Piosnki i satyry (Biernacki)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mikołaj Biernacki
Tytuł Piosnki i satyry
Data wydania 1879
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
MIKOŁAJ BIERNACKI
(M. RODOĆ).

PIOSNKI I SATYRY.






WARSZAWA
GEBETHER I WOLFF.

1879
Дозволено Цензурою.
Варшава, 3 Іюля 1878 г.

Druk J. Ungra, Warszawa, Nowolipki, Nr. 2406 (3).



ZASADY.


Oddycha dla ogółu;
Jasno swój sztandar niesie;
Warjacja! warjacja!
Ssie bliźnich bez skrupułu.
I coraz wyżej pnie się;
Racja! racja! racja!

Stracił i zlikwidował;
Został w jednéj kapocie;
Winny! winny! winny!
Trzy razy bankrutował;
Ma składy, sklepy, krocie,
Czynny! czynny! czynny!

Uboga, głodna wreszcie;
Skradła bochenek chleba;

Złodziej! złodziej! złodziej!
Skradł miljon — dał na kweście
Aż tysiąc; wielkie nieba!
Dobrodziej! dobrodziej!

Pisze, lecz piruetów
Przed mitrą nie wyrabia,
Zero! zero! zero!
Autorem trzech pamfletów
Na temat: wiwat hrabia!
Cycero! Cycero!

Chce obmieść pył z kościoła;
Nie wierzy w Boga — kata;
Przeklęty! przeklęty!
Do biednych „pośćcie“ woła,
A sam półmiski zmiata;
Święty! święty! święty!

Pracuje i oszczędza;
Nie poi swe sąsiady:
Sknera! sknera! sknera!
W sercu i w głowie nędza;
Zaprasza na obiady,
Wiwat! et caetera....





Boże! jak Ty rządzisz światem!


Boże! jak Ty rządzisz światem!
Nogami staje do góry!
Dzisiaj, plebejuszów córy
Chcą się równać z patrycjatem!
Dziś mieszczka tak prosto chodzi,
Jakby pokrewna magnacka;
Jak ja! jak ja! którą rodzi
Z Starogratów Odrapacka!

Naprzykład, ta pani Iwo?
Chwalą, że jest ugrzeczniona,
Jakiegoś tam radcy żona!
Naturalnie! wielkie dziwo!
I z czegóż ma być nadęta?
Mimo to młodzież warjacka

Wciąż jéj prawi komplementa;
A nudzi się — Odrapacka!

U ciotki, na imieniny,
Był muzykalny poranek;
Siedziałam w pośród mieszczanek,
Przez całe cztery godziny.
Krzywiłam ciągle ustami;
I odjechałam znienacka.
Musiałam; z urzędniczkami
Nie rozmawia Odrapacka!

Ewelina Zadarnoska
Idzie za mąż, w Bialskie strony;
Pan Bogdan, jéj narzeczony,
Do rzeczy, jest tam i wioska;
Wszyscy jéj zazdroszczą losów,
Bogdan... to jakoś z kozacka;
To dobre dla Zadarnosów;
Nie zazdrości Odrapacka.

Od pozaprzeszłéj niedzieli.
Chyba już nie pójdę zgoła,
Nigdy w życiu do kościoła.
Wchodzę, idę wprost jak strzeli...

Ławka pełna w pierwszym rzędzie!
To obelga świętokradzka!
Wyszłam; nigdy nie usiędzie
Gdzieś tam w środku Odrapacka!

Pan brat, widząc herb z koroną
Na méj wizytowéj karcie,
Śmiał się; ja, po takim żarcie,
Padłam jak długa zemdloną!
Śmiać się z herbu „Oślagłowa“!
A to idea cudacka!
Podobnych zniewag nie chowa
Do kieszeni Odrapacka!

Najbardziéj mi serce ściska
Obejście mojéj Malwinki;
Robi tak potulne minki,
Jakby mieszczka bez nazwiska.
Co to będzie! kiedyś! potem!
Moje wnuki! krew magnacka!
Gotowe zapomnieć o tem,
Że je rodzi Odrapacka!





Okropnie mnie zęby bolą!


Panie Dyrektorze! noszę

W piersiach miłość srebrnéj bieli;
Jéj strzałą przeszyty, proszę
O rękę panny Anieli;
Któréj blaski i przymioty,
Jako słońca promień złoty....


— Bardzo mi jest, bardzo miło;

Niech pan siada; jabym trocha
Rad wiedzieć jak to tam było...
Czy Anielcia pana kocha?
Znacie się od dwóch miesięcy
Zaledwie, od trzech najwięcéj...


— Panie Dyrektorze! groby

Zawarłyby me zamiary,
Gdybym od drogiéj osoby
Bezwiednéj żądał ofiary.
Sądzę mieć za sobą losy;
Duszy oddźwięk srebrnogłosy...


— Dobrze, dobrze, panie Janie,

Niech mi pan za złe nie bierze;
Lecz zadam drugie pytanie:
Czy téż pan ją kochasz — szczerze?
Ona nie jest piękną wcale;
Pan wiesz o tem doskonale...


— Panie Dyrektorze! wdzięki

Są znikome; serce moje,
Czując ubóstwiania męki,
Zanurza się w głębsze zdroje;
W zdroje cnoty i słodyczy;
Wzywam nieba! niech przeliczy...


— Zgadzam się z panem w tym względzie;

To też lękam się jedynie,
Czy Anielci dobrze będzie
Potem, gdy zachwyt przeminie.

To sierota nieszczęśliwa,
Jéj przyszłość na mnie spoczywa...


— Panie Dyrektorze! księgę

Każ podać świętą; wyszlocham
Tutaj, przed Bogiem przysięgę,
Że będę kochał jak kocham.
Złotem uścielę jéj drogę!
Ja bez niéj już żyć nie mogę!


— Skoro tak, tośmy u wątku,

Będzie twoją mój kochany;
Ja, który nie mam majątku,
Nie dziw się, żem był stroskany.
Chodźmy do Anielci, ona,
Pewnie nas czeka stęskniona.


— Panie Dyrektorze! serce

Drży mi jak na odgłos gromu,
Ja w moich marzeń rozterce....
To jest... muszę iść do domu;
Bóg świadkiem... po wódkę z solą;
Okropnie mnie zęby bolą!





A to mi się zdarzyło!


Wiesz co kochana żono,
 Że to wytrzymać trudno;
 Nigdzie nie zamieciono,
 Wszędzie nieład i brudno...
— Oho znowu morały!
 Będzie gderał dzień cały!
 Jakby téż o co było!
 Straszne rzeczy się stały,
 Że się tam raz zdarzyło!

— Ależ moja kochana,
 Przypomnij tylko sobie
 Wizytę pana Jana.

 W sali Staś marchew skrobie,
 Na progu dwa szafliki,
 Miska, trzewik Moniki,
 Woda co się w niej myło,
 Na drzwiach brudne ręczniki...
— No, to się raz zdarzyło!

— A przypominasz duszko,
 Owo miłe zdarzenie,
 Jak Edzio wlazł pod łóżko,
 I przy pannie Helenie,
 Wyciągał ztamtąd pierze,
 Niepomyte talerze,
 Jakąś gruszkę nadgniłą,
 Doprawdy, at wstyd bierze...
— No, to się raz zdarzyło!

— Albo te nasze dzieci,
 Obdarte, rozczochrane,
 Brud się na nich at świeci;
 Toż to skonstatowane,
 Że raz nie wiem kto taki,
 Dawał im dwa trojaki;
 Żal mu się ich zrobiło.
 Myślał że to żebraki...
— No, to się raz zdarzyło!


— Ależ moje kochanie,
 Nie to, to co innego;
 Ze służbą zamięszanie,
 Że aż coś okropnego.
 Wiecznie cię o coś proszą,
 To wnoszą, to wynoszą,
 To się tam coś rozbiło,
 A wypadeczek z broszą?
— No, to się raz zdarzyło!

— Ależ gdzie tam raz, — zawsze....
 Zdaje mi się ktoś dzwoni...
— O! nieba najłaskawsze!
 To pewnie pan Antoni!
 A tam w sali pierzyna!
 Nie otwieraj! Regina!
 Gdzie są klucze? To miło!
 Na biurku cielęcina!
 A to mi się zdarzyło!





Muzyków zejście na ziemię.


Wszystkim wam zapewne znana
Sprzeczka Apolla i Pana,
O flet i fujarę,
W któréj król Midas za karę,
Że przyznał wyższość fujarze,
Od dumnego Apollina
Zamiast dostać beczkę wina,
Dostał ośle uszy w darze.

Lecz na tém się nieskończyło;
Słuchajcie co daléj było.
Apollo zawoła:
Nic mnie nie obchodzi zgoła
Sąd amatora, hołysza,
Ja żądam znawcy mój Panie;

Zatem pójdziemy po zdanie
Wprost na Olimp do Jowisza.

Dobrze, mówi Pan, pójdziemy,
Jeszcze raz się sprobujemy!
Poszli i przybyli.
Natychmiast się ustawili
Pod oknami wielkiéj sali,
W któréj pijano herbatę;
I, naraz głośną sonatę
Z ge dur i be moll zagrali.

W sali był Jowisz, Mars z żoną,
Merkury — więc się bawiono.
Wtém chaos, szum w głowie....
Jowisz się skrzywił, i powie:
Znowu muzyka przeklęta!
Dziś już nie wiem po raz który;
Proszę cię wyjdźno Merkury
Odpraw ich, wynieś im centa.

Wyobrażenia nie macie
Mój Marsie, wiary nie dacie,
Jakie to natręty!
Spacer, pogrzeb, obchód święty,

Obiad, wszędzie się wciskają;
To kwartety, to sonaty,
To symfonje, to kantaty....
Dość, że grają, grają, grają...

Tutaj Merkury powraca,
I rzecze: daremna praca!
Grać będą od ucha;
Aż się Jowisz dobrze wsłucha,
To koncert Pana i Feba;
Mają nowe instrumenta;
Flet z klapką, fujara dęta;
Żądają krytyki nieba.

Jowisz — rękawy zagina...
Merkury! gdzie moja trzcina?
Mówi — chcą krytyki!
Wybiegł... słychać było krzyki...
Powrócił — siadł na kanapie.
I rzekł: całe grajków plemię
Kazałem zepchnąć na ziemię.
Niech tam ludziom uszy drapie.





Dr. SKUBACKI.


Suma — osiem tysięcy;
Ani mniéj, ani więcéj.

Spada na mnie po dziadku.
Mówią: bez adwokata,
Odbierzesz za dwa lata;
Więc proszę w tym wypadku
Doktora Skubackiego,
Znany wszystkim i wszędzie;
Mówi: nic łatwiejszego,
Spadek w moment nasz będzie.

Upłynęło miesięcy
Osiem, ni mniéj, ni więcéj.


Szanowny adwokacie!
Co tam słychać na świecie?
Mój spadek? jak tam przecie?
— Pamiętam, w referacie;
Nakazy, protokóły,
Popycham; niech pan wierzy;
Pracujemy jak muły,
To długo nie poleży.

Upłynęło miesięcy
Osiém, ni mniéj, ni więcéj.

Łaskawy mecenasie!
Spadek! aż sam się wstydzę!
Zapomniałeś jak widzę!
— Pamiętam — w krótkim czasie
Już będzie; duplikaty,
Cessye, protestowane,
Akceptacje, illaty,
Wszystko przygotowane.

Upłynęło miesięcy
Osiem, ni mniéj, ni więcéj.

Mecenasie kochany!
Gonię grosza ostatkiem!


Co się dzieje ze spadkiem?
— Pamiętam — przywołany;
Teraz tylko: duplika,
Inwekta, rotulacja.
Prezentatum, replika,
Taksa i licytacja.

Upłynęło miesięcy
Osiem, ni mniéj, ni więcéj.

Mecenasie łaskawy!
Mój spadek! ledwo żyję!
Rosa — wiesz — oczy wyje!
— Pamiętam — pańskiéj sprawy
Pilnuję; już kontrakty
W przelewie, jeszcze: kwity,
Kaucya, pozew, ekstrakty,
I interes ubity.

Upłynęło miesięcy
Osiem, ni mniéj, ni więcéj.

Aj! szanowny doktorze!
Prędzéj ja ujrzę cmentarz
Niż spadek! niepamiętasz!
— Pamiętam — ach! mój Boże!

Już tylko bagatela;
Rekurs, ekstensa z treści,
Rubrum i kuratela,
Forsuję co się zmieści.

Upłynęło miesięcy
Osiem, ni mniéj, ni więcéj,

Doktorze! wstyd! dla Boga!
Spadek taki maluczki!
Wasze prawo — to kruczki!
— Przepraszam — prawna droga,
I prawne systemata,
Są procesem logiki;
Cóż to jest cztery lata?
Nic nie pomogą krzyki.

Upłynęło miesięcy
Osiem, ni mniéj, ni więcéj.

Mecenasie! ni słowa!
Pięć lat prawicie baśnie...
Niech was piorun zatrzaśnie!
— Przepraszam — rzecz gotowa,
I oto są rachunki...
Prowizye, rekwizyta,

Konferencje, szacunki...
Proszę, niech pan przeczyta...

Suma — osiem tysięcy;
Ani mniéj, ani więcéj.





Strasznie nienawidzę plotek!


Czy pani zna panią Różę?
— Przypominam doskonale.
— Wie pani ten Jowisz w chmurze,
 Nogi miała takie duże,
 Kocha się w panu Michale!
— Nie widziałam jej od dawna,
 Czy zawsze głupia jak ciele?
— Zawsze jest taka zabawna;
 Ubiera się jak podlotek.
 A! mówić by o tém wiele;
 Ale ja nie lubię plotek.

— Wie pani losy Rafała?
— Czyżby nowy figiel żony?

— A! to jest historja cała!
 Podobno go podrapała
 Tak, że aż nos ma czerwony.
— Po ślubie, pani pamięta
 Jak się trzymali za ręce?
— Wiem, Rafał mówił to święta!
 Moja turkawka! mój kotek!
 Cha, cha, cha, gadają więcéj,
 Ale ja nie cierpię plotek.

— A wie pani o Cyprjanie?
— Słyszałam że u nich bieda.
— W takim są okropnym stanie,
 Że nie mają na ubranie;
 To się i opisać nie da.
— Wiem, żona bieliznę łata,
 Towary na kredyt biorą..:
— Gorzéj, bo sam pan zamiata,
 Nawet bierze się do szczotek.
 Mówią, o tem w mieście sporo...
 Ale ja nie słucham plotek.

— Zna też pani Władysława?
— Wiem, wiem, wiem, dostał odkosza.
— O! to jest zabawna sprawa,
 To już na skandal zakrawa;

 Wszak panna była bez grosza?
— Ale gdzie tam! nie to wcale!
 Panna Emma nie jest biedną..,
— Więc musi mieć jakieś ale!
 Zapytam o nią jéj ciotek;
 Wprawdzie mi to wszystko jedno,
 Ale ja nie znoszę plotek.

— Ja tak samo to rzecz zdrożna.
— Ma pani zupełną rację.
— Nie wiem jak obmawiać można;
 Ja jestem bardzo ostrożna;
 Naprzykład: zna pani Grację?
— A jakże! skrzecząca czapla!
 A pani zna siostrę Jana?
— O! ta, to wszystkich przepapla,
 Język ma jak kołowrotek;
 To samo Helena, Djana...
 Strasznie nienawidzę plotek!





Czy sąsiad czasem czyta?


Czy sąsiad czasem czyta?
— Nic nie czytam i kwita.
 Powiedz mi sąsiad po co?
 Na djabła mi czytanie!
Tylko łeb panie,
 Te piśmidła klekocą,
 Ja z resztą, z książką w łapie,
 W kilka minut już chrapię.

— Tak, nie przeczę, — zapewne,
 I ja też nieraz ziewnę;
 Trudna bo na to rada;
 Tylko te dziś, te łyki,
Te, te dzienniki
 Krzyczą: szlachta upada!

 Co gdzie szlachcic, to głupi!
 Żadnéj książki nie kupi....

— Niech sobie plotą baśnie;
 Nie kupi, aha! właśnie!
 A mnie na co bibuły!
 Niechaj się morałami
Częstują sami.
 Dla szlachty artykuły:
 To baran, okowita,
 Sterta pszenicy, żyta....

— No tak, tak, ani słówka;
 Ho! ho! z sąsiada — główka!
 Jednak czasem, niekiedy,
 Zajrzeć do pism należy;
Niech sąsiad wierzy.
 Możebyśmy od biedy
 Które tam z nich, we Lwowie,
 Trzymali — po połowie.

— Co też bo sąsiad plecie!
 Toż i sam mógłbym przecie!
 Wszak sąsiad nie posądzi,
 Żebym ja nie miał za co?

Lecz pytam na co?
 Człowiek dobrze się rządzi,
 Co mi książka pomoże?
 Zasieje? czy zaorze?

— Nie, lecz tak, dla zabawy;
 Człowiek czasem ciekawy
 Poznać ludzkie koleje;
 Opisują odkrycia,
Wypadki z życia,
 Nasze ojczyste dzieje...
 Siądziesz, czytasz w gazecie...
 Jakbyś jeździł po świecie.

— Co mnie to tam obchodzi,
 Jak w Ameryce rodzi;
 U mnie na polu ładnie.
 A czy słońce z zachodu,
Czy też ze wschodu
 Idzie, czy gdzie upadnie,
 Gwiazdy gasną, czy bledną,
 To mi jest wszystko jedno.

— Tak, zgoda na to, zgoda,
 Ale dziś czytać moda.

 Mówią, lektura płaci
 Już i na pańskich dworach.
A przy wyborach,
 Walor ma też u braci.
 Słyszałem to od żony,
 Świat kroczy jak szalony.

— A niechże sobie kroczy!
 Czytaj sąsiad, trać oczy,
 Marnuj zdrowie i siły;
 Ale co do wyboru,
Słowo honoru
 Bajki! jak mi Bóg miły!
 Mój brat nie czyta całkiem,
 A przecież jest marszałkiem!

— No, proszę, nie wiedziałem,
 Winszuję sercem całem;
 To miłe wiadomości!
 O! znałem go przed laty,
Bardzo bogaty!
 Zaraz powiem jéjmości,
 Zaraz za powitaniem,
 Niech się schowa z czytaniem.


— Tak, szanowny sąsiedzie;
 Na książce się nie jedzie,
 Ale na dobréj szkapie.
 Te z rozumem konszachty,
To nie rzecz szlachty.
 Mnie na figiel nie złapie.
 No, chodźmy na kolację.
— Tak sąsiedzie, masz rację.





MODNIE UBRANA.


Boże! jakiś Ty łaskawy!
Dzięki ci za dary Twoje!
Koncerta, bale, zabawy,
Ostatnie mody i kroje.
W lustrze od samego rana
Mierzę, przymierzam i mierzę...
Ach! w ogrodzie na spacerze,
Będę najmodniéj ubrana.

Powiadają że to zbytki;
O co tu tyle hałasu?
Dwieście łokci aksamitki,
Sześćdziesiąt dziewięć atłasu,
Pięć piór, chustka haftowana,
Z djamentem brosza niewielka...

Ach! doprawdy — bagatelka.
Będę najmodniéj ubrana!

Mąż mi codzień suszy głowę,
Że mu brakuje pieniędzy;
Poradziłam — brać łapowe;
Dzisiaj, zaraz, jak najprędzéj.
Tym sposobem rozwiązana
W jednéj chwili łamigłówka...
Ach! będzie zawsze gotówka,
Będę najmodniéj ubrana!

Co to tam tak w kuchni płacze,
Że aż tu słychać przez ścianę?
To nasze dzieci! smarkacze,
Jakie to umorusane!
Idźcie precz! — à la pastrana
Przynieśli właśnie okrycie,
Ach! to dobrze! na odczycie,
Będę najmodniéj ubrana!

Już idzie pan Piotr; uczony,
Prawić o literaturze!
Niech plecie brednie do żony,
Albo do kolegów w biurze.

Niema mnie! Moja falbana
Jak leży, pójdę, popatrzę...
Ach wieczorem, na teatrze,
Będę najmodniéj ubrana!

Helenka mi się przysięga,
Że noszą już inne bufki;
A moj pan mąż, niedołęga!
Mówi, że wydał łapówki.
Srebrna waza już sprzedana,
Więc zastawiam cukiernicę...
Ach! wybornie! na muzyce,
Będę najmodniéj ubrana!

Onegdaj mnie rwała głowa,
I ciężkie napadły smutki;
Mówili, że Alfredowa
Miała bąble u narzutki!
Byłabym już pogrzebana,
Gdyby nie rada Anielki...
Ach! mam te same bąbelki!
Będę najmodniéj ubrana!

Od wczoraj mdleję i krzyczę,
Mąż mówi, że niema centa,

Safanduła, ja pożyczę,
Pożyczę, lecz popamięta.
Pan Alfons... już dzisiaj zrana
Wspominał... więc go ośmielę...
Ach! i pojutrze w kościele
Będę najmodniéj ubrana.





To dopiero komedyje!


Zuzanno! ty wiecznie swoje!
Latasz od samego rana;
Sama uprzątam pokoje,
Kuchnia niepozamiatana...
— Pani by tylko nudziła!
 Przecie jużem raz mówiła,
 Że co dzień u panny Marji
 Muszę bywać na prymarji.

Zuzanno! patrz! jedenasta!
Od dwóch godzin sługi wszędzie
Już popowracały z miasta,
A ty... kiedyż obiad będzie?

— A to mi się spodobało!
 Jeszcze siedziałam za mało!
 Cóż to znów za takie dziwy!
 Wstąpiłam słuchać wotywy.

Zuzanno! patrz moja droga!
Patrz! pieczeń na nic spalona!
Cóż to jest? Bójże się Boga!
Przecie stoisz koło trzona!
— No — widzę, to i cóż z tego?
 Słyszałam coś spalonego,
 Ale mówiłam różaniec.
 Pierwsza dusza, niźli taniec.

Zuzanno! całe wieczory
Gdzieś siedzisz, pewno w kościele;
Wiesz przecie, że pan jest chory;
Tego już trochę zawiele...
— Za wiele! Święte Maryje!
 To dopiero komedyje!
 Od rana same grymasy!
 Takie to już teraz czasy!

Dosyć już byłam cierpliwa,
Że znoszę te ceregiele;

Pan na mszy świętéj nie bywa,
Pani raz w tydzień w niedzielę;
 Ksiądz Jan gadał na spowiedzi,
 Że tu u państwa czart siedzi.
 Nie chcę z czartem wchodzić w drużby;
 Jutro odchodzę ze służby.





Jestem pan i kwita.


Ludzie dbają o szacunek,
O imię, wawrzyny;
Ja bo chwalę ten gatunek,
Co dba o cekiny.
Co mi tam! co mi tam!
Gdy mnie kto zapyta
Co zacz? — Pełną kieszeń mam,
Jestem pan i kwita.

Pan Jan mówi: moja rada,
Czytać dobrodzieju;
Bo to dzisiaj nie wypada
Nie mieć tu, oleju.
Co mi tam! co mi tam!
Niech sobie sam czyta;
A ja — pełną kieszeń mam,
Jestem pan i kwita.


Pan Wit, w ciągłych irrytacjach;
I plecie androny,
Żem na mytach, licytacjach,
Zdarł kraj na miljony.
Co mi tam! co mi tam!
Niech będą i myta;
A ja — pełną kieszeń mam,
Jestem pan i kwita.

Pan Piotr klnie, szle mnie do biesa,
I zgrzyta zębami;
Żem go wciągnął w interesa,
I puścił z torbami.
Co mi tam! co mi tam!
Niechaj sobie zgrzyta;
A ja — pełną kieszeń mam,
Jestem pan i kwita.

Pan Prot, na wczorajszéj hecy,
Gdy go o coś pytam,
Rzekł mi, pokazując plecy,
Ja łotrów nie witam.
Co mi tam! co mi tam!
Niechaj się nie wita;
A ja — pełną kieszeń mam,
Jestem pan i kwita.


Pan Roch mówi: w kraju bieda,
A ty kapiesz złotem;
Któż, jeśli bogaty nie da?
Ani myślę o tém.
Co mi tam! co mi tam!
Kraj, rzecz pospolita;
Ja — dla siebie kieszeń mam,
Jestem pan i kwita.

Na to wszystko, brat mi gada:
Słuchaj panie Janie!
Co do mnie, twoja zasada,
To bandytyzm panie!
Co mi tam! co mi tam!
Niech będzie bandyta;
Głupstwo! pełną kieszeń mam,
Jestem pan i kwita.





Pan Astolf.


A! pan Astolf! jest przecie!
Witamy kochanego!
Pan żyjesz w wielkim świecie,
Co tam słychać nowego?
— Byłem w teatrze; w loży
 Siedział hrabia Ambroży,
 I kiwnął, daję słowo,
 Czternaście razy głową.

Panie Astolfie drogi!
Jeszcze o co prosimy!
— Hrabiowie Kozierogi
 Nie wyjadą téj zimy.
 Właśnie gdym szedł pod ramię
 Z hrabią Pysiem — przy bramie

 Hrabia Tyś nas spotyka;
 Poszli tam na bezika.

A! pan Astolf kochany
Jak mówi, to aż miło!
— Dziś u hrabiny Djany
 Lusterko się rozbiło;
 Hrabianka Ewelina.
 Mówiła mi Regina
 Pokojówka — że trochę
 Przydeptała pończochę.

Panie Astolfie! jeszcze!
Jeszcze jaka nowinka!
— Hrabia Leoś ma dreszcze,
 Hrabia Pipcio ma synka,
 Wczoraj o ósmej z rana,
 Lokaj hrabiego Jana,
 Niósł do hrabiego Edzia
 Suczkę hrabiego Fredzia,

A! pan Adolf to zawsze
Tęga do nowin główka ...
— Powiem wam najciekawsze,
 Lecz sekret, ani słówka.

 Wczoraj, punkt jedenasta,
 Kuchta hrabiego Piasta
 Oświadczył się Maryni,
 Szwaczce hrabianki Dyni.

Nasz pan Astolf niech żyje!
Może jeszcze co powie?
— Co to? szósta już bije?
 Do widzenia panowie!
 Dziś u świętéj Brygidy
 Ślub hrabianki Sylfidy,
 Muszę tam być, czas w drogę!
 Aj! aj! spóźnić się mogę!..





Jak brać losy za czuprynę.


Wreszcie, dzięki wujaszkowi,
Zbyłem się matury;
Teraz trzeba człowiekowi
Drapać się do góry.
Plan już mam, z nim to popłynę,
I chwycę los za czuprynę!

Najprzód ruszam na wszechnicę,
Gdzie, jak sobie wnoszę,
Po łebkach, z nauk zachwycę
Wszystkiego potrosze.
Już ja to wiem, jak w godzinę
Chwytać rozum za czuprynę.

Kolegom nie będę sporny,
Warunek konieczny;

Dla możnych, będę pokorny,
Względem reszty — grzeczny.
Z własnem zdaniem nie wypłynę;
Schwycę przyjaźń za czuprynę.

I zostanę adwokatem,
Albo profesorem;
Wszystko zresztą, jedno, zatem
Może i doktorem.
Gdzie najłatwiéj, tam zawinę
Targać ludzkość za czuprynę.

Za zasadę stawiam sobie,
Że świat jest ladaco;
Zatem i kroku nie zrobię,
Gdy mi nie zapłacą.
Ach! już dziś połykam ślinę,
Jak schwycę grosz za czuprynę.

Mając tysiączków w kieszeni
Choć sto, dajmy na to;
Człowiek panie się ożeni,
Rzecz prosta — bogato.
Niby to z miłości ginę ...
Potem teściów za czuprynę.


Będę miał miljon nareście;
Guldenki! rubelki!
I pójdą szepty po mieście
Co za człowiek! wielki!
Dopieroż nastroję minę!
Będęż darł świat za czuprynę!

Najgorsza śmierć; bo zapewnie
Spotka mnie niestety!
Przynajmniéj że rykną rzewnie
Ach! po mnie gazety.
Napiszą że w niebo płynę,
Że świat drze za mną czuprynę...

Lecz po co obrazy smutne,
Radość życia celem;
Pójdę lepiéj w bilard utnę,
Potem, z przyjacielem,
Jaśniéj moją myśl rozwinę,
Jak brać losy za czuprynę.





To bardzo być może:


Świat jest głupi; daję słowo;
Dziwią się w gazecie,
Że jakiś profesor, głową,
Wsławił się na świecie.
Ja jeszcze przed ośmiu laty
Bywałem faktorem,
A dziś mam miljon intraty,
I dziesięć wsi z borem.

Bo proszę, niech mi kto powie,
Co to jest nauka?
Mówić to, co siedzi w głowie,
To niewielka sztuka;
Niech sobie co chcą gadają,
A trudniejsze role

Tych, co niby rozum mają
Wyprowadzić w pole.

Pisać książki! wielka heca!
Człowiek pióro bierze,
I usiadłszy koło pieca
Jeździ po papierze.
Ja, ja gdzie się tylko ruszę,
To mam ciężką pracę,
Ja wszystkich oszukać muszę,
Bo inaczéj tracę.

Uczony! co mi uczony!
Co po téj robocie?
Czy on ma jakie miljony,
Albo chociaż krocie?
Za co sławny? że naskrobie
Tom jakichś oracyi?
Ja sto tysięcy zarobię
W jednéj licytacyi!

Czy on ma choć dwa pałace,
Takie jak ja cztery?
Złote wazy, srebrne tace,
I kamerdynery?

Ja jego widział z wytartą
Na łokciach kapotą,
Z nim nawet gadać nie warto,
On chodzi piechotą!

Aj! aj! kto go taki chwali?
Kto taki? kto taki?
Oni chyba zwarjowali
Te wszystkie pismaki!
Mnie sam książe hrabia przecie,
Kłania się i ściska!
A nigdy niema w gazecie,
Mojego nazwiska!

Ach! jakby to miło czytać,
Goldberg i pochwały!
Ztąd nawet dałby się schwytać
Czasem zysk niemały.
Muszę posłać trzy tysiące,
Na kraj wygłodzony;
Zaraz będą pisać brzmiące
O mnie fejletony.

Że jestem pełen zasługi,
Wielki i ofiarny;

Potem znów dam, raz i drugi...
Będę popularny!
I może być, miasto które,
Aj! daj! panie Boże!
Wystawi dla mnie figurę!
To bardzo być może.





PRELEKCJA.
(Żart etymologiczny).


Dziś, rozbierzemy panowie
Wyraz Banialuka, który
Mieści w swoim źródłosłowie,
Wątpliwości całe góry.
Wielu uczonych traktuje
Wyraz ten, tak, od niechcenia;
Ja przeciwnie, rzecz wysnuję
Z przekonania i z sumienia.

Jeden z naszych mędrców kładzie
Nacisk na sylaby Ba-ka;
Sprzeciwiam się téj zasadzie
Uczonego współrodaka.
On z tego punktu wychodzi,
Że ksiądz pisze banialuki;

To niczego nie dowodzi,
Tak rozumują nieuki.

Drugi chwyta brzmienie Ba-nia,
Która, że jest wewnątrz pusta,
Według jego przekonania
Wyraz ten kładzie nam w usta.
Ależ nieba najłaskawsze!
To brednia, brednia zupełna!
Bania nie jest pustą zawsze,
Nalawszy ją, bywa pełna.

Inny również źródłosłowu
W pojęciu pustości szuka;
I radzi nam oto znowu
Brać skrajne sylaby Lu-ka.
Etymologję opierać
Na zbiegu skrajnych końcówek!
Z takim niema co się spierać
Bo to wyraźny półgłówek.

Najsławniejszy badacz bierze
Sylaby Lu-ba i Ka-nia;
Kochanka! i dzikie zwierze!
Kontrast, według jego zdania,

Ma tu rzecz dobrze malować;
W tém niema najmniejszéj racji;
Możemy mu powinszować
Umysłowéj aberracji.

Jest jeszcze wielki uczony,
Któremu pierwsza sylaba,
Pierwszy dźwięk, byle zdwojony
Wytyczną; jak tutaj Ba-ba.
Szanowny uczony w błędzie;
Bo baba choć brednie plecie,
To nie każda i nie wszędzie;
Różne są baby na świecie.

Ja, kwestję stawiam inaczéj,
Z ogólnego stanowiska;
I każdy z panów zobaczy,
Jak z zamętu światło błyska.
Ja zdwajam sylaby razem,
Co do jednéj dla badania;
I występuję z obrazem:
Ba-ba, Lu-lu, Ka-ka, Nia-nia.

Tu, sam dźwięk, poparty wiedzą,
Stawia na oczy odrazu,

Że tak niemowlęta bredzą;
Więc tu i źródło wyrazu.
Ten systemat w mojéj głowie
Wykiełkowała nauka;
Teraz wiecie już panowie,
Jak się rodzi Banialuka.





Klika i miotła.


Losy Krakowa miasta,
Starego weredyka,
Trzyma za łeb niewiasta,
Któréj na imię: Klika.
Pani ta, gładka jak żmija,
Gdy widzi że postać czyja
Z innéj a nie z jéj fabryki,
Natychmiast żądłem wywija;
I syczy: on nie jest z Kliki,
I syczy: on nie jest z Kliki.

Owóż, jakoś się zdarza,
Że do miasta zagnały
Losy, na dygnitarza,
Męża postronnéj chwały.
Na to Klika wnet powstanie,
I rozpoczyna pełzanie,

Zmowy, podziemne praktyki,
I świątobliwe wołanie:
Kąsać go! bo on nie z Kliki!
Kąsać go! bo on nie z Kliki!

Gdy ten koncercik słodki
Grano dla Bozkiéj chwały,
Gdy przez brzydkie dewotki
Pierwsze puszczono strzały;
Klika, na rannego zwierza,
Ostateczny cios wymierza;
Wie, z uświęconéj taktyki,
Że już czas palnąć z moździerza
Na tego, który nie z Kliki,
Na tego, który nie z Kliki.

I owo czarna wiecha,
Zacnéj Kliki cyrulik,
Czas“ stary, szpetny klecha,
Drukuje artykulik.
A choć słodkich słów dobiera,
To przecie każda litera;
Téj bogobojnéj krytyki,
Jedną tylko myśl zawiera:
Wygryźć go! bo on nie z Kliki!
Wygryźć go! bo on nie z Kliki!


Co daléj? mniejsza o to;
Przecież nie koniec świata;
Toć i najtęższe błoto
Miotła nareszcie zmiata.
Do czasu dzban nosi wodę,
Do czasu wilk czyni szkodę,
Nastanie pora logiki,
Rozum z miastem zawrą zgodę;
I — miotła dotknie się Kliki,
I — miotła dotknie się Kliki.





Co ja zrobię z moim synem!


A! kochany sąsiedzie!
Niebo cię tu zesłało;
Ratuj mnie w ciężkiéj biedzie,
I poradź duszą całą:
Co mam zrobić z moim synem?
— Zrób go ultramontaninem.

On bo ma zdrowia mało;
Więc dla chłopca potrzeba
Znaleźć coś, coby dało
Lekki kawałek chleba.
Co ja zrobię z moim synem!
— Zrób go ultramontaninem.

Lecz oto kłopot nowy,
Jak w winie męty na dnie;
Chłopak jest tępéj głowy,
Bez protekcji — przepadnie.

Co ja zrobię z moim synem!
— Zrób go ultramontaninem.

Kiedy szczerze, to szczerze;
Mój syn... łotr jakich mało;
Kto go w razie, wypierze
Z brudów opieką śmiałą?
Co ja zrobię z moim synem!
— Zrób go ultramontaninem.

Ma jeszcze jedną wadę,
Prawdę mówi każdemu;
To mu szkodzi, daj radę,
Jak tu zapobiedz złemu?
Co ja zrobię z moim synem!
— Zrób go ultramontaninem.

A! kochany sąsiedzie!
Niebo cię tu zesłało;
Ulżyłeś mojéj biedzie,
Bóg zapłać duszą całą.
Odetchnąłem; — jutro z syna,
Robię ultramontanina.





Jak ludzie kłamać mogą.


Mężu! Staś płacze jeszcze!
— Boś chłopca rozpuściła!
— Przecież ja go nie pieszczę!
— Bodaj to prawda była!
— Wszak go ganię czasami!
— Nigdy, ani troszeczkę!
— Otoż i mamy sprzeczkę!
Dobrze, że jest tu z nami
Pan Alfred; niech osądzi,
Kto z nas winien, kto błądzi.

— Cóż nam pan Wiktor powie?
— Mówiła mi Malwinka,
Że państwo Adamowie
Skłócili się o synka.
Słyszała od Alfreda;
Ale jak się skłócili,
Ledwie że się nie bili!
Pan Alfred zbladł jak kreda!

Bo był wzięty na sędzię,
Niewiadomo co będzie.

— Jakże panno Zenejdo?
— Adam i Adamowa
Z pewnością się rozejdą;
Sprawa na wpół gotowa;
Wzywano adwokata,
Męża czy żony wina,
Nie wiem, poszło o syna,
Doprawdy, koniec świata!
Tak mi mówiła Dora,
Siostra pana Wiktora.

— Usiądźmy Pawle — w chłodzie,
Mam dla ciebie nowiny:
Adam już po rozwodzie,
Biedne te ich dzieciny!
Ona jest już u matki...
Ktoś tu idzie... we dwoje...
Adamowie! oboje!
Pod rękę! z nimi dziatki!
No i proszę ja kogo?
Jak ludzie tak łgać mogą!





Nowy obyczaj.


Dzielne mamy obyczaje,
Gdy się je przenika,
Z każdego morał wystaje
I zdrowa logika.
Dzisiaj nowy się urabia
Zwyczaj, wcale gracki,
Mówić: pst, pst, bo to hrabia,
Hrabia Antenacki.

— Pędzi pojazd, kuty złotem,
Obalił człowieka;
Bryzga w prawo, w lewo błotem,
Każdy w bok ucieka.
Na ratusz! co on wyrabia!
Woła nań lud chwacki...

— Aj! pst, pst, pst, bo to hrabia,
Hrabia Antenacki.

— Uwodzi, pije, gra w karty,
Dobroduszne tłumy
Mierzy, ze wstydu odarty,
Wzrokiem pełnym dumy.
Jednak choć miną nadrabia
Poznać duch próżniacki...
— Aj! pst, pst, pst, bo to hrabia,
Hrabia Antenacki.

— Siedzi na czterech koncesjach,
Został dyrektorem;
Tumani oczy na sesjach,
I żydowskim torem,
Miljoników się dorabia,
W sposób adwokacki...
— Aj! pst, pst, pst, bo to hrabia,
Hrabia Antenacki.

— Ściska wszystkich na wsze strony;
Całuje i ściska;
A w duchu drwi, ucieszony,
Że wierzą ludziska.

Lecz znać, choć się tak podrabia
Interesu macki...
— Aj! pst, pst, pst, bo to hrabia,
Hrabia Antenacki.

— Zaduma, mądrość, powaga,
Wielkość bije z czoła;
A wewnątrz najczystsza blaga,
Albo też nic zgoła.
Mimo to, głupców obrabia
I chwyta w zasadzki...
— Aj! pst, pst, pst, bo to hrabia,
Hrabia Antenacki.

— Pisze, pisze, to co umie,
Pisze, jeszcze pisze;
I sam siebie nierozumie,
I inni, jak słyszę.
Wszystko tak dzielnie przerabia,
Że pójdzie pod placki...
— Aj! pst, pst, pst, bo to hrabia,
Hrabia Antenacki.

— Niewiem jak się komu zdaje;
Ale mnie przenika

Myśl, że ludów obyczaje,
To ludów logika.
Nieźle więc, że się urabia
Zwyczaj wcale gracki,
Mówić: pst, pst, bo to hrabia,
Hrabia Antenacki.





Nauczyciel nie znaczy.


Więc że mam osła syna,
 To ma być moja wina?
 Jam pieścił jedynaka?
 Niech sąsiad żony spyta,
 Czym nie karcił chłopaka.
 Nie mnie obrzucać błotem;
 To winien ten bandyta
 Nauczyciel nic potem.

 Sąsiad to miał dobrego!
 — Eh! co to ma do tego!
 Mój syn, choć bez zdolności,
 Jeżeli z pracy słynie,
 To winien méj czujności
 Sąsiedzie, nieinaczéj;
 Mnie jednemu jedynie
 Nauczyciel nie znaczy.





Ten... tego...


Jak się miewasz Stanisławie!
Ledwie oczom wierzę;
Czytałem o twojéj sławie
I dziwię się szczerze.
— Jakto kochany kolego?
— Nic, wprzód czerwono pisałeś
Teraz jakoś pobielałeś.
— Nie... widzisz... dzisiaj... ten... tego...
Na świecie... różne są zdania...
— Wiem, wiem, piszesz z przekonania.

A! dzień dobry mój Arturze!
Takieś wczoraj skoki
Wyprawiał przed hrabią w biurze,
Żem się brał za boki.
— Jak to? cóż w tém widzisz złego?
— Nic, lecz dawniéj byłeś hardy,

A teraz jesteś mniéj twardy.
— Nie... widzisz... dzisiaj.... ten... tego...
Hrabia... pełen uprzejmości...
— Wiem, wiem, tańczysz tak z grzeczności.

— Dobry wieczór, mój Michale!
Znowu do kościoła?
Kogo witam, nie wiem wcale,
Djabła czy anioła?
— A to znowu co nowego?
— Nic, wprzód byłeś heretykiem,
Teraz jesteś fanatykiem.
— Nie... widzisz... dzisiaj... ten... tego...
Zawsze lepiéj... czasem... muszę...
— Wiem, wiem, idzie ci o duszę.

— Ot co powiem mój Stefanie,
Twój plan finansowy,
Przepraszam za moje zdanie,
Ale jest niezdrowy.
— Jak to? jak to? co? dla czego?
— Nic, wprzód byłeś moralistą,
Teraz jesteś finansistą.
— Nie... widzisz... dzisiaj... ten... tego...
Kraj nasz... w razie urodzaju...
— Wiem, wiem, robisz to dla kraju.


— A to co znowu Jakóbie?
Brylant u surduta!
Nie poznaję cię w téj szubie,
Zkądże taka buta?
— Co takiego? co takiego?
— Nic, wprzód byłeś demokratą,
A teraz arystokratą.
— Nie... widzisz... dzisiaj... ten... tego...
Człowiek ma dobra... miljony...
— Wiem, jesteś cymbał skończony.





O wieszczko! gdybyś ty chciała!


Wczoraj, całym dzień płakała,
Noc otarła łzy;
Wzruszona, jeszcze drżę cała,
Jakie miałam sny!

Świetny salon złotem kapie,
A ja chodzę wciąż;
Przy kominku, na kanapie
Siedzi sobie mąż.

Kamerdyner, u kotary,
Stoi tuż jak cień;
Bo pan mąż jest trochę stary,
I głuchy jak pień.

Ja, z wyniosłym ruchem głowy,
Zwracam mowę doń;
Pyszny djadem brylantowy,
Zdobi moją skroń.


Wdziewam suknię ogoniastą
Na książęcy bal;
Widzę już jak całe miasto,
Rwie zazdrości żal.

Rozległ się turkot karety,
Pan mąż żegna mnie...
W tém budzę się, i niestety!
Już po złotym śnie!

Wzruszona, jeszcze drżę cała,
I patrzę przez łzy;
O! wieszczko! gdybyś ty chciała
Ziścić moje sny!





Złota młodzież.


Héj tam komu ochota,
Baczność! Lwowie! Krakowie!
Podnoszę zdrowie!
Niech żyje młodzież złota!
Ona to, pełna brawury,
Ustroiwszy głowy w rury,
W pół-łokciowym kołnierzyku,
Pokój czy wojna,
Mężna, strojna i zbrojna,
Zadaje ulicy szyku.

Przybył panicz do miasta,
Czerpać w skarbnicy wiedzy.
Teatr, koledzy,
Kieszeń pełna, więc szasta.
Minął rok. Spacer — niedziela,
Lew do kobiet okiem strzela,

Chłód i sarkazm na języku...
Nagle się mieni.
Co to? Żyd. Lew szast do sieni,
Zadał ulicy szyku.

Wśródmieściu zmrok zapada,
Sam czas na polowanie.
Panienki! Panie!
Strzeżcie się! biada! biada!
Lew ostre gładzi pazury,
Poprawia na łbie fryzury,
I w upatrzonym kąciku
Zastawia siecie.
Ryknął — poczuł kij na grzbiecie,
Zadał ulicy szyku.

Ostrożnie! chować pięście!
Lew chodzi z rewolwerem;
To nie jest zerem,
To może być nieszczęście!
A co? nie przepowiedziałem?
Ktoś tam lwa nazwał cymbałem!
Sprzeczka, wrzask jak na sejmiku.
Wrogów rozjęto.
Lew odszedł z gębą spuchniętą,
Zadał ulicy szyku.


Po takiéj ostréj dubli,
Lew co był bez pardonu,
Opuszcza z tonu.
Gardzi naturą wróbli,
Woli być ostrożnym ptakiem.
Więc choć go nazwać zdechlakiem,
Unika wrzawy i krzyku.
Za każdym razem
Drwiny puszczając płazem,
Zadaje ulicy szyku.





TAK, KOCHANY PRZYJACIELU.


Tak, kochany przyjacielu,
Nie trać bracie animuszu;
I mnie fortuna, jak wielu,
Niedała złota, geniuszu,
Tylko szczyptę sprytu.
To dość; zwalczyłem przesądy,
Zmieniłem na świat poglądy,
I jestem u szczytu.

Prawnikiem — szło mi niesporo,
Więc prawo ciskam profanom,
A zgjąwszy dumę we czworo,
Pełzam ku hrabiom i panom.
I tym dzielnym skrętem,
Podając drzwiczki, paltoty,

Zostaję w nagrodę cnoty
Ich plenipotentem.

Powoli, nabywam sławy,
Całuje rączki hrabiny,
Składam urocze zabawy;
Przemowy na imieniny,
Wierszyk do kupletu;
I wciąż idąc takim torem,
Wkrótce jestem profesorem
Uniwersytetu.

Gromię bezbożne wybryki,
Pożytkuję myśli cudze,
Piszę trzy panegiryki
O możnych rodzin zasłudze,
I bez wszelkich chemii,
Chodząc często do kościoła,
Zostaję bez potu czoła
Członkiem akademii.

Tu, uwieńczony laurami,
Przybieram uczoną minę,
Wzmacniam stosunki z panami,
Po pod ich wodę niepłynę,

I nie łamiąc głowy,
Popchnięty hrabiowskiem wiosłem,
Zostaję obrany posłem
Na nasz sejm krajowy.

Daléj, gościniec ubity;
Łączą się w mojéj osobie
Rozum, władza i zaszczyty;
Bo choć zgoła nic nie robię,
To pewnego święta,
Miasto, co się panom kłania,
Składa mi, w dowód uznania,
Godność prezydenta.

Teraz, brak mi już niewiele,
Muszę, drogą konsekwencyi,
Odrzuciwszy ceregiele,
Zdobyć tytuł ekscelencyi.
I już okiem bystrem
Widzę jak posiadam banki,
Dostaję rękę hrabianki,
I jestem ministrem.

Tak, kochany przyjacielu,
Nietrać bracie animuszu;

Choć ci fortuna, jak wielu,
Nie dała złota, geniuszu,
Tylko szczyptę sprytu;
To dosyć; zwalczaj przesądy,
Zmień niewygodne poglądy,
A staniesz u szczytu.





Zaraz byłoby inaczéj!


Nie wiem czyli wiesz o kłótni
Pawła z Piotrem; obaj butni,
Poczubili się aż miło;
Jak studenci, jak smarkacze.
— Widać, że mnie tam nie było,
Zaraz byłoby inaczéj!

— Ktoby to uwierzył, proszę,
Alfred dostał dwa odkosze;
Człowiek choć przyłóż do rany,
Niechże mi kto wytłomaczy?
— Niezdara patentowany!
Ze mną byłoby inaczéj!

— Czytałem powiastkę małą;
Aż dwóch razem ją pisało.
Nie wiem czego chcieli dowieść,
Ale widać że partacze.

— Gdybym ja napisał powieść,
Zaraz byłoby inaczéj!

— Jackowi to się nie wiedzie,
Słyszałeś o jego biedzie?
Stracił co do grosza prawie,
Na gospodarstwie i płacze.
— Bo się nie znał na uprawie,
U mnie byłoby inaczéj!

— A Stefan co miał miljony?
Dziś szarpią go z każdéj strony;
Kursa mu niedopisały,
Prawie oszalał z rozpaczy.
— Zły rachunek, sekret cały,
Ze mną byłoby inaczéj!

— Ale... masz tu list od Jana,
Czytaj... cóżeś zbladł jak ściana?
— Bo... straciłem pół fortuny,
Na giełdzie, Lombardach raczéj;
A chciałem grać na Rumuny!
Zaraz byłoby inaczéj!





STARY KAWALER.


Stary kawaler! Fircyki!
Będzie mnie to wyśmiewało!
„Łysina, nóżki jak tyki!!..:
Bodaj ich licho porwało!
Jakie mi zuchy! „Mantyka“
Krew ognia nabiera z laty...
Aj! aj! jakże w uchu strzyka!
Piotrowa! dajno mi waty!

Wczoraj był festyn na stawie,
Lecz ja nie miałem humoru;
Na drugi raz, w téj zabawie,
No, daję słowo honoru,
Że tych młokosów uchodzę!
Ja im tu jeszcze pokażę...,

Aj! przeklęte darcie w nodze!
Piotrowa! moje bandaże!

Kiedyś, dałem bal dla Fruzi;
Była na nim młodzież cała;
Dziewczyna, choćby dać buzi,
Mnie tylko nadskakiwała.
Napatrzyłem się do woli!
I mówią, żem zmokła kura...
Aj! aj! jak mnie w dołku boli!
Piotrowa! moja mikstura!

Na onegdajszym rauciku,
Michalinka czarnooka,
Gdym sunął w lotnym walczyku,
Nie spuszczała ze mnie oka.
No, już to lekcye miłości
Mógłby brać u mnie kochanek...
Brr... znów mnie chwytają mdłości;
Piotrowa! dawaj rumianek!

Ha! może się i ożenię,
A toby mi zazdrościli!
Lecz muszę się trzymać w cenie,
Rozważę to w wolnéj chwili...

Strasznie ku mnie oczkiem strzyże!
Bialutka jak alabaster...
Aj! dla Boga! moje krzyże!
Piotrowa! nasmaruj plaster!

Co tam! rzecz postanowiona;
Idę do Mińci z wizytą...
Widzę ją,.. stoi zdumiona,
Śmiejąca, z minką wpół skrytą,
Jak gdyby się zapierała;
Ale mnie tam nie oszuka!
Będziesz moją, ty, ty, mała:..
Piotrowa! zęby! peruka!





CIOCIA MARTA.


Nie wszystko złoto, co się zwierzchu świeci,
Działa się szczerze, działa i nieszczerze,
Matka Ojczyzna różne rodzi dzieci,
Nie każdy święty, co klepie pacierze.
Stare to myśli — niezaprzeczam — ale
I węgrzyn stary, a smakowny wcale.

Skoro więc zgoda, to historję powiem;
Jednak nie smutną, bez ponurych cieni;
Bo nie chcę szarpać czytelników zdrowiem,
I grosz doktorom pędzić do kieszeni,
Jak dziś poeci, co jękiem bez przerwy,
Są źródłem ciężkiéj choroby: „na nerwy.“


Mieszkam w Baryłach, wiosce podkrakowskiej;
Żem nieżonaty, nie wielka nowina;
Mimo to żyję jakoś z łaski Boskiéj,
Choć dom bez żony — to obiad bez wina,
Mam miękkie serce, dla ludzi otwarte,
Niezłego kuchtę i — ciotunię Martę.

Ciotunia, ciepła, jak to mówią wdowa,
Miała wieś Kulki — odemnie o milę;
Jeździła bardzo często do Krakowa,
Miasta, gdzie słodko płyną wdowie chwile
Na rekollekcjach, nieszporach, ploteczkach,
I tym podobnych miłych zabaweczkach.

Ze mną serdecznie była, dokąd księża,
Mogą to wszyscy poświadczyć sąsiedzi,
Nie opisali mnie przed nią jak węża
Za to, że nie chcę chodzić do spowiedzi;
A głównie za to, mówiąc między nami,
Żem ich podobno nazwał faktorami.

Owoż za grzech ten, cioteczka kochana
Już ze dwa lata nie gadała do mnie;

Jakby nie znała swojego siostrzana.
To téż zdziwiony zostałem ogromnie,
Gdym list otrzymał, że do Barył zjedzie
I że pojutrze będzie na objedzie.

Była sobota — czytałem reklamę
Jaką z ambony wystrzelił dla „Czasu“
Sławny kanonik; — gdy właśnie przez bramę
Wtoczył się powóz; — nie miałem więc czasu
Objąć przedziwną tej mowy logikę.
Biegłem powitać Ciocię Dobrodzikę.

Ma się rozumieć, żem nie jedno słowo
Czułych duserów kładł przed nią pokotem;
Lecz ciotka Marta spojrzała surowo —
„Pawełku, rzecze, zostaw to na potém.
„U nas w Krakowie, w soboty i w święta
„Grzechem jest garnąć świeckie komplementa.

„Powiem ci lepiéj, z jakiego powodu
„Tutaj przybyłam. Znasz hrabiego Jana;
„Musisz znać, bywał u ciebie za młodu,
„Człowiek, przed którym warto giąć kolana.

„Ten — co go w Wiedniu, prawie jednej chwili
„Bezbożne liberały na giełdzie złupili.

„Owóż pan hrabia, trzy dni temu wpada
„I mówi do mnie: Pani Dobrodzika
„Z tego co powiem, będzie bardzo rada.
„Właśnie znalazłem dla niéj spowiednika.
„Święty to człowiek, katolik gorący,
„Młody, przyjemny i jak grób milczący.

„Hrabio! powiadam mów! na miłość Boga!
„Gdzie jest ten człowiek? mów! jako Bóg żywy.
„A hrabia na to: moja pani droga,
„Będziesz go miała — wypadek szczęśliwy.
„Jest on wikarym u pani siostrzana;
„Wszyscy tam znają księdza Tulipana.“

Znałem, go znałem, chłopisko sążniste;
Lecz trzeba wyznać grzeczny był i słodki.
Nie chcę obmawiać broń mię Jezu Chryste,
Jednak nad miarę lubił on dewotki
I do ich usług był zawsze gotowy.
W ogóle wielbił wszystkie białogłowy.


„Toż mówi ciotka, mając takie wieści,
„Pomimo słoty przyjechałam tutaj:
„Bo w rzeczach duszy, człowiek się nie pieści.
„Będzie to zresztą przedwstępna pokuta.
„Drogi Pawełku! — zbliżają się święta,
„A jam z krakowskich księży nie kontenta.

„Widzisz, w Krakowie, w takim dusz nawale,
„Powiem otwarcie — wszak to rzecz nie zdrożna,
„Ot, spowiadają kobiety niedbale;
„Przynajmniéj nie tak, jak to robić można.
„Więc mi wybaczysz, że ja jutro z rana
„Proszę o spowiedź księdza Tulipana.

„Tylko cię Pawle uprzedzam zawczasu,
„Żem tu przybyła dla nieziemskiéj chwały,
„Nie chcę więc tobie robić ambarasu;
„Proszę cię tylko — dasz mi kącik mały
„Gdziebym spokojnie mogła zliczyć grzechy.
„Słowem użyła duchowej pociechy.“

Skończyła mówić, przeszła się po sali
I wzięła w rękę ze stołu książeczkę.

Wyszedłem wołać by objad dawali,
Ale wróciwszy za małą chwileczkę,
Anim się spodział, Dobrodzieju Panie,
Jak na mnie spadło sążniste kazanie.

„Wstyd mi mówiła rozogniona Ciocia,
„Wstyd mi doprawdy za mego siostrzeńca,
„Cóź to ja widzę! Piosenki Rodocia!
„Tego zuchwalca! tego potępieńca!
„Co go się wkrótce zaprze Kraków cały!
„Wybacz mi Pawle — ale drę w kawały.“

Chciałem się bronić, w tem dano śniadanie,
Którem powitał z niezmierną radością;
Myślę, przynajmniej perora ustanie.
Gdy nagle ciotka powstaje ze złością,
Otwiera okno i z groźnym okrzykiem
Ciska na trawnik półmisek z befsztykiem.

„To tak, powiada, wiedząc, że przyjadę.
„Żem katoliczka, że dzisiaj sobota,
„Kazałeś podać mięsiwa gromadę!
„Żeby mnie zgubić! taka twoja cnota!

„O! „Czas“ ma rację, żeście jakobiny!
„Toż u mnie Azor w post nie tknie słoniny.“

Ja jako mogłem nie traciłem ducha,
Mówię: cioteczka niech się nie zapala,
Niech tylko ciotka Marteczka posłucha.
Wnet wszystko będzie, wnet poszlę fornala
Po kawior, ryby, bo w domu... ten... tego...
Nie zawsze wszystko — u djabła starego..

Lecz ledwom wyrzekł te fatalne słowa,
Musiałem gwałtem oprzeć się o ścianę;
Bo wszystko moje: nogi, piersi, głowa
Zostały płynem wilgotnym oblane.
Dziś jeszcze widzę dwie spore butelki
W ręku mej ciotki i mój postrach wielki.

Ciotka wołała: „Ojca Serafina
„Zapytaj Pawle! cały świat w to wierzy,
„Ze gdy kto imie szatana wspomina,
„To go święconą zlać wodą należy.
„Szczęście żem z wodą taką przyjechała,
„Ot widzisz Pawle, jak ci się przydała.“


Małom się nie wściekł — Powiadam, u czarta!
Ja tego łotra, tego Serafina
Na śmierć ubiję...! a wtem ciotka Marta
Strasznie jęknęła, na wznak się przegina,
Przymyka oczy i pobladła cała,
Pada na ziemię. Dla Boga! zemdlała!

Ja tam nie umiem ratować jak drugi;
Więc krzyczę gwałtu! wpada Piotr karbowy,
Wpada parobek, za nim inne sługi,
A w końcu Jasiek, chłopak kredensowy.
Wołam: ratujcie! jeśli wam Bóg miły!
A sam uciekam co tylko mam siły.

Lecz ledwom przebiegł przez kilka pokoi,
Słyszę okrzyki i staję zdziwiony.
Widzę jak pędzą wszyscy słudzy moi,
I słyszę Jaśka głosik rozżalony.
Jedni wołają,: żyje! żyje! żyje!
A Jasiek wrzeszczy: za co pani bije!

Rzecz była taka: w butelkach zostało
Święconej wody. Jaśkowi mówiono,

Że trzeba pryskać na zemdlone ciało.
Więc wziął butelkę i zlał ciotki łono.
Widząc herezję, ta natychmiast wstała
I z całéj siły Jaśkowi w kark dała.

Kiedym ja nadszedł, właśnie ciotka Marta
Bijąc wciąż w Jaśka — wołała: „kochanku!
„Ja cię chcę zbawić! wygnać z ciebie czarta.“
I tak sunęła za nim aż do ganku;
Zkąd Jasiek wpadłszy w gęste zagajenie,
Wolał swym nogom poruczyć zbawienie.

Widocznie Ciotkę to uspokoiło;
A też i fornal powrócił już z miasta.
Siedliśmy znowu, a choć mi nie miło
Było na sercu, milczałem i basta.
Podano obiad, ciotka Marta siadła,
I przeżegnawszy z apetytem jadła.

Ja zazdrościłem i byłem zdumiony.
U mnie bo zwykle, muszę wyznać szczerze,
Jak tylko jestem cokolwiek zgryziony,
Zaraz apetyt jakieś licho bierze.

Więc proszę ciotki, by mi powiedziała,
Jak wraz się modlić, bić i jeść umiała.

„Pawle! odrzekła, takie cudy robi
„Ojciec Serafin; przyjedź do Krakowa,
„Serafin ciebie w cnoty przyozdobi,
„On cię od męki piekielnéj uchowa.
„Pójdź do spowiedzi, niech cię strach nie bierze,
„Pokuta — głupstwo — dwa lub trzy pacierze.

„No, ale teraz, zjadłszy w samą miarę,
„Idę do siebie — a ty zażyj, wczasu;
„Bo ja przepędzę jakie godzin parę
„Na rozmyślaniu; i tak wiele czasu
„Próżno straciłam, a jutro mnie czeka
„Spowiedź takiego jak twój ksiądz człowieka.“

Wyszła. Palnąłem spory kielich wina
Na pocieszenie po przebytym znoju,
Posłałem djabłom ojca Serafina,
I do mojego poszedłem pokoju
Wedle zwyczaju zdrzemnąć chwilkę małą;
Lecz anim marzył o tem co się stało.


Przyległą izbę, dałem ciotce Marcie;
Najcichszą jaka była w całym dworze.
W tém, po za ścianą, słyszę jakieś tarcie,
Jakieś brzękanie. Myślę — co być może?
A że ciekawość bawi i poucza
Więc téż zajrzałem przez dziurkę od klucza.

Ciocia przed lustrem — w ręku dwa pędzelki
I słoik z maścią — coś kręci, smaruje
Brwi, nos, policzki... słowem — Boże wielki!
Wyraźnie bieli albo się różuje.
A niech cię djabli! to mi rozmyślanie!
To mi zuch ciocia! że aż miło panie!

Chcę krzyknąć Vivat! lecz gdym nagle sobie
Przpomniał ranek i sprawę Jaśkową,
To pomyślałem, że najlepiej zrobię
Gdy będę milczał. Toż najmniejsze słowo
Z ust mi nie wyszło, kiedym w godzin kilka
Zobaczył ciocię strojną jak motylka.

Jednak myślałem: czy się ciotce bredzi?
Czemu u licha tak się wystroiła.

Kiedy aż jutro idzie do spowiedzi?
Czyby tak do mnie? Lecz w tem, ciocia miła
Mówi: „Pawełku na marnéj rozmowie
„Czas tracę — nie tak dzieje się w Krakowie.

„Tam my, kobiety, swego spowiednika
„Wzywamy wieczór — w wilję przed spowiedzią,
„Na konferencję. Wtedy on przenika
„W nasze istności. To nas nad gawiedzią
„Stawia pospólstwa. — Tak robią hrabiowie,
„Książęta nawet. Tak bywa w Krakowie.

„Otóż mój drogi, przypomnieć ci muszę,
„Że do spowiedzi idę jutro zrana;
„Jeśli więc pragniesz zbawić moją duszę,
„Kaź dziś poprosić księdza Tulipana.
„Sądzę że nikt mi nie odmówi racji;
„Idź, idź — pamiętaj także o kolacji!

Westchnąłem tylko; ale Tulipana
Prosić kazałem — i w godzinę potem
Siedzieli razem, a rozradowana
Ciotka mnie nawet zwała sercem złotem.

Ja jednak wkrótce wyniosłem się z sali,
Wróciłem do nich, gdy kolację dali.

Ledwieśmy siedli, mnie licho nadało
Przyganić zupę; bowiem i koloru
Nie miała wcale i coś w niej pływało.
A Jasiek hultaj, chcąc bronić honoru
Walka kucharza — także się odzywa:
„To buljon, mówi, tak w tej zupie pływa.“

Chciałem zagadać; lecz Jaśka przemowę
Ksiądz już usłyszał; zaczem téj potrawy
Skosztować nie mógł — zwiesił tylko głowę.
Ciotka na niego wzrok rzuciła łzawy,
A do mnie mówi, jak tygrys z za kraty:
„Oto masz skutki ludowej oświaty.

„Dzisiaj buljonem zupę ci podrabia,
„Jutro sam będzie w post pożerał mięso,
„Za rok nie poznasz co szewc a co hrabia,
„W końcu motłochy Krakowem zatrzęsą
„I będą żądać zniesienia zakonów.
„Ach! jakbym piekła wszystkich farmazonów!


„Trzeba ci wiedzieć księże Tulipanie,
„Że nasz kanonik, co tak gada ładnie,
„Mówi: nauka, jest to zamięszanie
„W którem przewaga możnych rodzin padnie.
„O! „Czas“ jest święty! choć nań napadacie,
„Że wszędzie nogę podstawia oświacie.

„Wracam do kuchty; on chciał nasze dusze
„Zaprzedać piekłu, według mego zdania,
„Dlatego Pawle, nastawać nań muszę,
„I surowego żądać ukarania.
„Łotr z niego będzie! natrząsa się z nieba!
„Choć z pięćdziesiątkę dać by mu potrzeba.“

Zamilkła wreszcie — ja, choć kląłem w duszy,
Nic na tak wzniosłe nie rzekłem kazanie;
Bo już wszystkiego miałem aż po uszy.
Więc po kolacji, natychmiast mospanie
Żeby nie zostać jeszcze większym osłem,
Do mojej izby szybko się wyniosłem.

Gdym wstał nazajutrz, to ludzie gadali,
Jasiek łotr głośno, inni pokryjomu,
Że ksiądz Tulipan siedział długo w sali;
Bo coś z północy powracał do domu.

Ciotkę ujrzałem już nie bardzo rano,
Dopiero wtenczas, gdy śniadanie dano.

Przyszła z kościoła bardzo uśmiechnięta;
Ciągle na ustach miała swe spowiedzie,
Ze spowiednika niezmiernie kontenta,
Wreszcie wyrzekła że zaraz odjedzie.
Na te wyrazy dreszcz mnie przejął błogi.
Kazałem zaprządz i — szczęśliwej drogi.

Wkrótce — pamiętam, na zielone święta,
Mój ksiądz wikary jakoś mi powiedział,
Że go od ciotki spotkała: „Prezenta“;
Ze będzie w Kulkach na probostwie siedział.
Wnet też pojechał, pędząc całą siłą,
Widać — no — widać, że mu pilno było.

Co dzisiaj ciotka robi z Tulipanem,
Co dziś Tulipan robi z ciotką Martą,
Wiem — lecz ze strachu przed pewnym organem
Słówka nie pisnę. Zresztą i nie warto
Dla bagatelki tracić mir w Krakowie.
Bądź co bądź — Kraków — ja kocham panowie!





Czas płaci, czas traci.


Raz ja podsłuchałem,
Jak z sobą artysta,
Dentysta
Rozmawiał z zapałem:
Gram ze światem w karty,
Nie w żarty;
I mam dla méj braci
Praktyczne w méj głowie
Przysłowie:
Czas płaci, czas traci.

Ludzie lezą w pęta,
Dla różnych miłości,
Litości...
Mnie to nie opęta.
Szkoda na to czasu,
Atłasu,

Mówią adwokaci.
Mnie rozum powiada:
Zasada:
Czas płaci, czas traci.

W środę, gdy poncz piłem,
Włazi mi dziewczyna,
Przeklina,
Że ja ją zgubiłem
Temu coś dwa lata.
Tra ta ta...
Dobra! niech ją kaci!
Wnet była ze łzami,
Za drzwiami.
Czas płaci, czas traci.

Często proszą: panie!
Chodź pan do chorego,
Biednego.
Na takie gadanie,
Mawiam obojętnie:
Najchętniéj;
Lecz niech wprzód zapłaci.
To jedno mnie wzruszy,
I ruszy.
Czas płaci, czas traci.


Nie dawniej jak wczora,
Widzę znajomego,
Nędznego.
Mówię mu że pora
Spóźniona, czas drogi,
I w nogi.
Niech wprzód się zbogaci,
To wtedy poczekam,
Przyrzekam.
Czas płaci, czas traci.

Znów śmieją się ze mnie,
Że ja bogaczowi,
Łotrowi,
Pochlebiam nikczemnie.
Że gdyby nie złoto,
To oto
Drwiłbym z téj postaci.
Zapewne, w téj porze,
Być może.
Czas płaci, czas traci.

Wakuje posada,
Przyjaciele proszą
I wnoszą,
Że mi nie wypada

Przeszkadzać koledze,
Gdy siedzę
Na groszu. To chwaci!
Żem był... kiedyś... tego..
Kolegą...
Czas płaci, czas traci.

............
............
............

W to, że ja od Boga
W czemkolwiek zależę,
Nie wierzę.
Aj, aj, aj! dla Boga!
Czuję w sercu bole,
Aj! kole!
Aj! aj!... — Wzywa braci,
Blednie, ciężko wzdycha,
I — zdycha.
Czas płaci, czas traci.





U wdowca na wsi.


Proszę wielmożnego Pana,
Jestem tylko gospodyni,
Lecz nie chcę być malowana;
Widziałam jak dzisiaj z rana,
Staś pokazał figę Tyni.
Od czegoż jest guwernantka?
Porządniem jéj nagadała;
Ale ta, ta, arogantka,
W oczy mi się roześmiała.
Nie wtrącam w nic mego nosa,
Lecz gdy ma rządzić ta osa,
To ja oto klucze kładę,
Proszę o konie i jadę.

— U ciebie bracie jedyny,
Jesteś wdowcem, nic dziwnego,
Ładu ani odrobiny;
Guwernantka robi miny.

Pokojówka do niczego,
Dzieci jakieś takie ciche,
Przyjechałam na pół roku,
Lecz gdy widzę twoją pychę,
Nie mogę; na każdym kroku,
Co ja powiem, to ty ale...
Wiesz, że nie wtrącam się wcale,
Lecz gdy ganisz moją radę,
Proszę o konie i jadę.

— Panie! ja nie jestem głucha!
Na to się każdy oburzy;
Gospodyni, dziś do ucha,
Siostrze pana, niech pan słucha,
Mówiła że mam nos duży.
Że ja jestem guwernantką,
To ona mnie lekceważy;
A ona jest intrygantką!
Głupia, mleko jéj się warzy,
Pan ma fusy zamiast kawy,
Nie wtrącam się w cudze sprawy;
Lecz gdy mam patrzeć na zdradę,
Proszę o konie i jadę.

— Jak dzień długi proszę pana,
Tak ja zarzynam się pracą,

A gospodyni do Jana
Mówiła, i do Stefana,
Że pokojówka ladaco.
Guwernantka też złośnica;
Ciągle się tylko maluje;
Wieczór jak się zgasi świeca,
To ja ich dobrze szpieguję.
Gospodyni wódkę pije.
Ja się nie wtrącam w niczyje;
Lecz gdy mam mieć ciągłą zwadę,
Proszę o konie i jadę.

— Tatku! Tatku! proszę Tatki!
Stało się coś okropnego!
Staś otworzył do szufladki,
I zabrał moje okładki;
I powiada że to jego.
Jeszcze się na mnie jendyczy.
Niech mu Tatko oddać każe
I niech go Tatko wykrzyczy,
Jak to raz za kałamarze.
Ja nie wtrącam się Stasiowi;
A jak Tatko mu nie powie,
No, to ja salopkę kładę,
Proszę o konie i jadę.





Gawęda przy winie.


Gdy się zbiorą sąsiedzi
W przyjacielskie koło,
Ten się cieszy, ten biedzi,
Smutno i wesoło.
Ale gdy przy winie
Człowiek się rozgada,
Smutek jakoś ginie,
Jak mara przepada,
Nikną troski, niepokoje,
Gospodarzu! zdrowie twoje!

Tu zamarzły buraki,
Tam żyto nie plenne,
Ówdzie groch ladajaki,
Choć śpiewaj nowennę.
Ale gdy przy winie
Człowiek się rozgada,

Niech tam żyto ginie,
Niechaj groch przepada,
Niedbam o to i niestoję.
Gospodarzu! zdrowie twoje!

Tu wołają podatki,
Tam raty bankowe,
Weksel ciągnie przed kratki,
Choć rozerwij głowę.
Ale gdy przy winie
Człowiek się rozgada,
Weksel precz, gdzieś płynie,
W piekło się zapada,
I niczego się nie boję.
Gospodarzu! zdrowie twoje!

Bywa czasem się spotka,
Przekora z niezgodą;
I brzydko; niema środka;
Bodą się i bodą.
Ale gdy przy winie
Człowiek się rozgada,
W żalach się rozpłynie,
Duszę wyspowiada...
Wnet łączy się dłoni dwoje,
Gospodarzu! zdrowie twoje!


Ale kto tam wysłowi
Wina wszelkie dziwy;
Podziękujmy losowi
Za ten płyn poczciwy.
Bo kiedy przy winie
Człowiek się rozgada,
Radość w duszę spłynie,
Do serca przypada...
Uścisnąłby świat! Panowie!
Kochajmy się! Wasze zdrowie!





Jowisza do Warszawy
Wycieczka.


Jowiszu! na Bozkie rany!
Co tobie! z czoła krew broczy!
Podbite oczy!
Zabłocony! obszarpany!...
— Junono! nie mów tak wiele;
Zaraz ci powiem aniele.
Jutro rano pjawki stawię!
Byłem w Warszawie.

Wiesz, że ze względu na zdrowie,
Zalecono mi spacery;
Rubli więc cztery
Biorę i układam w głowie,
Wycieczkę do głośnéj sławy,
Niby Paryża — Warszawy.
Pomysł mój był kapitalny!
Lecz dzień feralny!


Zaszedłem o ósméj rano.
Patrzę... coś na mgłę zakrawa,
Nie — to kurzawa!
Tu ulice zamiatano!
Krztuszę się, kaszlę, pył wzrasta..
Źle! trzeba uciekać z miasta.
Wskakuję więc do doróżki...
Na wierzbie gruszki!

Dorożkarz pyta gdzie każę?
Mówię: Mokotów kochanie,
Pięć rubli panie,
Powiada. Gwałtu! Wyłażę
I myślę: pójdę, zachwycę
Powietrza w boczne ulice.
Tam nie zamiatają wcale,
Tak, doskonale!

Juno! patrz! moje trzewiki!
W dodatku podbiłem nogę;
Stąpać nie mogę!
Takie tam u nich chodniki!
Powracam tedy w śródmieście,
I... wstyd mówić przy niewieście,
Chodzę, o! przewrotny losie,
Z chustką przy nosie!


Następnie byłem — raj czysty!
Saski ogród — co się zowie!
Jedni mężowie
Ganią, że jest za krzaczysty.
Juno! jakie tam kobietki!
Szkoda żem nie miał lornetki!
Takich nie mamy i w niebie!
To jest... prócz ciebie.

Wybiła druga — obiadek;
Ponieważ koło mnie krucho,
Pod śliwkę suchą
Poszedłem — smutny wypadek!
Zjadłem pieczeń, leguminę,
I dotąd myślę że zginę.
Pójdzie rubel na doktora,
Fora ze dwora!

Po obiedzie — na gazety;
Warszawskie, najpierwsze w świecie!
Jak małe dziecię
Beczałem z żalu. Niestety!
Niema takiéj na Parnasie...
...Zgody — jaka tam, w ich prasie..
Masz tu; na bezsenność duszko,
Miej pod poduszką.


Junono! teraz to kłusem
Przebiegły po mnie wypadki;
Zbieram manatki,
I powracam omnibusem.
Powiadam — czas jest destruktor;
Nawymyślał mi konduktor,
Spadło koło i me brzemię
Brzękło o ziemię!

Nadto deszcz lunął jak z cebra!
W krótkiéj, błyskawicznéj porze,
Naokół morze!
Junono! ach! moje żebra!
Mój parasol i szlafmyca!
Kanał... Królewska ulica...
Straszne los zasadzki kryje!
Wpadłem po szyję!

Ledwo że mnie wyciągnęli.
Mokry — jak tu iść do nieba?
Suszyć się trzeba.
Idę... noc... djabliż wiedzieli,
Że gaz tak świeci niezdarnie!
Dostałem w łeb o latarnię,
I dyszlem od dorożkarza.
To się tam zdarza.


No, teraz myślę — już kwita,
Bo dobiegałem rogatek;
Wtem naostatek,
Czuję — ktoś mnie za kark chwyta.
W głupiéj, krótkotrwałéj chwili,
Obdarli mnie i obili!
Zostałem w jednéj żakiecie,
I przy — gazecie.

Ledwiem się dowlókł do domu;
Poślijcie po cyrulika!
Szkoda trzewika!
Juno! nie mów nic nikomu
Bo to nie wina Warszawy.
To jakieś nieczyste sprawy!
Pomysł mój był kapitalny!
Lecz dzień feralny!





I jestem szczęśliwy.


Gdy powiodę okiem
Po niebie wysokiem,
Po świata kobiercu;
Gdy z miłością w sercu
Widzę piękne w każdéj porze
Nasze piękne niwy;
Wielbię Ciebie dobry Boże,
I jestem szczęśliwy.

Gdy mnie ma dziewczyna,
Kochanka jedyna,
Ramieniem otoczy;
Gdy patrząc w jéj oczy,

W to modre, bezdenne morze,
Widzę cud prawdziwy;
Wielbię Ciebie dobry Boże,
I jestem szczęśliwy.

Gdy po dziennym znoju,
Zażywam spokoju,
O wieczornéj ciszy;
Gdy wśród towarzyszy
Mam brata, co mi w złéj porze,
Ściśnie dłoń życzliwy;
Wielbię Ciebie dobry Boże,
I jestem szczęśliwy.

Gdy sercem, lub mieniem
Dzielę się z cierpieniem,
Bratnią łzę osuszę;
Gdy w zbolałą duszę
Promyk nadziei położę;
Widząc uśmiech tkliwy,
Wielbię Ciebie dobry Boże,
I jestem szczęśliwy.

Wiekuistą kaźnią,
Chcą mi wyobraźnią

Truć, i serce moje;
Ja — ja łasce Twojéj
Nie kładę granicy — Boże!
Wielki, litościwy!
Ja tobie ufam w pokorze,
I jestem szczęśliwy.





Jakoś to będzie.


Fredziu! słyszę spadek — brawo!
Winszuję, a no i sądzę,
Że dziś, doświadczony krwawo,
Zechcesz szanować pieniądze.
Bo kto ich się raz pozbędzie...
— No, no, no, jakoś to będzie.

— Widzę Fredziu, szyk nielada,
Urządziłeś się jak pasza;
Musiałaż cię ta parada
Kosztować, aż mnie przestrasza;
Toż dukacików ubędzie..
— Nie bój się, jakoś to będzie.

— No cóż Fredziu? przez pół roku
Sto tysięcy djabli wzięli;

Ej! ostrzegam! zwolnij kroku,
Bo jak wpadniesz do topieli,
Nikt cię z niéj nie wydobędzie...
— Eh! głupstwo! jakoś to będzie.

— Więc Fredziu, jesteś w kłopocie,
Podobno że krucho z nami,
Fiu! fiu! fiu! i poszły krocie!
I dziś już gonisz resztkami.
Mówią o tem głośno wszędzie...
— Eh! co tam! jakoś to będzie.

— No, teraz Fredziu siedź cicho;
Dostałeś żonę i wioskę,
Pracujże, by cię znów licho,
Nie wtrąciło w jaką troskę,
Sumienie przyzwij na sędzię...
— Rozumiem; jakoś to będzie.

— A co Fredziu! moje wróżby?
Zrobiła się piękna chryja;
Żona poszła w świat, do służby,
Ty siedzisz na łasce stryja,
I śpiewasz trele łabędzie...
— Ha! trudno, jakoś to będzie.


— To ty! Alfredzie! Bóg z tobą!
Cóż to ja widzę! łachmany!
Zlitujże się sam nad sobą!
Od samego rana pjany!
Miej wstyd, miej zdrowie na względzie!...
— Cha!... cha!... cha!... jakoś.. to... będzie.





Do Lwowianek
Piosenka


Miłą, jak swawolne dziecię,
Słynie Warszawianka;
Lecz dla mnie, na całym świecie,
Najmilszą Lwowianka.
Lwowie! to rzecz niepojęta,
Zkąd ty masz takie dziewczęta!
Zkąd ty masz takie dziewczęta!

Jadąc do Was, ni mi w głowie
Były zalecanki;
Dzisiaj — czemu? niech kto powie,
W snach widzę Lwowianki?
Lwowie! to rzecz niepojęta,
Zkąd ty masz takie dziewczęta!
Zkąd ty masz takie dziewczęta!


Wdzięczne, składne, tęskne, wiotkie,
Jak pajęcze tkanki...
Musi-ż to być życie słodkie
W uścisku Lwowianki!
Lwowie! to rzecz niepojęta,
Zkąd ty masz takie dziewczęta!
Zkąd ty masz takie dziewczęta!

Toż Warszawa mnie chowała,
Nie żaden zaścianek;
Przecie dusza mi zadrgała
Tylko do Lwowianek.
Lwowie! to rzecz niepojęta,
Zkąd ty masz takie dziewczęta!
Zkąd ty masz takie dziewczęta!

Niech tam kto sławi urodę
Jakiéj chce bogdanki;
Ja bo w ogień skoczę, w wodę,
Za uścisk Lwowianki.
Lwowie! to rzecz niepojęta,
Zkąd ty masz takie dziewczęta!
Zkąd ty masz takie dziewczęta!

Będą może stroić żarty
Że wam splatam wianki...

Ja jednak jestem uparty,
Niema jak Lwowianki!
Lwowie! to rzecz niepojęta,
Zkąd ty masz takie dziewczęta!
Zkąd ty masz takie dziewczęta!

Jeśli kiedy los mi zechce
Dać sercu kochankę,
Niechże wie — że innéj nie chcę
Jak tylko Lwowiankę!
Lwowie! to rzecz niepojęta,
Zkąd ty masz takie dziewczęta!
Zkąd ty masz takie dziewczęta!

Żyłbym z wami zimą, latem,
Dnie, wieczory, ranki...
Cóż — gdy jechać muszę — zatem:
Uścisk Wam Lwowianki!
Jadę — i... rzecz niepojęta,
Smutno mi Lwowskie dziewczęta!
Smutno mi Lwowskie dziewczęta!

Lwów, luty 1876.





Wieszcza poety
Trzy wieszcze sonety[1].


I.
Cierpienie.

W smętnéj, opustoszałéj méj duszy otchłani,
Biedne, zgniecione serce rwą w kawały harpie,
Skarga, gorycz, tęsknota, zwątpienie je szarpie,
A boleść, rozpacz, pomrok, znicestwienie rani.

Daremnie dziko źrenic roziskrzam topazy;
W czeluście czarnych piekieł zapadły nadzieje!
Serce zgryzotą bite, westchnieniami wieje,
I sto razy spękane, znów pęka sto razy!


O! wyrwijcie to próchno co je głogi ranią;
Jak zwiędły kwiat, połóżcie je pod szklanną banią,
Niech rdzewieje na wieki, krwi purpurą dumne!

A potem mi uścielcie cichą, białą trumnę...
Ach! jakież widmo gryzie moją senną tęczę!
Czemu ja (zdrów i silny chłop) tak strasznie jęczę!


II.
Refleksja.

Opacznym ludzkość pędzi torem;
Gdzie piękno, czułość, wiara, cnota?
Świat dzisiejszy — kałużą błota,
Świat dzisiejszy — czarnym upiorem.

Ludzkość cała — wybladłą marą,
Sztuka nasza — bezduszną bryłą,
Miłość wszędzie — smutną mogiłą,
Postęp świata — wściekłą poczwarą.

Mężczyzna dziś — suchym skieletem,
Kobieta mu — krwawym sztyletem;
Ideał nasz — brudnym padalcem,


Zapał święty — nędznym zuchwalcem,
Honor dzisiaj — bezczelnym kupcem,
A ja czem jestem? czem ja? — (głupcem).


III.
Groźba.

Wśród żaru krwawych ran,
Wśród martwych fałszu brył,
Nie będę zwątpień pił,
Bo mi jest geniusz dan.

Naprężę grotów grot,
Nawiążę tonów ton,
Rozbujam dzwonów dzwon,
Rozepnę lotów lot!

I jadąc jazdą jazd,
Gwiaździstym gwiazdom gwiazd
Zadam śmiertelny kłam!

A słońca które tam!
Strącę pod stopy tu!
(Motyką) Brak mi tchu!





Ciężkie czasy.


Witam, witam panie Janie!
— Witam, witam panie Procie!
— Jakże się miewacie?
— Jak to zwykle w chudym stanie.
— I ja nie opływam w złocie,
— Ciężko panie bracie!
— Dokąd tak rano? — Do biura,
— A i ja! — Przeklęta dziura!

— Dziś mi coś jakoś dolega;
Możebyśmy gdzie wstąpili
Na gorzkie kropelki?
— Jak tam uważasz kolega,
Mnie do biurka nic nie pili...
— Tak, na dwa kufelki.


Ot tu nieźle czasem bywa,
— Ha! dobrze! — chłopcze! dwa piwa

— Bo to proszę pana Piotra,
Żoneczka, pięcioro dzieci,
Że aż pęka głowa!
— I u mnie tak, nie dziwota,
Prawie się dziurami świeci,
Niechaj Bóg uchowa!
Już to komu los doskwiera,
To... chłopiec dwie porcje sera

— Bo to proszę pana Jana,
Ledwie człowiek się obudzi,
Zaraz daj talara
— A i mnie żonka kochana,
Wiecznie o pieniądze nudzi.
Istna Boża kara
A tu fundusik niewielki...
Chłopiec! jeszcze dwa kufelki

— Dzisiaj, proszę pana Prota,
Dziewięć złotych woła żona,
Na same trzewiki!
— A moja znowu hołota

Wzięła na kieł że uczona;
Daj na gramatyki!
A nie daj, to zaraz płacze,
Chłopiec! hola! dwa sandacze!

— Ja bo proszę pana Jana,
Moją zagadam słodziutko,
I w nogi do miasta.
— A ja, chociaż zapłakana,
Moją zawsze trzymam krótko;
Nie dam nic, i basta.
Daję wam słowo honoru,
Chłopiec! pół funta kawioru!

— Najgorsze, to te procenta;
Z nimi najstraszniejsza bieda;
Tego to nie lubię.
Prawda, oj! lichwa przeklęta!
I ja mam być dziś u żyda,
Znowu mnie oskubie.
Dość, że gdzie dotkniesz, to rana!
Chłopiec! butelkę szampana!

— Tak, kochany panie Procie!
— Tak, kochany panie Janie!

— Zdrowie! w wasze dłonie!
— Niechże was obsypią krocie!
— Niech wam się miljon dostanie!
— Nie mówcie nic żonie!
— Szampanik! choć pocałować!
— Trzeba firmę zanotować!





Opinja.


Wszak czytałeś panie Janie,
Ten nowy zbiorek poezyi?
Jakież o nim twoje zdanie?
— Powiedz pan zbiorek herezyi;
Absurda, same szykany,
Myśli za szeląg złamany;
Wszakże dość znośnie się czyta,
Forma bowiem — znakomita.

— Panie Piotrze! wszakżeś czytał
Ten zeszyt poezyi nowy?
No, jakżeś go pan powitał?
— Co do myśli i osnowy,
To należy wyznać szczerze,
Że są najzupełniej świeże;
Lecz wierszem włada jak baba,
Forma słaba, bardzo słaba.


— Jakże panie Bolesławie,
Osądzasz poezyę nową?
Bo jéj nieczytałem prawie.
— Tak sobie, ni to, ni owo.
Myśli nieco liberalne,
Tło niejako za jowialne,
Form niezłych nibyto mnóstwo,
Lecz rymów wielkie ubóstwo.

— A! widzę panie Adamie,
Że nowe poezye czytasz.
Jest co dobrego w tym kramie?
— I pan jeszcze o to pytasz!
Myśl dotąd nieporuszana,
Forma pyszna, niezrównana;
Zkąd to to się u nas wzięło?
Arcydzieło! arcydzieło!

— Cóż powiesz panie Wojciechu
O nowym poezyi zbiorze?
Czy wart oklasków, czy śmiechu?
— Co ja powiem? mocny Boże!
Dwa wyrazy to określi:
Ani formy, ani myśli.
Nie kupuj pan, to ramota!
Nędzota panie, nędzota!





Dukat.


Ołtarz, ksiądz, dziewczę, senator...
Zagrzmiało veni creator...
Lilijka wspaniale kroczy
U boku starego grata.
Jakim ogniem płoną oczy!
Jak ona kocha — dukata.

Jedna fjołeczek pachnący;
Druga cierń szpetny, kolący;
On — pstry motylek chłopaczek.
Czemu wciąż nad cierniem lata?
Pewnie ślepy nieboraczek!
Nie, hultaj widzi — dukata.

Biedny lud klęka w ucisku;
Pax et Dominus vobiscum,

Woła nad nim sługa Boży,
I błagalnie ręce splata;
Błogosławi, w proch się korzy...
Święty! ale wziął — dukata.

Za bankierską ladą drwiący
Stoi i lekceważący.
Co to jest? zgiął się we czworo!
Pewnie chory! tam do kata!
Zdrów! niechże mnie diabli biorą,
Toć on zobaczył — dukata.

Radykał; szedł prostą drogą
Spotkał księcia — kopnął nogą...
Dziś szczotkę czyni z języka,
I hrabiom buty obmiata.
Czyby biedak dostał bzika?
Tak, dostał; ale — dukata.

Rzecz jasna i oczywista,
Sprawa dobra, słuszna, czysta,
Tylko że nieco zawiła;
Idzie się do adwokata.
Niesie dokumentów siła...
Głupiś, niesie się — dukata.


Proszą go do biednej baby,
Nie może iść, bo sam słaby.
Pan bankier X zachorował!
Skacze i na koniec świata
Pędzi jak strzała. Zwarjował!
Nie, nie, nie, zwietrzył — dukata.

Księża! dziś świat w nic nie wierzy;
Do kościoła i pacierzy,
Słaba go ciągnie pokusa.
Sprobójcie, choć na trzy lata:
W ołtarzach, zamiast Chrystusa,
Malować ludziom — dukata.





Sierota.


Bogactwem jéj było zdrowie,
Uroda, praca i cnota.
W ustronnéj, cichéj alkowie,
Siedzi nad igłą sierota.
Czemuż oblał ją rumieniec?
Czemu drżą dłonie dziewczęcia?
U nóg jéj klęczy młodzieniec,
I słodkie szepce zaklęcia.

„Droga! już dzień niedaleki,
„W którym otwarcie, lub skrycie,
„Złączę się z tobą na wieki!
„Ja ciebie kocham nad życie!
„A ty? za poświęceń tyle,
„Józiu! aniele mój złoty!
„Niechcesz na mnie spojrzeć mile,
„Bronisz najmniejszéj pieszczoty.“


I całuje jéj kolana,
Ramieniem dziewczę otoczy...
Sierota łzami zalana
Zamglone przymyka oczy,
Drżące podaje mu dłonie,
Tuli twarzyczkę pobladłą,
Na piersi pochyla skronie...
I biedne dziewczę upadło.



∗             ∗

W ustronnéj, cichéj alkowie,
Płacze sierota dziewczyna;
Biednéj plącze się po głowie
Jedna myśl tylko, jedyna,
Czeka na swego kochanka.
Nie śmie zapytywać ludzi,
Wygląda każdego ranka,
I jeszcze, jeszcze się łudzi.

Upłynęło dni niewiele,
Coraz to smutniéj w alkowie,
Odleciało już wesele,
Za niem nadzieja i zdrowie,

A zawitała zgryzota;
Ta z jędz, najstraszniejsza jędza,
Co biednym otwiera wrota;
Przez które wciska się nędza.

Głód, wyrzut, wstyd, łzy trawiące,
Zorały twarzyczkę gładką...
Nim upłynęły miesiące,
Sierota została matką,
I jeszcze raz w życiu jedną
Bóg jéj zesłał chwilę jasną,
Gdy małą istotkę biedną
Karmiła swą piersią własną.

Lecz tuląc dziecię do łona,
Kiedy błogosławi nieba,
Matka widzi zatrwożona,
Że już jéj niestało chleba,
„Pracy! zawoła, gdzie praca!
„Dziecko chcę ocalić pracą!“
Lecz świat się od niéj odwraca,
Mówi: dziewczyna ladaco.

Więc kiedy zmroku mgła szara,
Zaległa ulice miasta,

U nadbrzeżnego filara,
Stanęła młoda niewiasta.
Błędnem okiem wody pieści,
W toń pochyla się zuchwale...
I krzyk ostatniéj boleści
Zimne przytłumiły fale.



∗             ∗

W świetnym i modnym salonie,
Gdzie każdy swe szpony chowa,
Wijąc się w zręcznym ukłonie,
Gładka toczy się rozmowa.
Zabawa trwa już od rana;
Obchodzą dziś imieniny
Znanego dobrze młodziana,
Kochanka biednéj dziewczyny.

Rosną obmowy i baśnie,
Wesoło żart i śmiech płynie,
Bo ktoś opowiada właśnie
O uwiedzionéj dziewczynie...

Zręczność, tryumf, każdy chwali,
Wiwatami drgają wargi,
I słusznie — tam, na dnie fali,
Trup dziewczęcia śpi — bez skargi.





Ma się rozumieć.


Więc słuszna panie Zdzisławie,
Że będąc zerem — w Warszawie,
Można być geniuszem prawie,
Byle zręcznie blagą szumić?
— Ma się rozumieć.

— I że będąc do niczego,
Można przez księcia, hrabiego,
Dodrapać się do wszystkiego,
Byle godność w sobie stłumić?
— Ma się rozumieć.

— I że mając honor zdarty,
Można z ludzi stroić żarty,
Byle salon mieć otwarty,
I tytulikiem zaszumić?
— Ma się rozumieć.


— I można, kochając siebie,
Krzywdząc bliźnich, według ciebie,
Zasiąść z aniołami w niebie,
Byle pacierz klepać umieć?
— Ma się rozumieć.

— I pochwalasz, że w Krakowie,
Niektórzy profesorowie,
Ułożyli sobie w głowie,
Wszelki objaw ducha tłumić?
— Ma się rozumieć.

— Ostatnie pytanie kładę,
Czy pan lubisz bastonadę?
— A! to pan moją zasadę
Chciałby może kijem stłumić?
— Ma się rozumieć.





Patrz, co ja mam, Janie! Janie!
(Żart archeologiczny).


Tak, szanowny profesorze,
Ten zabytek, wypadkowo
Odnalazłem w moim zbiorze.
Daję ci najświętsze słowo.
— Zupełnie wierzę koledze,
I przepowiadam zawczasu,
Że narobimy hałasu;
O wiek posuniemy wiedzę.

— Jest to niby kawał skóry,
Patrz kolega, z jednéj strony
Chropawy, szarawo bury,
Po rogach zaokrąglony.
— Widzę, i myślę głęboko,
Co to takiego być może,
Zaraz, okulary włożę;
Bo zawodzi gołe oko.


— Słusznie. O, widzi kolega,
Jakie tu floresy śliczne;
Mnie myśl po głowie obiega,
Że to jest pismo runiczne.
— Może; lecz żeby dojść wątku,
Nie bierzmy rzeczy od końca,
Obróćmy przedmiot do słońca,
I badajmy od początku.

— Zgoda, od początku; owo,
Z jakiej zabytek epoki?
Cechuje przedpotopową;
Dziwna, że zachował soki.
— To nic, to nas przekonywa,
Że majster był sumienniejszy
Przed potopem niż dzisiejszy.
Nieprawdaż? skóra jak żywa?

— Prawda, mimo że jest zdartą;
Zatem, epoka zbadana:
Choć przedyskutować warto,
Czy to nie będzie skórzana?
— Jedne ztąd płyną wyniki!
No, idźmy daléj pomału;
Do jakiego odnieść działu,
Napis — do epigrafiki?


— Tak, gdyby nie kwestja mała,
Że nigdy, w żadnym djalekcie,
Epigrafika nie stała
Na tak szczególnym objekcie.
— Więc może ikonografia?
Czy to nie rysy świętego?
Tylko znowu tak małego,
Nie miała żadna parafia.

— A może numizmatyka?
Jaki traktat o monecie?
Tu jest coś nakształt orlika!
Jak na bankowym bilecie.
— Wątpię; a czy to nie będzie
Sfragistyka? dawniéj, w biurze
Pieczęcie bili na skórze,
O, o, kółka, kółka wszędzie.

— Czekaj, czekaj no kolego,
Nieprzeszkadzaj, w myślach tonę;
Ja tu widzę coś nowego,
Osła, a nad nim koronę!
— To dyplomatyka zatem!
To jest dyplom na hrabiego!
Niezawodnie dla Noego;
Tak, tak, tak, korona, z batem!


 — Co za pyszna analogja!
Poddam to działaniu chemii!
Niech żyje archeologja!
Ja lecę do akademii!
Janie! poszukaj surduta!
Patrz! co ja mam! Janie! Janie!
— To jest moje jaśnie panie
Podeszew stara, od buta.


Epigrafika — rzecz o napisach starożytnych: Ikonografja — o obrazach; Numizmatyka — o monetach; Sfragistyka — o pieczęciach; Dyplomatyka — o dyplomach. Wszystko działy archeologii.





Niech żyją dziewczęta!


Szanowni ojcowie!
Co wy macie w głowie
Mrucząc, gdy się rodzi
Komu z was dziewczyna?
Obrażą się młodzi!
No! każcie dać wina!
Rozjaśnijcie czoła!
Każdy z nas zawoła:
W dnie powszednie, w święta,
Byle ładne,
Czułe, składne,
Rodźcie się dziewczęta!

Kto ma serce młode,
W żyłach krew nie wodę;
Komu w życia wiośnie
Z piersi ogień płynie,

Komu serce rośnie
Przy lubéj dziewczynie;
Kto nie głazem zgoła;
Ten ze mną zawoła:
W dnie powszednie, w święta,
Byle ładne,
Czułe, składne,
Rodźcie się dziewczęta.

Kto ma własny światek
Wśród żony i dziatek;
Komu ich pieszczoty,
Albo uśmiech miły,
Łagodzi zgryzoty,
I dodaje siły;
Kto nie głazem zgoła;
Ten ze mną zawoła:
W dnie powszednie, w święta,
Byle ładne,
Czułe, składne,
Rodźcie się dziewczęta.

Na łożu boleści
Kogo siostra pieści,
Ten, kto poświęceniu
Anioła na świecie,

Ulgę w swem cierpieniu
Winien jest — kobiecie;
Kto nie głazem zgoła;
Ten ze mną zawoła:
W dnie powszednie, w święta,
Byle ładne,
Czułe, składne,
Rodźcie się dziewczęta.

Ten, ktoby z ochotą
Oddał sławę, złoto,
Za jedno westchnienie;
Komu skarb jedyny,
Jest słodkie spojrzenie
I uścisk dziewczyny;
Kto nie głazem zgoła;
Ten ze mną zawoła:
W dnie powszednie, w święta,
Byle ładne,
Czułe, składne,
Rodźcie się dziewczęta.

Szanowni Ojcowie!
Nie miejcie więc w głowie
Żalu, gdy się rodzi
Komu z was dziewczyna.

Obrażą się młodzi!
No! każcie dać wina!
Rozjaśnijcie czoła!
Każdy z nas zawoła:
W dnie powszednie, w święta,
Byle ładne,
Czułe, składne,
Rodźcie się dziewczęta!





Jowisza sprzeczka z Wulkanem.


W tych dniach, Jowisz, zły od rana,
Bo go żona ukochana
Zatrzymała w domu;
Przerzucał z nudów gazety;
Podobno nasze, niestety!
Wtem — spłonął ze sromu.
Wyczytał na własne oczy,
Jak postęp nierówno kroczy.

Mocno zasępiwszy czoła,
Wulkana przed siebie woła,
I mówi: kochany,
Doszły mnie ze świata wieści,
Co ci nieprzynoszą cześci
Za szeląg złamany.
Niedołęgo ty kulawy!
Niewart jesteś łyżki strawy.


Wszakżeś to bogiem oświaty!
Podjąłeś mi się przed laty
Kuć postęp dla ludzi;
Robota miała być gładką,
Równą, porządną jak rzadko,
Tymczasem śmiech budzi.
Tu misterna, tam znów gruba,
Istna nieudała próba.

Cały Olimp nią zgorszony!
— Proszę o głos dla obrony,
Jowiszu łaskawy!
Rzecze Wulkan, taka mowa,
Takie uszczypliwe słowa,
Niemają podstawy.
Niech ten, kto skargą szafuje,
Wprzód wie, jak ja postęp kuję.

Głowy kładą się pokotem,
I tłuką stosownym młotem,
Z równem nabożeństwem;
Więc, by jedna postępowa,
Druga wsteczna wyszła głowa,
Jest niepodobieństwem.
Wszystkie są jednakiéj wody:
Zresztą — proszę o dowody.


 — Ach! rzekł Jowisz, niech cię kaci!
Służę; a arystokraci!
A konserwatyści!
Aha! mości dobrodzieju!
Szukaj w ich mózgach oleju!
Pokaż mi korzyści,
Jakie płyną z ich gromady
Dla narodu — oprócz zdrady?

Prawda! a to się złapałem!
Mówi Wulkan, zapomniałem!
Lecz klnę się na duszę,
Że ja chcąc wpajać naukę,
Jednostajnie w głowy tłukę.
Przypuszczać więc muszę,
Że mózgi konserwatywne
Bardziéj twarde, tępe, sztywne...

— Aj! woła Jowisz, Wulkanie!
Aj! przestań! takie gadanie
Na śmiech cię wystawi.
Toż twój domysł, mój kochany,
Najmniejszemu dziecku znany!
Niechże się zabawi
Twoim kosztem moja żona;
Junona! chodź no! Junona!


Ale Wulkan zawstydzony,
Przekłada śmiech własnéj żony,
Do domu ucieka.
Tam, swój młot postępu stary,
Obciąża trzema cetnary,
I święcie przyrzeka:
W konserwatywnych klijentów
Tłuc mocniéj o sto procentów.





Życie to poema czyste.


Czy przenikam ludzką duszę,
Czy patrzę na ludzkie ciało,
Zawsze głęboko się wzruszę;
Bo życie, powiadam śmiało,
To poema czyste.
Wprawdzie, (szepczą nietoperze)
Że po ścisłym obrachunku,
Poema to, jest gatunku
Takiego, że — Jezu Chryste!
Ale ja temu nie wierzę.

Patrzmy — nimfa; główka w górę...
Oko nasze jak olśnione,
Chwyta kształty, wdzięk, turniurę...
Boże! gdyby taką żonę!
Ach! poema czyste!
Wprawdzie, (szepczą nietoperze)

Że ta barwa z wierzchu tylko;
Że pod spodem, pod mantylką,
I tam daléj — Jezu Chryste!
Ale ja temu nie wierzę.

Oto kandydat na posła;
Programów umie ze dwieście;
W wielkie ręce pójdą wiosła,
Wielka radość, w wielkiem mieście.
Ach! poema czyste!
Wprawdzie, (szepczą nietoperze)
Że w sejmie, z poselskiéj ławy,
Postać ta, panie łaskawy,
Gdy zagada — Jezu Chryste!
Ale ja temu nie wierzę.

W świątyni zlewa się łzami,
Pyzatych aniołków wzrusza,
Bije się w piersi pięściami,
Widocznie poczciwa dusza.
Ach! poema czyste!
Wprawdzie, (szepczą nietoperze)
Że „modli się pod figurą,
„Niemniéj djabła ma za skórą.“
Że to Ultra... — Jezu Chryste!
Ale ja temu nie wierzę.


Po nad krajem, stoi prawo,
Jak czujny Janus dwulicy;
Na niem, zalegają ławą,
Na straży — smoki — prawnicy.
Ach! poema czyste!
Wprawdzie, (szepczą nietoperze)
Że podobno, proszę kogo,
Prawo chodzi prostą drogą,
A prawnicy — Jezu Chryste!
Ale ja temu nie wierzę.

............
............
............

Dość tego, dowiodłem jasno,
Sami to przyznać musicie,
Że, niech je pioruny trzasną!
Zwyczaje nasze i życie,
To poema czyste!
Wprawdzie, (szepczą nietoperze)
Że świat wiecznie pozostanie,
Bo takie jego zadanie,
Złym i głupim — Jezu Chryste!
Temu naprawdę nie wierzę.





Niech pan jeszcze spaceruje.


Piotrze! nie wiesz ty, mój stary,
Za co mi pani nie rada?
Trzy dni już do mnie nie gada.
— Pewnie to: szliśmy od fary;
Pani mówiła do ciotki:
„Wyznałam spowiednikowi,
„Że mąż wyśmiewa dewotki.
„Ksiądz Gaudenty był zgorszony;
„Doradził, żebym mężowi
„Dała uczuć władzę żony.“

— Tak, tak, to było w niedzielę!
Gaudenty... to ten pękaty...
Nakrywajcie do herbaty!
— Pani bo jeszcze w kościele;
Ale herbaty nie będzie!
Pani nie dysponowała;

Mówiła: dziś suszą wszędzie,
Bo tak nakazał ksiądz Zięba.
Dziś oktawa do Rafała,
Tego patrona od zęba.

— A niechże go wszyscy djabli!
Piotrze! tam... jest cielęcina...
Przynieś buteleczkę wina!
— Pan pewno chce tego chablis,
Co było dziesięć butelek?
Nie ma na zwilżenie krtani,
Nie został ani kufelek,
Ani nawet tyla miarka.
Wszyściutko, z rozkazu pani,
Zaniosłem dla księdza Marka.

— Niech go jasny piorun trzaśnie!
No, to kup, za te trzy złote,
Com ci dał zmienić w sobotę.
— Aha! kup, akurat, właśnie;
Oho! już ich niema panie!
To było tak: dzisiaj zrana
Przyszli tu Dominikanie.
Po kweście; pani mnie woła...
Kazała im dać, od pana,
Na reperację kościoła.


 — To dopiero dzień przeklęty!
Piotrze! surdut!... na kolacji,
Dzisiaj będę w restauracji!
— A kiedy surdut zamknięty!
Pani wzięła z sobą klucze;
Mówiła: ja go za karę,
W oktawę latać oduczę!
Tak krzyczała!... przy Brygidzie...
Ale jest tu palto stare,
Niech pan choć na spacer idzie.

............
............

— Piotrze! bodajże was licho!
Dzwonię, stoję od godziny
Na schodach; cóż to za kpiny!
— Cicho! niech pan będzie cicho!
U pani jest ksiądz Gaudenty!
Od dwóch godzin konferuje;
Pani mówi że to święty;
Nie wolno wchodzić nikomu;
Niech pan jeszcze spaceruje!
Późniéj pan wróci do domu.





Skarga.


Bracia! niechaj na mnie spłynie
Od was prawda i pociecha;
Drobnostka, idzie jedynie
O impertynencje echa.
Jakąkolwiek kwestję badam,
O czemkolwiekbądź zagadam,
Czy poziomem, czy też wzniosłem.
Echo woła — jesteś osłem.

Naprzykład, czytam gazety,
Stoi: pan Gil zwichnął ramię;
Ha! mówię, szkoda poety!
Gazeta pewno nie kłamie.
W dziennikach bąków nie bywa,
Sama jedna prawda żywa.
Z takiem przekonaniem wzrosłem,
Echo woła — jesteś osłem.


Spotkałem Pana Alfonsa,
Cokolwiek bezczelnéj miny;
Prawił, pokręcając wąsa,
O gwiazdach cztery godziny.
Ha! mówię, głowa nie lada
Kiedy tak stanowczo gada.
Zarazbym go zrobił posłem,
Echo woła — jesteś osłem.

Czytam książkę, do pioruna,
Bije prawdą jak toporem;
Ha! mówię, że też fortuna,
Nie zrobiła mnie autorem.
To mi się nazywa pracą,
I chwalą, i dobrze płacą.
To mi zajęciem doniosłem,
Echo woła — jesteś osłem.

Widziałem damę w kościele,
Pewno szukała pociechy;
Bo beczała jako cielę,
I wzdychała jak dwa miechy.
Ha! mówię, cnotliwa dusza,
Ona mnie do głębi wzrusza;
Jéj nabożeństwo jest wzniosłem,
Echo woła — jesteś osłem.


Byłem u hrabiego Piasta,
Na wielkim wspaniałym balu;
Ten człowiek to złotem szasta!
Ha! mówię, umierać z żalu,
Że hrabia z takim pozorem,
Nie jest banków dyrektorem.
Świat jest dzieckiem niedorosłem,
Echo woła — jesteś osłem.

............
............
............

Osłem! osłem! cóż u czarta!
Myślę, to chyba wypada,
Że część ludzkości nic warta.
Ale jaka na to rada?
Ta część ma moc i znaczenie...
Ha! mówię, wiem już — milczenie.
Trzeba być pokornem wiosłem,
Echo woła — jesteś osłem.





Katon.


Słuchaj Stefanie!
Jestem ci szwagrem, kolegą,
A powiem — postępowanie
Twe, ma w sobie coś dzikiego.
— Wiesz, lubię takie gadanie;
Ostatnia mnie pasja bierze!
Cóż to? jestem dzikie zwierze?

— Nie, mój kochany;
Lecz robisz zbyt wiele z siebie;
Puszysz się, prawisz nagany,
To zraża ludzi do ciebie.
— To ja jestem obrażany!
Więc chcesz żebym moich wrogów,
Osłów, trutniów, czcił jak bogów?


— Bracie jedyny!
Właśnie cię zapytać chciałem,
To nie wróg, z jakiéj przyczyny
Pokłóciłeś się z Michałem?
— Co? a toż to chyba drwiny!
Z Michałem? to typ blagiera!
Nie znoszę takiego zera!

— Dobrze; więc bracie,
Powiedz co ci zrobił Lucyn,
Że do siebie nie gadacie?
Toż on cichy jak kapucyn.
— Dobryś! na! otóż go macie!
Niech mnie kto o niego spyta.
On cichy! to hipokryta!

— Jednak z nim żyją;
Lubi go cała Warszawa;
No, a czyjąż winą, czyją,
Twoja napaść na Wacława?
— A niech go tam kule biją!
To osioł! smarkacz! zuchwalec!
Ohydny zarozumialec!

— Ależ to baśnie!
To jest wyraźna szykana;

Nie od dzisiaj znam go właśnie.
No, a co masz do Juljana?
— Niech go jasny piorun trzaśnie!
Rzecz skończona między nami!
To podlec nad podlecami!

— Stefanie drogi!
Nie patrz na ludzi tak ciemno;
Pozbądź się katońskiéj togi,
Będą żyć z tobą jak ze mną.
— Wyście wszyscy moje wrogi!
Żegnam! ty, duszo pobożna!
Tak, i z tobą żyć nie można!





Literaci od Stańczyków.


Literaci od Stańczyków,
To wielcy mężowie;
Od czuba aż do trzewików.
Słuchajcie Panowie!
Tak, słuchajcie i w pokorze,
Jednozgodnie, wszyscy, społem,
Czołem po przed nimi czołem!
Mój ty mocny Boże!

Literaci od Stańczyków,
To mężowie dumy.
Smakiem hrabskich podpłomyków
Sycą swe rozumy.
W wyostrzone zbrojni noże,
Za jasno pańską herbatkę,
Splugawią rodzoną matkę,
Mój ty mocny Boże!


Literaci od Stańczyków,
To męże godności;
Do roli pańskich charcików,
Giętkie mają kości.
Dobra bo to rzecz, obroże!
Jasny pan, choć kopnie nogą,
Za kopnięcie płaci drogo!
Mój ty mocny Boże!

Literaci od Stańczyków,
Uczciwi panowie;
Kto należy do ich szyków,
Geniusz co się zowie.
Lecz sprobój być z nimi w sporze!
Basta — taktyka gotowa;
Niema cię — cisza grobowa,
Mój ty mocny Boże!

Literaci od Stańczyków,
Wzór pobożnych mężów;
Na piersiach dziesięć krzyżyków,
A w sercach sto wężów.
I w bogobojnym ferworze,
Rozmieścili się już w niebie,
Sądzą że odrwili Ciebie,
Mój ty mocny Boże!


Literaci od Stańczyków,
To wielcy mężowie!
Od czuba aż do trzewików,
Uważcie panowie!
Giętcy, zwinni, jak piskorze,
Pełzają grzecznie, leciuchno...
Tylko ich sumienia — próchno,
Mój ty mocny Boże!





Lucyper — literatem.


Nie zgadniecie — powiem zatem:
Lucyper jest literatem;
Odczytuje chciwie
Utwory przeróżnéj treści,
Dzienniki, mowy, powieści...
Tylko że właściwie
Nie sam czyta; pańskim wzorem,
Posługuje się lektorem.

Wtem jednak różny od panów,
Że nieznosi szarlatanów,
Zwłaszcza nikczemności.
Biedny lektor strzedz się musi,
Bo ledwo podłość wykrztusi,
Lucyper się złości,

Pieni, zżyma, łaje, gdera,
Klnie, a w słowach nie przebiera.

Owóż pewnego wieczora,
Król ten, rzecze do lektora:
Patrz, co mi przysłali;
Z Krakowa, same nowości,
Proszę siadać jegomości,
Będziemy czytali.
Najprzód tego tam sławnego
Z akademii, Walewskiego.

Lektor czyta... a wtem wrzaśnie
Lucyper: cóż to za baśnie!
Co to za androny!
To to pan Walewski taki!
Czekaj, zażyję tabaki!
To hultaj skończony!
Akademja wstydu niema,
Że takiego łotra trzyma!

Rzuć to! czytaj co innego,
Irlandję Domagalskiego.
Lucyper siadł słucha...
Ale po krótkim momencie,

Brzydkie wygłasza zaklęcie
I strasznie wybucha.
No, woła, tego człowieka
Bastonada chyba czeka!

Spalić to! teraz waćpana
Proszę o mowy Goljana.
Lektor bierze, czyta...
Król nasłuchuje ciekawy,
Lecz nagle zrywa się z ławy
I za łeb go chwyta.
Kłamiesz! krzyczy, toż ksiądz, Boże!
Takich głupstw gadać nie może!

Przestań bo mnie biorą mdłości!
Lepiej już proszę waszmości,
Przeczytaj „Czas“ oto;
Wprawdzie nędzne to piśmidło,
I porządnie mi obrzydło;
Lecz czasem głupotą.
Bawi jak kuglarska sztuka.
No, czegóż tam wasze szuka?

Lektor słysząc taką mowę,
Podrapał się tylko w głowę,

I schwycił za czapkę.
Nie ufa Lucyperowi!
Zna, co czytać „Czas“ królowi;
Niechce wpaść w pułapkę!
Jęczy że go głowa boli,
I wymyka się powoli.

Niewiem co się dalej stało,
Tylkom to, z pewnością całą
Słyszał od szatanów,
Że Lucyper, z furją wściekłą,
Poprzysiągł na całe piekło,
Że wszystkich tych panów
Dostanie w swoje pazury,
I każe odrzyć ze skóry.





Eh! nie...


Wczoraj, w kawiarnianej sali,
 Porządnie się wyśmiewano
 Z facetów, co w bilard grali
 Przez calutkie Boże rano.
 To mi rycerze ogniści....
— Wiem, pewno z rzemiosła gracze.
— Eh! nie, jacyś gimnaziści,
 Widać pstro w głowie, smarkacze.

— Mamy na wsi filantropa,
 Co się poświęca dla ludu;
 Choroba, bieda u chłopa,
 Czy głód, nieżałuje trudu,
 Radzi, wspiera, uczy dziatki...
— Wiem, pewno proboszcz miejscowy.

— Eh! nie, jakiś brat sąsiadki,
 Mówią że dziwak surowy.

— Prowadzono dziś złoczyńcę,
 Ręce miał skute w kajdany,
 Na twarzy i czole sińce.
 Był blady i zapłakany.
 Przechodził koło mnie blizko...
— Wiem, jeden z Chabrussy naszej.
— Eh! nie, jakieś biedaczysko,
 Co ukradł dwa garnce kaszy.

— U hrabiego, na herbacie,
 Gdzie była noblessa cała,
 Przyglądam się facjacie
 Jak przed hrabiami skakała.
 Prawie całowała w pięty....
— Wiem; jakiś biedak, — głód parzy.
— Eh! nie, to był pan Walenty
 Jeden z naszych dziennikarzy.

— W klubie, na balu, kobiety
 Były nieszczególnej krasy;
 Ale za to toalety!
 Aksamit, gaza, atłasy,

 Koronki... a jakie miny!
— Wiem, były same magnatki.
— Eh! nie zwykłe kobieciny,
 Doktorki i adwokatki.

— Widziałem, jak wyrobnicę,
 Za komorne, sumkę małą,
 Wyrzucono na ulicę.
 Biedactwo strasznie płakało!
 To już postępek bezbożny..
— Wiem, zrobił to lichwiarz znany.
— Eh! nie, właściciel zamożny,
 I powszechnie szanowany.

— Wiesz, że na tego pisarza
 Co nadużycia wytyka,
 Choć nikogo nie spotwarza,
 Ludzie patrzą jak na żbika.
 Świat czasem jest dziwnie srogi...
— Wiem kto, każda tępa głowa,
— Eh! nie, to tacy mój drogi,
 Co czują że o nich mowa.





Lekarzy dziesięciu.


Doktorze ratuj! pierś pęka!
Wychudłem, patrz jaka ręka!
— Prawda, gorączka, sapanie,
 Gwałtem potrzebna ochłoda;
 Jedyna rada mój panie,
 Woda, woda, tylko woda.

Doktorze ratuj! pierś pęka!
Wychudłem, patrz jaka ręka!
— Prawda! kaszel, o mój Boże!
 Pewnie już dusić zaczyna;
 Nic tu teraz nie pomoże
 Tylko china, jedna china.

Doktorze ratuj! pierś pęka!
Wychudłem, patrz jaka ręka!

— Prawda, w piersiach jak grzechotka,
 Kłuje, tak jak gdyby śpilką;
 Niewidzę innego środka,
 Jeden kumys, kumys tylko.

Doktorze ratuj! pierś pęka!
Wychudłem, patrz jaka ręka!
— Prawda, zajęte oskrzela,
 Leczyłem na to barona,
 I wyzdrowiał, bagatela!
 Winogrona, winogrona.

Doktorze ratuj! pierś pękał
Wychudłem, patrz jaka ręka!
— Prawda, źle, ale puls spada,
 Zważywszy tę okoliczność,
 Oraz inne, moja rada,
 Elektryczność, elektryczność.

Doktorze ratuj! pierś pęka!
Wychudłem, patrz jaka ręka!
— Prawda, to żółć tak rozlana,
 Bardzo się boję napadu;
 Natychmiast wyprawiam pana
 Do Karlsbadu, do Karlsbadu.


Doktorze ratuj! pierś pęka!
Wychudłem, patrz jaka ręka!
— Prawda, że okropnie dusi,
 Wali jak młotem w tętnicy
 Natychmiast jechać pan musi
 Do Krynicy, do Krynicy.

Doktorze ratuj! pierś pęka!
Wychudłem, patrz jaka ręka!
— Prawda, pragnienie pan czuje,
 Suchoty w pełnym rozwoju;
 Stanowczo mu nakazuję,
 Kamieniem siedzieć w pokoju.

Doktorze ratuj! pierś pęka!
Wychudłem, patrz jaka ręka!
— Prawda, kompletne suchoty,
 Proszę nie tracić na duchu;
 Jedno pan masz do roboty,
 Ruchu, jak najwięcej ruchu.

Doktorze ratuj! pierś pęka!
Wychudłem, patrz jaka ręka!
— Prawda, okropne cierpienia
 Pan masz wątrobę rozdętą!

 Radzę panu z doświadczenia,
 Codzień — chodzić na mszę świętą.[2]

Doktorowie! pierś mi pęka!
Schudłem patrzcie jaka ręka!
— Zaraz, zrobi się narada,
 Co czynić, będziemy wiedzieć...
 ............
 Chinina! Karlsbad! orszada!
 Kumys! woda! chodzić! siedzieć!

— Aj ratunku! pierś mi pęka!
— Oho! koniec — już nie stęka!





Jowisz — dziedzicem.


Jowisz wyprawia śniadanie;
Wódka, bigos, piwo w dzbanie!...
Ot, po szlachecku;
Kotka mruczy na przypiecku,
A przy stole sobie siedzą;
Merkury, Pallas, Cerera,
Mars, Djana, Neptun, Wenera.
Gawędzą i smacznie jedzą.
Jeden Jowisz ciężko wzdycha,
Macha ręką i klnie z cicha.

Wreście rzecze: goście mili,
Jakbyście też postąpili
Uciąwszy bąka?
Wszyscy milczą, Jowisz chrząka,

I rzecz swą prowadzi dalej:
Oto dla głupiej ambicyi,
Zakupiłem wieś w Galicyi;
Bodaj mnie djabli porwali!
Już nie wytrzymam i zginę.
Zaraz wam powiem przyczynę.

Kupiłem — było to z wiosną;
Toż myślę, odetchnę sosną!
Jadę więc panie..
Masz sosnę! na przywitanie
Sprawa — Maciek pobił Jana,
Przewróciły się stodoły,
Zdycha mi koń i dwa woły,
Ekonom pjany od rana,
Na polu chwast zamiast żyta,
W izbie leje się z sufita....

Dość że w ciągu dwóch miesięcy,
Wykładam dziesięć tysięcy,
A po kwartale,
Mam trzy sprawy w trybunale,
Na karku raty bankowe,
Nieopłacone podatki,
I od podatków dodatki...
W końcu straciłem już głowę.

Ja to przypłacę chorobą!
Radźcie co mam robić z sobą?

Eh! — powie — Wenera, sądzę,
Że na wsi grunt — to pieniądze.
Więc w przyszłe lato
Jowiszu żeń się bogato.
Aj! rzecze Jowisz, zielono
Masz w głowie Wenero miła;
Czy cię pamięć opuściła?
A cóż ja zrobię z Junoną?
I westchnął jakby miał ranę,
I czule spojrzał na Djanę.

Ta mówi: gdybym wieś miała,
Cały dzień bym polowała.
Tak miło w lesie!
Przytem łów i zyski niesie!
Ach! lisy! niedźwiedzie! dziki!..
Czemuż nie lwy i lamparty!
Woła Jowisz; wolne żarty,
U mnie proszę dobrodziki
Zwierzyna — w stajni kot bury,
A no i myszy i szczury....

Z kolei Neptun powstanie
I prawi: grunt — drenowanie.

Tak jest panowie!
Dobrobyt spoczywa w rowie.
Suszyłbym i maczał pola.
Wszędzie zakładałbym rury....
Zwłaszcza gdy w kieszeni dziury,
Przerwie Jowisz, wolna wola,
Maczaj sobie gdy masz grosze;
Merkury, powiedz co, proszę.

Ja powiadam — bez namysłu
Rzecze tenże — brak przemysłu.
Znalazłbym rację
Na trzy nowe propinacje,
Sprowadziłbym sobie żyda,
I spoił pół Europy.
Ba! ba! gdyby piły chłopy!
Rzekł Jowisz, nie piją — bieda!
Cały więc twoj projekt — zero.
Może ty co wiesz — Cerero?

Ja ci radzę mój kochany.
Powie Ceres — płodozmiany.
Zmieniaj — buraki,
Żyto, wyka, pasternaki...
To kłosy to znów łodyga.
Probowałem! Probowałem!

Woła Jowisz, przemieniałem!
Została mi w zysku — figa!
Figa z makiem, na gorąco.
Cóż Pallas dziś tak milczącą?

Żal mi cię mówi, żeś struty,
Minerwa — Kozłowe buty,
Klucze u boku,
Praca od rana od zmroku;
Tego się chwyć, — pójdą sprawy.
Jowisz westchnął, trudne drogi,...
Mówi, człowiek ma nałogi...
No, to Jowiszu łaskawy
Rzecze Pallas — nie ma rady,
Zejdziesz kochanku na dziady.





BOHATEROWJE.


A to panie się paliło!
 Lecę, patrzę, ogień wzrasta,
 I pomyka całą siłą
 Po płotach prosto do miasta.
 Jak się dorwę do siekiery!
 Jak płatnę raz, dwa, trzy, cztery,
 Basta; wszystko wnet skończone,
 I miasteczko ocalone.

— A to panie się paliło!
 Ogień wprost na miasto wali,
 Strach doprawdy patrzeć było.
 Jakem przybiegł, wszyscy stali;

 A tu już się palą płoty!
 Jak się porwę do roboty!
 Jak odwalę je na stronę!
 I miasteczko ocalone.

— A to panie się palilo!
 Wrzask i rwetes; wielkie nieba!
 Nikomu się ani śniło,
 Że płoty rozrzucić trzeba!
 Jak dopadnę jakiejś pałki!
 Szach! mach! poszedł płot w kawałki;
 Płomienie ograniczone;
 I miasteczko ocalone.

— A to panie się paliło!
 Przylatuję — piekło czyste!
 A tu nikogo! to miło!
 Płoty w ogniu! Jezu Chryste!
 Jak huknę: dajcie bosaka!
 Jak nie puszczę nim wiatraka!
 W moment płoty rozwalone,
 I miasteczko ocalone.

— Tak, prawda że się paliło;
 Tylko przysiądz jestem gotów,

Żem widział, jak szewc Burmyło
 Uwijał się koło płotów.
 Teraz pjany, śpi na sianie,
 Zapytamy go jak wstanie;
 Bo plotą, że przez obronę
 Szewcką, miasto ocalone.





Minerwy Rada — pociecha.


 Wulkan, w swoim gabinecie
 Chodzi mocno skłopotany;
 I mruczy: a to bałwany!
 Dziwy dzieją się na świecie!
 Nie, nie, nie, to być nie może;
 O guldena się założę.
 Aha! ktoś dzwoni — Pallada,
 Siadaj i pociesz sąsiada.

 Oto miałem grosza trochę,
 A chcąc by nie leżał marnie,
 Myślę, założę księgarnię.
 Wszak przedsiębiorstwo nie płoche?
 Rzecz oczywista w Galicyi,
 Kraj, jak wiesz, pełen ambicyi,

 Wielcy ludzie! wielkie głowy!
 Interes wcale różowy.

 A więc za moje dukaty,
 Drukuję wnet na gorąco,
 Kształcąco i zajmująco.
 Myślę, wszakem Bóg oświaty,
 Nie mogę być przeto głupi;
 Zdrowe książki każdy kupi.
 Zaczem cieszę się już z góry,
 Gdy wchodzi do mnie Merkury.

 I pyta: co to takiego?
 No, mówię, książki — a na co?
— Na sprzedaż, dobrze zapłacą.
— A gdzie? — W Galicyi kolego.
 Merkury w śmiech; pytam co to?
 Patrz, mówię, książki jak złoto.
 A on cofa się dwa kroki,
 Bierze się sobie pod boki.

 I rzecze: głupi choć stary.
 Ja go pytam co to znaczy,
 A on mi panie tłomaczy,
 Minerwo! ty nie dasz wiary!

 Że Galicja to nie dziura,
 Że w niej taka już kultura,
 Że drwi z wszelakiej logiki.
 Kupuje tylko — senniki.

 Minerwo! powiedz kochanie,
 Czy to prawda, czy to żarty?
 Ja bo nie jestem uparty;
 Ja mogę drukować panie,
 I senniki — choć Merkury
 W ogóle z literatury
 Śmiał się, mówił: to rzecz trupia.
 Galicja bratku nie głupia.

 Kto wie, Minerwa powiada,
 Czy nie przy Merkurym racja;
 Galicja, to dziwna nacja.
 Tak, tak, przeciętnie wypada
 U niej punkt ciężkości — w brzuchu.
 Tak Wulkanie, tak mój zuchu,
 Idź ty z prądem, rzuć księgarnię,
 Otwórz szynk, albo kawiarnię.





Ja mu tam nie dam głosu.


Tak więc jutro sobota.
 Wybory; niesie fama,
 Że znowu pójdą wota
 Na hrabiego Adama.
— Ależ niech Bóg uchowa!
 Dość narobił bigosu,
 A toż to tępa głowa!
 Ja mu tam nie dam głosu!

— Prawda, głowa nie tęga,
 A warto luminarza;
 Możeby pan Siermięga?
 Jak go sąsiad uważa?
 Bo to i pracowity
 Człowiek, i wykształcony,

 I ze światem obyty,
 Dobrze zna nasze strony...

— Tak, niezaprzeczam wcale,
 Siermięga — brylant czysty;
 Tylko ma jedno ale,
 Że syn oficjalisty.
 To jakoś nieuchodzi,
 Zawsze lepiej dla tego,
 Gdy kto z naszych rej wodzi.
 Jużby prędzej Barskiego?

— O, o, o! niema zgody!
 Nie, sąsiadeczku miły!
 Demokrat czystej wody!
 Bodaj go kule biły!
 Co mi że znakomity!
 U niego herb — to blaga!
 Magnaci — pasożyty!
 Niechcę! lepszy pan Waga.

— Nie, co do pana Wagi,
 Nigdy nie będę zatem;
 Brak mu wszelkiej odwagi.
 Kiedy był deputatem,

 Przegrałem o młyn sprawę;
 Co mamy go się prosić!
 Wolę pana Kurzawę,
 Ludzi rozumnych dosyć.

— Zdolny, zdolny, Kurzawa;
 I owszem, byłbym gotów;
 Tylko dla mnie ta sprawa
 Trudna; dość mam kłopotów!
 Bo widzi sąsiad drogi,
 Jego i moja żona
 Są z sobą... tak... na rogi...
 Jabym wolał Ordona.

— Co? Ordona! sąsiedzie!
 Chyba sąsiad kochany
 Niebył tam na obiedzie!
 To skąpiec zawołany!
 Nigdy nikogo w świecie
 Nie prosi, niby chory,
 Jeśli go wybrać chcecie,
 Nie jadę na wybory.

— No, no, kłopot nielada.
 Niema ludzi, dzicz sama;

 Chyba wrócić wypada
 Do hrabiego Adama.
— Tak, to człowiek właściwy,
 Gościnny, oprócz tego
 Ma stosunki, ma wpływy...
 Ja głosuję na niego!





Wolnoć Tomku, w swoim domku.


Raz, Minerwa, dla rozrywki,
A może nawet dla zdrowia,
Czytała różne urywki;
Między innymi — przysłowia.
„A no, a no, mówi, wiecie,
„Bardzo mi się podobają;
„Pójdę zobaczyć, na świecie,
„Jak w praktyce wyglądają,
„Wolnoć Tomku,
„W swoim domku.“

Idzie prosto do Krakowa,
I trafia, gdzie na tapczanie
Konająca leży wdowa.
Nad izbą hałas, tupanie...
Pędzi tedy lotem strzały
By przerwać hulankę dziką,

Prawi stosowne morały...
Lecz mówią jej: „Dobrodziko!
„Wolnoć Tomku,
„W swoim domku.“

Zawstydzona, dalej bieży;
I potrąca o pijaka,
Co w poprzek ulicy leży.
Natychmiast dźwiga biedaka
I odciąga z środka drogi,
Boć leżeć tak, to ryzyko;
Lecz ten, ledwo wstał na nogi,
Pchnął ją i rzekł: Dobrodziko!
„Wolnoć Tomku,
„W swoim domku.“

Minerwa skandal pamięta,
Darować tego nie może;
Idzie więc do prezydenta
I mówi doń: „O mój Boże!
„Wstyd mi robisz prezydencie!
„Gdzież są twoi policmani?
„Na mieście nieład, przy święcie“..
Lecz prezydent mówi: „Pani!
„Wolnoć Tomku,
„W swoim domku.“


Wyszła; spogląda dokoła,
Jeszcze nie czas na śniadanie;.
Wchodzi przeto do kościoła,
Gdzie słyszy pewne kazanie,
Które ją strasznie dotyka.
Delikatnie mówcę gani,
Zapytuje gdzie logika...
Lecz ten odpowiada: „Pani!
„Wolnoć Tomku,
„W swoim domku.“

W umartwieniu, jest przysłowie:
„Dobry trunek, na frasunek.“
„Pośniadam,“ Minerwa powie...
Śniada... podają rachunek...
Ledwie że nieskamieniała!
„I tu, rzekła, ludzie jedzą?“
Ale już się nie sprzeczała,
„Wiem, wiem, mówi, co powiedzą,
„Wolnoć Tomku,
„W swoim domku.“

Minerwę boli już głowa;
Zmaltretowana, obdarta,
Wychodzi z miasta Krakowa.
Ale w domu, „Tfy! u czarta!

„Zawołała, lud dzisiejszy,
„Jakby to powiedzieć, powiem,
„Sądziłam że jest mądrzejszy,
„Oszalał, czy co? z przysłowiem:
„Wolnoć Tomku,
„W swoim domku?“





Więc rzucę wszelkie grymasy.


Ciężkie dzisiaj, ciężkie czasy!
Struna życia się napręża;
Więc rzucę wszelkie grymasy,
Kiedy będzie iść o męża.

Niechaj będzie siwy, stary,
Łysy, cienki jak wrzeciono,
Byle tylko miał talary,
Gotowam być jego żoną.

Niech będzie rudy, srokaty,
Czarny, biały, jak się zdarza,
Byle tylko miał dukaty
Chętnie pójdę do ołtarza.


Niech ma jakie tam chce żądze,
Niech będzie tygrysem, wężem,
Byle tylko miał pieniądze,
To go nazwę moim mężem.

Niechaj ma cielęcą główkę,
Niech będzie nawet idjotą,
Byle tylko miał gotówkę,
Idę za niego z ochotą.

Niech będzie krzywy, garbaty,
Ślepy, chromy, głuchy, kosy,
Byle tylko miał intraty,
Pójdę dzielić jego losy.

Bo to dzisiaj ciężkie czasy!
Struna życia się napręża;
Więc rzucę wszelkie grymasy,
Kiedy będzie iść o męża.





Pan mąż w klubie.


W miłym, schludnym saloniku,
Na kozetce, przy stoliku,
Siedzi niewiasta i — szyje.
Jedną, dwie, trzy, cztery noce
Schylona, igłą migoce...
Czeka... jak jéj serce bije!
Cóż to za postać? To żona.
Cztery miesiące po ślubie,
Samotna i zamyślona...
Gdzie jest pan mąż? Pan mąż w klubie.

W miłym, schludnym saloniku,
Na kozetce, przy stoliku

Siedzi niewiasta i — ziewa.
Noc; godzina za godziną,
Jesienne, tak ciężko płyną,
Tak ponuro szumią drzewa!
Cóż to za postać? To żona.
Osiem miesięcy po ślubie,
Osamotniona, znudzona...
Gdzie jest pan mąż? Pan mąż w klubie.

W miłym, schludnym saloniku,
Na kozetce, przy stoliku,
Siedzi niewiasta i — płacze.
Noc zimowa taka długa!
Dwunasta, pierwsza i druga...
Smutno; do drzwi wiatr kołacze...
Cóż to za postać? To żona.
Dziesięć miesięcy po ślubie,
Samotna i zrozpaczona...
Gdzie jest pan mąż? Pan mąż w klubie.

W miłym, schludnym saloniku,
Na kozetce, przy stoliku,
Siedzi niewiasta i — wzdycha.
Na bladem licu rumieniec...
U nóg jéj klęczy młodzieniec...
Noc letnia, jasna i cicha.

Cóż to za postać? To żona.
Półtora roku po ślubie.
Samotna i rozmarzona...
Gdzie jest pan mąż? Pan mąż w klubie.





Bezstronni krytycy.


Powieść. Mam być sprawozdawcą;
Autor młody, nieznajomy,
Od razu bazgrze dwa tomy.
Za pozwoleniem łaskawco!
Racz się powstrzymać w zapale!
Hultaj pisze nieźle wcale,
Gotów narobić hałasu;
Trzeba go ściągnąć z Parnasu,
Powiem że pisze niedbale.

— Aj! ta przeklęta broszura
Kochanego pana Prota!
Nic nie poradzę, lichota;
Po co on się rwie do pióra?
Ten nudziarz, ten, ten niezdara!
Pisać o nim istna kara.
Poczciwiec, moje powieści
Chwali co się tylko zmieści.
Powiem że autor się stara.


— Tej książki to nie znam jeszcze;
„O braku u nas oświaty.“
A! to tego demokraty!
Pójdziesz bratku w moje kleszcze!
Napiszemy sobie o tem!
Hrabiów tłucze jakby młotem!
Mądra z ciebie, mądra sztuczka!
Nie bój się! znajdziemy kruczka,
Osmarujemy cię błotem.

— Ta bazgranina hrabiego,
Po prawdzie, nędzna kompletnie;
Ogół haniebnie ją zetknie.
Ale co to ma do tego.
Pan hrabia, jest hrabią panie!
Takie moje przekonanie.
Czyż nie chwalą i bazgraczy?
Hrabia, powiem, pisać raczy...
A i „czas“ poprze to zdanie.

— Ktoś tam te poezje chwali;
Dobre, lecz, jak mi Bóg miły,
I moje nie gorsze były;
Przecież je zkrytykowali
Za moją odę do trumny!
Będę ja teraz rozumny,
Przypnę łatkę jegomości

Poecie, niech się pozłości,
Niech nie będzie nadto dumny.

— Czart zabierz chemje, fizyki...
Wolę zostać literatem!
Przeczytałem dramat — zatem
Mogę objąć dział krytyki.
Głupstwo! napiszę to, owo,
Miejscami zgromię surowo,
Powiem: djalog wart nagany,
Styl gdzieniegdzie zaniedbany,
Będzie dobrze — daję słowo.





Djabliż tam o tem wiedzieli.


Czy to sam, czy wśród zabawy,
Wiecznie ci brak wychowania.
Eh! co tam! szkoda gadania!
— No, no, no, jestem ciekawy,
Mów ojciec, bez ceregieli,
Djabliż tam o tem wiedzieli.

— Skromni powinni być młodzi:
A ty, z papierosem w łapach,
Rozrzucasz się po kanapach,
To w salonie nie uchodzi;
To nie przy jakiejś mamzeli.
— Djabliż tam o tem wiedzieli.

— Dziś bratku, każdy stróż prawie,
Zna szacunek dla kobiety;
Ty o tem niewiesz niestety!
Wczoraj siedziałeś przy kawie

Tyłem do pani Adeli.
— Djabliż tam o tem wiedzieli.

— Chociaż twój dowcip lichota,
Ty, gdy toczy się rozmowa,
Nie dasz innym przyjść do słowa,
I cieszysz się gdy głupota
Twoja znajdzie wielbicieli.
— Djabliż tam o tem wiedzieli.

— A to niby wychowanie,
Nieodpisywać na listy?
Jesteś impertynent czysty!
Wielki mi człowiek mosanie!
Napoleon! Antonelli!
— Djabliż tam o tem wiedzieli.

— Dajże raz pokój z djabłami,
Bo mnie to już niecierpliwi;
Wszystkiemu się panie dziwi!
Powiem ci wprost, między nami,
Żeś cymbał, bez ceregieli.
— Djabliż tam o tem wiedzieli.





Mania czy Frania?


Zdaje się że kocham Manię,
Choć posagu nie posiada.
Zdaje się... jest więc pytanie?
Niechże serce odpowiada:
Śliczna... usta koralowe...
Wiotka... może wielka pani...
Czuła... lecz te włoski płowe...
Nie, nie, ach! nie kocham Mani!

Zdaje się że kocham Franię,
Tę co dwa domy posiada.
Zdaje się... jest więc pytanie?
Niechże serce odpowiada:
Brzydka... zgryźliwa... nieszczera...
Ale to może ustanie...
Trudno... miłość nie przebiera...
Kocham, ach! tak kocham Franię!





Piękna polszczyzna.[3]


Pan Piotr miał wypadek mały;
Onegdaj, pod wsią Kamykiem,
Dwa pociągi się spotkały...
— Jakim pan mówisz językiem!
Nie mów pan nigdy spotkały,
Lecz pociągi się zderzyły;
To wyraz dla ucha miły!

... Otóż pan Piotr, w tem zdarzeniu,
Poleca się Bozkiéj pieczy,
I myśli o wyskoczeniu...
— Jak pan polszczyznę kaleczy!

Nie — myśli o wyskoczeniu,
Ale — na skok reflektuje,
To dopiero rzecz maluje!

...Zatem, natychmiast się zrywa,
I choć już nie było trwogi,
Niemniéj zamiar wykonywa...
— Ach! panie! na wszystkie Bogi!
Dziś nie mówią wykonywa,
Lecz poprawnie: wykonuje.
To samo ucho wskazuje!

..Więc pan Piotr okno wybija,
A choć krzyczą: złamiesz nogę!
On zdrową radę pomija...
— Panie! ja słuchać nie mogę!
Wyższy styl dziś nie pomija
Rady, lecz ją, abstrachuje!
Że też pan tego nie czuje!

...Otoż skoczył i wpadł w błoto;
Tym sposobem niepotrzebnie
Wystawił się na śmiech oto,
— Ach! jak pan mówi haniebnie!
Wystawił się na śmiech oto!

Zblamował się! tak mój panie!
Pozwól, ja powiem to zdanie.

Pan Piotr na skok reflektuje,
Bo pociągi się zderzyły;
I zamiar swój wykonuje,
Choć nie radzą. Zbiera siły,
Skacze, radę abstrachuje...
Zblamował się! Każdy przyzna,
Że to jest piękna polszczyzna!





Co nadto, to niezdrowo.


Lucyper bojąc się wściekle,
Ażeby zarozumiali
Nie byli nadto zuchwali,
Gdy kiedyś zasiądą w piekle;
Gromi kuszących szatanów.
— Rozpuściliście tych panów,
Mówi; daję na to słowo.
Toż im tu rady nie damy,
Jeśli ich nie powstrzymamy.
Co nadto, to niezdrowo.

Pójdziecie więc do klijentów,
Przedewszystkiem do doktora,
Który nie dawniéj jak wczora
Zabił aż czterech pacjentów.
Jak się na ludziach zaprawi,
To nas tu wszystkich wydławi.

Dacie mu odemnie słowo,
Że gdy tak będzie truł chore,
W piekle patent mu odbiorę.
Co nadto, to niezdrowo.

Do malarza, bez urazy,
Powiecie: malujesz ładnie,
Ale i zdzierasz szkaradnie.
Pasjami lubię obrazy;
Lecz gdy słyszę taką cenę,
Tracę do malarstwa wenę.
Dajcie mu odemnie słowo,
Że pyszni, w piekle altany,
Malują, szyldy i ściany.
Co nadto, to niezdrowo.

Niech jeden muzyka złaje,
Który w tym miesiącu szósty
Miał już z rzędu koncert pusty,
I dziś znowu koncert daje.
Czy sądzi, że nas tem wzruszy.
Jak nam tak nabębni w uszy?
Niech mu da odemnie słowo,
Że w piekle za takie drwinki
Zapędzam do katarynki.
Co nadto, to niezdrowo.


W teatrze, niech powie który,
Że przez grzeczność, artystami
Zwie ich świat, miast aktorami.
Nieznają się na tem gbury!
Że bywają królmi w budzie,
Myślą, że już wielcy ludzie!
Niech im da odemnie słowo,
Że w piekle im grać pozwolę
Tylko w stajni, lub stodole.
Co nadto, to niezdrowo.

Belzebubie! tyś najmędrszy,
Idźże zaraz do krytyków,
Do tych dziobiących indyków,
Ród to zdawna najzaciętszy.
Boję się, by w piekle, potem,
Nas nie obrzucali błotem.
Dajże im odemnie słowo,
Że tego co ogół głuszy,
Ubieramy w ośle uszy.
Co nadto, to niezdrowo.

Jeszcze jeden krok konieczny;
Ja towarzyską ogładę
Niezmiernie wysoko kładę.
Względem kobiet jestem grzeczny.

Są, co je traktują sobie
Jak panienki w garderobie.
Dajcież tym odemnie słowo,
Że za nieobyczaj — z miasta,
Psami wyszczuwam — i basta.

I poleciały szatany...
Lucyper zażył tabaki,
Teraz, mówi, z miesiąc jaki
Będę mniéj zdesperowany.
Choć pewny nie jestem, bo to
Trudna jest sprawa z głupotą.
Daję na to moje słowo.
W mądréj, w mądréj jakiejś głowie,
Urodziło się przysłowie:
Co nadto, to niezdrowo.





Sprzeczka.
(Żart etymologiczny).


Zatem kolega uważa,
Że Brednia idzie od Dzwonka;
Niech kolegę nie obraża,
Lecz taki źródłosłów — mrzonka.
— Nie mrzonka; a więc kolego,
Od czego Brednia u ciebie?
— Dobre pytanie? od czego!
Od Wiednia, jak Bóg na niebie.

— Nigdy! skoro biją w dzwony,
Co natenczas ucho chwyta?
Same bezsensowe tony.
Brednia od Dzwonka i kwita.
— Nie, od Wiednia; analogja:
Wiedeń często brednie rodzi.
— To ma być etymologja!
To niczego nie dowodzi!


 — Owszem, etymologicznie!
Patrzmy, co wychodzi z Wiednia?
Wied-Wid-Wed — a co, jak ślicznie!
Wed-Bed-Wred-Bred-Wrednia-Brednia.
— O, o, o, o, protestuję!
Tu niema logicznéj gamy!
— Niema? niech więc ją wysnuje
Kolega z Dzwonu, słuchamy.

— I owszem, na zawołanie;
To sprawa dla mnie powszednia;
Dzwoń-Doń-Diń-Deń — a co panie!
Deń-Beń-Dreń-Breń-Drednia-Brednia.
— Niema sensu! jak od Dzwonka,
Tak można wywieść od Wieprza!
— A od Wiednia, jak od Bąka!
Głupstwo! moja Brednia lepsza!





Nie jestem przy apetycie.


Garson! proszę o nakrycie!
— Wiem, w osobnym pokoiku...
— Nie jestem przy apetycie...
— Może czystego barszczyku?
— Ej! nie, wolę buljon jaki,
A przed tem jak zwykle — raki.

Ze śmietaną, tak, obficie.
— Słucham pana; a co potem?
— Nie jestem przy apetycie...
— Może kurczątko z kompotem?
— Wolę już pieczeń wołową,
Z rożna, wiesz, na wpół surową!

Przerastałą należycie.
— Jest proszę pana; co jeszcze?
— Nie jestem przy apetycie!..

— Może lin, węgorze, leszcze...
— Rybka ujdzie, byle tłusto,
Więc lin, z duszoną kapustą.

Po rybce — połówkę kaczki.
— Rozumiem; a co na wety?
— Na wety... zwykłe przysmaczki.
— Może strasburgskie pasztety?
— To, to, to... ach! nędzne życie!
Nie jestem przy apetycie!





Myśliwi.


Eh! mnie lepiéj się zdarzyło!
To tak mocium panie było:
Prawdziwa myśliwska sztuka,
Polowaliśmy z naganką
Na lisa i na borsuka.
Ja, stanąłem nad polanką,
I tak ci wycelowałem,
Że ubijam jednym strzałem
Lisa i kulą do płota
Przygważdżam za ogon kota.

— Eh! mnie lepiéj się zdarzyło!
Byłoż panie dziwu, było!
Raz, zmrokiem, patrzę, na grzędzie,
Coś siedzi; okrągłe główki,
Dwanaście kuropatw w rzędzie.
Pakuję stempel do lufki,

Podchodzę z boku ostrożnie,
Pęc! i ptaki jak na rożnie,
Na stemplu, choć smaż u pieca,
To mi się nazywa heca.

— Eh! mnie lepiej się zdarzyło!
W zimie, na dziki to było;
Wytropiliśmy dwa stada.
Jeden warchlak jak szalony,
Pod nogi mi panie wpada.
Ja, byłem trochę zmęczony,
Przysiadam mu więc na grzbiecie,
Ten rusza, i co powiecie,
Podwiózł mnie prawie do dworu,
Daję wam słowo honoru!

Eh! mnie lepiéj się zdarzyło!
Niepamiętam gdzie to było,
Dość, że szliśmy na niedźwiedzie.
Sądzili panie że zginę.
Bestja prosto na mnie jedzie,
I łapami za czuprynę.
Myślę, co on mnie dotyka!
Jak wytnę mu w sam nos byka,
Aż fajtnął na środek drogi,
Ogon pod siebie i w nogi.


Eh! mnie lepiej się zdarzyło!
To już prawie cudem było!
Obnosili mnie jak króla;
Pogłupieli z podziwienia.
Jedna panie moja kula,
Wierci na wylot jelenia,
Z jelenia wpada w zająca,
Wypadłszy na śmierć potrąca
Dwie sarny i lisów kilka,
Wreście grzęźnie w pysku wilka.

— Eh! mnie lepiej się zdarzyło!
To dopiero pięknie było!
Polowaliśmy z obławą;
Słucham, właśnie była susza,
W krzakach coś szeleści trawą,
I najwyraźniej się rusza.
Wnet poznałem zwroty dzika,
Bęc! bęc! ot co jest praktyka:
Trafiłem w sam łeb sąsiada,
W dwie panie baby i w dziada.





Zabawny jesteś mój drogi.


Wiesz, mówią o dyrektorze,
 Że tak w życiu, jak w szkole,
 Za wzór posłużyć może,
— Tak, nieźle odgrywa rolę;
Jednak... eh! zamilczeć wolę.

Wasz radca, dobrze mi znany,
 Razemśmy w szkołach byli;
 To człowiek bez przygany.
— Wiem, wracam od nich w tej chwili;
Jednak... pozór często myli.

— Nie wiem czy znasz konsyliarza;
 Ma być otwarta głowa,
 Jakich mało się zdarza.
— Znam, zapewne, ani słowa;
Jednak... niech go tam Bóg chowa.


 — A inspektora szpitali,
 Znasz, co był w Ostrołęce?
 Tego to każdy chwali.
— O! ściskamy się za ręce;
Jednak... nie, nie powiem więcéj.

— A wasz pan prezydent miasta?
 Podobno szczere złoto;
 Dobrobyt przy nim wzrasta?
— Tak, to człowiek z wielką cnotą;
Jednak... ale mniejsza o to.

— No, a pani marszałkowa?
 Jakże tam ona przecie?
 Wszak zacna białogłowa?
— Nie mówię źle o kobiecie;
Jednak... eh! nie, za nic w świecie.

— Bracie! ty chyba drwisz ze mnie!
 Faktów! na wszystkie bogi!
 Szarpać na wiatr — nikczemnie!
— A to szczególne wymogi!
Zabawny jesteś mój drogi.





Inserat czapnika.


Héj! Wielmożni panowie!
W wielkiem mieście Krakowie
Wynalazek nowy!
W sklepie pod „Fagasami“
Mam czapki z sprężynami,
Co starczą za głowy!
Hej! kupujcie! po talarku!
Bo w Krakowie,
Nic po głowie,
Rozum — w giętkim karku.

Mam szlachetne hrabiówki,
Na szczupłe zwłaszcza główki;
Każda to posiada,
Że gdy zoczy barona,
Lub hrabię, odurzona,
Plackiem do nóg spada,

Hej! kupujcie! po talarku!
Bo w Krakowie,
Nic po głowie,
Rozum — w giętkim karku.

Są i bankierki modne.
Praktyczne, niezawodne,
Spieszcie, bo niewiele!
Każda w obec bogacza,
Lotem z głowy się stacza
I pod stopy ściele.
Hej! kupujcie! po talarku!
Bo w Krakowie,
Nic po głowie,
Rozum — w giętkim karku.

Dla tych, co bez oleju
Chcą świecić, mosterdzieju,
Mam zapas czasówek.
Można zostać statystą,
Literatem, artystą,
Choć się jest półgłówek.
Hej! kupujcie! po talarku!
Bo w Krakowie,
Nic po głowie,
Rozum — w giętkim karku.


Tym co chcą mieć ordery,
Synekury trzy cztery,
Dygnitarką służę;
Czy na głowie, czy w ręku,
Z tą czapką, niema sęku,
W żadnem zgoła biurze.
Hej! kupujcie! po talarku!
Bo w Krakowie,
Nic po głowie,
Rozum — w giętkim karku.

Słowem kto w téj stolicy,
Chce dosiąść kamienicy,
Bez głowy i centa,
Niech według ducha „Czasu“[4]
Przystąpi do „Fagasów,“
Niech o mnie pamięta.
Hej! kupujcie! po talarku!
Bo w Krakowie,
Nic po głowie,
Rozum — w giętkim karku.





Do „Czasu.“


Nic bardziéj śmiechu nie budzi,
Jak kiedy ludzięta,
Podrzeźniają wielkich ludzi.
Cielęta! cielęta!

Toż gdy warte zlitowania
Karły co pozują;
Cóż ci, którzy karle zdania
Drukują? drukują?

„Czasie!“ biorę przykład z ciebie,
Co to pycha może;
Ty myślisz że będziesz w niebie!
Boże! Boże! Boże!


Sądzisz, że sterują światem
Twoje artykuły;
Bracie! tyś jedynie szmatem
Bibuły! bibuły!

Dziś już budzisz tylko głowy
Kuglarskie — Stańczyków;
Jako dzwon przedpogrzebowy
Puszczyków, puszczyków,

Bo widzisz, choć pomaleńku,
Postęp kroczy przecie;
Pójdziesz „Czasie“ mospaneńku
Na śmiecie, na śmiecie.





Szczęście.


Wśród majowej zieleni,
Marząc, stąpa dziewczyna;
Czemu lica rumieni?
Wiotką kibić przegina?

Może ją myśl zamęźcia
Zaprząta — luba postać?
Nie, ona szuka szczęścia,
Chce bzu gałązkę dostać.

I gdy się wspina śmiało,
Na paluszkach wysoko,
Ziele ruch jej splątało,
Ku ziemi zwraca oko,


A gdy główkę pochyla,
Serce zadrży jej w łonie,
Widzi gałązkę lila,
I pięć listków w koronie.

I zerwie ucieszona,
I przygląda się blisko,
I zamyśla — zdziwiona,
Że los usiadł tak nisko.





WŁADYSŁAWOWI B.
Do imionnika.


Daliście mi w imionniku
Wiersz, w uroczéj szacie;
A no na tymże koniku
I ja do Was bracie.

Tylko że mnie, po albumie
Biegać nieco trudniéj;
Ja myśli mojéj nie umię
Stroić tak przecudnie.

Wasza pieśń, z gwiazdy jasnemi
Do nieba się garnie;
Moja, ledwie tu, na ziemi
Zapala — latarnie,


Ale, czem chata bogata,
Tem rada; mój Boże!
Toż chciejcie przyjąć od brata
To, co wam dać może.

Niepozorną, małą, biedną,
Prostaczą piosneczkę,
Która prosi Was o jedno:
O serca cząsteczkę.

Boczów 1877.





Do P. H. J.


Pani! znasz moją piosenkę,
Że ponad gwiazdy nie wzlata;
I dziś Twą ściskając rękę,
Jest tylko sercem bogata.

A serce to, chociaż stare,
Wierz mi, wdzięczność chować umie;
I umie cenić ofiarę,
I poświęcenie rozumie.

Więc przyjm droga Pani moja
Wieczne dzięki za sieroty;
Że dla biednych, dobroć Twoja,
Dała matki uśmiech złoty.


I za dobre dla mnie słowo,
Za życzliwy uścisk dłoni,
W chwilach, gdy nad moją głową,
Troska jedna drugą goni.

Za wieczorne rozmów chwile,
W których odrzuciwszy pracę,
Czas mój przepędzam tak mile,
Serce i umysł bogacę.

Pani droga! toż od brata.
Chciéj przyjąć prośbę — piosenkę:
Byśmy długie, długie lata
Szli tak jeszcze ręka w rękę,

Boczów 1877.





Tej, co mi najlepszą zastąpiła matkę Joannie S...
i téj, która mi ukochaną siostrą była Julii J...
na pamiątkę.


Choć i tu mam niebo jasne,
Wonne kwiaty, barwne błonie,
Serca ludzkie, gniazdo własne,
Jednak myślą wiecznie gonię
Te promienne dawne chwile,
Tak mi drogie, święte tyle!

I snuję pamięci wątek,
Sercem biegnę w Wasze progi,
Gdzie tyle dla mnie pamiątek,
Gdzie mi każdy kącik drogi,
Uśmiechnięty, ukochany,
Perełkami wspomnień tkany.

Z piersi, jasnéj tym obrazem,
Westchnienie płynie do Boga,
I znów jestem z Wami razem,

Matko moja! siostro droga!
I minione — widzę wiernie
Szczęście moje, łzy i ciernie.

Na Twoje Matko kolana,
Pamiętasz! pochylam skronie...
Twoje, Siostro ukochana,
Łzą gorzką oblewam dłonie...
I serce jak dawniéj bije,
I znów dawnem życiem żyję!

A gdy powszednia zawita
Troska, i widzenie skradnie,
To je dusza moja chwyta,
I jak świętość składa na dnie.
I znów myśl rozwija loty,
I znów widzę sen mój złoty!

Och! bo kto raz oddał serce
Chwili, zbiegłej bezpowrotnie,
Ten tylko w wspomnień iskierce
Żyć będzie. Wiecznie, samotnie,
Snuć zapadłych marzeń roje...
Och! jak ja Was kocham! moje!...

Boczów Maj 1877.




Prośba — piosenka.


Boże! za łask Twoich zdroje,
Jaką ci złożę podziękę?
Serce Tobie niosę moje,
W korną przelane piosenkę.

Ty je ocenisz; dla Ciebie
Odkryte tajniki ducha!
Osądź mnie! przytul do siebie
I mojéj prośby wysłuchaj!

Ojcze! wśród walk tego świata,
Gdzie żar nam kładą na ranie,
Daj mi dla bliźniego brata,
Współczucie i pobłażanie.


Gdy przez ciernie, ścieżki kręte
Dążąc, ludzkość się mozoli,
Niech mi Twoje ramię święte,
Da moc słodzenia niedoli.

Niech wola Twoja spełniona,
Niech będą spełnione cele;
Niechaj wśród bratniego grona,
Widzę uśmiech i wesele.

A w chwilach, gdy jad zdradliwy
Pycha w sercu nam rozplenia,
Daj mi Ojcze dobrotliwy
Czystość myśli i sumienia.

Niech moją piosnkę ubogą
Tchnienie Twej łaski bogaci;
Niech zawsze serdeczną drogą
Niosę pożytek mej braci.





Przypisy

  1. W tym wierszu autor przyznaje się do kradzieży literackiéj.
  2. Autentyczne.
  3. W tym wierszu dotknięte są wyrażenia, używane często w publicystyce galicyjskiéj.
  4. Omyłka drukarska, powinno być nie „Czasu,“ ale czasów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Mikołaj Biernacki.