, mieszkający w Luboni i ożywiający, mimo podeszłego wieku, wszystkich wokół siebie poetycką werwą i dowcipem. Urozmaicali to towarzystwo goście pokrewni rodem, lub duchem, przyjeżdżając na czas dłuższy lub krótszy, Andrzéj Koźmian, Michał Mycielski, ks. Antoniewicz, Ulrych, księża: Janiszewski, Prusinowski, Kajsiewicz i Semeneńko, Klaczko, Rogier Raczyński i inni, których już nie pamiętam. Lecz nie kończyło się na przyjemnościach i rozchoworach towarzyskich; w czasie wolnym od nich i od zatrudnień gospodarskich, zajmował się pan Stanisław pisywaniem artykułów do „Przeglądu“, którego cały ciężar redakcyjny spadł na niego, gdy brat, Jan Koźmian, do Rzymu odjechał, jako też owych ciekawych i dowcipnych Listów z nad Orli, któremi bezimiennie, na prośbę Napoleona Kamieńskiego, zasilał „Gazetę W. Księstwa Poznańskiego“.
Prócz tego pisywał do dzienników angielskich, od czasu do czasu układał wiersze i za przyjazdem Ulricha zabrał się znowu do pracy nad ulubionym Szekspirem. Owego amicusa Ulricha, który aż dwadzieścia szekspirowskich dramatów przetłómaczył, poznałem także, nie wiem już przy jakiéj sposobności; widziałem się z nim kilka razy, był nawet u mnie. Zewnętrzność jego trochę niepokaźna: niewielki, gruby, z dużą głową, szeroką twarzą i szerokim nosem, z włosami w nieładzie na obszernéj łysinie, ale w całéj postaci swojéj miał coś tak dobrodusznego i tak, przy pierwszem zaraz spotkaniu, był otwartym i koleżeńskim, do tego tak biegłym w mówieniu i umiejącym mówić o wszystkiem, że łatwo było nie tylko się z nim zaznajomić, ale i spoufalić. Napracował się biedak w życiu nie mało, zarabiał sobie lekcyami prywatnemi, ucząc starożytnych i nowych języków; tłómaczył Aristofanesa, pisał powieści poetyczne, mnóstwo sonetów, nawet komedye, z których jednę, bodajnie Chloroform, przedstawiano w teatrach, chwytał od czasu do czasu za pióro publicysty, ale to wszystko chudym go pasło obrokiem. Skończył wreszcie ten uczciwy i zdolny człowiek, który się nieszczęściem w czepku nie urodził, mizeryę swoją smutną i samotną, gdzieś tam w Bordeaux, parę miesięcy po przyjacielu Stanisławie.
Po kilkonastoletniéj gospodarce, oddając Przylepki w zaufane ręce, sprowadził się Koźmian do Poznania, sześćdziesiątego siódmego roku i osiadł zaraz tutaj pod Opatrznością. Spowodowały go do tego najpierw pewien rodzaj znużenia fizycznego, sprowadzonego zbliżającą się starością oraz ciężkiemi zmartwieniami, któremi go utrapiła śmierć kilku najbliższych mu osób, szczególnie lorda Stuarta, Zygmunta Krasińskiego, stryjecznego brata Andrzeja Koźmiana i jenerała Morawskiego, a potem bliskość brata już od dawna w mieście osiadłego; wreszcie ciągnęła go też i chęć oddania się wyłącznie zatrudnieniom literackim. Chociaż dwa lata przedtem zamknął był wydawnictwo Przeglądu, nie zabrakło mu i tutaj między nami nowych, ciągłych, a czasami kłopotliwych zajęć, które wszystkie, mniéj więcéj, były w związku ze sprawą publiczną.
Zaraz kilka miesięcy po przyjeździe poruczono mu miejsce wiceprezesa, a w siedem lat późniéj, po śmierci Karóla Libelta, obrano go jednogłośnie prezesem Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Zdrowy instynkt kierował pod tym względem wyborcami, bo Koźmian był najodpowiedniejszą osobistością na tę posadę; nie tylko bowiem w piśmiennictwie naszem zajmował już zaszczytne stanowisko, lecz, rozporządzając czasem swoim, wolny od innych zatrudnień i w miejscu osiadły, mógł się zupełnie poświęcić powierzonemu jego pieczy zakładowi, a przytem osobistością swoją, stanowiskiem majątkowem i towarzyskiem występować z korzyścią i godnością na zewnątrz, jako jego przedstawiciel. Rozpowiadać ci tu nie będę, jak wypełniał obowiązki względem Towarzystwa do ostatniéj niemal chwili życia; spytaj się pierwszego lepszego z członków; to jednak zaręczyć ci muszę, iż malowanym prezesem nie był. Nie tylko świadczą o tem protokuły posiedzeń i roczniki, które zapełniał swemi odczytami i rozprawami, ale i stan wewnętrznego gospodarstwa, pomieszczenie zewnętrzne Towarzystwa i zbiorów jego, jakie są dzisiaj; bo wszystko prawie co jest zrobiło się za jego inicyatywą lub pod jego opieką, chociaż przyznać należy, iż miał dzielnych współpracowników w hr. Engeströmie i obydwóch kustoszach, Feldmanowskim i Kanteckim. Za jego to rządów i nie bez jego nalegań przebudowany został przodkowy budynek Towarzystwa, stanął wielki tylny gmach dla zbiorów muzealnych, do których wreszcie przystęp publiczności otworzono, i ułożyły się, ile się dało, stosunki fundacyjne i finansowe zakładu.
Prócz tego okazał Koźmian rzadką bezinteresowność, sprawował bowiem całkiem bezpłatnie ów urząd przewodniczącego, którego pensya mogła, skutkiem tego, być użytą na spłatę kosztów rozlicznych urządzeń. Gdy zaś przed siedemnastu laty, w celu obrony tak politycznych, jak szczególnie religijnych interesów naszych założonym został, głównie za staraniem księdza Jana, „Kuryer Poznański“, zasilał go ciągle Stanisław Koźmian bądź to literackiemi, bądź też politycznemi artykułami, przedewszystkiem zaś stałemi tygodniowemi odcinkami, pod napisem: I z bliska i z daleka, które, chociaż nie wszystkie jego pióra, lecz w znacznéj części, jak mi się zdaje, przez osobę, która późniéj jego życiorys skreśliła, pisane, rodziły się jednak wszystkie pod jego bezpośrednią opieką i kontrolą.
Do owych zatrudnień, jeśli dodamy jeszcze obrobienie i uzupełnienie dawniejszych płodów literackich, przyznasz zapewne, panie Ludwiku, że ten na stare lata wypoczynek Stanisława Koźmiana nie był przestankiem, lecz dalszym ciągiem zawodu głównie sprawie publicznéj poświęconego. Zebrał on i wydał, przy końcu życia, prace swoje w siedmiu tomach, z których trzy obejmują Przekłady z Szekspira, dwa Anglią i Polskę i dwa Pisma wierszem i prozą; osobno zaś wyszła, pod nazwiskiem Ekberta, Podróż nad Renem i w Szwajcaryi.
Nie zdziwisz się, że ci trochę obszerniéj mówiłem o człowieku, który miał za zasadę: „żyć dobrze, użytecznie ludziom, wiernie Bogu i ojczyźnie“, a który stoi w rzędzie najwybitniejszych literatów i patryotów naszych tego wieku; wam młodym on za wzór służyć może i każdy z was, w swojem kółku działania, przejąć się powinien przytoczoną jego zasadą. Chociaż może nie we wszystkiem podzielałem jego zapatrywania, rzetelny zawsze miałem szacunek dla jego niepospolitych zdolności, czystości charakteru, żarliwéj miłości sprawy narodowéj, któréj służył orężem, piórem i groszem, i dla téj cichéj, skromnéj powagi, która niezmiennie osobistość jego cechowała. Bliższa z nim znajomość pozostanie zawsze jedną z najcenniejszych moich pamiątek. Tego rodzaju życie byłoby się powinno, wedle ludzkiéj miary, zakończyć śmiercią spokojną, a przecież Opatrzność nie szczędziła mu długich i ciężkich doświadczeń.
Osiemdziesiątego czwartego roku, z rana 19 lutego, zdrętwiała mu nagle połowa ciała i od téj chwili szedł paraliż powoli i stopniowo, a wszelkie wysilenia sztuki lekarskiéj i przemyślna troskliwość rodziny wstrzymać postępów jego nie mogły. I tak kończył Stanisław Koźmian rok przeszło, w łóżku i na krześle, bo jedne po drugich członki odumierały. Odwiedzając go nieraz, widziałem całą okropność położenia, zwłaszcza gdy późniéj do gwałtownych i ciągłych niemal boleści fizycznych, bezsennością powiększanych, przystąpiły, w skutek porażenia mózgu, cierpienia moralne i umysłowe. Twarz jego, dawniéj miła i spokojna, zmieniła się nie do poznania, czasami dziczała, mijały się bowiem chwile szałów z chwilami zupełnéj przytomności, która przywracała mu pierwotne usposobienie wraz z religijnem poczuciem. Nareszcie w ostatnich dniach Kwietnia następnego roku skończyły się jego męki i wywieźliśmy go tu z tego domu za miasto, aby spoczął w przygotowanym od lat kilku rodzinnym grobie w Brodnicy.
Idźmy teraz daléj, panie Ludwiku, wszakże tylko kilka kroków. Otóż obok dom, nad którego bramą wyrzeźbiona sowa wskazuje, że się tu dzieją mądrości. Znasz go dobrze, bo zapewne tam byłeś nieraz i oglądałeś kosztowne w nim pomieszczone zbiory. Jest to dom Towarzystwa Przyjaciół Nauk Poznańskiego, jak brzmi tytuł urzędowy. Nie mogę ci naturalnie opowiadać dziejów tego Towarzystwa, założonego roku piędziesiątego siódmego, ani bowiem czas pozwala, anim do tego powołany; wyręczy mnie kiedyś może który z sekretarzy lub członków, mający źródła po temu. Wszakże obecny byłem jego założeniu. Pierwsze, ile sobie przypominam, w tym celu i bardzo liczne zebranie rozmaitych osób z miasta i ze wsi, między któremi, nawiasem mówiąc, jedyny raz w życiu miałem sposobność widzenia jenerała Dzieżykraja Morawskiego, odbyło się tu przy Młyńskiéj ulicy, obok domu Sercanek, w mieszkaniu Władysława Niegolewskiego. Długie tam były rozprawy, ale zgodzono się wreszcie, iż założyć Towarzystwo trzeba, a nawet zgodzono się na jego dotychczasową nazwę. Pierwszy tę myśl powziął dr. Kaźmirz Szulc, o czem może już niejeden nie wie, a że był człowiekiem wytrwałym, gdy mu coś do głowy przyszło, tak długo chodził, tyle pukał, tak namawiał, że mnóstwo ludzi dla téj myśli pozyskał i, z energiczną pomocą Niegolewskiego, który się także do niéj zapalił, zebrało się owo zgromadzenie i rzecz przyszła do skutku. Następne narady nad ułożeniem pierwszych statutów odbywały się u pana Tytusa Działyńskiego i z jego czynnym udziałem.
O przedostatnim prezesie tego Towarzystwa, bo teraźniejszy żyje i niechaj mu bogowie długi jeszcze żywot dadzą! mówiliśmy co dopiero; poprzedził go, jak wiesz, Karol Libelt. Koźmian i Libelt, te dwa nazwiska brzmiały i brzmią jeszcze niektórym tak niemal, jak niegdyś Włochom nazwy Gwelfów i Gibellinów, oznaczając dwa wręcz przeciwne prądy; z jednéj strony średniowieczno - religijne wyobrażenia w połączeniu z absolutyzmem monarchicznym, opartym na odrębnéj i lepszéj kaście; z drugiéj, zupełne wolnodumstwo zespolone z nieograniczoną ochlokratią. Żarty, panie Ludwiku, majaczyło to tak temu, owemu w głowie, mającemu mniejszą od zwyczajnéj dozę mózgu w czaszce!
Koźmian równie mało był Torquemadą i dukiem de St. Simon, jak Libelt Holbachem i obywatelem Clémenceau. Znałem obydwóch i wiem jak myśleli i czego chcieli. U jednego przeważało zapatrywanie się religijne na rzeczy tego świata, u drugiego filozoficzne; bo pierwszy kształcił się przeważnie pod wpływem familijno-polskim i angielsko-arystokratycznym; drugi, nic zgoła nie dostawszy z domu, pod wpływem uniwersytetów niemieckich; pierwszy, z zamożnego pochodząc rodu, żył niemal wyłącznie z ludźmi tak zwanego wyższego towarzystwa, mającymi też same przywidzenia i nawyknienia; drugi, z bardzo skromnych początków wyszedłszy, żył z ludźmi różnych warstw, głównie średnich, mającymi rozmaitsze i luźniejsze wyobrażenia; jeden, pouczony powstaniem listopadowem, przeciwnym był z przekonania wszelkim tego rodzaju późniejszym zakusom; drugi, pod tym względem, ulegał złudzeniom swego serca i pragnienia; otóż główna między nimi różnica, ale w jednym i drugim górowała nad wszystkiem innem miłość ojczyzny i chęć przysłużenia się niepospolitem uzdolnieniem wyobraźni i rozumu sprawie narodowéj, dla któréj wytrwale i wyłącznie na różnych polach pracowali obadwaj; ktoby zaś Libelta uważał za przeciwnika uczuć i obowiązków religijnych, ten chyba o ostatnich chwilach jego życia nie słyszał, nie czytał dzieł jego, osobliwie zaś nie zna wstępnych słów do jego testamentu.
Nie dziwię się ludziom, którzy, mając przodków, cieszą się z tego; bawią mnie ludzie, którzy dorabiają sobie przodków, myśląc, że im każdy wierzy, ale wysoko cenię tych, którzy sami są przodkami, a do takich należał Karol Libelt; czem był, zawdzięczał swym zdolnościom, swéj pracy i swemu poświęceniu. Skończył właśnie szkoły, gdy ja tutaj do gimnazyum przyszedłem, ale zostawił po sobie tradycyę i nieraz słyszałem uczniów klas wyższych i profesorów opowiadających o nim, o Kolickim, o Kidaszewskim, jako o feniksach gimnazyalnych. Nie tylko w językach się odznaczał, lecz przedewszystkiem w matematyce, a profesor Buchowski, u którego tylko matematyk był człowiekiem, uśmiechał się z zadowoleniem, gdy o nim czasem wspomniał. własną pracą po większéj części, ucząc innych, utrzymywał się w szkołach, niemniej jak w Berlinie, gdzie, rozpocząwszy wyższe nauki w zamiarze chwycenia się późniéj zawodu uniwersyteckiego, obok matematyki zajmował się z zapałem filozofią. Nie dziw, bo Hegel przyciągał wtenczas wszystkich do siebie; wykłady jego i uczniów jego, rozbudzając w niezwykły sposób umysły i unosząc je w świat oderwanych pojęć i dialektycznych obrotów, miały, jeszcze za moich czasów uniwersyteckich, szczególny urok dla młodzieży polskiéj. Libelt, zaraz w drugim roku studyów, złożył świetny dowód zdolności swéj na tem polu, uzyskawszy złoty medal w nagrodę za rozprawę konkursową: O filozofii Spinozy. Rozprawa jego doktorska: O panteizmie w filozofii była powtórnym dowodem, że dążności filozoficzne nad innemi naukowemi górować zaczęły w jego umyśle; wytrwał aż do końca w tym kierunku, o czem świadczą wszystkie niemal jego późniejsze dzieła.
Wiesz przecie, panie Ludwiku, albo przynajmniéj słyszałeś o Filozofii i Krytyce, osobliwie zaś o Estetyce Libelta, które liczą się do najznakomitszych płodów naszéj niezbyt bogatéj literatury filozoficznéj. Tak w tych dwóch dziełach, jako i w kilku innych pomniejszych rozprawach uwydatnia się nie tylko wpływ heglizmu i kilku innych niemieckich systemów, z których pojęciami nas Libelt w zrozumiałym i pięknym języku zaznajamia, lecz występuje stanowczo myśl nowéj, polskiéj, czy słowiańskiéj filozofii. Nie będę ci się nad tem dłużéj rozwodził, nie jestem ani profesorem, ani krytykiem z urzędu; weź zresztą sam do ręki i czytaj; pozwalam sobie jednak zwrócić twoją uwagę na te ciekawą okoliczność, że, równocześnie z Libeltem, usiłowało trzech innych Polaków, Kremer, jego kolega uniwersytecki, nieco późniéj August Cieszkowski i Józef Gołuchowski, poza filozofią niemiecką, stworzyć własną, narodową.
Żaden z nich nie przeprowadził odrębnego systemu w całości, rzucając jednak główne jego podstawy, dążą wszyscy, mniéj więcéj, do tego samego celu, aby wyswobodzić filozofię z panteizmu i ocalić pojęcie osobowego Boga, oraz indywidualnéj nieśmiertelności duszy, co jest prawdopodobnym skutkiem przeważającego w naszym narodzie chrześciańsko-religijnego poczucia. Najgruntowniéj przemyślanem z pism ściśle filozoficznych Libelta, oraz najlepiéj, że tak powiem, wystylizowanem, jest jego Estetyka, którą w swoim czasie powszechne zyskał uznanie, lubo w wielu miejscach podziela poglądy estetyków niemieckich.
Po odbytéj doktoryzacyi pojechał Libelt do Paryża, głównie w zamiarze uzupełnienia swoich studyów matematycznych, ale ta jego wycieczka krótko trwała; skoro tylko usłyszał o wybuchu powstania w Warszawie, wrócił natychmiast i stanął w szeregach narodowych. Filozof przemienił się od razu w dzielnego żołnierza; wspólnie z Kremerem w jednéj bateryi przebył całą kampanię, a odznaczywszy się kilkakrotnie zimną krwią i odwagą, jako też zręcznością w ustawianiu dział, ozdobiony został złotym krzyżem.
Ten wojenny epizod zniweczył naturalnie wszelkie piękne naukowe plany lat młodszych i zwrócić go musiał na inne tory, usposobieniu jego mniéj odpowiednie. Wróciwszy do Księstwa i przesiedziawszy czas krótki w więzieniu, chwycił się potem gospodarstwa.
Poznałem się z nim dopiero czterdziestego trzeciego roku u przyjaciela mego doktora Mateckiego, gdy już był od dwóch lat w Poznaniu osiedlony i powtórnie ożeniony; po wczesnéj bowiem śmierci pierwszéj żony, któréj nigdy nie widziałem, pojął był drugą, córkę pana Maurycego Szumana, starszą siostrę pani Mateckiéj. Każdego, kto pierwszy raz spotkał Libelta, musiała uderzyć niebawem jego fizionomia. Nie była ona ładną, przeciwnie, rysy miała grube i nieregularne, a całość i pojedyńcze części szerokiéj, bladéj twarzy i dużéj głowy z nastrzępionym włosem robiły pewne wrażenie. Wkrótce jednak poznałeś w tem wszystkiem coś oryginalnego, niepospolitego; w łagodnem i głębokiem spojrzeniu było widać myśli, a gdy usta otworzył lub uśmiechał się, przybierała owa twarz bijący wyraz rozumu, a przytem dobroci i stawała się tak sympatyczną, iż ująć mogła każdego.
To też, zwłaszcza że był z natury łagodnym i równo przyjacielskim dla wszystkich, wywierał Libelt, podobnie jak Koźmian, w towarzystwie niezwykły urok, nie tylko treścią tego co mówił i trafnym doborem słów, lecz i owym duchem, który całą jego zewnętrzność upiększał, szczególnie wśród dłuższéj i ożywionéj rozmowy. Dodać jeszcze muszę, co do niezupełnego nawet obrazu tego człowieka jest konieczne, że tak dalekim był od zarozumiałości lub nadętości, która częstokroć ludzi wszystko sobie samym zawdzięczających niemiłymi czyni, iż właściwéj sobie skromności i prostoty, w najpochlebniejszych nawet dla siebie chwilach, nie tracił i od innych ani tonem, ani wzięciem odróżniać się nie myślał.
W owym przeciągu czasu aż do lutego 1846 roku spotykałem się dość często z Libeltem u Mateckich, u niego, w towarzystwach i na zebraniach publicznych. Był bardzo czynny w rozmaitych kierunkach. Miał u siebie znaczny pensyonat chłopców, których wychowaniem kierował; dawał tym i innym lekcye matematyki; po Łukaszewiczu objął profesurę języka polskiego przy gimnazyum fryderykowskiem, gdzie także, dwa czy trzy lata, uczył matematyki w wyższych klasach. To zatrudnienie przypomniało mu dawniejsze studya uniwersyteckie i nastręczyło sposobność do wydania podręcznika w dwóch tomach, pod tytułem: Wykład matematyki, odznaczającego się gruntownością i jasnością. Jeden z moich najbliższych krewniaków był wtenczas właśnie w wyższych klasach gimnazyum fryderykowskiego i pamiętam, że on nieraz wspominał o tem, jak korzystnemi były lekcye Libelta i jak szczerze go szanowali uczniowie niemieccy. Mówiłem ci już przedtem, panie Ludwiku, o odczytach, które się czterdziestego pierwszego i drugiego roku odbywały w gimnazyum katolickiem i w pałacu Działyńskich, celem zastąpienia poniekąd uniwersytetu publiczności naszéj; otóż Libelt był w téj sprawie głównym czynnikiem. Wszystko cisnęło się na jego wykłady o literaturze niemieckiéj. Byłem na nich kilkakrotnie przed moim wyjazdem do Francyi; słyszałem w późniejszych potem latach inne publiczne jego wykłady o rozmaitych przedmiotach naukowych i literackich, przeto zaręczyć ci mogę, że Libelt stworzony był na profesora uniwersytetu, to było właściwe jego powołanie. Prawił zawsze, jak to mówią, z głowy, rozmyślał dokładnie swój przedmiot i przedstawiał go nietylko zrozumiale dla publiczności, lecz oraz doborowym i pięknym, częstokroć poetycznym językiem i samą formą wykładu robił wrażenie. Był to wtenczas także okres pierwszego rozwoju literatury peryodycznéj u nas, Libelt naturalnie obcym temu kierunkowi pozostać nie mógł, zwłaszcza gdy równocześnie prawie szerzyć się zaczęły owe prądy polityczne, których dążności podzielał. Skoro „Tygodnik literacki“ przeszedł na wyłączną własność Wojkowskiego, umieszczał w nim Libelt artykuły rozmaitéj treści, krytycznéj i literackiéj, równie jak czasami w „Dzienniku domowym“ Napoleona Kamieńskiego, swego przyjaciela; główną jednak był podporą „Roku“, którego redakcyę objął wspólnie z Moraczewskim Andrzejem i dla którego napisał kilka obszernych rozpraw.
Dwie z nich znane ci są zapewne: O miłości ojczyzny i O odwadze cywilnéj, odznaczające się pięknością myśli, zapałem i dźwięcznym językiem, pisane zaś wtenczas głównie w celu podniesienia uczuć patryotycznych i przysposobienia umysłów do tego, co wkrótce nastąpić miało. — Z Moraczewskim, z którym łączyła go bliższa znajomość jeszcze przed powstaniem, był Libelt, po roku czterdziestym, z początku w zupełnem porozumieniu; widywali się często, niejedną rzeczą zajmowali się wspólnie, osobliwie sprawą Naukowéj Pomocy, w któréj założeniu i organizacyi miał Libelt, jako członek pierwszéj Dyrekcyi, udział bardzo czynny. Twierdzili nawet niektórzy, iż pierwsza myśl założenia takiego towarzystwa zrodziła się w jego głowie. Nie byłem wtedy w Poznaniu, nie mogę więc téj kwestyi rozstrzygnąć, ale i pan Maciéj i kanonik Brzeziński, gdy ich, już po śmierci Marcinkowskiego, o to pytałem, mniemaniu takowemu przeczyli. W ciągu roku 1844, ile sobie jeszcze przypominam, zaczęło się psuć między tak zwanymi konserwatystami, mianowicie Marcinkowskim, Maciejem Mielżyńskim, Szułdrzyńskim, Mendychem i ich zwolennikami, a Libeltem, który przeszedł, że tak powiem, na lewo i łącząc się coraz ściśléj z Moraczewskim, Sewerynem Mielżyńskim, Jarochowskim, Kosińskim, Wolniewiczem i mnóstwem innych tegoż koloru, uległ zupełnie wpływom centralizacyi wersalskiéj. Lubo jasnego i szeroko widzącego rozumu, dawał się nieraz, dla wraźliwości swojéj i uczuciowego usposobienia powodować własnéj wyobraźni i nadziei ponętom, jako też namowom tych, którzy gorącą jego miłość ojczyzny wyzyskiwać umieli. Czterdziestego piątego roku, ile domyślać się wtedy było można, stał już na czele całego ruchu, który ogarniał W. Księstwo, tu i ówdzie Prusy i do Królestwa przedzierać się zaczął. Celem zaś tego ruchu było szerzyć zasady i wyobrażenia demokratyczno - republikańskie i z ich pomocą pozyskać warstwy ludowe dla zbrojnego powstania spiesznie przyspasabianego. Mierosławski miał w tem przedsięwzięciu objąć naczelne dowództwo wojskowe, a Libelt, jak nam się wtenczas z daleka patrzącym zdawało, miał być jednym z głównych członków najwyższéj władzy politycznéj i administracyjnéj. Spotkawszy go raz i drugi, krótko przed owym złowrogim lutym czterdziestego szóstego roku, dostrzegłem na jego twarzy wyraz smutku i zamyślenia i nie dziwiłem się, odgadując, mniéj więcéj, ponure kłopoty, które dręczyć go wtenczas musiały w oczekiwaniu zbliżającego się ciężkiego zadania. Nie przyszło do tego; wszakże wiesz, panie Ludwiku, jak się wszystko skończyło. Libelt przesiedział dwa lata w Sonnenburgu i Moabicie. Ile mu wolno było, pracował w więzieniu i napisał Dziewicę Orleańską, obszerne i zajmujące opowiadanie z dziejów francuzkich, po większéj części podług Micheleta i Juliusza Guicherat, z przysłonionem nieco zastosowaniem do naszéj sprawy ułożone, a wydane kilka lat późniéj.
Wypadki marcowe czterdziestego ósmego roku przywróciły mu wolność. Nie zapomnę téj chwili, gdyż byłem wtedy przypadkiem w Berlinie, gdy go po długiem czasie znów ujrzałem. Siedział w doróżce z Mierosławskim, ze żoną i jeszcze jakąś osobą; w drugiéj doróżce było kilku innych Moabitczyków, obydwie zaś ciągnęły wprzężone chmary berlińskiego ludu, przez Lipy na Rynek zamkowy. Tam zatrzymano się przed zamkiem naprzeciw Szerokiéj ulicy; cały Rynek był szczelnie zapchany, a wszyscy krzyczeli, dziękując królowi za wypuszczenie uwięzionych Polaków. Nie był to jednak czas wypoczynku; okoliczności pędziły patryotów do czynu.
Libelt stanął na czele komitetu polskiego, który się zebrał w Berlinie zaraz pierwszego dnia wolności, aby obmyślić co i jak w danem położeniu czynić należy na korzyść narodowéj sprawy; kilka dni późniéj powołanym został do Poznania, gdzie objął przewodnictwo komitetu narodowego. Nie mogę tutaj opowiadać dalszych wypadków, panie Ludwiku; znane zresztą rzeczy, chodzi mi o to, żeby ci kilku słowami wskazać, że Libelt, u którego miłość ojczyzny i współziomków górowała nad wszystkiem innem, wszędzie był jeśli nie pierwszy, to jeden z pierwszych, dokąd go służba publiczna powoływała i wszystko robił, co pod tym względem obowiązek wymagać zdawał się od niego. Z Poznania podążył do Pragi na kongres słowiański, gdzie przewodniczył sekcyi śłązko-polskiéj, a gdy w tem przedwczesnem i bezładnem przedsięwzięciu rozsądne usiłowania daremnemi się okazały, zwrócił się na inne pole, ważniejsze dla współrodaków w W. Księstwie. I tak widzieliśmy go, zaraz po powrocie z Czech, posłującego w Berlinie z Mielżyńskim i Potworowskim na owym sejmie, który rozpędzony został, a nieco późniéj w Frankfurcie nad Menem, zasiadającego w zgromadzeniu narodowem niemieckiem wspólnie z ks. Janiszewskim, dzisiejszym biskupem. Nie można było stosowniejszych wysłać jak tych dwóch zastępców naszéj sprawy, którzy jéj tak wymownie bronili, a osobistością swoją i uzdolnieniem szacunek Niemców zyskiwali.
Wróciwszy potem do Poznania założył Libelt, pod koniec czterdziestego dziewiątego roku, głównie w porozumieniu z pułkownikiem Sczanieckim, pismo polityczne, Dziennik polski, do którego przeszedł natychmiast Ryszard Berwiński, nie powiedziawszy poprzednio ani słówka redaktorom Gazety polskiéj, z którymi wspólnie pracował. Gazeta polska wychodziła już od półtora roku i pismo to, mające na owe czasy dość znaczną liczbę odbiorców, występowało w interesie polskim tak śmiało, że niemal każdy jego numer w dzisiejszych czasach byłby na się ściągnął szczególne względy prokuratora; ale zająwszy stanowisko ogólnie narodowe, nie wszczynało z zasady żadnych sporów i wybuchów stronniczych.
Zdawało się przeto niektórym z dawniejszych zwolenników dążności czterdziestego szóstego roku, że jest nie dość demokratyczne; ba! znaleźli się nawet tacy, co je ogłosili organem króla Adama. Nie wiem czy Libelt podzielał tego rodzaju przekonania, objął wszakże naczelną redakcyę nowego pisma, którego większa część artykułów rozumujących i znaczna literackich z jego pióra wyszła. Obadwa czasopisma szły swoją drogą, nie zawadzając w ogóle o siebie, a jeśli się przypadkiem panie Ludwiku, spotkasz z niemi w jakiéj bibliotece, bo są już teraz rzadką ciekawością, będziesz mógł, przerzucając je choć pobieżnie, przekonać się, że co do dążności i zapatrywań narodowych nie różnią się bynajmniéj między sobą. Obadwa skończyły swój żywot równocześnie w połowie piędziesiątego roku, zgniecione środkami, których administracya pruska przeciw nim użyła.
Nie długo potem przeniósł się pan Karól na wieś, ale ta powtórna gospodarka była w ogóle dla niego pobocznem zatrudnieniem. Napisał wtedy lub przerobił większą część swoich rozpraw filozoficznych, a przytem nie usuwał się od służby publicznéj, owszem przez cały szereg lat posłował znów w Berlinie, a nawet w końcu przewodniczył Kołu polskiemu, zabierając głos wielokrotnie na posiedzeniach sejmowych, bądź w obronie praw naszych poręczonych, bądź téż dla uzasadnienia słusznych żądań.
Skoro tylko powstało Towarzystwo Przyjaciół Nauk, wziął Libelt zaraz czynny udział w jego obradach i pracach, z początku jako członek zwyczajny, a w ostatnich latach życia jako prezes i kilka ważnych rozpraw przy téj sposobności napisał, z których przypominam sobie w téj chwili tylko rozprawę O zasługach dwóch braci Śniadeckich, któréj przysłuchiwałem się sześćdziesiątego szóstego roku na posiedzeniu Towarzystwa. Wezwała go także do grona członków swoich Akademia krakowska, a jaką wszędzie, gdzie po polsku myślą i czują, przez dzieła swoje i czyny patryotyczne, zyskał sobie wziętość, okazało się podczas wycieczki do Galicyi, którą odbył, zdaje mi się, trzy lata przed śmiercią. Wszędzie przyjmowano go jako człowieka, którego zasługi były znane, a uroczystości i obchody, jakie mu we Lwowie zgotowano, były dowodem, że, bez różnicy miejsca, naród nasz uznaje zawsze i szanuje ludzi, którzy pracę i poświęcenie dla jego sprawy za główny swój obowiązek uważają. Dzienniki nasze w owym czasie obszernie opisywały pobyt Libelta między naszymi galicyjskimi braćmi. Do téj podróży spowodowało go, ile wiem, najbliższe jego otoczenie, aby przerwać cichy i głęboki smutek, w którym przepędzał ostatni okres swego życia.
Nie tylko doznane w działaniach politycznych i narodowych ciężkie zawody wpływały dokuczliwie na jego uczuciowe usposobienie, lecz w roku sześćdziesiątym trzecim spadł srogi cios na kółko jego rodzinne. Na wiadomość o tem, co się poza granicą Księstwa dzieje, poszli obadwaj synowie, jak niegdyś ojciec. Starszy znalazł się potem; młodszy zaś, będący wtenczas na uniwersytecie, który nie tylko zewnętrznie przypominał ojca, lecz i uzdolnieniem, zamiłowaniem pracy całkiem do niego był podobny, już nie wrócił więcéj. Został tam gdzieś, z wielu innymi, wśród kniei pod Brdowem, a kilka dni późniéj znalazła go szukająca ciotka leżącego w kilku na prędce zbitych deskach, z przestrzeloną głową, odartego z wszelkiéj odzieży. Za wolą ojca nie odłączono go od towarzyszów broni i pokrywa go ziemia, którą zwilżył krwią swoją. Na pamiątkę jego zgonu folwark pod Czeszewem leżący Brdowem nazwano.
Zaszła przytem jedna z tych rzeczy nieodgadnionych, którąby teraz do objawów spirytyzmu policzono. Był wtenczas Libelt jako deputowany w Berlinie, kiedy syn jego przeszedł granicę. Pewnego dnia, idącemu zrana na posiedzenie do izby, stawiła naraz wyobraźnia przed oczy postać wysokiéj, białéj osoby, dźwigającéj na rękach jego młodszego syna, który leżał jak we śnie. Wrażenie to minęło dopiero, gdy, zająwszy swoje miejsce w sali sejmowéj, zagadniętym został przez jednego z kolegów obok siedzących. Tego samego dnia jeszcze odebrał z domu złowrogi telegram.
Powiadano mi, iż tego rodzaju nadzwyczajne wypadki niejednokrotnie się Libeltowi w życiu zdarzyły. Zrozpaczoną żonę pocieszał jak mógł, wreszcie i strofował, „żeby Bogu i ojczyznie syna nie wymawiała“, ale od téj chwili zciemniało mu życie, zwłaszcza iż za ukochanym synem poszła niebawem i matka.
Ostatnie lata spędził Libelt na ustroniu w Brdowie, gdzie też umarł w początku czerwca siedemdziesiątego piątego roku. Gospodarując poprzednio długi czas w Czeszewie, okazał praktyką, iż zapały demokratyczne nie były u niego li tylko hasłem wojennem w politycznych sporach, teoryą do niczego w rzeczywistości nie obowięzującą, jak u niejednego z demokratów widziałem, lecz że były wynikiem szczerego przekonania. Zastosowywał je gdzie mógł, w towarzyskich stosunkach; najmniejszéj nie okazując dumy lub wyniosłości, był dla wszystkich równy, dla wszystkich tak samo względny i uprzejmy, nie gatunkując objawów swéj grzeczności podług znaczenia, majątku lub stanowiska osób. Na wsi zżył się poniekąd z ludem wiejskim, obcował z nim chętnie, pomagał mu, ile mógł, w potrzebach, nieraz wyprzedzając jego życzenia. Zaprzątała go często myśl konieczności podniesienia tego ludu na wyższy stopień pod moralnym i materyalnym względem, dla tego układał i zamierzał przeprowadzić u siebie plany nieco do komunistycznych pomysłów zbliżone, jakiegoś czy podziału gruntów, czy też stosownego do pracy udziału w dochodach z dóbr większych, tego już dobrze nie wiem, ale przypominam sobie, że wydał broszurę, w któréj tego rodzaju stosunki między ludem pracującym a właścicielami i kapitalistami określał i uzasadniał. To też cały lud wiejski Czeszewa i okolicy pospieszył tłumnie na pogrzeb jego i szczerym w istocie, wzruszającym współudziałem w smutku rodziny i przyjaciół wdzięczność mu swoją okazał.
Żałować trzeba, panie Ludwiku, że, ile mi wiadomo, Karól Libelt nie znalazł takiego życiopisarza jak Stanisław Koźmian. Ja mógłem ci skreślić tutaj niedokładnie tylko, ile mi pamięć starczyła, postać tego człowieka, który przez lat czterdzieści przeszło tak wybitne stanowisko zajmował w naszem społeczeństwie i który je na zawsze zachowa w dziejach W. Księstwa jako też piśmiennictwa polskiego.
Zostańmy jeszcze chwilkę przy tym domu, panie Ludwiku; oglądając obrazy tu na pierwszem piętrze, widziałeś zapewne, prócz tych, które należą do zbioru Seweryna Mielżyńskiego i nabytych przez niego z pozostałości Rastawieckiego, także cały szereg osobno w dwóch pokojach poumieszczanych obrazów, które są darem Stefana Ciecierskiego. Był to także jeden z moich bliskich i dawnych amikusów, którego zresztą, prócz mnie, niejeden tutaj pamięta i z przyjemnością sobie wspomina; choć kilku więc słowami za jego niezmiennie przyjacielskie dla mnie uczucia chętnie mu się wywdzięczam.
Gdy przybyłem, w początku listopada trzydziestego szóstego roku, na pierwszy semestr uniwersytecki do Berlina, zaraz drugiego czy trzeciego dnia, wałęsając się po ulicach i gapiąc się na mnóstwo nowych dla mnie rzeczy, stanąłem, pamiętam jak dziś, na Jägerstrasse przed wystawą Sachsa, aby się przypatrzeć wywieszonym sztychom i obrazom. Niebawem spostrzegłem blisko mnie stojącą tak samo zajętą dość ciekawą parkę. Jeden z nich był jegomość w dojrzałym wieku, niski, krótkonogi, mimo dużego brzuszka, ruchliwy, z oczkami strzyżącemi i wysoką, białą chustką na szyi; drugi zaś czarno- i długo-włosy młodzieniaszek, mniéj więcéj siedemnastoletni, ale chudy, z gołą szyją i wielkim od koszuli kołnierzem na surdut wyłożonym. Obadwaj mieli kijaszki z kutasikami i trzymali się szczelnie pod rękę. Że to nie Niemcy, poznałem na pierwszy rzut oka i wkrótce, ku memu zadowoleniu, usłyszałem, iż mówią do siebie po polsku.
Kilka dni potem ujrzałem znowu tę samą parkę; siedziała sobie na kolegium jeograficznem Rittera i dowiedziałem się od znajomych, że jeden jest ochmistrz, a drugi wychowaniec, pan Bieżański i pan Stefan Ciecierski. Zbliżyliśmy się do siebie, chodząc wspólnie na dwa kolegia, a potem nastąpiła ściślejsza znajomość. Matka Stefana, pani wtenczas już niemłoda, wdowa po Ciecierskim, zdaje mi się, marszałku szlachty, obywatelu bardzo majętnym do którego w grodzieńskiéj gubernii należało miasteczko Ciechanowiec ze starym pałacem, oraz piękna wieś Pobikry z licznemi innemi pertynencyami i który, za Prus Południowych, za Księstwa Warszawskiego i w pierwszych czasach Królestwa, czynnym był w sprawach publicznych i cieszył się wielkiem poważaniem szlachty okolicznéj), przybyła do Berlina krótko przedemną, aby tamże jéj jedynak, kształcony do owego czasu prywatnie w domu, skończył nauki swoje na uniwersytecie. Całe dwa lata, a może i dłużéj, tego już dobrze nie pamiętam, chodził pan Stefan z nieodstępnym panem Bieżańskim na rozmaite kolegia, a przytem brał lekcye prywatne. Z początku jeden i drugi właściwie mało rozumieli z tego, co profesorowie prawili, bo niewiele umieli po niemiecku, ale pan Stefan pisał zawzięcie, ile mógł żdążyć, a pan Bieżański pomagał mu wytrwale, podpowiadając wyrazy i zdania, które mu się ważniejszemi zdawały. Z czasem poszło lepiéj i Stefan Ciecierski niejednego się nauczył, zwłaszcza iż przez matkę i ochmistrza ściśle był trzymanym, sam miał najlepsze chęci, dużo czytał i dużo w życiu widział.
Dom pani Ciecierskiéj, pod Lipami mieszkającéj, był dla nas studyozów polskich bardzo przyjemny. Pani ta szczerze dobra i gościnna, dla wszystkich równo grzeczna, nie robiła żadnéj różnicy między urodzonymi i nieurodzonymi, byle przyzwoitymi byli, i chodziliśmy do niéj na wieczorki niemal wszyscy. A dość dużo nas z rozmaitych stron, w owym pierwszym roku méj karyery uniwersyteckiéj, Berlin uszczęśliwiało z rosyjskiego zaboru, ile pamiętam, dwaj Miączyńscy, Czapscy, Gawrońscy, Hube, Olizar, Narolski, Jabłonowski, Koźmiński; z Galicyi: Miroszewski, Darowski, Olearski, Miliewski, pod opieką pana Podlewskiego, późniejszego ochmistrza Radziwiłłów; z Poznańskiego zaś: Wojciech Cybulski, Hipolit Cegielski, Jan Rymarkiewicz, który dozorował Miączyńskich, Ignacy Bniński, Franciszek Żółtowski, Władysław Łącki, którzy mieszkali u profesora Benarego, Antoni Szymański, Maks Kolanowski, Kajetan Morawski, Hipolit Buchowski, Szerbel, Leon Szuman, Konstanty Grabowski, Nepomucen Sadowski i wielu innych jeszcze, których nazwiska wyszły mi już z pamięci.
Wieczorki u pani Ciecierskiéj były po części rautami niegłodnemi; gawędziło się i jadło; pan Bieżański, zastępując miejsce gospodarza, dbał o to, żeby się każdy napełnił dostatecznie, a niestrudzone żołądki studenckie pochłaniały mnóstwo herbaty, ciast, szynek, pieczeni i innych dobrych rzeczy. Kilkakrotnie były i nogi w robocie, gdy się młode przedstawicielki lepszéj połowy rodzaju ludzkiego pojawiły. Przyszła tam czasem panna Emilia Szczaniecka, bawiąca wtedy w Berlinie z dwoma siostrzenicami swemi, pannami Łąckiemi, także pani pułkownikowa Szczaniecka z wychowanką, panną Raszewską i inne starsze i młode damy przejeżdżające przez Berlin. Z panią pułkownikową przybyła kilka razy panna Brukert, nie powiem Niemeczka, bo górowała niemal całą głową nad nami wszystkimi, a mimo to była z kształtu i twarzy znakomitéj piękności. Nie zbliżyłem się ku niéj jako wiele za mały, a na taniec z nią mogli się odważyć tylko najwyżsi. Mówiono, że to panna z wykształceniem i pretensyami wielkiego świata, mająca sympatyę do Polaków, lecz za Polaka nie wyszła i słyszałem, że potem gdzieś tam w Rzymie czy w Neapolu męża znalazła.
Nie dziw się, panie Ludwiku, że ci tu takie rzeczy przytaczam, bo miło mi przy sposobności przypomnieć sobie niektóre szczegóły z moich swobodniejszych lat młodych.
Wracając jednak do Ciecierskich, po dwóch czy trzech latach zniknęli z Berlina; wrócili do kraju i wkrótce zupełnie o nich zapomniałem. „Góra z górą się nie znijdzie, ale ludzie z ludźmi“, mówi podobno arabskie przysłowie. Ziściło się dla mnie; otóż czterdziestego piątego roku, w późnéj jesieni, zajechała pewnego rana przed moje mieszkanie na Wodnéj ulicy kareta pełna pudeł i kuferków; wyszedł z niéj jakiś futrem opakowany młodzieniec. Chociaż niemało zdziwiony, poznałem od razu pana Stefana, gdy wszedł do mnie. Wracał z podróży po świecie; przesiadywał w różnych miastach niemieckich, we Francyi, w Szwajcaryi, bawił długo we Włoszech, a jadąc z powrotem chciał odwiedzić w Poznańskiem kilku dobrych znajomych z czasów berlińskich; zawadzając o Poznań, przypomniał sobie także moje nieszczególne jestestwo. Im mniéj się tego spodziewałem, tem bardziéj mnie ucieszyła jego koleżeńska względność i przyznać muszę, że Ciecierski, odziedziczywszy dobroć serca po matce, był zawsze niezmienny i szczery w sympatyach swoich i przyjaźniach.
I minęło znowu potem lat kilka dla mnie bez wieści o panu Stefanie. Roku piędziesiątego piątego wysłali mnie medycy, dla czysto fizycznych buntów mego serca, do Soden w Nassawskiem. Chodząc, nazajutrz po przybyciu, w kąpielowym parku, widzę z daleka jakieś męzkie, niby znajome zjawisko, a przy nim niewielką, opiekłą, całkiem ładną blondynkę z różową twarzyczką. Był to, znów niespodzianie, mój amicus berliński, w którego losie tymczasem znaczne zaszły zmiany. Matka już nieżyła; ochmistrz i przyjaciel Bieżański także się przeniósł do wieczności; pan Stefan został samoistnym panem znacznéj fortuny, a prócz tego miał towarzyszkę życia. Pani jego, Jadwiga Rzewuska z domu, najmłodsza córka Listopada, z którą się poznał w Petersburgu czy w Warszawie, sprawiała wtenczas, od pierwszéj zaraz chwili na każdym bardzo przyjemne wrażenie, nie tylko zewnętrznością milutkiéj wyższoklasowéj pensionarki, lecz i bezwiedną naiwnością myśli i mowy, która jéj była przyrodzoną.
Znów kilka lat późniéj, bo sześdziesiątego drugiego roku, przybyli państwo Ciecierscy oboje na dłuższe mieszkanie do Poznania i zabawili tu lat kilka z różnemi przerwami, a nawet doczekali się tutaj dwóch synów. Podczas tego pobytu zaznajomili się z całym niemal naszym światem i brali udział we wszystkiem, co się wtedy między nami działo bądź wesołego, bądź smutnego. Gdy nareszcie wrócili do swéj siedziby, dowiedzieliśmy się niezadługo potem, iż każde z nich poszło w swoją stronę; rozłączyli się i żyli odtąd zdaleka jedno od drugiego. Pani, któréj już nie widziałem więcéj, mieszkała bądź to w Cudnowie, bądź to w Warszawie, a pan Stefan po większéj części w Pobikrach. Ale, jak w młodym wieku, tak i w tym późniejszym, żywot jego był przeważnie koczującym. Zatrzymawszy wszystkie dzieci przy sobie, musiał zająć się ich wychowaniem. Trzy córki oddał do Sercanek w Pradze, synów trzymał początkowo w szkołach poznańskich, a że miał przytem niejednę kłopotliwą sprawę majątkową i sądową, przeto krążył niemal ustawicznie, ile mi wiadomo, między Pobikrami, Grodnem, Wilnem, Warszawą i Petersburgiem z jednéj, Poznaniem, Berlinem i Pragą z drugiéj strony.
I tę moją dawną i dobrą znajomość, panie Ludwiku, jak tyle innych, już śmierć rozerwała. Pani Jadwiga przed czterema, zdaje mi się, laty nagle w podróży umarła, a tego roku doniesiono mi o śmierci pana Stefana. Szczery mnie żal przejął na tę wiadomość, tem bardziéj, iż rokowałem mu, że dojdzie do bardzo późnego wieku, bo silnego zawsze był zdrowia i nigdym nie słyszał, iżby na jakąkolwiek słabość narzekał, chociaż fizyczności swojéj do zbytku nie szanował. Miał on, w porównaniu z pięknemi chwilami pierwszéj młodości, bardzo frasobliwą drugą połowę żywota, ale znosił wszystko z spokojem, a po części z pogodnym umysłem, nie skarząc się na nikogo, nawet przed przyjaciółmi i najbliższymi znajomymi. Nad losem dzieci czuwał najtroskliwiéj, a chociaż nieraz może niejasno widział jak sobie poradzić, czynił co mógł w niełatwych teraz, szczególnie w tamtych stronach, okolicznościach gospodarskich i majątkowych, nie szczędząc zachodów i trudów, aby przyszłość rodziny zabezpieczyć. Sam wychowany w dostatkach, mogąc za młodu zadawalniać wybujałe nawet życzenia, potrafił późniéj ograniczać aż do przesady osobiste swoje potrzeby. Stosunki przyjaźni zachowując niezmiennie, zawsze łagodnego, zawsze spokojnego usposobienia, nadzwyczaj łatwym był w pożyciu i dla tego zostawił tu u nas miłą pamięć po sobie. Lecz i owym darem kosztownym dowiódł nam życzliwości swojéj.
Po antenatach zostało u niego kilka pięknych obrazów; ojciec jego, także lubownik malarstwa, liczbę ich pomnożył, a pan Stefan, wyżéj ceniąc sztuki piękne nad owe miłe sztuki, którym się nadto często panicze za granicą poświęcają, wydał na nie znaczne pieniądze i nie mało ich nakupił przesiadując we Włoszech i podróżując po innych krajach. Znajduje się tam w Pobikrach podobno niejeden piękny okaz malarstwa, ale większą część zbiorów swoich i to niepoślednią, jak przekonać się mógłeś, ofiarował naszemu Towarzystwu Przyjaciół Nauk, i dla tego nazwisko Stefana Ciecierskiego przypominać tu będzie i nadal, że był jednym z tych obywateli, którzy dla szlachetniejszych przyjemności mieli poczucie i do publicznego dobra przyczyniać się chcieli.
Jeżeli, panie Ludwiku, oglądając rozmaite zbiory Towarzystwa, przekonałeś się o porządku i umiejętnem zestawieniu, w którem się teraz niemal wszystkie tak liczne ich przedmioty znajdują, musisz uznać zasługę tych, co się z tak mozolnego i trudnego zadania należycie wywiązali, rozumie się, panów konserwatorów oraz hrabiego Engeströma, jako sekretarza.
O pierwszym z konserwatorów, Albinie Goreckim, już ci dawniéj wspomniałem. Był on w samych początkach, gdy to, co się zebrało, dusiło się bez ładu w dolnych pokojach biblioteki Raczyńskich. Zacny pan Albin o porządkowaniu myśleć nie mógł; zresztą ani miejsce, ani jego stan umysłowy nie były po temu.
Z jego następcą poznałem się przypadkiem, nim tu jeszcze przez Towarzystwo powołanym został. Wracałem z Kórnika od pana Działyńskiego, nie pomnę już którego roku, i wsiadł razem ze mną do dyliżansu jakiś młody człowiek. Siedzieliśmy z początku milcząc naprzeciw sobie, nareszcie zaczęła się rozmowa, która mi dała dobre wyobrażenie o moim nieznajomym. Opowiadał niejedną rzecz ciekawą, tyczącą się osób, miejsc i szczegółów literackich naszego kraju, prócz tego o podróży, którą odbywał po wschodnich regionach z jednym z paniczów tutejszych, a któréj szczegółów, nawiasem mówiąc, bardzo ładnie przez niego opisanych doczytać się możesz w „Albumie z podroży na Wschodzie“ w zmarłym już od dawna Tygodniku poznańskim; — zaspokoił wreszcie ciekawość moją, mówiąc, że się nazywa Hieronim Feldmanowski.
Późniéj spotkałem się po drugi raz z tym Feldmanowskim przy dość uroczystéj sposobności. Pan Turno, wyprawiając obiad dla Kraszewskiego, który przez czas niejaki tu u nas gościł, zaprosił także kilku znajomych z miasta. Przybywszy do Objezierza, zastaliśmy tam, prócz Kraszewskiego, dość znaczną liczbę osób, po większéj części obywateli wiejskich i pomiędzy nimi pana Hieronima, który zdawał się być z Kraszewskim w dobréj komitywie. Przed obiadem poszliśmy wszyscy do ogrodu i tam, na prośbę gospodarza, zasadził Kraszewski na wydatnem miejscu wybrane w tym celu piękne drzewko, dąb, jak mi się zdaje, które, na pamiątkę pobytu znakomitego pisarza, zwane odtąd być miało dębem Kraszewskiego. Kraszewski chętnie wykonał to życzenie i ze sposobu jak się brał do rzeczy przekonać się mogłem, iż zna się na niéj i że to nie pierwsze drzewko, które zasadził. Przy obiedzie były naturalnie nieuniknione mowy, a Feldmanowski wystąpił z wierszem własnéj kompozycyi, na cześć dostojnego gościa. Wiersz ów co do myśli trafny i co do formy całkiem pięknie ułożony, wszystkim się podobał, mnie nie wyłączając, i Kraszewskiemu bardzo przypadł do smaku.
Otóż od téj chwili nabrałem o zdolnościach mojego ongi współtowarzysza dyliżansowego dobrego wyobrażenia, które się potwierdziło potem, gdy z nim, jako konserwatorem Towarzystwa w bliższą wszedłem znajomość. Co w Feldmanowskim najwięcéj ceniłem jest, że sam siebie zrobił, jeśli mi tak pozwolisz powiedzieć. Może mi ten i ów za złe weźmie, ale, jak ci już raz mówiłem, panie Ludwiku, sądzę, iż piękniéj być samemu sobie winnym to czem się jest, niżeli któremu z papeczków, dziadziów lub pradziadów. Nie znam wprawdzie dokładnie szczegółów życia pana Hieronima, wiem jednak, że się ani w dostatkach, ani z tytułami nie zrodził, że się jako chłopiec przerąbał przez szkółkę i przez seminaryum i że potem był sobie nauczycielem na wsi, czy w miasteczku. Bardzo to tam skromnie, dawniejszemi czasy, po seminaryach uczono, a szczególnie polskich rzeczy; rzadko kto z nich wychodził animuszem naukowym obdarzony i chęcią wskrabania się na wyższy szczebel. Zwykłym ideałem seminarzystów było dostać miejsce jak najlepsze, ożenić się jak najprędzéj i przyczynić się jak najbardziéj do zaludnienia kraju; pan Hieronim poszedł inną drogą; z miejscem wkrótce się rozstał, żony, dzieci nie miał nigdy, natomiast od pierwszéj młodości rozmiłował się w ojczystych sprawach, w dziejach naszych i literaturze; pracował i uczył się trochę bez planu, jak zwykle samouki, ale nie bez dobrego skutku; pisał wiersze, pisał powieści, rozpływał się nad Mickiewiczem.
Po krótkiéj wojaczce czterdziestego ósmego roku, ranny pod Miłosławiem, przesiedział czas niejaki w kazamatach poznańskich; puścił się późniéj na guwernerkę, co mu otworzyło przystęp do wyższych kół towarzyskich i dało sposobność zapoznania się z ludźmi, którzy mu w jego dążeniach i usiłowaniach literackich radą i innemi środkami dopomogli. Prócz niemieckiego języka, którym dobrze mówił i z którego bardzo udatnie tłomaczył, nauczył się sam łaciny tak, iż potem w starych dokumentach zorientować się potrafił, daléj francuzkiego i wiele lepiéj włoskiego, jak o tem świadczy jego tłomaczenie zapisków, które wydał w dwóch tomach u Żupańskiego pod tytułem: Życie Benvenuta Cellini. Przedewszystkiem jednak pracując w języku ojczystym starał się zapewnić sobie, wierszem i prozą, stanowisko w piśmiennictwie naszem. I powiodło mu się, chociaż, prawdę mówiąc, nie znalazł takiego uznania, na jakie zasługiwał. Weźno, panie Ludwiku, jego Drobnostki poetyczne, jego Pieśni i przekłady, Pieśni ilyrskie; iluż to wie o nich teraz!… weź i przerzuć je choć pospiesznie, a przekonasz się, że tam nie mało całkiem udatnych rzeczy i że niejeden wierszyk Feldmanowskiego zasługuje, aby pozostał na zawsze w naszéj pamięci. Nie mogę ci tutaj wymieniać wszystkich prac jego, bo, szczerze mówiąc, nie wszystkie znam; pisał dużo do różnych dzienników, tłomaczył, puszczał w świat monografie rozmaitéj treści, słowem, wyrobił się na literata, który, w innych stosunkach jak nasze, byłby jako taki materyalnie nie źle wyszedł i ściągnął na się uwagę powszechną.
Gdy mu, po ustąpieniu Góreckiego, Towarzystwo Przyjaciół Nauk oddało zbiory swoje pod opiekę, literat Feldmanowski przerzucić się musiał na obce sobie pole. Nieraz do niego zajrzałem, gdy wszystko jeszcze było w Bazarze, a wiele cześciéj, gdy już tutaj znalazł pomieszczenie i był w najlepszéj robocie. Przyznam ci się, panie Ludwiku, że powziąłem pewne uszanowanie dla jego inteligencyi i pracowitości.
Człowiek ten, który w wyższych lub specyalnych zakładach się nie kształcił, w uniwersytetach, muzeach nauk nie pobierał, własną chęcią i staraniem doszedł, w stosunkowo krótkim czasie, do tego, że się w tem chaosie najrozmaitszych przedmiotów: książek, obrazów, monet, starożytnych zabytków i rozmaitych innych pamiątek dostatecznie zoryentował, a przytem z archeologią, numizmatyką i historyą sztuki tak obeznał, iż mógł mniéj więcéj z wszystkiego, co było w zbiorach, należycie i rozsądnie zdać sprawę i pod względem fachowym miejsce konserwatora najdostateczniéj wypełniał. Szczególnie przyswoił sobie niepospolitą znajomość starych monet, wykopalisk i obrazów. Możesz się sam przekonać o tem, przeglądając zbiory numizmatyczne, okazy przedhistoryczne, przytem ryciny i karty jeograficzne, które sam uporządkował, spisał, i pojedyńczo oznaczył. O wystarczającem, a czasami delikatnem, że tak powiem, poczuciu sztuki u niego świadczyć może długi szereg pisanych do „Dziennika Poznańskiego“ odcinków, w których zręcznie, nieraz zajmująco oceniał obrazy i inne przedmioty, należące po większéj części do hr. Engeströma i wystawione na widok publiczny w pałacu Działyńskich.
Ze zbiorami Towarzystwa przechodził pan Hieronim niemałe fizyczne trudy. Wkrótce potem, gdy objął straż nad owym chaosem znajdującym się w bibliotece Raczyńskich, trzeba było pakować wszystko w kufry i kosze i wędrować do Bazaru, gdzie, częścią w pokojach, częścią pod strychem, mnożące się niemal z każdym tygodniem różnorodne przedmioty wypadało jako tako rozstawić i uporządkować.
Ztamtąd, skoro ten budynek tutaj został skończony, musiano wiele liczniejsze już zbiory znów przenosić, rozkładać, ustawiać, zawieszać, obmyślać stosowne szafy i pudła, czuwać, aby nic nie zginęło, nic się nie zarzuciło, spisywać i opisywać. Przejdź tylko galeryę, księgozbiór i inne części tego muzeum, a zrozumiesz, ile tu ponieść trzeba było roboty i kłopotu z rzeczami i ludźmi, nim wszystko doszło do jakiegokolwiek ładu. Otóż ten ład jest w znacznéj części zasługą Feldmanowskiego, chociaż przyznać należy, iż mu rady i rozporządzenia Koźmiana, jako też gorliwe kierownictwo i współdziałanie pana Engeströma znaczną były pomocą.
Z mnożącemi się latami i skutkiem może, jak czasem bywa u starych kawalerów, niewygodnego i nieregularnego życia, ociężał widocznie pan Hieronim, zdziwaczał trochę i przykrzyć sobie zaczął ludzi i rzeczy, a ponieważ i jemu stosunki dane i obowiązki ciężyć zaczęły i on niedogodnym się stawał, przyszło więc do rozłączenia. Znów zatem, opuściwszy ten dom, chwycił się pierwotnych swoich literackich zatrudnień i dusił biedę jak mógł. Gdy jednakże po niejakim czasie rozchorował się jego następca i urząd konserwatora złożył, wrócił tutaj Feldmanowski z ochotą i krzątał się znów jak mógł. Nie długo to jednak trwało. Fizyczność jego była już skołatana i wycieńczona, a w początku lipca osiemdziesiątego piątego roku uległ dwom krótko po sobie następującym porażeniom. I tak, niefortunnem zrządzeniem losu, dom ten stracił w jednym roku trzech swoich troskliwych opiekunów i zarządców, Koźmiana w kwietniu, Feldmanowskiego w lipcu, a w październiku Kanteckiego Klemensa.
Ostatniego z nich, panie Ludwiku, mało co znałem, prawie tylko z widzenia. Przypominam go sobie jako młodzika w księgarni Żupańskiego, w któréj przez czas niejaki pracował z zamiarem chwycenia się księgarskiego zawodu, a późniéj spotkałem się z nim kilka razy w tym domu, zwiedzając zbiory tutejsze. Wstrzymać się przecież nie mogę choćby od pobieżnéj tylko wzmianki o nim i powiem ci co wiem, ponieważ to także jeden z owych ludzi godnych szacunku, którzy pracą swoją i wytrwałością, bez niczyjéj pomocy, wydobył się, jak to mówią, na wierzch.
Lachesis, chwytając nitkę jego żywota, która tak krótką być miała, myślała zapewne w téj chwili o starych dziejach, bo Kantecki, jako chłopaczek ulegał już wrażeniom przeszłości, przemawiającéj do jego rychło zbudzonéj wyobraźni z murów starożytnego klasztoru w Ołoboku, zburzonego niedawno temu przez kulturo-wandalów. Chęć pisania, szczególnie pisania o dawnych czasach naszego narodu, niepokoiła go ciągle, gdy późniéj dostał się do gimnazyum ostrowskiego, gdzie niebawem odznaczył się między kolegami niepospolitą, na jego wiek, wartością wypracowań polskich i już nawet z dziennikarstwem w styczność wchodzić zaczął. Ale ta przedwczesna skłonność niefortunny miała dlań skutek; popadłszy bowiem w podejrzenie, że przesłał do „ Dziennika Poznańskiego“ jakiś dla dyrektora niepochlebny artykulik, musiał gimnazyum opuścić przed normalnem jego zakończeniem. Wypadek ten nie zachwiał jednak jego fantazyi i zaufania do sił własnych; straciwszy już od dość dawnego czasu rodziców, mało co mogąc liczyć na rodzeństwo i pokrewieństwa, stanął teraz siedemnastoletni pan Klemens całkiem samodzielnie i, wstąpiwszy do księgarni Żupańskiego, uczył się, ile mógł, czytając książki polskie, osobliwie historyczne i pisał a pisał, zarabiając sobie po większéj części tym sposobem na życie. Zasilał artykułami bądź to „Sobótkę“, wydawaną wtedy przez Leitgebra, bądź „Gazetę Wielkopolską“ i „Tygodnik Wielkopolski“, których żywot na tym świecie był niedługi, bądź też pisma lwowskie, zetknąwszy się z niemi za pośrednictwem przyjaciół swoich Bełzy i Ordona, będących wtenczas w Poznaniu. Ponieważ młodzi mają więcéj animuszu niż go się ma w późniejszych latach i nie liczą się zwykle zbyt ściśle z własnemi siłami, przeto odważył się nawet nasz początkujący literat, będąc jeszcze w Poznaniu, na monografię obszerniejszych rozmiarów i ślizgiéj treści, t. j. na życiorys i ocenienie pomysłów Savonaroli. Gdy Bełza i Ordon, wydaleni z Poznania, schronili się do Lwowa, pociągnęli wkrótce za sobą dwódziestoletniego wtenczas zaledwie Kanteckiego, który chętnie poszedł za ich przykładem. W czasie dziewięcio- czy dziesięcioletniego pobytu swego w Lwowie miał i czas i sposobność do wyrobienia się na fachowego literata i historyka. Chodził, ile znalazł czasu, na wykłady w uniwersytecie, gdzie niebawem w profesorze Liske znalazł przewodnika, a wszedłszy w ścisłe stosunki z Władysławem Łozińskim, przyczepił się najpierw do wydawanéj przez tegoż „Gazety lwowskiéj“, którą, nie mniéj jak literackie jéj dodatki, artykułami swemi zapełniał, późniéj zaś do biblioteki Ossolińskich, gdzie przez niejaki czas urząd sekretarza literackiego zajmował.
Ci, co go bliżéj znali i patrzeli się we Lwowie na niestrudzoną jego czynność, nie mogli się dość nadziwić nad tem, że pan Klemens, wątłéj budowy ciała i z przyrodzenia nerwowy, dość sił znajduje i czasu, żeby tak ciągłe, tak rozmaite i w znacznéj mierze tak nużące odbywać prace. Nie było prawie ważniejszego peryodycznego pisma w Koronie i Litwie, a przynajmniéj w Warszawie, Krakowie, Lwowie i Poznaniu, z któremby wtenczas Kantecki nie był w stosunkach, pisując dla nich rozprawy i monografie; przytem dziennikom lwowskim dostarczał hojnie artykułów belletrystycznych, krytycznych, politycznych, a nawet recenzyi teatralnych. Prócz tego nie było prawie roku, w którymby nie puścił w świat obszerniejszego i poważniejszego dzieła. Przytaczać ci tu wszystkich nie mogę, w tem mnie niechaj drugi jaki Estreicher wyręczy, ale myślę przecież, że jako młodzieniec polski, mający pretensyę do wykształcenia, zajmowałeś się trochę piśmiennictwem naszem i że przynajmniéj dowiedziałeś się ztąd lub z owąd o „Summach neapolitańskich“, o „Stanisławie Poniatowskim, kasztelanie krakowskim“, o „Studyach i szkicach historycznych“, o „Żywocie Szajnochy“, o „Dwóch Krzemieńszczanach“ i o monografiach Kanteckiego tyczących się dziejów Kurlandyi.
Otóż, jak z tytułów samych widzisz, nie skończyło się na tem, że usiadł i pisał co mu do głowy przyszło i z piórka płynęło; trzeba było, chcąc za naszych czasów puszczać się na takie pola, douczyć się tysiącznych rzeczy, szperać bez ustanku w książkach i rękopisach, przesiadywać nie tylko w bibliotece Ossolińskich, lecz i do innych księgozbiorów europejskich zaglądać. Dla tego też, mimo słabego zdrowia i nieświetnych funduszów, które pracą i oszczędnością zbierać przyszło, zwiedził Kantecki prócz pobliskiego Krakowa i Wiednia, także Warszawę, Drezno, Berlin, Petersburg, Mitawę i Rygę, siedząc w tych miastach krócéj lub dłużéj i wracając do niektórych kilkakrotnie, aby obejrzeć się w publicznych bibliotekach, poszukiwać rękópisów, notować i wypisywać co się tylko dało i ważniejszem zdawać mogło.
To też powiodło mu się zebrać stosy zapisków najrozmaitszych, tyczących się dziejów naszego narodu, między któremi było dużo rzeczy dotychczas nieznanych. Służyły mu poniekąd za studnię, z któréj czerpał pisząc swe rozprawy; po jego śmierci zostały bez użytku, bo on tylko znaleźć się w nich potrafił.
Klemens Kantecki, jak to jego prace okazują, obdarzony był zapałem do piśmiennictwa naukowego i miał wrodzony pociąg do dziejów, ale, zszedłszy tak młodo z tego świata, nie miał jeszcze czasu ostygnąć trochę i przetrawić należycie zapasu wiadomości, które bez przestanku tak żarliwie, częstokroć dorywczo, gromadził; ponieważ i wyobraźnia u niego silnie działała, przeto dawał się czasem unieść swéj, że tak powiem, subjektywności w pojmowaniu i przedstawianiu ludzi i rzeczy, co nawet sam uznawał; w wielu jednak razach potrafił uchwycić swój przedmiot z należytéj strony, osobliwie w powtórnem wydaniu Poniatowskiego, w Summach neapolitańskich i niektórych rozprawach tyczących się Kurlandyi.
Gdyby się był doczekał późniejszego wieku, byłby niezawodnie zajął wybitne stanowisko w dziejopisarstwie naszem. O piękność formy dbał nie mniéj jak o dokładność treści i jego główniejsze płody odznaczają się udatnem, w wielu miejscach ozdobnem wysłowieniem.
Nie dziw, panie Ludwiku, iż tak bez przerwy natężona praca, wśród niewygód i kłopotów materyalnych towarzyszących u nas zawodowi literackiemu, musiała wcześnie znękać już i tak słabowity i nerwowy organizm; a że przystąpiło jeszcze silne przeziębienie, któremu popadł podczas zimowego pobytu w Dreźnie, były ostatnie lata życia Klemensa Kanteckiego nieprzerwanem pasmem cierpień. Gdy tu wrócił do Poznania i objął posadę konserwatora, od pierwszéj chwili wyczytać było można z jego wychudłéj postaci, bladéj, cierpiącéj twarzy, z wraźliwych ócz i niepewnego chodu jak ciężką duch jego toczy walkę z ciałem. Mimo to pracował ciągle, szperał i pisał. Ostatnim tu jego wysiłkom pisarskim winniśmy piękny Życiorys księdza Aleksego Prusinowskiego oraz rozprawę O staroście brańskim. Przytem, ile sił starczyło, miejscowe swoje obowiązki wypełniał i w znacznéj części rozwiązał mozolne i męczące zadanie uporządkowania i skatalogowania księgozbioru Towarzystwa. Wreszcie, przed czterema laty, gdy nie tylko ciało bezwładnem niemal się stało, ale i umysł cierpieć zaczął, złożyć ów męczennik musiał broń przed siłą choroby; ustąpił z urzędu, szukał ratunku na wsi w Galicyi, u rodziców żony, a nawet w południowéj Słowiańszczyźnie, u przyjaciela swego, doktora Rajskiego; za późno to już było i z powrotem do kraju umarł w trzydziestym piątym roku życia.
Ileż ja to razy, panie Ludwiku, ze smutkiem, a częstokroć z głęboką boleścią żegnać musiałem takich, których śmierć bezlitośna wyrwała z kółka mych bliskich lub najbliższych, gdy życie ich było pączkiem jeszcze lub kwiatem w rozwoju! Otóż, spojrzyj tylko na drugą stronę; naprzeciwko domu Towarzystwa Przyjaciół Nauk, przed którym stoimy, widzisz nie wielką jednopiętrową kamieniczkę, jednę z najstarszych na téj ulicy. Tam także, przed blisko trzydziestu laty, na pierwszem piętrze, rozstał się z tym światem młody człowiek, młodszy nawet od Klemensa Kanteckiego, na samym niemal wstępie rozpoczętego pomyślnie zawodu i w pierwszych chwilach szczęśliwego małżeństwa. Leopolda Köhlera znałem już jako kilkoletniego chłopczyka, bo go matka raz i drugi do méj babki przyprowadziła, aby jéj to pierwsze swoje dziecko pokazać. Tę samą twarz okrągłą, ożywioną, wesołem zawsze spojrzeniem i szczerze dobrodusznym uśmiechem, którą, chłopczykiem będąc, sympatyczne sprawiał wrażenie, zachował Köhler mało co zmienioną aż do końca życia. Późniéj widywałem go czasami jako ucznia chodzącego do gimnazyum Maryi Magdaleny, a gdy potem dorósłszy i skończywszy studya uniwersyteckie, odbył rok próby przy gimnazyum i powołanym został do kolegium nauczycielskiego Szkoły realnéj tutejszéj, ponowiliśmy dawną znajomość i weszliśmy niebawem w bardzo bliskie z sobą stosunki. Szczęśliwem go natura obdarzyła usposobieniem; świat wyglądał mu różowo; zaspokoiwszy zwłaszcza szczery pociąg serca upragnionem małżeństwem, zadowolony z położenia swego i zatrudnienia, dalekim był od zakwaszania sobie życia pretensyami i draźliwością miłości własnéj, co teraz tak częste u młodych. Nie trudno mu przyszło od samego początku pracy nauczycielskiéj pozyskać, łatwem i ujmującem obejściem, przyjazne chęci kolegów, nawet obcokrajowców, a roztropnem, choć pobłażliwem postępowaniem zapewnić sobie przywiązanie uczniów.
Pamiętam, że mi raz opowiadał, jak mu tak dobrze i swobodnie z tymi sekstanerkami i kwintanerkami, których trapił łaciną i z którymi naśmiał się czasem i pożartował, aby im osłodzić szkaradną gramatykę. Po za szkołą także wesoły, żwawy i życzliwy Leopold był wszędzie lubiony, gdzie go tylko znano. Zdolności jego, usposobienie, okoliczności, wśród których żyć i działać zaczął, zdawały się rokować mu przyszłość pogodną dla niego, pożyteczną dla społeczeństwa naszego; ale cóż są nadzieje ludzkie! Miał zaledwie lat trzydzieści trzy, gdyśmy go ztamtąd wywieźli na cmentarz Śto Marciński. Idąc za jego trumną przypomniałem sobie z żalem owego małego chłopczyka o wesołych oczkach, kiedym go pierwszy raz widział i niektóre osoby z jego najbliższéj rodziny, znane mi dawnemi czasy; matkę, gdy jeszcze panną była, jéj piękną, miłą twarz i niezwykłą łagodność; szczególnie babkę, panię Brenneslową, zaprzyjaźnioną z moją babką od lat najmłodszych. Pamiętam ją już w podeszłym wieku będącą, wysokiéj postaci, o powolnych ruchach, z twarzą znacznie bladą, mającą wyraz cierpienia, którego nawet uśmiech nie zacierał. Podobno w życiu swojem dużo złego przeszła; wiem tylko, że pochodziła z zamożnéj i znakomitéj niegdyś rodziny Lipskich, o któréj antenatach niech ci tam pan Teodor Żychliński opowie, i była siostrą rodzoną pana Lipskiego z Ludom, a przyrodnią pana rotmistrza Lipskiego. Pana z Ludom oznaczano przydomkiem owczarza, był bowiem pierwszym, który w naszych stronach pomyślał o konieczności ulepszenia rasy owiec, celem podniesienia gospodarstwa. Nie tylko pomyślał, lecz z wielkim mozołem i kosztem doprowadził do tego, że pewna część jego owczarni, pod względem doskonałości wełny, nie miała równéj w WKsięstwie, a nawet daleko poza jego granicą i że barany ludomskie w Wrocławiu i Berlinie za najlepsze z wszystkich zkądinąd na jarmarki zwożonych uznane zostały.
Jeśli kiedy zwiedzisz w Poczdamie zamek królewski Friedrichskron, który dawniéj zwano Nowym pałacem, zobaczysz może jeszcze w jednéj z dolnych sal wiszące szklanne pudło, w którem się mieści wyborowe runo ludomskiego barana. Ofiarował je, jako okaz nadzwyczajny, pan Lipski królowi Fryderykowi Wilhelmowi III; widziałem je tam przed pół wiekiem przeszło. Przykład Lipskiego podziałał korzystnie na innych; zajęto się niebawem gorliwie po wsiach ulepszaniem gatunku owiec i wielu świetnie na tem wychodziło, nim Ameryka i Australia zapychać zaczęły swoją wełną targi europejskie. Sam pan Lipski zjednał sobie rozgłos, ale finansowych tryumfów nie odniósł. Mówiono mi w owych czasach, że owczarnia jego liczy wprawdzie jednostki z wełną rzadkiéj piękności, ale że takich wyjątkowych przedstawicieli owczego rodu jest w niéj szczupła tylko gromadka, podczas gdy resztę stanowi zwyczajna plebs polska.
Przytem zdaje się, że reszta gospodarstwa nie była do tonu owczarni dostrojona; dość, że po tylu a tylu latach wypadek poszedł w minusy, a piękne Ludomy w niemieckie ręce. Tego pana Lipskiego nie znałem osobiście, ale go nieraz widziałem tutaj na ulicy i pamiętam, że chodził zwykle w czamarze i polską swoją fizyonomię nakrywał wysoką konfederatką. Pana rotmistrza Józefa Lipskiego znałem, będąc małym chłopcem, bo za kawalerskich swoich czasów, które bardzo długo trwały, odwiedzał nieraz moją babkę i rodziców. Wysoki, dobréj tuszy i żwawy w ruchach zdradzał postawą, osobliwie gdy szedł lub stanął, wysłużonego żołnierza; całą bowiem młodość przepędził w wojsku pruskiem. Nie tylko przypominam sobie jego uprzejmość, lecz wiem od takich co go bliżéj znali, iż na prawość i dobroć serca pana rotmistrza liczyć było można, mniéj jednak na biegłość w gospodarskich sprawach i zarządzie majątku, któréj w służbie wojskowéj nabyć nie mógł. Nie stracił jednak wszystkich dóbr po antenatach odziedziczonych i dość znaczną fortunę jedynaczce córce pozostawił.
Przy owym domku, w którym Leopold Köhler życie zakończył, spotkaliśmy się z sobą, panie Ludwiku, jak niezawodnie pamiętasz, latem tego roku. Okoliczność była znów smutna, bardzo smutna. Ze stojącéj tuż obok kamienicy wynoszono, w połowie lipca, trumnę Władysława Wierzbińskiego. Przed piędziesięciu trzema, czy czterema laty, patrzałem się niemal na jego kolebkę. Bywając wtenczas u bardzo bliskich mi osób, mieszkających przy Wodnéj ulicy, na rogu Ślósarskiéj w domu zwanym Bergera, widywałem, zaraz naprzeciwko, chodzące po pokoju lub siedzące w oknach dawniejszéj Krakowskiéj oberży dwie panie i dwie małe dziewczynki. Jedna z owych pań, dość młoda jeszcze, była cierpiąca i, jak z wychudłéj i wybladłéj twarzy wnosiliśmy, walczyła z piersiową chorobą; czasami przybiegał do niéj trzy czy czteroletni chłopczyk z wesołą minką. Otóż ten chłopczyk był Władyś Wierzbiński, chora pani, jego matka, owa druga zaś, panna Franciszka Zakrzewska. Przywieziono wtedy panię Wierzbińską, już wdowę, do Poznania, aby rady lekarzy zasięgnąć i jéj zdrowie poratować, lecz starania były daremne i wkrótce potem umarła, a panna Franciszka zajęła miejsce matki i z rzadką wytrwałością i odwagą, wśród bardzo uciążliwych okoliczności, zajmowała się wychowaniem czterech sierot; bo Władysław miał jeszcze starszego brata, Stanisława. Przyszedł jéj w pomoc, po roku czterdziestym, brat jéj Adam Zakrzewski, wróciwszy z emigracyi, która go po listopadowem powstaniu przeszło lat dziesięć, po większéj części we Francyi i Belgii, trzymała. Nieznane mi są pierwotne dzieje pana Adama, nigdy go o to niepytałem, ale wszedłszy z nim w bliższą znajomość, czterdziestego pierwszego roku, widywałem się z nim często i bardzo chętnie przebywałem w jego towarzystwie. Miał wtedy czterdzieści kilka lat; więcéj niż średniego wzrostu, dość otyły, z szeroką bladawą twarzą, opasaną na okół wielkiemi czarnemi piesakami, był bardzo sympatycznym pojawem starego kawalera, spokojnego i łagodnego, a że się okazywał łatwym w pożyciu i przy danéj sposobności uczynnym, znalazł tutaj wkrótce wielu przyjaciół w mieście i na prowincyi. Tak on, jak osobliwie siostra jego, osoba wielkiéj roztropności i poświęcenia, wywiązali się najzupełniéj z trudnego obowiązku zastąpienia rodziców małoletnim. Owe dwie dziewczynki, które nieraz siedziały smutnie w oknach Krakowskiéj oberzy, widziałem potem jako dorosłe i udatne panny na sali bazarowéj i obiedwie młodo wyszły za mąż za dwóch braci Brezów; a ten mały Władyś przerąbał się szczęśliwie do sekundy gimnazyum Maryi Magdaleny, gdy wybuchła zawierucha czterdziestego ósmego roku. Przybył wtenczas, jak ci niedawno temu opowiadałem, do Poznania ów legion akademicki z Berlina, a na jego widok rozbudził się w siedemnastoletnim Władysławie Wierzbińskim animusz patryotyczno-wojenny; rzucił w kąt Cycerona, przypasał szabelkę, wsadził na głowę konfederatkę z dwubarwnem piórkiem i ruszył z legionem pod Pogrzybowo, a potem za swoją imprezę pokutował wraz z innymi w Kistrzynie.
Tym krótkim epizodem żołnierskiego życia niedał się jednak Wierzbiński spędzić z prostéj drogi; rozsądek wziął u niego górę nad fantazyą; wrócił do szkół, a ukończywszy je szczęśliwie w gimnazyum Magdaleny i odbywszy triennium prawnicze na uniwersytecie berlińskim, rozpoczął w Poznaniu praktykę sądową. Poznałem go, gdy do szkół jeszcze chodził, późniéj spotykałem nieraz, gdy referendaryuszował, a nawet, sześdziesiątego drugiego roku, miałem go bardzo blisko siebie, bo sprowadził się do tego domu, w którym mieszkałem, na rogu Fryderykowskiéj i Lipowéj ulicy.
Możesz sobie, panie Ludwiku, wystawić moje osłupienie, gdy pewnego wieczora wpadła mi do pokoju służąca z krzykiem, że pana Wierzbińskiego przywieźli zabitego. Widziałem go był dzień przedtem zdrowego i żwawego; zbiegłem natychmiast na dół do jego mieszkania; zastałem młodą żonę w desperacyi, a doktora Mateckiego złowrogo kiwającego głową. Przypadkiem na polowaniu flinta, nieostrożnie trzymana, komuś puściła i cały nabój, strzaskawszy jedno czy dwa żebra, utkwił Wierzbińskiemu w dolnéj części piersiowéj klatki, nadwerężając płuca. Dość długi czas trwała walka życia ze śmiercią, ale wreszcie silny organizm odniósł zwycięztwo i Władysław Wierzbiński odzyskał powoli zdrowie, chociaż ten wypadek nie pozostał bez skutków, jak się to w późniejszem życiu i w ostatniéj jego chorobie okazało. Gdy nadszedł potem rok sześdziesiąty trzeci, nie mógł, mimo najszczerszéj chęci, zaledwo będąc wyleczonym, ruszyć na pole walki za Taczanowskim, Niegolewskim, za bratem swoim Stanisławem i wielu innymi, lecz przystąpiwszy w miejscu do organizacyi i mianowany komisarzem wojskowym przez rząd narodowy, zajmował się bardzo czynnie ściąganiem oddziałów i obmyślaniem środków do zasilania ruchów powstańczych. Nie uszło to baczności tutejszéj policyi; Wierzbiński schwytany i wywieziony, po całym roku kaźni w Hausvogtei i Moabicie, potrafił się uwolnić od wszelkiéj odpowiedzialności, a wróciwszy do Poznania, wystąpił z służby sądowéj i odtąd aż do śmierci poświęcał czas swój i siły wyłącznie służbie narodowéj. Wykonywał ją głównie w dwóch kierunkach, jako poseł i jako dziennikarz.
Od roku sześdziesiątego ósmego, prawie bez przerwy, zasiadał w izbie poselskiéj i potrafił, przez długoletnie doświadczenie, jako też przez usposobienie spokojne i przyjacielskie, zawsze prostą idąc drogą, bez osobistych widoków i pobocznych względzików, zapewnić sobie życzliwość i zaufanie wszystkich w Kole polskiem, które go, krótko przed jego śmiercią, przewodniczącym wybrało, na co jednak w skromności swojéj nie przystał. Nie mniejsze poważanie zjednał sobie u kolegów Niemców przez osobiste stosunki i występy publiczne. Ile razy bowiem przypadło mu odzywać się z mównicy, bądź to w sprawach administracyjnych dotyczących prowincyi, bądź też, wiele częściéj jeszcze, w obronie praw naszych i potrzeb lub wyświeceniu krzywd nam wyrządzonych, wywiązał się Wierzbiński z zadania swego zawsze w sposób stosowny i z odpowiednią godnością. Nie był on świetnym mówcą, działającym fantazyą i retoryką, ale co powiedział, odznaczało się rozsądkiem i jasnem pojęciem; rzeczy a gdy przedmiot gorące jego poczucie patryotyczne poruszył, natenczas w zapałach swoich, wyrzutach i oburzeniach stawał się wymownym i nie małe sprawiał wrażenie, jak ci to poświadczy każdy, który słyszał lub czytał choćby tylko jednę jego mowę z siedemdziesiątego szóstego roku z powodu wniosków o języku urzędowym.
W ścisłym związku z jego czynnością poselską była opieka nad wyborami, którą również bez przerwy od sześdziesiątego ósmego roku wykonywał, z początku jako sekretarz komitetu prowincyalnego wyborczego, a w ostatnich czasach jako przewodniczący.
W czasie, gdy wolnym był od obowiązków poselskich, zajmował w Poznaniu miejsce współpracownika i poniekąd współredaktora „Dziennika Poznańskiego“ stale od lat siedemnastu. Widziałem go tam nieraz na Podgórnéj ulicy nad stósem gazet piszącego zawzięcie; ile zaś był pożytecznym w redakcyi nie tylko pracą, ale i radą, zastępstwem, gdy było potrzeba i wpływem osobistym na publiczność, o tem najlepiéj powiedzieć ci może p. Dobrowolski, który całe lat dziesiątki pozostawał z nim w zgodnem koleżeństwie i ścisłéj przyjaźni. Wszakże pod tym względem nie był pan Franciszek wyjątkiem; wszyscy, którzy się do Władysia, jak go zwykle nazywano, mniéj lub więcéj zbliżyli, byli dla niego szczerze życzliwi. Nieprzyjaciół nie miał, a każdy ze znajomych już zdaleka chętnie i z uśmiechem wyciągał ku niemu rękę; liczono go bowiem do tych nie zbyt wielu, którzy tak nastrojem umysłu jako i zewnętrznym wyglądem pociągają ku sobie. Mamy wszyscy jeszcze w świeżéj pamięci jego postać zgrabną, chociaż trochę ku jednéj stronie nagiętą, nieobraną jeszcze z pozorów młodości, osobliwie zaś twarz miłą i łagodną, ostatniemi czasy często smutkiem zamgloną, bo ciężkie i w publicznem i prywatnem życiu przebywać nieraz musiał kłopoty, i wszyscyśmy cenili w Władysławie Wierzbińskim gorący patryotyzm, stałość przekonań obok wielkiéj wyrozumiałości dla innych, usłużność w publicznych i prywatnych sprawach, przytem, w stosunkach towarzyskich, szczerość myśli i słowa i równą dla każdego uprzejmość.
Z początkiem przyszłego roku Koło sejmowe polskie pierwszy raz, po dwudziestu latach, rozpocznie bez niego swoje obrady i z żalem dawniejsi jego koledzy spoglądać będą na opróżnione miejsce, które tak długo między nimi zajmował i zkąd, wśród rozpraw i zdań sprzecznych, odzywało się nieraz trafne i słuszne, a zawsze godność narodową warujące słowo. Brat jego Stanisław, przebywszy szczęśliwie rozmaite losu koleje jako dowódzca jednego z oddziałów w powstaniu z sześdziesiątego trzeciego roku, ściągnięty późniéj do landwery pruskiéj, w któréj zajmował stopień porucznika, zginął pod Belfortem we Francyi siedmdziesiątego pierwszego roku, a wuja obudwóch, Adama Zakrzewskiego, już przeszło lat trzydzieści pięć temu złożyliśmy na dawniejszym cmentarzu farnym do grobu, który bluszczem porosły, kamiennym krzyżem oznaczony dziś jeszcze widzieć tam możesz.
Zrobił mi pan Adam kiedyś wielką przysługę. Gdy się czterdziestego drugiego roku z nim żegnałem, jadąc za granicę, rzekł do mnie: „Jeśli o Brukselę zawadzisz, to ci służę listami, które ci się przydadzą.“ I nazajutrz przyniósł mi sam dwa listy, jeden do doktora Grużewskiego, swego przyjaciela, drugi do Lelewela. Szczerze mu podziękowałem za jego uczynność, lecz co do Lelewela wyraziłem pewną obawę, czy tak mało znacząca i ledwo pierwszym wąsem obdarzona istota jak ja może się narzucać takiemu człowiekowi, którego w méj wyobraźni niezwykły jakiś naukowy i dziejowy nimbus otaczał. Rozśmiał się Zakrzewski i zaręczył, że Lelewel w stosunkach z ludźmi bez żadnych jest przydatków, a chociaż czasem trochę podejrzliwy, za jego poleceniem dobrze mnie przyjmie. Potwierdził mi to, gdy przybyłem do Brukseli, doktor Grużewski, do którego najpierw poszedłem.
Był to człowiek wtenczas trzydzieści kilka lat mający, wysoki, przystojny, bardzo przyzwoity, który, na wychodźtwie nie marnując czasu, studya medyczne rozpoczęte w Warszawie ukończywszy w Brukseli, wyrobił sobie taką praktykę, że mógł się zupełnie dogodnie utrzymać, mając zwłaszcza stałą posadę przy jednym z głównych lazaretów miejskich. Słyszałem kiedyś późniéj, że w Belgii nie pozostał i do Warszawy wrócił. Opowiadano mi też o nim trochę romantyczne zdarzenie, za którego prawdę ci jednak nie zaręczam. Otóż w lazarecie brukselskim, w którym praktykował Grużewski, pełniły posługę szaretki, czy też inne siostry zakonne jedna z nich, nowicyat odbywająca, młoda i ładna, wzruszyła sentyment doktora, a spotykając się z nim codziennie przy łóżkach chorych, sama wzruszenia jego podzielać zaczęła. Przyszło nareszcie do porozumienia; nowicyuszka miała wrócić do rodziców i zostać żoną doktora. Nim jednak jeszcze wystąpiła, nadeszło jakieś święto; siostry dzień przedtem stroiły ołtarz w kościele, a owa nowicyuszka, wszedłszy na drabinę, aby nad obrazem wieńce z kwiatów zawiesić, spadła z niéj i złamała nogę. Uważając to za karę i przestrogę z góry, złożyła, wyleczywszy się, śluby zakonne.
Co się tyczy moich odwiedzin u Lelewela, opowiedziałem je dawnemi czasy Pafnucemu Dygasińskiemu, staremu przyjacielowi, do któregom pisywał, ale ponieważ to rzecz zapomniana, a ty, panie Ludwiku, bodaj wtenczas żyłeś, przeto ci o nich wspomnę kilku słowami, ile jeszcze pamiętam.
Wyszedłszy od Grużewskiego znalazłem nareszcie, po wielu pytaniach, wskazaną mi przez niego Rue du chène, jako też dom wązki, bardzo niepozorny, na którym był szyld z napisem: Estaminet de Varsovie, ponieważ dolne pokoje zajmowała skromna piwiarnia z bilardem. Po dość ciemnych schodach dostałem się do sionki drugiego piętra i tam na jedynych drzwiach odczytałem białą kredą wystylizowane: On entre sans frapper. Posłuszny téj wskazówce otworzyłem drzwi i wszedłem; ale skoro, rzutem oka izbę całą przebiegłszy, mieszkańca jéj spostrzegłem, zdało mi się, iż na dole pytania mego niezrozumiano i do innéj posłano mnie osoby. Cofając się zatem chciałem już za śmiałość moją przeprosić siwego mężczyznę zajętego ustawianiem starych butów przy ścianie, gdy służąca, która szła za mną, wywiodła mnie z kłopotu mówiąc: mais voilà Mr. Lelewel que vous cherchez. A więc istotnie człowiek ten, który stał przedemną i niedowierzającem okiem bystro na mnie spoglądał, był ów Lelewel, o którym tyle słyszałem i czytałem, który w niefortunnych kolejach narodu naszego tak ważną odegrał rolę, którego jeszcze znaczna część Polaków w kraju i w emigracyi jakby wyrocznię szanuje!
Tak go sobie nie wystawiałem, a chociaż na słów kilka, które po polsku doń przemówiłem przedstawiając mą osobę i listy mi powierzone, po polsku odpowiedział i chociaż, gdy się twarzy lepiéj przypatrzyłem, przypomniały mi się niektóre jego rysy z wizerunków znane, nie mógłem jeszcze przez chwilę oczom moim wierzyć. Spotkawszy go bowiem na ulicy lub gdzieindziéj, byłbyś go, panie Ludwiku, wziął niezawodnie za starego schorzałego wyrębnika, nie zaś za znanego wszystkim uczonego, członka rządu narodowego, osobę historyczną. Miał on wtenczas lat blisko piędziesiąt siedem, ale wyglądał na wiele więcéj; modra bluza płócienna, jak ją tam na zachodzie prosty lud nosi, wytarta i podarta była zwykłym jego ubiorem; ciało jego wychudłe było wtenczas na lewy bok zgięte reumatycznem cierpieniem, którego się nabawił wędrując do jednego ze znajomych kilka mil pieszo w szkaradną pogodę; policzki wpadłe, cera blada i zżółkła, twarz i czoło zmarszczkami myśli i cierpień zorane; ale oko duże, żywe, bystre i wyraziste, piętno czynności ducha w rysach wybite nadawały całéj téj postaci biedaka z rozczochranemi włosami pewną godność i szlachetność.
Pokoik, w którym mieszkał był nie wielki, a gruba rura żelazna, od pieców pierwszego piętra, przechodziła z dołu do góry przez sam jego środek; ściany wapnem pobielane, dość brudne i bez żadnych ozdób. Przy jednem oknie, na lewo stała szafa z książkami, w środku trzy stoły pełne papierów, starych pieniążków, odcisków numizmatycznych i narzędzi do rytowania; daléj biurko jakieś odwieczne; po prawéj stronie biedne łóżko flanelowym kocem pokryte, za niem znów stół z księgami, a daléj kilka w ścianę wmurowanych desek zapchanych także książkami i szpargałami; prócz tego pięć czy sześć słomą wyplatanych prostych krzeseł, otóż wszystko co tam widziałem.
Przebiegłszy doręczone mu listy, wdał się ze mną Lelewel w rozmowę, wypytywał o Księstwo, o Zakrzewskiego i Żupańskiego, rozweselił się w ciągu mowy, śmiał się nawet szczerze opowiadając o Brukseli, o Belgijczykach, to i owo zdarzenie z swego życia, a wyrazom jego płynnym i szybkim towarzyszyła ciągła gra wielkich ócz i rysów twarzy. Spostrzegłem zaraz, co mi już Zakrzewski był powiedział, że łatwo go wprowadzić można w dobry humor, któremu się chętnie oddaje, byle pewne osoby i wypadki poruszyć; prócz tego zaś przekonałem się o jego specyalnéj uczoności, bo, gdy mu dałem łacińską rozprawę z pola mitologii rzymskiéj, którą tam na uniwersytecie napisałem, rzuciwszy okiem na jednę i drugą stronnicę, począł prawić o niektórych szczegółach i pisarzach dotyczących tego przedmiotu z gruntowną znajomością rzeczy, chociaż mu może od lat kilkudziesięciu mitologia nie postała w głowie. Nazajutrz przyszedł do mnie do oberzy, żeby mi, jak to mówią, oddać rewizytę, a wystaw sobie, panie Ludwiku, ponieważ ja u niego byłem we fraku, przyszedł także we fraku swoim odwiecznym. Był tak łaskaw przyjąć śniadanie, do którego się właśnie zabierałem, siedział godzinę przeszło i rozpowiadał dużo o różnych emigracyjnych stosunkach, z których był niezadowolony, o kilku przygodach i zajściach, które miał bądź ze swymi, bądź z obcymi, narzekając na wzajemną niewiarę i niesmaki panujące między wychodźcami i na nieuczciwe postępki niektórych osób. Przykro mi było słuchać, gdy mówił, że już stary i chory, iż czuje jak władze jego umysłowe coraz bardziéj tępieją, że wzrok i pamięć traci i łatwość w pracowaniu, a pracować musi, żeby żyć.
Ku wieczorowi poszliśmy do niego z Grużewskim. Był nadzwyczaj wesół i krotofilny, opowiadał rozmaite anegdotki i dykteryjki z czasów swéj młodości, aż przypadkiem Grużewski o Skrzyneckiego potrącił. Wzdrygnął się wtedy starzec, zachmurzyło mu się czoło i niesmak z twarzy jego można było wyczytać, gdy tą wzmianką naprowadzony zaczął rozpominać niektóre zatargi w rządzie narodowym, swe własne ze Skrzyneckim zajścia i ostatnie tegoż postępki w Belgii. Gdyśmy wreszcie chcieli odchodzić, wezwał nas, abyśmy zostali na herbacie; pobiegł sam po wodę, po ciastka do bliskiego piekarza i zaczął się krzątać potem, zapaliwszy spirytus pod blaszanym kociołkiem, koło filiżanek i tłuczenia cukru. Byłbym wolał w téj chwili być gdzieś daleko, a nie w jego pokoju i mieć głód, niż jeść owe ciastka; ciężko on bowiem zapracował, wśród niemałych niewygód, na tego franka, którego wydał.
Nie jestem sentymentalnym, panie Ludwiku, ale przyznam ci, że mi się mięko zrobiło, gdym patrzał na tego Lelewela, na jego odzież, na jego pokój. Ten starzec zwątlony, styrawszy swoje życie wśród pracy, trosk i nieszczęść, w wieku, w którym zwykle inni wypoczywają wygodnie po trudach lat młodzieńczych i dojrzałych, ciężko pracować musiał odczytując zatarte na pieniążkach napisy, wyblakłe pergaminy, szperając w starych księgach, tworząc zawiłe historyczne kombinacye i domysły, pracując tak za innych, którzy mu robotę nadsyłali, a i ta sucha, trudna i mozolna praca zaledwie mu wystarczała na biedne utrzymanie, w tych latach, w których mu Żupański nie przyszedł w pomoc, płacąc honoraria. Stołował się, jak mi mówił Grużewski, za pół franka, nie jedząc, prócz obiadu, prawie nic przez dzień cały; w piecu palił sobie tylko, gdy mu szyby zamarzły, siedząc w dni zimne zwykle starym płaszczem owinięty, świeczki zaś wieczorami nie objaśniał, aby mu dłużéj trwała; słowem odmawiał sobie najzwyczajniejszych wygód i potrzeb, nawet ubiór sam łatał i naprawiał, aby starczyć lichym zarobkiem z naukowéj pracy, którego znaczną część pochłaniały frankowanie korespondencyi z uczonymi i ziomkami, jako też jałmużny.

Mimo bowiem ubóstwa swego dawał ile mógł żebrzącym u niego aż nadto często wychodźcom, a nieraz bezsumienni lub oszusty wyłudzali od niego po kilka franków. On sam wsparcia lub podarunków ani od swoich, ani od obcych nigdy przyjąć nie chciał. O swoich mówił: „niech kupują moje dzieła, jeśli mi chcą dopomódz!“ a Żupańskiemu śmiesznie nisko taksował swoje rękopisy, powierzając mu ich wydawnictwo. W początkach przysyłano mu dość często pieniądze lub zapomóżki innego rodzaju, wszystko jednak z gniewem odpychał. Wieloletniemu przyjacielowi, deputowanemu Gendebien, odesłał natychmiast, z energicznym listem, furę węgli, którą mu tenże z kopalni swoich był przysłał; tylko jednego podstępu niezmiarkował, to jest owéj rury od podłogi do posowy przez jego pokój przechodzącéj, któréj przeprowadzenia, w skutek umowy z Gendebienem, gospodarz domu stanowczo od niego żądał, a która miała na celu jakie takie ogrzewanie jego izby. W Brukseli znali go niemal wszyscy, od ministrów do wyrobników, i gdzie się pokazał witano z szacunkiem wychudłego starca, mimo staréj jego bluzy i wytartéj czapki.
Ale czas nam, panie Ludwiku, wrócić z Brukseli do Poznania i pożegnać Górno-Młyńską ulicę. Dość już długo tu bawiliśmy, chodźmy daléj. Mamy, jak widzisz, Plac Królewski przed sobą, a ten jego wielki dom, narożny z Młyńską, stawia mi znów przed oczy dawną znajomość. Należał ów dom, kilka lat temu, do Henryka Berendesa, którego osobistość zostawiła miłe po sobie wspomnienie w niejednem kółku tutejszego społeczeństwa polskiego, chociaż w mieście naszem spędził tylko ostatnich lat kilkanaście swego życia. Ja go pamiętam, gdy będąc jeszcze chłopczykiem, uczył się w szkole realnéj międzyrzeckiéj. Mały ten jasnowłosy jegomość należał wtenczas, a było to roku czterdziestego pierwszego, do niezwykle ruchliwych istot, których pomysły i figle nieraz w całem miasteczku wrażenie sprawiały. Jakie późniéj były jego losy, tego ci szczegółowo opowiedzieć nie mogę, bo usunął się całkiem z mego widnokregu; wszakże kiedyś tam, usłyszawszy w towarzystwie wymienione jego nazwisko, gdym zapytał, co się z nim dzieje, dowiedziałem się, że żyw i zdrów, że czterdziestego ósmego roku przebywszy szczęśliwie ruchawkę, chwycił się gorliwie gospodarstwa, ożenił się ze znaną mi ładną blondynką i osiadł w Królestwie. Wiele lat potem spotkałem się z nim tutaj, niewiem już gdzie; sam mi się przypomniał, bo go naturalnie niepoznałem. Wyglądał już poważnie, a nawet, gdy był spokojny i zamyślony, dostrzegłem na jego twarzy pewien wyraz cierpienia; lecz skoro się ożywił, przypomniał mi jego uśmiech wesołego niegdyś kwartanerka.
Mówił mi, że, sprzedawszy posiadłość swoją tak i z innych powodów, jak i szczególnie dla nadwątlonego zdrowia i tęsknoty za kątem rodzinnym, postanowił osiedlić się w Poznaniu. Tutaj między nami, żyjąc skromnie i spokojnie, starał się być pożytecznym gdzie mógł i jak mógł. Czynny miał udział w rozmaitych naszych wspólnych robotach; zajmował się, ile mi wiadomo, gorliwie sprawami Koła towarzyskiego, do którego dyrekcyi należał, a będąc szczerze religijnych przekonań i przystąpiwszy z wszelką gotowością do zarządu kościoła Śto-Marcińskiego, przyłożył się niemało do odnowienia i upiększenia tego domu bożego.
Najlepszym chęciom, które miał, aby się przysłużyć ogółowi i pracować na jego korzyść, nie zawsze starczyło zdrowie. Ostatniemi laty widać było po nim, na pierwszy rzut oka, stan chorobliwy, któremu organizm, chociaż w sile wieku, oprzeć się nie zdołał. Z żalem wywieźli go z tego domu na miejsce wiecznego spoczynku liczni znajomi i przyjaciele, uznając, że spółeczeństwo nasze straciło znowu zacnego obywatela i szczerego patryotę.
Weszliśmy więc już na Plac Królewski, panie Ludwiku; całkiem inaczéj on obecnie wygląda niż dawnemi czasy, kiedy tu chłopcy całemi dniami bawili się w ekstrę albo palanta, gry prawie już nieznane ich teraźniejszym następcom. Przed trzydziestym rokiem, a jeszcze dość długo późniéj, było tu puste miejsce, brzegami tu i owdzie trochę brukowane, w środku porosłe zielskiem i trawą, poprzerzynaną ścieszkami w rozmaitych kierunkach; gdzie niegdzie znalazł się krzaczek, topól lub akacya. Naokół stały po większéj części płoty sąsiednich podwórz i ogrodów. Z domów pamiętam wtenczas cztery, które podobno już za pierwszych Prusaków stawiono. Jeden z nich długi, jednopiętrowy, ciemnoczerwoną farbą pomalowany, ciągnął się od owéj kamienicy Berendesa, która dopiero po czterdziestym roku powstała, do rogu Teatralnéj ulicy. Teraźniejsze właścicielki kazały go przed paru laty przebudować i zamieniły na okazałą trzypiętrową kamienicę. Drugim był ów mały budynek tworzący róg Fryderykowskiéj i Dolno-Młyńskiéj ulicy, w którym od najdawniejszych czasów mieściły się dekoracye i przybory teatralne, jako też i sikawki miejskie. Ten budynek pozostał niezmieniony, z wyjątkiem, że mu ku placowi zwróconą główną bramę zamurowano i umieszczone nad nią popiersie Minerwy zrzucono. Trzeci zachował zupełnie swój kształt i pozór pierwotny; jest to owa długa ciągnąca się do Królewskiéj ulicy kamienica o jednem piętrze, któréj róg zowie się Orlim rogiem od przyczepionego doń dawnemi już czasy niezbyt kształtnego pruskiego orła. Naprzeciw niéj tworzył drugi róg Królewskiéj ulicy, jeszcze przed rokiem, dworek murowany, kiedyś Liedkiego, który teraz, jak widzisz, na obszerny i wysoki budynek zamieniono. Dworek ten miał pierwotnie wielki ogród, w którym późniéj założono restauracyę i teatr letni, zwany obecnie Teatrem Wiktoryi.
Prócz tych czterech domów, które ci wskazałem, nie pamiętam, w czasach gdy do szkół chodziłem, żadnego innego znaczniejszego budynku przy Królewskim placu; wszystkie inne ograniczające go teraz kamienice powstały po trzydziestym szóstym roku.
Teraźniejszą Królewską ulicę zwano olim temporibus Kundorfem, którą to nazwę, od małéj osady niemieckiéj dawniéj za miastem leżącéj, już tylko starzy ludzie tutaj znają. Na owym Kundorfie był, za lat moich chłopięcych, idąc z placu po lewéj stronie, gdzie obecnie lazaret wojskowy, znaczny ogród, graniczący z ogrodem Liedkiego i ciągnący się jeszcze poza Królewską bramę, pod nazwiskiem bergerowskiego, ponieważ należał kiedyś do kupca Bergera, o którym ci późniéj może wspomnę, gdy się do Wodnéj ulicy dobijemy; był też i ów dom gdzie się teraz mieszczą biura lazaretu. Po prawéj zaś stronie stały wtenczas już dwie te pierwsze kamienice zaraz za Orlim rogiem, z których pierwszą przed dwoma laty przebudowano; daléj, stary niepozorny dom o wielkiéj bramie wjezdnéj, niedawno zwalony dla przeprowadzenia nowéj ulicy obok Średniéj szkoły, prócz tego będący tuż przy szpitalu Dyakonisek dworek ze schódkami na zewnątrz, zajęty obecnie przez rozmaitych pastorów, a należący dawniéj wiele lat do majora Treskowa, znanéj w mieście osobistości, którą spotykało się bardzo często na Alei i Teatralnym placu. Wszystkie inne budynki powstały w późniejszych czasach, a między niemi najpierw owe dwa jak bliźnięta do siebie podobne domki, u góry płaskiemi wazonami ozdobione, które, po czterdziestym roku, wystawili sobie dwaj bracia Zakrzewscy, Ludwik i Teofil, wróciwszy z Anglii, gdzie, lat kilka bawiąc na wychodźtwie, ożenili się z dwoma Angielkami, rodzonemi siostrami.
Królewską bramę kilkanaście lat po czterdziestym roku wystawiono; to co jest za nią mało się zmieniło. Owe wzdłuż drogi do Jeżyc prowadzącéj stare kasztany od moich lat najpierwszych pamiętam i po obydwóch jéj stronach, jak dzisiaj, ogrody i pola warzywne; ale ogród po prawéj stronie zaraz za bramą będący dopiero od lat kilkunastu teraźniejsi właściciele uporządkowali, upiększyli i żelaznemi sztachetami obwiedli; długo był drewnianym parkanem otoczony i wewnątrz zaniedbany równie jak przynależny murowany dworek za nim stojący. Do kogo posiadłość ta pierwotnie należała, powiedzieć ci nie umiem, lecz gdy do szkół chodziłem królowała tutaj stara Wojdowa. Znał ją cały Poznań, znały ją osobliwie gospodynie domów i kucharki. Była to sobie prosta kobiecina wiejskiego rodu, gruba Niemka, w wielkim czepku chustką owiązanym, któréj mąż umiał, jeden z pierwszych pod miastem, produkować rzadkie jeszcze wtenczas warzywa lepszego rodzaju. Mieli Wojdowie na Nowym Rynku budę drewnianą, i pamiętam jak codzień, około ósméj zrana, sama jéjmość zajeżdżała przed nią drabiastym wozem pełnym koszów z rozmaitemi warzywami, które niebawem rozkupywano. Na tym przemyśle i handlu, szczędząc grosza i żyjąc po chłopsku, przyszło dwoje tych starych ludzi do mająteczku, który, po śmierci męża, żona, żyjąc i pracując tym samym trybem, znacznie powiększyła, tak iż wreszcie ten murowany dworek, wspomniany ogród i większa część gruntów po obydwóch stronach drogi do niéj należały. Dzieci Wojdowie nie mieli, ale znalazła się jakaś krewniaczka, którą wychowali i za dziecko swoje uważali. Zasługiwała zaś na ich wybór, sądząc z pozoru, była to bowiem bardzo ładna i zgrabna blondynka, która dorósłszy zwracała oczy wszystkich na siebie. Rozkochał się w niéj prymaner Schlecht, przystojny brunet, lubiony, ile pamiętam, od kolegów dla wesołego i, jak wtenczas mówiono, burszofskiego usposobienia; zaręczył się z nią nawet, gdy, odbywszy szkoły, zaczął słuchać medycyny.
Ale romans ten tragicznie i wcześnie się skończył, narzeczona bowiem na nerwową febrę umarła. Schlecht późniéj jako lekarz praktykował dość długo w Szamotułach, jak mi się zdaje, i znany był w całéj okolicy tego miasta. Mimo znacznéj między nami różnicy wieku i klasy, znałem go jeszcze w gimnazyum, nie małe więc było moje zdziwienie gdy po wielu latach spotkałem go pewnego razu u doktora Mateckiego, do którego nagle przyjechał. Ów dawniéj tak pewien siebie i swobodny bursz był teraz zestarzałym, zasępionym, milczącym człowiekiem; rozchorował się na melancholię i szukał pomocy u przyjaciela i kolegi szkolnego. Co daléj z nim zaszło, nie wiem, ale rzecz pewna, że go dawno już nie ma na tym padole. Posiadłość starych Wojdów dostała się potem Fehlandom i Wiczyńskim, o których ci jeszcze wspomnę, gdy dojdziem do Wrocławskiéj ulicy.
Wróćmy się teraz na Plac Królewski, panie Ludwiku. O jego dawniejszych mieszkańcach nie wiele ci powiem, bo prawie nikogo tu nie pamiętam, z wyjątkiem pułkownika Brezy. Przepędził on w owéj staréj kamienicy przy Orlim rogu ostatnie lat kilka ze żoną, która mu tutaj po krótkiéj chorobie siedemdziesiątego czwartego roku umarła. Panię pułkownikową znałem już jako dorastającą panienkę, lecz co mi o niéj pozostało w miłéj pamięci powiem ci późniéj, skoro się znajdziem na miejscu dawniejszego ogrodu Mycielskich. Z panem pułkownikiem rzadko byłem w styczności, ale i mnie i wszystkim niemal starszym w Księstwie przytomną jest jeszcze spokojna, milcząca i poważna postać tego weterana, którego powszechny szacunek otaczał. Pochodził on, ile mi wiadomo, z rodziny Brezów od dawna na Wołyniu we wsi Siekierzyńcach osiadłych i był jednym z tych szczęśliwych, którzy naukowe i narodowe wychowanie odebrali w Krzemieńcu pod opieką Czackiego.
Chlubnie ukończywszy tam szkoły, w pierwszéj zaraz młodości zaciągnął się z własnéj chęci, jak wielu wtenczas, do wojska polskiego, gdzie dosłużył się po kilku latach stopnia porucznika w kwatermistrzostwie, a gdy dwudziestego ósmego roku przyszło do wojny z Turcyą, powołany został jako jeden ze zdolniejszych oficerów do sztabu Dybicza, z którym ruszył nad Bałkany. Rozmaite koleje téj uciążliwéj wyprawy przebył Breza od początku do końca i za wielokrotne odznaczenie się tak zimną odwagą, jako i stanowczem działaniem w chwilach niebezpiecznych, wynagrodzonym został nie tylko stopniem kapitana i krzyżem Włodzimierza, lecz nadto poufnem i ważnem zleceniem przeprowadzenia linii granicznéj pomiędzy Austryą i Rosyą w owych stronach południowych.
Zadanie to nie łatwe, ze względu na obustronne roszczenia, wykonał ku zupełnemu zadowoleniu podejrzliwych sąsiadów, z których jeden wywdzięczył mu się krzyżem św. Anny, drugi zaś kosztownym brylantowym pierścieniem. Spoczynek, którego po tych trudach chciał użyć, wystąpiwszy ze służby rosyjskiéj, trwał krótko. Wybuchło powstanie listopadowe, a kapitan Breza podążył natychmiast do Warszawy i stanął w szeregach narodowych. W randze podpułkownika i szefa sztabu przydzielonym został do korpusu jenerała Łubieńskiego, którego losy podzielając do ostatka, zdobył sobie pod Iganiami odznakę złotego krzyża, przyczyniwszy się dość znacznie do pomyślnego dla naszych wypadku téj potyczki.
Gdy skończyło się powstanie, nie miał pułkownik po co wracać na Wołyń; nie byłby uszedł gniewu Mikołaja, zwłaszcza jako dawniejszy oficer rosyjski. Dla tego, po dwuletniem niemal wychodźtwie, tęskniąc za ziemią ojczystą, przybył trzydziestego trzeciego roku do W. Księstwa, mogąc się tam przyjemniejszego spodziewać schronienia i mając tam nie tylko licznych znajomych z kampanii i towarzyszów broni, lecz i bliskich krewnych, synów ministra i jego córkę, panię Wołłowiczową, z którą się znał już dawniéj. Jakoż fortuna była mu u nas pomyślną; rok po przyjeździe znalazł żonę serdecznie dobrą i łagodną w osobie panny Konstancyi Mycielskiéj, osiadł w Więckowicach i zabezpieczywszy się ze strony rządu, wiódł tam żywot przykładny wiejskiego obywatela, otoczonego poszanowaniem wszystkich znajomych za dawniejsze zasługi i spokojne swoje cnoty.
Gdy po wielu latach dzieci dorosły i trzeba było los ich ustalić, rozporządził pułkownik majątkiem, który w pomyślnym stanie zostawił, a sam przeniósł się z żoną do miasta. Będąc usposobienia rozważnego i z przekonania niewczesnym wybuchom przeciwnym, trzymał się zdala od wszystkiego, co się tu działo czterdziestego szóstego roku; w czterdziestym ósmym rozgrzały go wypadki i zapały patryotyczne. Miałem sposobność na kilku poufnych zebraniach słyszeć, z jakiem uniesieniem i w jak gorących wyrazach odzywał się ten zwykle tak zimny i milczący wiarus o sprawie narodowéj, o pragnieniach naszych i nadziejach ówczesnych; lecz pamiętam oraz jak, na zasadzie wytrawnego doświadczenia wojskowego, dawał roztropne rady ludziom łudzącym się pozorami i jak biegle, do najdrobniejszych szczegółów przedstawiał niezbędne warunki i trudności, które przy organizacyi zbrojnych oddziałów zawsze na oku mieć trzeba. Żonę swoją zacny pułkownik tylko trzy lata przeżył — umarł bowiem siedemdziesiątego siódmego roku.
Prócz Górno-młyńskiéj i Królewskiéj, o których ci już mówiłem, wychodzą, jak widzisz, na Plac Królewski jeszcze trzy inne ulice. Z tych najnowszą jest Dolna-młyńska, bo mniéj więcéj przed trzydziestu kilku laty żadnych tutaj budynków ni ulicy nie było; stała tylko owa stajnia artyleryjska, która, o połowę przynajmniéj mniejsza, ze ścianami z pruskiego muru i podobna do folwarcznéj stajni, bardzo skromnie wyglądała; naprzeciw niéj zaś tworzył róg jednopiętrowy, teraz już zniesiony dworek z ogrodem z tyłu, tam gdzie obecnie część sądowego budynku i zakłady więzienne. Jednym z najpierwszych domów, wystawionych przy Dolno-młyńskiéj ulicy, jest otóż ta wielka kamienica, gdzie mieści się obecnie szkoła Ludwiki. Wystawił ją przed trzydziestu kilku laty obywatel poznański Bischof. Ojczyzną Bischofów, bardzo dawno w Poznaniu osiadłych, była Szeroka ulica; od najmłodszych lat bowiem pamiętam starego Bischofa i jego połowicę, do których tam należał drugi dom od rogu Garbarskiéj. Mieli oni przez długie czasy jedyny w mieście znaczny handel szkła i wyrobów szklanych, na którym dorobili się pokaźnego majątku. Handel ten objął późniéj po nich i prowadził na tem samem miejscu jeden z młodszych synów pana Stanisława Kolanowskiego, który jednak, mniéj pomyślnie na tem przedsięwzięciu wychodząc, po kilku latach przesiedlił się do Królestwa.
Syn zaś starych Bischofów, po śmierci rodziców, nie tylko, jak ci mówiłem, tę tutaj kamienicę wybudował, lecz na obszernym gruncie za nią urządził wielki zakład łaziebny, korzystając z płynącéj w bliskości Bogdanki. Było tam wszystko, czego sobie w tym rodzaju życzyć można; wielka wspólna łaźnia dla zimnych kąpieli latem, ciepłe łazienki i parowe, prócz tego bardzo praktycznie i dogodnie obmyślana, pierwsza w naszem mieście pralnia publiczna. Nie długo to jednak trwało; zdaje się, że łaźnie i pralnie zawiodły w obrachunkach; zamieniono je na mączkarnię, a gdy i ta gałąź przemysłu pomyślnie rozwinąć się nie mogła i inne obok tego zaszły okoliczności, sprzedał Bischof całą swoją posiadłość i wyniósł się z Poznania. Kupiła ją przełożona Urszulanek, siostra Morawska i przeniosła tutaj z Szewskiéj ulicy swój klasztor, pensyonat i szkołę. Ale święte panny ledwo obejrzeć się zdążyły, jak im będzie w téj nowéj siedzibie, w któréj długą przyszłość sobie rokowały, gdy nagle spadły na nie gromy falkowskie, jako na istoty dla całości i wielkości Niemiec nader niebezpieczne.
Szkołę zamknięto, a wygnane Urszulanki schroniły się do Krakowa, gdzie ich rząd austryacki za „reichsgefährlich“ nie uważa. Równocześnie niemal z ich wydaleniem zakupiono tę ich własność, przebudowano tylne budynki i pomieszczono w nich szkołę rządową żeńską, imienia Ludwiki, która przez długie lata była dawniéj przy Wodnéj ulicy.
Czwartą ulicą, wychodzącą z Królewskiego placu jest, jak widzisz, Fryderykowska. I tu także około trzydziestego roku i jeszcze lat kilka późniéj całkiem inaczéj wyglądało niż teraz. Pamiętam tu same puste miejsca i płoty, wśród których stały ledwo dwa, trzy murowane domy.
Idąc z placu miałeś po lewéj stronie, zaraz za owym małym budynkiem dla przyborów teatralnych, który ci już wskazywałem, długi parkan z prostych desek, ciągnący się poza dom, gdzie znajduje się obecnie zakład fotograficzny pani Mirskiéj. Przez otwartą zawsze bramę parkanu widać było rozległy ogród, a raczéj plac tu i owdzie altanką, drzewami lub krzakami urozmaicony, o kilka zaś kroków od bramy obszerną, gontami pokrytą chałupę. Miejsce to znaliśmy długi czas pod nazwiskiem Ogrodu Żychlińskiego; ów zaś Żychliński nie był żaden urodzony, lecz początkowo bardzo skromny i nieszczególny introligator, który, mając przyzwoitą fizyonomię z czarnemi wąsami, zdobył serce właścicielki tego ogrodu, wdówki niemieckiéj. Zostawszy jéj małżonkiem, znalazł się w dość dobrem położeniu, zwłaszcza iż ogród i domek służyły już od dawna ku wygodzie i zabawie licznéj publiczności rzemieślniczéj i żołnierskiéj. Osobliwie obrońcy ojczyzny, w dni świąteczne, cięli tutaj zawzięcie lendra i zweitrita, jak to czynią teraz w owych gościńcach przy dębińskiéj drodze.
Pan Żychliński, porósłszy nieco w pierze, z wdzięczności zapewne dla swéj połowicy, zniemczył się, jak mi mówiono, znakomicie, przy końcu zaś ciągnął podobno diabła za ogon; ale jakie było jego finale, tego ci powiedzieć nie umiem. Bliższéj znajomości z nim nie miałem, lecz przypominam sobie jego osobistość ubraną w mundur bractwa strzeleckiego, który chętnie nosił, bo nieźle i marsowo w nim wyglądał.
Znacznie po roku trzydziestym wybudowana, z początku jednopiętrowa kamienica, do któréj płot ogrodu Żychlińskiego dochodził, a w któréj teraz, bardzo powiększonéj, widzisz na dole fotograficzną pracownią pani Mirskiéj, należała przez lat kilkanaście, a może i dłużéj, do człowieka znanego dobrze kilku pokoleniom, chociaż go obecnie nieliczna tylko garstka weteranów pamięta. Był to profesor Georg Müller, Meklemburczyk rodem, jeden z owych czterech nauczycieli niemieckich, których roku dwudziestego piątego jako przednią straż późniejszych i coraz liczniejszych zastępów do gimnazyum poznańskiego przysłano. O wspólnie z nim przybyłych: Jakobie i Martinie już ci nadmieniłem; czwartym między nimi był Benecke. Prócz Jakoba wszyscy oni tutaj kości swoje złożyli. Müller od początku do końca wykładał prawie wyłącznie język i literaturę niemiecką w wyższych klasach. Był to, jak każdy z nas dawniejszych jego uczniów przyzna, człowiek całkiém przyzwoity; nie tylko naukowém wykształceniem i wymownym wykładem rozbudzał dla swego przedmiotu zajęcie uczniów, których szacunek i sympatyę jednał sobie grzeczném i poważném obchodzeniem się z nimi, lecz i w stósunkach po za szkołą odznaczał się niezbyt częstą między nauczycielami niemieckimi lepszą ogładą. Pod tym względem robił wrażenie człowieka, który młodość swoją przepędził w kołach wyższego towarzystwa niemieckiego. Jaką była jego przeszłość, nim się w Poznaniu pojawił, tego nie wiem, lecz nie mylę się zapewne w mojém twierdzeniu, gdyż i żona jego, którą kilka razy w jéj domu i w towarzystwach widziałem, z szlachty meklemburgskiéj pochodząca, tak zewnętrznością jako i wykształceniem i wzięciem, różniła się bardzo od swoich koleżanek niemieckich. Było to, ile mi wiadomo, i jak u Germanów częściéj się zdarza niż u nas, małżeństwo z miłości.
Słyszałem, że Müller zyskał sentyment przyszłéj swéj żony, będąc za młodu nauczycielem domowym w jéj rodzinie, czy w jéj sąsiedztwie. I nie dziwię się temu, bo aż do późnéj starości wyglądał na bardzo przystojnego człowieka. Wysokiego wzrostu, o czarnych lśniących włosach, z rozumnym i przyjemnym wyrazem twarzy, któremu złote okulary, dzwoniąc przy każdém poruszeniu głowy, nadawały pewną oryginalność. Przytém dbał bardzo starannie o fizyczność swoją i na krawca nie szczędził.
Mimo niemieckiéj na wskroś natury i głębokiego przekonania o lepszości swojéj rasy, okazywał się dla Polaków względnym i grzecznym, nie objawiając zarozumiałości i zawziętości plemiennéj, na którą oni teraz wszyscy chorują, a którą się wtenczas wyjątkowo kolega jego Martin odznaczał. Dla tego téż i osoba jego i lekcye były dla nas przyjemne i uczyliśmy się z ochotą co tydzień wierszy niemieckich z jego „Theorie der Dichtungsarten“, jedynéj książki, którą wydał i pisywaliśmy co miesiąc łokciowe wypracowania, chociaż je nie zawsze poprawiał, bo, szczerze mówiąc, był trochę wygodny a przytem w domu bardzo zajęty niemiecką Gazetą WKsięstwa Poznańskiego, któréj przez wiele lat, do czterdziestego ósmego, był głównym redaktorem.
Trzydziestego czwartego roku, przy rozdziale gimnazyum, opuścił nas i przeszedł do Fryderykowskiego, a mniéj więcéj dwadzieścia lat późniéj wziął emeryturę, lecz do śmierci prawie nie opuścił swego zawodu, obrabiając sprawy szkolne jako radzca miejski. Od lat najmłodszych byłem z nim w częstéj styczności i zawsze się okazywał dla mnie życzliwym i przyjacielskim, a gdy go nieraz ostatniemi czasy spotykałem na przechadzce, którą regularnie o piątéj wieczorem do dworca kolei odbywał, objawiał, w pogadankach o sprawach tyczących się narodowości lub religii, zdania słuszne i bezstronne.
Nie mógłem więc, panie Ludwiku, przejść koło tego domu, nie wspomniawszy o tym dawnym moim nauczycielu, zwłaszcza, iż go i w mieście i na prowincyi kilku jeszcze ludzi ze starszych pokoleń pewno pamięta.
O Fryderykowskiéj ulicy nic więcéj powiedzieć ci nieumiem, bo ludność jéj, prawie całkiem niemiecka, była mi nieznaną, a o dwóch czy trzech osobach, które tu przejściowo mieszkały, nadmienię ci przy innéj sposobności. Wróćmy się teraz na Królewski plac; otóż i piąta ulica, która z niego wychodzi, nazwana teraz Teatralną. Wielki dom narożny, ten po lewéj stronie, niedawno przebudowany i o całe piętro podwyższony, był pierwotnie własnością osobistości w towarzystwach poznańskich przez lat kilkanaście dość często się pojawiającéj, Salkowskiego, który go sam wybudował; okazuje to jeszcze owo wielkie S na samym szczycie umieszczone. Spokrewniony z Kramarkiewiczami, był bowiem, jak mi się zdaje, synem siostry Kaspra Kramarkiewicza, o którym ci już dawniéj wspomniałem, odbywszy szkoły w Poznaniu, kształcił się potem w berlińskiéj szkole budowniczéj i uzyskał, najpierwszy z Polaków za mojéj pamięci, stopień architekta. Osiadł potem w mieście naszem i dostał wkrótce polecenie wystawienia na Warcie, pod Obornikami, mostu, który dotychczas stoi, lecz podobno rozmaite już przechodził koleje. Jakie prócz tego inne wznosił budynki, nie jest mi wiadomo; ile sobie przypomnieć mogę, zbyt wiele zatrudnienia nie miał i może dla tego, jako i późniéj z innych powodów, zdawał się niezadowolony z ludzi i rzeczy; przynajmniéj sądy jego i wyrażenia częstokroć cierpkie, które nieraz słyszałem, pozwalały wnioskować, iż świata w różowym kolorze nie widzi. Wieku podeszłego się nie doczekał, a po jego śmierci dwaj synowie sprzedali ten dom i wynieśli się, jak mi mówiono, do Królestwa, zkąd matka ich pochodziła.
Idąc teraz daléj Teatralną ulicą, spotykasz tu, po téj saméj stronie, ozdobną kamienicę, będącą, jak z napisów widzieć możesz, teraz własnością jakiegoś agenta Lichta. Należała ona dawniéj do p. Jeziorowskiego, którego, chociaż dość późno się z nim poznałem, postać dość wysoką i wyraz twarzy poważnie zadowolony od najmłodszych lat moich pamiętam; przychodził bowiem dawnemi czasy regularnie w Niedzielę do Fary na mszę studencką i siadał w naszych ławkach. Z żonami nie miał szczęścia; chociaż trzy poślubił, spędził jednak ostatnie lat kilkanaście życia jako wdowiec. Druga z kolei była siostrą Ryszarda Berwińskiego; umarła młodziuteńka, zdaje mi się w rok po ślubie. Z twarzy podobna do brata, odznaczała się niezwykłą pięknością. Nieznane mi są początkowe dzieje Jeziorowskiego; jak daleko pamięć moja o nim sięga, urzędował w magistracie poznańskim i był przez pół wieku przynajmniéj kamelarzem miejskim. Surowych obyczajów, skromny i oszczędny w życiu prywatnem, odznaczał się w urzędzie rzadką sumiennością i ścisłością, odbywając wszystkie czynności swoje milcząco, poważnie i stanowczo; tak też w rozmowach i towarzystwach zachowywał po większéj części tę samą godność i doraźność urzędową i zdawał się być zawsze pewnym swego zdania.
Jak ci już raz bodajnie wspomniałem, panie Ludwiku, miał Jeziorowski pociąg do sztuki, szczególnie do malarstwa i całkiem bezinteresownie, z własnéj chęci urządzał wraz z Minutolim pierwsze wystawy obrazów, które się w Poznaniu pojawiły; przy tem wiadomo mi, że był wielkim lubownikiem ogrodownictwa i w ogrodach, które miał najpierw przy Śto-Marcińskiéj ulicy, późniéj przy Długiéj w sąsiedztwie Szaretek, z upodobaniem i znajomością rzeczy pielęgnował rzadkie krzewy i kwiaty. Pod względem narodowym, w początkach aż nadto ostrożny i na pozór obojętny, może dla urzędowego stanowiska, należał późniéj do niewątpliwych patryotów i uczuć polskich nie ukrywał. Jak żony tak i wszystkie dzieci wyprzedziły go na tamten świat. Z pierwszego małżeństwa miał ich dwoje, syna i córkę. Syn był budowniczym, czy mistrzem ciesielskim, i umarł w sile wieku tutaj u nas; córka zaś w Galicyi, w pierwszych, jak mi się zdaje, latach małżeństwa. Pamiętam ją dobrze, nieraz bowiem tańczyliśmy z sobą na bazarówéj sali. Była to całkiem ładna panna, wysmukła blondynka, z pociągłą regularną twarzą, spokojnem zawsze i skromnem spojrzeniem, oraz i pewną dystynkcyą w poruszeniach. Śpiewała dobrze, głos miała silny i dźwięczny, a śpiew pewnego razu na złe jéj wyszedł.
Otóż opowiadałem ci już, gdy byliśmy na Działowym placu, o rozstrzelaniu emisaryusza Babińskiego, roku czterdziestego siódmego. Aby przyjść w pomoc duszy tego biedaka, odbyła się za staraniem gorliwych patryotek, ile pamiętam, Bibianny Moraczewskiéj, panien Dobrzyńskiéj i Bolewskiéj, u św. Marcina msza uroczysta, na którą tłumy ludzi się zebrały.
Ponieważ organy były w nieporządku, przyniesiono do kościoła harmonium; grała na niém pani Kurnatowska, Ponińska z domu, panna Jeziorowska śpiewała i zdaje mi się, że było téż tam trochę „Boże coś Polskę“ przy końcu. Policya znalazła naturalnie crimen niepospolity, a wiedząc, że panna Jeziorowska miała czynny udział w nabożeństwie, rozpoczęła z nią śledztwo, aby wykryć sprawców tego obchodu i osobę grającą. Ponieważ panienka z góry oświadczyła, iż o nikim nie wie i na wszelkie pytania tę samą dawała odpowiedź, przeto osadzono ją w więzieniu, w którém wytrwale i nie zmieniając postanowienia swego przesiedziała sześć tygodni i, chociaż ją niejednokrotnie badano, nie wydała nikogo, a nawet panię Kurnatowską, chcącą się na jéj korzyść oskarzyć, wstrzymała od tego kroku.
Znanym mi był pokoik, w którym karę swoją odsiadywała. Gdzie jest na rogu Sapieżyńskiego placu i Fryderykowskiéj ulicy ów piękny budynek sądu apelacyjnego, stało, jak ci już powiedziałem, kilka murem połączonych, starych i plugawych domów, zawierających więzienie miejskie. Na drugim piętrze jednego z nich, narożnego właśnie, znajdowały się pokoiki dla ludzi przyzwoitych, których, jeśli byli w śledztwie lub dla politycznych i administracyjnych przekroczeń karę odsiadywali, pruski rząd absolutny z pospolitymi zbrodniarzami nie mięszał i z kotła jadać ze złodziejami nie przymuszał. Tego rodzaju delikwentów mogli nawet znajomi odwiedzać, oznajmiwszy stan i nazwisko swoje dozorcy więzienia. Byłem tam kilka razy; najpierw przed trzydziestym rokiem, odwiedzając z ojcem Seweryna Mielżyńskiego, który czas śledztwa odsiadywał, nim go do Głogowa odwieziono, a wiele późniéj księdza Prusinowskiego, osadzonego na kilka miesięcy za wykroczenia prasowe w „Wiarusie“.
Panna Jeziorowska wyszła za mąż czterdziestego dziewiątego roku za kupca Wincentego Lorenza. Nazwałem ci go już dawniéj jako jednego z agitatorów i klubistów w poetycznie burzliwych czasach czterdziestego ósmego roku. Był on wtenczas już nie pierwszéj młodości, ale człowiek do rzeczy, ruchawy, towarzyski, bardzo muzykalny, grał bowiem dobrze na skrzypcach, a lepiéj na kartkach, mający przytém między obywatelami dużo przyjaciół. Wyszedłszy z prymy czy sekundy, przez kilka lat zajmował się guwernerką i wszedł, ile sobie przypominam, w ściślejsze stósunki z rodziną Paliszewskich. Wypadki listopadowe zapędziły go do Królestwa; bił się dobrze, wrócił z krzyżem i w stopniu porucznika, a potém, odsiedziawszy swoją karę, żył sobie przez długi czas na wsi u przyjaciół, załatwiał ich interesa, zastępował, gospodarował, administrował, a wreszcie, spowodowany przez przyjaciela swego Napoleona Koszkowskiego, który dwa lata późniéj pod Miłosławiem zginął, założył tutaj handel wina na Starym Rynku, gdzie teraz od wielu lat Kempner ma podobną bachusową świątynię. Ożeniwszy się, niedługo potém, nie wiem, z jakich powodów, bo po czterdziestym dziewiątym roku rzadko go widziałem, wywędrował do Galicyi, gdzie żonę stracił niebawem i sam już dawno umarł.
Między dawniejszą kamienicą Jeziorowskiego a narożnią, widzisz, panie Ludwiku, niepozorny mur z bramą, za którym jest skład węgli, nieco daléj zaś w podwórzu dom jednopiętrowy. Przed blisko czterdziestu laty byłbyś tam spotkał założyciela tego domu, człowieka w sile wieku jeszcze, niewielkiego wzrostu, szczupłéj ale zwinnéj postaci; ciemne włosy i piesaki uwydatniały jego twarz przyjemną, śmiałe i bystre spojrzenie. Nazywał się Jakób Krauthofer, późniéj zaś Krotowski, i te dwa nazwiska jego wielki rozgłos miały, osobliwie czterdziestego ósmego roku i następnych, tak między Polakami jako i Niemcami w naszéj prowincyi. Należał on także do tych, którzy jedynie własną zdolnością i pracą wynieśli się z dolnych warstw na wyższe stanowisko i doszli do pewnego znaczenia. Niewiadome mi są wszystkie szczegóły jego życia, zwłaszcza iż się z nim dopiero czterdziestego dziewiątego roku poznałem i nigdy w bliższych nie byłem stosunkach; słyszałem jednak, że się urodził w Bninie, w pierwszéj dziesiątce tego wieku, z rodziców niemajętnych rzemieślniczego stanu i że polskie swoje uczucia matce i sobie samemu zawdzięczał. Już w szkółce miejskiéj okazywał niezwykłą ruchawość umysłu i szybkość w pojmowaniu, przytem chęć wyższego wykształcenia; lecz ponieważ fundusze na dalszą naukę nie starczyły, trzeba było chwycić się praktycznéj drogi. Wstąpił zatem jako młody chłopiec do biura adwokata Przepałkowskiego, o którym ci też już dawniéj mówiłem. Tam pracując lat kilka zaznajomił się z grubszego z procedurą i językiem sądowym, ale pragnienie wydobycia się na wierzch nie dało mu spokoju. Dobre mają Francuzi przysłowie: vouloir c'est pouvoir; Krauthofer tak silnie chciał, iż nareszcie dokazał swego. Gdzie i jakiemi środkami dostał się do szkół wyższych, a potem uniwersytet przebył i egzamina złożył, tego nie wiem, panie Ludwiku, pamiętam tylko, że, gdy szkoły kończyłem, widziałem tutaj czasem na ulicy pana Krauthofera, który już urzędował przy sądzie, był nawet pono ożeniony. Czterdziestego pierwszego roku, wróciwszy do Poznania, zastałem go jako notaryusza i adwokata, raczéj rzecznika (bo tę polską nazwę on tu pierwszy wprowadził), mającego dość znaczną klientelę i popularność między ludźmi i przysłuchiwałem się nie długo potem kilku jego publicznym wykładom o encyklopedyi prawa, które dla fachowych mogły być pouczające, ale dorywczych słuchaczy, w znacznéj części z pomiędzy płci pięknéj zwerbowanych, zbytnio nie zajmowały, zwłaszcza iż zawierały mnóstwo technicznych wyrazów, niezrozumiałych dla pozasądowych rozumów; wszakże przyprawiane były te wykłady nieraz śmiałemi wycieczkami narodowego i politycznego koloru. Nie wiem czy i jaki udział miał Krauthofer w knowaniach i wypadkach czterdziestego szóstego roku, wnosząc jednak ze znanéj mi jego gorączki patryotycznéj i popędliwych chęci, przekonany jestem, iż do wszystkiego całem sercem należeć musiał, ale się nań nic nie wydało.
Gdy potem nadeszła wiosna czterdziestego ósmego roku, rozpromieniło się wszystko naokół Krauthofera; uczuł się w swoim żywiole ruchu i działania, ze szczerem przekonaniem, że cały świat się trzęsie, że fale rewolucyi pójdą coraz silniéj, coraz daléj, że nadeszła chwila wolności dla narodu, a dla niego samego chwila odznaczenia się w posłudze narodowéj. Nie można go było pominąć, gdy zbierano w Poznaniu deputacyę do Berlina i on był jednym z tych, którzy do ułożenia petycyi, mającéj być wręczoną królowi, najwięcéj się przyczynili. Gdy deputacya wywiązała się z swego zadania i wróciła napowrót, pozostał Krauthofer czas niejaki w stolicy jako ajent komitetu narodowego, aby baczyć na wszystko, co się tam korzystnego i co szkodliwego dla nas dziać mogło i przestrzedz o tem wcześnie. Lecz niedługo wytrzymał na tem stanowisku nadto spokojnem, nadto biernem dla jego gorączkowego usposobienia, a przybywszy do Poznania ogłosił, iż odtąd nazywać się będzie „Krotowskim“, uzasadniając w drukowanéj rozprawie to swoje postanowienie. Zajął na czas krótki miejsce w komitecie; ponieważ mu się jednak zdawało, iż za mało tam rewolucyjnego ducha, a przytem sprawa w ogóle, tak w mieście jako i w obozach, obrót niepomyślny brać zaczęła, porozumiał się Krauthofer z Włodzimirzem Wilczyńskim i kilku innymi, celem nadania powstaniu nowéj, młodzieńczéj siły żywotnéj. W Wilczyńskim znalazł odpowiedniego całkiem współdziałacza. Byłem z Włodzimirzem w równym wieku; znaliśmy się dobrze już jako pięcio, sześcioletnie dzieciaki i przypominam sobie, że oberwaliśmy raz porządne bicie za to, że psuliśmy bruk przed dworem w Szółdrach, gdzie rezydowała jego babka, stara pani Wilczyńska, podczas gdy ojciec jego, pan Ksawery, był właścicielem Krzyżanowa. Późniéj, w szkołach będąc, mieszkaliśmy lat kilka w jednym pokoju i w najlepszéj z sobą zgodzie, a nakoniec spotkaliśmy się znów w Berlinie, dokąd przybył na czas krótki, aby słuchać kolegiów. Był on w młodym wieku złotego serca, jak młodszy brat jego Józef; obadwaj byliby dali do ostatniéj koszuli przyjaciołom lub potrzebnickim i nieraz ich z tego powodu bezczelnie wyzyskiwano. Obadwaj palili się, że tak powiem, miłością ojczyzny; rozmyślali ciągle co dla niéj zrobić, jak jéj dopomódz, jak się współrodakom przysłużyć. Józef był cichy, skromny, nawet lękliwy, niedowierzający sobie; natomiast Włodzimirz nie wątpił o niczem, najmniéj o swéj zdolności i wyższem jakiem powołaniu; wszystko dlań było możebnem i zawsze mięszała się w jego głowie niejasna rzeczywistość z zupełnemi marzeniami. Józef zakończył życie wcześnie i tragicznie; jakim był w późniejszym wieku Włodzimirz, powiedzieć ci dokładnie nie mógłbym, bo wyniósł się potem od nas do Galicyi, gdzie się ożenił i zeszedł z tego świata.
Z zapałem i nieustraszonem zaufaniem pochwycił Wilczyński myśl Krauthofera; czy ją też sam zapoczątkował, tego z pewnością nie wiem, dosyć że zebrali w Poznaniu i okolicy oddział partyzantów, z najrozmaitszych złożony pierwiastków: gimnazyastów, czeladników, landwerzystów, wychodźców z Królestwa i t. d., a uzbroiwszy go w co się dało, głównie zaś licząc na odebranie broni nieprzyjaciołom, rozłożyli się najpierw w lesie pod Stęszewem. Dowództwo objął Wilczyński z tytułem Naczelnika, szefem sztabu jego został Krotowski, przybocznym zaś adjutantem Żóchowski, bardzo przystojny chłopiec, lecz także arcyidealista. Może ci się, panie Ludwiku, zdarzy ujrzeć u którego ze zbieraczy ciekawości i dawnych pamiątek, litografią zrobioną wtenczas przez jednego z żyjących jeszcze artystów; przedstawia ona pana Naczelnika ze sztabem swoim i bliższem otoczeniem w sali rogalińskiéj, ogłaszającego Rzeczpospolitę. Dobrze się jéj przypatrz, bo główne fizionomie mają pewne podobieństwo do oryginałów.
Ów lasek zajęli partyzanci nie bez powodu; wiedzieli bowiem, że pójdzie tamtędy szosą świeżo zebrany oddział landwery. Było tak w istocie; uderzyli nań ze wszystkich stron i wzięli do niewoli bez wielkiego oporu. Nie pamiętam już czy ktokolwiek w tem spotkaniu poległ, ale karabinów zabrali przy téj sposobności nie mało. Ruszyła potem zwycięzka partya do Rogalina; wieś obsadzono, a w zamku była główna kwatera; ztamtąd, opanowawszy okolicę i wzmocnieni przez nadbiegających z różnych stron ochotników, przedsięwzięli partyzanci wyprawy, szczególnie do Kórnika, gdzie burmistrza i ławników wypędzono i Rzeczpospolitę ogłoszono, a poprzednio do zajętego przez piechotę pruską Śremu, zkąd, szturmując od strony mokrych łąk, po dość długiem obustronnem strzelaniu, nie bez dotkliwéj straty w zabitych i rannych, cofnąć się musieli. Możesz sobie wystawić, panie Ludwiku, jaki rozgłos miała u nas ta partyzancka pohulanka i jaką wzbudziła ciekawość. Co godzina niemal nowe z pod Kórnika, z pod Rogalina nadchodziły wieści, a im były dziwniejsze, tem bardziéj im dobroduszni wierzyli. Ale niedługo trwało; po kilku dniach przyszła wiadomość o rozbiciu rogalińskiego obozu i rozpędzeniu partyzantów napadniętych przeważnemi siłami piechoty i konnicy. Rozpierzchli się na wsze strony i po większéj części uszli cało, a jednym z tych, którzy się szczęśliwie wywikłali był, o czem by ci się ani śniło, późniejszy arcybiskup warszawski, Mieczysław Feliński. Całkiem młody jeszcze, posłyszawszy o wypadkach w W. Księstwie, przybył tu do nas i zaciągnął się do partyi Wilczyńskiego razem z ówczesnym primanerem Leonem Bukowieckim, z którym się był zapoznał. Wśród popłocha dostali się obadwaj do Górczyna, ponieważ zaś Feliński mundurkiem swoim byłby ściągnął na się oczy ciekawéj policyi poznańskiéj, wystarał mu się Bukowiecki, przedostawszy się do domu, o stosowny ubiór i przyprowadził do miasta.
Zająwszy Rogalin, wojsko pruskie dopuściło się tam na ludziach i rzeczach, szczególnie w pałacu, tego rodzaju czynów, że wolę ci o nich zamilczeć; ale jeśli ciekaw jesteś, to sobie odczytaj broszury z owego roku, mianowicie dość obszerną: Ocenienie sprawy polskiéj w W. Księstwie Poznańskiem, napisaną po niemiecku, z polecenia komitetu, przez dr. Kraszewskiego, Potworowskiego i Brodowskiego. Co się zaś tyczy Krotowskiego, schwytał go bezbronnego, wkrótce po wypadku rogalińskim, oddział huzarów w Konarzewskim ogrodzie i zapędził do Poznania, gdzie, wbrew przyrzeczeniom konwencyi w Bardzie, okutego w kajdany osadzono w jednym z dolnych lochów cytadeli na Winiarach. Siedział tam kilka miesięcy, rozchorował się i tylko na przedstawienie lekarza przeniesionym został do więzienia przy Fryderykowskiéj ulicy, gdzie w samotnéj, lecz przynajmniéj suchéj izdebce pokutując doczekał się wreszcie wypuszczenia na wolność, skutkiem ogólnéj amnestyi z dnia 8 października. Nieskończyło się jednak na pięciomiesięcznem więzieniu; wytoczono mu niebawem proces, jako człowiekowi, który się dopuścił zdrady stanu. Tempora mutantur, panie Ludwiku; gdyby to teraz, byłyby na Krauthofera spadły wszystkie grozy sądowe i karne; wtenczas jednak inne wiały wiatry. Za obrońcę miał Władysława Niegolewskiego, bronił się sam przytem, a słów mu nie brakło. Rzecz toczyła się przed sądem przysięgłych, który, wtenczas w swoich początkach, nawet polityczne i prasowe sprawy rozstrzygał. Między przysięgłymi Polaków było czterech tylko, a mimo to Krauthofer od wszelkiéj winy jednogłośnie uwolnionym został. Ale naczelny prokurator Seeger niepoprzestał na owym werdykcie.
Podał natychmiast wniosek do izby adwokatów o wykluczenie Krauthofera z grona obrońców i zakazanie mu wszelkich urzędowych czynności z powodu jego politycznych zasad dla państwa szkodliwych i niebezpiecznych. Chociaż rada adwokatów składała się wtenczas z siedmiu Niemców i jednego bardzo umiarkowanego Polaka, starego Pigłosiewicza, i ten proces rozstrzygniętym został na korzyść Krauthofera, którego znów jednogłośnie uwolniono. Obiedwie sprawy, które się odbyły czterdziestego dziewiątego i piędziesiątego roku, miały naturalnie u nas tym większy rozgłos, że umysły wrażeniami czterdziestego ósmego jeszcze rozkołysane były, a Krauthofer i Niegolewski, obrońca jego w obydwóch procesach, kagańca na usta sobie niezałożyli. Teraz, w czasach wyższéj kultury, poszedłbyś niebawem in fundum, panie Ludwiku, gdybyś takie rzeczy prawił lub drukował, a przecież je wtedy i mówiono i drukowano, jak przekonać się możesz czytając mowy Krauthofera wydane przez Sensta, jeśli je gdzie znajdziesz.
Pozbywszy się owych procesów i wszelkich trybulacyi, wykonywał Krauthofer jeszcze lat parę swoje czynności adwokackie i notaryalne ze znacznem powodzeniem. Miałem raz tylko sposobność przysłuchiwania się jego nie świetnéj prawdzie, ale prędkiéj i jasnéj wymowie, zręcznym wywodom prawniczym i psychologicznym, gdy występował w głośnéj wtedy sprawie jakiegoś wychodźcy Ziółkowskiego, który zastrzelił właściciela wsi Nitkowskiego, wracającego z polowania, uwikławszy się w romans z jego żoną. Obrona była trudna, potrafił go jednak Krauthofer ocalić od śmierci. Obok prac urzędowych zajmował się gorliwie wszystkiem, co tylko ze sprawą narodową jakikolwiek miało związek. Nie tylko dawniejszemi przygodami swemi, ale wszędzie i zawsze, mimo przykrych i niebezpiecznych skutków, których już był doznał, okazywał w dziedzinie patryotycznéj zapał, śmiałość i stanowczość rzadką nawet w owych czasach swobodniejszych; pod tym względem dorównywał Niegolewskiemu, z którym go łączyła ścisła przyjaźń jako też wielkie podobieństwo duchowego i nerwowego usposobienia. Dodaj do tego rozum bystry i do nagłych zwrotów skory, rzutność w pomysłach czasem do wybryków wiodącą, żywą, częstokroć fantastyczną wyobraźnię, chęć znaczenia i niemałe o sobie rozumienie, a będziesz miał mniéj więcéj pojęcie o téj osobistości, która li tylko własną wolą i energią potrafiła się wznieść nad zwyczajny poziom, zwracać na się uwagę publiczną i pod niejedym względem zasłużyć sobie na uznanie współrodaków. W pełni sił jeszcze fizycznych i umysłowych umarł piędziesiątego trzeciego, czy czwartego roku w Berlinie, jak mi powiadano, skutkiem niebaczności operatora, który, wyrzynając mu wrzód w klatce piersiowéj powstały, jednę z głównych tętnic sercowych nadwerężył.
Na przeciwnej stronie Teatralnéj ulicy przywodzi mi na myśl trzeci dom od rogu Królewskiego Placu, ten jednopiętrowy z małym balkonikiem i do najdawniejszych tutaj należący, profesora Czwalinę, który był jego właścicielem; ale o weteranie owym poznańskiego gimnazyum opowiem ci późniéj co tkwi jeszcze w méj pamięci, gdy, do starego miasta przyszedłszy, rozpomnę sobie moje szkolne dzieje.
Teraz zaś, panie Ludwiku, skoro wróciliśmy znów na Teatralny plac, zkąd tę powtórną zaczęliśmy wycieczkę, przerwać muszę na czas niejaki te wspólne nasze przechadzki. Termometr spada coraz niżéj, akwilony dmą niemiłosiernie po ulicach; deszcz, śnieg, błoto i wszelkie przyjemności zimy wołają na starego: siedź sobie w domu! Usłucham ich, zwłaszcza iż nieszczególne rurki oddechowe mego gardła protestują już wyraźnie przeciw długim rozchoworom wśród mroźnéj aury styczniowéj. Jeśli dożyję, panie Ludwiku, ambulować będziem znowu, gdy zefirki wiosenne powieją, a tymczasem bywaj zdrów i pracuj dzielnie nogami w nastającym karnawale.


KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł (niem.) Kto zdradził wolność, Słowianie czy Germanie
  2. Przypis własny Wikiźródeł„La donna è mobile“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Marceli Motty.