Małe kobietki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Tytuł orygin. Little Women
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

L. ALCOTT


MAŁE KOBIETKI



POWIEŚĆ.

PRZEKŁAD   z   ANGIELSKIEGO
ZOFJI GRABOWSKIEJ

WYDANIE NOWE





WARSZAWA 1930
NAKŁADEM KSIĘGARNI F. HOESICKA



ZAKŁADY GRAFICZNE

„ZJEDNOCZENI DRUKARZE“
WARSZAWA
ELEKTORALNA 15

ooo


ROZDZIAŁ I.
PIELGRZYMKI.

— Co mi za Boże Narodzenie bez podarków! — mruknęła Ludka leżąc na dywanie przed kominkiem.
— To strasznie być ubogą! — westchnęła Małgosia spoglądając na swą starą suknię.
— Bardzo jest nieładnie, że niektóre dziewczęta mają mnóstwo pięknych rzeczy, a inne nie mają nic, — dodała Amelka z gniewną minką.
— Mamy przecież ojca, mamę i siebie nawzajem, — z zadowoleniem odezwała się Eliza ze swego kącika.
Ich cztery młode twarzyczki oświecone ogniem z kominka, rozjaśniły się na te wesołe słowa, lecz sposępniały znowu, gdy Ludka rzekła:
— Nie mamy teraz ojca, i długi czas nie będziemy go miały. — Wprawdzie nie powiedziała „może nigdy“, ale wszystkie dodały to w duchu, ponieważ był daleko na wojnie.
Milczały przez chwilę, poczem Małgosia odezwała się innym tonem.
— Wiecie, że mama dlatego radzi, byśmy sobie tym razem nie dawały podarków, że zima będzie sroga; więc jej zdaniem, nie powinnyśmy wydawać pieniędzy na przyjemności, kiedy nasze wojsko tak cierpi. Prawda, że nie zdołamy wiele uczynić, ale małe poświęcenia są w naszej możności, i wypada nam ich dokonać z dobrej woli. Mam jednak obawę, że się na to nie zdobędę, — mówiła potrząsając główką, jak gdyby z żalem myślała o wszystkich ładnych rzeczach, które jej były potrzebne.
— Nie przypuszczam, żeby nasze małe oszczędności przydały się na co; dałybyśmy po dolarze, więc jakaż stąd ulga dla wojska? Zgadzam się na to, by nic nie dostać od mamy i od was, alebym chciała sobie kupić „Rusałkę“, bo już tak dawno mam na nią ochotę, — rzekła Ludka zamiłowana w książkach.
— Ja na nuty przeznaczałam swoje pieniądze, — rzekła Eliza z cichem westchnieniem, usłyszanem tylko przez miotełkę i rączkę od tygielka.
— A mnie są potrzebne ołówki Fabera, i muszę ich sobie kupić ładne pudełko, — odezwała się Amelka stanowczo.
— Mama nie miała na myśli naszych pieniędzy, i nie chciałaby, żebyśmy się wszystkiego wyrzekły. Niech każda kupi co jej potrzebne, żeby sobie zrobić przyjemność. Spodziewam się, że zasługujemy na to, pracując tak ciężko! — zawołała Ludka, oglądając sobie obcasy u bucików z miną chłopaka.
— Ja z pewnością zasługuję, ucząc te nieznośne dzieci prawie cały dzień, kiedy sama chciałabym się bawić w domu, — odezwała się znowu żałosnym tonem Małgosia.
— Moja praca dwa razy uciążliwsza od twojej; jakby ci było, gdybyś siedziała godzinami zamknięta z nerwową, kapryśną, starą jejmością, która się tobą posługuje, ze wszystkiego jest niezadowolona i tak cię męczy, że wyskoczyłabyś chętnie oknem, albo dałabyś jej policzek.
— Przykro jest, jak nas kto drażni, ale zdaje mi się, że zmywanie talerzy i pilnowanie porządku jest najgorszą pracą na świecie. Dlatego jestem kwaśna i tak mi sztywnieją palce, że nie mogę grać, — rzekła Elżbietka spoglądając na szorstkie rączki z westchnieniem, które tym razem mogło być usłyszane przez wszystkich.
— Nie wierzę, by która z was cierpiała tyle co ja! — zawołała Amelka, — nie jesteście zmuszone chodzić do szkoły z niegrzecznemi dziewczętami, które was prześladują, gdy nie umiecie lekcji; wyśmiewają wasze ubranie, pogardzają waszym ojcem, jeżeli nie bogaty, i znieważają was za brzydki nos.
— Czy nie chciałabyś mieć tych pieniędzy Ludko, co papa stracił, gdyśmy były małe? Ach mój Boże! Jakżebyśmy były szczęśliwe i dobre, gdyby nie te troski! — powiedziała Małgosia, pamiętająca lepsze czasy.
— Mówiłaś parę dni temu, żeśmy daleko szczęśliwsze od dzieci państwa King, bo one ciągle się biją i kłócą, chociaż mają pieniądze.
— Prawda Elżbietko, mówiłam to i sądzę, że tak jest, bo choć musimy pracować, obmyślamy sobie też rozrywki i wesołą stanowimy kupkę, jakby się wyraziła Ludka.
— Ona używa takich gminnych słów, — zauważyła Amelka, rzucając gromiące spojrzenie na długą postać rozciągniętą na dywanie. Ludka w tej chwili usiadła, włożyła ręce w kieszenie od fartuszka i zaczęła gwizdać.
— Daj pokój, Ludko, to przystoi chłopcu.
— Dlatego też gwiżdżę.
— Nic cierpię ordynarnych, nieeleganckich dziewcząt.
— A ja nienawidzę przesadnych i wymuszonych dzieciaków.
— Ptaszki w swoich gniazdkach żyją w zgodzie, — zaśpiewała pojednawczo Elżbietka z taką zabawną minką, że oba szorstkie głosy wybuchnęły śmiechem, i na ten raz ustało „dziobanie się ptasząt“.
— Doprawdy, moje dziewczęta, obie zasługujecie na połajanie, — rzekła Małgosia zaczynająca gromić tonem starszej siostry. — Ty, Ludko, jesteś już w tym wieku, żeś nie powinna dokazywać jak chłopiec, i wypada ci już inaczej się zachowywać. Pókiś była małą dziewczynką, to uchodziło, ale teraz kiedyś tak wyrosła i upinasz już włosy, należy pamiętać, że jesteś słuszną panną.
— Nie jestem nią! i jeżeli upinanie włosów czyni mię doroślejszą, to będę nosiła warkocze do dwudziestu lat! — zawołała, zrzucając siatkę i rozwieszając ciemno blond grzywę. — Nie cierpię tej myśli, że dorosnę, zostanę panną March, będę nosić długie suknie i wyglądać tak sztywno jak astra chińska. Dosyć biedy, że jestem dziewczyną, kiedy lubię męskie zabawy, zajęcia i sposób życia. Nie mogę się uspokoić z żalu, żem nie chłopiec, a teraz gorzej mi jak kiedykolwiek, bo umieram z chęci walczenia przy boku papy, a muszę siedzieć w domu z robotą na drutach, jak zniedołężniała baba. — Mówiąc to, pociągnęła tak mocno niebieską skarpetkę, że druty zadzwoniły jakby kastaniety, a kłębek upadł na ziemię.
— Biednaś ty Ludko! co za szkoda! lecz niema na to rady; staraj się więc poprzestać na odgrywaniu roli naszego brata, — rzekła Eliza głaszcząc ostre włosy na głowie wspartej o jej kolana, rączką przyjemną w dotknięciu, pomimo zmywania talerzy i okurzania sprzętów.
— Ty zaś, Amelko, — mówiła dalej Małgosia, — jesteś zbyt wykwintna i wymuszona. Te pretensjonalne miny są teraz zabawne, ale jak się ich nie będziesz wystrzegać, to wyrośniesz na przesadzoną gąskę! Lubię twój ładny układ i delikatne wysławianie się, jak się nie sadzisz na elegancję, ale twoje niedorzeczne wyrazy na równi stawiam z gminnemi słowami Ludki.
— Kiedy Ludka jest chłopakiem, Amelka gąską, czemże ja jestem, jeżeli łaska? — rzekła Eliza chcąc przyjąć swoją część połajania.
— Ty jesteś pieszczotką i niczem więcej, — odpowiedziała Małgosia z zapałem, i żadna z sióstr nie zaprzeczyła, bo „myszka” była ukochaną całej rodziny.
Ponieważ młode czytelniczki lubią wiedzieć „jak kto wygląda”, skorzystamy z tej chwili, żeby dać lekki szkic tych czterech dziewczynek, siedzących o szarej godzinie z robotą na drutach, podczas gdy śnieg grudniowy pada cicho na dworze, a ogień trzeszczy wesoło na kominku. Był to miły pokój, pomimo spłowiałego dywanu i bardzo prostych mebli; wisiało bowiem na ścianach parę dobrych obrazów, książek było dużo na półkach, w oknach kwitły hjacynty i cierniki, i napełniała go przyjemna atmosfera domowego spokoju.
Małgorzata, najstarsza z dziewcząt, miała lat szesnaście; była bardzo ładna, pulchna i biała. Oczy miała duże, włosy gęste ciemno blond, usta kształtne i rączki białe, któremi się trochę pyszniła. Piętnastoletnia Ludka była bardzo wysoka, szczupła i smagła; zawsze jej zawadzały długie członki, i nie wiedziała co z niemi robić. Miała stanowcze usta, komiczny nos, bystre szare oczy, które zdawały się wszystko widzieć i bywały to gwałtowne, to śmiejące się, to zamyślone. Gęste, długie włosy stanowiły jej główną ozdobę, ale je zazwyczaj zwijała w siatkę, żeby nie przeszkadzały. Ramiona miała szerokie, ręce i nogi duże, ubranie wisiało na niej bez wdzięku, i we wszystkiem miała niezgrabną minę dziewczynki, która prędko wyrasta na kobietę i jest z tego niezadowolona. Elżbietka była to trzynastoletnia dziewczynka, różowa, z główką zawsze ładnie uczesaną i z jasnemi oczkami. Miała nieśmiałe obejście, lękliwy głos i spokojną fizjonomję, którą rzadko co wzburzyło. Ojciec nazywał ją „cichą“ i to miano przypadało do niej wybornie, bo zdawała się żyć we własnym, szczęśliwym świecie, odważając się obcować tylko z tą małą garstką osób, które posiadały jej ufność i przywiązanie. Amelka, chociaż najmłodsza, miała wielkie znaczenie, przynajmniej w swojem przekonaniu. Była to dzieweczka kształtna, biała jak śnieg, z niebieskiemi oczami, i z główką w złocistych loczkach. Była blada, szczupła i zawsze zachowująca się jak dorosła panna, dbała o swe maniery. Co się tyczy charakterów tych czterech sióstr, to je każdy sam pozna.
Zegar wybił szóstą, a Elżbietka wyczyściwszy kominek postawiła pantofle, żeby się ogrzały. Widok tego starego obuwia sprawił jakieś miłe wrażenie na dziewczętach, bo matka miała nadejść, a wszystkim było pilno ją przywitać. Małgosia przestała gromić i zapaliła lampę; Amelka wstała z fotelu, chociaż jej nikt o to nie prosił, a Ludka zapomniała o swem znużeniu, gdy usiadła bliżej ognia, żeby trzymać i wygrzewać pantofle.
— Zupełnie już zniszczone, i mama koniecznie potrzebuje nowych.
— Kupię jej za mego dolara, — rzekła Eliza.
— Nie, ja kupię! — wykrzyknęła Amelka.
— Ja jestem najstarsza. — odezwała się Małgosia, ale Ludka przerwała stanowczym tonem:
— Odkąd papa wyjechał, ja jestem jedynym mężczyzną w naszej rodzinie, i sama zaopatrzę ją w pantofle, bo odjeżdżając powierzył ją moim szczególnym staraniom.
— Powiem wam co zrobić, — rzekła Eliza; niech jej każda co ofiaruje na kolendę, a sobie zato nic już nie kupujmy.
— To pomysł godny ciebie, moja droga! i cóż jej damy?
Przez chwilkę zastanawiały się pilnie, poczem Małgosia oznajmiła: „Ja dam parę ładnych rękawiczek;“ jak gdyby jej własne śliczne rączki nasunęły tę myśl.
— Ja najpiękniejsze pantofle, jakie tylko znajdę! — wykrzyknęła Ludka.
— Ja kilka obrąbionych chustek do nosa, — rzekła Eliza.
— Ja flaszeczkę wody kolońskiej, bo ją lubi; nie drogo będzie kosztować, więc jeszcze sobie co kupię — dodała Amelka.
— W jaki sposób ofiarujemy te rzeczy? — zapytała Małgosia.
— Położymy je na stole, potem wprowadzimy mamę i będziemy patrzeć, jak roztwiera paczki. Nie pamiętasz, że tak zawsze bywało w nasze urodziny? — odparła Ludka.
— Tak się lękałam, ile razy przyszła na mnie kolej usiąść w fotelu z koroną na głowie, a wyście mię obstępowały z podarkami i całusami. Prezenty i pieszczoty sprawiały mi przyjemność, ale mię to straszyło, że się przyglądacie, jak odwijam paczki, — powiedziała Eliza; przypiekając razem twarzyczkę i grzanki do herbaty.
— Zostawmy mamę w przekonaniu, żeśmy to wszystko dla siebie kupiły, a potem zrobimy jej niespodziankę. Musimy przejrzeć sklepy jutro po południu, Małgosiu, i mnóstwo mamy jeszcze przygotowań do zabawy na wieczór Bożego Narodzenia, — rzekła Ludka, przechadzając się po pokoju z rękami założonemi wtył i z nosem do góry.
— Ostatni raz to robię; już jestem za stara na takie rzeczy, — odezwała się Małgosia, która nie przestała być dzieckiem, gdy szło o obmyślenie zabawy.
— Wiem, że się tego nie wyrzekniesz, póki będziesz mogła występować w białej sukni, z rozpuszczonym włosem i w klejnotach ze złotego papieru. Nie mamy lepszej aktorki nad ciebie, i wszystko przepadnie, gdy zejdziesz ze sceny — rzekła Ludka i dodała potem: — Trzeba zrobić próbę dziś wieczorem; chodź Amelko, odegrać scenę zemdlenia, boś w niej sztywna jak pień.
— Niema na to rady; nigdy nie widziałam jak się mdleje, a nie mam ochoty zsinieć, zczernieć i paść nawznak, jak ty. Jeżeli będę umiała rzucić się swobodnie na ziemię, to dobrze — a jeżeli nie, to padnę z wdziękiem na krzesło. Nic sobie nie będę z tego robiła jak Hugo przystąpi z pistoletem — odezwała się Amelka, która wcale nie miała talentu dramatycznego, i wybrano ją tylko dla małego wzrostu, by ją mógł wynieść ze sceny bohater sztuki, gdy się rozkrzyczała.
— Zrób w ten sposób: załam tak ręce i przejdź przez pokój chwiejnym krokiem, wołając przeraźliwie: „Rodrygu, ratuj mię! ratuj mię!“ I dla przykładu wyszła Ludka z melodramatycznym i prawdziwie przenikającym krzykiem.
Amelka starała się ją naśladować, ale ręce trzymała przed sobą sztywno, szła jakby na sprężynach i taki wydała wrzask, jakby od ukłucia się szpilką, nie z trwogi i przerażenia. Ludka rozpaczliwie jęknęła, Małgosia roześmiała się na całe gardło, a Eliza przypaliła bułkę, wpatrzywszy się z zajęciem w tę zabawną scenę.
— Nic nie pomaga; odegraj to jak zdołasz najlepiej, ale jak cię publiczność wygwiżdże, to nie miej żalu do mnie! Teraz chodź ty, Małgosiu.
Odtąd szło gładziej, bo Don Pedro wyzywał świat jednym tchem w dwustronicowej mowie, czarownica Agara z olśniewającym efektem odśpiewała uroczyste zaklęcie nad patelnią smażących się grzanek, Rodryg zerwał swe więzy z prawdziwie męską siłą, a Hugo dziko krzycząc ha! ha! skończył życie w mękach trucizny i wyrzutów sumienia.
— Pierwszy raz tak się nam powiodło, — rzekła Małgorzata, gdy zmarły złoczyńca usiadł i rozcierał sobie łokcie.
— Nie pojmuję jak możesz pisać i grać tak wspaniale, Ludko. Prawdziwy Szekspir z ciebie! — zawołała Eliza, silnie przekonana, że jej siostry są we wszystkiem genjalne.
— Niezupełnie, — odparła skromnie Ludka, wprawdzie „klątwa“ czarownicy i liryczna tragedja są to ładne rzeczy, ale chciałabym spróbować Makbeta, gdybyśmy miały spust w podłodze dla Banka. Zawsze pragnęłam roli z zabijaniem. „Czy miecz widzę przed sobą?“ wyrzekła, przewracając oczy i dysząc jak pewna artystka, którą widziała na scenie.
— Nie, to widelec włożony w mamy pantofel zamiast w grzankę. Oto Elizy popisy sceniczne! — zawołała Małgosia, i próba skończyła się ogólnym śmiechem.
— Cieszy mię to, żeście tak wesołe! — odezwał się ożywiony głos we drzwiach, a publiczność i aktorowie obrócili się, by powitać wysoką panią z macierzyńską fizjonomją i z tak lubym wyrazem twarzy, jakgdyby każdego pytała: Czy mogę ci być pomocną? Nie była to szczególnie piękna osoba, ale matki zawsze się swoim dzieciom podobają; dziewczętom zdawało się też, że jej szary płaszczyk i niemodny kapelusik okrywają najwspanialszą kobietę w świecie.
— Jakeście spędziły dzień, moje drogie? Tak wiele było do roboty z przysposabianiem wysyłek na jutro, że dlatego nie przyszłam na obiad do domu. Czy był tu kto, Elizo? Jak z twoim katarem Małgosiu? Ludwisiu, zdajesz się na śmierć umęczona. Dziecię, chodź mię pocałować.
Zadając te macierzyńskie pytania, pani March zdjęła z siebie przemokłe rzeczy, włożyła ogrzane pantofle, i usiadłszy w fotelu wzięła Amelkę na kolana, ciesząc się na najmilszą godzinę w swym pracowitym dniu. Dziewczęta krzątały się; każda chciała jej oddać jakąś przysługę i zapewnić wygodę. Małgosia przyrządziła stół do herbaty; Ludka przyniosła drzewa i ustawiła krzesła, wylewając i przewracając z hałasem wszystko czego tknęła; Eliza cicho i gorliwie kręciła się między pokojem a kuchnią, Amelka zaś wydawała im rozkazy siedząc sama z założonemi rękami.
Gdy się zebrały wokoło stołu, pani March rzekła ze szczególnie uszczęśliwioną twarzą:
— Mam przysmak, który dostaniecie po kolacji.
Żywy, wesoły uśmiech przebiegł dokoła jak promień słońca. Eliza klasnęła w ręce, nie uważając na to, że trzyma gorący biszkopt; Ludka podrzuciła w górę serwetę z okrzykiem „list! list!“
— Tak, długi i miły list. Zdrów jest i lepiej przebywa zimową porę, jakeśmy przypuszczały. Przesyła serdeczne życzenia na Boże Narodzenie i wyłączną odezwę do was, dziewczęta, — rzekła pani March, trzymając się za kieszeń, jakgdyby w niej miała skarb.
— Pośpieszmy się z jedzeniem. Nie obracaj tak delikatnie palcami i nie pieść się z talerzem, Amelko! — wykrzyknęła Ludka, i z wielkiego pośpiechu do „przysmaku“ wylała swą herbatę i upuściła na dywan kawałek chleba ze strony posmarowanej masłem.
Eliza przestała jeść i usunęła się do swego kącika, zgóry ciesząc się na rozkosz, jaka je miała spotkać, gdy wszystkie będą gotowe.
— Ojciec wydaje mi się tak wielkim, że poszedł na wojnę jako kapelan, będąc za starym na żołnierza! — powiedziała Małgosia z zapałem.
Jakżebym ja chciała pójść na dobosza, wiwan — jakże się to nazywa? albo na dozorującą rannych, żeby razem być i czuwać nad nim!
— To musi być bardzo nieprzyjemnie sypiać w namiocie, jadać różne niesmaczne rzeczy i pić z cynowego kubka, — westchnęła Amelka.
— Mamo, kiedy ojciec wróci? — spytała Eliza drżącym nieco głosem.
— Niejeden miesiąc jeszcze upłynie, moja droga; chyba gdyby zachorował. Póki tylko zdoła, będzie wiernie pełnił obowiązki, a my nie będziemy go zniewalać prośbą, żeby skrócił swój pobyt choćby o jeden dzień, kiedy tam jest potrzebny. Chodźcie teraz wysłuchać listu.
Przysunęły się wszystkie do kominka, matka w fotelu z Elizą u nóg, Małgosia i Amelka uczepione na poręczach, a Ludka wsparta o grzbiet jego, żeby nikt nie widział jej wzruszenia, jeżeliby list był czuły.
W owych ciężkich czasach mało który list nie był czuły, zwłaszcza też przesyłane przez ojców rodziny. Pan March nie wiele wspominał o swych trudach i niebezpieczeństwach, ani nawet o tęsknocie do kraju, z którą walczyć musiał. List ten był wesoły, ufny, pełen ożywionych opisów obozowego życia, marszów i wojennych nowin; tylko przy końcu wyrwały się z serca słowa, zdradzające miłość ojcowską i tęsknotę do córeczek i do domu:
„Obdziel je pozdrowieniem i uściskiem. Powiedz, że o nich myślę codzień, i modlę się za nie co wieczór, a w każdej chwili czerpię największą pociechę w ich przywiązaniu. Rok czekania na zobaczenie się z niemi wydaje mi się bardzo długim czasem, ale im przypomnij, że możemy wszyscy pracować nad tem, aby te ciężkie dni nie zostały zmarnowane. Wiem, że wszystko co piszę utkwi im w pamięci, że będą dla ciebie kochającemi dziećmi, że będą wiernie pełnić obowiązki, mężnie walczyć z wewnętrznym nieprzyjacielem i pokonywać siebie tak pięknie, abym gdy powrócę, mógł jeszcze bardziej kochać moje małe kobietki i więcej chlubić się niemi.“ W tem miejscu wszystkie rozczuliły się; Ludka nie wstydziła się wielkiej łzy, która jej spadła na nos; Amelka zaś nie uważając że psuje sobie loki, ukryła twarzyczkę na ramieniu matki i ze łkaniem rzekła:
— Jestem samolubną świnką, ale będę się szczerze starała poprawić, żeby się ojciec nie zawiódł kiedyś na mnie.
— Wszystkie się poprawimy! — wykrzyknęła Małgosia. — Ja, za wiele myślę o mojej powierzchowności i nie cierpię pracy; ale już tego nie będzie, jeżeli mi się powiodą usiłowania.
— Ja będę się starała być „małą kobietką“ jak mię ojciec lubi nazywać, i przestanę być szorstką i dziką; będę pełnić tutejsze obowiązki, zamiast ich szukać gdzieindziej, — rzekła Ludka, dodając w duchu, że pokonywanie swego temperamentu jest daleko cięższem zadaniem, jak wzięcie do niewoli paru buntowników.
Eliza nic nie mówiąc obtarła oczy niebieską skarpetką i zaczęła coprędzej obracać drutami, aby bez straty czasu pełnić obowiązek, znajdujący się najbliżej. W głębi cichej duszy postanowiła przytem, że taką będzie, jaką ojciec spodziewa się ją zastać, gdy za rok wróci szczęśliwie do domu.
Pani March przerwała milczenie, panujące po słowach Ludwisi, mówiąc swym wesołym głosem:
— Czy pamiętacie jakeście się bawiły w pielgrzymki, będąc małemi dziewczynkami? Nic was tak nie cieszyło jak kiedy każdej uwiązałam na szyi worek na ładunki, dałam kapelusz, kij i zwitek papieru, i pozwoliłam wędrować po całym domu — od piwnicy, która była „Grodem zniszczenia“ aż do dachu, gdzie składałyście wszystkie swe ładne rzeczy, aby stworzyć „Gród niebiański.“
— Jakież to było zabawne, zwłaszcza kiedyśmy się wybierały na lwy, na walkę z Apollyonem i z wilkołakami, które znajdowały się w dolinie — rzekła Ludka.
— Lubiłam miejsce, gdzieśmy zdejmowały ładunki i ciskały ze schodów, — odezwała się Małgosia.
— A dla mnie najlepsza chwila była, kiedyśmy wychodziły śpiewając z radości wśród promieni słońca, na płaski dach, gdzie były kwiaty, krzewy i inne ładne rzeczy — powiedziała Eliza z uśmiechem, jakgdyby te lube czasy powróciły dla niej.
— Ja niewiele pamiętam prócz tego, żem się bała piwnicy i ciemnego wejścia, ale zato lubiłam ciastka i mleko, któreśmy znajdowały na dachu. Gdyby nie to, żem za duża na takie rzeczy, chętniebym się jeszcze w to bawiła, — rzekła Amelka, która zaczynała mówić o porzuceniu dziecinnych rozrywek w poważnym wieku lat dwunastu.
— Nie jesteśmy na to nigdy za duże, moja droga, bo w ten lub w inny sposób zawsze się w to bawimy. Nasze ładunki są tu, droga jest przed nami, a dążenia do doskonalenia się i do szczęścia są to przewodnicy, którzy nas wiodą przez liczne troski i pomyłki do spokoju, stanowiącego prawdziwy „Gród Niebiański.“ A więc moje małe pielgrzymki, rozpocznijcie to znowu nie żartem lecz serjo, a zobaczymy jak daleko zajdzie każda zanim ojciec wróci do domu.
— Mamo, ale gdzie są naprawdę nasze ładunki? — spytała Amelka, biorąca rzeczy bardzo ściśle.
— Oprócz Elizy, każda z was powiedziała jaki teraz dźwiga ładunek; ona zapewne nie ma żadnego.
— Owszem: talerze, kurze, zazdrość względem dziewczynek, posiadających ładne fortepiany, i lękanie się ludzi.
Elizy ładunek był tak zabawny, że wszystkim chciało się śmiać, ale się powstrzymały, żeby jej nie obrazić.
— Zróbmy tak, — rzekła Małgosia, zamyślając się, — będzie to tylko inna nazwa doskonalenia się, i zabawa ta może nam być pomocną; bo chociaż chcemy być dobre, ciężka to praca, zapominamy się, i nie robimy wszystkiego co jest w naszej mocy.
— Byłyśmy dziś wieczorem w Otchłani Rozpaczy, ale mama przyszła i wydobyła nas. Więc cóż nam wypada teraz czynić? — zapytała Ludka uradowana myślą, że coś romantycznego osłodzi jej nudne obowiązki.
— Zajrzyjcie pod poduszki w poranek Bożego Narodzenia, to znajdziecie książki, które wam posłużą za przewodników, — odpowiedziała pani March.
Podczas gdy stara Anna sprzątała ze stołu, mówiły o tym nowym planie; następnie wydobyły cztery koszyczki do robót, i igły przemykały się po prześcieradłach, które dziewczęta szyły dla ciotki March. Było to niezajmujące szycie, ale żadna nie narzekała tego wieczora. Przyjęły plan Ludki, żeby podzielić długie szwy na cztery części, i nazwać je Europą, Azją, Afryką i Ameryką; w ten sposób poszło im doskonale, zwłaszcza gdy rozmawiały o różnych krajach, wyszywając sobie drogę po nich.
O dziesiątej przestały pracować i jak zwykle śpiewały przed pójściem spać. Jedna tylko Eliza zdołała wydobywać tony ze starego fortepianu, i delikatnie dotykając zżółkłych klawiszów, przyjemnie wtórowała ich prostym śpiewom. Małgosi głos przypominał flet, i ona, wraz z matką kierowała tym małym chórem; Amelka odzywała się jak świerszczyk, a Ludka przeskakiwała z nuty na nutę według upodobania, — to się popisywała zgięciem głosu w niewłaściwem miejscu, to zrobiła tryl w najsmutniejszych tonach. Śpiew ten stał się domowym zwyczajem od ich najwcześniejszych lat, bo matka była z natury śpiewaczką. Jak skowronek śpiewem zaczynała dzień, i kończyła go również, bo dziewczęta nigdy się nie uznawały zbyt duże na tę domową kołysankę.



ROZDZIAŁ II.
WESOŁE ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA.

Ludka obudziła się najpierwsza, o szarym świcie w świąteczny poranek. Nie było rozwieszonych pończoch przy kominku, więc przez chwilę doznawała tak przykrego uczucia, jak przed laty, kiedy jej pończoszka spadła na ziemię, pod ciężarem zawartych w niej łakoci. Potem, przypomniawszy sobie matki obietnicę, wyciągnęła z pod poduszki książeczkę w ponsowej oprawie. Bardzo dobrze ją znała, była to bowiem piękna i stara historja najdoskonalszego żywota, jaki istniał kiedykolwiek, i Ludka uczuła, że to najlepszy przewodnik dla pielgrzymki wybierającej się w długą podróż. Obudziwszy Małgosię życzeniem wesołych świąt, poleciła jej sięgnąć pod poduszkę. Ukazała się książka w zielonej okładce, z takim samym obrazkiem w środku i z kilku słowy napisanemi przez matkę, co czyniło ten podarek bardzo cennym w ich oczach. Następnie Eliza i Amelka ocknęły się, i poszukawszy także znalazły książeczki, jedna popielatą, druga niebieską. Siedziały wszystkie oglądając dary i gawędząc o nich, a tymczasem zorza różowiała ze wschodzącym dniem.
Pomimo drobnych próżnostek, Małgosia miała słodką i religijną naturę i bezwiednie wpływała nią na siostry, — zwłaszcza na Ludkę, która ją kochała serdecznie i chętnie słuchała jej łagodnych rad.
— Dziewczęta, — odezwała się Małgosia poważnie spoglądając na główkę, leżącą obok niej, i na dwie inne ubrane w nocne czepeczki w przyległym pokoju, — mama pragnie, żeby te książki czytać, kochać i pamiętać; musimy wziąć się do nich natychmiast. Dawniej byłyśmy im wierne, ale odkąd ojciec wyjechał, i te wszystkie rozruchy wojenne nas wykoleiły, zaniedbałyśmy wiele rzeczy. Możecie postąpić jak wam się podoba, lecz co do mnie, będę mieć tę książkę tu na stole i czytać ją po trochu co rano zaraz po przebudzeniu się, gdyż wiem, że to pójdzie na pożytek i będzie mi pomocą w ciągu dnia.
Otworzywszy nową książeczkę, zaczęła czytać wraz z Ludką, która ją objęła za szyję i miała spokojny wyraz, rzadko widziany na jej ruchliwej twarzy.
— Jaka Małgosia jest dobra! i my Amelko zróbmy to; pomogę ci w trudnych słowach, a czego nie zrozumiemy, to nam siostry wytłumaczą — szepnęła Eliza, na której sprawiły wielkie wrażenie nowe książeczki i przykład sióstr.
— Cieszę się, że moja jest niebieska, — rzekła Amelka. Po chwili uciszyło się w pokojach, i było tylko słychać ostrożne przewracanie kartek, a zimowe słońce wciskało się dotykając główek i poważnych twarzyczek na powinszowanie świąt.
— Gdzie mama? — zapytała Małgosia, gdy w pół godziny potem zbiegły na dół z Ludką, żeby podziękować za podarki.
— Tylko jej dobroci to wiadomo. Przyszło jakieś biedactwo po prośbie, a mama zaraz poszła przekonać się czego tam w domu potrzeba. Nie znalazłaby się druga kobieta na świecie tak pochopna do dawania pokarmu, napoju, ubrania i opału — odpowiedziała Anna, która będąc u państwa March od urodzenia się Małgosi, była więcej uważana za przyjaciółkę, niż za służącą.
— Niedługo pewnie wróci, więc zrób ciastka i miej wszystko w pogotowiu, — rzekła Małgosia, spoglądając na podarki złożone w koszyku pod sofą, aby je można prędko wydobyć we właściwym czasie.
— Gdzie jest Amelki flaszeczka z wodą kolońską? — dodała nie spostrzegając jej.
— Amelka wzięła przed chwilą, żeby obwiązać wstążeczką, czy coś takiego, — odparła Ludka, tańcząc po pokoju, by się trochę rozchodziły nowe pantofle.
— Jak ładnie moje chustki wyglądają, nieprawda? Anna mi je uprała i uprasowała, a ja sama naznaczyłam, — rzekła Eliza, dumnie spoglądając na trochę nierówne litery, które ją kosztowały tyle trudu.
— Niechże ją Pan Bóg ma w swojej opiece! wyhaftowała „mama“ zamiast „M. March“, jakież to zabawne! — wykrzyknęła Ludka, biorąc jedną chustkę do ręki.
— Czy tak nie dobrze? zdawało mi się, że lepiej będzie; bo Małgosi pierwsze litery są M. M., a ja nie chcę, żeby ich kto inny używał prócz mamy, — rzekła Elżbietka nieco pomieszana.
— Dobrześ zrobiła, moja droga; to piękna myśl i rozsądna, bo się już nikt nie może omylić. Wiem, że się to mamie bardzo spodoba, — rzekła Małgosia i mrugnęła na Ludkę a uśmiechnęła się do Elizy.
— Mama idzie! schowajcie koszyk, prędko! — zawołała Ludka, gdy się drzwi zatrzasnęły i kroki dały się słyszeć w sieni.
Amelka weszła śpiesznie i zmieszała się trochę widząc, że wszystkie siostry na nią czekają.
— Gdzieżeś to była? co chowasz za sobą? — spytała Małgosia ze zdziwieniem, miarkując po kapturku i płaszczyku, że leniwa Amelka wychodziła tak wcześnie.
— Nie śmiej się ze mnie Ludko; nie chciałam, żeby kto wiedział o tem przed czasem. Poszłam tylko zmienić małą flaszeczkę na dużą. Wydałam na nią wszystkie pieniądze i będę się szczerze starała nie być już samolubną.
Mówiąc to, pokazała Amelka ładną flaszkę w miejsce małej, a to wysilenie by o sobie zapomnieć, nadawało jej tak poważną i pokorną minkę, że ją Małgosia uściskała, Ludka nazwała „poczciwem sercem“, a Eliza urwała z okna najpiękniejszą różę, by nią ozdobić wspaniałą butelkę.
— Widzicie, zawstydziłam się mego podarku po rannem czytaniu i zaraz po rozmowie o poprawieniu się, więc wstawszy zaraz pobiegłam za róg domu i zamieniłam butelkę. Tak się cieszę bo teraz mój podarek najładniejszy!
Frontowe drzwi znowu się zamknęły; koszyk poszedł pod sofę, a dziewczęta otoczyły stół, chciwie gotując się do śniadania.
— Życzymy ci wesołych świąt, mamo! abyś ich dużo przeżyła! Dziękujemy za książki; czytałyśmy już trochę, i codzień będziemy to czynić! — wołały chórem.
— Wesołych świąt życzę wam, dziewczątka moje! Cieszy mię, żeście zaczęły odrazu, i mam nadzieję, że wytrwacie. Ale zanim usiądziemy, muszę wam coś powiedzieć: niedaleko stąd leży biedna kobieta z nowonarodzonem dzieckiem, a sześcioro drobiazgu siedzi skurczonych w jednem łóżku, chroniąc się od zimna, bo nie mają opału. Nawet jeść nic nie mają, więc najstarszy chłopiec przyszedł mi opowiedzieć o tej biedzie. Czy chcecie, moje dziewczęta, dać im swe śniadanie jako podarek świąteczny?
Były nadzwyczaj głodne po godzinnem blizko wyczekiwaniu, więc przez chwilę nie odezwała się żadna; lecz tylko przez chwilę — bo Ludka wykrzyknęła zaraz z zapałem:
— Jakto dobrze, mamo, żeś przyszła, zanim wzięłyśmy się do jedzenia!
— Czy będę mogła pomóc zanieść te rzeczy biednym dzieciom? — błagalnie zapytała Eliza.
— Ja wezmę śmietankę i ciastka, — dodała Amelka, oddając bohatersko to co najlepiej lubiła.
Małgosia już układała kawałki chleba z masłem na dużym talerzu.
— Spodziewałam się tego, — rzekła pani March z uśmiechem zadowolenia. — Wezmę was z sobą do pomocy; wróciwszy, posilimy się mlekiem i chlebem, a reszty obiad dopełni.
Wkrótce wszystko było gotowe, i wyruszyły procesjonalnie. Szczęściem była to wczesna godzina, szły bocznemi uliczkami, więc je mało osób widziało, i nikt nie wyśmiał tej zabawnej wycieczki.
Zastały pokój nędzny, pusty, z potłuczonemi oknami, nieogrzany. Na brudnem posłaniu leżała chora matka z kwilącem niemowlęciem, a grono głodnych dzieci tuliło się pod starą kołdrą, aby się ogrzać. Jakże ich wielkie oczy spojrzały, a sine usteczka uśmiechnęły się na widok naszych dziewcząt!
— Ach, mein Gott! anioły do nas przyszły! — wykrzyknęła biedna kobieta płacząc z radości.
— Zabawne anioły w kapturach i mitenkach, — rzekła Ludka, pobudzając wszystkich do śmiechu.
W kilka minut potem zdawało się istotnie, że jakieś dobre duchy wzięły się do dzieła. Anna, która przyniosła drzewo, rozpaliła ogień i zatkała potłuczone szyby staremi kapeluszami i własną chustką. Pani March dała matce herbaty, kaszki, i pocieszyła ją obietnicą, że o niej pamiętać będzie — a niemowlę ubrała z taką tkliwością, jakby swoje. Tymczasem dziewczęta zastawiły stół, posadziły dzieci wkoło ognia i karmiły je jak głodne pisklęta, przyczem śmiały się, szczebiotały, usiłując daremmie zrozumieć ich łamaną i komiczną angielszczyznę.
— Das ist gut! — „die Engelkinder!“ — wołały biedactwa, jedząc i rozgrzewając czerwone rączki przy rozkosznym ogniu. Dziewczęta jeszcze nigdy nie były nazywane „aniołami dzieci“ i bardzo im się to podobało, zwłaszcza Ludce — uważanej od urodzenia za „Sansza“. Była to bardzo przyjemna uczta, chociaż nie brały w niej udziału, i gdy odeszły zostawiając pociechę, zdaje mi się, że w całem mieście nie było czterech weselszych osób, jak te głodne dziewczynki, które oddały swe śniadanie, poprzestając na mleku z chlebem w poranek Bożego Narodzenia.
— To znaczy, że więcej kochamy sąsiadów niż siebie, i mnie się to podoba, — odezwała się Małgosia, gdy układały podarki, a matka wybierała na górze odzież dla biednych Humlów.
Ubogie były ich dary, ale dowodziły wielkiego przywiązania, a stojące na środku stołu duże wazony ponsowych róż, białych chryzantemów i spadających win, nadawały elegancki pozór.
— Mama idzie! zagraj, Elizo! otwórz drzwi, Amelko! Winszujemy! winszujemy! — wołała Ludka skacząc w koło, podczas gdy Małgosia wybiegła, żeby poprowadzić matkę do honorowego miejsca.
Eliza zagrała wesołego marsza, Amelka roztworzyła drzwi, a Małgosia z wielką godnością odgrywała rolę eskorty. Panią March zdziwiło i wzruszyło to wszystko; uśmiechając się, przez łzy spoglądała na podarki i czytała przypięte do nich karteczki.
Najpierw wzięła pantofle, potem włożyła do kieszeni chustkę do nosa, skropioną wodą kolońską od Amelki; różę przypięła do stanika, a o ładnych rękawiczkach powiedziała, że są doskonale utrafione.
Dużo było śmiechu, całusów, objaśnień i tej prostoty i serdeczności, które sprawiają, że domowe uroczystości tak są miłe w chwili, tak słodkie we wspomnieniu. Następnie wzięły się wszystkie do roboty.
Ten uczynek miłosierny i domowa uroczystość zabrały tak wiele czasu, że resztę dnia poświęciły dziewczęta wieczornej zabawie. Za młode będąc, żeby często chodziły do teatru, a nie dosyć bogate, by wydawać wiele pieniędzy na amatorskie przedstawienia, nakładały własną głową; i ponieważ potrzeba jest matką wynalazków, doskonale sobie radziły. Bardzo były nawet zręczne niektóre ich wyroby, jak to: gitary tekturowe, starożytne lampy ze staroświeckich maselniczek oklejanych srebrnym papierem, świetne szaty ze starego perkalu strojne w błyszczące punkciki z cyny, zdjętej ze słoików od marynaty. Meble zazwyczaj przewracały do góry nogami, a obszerny pokój służył za scenę ich niewinnych rozrywek.
Ponieważ tylko płeć niewieścia była przypuszczona, Ludka dowoli mogła odgrywać role męskie i rozkoszować się parą grubych butów, które jej dała przyjaciółka, znająca jedną panią, która znowu znała pewnego aktora. Te buty, stary floret i kaftan z rozcinanemi rękawami, rzeczy, których niegdyś pewien artysta używał do obrazu, były to największe skarby Ludki, i popisywała się niemi przy każdej sposobności. Z powodu małego grona, dwie główne aktorki musiały podejmować się kilku ról w jednej sztuce. Niezaprzeczenie zasługiwały na uznanie za ciężką pracę, uczyły się bowiem trzech lub czterech ról, kładły coraz inne kostjumy i urządzały jeszcze scenę. Była to wyborna wprawa dla pamięci, niewinna przyjemność i zajęcie godzin, któreby zeszły na próżniactwie, w samotności, lub w niekorzystnem towarzystwie.
W wieczór Bożego Narodzenia dwanaście panienek wgramoliło się na łóżko, służące za parter, i siedziały za firanką z żółtoniebieskiego perkalu w najpochlebniejszem oczekiwaniu. Za kurtyną było dużo szeptów, łoskotu, trochę swędu od lamp, i niekiedy słyszeć się dawał chichot Amelki dochodzący prawie do konwulsyi w tej gorączkowej chwili. Nareszcie odezwał się dzwonek, rozsunęły się firanki, i zaczęto liryczną tragedję.
Stosownie do ogłoszenia na afiszu, był tam ciemny las, wyobrażony przez kilka krzewów w donicach i przez zieloną materję, rozesłaną na ziemi. W oddaleniu widać było jaskinię, której za dach służyły dery, a za ściany, stoły. W środku był piecyk rozpalony, i czarna, stara czarownica stała pochylona nad czarnym garnkiem. Na scenie było ciemno, a ogień z piecyka sprawiał świetny efekt, zwłaszcza, że prawdziwa para wydobywała się z garnka, gdy czarownica podnosiła pokrywę. Jedną chwilę poświęcono uspokojeniu pierwszego wrażenia, poczem rozbójnik, imieniem Hugo, zjawił się z brzękającym mieczem przy boku, w kapeluszu o szerokich skrzydłach, z czarną brodą, w tajemniczym płaszczu, i wyżej wspomnianych butach. Przeszedł się kilka razy wielce wzburzony, potem uderzył się w czoło i wybuchnął dzikim krzykiem, że nienawidzi Rodriga, kocha Zarę, i zamierza zabić pierwszego, a pozyskać drugą. Ostre tony i krzyk sprawiały wielkie wrażenie, i publiczność obsypała go oklaskami, gdy umilkł, żeby odetchnąć. Ukłoniwszy się z miną artysty przyzwyczajonego do pochwał, zbliżył się do jaskini i rozkazał Agarze, by wyszła, wołając: „Chodź tu, kochanko! potrzebna mi jesteś!“
Wyszła Małgosia z siwą końską grzywą rozpuszczoną na twarzy, w szacie o barwach czerwonych i czarnych, w płaszczu z kabalistycznemi znakami, i z kijem w ręku. Hugo zażądał od niej miłosnego napoju dla Zary, a trucizny dla Rodryga. Agara piękną, dramatyczną arją zaczęła przywoływać ducha, mającego przynieść napój miłosny:

Wypieszczony tchnieniem róż, wykarmiony rosy łzą,
Zstąp powiewny duchu biały;
Gromowładne berło złóż, śpiesz wypełnić prośbę mą,
Rzuć pałaców swych kryształy!

W księżycową jasną noc, gdy ucichnie ludzki gwar,
I natura we śnie spocznie,
Ześlij płyn, którego moc i magiczny władzy czar
Działać będzie niewidocznie.


Dała się słyszeć cicha muzyka, poczem z głębi jaskini ukazała się mała postać odziana w mglistą biel, z błyszczącemi skrzydły, ze złocistym włosem, i w wieńcu z róż na głowie. Poruszając laseczką zaśpiewała:

Z górnych krain, z srebrnych bram,
Otulonych śnieżną mgłą,
Zszedłem, by wysłuchać cię;
Lecz talizman, który mam,
Straci wkrótce wartość swą,
Jeśli go użyjesz źle.


I rzuciwszy złoconą flaszeczkę u nóg czarownicy, duch znikł. Drugi śpiew Agary wywołał zjawisko, nieprzyjemne — bo z kijem w ręku, z brzydkiemi, czarnemi skrzydły. Ponurym głosem dawszy odpowiedź, rzuciło czarną butelkę na Hugona, poczem znikło z szyderczym śmiechem. Hugo odśpiewał podziękowanie, schował flaszeczki w buty i odszedł; Agara zaś oznajmiła publiczności, że ponieważ zabił przed czasy kilku jej przyjaciół, postanowiła krzyżować mu plany i pomścić się. Wówczas zasłona spadła, słuchacze wypoczywali, jedli cukier lodowaty i rozprawiali o sztuce.
Dużo było huku, zanim się znowu podniosła zasłona, ale nikt nie szemrał na zwłokę, bo urządzenie sceny okazało się arcydziełem. Była to rzecz prawdziwie wspaniała! Aż do sufitu sięgała wieża; w połowie wysokości było okno z palącą się lampą, i zpoza białej firanki ukazała się Zara w pięknej srebrno-błękitnej sukni, oczekująca Rodryga. Przybył on w świetnym stroju: w kapeluszu z piórami, w czerwonym płaszczu, w ciemno blond loczkach, w butach naturalnie, i z gitarą w ręku. Ukląkł u stóp wieży, zaśpiewał serenadę czułym głosem, Zara odpowiedziała — i po tej śpiewanej rozmowie przystała na ucieczkę. Tu nastąpił wielki efekt; Rodryg wydobył drabinę z lin o pięciu szczeblach, podrzucił w górę jeden koniec i poprosił, żeby Zara zeszła. Nieśmiało wydobyła się przez okno, oparła rękę na ramieniu jego, i miała zeskoczyć z wdziękiem, kiedy „biedna, biedna Zara!“ zapomniała o ogonie od sukni, który się zaczepił o okno. Wieża zachwiała się, pochyliła naprzód, padła z łoskotem i pochowała nieszczęsnych kochanków w ruinach!
Powstał ogólny krzyk, skoro skórzane buty gwałtownie wydobywały się ze zgliszcza, a złocista główka wychyliła się wołając: „Mówiłam wam, mówiłam!“ Z zadziwiającą przytomnością umysłu przypadł srogi ojciec — Don Pedro, i szybkim ruchem odciągnął na bok córkę.
— „Nie śmiej się i graj, jakgdyby nic nie zaszło!“ powiedział, i rozkazawszy Rodrygowi wstać, wygnał go z królestwa ze wzgardą i gniewem. Rodryg lekceważył starego i nie chciał się ruszyć, chociaż zmieszany był zwaleniem mu się wieży na głowę. Ten zuchwały przykład rozognił Zarę; ona także odezwała się wyzywająco do ojca, który skazał ich na najgłębsze więzienie w zamku. Gruby a maleńki dozorca przyniósł łańcuchy i poprowadził ich z miną bardzo zestraszoną, widocznie zapominając co ma powiedzieć.
W akcie trzecim przedstawiony zamek; Agara zjawia się z postanowieniem, że uwolni kochanków i Hugonowi życie odbierze. Usłyszawszy, że tenże nadchodzi, kryje się, widzi jak on nalewa dwie czary wina i każe nieśmiałemu dozorcy zanieść je więźniom do celi, z oznajmieniem, że natychmiast sam przyjdzie. Służalec bierze na bok Hugona, żeby mu coś powiedzieć, Agara zaś przemienia czary na inne, nieszkodliwe; Ferdynand zabiera je z sobą, a Agara stawia napowrót czarę zatrutą i przeznaczoną dla Rodryga. Hugo, chcąc sobie odwilżyć gardło po długim śpiewie, wypija zabójczy napój, traci przytomność, zaciska pięści, i szamoce się pewien czas — nareszcie pada i umiera. Agara oznajmia mu, co uczyniła, w arji szczególnie silnej i pięknej.
Ta scena była prawdziwie przenikająca, chociaż mógłby kto zarzucić, że skoro długie i gęste włosy nagle spadły z głowy nikczemnika, zepsuł się efekt jego śmierci. Gdy go przywołano, znalazł się bardzo przyzwoicie, prowadząc za rękę Agarę, której śpiew wzbudził większy podziw, niż całe widowisko razem wzięte.
W akcie czwartym Rodryg jest bliskim samobójstwa z rozpaczy, powiedziano mu bowiem, że go Zara porzuciła. Właśnie gdy przykłada miecz do piersi, pod jego oknem odzywa się melodyjna pieśń, oznajmiająca, że Zara jest wierną, ale jej grozi niebezpieczeństwo, i że jeżeli zechce, może ją ocalić. Wrzuca mu ktoś przez okno klucz, którym otwiera drzwi; w uniesieniu radości zrywa na sobie więzy i wybiega, by wynaleść i uratować panią swego serca.
Akt piąty zaczyna się burzliwą sceną między Zarą a Don Pedrem, który żąda, by wstąpiła do klasztoru; ale ona słuchać nie chce i po wzruszającej prośbie bliska jest omdlenia, kiedy Rodryg wpada i oświadcza się o jej rękę. Don Pedro odmawia z powodu, że nie jest bogatym; obaj krzyczą, gestykulują przeraźliwie i nie mogą się zgodzić. Rodryg właśnie zamierza wynieść wycieńczoną Zarę, gdy ów nieśmiały służalec wchodzi z listem i z workiem od Agary, która tajemniczo znikła — i zawiadamia, że przekazuje zatajony majątek młodym kochankom, a Don Pedrze grozi strasznym losem, jeżeli nie przyzwoli na ich szczęście. Otwierają worek, i kilkanaście kwart srebrnej monety spada jak deszcz na scenę, aż cała połyskuje. To zupełnie uspokaja „srogiego ojca“. Daje przyzwolenie bez szemrania; wszyscy łączą się w wesoły chór, i zasłona spada na kochanków klęczących z romantycznym wdziękiem dla odebrania błogosławieństwa od Don Pedra.
Nastąpiły potem grzmiące oklaski, ale niespodziana rzecz je przerwała; oto składane łóżko stanowiące parter, nagle zamknęło się i przykryło całą publiczność. Rodryg i Don Pedro pobiegli z pomocą, i wszystkie dziewczęta wydobyto bez szwanku, tylko niektóre przemówić nie mogły ze śmiechu. Zaledwie zaczął zamęt ustawać, ukazała się Anna „z ukłonem od pani March i z prośbą aby panny zeszły na kolację“.
Było to niespodzianką nawet dla aktorek, i ujrzawszy stół, spoglądały na siebie z rozkosznem zadziwieniem. Bardzo to wyglądało na „mamę“, że im przygotowała balik, ale nie widziały tak wykwintnej uczty jak za lepszych czasów! Były aż dwa półmiski lodów białych i różowych, ciastka, owoce i ulubione cukierki francuskie, a na środku stołu cztery wielkie bukiety z cieplarnianych kwiatów.
Tamując oddech, patrzyły to na stół, to na matkę, która się zdawała być niezmiernie ucieszoną.
— Czy to czary? — spytała Amelka.
— To święty Mikołaj, — odezwała się Eliza.
— To mamy dzieło! — rzekła Małgosia z uśmiechem, słodkim pomimo siwej brody i białych brwi.
— Pewnie ciotka March zdobyła się na dobry figiel i przysłała kolację — wykrzyknęła Ludka z nagłem natchnieniem.
— Wszystkie się mylicie; to ofiarował stary pan Laurence, — odparła pani March.
— Dziadek Artura? skąd mu przyszło do głowy? Wszakże go nie znamy! — wykrzyknęła Małgosia.
— Anna opowiedziała jednej z jego służących o waszej wędrówce ze śniadaniem, i podobało mu się to, chociaż jest dziwakiem. Znał mego ojca przed laty, więc napisał grzecznie dziś po południu, wyrażając nadzieję, że mu pozwolę okazać życzliwość dla mych dzieci przesłaniem kilku drobnostek na uczczenie tego dnia. Nie mogłam odmówić, macie więc ucztę wieczorną w nagrodę za mleko z chlebem na śniadanie.
— Jestem pewna, że ten chłopiec poddał mu tę myśl! Chciałabym się z nim zapoznać, bo to wyborny chłopak! Zdaje się, że on także ma na to ochotę, ale jest nieśmiały, a Małgosia taka wymuszona, że nie pozwala nam mówić z sobą gdy się spotykamy, — rzekła Ludka, podczas kiedy talerze obchodziły wkoło, a lody zaczynały znikać ze stołu wśród okrzyków radości.
— Czy mówisz o tej rodzinie, mieszkającej w dużym sąsiednim domu? — spytała jedna z dziewcząt. „Moja mama zna starego pana Laurence, ale mówi, że on bardzo dumny, i że nie lubi zadawać się z sąsiadami. Trzyma wnuka w zamknięciu z wyjątkiem kiedy jeździ konno, lub przechadza się z nauczycielem, i strasznie dużo każe mu pracować. Zapraszałyśmy go na zabawy, ale nie przyszedł. Mama powiada, że jest bardzo miły, chociaż do nas dziewcząt nigdy się nie odzywa.
— Jak przyniósł raz kota, który nam uciekł, rozmawialiśmy przez płot o różnych grach, ale zobaczywszy zbliżającą się Małgosię, uciekł zaraz. Chciałabym go poznać, bo jestem pewna, że mu potrzeba rozrywek, — rzekła Ludka.
— Podoba mi się, bo ma obejście małego gentlemana i nie mam nic przeciw temu, żebyście się z nim poznały przy sposobności. Sam przyniósł kwiaty, i byłabym go zaprosiła, ale nie miałam pewności co się na górze dzieje. Smutno odchodził słysząc gwarną zabawę, bo jej pewnie w domu nie miewa.
— Szczęście, żeś tego nie zrobiła mamo! — rzekła Ludka, ze śmiechem spoglądając na swe buty. — Ale innym razem urządzimy taką sztukę, żeby ją mógł zobaczyć. Może nawet weźmie udział; czyby to nie było przyjemnie?
— Jeszcze nigdy nie miałam bukietu; jaki ładny! — powiedziała Małgosia, przyglądając się kwiatom z największem zajęciem.
— Ładne są te kwiaty, lecz milsze mi róże od Elizy! — rzekła pani March, wąchając napół zwiędły bukiecik, przypięty do stanika.
Eliza przytuliła się do niej i szepnęła słodko:
— Chciałabym posłać mój bukiet ojcu, bo się boję, że dla niego święta Bożego Narodzenia będą mniej wesołe jak dla nas...



ROZDZIAŁ III.
MŁODY LAURENCE.

— Ludko! Ludko! gdzie jesteś? — wołała Małgosia stojąc przed schodami od poddasza.
— Tutaj, — odrzekł niewyraźny głos na górze. Wpadłszy na poddasze, spostrzegła Małgosia, że siostra zajada jabłka i ze łzami czyta przy słonecznem oknie „dziedzica Redchffe‘u“ leżąc owinięta w szal na starej sofie o trzech nogach. Było to ulubione schronienie Ludki; chętnie się tam usuwała z półtuzinem renetek i z ładną książką, aby używać ciszy i towarzystwa lubego szczura, który mieszkał blisko i wcale na nią nie uważał. Gdy się Małgosia ukazała, wsunął się do swej jamy, a Ludka obtarłszy oczy, wyczekiwała co od niej usłyszy.
— Ach, jakież to zabawne! patrz! zupełnie urzędowe zaproszenie do pani Gardiner na jutrzejszy wieczór; — wykrzyknęła Małgosia, podnosząc wgórę drogocenny bilet, poczem przeczytała z dziecinną radością.
— Pani Gardiner prosi, żeby panna March i panna Ludwika sprawiły jej tę przyjemność i przyszły na tańcujący wieczór, w wilję nowego roku. — Mama pozwala nam pójść, ale w cóż się ubierzemy?
— Niepotrzebne pytanie; wiesz, że weźmiemy szare poplinowe suknie, nie mając nic innego, — odrzekła Ludka z pełnemi usty.
— Gdybym choć miała jedwabną suknię, — westchnęła Małgosia. — Mama powiada, że może dostanę w ośmnastym roku, ale to długo czekać dwa lata!
— Nasze poplinowe suknie wyglądają jak jedwabne, i jak dla nas dosyć są ładne. Twoja jest jak nowa; ale zapomniałam, że moja wypalona i rozdarta! Cóż ja pocznę? Spalenie okropnie widoczne, a nie mogę nic wyjąć.
— Musisz siedzieć jaknajspokojniej i nie obracać się tyłem, — a przednie bryty zupełnie dobre. — Wezmę nową wstążeczkę na głowę, mama mi pożyczy szpilki z perełką, trzewiczki mam ładne, i rękawiczki ujdą, chociaż nie tak świeże jakbym lubiła.
— Ja swoje zniszczyłam limonadą, a nie mogę kupić innych, więc pójdę bez rękawiczek, — rzekła Ludka, nie troszcząca się wiele o ubranie.
— Musisz mieć, bo inaczej nie pójdę! zawołała Małgosia stanowczo. — Rękawiczki są najważniejsze ze wszystkiego. Nie można tańczyć bez nich, a gdybyś nie tańczyła, toby mię tak zmartwiło.
— To zostanę w domu. Nie bardzo dbam o taneczne wieczory; co za przyjemność kręcić się w kółko? ja lubię skakać i biegać.
— Nie możesz prosić mamy o nowe, bo to dużo kosztuje, a tyś taka niedbała; jakeś zniszczyła tamte, zapowiedziała ci, że innych tej zimy nie kupi. Czy nie mogłabyś sobie poradzić w jaki sposób? — zapytała Małgosia troskliwie.
— Mogę je trzymać zwinięte w ręku, żeby nikt nie widział, że są splamione, więcej nic nie wymyślę. Nie! powiem ci jak się możemy urządzić — każda włoży jedną dobrą, a w ręku będzie trzymała złą; rozumiesz?
— Większe masz ręce od moich, to mi ją strasznie rozciągniesz, — odezwała się Małgosia, bo rękawiczki były jej słabą stroną.
— A więc pójdę z gołemi rękami; nie dbam o to co ludzie powiedzą! — zawołała Ludka, biorąc się napowrót do książki.
— Możesz ją sobie wziąć, możesz! tylko nie splam, i obchodź się z nią dobrze. Nie trzymaj rąk za sobą, nie wpatruj się w nie, nie wołaj „Krzysztofie Kolumbie!“ dobrze?
— Nie turbuj się o mnie, będę sztywna jak talerz i będę się starała uniknąć biedy. Teraz idź, odpowiedz na bilecik, i daj mi skończyć tę śliczną powieść.
Małgosia poszła napisać: „przyjmują z podziękowaniem“; potem oglądała suknię i śpiewała wesoło, obszywając ją swą jedyną frezą z prawdziwej koronki. Ludka tymczasem kończyła powieść, jadła jabłka i bawiła się ze szczurem.
W noworoczny wieczór bawialny pokój był pusty, bo młodsze dziewczęta służyły za garderobiane, a starsze były zajęte ważną sprawą „ubierania się na zabawę“. Chociaż toalety miały skromne, dużo było biegania na górę i z góry, dużo śmiechu i szczebiotu. W jednej chwili silna woń przypalonych włosów napełniła cały dom. Małgosia chciała mieć kilka loczków nad czołem, a Ludka podjęła się przypiec papiloty żelaznemi szczypcami.
— Czy powinno się tak dymić? — spytała Eliza, siedząc na łóżeczku.
— To się wilgoć wysusza, — odparła Ludka.
— Jaka dziwna woń! — zupełnie jak od spalonych pierzy! — zauważyła Amelka, gładząc swe loki z zadowoleniem.
— Zdejmę teraz papiery, to zobaczycie masę maleńkich loczków, — rzekła Ludka kładąc żelazko.
Zdjęła je wprawdzie, ale się nie ukazała „masa loczków“, bo włosy odpadły wraz z papilotami, a przerażona fryzjerka położyła przed swą ofiarą cały szereg spalonych paczek.
— Ach! ach! ach! cóżeś ty zrobiła! Wszystko przepadło! nie mogę pójść na zabawę! Moje włosy, ach moje włosy! — wołała z płaczem Małgosia, spoglądając rozpaczliwie na nierówne strzępki nad czołem.
— Mnie się zawsze tak wiedzie! nie trzeba było prosić mię o to. Ja wszystko psuję. Bardzo mi przykro, bom dla tego przypaliła po partacku, że za gorące było żelazko, — mówiła z żalem biedna Ludwisia, patrząc przez łzy na czarne pierożki.
— Nic się nie zepsuło, tylko ufryzuj się i tak przewiąż wstążkę, żeby koniec zachodził trochę na czoło. To ostatnia moda; widziałam dużo panien tak uczesanych, — rzekła Amelka, żeby ją pocieszyć.
— Dobrze mi tak; dlaczego chciałam się przystroić? żałuję, żem dotykała się włosów! — wykrzyknęła Małgosia porywczo.
— Ja także; takie były miękkie i ładne! ale niedługo odrosną! — powiedziała Eliza, i przyszła ucałować i ukoić ostrzyżoną owieczkę.
Po różnych drobnych niepowodzeniach Małgosia ubrała się nareszcie, a Ludka także przy pomocy sióstr uczesała się i włożyła suknię. Bardzo dobrze wyglądały w swych skromnych strojach. Małgosia miała suknię z srebrzystego sukienka, niebieską aksamitkę we włosach, koronkową frezę i szpilkę z perełką. Ludka była w sukni orzechowej, w sztywnym męskim kołnierzyku i w białych chryzantemach, które były jej jedyną ozdobą. Każda włożyła jedną ładną jasną rękawiczkę, a w ręku trzymała splamioną, i wszystkie uznały, że robią to „zupełnie swobodnie i dobrze“. Małgosi trzewiczki na wysokich korkach były strasznie ciasne i dolegały jej, chociaż nie chciała tego przyznać; a Ludce wszystkie dziewiętnaście szpilek zdawały się wbite w głowę, co niezbyt przyjemne było. Ale, Boże mój! raczej umrzeć, niż nie być elegancką!
— Bawcie się dobrze, kochanki, — rzekła pani March, gdy szły wystrojone ulicą. Nie jedzcie wiele na kolację, i wróćcie do domu o jedenastej, zaraz jak przyślę po was Annę.
Skoro zamknięto za niemi bramę, odezwała się jeszcze przez okno:
— Dziewczęta! dziewczęta! czy wzięłyście ładne chusteczki do nosa?
— Tak, tak, maleńkie i ładne, a Małgosia swoją skropiła wodą kolońską! — krzyknęła Ludka, dodając ze śmiechem gdy się oddaliły: zdaje mi się, że mama zapytałaby o to, gdybyśmy uciekały przed trzęsieniem ziemi.
— Jestto jedno z jej arystokratycznych upodobań, i zupełnie właściwe, bo prawdziwą damę zawsze się pozna świeżych rękawiczkach i chustce do nosa, — odparła Małgosia, która także miała sporo maleńkich „upodobań arystokratycznych“.
— Nie zapomnij, Ludko, schować tylny bryt. Czy moja szarfa dobrze leży? a uczesanie czy nie bardzo źle wygląda? — pytała Małgosia przy gotowalni pani Gardiner, odchodząc od lustra po długiem przeglądaniu się.
— Wiem, że zapomnę; ale jak zobaczysz, że robię co niestosownego, to mrugnij: dobrze? — odrzekła Ludka, prostując sobie kołnierzyk i naprędce gładząc włosy szczotką.
— Nie wypada mrugać, ale podniosę wgórę brwi, jeżeli będzie co złego, a opuszczę je na dół, jak wszystko będzie w porządku. Pamiętaj trzymać się prosto i stawiać drobne kroki. Jeżeli cię komu przedstawią, nie podawaj ręki do uścisku, to nie potrzebne.
— Jakim ty sposobem uczysz się tych pięknych manier? ja na żaden sposób nie mogę! Słuchaj, jakaś wesoła muzyka!
Zeszły trochę nieśmiało na dół, gdyż bywały rzadko na zabawach, a chociaż to zebranie było poufne, dla nich stanowiło ważną chwilę. Pani Gardiner, dama poważna i niemłoda, — przywitała je uprzejmie i poleciła nastarszej ze swych sześciu córek. Małgosia znała Salusię, więc bardzo prędko przyszła do siebie; ale Ludka, nie lubiąca towarzystwa dziewcząt, stała na uboczu, pilnie ukrywając pod ścianą tylny bryt — i tak się czuła nie na miejscu, jakby konik w kwiatowym ogrodzie. Kilku wesołych chłopców rozprawiało w innej stronie pokoju o ślizgawce, Ludka więc miała wielką ochotę przyłączyć się do nich, bo ślizganie się było jej największą rozkoszą. Zatelegrafowała swe życzenie do Małgosi, która tak groźnie podniosła brwi wgórę, że się nie śmiała ruszyć. Nikt nie przyszedł rozmawiać z nią i powoli rozproszyła się gromadka stojąca w jej pobliżu, a nareszcie pozostała sama. Nie mogła swobodnie krążyć, ani się bawić, z obawy, że kto zobaczy wypalony bryt, więc się tylko przyglądała innym z niejaką rozpaczą, póki nie zaczęto tańczyć. Małgosia otrzymała zaraz zaproszenie i jej ciasne trzewiczki tak się żywo obracały, że niktby nie odgadł jaki ból znosi z uśmiechem; Ludka spostrzegła, że jakiś wysoki i rudy młodzieniec zmierza do jej kąta, i obawiając się aby jej nie zamówił do tańca, usunęła się za firankę, żeby się spokojnie przyglądać i bawić. Na nieszczęście ktoś inny również nieśmiały, wybrał to samo schronienie, bo gdy firanka za nią spadła, spotkali się twarz w twarz z młodym Laurence.
— Boże mój! nie widziałam, że tu kto jest! — wyjąkała, chcąc się wycofać tak prędko, jak się tam schowała.
Ale chłopiec roześmiał się i rzekł żartobliwie, chociaż się zdawał trochę przestraszony:
— Proszę nie uważać na mnie; możesz pani zostać, jeżeli masz ochotę.
— Czy nie będę przeszkadzać?
— Bynajmniej; tylko dlatego schroniłem się tu, że znając mało osób, jakiś nieswój byłem z początku.
— Ja tak samo. Zostań pan — chyba, że wolisz odejść.
Chłopiec usiadł napowrót, i przyglądał się swym butom; ale Ludka chcąc się okazać grzeczną i swobodną rzekła:
— Zdaje mi się, żem pana już widziała; wszak mieszkasz obok nas, nieprawda?
— W drugiej bramie. — Spojrzał na nią i roześmiał się głośno, bo jej sztywne zachowanie się bawiło go, w porównaniu z ową gawędą o krykiecie, gdy jej kota odniósł do domu.
To ją ośmieliło zupełnie; roześmiała się także i rzekła serdecznie:
— Tak nas ucieszył podarek pana na Boże Narodzenie.
— To mój dziadek go przysłał.
— Ale pan mu nasunąłeś tę myśl, nieprawda?
— Jak się ma kotek, panno March? — zapytał, przymuszając się do poważnej miny, chociaż czarne oczy błyskały mu figlarnie.
— Zdrów; dziękuję ci panie Laurence; ale ja nie jestem panną March, tylko Ludką, — odrzekła panienka.
— A ja nie jestem panem Laurence, tylko Arturem. Na pierwsze imię dano mi Teodor, ale go nie lubię, bo mnie koledzy nazywali Dora; postanowiłem więc, żeby mi mówili Arturze.
— Ja także nienawidzę mego imienia — takie sentymentalne! Chciałabym, żeby mi wszyscy mówili Ludwiko, zamiast Ludko. Jak się pan wziąłeś do tego, żeby chłopcy przestali cię nazywać Dorą?
— Przykazałem im.
— Ja nie mogę przykazać ciotce March, więc chyba muszę to znosić, — i westchnęła z rezygnacją.
— Czy nie lubisz tańczyć, Ludko?
— Dosyć lubię, jak dużo jest miejsca i wszyscy są weseli; ale w takim salonie z pewnością przewróciłabym co, deptałabym po nogach, albo coś równie okropnego przydarzyłoby mi się niezawodnie. Unikam więc guza, i Małgosi zostawiam wszelkie powodzenia. A pan, czy nie tańczysz?
— Czasami, ale byłem długi czas zagranicą i niedawno jestem z powrotem, więc się tu nie obeznałem ze wszystkiem.
— Zagranicą! — wykrzyknęła Ludka. Opowiedz mi pan co! Ja tak serdecznie lubię słuchać opisów podróży.
Artur widocznie sam nie wiedział, od czego zacząć, ale ciekawe pytania Ludki wprowadziły go wkrótce na tor. Opowiadał jej więc, że był oddany do szkoły w Vevey, gdzie chłopcy nigdy nie noszą kapeluszy i mają flotę ze statków na jeziorze — a w czasie wakacyj wybierają się z nauczycielami na pieszą wędrówkę po Szwajcarji.
— Jakżebym ja tam chciała być! — wykrzyknęła Ludka. — Czy byłeś pan w Paryżu?
— Spędziliśmy tam przeszłą zimę.
— I mówisz po francusku?
— Nie wolno nam było inaczej mówić w Vevey.
— Powiedz co, żebym usłyszała; ja umiem czytać, ale nie mogę się nauczyć wymowy.
— Quel nom a cette jeune demoiselle en les pantoufles jolies? — rzekł usłużnie Artur.
— Jak ładnie mówisz! To znaczy: kto jest ta panienka w pięknych pantofelkach; nieprawda?
— Oui, Mademoiselle.
— To moja siostra Małgorzata, o czem wiedziałeś dobrze. Czy ci się podoba?
— Bardzo; przypomina mi niemieckie dziewczęta, bo ma taką świeżą cerę, spokojne rysy, i tańczy z dystynkcją.
Ludka zarumieniła się, słysząc tę pochwałę i zapamiętała ją, żeby powtórzyć siostrze. Tak długo razem przyglądali się towarzystwu, udzielali sobie uwag i gawędzili, że zdawało im się, iż ich łączy dawna znajomość. Artur otrząsnął się prędko z nieśmiałości, bo Ludki męskie obejście bawiło go i dodawało mu swobody; ona także odzyskała wesołość, gdyż zapomniała o sukni, i nikt na nią nie podnosił brwi. Polubiła bardzo młodego Laurence, i raz po raz przyglądała mu się bacznie, żeby go opisać dziewczętom. Nie miały braci, a kuzynów bardzo mało, więc znajomość z chłopcem była dla nich nowością. — Kręcące się czarne włosy — powtarzała sobie — ciemna cera, duże czarne oczy, długi nos, ładne zęby, małe ręce i nogi, wzrost taki jak mój. Bardzo grzeczny, jak na chłopca, i przytem wesoły. Ciekawam, ile ma lat?
Miała to pytanie na końcu języka, lecz powstrzymała się w porę, z niezwykłym taktem starając się znaleść uboczną drogę.
— Pewno niedługo wstąpisz do kolegjum? widzę, że drabujesz książki — to jest chciałam powiedzieć, że studjujesz pilnie. — I zarumieniła się ze wstydu, że to straszne „drabujesz“ wymknęło jej się z ust.
Artur uśmiechnął się, ale go to widać nie obraziło, i odpowiedział wzruszając ramionami:
— Dopiero za dwa, lub trzy lata; w każdym razie nie prędzej, aż skończę siedemnasty rok.
— Czy masz dopiero piętnasty? — zapytała, spoglądając na dużego chłopca, któremu już dawała lat siedemnaście.
— W przyszłym miesiącu skończę szesnasty rok.
— Jakżebym ja chciała chodzić do kollegjum; a ty nie masz ochoty, jak mi się zdaje?
— Najmniejszej; tam się młodzież włóczy tylko dniem i nocą, i wogóle nie podoba mi się jej tryb życia.
— Cóżbyś ty lubił?
— Mieszkać we Włoszech i żyć według swoich upodobań.
Ludka miała wielką ochotę zapytać jakie one są, ale jakoś surowo ściągnął czarne brwi, więc chcąc zmienić przedmiot rozmowy, zaczęła bić takt nogą i rzekła: — Wyborna polka, czemu jej nie spróbujesz?
— Służę ci, — odpowiedział z dziwacznym, krótkim ukłonem, na francuski sposób.
— Nie mogę, powiedziałam Małgosi, że nie będę tańczyć z powodu... — zatrzymała się, niepewna widocznie, czy mówić, czy się roześmiać.
— Z powodu? — ciekawie zapytał Artur.
— Nie powiesz nikomu?
— Nigdy!
— Otóż, przyszedł mi raz do głowy nieszczęśliwy pomysł stanąć przed kominkiem, i wypaliłam sobie tę suknię. Chociaż jest starannie naprawiona, zawsze to miejsce się odróżnia, i Małgosia zaleciła mi siedzieć spokojnie, żeby nikt tego nie zobaczył. Możesz się śmiać jeżeli chcesz, wiem, że to zabawne.
Artur nie śmiał się jednak, tylko patrzył w ziemię przez chwilę, i z dziwnym jakimś wyrazem twarzy powiedział bardzo mile:
— Mniejsza o to, posłuchaj jak się urządzimy. Tam, z drugiej strony pokojów, jest długa sień; możemy więc swobodnie tańczyć i nikt nas nie zobaczy. Chodźmy!
Ludka podziękowała, i poszła chętnie, żałując, że nie ma dwóch czystych rękawiczek, bo spostrzegła, że jej tancerz wkłada śliczne perłowego koloru. Sień była pusta, i doskonale im było polkować; Artur dobrze tańczył i nauczył ją niemieckiego pas, które zachwyciło ją, bo skoczne jest i pełne życia. Gdy muzyka zamilkła, usiedli na schodach, żeby odpocząć, i Artur opisywał jakąś zabawę heidelberską, kiedy się ukazała Małgosia. Na dany znak Ludka chętnie poszła do jednego z bocznych pokojów, gdzie zastała siostrę, która leżąc z bladą twarzą na sofie, trzymała się za nogę.
— Zwichnęłam sobie nogę. Ten głupi obcas wykręcił się, i okropnie cierpię. Tak boli, że trudno mi stać, i nie wiem jak wrócę do domu, — rzekła, wijąc się na sofie.
— Wiedziałam, że pokaleczysz nogi przez te niedorzeczne korki. Przykro mi, ale nie widzę innego sposobu, jak żebyś wsiadła do powozu, albo tu przenocowała — odparła Ludka, ostrożnie głaszcząc biedną nogę.
— Nie mogę nająć powozu, bo to dużo kosztuje, a nawet pewno nie dostałabym, gdyż tu prawie wszyscy przybyli własnymi ekwipażami; wreszcie daleko jest do stajni, i nie mam kogo posłać.
— Ja pójdę.
— Nie, nie; już po dziesiątej i ciemno jak w Egipcie. Nie mogę tu zostać, bo jest pełno osób, i u Salusi przenocuje kilka panienek. Poleżę póki Anna nie przyjdzie, a potem będę musiała zajść piechotą.
— Poproszę Artura żeby poszedł, — rzekła Ludka, — i uspokoił ją ten pomysł.
— Zmiłuj się nie rób tego! nie proś go i nie mów nikomu. Podaj mi tylko kalosze, a te trzewiki wsuń między nasze rzeczy. Nie mogę już tańczyć, więc jak tylko będzie po kolacji, czatuj na Annę, i zaraz mi powiedz jak przyjdzie.
— Teraz właśnie przechodzą do jadalnego pokoju, ale ja wolę zostać z tobą, nie pójdę.
— Owszem, moja droga, idź i przynieś mi kawy. Takam zmęczona, że nie mogę się ruszyć.
Położyła się, chowając starannie nogi obute w kalosze, a Ludka pobiegła do jadalnego pokoju, przebywszy chiński gabinet i pokoik, gdzie stary pan Gardiner posilał się na osobności. Sięgnęła po kawę, lecz natychmiast rozlała ją na przedni bryt sukni.
— Ach mój Boże! jakżem ja niezręczna! — wykrzyknęła, wycierając plamy rękawiczką Małgosi.
— Czy mogę przydać się na co? — odezwał się przyjazny głos; był to Artur, z filiżanką kawy w jednej ręce, a z talerzykiem lodów w drugiej.
— Chciałam co wziąć dla Małgosi, która nie może tu przyjść, bo jest bardzo zmęczona; ktoś mię potrącił, i oto w jak ładnym stanie jestem, — odpowiedziała, patrząc smutno na poplamioną suknię i zniszczoną rękawiczkę.
— Co za szkoda! Rozglądałem się właśnie, komuby to podać; czy mogę zanieść siostrze?
— O, dziękuję, pokażę panu zaraz gdzie ona jest. Sama nie zaniosę, bo narobiłabym sobie nowej biedy.
Wskazała mu drogę, i Artur jakby przyuczony usługiwać damom, przystawił stoliczek, przyniósł drugą porcję lodów i kawy dla Ludki, i tak był grzeczny, że nawet wymagająca Małgosia nazwała go „miłym chłopcem“. Zabawiali się cukierkami, dewizami, i właśnie doskonale im szła spokojna gra w szeptanego z inną młodzieżą, która się do nich przyłączyła, — kiedy się ukazała Anna. Małgosia zapominając o nodze, wstała tak żywo, że się musiała uchwycić Ludki i krzyknęła z bólu.
— Cicho, nie mów nic! — szepnęła, dodając głośno, — skręciłam sobie trochę nogę, nic więcej, — i kulejąc, poszła na górę po rzeczy.
Anna łajała, Małgosia płakała, a Ludka traciła głowę. Nareszcie postanowiła sama temu poradzić; zbiegła zatem na dół, i spotkawszy służącego poprosiła go o sprowadzenie powozu, ale powiedział jej, że jako najemnik nie zna tej okolicy, oglądała się więc znowu za jakąś pomocą, kiedy Artur, usłyszawszy o co idzie, przystąpił, żeby ofiarować powóz swego dziadka, który właśnie zajechał.
— Jeszcze tak wcześnie, że się nie możesz wybierać, — rzekła Ludka, wahając się czy przyjąć propozycję, chociaż jej dogadzała.
— Ja zwykle powracam wcześnie do domu. Niech mi będzie wolno odwieźć panie, wszakże mi to nawet po drodze, — zresztą podobno deszcz pada.
To ją przekonało nakoniec; więc opowiedziawszy mu o przykrym wypadku Małgosi, z wdzięcznością przyjęła grzeczną przysługę, i pobiegła na górę po swe towarzyszki. Anna miała koci wstręt do deszczu, nie sprzeciwiała się zatem, i powróciły wygodnym, zamykanym powozem, w którym było im wesoło i rozkosznie. Artur usiadł na koźle, więc Małgosia mogła wyciągnąć nogę — i swobodnie rozmawiały o wieczorku.
— Ja się doskonale zabawiłam; a ty? — spytała Ludka, rozpinając włosy i układając się wygodnie.
— Ja także, póki mnie noga nie rozbolała. Anusia Muffat, przyjaciółka Salusi, upodobała mię sobie, i prosi, żebyśmy razem przyjechały do niej, na tydzień. Wejdzie w świat z otwarciem opery — i jeżeli Mama pozwoli pojechać, to mię czekają świetne zabawy, — powiedziała Małgosia, uśmiechając się do tej myśli.
— Widziałam cię tańczącą z tym rudym mężczyzną, od którego uciekłam; czy on miły?
— O bardzo! to są kasztanowate włosy, nie rude. Niezmiernie był grzeczny, i tańczyłam z nim wyborną redowę.
— Wyglądał, jak szarańcza w konwulsjach, robiąc to nowe pas. Nie mogliśmy się wstrzymać od śmiechu z Arturem. Słyszałaś?
— Nie, aleście się znaleźli bardzo gburowato. Coście robili cały czas w tem ukryciu?
Ludka opowiedziała swoje przygody, poczem powóz stanął przed domem. Serdecznie podziękowały Arturowi, życzyły mu dobrej nocy, i po cichu wsunęły się do sieni, żeby nikogo nie obudzić. Ale gdy drzwi skrzypnęły, dwa nocne czepeczki ukazały się, i dwa rozespane lecz ciekawe głosy zawołały:
— Opowiadajcie o wieczorze! opowiadajcie o wieczorze!
Z wielką „nieznajomością manier“ według Małgosi, schowała Ludka trochę cukierków dla dziewczynek, które wkrótce usnęły, wysłuchawszy najważniejszych wydarzeń.
— Zdaje mi się, że jestem wielką panią: powracam z zabawy powozem, siedzę sobię w negliżu, a garderobiana mi posługuje, — rzekła Małgosia, podczas gdy siostra okładała jej nogę kopalnikiem i czesała włosy.
— Nie sądzę, żeby wielkie panie bawiły się choć trochę lepiej od nas, mimo przypalonych włosów, starych sukien, jednej rękawiczki na każdą i ciasnych trzewików, w których wykręcamy sobie nogi, skorośmy dosyć niedorzeczne, żeby je nosić. — Zdaje mi się, że Ludka miała słuszność.




ROZDZIAŁ IV.
ŁADUNKI.

— Ach Boże! jakże przykro będzie wziąć znowu ładunki na siebie i pójść dalej w drogę! — westchnęła Małgosia nazajutrz po wieczorku; święta bowiem już minęły, a tydzień wakacyjny nie usposobił jej do chętnego pełnienia obowiązku, którego nigdy nie lubiła.
— Chciałabym, żeby ciągle trwało Boże Narodzenie albo Nowy Rok. Czyby to nie było przyjemne? — odezwała się Ludwisia, okropnie ziewając.
— Nie bawiłybyśmy się tak dobrze jak teraz, ale to musi być miło używać do syta uczt, bukietów, wieczorów; jeździć powozem, czytać, chodzić sobie swobodnie i nie pracować. Inni ludzie tak żyją i zawsze zazdroszczę dziewczętom, pędzącym czas w ten sposób. Ja tak lubię przepych, — mówiła Małgosia, przyglądając się dwom podszarzałym sukniom.
— Nam to nie jest dane, więc nie narzekajmy. Zarzućmy raczej ładunki na ramiona i dźwigajmy je tak wesoło jak mama. Przyznaję, że ciotka March jest bardzo przykra, ale może, gdy się przestanę uskarżać, to ze mnie spadnie ten ładunek, albo się stanie tak lekkim, że go nie będę czuła.
Ta myśl ożywiła Ludkę i wprawiła ją w dobry humor; ale Małgosia nie wypogodziła twarzy, bo ładunek, złożony z czworga zepsutych dzieci, wydawał jej się jeszcze dokuczliwszym niż dawniej. Owego ranka nie miała nawet odwagi ozdobić się niebieską wstążeczką na szyję i ładnem uczesaniem.
— Co z tego, że mi będzie do twarzy, kiedy mię zobaczą tylko te nieznośne dzieciaki, i skoro nikt o to nie dba, czym piękna, — mruczała, zamykając z trzaskiem szufladę. — Będę musiała pracować, męczyć się całemi dniami, zaledwie kiedy niekiedy używać rozrywki, zestarzeć się, zbrzydnąć i skwaśnieć tylko dlatego, żem uboga — i że nie mogę używać życia jak inne dziewczęta. To okropne.
Zeszła na dół z niezadowoloną twarzą i wcale nie była przyjemna przy śniadaniu. Już to dnia tego wszystkie zdawały się nieswoje i skłonne do utyskiwań. Elizę bolała głowa, położyła się więc na sofie, pocieszając się kotką z trojgiem kociąt. Amelkę niecierpliwiło to, że nie umie lekcji i że nie może znaleść kaloszy. Ludce chciało się gwizdać, i wybierała się hałaśliwie. Panią March bardzo zajmował list, który chciała zaraz po skończeniu wyprawić. Anna gderała, bo jej nie służyło późne kładzenie się.
— Cóż za kwaśne grono! — wykrzyknęła Ludka ze złości; wylała bowiem atrament, zerwała sznurowadła od bucików i usiadła na swym kapeluszu.
— A tyś najkwaśniejsza ze wszystkich! — odrzekła Amelka i obmyła te niepowodzenia łzą, co jej spadła na talerz.
— Elizo, jeżeli nie będziesz trzymać tych szkaradnych kotów w piwnicy, to je potopię! — zawołała gniewnie Małgosia, napróżno chcąc się pozbyć kota, który jej się uwiesił na karku i ciężył jak kamień młyński, a nie mogła go schwytać.
Ludka śmiała się, Małgosia gderała, Eliza kwiliła, a Amelka stękała, że nie może sobie przypomnieć, ile czyni dziewięć razy dwanaście.
— Dziewczęta! dziewczęta! uciszcie się na chwilę. Muszę wyprawić ten list najpierwszym pociągiem, a przeszkadzacie mi swoją wrzawą! — zawołała pani March, przekreślając już trzeci pomylony frazes.
Nastąpiła chwilowa cisza, ale ją przerwała Anna, która wpadła, postawiła na stole gorące jabłka w cieście i uciekła. Ciastka te weszły tam oddawna w zwyczaj i były nazywane przez dziewczęta „mufkami“, nie miały bowiem innych. Bardzo im było przyjemnie w chłodne poranki, trzymając je, grzać sobie ręce, i Anna nigdy nie zapomniała ich upiec, chociażby jak najbardziej była zajęta i kwaśna, bo je czekała przechadzka daleka, zimna — a biedaczki nie dostawały już innej przekąski, choć rzadko wracały do domu przed trzecią.
— Utul swoje koty i pozbądź się bólu głowy, Elizo. Bądź zdrowa, mamo; wyglądałyśmy dziś na nieznośną gromadę wisusów, ale wrócimy dobre jak anioły. Chodźże, Małgosiu! — i rzekłszy to, wyskoczyła Ludka, czując w głębi serca, że pielgrzymki nie tak wybierają się w drogę jakby należało..
Dochodząc do rogu domu, zawsze się oglądały, bo matka stawała w oknie, żeby się ukłonić, uśmiechnąć i pozdrowić je ręką. Zdawało się to rzeczą konieczną, bo chociaż były w złem usposobieniu, ostatni błysk tej macierzyńskiej twarzy działał zawsze jak promień słońca.
— Gdyby mama pokazała nam pięść zamiast przesyłać pocałowanie od ust, to byłoby bardzo sprawiedliwe, bo jesteśmy niewdzięczne ladaco! — zawołała Ludka, ciesząc się, że błoto i zimno będzie dla nich zasłużoną karą.
— Nie używaj takich brzydkich wyrazów! — odezwała się Małgosia z pod gęstej woalki, w którą się owinęła, jakby mniszka znudzona światem.
— Lubię dobre, silne wyrazy, które coś znaczą, — odparła Ludwisia, chwytając za kapelusz, który skakał na głowie, jakgdyby chciał frunąć.
— Nazywaj siebie jak ci się podoba; lecz ja nie jestem ani urwisem, ani ladaco, i nie chcę takich przydomków.
— Jesteś dziś struta i cierpka dlatego, że nie możesz opływać w zbytkach, biedaczko! Poczekaj, jak zrobię majątek, to będziesz miała powozy, lody, trzewiki na wysokich obcasach, bukiety i rudych kawalerów do tańca.
— Jakaś ty komiczna, Ludko! — rzekła Małgosia i roześmiała się z tych bredni, co jej sprawiło mimowolną ulgę.
— To szczęście, bo gdybym była zgnębiona i smutna jak ty, w ładnym byłybyśmy stanie. Dzięki Bogu, zawsze upatrzę coś zabawnego, co mię wprawia w dobry humor. Przestań narzekać i wróć wesoło do domu, to będzie najlepiej.
Dla dodania siostrze odwagi, poklepała ją po ramieniu na pożegnanie, każda szła bowiem w inną stronę z gorącem jabłkiem w ręku, zmuszając się do wesołości mimo wietrznej pogody, ciężkiej pracy, jaka ich czekała, i niezaspokojonych pragnień.
Gdy pan March stracił majątek z powodu, iż chciał przyjść z pomocą przyjacielowi, dwie starsze córki prosiły, żeby im wolno było zarabiać przynajmniej na własne utrzymanie. Rodzice przystali, będąc tego przekonania, że dzieci nie zaczną nigdy dosyć wcześnie wprawiać się w energję, pracowitość i niezależność. Wzięły się więc do dzieła ze szczeremi chęciami, które zwykle pokonywają wszelkie przeszkody. Małgorzata znalazła miejsce bony i miała się za bogatą, otrzymując maleńkie zasługi. Kochała się przytem ona w przepychu i nienawidziła ubóstwa. Trudniej jej było znosić je, niż innym dzieciom — pamiętała bowiem czasy, kiedy dom rodziców był dostatni, życie swobodne i przyjemne, a wszelki brak nieznany. Pokonywała w sobie zazdrość i niezadowolenie, ale było to bardzo naturalne, że tak młoda dziewczyna pragnęła wykwintnych strojów, wesołych stosunków, starannej edukacji i swobodnego życia. U państwa King widywała codzień przedmioty swych marzeń, bo ich starsze córki bawiły się. Przyglądała się tam balowym strojom i bukietom, słuchała wesołego szczebiotania o teatrach, koncertach, ślizgawkach i różnych rozrywkach. Widziała pieniądze marnowane na fraszki, które dla niej byłyby tak cenne. Biedna Małgosia rzadko uskarżała się, ale jakieś poczucie niesprawiedliwości czyniło ją czasem gorzką, bo się nie przekonała jeszcze jak jest bogatą w te dary, co jedynie mogą życie uszczęśliwić.
Ludka miała zaszczyt podobać się ciotce March, która będąc kulawą, potrzebowała opieki ruchliwej osoby. Ta bezdzietna pani chciała adoptować które z dzieci państwa March, gdy popadli w nieszczęście, i bardzo się obraziła odmową. Gdy znajomi straszyli, że ich pominie w testamencie, niepraktyczni ci ludzie odpowiadali:
— Za dwanaście fortun nie oddalibyśmy żadnej z córek; w dostatkach czy w ubóstwie będziemy się trzymać razem, szukając szczęścia jedni w drugich.
Stara jejmość nie chciała przez pewien czas do nich mówić, ale gdy zastała raz Ludkę u znajomych, podobała jej się komiczna twarzyczka i śmiałe obejście; spytała więc, czy nie zechce zostać jej towarzyszką. Nie nęciło to wcale Ludki, ale przyjęła propozycję, nie mając lepszych widoków, i powszechnie dziwiono się potem, że tak umie dogadzać gderliwej krewnej. Bywały niekiedy burze i Ludka szła do domu z postanowieniem, że już tego dłużej nie będzie znosić, ale ciotka March żywo brała się do rzeczy i wzywała ją tak nalegająco, że nie mogła odmówić — bo w głębi serca dosyć lubiła tę pieprzną jejmość.
Głównie musiała ją tam nęcić piękna bibljoteka, zostawiona od śmierci wuja March na łup kurzu i pajęczyn. Ludka pamiętała poczciwego staruszka, który jej pozwalał budować koleje żelazne i mosty z grubych słowników, opowiadał historje o dziwacznych obrazkach w łacińskich księgach i kupował jej pierniki, ile razy ją spotkał na ulicy. Ciemny, zakurzony pokój, popiersia wyglądające z ponad dużych szaf, wygodne krzesła, globusy, — a co lepsza, pustynia książek, wśród której mogła wędrować gdzie chciała — czyniły dla niej bibljotekę przybytkiem szczęścia. Jak tylko ciotka March zabierała się do drzemki, albo zajęta była gośćmi, Ludka śpieszyła do cichego schronienia, i sadowiąc się w wielkim fotelu, połykała poezje, romanse, historje, podróże, obrazki. Ale ta radość, jak każda na świecie, nie trwała długo, bo skoro doszła do jądra powieści, do najpiękniejszego wiersza w poemacie, lub do niebezpiecznej przygody podróżnika, krzykliwy głos wołał: „Lud-wi-ko! Lud-wi-ko!“ i musiała opuszczać raj, żeby zwijać nici, myć pudla, lub godzinami czytać „Essays“ Belsham’a.
Marzeniem jej było dokonać jakiego znakomitego czynu, coby to było, nie miała pojęcia i zostawiała wybór na później, — tymczasem zaś najwięcej ją smuciło, że nie może tyle czytać, biegać i jeździć konno, ileby chciała. Często nabawiała się kłopotu przez żywy temperament, ostry język i ruchliwy umysł. To się wznosiła w górę, to opadała, łącząc komizm z patetycznością. Ponieważ zasługi, pobierane od ciotki March, były dla niej najpożądańszą rzeczą — ta myśl, że pracuje na swe utrzymanie, uszczęśliwiała ją mimo ciągłego „Lud-wi-ko!“
Eliza była zbyt lękliwa, żeby chodzić do szkoły. Spróbowali ją posyłać rodzice, ale było to dla niej takiem cierpieniem, że nadal uczył ją w domu ojciec. Nawet gdy odjechał, a matce przyszło poświęcać swój czas i trudy w Towarzystwie opieki nad rannymi, pilnie sama pracowała nad sobą. Zamiłowana w gospodarskich zajęciach, utrzymywała z Anną porządek w domu i czuwała nad wygodami swych pracownic, a to nie dla nagrody, lecz dla zjednania sobie miłości. Długie, ciche dni nie schodziły jej samotnie i bezczynnie, bo zaludniała swój światek urojonymi przyjaciółmi, i natura stworzyła ją pracowitą pszczółką. Co rano budziła ze snu i ubierała sześć lalek; nie przestała bowiem jeszcze kochać swych pieszczoszek, chociaż ani jednej nie było całej, lub ładnej. Odziedziczyła je po starszych siostrach, które wyrosły z tych bożyszcz, — i po Amelce, gdyż ona nie lubiła nic starego i brzydkiego. Eliza kochała je właśnie z powodu ich niedoli i założyła szpital dla chorych lalek. Nigdy nie wpinała szpilek w ich watowane członki, nie przemawiała ostro, nie biła. Nawet najwstrętniejszej nie zasmucała zaniedbaniem; wszystkie karmiła, ubierała, niańczyła, pieściła, ze stałem uczuciem. Jakaś pogruchotana lalka, należąca przedtem do Ludki, skołatana burzliwem życiem, poszła do worka z gałganami, a Eliza, wyrwawszy ją z tego smutnego miejsca, dała u siebie schronienie. Główkę bez wierzchołka ubrała w ładny czepeczek, brak rąk i nóg ukryła pod kołdrą, i najlepsze łóżko poświęciła tej kalece. Gdyby kto widział jakich starań doznawała ta lalka, sądzę, że byłby wzruszony, choćby go nawet brała chęć do śmiechu. Przynosiła jej bukiety, czytywała głośno, wynosiła pod swym płaszczykiem na świeże powietrze, śpiewała do snu, i przed położeniem jej, całowała tkliwie w brzydką twarz, szepcąc:
— Mam nadzieję, że będziesz dobrze spała, moja droga biedaczko.
Eliza miała swe troski, jak wszyscy na świecie, a nie będąc aniołem tylko bardzo ziemską dziewczynką, często popłakiwała z tego powodu, że nie może brać lekcji muzyki i mieć pięknego fortepianu. Tak serdecznie kochała muzykę, tak się pilnie uczyła, tak się cierpliwie ćwiczyła na brzęczącym starym instrumencie, że się zdawało, iż koniecznie powinien jej kto dopomóc, — nie mówiąc już o ciotce March. Jednakże nikt tego nie uczynił i nikt nie widział, że będąc sama, ścierała łzy z pożółkłych klawiszów, które nie chciały wydawać tonu. Przy robocie śpiewała jak skowronek; nigdy się nie czuła zbyt zmęczona, by grać mamie i dziewczętom — i nie tracąc nadziei, codzień mówiła sobie: „Wiem, że jeżeli zasłużę, to użyję kiedyś muzyki“.
Dużo jest takich Elizek na świecie; nieśmiałe i ciche siedzą w kącie, póki ich kto nie zapotrzebuje, i żyją tak wesoło dla innych, że nikt nie widzi ich poświęcenia. Dopiero gdy ten świerszcz domowego ogniska przestanie się odzywać, i zniknie jego słodka, promienna obecność, zostają tylko: cisza i cienie.
Gdyby kto zapytał Amelki, co jest największą troską jej życia — odrazu rzekłaby: „nos“. Kiedy była jeszcze maleńkiem dzieckiem, Ludka wepchnęła ją przypadkiem do piwnicy z węglami, i Amelka utrzymywała, że to jej zeszpeciło nos na zawsze. Nie był on duży, ani czerwony, jak biednej „Petrei“, tylko trochę płaski, i chociaż go często szczypała, nie przybierał arystokratycznego końca. Nikt tego nie uważał prócz niej samej; nawet rósł on pięknie, lecz ubolewała, że nie ma greckiego nosa, i na pociechę rysowała ich mnóstwo jak najudatniejszych.
Siostry nazywały ją małym Rafaelem; miała bowiem rzeczywisty talent do rysunku, i nic ją tak nie uszczęśliwiało jak naśladowanie kwiatów i dziwaczne ilustrowanie czarodziejskich bajek i powieści. Nauczyciele narzekali, że zamiast dodawania znajdują na jej tabliczce zwierzęta; na pustych stronach atlasu mapy, a w książkach śmieszne karykatury. Lekcje starała się odbywać jak najlepiej, i wzorowem zachowaniem unikała wszelkiego łajania. Towarzyszki lubiły ją za dobry temperament i łatwe obejście. Podziwiały jej minki, maniery i talenty; bo oprócz rysunku, umiała grać dwanaście sztuczek, robić szydełkiem i czytać po francusku — przekręcając wymowę tylko w dwóch trzecich wyrazów. Jakimś żałosnym i wzruszającym tonem zwykła mówić: „jak papa był bogaty, robiłyśmy to a to“; lubiła też używać jak najdłuższych wyrazów, co dziewczęta nazywały „najwyższą elegancją“.
Bardzo łatwo mogła się Amelka rozpieścić, bo ją wszyscy psuli; dlatego próżność i samolubstwo rozwijały się w niej swobodnie. Jedna tylko rzecz poskramiała jej miłość własną; oto musiała dodzierać ubrania swej kuzynki Florencji, której mama nie miała dobrego smaku. Biedna Amelka z boleścią serca kładła czerwony kapelusz zamiast niebieskiego, albo suknię, w której było jej nie do twarzy, i fartuszek nieodpowiedni do całego stroju. Wszystko było porządne, dobrze zrobione i świeże, ale artystyczne oczki Amelki cierpiały, zwłaszcza tej zimy, kiedy miała szkolny mundurek z materji ponsowej w żółte kropki, niczem nie ozdobiony.
Pewnego razu rzekła ze łzami w oczach do Małgosi: „cała moja pociecha w tem, że mama nie robi mi fałd u sukni, jak jestem niegrzeczna; matka Maryni Parks, radzi sobie w ten sposób i to jest okropne, moja droga; bo czasami Marynia tak zawini, że ma suknię po kolana i nie może przyjść do szkoły. Gdy myślę o tej degradacji, wolę znosić nawet mój płaski nos i suknie ponsową w żółte kropki.
Małgosia była powiernicą i kierowniczką Amelki — a przez dziwną sprzeczność, Ludkę ukochała Eliza. Jej wypowiadała dziecina swe myśli i nieświadomie wywierała największy wpływ na dużą, krnąbrną i nieprzystępną siostrę. Dwie starsze dziewczynki kochały się bardzo; ale każda wzięła jedną z młodszych w opiekę, i czuwały nad niemi według swego sposobu widzenia. Bawiły się w matki — jak się same zwykły wyrażać — i w miejsce odrzuconych lalek zajęły się siostrami z macierzyńskim instynktem małych kobietek.
— Czy macie co do powiedzenia? Taki dziś był przykry dzień, że umieram z tęsknoty za rozrywką, — rzekła Małgosia, gdy siedziały razem przy wieczornem szyciu.
— Ja miałam szczególne przejścia z ciotką, ale sobie radziłam jak mogłam, o czem się zaraz przekonacie, — odezwała się Ludka, niezmiernie lubiąca opowiadać historje. — Czytałam właśnie wiecznego Belsham‘a, z przerwami jak zwykle, bo ciotka zaraz drzemie, a ja biorę co prędzej ładną książkę i połykam ją chciwie, póki się nie ocknie. Dziś stało się inaczej; bo mię opanowała senność nim się zaczęła kiwać, i takem ziewnęła, że zapytała dlaczego otwieram usta, jakgdybym chciała poźreć całą książkę odrazu.
— Pożarłabym chętnie, żeby z nią zrobić koniec, — odrzekłam, starając się nie być zbyt zuchwałą.
Dała mi wówczas długą naukę o moich grzechach i kazała rozmyślać o nich, póki się nie przedrzemie. Jak tylko jej się czepek zsunął na bok, wyjęłam z kieszeni „Wikarego z Wakefieldu“, i czytałam jednem okiem patrząc na książkę, a drugiem na ciotkę. Właśnie stanęłam na tem, gdy wszyscy wpadli w wodę, i przez zapomnienie roześmiałam się głośno; ciotka obudziła się, i odzyskawszy humor po drzemce, prosiła, żeby przeczytać kawałek dla przekonania jej, co to za błahe dzieło przekładam nad szacownego i nauczającego Belsham’a. Wywiązałam się jak mogłam najlepiej, żeby ją zadowolnić, rzekła więc:
— Nie rozumiem o co chodzi, zacznij od samego początku, moje dziecko.
Starałam się czytać, żeby przedstawić rodzinę Primrose w jak najkorzystniejszem świetle; ale przez złośliwy figiel w bardzo ciekawem miejscu rzekłam słodko: „boję się, że to panią nudzi, możebym przestała czytać?“
Wzięła robotę, którą puściła z rąk, ostro na mnie spojrzała przez okulary i powiedziała zwięźle, jak to jest jej zwyczajem:
— Skończ panna rozdział i nie bądź zuchwałą.
— Czy przyznała, że jej się to podoba? — spytała Małgosia.
— Gdzież-tam! nie; tylko dała pokój Belsham‘owi, a gdy tam pobiegłam wziąć rękawiczki po południu, tak była zajęta Wikarym, że nie usłyszała, jak śmieję się i tańczę w sieni z radości, że się zbliżają wakacje. Jakie przyjemne mogłaby spędzić życie, gdyby tylko chciała! Jednakże nie bardzo jej zazdroszczę pieniędzy, bo uważam, że bogaci mają troski równie jak ubodzy, — dodała Ludka.
— Przypominam sobie, że i ja mam coś do powiedzenia, — rzekła Małgosia. — Nie będzie to tak zabawna historja jak Ludwisi, ale mi dała wiele do myślenia, gdym powracała do domu. Zastałam dziś u Kingów cały dom w poruszeniu, i jedno z dzieci powiedziało mi, że starszy brat zrobił coś okropnego i papa go wypędził. Słyszałam jak pani King płakała, pan King odzywał się bardzo donośnym głosem, a Gracja i Helena odwróciły się przechodząc koło mnie, żebym nie widziała ich czerwonych oczu. Naturalnie, żem się o nic nie pytała, ale tak mi ich było żal, — i prawie cieszyłam się, że nie mam niegodziwych braci, którzyby nagannie żyli i hańbili rodzinę.
— Zdaje mi się, że zawstydzenie w szkole gorsze jest daleko od tego, co mogą zbroić niegodziwi chłopcy, — rzekła Amelka, potrząsając główką, jakgdyby miała wielkie doświadczenie życia. Zuzia Perkins przyszła dziś do szkoły w ładnym czerwonym pierścionku z karniolu, na który wzięła mię straszna ochota. Otóż rysowała ona portret pana Davis z potwornym nosem i z garbem, a z ust wychodziły mu te słowa: „Panienki, moje oko na was spoczywa“. Śmiałyśmy się wszystkie, wtem jego oko spoczęło na nas, i kazał by Zuzia przyniosła swą tabliczkę. Była spa-ra-li-żo-wa-na ze strachu, ale poszła — i zgadnijcie co zrobił! Wziął ją za ucho! wyobraźcie sobie co za okropność! Poprowadził ją na estradę, gdzie się wydaje lekcje, i kazał stać pół godziny, tak trzymając tabliczkę, żeby ją każdy mógł widzieć.
— Czy się dziewczęta śmiały? spytała Ludka, której się podobał ten figiel.
— Czy się śmiały! ani jedna; siedziały cicho jak myszki, a Zuzia niemało łez wylała, widziałam dobrze. Nie zazdrościłam jej wówczas, bo czułam, że po tem co zaszło, miljony karniolowych pierścionków nie dałyby mi szczęścia. Nigdy, nigdy nie wytrzymałabym tak bolesnego upokorzenia.
Skończywszy tę opowieść, zabrała się do roboty, dumna ze swoich cnót i z pomyślnie wypowiedzianych jednym tchem, dwóch długich wyrazów.
— Ja widziałam dziś rano rzecz, która mi się podobała, i miałam ją opowiedzieć przy obiedzie, ale mi wyszła z pamięci, — rzekła Eliza porządkując w koszyku Ludki, gdzie wszystko było poprzewracane. — Poszłam kupić trochę ostryg dla Anny i zastałam w sklepie pana Laurence, ale mię nie widział, bo stałam za baryłką, on zaś rozmawiał z panem Cutter rybakiem. Jakaś biedna kobieta weszła z konewką i szczotką do szorowania i zapytała pana Cutter, czyby nie pozwolił umyć czego w sklepie za kawałek ryby, bo nie dopisała jej robota, więc nie ma obiadu dla dzieci. W pośpiechu odrzekł: „Nie“. Zabierała się do odejścia z miną zgłodzoną i smutną, kiedy pan Laurence podał jej dużą rybę na zakrzywionym końcu laski. Tak była ucieszona i zdziwiona, że czemprędzej wzięła ją w ręce i dziękowała kilkakrotnie. Pan Laurence zalecił, żeby ją poszła gotować, więc pośpieszyła z radością! Czy to nie pięknie z jego strony? Ach! taka była zabawna, gdy ściskając tę grubą rybę, rzekła: „Mam nadzieję, że się panu dostanie wygodne łóżko w niebie“.
Uśmiawszy się z historji Elizy, poprosiły, żeby matka co opowiedziała, więc zastanowiła się chwilę i rzekła poważnie:
— Gdy siedziałam dziś rano w koszarach nad krajaniem kaftaników z niebieskiej flaneli, przejmował mię wielki niepokój o ojca, i myślałam nad tem, jakbyśmy były samotne i pozbawione opieki, gdyby mu się co stało. Chociaż to nie było rozsądnie, dręczyłam się bez ustanku, aż nareszcie przyszedł jakiś stary mężczyzna poczynić niektóre zamówienia. Usiadł przy mnie i zaczęliśmy rozmowę, zdawał się bowiem biedny, znużony i niespokojny.
— Czy macie synów w wojsku? — zapytałam, bo kartka, którą przyniósł, nie dla mnie była przeznaczona.
— Tak pani; miałem czterech, ale trzech zabito, a do czwartego, który zostaje w szpitalu waszyngtońskim, wybieram się teraz, — odrzekł spokojnie.
— Uczyniłeś pan wiele dla kraju, — powiedziałam przejęta już szacunkiem, nie litością.
— Ani trochę więcej, jakem powinien, pani.
Mówił tak wesoło, miał twarz tak otwartą, i zdawał się tak uradowany, że ich oddał wszystkich, żem się wstydziła za siebie. Ja oddałam jednego człowieka, i to zdawało mi się za wiele — on zaś poświęcił czterech bez skargi. Ja mam wszystkie córki, które mię pocieszają w domu, a jego ostatni syn czeka w oddaleniu, żeby go pożegnać może. Uczułam się tak bogatą, tak szczęśliwą, myśląc o moich skarbach — że zrobiłam mu ładną paczkę, dałam trochę pieniędzy i serdecznie podziękowałam za odebraną naukę.
— Mamo, opowiedz jeszcze jaką historję, także z moralną nauką. Lubię o nich myśleć potem, jeżeli są prawdziwe i niezbyt kaznodziejskie, — rzekła Ludka po chwili milczenia.
Pani March uśmiechnęła się i zaraz wzięła się do opowiadania; bawiąc bowiem oddawna historjami swą gromadkę, wiedziała czem jej przyjemność sprawić.
— Dawno już temu były cztery dziewczęta: miały co jeść, co pić i w co się ubrać; miały różne wygody i rozrywki, przyjaciół dobrych i rodziców kochających serdecznie, lecz mimo to, nie były zadowolone. — Tu słuchaczki spojrzały na siebie z pod oka, poczem zaczęły pilnie szyć. — Te dziewczęta chciały być dobremi, czyniły śliczne postanowienia, ale nie bardzo dotrzymywały, i ciągle mówiły: „gdybyśmy miały to“, albo „gdybyśmy mogły zrobić tamto“, zupełnie zapominając, jak wiele już mają i jak dużo przyjemnych rzeczy mogą robić. Zapytały więc jedną starą kobietę, jakie czary pomogłyby im znaleść szczęście, ona zaś rzekła: „Gdy was ogarnia niezadowolenie, myślcie o posiadanych skarbach i przejmujcie się wdzięcznością“. Tu Ludka spojrzała żywo, jakgdyby chciała coś powiedzieć, ale się nie odezwała, miarkując, że historja nie skończona jeszcze.
— Ponieważ to były rozsądne dziewczęta, postanowiły wypróbować radę, i wkrótce przekonały się jak dalece były w błędzie. Jedna odkryła, że pieniądze nie zabezpieczają bogatych rodzin od hańby i zmartwień; druga, że chociaż uboga, mając młodość, zdrowie i wesołe usposobienie, daleko jest szczęśliwsza od pewnej kapryśnej, słabej starej jejmości, nie mogącej używać swych dostatków; trzecia, że chociaż nieprzyjemnie pomagać w kuchni, jeszcze boleśniej żebrać o obiad; czwarta zaś, że nawet karniolowe pierścionki nie są tyle warte co dobre postępowanie. Zgodziły się więc, żeby nie narzekać, poprzestawać na otrzymywanych darach i aby im nie zostały odjęte, zasługiwać na nie. Zdaje mi się, że nigdy nie miały pożałować tego, iż usłuchały rady owej starej kobiety.
— To bardzo złośliwie z twojej strony, mamo, że do nas zwróciłaś tę historję i powiedziałaś kazanie zamiast bajeczki! — zawołała Małgosia.
— Lubię takie kazania; ojciec w podobny sposób do nas przemawiał, — rzekła Eliza z zadumą, wpinając igły w poduszeczkę Ludki.
— Ja mniej narzekam od innych, a teraz będę jeszcze ostrożniejsza, bo mię tego nauczyło upokorzenie Ludki, — rzekła Amelka sentencjonalnie.
— Potrzebną nam była ta lekcja i spamiętamy ją, a gdybyśmy zapomniały, słusznie byś nam mówiła jak stara Chloe w „Wuju Tomie“: „Myślcie o swoich skarbach, dzieci, myślcie o swoich skarbach!“ — dodała Ludka, która nie mogła się wstrzymać od żartu, chociaż wzięła to kazanie do serca zarówno z siostrami.





ROZDZIAŁ V.
SĄSIEDZI.

— Cóż ty znowu myślisz robić, Ludko? — zapytała Małgosia pewnego popołudnia, gdy śnieg padał, widząc, że siostra biegnie w podskokach przez sień ubrana w kalosze, starą salopę i kaptur — z miotłą w jednej ręce, a z łopatą w drugiej.
— Wyjdę dla ruchu, — odrzekła Ludwisia z figlarnem spojrzeniem.
— Zdaje mi się, że dosyć przeszłaś się dwa razy, dziś rano. Na dworze zimno i ponuro, zostań lepiej ze mną przy kominku; tu ciepło i sucho, — rzekła Małgosia z dreszczem.
— Dziękuję za radę; nie umiem siedzieć spokojnie przez cały dzień, i nie jestem kotem, żebym się lubiła wygrzewać przy ogniu. Mam pociąg do awantur, idę więc poszukać jakiej.
Małgosia grzała dalej nogi i czytała „Iwanhoe“, a Ludka zaczęła wymiatać ścieżki z wielką energją. Śnieg był lekki, i prędko zrobiła dróżkę wokoło ogrodu dla Elizy, żeby po zachodzie słońca wyprowadziła chore lalki na powietrze. Ogród ten przedzielał domy państwa March i pana Laurence; stały one na przedmieściu, wśród gajów, łąk, dużych sadów i spokojnych ulic, — więc cicho tam było jak na wsi. Niski płot rozdzielał obie posiadłości. Z jednej strony stał stary, ciemny domek lichy, ogołocony z wina, które w lecie pokrywało ściany, — i z otaczających go kwiatów. Z drugiej strony wznosiła się poważna kamienica, jawnie świadcząca o wszelkich wygodach i zbytkach, — od wielkich wozowni i dobrze utrzymanych ogrodów, aż do cieplarni i wspaniale urządzonych pokojów, które widać było z poza firanek.
Mimo to zdawał się ten dom opuszczony i martwy; nie było dzieci igrających na trawniku, w oknie nie uśmiechała się macierzyńska twarz, i prócz starego pana Laurence i wnuka jego, prawie nikogo nie było tam widać.
Dla żywej wyobraźni Ludki dom ten wydawał się zaczarowanym pałacem, pełnym przepychu i rozkoszy, z których nikt nie korzysta. Oddawna pragnęła przyjrzeć się jego tajonej świetności i poznać młodego Laurence, który widocznie miał także na to ochotę, ale nie wiedział jak się wziąć do rzeczy. Od owego wieczorku, spędzonego razem, była jeszcze ciekawsza; układała sobie jak się z nim zaprzyjaźnić, ale się nie ukazywał od pewnego czasu, i zaczęła przypuszczać, że go niema w domu — kiedy pewnego dnia wyśledziła smagłą twarz w oknie na piętrze, patrzącą smutno na ich ogród, gdzie Amelka z Elizą rzucały na siebie kulami ze śniegu.
— Ten chłopiec tęskni za towarzystwem i rozrywką — pomyślała; dziadek nie wie, czego mu trzeba, i trzyma go w zamknięciu. Zdałoby mu się grono wesołych chłopców do zabawy, lub ktośkolwiek bogaty w młodość i życie. Mam wielką ochotę pójść i powiedzieć to staremu gentlemanowi.
Ta myśl jej się podobała, lubiła bowiem zuchwałe przedsięwzięcia i zawsze gorszyła Małgosię dziwacznem postępowaniem. Nie zapomniała swego planu, i gdy nastąpiło śnieżyste popołudnie, postanowiła odbyć próbę. Zobaczywszy, że pan Laurence wyjechał, miała chęć przekroczenia płotu, ale się powstrzymała jeszcze aby rozejrzeć się dokoła. Wszędzie panował spokój; firanki były spuszczone przy dolnych oknach, służba nie pokazywała się i żywej duszy nie było widać, prócz kędzierzawej czarnej głowy, wspartej na szczupłej ręce w oknie na górze.
— To on! — pomyślała, — biedny chłopiec! Zupełnie sam i chory, w taki smutny dzień! To okropne! Rzucę kulę ze śniegu, aby spojrzał, a wtenczas powiem mu jakie życzliwe słowo.
Garść miękkiego śniegu poleciała wgórę, i chłopiec zaraz się obrócił, pokazując twarz, która straciła w jednej chwili obojętny wyraz; duże oczy ożywiły się i usta zaczęły się uśmiechać. Ludka ukłoniła się z uśmiechem i wywijała w powietrzu miotłą, wołając:
— Jak się masz? czyś chory?
Artur otworzył okno i wrzasnął przeraźliwie jak kruk:
— Lepiej mi, dziękuję! Strasznie się przeziębiłem i od tygodnia siedzę w zamknięciu.
— Żal mi cię! Czemże się zabawiasz?
— Niczem; nudno mi jak w grobie.
— Czytasz?
— Mało, bo mi nie wolno.
— Czyby kto nie mógł czytywać głośno?
— Czasem dziadek to robi, ale go moje książki nie zajmują, a nie chcę prosić bez ustanku Brooke’a.
— Czy odwiedzał cię kto przynajmniej?
— Nie chciałem widywać nikogo. Chłopcy hałasują zaraz, a ja mam osłabioną głowę.
— Czy niema jakiej miłej dziewczynki, któraby czytywała i bawiła cię? Dziewczęta są ciche i lubią doglądać chorych.
— Nie znam żadnej.
— Znasz mnie! — zawołała, a potem roześmiała się i umilkła.
— Prawda! czy przyjdziesz? bądź tak dobra! — krzyknął Artur.
— Nie jestem miła i cicha, ale przyjdę, jeżeli mama pozwoli. Pójdę zapytać się. Bądź dobrym chłopcem, zamknij okno i czekaj na mnie.
Po tych słowach zarzuciła miotłę na ramię i poszła do domu, zaciekawiona co tam na to powiedzą. Artura gorączkowała trochę myśl, że będzie miał gościa, i robił żywe przygotowania, bo jak mówiła pani March, był to mały „gentleman“. Dla uczczenia Ludki, przygładził kędzierzawą czuprynę, wziął świeży kołnierzyk i starał się uporządkować pokój, który mimo licznej służby, wcale nie był czysto utrzymany. Po chwili dał się słyszeć głośny dzwonek, potem śmiały głos, pytający o „pana Artura“, i wreszcie zadziwiona służąca przyszła oznajmić „jakąś panienkę“.
— Dobrze, wprowadź ją na górę, to panna Ludwika, — rzekł Artur, idąc ku drzwiom swego pokoiku na spotkanie. Po chwili ukazała się Ludka, z twarzyczką różową, śmiałą, — spokojna i swobodna; w jednej ręce miała przykryty talerz, a w drugiej troje kociąt.
— Oto mię masz z całym ładunkiem, — rzekła. Mama się kłania i rada jest, że ci się mogę na co przydać. Małgosia prosiła, żebym ci przyniosła blanc-manger jej roboty, a przyrządza je bardzo dobrze; Eliza przysyła koty w nadziei, że ci sprawią przyjemność. Wiedziałam, że wykrzykniesz, ale nie mogłam odmówić, bo koniecznie chciała ci się czem przysłużyć.
Zabawna pożyczka Elizy okazała się bardzo pożyteczna, bo żartując z kotów, zapomniał Artur o nieśmiałości i odrazu stał się towarzyskim.
— To zbyt ładne do zjedzenia, — rzekł, uśmiechając się mile, gdy Ludka odkrywszy talerz pokazała blanc-manger w wieńcu z zielonych liści i szkarłatnych kwiatów, z ulubionego przez Amelkę geranjum.
— Bynajmniej; to są tylko dowody życzliwości moich sióstr. Powiedz służącej, żeby zachowała do herbaty ten przysmak; możesz go zjeść, bo to zdrowe — a przytem miękkie, więc się prześlizgnie przez chore gardło. Jaki to ładny pokój!
— Mógłby nim być, gdyby go dobrze utrzymywano, ale służba jest leniwa, a ja nie umiem zmuszać jej do porządku; zresztą męczy mnie to.
— Doprowadzę go do ładu we dwie minuty, bo trzeba tylko wymieść z przed kominka, o tak; te rzeczy postawić prosto na wierzchu — tak; te książki położyć tu, flaszki tu, a sofę odwrócić od światła, i poduszki zbić trochę. Teraz jesteś urządzony.
I tak było rzeczywiście, bo śmiejąc się i gawędząc, postawiła każdy przedmiot na właściwem miejscu i nadała zupełnie inny pozór pokojowi. Artur przyglądał się jej w milczeniu pełnem poszanowania, a gdy go zaprowadziła do sofy, usiadł, westchnął z zadowoleniem i rzekł, przejęty wdzięcznością:
— Jakaś ty dobra! tego właśnie było trzeba. Teraz bądź łaskawa usiąść na tym dużym fotelu i pozwól, żebym cię czem zabawił.
— To ja raczej chciałabym cię rozerwać. Możebym czytała głośno? — zapytała, chciwie spoglądając na ponętne książki, leżące w pobliżu.
— Dziękuję; znam to wszystko, i jeżeli nie masz nic przeciw temu, wolałbym rozmawiać, — odparł Artur.
— Bynajmniej, gotowam cały dzień mówić, jeżeli mi nie przerwiesz. Eliza powiada, że nigdy nie wiem, kiedy umilknąć.
— Czy to Eliza, co taka różowa, dużo siedzi w domu a czasem wychodzi z koszyczkiem w ręku? — zapytał Artur ciekawie.
— Tak, to Eliza; to moja ukochana, najlepsza w świecie dziewczynka!
— Ta ładna, to Małgosia; a ta w loczkach, to Amelka, o ile mi się zdaje.
— Jakim sposobem doszedłeś do tego?
Artur zarumienił się, lecz odpowiedział szczerze:
— Widzisz, ja często słyszę, jak wołacie jedna drugą, i siedząc tu samotnie, trudno mi się wstrzymać od spoglądania na wasz dom, bo mi się zawsze zdaje, że się tak dobrze bawicie. Przepraszam za moją niegrzeczność, ale czasem zapominacie spuścić firankę przy oknie z kwiatami, a gdy lampy nie palę, to wyglądacie jak obrazek. Ogień płonie na kominku, a wy siedzicie z matką wkoło stołu; jej twarz jest wprost okna i wygląda tak słodko po za kwiatami, że nie mogę oderwać oczu. Ja nie mam matki, jak wiesz. Mówiąc to, rozniecał ogień, żeby ukryć lekkie drganie ust, którego nie mógł opanować.
Smutny, tęskny wyraz jego oczu przeniknął gorące serce Ludki; ponieważ była chowana z największą prostotą, niedorzeczne myśli nie mąciły jej głowy, i w piętnastym roku pozostała niewinną i otwartą, jak dziecko.
Artur był słaby i osamotniony, ona więc, czując się bogatą w miłość rodzinną i szczęście, chciała mu udzielić swych skarbów. Jej smagła twarz przybrała bardzo przyjazny wyraz, a ostry głos stał się niezwykle łagodny, gdy rzekła:
— Już nigdy nie będziemy spuszczać firanki, i pozwalam ci patrzeć, ile tylko zechcesz; ale wolałabym, żebyś do nas przyszedł, zamiast się przyglądać przez okno. Mama jest taka dobra, że ci doskonale z nią będzie; Eliza zaśpiewa, jak ją poproszę, Amelka zatańczy, a ja z Małgosią rozśmieszymy cię scenicznem wystąpieniem i zabawimy się wybornie. Czyby dziadek nie pozwolił?
— Sądzę, że nie będzie miał nic przeciw temu, jeżeli go twoja matka poprosi. Bardzo dobry jest, chociaż się takim nie wydaje, i często pozwala robić, co mi się podoba; tylko się boi, żebym nie był ciężarem u obcych — rzekł Artur, ożywiając się coraz więcej.
— Nie jesteśmy obce, tylko twoje sąsiadki, i nie myśl, żebyś nam ciężył. Myśmy pragnęły poznać ciebie, i od dawna próbowałam doprowadzić to do skutku. Wprowadziwszy się tu, poznałyśmy wszystkich sąsiadów, prócz was.
— Widzisz, dziadka zajmują tylko książki, i mało zwraca uwagi na to, co się dzieje koło niego; mój nauczyciel, pan Brooke nie mieszka tu, więc nie mając z kim wychodzić, siedzę w domu i radzę sobie, jak mogę.
— To źle, powinieneś się rozruszać i korzystać ze wszystkich zaprosin; wtenczas namnożą ci się znajomości. Nie frasuj się tem, żeś nieśmiały, bo jak zaczniesz widywać ludzi, to się wyleczysz.
Artur znowu się zarumienił, ale go nie obraziła Ludka, bo miała zbyt dobre chęci, żeby brał za złe jej odważne słowa.
Nastąpiło krótkie milczenie; Ludka z przyjemnością rozglądała się wokoło, Artur zaś wpatrywał się w ogień. Nareszcie, chcąc zmienić przedmiot rozmowy, zapytał:
— Czy ci się podoba w twojej szkole?
— Ja nie chodzę do szkoły; już pracuję, dozorując moją ciotkę, starą i cierpką osobę.
Artur otworzył usta, żeby zadać nowe pytanie, ale przypomniawszy sobie na czas, że to niegrzecznie bardzo badać cudze interesy, zamknął je z zakłopotaną miną. Ludce podobała się ta oznaka dobrego wychowania, przytem miała ochotę pośmiać się z ciotki March, więc opisywała mu w żywych barwach kapryśną jejmość, jej tłustego pudla, papugę gadającą po hiszpańsku i bibljotekę, w której się rozkoszowała. Artur ubawił się bardzo, i gdy opowiedziała o sztywnym i starym gentlemanie, który raz przyszedł oświadczyć się o ciotkę March, a w środku pięknej przemowy Polly rozgniewała go bardzo, zerwawszy mu perukę z głowy — chłopiec tak się uśmiał, że służąca wsunęła głowę, żeby zobaczyć, co się tam stało.
— Ach, jak mi z tem dobrze! opowiedz co jeszcze, proszę! — odezwał się, odejmując od poduszki czerwoną i ożywioną twarz.
Ludka dumna z powodzenia, opowiadała o swych zabawach, planach, nadziejach, obawach o ojca i o najciekawszych zdarzeniach małego światka, w którym żyła z siostrami. Potem mówili o książkach, i z radością przekonała się, że je oboje zarówno lubią, a nawet Artur więcej czytał od niej.
— Kiedy masz takie upodobanie, to chodźmy do bibljoteki. Dziadka niema w domu, więc się nie potrzebujesz obawiać, — rzekł Artur, i podniósł się.
— Ja się nikogo nie boję, — odparła, potrząsając głową.
— Tak mi się zdaje! — zawołał chłopiec, patrząc na nią z wielkiem uwielbieniem, chociaż myślał sobie, że mogłaby się bać trochę starego gentlemana, gdyby go zastała w złem usposobieniu.
Ponieważ w całym domu była gorąca temperatura, Artur prowadził Ludwisię z pokoju do pokoju, zatrzymując się, gdy ją co zaciekawiło; nareszcie weszli do bibljoteki, gdzie wedle swego zwyczaju skakała, klaszcząc w ręce z radości. Pełno tam było książek, obrazów, posągów, pięknych szaf ze starą monetą i z osobliwościami. Stały fotele do drzemki, dziwaczne stoliki i bronzy; a co najlepsza, był wielki otwarty komin ze zgrabną galeryjką.
— Jakież tu bogactwo! — westchnęła Ludka i rzuciła się na głęboki aksamitny fotel, rozglądając się dokoła z miną mocno zadowoloną.
— Teodorze Laurence, powinieneś być najszczęśliwszym w świecie, — dodała z naciskiem.
— Chłopiec nie może żyć z samemi tylko książkami, — rzekł Artur, potrząsając głową, i usiadł naprzeciw niej na stole.
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo odezwał się dzwonek, i Ludka podskoczyła wgórę, wołając z przestrachem:
— Boże! czy to nie twój dziadek?
— A chociażby i on? przecież się nikogo nie boisz! — odrzekł figlarnie.
— Zdaje mi się, że się trochę lękam, ale nie wiem dlaczego. Mama pozwoliła mi przyjść, i nie sądzę, żebyś się przez to czuł gorzej, — rzekła, chcąc się uspokoić, jednak nie odrywała oczu od drzwi.
— Daleko mi lepiej, i dziękuję ci bardzo. Boję się tylko, żeś się zmęczyła rozmową, a taka była przyjemna, że nigdybym jej nie przerwał, — rzekł Artur z wdzięcznością.
— Doktór przyszedł do pana, — rzekła służąca, przywołując go znakiem.
— Czy się nie rozgniewasz, jak odejdę na chwilkę? sądzę, że mi wypada z nim się zobaczyć, — rzekł Artur.
— Nie uważaj na mnie, tak mi tu dobrze jak świerszczowi, — odpowiedziała Ludka.
Artur odszedł, ona zaś pozostawszy sama stanęła przed pięknym portretem starego gentlemana. Drzwi się roztworzyły znowu, a Ludka, nie odwracając głowy, powiedziała stanowczym głosem: — Teraz pewna jestem, że nie bałabym się; bo te oczy są poczciwe, choć usta cierpkie i chociaż tak wygląda, jak gdyby miał strasznie dużo woli. Nie jest tak piękny jak mój dziadek, ale mi się podoba.
— Dziękuję pani, — rzekł chrapliwy głos za nią, i z wielkiem niezadowoleniem ujrzała przed sobą starego pana Laurence.
Biedna Ludka tak się zarumieniła, że już nie mogła być czerwieńszą, i serce zaczęło jej bić nieznośnie, gdy sobie przypomniała własne słowa.
Przez chwilę miała szaloną chęć uciec do domu, ale to byłoby tchórzostwem, dziewczęta wyśmiałyby ją — więc postanowiła zostać i o ile zdoła najlepiej wydobyć się z kłopotu. Powtórne spojrzenie przekonało ją, że oczy żywe jeszcze poczciwiej wyglądają z pod krzaczastych siwych brwi niż malowane — i jakieś figlarne ich mruganie odjęło jej dużo trwogi. Po tem strasznem milczeniu, stary gentleman rzekł nagle jeszcze grubszym głosem:
— Więc nie boisz się mnie pani, tak?
— Nie bardzo.
— I znajdujesz, żem nie tak ładny jak twój dziadek?
— Niezupełnie.
— I że mam strasznie dużo woli?
— Powiedziałem tylko, że mi się tak zdaje.
— Jednakże podobam ci się?
— Tak, panie.
Ta odpowiedź ujęła starego gentlemana; roześmiał się, uścisnął jej ręce, wziął za brodę, obrócił ku sobie twarz, przyjrzał się uważnie, puścił ją, skinął głową i rzekł:
— Odziedziczyłaś rozum dziadka, ale nie masz jego ujmującej powierzchowności. On był pięknym mężczyzną, moja droga, ale co lepsza, był zacny i uczciwy; szczyciłem się też jego przyjaźnią.
— Dziękuję panu. Te słowa podobały się Ludce, więc odzyskała zupełną swobodę.
— Coś pani robiła z moim chłopcem? — zapytał nagle.
— Starałam się być dobrą sąsiadką, — rzekła, i opowiedziała historję swych odwiedzin.
— Pewnie sądzisz, że mu trzeba trochę wesołości, czy tak?
— Tak, panie; on mi się wydaje nieco osamotniony i możeby mu się przydało młode towarzystwo. Między nami są tylko dziewczęta, alebyśmy chciały przysłużyć mu się czem, pamiętając jaki wspaniały podarek przysłał nam pan na święta Bożego Narodzenia, — powiedziała żywo.
— Ta, ta, ta. Nie moje to dzieło, ale mego chłopca. Jakże się ma ta biedna kobieta?
— Zdrowa, — odparła Ludka, i zaczęła swoją szybką mową opowiadać, że matka oddała rodzinę Humlów opiece bogatszych.
— Jej ojciec w taki sam sposób pełnił dobre uczynki. Przyjdę kiedy odwiedzić matkę pani; proszę jej to powiedzieć. Dzwonek nas wzywa już na herbatę, bo ją wcześnie teraz pijamy ze względu na chłopca. Zejdź pani z nami, jako dobra sąsiadka.
— Jeżeli pan sobie życzy.
— Czy prosiłbym, gdyby inaczej było? — odrzekł i podał jej rękę ze staroświecką grzecznością.
— Coby Małgosia na to powiedziała? — myślała Ludka schodząc na dół, i oczy jej się śmiały na myśl, że będzie to wszystko opowiadać w domu.
— Co się stało temu chłopcu, u Boga? — rzekł stary gentleman, gdy Artur biegł żywo ze schodów i stanął zdumiony na widok Ludki, idącej pod rękę z jego dziadkiem.
— Nie wiedziałem, żeś powrócił, sir, — odezwał się, gdy Ludwisia rzuciła na niego trjumfujące spojrzenie.
— I dlatego pewnie tak podskakujesz. Chodź na herbatę mój panie, i zachowaj się jak przystoi gentlemanowi. — Pociągnąwszy chłopca za włosy, co znaczyło pieszczotę, poszedł dalej; Artur tuż za nim wyprawiał tak komiczne miny, że Ludka o mało nie wybuchnęła śmiechem.
Stary gentleman niewiele mówił, pijąc swe cztery filiżanki herbaty, ale się przyglądał dwojgu młodym, którzy szczebiotali jak starzy znajomi. Nie uszła też jego oka korzystna zmiana w Arturze: kolory, światło i życie wystąpiły mu na twarz; ruchy nabrały żywości; śmiech stał się serdeczny i wesoły.
— Ona ma słuszność; chłopiec jest osamotniony, i te dziewczynki mogą mu oddać wielką przysługę, — myślał pan Laurence, patrząc i przysłuchując się. Podobała mu się Ludka z oryginalnego, śmiałego obejścia, przytem zdawała się rozumieć chłopca prawie tak dobrze, jakgdyby nim samym była.
Gdyby Laurence‘owie byli „sztywni i dumni“ jak zwykła wyrażać się Ludka, nie podobałaby im się wcale, bo wobec takich ludzi była zawsze lękliwa i nieswoja; ale widząc, że są naturalni i swobodni, była sobą i wywarła dobre wrażenie.
Po herbacie chciała odejść, ale Artur obiecał jej jeszcze coś pokazać i zaprowadził do cieplarni, oświetlonej na jej przybycie. Rozglądała się jakby w zaczarowanym miejscu, chodząc po ścieżkach — i rozkosz jej sprawiały kwitnące ściany, łagodne światło, wilgotne i miłe powietrze, cudowne wina i drzewa, zwieszające się nad jej głową. Tymczasem zaś jej nowy przyjaciel pozrywał najpiękniejsze kwiaty, związał je w bukiet i rzekł z ożywieniem na twarzy, tak miłem dla Ludki: bądź łaskawa oddać to mamie i powiedz, że mi się bardzo podobało przysłane przez nią lekarstwo.
Wyszedłszy stamtąd, zastali pana Laurence stojącego przed kominkiem w wielkim salonie, lecz uwagę Ludki zupełnie pochłonął duży fortepian, który tam stał otwarty.
— Czy grasz? — zapytała, zwracając się do Artura ze szczególnem poszanowaniem.
— Czasami, — odpowiedział skromnie.
— Zagrajże teraz! chciałabym cię usłyszeć, żeby opowiedzieć Elizie.
— Nie chcesz dać przykładu pierwsza?
— Nie umiem grać; jestem za głupia, żeby się uczyć muzyki, ale ją z całego serca lubię.
Artur grał, a Ludka słuchała, zanurzając rozkosznie nos w herbacianych różach i heljotropach. Jej poszanowanie i cześć dla „młodego Laurence‘a“ wzmogły się bardzo, bo grał szczególnie dobrze i nie ograniczył się na jednej sztuce. Pragnęła, żeby go Eliza usłyszała kiedy, ale się nie odezwała z tem życzeniem, tylko tak go chwaliła, że aż był zawstydzony, i dziadek przyszedł mu w pomoc: — Dosyć już, dosyć moja pani; zaszkodzi mu tak duża ilość słodyczy. Wprawdzie nieźle gra, ale mam nadzieję, że się nie gorzej wywiąże z ważniejszych nauk. Odchodzisz? bardzo jestem obowiązany za pamięć i spodziewam się, że jeszcze przyjdziesz kiedy. Moje uszanowanie mamie; dobrej nocy, doktorze Ludwiku.
Serdecznie uścisnął ją za ręce, ale zdradzał jakieś niezadowolenie. Gdy wyszli do sieni, Ludka zapytała Artura:
— Czy nie powiedziałam co złego przypadkiem?
Ale on przecząco potrząsnął głową i rzekł:
— To ze mnie jest nierad, bo nie lubi słuchać mego grania.
— Dlaczego?
— Powiem innego dnia; teraz Jan cię odprowadzi do domu, kiedy ja nie mogę.
— To zbyteczne; nie jestem dorosłą panną i mam tylko parę kroków przed sobą. Pamiętaj o swojem zdrowiu!
— Dobrze; ale mam nadzieję, że przyjdziesz jeszcze.
— Jeżeli i ty nas odwiedzisz po wyzdrowieniu.
— Bardzo chętnie.
— Dobranoc Arturze.
— Dobranoc Ludko, dobranoc.
Gdy Ludka opowiadała w domu swoje przygody, wszystkie nabrały chęci wybrania się do wielkiej kamienicy po drugiej stronie płotu, bo tak matka jak siostry znajdowały tam dla siebie coś pociągającego. Pani March pragnęła pomówić o swym ojcu ze starym gentlemanem, który go jeszcze nie zapomniał; Małgosia chciała się przechadzać po cieplarni; Eliza wzdychała do wielkiego fortepianu; Amelka ciekawa była pięknych obrazów i posągów.
— Mamo, dlaczego pan Laurence nierad był, że Artur gra? zapytała Ludka, będąc badawczego usposobienia.
— Nie wiem na pewno, ale mi się zdaje, iż to jest przyczyną, że syn jego ożenił się z włoszką, artystką muzyczną, która nie podobała się staremu, bo jest bardzo dumny. Ta pani była dobra, miła i ukształcona — ale jej nie lubił, i ani razu nie widział syna po jego ożenieniu się. Oboje umarli, gdy Artur był małem dziecięciem, i wówczas dziadek wziął go do siebie. Sądzę, że chłopiec, jako urodzony we Włoszech, nie jest bardzo silny, i staruszek jest tak troskliwy dlatego, że się go boi utracić. To upodobanie w muzyce jest naturalne w Arturze; odziedziczył je bowiem po matce, i zapewne dziadek lęka się, żeby nie chciał zostać muzykiem. W każdym razie przypomina mu swym talentem kobietę, której nie lubił. Dlatego był taki „rozgorzały“, jak mówi Ludka.
— Boże mój! jakież to romantyczne! — wykrzyknęła Małgosia.
— Jakie to niedorzeczne! — odrzekła Ludka. — Niechaj będzie muzykiem, jeżeli chce, to lepiej niżeli mu zatruwać życie, posyłając do kolegjum, którego nienawidzi.
— Pewnie dlatego ma takie ładne, czarne oczy i piękne ułożenie, — bo Włosi zawsze są pełni wdzięku, — rzekła nieco sentymentalnie Małgosia.
— Co ty wiesz o jego oczach i ułożeniu? jeszcześ prawie nie przemówiła do niego! — zawołała niesentymentalna Ludka.
— Widziałam go na wieczorku, a to co mówisz o nim, dowodzi, że się umie znaleść. Ładne były jego słówka o lekarstwie, przysłanem przez mamę.
— Zapewne przez to rozumiał blanc-manger.
— Jakaś ty niedorzeczna, moje dziecko, ma się rozumieć, że ciebie miał na myśli.
— Doprawdy? — rzekła Ludka, otwierając wielkie oczy, jakgdyby jej to wcale nie przyszło do głowy.
— Jak żyję nie widziałam takiej dziewczyny! nie poznajesz się na komplemencie, — powiedziała Małgosia z miną dorosłej panny, obeznanej z takiemi rzeczami.
— Według mnie komplementy nie mają sensu, i będę ci wdzięczna jak przestaniesz psuć mi przyjemność takiemi bredniami. Artur jest miły chłopiec, lubię go, ale nie chciałabym mieć sentymentalnego upodobania w komplementach i tym podobnych głupstwach. Wszystkie będziemy dobre dla niego, bo on nie ma matki — i będzie nas mógł odwiedzać; prawda mamo?
— Tak, moja Ludko, bardzo będzie pożądany twój mały przyjaciel i spodziewam się, że Małgosia nie zapomni, iż dzieci powinny być dziećmi jak najdłużej.
— Ja siebie nie nazywam dzieckiem, ale też nie uważam się za dorosłą pannę, — odezwała się Amelka. — Cóż ty powiesz, Elizo?
— Ja myślałam o naszej „pielgrzymce“, — odpowiedziała Eliza, która nie słyszała ani słowa. — Gdyśmy się wydobyły z „przepaści“ postanowieniem poprawy, wyszłyśmy na strome wzgórze mocą usiłowań, a ten dom pełen przepysznych rzeczy będzie może naszym „pięknym pałacem“.
— Musimy wprzód pokonać lwy, — rzekła Ludka, mająca na to widoczną ochotę.



ROZDZIAŁ VI.
ELIZA ZNAJDUJE „PIĘKNY PAŁAC“.

Duża kamienica okazała się „Pięknym pałacem“, ale dosyć czasu upłynęło zanim się tam dostały, i Eliza obawiała się pokonywania lwów. Stary pan Laurence był z nich największym, ale gdy je odwiedził, gdy powiedział coś wesołego i miłego każdej dziewczynce, i pogawędził o dawnych czasach z matką, żadna go się nie bała prócz nieśmiałej Elizy. Drugim lwem okazało się to, że one były ubogie, Artur zaś bogaty, gdyż nieśmiało przyjmowały grzeczności nie mogąc ich odwzajemnić. Po niejakim czasie przekonały się jednak, że je uważa za swe dobrodziejki, i sam nie wie jak objawić wdzięczność pani March za macierzyńskie przyjęcie, a dziewczętom za wesołe towarzystwo i uciechy, jakich doznawał w ich ubogim domku. Wkrótce zapomniały więc o swojej dumie i nie zastanawiały się nad tem, która strona wyświadcza więcej przysług.
Różne pomyślne rzeczy zdarzyły się w owym czasie, i ta ich nowa przyjaźń wzrastała, jak trawa na wiosnę. Wszystkie lubiły Artura i on się zwierzył nauczycielowi, że panny March są to „doskonałości“. Z lubym zapałem młodych lat wzięły samotnego chłopca pośród siebie i zajmowały się nim gorliwie; jemu zaś wydawało się czarującem niewinne towarzystwo tych serdecznych dziewcząt. Nigdy nie znał matki i nie miał sióstr, więc łatwo mogły na niego wpływać; a pracowitością i ruchliwością zawstydzały go, że wiedzie tak ociężałe życie. Znużony był książkami, i obcowanie z ludźmi tak mu się wydawało zajmującą rzeczą, że sprawozdania pana Brooke stały się bardzo niepochlebne, bo Artur wałęsał się i ciągle uciekał do domu pani March.
— Nie troszcz się pan; daj mu wakacje, a później odzyskasz ten czas, — mówił stary gentleman. — Ta nasza dobra sąsiadka powiada, że się za wiele uczył i że mu potrzeba młodego towarzystwa, rozrywek i ruchu. Zdaje mi się, że ma słuszność i że rozpieszczałem chłopca, jakgdybym był jego babką. Pozwól mu robić co zechce, póki mu z tem dobrze. Nie może pobłądzić w tym małym zakonie, i pani March więcej dobrego mu zrobi niż my obaj.
Jakże się bawiło to młode grono! urządzali żywe obrazy, ślizgawki, szlichtady; a jakie przyjemne wieczory bywały w starym bawialnym pokoju! jakie zebrania w wielkim domu! Małgosia mogła się dowoli przechadzać po cieplarni i rozkoszować się bukietami; Ludka łakomo korzystała z bibljoteki, i sądami swemi pobudzała starego gentlemana do konwulsyjnego śmiechu; Amelka obrazy kopjowała i używała piękna; Artur zaś z elegancją odgrywał rolę gospodarza.
Eliza, chociaż tęskniła do wielkiego fortepianu, nie zdołała zebrać się na odwagę i chodzić do „przybytku szczęścia“, tak bowiem Małgosia nazywała ten dom. Poszła raz z Ludką, ale stary gentleman, nie wiedząc o jej wadzie, wpatrzył się w nią tak bystro z pod ciężkich powiek i przemówił tak głośno, że się przelękła i uciekła, oznajmiając matce, że już tam nigdy nie pójdzie, pomimo kochanego fortepianu. Żadne namowy ani ponęty nie mogły pokonać tej lękliwości, aż nareszcie gdy doszło to do uszu pana Laurence jakimś tajemniczym sposobem, postanowił wdać się w tę rzecz. Pewnego razu będąc u pani March, zręcznie naprowadził rozmowę na muzykę, i opowiadał o różnych wielkich śpiewakach i pięknych instrumentach. Takie to były śliczne anegdoty, że Eliza nie mogła wytrzymać w dalekim kącie, i przysuwała się coraz bliżej jakby oczarowana. Stanąwszy za jego krzesłem, słuchała z oczami szeroko rozwartemi i z twarzyczką rozgrzaną tym niezwykłym postępkiem. Pan Laurence nie zwracając na nią wcale uwagi, jakgdyby to była tylko mucha, mówił dalej o lekcjach i nauczycielach Artura; nagle, jakby mu to dopiero przyszło na myśl, rzekł do pani March:
— Mój chłopiec zaniedbuje teraz muzykę, i rad jestem, bo ją zaczynał zbytecznie miłować; ale fortepian cierpi na tem, że nie jest używany. Czy która z dziewcząt pani nie lubiłaby przybiec czasem i ćwiczyć się, żeby się nie odstrajał?
Eliza postąpiła krok naprzód i mocno zacisnęła rączki, żeby się powstrzymać od klaśnięcia, bo to było pokusą nie do zwalczenia, i myśl o ćwiczeniu się na tym wspaniałym instrumencie zupełnie zatamowała jej oddech. Zanim pani March zdołała odpowiedzieć, pan Laurence rzekł dalej z jakimś dwuznacznym uśmiechem, potrząsając przytem głową:
— Nie potrzebowałaby z nikim się widzieć ani rozmawiać, niech tylko przybiegnie, kiedy zechce. Ja siedzę zamknięty w pracowni na drugim końcu domu, Artur bardzo dużo wychodzi, a służba nigdy się nie zbliża do bawialnego pokoju po dziewiątej godzinie. — Rzekłszy to powstał, żeby odejść, a Eliza postanowiła odezwać się, bo to ostatnie zapewnienie już nie zostawiało nic do życzenia. — Niech pani będzie łaskawa powtórzyć panienkom co mówiłem, a jeżeli nie zechcą przychodzić, ha! — to trudno!
Wtem maleńka rączka wsunęła się w jego rękę, i Eliza spojrzała na niego wzrokiem pełnym wdzięczności, mówiąc jak zwykle z powagą, ale nieśmiało:
— Ach, panie! my chcemy, bardzo, bardzo chcemy.
— Czy to ty jesteś tą muzykalną dziewczynką? — zapytał, spoglądając na nią mile.
— Ja jestem Eliza, serdecznie lubię muzykę, i będę przychodziła, jeżeli pan jest pewny, że mię nikt nie usłyszy i że nikomu nie przeszkodzę, — dodała z obawy, że jest niegrzeczną; lecz mówiła to ze drżeniem wobec własnej śmiałości.
— Żywa dusza cię nie usłyszy, moja droga; pusto jest w domu do południa, więc przychodź i bębnij ile zechcesz, będę ci za to wdzięczny.
— Jaki pan dobry!
Zarumieniła się jak róża pod jego wzrokiem, ale się już nie lękała, i z radością uścisnęła jego wielką rękę, bo jej brakło słów na podziękowanie.
Stary gentleman zlekka odgarnął jej włosy, i pochyliwszy się, pocałował ją, mówiąc tonem mało używanym przez niego:
— Miałem kiedyś dziewczynkę z takiemi oczami jak twoje. Niech cię Bóg błogosławi, moja droga. Żegnam panią. — Odszedł z wielkim pośpiechem, a Eliza nacieszywszy się z matką swem szczęściem, pobiegła oznajmić tę ważną wiadomość gromadce lalek, bo sióstr nie było w domu. Jakże wesoło śpiewała tego wieczora, i jak się z niej dziewczęta śmiały, gdy obudziła w nocy Amelkę, grając przez sen po jej twarzy jakby po fortepianie. Nazajutrz gdy zobaczyła, że obaj panowie stary i młody wyszli z domu, po dwu czy trzykrotnem cofaniu się, szczęśliwie dotarła do bocznych drzwi i cicho jak myszka weszła do bawialnego pokoju, gdzie stało jej bożyszcze. Ma się rozumieć zupełnie z przypadku, jakieś ładne nuty leżały na fortepianie. Często nasłuchując i oglądając się wokoło, drżącemi palcami dotknęła nareszcie wielkiego instrumentu, i natychmiast zapomniała o swej lękliwości, o sobie i o wszystkiem, tylko się oddała niewysłowionej rozkoszy, jaką jej sprawiała muzyka, bo to był niejako głos ukochanego przyjaciela.
Pozostała tam, póki Anna nie przyszła ją wezwać na obiad, ale nie miała apetytu, więc siedziała tylko uśmiechając się błogo do wszystkich.
Odtąd ciemny kapturek prawie codzień przemykał się przez płot, i wielki salon bywał nawiedzany przez muzykalnego ducha, który przychodził i znikał. Nie wiedziała, że pan Laurence otwierał często drzwi od swej pracowni, żeby usłyszeć swe ulubione sztuki — i że Artur stoi na straży w sieni, żeby nie dopuszczać służby. Nie domyślała się też, że ćwiczenia i nowe nuty umyślnie dla niej leżą na pulpicie, a gdy stary gentleman mówił o muzyce u nich w domu, myślała sobie tylko: „jaki on dobry, że opowiada o rzeczach, które mogą być dla mnie pożyteczne.“ Radowała się całem sercem i przekonała się — co nie zawsze bywa — że się spełniło jej największe życzenie. Może dlatego, że umiała być wdzięczna za ten dar, otrzymała jeszcze większy, w każdym razie oba były zasłużone.
— Mamo, ja wyhaftuję panu Laurence pantofle. Taki jest dobry, że się muszę odwdzięczyć, a nie wiem w jakiby inny sposób; czy pozwolisz? — zapytała w kilka tygodni po jego pamiętnych odwiedzinach.
— Dobrze, moja droga, sprawisz mu wielką przyjemność i odwzajemnisz się ładnie za dobroć. Dziewczęta ci pomogą, a ja wszystko zapłacę, — rzekła pani March mając szczególną przyjemność w spełnianiu życzeń Elizy, która rzadko prosiła o coś dla siebie.
Po wielu ważnych naradach z Małgosią i Ludką, wzór został wybrany, materjały kupione i pantofle zaczęte. Bukiet z jasnych bratków na ciemniejszem purpurowem tle uznały za bardzo właściwy i piękny, a Eliza pracowała rano i wieczór, opuszczając tylko to co trudniejsze. Tak szybko obracała igłą, że je skończyła, zanim kogo znudziły; następnie napisała bilecik krótki i prosty, i pewnego ranka przy pomocy Artura znalazły się pantofle na biurku pana Laurence, zanim wstał z łóżka.
Gdy minęła pierwsza chwila gorączki, zaczęła oczekiwać co dalej nastąpi. Przeszedł cały dzień i część drugiego, a nie odebrała żadnej wiadomości i ogarnęła ją trwoga, że się obraził jej kapryśny przyjaciel. Nazajutrz po południu wyszła, żeby porobić sprawunki i wyprowadzić, według codziennego zwyczaju, chorą i biedną lalkę Joasię na świeże powietrze. Wracając, zobaczyła trzy — nie, cztery osoby, wyglądające z okien bawialnego pokoju. Skoro ją tylko spostrzegły, zaczęły robić znaki, radośnie wołając:
— Masz list od starego gentlemana; chodź prędko przeczytać!
— Ach Elizo! on ci przysłał! — odezwała się Amelka, gestykulując ze zbyteczną energją, ale nie rzekła nic więcej, bo Ludka przerwała, spychając ją z okna.
Eliza pośpieszyła zniecierpliwiona zwłoką; przy drzwiach siostry ją porwały i zaprowadziły do bawialnego pokoju w trjumfalnym pochodzie, wołając wszystkie razem: „patrz! patrz!“ Eliza spojrzała na wskazywane przez nie miejsce i zbladła ze zdziwienia i radości; stał bowiem gabinetowy fortepianik, a blat jego i list leżący na błyszczącym wierzchu, nosiły jej imię i nazwisko.
— Dla mnie? — wyjąkała, chwytając się Ludki, bo gotowa była upaść ze wzruszenia.
— Tak, dla ciebie, moja droga! Czy to nie wspaniałe z jego strony? Czy ci się nie wydaje najlepszym w świecie staruszkiem? Masz klucz w liście; nie otworzyłyśmy go, ale umieramy z ciekawości, co zawiera, — zawołała Ludka ściskając siostrę, i podała jej list.
— Przeczytaj, ja nie mogę, tak mi jakoś dziwnie. Ach, to za wiele dobrego! — rzekła i ukryła twarz w fartuszku Ludki, zupełnie wzruszona podarkiem.
Ludka otworzyła kopertę i zaczęła śmiać się z pierwszych słów:
„Do panny March.“
Droga pani!
— Jak to ładnie brzmi! chciałabym, żeby kto tak napisał do mnie — rzekła Amelka, której ten staroświecki adres wydał się bardzo eleganckim.
— Miałem niejedne pantofle w życiu, ale żadne mi się tak nie podobały jak twoje“, — czytała dalej Ludka. „Bratek jest moim uprzywilejowanym kwiatkiem i będzie mi zawsze przypominał miłą osóbkę, która mi go ofiarowała. Lubię się wypłacać z długów, pozwól więc „staremu gentlemanowi“, żeby ci przesłał rzecz, która niegdyś należała do wnuczki, już dziś nieżyjącej. Serdeczne podziękowanie i najlepsze życzenie zasyła

wdzięczny przyjaciel i pokorny sługa
James Laurence“

— Elizo! to zaszczyt, z którego możesz być dumna! Artur mi opowiadał, jak pan Laurence był przywiązany do tego dziecka, jak starannie przechowuje wszystkie pamiątki. Pomyśl tylko! daje ci fortepian! A to dlatego, że masz duże niebieskie oczy i że lubisz muzykę, — rzekła Ludka, starając się uspokoić drżącą i wzruszoną Elizę.
— Spojrzyj na te zgrabne podstawki do lichtarzy, na tę zieloną materję ze złotą różą w środku, na śliczny pulpit i taboret; niczego nie brakuje, — dodała Małgosia, i otworzywszy fortepian wskazała jego ozdoby.
— „Pokorny sługa, James Laurence“ — tylko pomyśl, że on do ciebie tak napisał! Opowiedziałam to zdarzenie moim dziewczętom i wydaje się im olbrzymiem! — rzekła Amelka bardzo przejęta listem.
— Wypróbuj go, kochanko; niechaj posłyszymy dźwięk tego pieścidełka, — odezwała się Anna, biorąca zawsze udział w domowych radościach i smutkach.
Eliza grała, a wszyscy zawyrokowali, że im się nie zdarzyło słyszeć tak znakomitego fortepianu. Widocznie został na nowo nastrojony i przyprowadzony do porządku. Ale mimo wszelkich zalet, zdaje mi się, że głównie go zdobiła pochylona nad nim Eliza, gdy ze szczęściem i lubością dotykała pięknych klawiszów czarnych i białych, i naciskała błyszczące pedały.
— Musisz mu podziękować, — rzekła Ludka żartobliwie, bo jej nie przyszło na myśl, żeby dziecię poszło istotnie.
— Pójdę, i to zaraz, nim się zalęknę tej myśli, — i ku największemu zdumieniu zebranej rodziny, przeszła śmiało przez ogród, przez płot, i stanęła u drzwi Laurence‘ów.
— Niech umrę, jeżeli widziałam coś dziwniejszego na świecie! Ten fortepian zawrócił jej głowę; nigdyby nie poszła, gdyby miała przytomność! — wykrzyknęła Anna, goniąc za nią okiem, a dziewczęta oniemiały na widok tego cudu.
Jeszcze byłoby większe ich zdumienie, gdyby zobaczyły, co Eliza potem robiła. Może nie zechcecie mi wierzyć, że zapukała do drzwi pracowni, nie dając sobie czasu do namysłu; a gdy chrapliwy głos odezwał się „proszę wejść“, poszła prosto ku panu Laurence, który się zdawał tem zmieszany, i rzekła drżącym głosem, wyciągnąwszy rączkę:
— Przyszłam podziękować panu za... — ale nie dokończyła, bo patrzył na nią tak przyjaźnie, że zapomniała mowy, i to tylko pamiętając, iż stracił ukochaną wnuczkę, objęła go rączkami za szyję i pocałowała.
Gdyby dach spadł nagle z domu, stary gentleman nie byłby bardziej zdumiony, ale mu się to podobało. O tak! dziwnie mu się to podobało! i tak był wzruszony i uradowany tym poufałym uściskiem, że cała szorstkość jego zniknęła. Wziął Elizę na kolana i oparł swój zwiędły policzek na jej różowej twarzyczce, doznając takiego uczucia, jakgdyby odzyskał wnuczkę.
Od tej chwili, przestała się go lękać i rozmawiała tak swobodnie, jakgdyby się znali całe życie — bo miłość usuwa bojaźń, a wdzięczność umie pokonać dumę. Odprowadził ją do bramy ich domu, uścisnął serdecznie za ręce, dotknął kapelusza i wrócił do siebie poważny, wyprostowany, jak przystało pięknemu niegdyś wojakowi.
Zobaczywszy to, Ludka zaczęła tańczyć wesoło, Amelka o mało nie wypadła z okna z zadziwienia, a Małgosia wykrzyknęła podnosząc ręce wgórę:
— To chyba koniec świata!



ROZDZIAŁ VII.
AMELKl „DOLINA UPOKORZENIA“.

— Ten chłopiec to prawdziwy Cyklop, nieprawda? — rzekła Amelka pewnego dnia, gdy Artur pędził na koniu wywijając szpicrutą.
— Jak śmiesz to mówić, kiedy ma oczy, i w dodatku, bardzo ładne! — zawołała Ludwisia, będąc drażliwą na najmniejszą uwagę o swym przyjacielu.
— Nie mówię o jego oczach i nie wiem czemu się unosisz, gdy chwalę, że dobrze jeździ konno.
— Ach Boże! ta gąska chciała powiedzieć Centaur, a nazwała go Cyklopem! — wykrzyknęła Ludka, parskając śmiechem.
— Nie potrzebujesz być tak przykrą, to tylko „lapse lingy“, jak mówi pan Davis, — odrzekła Amelka, rozśmieszając jeszcze więcej tą łaciną. Chciałabym mieć trochę tych pieniędzy, co Artur wydał na konia, — dodała jakby do siebie, ale w nadziei, że ją siostra usłyszy.
— Dlaczego? — zapytała przyjaźnie Małgosia, bo Ludkę wypędził drugi wybuch śmiechu po tej powtórnej pomyłce Amelki.
— Są mi potrzebne! jestem strasznie zadłużona, a dopiero za miesiąc otrzymam pieniądze na drobne wydatki.
— Zadłużona jesteś, Amelko? co to znaczy? — spytała surowo Małgosia.
— Winnam przynajmniej ze dwanaście cytryn marynowanych, a nie mogę się za nie odwdzięczyć, póki nie będę miała pieniędzy, bo mama zakazała brać na kredyt w sklepie.
— Powiedz mi wszystko, czy teraz marynowane cytryny są w modzie? dawniej była modna guma na piłki? — spytała Małgosia, powstrzymując się od śmiechu z poważnej i urzędowej miny Amelki.
— Panienki zawsze sobie coś kupują do jedzenia, i trzeba robić jak one, bo inaczej posądzają o skąpstwo. Teraz są w zwyczaju marynowane cytryny, ssą je w czasie lekcji, chowając głowę pod stół, i zamieniają w kąciku ołówki, pierścionki ze szklanem oczkiem, papierowe lalki i tym podobne rzeczy. Jak panienka lubi koleżankę, to jej daje cytrynę marynowaną; jeżeli zagniewana jest na którą, zjada sama w jej oczach i nie pozwala jej nawet oblizać. Wszystkie częstują się kolejno, i mnie dawały już tyle razy, a nie mogłam się odwzajemnić, chociaż koniecznie wypada, bo jak wiesz, to są długi honorowe.
— Ile ci trzeba na zakupienie cytrynek i odzyskanie dobrej opinji? — zapytała Małgosia, wyjmując woreczek.
— Ćwierć dolara wystarczy aż nadto, i zostanie jeszcze kilka centów na poczęstowanie ciebie. Czy lubisz cytrynki?
— Niebardzo; możesz zachować dla siebie moją cząstkę. Masz tu pieniądze, ale je oszczędzaj, bo to niezbyt wielka suma, jak widzisz.
— Dziękuję ci! jak to musi być miło mieć pieniądze na drobne wydatki! Będzie to dla mnie wielka uczta, bom nawet nie skosztowała cytrynki w tym tygodniu. Przykro mi było przyjmować nie mogąc się odwdzięczyć, a doprawdy że mi już tęskno.
Nazajutrz Amelka spóźniła się trochę do szkoły; ale nie mogąc oprzeć się pokusie, z dumą łatwą do wybaczenia, pokazała wilgotną paczkę z starego papieru, przed schowaniem jej w najgłębszym kącie stolika. Przez kilka minut całą gromadkę przebiegała wieść, że Amelka March kupiła dwadzieścia cztery wyborne cytrynki marynowane — zjadła jedną w drodze — i ma zamiar częstować. Ta wiadomość całkiem pochłonęła uwagę jej koleżanek. Kasia Brown zaprosiła ją na następną swoją ucztę; Marynia Kingsley nalegała, żeby używała jej zegarka do wakacji; a Jenny Snow, złośliwa panienka, która jej nieszlachetnie docinała, że nie miewa cytrynek, schowawszy czemprędzej swą broń, oświadczała się, że jej zrobi kilka trudnych zadań arytmetycznych. Ale Amelka nie zapomniała jej gryzących uwag o „pewnych osobach, których nosy nie są nadto płaskie, żeby wąchać cudze cytrynki, i które chociaż trzymają głowę do góry, nie są za dumne, żeby o nie prosić“. Amelka zniweczyła też nadzieję „małej Snow“ wzgardliwym telegramem: „Niepotrzebnie zrobiłaś się tak grzeczną, bo nic nie dostaniesz“.
Jakaś dostojna osoba zwiedzała szkołę właśnie owego rana i pochwaliła Amelkę za kolorowaną mapę; ten zaszczyt rozjątrzył pannę Snow, a wbił w dumę pannę March, która puszyła się jak paw. Ale niestety! niestety! duma ustąpić musi przed niepowodzeniem, i mściwa Snow z wielką zręcznością postawiła rzeczy odwrotnie. Gdy gość po zwykłej liczbie komplementów ukłonił się i odszedł, Jenny pod pozorem, że się ma o coś ważnego zapytać, zawiadomiła nauczyciela, pana Davis, że Amelka March ma w stoliku cytrynki marynowane.
A rzecz się tak miała, że pan Davis, uważając ten przysmak za kontrabandę, uroczyście przysiągł, że publicznie ukarze uczennicę, która się dopuści tego nadużycia. Wytrwały ten człowiek wygnał już gumę po długiej i zażartej walce; zrobił fajerwerk ze skonfiskowanych romansów; zniósł prywatną pocztę; zakazał wykrzywiania się, przydomków, karykatur — i zrobił to wszystko, co było w mocy pojedyńczego człowieka, utrzymywał bowiem kilkadziesiąt dziewcząt w karności. Bóg świadkiem! chłopcy dosyć wystawiają na próbę cierpliwość ludzką, ale dziewczęta jeszcze daleko więcej dręczą, zwłaszcza nerwowych mężczyzn. Pan Davis umiał dużo greczyny, łaciny, algebry i różnych ologji, więc był nazywany dobrym nauczycielem; a obejście, moralność, uczucia i przykład nie były uważane za rzeczy wielkie wagi. Była to najnieszczęśliwsza chwila do oskarżenia Amelki, i Jenny to wiedziała. Pan Davis widocznie napił się rano zbyt mocnej kawy; panował wschodni wiatr, wzmagający jego newralgję; uczenice nie okazywały mu dosyć uszanowania, i z tych wszystkich powodów, posługując się dosadnym choć nieeleganckim językiem pensjonarek, był zły jak czarownica, a mrukliwy jak niedźwiedź. Słowo „cytryny“ było przyłożeniem ognia do prochu; zapałała mu twarz i z taką siłą uderzył w stół, że Jenny poskoczyła na swe miejsce z niezwykłą szybkością.
— Panny, bądźcie łaskawe uważać!
Na ten surowy rozkaz ustał szmer, i pięćdziesiąt par niebieskich, czarnych, szarych i ciemnych oczu posłusznie wpatrzyło się w jego groźne oblicze.
— Panno March, proszę do mego stołu.
Amelka usłuchała go napozór spokojnie, lecz w głębi przejęta była trwogą, bo cytrynki ciążyły jej na sumieniu.
— Proszę przynieść cytryny, które są w stoliku.
To niespodziane polecenie powstrzymało ją na miejscu.
— Nie bierz wszystkich, — szepnęła sąsiadka, obdarzona wielką przytomnością umysłu.
Amelka szybko odrzuciła pół tuzina, resztę zaś położyła przed panem Davis w przekonaniu, że każdy człowiek, mający ludzkie serce, zmięknie, skoro ta rozkoszna woń uderzy jego nos. Na nieszczęście, pan Davis szczególną miał nienawiść do modnej marynaty, a ten wstręt wzbudził w nim jeszcze większą złość.
— Czy niema więcej?
— Jest jeszcze trochę, — wyjąkała Amelka.
— Natychmiast przynieś resztę.
Usłuchała, patrząc rozpaczliwie na paczkę.
— Czy z pewnością niema więcej?
— Ja nigdy nie kłamię.
— Przekonywam się. Teraz bierz po dwie sztuki tego szkaradzieństwa, i wyrzucaj przez okno.
Wszystkie dziewczęta westchnęły, i powstał stąd zupełny wiatr, gdy ostatnia nadzieja zniknęła, i przysmak został odjęty ich łaknącym ustom. Amelka czerwona ze wstydu i złości szła do okna i wracała dwanaście śmiertelnych razy; a za każdym razem para cytrynek, wyglądających tak pulchnie i soczyście, wypadała na ulicę. Żal panienek był tem większy, że z ich uczty korzystały z okrzykami radości irlandzkie dzieci, ich zawzięte wrogi. Tego, — tego już było za wiele; wszystkie rzucały zapalczywe lub żałosne spojrzenia na nieubłaganego Davis‘a, a jedna z nich, namiętna lubowniczka cytrynek, zalała się łzami.
Gdy Amelka wróciła z ostatniej wędrówki, pan Davis chrząknął złowrogo i rzekł z naciskiem:
— Pamiętacie panny, co wam powiedziałem przed tygodniem? Przykro mi, że się to stało, lecz nigdy nie pozwalam przekraczać mych przepisów i nigdy nie łamię danego słowa. Panno March, wyciągnij rękę.
Amelka zadrżała i schowała obie ręce za siebie, zwracając ku niemu błagalne spojrzenie lepiej przemawiające, jak słowa, na które nie mogła się zdobyć. Była ona ulubienicą Davis‘a nazywanego „starym“, i mam przekonanie, że byłby złamał słowo, gdyby oburzenie krnąbnej panny nie objawiło się gwizdnięciem, które, chociaż było ciche, rozjątrzyło gniewliwego jegomościa i przypieczętowało wyrok na winowajczynię.
— Poddaj rękę, panno March! — oto jaką odpowiedź dostała na swą niemą prośbę. Zbyt dumna, żeby płakać lub uniewinniać się, zacisnęła zęby, wyzywająco odrzuciła wtył głowę, i bez jęku wycierpiała dotkliwe plagi w wątłą dłoń. Nie trwało to długo, i uderzenia były niezbyt bolesne, ale pierwszy raz w życiu uderzył ją ktoś, i tak się wstydziła, jakgdyby ją rzucił na ziemię.
— Teraz będziesz stała na estradzie do rekreacji, — rzekł pan Davis, chcąc działać stanowczo.
Straszny wyrok! dosyć już było przykro wrócić na miejsce i widzieć litościwe twarze przyjaciółek, a zadowolone nieprzyjaciółek, których wprawdzie miała niewiele; ale patrzeć na całą szkołę po tej świeżej hańbie zdawało się jej niepodobieństwem, i przez chwilę doznawała takiego wrażenia, jakgdyby mogła tylko paść na ziemię z sercem pękającem od płaczu. Gorzkie poczucie doznanej krzywdy i myśl o Jenny Snow dopomagały jej przenieść to z pozornym spokojem. Stojąc na hańbiącem miejscu, wlepiła oczy w komin od piecyka, nad którym zdawało jej się, że widzi morze twarzyczek, była tak nieruchoma i blada, że dziewczątom z trudnością przychodziło pracować wobec tej zrozpaczonej osóbki.
Przez kwadrans ta dumna i wrażliwa dziewczynka cierpiała taki wstyd i ból, że jej nigdy nie wyszły z pamięci. Innym mogło się to wydawać zabawną lub śmieszną rzeczą, ale dla niej była to ciężka próba, bo przez dwanaście lat swego życia była prowadzona z miłością, i nigdy jeszcze nie spotkał jej taki cios. Zapomniała, że ją ręka pali i serce boli, bo ją dręczyła ta myśl:
Będę musiała powiedzieć to w domu, i tak się będą wstydzić za mnie!
Ten kwadrans wydał się jej godziną, ale nareszcie minął, i słowa „rekreacje“ nigdy jeszcze tak mile jej nie zabrzmiały.
— Możesz odejść, panno March! — powiedział pan Davis, czując sam, że ma nieswobodną minę.
Nieprędko zapomniał pełne wyrzutu spojrzenie Amelki, gdy nie odzywając się do nikogo, poszła prosto do przedpokoju, wzięła ubranie i opuściła to miejsce z silnem postanowieniem, że już tam nie wróci. W smutnym była stanie przyszedłszy do domu, i skoro starsze dziewczęta przybyły trochę później, przejęte oburzeniem zaczęły się zaraz naradzać. Pani March niewiele mówiła, lecz była zasępiona i pocieszała smutną córeczkę, jak mogła najczulej. Małgosia zmaczała bolącą rękę gliceryną i łzami; Eliza czuła, że nawet ukochane koty nie byłyby dla niej balsamem na takie zmartwienie; zagniewana Ludka odezwała się z pomysłem, żeby niezwłocznie zaaresztować pana Davis‘a; Anna zaś wygrażała pięścią „nikczemnikowi“ i tak gniotła kartofle na obiad, jakgdyby jego miała pod tłuczkiem.
Prócz koleżanek nikt nie spostrzegł wyjścia Amelki; ale te bystrookie dziewczęta zauważyły, iż po południu pan Davis był cichy, łagodny i niezwykle nerwowy. Przed samem zakończeniem lekcji zjawiła się Ludka, i z surową twarzą zbliżyła się do stolika, położyła list od matki, zabrała resztę rzeczy Amelki i wyszła, starannie obcierając błoto z obuwia na słomiance leżącej przy drzwiach, jakgdyby otrząsała z nóg proch tameczny.
— Dobrze, pozwolę ci nie chodzić do szkoły, ale musisz codzień uczyć się trochę z Elizą, — rzekła pani March owego wieczoru. — Nie pochwalam cielesnych kar, szczególniej dla dziewcząt; nie podoba mi się też sposób nauczania pana Davisʻa i towarzystwo jakie tam miałaś, ale zanim cię oddam do innego zakładu, zapytam ojca o radę.
— To dobrze; chciałabym, żeby wszystkie uczenice opuściły jego przestarzałą szkołę i obróciły ją w niwecz. Do szału mię doprowadza myśl o tych doskonałych cytrynach, — rzekła Amelka i westchnęła z miną męczennicy.
— Nie żałuję, żeś je straciła, bo przekroczyłaś przepisy i zasłużyłaś na karę za nieposłuszeństwo, — surowo powiedziała matka. Dziewczę, spodziewając się tylko współczucia, zmieszało się temi słowy.
— Czyś ty mamo zadowolona, że mię spotkał wstyd wobec całej szkoły? — wykrzyknęła Amelka.
— Nie wybrałabym tej kary, — odparła matka, — ale kto wie, czy ona nie skuteczniejsza dla ciebie, niżeli łagodna. Robisz się nadto próżną i zarozumiałą moja droga, i czas poprawić się z tego. Masz dużo drobnych zalet i przymiotów, ale nie trzeba chełpić się niemi, bo chełpliwość psuje najpiękniejszą naturę. Prawdziwy talent lub przymiot nie mogą długo zostawać w ukryciu, a gdyby i tak nawet było, to nas powinna zadawalniać świadomość, że je posiadamy i wprowadzamy w czyn. Największym wdziękiem każdej potęgi jest skromność.
— Tak jest, — odezwał się Artur, grający w szachy z Ludką, — znałem kiedyś dziewczynkę obdarzoną prawdziwym talentem do muzyki, ale nie wiedziała o nim; nie zgadywała, jak miłe rzeczy komponuje w samotności, i gdyby jej kto powiedział nawet, toby nie uwierzyła.
— Chciałabym ją znać, możeby mi pomogła, bo jestem tak nieudolna, — rzekła Eliza, która stała przy nim, słuchając pilnie.
— Znasz ją, i pomaga ci lepiej, niżby zdołał kto inny, — odpowiedział Artur z tak figlarnem spojrzeniem wesołych czarnych oczu, że nagle zarumieniła się i ukryła twarz w poduszce od sofy, odurzona tem niespodzianem odkryciem.
Ludka pozwoliła Arturowi wygrać partję za tę pochwałę, lecz Eliza nie chciała już usiąść do fortepianu. Zato Artur ślicznie śpiewał i bardzo był wesoły, rzadko bowiem pokazywał posępną stronę swego usposobienia pannom March. Gdy odszedł, Amelka, która była zamyślona cały wieczór, rzekła nagle, jakgdyby ją zajęła nowa myśl.
— Czy Artur jest ukształconym chłopcem?
— O tak, doskonałą odebrał edukację i wielki ma talent do muzyki. Będzie z niego dzielny człowiek, jeżeli się nie zepsuje i nie rozpieści, — odrzekła matka.
— I nie jest zarozumiały? — spytała Amelka.
— Wcale nie; dlatego taki miły, i tak go wszyscy kochamy.
— Rozumiem; to ładnie być ukształconym i eleganckim, a nie popisywać się ani chełpić, — dodała Amelka z zamyśleniem.
— Te zalety przebijają się zawsze w rozmowie i w obejściu, pomimo skromności, ale niema potrzeby przechwalać się, — powiedziała pani March.
— Tak samo jak byłoby niewłaściwie, żebyśmy włożyły wszystkie kapelusze, suknie i wstążki jakie mamy, żeby je ludziom pokazać, — dorzuciła Ludka, i nauka moralna zakończyła się śmiechem.



ROZDZIAŁ VIII
LUDKA STACZA WALKI Z SOBĄ.

— Dokąd idziecie dziewczęta? — zapytała Amelka, wchodząc do ich pokoju pewnej soboty po południu; zastała je bowiem tajemniczo gotujące się do wyjścia, co obudziło jej ciekawość.
— Mniejsza o to; małe dziewczynki nie powinny zadawać pytań, — cierpko odrzekła Ludka.
W młodocianym wieku nic nas tak nie gniewa, jak takie słowa, lub gorsze jeszcze polecenie: „idź stąd, moja droga.“ Po tej zniewadze podniosła Amelka głowę do góry i postanowiła zbadać tajemnicę, choćby jej przyszło poświęcić temu godzinę czasu. Zwróciwszy się do Małgosi, która jej nie zdołała długo czegoś odmawiać, rzekła pieszczotliwie:
— Odpowiedz! zdaje mi się, że mogłabyś mię wziąć ze sobą! Eliza bawi się lalkami, a ja nie mam co robić, i takam osamotniona.
— Nie mogę, moja droga, bo nie jesteś proszona! — odezwała się Małgosia, a Ludka przerwała jej niecierpliwie:
— Małgosiu, nie mów, bo nam wszystko zepsujesz. Nie możesz pójść Amelko, więc nie bądź dzieckiem i nie napieraj się.
— Idziecie gdzieś z Arturem, wiem dobrze. Szeptaliście ze sobą i śmieliście się na sofie wczoraj wieczorem, ale umilkliście, gdy weszłam. Może nie idziecie z nim?
— Owszem; ale siedź cicho i nie nudź nas!
Amelka przygryzła wprawdzie język, lecz korzystała z oczu i ujrzała, że Małgosia wachlarz wsuwa do kieszeni.
— Wiem, wiem! idziecie do teatru na „Siedem zamków!“ — wykrzyknęła, dodając stanowczym tonem: — ja także pójdę, bo mama powiada, że mogę być na tej sztuce. Dostałam już pieniądze na drobne wydatki, i bardzo jest brzydko, żeście mi wpierw nie powiedziały.
— Posłuchaj mię chwilkę i bądź dobrem dzieckiem, — rzekła Małgosia, chcąc ją ukoić. — Mama nie chce, żebyś poszła w tych dniach do teatru, bo twoje oczy nie zniosłyby jeszcze światła tej czarodziejskiej sztuki. W przyszłym tygodniu możesz pójść z Elizą i Anną — a zabawicie się doskonale.
— Zabawiłabym się dwa razy lepiej z wami i z Arturem! Weźcie mię z sobą. Tak długo siedziałam w domu z powodu kataru, że umieram z tęsknoty za rozrywką. Weź mię Małgosiu! taka będę odtąd dobra! — prosiła strojąc dramatyczną minkę.
— Możeby ją wziąć? Nie przypuszczam, żeby się mama gniewała, jak ją dobrze otulimy, — odezwała się Małgosia.
— Jeżeli ona pójdzie to ja zostanę; a jak ja nie pójdę, to Artur będzie niezadowolony. Przytem bardzo niegrzecznie ciągnąć z sobą Amelkę, kiedy nas tylko zaprosił. Nie sądziłam, żeby się chciała tam wciskać, gdzie jej nie chcą, — cierpko rzekła Ludka, nie lubiąca czuwać nad ruchliwem dzieckiem, gdy miała ochotę zabawić się sama.
Jej ton i obejście rozgniewały Amelkę, która zaczęła kłaść buciki, i powiedziała z naciskiem:
— Pójdę; Małgosia mówi, że mogę pójść, i ponieważ zapłacę za siebie, to Arturowi nic do tego.
— Nie możesz być obok nas, bo mamy zamówione miejsca. Musiałabyś siedzieć sama, albo Artur zechce ci ustąpić swego krzesła, i zepsuje nam to zabawę, — lub też weźmie inny numer dla siebie, co będzie nieprzyzwoicie, kiedy nie byłaś proszona. Nie możesz postawić kroku w żadną stronę, więc stój gdzie jesteś, — gderała Ludka jeszcze kwaśniej, bo z pośpiechu ukłuła się w palec.
Amelka, siedząc na podłodze z jednym bucikiem na nóżce, — rozpłakała się, a Małgosia zaczęła ją przekonywać, kiedy Artur zawołał z dołu, i dziewczęta zbiegły, zostawiając siostrę szlochającą, bo od czasu do czasu zapominając, że chce być dorosłą, zachowywała się, jak rozpieszczone dziecko. Skoro ta wesoła gromadka już miała wychodzić, Amelka groźnie zawołała przez poręcz od schodów:
— Pożałujesz, Ludko March, zobaczysz!
— Nie dbam o to! — odparła Ludwisia, ciskając za sobą drzwiami.
Doskonale się zabawili na „Siedmiu zamkach djamentowego jeziora“, było to bowiem przedstawienie tak świetne i zdumiewające, jak tylko można było pragnąć. Jednakże pomimo komicznych djabełków czerwonych, karłów przebiegłych, książąt i księżniczek wspaniałych, Ludka czuła kroplę goryczy w swej przyjemności. Złote loki królowej wieszczek przypomniały jej Amelkę, i w antraktach zajmowała ją myśl, co też ta siostrzyczka zrobi, „żeby ona pożałowała“. Często zachodziły między niemi sprzeczki, bo obie były żywego temperamentu i skłonne do uniesień, gdy je kto rozjątrzył. Amelka dręczyła Ludkę, ta zaś drażniła Amelkę, skąd powstawały wybuchy, których się obie potem wstydziły. Ludka, chociaż starsza, mniej umiała panować nad sobą, i ciężko jej było poskramiać krnąbrne usposobienie, wywołujące przykre skutki. Jej gniew nigdy jednak nie trwał długo; wyznawała winę ze szczerą skruchą, i starała się poprawić. Siostry jej zwykle mówiły, że lubią, gdy Ludkę opanuje wściekłość, bo się potem robi z niej anioł. Biedna Ludka wszelkiemi siłami starała się być dobrą, ale wewnętrzny nieprzyjaciel zawsze był gotów rozgorzeć i zdradzić ją; więc chyba długoletnia praca mogła go pokonać.
Wróciwszy do domu, zastały Amelkę, czytającą w bawialnym pokoju. Gdy weszła, przybrała obrażoną minę; nie podniosła wcale oczu od książki, nie zadała ani jednego pytania. Możeby ciekawość zwalczyła gniew, gdyby nie było Elizy, która wywołała ożywiony opis sztuki. Ludka poszła zaraz na górę, żeby zdjąć swój najładniejszy kapelusz, i najpierw rzuciła okiem na biurko, bo gdy się pokłóciły ostatni raz, Amelka ulżyła sobie przewróceniem jej szuflady do góry dnem. Ale wszystko było na miejscu, więc objąwszy szybkim rzutem oka skrytki, woreczki i szkatułki, powiedziała sobie Ludwisia, że jej siostra wybaczyła krzywdę i puściła ją w niepamięć.
Omyliła się jednak, nazajutrz bowiem zrobiła odkrycie, które wywołało burzę. Małgosia, Eliza i Amelka siedziały razem przed wieczorem, kiedy Ludka wpadła z rozgonioną twarzą do pokoju i spytała zdyszana.
— Czy kto zabrał moją powieść?
Małgosia i Eliza zaprzeczyły z zadziwieniem, Amelka zaś rozniecała ogień i nie odzywała się; Ludwisia spostrzegłszy że się rumieni, w jednej chwili na nią napadła:
— Amelko, tyś ją wzięła.
— Nie wzięłam.
— Ale wiesz gdzie jest.
— Nie wiem.
— Kłamiesz! — wykrzyknęła Ludka, chwytając ją z tak groźną twarzą za ramiona, że mogłaby przestraszyć daleko śmielsze dziecko.
— Nie kłamię, nie wzięłam jej, nie wiem gdzie jest, i nic mnie to nie obchodzi.
— Wiesz coś, i lepiej żebyś odrazu powiedziała, bo cię zmuszę. — Mówiąc to, potrząsnęła nią zlekka.
— Łaj jeżeli chcesz, ale już nie odzyskasz tej głupiej i odwiecznej powieści! — zawołała Amelka również rozjątrzona.
— Dlaczego?
— Bom ją spaliła.
— Jakto! moją ulubioną książkę, nad którą pracowałam, by dokończyć przed ojca powrotem! Czy spaliłaś ją naprawdę? — zawołała Ludka, blednąc bardzo, podczas gdy oczy pałały jej ogniem, a ręce nerwowo ściskały Amelkę.
— Tak, spaliłam! Powiedziałam, że cię zmuszę, żebyś żałowała wczorajszego obejścia, i zmusiłam cię — tak!
Nie dokończyła mówić, bo Ludka, ulegając gorącemu temperamentowi, tak nią wstrzęsnęła, że jej aż zęby zadzwoniły.
— Ty niegodziwa, niegodziwa dziewczyno! — krzyknęła przejęta żalem i gniewem. — Nie będę już mogła napisać tej książki, i póki życia nie daruję ci tego.
Małgosia przybiegła na pomoc Amelce, a Eliza starała się uspokoić Ludkę, ale ona wytargawszy siostrę za ucho na pożegnanie, wybiegła z pokoju, schroniła się na poddasze, usiadła na starej sofie i wiodła dalej walkę we własnej duszy.
Na dole ucichła burza, pani March przyszła bowiem i wysłuchawszy historji, prędko rozbudziła w Amelce poczucie krzywdy wyrządzonej siostrze. Ta książka stanowiła dumę Ludki, i cała rodzina widziała w niej utwór bardzo obiecujący. Były to tylko czarodziejskie powiastki, ale je opracowała starannie, oddając się całem sercem temu dziełu, w nadziei, że je kiedyś wydrukuje. Właśnie przepisała rękopis na czysto i zniszczyła stary, więc fajerwerk Amelki zniweczył drogą i kilkoletnią pracę. Innym ta strata wydawała się małą, ale dla Ludki była straszną klęską, której nie spodziewała się wynagrodzić sobie. Eliza była tak zasmucona, jakgdyby jej zdechł kot, a Małgosia nie chciała nawet bronić swej pieszczotki. Pani March miała fizjonomję poważną i smutną, a Amelka czuła, że jej nikt kochać nie będzie, póki nie przeprosi za czyn, którego sama najwięcej żałowała.
Gdy zadzwoniono na herbatę, Ludka ukazała się z twarzą tak ponurą i odpychającą, że Amelka straciła do reszty odwagę, ale rzekła pokornie:
— Wybacz mi Ludwisiu, bardzo, bardzo mi przykro.
— Nigdy nie wybaczę, — odparła surowo, i odtąd Amelka przestała dla niej istnieć!
Nikt o tem wielkiem zmartwieniu nie wspominał, nawet pani March, bo wiedziała z doświadczenia, że gdy Ludka jest tak usposobioną, wszelkie słowa stają się daremne, i najrozsądniej jest czekać, póki jakiś drobny wypadek lub jej szlachetna natura nie złagodzą żalu i nie położą końca niezgodzie. Wieczór ten nie był przyjemny, bo choć szyły jak zazwyczaj, a matka czytała głośno wyjątki z Bremerowej, Walter Scotta i pani Edgeworth, czegoś brakowało i spokój domowy został przerwany. Najwięcej dało się to czuć, gdy przyszła chwila śpiewu; bo Eliza zdobyła się tylko na przygrywanie, a Ludka stała milcząca jak kamień, Amelka była zgnębiona, więc Małgosia z matką stanowiły cały chór. Chciały śpiewać wesoło jak skowronki, ale ich dźwięczne głosy nie jednoczyły się jak zwykle, i szły niezgodnie.
Całując Ludkę na dobranoc, pani March łagodnie szepnęła:
— Moja droga, nie daj słońcu zajść nad twym gniewem; przebaczcie sobie nawzajem, dopomóżcie sobie, i od jutra zacznij dzieło na nowo.
Ludka potrzebowała oprzeć głowę na macierzyńskiem łonie i wypłakać smutek i gniew; ale łzy dowodzą słabości, przytem tak głęboko czuła obrazę, że istotnie jeszcze nie mogła wybaczyć w zupełności. Powstrzymując się gwałtem od płaczu, potrząsnęła głową, i widząc, że Amelka słucha, szorstko odrzekła:
— To był szkaradny postępek, więc nie zasługuje na przebaczenie.
Powiedziawszy te słowa, położyła się i nie było już śmiechu ani poufnej gawędy owego wieczoru.
Amelka bardzo była obrażona, że jej pojednawcze kroki zostały odepchnięte. Zaczęła żałować upokorzenia się; jeszcze żywiej czuła doznaną krzywdę i nieznośnie pyszniła się swą wysoką cnotą. Ludka ciągle wyglądała jak chmura brzemienna w pioruny, i wszystko się nie wiodło tego dnia. Ranek był bardzo zimny; upuściła smaczne jabłko smażone w rynsztok; ciotka March kaprysiła; Małgosia zamyślała się; Eliza przyszedłszy do domu, przymuszała się do zmartwionej i smutnej miny; Amelka robiła uwagi o osobach, które ciągle mówią, że chciałyby się doskonalić, a jednak nie korzystają z cudzych zbawiennych przykładów.
— Wszyscy tacy nieznośni, pójdę poprosić Artura, żebyśmy się ślizgali. On jest zawsze miły, wesoły, i wiem, że mi przywróci dobry humor, — pomyślała Ludka i poszła.
Amelka, usłyszawszy łoskot łyżew, wyjąkała z niecierpliwym okrzykiem:
— Otóż masz! obiecała, że pójdę z nią na przyszły raz, bo to już ostatni lód; ale nie warto prosić takiej złośnicy.
— Nie mów tego; byłaś bardzo niedobra; i trudno jej wybaczyć stratę ukochanej książki; lecz sądzę, że mogłaby się zdobyć na to, i pewno zechce, jak spróbujesz w dobrej chwili, — rzekła Małgosia. — Idź za nimi, ale nic nie mów, póki się Ludka nie rozweseli przy Arturze; wówczas dopiero pocałuj ją, lub uściskaj. Pewna jestem, że się pogodzi całem sercem.
— Spróbuję, — rzekła Amelka, bo jej się ta myśl podobała; i wybrawszy się śpiesznie, dogoniła przyjaciół, którzy właśnie znikali za wzgórzem.
Niedaleko było do rzeki, ale już byli gotowi zanim ich Amelka dogoniła. Ludka, zobaczywszy ją nadchodzącą, odwróciła się, Artur zaś nie spostrzegł jej, mocno będąc zajęty ślizganiem się wzdłuż brzegu, by zgruntować lód, bo niedawno odtajała woda i znowu ją mróz ścisnął.
— Posunę się do pierwszego zagięcia rzeki i zobaczę jak rzeczy stoją, nim się zaczniemy ścigać. Te słowa jego usłyszała Amelka, gdy się puścił w bieg, w surducie i czapce z futrem, co mu nadawało minę młodego Rosjanina.
Ludka usłyszała, że siostrzyczka wzdycha, nogami tupie, palce gryzie, podczas gdy ona przyczepia łyżwy, ale się nie obróciła i zwolna posuwała się w zygzak w dół rzeki, doznając gorzkiego i przykrego zadowolenia, że Amelka cierpi. Póty lubowała się gniewem, aż się wzmógł i opanował ją, bo złe myśli i złe uczucia zawsze nad nami górują, jeżeli ich nie pokonamy odrazu. Gdy Artur zawrócił się przy zgięciu rzeki i krzyknął po za siebie:
— Trzymaj się blisko brzegu, bo w środku jest niebezpiecznie!
Ludwisia usłyszała, lecz Amelki nie doszły te słowa, bo właśnie puściła się w bieg. Ludka obejrzała się przez ramię, ale szatanek, którego w sobie żywiła, szepnął jej do ucha: „mniejsza o to, czy słyszała lub nie; może sama pamiętać o sobie“.
Artur znikł za zagięciem rzeki, Ludka też dobiegła do tego miejsca, a Amelka została wtyle, dążąc na środku do gładkiego lodu. Przez chwilę Ludka spokojnie stała z dziwnem uczuciem w sercu; potem postanowiła iść dalej, ale coś ją wstrzymało i obróciła głowę, właśnie gdy Amelka wgórę podniosła ręce i padła. Dał się słyszeć trzask słabego lodu, plusk wody i krzyk, wydobywający się z głębi serca Ludki, skamieniałej ze strachu. Próbowała zawołać Artura, ale nie mogła wydobyć głosu; chciała biec, lecz nogi straciły władzę, i przez sekundę zdołała tylko stać nieruchoma, patrząc z przerażoną twarzą na błękitny kapturek, wznoszący się nad czarną wodą. Artur żywo przesunął się koło niej i zawołał:
— Przynieś drąg! prędko! prędko!
Jak tego dokonała, nie wiedziała sama; lecz przez kilka minut pracowała jak szalona, ślepo słuchając Artura, który zachował zimną krew, i leżąc napłask trzymał Amelkę ręką i nogą, dopóki Ludka nie wyjęła drąga z płotu, i razem dopiero wydobyli dziecko więcej wylękłe jak uszkodzone.
— Teraz musimy ją dostawić jak najprędzej do domu; włóż na nią nasze rzeczy, a ja zdejmę te nieszczęsne łyżwy, — wołał Artur, i otulał Amelkę swoim paltotem, ciągnąc mocno sznurki tak poplątane jak nigdy.
Przynieśli Amelkę do domu drżącą, przemokłą i spłakaną. Po tem znużeniu usnęła przy dobrym ogniu, owinięta w kołdry. Póki trwało to zamieszanie, Ludka prawie nie przemówiła, tylko biegała z twarzą bladą i pomieszaną, nawpół rozebrana, w podartej sukni. Ręce miała pokaleczone i skrwawione lodem, drągiem i upartemi klamrami. Gdy Amelka spokojnie usnęła, i wszystko się uciszyło w domu, pani March, siedząca przy łóżku, zawołała Ludkę i zaczęła jej obwiązywać poranione ręce.
— Czy jej z pewnością nie grozi niebezpieczeństwo? — szepnęła Ludka, patrząc ze skruchą na złocistą główkę, która mogła zniknąć dla niej na zawsze pod zwodniczym lodem.
— Z największą pewnością, moja droga; nie ma żadnej rany i pewno się nawet nie zaziębi, boście ją troskliwie zakrytą prędko przynieśli do domu! — odparła matka wesoło.
— Artur zrobił to wszystko, nie ja, bo ją zostawiłam własnym siłom. Mamo, gdyby umarła, byłoby to z mojej winy. — Padła koło łóżeczka gwałtownie płacząc i ze skruchą opisywała całe zdarzenie. Gorzko oskarżała swe twarde serce i ze łkaniem wynurzała wdzięczność, że jej została oszczędzoną tak ciężka i zasłużona kara.
— Mój szkaradny temperament winien jest temu! Staram się go hamować, i czasem zdaje mi się, żem go już poskromiła, lecz w tej chwili właśnie następuje gorszy jeszcze wybuch. Ach mamo! co ja mam robić! co robić! — wołała biedna z rozpaczą.
— Czuwaj nad sobą i módl się, moja droga. Nie ustawaj w usiłowaniach i nie sądź, że nie zdołasz pokonać wad, — rzekła pani March, obejmując zaczerwienioną twarzyczkę, i ucałowała tak tkliwie zroszony policzek, że się Ludka jeszcze serdeczniej rozpłakała.
— Ty nie wiesz, mamo, nie możesz się nawet domyślać, jak mi z tem źle. Gdy wpadnę w szał, zdaje mi się, że mogłabym się wszystkiego dopuścić. Robię się tak dzika, że z radością zadawałabym największe przykrości. Mam obawę, że jakim strasznym czynem zatruję sobie życie, i wszyscy mnie nienawidzieć będą. Ach! matko! dopomóż mi!
— Dopomogę, dziecko moje, dopomogę. Nie płacz tak gorzko, ale zapamiętaj dzisiejszy dzień i z całej duszy postanów, że się już nie powtórzy. Ludko droga, wszyscy miewamy pokusy, i daleko większe niż twoje. Czasem całe życie schodzi na ich pokonywaniu. Myślisz, że twój temperament jest najgorszy w świecie, a tymczasem mój był taki sam.
— Twój, matko? Jakto, wszakże ty się nigdy nie gniewasz! — Przez chwilę zapomniała Ludka z zadziwienia o dręczącem ją sumieniu.
— Przez czterdzieści lat starałam się go wyleczyć, ale tylko nieco poskromić zdołałam. Niema dnia, żeby mię nie ogarniał gniew, lecz nauczyłam się nie okazywać go, i mam nadzieję, że kiedyś zupełnie go wykorzenię, chociażby mię to miało kosztować drugie czterdzieści lat.
Cierpliwy i pokorny wyraz twarzy, którą tak bardzo kochała, był lepszą lekcją dla Ludki, niż najrozumniejsze kazanie, najostrzejsze wymówki. Odrazu ją pocieszyło współczucie, zaufanie i świadomość, że matka ma takie same wady i stara się z nich poprawić. Cierpliwszą się stała na swe ułomności, i wzmocniła w sobie chęć wyleczenia się z nich, chociaż piętnastoletniej dziewczynie, czterdziestoletni przeciąg czasu czuwania nad sobą i modlenia się wydawał się bardzo długim.
— Mamo, czy ty z gniewu zaciskasz czasem tak mocno usta i wychodzisz z pokoju, gdy ciotka March gdera, albo cię ludzie drażnią? — zapytała Ludka, czując, że ta rozmowa jeszcze więcej ją zbliża i przywiązuje do matki.
— Tak, nauczyłam się hamować porywcze słowa, a gdy czuję, że się wymkną mimowoli, odchodzę na chwilę i łaję się, żem taka słaba i zła, — rzekła pani March z westchnieniem, i uśmiechając się porządkowała roztargane włosy Ludki.
— Jakim sposobem nauczyłaś się milczeć, mamo? Najwięcej mi na tem zależy, bo zanim się spostrzegę, już mi się wyrwie ostre słowo, a im więcej mówię, tem się gorsza robię; tak dalece, że sprawia mi to przyjemność, gdy obrażam ludzi, wygaduję straszne rzeczy. Powiedz mi, jak sobie radzisz, mamo droga?
— Moja droga matka dopomagała mi w tem zazwyczaj.
— Tak samo, jak ty nam, — przerwała Ludka całując ją z wdzięcznością.
— Ale ją straciłam, będąc niewiele starszą od ciebie, i przez kilka lat musiałam walczyć sama, bo duma nie pozwalała spowiadać się komuś innemu z moich słabości. Ciężkie czasy przebyłam, moja Ludko, i wylałam dużo gorzkich łez nad swoją niemocą, nie widząc postępu mimo usiłowań. Potem zjawił się twój ojciec, i tak byłam szczęśliwa, że mi łatwo było być dobrą; ale gdym miała cztery córeczki wkoło siebie, dawne pokusy wróciły, bo nie jestem cierpliwa z natury i bardzo się dręczyłam, gdy brakło czegoś moim dzieciom.
— Biedna matko! któż ci wtenczas był pomocą?
— Twój ojciec, Ludko; on nigdy cierpliwości nie traci, nigdy nie wątpi, nie narzeka, — lecz zawsze ufa, pracuje i czeka z taką pogodą duszy, że wstyd mię ogarnia, gdy się inaczej zachowuję; on mi dopomagał, pocieszał mię i nauczał, że dla przykładu muszę się starać o cnoty, których pragnę dla moich dziewczynek. Łatwiej mi przychodziło czynić to dla was, niż dla siebie. Przestraszony lub zadziwiony wzrok której z was, gdy się szorstko odezwałam, powstrzymywał mię więcej, jak wszelkie słowa; a miłość, poszanowanie i ufność moich dzieci były najsłodszą nagrodą za to, żem usiłowała stać się kobietą naśladowania godną.
— Ach mamo, chciałabym choć o połowę być tak dobrą jak ty! — wykrzyknęła Ludka bardzo wzruszona.
— Mam nadzieję, że będziesz daleko lepszą, moja droga; ale musisz „czuwać nad swym wewnętrznym nieprzyjacielem“ — jak zwykł mówić ojciec, bo ci zasępi albo zatruje życie. Otrzymałaś przestrogę, zapamiętaj ją więc i staraj się z duszy i z serca opanować żywy temperament, zanim ci spowoduje większe troski i wyrzuty sumienia, jakich dziś doznałaś.
— Postanawiam spróbować, mamo, szczerze postanawiam, ale musisz mi pomagać, przypominać i powstrzymywać od uniesień. Uważałam nieraz, że ojciec z palcem na ustach wpatruje się w ciebie z bardzo życzliwą, ale surową twarzą i zawsze zaciskasz wówczas usta, albo wychodzisz z pokoju; czy to było napomnienie z jego strony? — spytała Ludka łagodnie.
— Tak, prosiłam, żeby mi był pomocny w ten sposób; nigdy o tem nie zapominał i bronił mię od szorstkich słów tym znakiem i życzliwem spojrzeniem.
Ludka spostrzegła, że matce oczy zachodzą łzami i usta drżą, gdy mówi; bojąc się, że powiedziała zbyt wiele, szepnęła z niepokojem:
— Czy to źle, żem cię śledziła i że wspomniałam o tem? Nie chciałam być niedelikatną, ale tak miło jest mówić ci wszystko, co myślę, i czuć się tutaj bezpieczną i szczęśliwą.
— Możesz mi wszystko mówić, moja Ludko, bo to jest dla mnie największem szczęściem i chlubą, gdy czuję, że moje dziewczęta ufają mi i wiedzą jak cię kocham.
— Myślałam, żem cię zmartwiła.
— Nie, moja droga; ale rozmowa o ojcu przypomniała mi jak bardzo tęsknię, jak wiele mu zawdzięczam, i jak wiernie powinnam czuwać i pracować, żeby zastał swe córeczki bezpieczne i dobre.
— Jednakże namawiałaś go do wyjazdu i nie płakałaś przy rozstaniu, a teraz nie narzekasz i nie okazujesz, że ci brak jakiej pomocy, — rzekła Ludka z podziwem.
— Oddałam, co mam najlepszego, ukochanemu krajowi i wstrzymywałam łzy, póki ojciec nie odjechał. Dlaczego mam narzekać, kiedy oboje spełniliśmy prosty obowiązek, i z pewnością tem szczęśliwsi będziemy, gdy się skończy? Co się tyczy pomocy, to mam ją od lepszego jeszcze przyjaciela, niżeli twój ojciec. On mię pociesza i wspiera. Moje dziecię, troski i pokusy zaczynają się dopiero dla ciebie, i może ich być dużo, ale je pokonasz i przeżyjesz wszystkie, jeżeli się nauczysz oceniać potęgę i miłosierdzie Niebieskiego Ojca. Im więcej będziesz Go kochać i ufać Mu, tem się staniesz mniej zależną od ludzkiej władzy i mądrości. Jego miłość i opieka nigdy się nie nuży i nie zmienia; nie może ci być odjęta, lecz może się stać źródłem życiodajnego spokoju, szczęścia i siły. Wierz w to całem sercem, polecaj Bogu drobne troski, nadzieje, grzechy i smutki tak śmiało i ufnie, jak mnie je opowiadasz.
Ludka w milczeniu mocniej uścisnęła matkę, i wśród panującej ciszy wyrwała jej się z serca modlitwa bez słów, najszczersza, na jaką się kiedykolwiek zdobyła; w tej smutnej, a jednak błogiej godzinie poznała bowiem nietylko gorycz wyrzutów sumienia i rozpaczy, lecz także słodycz zaparcia się siebie i panowania nad sobą. Poprowadzona za rękę przez matkę zbliżyła się więcej do przyjaciela, który przyjmuje każde dziecię z miłością silniejszą, niż ojcowska, i tkliwszą, jak macierzyńska.
Amelka poruszała się i wzdychała przez sen, a Ludka jakgdyby chcąc zaraz naprawić swój błąd, patrzyła na nią z takim wyrazem twarzy, jakiego nigdy nie miała.
— Pozwoliłam słońcu zajść nad moim gniewem, nie chciałam jej wybaczyć, a dziś gdyby nie Artur, byłoby zapóźno! Jak mogłam być tak złą! — rzekła półgłosem, pochylona nad siostrą, ostrożnie głaszcząc wilgotne włosy rozrzucone na poduszce.
Zdawałoby się, że Amelka usłyszała te słowa, otworzyła bowiem oczy i wyciągnęła ramiona z uśmiechem przenikającym nawskroś serce Ludki. Nie powiedziały ani słowa, lecz uściskały się mocno pomimo kołder, i wszystko zostało wybaczone i zapomniane w jednem serdecznem pocałowaniu.



ROZDZIAŁ IX.
MAŁGOSIA WYBIERA SIĘ NA „JARMARK PRÓŻNOŚCI“.

— Nie mogło się stać nic lepszego jak to, że dzieci dostały odry właśnie teraz, — rzekła Małgosia w pewien kwietniowy dzień, pakując z siostrami podróżny kufer w swym pokoju.
— A jak to ładnie ze strony Anusi Moffat, że nie zapomniała obietnicy.
— Dwa tygodnie zabaw, to będzie rzecz wspaniała! — odezwała się Ludka, podobna do młyna wietrznego, gdy układała suknie długiemi rękami.
— I pogoda ładna; takam z tego rada! — dodała Eliza, składając porządnie wstążeczki na szyję i do włosów w swem najładniejszem pudełku, które pożyczała na tę ważną okoliczność.
— Jabym też chętnie pojechała, żeby się bawić i ubierać w te piękne rzeczy, — rzekła Amelka z pełnemi ustami szpilek, gdyż artystycznie napychała poduszeczkę siostry.
— Wolałabym, żebyście wszystkie jechały, ale kiedy to być nie może, zapamiętam moje przygody, żeby je opowiadać, gdy wrócę. Przynajmniej tem się wam odpłacę za tę dobroć, że pożyczacie mi swych rzeczy i pomagacie w pakowaniu się, — rzekła Małgosia, patrząc na skromną wyprawę, której nie brakowało niczego, o ile jej się zdawało.
— Co ci mama dała ze skrzyni? — spytała Amelka, która nie była obecna przy otwarciu cedrowego kufra, gdzie pani March przechowywała dla córek szczątki dawnej świetności: jedwabne pończochy, pięknie rzeźbiony wachlarz i niebieską szarfę. — Miałam ochotę na jedwabną lila suknię, ale niema czasu ją przerobić, więc muszę przestać na mojej starej tarlatanowej.
— Będzie ładnie wyglądała na mojej nowej muślinowej spódnicy, i szarfa ją ozdobi. Żałuję, żem połamała koralową bransoletę, bo mogłabyś ją wziąć! — powiedziała Ludka, która lubiła obdarzać i pożyczać, ale jej rzeczy były zawsze w tak złym stanie, że nikt z nich nie mógł korzystać.
— W tej skrzyni jest ładna staroświecka perła, ale mama mówi, że naturalne kwiaty lepiej zdobią młodą panienkę, a Artur obiecał mi ich dosyłać ile tylko zechcę, — odparła Małgosia. — Więc cóż ja biorę ze sobą? na spacery nową czarną suknię; ufryzuj mi pióro do kapelusza, Elizo, — na niedzielę i mniejsze zebrania popelinową, — za ciężka na wiosnę, prawda? Jedwabna fijołkowa byłaby taka ładna, ach Boże!
— Mniejsza o to; masz tarlatanową na wielkie zabawy, a w białym kolorze zawsze wyglądasz jak anioł, — powiedziała Amelka, przyglądając się ubogim strojom, w których się jej dusza lubowała.
— Stanik przy niej niewycięty, i ogon za krótki, ale ujdzie. Niebieska suknia na dom tak dobrze wygląda po odwróceniu i przybraniu, że mi się zdaje, iż kupiłam nową. Jedwabne okrycie trochę niemodne, i kapelusz nie taki jak Salusi. Nie chciałam nic powiedzieć, ale się bardzo zawiodłam na parasolce; prosiłam mamę o czarną z białą rączką, a przez zapomnienie kupiła zielona z brzydką żółtawą laską. Jest trwała i porządna, więc nie powinnam narzekać, ale wiem, że się jej wstydzić będę przy Anusi jedwabnej parasolce ze złoconym czubkiem, — rzekła wzdychając, i spojrzała bardzo niechętnym wzrokiem na swą parasolkę.
— Odmień ją, — doradziła Ludka.
— Nie będę tak niedorzeczna, żeby obrazić mamę, kiedy sobie zadała tyle trudu, by mi to wszystko kupić. To nierozsądek z mojej strony, i nie chcę się nim powodować. Największą moją pociechą są jedwabne pończochy i para długich rękawiczek. Poczciwa jesteś Ludko, że mi swoich pożyczasz. Zdaje mi się, żem tak bogata, a nawet elegancka, mając dwie pary nowych i jedną upraną na częstszy użytek.
Mówiąc to, rzuciła weselsze spojrzenie na pudełko z rękawiczkami.
— Anusia Moffat ma niebieskie i różowe kokardy przy nocnych czepeczkach, czy nie przypięłabyś mi także jakich, Ludko? — zapytała, gdy Eliza wniosła stos śnieżnych muślinów, prosto z rąk Anny.
— Nie; wykwintne czepki nie uchodzą przy skromnych i nie przybieranych sukniach. Ubogie osoby nie powinny się stroić, — rzekła Ludka stanowczo.
— Ciekawam, czy będę kiedy tak szczęśliwa, żeby mieć prawdziwe koronki przy sukniach i kokardy przy czepeczkach? — odezwała się Małgosia niecierpliwie.
— Powiedziałaś parę dni temu, że będziesz zupełnie szczęśliwa, jeżeli tylko pojedziesz do Anusi Moffat, — zauważyła Eliza po swojemu spokojnie.
— Prawda, powiedziałam to, jestem szczęśliwa i nie będę utyskiwała; ale zdaje mi się, że im więcej kto ma, tem więcej pragnie, prawda? Już wszystko upakowałam prócz balowej sukni, bo tę mamie zostawiam, — rzekła Małgosia weselej, spoglądając na kufer w połowie napełniony, i na tarlatanową białą suknię, odświeżoną już i naprawioną, którą pretensjonalnie nazywała swym „balowym strojem“.
Nazajutrz piękny był dzień, i Małgosia wyjechała wesoło na dwa tygodnie nowych wrażeń i rozrywek. Pani March niechętnie przystała na te odwiedziny, obawiając się, że wróci jeszcze mniej zadowolona ze swego stanu; ale tak nalegająco prosiła, przytem Salusia obiecała czuwać nad nią, a nadzieja przyjemności tak była rozkoszna po całej zimie ciężkiej pracy, że wreszcie matka uległa, a córka pojechała skosztować pierwszy raz światowego życia.
Dom państwa Moffat był istotnie bardzo światowy i modny, i naiwna Małgosia została olśniona z początku blaskiem i elegancją. Pomimo błahego życia byli to dobrzy ludzie, więc prędko odzyskała swobodę. Może czuła, nie umiejąc sobie z tego zdać sprawy, że to nie są osoby szczególnie ukształcone i inteligentne, i że mimo pozłoty, widać z jak lichego materjału są stworzone. Prawdę mówiąc, było jej przyjemnie jadać smacznie, jeździć pięknym powozem, chodzić codzień w najładniejszej ze swych sukien i nic nie robić, tylko się bawić. Bardzo jej to przypadało do smaku i wkrótce zaczęła naśladować obejście i rozmowę swego otoczenia; stroiła minki, wdzięczyła się, używała francuskich frazesów, fryzowała włosy, ubierała się, rozprawiała o modach, o ile mogła najlepiej. Im więcej ładnych rzeczy widziała u Anusi Moffat, tembardziej zazdrościła i wzdychała do bogactw. Rodzinny dom wydawał się jej nagi i smutny, praca cięższa jak dawniej, i uznawała się za bardzo ubogą i pokrzywdzoną, mimo jedwabnych pończoch i nowych rękawiczek.
Jednak nie miała wiele czasu do szemrania, bo zarówno z dwiema towarzyszkami bardzo była zajęta „bawieniem się“. Zwiedzanie sklepów, przechadzki, przejażdżki i wizyty zapełniały całe dni; wieczory zaś spędzały w teatrze, w operze, lub w domu z gośćmi, bo Anusia miała dużo stosunków i potrafiła z nich korzystać. Starsze jej siostry były bardzo świetne, i jedna z nich miała narzeczonego, który się wydawał Małgosi niezmiernie interesującym i romantycznym. Pan Moffat, tłusty, wesoły gentleman, znał jej ojca; żona zaś jego, tłusta, stara dama, polubiła ją niemniej jak córka. Wszyscy ją pieścili, i niewiele brakowało, żeby się przewróciło w głowie „stokrotce“, tak ją tam bowiem nazywano.
Gdy nadszedł wieczór przeznaczony na „małe zebranie“, przekonała się Małgosia, że jej suknia popelinowa nie ujdzie; bo tamte dziewczęta ubrały się lekko i ślicznie wyglądały. Wydobyła więc tarlatanową, która się zdawała jeszcze starszą i uboższą przy nowej krepowej sukience Salusi.
Małgosia spostrzegła, że panienki to spoglądają na jej strój, to na siebie, i zaczęła ją twarz palić, gdyż obok łagodnego charakteru miała wiele dumy. Wprost nie powiedziały ani słowa, tylko Salusia zaproponowała, że ją uczesze, Anusia chciała jej zawiązać szarfę, a Bella, narzeczona, pochwaliła jej białe ręce. Lecz Małgosia widziała w tych grzecznościach tylko litość nad ubóstwem, i ciężko jej było na sercu gdy stała samotnie, podczas kiedy inne dziewczęta śmiały się, szczebiotały, skakały, biegały, jakby gazowe motylki. To przykre i gorzkie uczucie wzmagało się coraz bardziej; wtem służąca weszła z pudełkiem kwiatów. Zanim zdołała przemówić, Anusia zdjęła wierzch, i wszystkie wykrzyknęły, ujrzawszy w środku śliczne róże i paprocie.
— Ma się rozumieć, że to dla Belli; Jerzy jej zawsze przysyła, ale te są szczególnie ładne! — wykrzyknęła Anna.
— Człowiek co przyniósł te kwiaty, powiedział, że one są dla pany March; jest także list, — rzekła dziewczyna oddając wszystko Małgosi.
— Zabawna rzecz, od kogoż to? Nie wiedziałyśmy, że masz wielbiciela! — wołały panny, kręcąc się wkoło niej z najwyższą ciekawością i zadziwieniem.
— List od mamy, a kwiaty od Artura, — odrzekła z prostotą, przejęta wdzięcznością, że nie zapomniał o niej.
— Doprawdy? — powiedziała Anusia z figlarną minką, gdy Małgosia wsunęła list do kieszeni jakby talizman od zazdrości, próżności i fałszywej dumy; bo te kilka serdecznych słów sprawiły jej wielką ulgę, a śliczne kwiaty rozweseliły humor.
Czując się znowu prawie szczęśliwą, odłożyła parę róż i paproci dla siebie, a z reszty porobiła naprędce zgrabne bukieciki do staników, włosów i tiunik swych towarzyszek, ofiarując je tak uprzejmie — że Klara, najstarsza z sióstr, powiedziała, iż jest „najmilszą istotką jaką widziała kiedykolwiek“, a wszystkie oczarowane były jej drobną przysługą. Tem grzecznem znalezieniem się położyła koniec swojej rozpaczy, i gdy inne panienki poszły się pokazać pani Moffat, ujrzała w zwierciadle uszczęśliwioną i promienną twarz, przypinając sobie paprocie do ufryzowanych włosów, a róże do sukni, która już jej się nie wydawała tak bardzo lichą.
Zabawiła się doskonale tego wieczora, bo się natańczyła dowoli, wszyscy byli dla niej grzeczni, i usłyszała trzy komplementy. Najpierw, gdy Anusia poprosiła ją o śpiew, powiedział ktoś, że ma szczególnie piękny głos; potem major Lincoln zapytał, kto jest „ta świeża dziewczynka z ładnemi oczkami“; a nareszcie pan Moffat nalegając żeby z nim tańczyła, wyraził się pochlebnie, że się nie suwa, tylko porusza jakby na sprężynie. Bardzo się dobrze bawiła, póki jej uszu nie doszedł urywek pewnej rozmowy, która ją niezmiernie zmieszała.
Siedziała właśnie w cieplarni, czekając, by jej tancerz przyniósł lodów, kiedy odezwał się jakiś głos z drugiej strony kwiatowej ściany:
— Ile ma lat?
— Szesnaście lub siedemnaście, jak mi się zdaje, — odpowiedziano.
— Z łatwością przyszłoby to której z nich, prawda? Salusia mówi, że są teraz w bardzo bliskich stosunkach, i że ten stary gentleman zupełnie szaleje za niemi.
— Pewna jestem, że pani March ma swoje plany, i że dobrze sieć zarzuca, chociaż jeszcze wcześnie, — rzekła pani Moffat.
— Musi ona wiedzieć o tem, i dlatego ułożyła tę naiwną bajeczkę o matce, a gdy kwiaty nadeszły, tak się ślicznie zarumieniła. Biedaczka! byłaby bardzo ładna, gdyby się mogła ubierać z elegancją.
— Czy myślicie, że obraziłaby się, gdybyśmy jej pożyczyły sukni na czwartek? — spytał inny głos.
— Wprawdzie jest dumna, lecz sądzę, że nie odmówi, bo przywiozła z sobą tylko tę lichą tarlatanową sukienkę. Może ją dziś podrze, to będzie dobry pozór, żeby jej ofiarować przyzwoitszą.
— Zobaczymy; zaproszę Artura, żeby jej pochlebić, a potem będziemy z tego miały wyborną zabawkę.
W tej chwili zjawił się tancerz Małgosi i zastał ją bardzo rozpaloną i wzburzoną. Rzeczywiście miała ona wiele dumy, i przydała jej się obecnie, bo łatwiej było skryć upokorzenie, gniew i niesmak. Chociaż była niewinna i niepodejrzliwa, musiała jednak zrozumieć gadaninę tych panienek. Starała się zapomnieć, lecz daremnie, i ciągle sobie powtarzała: „Pani March ma plany“, „wymyśliła naiwną bajeczkę o mamie“, i „licha tarlatanowa suknia“. Byłaby się chciała rozpłakać, pobiec do domu, opowiedzieć swe troski i prosić o radę, ale nie mogąc tego zrobić, udawała wesołość, a skutkiem zgorączkowania tak jej się to powiodło, że nikt nie odgadywał przymusu. Jednak bardzo się ucieszyła, gdy się już zabawa skończyła, ona zaś leżała spokojnie w łóżku i mogła wreszcie zastanawiać się, rozważać i srożyć tak długo, aż ją głowa rozbolała, a rozpalone policzki ochłodły od serdecznych łez. Te niedorzeczne choć rozmyślne słowa, otworzyły nowe horyzonty przed nią i bardzo zakłóciły spokój dawnego świata, w którym żyła dotąd szczęśliwa jak dziecię. Niewinna przyjaźń z Arturem była już zatruta a wiara w matkę nadwerężona przez podejrzenie pani Moffat, sądzącej innych po sobie; rozsądna chęć poprzestawania na skromnem ubraniu, najwłaściwszem dla ubogiej panienki, osłabła przez niepotrzebną litość dziewcząt, którym licha suknia wydawała się największą klęską na świecie.
Biedna Małgosia przebyła noc niespokojną i wstała z ciężącemi powiekami, nieszczęśliwa, napół rozżalona na swe towarzyszki, napół zawstydzona za siebie, że się nie odezwała szczerze i nie wyjaśniła rzeczy odrazu. Wszyscy ziewali tego ranka, i dziewczęta dopiero w południe zdobyły się na tę energję, by wziąć do ręki włóczkową robotę. Małgosię odrazu uderzyło coś w ich zachowaniu; okazywały więcej względów, grzeczniej słuchały jej mowy i patrzyły na nią ciekawie. To wszystko ją dziwiło i cieszyło, chociaż nic nie rozumiała, póki miss Bella nie rzekła sentymentalnie, podnosząc oczy od pisania.
— Droga stokrotko, posłałam zaproszenie na czwartek twemu przyjacielowi, panu Laurence. Chcielibyśmy go poznać, zresztą jest to tylko prosta grzeczność dla ciebie!
Małgosia zarumieniła się, ale przez złośliwą chęć dokuczenia panienkom, rzekła śmiało:
— To bardzo grzecznie z pani strony, ale mam obawę, że nie przyjedzie.
— Dlaczego, chéri? — zapytała miss Bella.
— Nie dosyć dorosły na to.
— Co przez to rozumiesz, moje dziecię? ileż ma lat? Chciałabym wiedzieć — wykrzyknęła miss Klara.
— Zdaje mi się, że blisko siedemnastu, — odpowiedziała Małgosia, rachując ściegi, żeby ukryć figlarny wyraz w oczach.
— Ty chytra istoto! mówmy o tym, który jest zupełnie dorosły! — zawołała miss Bella ze śmiechem.
— Taki nie istnieje wcale; Artur jest młodym chłopczykiem, — odrzekła śmiejąc się także, bo siostry rzuciły na siebie jakieś dziwne spojrzenie, usłyszawszy ten opis jej domniemanego wielbiciela.
— A więc jest prawie w jednym wieku z tobą.
— Nie ze mną, ale z moją siostrą Ludką; ja skończę siedemnasty rok w sierpniu, — odpowiedziała potrząsając główką.
— Bardzo się grzecznie okazał, przysyłając ci kwiaty, prawda? — odezwała się Anusia, strojąca poważne miny za lada powodem.
— Często robi nam takie podarki, bo niezmiernie lubimy kwiaty, a mnóstwo ich tam mają. Moja matka przyjaźni się z panem Laurence, więc to jest zupełnie naturalne, że my dzieci bawimy się z sobą.
Powiedziała to wszystko w nadziei, że jej dadzą już spokój.
— Widocznie stokrotka jeszcze nic nie wie, — rzekła miss Klara do Belli, kręcąc głową.
— To zupełnie sielankowa niewinność, — odparła miss Bella, wzruszając ramionami.
— Idę załatwić niektóre sprawunki dla moich dziewcząt; czybym się czem nie mogła paniom przysłużyć? — zapytała pani Moffat, wtaczając się, jak słoń w jedwabiach i koronkach.
— Dziękuję pani — odrzekła Salusia — przywiozłam na czwartek nową suknię z różowej materji, więc mi nie brak niczego.
— Mnie także — przemówiła Małgosia, lecz zaraz umilkła, bo jej przyszło na myśl, że potrzebuje wielu rzeczy, ale nie może ich kupić.
— Co ty włożysz na siebie? — spytała Salusia.
— Tę samą białą suknię, jeżeli ją tak naprawię, żeby uszła, bom ją bardzo podarła wczoraj — odrzekła Małgosia, usiłując mówić swobodnie, chociaż jej było bardzo niemiło.
— Czemu nie poślesz do domu po inną? — rzekła niezbyt delikatnie Salusia.
— Nie mam innej; — powiedziała Małgosia z wielkim przymusem, którego jednak tamta nie spostrzegła, i z niegrzecznem zadziwieniem wykrzyknęła:
— Masz tylko tę jedną! Jakie to śmieszne!
Nie skończyła frazesu, Bella skinęła bowiem na nią i przerwała, mówiąc uprzejmie:
— To wcale nie śmieszne, bo na cóżby jej się zdało mieć dużo sukien, kiedy nigdzie nie bywa. Nie potrzebujesz posyłać do domu, stokrotko, chociażbyś ich miała dwanaście, bo mam odłożoną śliczną sukienkę niebieską jedwabną, z której wyrosłam, i włożysz ją, żeby mi sprawić przyjemność. Zrobisz to, moja droga?
— Dziękuję za tę dobroć, ale jeżeli się pani nie będzie wstydzić mojej starej sukni, to ja się za nią rumienić nie będę, bo jest w sam raz dla tak młodej dziewczynki, — powiedziała Małgosia.
— Pozwól, żebym sobie dogodziła, ubierając cię modnie. Przepadam za tem i jak ci włożę tę i ową drobnostkę, będziesz zupełnie piękną. Nikomu nie dam cię zobaczyć, póki nie będziesz gotową; wówczas wpadniemy jak Cinderella z matką wybrane na bal, — rzekła Bella przekonywającym tonem.
Małgosia nie zdołała odmówić jej uprzejmej propozycji, tak była bowiem ciekawa, czy „będzie piękna gdy włoży tę i ową drobnostkę“, że przyjęła stroje, i zapomniała o swej niechęci do Moffatów.
We czwartek wieczorem Bella zamknęła się ze swą pokojówką, i we dwie zrobiły z Małgosi piękną pannę. Ufryzowały, wyloczkowały głowę, wygładziły szyję i ręce pachnącym pudrem, posmarowały koralową pomadką usta, żeby czerwieńsze były, i Hortensja miała ochotę dodać jeszcze „sopuçon“ różu, ale Małgosia oparła się temu. Zasznurowały ją w niebieską jedwabną suknię tak ciasną, że jej trudno było oddychać, i tak wyciętą, że się zarumieniła spojrzawszy w zwierciadło. Dodały srebrne filigranowe bransolety, naszyjniki, broszę, nawet kolczyki, bo Hortensja je zawiesiła na niewidzialnym kawałku różowego jedwabiu. Bukiet z róż herbacianych przy staniku pogodził Małgosię z pokazaniem pięknych białych ramion, a niebieskie jedwabne buciki na wysokich obcasach zadowolniły ostatnie życzenie jej serca. Koronkowa chusteczka, wachlarz z piór i bukiet ze srebrną rączką, dopełniły stroju — i miss Bella przyglądała się jej z taką przyjemnością, jakby dziewczynka lalce w nowem ubraniu.
— Mademoiselle est charmante, très jolie, nieprawda? — wykrzyknęła Hortensja, klaszcząc w ręce z przesadnem uniesieniem.
— Chodź się pokazać, — rzekła miss Bella prowadząc ją do pokoju, gdzie wszyscy na nią czekali.
Gdy Małgosia szła, szeleściły za nią i wlokły się długie spódnice, dzwoniły kolczyki, powiewały loki, a serce biło, i zdawało jej się, że zaczynają się nareszcie jej „rozkosze“, bo zwierciadło wyraźnie jej powiedziało, że jest piękna. Panienki powtarzały ten przyjemny frazes z zapałem, i przez kilka minut stała jak kawka w bajce, ciesząc się pożyczanemi piórami, podczas gdy inne szczebiotały jak gromada srok.
— Teraz pójdę się ubierać, a ty, Maniu, ucz ją układać suknię i chodzić na tych wysokich obcasach, bo się przewróci. Klaro, przypnij srebrnego motylka na środku białej koronki, i podnieś ten długi lok z lewej strony głowy. Nie zeszpećcie tu ślicznego dzieła moich rąk! — rzekła Bella z zadowoleniem, iż się jej powiodło.
— Boję się zejść na dół; zdaje mi się, żem taka dziwna, sztywna, nawpół rozebrana, — rzekła Małgosia do Salusi, gdy się dzwonek odezwał i pani Moffat przysłała po panienki, żeby się zaraz ukazały.
— Niepodobna jesteś do siebie, ale dobrze wyglądasz. Zupełnie niknę przy tobie. Bella ma dużo smaku, i wierz mi, że masz dziś pozór Francuzki. Nie ruszaj kwiatów; niech opadają, nie poprawiaj ich ciągle. Uważaj, żebyś nie upadła... — Tak ją nauczała Salusia, pokrywając żal, że sama gorzej wygląda.
Z temi przestrogami na pamięci, ostrożnie zeszła Małgorzata ze schodów, i udała się do bawialnego pokoju, gdzie byli państwo Moffat i nieco wczesnych gości.
Wkrótce miała przekonać się, że strój piękny ma powab, który przyciąga pewną klasę ludzi, i zapewnia ich szacunek. Panny, które przedtem nie zwracały na nią uwagi, nagle stały się bardzo przyjazne. Panowie, którzy jej się tylko przyglądali na poprzedniem zebraniu, nie ograniczając sie już na tem, prosili, by ich przedstawiono i prawili niedorzeczne, ale przyjemne słówka. Panie siedzące na kanapach i krytykujące całe towarzystwo, pytały o nią ciekawie, i słyszała jak pani Moffat odpowiedziała jednej z nich:
— To „stokrotka“ March; jej ojciec jest pułkownikiem w wojsku; jedna z pierwszych rodzin naszych, ale pani wie, przeciwieństwa losu... Serdecznie przyjaźnią się z Laurenceʻami. To miła istotka, zapewniam panią. Mój Ned zupełnie szaleje za nią.
Stara lady przyłożyła do oczu lornetkę, by się drugi raz przyjrzeć Małgosi, która udawała, że nie słyszy i trochę była obrażoną gadaniną pani Moffat.
Nie przestawało jej być dziwnie, ale sobie wyobraziła, że gra rolę pięknej damy, i odtąd była swobodniejsza, chociaż ciasna suknia jej dolegała, ogon plątał się pod nogami, i w ciągłej była obawie, że kolczyki się odczepią, zginą lub połamią. Bawiąc się wachlarzem, wyśmiewała nieudolne żarty młodego gentlemana, który usiłował być dowcipnym, lecz nagle przestała się śmiać i zmieszał ją stojący nieopodal Artur. Patrzył na nią z nietajonem zdziwieniem, i zmiarkowała, że mu się nie podoba, chociaż chociaż bowiem ukłonił się i uśmiechnął, było coś takiego w jego uczciwych oczach, że się zarumieniła, i żałowała, że nie ma na sobie swej starej sukni. Na domiar pomieszania zobaczyła, że Bella trąca Annę i obie spoglądają to na nią, to na Artura, który, chociaż rada go była widzieć, wydawał jej się jakoś niezwykle dziecinny i nieśmiały.
— Jakież to niedorzeczne istoty, że mi takie myśli nasuwają! nie będę na to uważać i nie zmienię się wcale dla niego, — powiedziała sobie, i przesunęła się z szelestem przez pokój, żeby uścisnąć rękę przyjacielowi.
— Cieszę się, żeś przyjechał, bo miałam obawę, że nie przyjmiesz zaproszenia, — rzekła, strojąc minę dorosłej osoby.
— Ludka sobie tego życzyła, abym jej mógł opowiedzieć jak wyglądałaś, — odrzekł, nie odwracając oczu od niej, chociaż uśmiechnął się trochę z macierzyńskiego tonu.
— Cóż jej powiesz? — spytała zaciekawiona co myśli, i po raz pierwszy czując się mimowoli nieswobodną względem niego.
— Powiem, żem cię nie poznał, bo tak wyglądasz na dorosłą pannę i tak jesteś niepodobna do siebie, że zupełny strach we mnie budzisz, — rzekł szarpiąc guzik od rękawiczki.
— Jakiś ty niedorzeczny! panienki mię ubrały dla zabawki, a mnie to sprawia dosyć przyjemności. Czyby się Ludka dziwiła moim widokiem? — zapytała, chcąc go zmusić, by przyznał jakie wrażenie na nim wywarła.
— Tak się zdaje, — odrzekł poważnie.
— Nie podobam ci się?
— Nie! — odparł śmiało.
— Dlaczego? — zapytała z niepokojem.
Spojrzał na jej ufryzowaną głowę, nagie ramiona i fantastycznie przybraną suknię z takim wyrazem twarzy, że ją to więcej jeszcze zgnębiło, niż odpowiedź mniej grzeczna, jak to było jego zwyczajem.
— Nie lubię pretensjonalności.
Tego było za wiele na chłopca młodszego od niej! Odeszła więc, rzekłszy porywczo.
— Nigdy w życiu nie widziałam takiego gbura!
Bardzo wzburzona stanęła w cichym kąciku przy oknie, by ochłodzić policzki nieznośnie czerwone z powodu ciasnej sukni. Po chwili pułkownik Lincoln przeszedł, i usłyszała jak rzekł do swej matki.
— Robią warjatkę z tej panienki. Chciałem, żebyś ją zobaczyła, ale zupełnie zeszpecona; wygląda dziś jak lalka.
— Ach, Boże! — westchnęła Małgosia, — żałuję, żem nie miała dosyć rozsądku, żeby się ubrać we własne rzeczy; teraz budzę w ludziach niesmak, i sama jestem nieswoja i zawstydzona.
Oparła czoło o chłodną szybę i stała napół ukryta za firanką, nie uważając, że się zaczął jej ulubiony walc. Wtem ktoś dotknął jej ręki, i odwróciwszy się zobaczyła Artura, który ze skruszoną miną ukłonił się nisko, wyciągnął rękę i rzekł:
— Daruj mi gburowatość i chodź tańczyć.
— Boję się sprawić ci tem zbyt wiele przykrości, — odparła, daremnie usiłując przybrać obrażoną minę.
— Bynajmniej; umieram z ochoty potańczenia z tobą, i szczerze ci powiem, że tylko mi się suknia twoja nie podobała, lecz ty sama wyglądasz prześlicznie! — odrzekł gestykulując żywo, jakgdyby słowami nie zdołał dostatecznie wyrazić uwielbienia.
Małgosia z uśmiechem przyjęła zaproszenie, i gdy stali czekając uchwycenia taktu, szepnęła:
— Nie upadnij przez ogon od sukni! to plaga moja, i byłam gąską, żem się w nią ubrała.
— Opnij ją sobie wkoło szyi, nie będzie to zbyteczne, — rzekł Artur spoglądając na niebieskie buciki, które mu się widocznie podobały.
Oboje tańczyli lekko z wdziękiem, mając w domu częstą wprawę, i miły widok przedstawiali, wirując wkoło, jeszcze więcej zaprzyjaźnieni po małej sprzeczce.
— Arturze, chciałabym, żebyś mi wyświadczył jedną łaskę; czy zechcesz? — spytała Małgosia, gdy stał chłodząc ją wachlarzem; prędko się bowiem zdyszała, lecz nie zdradziła przyczyny.
— Mógłżebym nie chcieć! — wykrzyknął żywo.
— Proszę cię, nie mów w domu o moim dzisiejszym stroju. Nie zrozumieją żartu, i mama się zmartwi.
— Dlaczegoś się tak ubrała? — spytały tak wyraźnie oczy Artura, że dodała prędko:
— Wszystko im opowiem i wyspowiadam się mamie z mej niedorzeczności, ale wolę, żeby się tego dowiedziały odemnie. Czy nie powiesz?
— Daję ci słowo; ale cóż mam powiedzieć, jak się zapytają?
— Powiedz, żem ładnie wyglądała i bawiła się dobrze.
— Z całego serce godzę się na pierwsze, ale co robić z drugiem? nie wyglądasz na to, żebyś się dobrze bawiła. Czy bawisz się? — zapytał, patrząc na nią w taki sposób, że odrzekła po cichu:
— Nie bardzo; nie sądź, żem taka płocha, tylko chciałam się trochę rozerwać, ale ten tryb życia nie podoba mi się i nuży mię.
— Nadchodzi Ned Moffat. Czego on może chcieć? — rzekł Artur, ściągając czarne brwi, jakgdyby młody gospodarz był dla niego nieprzyjemnym dodatkiem do całego towarzystwa.
— Zapisał swoje nazwisko do trzech tańców, i pewno po nie przychodzi, cóż to za męka! — rzekła Małgosia z mdlejącą miną, która ogromnie zabawiła Artura.
Nie przemówił już do niej, aż przy kolacji, gdy zobaczył, że pije szampana z Nedem i przyjacielem jego Fisherem, którzy się zachowywali jak „szaleńcy“, według jego zdania. Poczuwając się niejako do braterskiego prawa, by czuwać nad pannami March i w razie potrzeby stawać w ich obronie, rzekł:
— Jak będziesz tak dużo pić, to ci jutro głowa pęknie z bólu; chciałbym, żebyś zaprzestała, Małgosiu. Wiesz, że mama byłaby niezadowolona, — szepnął, nachyliwszy się nad jej krzesłem, gdy się Ned odwrócił, by napełnić kieliszek, a Fisher podnosił z ziemi wachlarz.
— Nie jestem dziś Małgosią, tylko „lalką“, która robi różne szaleństwa. Jutro odrzucę moją „pretensjonalność“ i będę znowu rozpaczliwie cnotliwa, — odpowiedziała z nienaturalnym uśmieszkiem.
— Chciałbym, żeby już nastąpiło jutro, — rzekł Artur, i odszedł nierad ze zmiany jej usposobienia.
Małgosia tańczyła, mizdrzyła się, kręciła, jak inne panny. Po kolacji omało nie przewróciła w walcu swego tancerza przez długi ogon, i tak dokazywała, że Artur patrzył ze zgorszeniem i układał w myśli kazanie; ale nie miał kiedy przemówić do Małgosi, bo się trzymała zdaleka, aż do chwili pożegnania.
— Pamiętaj! — rzekła, przymuszając się do uśmiechu, już ją bowiem dręczył nieznośny ból głowy.
— Silence à la mort — odparł z melodramatycznym akcentem, i odszedł.
Ta krótka komedyjka obudziła wielką ciekawość w Anusi; ale Małgosia była nadto zmęczona, żeby gawędzić i położyła się z takiem wrażeniem, jakgdyby wróciła z maskarady, gdzie było mniej wesoło jak sobie obiecywała. Nazajutrz cały dzień była słaba, a w sobotę pojechała do domu, zupełnie znużona dwutygodniową zabawą i przesycona przepychem.
— Jak to przyjemnie żyć w spokoju i nie krygować się ciągle! W domu tak miło, chociaż nie wystawnie, — rzekła w niedzielę wieczorem, i z zadowoleniem rozglądała się wokoło, siedząc między matką i Ludką.
— Cieszy mię, że to mówisz, moja droga, bom się bała, że ci się tu wyda smutno i ubogo po tamtym pięknym apartamencie, — odparła matka, która owego dnia rzuciła na nią niejedno niespokojne spojrzenie, bo macierzyńskie oczy szybko spostrzegają zmiany w fizjonomjach swych dzieci.
Małgosia wesoło opowiedziała swe przygody, ciągle powtarzając, że się wybornie zabawiła, lecz widocznie jeszcze jej coś ciężyło, i gdy młodsze dziewczęta położyły się spać, siedziała przy kominku zadumana, wpatrzona wdal, małomówna i zmęczona. Gdy zegar wybił dziewiątą i Ludwisia wybierała się spać, nagle podniosła się z miejsca, usiadła na stołeczku Elizy, oparła łokcie na kolanach matki i rzekła odważnie:
— Mamo, chciałabym ci się wyspowiadać.
— Domyślałam się tego. O cóż to idzie, moja droga.
— Czy mam odejść? — zapytała Ludka dyskretnie.
— Bynajmniej, alboż ja ci się nie zwierzam ze wszystkiem? wstydziłam się mówić przy dzieciach, ale co się ciebie tyczy, to chcę żebyś wiedziała, jak okropnie dokazywałam u państwa Moffat.
— Jesteśmy na to przygotowane, — rzekła pani March z uśmiechem, lecz wydawała się trochę niespokojna.
— Wiecie już, że mię tam panny wystroiły, ale nie mówiłam, żem była upudrowana, ściśnięta, ufryzowana i podobna do malowanki. Zmiarkowałam, że się to Arturowi niestosownem wydało, chociaż nic nie powiedział, — a jeden pan nazwał mię „lalką“. Wiem, że to było szaleństwem, ale mię tak odurzyły różnemi bredniami, żem pozwoliła zrobić z siebie warjatkę.
— Czy nic więcej? — spytała Ludka, gdy pani March patrzyła w milczeniu na spuszczoną twarzyczkę ładnej córki, i nie mogła zdobyć się na to w głębi serca, by ją potępiać za te drobne winy.
— Owszem, piłam szampana, dokazywałam, mizdrzyłam się, jednem słowem byłam ohydna, — rzekła ze skruchą.
— Zdaje mi się, że się coś więcej jeszcze znajdzie, — rzekła pani March głaszcząc miłą dziewczynkę, która się nagle zarumieniła, i rzekła zcicha:
— Prawda, jeszcze coś... wprawdzie jest to niedorzeczne, ale wolę powiedzieć, bo nie chcę, żeby ludzie mówili i myśleli w ten sposób o nas i o Arturze.
Gdy opowiedziała gadaninę, posłyszaną u państwa Moffat, Ludka spostrzegła, że matka mocno zaciska usta jakgdyby z niezadowolenia, iż rozbudzono takie idee w niewinnym umyśle Małgosi.
— Nie jestże to największe bezeceństwo w świecie! — wykrzyknęła Ludwisia z oburzeniem. — Trzeba ci się było pokazać niespodzianie i wyjaśnić rzecz natychmiast.
— Nie mogłam, toby mię zawiele kosztowało. Z początku mimowoli słyszałam co mówią, a potem z gniewu i wstydu zapomniałam, że mi wypada odejść.
— Poczekaj, niechno ja zobaczę Anusię Moffat, to ci pokażę jak się załatwia podobne sprawy. A więc mamy „plany“, i sprzyjamy Arturowi dlatego, że bogaty, i że kiedyś się może z nami ożenić. To się uśmieje, gdy mu opowiem co te niedorzeczne istoty prawią o nas, biednych dzieciach.
— Nigdy ci nie wybaczę, jeżeli powtórzysz to Arturowi! Prawda mamo, że nie powinna powiedzieć? — zapytała strwożona Małgosia.
— Nie powtarzajcie nikomu tych bredni, i zapomnijcie o nich jak najprędzej, — rzekła pani March z powagą. Byłam bardzo nierozsądna, puszczając cię między tak mało znanych mi ludzi; może są uczciwi, ale zbyt światowi, źle wychowani, i mają niskie wyobrażenie o młodzieży. Niewypowiedzianie mię to martwi, że ci te odwiedziny mogły wyrządzić taką krzywdę, Małgosiu.
— Nie martw się mamo, bo się nie dam tem skrzywdzić; zapomnę o złem, a zapamiętam samo dobre. Doskonale się zabawiłam, i wdzięczna jestem, żeś mi pozwoliła jechać. Nie uczyni mię ta wycieczka sentymentalną i niezadowoloną; wiem, że jeszcze niedorzeczne dziecko ze mnie, będę się ciebie trzymać póki się nie nauczę nad sobą czuwać. Muszę jednak przyznać, że jest miło być chwaloną, podziwianą, i że mi to wielką przyjemność sprawiało, — rzekła Małgosia zawstydzona tem wyznaniem.
— To jest naturalne i nienaganne, jeżeli się upodobanie nie staje namiętnością i nie prowadzi do niedorzecznych lub niewłaściwych dla panienki postępków. Naucz się odróżniać i oceniać pochwałę, o którą warto się starać; wzbudzaj uwielbienie w zacnych ludziach, nietylko urodą ale i skromnością.
Małgosia przez chwilę siedziała zamyślona, a Ludka stała z rękami wtył założonemi, z twarzą zaciekawioną i nieco zmieszaną, była to bowiem nowość dla niej, że Małgosia rumieni się, mówi o zalotności, o wielbicielach, i tym podobnych rzeczach. Zdawało jej się, że siostra dziwnie prędko wyszła na dorosłą pannę przez te dwa tygodnie, i odsunęła się w jakiś świat, gdzie nie może za nią podążyć.
— Mamo, czy ty masz „plany“, jak mówiła pani Moffat? — spytała nieśmiało Małgosia.
— Mam, moje dziecko, mam ich bardzo wiele. Wszystkie matki układają plany, ale zdaje mi się, że mi ta pani inne przypisuje. Powiem ci niektóre, bo przyszedł czas, kiedy jednem słowem można naprowadzić na dobrą drogę tę romantyczną główkę i serce. Jesteś młoda, Małgosiu, ale masz już te lata, że możesz mię zrozumieć, a matka najlepiej umie mówić o takich rzeczach do podobnych dziewcząt; Ludko, twoja kolej przyjdzie może z czasem, więc posłuchajcie obie moich „planów“ i pomóżcie je uskutecznić, jeżeli są dobre.
Ludka przysunęła się i usiadła na poręczy od fotela z taką miną, jakgdyby się zabierały do bardzo ważnej sprawy. Pani March, trzymając córki za ręce i patrząc na nie zamyślonem okiem, mówiła po swojemu poważnie, lecz wesoło:
— Pragnę, żeby moje córki były piękne, wykształcone i dobre; żeby je podziwiano, kochano i szanowano; żeby dobrze i rozumnie wyszły za mąż i wiodły pożyteczne, przyjemne życie, mając tak mało trosk i zmartwień jak tylko Bóg pozwoli. Najmilsza i najlepsza rzecz jaka się może trafić kobiecie, to jest być kochaną i wybraną przez zacnego człowieka. Mam nadzieję, że moje dziewczęta zdobędą sobie ten skarb. Małgosiu, naturalną jest rzeczą myśleć o tem; słuszną spodziewać się i wyczekiwać; a mądrą przysposabiać się tak, abyś gdy pomyślne czasy nadejdą, była uzdolniona do obowiązków i godna szczęścia. Moje drogie córeczki, jestem za was ambitna, ale mi nie idzie o to, byście błyszczały w świecie i poślubiły bogatych ludzi tylko dlatego, że są bogaci, — lub że mają wykwintne domy, które nieogrzane miłością, nie mogą stanowić prawdziwych ognisk domowych. Pieniądze są potrzebną i szacowną rzeczą, ale nie chciałabym, żebyście myślały, że są pierwszym i jedynym celem naszych dążeń. Wolałabym was widzieć żonami ubogich ludzi, byleście były szczęśliwe, kochane, zadowolone, niż królewnami na tronach bez szacunku dla siebie, i bez spokoju.
— Bella powiada, że ubogie dziewczęta nie mają żadnych widoków, jeżeli ich same nie stworzą, — rzekła z westchnieniem Małgosia.
— To zostaniemy staremi pannami, — odezwała się Ludka z dumą.
— Masz słuszność, Ludwisiu, lepiej być szczęśliwą w staropanieństwie, niż nieszczęśliwą żoną, lub panienką polującą na męża, — powiedziała pani March stanowczym tonem. — Nie troszcz się Małgosiu; ubóstwo rzadko zraża prawdziwie zakochanego. Z pomiędzy najlepszych i najbardziej szanowanych kobiet, jakie znałam, wiele ich było ubogiemi dziewczętami, lecz tak zasługiwały na miłość, że im nie dano wytrwać w staropanieństwie. Czasowi zostawcie te rzeczy; uprzyjemniajcie rodzicielski dom, żebyście umiały własny prowadzić, jeżeli go wam kto ofiaruje, lub żebyście były z naszego domu zadowolone, jeżeli was inny nie czeka. Pamiętajcie jedną rzecz, dziewczęta: oto że matka jest zawsze gotowa zostać waszą powiernicą, a ojciec przyjacielem; i że oboje ufamy i spodziewamy się, że czy nasze córki pójdą za mąż, czy zostaną pannami, będą chlubą i pociechą rodziców.
— Będziemy pamiętać, mamo, będziemy! — zawołały z całego serca, gdy im życzyła dobrej nocy.



ROZDZIAŁ X.
KLUB PICKWICKA.

Skoro nastała wiosna, weszły w modę nowe rozrywki i z powodu dłuższych dni, więcej było czasu do rozmaitych zabaw. Trzeba było ogród uporządkować, i każda z sióstr miała kawałek ziemi, który uprawiała według upodobania. Anna zwykle mówiła, że nawet w Chinach poznałaby ogródek każdej z nich; i mogło tak być, bo się różniły nie tylko charakterem ale i smakiem. Małgosia miała u siebie róże, heljotropy, mirty i pomarańczowe drzewka. Ludka co rok zmieniała postać swej grządki, robiąc zawsze nowe doświadczenia. Obecnie hodowała słoneczniki, a ziarno tej wesołej i eleganckiej rośliny miało żywić całą gromadkę kurcząt. U Elizy rosły staroświeckie, pachnące kwiaty, jakoto: groszek, minionetki, bratki i mokrzyca dla ptaszków. Amelka urządziła altankę nieco małą i niską, ale bardzo ładną dla oka, z powojami zwieszającemi barwne kwiatki, i dzwonki w wieńcach pełnych wdzięku. Miała też duże białe lilje, delikatne paprocie i wszystkie jaskrawe i barwne rośliny, jakie tylko chciały tam kwitnąć. W pogodne dni zajmowały się ogrodnictwem, przechadzką, pływaniem po rzece, zrywaniem kwiatków; a w brzydki czas miały domowe rozrywki, stare i nowe, a wszystkie mniej lub więcej oryginalne. Jedną z nich był „Klub Pickwicka“. Ponieważ tajne stowarzyszenia były w modzie, osądziły, że im także wypada mieć swoje, i na cześć Dickensa przezwały je „Klubem Pickwicka“. Trwał on cały rok z małemi przerwami, i co sobotę wieczorem schodziły się na duże poddasze, by odbywać następne ceremonje: ustawiały rzędem trzy krzesła przy stole, na którym była lampa, i cztery białe bilety z wielkiemi literami „K. P.“ dla każdej odmiennego koloru, oraz gazeta tygodniowa, zwana „Teką Pickwicka“, do której wszystkie pisywały; Ludka zaś zamiłowana w piórach i atramencie, była jej główną redaktorką.
O siódmej godzinie szły do klubu, przywiązywały bilety do głowy i siadały z wielką powagą. Małgosia jako najstarsza, była Samuelem Pickwickiem; Ludka mająca literackie zdolności, Augustem Snodgrassem; różowa i okrągła Eliza, Tracym Tupmanem; Amelka zaś chcąca zawsze robić to czego nie umie, Natanielem Winkleem. Prezydent Pickwick czytał gazetę, którą zapełniały oryginalne powieści, poezje, miejscowe wiadomości, delikatne wytykanie wzajemnych wad i usterek. Pewnego razu, pan Pickwick wziął okulary bez szkieł, uderzył w stół, chrząknął, i spojrzawszy ostro na pana Snodgrassa, który się kręcił na krześle chcąc się dobrze usadowić, zaczął czytać:

TEKA PICKWICKA“
20-go maja 18... r.

Niechaj smutek z serca znika,
Radość twarze niech spromienia,
Dzisiaj bowiem klub Pickwicka
Liczy kopę lat istnienia.

Dziś swobodnie i wesoło,
Czas upływa w naszem gronie,
Przyjacieli widzim koło,
I ściskamy bratnie dłonie.


Pickwick na swym posterunku,
Żyjąc latek szereg długi,
Zyskał prawo do szacunku
Przez przymioty i zasługi.

Dziś, gdy z pismem wszedł do sali,
Wycierając okulary,
Wszyscy chórem zawołali:
„Niechaj żyje Pickwick stary!“

Bo choć kaszle i katary
Utrudzają mu wymowę,
Pickwick stary — ale jary,
Nie dla kształtu nosi głowę.

Snodgrass na sześć stóp wysoki,
Piękny, miły i powabny,
Złotowłosy, modrooki,
Jak żółw chybki, jak słoń zgrabny.

Ulubiony w naszem kole,
Wesół mimo walki z losem,
Klamrę myśli ma na czole,
I... olbrzymi kleks pod nosem.

Dalej idzie Tupman, który
Do powagi ma pretensje,
A powtarza kalembury
I ze śmiechu wciąż się trzęsie.

Za to Winkle niewzruszenie
Siedzi, patrząc wciąż do góry,

Nie chce bowiem przez wstrząśnienie
Zepsuć pięknej koafiury.

Wszyscy nieraz, chwilkę miłą
Tu spędzamy wśród zabawy,
Udeptując wspólną siłą
Kamienistą ścieżkę sławy.

Jeśli zawód nas spotyka,
Lżej go znosić z przyjacioły,
Niech więc żyje klub Pickwicka
Pożyteczny i wesoły!


ŚLUB W MASKACH.
Powieść wenecka.

Jedna gondola po drugiej przypływały pod marmurowe schody, zostawiając tam swe lube ciężary, które pomnażały błyszczące tłumy gości hrabiego de Adelon. Królowie i damy, karły i paziowie, mnichy i kwiaciarki, — wszyscy wesoło pląsali. Słodkie głosy i dźwięczne melodje napełniały powietrze; maskarada zaczęła się więc od wesołości i muzyki.
— Czy Wasza Wysokość widziała dziś lady Violę? — zapytał grzeczny trubadur, prowadząc przez salę piękną królowę wspartą na jego ramieniu.
— Widziałam; czy nie ładna mimo smutku? Ubrała się odpowiednio do swego usposobienia, bo za tydzień poślubi hrabiego Antonia, którego nienawidzi z całego serca.
— Klnę się życiem, że mu zazdroszczę. Oto nadchodzi w stroju pana młodego, ale w czarnej masce. Gdy ją zdejmie, zobaczymy jak się wpatruje w piękną dziewicę, której serca nie może zdobyć, chociaż otrzymał jej rękę od srogiego ojca, — odrzekł trubadur.
— Ktoś mi tu szepnął, że ona kocha młodego Anglika, artystę, który ciągle stara się zbliżyć do niej, ale go odsuwa stary hrabia, — powiedziała dama, poczem przyłączyli się do tańczących.
Zabawa szła w najlepsze, kiedy się ukazał ksiądz, i poprowadziwszy oblubieńców do alkowy zasłoniętej ponsową aksamitną firanką, uklęknąć im kazał. Wesoły tłum umilkł, i tylko szmer fontann i szelest pomarańczowych gajów drzemiących przy świetle księżyca, przerywały tę ciszę, gdy hrabia Adelon przemówił:
— Panowie i panie, — darujcie, że was tu podstępnie zgromadziłem, żebyście świadkami byli ślubu mojej córki. Czekamy na obrzęd, ojcze!
Wszystkie oczy zwróciły się ku weselnej parze, i cichy szmer zadziwienia przebiegł przez całe grono, bo oblubieńcy nie zdjęli masek. Ciekawość i zdumienie ogarnęły serca, lecz uszanowanie powstrzymywało języki, póki się nie skończył obrzęd religijny. Wówczas zaintrygowani widzowie zebrali się wkoło hrabiego, prosząc o objaśnienie.
— Dałbym je wam chętnie, ale wiem tylko to, że moja nieśmiała Viola objawiła to życzenie, i musiałem ulec jej kaprysowi.
— Skończcie już tę komedję, moje dzieci, zrzućcie maski i przyjmijcie me błogosławieństwo.
Nie zgięli kolan, tylko maska, która spadła oblubieńcowi, odkryła szlachetną twarz Ferdynanda Devereux, zakochanego artysty, a na piersi połyskującej gwiazdą angielskiego hrabi, zwiesiła się piękna Viola promienna radością i urodą.
— Mój lordzie, — rzekł oblubieniec tonem, który przeraził wszystkich, — wzgardliwie powiedziałeś, że pozwolisz mi starać się o twą córkę, gdy się będę mógł pochlubić równie wysokiem nazwiskiem i równie wielką fortuną, jak hrabia Antonio. Ja więcej mogę uczynić, bo nawet twoja ambitna dusza nie zdoła odmówić hrabi z Devereux i de Vere, oddającemu starożytne imię i olbrzymi majątek wzamian za ukochaną rękę tej pięknej damy, obecnie małżonki mojej.
Hrabia jak skamieniały spojrzał na zdumiony tłum, a Ferdynand dodał z wesołym i trjumfującym uśmiechem. — Tego wam mogę tylko życzyć, moi przyjaciele, żebyście poszli za moim przykładem, i tak piękną oblubienicę zdobyli jak ja, dzięki temu ślubowi w maskach.

S. Pickwick.

— Z czego jest podobny K. P. do wieży Babel?
— Oto mieści w sobie pełno niekarnych członków.


HISTORJA O DYNI.

Przed niejakim czasem, pewien ogrodnik zasiał małe ziarnko w swym ogrodzie, i wkrótce wyrosło na krzew obciążony dyniami. Gdy już były dojrzałe — w miesiącu październiku, urwał z nich jedną i zaniósł pewnego dnia na targ, a korzennik nabył ją do swego sklepu. Tegoż rana, młoda dziewczynka w ciemnym kapeluszu i niebieskiej sukni, z okrągłą twarzyczką i przypłaszczonym noskiem, kupiła ją dla matki. Przyniósłszy do domu, pokrajała i w dużym garnku kawałek na obiad ugotowała z masłem i z solą; do reszty zaś dodała kwartę mleka, dwa jajka, cztery łyżki cukru, muszkatołową gałkę i kilka biszkoptów. Wylała potem na głęboki talerz i piekła, póki się nie zarumieniło, a nazajutrz rodzina March zjadła tę potrawę.

T. Tupman.
Do pana Pickwicka.

Udaję się do pana z powodu przestępstwa winowajcy nazwiskiem Winkle, który śmiechem sprawia zamieszanie w klubie i czasami nie chce pisać swych utworów na tym pięknym papierze mam nadzieję że mu pan wybaczysz nieudolność i przyślesz mu francuską bajkę bo nie może pisać z głowy mając dużo lekcji do odrabiania a mało mózgu na przyszłość postaram się skorzystać z wolnej godziny i przygotuję jakie dzieło zupełnie comme il faut to jest jak się należy. Spieszę się bo niedługo czas pójść do szkoły.

Z uszanowaniem N. Winkle.

Powyższe pismo jest pięknem i odważnem przyznaniem się do win. Gdyby nasz młody przyjaciel przykładał się do znaków pisarskich, wszystko byłoby w porządku.


SMUTNY WYPADEK.

Przeszłego piątku przestraszyło nas gwałtowne wstrząśnienie w piwnicach, a potem krzyki rozpaczy. Zbiegliśmy tam wszyscy i zastaliśmy ukochanego prezydenta leżącego na ziemi, gdyż zaplątał się i upadł, biorąc drzewo na domowy użytek. Straszny obraz przedstawił się naszym oczom, bo upadając, pan Pickwick zanurzył głowę i ramiona w beczce z wodą, wylał beczułkę szarego mydła na swą męską postać i szkaradnie podarł ubranie. Gdyśmy go uwolnili z tak niebezpiecznego położenia, okazało się, że wcale nieuszkodzony, tylko się w paru miejscach zadrasnął trochę. Miło nam dodać, że obecnie cieszy się dobrem zdrowiem.

Ed.
POWSZECHNA STRATA.

Poczuwamy się do przykrego obowiązku, by opisać nagłe i tajemnicze zniknięcie naszej kochanej przyjaciółki, pani „Śnieżna łapka“. Ta miła i ulubiona kotka była pieszczochą wielkiego koła gorących wielbicieli. Pięknością pociągała oczy, a wewnętrzne przymioty czyniły ją drogą wszystkim sercom, i dla tego całe społeczeństwo głęboko uczuło jej ubytek.
Gdy ją ostatni raz widziano, siedziała przed bramą i przyglądała się wózkowi rzeźnika; jest zatem obawa, że jaki nikczemnik, zwabiony jej wdziękami, ukradł ją podstępnie. Kilka tygodni minęło, a nie odkryto jej śladów; utraciwszy więc wszelką nadzieję, przywiążemy czarną wstążkę do jej koszyka, odstawimy jej miseczkę i opłakiwać ją będziemy jako straconą na zawsze“.

Współczujący przyjaciel przesyła co następuje:

LAMENT ZA „ŚNIEŻNĄ ŁAPKĄ“.

Zniknęła nasza pieszczotka mała,
My nad jej smutnym losem wzdychamy;
Nie będzie łapek przy piecu grzała,
Nie będzie igrać przy progu bramy.

Jej dziecię leży w naszym ogródku,
A ona znikła dziwnym sposobem,
Więc nie możemy na domiar smutku
Nad faworytki zapłakać grobem.

Już jej miauczenia nikt nie usłyszy,
Próżne posłanie, piłka bezczynna;
Jest inna kotka co łowi myszy,
Lecz nie tak zgrabna, lecz nie tak zwinna.

Chociaż jej ruchy ciche, spokojne,
Nie ma miłego wdzięku postaci;
Psom wytoczyła okropną wojnę,
I ich warczenie — drapaniem płaci.

Lecz ukochana! twoje wspomnienie
Dzielnie poskramia myszy bezprawia,
Robi co może, dobre stworzenie,
Dotąd nam jeszcze serce zakrwawia.


OGŁOSZENIA.

Panna Oranthy Bluggage, światła i rozumna prelegentka, wypowie swą sławną prelekcję o „Kobiecie i jej stanowisku“ w sali Pickwicka, w przyszłą sobotę wieczorem, po dokonaniu zwykłych formalności.


Tygodniowy meeting będzie miał miejsce w kuchni, aby młode panny uczyły się gotować. Anna Brown będzie prezydowała i publiczność jest proszona, by się tamże zgromadziła.


Towarzystwo zamiataczy będzie się ćwiczyć w swem rzemiośle w przyszły wtorek, na wyższem piętrze klubowego gmachu. Członkowie przyjdą w mundurach i zarzucą miotły na ramiona o samej dziesiątej.


Pani Elżbieta Bouncer zamierza otworzyć w przyszłym tygodniu nowy magazyn strojów dla lalek. Nadeszły już najświeższe mody paryskie i publiczność jest proszona o łaskawe zamówienia.


Nowa sztuka ukaże się w teatrze Barnville, w ciągu kilku tygodni; przejdzie ona wszystko co było dotąd widziane na amerykańskiej scenie. „Grecki niewolnik, czyli Konstantyn Mściciel“, oto tytuł tego strasznego dramatu.


PRZYMÓWKI.

Gdyby S. P. nie używał tyle mydła do rąk, nie spóźniałby się zawsze na śniadanie. A. S. jest proszony, by nie gwizdał na ulicy. T. T. proszę nie zapomnieć o ręczniczku Amelki. N. W. nie powinien grymasić o to, że nie ma przy sukni dziewięciu falbanek.

SPRAWOZDANIE TYGODNIOWE.

Małgosia — dobrze.
Ludka — źle.
Eliza — bardzo dobrze.
Amelka — średnio.


Gdy prezydent skończył czytać gazetę, która — wierzcie mi, czytelniczki — jest bona-fide kopją gazety pisanej niegdyś przez bona-fide dziewczęta, — nastąpiły grzmiące oklaski, poczem pan Snodgrass powstał:
— Panie prezydencie i wy panowie, — odezwał się z parlamentarną postawą i tonem. — Podaję wniosek za przyjęciem nowego członka, wysoce zasługującego na ten zaszczyt. Zapewniam was, że będzie szczerze wdzięczny za ten wybór, podniesie ducha naszego klubu i literacką wartość gazety, — przytem jest to gantleman miły i ugrzeczniony. Proponuję pana Teodora Laurence na honorowego członka K. P., którego przyjąć proszę.
Nagła zmiana w tonie Ludki pobudziła dziewczęta do śmiechu, ale wszystkie były jakieś nieswoje i nic nie odrzekły, podczas gdy Snodgrass napowrót zajmował swoje miejsce.
— Będziemy głosować — rzekł nareszcie prezydent. — Kto jest za przyjęciem wniosku, niech powie „tak“.
Po odnośnej odpowiedzi Snodgrassa, nastąpił nieśmiały głos Elizy, co zadziwiło wszystkich członków.
— Osoby przeciwnego zdania powiedzą „nie“.
Małgosia i Amelka była przeciwnego zdania, a pan Winkle podniósł się i powiedział z wielką elegancją:
— Nie życzymy sobie chłopców, bo oni lubią tylko żarty i wrzawę. To jest damski klub, więc chcemy, żeby cichy był i przyzwoity.
— Gotów wyśmiewać gazetę i prześladować nas, odezwał się Pickwick, szarpiąc loczek nad czołem, bo taki miał zwyczaj w każdej wątpliwości.
Snodgrass podskoczył wgórę z zapałem i rzekł:
— Daję słowo honoru, że Artur nie zrobi nic podobnego. On lubi pisać, pokieruje naszą pracą i powstrzyma nas od sentymentalności. Tak mało możemy uczynić dla niego, on zaś tak wiele robi dla nas, że sądzę, że nawet wypada zaprosić go i przyjąć dobrze, gdy przyjdzie.
Ta zręczna wzmianka sprawiła, iż Tupman zerwał się na nogi, bo widocznie zmienił zdanie.
— Tak, powinniśmy to uczynić, nawet gdybyśmy mieli powód do obawy. Ja powiadam, że może przychodzić i jego dziadek również, jeżeli zechce.
Ten energiczny wybuch Elizy zelektryzował cały klub; Ludka powstała z miejsca, żeby jej za to uścisnąć rękę.
— Głosujemy jeszcze raz! Kto sobie przypomni, że idzie o naszego Artura, ten powie „tak“ — wykrzyknął Snodgrass z uniesieniem.
— Tak! tak! tak! — zawołały trzy głosy.
— Niech was Bóg błogosławi! A teraz pozwólcie przedstawić nowego członka. — Ku niezadowoleniu reszty klubu, Ludka otworzyła drzwi od kryjówki, i ujrzano Artura, który siedział na worku ze starzyzną, czerwony i mrugający oczami od powstrzymywanego śmiechu.
— Niegodziwa Ludko, jak mogłaś to zrobić! — krzyczały dziewczęta, gdy Snodgrass trjumfalnie przyprowadził przyjaciela i zainstalował go, podawszy krzesło i bilet wejścia.
— Te łotry mają dziwnie zimną krew — odezwał się Pickwick, marszcząc się surowo, chociaż mimowoli uśmiechał się mile. Nowy członek umiał być na wysokości tej chwili, i powstawszy z ukłonem pełnym wdzięku, rzekł ujmująco:
— Panie prezydencie, i wy moje panie, — przepraszam, chciałem powiedzieć, moi panowie; pozwólcie, abym się przedstawił, jako Sam Weller, pokorny sługa klubu.
— Dobrze! dobrze! — wykrzyknęła Ludka, brzękając rękojeścią od starej szkandeli, o którą się opierała.
— Wierny towarzysz i szlachetny protektor, który mię przedstawił w tak szlachetnych słowach, nie zasługuje na naganę za dzisiejszy podstęp, albowiem moje to dzieło, on zaś uległ tylko moim silnym naleganiom — mówił Artur, wskazując ręką na Ludkę.
— Nie bierz wszystkiego na siebie, bo to był mój pomysł — przerwał Snodgrass, rozweselony tym figlem.
— Nie zwracaj pan uwagi na jego mowę, ja tu jestem winowajcą — rzekł nowy członek kłaniając się Pickwickowi; — jako Weller „klnę się jednak honorem, że już tego nigdy nie zrobię, i odtąd poświęcać się będę sprawom tego nieśmiertelnego klubu.
— Słuchajcie! słuchajcie! — wołała Ludka, uderzając w pokrywę szkandeli, jak w cymbały.
— Mów dalej! mów dalej! — dodali Winkle i Tupman, a prezydent skłonił głowę łaskawie.
— To tylko powiem, że chcąc objawić wdzięczność za doznany zaszczyt, i dla utrzymywania przyjaznych stosunków z sąsiednimi narodami, urządziłem w płocie od ogrodu biuro pocztowe, z południowej strony. Jest to piękny i obszerny budynek z kłódką u drzwi i z wszelkiemi wygodami. Niegdyś służył za klatkę zimorodkowi, lecz zatarasowałem drzwi i zrobiłem okno w dachu, więc się tam pomieści wiele rzeczy i oszczędzimy sobie dużo czasu. Możemy wkładać listy, rękopisy, książki i paczki, a ponieważ każdy naród otrzyma klucz, zdaje mi się, że będzie bardzo wygodnie. Teraz składam klucz klubowy, dziękuję za otrzymany zaszczyt i śpieszę zająć wyznaczone mi miejsce.
Nastąpiły wielkie oklaski, gdy pan Weller usiadł, złożywszy kluczyk na stole. Szkandela brzęczała gwałtownie, i porządek nieprędko został przywrócony. Długie potem wiedli rozprawy i wzajemnie budzili w sobie podziw, bo każdy starał się mówić jak najlepiej. To ożywione posiedzenie trwało do późna, i trzy wesołe głosy przerwały je wreszcie, obwołując radośnie nowego członka.
Nie pożałowano w klubie przyjęcia Samuela Wellera, bo trudno znaleść członka, który byłby bardziej poświęcony, przyzwoitszy i weselszy. Wlał on nowego ducha w meetingi i w gazetę; wymową przenikał słuchaczów do głębi i pisał artykuły patrjotyczne, klasyczne, komiczne, lub dramatyczne, nigdy się nie wdając w sentymentalne. Ludce zdawały się godne Bakona, Miltona, lub Szekspira, i korzystnie wpływały na jej dzieła, przynajmniej według jej sądu.
K. P. był wyborną instytucją i dobrze się powiódł; przez jego pocztę przeszło prawie tyle dziwacznych rzeczy, co przez prawdziwą: tragedje i krawaty, poezje i konfitury, nasiona ogrodowe i długie listy, nuty i pierniki, kalosze, zaproszenia, połajanki i cacka. Staremu gentlemanowi podobała się bardzo ta zabawka, i dla przyjemności wkładał dziwaczne przesyłki: tajemnicze listy, lub dowcipne telegramy. Jego ogrodnik, ujęty wdziękami Anny, przesłał list miłosny pod adresem Ludki. Cóż tam było śmiechu, jak wyszła na jaw jego tajemnica; nigdy bowiem nie przyszło im na myśl, że ich poczta będzie przenosić w przyszłość tak wiele miłosnych listów!



ROZDZIAŁ XI.
PRÓBY.

— Mamy dziś pierwszego czerwca; Kingsowie jadą jutro nad morze, a ja jestem wolna! Trzy miesiące wakacji! jakże ich używać będę! — wołała Małgosia, wróciwszy do domu w upalny dzień. Ludka leżała na sofie strasznie znużona, Eliza zdejmowała zakurzone buciki, Amelka zaś przyrządzała lemonjadę, żeby ochłodzić całą gromadkę.
— Jakże się cieszę, że ciotka March dziś wyjechała! — rzekła Ludka. Byłam w śmiertelnej obawie, że mię zechce wziąć z sobą. Gdyby nalegała, nie mogłabym odmówić, a tymczasem w Plumfield niewiele jest weselej, jak na cmentarzu. Jakżem rada, żem się uwolniła! Dużo było krętaniny zanim się wybrała stara jejomość, i ogarniał mię strach, ile razy do mnie przemówiła, bo skutkiem gorącej chęci wykręcenia się od tej podróży, byłam tak niezwykle usłużna i słodka, że się aż lękałam, czy jej nie będzie żal rozłączyć się ze mną. Krzątałam się póki nie usiadła wygodnie w powozie, ale i wówczas zdjęła mię jeszcze obawa, bo wychyliwszy na odjezdnem głowę, zapytała: — Ludwiko, czy nie chcesz pojechać? — Więcej już nic nie słyszałam, bom się odwróciła i jak tchórz biegłam bez tchu, aż do zakrętu drogi, tam dopiero czując się bezpieczną.
— Biedna Ludka! wpadła do domu, jakgdyby ją niedźwiedzie goniły — rzekła Eliza, głaszcząc siostrze nogi z macierzyńską czułością.
— Co będziesz robiła przez wakacje? — spytała Amelka.
— Będę długo leżeć w łóżku i próżnować — odparła Małgosia z głębi kołyszącego się fotela. — Musiałam całą zimę wcześnie wychodzić z domu i pracować dla innych, więc teraz chcę wypocząć i nabawić się dosyta.
— Hm! — rzekła Ludka — takie drzemiące życie nie przypadłoby mi do smaku. Ja będę przesiadywać z książką, na gałęzi starej jabłoni.
— Elizo, my także przerwijmy lekcje, bawmy się tylko i wypoczywajmy — odezwała się Amelka.
— I owszem, jeżeli mama pozwoli. Chciałabym się nauczyć kilku piosnek i oporządzić moją dziatwę na lato, bo strasznie obdarta i potrzebuje sukienek.
— Co mama na to powie? — spytała Małgosia, zwracając się do pani March, która szyła w tak zwanym „mamy kąciku“.
— Poświęćcie tydzień na próbę; zdaje mi się, iż w sobotę wieczorem przyznacie, że rozrywka bez pracy jest równie uciążliwa, jak praca bez rozrywki.
— O nie! będzie nam wyśmienicie, jestem pewna! — rzekła Małgosia z radością.
— Wnoszę toast wiecznych rozrywek bez mozołów! — wykrzyknęła Ludka, wstając ze szklanką w ręku, gdyż właśnie piły lemonjadę.
Po ogólnym i wesołym toaście, zaczęły próbę od wałęsania się przez cały dzień. Nazajutrz Małgosia zeszła na dół dopiero o dziesiątej godzinie; samotne śniadanie jej nie smakowało, a pokój wydał się smutny i nieporządny, bo Ludka nie napełniła wazonów kwiatami, Eliza nie starła kurzu, Amelka zaś nie poukładała rozrzuconych książek. Prócz „kącika mamy“, który wyglądał, jak zwykle, wszystko było w przykrym nieładzie; tam więc usiadła, żeby „czytać i wypoczywać“, to jest ziewać i marzyć o ładnych sukniach letnich, które chciała sobie kupić za otrzymaną pensję. Ludka spędziła ranek nad rzeką z Arturem, a popołudniu z płaczem czytała „Szeroki, szeroki świat“, siedząc wysoko na jabłoni. Eliza zaczęła wszystko wynosić ze skrytki, gdzie mieszkała jej dziatwa, ale zmęczywszy się przed dokonaniem dzieła, zostawiła swój apartament w największym nieładzie i poszła grać, rada, że nie potrzebuje zmywać talerzy. Amelka uporządkowała altankę, włożyła swą najładniejszą białą suknię, uczesała się w loki i usiadła rysować pod powojami w nadziei, że ją kto zobaczy i zapyta: „kto jest ta młoda artystka?“ Ponieważ tylko jakiś podżyły jegomość przyglądał się jej dziełu z zajęciem, poszła na przechadzkę, ale się zaziębiła na deszczu i wróciła do domu zmoknięta.
Przy herbacie udzieliły sobie doznanych wrażeń i zgodziły się na to, że dzień był rozkoszny, chociaż niezwykle długi. Małgosia, która kupiła popołudniu śliczną suknię z niebieskiego muślinu i pokrajała ją w bryty, przekonała się, że jej prać nie można, a ten zawód skwasił ją nieco. Ludka przepaliła sobie skórę na nosie, pływając po rzece i głowa ją rozbolała od zbyt długiego czytania. Elizę zmęczyło porządkowanie gabineciku i uczenie się kilku piosenek naraz. Amelka była zasmucona, że sobie zniszczyła suknię, bo nazajutrz miało być zebranie u Kasi Brown i biedna nie miała się w co ubrać. Ale to były tylko drobnostki i dziewczęta zapewniały matkę, że próba idzie doskonale. Uśmiechała się ona w milczeniu i wraz z Anną robiła za nie wszystko, chcąc, żeby dom był przyjemny i żeby maszynerja gospodarska nie ustawała. Dziwna rzecz, jak się nieznośny i niemiły stał ten czas przeznaczony zabawie i próżnowaniu. Dni były coraz dłuższe, a pogoda ciągle się zmieniała, równie jak temperamenty. Jakieś kapryśne usposobienie ogarnęło je wszystkie; szatan podsuwał ich nieczynnym rękom rozmaite figle. Magłosia, chcąc się znaleść u szczytu rozkoszy, odrzuciła szycie, ale tak jej się czas dłużył, że zaczęła krajać i psuć suknie, by mieć takie jak panna Moffat. Ludka czytała tak wiele, że oczy wypowiedziały jej służbę, książki obrzydły i przez zbytnią drażliwość, poróżniła się nawet z poczciwym Arturem. Stan jej był tak niemiły w ogólności, iż byłaby już wolała pojechać z ciotką March. Elizie było bardzo dobrze, bo zapominając ciągle, że się ma tylko bawić i wcale nie pracować, wracała chwilami do dawnych zwyczajów. Mimo to i dla niej ciężkie było powietrze i nieraz bywała tak zakłóconą wewnętrznie, że nawet szarpnęła biedną chorą Joannę i nazwała ją „straszydłem“. Amelce gorzej było jak innym, bo nie umiała sobie radzić; ile razy siostry zostawiły ją samą, wprędce jej doskonała i ważna osóbka stawała się dla siebie wielkim ciężarem. Lalek nie lubiła, czarodziejskie bajki wydawały jej się dziecinne, rysować bezustanku nie mogła. — Zebrania wieczorne i pikniki sprawiają wielką przyjemność, jak są dobrze urządzone, — myślała sobie. — Gdybym miała piękny dom i pełno miłych panienek w gościnie, lub gdybym podróżowała, przeszłoby rozkosznie; ale ponieważ siedzę w miejscu z trzema samolubnemi siostrami i z jednym wyrostkiem, musiałam stracić cierpliwość. Oto jej wrażenia po kilku dniach rozrywek, kaprysów i nudów.
Żadna nie chciała przyznać, że zmęczona próbą; ale w piątek wieczorem rade były, że się tydzień kończy. Pani March, chcąc by nauka głębsze wywarła wrażenie, postanowiła w dowcipny sposób położyć koniec tej próbie. Uwolniła na cały dzień Annę, by się dziewczętom dał we znaki system samych rozrywek.
Gdy wstały w sobotę rano, nie palił się ogień w kuchni, nie było śniadania w jadalnym pokoju, a matka nie pokazywała się wcale.
— Boże mój, co się stało? — wykrzyknęła Ludka, patrząc wokoło siebie z rozpaczą.
Małgosia pobiegła na górę i wkrótce wróciła spokojniejsza, lecz jakoś nieswoja i jakby zawstydzona.
— Mama nie jest słaba tylko bardzo zmęczona i przesiedzi cały dzień w swoim pokoju, a nam pozwala radzić sobie jak chcemy. Zdumiona jestem, bo jej się to nigdy nie zdarza, ale mówi, że ten tydzień był bardzo ciężki; więc zamiast narzekać, powinnyśmy radzić sobie.
— Cóż w tem trudnego? Ta myśl mi się podoba, bo mi już tęskno do zajęcia, — ale to będzie tylko zabawką, — dodała spiesznie Ludka.
W samej rzeczy, to małe zajęcie przyniosło im ogromną ulgę i chętnie wzięły się do dzieła, lecz przekonały się wkrótce, że „gospodarowanie wcale nie jest zabawką“ jak słusznie mówiła często Anna. W śpiżarni było dużo zapasów, więc gdy Eliza i Amelka nakryły stół, Małgosia z Ludką przyniosły śniadanie. Uczyniwszy to, dziwiły się, że służącym praca wydaje się ciężką.
— Zaniosę co mamie, chociaż powiedziała, że sama będzie o sobie pamiętać, — rzekła Małgosia, i z powagą matrony usiadła na głównem miejscu za imbrykiem.
Zanim się wzięły do jedzenia, Ludka zaniosła na górę tacę, z ukłonem od kucharki. Herbata była bardzo gorzka, bo się przegotowała; omlet się przypalił; ale pani March przyjęła wszystko z podziękowaniem i uśmiała się serdecznie po jej wyjściu.
— Biedne duszyczki, boję się, że im ciężko, ale nie będą się dłużej męczyć, i wyjdzie im to na dobre, — pomyślała, kładąc obok nieudanego śniadania smaczniejsze mięsiwa, w jakie się zaopatrzyła, a ten macierzyński podstęp bardzo im był na rękę.
Dużo było narzekań na dole, i wielkie niepowodzenia trapiły naczelną kucharkę. — Nie kłopocz się, ja zrobię obiad i będę służącą, a ty bądź panią; szanuj ręce, przyjmuj gości i wydawaj rozkazy, — rzekła Ludka, znająca się jeszcze mniej od Małgosi na kuchennych sprawach.
Ta uprzejma propozycja została chętnie przyjęta, i Małgorzata poszła do bawialnego pokoju, a chcąc go naprędce uporządkować, zmiotła śmiecie pod sofę i otworzyła okno, by sobie oszczędzić ścierania kurzu.
Ludka zaufana w swe siły, dla zakończenia sporu, natychmiast zaniosła na pocztę bilecik zapraszający Artura na obiad.
— Trzeba się było zastanowić lepiej nad tem, co podasz, zanim pomyślałaś o gościach, — rzekła Małgosia, dowiedziawszy się o tym grzecznym, lecz nierozważnym kroku.
— Jest pekeflejsz i dużo kartofli, — dodam szparagów i morskiego raka „dla smaku“, jak mówi Anna; będziemy też mieli sałatę. Nie umiem jej wprawdzie zaprawiać, ale się nauczę z książki. Jeżeli chcesz elegancji, to podam nawet blanc-manger, poziomki i kawę.
— Nie rób tyle potraw Ludko, bo tylko pierniki i konfitury potrafisz tak zrobić, że jeść można. Umywam ręce od tego obiadu, i kiedyś zaprosiła Artura, weźże na siebie odpowiedzialność i miej o nim staranie.
— O to cię tylko proszę, byś grzeczną dla niego była i żebyś mi pomogła zrobić budyń. Wszak wesprzesz mię radą, jak w czem pobłądzę, prawda? — rzekła Ludka trochę urażona.
— Dobrze; ale ja wiem to tylko, że trzeba podać chleb i niektóre jeszcze drobiazgi; spytaj się lepiej mamy o pozwolenie, zanim co przyrządzisz, — powiedziała roztropnie Małgosia.
— Ma się rozumieć, że to zrobię, przecież nie jestem szalona, — i pobiegła rozgniewana, że jej siostra nie ufa.
— Podaj, co chcesz, i daj mi pokój. Zjem obiad na mieście, bo się nie chcę trudzić domowemi sprawami, — rzekła pani March, gdy Ludwisia poszła się z nią rozmówić. Nigdy nie lubiłam gospodarstwa, i dziś będę sobie świętować, czytać, pisać, oddawać wizyty i bawić się.
Widząc, że matka zajęta zazwyczaj, leży dziś wygodnie na sofie i czyta od rana — Ludka doznała takiego wrażenia, jakgdyby miała przed sobą niezwykłe zjawisko natury; zaćmienie słońca, trzęsienie ziemi lub wybuch wulkanu możeby jej nie zdziwiły więcej.
— Jakoś wszystko dziwacznie idzie, — myślała schodząc na dół. Eliza płacze, niezawodnie stało się coś złego jej lalkom! Jeżeli Amelka będzie się uprzykrzać, to się jej zaraz pozbędę.
Źle usposobiona wbiegła Ludka do bawialnego pokoju i zastała Elizę, płaczącą nad kanarkiem Pipem, który leżał w klatce martwy, z łapkami rozpaczliwie wyciągniętemi, jakgdyby prosił o pożywienie.
— Ja sama winnam temu, zapomniałam o nim; nie miał już ani jednego ziarnka, ani kropli wody.... Ach Pipie! Pipie! jak mogłam być tak okrutną! — wołała Eliza, biorąc biedaka w ręce, żeby go wskrzesić. Ludka zajrzała w nawpół otwarte oczki, dotknęła serduszka, a widząc, że zimny i sztywny, potrząsnęła głową i ofiarowała na trumnę pudełko od domina.
— Włóż go w piec, może się rozgrzeje i ożyje, — powiedziała Amelka, nie tracąc jeszcze nadziei.
— Zagłodził się już, nie trzeba go piec, kiedy nie żyje. Zrobię mu całun, pochowam w grobie i nigdy nie będę mieć innego ptaka, nigdy mój Pipie! bom tego nie warta, — szeptała Eliza, siedząc na ziemi z ulubieńcem w rękach.
— Pogrzeb odbędzie się dziś popołudniu, i wszyscy pójdziemy. Nie płacz Elizo; szkoda go, ale się wszystko jakoś nie wiedzie w tym tygodniu, a Pipowi najgorzej dała się odczuć próba. Zrób całun i połóż go w mem pudełku, a po obiedzie urządzimy ładny pogrzeb, — rzekła Ludka zaczynając odczuwać, że za wiele rzeczy wzięła na swoją odpowiedzialność.
Zostawiając Elizę siostrom, by ją pocieszały, udała się do kuchni, gdzie panował rozpaczliwy nieład. Przypasała duży fartuch, przygotowała stos talerzy do zmycia, — wtem spostrzegła, że ogień wygasł.
— Miły początek! — mruknęła, zamykając drzwiczki od pieca i energicznie rozżarzała węgle.
Rozpaliwszy ogień, postawiła wodę i poszła na targ. Ożywiona przechadzką, przyniosła do domu zbyt młodego raka morskiego, przestarzałe szparagi i dwa garnczki kwaśnych poziomek, w przekonaniu, że wszystko jest doskonałe. Wróciwszy, zastała piec rozgrzany do czerwoności; Anna zostawiła bochenek chleba do upieczenia, a Małgosia postawiła go, żeby wyrósł, i zapomniała o tem. Właśnie gdy była zajęta przyjmowaniem Salusi Gardiner w bawialnym pokoju, drzwi otworzyły się szeroko i ukazała się postać zawalana sadzami i mąką, spocona, rozczochrana — i spytała z przerażeniem:
— Czy chleb dosyć już wyrósł, gdy wybiega z niecki?
Salusia śmiać się zaczęła, Małgosia skinęła głową i podniosła brwi jaknajwyżej, skutkiem czego zjawisko znikło, i nie zwlekając dłużej, wstawiło chleb do pieca. Pani March zeszła nadół, zajrzała tu i owdzie, co słychać, i rzuciła słowo pociechy Elizie, szyjącej całun przy ukochanym nieboszczyku, położonym uroczyście w pudełko od domina. Dziwne uczucie osamotnienia ogarnęło dziewczęta, gdy jej szary kapelusz znikł za rogiem domu, i rozpacz je ogarnęła, kiedy w kilka minut potem nadeszła na obiad panna Crocker.
Była to osoba cienka i żółta jak pająk, miała spiczasty nos i ciekawe oczy, którym nic nie uszło. Przytem z zamiłowaniem roznosiła plotki. Dziewczęta jej nie lubiły, ale miały zaleconą grzeczność z powodu jej podeszłego wieku, ubóstwa i osamotnienia. Małgosia przysunęła fotel i starała się ją zabawić, a panna Crocker sypała pytania, ganiła wszystko i opowiadała historję o swych znajomościach.
Mowa ludzka nie zdoła oddać trosk i męczarni, jakie przeszła Ludka owego ranka. Obiad jej był powodem do bezustannych żarcików. Wstydząc się już zasięgać rady, wywiązywała się sama jak mogła najlepiej ze swego zadania, lecz się okazało, że na kucharkę trzeba czegoś więcej, jak energji i dobrej woli. Szparagi gotowała całą godzinę i martwiła się, że chociaż główki są miękkie, reszta coraz twardsza. Chleb się przypalił, bo wszystko porzuciła dla przyprawienia sałaty, która się tak nie udała, że nie można jej było podać na stół. Rak przedstawił jej się jak szkarłatna tajemnica, więc póty weń stukała, póki nie wyszedł ze skorupy; wówczas chude jego członki ukryła w gaju z liści od sałaty. Kartofle były niedogotowane, bo się z nimi spieszyła, żeby nie czekały szparagi. Blanc-manger zbiło się w masę, a poziomki okazały się niedojrzałe.
— Mogą jeść pekeflejsz i chleb z masłem, jeżeli głodni, tylko żałuję, żem się daremnie przemęczyła cały ranek, — myślała Ludka, dzwoniąc na obiad o pół godziny później jak zwykle. Zgrzana, zmęczona, znękana, patrzyła na ucztę przygotowaną dla Artura, przyzwyczajonego do wykwintu, i dla panny Crocker, której ciekawe oczy spostrzegały zaraz ujemności, a gadatliwy język roznosił wszystko po świecie.
Biedna Ludka byłaby się chętnie schowała pod stół, gdy kosztowano jedną potrawę po drugiej, a żadnej nie można było jeść. Amelka chichotała, Małgosia miała zrozpaczoną minę, panna Crocker wykrzywiała wzgardliwie usta, Artur jaknajwięcej śmiał się i rozmawiał, żeby nadać wesoły ton tej śmiesznej scenie. Najwięcej liczyła Ludka na owoce, ocukrzyła je bowiem dobrze i przygotowała do nich garnuszek śmietanki. Twarz ochłonęła jej trochę, i odetchnęła z głębi piersi, gdy ładne kryształowe talerzyki obchodziły wkoło, i wszyscy mile spoglądali na różowe wysepki, pływające w morzu ze śmietanki. Panna Crocker skosztowała pierwsza, ale skrzywiła się okropnie i czemprędzej napiła się wody. Ludka, która nie chciała jeść tych poziomek z obawy, że ich zabraknie, bo znikły bardzo po obraniu z korzonków, patrzyła na Artura; jadł odważnie, chociaż wykrzywiał trochę usta i oczy spuszczał w talerz. Amelka zamiłowana w przysmakach wzięła naładowaną łyżkę, drgnęła, schowała twarz w serwetę i spiesznie wstała od stołu.
— Cóż to jest? — wykrzyknęła drżąca Ludka.
— Wzięłaś sól zamiast cukru, i śmietanka jest skwaśniała, — odparła Małgosia z tragicznym gestem.
Ludka z jękiem rzuciła się na krzesło, gdyż przypomniała sobie, że na samym końcu posypała poziomki solą, która stała na stole w kuchni, a śmietankę zapomniała wstawić w wodę. Kolory wystąpiły jej na twarz, i była już blizka łez, ale się spotkała z oczami Artura, który mimo bohaterskich wysileń miał tak śmiejące się spojrzenie, że nagle uderzyła ją komiczna strona tej sprawy, i serdecznym śmiechem pociągnęła wszystkich za sobą, nawet pannę Crocker. Nieszczęsny ten obiad skończył się zatem na chlebie z masłem i oliwkach, wśród żartów i wesołości.
— Nie mam teraz odwagi sprzątać, więc się zajmijmy pogrzebem, — rzekła Ludka, gdy wstali od stołu, a panna Crocker gotowała się do odejścia, by czemprędzej opowiadać nową historję innym znajomościom obiadowym.
Przez wzgląd na Elizę, przybrali wszyscy poważne miny; Artur wykopał w gaju grób pod paprociami, i Pip został tam złożony ze łzami i przykryty mchem przez swą panią. Wieniec z fijołków i mokrzycy umieścili na kamieniu, z napisem ułożonym przez Ludkę, podczas gdy przyrządzała obiad.

Tu leży Pip March,
Zmarły 7-go czerwca;
Kochany, srodze żałowany,
I nieprędko zapomniany.

Po skończonym obrzędzie, usunęła się Amelka do swego pokoju, podziałało na nią bowiem wzruszenie i rak morski; ale nie miała gdzie się położyć, bo łóżek nie posłano, i boleść jej bardzo zmniejszyło zbijanie poduszek. Małgosia pomagała Ludce sprzątać resztki od obiadu, co trwało do połowy popołudniu — i tak się tem zmęczyły, że zamiast kolacji chciały się ograniczyć na herbacie z grzankami. Artur zrobił ten uczynek miłosierny, że wziął Amelkę na przejażdżkę, bo skwaśniała śmietanka widocznie miała wpływ na jej temperament.
Pani March przyszedłszy po południu do domu, zastała starsze dziewczęta strasznie zapracowane, a spojrzenie rzucone na kredens objaśniło ją, jak się powiodła próba.
Zanim gosposie wypoczęły, przybyli goście; musiały się więc gorączkowo spieszyć, żeby ich przyjąć. Trzeba było potem zrobić herbatę, kupić niektóre rzeczy i uszyć kilka ściegów odkładanych do ostatniej chwili. Gdy mglisty i cichy zmrok zapadł, zeszły się jedna po drugiej w altanie, gdzie pięknie kwitły czerwcowe róże, a siadając każda westchnęła, jakgdyby ze zmęczenia lub ze smutku.
— Jakiż to był okropny dzień, — powiedziała Ludka, bo się zwykle pierwsza odzywała.
— Krótszy się zdawał jak inne, ale taki niemiły, — rzekła Małgosia.
— Zdawało się, żeśmy nie u siebie w domu, — dodała Amelka.
— Nie mogło być inaczej bez mamy i bez Pipa, — rzekła z westchnieniem Eliza, spoglądając łzawemi oczami na pustą klatkę.
— Mama już jest, moja droga, a ptaszka będziesz miała jutro, gdy zechcesz.
To mówiąc, pani March zajęła miejsce wśród nich z takim wyrazem twarzy, jakgdyby i ona nie lepiej użyła swych wakacji.
— Powiedzcie mi dziewczęta, czy macie już dosyć tej próby, czy chcecie ją przedłużyć jeszcze na tydzień? — zapytała, gdy Eliza przytuliła się, a inne zwróciły do niej pogodne twarze, jak kwiaty kierujące się za słońcem.
— Ja więcej nie chcę, — zawołała Ludwisia stanowczo.
— Ja także! — przywtórzyły tamte.
— Uważacie zatem, że lepiej mieć trochę obowiązków i żyć nieco dla innych; czy tak?
— Nie opłaci się próżnować i wałęsać się, — zauważyła Ludka potrząsając głową. — Jestem już znużona i wezmę się porządnie do wyuczenia się czego.
— Przypuśćmy, żebyś się uczyła gotować proste potrawy; to jest pożyteczna umiejętność, bez której trudno obejść się kobiecie, — rzekła pani March, śmiejąc się w duchu z obiadu Ludki. Spotkała bowiem pannę Crocker i dowiedziała się od niej szczegółów.
— Mamo, czyś ty umyślnie wyszła i porzuciła wszystko, żeby zobaczyć jak sobie poradzimy? — zawołała Małgosia, która ją o to podejrzewała cały dzień.
— Tak, chciałam was przekonać, o ile wygoda ogółu zależy od wiernego pełnienia obowiązków jednostek. Pókiśmy z Anną wszystko za was robiły, dobrze wam było, chociaż nie zdawałyście się szczęśliwe ani zadowolone. Dla nauczki chciałam wam pokazać, jakie skutki stąd wynikają, gdy każdy myśli tylko o sobie. Czy nie czujecie, że jest przyjemniej pomagać sobie nawzajem, mieć obowiązki, czyniące wypoczynek pożądanym, i starać się, żeby dom był wygodny i przyjemny dla wszystkich?
— Będziemy się starać, mamo! będziemy się starać! — wykrzyknęły dziewczęta.
— Jeżeli tak, to wam radzę dźwignąć znowu swe ładunki małe, bo chociaż niekiedy wydają się zbyt utrudzające, jednakże są pożyteczne i stają się nawet lżejsze, gdy je umiemy nosić. Praca jest zbawienną rzeczą i każdy może jej mieć dużo; powstrzymuje nas od nudów i przewinień, zbawienna jest dla zdrowia i dla umysłu, i budzi uczucie siły i niezależności, lepsze od blasku lub pieniędzy.
— Będziemy pracować jak pszczółki, i z upodobaniem, — powiedziała Ludka. Ja się nauczę gotować przez wakacje, i następny obiad już pójdzie jak z płatka.
— A ja wyręczę mamę w zrobieniu koszul dla ojca; wprawdzie nie bardzo lubię szyć, ale to będzie lepiej, niż tracić czas nad przerabianiem sukien, które i tak ujdą! — rzekła Małgosia.
— Ja się nietyle będę zajmować lalkami i fortepianem, a zato codzień odrobię lekcje. Jestem głupiutka więc powinnam uczyć się, nie bawić, — postanowiła Eliza. Amelka poszła za jej przykładem, bohatersko oznajmiając:
— Ja będę pracowała nad dziurkami od guzików i nad starannem wysławianiem się.
— Bardzo dobrze; kiedy tak, jestem zupełnie zadowolona z próby i sądzę, że się możemy na niej ograniczyć. Tylko nie wpadnijcie w drugą ostateczność i nie pracujcie jak niewolnice. Oznaczcie sobie godziny na zabawę, żeby każdy dzień był pożyteczny i przyjemny, a dobrem użytkowaniem czasu przekonajcie mię, że oceniacie jego wartość. W ten sposób młode lata spłyną wam rozkosznie, starość nie będzie wzbudzać żalu i życie wasze przedstawi piękny obraz pomyślności, mimo ubóstwa.
— Zapamiętamy to mamo! — rzekły, i tak istotnie uczyniły.



ROZDZIAŁ XII.
OBÓZ ARTURA.

Eliza utrzymywała pocztę, bo najwięcej siedząc w domu, mogła ją regularnie obsługiwać. Z wielką przyjemnością codzień otwierała biuro, by rozdawać przesyłki. Pewnego dnia w miesiącu czerwcu przyszła stamtąd z pełnemi rękami i chodziła po mieszkaniu, rozdając listy i paczki.
— Oto bukiet dla mamy; Artur nigdy o nim nie zapomina, — rzekła, kładąc kwiaty do wazonu, który w „mamy kąciku“ napełniany bywał codzień przez kochającego chłopca.
— Dla panny Małgorzaty March, list i rękawiczka, — mówiła dalej, wręczając te przedmioty siostrze, która obok matki stebnowała mankiety do koszuli.
— Ależ ja zostawiłam całą parę, a tu jest tylko jedna, — rzekła Małgosia, spoglądając na szarą bawełnianą rękawiczkę. — Czy nie upuściłaś drugiej w ogrodzie?
— Nie, jestem pewna, że tylko jedna była na poczcie.
— Nie cierpię nieparzystych rękawiczek, ale mniejsza o to, może się znajdzie druga. To nie list, tylko przekład niemieckiej piosenki, którego sobie życzyłam; zapewne dzieło pana Brooke, bo to nie Artura pismo.
Pani March spojrzała na Małgorzatę, która bardzo ładnie wyglądała w perkalikowym szlafroczku, z loczkami spadającemi na czoło, i z miną dorosłej kobiety szyła przy stoliku pełnym białych kłębków ułożonych w porządku. Nieświadoma myśli, przebiegającej po głowie pani March, śpiewała podczas gdy paluszki przemykały się; umysł jej zajmowały panieńskie marzenia, tak niewinne i świeże, jak bratki w jej ogródku. Matka uśmiechnęła się też z zadowoleniem.
— Dla doktora Ludwika dwa listy, książka i jakiś dziwaczny stary kapelusz, który zakrył całą pocztę, — rzekła Eliza, wchodząc ze śmiechem do pracowni, gdzie Ludka pisała.
— To złośliwy chłopiec! — odezwałam się kiedyś z żalem, że moda nie pozwala nosić większych kapeluszy bo sobie opalam twarz. On odrzekł wówczas: — Dlaczego uważasz na modę? Noś duży kapelusz, jeżeli ci z tem wygodniej. — Ponieważ odpowiedziałam, że nie mam takiego, więc przysłał to straszydło, żeby mię wypróbować. Ubiorę się w niego dla figla, i pokażę mu, że nie dbam o modę. — Powiesiwszy ten staroświecki kapelusz o szerokich skrzydłach na popiersiu Platona, odczytywała listy. Jeden z nich, — od matki, rozognił jej policzki i łzami napełnił oczy, brzmiał bowiem jak następuje:

„Moja droga!

Piszę słówko, żeby ci oznajmić, że z wielkiem zadowoleniem widzę, jak usiłujesz poskramiać swój temperament. Nie mówisz nic ile cię to kosztuje prób, upadków, jak cię raduje powodzenie, i myślisz, że je widzi tylko ten przyjaciel, którego codzień prosisz o pomoc, — jak wskazuje zniszczona okładka twego Przewodnika. Ja także widzę i mocno wierzę w twe szczere chęci, bo zaczynają przynosić owoce. Moja droga, postępuj dalej tą drogą cierpliwie, odważnie, i ufaj, że nikt z tobą tak tkliwie nie dzieli wszystkiego, jak kochająca cię

Matka.“

— To mi skarb! to warte więcej, jak litanje pochwał. Ach, mamo, tak się starać będę! wytrwam w próbach i nie znużę się niemi, mając twoją pomoc.

Oparłszy głowę na rękach, zrosiła Ludka romantyczną przygodę błogiemi łzami; myślała bowiem, że nikt nie widzi i nie ocenia jej usiłowań. Te słowa były podwójnie drogie i zachęcające, że się ich nie spodziewała i pochodziły od osoby, której pochwała była dla niej najmilszą. Czując większe siły do walki z wadami, schowała list za stanikiem jako tarczę i przypomnienie, gdyby się dała zaskoczyć znienacka; poczem wzięła się do otwarcia drugiego listu, przygotowaną będąc na złe i na dobre wiadomości. Oto co napisał Artur dużemi i eleganckiemi literami:

„Spodziewam się jutro panienek i chłopców znanych mi z Anglji, chciałbym więc urządzić wesołą zabawę. Jeżeli będzie ładnie, rozłożę namiot na Wielkiej łące, gdzie popłyniemy wszyscy na przekąskę i krokieta. Rozpalimy ogień, żeby się raczyć przysmakami na cygański sposób i zabawimy się doskonale. Moi goście lubią takie rzeczy i są bardzo weseli. Brooke będzie trzymał chłopców w karności, a Kasia Vaughn posłuży dziewczętom za wzór. Bardzo pragnę, żebyście się z nami także wybrały; Elizy ani myślę się wyrzec i zapewniam, że jej się nikt nie będzie narzucał. Nie obciążajcie się zapasami, bo ja sam zajmę się wszystkiem, tylko przybądźcie do

waszego na zawsze Artura.

— Wspaniała rzecz, — zawołała Ludka, biegnąc z tą wiadomością do Małgosi. — Mamo, wszakże nie masz nic przeciw tej wycieczce. Takie będziemy pomocne Arturowi! Ja umiem wiosłować, Małgosia przyrządzi podwieczorek, a dziewczynki także mogą co robić.
— Mam nadzieję, że ci Vaughnowie nie są ani zbyt wykwintni, ani zupełnie dorośli. Czy słyszałaś o nich, Ludko? — zapytała Małgosia.
— Wiem tylko, że jest ich czworo: Kasia starsza od ciebie, bliźnięta Fred i Franuś prawie w twoim wieku, i mała Gracja, podobno dziesięcioletnia. Artur znał ich za granicą i lubił tych chłopców, ale Kasię niebardzo musi wielbić, bo uważałam, że się wykrzywia mówiąc o niej.
— Jak to dobrze, że mam czystą perkalową suknię, bo taka jest najwłaściwsza, — powiedziała Małgosia z radością. — A ty, Ludko, co masz stosownego?
— Czarna w ponsowe kwiaty będzie w sam raz, bo się nie będę potrzebowała krępować i myśleć o sobie przy wiosłowaniu. Czy wybierzesz się z nami, Elizo?
— Jeżeli nie dopuścicie, żeby chłopcy mówili do mnie.
— Żaden się nie odezwie.
— Chciałabym pożyteczną być Arturowi; pana Brooke nie boję się, bo on taki dobry, — ale z innymi nie chcę się bawić, ani rozmawiać, ani śpiewać. Znajdę sobie zajęcie, żeby nikogo sobą nie zatrudniać, a ty Ludko rozciągniesz nademną opiekę; tylko pod tym warunkiem wybiorę się z wami.
— Dobra z ciebie dziewczyna, — rzekła pani March, — starasz się zwalczać nieśmiałość i kocham cię za to. Wiem z doświadczenia, że jest niełatwo pasować się z wadami, i że dobre słowo dodaje otuchy.
— Dziękuję ci, mamo! — rzekła Ludka składając na chudym policzku matki wdzięczny pocałunek, droższy jej, niż gdyby jej przywróciła różową okrągłość młodych lat.
— Otrzymałam pudełko czekolady i obrazek, który chciałam skopjować, — rzekła Amelka, pokazując paczkę z poczty.
— A do mnie napisał pan Laurence, z prośbą, żebym przyszła grać o zmroku, i pójdę, — dodała Eliza, której przyjaźń ze starym gentlemanem pięknie się rozwijała.
— Teraz trzeba się krzątać i pracować za dwa dni, żebyśmy się mogły bawić jutro swobodnie, — powiedziała Ludka, biorąc miotłę w miejsce pióra.
Gdy słońce zajrzało nazajutrz do pokoju dziewcząt z obietnicą pięknej pogody, przedstawił mu się komiczny obraz, bo każda z nich uczyniła pewne przygotowanie do zabawy. Małgosia dodała jeden szereg papilotów nad czołem; Ludka ogromnie namaściła twarz cold-creamem; Eliza wzięła z sobą Joasię do łóżka, żeby jej wynagrodzić bliskie rozłączenie; Amelka zaś przykryła sobie głowę i ścisnęła nos szczypcami, podobnemi do szpilek, jakich używają artyści do przymocowania papieru na desce — chciała bowiem w ten sposób podnieść w górę szpecący ją nos. Zdaje się, że słońce bawiło się tym śmiesznym widokiem, bo wniknęło z takim blaskiem, że się Ludka ocknęła i rozbudziła siostry, śmiejąc się serdecznie z pomysłu Amelki.
Promienie słoneczne i śmiech były dobremi wróżbami dla wycieczki, i wkrótce wesoły ruch rozpoczął się w obu domach. Eliza, która najpierw była gotowa, donosiła co się dzieje w sąsiedniej bramie, i jej telegramy przesyłane od okna uprzyjemniały siostrom czas ubierania się.
— Idzie człowiek z namiotem, — mówiła, — pani Barkes układa przekąskę w dużych koszykach, Pan Laurence przygląda się niebu i chorągiewce. Chciałabym, żeby się wybrał z nami. Teraz pokazał się Artur podobny do marynarza; jaki ładny chłopiec! Ach, mój Boże! jakiś powóz pełen gości! siedzi w nim dorosła panna, dziewczynka i dwóch dużych chłopców. Jeden z nich kaleka — biedak, bierze kule! Artur nie mówił nam tego! Spieszcie się, dziewczęta! już późno! Jakto, Ned Moffat, doprawdy! Patrz Małgosiu; czy to nie ten sam co się ukłonił, jakeśmy dziś chodziły po sprawunki?
— Tak, dziwne, że on także jest; myślałam, że pojechał w góry. Otóż i Salusia! rada jestem, że wróciła na czas. Czym się dobrze ubrała? — spytała Małgosia z pośpiechem.
— Prawdziwa z ciebie Stokrotka. Przykróć trochę suknię i pociągnij kapelusz, bo wygląda sentymentalnie, jak go zsuwasz wtył, i gotów polecieć w górę za pierwszym powiewem wiatru. Chodźcie już!
— Ludko! przecież nie włożysz tego szkaradnego kapelusza. To już zbyt niedorzeczne! Nie możesz z siebie robić straszydła, — przekonywała Małgosia, widząc, że siostra kładzie wielki staroświecki z włoskiej słomy kapelusz, zdobny w ponsowe wstążki, — który Artur przysłał dla żartu.
— Właśnie, że się w niego ubiorę! doskonały jest; taki cień daje, taki lekki i duży! Mniejsza o to, że wyglądam jak straszydło, kiedy mi będzie wygodnie. — Mówiąc te słowa, poszła Ludka naprzód, a siostry wślad za nią. Wszystkie były wesołe i ładnie wyglądały w lekkich sukniach i wielkich berżerkach.
Artur wybiegł na spotkanie i uprzejmie przedstawił im gości. Łąka służyła im za salon, i wielkie życie tam panowało przez kilka minut. Małgosia rada była, że miss Katarzyna, mając lat dwadzieścia, ubrała się jednakże tak skromnie, że amerykańskie panny mogłyby z niej brać wzór. Bardzo jej też pochlebiło zapewnienie pana Neda, że przybył tylko dla zobaczenia się z nią.
Ludka zrozumiała, czemu Artur wykrzywiał się mówiąc o Kasi, zdawało się bowiem, że woła „nie zbliżaj się do mnie!“ Odbijała też silnie od swobodnego zachowania się innych dziewcząt. Eliza przyjrzawszy się nowym chłopcom, wyrzekła, że ten kulawy wcale nie jest „okropny“, owszem miły i słaby, więc będzie dla niego uprzejma. Gracja wydała się Amelce osóbką dobrze ułożoną i wesołą; wpatrywały się w siebie pewien czas w milczeniu i nagle zawiązały wielką przyjaźń.
Namiot, przekąska i krokiet były wysłane naprzód, więc się gromadka prędko wybrała, i dwa statki odbiły razem od brzegu, a pan Laurence został nad rzeką, powiewając kapeluszem. Artur z Ludką wiosłowali na jednej łódce, pan Brooke i Ned na drugiej.
Śmieszny kapelusz Ludwisi zasłużył na wotum dziękczynne, oddał bowiem tę ogólną przysługę, że wywołując śmiech, przełamał lody zapoznawania się, sprawiał przyjemny wietrzyk, powiewając w tę i w ową stronę, gdy wiosłowała, i według jej zdania, byłby w razie deszczu doskonałym parasolem dla całego towarzystwa. Kasia z niejakiem zdumieniem przyglądała się zachowaniu Ludki, zwłaszcza gdy upuściwszy wiosło, wykrzyknęła: „Krzysztofie Kolumbie!“ lub gdy Artur zapytał: „czy skaleczyłem cię, drogi kolego?“ — udeptał ją bowiem w nogę, zajmując jej miejsce przy wiośle. Ale przyjrzawszy się parę razy przez szkło „tej osobliwej dziewczynie“ zawyrokowała, że wprawdzie jest dziwaczna, ale ją bawi, i uśmiechała się potem do niej zdaleka.
Na drugim statku siedziała Małgosia naprzeciw wioślarzy, którzy się w nią z uwielbieniem wpatrywali, bardzo zręcznie wiosłując. Pan Brooke, poważny, milczący młodzieniec, miał pięknie ciemne oczy i przyjemny głos. Małgosia lubiła jego spokojny układ i uważała go za encyklopedję pożytecznych wiadomości. Niewiele do niej mówił, ale się wpatrywał — i miała pewność, że czyni to bez wstrętu. Ned, będący w kolegjum, jak każdy nowicjusz przejął naturalnie miejscowe zwyczaje. Nie był zbyt rozumny ale poczciwy, wesoły, i urządzał wyborne pikniki. Salusię Gardiner pochłaniało czuwanie nad białą pikową suknią i gawęda z ruchliwym Fredem, którego figle wprawiały Elizę w ciągłą trwogę.
Nie daleko było do upatrzonego celu, a jednak przybywszy zastali namiot już rozpięty i wszystko w pogotowiu. Była tam ładna łąka, dęby rozłożyste w środku i kawałek ziemi przeznaczony na krokieta.
— Witam was w obozie Laurence‘a! — rzekł młody gospodarz, gdy wylądowali z okrzykami radości. Brooke będzie naczelnym dowódcą, ja generał-intendentem, reszta chłopców sztabs-oficerami, a wy moje panie, przedstawicie szeregowców. Namiot służy wyłącznie do waszego użytku; pod jednym dębem będzie salon, pod drugim jadalnia, a pod trzecim kuchnia obozowa.
— Zagrajmy partję krokieta, póki nie gorąco, a potem pomyślimy o obiedzie.
Franuś, Eliza, Amelka i Gracja usiedli, żeby się przyglądać grze; pan Brooke wybrał Małgosię, Kasię i Freda; Artur Salusię, Neda i Ludkę. Anglicy grali dobrze, ale Amerykanie jeszcze lepiej, i tak silnie bronili każdej piędzi ziemi, jakgdyby ich ożywiał duch 76-go roku. Ludka z Fredem mieli kilka małych utarczek, i nawet wyrwały im się raz ostre słowa. Ludka przekroczyła bramkę i nie uderzyła w nią, co ją mocno rozgniewało. Fred był tuż za nią, i na niego przyszła wpierw kolej; rzucił kulą w bramkę, trafił i pchnął cokolwiek na drugą stronę. Nikt nie stał w pobliżu, skorzystał więc z tego, pobiegł i ukradkiem posunął ją nogą na właściwą stronę.
— Pobiję cię teraz, panno Ludwiko, i wejdę pierwszy, — wykrzyknął wywijając młotkiem, by znowu uderzyć.
— Pchnąłeś kulę, — widziałam; teraz moja kolej, cierpko odezwała się Ludka.
— Daję słowo, żem nie pchnął. Może się trochę potoczyła, ale to dozwolone, więc proszę mi ustąpić, żebym mógł celować do słupa.
— Amerykanie nie oszukują, ale ty możesz, jeżeli ci się podoba! — rzekła Ludka gniewnie.
— Jankesy daleko więksi oszuści, każdemu to wiadome. Odejdź stąd! — odpowiedział Fred, odpychając jej kulę.
Ludka otworzyła usta, by powiedzieć coś ostrego, ale się wstrzymała w porę, zarumieniła się po czoło i stała chwilę, tłukąc z całej siły w bramkę, podczas gdy Fred uderzył w słup i z wielkim trjumfem ogłosił swą wygranę. Ludka poszła podnieść swą kulę i długo jej szukała między krzakami, ale wróciła z miną chłodną, spokojną i cierpliwie czekała swej kolei. Trzeba było kilku uderzeń, żeby odzyskać stracone miejsce, i gdy się tam dostała, druga strona była prawie wygrana, bo Kasi kula była ostatnia i leżała blisko słupa.
— Na Jerzego! wygraliśmy! — Ty, Kasiu, bądź zdrowa; panna Ludwika winna mi jedną, więc skończyłyście! — wykrzyknął Fred z podnieceniem, gdy się wszyscy przysunęli, żeby się przyjrzeć, jaki będzie obrót gry.
— Jankesy mają zwyczaj okazywać się szlachetnie względem swych nieprzyjaciół, — rzekła Ludka z takiem spojrzeniem, że się chłopiec zaczerwienił, — zwłaszcza gdy ich pobiją, — dodała, i nie dotykając kuli Kasi, wygrała zręcznem uderzeniem.
Artur podrzucił w górę kapelusz, lecz przypomniawszy sobie, że nie wypada cieszyć się niepowodzeniem gości, powstrzymał się w połowie żartu i szepnął do przyjaciółki:
— Słuszność po twojej stronie, Ludko, widziałem, że oszukiwał; wprawdzie nie można mu tego powiedzieć, ale daję ci słowo, że sobie więcej na to nie pozwoli!
Małgosia wzięła siostrę na bok pod pozorem, że przypina rozpuszczony warkocz, i rzekła mile: strasznie cię wyzywał, aleś się pokonała, co mię bardzo ucieszyło.
— Nie chwal mię, bo niewiele brakowało, żebym mu dała policzek. Byłabym z pewnością wybuchła, i stałam jak na pokrzywach, póki mi się nie udało poskromić wściekłość, a tem samem i język. Jeszcze wrę cała i chciałabym, żeby mi schodził z drogi, — odrzekła Ludka i przygryzła wargi, zapalczywie spoglądając na Freda z pod wielkiego kapelusza!
— Czas na przekąskę — odezwał się pan Brooke, patrząc na zegarek. Generał-intendencie, rozpal ogień i przynieś wody, a panna March, panna Salomea i ja, nakryjemy stół. Kto umie robić dobrą kawę?
— Ludka, — odrzekła Małgosia z zadowoleniem, że może zalecić siostrę. Pewna teraz siebie, wzięła się Ludka do imbryczka; dziewczynki poszły zbierać suche gałęzie, a chłopcy rozpalili ogień i przynieśli wody z pobliskiego źródła. Miss Katarzyna szkicowała, a Franuś rozmawiał z Elizą, która wyrabiała małe słomianki z trzciny, mające służyć za półmiski.
Naczelny wódz z pomocnikami wkrótce ustawili na stole, przykrytym obrusem, ponętne pokarmy i napoje, pięknie ozdobione w zielone liście. Ludka oznajmiła, że kawa już gotowa, i wszyscy zasiedli do wesołej uczty, bo ruch rozwija apetyt w młodzieży. Było to bardzo ożywione śniadanie; wszystko bowiem wydawało się nowe, zabawne, i częste wybuchy śmiechu wystraszały sędziwego konia, pasącego się w pobliżu. Skutkiem nierównych nóg u stołu, nieszczęśliwe wypadki przytrafiały się szklankom i talerzom; żołędzie wpadały w mleko, czarne mrówki, bynajmniej nie proszone, brały udział w chłodnikach, i maleńkie liszki spuszczały się z drzewa, żeby zobaczyć co się dzieje. Troje dzieci jasnowłosych zaglądało też przez szpary, a kłótliwy pies szczekał na nie z całej siły po drugiej stronie rzeki.
— Masz sól, jeżeli chcesz, — rzekł Artur, podając Ludce salaterkę z poziomkami.
— Dziękuję, wolę pająki, — odparła, łowiąc dwa nierozważne, które znalazły śmierć w śmietance. — Jak śmiesz przypominać mi ten okropny obiad, kiedy twój tak się udał pod każdym względem, — dodała, i śmiejąc się jedli we dwoje z jednego talerza, bo zabrakło porcelany.
— Dzisiejszy dzień jest dla mnie szczególnie miły, i jeszcze nie koniec przyjemności. Nie moja w tem zasługa, bo nic sam nie robię, tylko ty, Małgosia i Brooke umilacie czas, za co jestem nieskończenie wdzięczny. Co będziemy robić po jedzeniu? — zapytał.
— Możemy bawić się w gry, póki nie gorąco. Ja proponuję „autorów“, a miss Katarzyna pewnie umie coś nowego i zabawnego. Idź ją zapytać; gościem jest, więc powinieneś więcej przy niej siedzieć.
— Alboż ty nie jesteś gościem? Sądziłem, że się spodoba Brooke‘owi, ale on nie przestaje rozmawiać z Małgosią, a Kasia właśnie wpatruje się w nich przez te swoje śmieszne szkła. Pójdę, ale przestań prawić morały o przyzwoitości, bo się na tem nie znasz.
Miss Katarzyna istotnie umiała różne nowe gry, i ponieważ dziewczęta nie chciały już jeść, a chłopcy nie mogli, zgromadzono się w bawialnym pokoju, żeby się bawić w „klepaninę“, co się tak odbywa, że ktoś zaczyna opowiadać cokolwiek i mówi, póki mu się podoba, dopiero w jakiem znaczącem miejscu milknie nagle, a druga osoba podchwytuje słowo i prawi w dalszym ciągu. To jest bardzo zabawne, jak dobrze idzie — robi się bowiem śmieszna mieszanina rzeczy komicznych i dramatycznych.
— Panie Brooke, proszę zacząć, — rzekła Kasia z nakazującym ruchem, który zadziwił Małgosię, bo ona traktowała nauczyciela z takiem poszanowaniem, jak każdego gentlemana.
Leżąc na trawie u nóg dwóch panienek, pan Brooke posłusznie zaczął opowiadanie, wlepiając ciągle piękne ciemne oczy w połyskującą rzekę.
— Kiedyś, dawno temu, — pewien książę puścił się w świat dla zrobienia fortuny, bo nic nie miał prócz miecza i tarczy. Podróżował długo, około dwudziestu ośmiu lat, i ciężkie chwile przebywał, aż nareszcie trafił na pałac dobrego i starego króla, który obiecał nagrodę temu, kto zdoła ujeździć ulubione jego źrebię, ładne, lecz krnąbrne. Książę zgodził się na odbycie próby i zaczął jeździć zwolna lecz śmiało. Dzielny rumak wprędce pokochał swego pana, chociaż był kapryśny i dziki. Książę, dając codzienną lekcję ulubieńcowi króla, objeżdżał miasto i rozglądał się za piękną twarzą, którą widział nieraz we śnie, lecz nigdy na jawie. Pewnego dnia na jakiejś cichej ulicy, w zrujnowanym zamku, zobaczył w oknie te urocze rysy. Rozradowany, spytał kto tam mieszka, odpowiedziano, że kilka księżniczek jest uwięzionych za pomocą czarów, i cały dzień przędą, żeby zebrać pieniądze i kupić sobie wolność. Ksiażę silnie zapragnął je wyzwolić, ale będąc ubogim, mógł tylko przejeżdżać codzień, przyglądając się lubej twarzy i tęsknić za chwilą, kiedy ją zobaczy w blasku słonecznym. Nareszcie postanowił wejść do zamku i zapytać, w jaki sposób może im dopomóc. Poszedł i zapukał, — wielka brama otworzyła się na oścież i ujrzał... —
— Prześliczną damę, która wykrzyknęła za radością „Nakoniec!“ — ciągnęła dalej Kasia, oczytana we francuskich romansach i rozmiłowana w ich stylu.
— To ona! — zawołał hrabia Gustaw i padł jej do nóg w radosnem uniesieniu. — Ach, powstań! — rzekła, wyciągając rękę marmurowej białości. — Nie wstanę, póki mi nie powiesz, w jaki sposób mogę cię uwolnić, — przysięgał książę, klęcząc ciągle. — Niestety, srogi los skazał mię na to więzienie, póki mój tyran nie zostanie zgładzony ze świata. — Gdzie jest ten nikczemnik? — W błękitnej sali; idź, zacny człowieku i wyrwij mnie z rozpaczy. — Odchodzę, i wrócę zwycięski lub nieżywy. Po tych przeszywających słowach wybiegł i otwierając drzwi od błękitnej sali miał wejść, kiedy uderzył go gruby leksykon grecki, którym rzucił na niego pewien jegomość w czarnem ubraniu, — rzekł Ned. Natychmiast pan „Jak-się-nazywa“ przyszedł do siebie, wyrzucił tytana przez okno i powrócił do damy z trjumfem, lecz i z guzem na czole. Zastawszy drzwi zamknięte, podarł firanki na kawałki, zrobił z nich drabinę, spuścił się do połowy, ale drabina pękła, i padł głową w rów głęboki na sześćdziesiąt stóp. Ponieważ pływał jak kaczka, okrążył zamek i przybył nareszcie do furtki, strzeżonej przez dwóch wielkich drabów. Bił ich głowy o siebie, póki się nie rozłupały jak orzechy, potem zlekka natężywszy olbrzymie siły, wyłamał drzwi, wszedł na parę kamiennych schodów pokrytych gęstym kurzem, ropuchami tak dużemi jak pięść i pajęczyną, któraby przyprawiła pannę March i konwulsyjny strach. Na wierzchołku tych schodów uderzył go widok, który mu zatamował oddech i ściął krew.
— Była to wielka postać w bieli, z zasłoną na twarzy i z lampą w wychudłej ręce, — mówiła dalej Małgosia. Skinęła głową, przesunąwszy się przed nim cicho po korytarzu ciemnym i zimnym jak grób. Ponure postacie w zbrojach stały z jednej i z drugiej strony wśród śmiertelnej ciszy i przy płomieniach jednej lampy, a upiór ciągle się zwracał ku niemu, pokazując blask strasznych oczu przez białą zasłonę. Doszły do zasłoniętych firanką drzwi, za któremi brzmiała przyjemna muzyka; poskoczył naprzód, żeby wejść, lecz widmo pchnąwszy go wtył, groźnie potrząsało... —
— Tabakierką, — rzekła Ludka grobowym głosem, który przeraził słuchaczy. Dziękuję ci, — grzecznie powiedział książę, biorąc niuch tabaki i kichnął siedm razy tak gwałtownie, że mu głowa odpadła. Ha! ha! — roześmiał się duch, spojrzawszy przez dziurkę od klucza na księżniczkę, przędącą ciągle dla wykupienia drogiego życia. Szatan wziął swą ofiarę i włożył ją w wielką cynową skrzynię, gdzie już było jedenastu książąt upakowanych bez głów, jak sardynki. Powstali oni wszyscy i...
— Rozpoczęli taniec angielski, — przerwał Fred, gdy Ludka zatrzymała się, żeby odetchnąć, — a podczas kiedy tańczyli, zniszczony i stary zamek przemienił się na rycerza w pełnej zbroi. „Wystrzelić!“ zawołał kapitan, ujrzawszy w dali portugalskiego rozbójnika morskiego, z flagą czarną jak atrament powiewającą na maszcie: „Naprzód, i zwycięstwo!“ — krzyknął znowu kapitan, i rozpoczęła się okropna bitwa. Ma się rozumieć, że Brytańczyk pobił, bo oni zawsze biorą górę, a wziąwszy pirata do niewoli, przypłynął nagle do statku, którego pokład był napełniony nieboszczykami, bo rozkaz brzmiał tak: „idźcie na noże i na ciężką śmierć!“ — Towarzyszu, weź kawał tego powiewającego masztu, — rzekł, — i zastrasz złoczyńcę, jeżeli się nie wyspowiada prędko z grzechów! Portugalczyk przeszedł po desce, ale chytry pies zamknął się pod okrętem wojennym, pociągnął go i poszedł na dno morza, morza, morza, gdzie —
— Ach mój Boże! co ja powiem? — wykrzyknęła Salusia, gdy Fred skończył swą „klepaninę“, w której pomieszał marynarskie frazesy i fakty, wyjęte z ulubionej książki. „Poszli więc na dno, gdzie zostali przyjęci przez ładną rusałkę, ale się bardzo zmartwiła, znalazłszy skrzynię z książętami bez głów. Przejęta litością zamarynowała ich w wodzie morskiej, spodziewając się, że odkryje tyczącą się ich tajemnicę, gdyż jako kobieta była ciekawą. Nadszedł potem nurek, a rusałka powiedziała: — Dam ci tę skrzynię pereł, jeżeli ją wyniesiesz na powierzchnię morza; — chciała bowiem przywrócić do życia tych biedaków, a nie mogła sama podnieść tak wielkiego ciężaru. Nurek wydobył skrzynię z głębin i bardzo się zawiódł, bo otworzywszy, nie znalazł pereł. Zostawił ją na wielkiem, pustem polu, gdzie została znaleziona przez...
— Małą gęsiarkę, która pasła stado tłustych gęsi na polu, — rzekła Amelka, gdy Salusi przebrało się już pomysłów. Małej dziewczynce żal się ich zrobiło i zapytała pewnej staruszki, jakim sposobem mogłaby ich wskrzesić?
Twoje gęsi ci to powiedzą, — odparła stara. Zapytała je zatem z czego ma zrobić nowe głowy w miejsce utraconych, a całe stado otworzywszy dzioby, krzyknęło:
— Z kapusty! prędko dopowiedział Artur. — Dobra myśl! — odparła dziewczynka i pobiegła do ogrodu po pięknych dwanaście sztuk. Jak tylko je przyłożyła, książęta zaraz ożyli, podziękowali, poszli w drogę z radością i nigdy się nie dowiedzieli o zamianie, bo tak wiele było podobnych głów na świecie, że nie zwracali uwagi. Nasz książę wrócił szukać pięknej damy, lecz dowiedziawszy się, że wyprzędła sobie wolność i ma wyjść zamąż, bardzo się zasmucił, i siadłszy na źrebca, który go nie odstępował, podążył do zamku, żeby się przekonać o stanie rzeczy. Zajrzawszy przez płot, zobaczył królowę swych uczuć, zrywającą kwiaty w ogrodzie. Czy dasz mi pani różę? — powiedział. — Musisz wejść i sam ją wziąć; ja nie mogę pójść do ciebie, bo to byłoby nieprzyzwoicie — rzekła z miodową słodyczą. Spróbował przeskoczyć płot, który się zdawał coraz gęstszy i gęstszy; rozpacz go ogarniała, lecz cierpliwie odłamywał gałęzie jedną po drugiej, i nareszcie zrobił mały otwór, przez który zajrzał, mówiąc błagalnie: — Wpuść mię! wpuść! — lecz piękna księżniczka zdawała się nie rozumieć, bo rwała róże spokojnie, nie przeszkadzając mu w torowaniu sobie drogi. Czy się ta praca powiodła, opowie nam Franuś.
— Nie mogę, nie należę do gry; ja nigdy nie należę do gier; — powiedział Franuś, nie mający chęci wyprowadzać z tak sentymentalnego położenia tę niedorzeczną parę. Eliza schowała się za Ludkę, a Gracja usnęła.
— A więc biedny książę skazany jest na zaduszenie się w płocie, nieprawda? — zapytał pan Brooke, który patrzył ciągle na rzekę, bawiąc się dziką różą zatkniętą w dziurkę od tużurka.
— Domyślam się, że księżniczka dała mu bukiet i otworzyła furtkę po niejakim czasie — powiedział Artur, uśmiechając się do siebie, i rzucił żołędzią na swego nauczyciela.
— Jakie brednie pletliśmy! przy wprawie możnaby stworzyć coś dobrego. Czy znacie „prawdę“ — zapytała Salusia, gdy się uśmieli ze swej powieści.
— Tak mi się zdaje — rzekła Małgosia.
— Zapewne mówisz o grze?
— Co to jest? — zapytał Fred.
— Każde z was wybierze jaką liczbę, — włożycie wszyscy ręce w koszyk z numerami i po kolei będziecie je wyciągać. Komu się dostanie wybrany przez niego numer, ten będzie musiał odpowiadać prawdziwie na pytania reszty towarzystwa. To bardzo zabawne!
— Spróbujmy! — rzekła Ludka, lubiąca wszelkie nowości.
— Miss Katarzyna i pan Brooke, Małgosia, Ludka i Artur ułożyli ręce piramidalnie i ciągnęli; los padł na Artura.
— Kto są twoi bohaterowie? — spytała Ludka.
— Mój dziadek i Napoleon.
— Która dama wydaje ci się najpiękniejszą? — rzekła Salusia.
— Małgorzata.
— Którą najbardziej kochasz? — spytał Fred.
— Ma się rozumieć, że Ludkę.
— Jakie niedorzeczne pytania zadajecie, — wykrzyknęła Ludka, wzgardliwie poruszając ramionami, gdy inni śmieli się ze stanowczego tonu Artura.
— Próbujmy jeszcze; „prawda“ jest niezłą grą — rzekł Fred.
— Bardzo dobra dla ciebie — zcicha odparła Ludka.
Następnie na nią przyszła kolej.
— Jaką masz największą wadę? — spytał Fred.
— Żywy temperament.
— Czego sobie najbardziej życzysz? — rzekł Artur.
— Pary sznurowadeł, — odparła, chcąc zniweczyć cel, który odgadywała.
— To nieszczera odpowiedź, musisz wyznać czego sobie życzysz.
— Geniuszu; czy nie chciałbyś mi go dać czasem? — rzekła z figlarnym uśmiechem, widząc zawód na jego twarzy.
— Jakie cnoty najbardziej cenisz w mężczyźnie?
— Odwagę i uczciwość.
— Teraz moja kolej, — rzekł Fred, gdy nakoniec wydobył swą rękę.
— Odpłać mu się — szepnął Artur do Ludki, która skinęła głową i zapytała Freda:
— Czy oszukiwałeś w krokiecie?
— Trochę.
— Dobrze; czy historja, którą opowiadałeś, nie jest wyjęta z „Morskiego lwa“? —
— Poczęści.
— Czy nie sądzisz, aby naród angielski był doskonałym pod każdym względem? — spytała Salusia.
— Wstydby mi było nie uznawać tego!
— To prawdziwy John Bull. Miss Salomeo, na ciebie teraz kolej. Obrażę cię zapytaniem, czy nie jesteś cokolwiek zalotna? — rzekł Artur, a Ludka skinęła głową, robiąc Fredowi znak zgody.
— Niegrzeczny chłopcze! ma się rozumieć, że nie! — wykrzyknęła Salusia z minką dowodzącą, że się rzecz ma inaczej.
— Co jest najbardziej nienawistnem dla ciebie?
— Pajęczyna i budyń z ryżu.
— Co najlepiej lubisz?
— Taniec i francuskie rękawiczki.
— Zdaje mi się, że „prawda“ jest bardzo głupią grą, zabawmy się w rozsądniejszych „autorów“ dla odświeżenia umysłu — odezwała się Ludka.
Tym razem połączyli się Ned, Franuś i małe dziewczynki, a starsi na osobności rozmawiali. Miss Katarzyna wzięła się znów do rysunku, Małgosia się jej przyglądała, a pan Brooke leżał na trawie z książką, której nie czytał.
— Jak pani to pięknie robi; chciałabym umieć rysować — rzekła Małgosia głosem, w którym podziw mieszał się z żalem.
— Czemu się nie uczysz? zdaje mi się, że miałabyś smak i zdolność — uprzejmie odparła miss Krystyna.
— Nie mam czasu.
— Zapewne mama woli, żebyś się oddawała innym naukom, tak samo jak i moja, ale ją przekonałam, że mam talent. Przez jakiś czas brałam lekcje potajemnie, a potem zgodziła się z chęcią, bym dalej pracowała. Czy nie mogłabyś tak zrobić ze swoją guwernantką?
— Nie mam guwernantki.
— Zapomniałam, że w Ameryce panienki częściej pobierają naukę w zakładach szkolnych, jak u nas. Papa mówi, że tu są bardzo piękne; zapewne chodzisz do prywatnego.
— Nigdzie nie chodzę; ja sama jestem guwernantką.
— Doprawdy! — tyle tylko odrzekła miss Katarzyna, ale takim tonem, jakgdyby powiedziała: „Boże mój, jakież to straszne!“ i przybrała taki wyraz twarzy, że Małgosia zarumieniła się i pożałowała swej otwartości.
Pan Brooke podniósł oczy i rzekł:
— W Ameryce panienki tak kochają niezależność, jak ich prababki, i są wielbione i szanowane za to, że się utrzymują z własnej pracy.
— O tak, naturalnie! to bardzo ładnie i właściwie z ich strony; u nas także jest wiele poważnych i zacnych panien, które to samo robią i są poszukiwane przez domy z wyższego towarzystwa, bo jako córki gentlemanów są wykształcone i dobrze wychowane, — rzekła miss Katarzyna protekcyjnym tonem. Zraniło to dumę Małgosi, i zdawało jej się, że przyjęte przez nią obowiązki są nietylko niesmaczne, ale nawet poniżające.
— Czy podobał się pannie March niemiecki poemat? — zapytał Brooke, przerywając krótkie milczenie.
— Bardzo ładny, i wdzięczna jestem osobie, która go przetłumaczyła. — Przy tych słowach ożywiła się spuszczona twarz Małgosi.
— Czy nie umiesz czytać po niemiecku? — spytała miss Katarzyna z zadziwieniem.
— Nie bardzo dobrze; ojciec mój, który mię uczył, odjechał daleko, a sama nie mogę robić postępów, bo niema komu poprawiać wymowę.
— Spróbuj pani teraz, jest tu „Marja Stuart“ Szyllera, i nauczyciel lubiący uczyć. — Rzekłszy to, pan Brooke położył jej książkę na kolanach z zachęcającym uśmiechem.
— To jest tak trudne, że się boję próbować, — powiedziała Małgosia z wdzięcznością, ale ją onieśmielała obecność wykształconej panny.
— Przeczytam trochę, żeby ci dodać odwagi, — odezwała się miss Katarzyna i przeczytała jeden z najpiękniejszych ustępów bardzo poprawnie, ale bez duszy.
Pan Brooke nie zrobił żadnej uwagi, gdy oddała książkę Małgosi, która powiedziała naiwnie:
— Myślałam, że to poezja.
— Miejscami są wiersze; spróbuj czytać ten ustęp.
Dziwny uśmiech przeszedł po ustach pana Brooke, skoro trafił na miejsce, gdzie się Marja uskarża.
Małgosia postępując za długiem źdźbłem trawy, której używał jej nowy nauczyciel do wskazywania, czytała wolno i nieśmiało, bez wiedzy tworząc poezję z twardych słów, miękkim dźwiękiem melodyjnego głosu. Do końca stronicy szła zielona wskazówka, i Małgosia zapominając o swej słuchaczce pod wpływem uroku tej pięknej sceny, czytała jakgdyby dla siebie, nadając lekko tragiczny ton słowom nieszczęsnej królowej. Gdyby wówczas widziała ciemne oczy, umilkłaby zaraz, lecz nie spojrzała wgórę ani razu, i lekcja nie została niczem przerwana.
— Bardzo dobrze, doprawdy! — rzekł pan Brooke, gdy ucichła, nie wiedząc zupełnie o swych licznych pomyłkach, i z taką miną jakgdyby wierzyła, że istotnie „lubił uczyć“.
Miss Katarzyna przyłożyła szkło do oka i przyjrzawszy się temu obrazkowi, zamknęła album z rysunkami, łaskawie mówiąc:
— Ładny masz akcent, i z czasem czytałabyś dobrze. Radzę ci się uczyć, gdyż niemiecki język cennym jest nabytkiem dla nauczycieli, — ale muszę się obejrzeć za Gracją, bo okropnie dokazuje. — Poczem odeszła, i wzruszając ramionami rzekła w duchu: — Nie przyjechałam tu po to, żeby szapronować guwernantce, chociaż jest młoda i ładna. Jacy to dziwaczni ludzie z tych jankesów! boję się, żeby nie zepsuli Artura.
— Zapomniałam, że w Anglji odwracają się od guwernantek i nie obchodzą się tak z niemi jak u nas, — rzekła Małgosia, patrząc za odchodzącą z niechętnym wyrazem twarzy.
— Nauczyciele mają tam niemniej ciężkie życie, wiem o tem na nieszczęście. Najlepszem miejscem dla pracowników jest Ameryka, miss Małgorzato! — Mówiąc to miał twarz tak zadowoloną i pogodną, że Małgosia zawstydziła się, iż ubolewa nad swym twardym losem.
— Kiedy tak, to się cieszę, że mi tu dano żyć. Nie lubię tych obowiązków, ale mam bardzo wiele przyjemności poza niemi, więc przestanę narzekać. Chciałabym tylko uczyć „z takiem upodobaniem jak pan“.
— Sądzę, że pani miałabyś je także, gdyby Artur był twym uczniem. Z wielką przykrością utracę go na przyszły rok, — powiedział, pilnie wiercąc dziury w trawniku.
— Zapewne wstąpi do kolegjum? — zapytała ustami, oczy zaś dodały: — a co się stanie z panem?
— Tak, wielki na to czas, bo już jest prawie przygotowany, a jak tylko odejdzie, wstąpię do wojska.
— Cieszy mię to! — wykrzyknęła Małgosia.
— Według mego zdania, każdy młodzieniec powinien mieć to na celu, chociaż ciężko jest matkom i siostrom zostającym w domu, — dodała ze smutkiem.
— Ja nie mam wcale rodziny, a bardzo mało przyjaciół, którzyby dbali, czym żywy lub umarły, — rzekł Brooke z pewną goryczą. Przez roztargnienie włożył zwiędłą różę w dołek i przykrył go, jakby mały grób.
— Artur i dziadek jego bardzoby dbali, i my wszyscy zmartwilibyśmy się, gdyby się panu co złego stało, — odrzekła serdecznie.
— Dziękuję pani, to tak mile brzmi, — odezwał się Brooke wypogadzając znowu twarz; ale zanim mógł dokończyć frazesu, Ned nadjechał na starym koniu, by się popisać przed panienkami, i nie było już spokojnej chwili do rozmowy.
— Lubisz konną jazdę? — zapytała Gracja Amelki, gdy wypoczywały po ogólnych wyścigach wkoło łąki, pod przewodnictwem Neda.
— Szalenie! moja siostra Małgosia jeździła konno, jak papa był bogaty, ale teraz nie mamy koni, prócz Heleny-Drzewo, — powiedziała Amelka ze śmiechem.
— Co to za Helena-Drzewo, czy osiołek? — spytała Gracja ciekawie.
— Widzisz, Ludka przepada za końmi, ja także, ale mamy tylko stare siodło damskie, a konia ani jednego. W ogrodzie naszym jest jabłoń z niską gałęzią, więc kładę na niej siodło, przyczepiam cugle w miejscu gdzie się zagina w górę, i pędzimy gdzie się nam podoba.
— Jakie to zabawne! — rzekła ze śmiechem Gracja. — Ja mam kucyka w domu, jeżdżę prawie codzień po parku z Fredem i Kasią; to bardzo miło, bo i nasze przyjaciółki przyłączają się, — więc jest szereg dam i panów.
— Mój Boże, jakież to śliczne! mam nadzieję, że pojadę kiedy zagranicę, ale wolałbym widzieć Rzym jak szereg, — rzekła Amelka, która nie miała najmniejszego pojęcia co to jest szereg, a za nic w świecie nie chciałaby się spytać.
Franuś, siedzący tuż za dziewczynkami, słyszał ich rozmowę i odrzucił niecierpliwie kulę, widząc różne sztuczki gimnastyczne żwawych chłopaków.
Eliza, która zbierała rozrzucone kartki „autorów“, podniosła oczy i rzekła nieśmiało lecz przyjaźnie.
— Boję się czyś nie zmęczony; mogłażbym ci się czem przysłużyć?
— Porozmawiaj ze mną, jeżeliś tak dobra; nudno mi siedzieć samemu, — odpowiedział Franuś, widocznie przyzwyczajony, żeby się nim bardzo zajmowano w domu.
Gdyby prosił o łacińską orację, nie wydałoby się to trudniejszem zadaniem lękliwej Elizie, ale nie miała gdzie uciec, nie było w pobliżu Ludki, żeby się za nią schować, a biedny chłopiec patrzył tak smutno, że postanowiła spróbować odważnie.
— O czem lubisz rozmawiać? — zapytała zbierając kartki, i upuściła połowę, chcąc je związać razem.
— Przyjemnie mi słychać o pływaniu statkiem, o polowaniach, — rzekł Franuś, który się jeszcze nie nauczył stosować rozrywek do swych sił.
— Cóż tu robić, mnie to wszystko obce, — myślała Eliza, i zapominając w tym kłopocie o kalectwie chłopca, — rzekła w nadziei że go rozrusza, — nie byłam nigdy na polowaniu, ale ty musiałeś je widzieć nieraz.
— Bywało to kiedyś, ale już nigdy nie będę polował, bom się uszkodził, przeskakując przeklętą barjerę o pięciu szczeblach. Już nie istnieją dla mnie konie ani psy gończe, — rzekł z westchnieniem, a Eliza znienawidziła siebie za mimowolną nieuwagę.
— Wasze jelenie są daleko piękniejsze od naszych brzydkich bawołów, — powiedziała, szukając ratunku na łące i w ulubionej książce Ludki, napisanej dla chłopców.
Wzmianka o bawołach ożywiła rozmowę, i Eliza, chcąc rozerwać biedaka, zapomniała o sobie tak dalece, że nie widziała jak siostry cieszą się i dziwią tym niezwykłym widokiem, że rozmawia z jednym ze starszych chłopców, przeciw którym prosiła o opiekę.
— Poczciwe serce, przez litość zajmuje się nim! — powiedziała Ludka, spoglądając na nią z placu, gdzie grano w krokieta.
— Ja zawsze mówiłam, że to mała święta, — odrzekła Małgosia takim tonem, jakgdyby to nie podlegało wątpieniu.
— Dawno nie słyszałam Franusia śmiejącego się tak dużo, — powiedziała Gracja do Amelki, podczas gdy rozmawiały o lalkach i wyrabiały z żołędzi kubki do herbaty.
— Moja siostra Eliza ma dużo dowcipu jak jej przyjdzie humor, — powiedziała Amelka ucieszona jej powodzeniem.
Zaimprowizowany cyrk, lis i gęsi, oraz przyjacielska gra w krokieta, uwieńczyły popołudnie. O zachodzie słońca namiot został rozebrany, kosze upakowane, obręcze wykopane z ziemi, statki naładowane, i nasza gromadka popłynęła śpiewając na całe gardło. Ned zrobił się sentymentalnym i zaśpiewał serenadę, z tą myślącą zwrotką:

Bolesny ciężar duszę mą przygniata,
Jestem samotny wśród całego świata.

A przy tych słowach:
Dlaczegoż kiedy w sercach wrą uczuć płomienie,
Los okrutny skazuje nas na oddalenie!
Spoglądał na Małgorzatę z tak uczuciową fizjonomją, że roześmiała się wreszcie na cały głos i przerwała mu pieśń.
— Jak można być tak okrutną dla mnie? — szepnął pod zasłoną wesołego chóru — trzymałaś się cały dzień tej wykrochmalonej angielki, a teraz szydzisz ze mnie.
— Wcale nie miałam tego zamiaru, ale wyglądałeś tak zabawnie, że doprawdy nie mogłam się wstrzymać, — odparła Małgosia, pomijając pierwszą część wymówki, gdyż istotnie unikała go, pamiętając zabawę w domu państwa Moffat i rozmowę po tejże.
Ned obraził się i szukał pociechy u Salusi.
— Prawda, że niema ani odrobiny zalotności w tej pannie? — rzekł trochę gburowato.
— Ani trochę, ale milutka, — odpowiedziała broniąc przyjaciółkę, chociaż przyznawała tę wadę.
— To jeleń, który nie bodzie, — mówił dalej Ned, usiłując być dowcipnym, a tak mu się powiodło, jak się zwykle zdarza bardzo młodym ludziom.
Na tej samej łące, gdzie się zebrano z rana, rozeszło się to małe grono po serdecznem życzeniu dobrej nocy i pożegnaniu, bo rodzina Vaughan udawała się do Kanady. Gdy nasze panienki szły do domu przez ogród, miss Katarzyna goniąc je wzrokiem, rzekła nieprotekcyjnym tonem:
— Amerykańskie panny są bardzo miłe przy bliższem poznaniu, chociaż mają rażące zachowanie.
— Zupełnie się z panią zgadzam, — odezwał się pan Brooke.



ROZDZIAŁ XIII.
ZAMKI NA LODZIE.

W pewien gorący dzień czerwcowy Artur kołysał się rozkosznie w hamaku. Brała go ciekawość co robią sąsiadki, ale przez lenistwo nie poszedł się dowiedzieć. Bardzo był źle usposobiony, zmarnował bowiem dzień i byłby go chciał przeżyć na nowo. Upał czynił go ociężałym, więc niedbale odbył lekcję, wymęczył pana Brooke, rozgniewał dziadka kilkogodzinnem ćwiczeniem się na fortepianie, wystraszył służącą pomysłem, że pies się wściekł, wyłajał stajennego za urojone zaniedbanie konia, potem rzucił się w hamak, żeby rozmyślać nad głupotą całego świata — i nareszcie, wśród ciszy tego pięknego dnia, uspokoił się mimowoli. Patrząc na zielone głębie indyjskiego kasztana, zwieszającego nad nim gałęzie, marzył o różnych rzeczach, i właśnie wystawiał sobie, że przebywa ocean w podróży naokoło świata, kiedy posłyszane głosy sprowadziły go na ziemię. Wyjrzawszy przez oko od siatki, zobaczył panny March ubrane jak na dalszą wycieczkę.
— Co one zamierzają robić? — pomyślał, otwierając szeroko oczy, żeby się przyjrzeć, szczególnie bowiem wyglądały. Każda miała kapelusz z wielkiemi skrzydłami, ciemny płócienny płaszcz i w ręku kij. Małgosia niosła poduszkę, Ludka książkę, Eliza koszyczek, Amelka tekę. Przeszły spokojnie przez ogród, wymknęły się boczną furtką i zaczęły wstępować na pagórek, dzielący dom od rzeki.
— To pięknie! — pomyślał Artur, — urządzają piknik a mnie nie proszą! Statkiem popłynąć nie mogą, bo nie wzięły klucza. Może zapomniały o tem? Zaniosę go i dowiem się, co to wszystko znaczy.
Dosyć czasu upłynęło zanim znalazł kapelusz, chociaż ich miał pół tuzina; potem znowu polował na klucz, który miał u siebie w kieszeni — i dziewczęta znikły, nim przeskoczył mur i udał się w pogoń. Wybrawszy krótszą drogę do statku, czekał żeby się ukazały, a gdy żadna nie przyszła, dostał się na szczyt pagórka, by się stamtąd rozejrzeć. Gaj sosnowy zasłaniał część widoku, lecz z pośród zieleni dochodził wyraźniejszy dźwięk od słabego westchnienia sosen i sennego odzywania się świerszczów.
— To mi krajobraz! — pomyślał Artur, gdy wyglądał z pomiędzy krzaków i sięgał okiem daleko, odzyskawszy już dobry humor.
Był to rzeczywiście ładny obrazek, bo dziewczynki siedziały ukryte wśród drzew, słońce i cienie migotały nad głowami, wonny wietrzyk rozwiewał ich włosy i chłodził rozpalone policzki, a mieszkańcy lasu swobodnie oddawali się swym sprawom, nie uciekając od starych przyjaciółek. Małgosia siedziała na poduszce szyjąc pilnie białemi rączkami i wyglądała w różowej sukience pośród zieleni, jak śliczna i świeża róża. Eliza wyrabiała z szyszek różne ładne rzeczy, Amelka rysowała grupę paproci, a Ludka robiła pończochę, czytając głośno.
Zachmurzył się chłopiec spojrzawszy, czuł bowiem, że mu nie wypada pójść do nich bez zaproszenia. Wahał się jednak, bo w domu było tak pusto, a to spokojne grono, siedzące wśród drzew, bardzo nęciło jego skołataną duszę. Tak cicho stał, że wiewiórka, która zajęta swem żniwem spadła z sosny, zobaczyła go nagle i wskoczyła napowrót krzycząc tak przeraźliwie, że Amelka spojrzała wgórę, spostrzegła smutną twarz za gałęziami i ukłoniła się z uśmiechem, który mu dodał otuchy.
— Czy mogę do was przyjść? nie będę przeszkadzał? — zapytał Artur, zbliżając się powoli.
Małgosia podniosła brwi, ale Ludka zmarszczyła się groźnie i rzekła prędko:
— Naturalnie że możesz, byłybyśmy cię zaprosiły odrazu, gdyby nie obawa, że cię nie zajmie ta dziewczęca rozrywka.
— Lubię wasze rozrywki, ale odejdę, jeżeli Małgosia mię nie chce.
— Nie będziesz mi zawadzał, jeżeli także weźmiesz się do roboty, bo tutejsze przepisy nie pozwalają próżnować, — odparła z powagą lecz uprzejmie.
— Bardzom wdzięczny i będę robił co zechcecie, bylebym tylko mógł tu zostać choć na chwilę, bo na dole jest nudno jak na Saharze. Mamże szyć, czytać, szyszki zbierać, rysować, — czy robić to wszystko naraz? Włóżcie na mnie swe ładunki, wyręczę was chętnie. — Mówiąc to, usiadł z tak pokorną minką, że je rozśmieszył.
— Dokończ powieści, a ja piętę zrobię, — rzekła Ludka, podając mu książkę.
— Dobrze, — odpowiedział pokornie, i starał się czytać jak najlepiej, wywdzięczając się za tę łaskę, iż go przyjęły do „stowarzyszenia pracowitych pszczółek“. Powieść nie była długa, i gdy ją skończył, ośmielił się zadać parę pytań w nagrodę.
— Wolno mi dowiedzieć się, czy ta wysoce nauczająca i śliczna instytucja jest nową?
— Czy powiecie mu? — odezwała się Małgosia do sióstr.
— Będzie się śmiał, — przestrzegała Amelka.
— Ktoby dbał o to? — rzekła Ludka.
— Mnie się zdaje, że mu się to może podobać, — dodała Eliza.
— Naturalnie! daję wam słowo, że się nie będę śmiał. Powiedz Ludko, nie bój się.
— Skąd ci przyszło do głowy, żebym się ciebie bała! oto widzisz bawimy się w „pielgrzymki“ i nie przestawałyśmy tego całą zimę i całe lato.
— Wiem, — rzekł Artur z poważnem skinieniem głowy.
— Kto ci powiedział? — spytała Ludka.
— Duchy.
— Nie, to ja; chciałam go rozerwać jednego wieczoru, kiedy był trochę smutny, a was nie było w domu, i podobał mu się ten pomysł, więc nie łaj, Ludko, — powiedziała pokornie Eliza.
— Nie umiesz dochować tajemnicy; ale mniejsza o to, będzie teraz mniej kłopotu.
— Dopowiedz resztę, proszę cię, — rzekł Artur, gdy z niezadowoloną trochę minką zajęła się robotą.
— Alboż ci nie mówiła o nowym planie? otóż, aby nie marnować wakacji, postanowiłyśmy, żeby każda obrała sobie jaką pracę. Wakacje już prawie skończone, zadania prawie osiągnięte, a myśmy rade, że nie zeszedł nam czas na poziewaniu.
— Rozumiem — rzekł Artur i smutno zamyślił się o swojem próżniactwie.
— Mama lubi, żebyśmy przebywały jak najwięcej na świeżem powietrzu, więc przynosimy tu robotę i bawimy się doskonale. Dla figla ładujemy roboty w worki, bierzemy stare kapelusze i kije do wstępowania na pagórek — i odgrywamy role pielgrzymek, jak przed laty. Miejsce to nazywa się „Rozkoszną górą“, bo można daleko sięgać okiem i widzieć okolicę, gdzie się spodziewamy kiedyś mieszkać, — rzekła Ludka, wskazując palcem; Artur usiadł, żeby się przyjrzeć, i przez wycięte drzewa ujrzał szeroko rozlaną niebieskawą rzekę po drugiej stronie łąki, dalej zarysy wielkiego miasta i zielone góry, sięgające niebios. Słońce zachodziło, i obłoki czerwieniły się od jego jesiennych blasków, złociste i purpurowe obłoki opierały się na szczytach gór, i srebrzyste wierzchołki, wznoszące się wysoko w jaskrawem świetle, błyszczały jakby napowietrzne szczyty niebiańskiego grodu.
— Jakie to cudowne, — rzekł Artur z cicha, bo wrażliwy był na wszelkie piękno.
— Często tak bywa, i z przyjemnością przyglądamy się, bo widok nigdy się nie powtarza, a zawsze jest wspaniały, — odpowiedziała Amelka, żałując, że tego nie może wyrysować.
— Ludka mówi o tej wsi, gdzie mamy nadzieję kiedyś mieszkać, o prawdziwej wsi, z krowami, kurczętami i sianozbiorem. To byłoby miłe! alebym chciała, żeby się już stało rzeczywistością, i żebyśmy mogły tam jeździć — powiedziała Eliza z zamyśleniem.
— Jest jeszcze piękniejsze miejsce, gdzie udamy się kiedyś, jak na to zasłużymy, — odpowiedziała Małgosia słodkim głosem.
— Tak długo trzeba na to czekać, tak ciężko pracować! Jabym chciała wzlecieć zaraz, jak te jaskółki i wnijść w te wspaniałe podwoje.
— Wnijdziesz tam, Elizo, prędzej czy później, nie bój się, — powiedziała Ludka — co do mnie, wolałabym walczyć, pracować, mozolić się i czekać, a nawet nigdy się tam nie dostać.
— Miałabyś we mnie towarzysza, jeżelibyś o to dbała, bo muszę odbyć dużo podróży zanim przybłądzę do waszego niebieskiego grodu. Jeżeli się zapóźnię, to powiesz za mną dobre słowo, Elizo, czy zgoda?
Mówił to z takim wyrazem twarzy, że się zaniepokoiła jego mała przyjaciółka; lecz rzekła wesoło, patrząc spokojnem okiem na zmieniające się obłoki:
— Jak kto szczerze chce, to niezawodnie tam wnijdzie. Nie przypuszczam, żeby zamykano te podwoje lub strzeżono tych bram.
— Czyby to nie było zabawne, żeby się nasze zamki na lodzie urzeczywistniły i żebyśmy mogli w nich mieszkać? — rzekła Ludka po krótkiem milczeniu.
— Ja ich tak wiele narobiłem, że byłby trudny wybór, — powiedział Artur; leżał on nawznak i rzucał szyszki na wiewiórkę, która go zdradziła.
— Zająłbyś najulubieńszy ze wszystkich, a jakiż on jest? — spytała Małgosia.
— Jeżeli powiem, czy będziesz równie szczera?
— Dobrze, ale niech i dziewczęta opiszą swoje.
— I owszem. Mów Arturze.
— Jak się już dosyć napatrzę świata, chciałbym się osiedlić w Niemczech, słuchać dosyta muzyki i zostać sławnym artystą, żeby wszystko co żyje tłoczyło się, by mię usłyszeć. Nie zajmowałyby mię nigdy pieniądze, interesy, bawiłbym się tylko i żył wedle skłonności. Oto mój ulubiony zamek; a twój Małgosiu?
Małgorzacie widocznie zdawało się trudnem powiedzieć co ma w duszy; zasłoniła twarz gałązką paproci, jakgdyby dla odpędzenia urojonych komarów, i mówiła zwolna:
— Jabym chciała mieszkać w ładnym i wykwintnym domu, mieć smaczny stół, piękne suknie, śliczne meble, miłych gości i dużo pieniędzy. Chciałabym panować, rządzić według woli i mieć liczną służbę, żeby nigdy nic nie robić. Jakżebym tego używała! Ale nie byłabym próżniaczką, pełniłabym dobre uczynki i zniewalałabym wszystkich, żeby mię kochali.
— Czy nie chciałabyś mieć gospodarza w tym zamku na lodzie? — zapytał Artur figlarnie.
— Wszakże mówiłam, że chcę miłych gości, — powiedziała, pilnie związując trzewik, żeby nikt nie widział jej twarzy.
— Czemu nie dodajesz, że pragnęłabyś mieć znakomitego, mądrego, dobrego męża, i kilkoro anielskich dzieciaczków? wszakże twój zamek nie byłby doskonałym bez tego, — rzekła śmiało Ludwisia, która nie miała jeszcze tkliwych myśli i pogardzała romansami, z wyjątkiem drukowanych.
— Ty w swoim będziesz tylko miała konie, atrament i powieści, — odpowiedziała porywczo Małgosia.
— Bardzobym chciała mieć stajnię pełną arabskich rumaków, pokoje zawalone książkami i atrament magiczny, żeby moje dzieła były tak sławne jak muzyka Artura; ale zanim obejmę w posiadanie zamek, pragnę dokonać jakiejś rzeczy wspaniałej, bohaterskiej lub niezwykłej, któraby nie wyszła z pamięci ludzkiej, nawet po mojej śmierci. Nie wiem jeszcze co to będzie, ale jestem w ciągłem wyczekiwaniu, i chcę was wszystkich kiedyś zadziwić. Zdaje mi się, że będę pisała książki i tą drogą pozyskam bogactwo i sławę. Toby mi się podobało, i takie jest moje ulubione marzenie.
— Ja pragnę zostać spokojnie w domu z ojcem, z mamą, i służyć mej rodzinie, — rzekła Eliza słodko.
— Nie życzysz sobie nic więcej? — spytał Artur.
— Odkąd mam fortepianik, jestem zupełnie zadowolona, chciałabym tylko, żebyśmy wszyscy byli zdrowi i zawsze razem złączeni, więcej niczego nie pragnę.
— Ja mam mnóstwo życzeń, ale najmilsze, to żeby pojechać do Rzymu, robić piękne obrazy i być najlepszą artystką na całym świecie, — oto skromne życzenie Amelki.
— Ambitna z nas gromadka, nieprawda? Wszyscy prócz Elizy chcemy być bogaci, sławni i znakomici pod każdym względem. Ciekawym, czy się komu spełnią te życzenia? — powiedział Artur, gryząc trawę jak zadumane cielę.
— Mam już wparawdzie klucz od mego zamku, ale czy będę mogła otworzyć nim drzwi, o tem się przekonamy, — odezwała się dwuznacznie Ludka.
— Ja także mam klucz, ale mi go nie wolno spróbować; bodaj to kolegjum! — krzyknął Artur z niecierpliwem westchnieniem.
Amelka wskazując ołówek, rzekła; „oto mój klucz!“
— Ja nie mam żadnego, — rozpaczliwie powiedziała Małgosia.
— Owszem masz, — żywo odparł Artur.
— Jaki?
— Twarz swoją.
— Brednie; to się na nic nie zda.
— Poczekaj, — zobaczysz czy ci ona nie sprowadzi coś takiego, co warto posiadać, — odparł śmiejąc się na myśl ślicznej tajemnicy, którą posiadał, jak mu się zdawało.
Małgosia zarumieniła się za gałązką paproci, lecz nie spytała o nic i patrzyła za rzekę z tym samym wyrazem oczekiwania, jaki przybrał pan Brooke, opowiadając historję o księciu.
— Jeżeli będziemy żyli za dziesięć lat, zejdźmy się, aby się przekonać czy się komu ziściły życzenia, lub o ile się kto zbliżył do swego celu, — rzekła Ludka, mająca zawsze na pogotowiu jakiś plan.
— Boże mój! jakaż ja będę stara! dwadzieścia siedem lat! — wykrzyknęła Małgosia, która się już uważała za dorosłą, jako siedemnastoletnia panna.
— My oboje będziemy mieli po dwadzieścia sześć lat, Arturze; Eliza dwadzieścia cztery, a Amelka dwadzieścia dwa! jakie szanowne grono! — odezwała się Ludwisia.
— Spodziewam się, że do tego czasu uczynię co zaszczytnego, ale takim ociężały, że się boję, moja Ludko, czy nie przepróżnuję życia.
— Mama mówi, że ci potrzeba podniety, ale gdy ją znajdziesz, z pewnością będziesz doskonale pracował.
— Doprawdy? Na Jowisza, stanie się tak, nie inaczej, jeżeli znajdę sposobność! — wykrzyknął Artur, siadając z nagłą energją. „Powinienem być zadowolony z losu, żeby dogodzić dziadkowi, spróbuję, ale wiecie, że to przeciwne mojej naturze i będzie mnie wiele kosztować. Jego życzeniem jest, bym został indyjskim kupcem, jak on sam był, a ja wolałbym się raczej zastrzelić! Nienawidzę herbaty, jedwabi, korzeni i rozmaitych rupieci, sprowadzanych na jego starych okrętach i nie dbałbym o to czy pójdą na dno, gdybym je posiadał. Należałoby mu poprzestać na tem, że wstąpię do kolegjum, bo jeżeli mu poświęcę cztery lata, to niechże mię za to uwolni od handlu; ale się uparł, i ja tak zrobię, aż nakoniec zerwę z nim stosunki i będę żył według własnej woli; tak samo uczynił mój ojciec. Zrobiłbym to jutro, gdyby mógł kto pozostać przy staruszku.
Mówił gorączkowo i zdawał się gotów uskutecznić groźbę za najmniejszem zadrażnieniem, bardzo prędko wyrósł bowiem i pomimo pozornej ociężałości z młodzieńczą siłą pragnął uzyskać niezależność i puścić się w świat.
— Radzę ci odpłynąć na jednym z tych okrętów i nie wracać do domu, póki nie zakosztujesz życia według własnych pojęć, — rzekła Ludka, której wyobraźnia zapaliła się do tak śmiałego przedsięwzięcia, a serce przejęło się współczuciem dla tego, co nazywała „krzywdą Artura“.
— Nie masz słuszności, Ludko; nie wypada mówić w ten sposób, a Artur nie powinien słuchać złej rady. Spełnij życzenie dziadka, mój drogi chłopcze, — rzekła Małgosia macierzyńskim tonem, — dokładaj wszelkich starań w kolegjum, a jak dziadek zobaczy, że mu się chcesz przypodobać, jestem pewna, że nie będzie twardy i niesprawiedliwy. Sam powiadasz, że nie ma nikogo coby z nim mieszkał i kochał go, więc miałbyś sobie do wyrzucenia, gdybyś go opuścił bez jego woli. Nie bądź smutny, rozdrażniony, tylko pełnij obowiązki, a znajdziesz nagrodę, tak samo jak pan Brooke, którego wszyscy szanują i kochają.
— Cóż ty wiesz o nim? — zapytał Artur, który wdzięczny był za dobrą radę, lecz niechętny kazaniu, więc pragnął odwrócić rozmowę od siebie, po zwykłym wybuchu.
— Twój dziadek opowiadał mamie, że miał szczególne staranie o matce póki nie umarła, nie chciał wyjechać zagranicę jako nauczyciel do jakiegoś zamożnego domu, żeby jej nie opuścić; że wspiera dotąd staruszkę, która ją doglądała i nikomu o tem nie mówi, że jest szlachetny, cierpliwy i dobry, o ile to jest tylko w mocy człowieka.
— To prawda, — rzekł Artur serdecznie, gdy Małgosia umilkła z rozpaloną twarzą po swem poważnem dowodzeniu. — Jakie to podobne na mego dziadka, że się wszystkiego dowie, nie dając mu tego poznać, i rozgłasza jego przymioty, żeby go ludzie kochali. Brooke nie umiał sobie wytłumaczyć, dlaczego wasza matka jest tak dobrą dla niego, zaprasza go wraz ze mną i obchodzi się z nim tak przyjaźnie, jak to jest jej pięknym zwyczajem. On też widzi w niej doskonałość, codzień ją wspomina i nad wami się unosi także. Jeżeli moje marzenia urzeczywistnią się kiedy, to zobaczycie co dla niego zrobię.
— Zacznij od tego, by go nie dręczyć teraz, — rzekła cierpko Małgosia.
— Skąd wiesz, że się tego dopuszczam, moja panno?
— Odgaduję z jego twarzy, jak odchodzi do domu. Jeżeliś się dobrze zachował, ma zadowoloną minę i prędko idzie; jeżeliś go wymęczył, surową ma twarz i powolny chód, jakgdyby go brała ochota wrócić i poprawić swe dzieło.
— To mi się podoba! więc utrzymujesz rachunek moich dobrych i złych znaków na twarzy Brookeʻa, czy tak? Uważałem, że się kłania i uśmiecha przechodząc koło waszych okien, alem nie sądził, żeście sobie urządzili telegraf.
— Nie mamy żadnego, nie gniewaj się i pamiętaj nie mówić mu tego! Chciałam ci tylko dowieść, że dbam o twe postępki, i powiedziałam to w zaufaniu! — wykrzyknęła bardzo zalękniona o skutki, jakie mogłyby wyniknąć z jej niebacznych słów.
— Nigdy nie roznoszę plotek, — odparł Artur, strojąc imponującą minę, tak nazywała Ludka pewien wyraz jego twarzy, — tylko jeżeli Brooke ma być termometrem, muszę się mieć na baczności i zawsze mu nastręczać piękną pogodę.
— Proszę cię, nie obrażaj się; nie chciałam ci morałów prawić i przestrzegać cię niedorzecznie, tylko mi się zdawało, że cię Ludka zachęca do trwania w uczuciu, któregobyś żałował później. Takiś dobry dla nas, że cię mamy za brata i mówimy wszystko, co nam przejdzie przez myśl. Daruj mi, bo miałam dobre chęci. — Mówiąc te słowa, podała mu rękę przyjaźnie lecz nieśmiało.
Zawstydzony chwilowem rozdrażnieniem, schwycił Artur życzliwą rączkę i rzekł szczerze:
— To ja raczej poproszę o przebaczenie; jestem cierpki z natury, a dziś od rana byłem nieswój, ale mi się to podoba, żeś mi wytknęła winy, jak siostra. Nie uważaj na to, żem szorstki, bo się pod tą powłoką kryje wiele wdzięczności.
Chcąc okazać, że nie jest obrażony, starał się być bardzo usłużny; przecinał bawełnę dla Małgosi, deklamował wiersze dla Ludki, strząsał szyszki dla Elizy, pomagał Amelce układać paprocie, a to wszystko na dowód, że warto go przypuszczać do „Stowarzyszenia pracowitych pszczółek“. Gdy wiedli ożywioną rozmowę o domowych zwyczajach synogarlic, (jedna bowiem z tych miłych istotek przybłąkała się właśnie od strony rzeki) słaby głos dzwonka ostrzegł, że Anna postawiła herbatę, żeby „naciągnęła“, i że im czas dążyć na kolację.
— Czy mi będzie wolno tu przychodzić? — spytał Artur.
— Odpowiem ci jak małemu chłopczykowi: jeżeli będziesz grzeczny i polubisz książeczkę z abecadłem, — odrzekła Małgosia z łagodnym uśmiechem.
— Będę się starał.
— W takim razie możesz przychodzić, a ja cię wyuczę robót na drutach; wszakże szkoci to potrafią, a teraz właśnie żądane są skarpetki — dodała Ludka, potrząsając swoją, jakby wielką chorągwią wojenną. Po chwili rozstali się przy bramie.
Onego wieczoru, gdy Eliza grała panu Laurence o zmroku, Artur ukryty za firanką przysłuchiwał się małemu Dawidowi, którego muzyka pełna prostoty zawsze koiła jego kapryśne usposobienie. Stojąc tam, przyglądał się starcowi, który siedział z siwą głową wspartą na ręku, tkliwie zamyślony o ukochanej, nieżyjącej już wnuczce. Przypomniawszy sobie popołudniową rozmowę, Artur postanowił poświęcić się ochoczo i rzekł w duchu: — Wyrzeknę się mego zamku na lodzie i zostanę z tym drogim starcem, któremu potrzebny jestem, bo prócz mnie nikogo nie ma na całym świecie.



ROZDZIAŁ XIV.
TAJEMNICE

Ludka wiele pracowała na poddaszu, październikowe dni zaczynały bowiem być chłodne, a popołudnia krótkie. Przez dwie lub trzy godziny palące promienie słońca zaglądały do wysokiego okna, ukazując ją piszącą gorliwie na starej sofie. Przed nią leżały papiery rozrzucone na kufrze, a ukochany szczur przechadzał się po górnych belkach wraz z najstarszym synem, pięknym młodzieńcem, widocznie dumnym ze swych wąsów. Ludwisia, zupełnie oddana swej pracy, skończyła nareszcie ostatnią stronicę, podpisała z zakrętem nazwisko i rzuciła pióro, wołając:
— Ukończyłam najlepsze me dzieło! jeżeli publiczność w niem nie zasmakuje, to będzie musiała długo czekać, żebym się zdobyła na udatniejsze.
Leżąc na sofie, pilnie czytała rękopis, wykreślała to i owo i dodawała mnóstwo wykrzykników, wyglądających jak baloniki. Potem związała arkusze czerwoną wstążeczką i patrzyła na nie chwilę surowem, zamyślonem okiem, co jasno dowodziło, jaką ważność przywiązuje do swego dzieła. Za biurko służyła jej stara skrzynka; w niej trzymała papiery i kilka książek starannie schowanych przed szczurem, który będąc również literackiego usposobienia, lubił robić ruchomą księgarnię z napotykanych tomów i zjadać kartki. Z tej to skrzynki Ludka wydobyła drugi rękopis, i włożywszy oba do kieszeni, zeszła cicho ze schodów, pozwalając swym przyjaciołom, by jej pogryźli pióra i skosztowali atramentu.
Ubrała się w kapelusz i kaftanik, jak mogła najciszej, i przez tylne okno wymknęła się na dach niskiego portyku; następnie zsunęła się po odarnionej pochyłości i poszła krętą ścieżką ku drodze. Tam ochłonęła, wsiadła w omnibus i pojechała do miasta z miną bardzo wesołą i tajemniczą.
Gdyby jej się kto przyglądał, wydałaby mu się bardzo dziwaczną; wysiadłszy, szła wielkim krokiem, póki nie znalazła pewnego numeru na pewnej ruchliwej ulicy. Potem z niejaką trudnością weszła w korytarz, spojrzała na brudne schody, i postawszy chwilkę, — nagle wyskoczyła znów na ulicę i uciekała równie prędko jak przyszła. Powtarzało się to kilka razy, ku wielkiej uciesze czarnookiego młodzieńca, który się przyglądał z przeciwległego okna. Za trzecim powrotem zapanowała nad sobą, nasunęła na oczy kapelusz i weszła na schody z taką miną, jakgdyby jej miano wyrwać wszystkie zęby.
Przy wejściu, pomiędzy innemi znakami, był napis dentysty, i ów młody gentleman, popatrzywszy chwilę na parę sztucznych szczęk, które się zwolna otwierały i zamykały, żeby ściągnąć uwagę na szereg pięknych zębów, ubrał się w płaszcz, wziął kapelusz, zeszedł na dół i stanął naprzeciwko w korytarzu, myśląc sobie z uśmiechem, chociaż go dreszcz przechodził.
— Jakże to na nią podobne, że przyjechała tu sama! ale jeżeli się ból da we znaki, to będzie potrzebowała kogo, coby ją odwiózł do domu.
W dziesięć minut, Ludka zbiegła ze schodów bardzo zaczerwieniona i widoczne było, że przeszła jakąś ciężką próbę. Zobaczywszy młodego gentlemana, wcale się nie ucieszyła i minęła go z ukłonem; ale on przystąpił, pytając ze współczuciem:
— Czy to była wielka przykrość?
— Nie bardzo.
— Prędko się załatwiłaś.
— Dzięki Bogu.
— Czemuś przyjechała sama?
— Nie chciałam, żeby kto wiedział.
— Dziwne z ciebie stworzenie! Ilu się pozbyłaś?
Ludka spojrzała na przyjaciela, jakgdyby nie rozumiejąc go; lecz po chwili parsknęła śmiechem.
— Chciałam się pozbyć dwóch, ale muszę zaczekać jeszcze tydzień.
— Czego się śmiejesz? Spłatałaś jakiegoś figla, Ludwisiu! — rzekł zaciekawiony.
— To prędzej ty, mój panie. Cóżeś tam robił w bilardowej sali?
— Przepraszam panią, to nie bilardowa sala, tylko gimnazjum, i brałem lekcję fechtunku.
— Cieszy mię to.
— Dlaczego?
— Bo mię nauczysz tej sztuki, a potem będziemy mogli grywać Hamleta. Ty będziesz Laertesem, i pięknie przedstawimy scenę z bronią.
Artur wybuchnął tak serdecznym i młodym śmiechem, że kilku przechodniów uśmiechnęło się mimowoli.
— Nauczę cię w każdym razie, czy będziemy grać Hamleta lub nie, bo to bardzo zabawne i znakomicie wzmacnia siły; ale nie sądzę, żebyś z tej tylko przyczyny powiedziała w tak stanowczy sposób: „cieszy mię to“; przyznaj prawdę, czy nie miałaś innej?
— Ucieszyłam się, żeś nie był na bilardzie, bo się spodziewałam, że nie chodzisz w takie miejsca. Czy chodzisz?
— Nie często.
— Chciałabym, żebyś wcale nie chodził.
— Niema w tem złego, Ludko. Mam przecież bilardy w domu; ale to bawi wtenczas tylko, gdy się ma dobrych graczy. Ponieważ lubię grać, przychodzę czasem na partję z Nedem Moffatem lub z inną młodzieżą.
— Ach, mój drogi, tak mi przykro, bo zaczniesz to coraz bardziej lubić, będziesz tracił czas i pieniądze, i taki się zrobisz jak ci szkaradni chłopcy. Miałam nadzieję, że cię będą mogły szanować i kochać osoby, które blisko obchodzisz, — rzekła, potrząsając głową.
— Alboż młody chłopiec nie może czasem używać trochę niewinnej rozrywki bez utraty szacunku? — zapytał Artur z urażoną miną.
— Zależy od tego, w jaki sposób i w jakiem miejscu jej używa. Nie lubię Neda i jego towarzyszy i chciałabym, żebyś się od nich usunął. Mama nie życzy sobie, żeby u nas bywał, chociaż on tego pragnie, więc jeżeli się wykierujesz tak samo, to nam nie pozwoli bawić się z tobą.
— Nie pozwoli? — spytał się Artur niespokojnie.
— Z pewnością; mama nie znosi modnych paniczów, i zamknie nas raczej w pudełkach nim przystanie, byśmy się z nimi zadawały.
— Nie potrzebuje wydobywać tych pudełek, bo nie jestem modnym światowcem, i nie myślę nim zostać; ale czasem lubię pohulać nieszkodliwie.
— Ja także; niema w tem nic złego, hulaj sobie, ale nie zdziczej, — dobrze? bo inaczej będzie koniec naszym zabawom. Bądź naturalnym, uczciwym, zacnym chłopcem, to cię nigdy nie odstąpimy. Nie wiem coby się ze mną stało, gdybyś tak postępował jak syn pana Ringa. Miał dużo pieniędzy, a nie umiał ich używać; pił, grał, — a nareszcie uciekł, podobno sfałszował nazwisko ojca i shańbił się zupełnie.
— Czy myślisz, że byłbym zdolnym do takich rzeczy? Bardzom obowiązany.
— Ach mój drogi! nie myślę tego, ale słyszę od ludzi, że pieniądze są taką pokusą! Czasem chciałabym, żebyś był ubogi, bo wówczas nie troszczyłabym się.
— Troszczysz się o mnie, Ludko?
— Trochę, — gdy cię widzę smutnym lub niezadowolonym, jak to bywa czasami, bo z taką siłą chwytasz się złego, że mam obawę, iż byłoby cię trudno powstrzymać.
Artur szedł w milczeniu przez kilka minut, ona zaś spoglądała na niego, żałując, że nie poskromiła języka, bo oczy miał gniewne, chociaż usta uśmiechały się jeszcze jakgdyby z jej przestróg.
— Czy przez całą drogę do domu będziesz prawić morały? — zapytał nagle.
— Ma się rozumieć że nie; czemu?
— Jeżeli masz ten zamiar, to wsiądę do omnibusu, a jeżeli nie, — chętnie pójdę z tobą i powiem ci bardzo zajmującą rzecz.
— Nie będę prawić kazania, i ogromnie ciekawam nowiny.
— Bardzo dobrze, idźmyż. Jest to tajemnica, i jeżeli ci ją powiem, musisz mi także udzielić swojej.
— Nie mam żadnej, — odezwała się, lecz nagle umilkła, przypomniawszy sobie jedną.
— Owszem, masz. Nie możesz jej ukryć, więc wyznaj, bo inaczej nic nie powiem.
— Czy twoja tajemnica jest przyjemna?
— Ale jak! dotyczy osób, które znasz, i taka zabawna! powinnaś wiedzieć o niej, i oddawna pragnąłem odkryć ją przed tobą. Zacznij-że.
— Nie powiesz w domu?
— Ani słowa.
— I nie będziesz mię dręczył potajemnie?
— Nigdy cię nie dręczę.
— Owszem; wydobywasz wszystko co chcesz. Nie wiem jakie masz sposoby, ale doskonały z ciebie zwodziciel.
— Dziękuję! Wystrzel-że już raz.
— A więc zostawiłam dwie powieści u redaktora gazety, i obiecał mi odpowiedź w przyszłym tygodniu, — szepnęła do ucha swemu powiernikowi.
— Niech żyje panna March! słynna amerykańska autorka! — wykrzyknął Artur, to podrzucając to chwytając kapelusz, ku wielkiej uciesze dwóch psów, czterech kotów, pięciu kur i pół tuzina małych Irlandczyków — byli bowiem za miastem.
— Ucisz się; powiadam ci, że z tego nic nie będzie; ale nie miałam pokoju, póki nie spróbowałam, i umyślnie milczałam, żeby nikt nie doznał zawodu.
— Ależ to nie chybi! Wszakże twoje powieści są szekspirowskie w porównaniu z ramotami drukowanemi codziennie. Jak to będzie miło widzieć tę książkę, i jacy będziemy dumni z autorki!
Ludce oczy błyszczały z radości, że ktoś w nią wierzy; zresztą pochwała przyjaciela zawsze milsza od tuzina gazeciarskich pufów.
— Teraz kolej na twoją tajemnicę; dotrzymaj zobowiązania, Arturze, bo inaczej nigdy ci wierzyć nie będę, — rzekła, usiłując stłumić świetne nadzieje, rozbudzone jego słowem zachęty.
— Mogę narobić sobie kłopotu; ale nie przyrzekałem milczenia, więc powiem, bo dopóty nie mam spokoju, póki się z tobą nie podzielę wszystkiem, co dochodzi moich uszu. Otóż — wiem gdzie jest rękawiczka Małgosi!
— Nic więcej? — odezwała się Ludka z zawiedzioną miną.
Artur skinął głową i mrugnął tajemniczo, mówiąc:
— To wystarczy jak na teraz, sama przyznasz jak ci powiem, gdzie się znajduje.
— Powiedz że.
Artur pochylił się i szepnął jej trzy słowa do ucha, co wywołało komiczną zmianę. Przez chwilę patrzyła na niego zdziwiona i nierada, potem przyskoczyła, pytając ostro:
— Skąd wiesz o tem?
— Widziałem.
— Gdzie?
— W kieszeni.
— Cały ten czas?
— Tak; czy to nie romantyczne?
— Raczej szkaradne.
— Nie lubiłabyś tego?
— Ma się rozumieć, to śmieszne. Nie pozwoliłabym nigdy; ale zobaczymy jak się znajdzie Małgosia.
— Nie powiesz nikomu? pamiętaj.
— Nie obiecywałam wcale.
— To się miało rozumieć, zaufałem ci.
— Nie chciałabym powiedzieć nikomu, za nic w świecie; ale jestem zrażona i żałuję, żem się dowiedziała.
— Myślałem, że ci sprawię przyjemność.
— Tem, że ktoś przyjdzie zabrać Małgosię? Dziękuję ci.
— Wolałabyś, żeby przyszedł po ciebie?
— Chciałabym widzieć, żeby kto spróbował! — wykrzyknęła gniewnie.
— Ja także, — powiedział Artur i parsknął śmiechem na tę myśl.
— Widać, że mi tajemnice nie przypadają do smaku; jestem do niczego odkąd mi to powiedziałeś, — rzekła niewdzięczna.
— Zbiegnij z pagórka na wyścigi ze mną, to przyjdziesz zupełnie do siebie.
Nikogo nie było widać, gładka droga rozwijała się zachęcająco przed nią, pokusa była nie do zwalczenia, więc się puściła w bieg, i wkrótce zgubiła kapelusz, grzebień i szpilki od włosów. Artur pierwszy dotarł do celu i zupełnie był zadowolony ze swego lekarstwa, bo Ludka nadbiegła zdyszana, roztargana, z wesołym wzrokiem, czerwoną twarzą i bez śladu rozdrażnienia.
— Żałuję, że nie jestem koniem, bo przebiegałabym całe mile w tem rozkosznem powietrzu, nie tracąc oddechu. Doskonale mi teraz, ale patrz co się ze mną zrobiło! Idź, cherubinku, i pozbieraj moje rzeczy, — rzekła Ludka, padając pod klonem, zaścielającym stoki wzgórza czerwonym liściem.
Artur chętnie poszedł po zgubione rzeczy, ona zaś plotła warkocze, pewna, że nikt nie przejdzie póki sobie nie uporządkuje głowy. Tymczasem przeszła pewna osoba, a była to Małgosia, wyglądająca zupełnie na dorosłą pannę w swej poważnej świątecznej sukni, wracała bowiem z odwiedzin.
— Co ty tu robisz? — zapytała, patrząc na roztargnioną głowę siostry, z zadziwieniem właściwem pannie dobrzej wychowanej.
— Zbieram liście, — pokornie odpowiedziała Ludka, układając różową wiązkę, którą podjęła z ziemi.
— I szpilki do włosów, — dodał Artur rzucając ich pół tuzina na kolana Ludce. — One to rosną na drodze, Małgosiu, niemniej jak grzebienie i kapelusze z ciemnej słomy.
— Pewno biegałaś! jakżeś mogła? kiedyż ty przestaniesz dokazywać? — rzekła Małgosia z naganą w głosie, poprawiając sobie mankietki i gładząc włosy, z którymi wiatr ośmielił się igrać.
— Jak zesztywnieję, zestarzeję się i chodzić będę o kiju. Nie próbuj zrobić ze mnie przed czasem dorosłej panny. Dosyć złego, żeś się sama tak nagle zmieniła, a mnie dozwól zostać jak najdłużej dziewczynką.
Mówiąc to, wzięła się Ludka do swej roboty, żeby ukryć drganie ust, czuła bowiem w ostatnich czasach, że Małgosia wyrasta na kobietę, — a tajemnica Artura groziła rozstaniem, które wprawdzie musiało nastąpić prędzej lub później, lecz wówczas zdawało się bardzo bliskie. Zobaczywszy zmieszanie na jej twarzy, Artur odwrócił uwagę Małgosi, pytając żywo.
— Gdzieżeś chodziła tak wystrojona?
— Do Gardinerów; Salusia opowiadała mi o weselu Belli Moffat; odbyło się bardzo wspaniale, i pojechali na całą zimę do Paryża. Cóż to za rozkosz być musi!
— Zazdrościsz jej, Małgosiu? — zapytał Artur.
— Podobno.
— Cieszę się, — mruknęła Ludka, szarpiąc kapelusz, który zawiązywała.
— Dlaczego? — spytała z zadziwieniem Małgosia.
— Jeżeli tak bardzo dbasz o bogactwo, to nie pójdziesz za ubogiego, — odrzekła Ludka mrugając na Artura, który znakami ją ostrzegał, żeby ostrożną była w słowach.
— Za nikogo nie pójdę, — powiedziała Małgosia, odchodząc z wielką godnością; tamci dwoje szli za nią, śmiali się, szeptali, ciskali kamieniami, zupełnie „jak małe dzieci“, przynajmniej tak myślała Małgosia. Chociaż ją coś ciągnęło do nich, nie mogła jednak ulec pokusie, mając na sobie najładniejszą suknię.
Przez parę tygodnie zachowanie Ludki było tak szczególne, że siostry nie mogły się wydziwić. Biegła żywo do drzwi, ile razy listonosz zadzwonił; szorstko odzywała się do pana Brooke; przyglądała się Małgosi z rozżaloną twarzą; czasem przyskakiwała, żeby ją szarpnąć, to znów całowała jakoś tajemniczo. Z Arturem dawali sobie znaki, zamieniali niezrozumiałe słowa, aż nareszcie zawyrokowały dziewczęta, że oboje stracili rozum. Drugiej soboty, po owym dniu, kiedy Ludka wyszła oknem, Małgosia siedząc nad szyciem zgorszyła się, że Artur gonił Ludkę po całym ogrodzie i wreszcie schwytał ją w altanie Amelki. Co się tam działo, nie mogła widzieć, ale dochodziły ją wybuchy śmiechu, potem szmer głosów i szeleszczenie gazetami.
— Co tu począć z tą dziewczyną? ona się nigdy nie zechce zachować, jak przystoi panience, — rzekła Małgosia z westchnieniem, przyglądając się wyścigom z niezadowoloną twarzą.
— Cieszy mię ta nadzieja, że się nie zmieni, bo taka wesoła i miła! — powiedziała Eliza nie zdradzając przykrości, iż Ludka ma tajemnice z kimśkolwiek prócz niej.
— To bardzo nieprzyjemne, ale jej nigdy nie uczynimy comme il faut, — dodała Amelka, zajęta szyciem nowych fryzek i uczesana w pięknie upięte warkocze, a z tych dwóch powodów uważała się za bardzo elegancką i dorosłą osobę.
W kilka minut wpadła Ludka i położyła się na sofie udając, że czyta.
— Czy masz coś zajmującego? — spytała Małgosia łaskawie.
— Tylko powieść; zdaje mi się, że będzie nieszczególna, — odparła, pilnie ukrywając gazety.
— Czytaj głośno, to my się zabawimy, a ty się powstrzymasz od figlów, — rzekła Amelka tonem dorosłej panny.
— Jaki tytuł? — spytała Eliza mocno zaciekawiona, czemu Ludka chowa twarz za gazetę.
— Współzawodnictwo malarzy.
— To dobrze brzmi, czytaj, — powiedziała Małgosia.
Ludka odchrząknęła głośno i zaczęła czytać z wielkim pośpiechem. Dziewczęta słuchały ciekawie tej romantycznej i nieco patetycznej powieści, bo większa część osób umarła przy końcu.
— Podobają mi się tu świetne obrazy, — pochlebnie odezwała się Amelka, gdy siostra ucichła na chwilę.
— Ja wolę miłosną stronę. Viola i Angelo są twoje ulubione imiona, czy to nie dziwne? — rzekła Małgosia obcierając oczy, bo „miłosna strona“ była tragiczną.
— Kto to napisał? — spytała Eliza, która spostrzegła nagły błysk w oczach Ludki.
Czytelniczka szybko wstała, odrzuciła gazetę, ukazując zarumienioną twarz i z zabawną mieszaniną uroczystej powagi i zgorączkowania rzekła donośnym głosem:
— Wasza siostra!
— Ty! — wykrzyknęła Małgosia, upuszczając robotę.
— To coś bardzo dobrego, — powiedziała Amelka tonem krytyka.
— Ja odgadłam! odgadłam!! ach, moja Ludko, takam dumna! — zawołała Eliza, biegnąc uściskać siostrę i powinszować jej świetnego powodzenia.
Boże mój jakież były uradowane. Małgosia nie chciała wierzyć, póki nie zobaczyła słów „miss Ludwika March“ wydrukowanych rzeczywiście w gazecie. Amelka łaskawie rozbierała artystyczne ustępy i częstowała uwagami względem dalszego ciągu, które na nieszczęście nie mogły być spożytkowane, z powodu iż bohaterowie poumierali. Eliza skakała i śpiewała z radości. Anna wydawała okrzyki z wielkiego zadziwienia, że to „Ludka zrobiła“. Pani March przejęta była dumą. Ludka śmiała się ze łzami w oczach, mówiąc, że wyjdzie na zarozumiałego pawia, — a gazeta przechodziła z rąk do rąk.
— Powiedzże nam co o tem! kiedy ci przysłano? Co też ojciec powie? To się Artur uśmieje! — wołały wszystkie razem cisnąc się wkoło Ludki, bo dla tych szalonych, kochających istot każda domowa uciecha stawała się uroczystością.
— Przestańcie szczebiotać, dziewczęta, to wam opowiem wszystko, — rzekła Ludwisia, pytając siebie w duchu czy panna Burney czuła się wyższą po swej „Ewelinie“, jak ona po „Współzawodnictwie malarzy“. Opowiedziawszy, jak się rozporządziła powieściami, dodała: „skoro poszłam po odpowiedź, pan redaktor objawił mi, że obie są dobre, ale że nie płaci początkującym osobom, tylko pozwala, by drukując w jego piśmie obznajmiały publiczność ze swymi utworami“. — To korzystna praktyka, — rzekł, a gdy początkująca osoba nabierze wprawy, wówczas jej się zaczyna płacić. Zostawiłam więc obie prace i dziś mi tę jedną przysłano; Artur zastał mię z nią w ręku i uparł się, żeby mu ją pokazać. Bardzo ją chwalił, zachęcał mię do dalszego pisania, i obiecał postarać się, żeby za następną zapłacono. Ach takam szczęśliwa, bo z czasem będę mogła utrzymywać siebie i dopomagać dziewczętom.
Tu zabrakło Ludce tchu, i chowając głowę w gazetę, zrosiła szczeremi łzami to krótkie opowiadanie, gdyż najdroższem życzeniem jej serca była niezależność i uznanie ukochanych osób, — a ta chwila wydawała jej się pierwszym krokiem ku wymarzonemu celowi.



ROZDZIAŁ XV.
TELEGRAM.

— Najmniej przyjemnym miesiącem w roku jest listopad, — rzekła Małgosia, stojąc raz popołudniu w ponury dzień przy oknie, skąd się przypatrywała ogrodowi, pokrytemu szronem.
— Dlatego ja się w nim urodziłam, — powiedziała Ludka z zadumą, nie wiedząc, że ma kleks na nosie.
— Gdyby się zdarzyło teraz coś przyjemnego, toby się nam ten miesiąc wydał rozkosznym, — odezwała się Eliza, gdyż z dobrej strony brała wszystko, nawet listopad.
— Zapewne, ale u nas nie zdarza się nic przyjemnego, — powiedziała Małgosia, będąca w złem usposobieniu, „pracujemy ciężko bez żadnej odmiany ani rozrywki, zupełnie jak we młynie“.
— A toś kwaśna! — wykrzyknęła Ludka. — Nie bardzo mię to dziwi, biedaczko, bo widzisz, że inne dziewczęta doskonale się bawią, a ty się męczysz rok po roku. Ach, czemuż nie mogę urządzić twego życia tak samo, jak moim bohaterkom! Jesteś już dosyć ładna i dobra, więc chciałabym tylko, żeby jacy bogaci krewni zapisali ci niespodzianie majątek. Wtenczas błyszczałabyś jak dziedziczka, z pogardą traktowałabyś każdego co cię lekceważył, pojechałabyś zagranicę i wróciłabyś do domu jako pani X., odznaczająca się blaskiem, świetnością i elegancją.
— Dziś inaczej zdobywa się majątek; mężczyźni muszą pracować, a kobiety wychodzą za mąż dla pieniędzy. Świat jest bardzo niesprawiedliwy! — rzekła Małgosia z goryczą.
— My obie z Ludwisią zrobimy fortunę dla was wszystkich; poczekajcie tylko dziesięć lat, zobaczycie — rzekła Amelka, która siedziała w kącie robiąc „gliniane paszteciki“, tak nazywała Anna jej modele ptaków, owoców i twarzy.
— Nie mogę czekać, i podobno niebardzo ufam atramentowi i glinie, lecz wdzięczna jestem za dobre chęci.
Westchnąwszy, zwróciła się znów do ogrodu, pokrytego szronem. Ludka jęcząc, oparła łokcie na stole w rozpaczliwej pozycji, Amelka lepiła dalej energicznie, a Eliza, która siedziała przy drugiem oknie, rzekła z uśmiechem:
— Dwie przyjemne rzeczy przytrafią się zaraz: Mama już idzie ulicą i Artur biegnie przez ogród, jakgdyby miał powiedzieć coś dobrego.
Gdy weszli oboje, — pani March zapytała jak zwykle:
— Dziewczęta, czy niema listu od ojca?
Artur zaś rzekł swym ujmującym tonem.
— Może która z was przejedzie się ze mną? Takem się zmęczył matematyką, że jestem jak pijany i chcę sobie odświeżyć umysł przejażdżką. Wprawdzie jest pochmurno, ale powietrze nie przykre, i odwiozę Brookeʻa do domu, więc w każdym razie będzie nam wesoło. Ludko, wszak pojedziecie obie z Elizą, prawda?
— Naturalnie.
— Ja bardzo dziękuję, lecz jestem zajęta, — rzekła Małgosia, porządkując koszyczek do roboty, bo się umówiły z matką, żeby nie wyjeżdżała często z tym młodzieńcem.
— My trzy będziemy gotowe za chwilkę, — wykrzyknęła Amelka i poszła umyć ręce.
— Czy ci mogę czem służyć, pani matko? — spytał Artur, opierając się o fotel pani March z tkliwością w spojrzeniu i w tonie, jaką jej zwykle okazywał.
— Dziękuję ci, chyba tem, że wstąpisz na pocztę, jeżeliś tak dobry, mój drogi. Dziś powinien nadejść list, a dotąd go niema. Ojciec jest punktualny jak słońce, ale może zaszło opóźnienie w drodze.
Głośny dzwonek przerwał jej mowę, i po chwili Anna weszła z listem.
— To wygląda jak ten szkaradny telegram, — rzekła tak podając kopertę, jakgdyby się bała, że wystrzeli i zrządzi jaką szkodę.
Usłyszawszy słowo „telegram“, pani March śpiesznie przeczytała przesłane dwa wiersze i padła na fotel blada, jak ten papier, który ją w samo serce ugodził.
Artur zbiegł na dół po wodę, Małgosia z Anną podtrzymywały ją, a Ludka przeczytała głośno co następuje:
„Do pani March.
Mąż pani bardzo chory — przybądź natychmiast.
S. Hale,
w Waszyngtonie“.
Jakaż cisza panowała w pokoju, gdy słuchały tamując oddech. Jak sposępniało na dworzu! i jak nagle cały świat zdawał się zmienionym, gdy dziewczęta zgromadziły się wkoło matki z tem uczuciem, jakgdyby im miały być odebrane: szczęście i podpora ich życia. Pani March zaraz przyszła do siebie, przeczytała powtórnie telegram i wyciągnęła ręce do córek mówiąc tonem, którego nigdy nie zapomniały:
— Pojadę natychmiast, ale może już być zapóźno! Ach, dzieci! dzieci! dopomóżcie mi to znieść!
Przez kilka minut było słychać w pokoju tylko szlochanie, przerywane słowa pociechy, tkliwe obietnice pomocy i szepty nadziei, zamierające we łzach. Biedna Anna przyszła do siebie najpierwsza i bezwiednym rozumem dała wszystkim dobry przykład, bo według niej praca jest lekarstwem na wszelkie zmartwienia.
— Niechaj Bóg ma w swojej opiece biedaka! nie będę tracić czasu na łzy, tylko przygotuję rzeczy pani do drogi, — rzekła serdecznie, obcierając twarz fartuchem; wstrząsnęła mocno panią March swą twardą ręką i poszła pracować co najmniej za trzy kobiety.
— Anna ma słuszność, niema czasu na łzy. Uspokójcie się, dziewczęta, i dajcie mi zebrać myśli.
Biedaczki usiłowały być spokojniejsze, podczas gdy matka siedząc blada, lecz spokojna, odsuwała smutek, żeby zebrać myśli i ułożyć plan dla dzieci.
— Gdzie Artur? — zapytała po chwili, zastanowiwszy się co ma zrobić.
— Jestem tu, pani; o pozwól mi się czem przysłużyć! — zawołał przybiegając z sąsiedniego pokoju, gdzie się usunął, czując, że ich pierwsze zmartwienie jest zbyt święte, aby nawet jego przyjazne oczy mogły na nie patrzeć.
— Wyślij telegram, że jadę niezwłocznie; najpierwszy pociąg wychodzi jutro rano, więc się tym wybiorę.
— Co więcej? konie są gotowe, mogę zatem pojechać wszędzie i uczynić wszystko! — rzekł z taką miną, jakgdyby chciał lecieć na koniec świata.
— Oddaj kartkę ciotce March. Ludko, podaj mi pióro i atrament.
Oderwawszy czystą stronę od arkusza, na którym właśnie pisała, przysunęła Ludka stół do matki. Wiedząc, że trzeba będzie pożyczyć pieniędzy na tę długą i smutną podróż, opanowała ją myśl, że i ona powinna dodać choćby małą sumkę dla ojca.
— Wybierz się już, mój drogi; ale się nie zabijaj zbyt prędką jazdą, bo to niepotrzebne.
Przestroga pani March widocznie poszła w niepamięć, gdyż Artur takim pędem przeleciał wkrótce koło okna na swoim wierzchowcu, jakgdyby mu szło o życie.
— Ludko, pobiegnij powiedzieć pani King, że nie mogę przyjść. Po drodze kup te oto rzeczy, które wezmę z sobą, bo mogą być potrzebne; muszę pojechać zaopatrzona we wszystko co się przydać może choremu. Szpitalne życie nie zawsze dobre. Elizo, idź poprosić pana Laurence o parę butelek starego wina; duma nie powstrzyma mię, żebym żądała czego dla ojca, jemu się należy wszystko co najlepsze. Amelko, zaleć Annie, żeby przyniosła z góry czarny kufer — a ty Małgosiu, chodź mi pomóc w wydobywaniu rzeczy, bo jestem tak nieprzytomna.
Biedna kobieta łatwo mogła stracić przytomność, jednocześnie pisząc, myśląc i wydając rozkazy; Małgosia uprosiła ją też, żeby spokojnie posiedziała w swoim pokoju, chcąc wszystko sama załatwić. Dziewczęta rozbiegły się, jak liście strząsane wiatrem, — a ten cichy, szczęśliwy dom został nagle rozbity, jakgdyby ów papier rzucił złe czary.
Zacny pan Laurence przyszedł spiesznie z Elizą, przynosząc wszystko co tylko mógł obmyśleć dla wygody chorego; obiecał przytem opiekować się dziewczętami w czasie nieobecności matki. Nie było rzeczy, którejby nie ofiarował, począwszy od szlafroka, aż do swej osoby na towarzystwo w podróży, ale to ostatnie było niemożliwe. Pani March nie chciała słyszeć, aby starzec podejmował takie trudy; jednakże było widać ulgę na jej twarzy, gdy o tem mówił, bo niepokój źle usposabia do drogi. Gdy zmiarkował co znaczy ta zmiana fizjonomji, ściągnął gęste brwi, zatarł ręce i nagle odszedł, mówiąc, że zaraz powróci. Nikt nie miał czasu pomyśleć o nim, kiedy Małgosia, biegnąc koło drzwi, z kaloszami w jednej ręce, a z filiżanką herbaty w drugiej, wpadła nagle na pana Brooke.
— Z wielką przykrością posłyszałem o tem co tu zaszło, miss March, — rzekł przyjaznym i spokojnym tonem, który sprawił bardzo miłe wrażenie na jej skołatanym umyśle, i przyszedłem ofiarować się matce pani, jako towarzysz podróży. Pan Laurence ma dla mnie zlecenia do Waszyngtonu, a przy tej sposobności będzie mi prawdziwie miło oddać się jej na usługi.
Kalosze spadły na ziemię, i herbata o mało nie poszła za nimi, gdy Małgosia wyciągnęła rękę z twarzą, wyrażając taką wdzięczność, że pan Brooke byłby wynagrodzony za daleko większe poświęcenie, niż to drobne, jakie chciał uczynić z czasu i wygody.
— Jacyście wy wszyscy dobrzy. Mama przyjmie tę propozycję, jestem pewną a taką to będzie ulgą dla nas, że ktoś ma o niej staranie! Dziękuję panu bardzo, bardzo!
Tak była przejęta tem co mówi, że zupełnie o sobie zapomniała; dopiero, gdy ciemne oczy spojrzały jakoś dziwnie, przyszła jej na myśl stygnąca herbata, i poprowadziła pana Brooke do bawialnego pokoju, obiecując, że wywoła matkę.
Wszystko było gotowe, gdy Artur wrócił od ciotki March z żądaną sumą i bilecikiem, w którym powtórzyła raz jeszcze, iż według niej pan March okazał się niedorzecznym, idąc do wojska, że zawsze przepowiadała stąd złe skutki, i że w przyszłości zapewne będzie lepiej słuchał jej rad. Pani March rzuciła kartkę w ogień, pieniądze schowała do woreczka i zaczęła gotować się do podróży, zaciskając tak mocno usta, że Ludka zrozumiałaby ją, gdyby temu obecną była.
Prędko minęło krótkie popołudnie; gdy wszystkie interesy zostały załatwione, Małgosia z matką zajęły się jakiemś pilnem szyciem, Eliza i Amelka robiły herbatę, Anna kończyła prasowanie, jednej Ludki tylko nie było, i zaczęto się niepokoić. Artur poszedł jej szukać, bo nie można było nigdy wiedzieć jaki pomysł przyjdzie jej do głowy. Nie znalazł jej, i wróciła sama za jakąś dziwna fizjonomją: była to mieszanina figlarności i obawy, zadowolenia i żalu. Wszystkich zadziwiła jej mina, niemniej jak rulon bilów, który położyła przed matką, mówiąc drżącym głosem:
— Przynoszę daninę na ojca wygody i przywiezienie go do domu.
— Skąd to wzięłaś, moja droga? dwadzieścia pięć dolarów! Ludko, spodziewam się, żeś nie zrobiła nic niebacznego.
— Nie, uczciwie są zdobyte; nie wyżebrałam ich, nie pożyczyłam, nie ukradłam, tylko zarobiłam, i nie sądzę, żebyś chciała mię łajać mamo, bom tylko swą własność sprzedała. Mówiąc to, zdjęła kapelusz, i powstał ogólny okrzyk, gdyż gęste jej włosy zostały krótko obcięte.
— Twoje włosy! twoje piękne włosy! Ach, Ludko, jakżeś mogła! pozbyłaś się jedynej ozdoby swojej! Moja droga córeczko, to niepotrzebne! Nie wyglądasz na moją dawną Ludkę, ale cię serdecznie kocham za to.
Gdy wszystkie wydawały okrzyki, a Eliza tkliwie ściskała ostrzyżoną głowę, Ludwisia przybrała obojętną minę i rzekła, potrząsając ciemną czuprynką, jakgdyby jej przyjemność sprawiała:
— Nie zmienią się od tego losy narodu, więc nie kwil, Elizo. To zbawienna rzecz nawet, bo robiłam się zbyt dumna z mojej grzywy, i mózg skorzysta, że się pozbyłam tej miotły. Tak mi będzie rozkosznie, lekko i chłodno! Fryzjer powiedział, że wkrótce urośnie mi kędzierzawa czupryna, zupełnie jak chłopcu; będzie mi z nią do twarzy, i głowę utrzymam w porządku. Nie żałuję tego wcale, proszę cię zatem mamo, weź pieniądze i chodźmy na kolację.
— Opowiedz mi to ze szczegółami, Ludko. Nie zupełniem rada, lecz nie mogę cię łajać, widząc jak chętnie poświęciłaś próżność dla przywiązania. Ale to było niepotrzebne, moja droga, i boję się, że pożałujesz kiedyś, — rzekła pani March.
— Nigdy! — stanowczo odparła Ludka, doznając stąd wielkiej ulgi, że jej postępek niezupełnie został zganiony.
— Co cię skłoniło do tego? — spytała Amelka, której zarówno nie przyszłoby na myśl uciąć sobie głowę, jak piękne włoski.
— Opanowała mię chęć przysłużenia się czem ojcu, — odpowiedziała Ludwisia, gdy się zebrały wokoło stołu, bo zdrowe i młode osoby mogą jeść nawet w zmartwieniu. Nie cierpię pożyczać, równie jak mama, i wiem, że ciotka March gderałaby, — ona zawsze gderze, gdy ją prosić chociażby o parę groszy. — Małgosia oddała kwartalną pensję na opłatę komornego, a ja za moją kupiłam tylko kilka sukien, więc czułam się winną i postanowiłam zdobyć pieniądze, choćby mi przyszło sprzedać nos.
— Niepotrzebnie poczuwałaś się do winy, moje dziecko; nie miałaś zimowego ubrania i kupiłaś jak najskromniejsze, za ciężko zapracowane pieniądze, — rzekła pani March z takiem spojrzeniem, że się Ludce rozpływało serce.
— Nie miałam tego odrazu na myśli, ale idąc zastanawiałam się coby zrobić i brała mię chętka wpaść do którego z bogatych składów i poradzić sobie samej. W oknie u fryzjera zobaczyłam warkocze z przypiętą ceną. Jeden z nich czarny, dłuższy od mego, ale nie tak gruby, miał napis: czterdzieści dolarów; nagle przyszło mi do głowy, że mam rzecz, za którą mogę wziąć pieniądze, i bez namysłu weszłam, by zapytać się czy kupionoby włosy i ile danoby za moje.
— Nie rozumiem, jakeś się zdobyła na to, — rzekła Eliza z przestrachem.
— To był jakiś mały człowieczek, który tak wyglądał, jakgdyby całe życie tylko smarował sobie włosy olejkiem. Zdziwił się z początku, bo widać nieprzyzwyczajony, żeby panny wchodziły do jego sklepu z zapytaniem, czy kupi ich włosy. Powiedział, że nie podobają mu się moje, gdyż nie są w modnym kolorze, i że niewiele płaci za towar z pierwszych rąk, bo dopiero wyrób stanowi cenę, i tym podobne rzeczy. Już zmrok zapadał, i bałam się, że przepadnie wszystko, jeżeli zaraz tego nie uczynię; przytem wiecie, że jak sobie co ułożę, to muszę dokonać, więc poprosiłam, żeby wziął włosy, objaśniając dlaczego mi tak pilno. Wiem, że to było niedorzeczne, wpłynęłam jednakże na jego usposobienie, bo się jakoś rozgorączkowałam i opowiedziałam całą historję bez ładu, jak to jest moim zwyczajem. Żona jego, która także słuchała, rzekła z taką dobrocią: — Weź je Tomaszu i przysłuż się tej panience. Jabym to samo zrobiła dla naszego Jasia, gdyby mój warkocz miał jaką wartość.
— Któż to był ten Jaś? — spytała Amelka, lubiąca wiedzieć wszystko ze szczegółami.
— Mówiła, że to jej syn, który poszedł do wojska. Prawda, jak to łączy z sobą obcych ludzi? Cały czas, gdy mąż obcinał włosy, zabawiała mię uprzejmie rozmową.
— Czy nie było ci straszno za pierwszem cięciem? — spytała Małgosia, i dreszcz ją przeszedł.
— Rzuciłam ostatnie spojrzenie gdy szukał przyrządów i nic więcej. Ja się nigdy nie zastanawiam nad takiemi fraszkami. Jednak muszę wyznać, że dziwnie mi było, gdy ujrzałam te drogie włosy na stole i uczułam tylko ostre i krótkie końce na głowie. Prawie takiego uczucia doznałam, jakgdyby mi ucięto rękę lub nogę. Ta pani, spostrzegłszy, że na nie spoglądam, zostawiła mi jeden długi promień. Tobie je dam mamo, żebyś pamiętała moją dawną świetność, bo czuprynka jest tak wygodna, że wątpię, czy wrócę kiedy do grzywy.
Pani March zwinęła kręcący się kasztanowaty promień i położyła w stoliku, obok innego, który był krótki i siwy. Rzekła tylko: „dziękuję ci, moja droga“; — ale było coś takiego w jej twarzy, że dziewczęta zaczęły wesoło rozprawiać o tem, jaki pan Brooke dobry, jaka piękna pogoda zapowiada się na jutrzejszy dzień i jak szczęśliwe będą czasy, kiedy ojciec wróci do domu i przychodzić zacznie do zdrowia.
Nikomu nie chciało się spać, ale o dziesiątej godzinie pani March, skończywszy ostatnie zajęcie, rzekła, — chodźcie dziewczęta, — Eliza usiadła do fortepianu, by zagrać ojca ulubiony hymn, i wszystkie podniosły odważnie głosy, lecz jedna po drugiej milkła, i nareszcie ona sama tylko śpiewała z głębi serca, dla niej bowiem muzyka była zawsze słodką pocieszycielką.
— Połóżcie się i nie rozmawiajcie, musimy się wyspać i wstać jutro wcześnie. Dobranoc, kochanki moje! — rzekła pani March, gdy się hymn skończył, bo żadna nie miała ochoty próbować drugiego.
Pocałowały ją spokojnie i położyły się tak cicho, jakgdyby ich drogi chory leżał w przyległym pokoju. Amelka i Eliza prędko usnęły pomimo wielkiego strapienia, ale Małgosia leżała rozbudzona, myśląc pierwszy raz w swem krótkiem życiu o tak ważnych rzeczach. Zdawało jej się, że Ludka śpi, tak nieruchomo leżała, dopiero usłyszawszy przytłumiony jęk, krzyknęła, i dotknęła się zroszonego policzka.
— Ludwisiu droga, co ci jest? czy z powodu ojca płaczesz?
— Teraz nie!
— Więc cóż ci się stało?
— Moje — moje włosy! — wybuchnęła biedaczka, daremnie usiłując skryć wzruszenie w poduszce.
Małgosi nie wydało się to śmiesznem; tkliwie całowała i pieściła zasmuconą bohaterkę.
— Nie żałuję wcale! — zapewniała Ludka szlochając, — gdybym mogła, jutro zrobiłabym to samo. Tylko próżna, samolubna cząstka mego ja narzeka i płacze tak niedorzecznie. Proszę cię nie mów o tem, już przeszło. Myśląc, że śpisz, jęknęłam po cichu za moją jedyną ozdobą. Jakim sposobem obudziłaś się?
— Nie mogę spać, takam niespokojna, — rzekła Małgosia.
— Myśl o czem przyjemnem, to prędko uśniesz.
— Próbowałam, ale mię to jeszcze bardziej rozbudziło.
— O czem myślałaś?
— O ładnych twarzach, a w szczególności o oczach, — odpowiedziała Małgosia, uśmiechając się do siebie w cieniach nocnych.
— W jakim kolorze najlepiej je lubisz?
— W ciemnym, to jest — czasami — niebieskie są ładne.
Ludka roześmiała się, a siostra surowo zakazała jej mówić, potem mile obiecała zwijać jej loczki, i gdy usnęła, śniło jej się, że mieszka w swym zamku na lodzie.
Zegary biły północ i w pokojach było bardzo cicho, kiedy jakaś postać zaczęta przesuwać się od łóżka do łóżka, to gładząc którą kołdrę, to poprawiając poduszkę, i zatrzymywała się długo, by tkliwie przyjrzeć się każdej z tych uśpionych twarzyczek, złożyć pocałunek z cichem błogosławieństwem i zasłać do nieba tak gorącą modlitwę, jak tylko matki umieją. Gdy podniosła firankę, aby spojrzeć na posępną noc, księżyc wysunął się nagle z poza chmur i zajaśniał nad nią jak pogodna, promienna twarz, która zdawała się szeptać wśród ciszy: „pociesz się, drogie serce, zawsze jest światłość za chmurami.“



ROZDZIAŁ XVI.
LISTY.

O zimnym, szarym świcie zapaliły dziewczęta lampę, i przeczytały przypadający na ten dzień werset z takiem przejęciem jak nigdy jeszcze, bo cień rzeczywistego zmartwienia dał im poznać, jak bogate było ich życie przy promieniach słonecznych. Książeczki okazały się skuteczne i kojące, bo ubierając się postanowiły dziewczęta, że pożegnanie ich będzie pełne otuchy, i że wyprawią matkę w tę przykrą podróż, niezasmuconą ich łzami, ani skargą. Wszystko wydawało im się bardzo dziwne, gdy zeszły na dół; tak mglisto i cicho było na dworzu, tak jasno i ruchliwie w domu. Śniadanie o wczesnej porze stanowiło także niezwykłą rzecz, i nawet znana twarz Anny wyglądała nienaturalnie gdy się krzątała po kuchni w nocnym czepku. Duży kufer stał na pogotowiu w sieni, szal matki i kapelusz leżały na sofie, ona sama siedziała zmuszając się do jedzenia, lecz była tak blada i znużona bezsennością i trwogą, że dziewczętom ciężko było dotrzymać postanowienia. Małgosi mimowoli napełniały się oczy łzami, Ludka musiała nieraz chować twarz, a małe dziewczynki były tak poważne i zmieszane, jakgdyby zmartwienie było czemś nowem dla nich.
Mało się odzywały; dopiero gdy chwila odjazdu nadchodziła, i czekały na powóz, zaczęły się wszystkie zajmować matką: jedna składała szal, druga prostowała szarfę od kapelusza, trzecia kładła kalosze, czwarta zamykała podróżny worek, — ona zaś przemówiła:
— Powierzam was, moje dzieci, staraniom Anny i opiece pana Laurence. Anna jest uosobieniem wierności, a nasz dobry sąsiad tak was będzie strzegł, jakby własnych córek. Nie obawiam się o was, ale pragnę byście należycie przyjęły to strapienie. Nie martwcie się ani gryźcie po moim wyjeździe, i niech wam się nie zdaje, że was może pocieszyć próżniactwo i chęć zapomnienia. Zajmujcie się jak zwykle, będzie to wielką ulgą. Ufajcie i pracujcie a cokolwiek nastąpi, pomnijcie, że zawsze będziecie miały ojca.
— Przyrzekamy ci to, mamo.
— Małgosiu droga, bądź roztropna, czuwaj nad siostrami, zasięgaj rad Anny, i w każdym niepokoju udawaj się do pana Laurence. Ty Ludko, bądź cierpliwa, nie zrażaj się i unikaj nierozwagi. Pisuj do mnie często, bądź jak zawsze mężną dziewczynką, gotową nas wszystkich pocieszać i rozweselać. Elizo, ty uprzyjemniaj sobie czas muzyką i bądź wierną drobnym domowym obowiązkom; Amelka zaś niech pomaga wszystkim, o ile będzie w jej mocy, niech będzie posłuszna i siedzi bezpiecznie w domu.
— Usłuchamy cię, mamo, usłuchamy!
Turkot nadjeżdżającego powozu przestraszył je; wszystkie się wsłuchały. Była to bolesna chwila, lecz wytrzymały ją dobrze; żadna się nie rozpłakała, żadna nie uciekła, nie wydała jęku, chociaż było im ciężko na sercach, gdy przesyłając pozdrowienia ojcu, przypomniały sobie, że może już ich nie odbierze. Ucałowały matkę spokojnie, przytuliły się do niej tkliwie i przesyłały rękami wesołe znaki, gdy odjeżdżała.
Artur z dziadkiem przyszli ją pożegnać; twarz pana Brooke objawiała tyle siły, tkliwości i dobroci, że dziewczęta nazwały go panem „Wielkie serce“.
— Bądźcie zdrowe, moje najdroższe! Niech nas Bóg błogosławi i ma w swej opiece! — szeptała pani March, całując drogie twarzyczki, i pospieszyła do powozu.
Gdy odjeżdżała, słońce się pokazało, i spojrzawszy po za siebie, spostrzegła, że błyszczy jakby na dobrą wróżbę nad gromadką, stojącą przed bramą. Dzieci także to zobaczyły, i z uśmiechem pozdrawiały ją rękami. Skręcając na rogu ulicy, zobaczyła cztery pogodne twarze, a za niemi jakby straż przyboczną starego pana Laurence, wierną Annę i przywiązanego Artura.
— Jak wszyscy dobrzy są dla nas, — powiedziała, zwracając się do młodzieńca, i znalazła świeży tego dowód w jego współczuciu pełnem poszanowania.
— Czy mogłoby inaczej być? — odparł z tak udzielającym się śmiechem, że pani March mimowoli rozjaśniła twarz. Tak więc, ta długa podróż zaczęła się od dobrych wróżb: bo od promieni słonecznych, uśmiechów i wesołych słówek.
— Tak mi jest jakby po trzęsieniu ziemi, — odezwała się Ludka, gdy sąsiedzi poszli do domu na śniadanie, zostawiając je, by wypoczęły i otrzeźwiły się.
— Zdaję się, że pół domu ubyło, — dodała Małgosia ze smutkiem.
Eliza otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, lecz zdołała tylko wskazać stos pończoch starannie pocerowanych, które leżały na stoliku matki, na dowód, że nawet w ostatnich gorączkowych chwilach były przedmiotem jej pracy i myśli. Ta drobnostka przeniknęła ich serca, i pomimo mężnych postanowień upadły na duchu i rozpłakały się gorzko.
Roztropna Anna pozwoliła, by ulżyły uczuciom, dopiero zmiarkowawszy, że się atmosfera wyjaśnia, przyszła na pomoc z imbryczkiem kawy.
— Proszę pamiętać, drogie panienki, co mama powiedziała, i nie smucić się. Chodźcie wypić po filiżance kawy, a potem weźcie się do roboty, żeby być chlubą rodziny.
Kawa stanowiła dla nich rzadki przysmak, i Anna okazała wiele taktu, robiąc ją tego ranka. Nie mogły się oprzeć jej zaproszeniu i woni, wydobywającej się z dziobka od imbryczka. Przysunęły się do stołu, schowały chustki od nosa, a położyły przed sobą serwety, i w dziesięć minut przyszły zupełnie do siebie.
— Ufajcie i pracujcie! to jest nasze hasło; zobaczymy, która je najlepiej zapamięta. Ja pójdę do ciotki March, jak zwykle. Ach! będzież prawić morały, — rzekła Ludka i popijała wesoło kawę, odzyskawszy humor.
— A ja pójdę do moich Ringów, chociaż wolałabym mieć nadzór w domu, — odezwała się Małgosia, żałując, że ma tak zaczerwienione oczy.
— To niepotrzebne; możemy doskonale gospodarować we dwie z Elizą, — powiedziała Amelka bardzo serjo.
— Anna powie, co mamy robić, i wszystko zastaniecie w porządku, — dodała Eliza, biorąc zaraz szczotkę i szaflik do mycia talerzy.
— Zdaje mi się, że niepokój jest bardzo zajmującą rzeczą, — zauważyła Amelka, jedząc cukier z zamyśleniem.
Dziewczęta nie mogły się wstrzymać od śmiechu, i ulżyło im to, ale Małgosia wskazywała głową na panienkę, mogącą znaleść pociechę w słoju z cukrem.
Widok jabłek, smażonych w cieście, zupełnie otrzeźwił Ludkę; a gdy we dwie wyszły do codziennych zatrudnień, smutno obejrzały się na okno, gdzie zazwyczaj ukazywała się twarz matki. Nie było jej, ale Eliza spamiętała ten mały obrządek domowy i stała, kłaniając się jak mandaryn, z różową twarzyczką.
— Jak to maluje moją Elizę, — rzekła Ludka, powiewając kapeluszem z wdzięcznym wyrazem twarzy. — Bądź zdrowa, Małgosiu; mam nadzieję, że cię małe Kingsy nie będą dziś dręczyć. Nie smuć się o ojca, moja droga, — dodała przy rozstaniu.
— A ja się spodziewam, że ciotka March nie będzie gderać. Do twarzy ci z temi włosami, wyglądasz jak chłopiec, i bardzo ci ładnie, — powiedziała Małgosia, wstrzymując się od śmiechu z tej kędzierzawej głowy, która się zdawała komicznie małą na wysokich ramionach Ludki.
— To moja jedyna pociecha, — odrzekła ona, i dotykając kapelusza à la Artur, poszła dalej, a tak jej było w ten wietrzny dzień, jak ostrzyżonej owcy.
Wiadomości od ojca bardzo pocieszyły dziewczęta, bo chociaż niebezpiecznie był chory, obecność najlepszej i najtkliwszej żony już sprawiła polepszenie. Pan Brooke codziennie przysyłał biuletyny, a Małgosia jako głowa rodziny, upierała się, by jej przypadało prawo odczytywania depesz, które po upływie tygodnia stawały się coraz weselsze. Z początku było im wszystkim pilno pisać i grube koperty starannie były wkładane do skrzynki od listów, przez którą z sióstr, bardzo przejętych waszyngtońską korespondencją. Ponieważ jedna z tych przesyłek zawierała charakterystyczne listy od całego grona, zrabujemy tę urojoną pocztę, aby je przeczytać.

„Najdroższa Matko!
Nie zdołam wypowiedzieć, jak nas uszczęśliwił twój ostatni list. Przesłałaś tak pomyślne wiadomości, że nie mogłyśmy wstrzymać się od śmiechu i łez. Jaki też pan Brooke jest zacny, i jak to szczęśliwie, że interesy pana Laurence zatrzymają go tak długo, kiedy jest pożyteczny tobie i ojcu. Dziewczęta są dobre jak złoto; Ludwisia pomaga mi szyć, i wszystko co najtrudniejsze chce koniecznie brać na siebie. Dręczyłaby mię obawą, że się zapracuje, ale wiem, że niedługo potrwa jej moralny „atak“. Eliza jest punktualna w zajęciach jak zegar, i nigdy nie zapomina twoich zaleceń. Martwi się o ojca i smutną ma minkę, z wyjątkiem chwil spędzanych przy fortepianie. Amelka słucha mię grzecznie, i pilnie ją doglądam. Sama się czesze; uczę ją robić dziurki do guzików i cerować pończochy. Bardzo jest pilna, i sądzę, że za powrotem ucieszysz się jej postępami. Pan Laurence czuwa nad nami po macierzyńsku, jakby stara kokosz, według wyrażenia Ludki; Artur jest bardzo serdeczny i przyjacielski. Oboje z Ludką podtrzymują w nas wesołość, bo czasem bywamy bardzo kwaśne, i zdaje mi się, żeśmy sieroty, kiedyś ty tak daleko. Anna, jakby święta; nigdy nie łaje, nazywa mię „miss Małgorzatą“, czem dowodzi wielkiego taktu, i traktuje mię z poszanowaniem. Jesteśmy zdrowe, zajęte, i marzymy dzień i noc o twoim powrocie. Oświadcz me przywiązanie ojcu i wierzaj, że jestem zawsze twoją
Małgosią“.

Ten list pięknie napisany na wonnym welinie, bardzo odbijał od następnego, który był nagryzmolony na dużym arkuszu cienkiego, zagranicznego papieru, pełen kleksów i nierównych liter.

„Moja droga Mamo!
Trzykrotne pozdrowienie dla drogiego ojca!
Poczciwy chłopiec z Brookeʻa, że zaraz telegrafował, by nas zawiadomić o polepszeniu. Gdy nadszedł list, pobiegłam na poddasze, chcąc podziękować Bogu, że taki dobry dla nas, ale zdołałam tylko powtarzać ze łzami: — jestem uradowana! jestem uradowana! Czy to nie zastąpiło modlitwy według reguł, kiedy miałam przepełnione serce? Miewamy bardzo przyjmne chwile; i mogę ich teraz używać, bo wszyscy są tak rozpaczliwie dobrzy, że się zdaje, iż żyjemy w gniazdku synogarlic. Śmiałabyś się, widząc jak Małgosia siedzi z macierzyńską miną na głównem miejscu przy stole. Codzień robi się ładniejsza, i czasem bywam w niej zakochana. Dzieci to zupełne archanioły, a ja — no ja jestem Ludką i nigdy nie będę czem innem. Ach, muszę ci powiedzieć, żem się prawie poróżniła z Arturem; odezwałam się raz szczerze o jakiejś drobnostce, i obraził się. Wprawdzie miałam słuszność, ale nie należało przemawiać w taki sposób. Poszedł do domu z groźbą, że się nie zjawi, póki go nie przeproszę; — na co odrzekłam, że to nie nastąpi, ale mię potem ogarnął zupełny szał.
Trwało to cały dzień; źle mi było i bardzo żałowałam, że ciebie niema. Oboje z Arturem jesteśmy tak dumni, że nam jest trudno przeprosić się. Myślałam, że przyjdzie, kiedy miałam słuszność; nie przyszedł jednakże. W nocy przypomniały mi się słowa, które powiedziałaś do mnie, gdy Amelka wpadła w rzekę. Czytałam moją książeczkę, — i doznawszy stąd ulgi, postanowiłam nie dać słońcu zajść nad moim gniewem, i pobiec do Artura, by mu wyznać skruchę. Spotkałam go przed bramą, idącego do mnie w tym samym celu. Ze śmiechem przeprosiliśmy się wzajemnie, i znowu było nam dobrze i miło. Uściśnij odemnie najczulej ojca, i siebie ucałuj dwanaście razy od twej roztrzepanej
Ludki“

PIEŚŃ Z PRALNI.

Królując nad balją, wciąż śpiewam wesoło,
Wyżymam i płuczę od rana,
A zawsze pogodą jaśnieje me czoło,
Myśl moja jak pianka mydlana.

Na sznurach bieliznę rozwiewam i suszę,
Gdy słonko przygrzewa złociste;
I pragnę, by ludzkie sumienia i dusze
Tak były bielutkie, tak czyste.

Lecz próżne marzenia! Na ścieżce żywota,
Gdy serce od bólu nam pęka,
Gdy duszę ogarnia niepokój, tęsknota,
Niech pracą zajmuje się ręka.

Przy pracy myśl smutna bez śladu ulata,
A ufność w swe siły się budzi,
Bo praca wywalcza szacunek u świata
I miłość zaskarbia u ludzi.

Więc śpiewam wesoło, zajęta robotą,
Wesoło nad balją króluję.
Ty, serce, snuć możesz marzenia nić złotą,
Lecz ręka niech zawsze pracuje.


„Droga matko!
Tylko tyle jest miejsca, bym przesłała pozdrowienie i kilka suszonych bratków z krzaku, który przechowałam dla ojca. Czytuję co rano, staram się być dobrą cały dzień i śpiewam sobie do snu pieśń ojca. Wszyscy są bardzo dobrzy, i jesteśmy szczęśliwe, o ile to może być bez ciebie. Amelka prosi o resztę stronicy, więc muszę położyć pióro. Nie zapomniałam dać wierzchu na mankietach; codzień nastawiam zegar i wietrzę pokoje. Ucałuj drogiemu ojcu ten policzek, który nazywa moim. Ach, wróćcie prędko do kochającej was
małej Elizy“

„Ma chere mamma!
Wszystkie jesteśmy zdrowe, zawsze odrabiam lekcje nigdy nie opieram się dziewczętom. Małgosia jest dla mnie wielką pociechą, i co wieczór daje mi galaretę do herbaty, co jest bardzo dobre, bo Ludka mówi, że mię to czyni słodką. Artur okazuje mi za mało poszanowania, bo wszakże jestem już prawie dorosłą. Nazywa mię kurczątkiem i obraża, mówiąc bardzo prędko po francuzku, gdy powiem merci albo bon jour jak Helenka King. Rękawy u mojej niebieskiej sukienki były zupełnie podarte, i Małgosia wszyła nowe, ale wierzch źle wypadł, i są bardziej niebieskie jak suknia; Źle mi jest, lecz nie narzekam i cierpliwie znoszę troski, ale chciałabym, żeby Anna brała więcej krochmalu do moich fartuszków, i żebym miewała codzień pszenne placuszki, czy można? Alboż nie ładnie zrobiłam ten znak zapytania, Małgosia mówi, że nie znam się na znakach pisarskich i na ortografji, martwi mię to, ale mam tyle rzeczy do zrobienia a nigdy niema końca. Adieu, przesyłam czułe pozdrowienia dla papy, kochająca was córka
Amelka Curtis March“.

„Droga pani March!
Ja także dodaję kilka wierszy, by donieść, żeśmy wszystkie zdrowe. Dziewczęta są grzeczne i krzątają się bardzo. Z panny Małgorzaty robi się prawdziwie dobra gospodyni. Wszystko robi się ochoczo i dziwnie prędko. Ludka ciągle coś tłucze przez pośpiech i nad niczem się nie zastanawia, dlatego nie można nigdy wiedzieć co zrobi. Prała suknie w poniedziałek, ale je ukrochmaliła przed wyżęciem, i tak zafarbkowała niebieską suknię, że myślałam, iż umrę ze śmiechu. Eliza jest najlepszą w świecie istotką i stara się pomagać, a taka jest roztropna i uległa! Wszystkiego chciałaby się nauczyć, i nad wiek dobrze kupuje na targu. Przy mojej pomocy robi także rachunki zupełnie zadziwiająco. Jesteśmy bardzo oszczędne; daję dziewczętom kawę raz na tydzień stosownie do życzenia pani, i żywię je tylko prostemi i zdrowemi potrawami. Amelka trochę się gniewa, chciałaby codzień nosić najładniejsze sukienki i jadać łakocie. Pan Artur jest żartobliwy jak zwykle, i bardzo często robi zamęt w całym domu, ale rozwesela dziewczęta, więc mu pozostawiam swobodę. Stary pan przysyła mnóstwo rzeczy; jest trochę męczący, ale ma dobre chęci, i nie mogę nic mówić przeciw niemu. Chleb mi wyrasta, więc tym razem będzie dosyć. Przesyłam ukłony panu March.
Z uszanowaniem
Anna Mullet“.

„Naczelna dozorczyni szpitalnej sali.
Wszystko idzie dobrze w Rappapanock; pułk w pożądanym stanie, wydział komisyjny dobrze prowadzony, domowa straż pod pułkownikiem Teodorem zawsze na swym posterunku. Naczelny dowódca generał Laurence robi codzień przegląd wojska. Kwatermistrz Mullet utrzymuje obóz w porządku, a major Lion odbywa straż nocną. Dobre wiadomości z Waszyngtonu zostały przyjęte wystrzałami z dwudziestu czterech pistoletów, i wielka parada miała miejsce na głównej kwaterze.
Naczelny dowódca przesyła najserdeczniejsze życzenia, do których przyłącza się szczerze,
pułkownik Teodor“.

Droga pani!
Wszystkie dziewczynki są zdrowe; od Elizy i mojego chłopca odbieram codziennie sprawozdania. Anna jest wzorową sługą i strzeże pięknej Małgosi jak smok. Cieszy mię to, że się utrzymuje ładna pogoda. Proszę korzystać z usług Brookeʻa, i rachować na mnie jeżeli wydatki przechodzą oczekiwanie. Niech mężowi pani na niczem nie zbywa. Dzięki Bogu, że powraca do zdrowia.
Szczery przyjaciel i sługa,
James Laurence



ROZDZIAŁ XVII.
NIEWIERNE PRZYRZECZENIOM.

Przez cały tydzień panowała w starym domu taka ilość cnoty, że mogłaby się nią obdzielić cała okolica. Było to coś prawdziwie zdumiewającego, gdyż wszyscy zdawali się w niebiańskim nastroju ducha, i wyrzeczenie się siebie weszło w modę. Lecz zwolnione od pierwszego niepokoju o ojca, zaczęły dziewczęta nieznacznie ustawać w chwalebnych usiłowaniach i wracać do dawnego trybu życia. Nie zapomniały swego hasła, lecz obok ufności i pracy, dawały jednak wakacje przymusowi, który je kosztował tak wiele swobody.
Ludka, nie zakrywając ostrzyżonej głowy, dostała kataru, i otrzymała rozkaz siedzenia w domu, póki się jej nie polepszy, bo ciotka March nie lubiła słuchać czytania zakatarzonej osoby. Dogadzało jej to, gdyż energicznie krzątała się po domu, od poddasza do piwnicy, a potem zasiadła na sofie, żeby się leczyć z kataru proszkiem i książkami. Amelka zmiarkowała, że domowe gospodarstwo i sztuka nie dadzą się pogodzić, więc wróciła do „pasztecików z gliny“. Małgosia chodziła codzień do Kingów, lub szyła w domu, albo raczej tak jej się zdawało, bo dużo czasu poświęcała pisaniu długich listów do matki i odczytywaniu depesz z Waszyngtonu. Eliza dobrze się trzymała, czasem tylko popadając w próżniactwo lub smutek. Wszystkie drobne obowiązki spełniała codzień wiernie za siebie i często za siostry, które o swoich łatwo zapominały, i prowadziła dom tak regularnie, że podobny był do zegara, którego wahadło poszło w odwiedziny. Gdy jej było ciężko na sercu z tęskonty za matką lub z obawy o ojca, usuwała się do pewnej skrytki, chowała twarz w fałdach pewnej sukni drogiej i starej, płakała trochę i odmawiała krótką modlitewkę cicho, w głębi duszy. Nikt nie wiedział co ją rozwesela po napadzie smutku, ale wszyscy czuli jak jest słodka i uczynna, — i weszło w zwyczaj udawać się do niej po pociechę lub radę w drobniejszych sprawach.
Nie wiedziały dziewczęta, że ten czas smutku jest próbą ich charakterów, i po pierwszem podnieceniu nabrały pewności, że dokonały dobrego postępku i zasługują na pochwałę. Tak było istotnie, lecz błąd ich tkwił w tem, że przestały dobrze postępować; o czem się przekonały kosztem wielkiego niepokoju i cierpienia.
— Małgosiu, chciałabym żebyś poszła odwiedzić Humlów; wiesz, że mama powiedziała, żebyśmy o nich nie zapomniały, — rzekła Eliza w dziesięć dni po wyjeździe pani March.
— Jestem dziś nadto zmęczona, — odparła Małgosia, kołysząc się wygodnie w fotelu, z szyciem w ręku.
— A ty, Ludko, nie możesz? — spytała Eliza.
— Dla mnie za wietrzno, bo mam katar.
— Zdaje mi się, że prawie ustał.
— Jestem już dosyć zdrowa, żeby wyjść z Arturem, ale nie tyle, żeby się wybrać do Humlów, — powiedziała Ludka ze śmiechem, lecz widać było, że się trochę wstydzi swej niekonsekwencji.
— Czemu sama nie idziesz? — zapytała Małgosia.
— Bywałam codzień, ale najmłodsze dziecko jest słabe, i nie wiem jakby mu radzić. Humlowa chodzi do roboty, a nad niem czuwa Karolinka, ale coraz jest słabsze i słabsze. Zdaje mi się, żeście wy powinny pójść, albo Anna.
Eliza powiedziała te słowa tak serjo, że Małgosia obiecała pójść nazajutrz.
— Poproś Annę o co dobrego do jedzenia i zanieś im sama Elizo, powietrze ci posłuży, — odezwała się Ludka i dodając dla wytłomaczenia się: — Poszłabym, ale chcę skończyć powieść.
— Mnie głowa boli i zmęczona jestem, więc myślałam, że która z was pójdzie, — powiedziała Eliza.
— Amelka zaraz wróci, to pobiegnie za nas wszystkie, — odezwała się znów Małgosia.
— Odpocznę trochę i zaczekam na nią.
Położyła się więc Eliza na sofie, tamte siostry wróciły do swych zajęć, a Humlowie poszli w zapomnienie. Godzina minęła, Amelki jeszcze nie było. Małgosia udała się do swego pokoju, żeby przymierzyć nową suknię, Ludkę pochłonęła powieść, Anna spała przy kominie, gdy Eliza ubrała się pocichu w kapturek, napełniła koszyk okrawkami i resztkami dla biednych dzieci, i wyszła na chłodne powietrze z ociężałą głową i smutnym wyrazem. Późno już powróciła, i niespostrzeżona zamknęła się w pokoju matki. W pół godziny potem, Ludka poszła po coś do „szafki mamy“, i zastała tam Elizę przy skrzynce z lekarstwami. Miała twarz bardzo smutną, oczy zaczerwienione, i trzymała w ręku flaszeczkę kamfory.
— Krzysztofie Kolumbie! co się stało? — zawołała Ludwisia, gdy Eliza wyciągnęła rękę, jakgdyby dla odsunięcia jej, i zapytała żywo:
— Miałaś już szkarlatynę, prawda?
— Kilka lat temu, razem z Małgosią. Dlaczego?
— Powiem ci, — ach, Ludko, umarło dziecię!
— Jakie dziecię?
— Humlowej; skończyło u mnie na kolanach, zanim wróciła do domu! — wykrzyknęła Eliza, łkając.
— Biedaczko! jakie to było straszne dla ciebie! należało mi pójść samej, — powiedziała Ludka i usiadłszy w wielkim fotelu matki, ze skruszoną twarzą wzięła siostrzyczkę na kolana.
— To nie było straszne, Ludko, tylko takie smutne! Odrazu spostrzegłam, że jest słabsze, ale Karolinka powiedziała, że matka poszła do doktora, więc wzięłam dziecko, żeby ona wypoczęła. Zdawało się, że śpi, lecz nagle wydało krótki krzyk, drgnęło, a potem leżało bardzo spokojnie. Próbowałam rozgrzać nóżki, a Karolinka dawała mu trochę mleka, ale się nie poruszyło, i poznałam, że nie żyje!
— Nie płacz, droga! I cóżeś zrobiła?
— Siedziałam, trzymając dziecko ostrożnie, dopóki Humlowa nie przyszła z doktorem. Powiedział, że umarło, i obejrzał Heinricha i Minnę chorych na gardło.
— To szkarlatyna, moja pani, trzeba mię było wcześniej wezwać, — rzekł szorstko.
Humlowa powiedziała mu, że będąc ubogą, sama próbowała wyleczyć dziecię, ale teraz już za późno, więc prosi tylko o pomoc dla dwojga żyjących i liczy na miłosierdzie ludzkie, żeby mu zapłacić. Uśmiechnął się wtenczas i stał się uprzejmiejszy, ale bardzo tam było smutno, i płakałam z niemi, aż nagle obrócił się, kazał mi pójść do domu, i wziąć zaraz belladonny, bo inaczej dostanę szkarlatyny...
— Nie dostaniesz! — wykrzyknęła Ludka, ściskając mocno siostrę z przestraszoną twarzą.
— Ach, Elizo, gdybyś miała chorować, nigdybym sobie nie darowała! cóż my poczniemy?
— Nie lękaj się, może to nie ciężka będzie choroba. Zajrzałam do książki mamy, i zobaczyłam, że się zaczyna od bólu głowy, gardła i tak dziwnego usposobienia jak moje, — więc wzięłam trochę belladonny i już mi lepiej, — rzekła Eliza, przykładając zimne rączki do gorącego czoła i udając weselszą minę.
— Żeby choć mama była w domu! — wykrzyknęła Ludka i schwyciła książkę. Wtenczas dopiero dało się jej uczuć jak daleko jest Waszyngton.
Przeczytawszy stronicę, przyglądała się Elizie, dotknęła jej głowy, zajrzała do gardła, a potem rzekła z przejęciem:
— Codzień przebywałaś z tem dzieckiem i z tamtemi, które teraz dostają szkarlatyny, więc boję się, że i ty ją przejdziesz, Elizo. Zawołam Annę, bo ona się zna dobrze na chorobach.
— Nie pozwalaj przychodzić Amelce, ona nie miała szkarlatyny, więc mogłaby się zarazić. A ty i Małgosia, czy nie możecie jej mieć powtórnie? — zapytała z niepokojem.
— Sądzę, że nie; ale mniejsza o to choćbym jej dostała; byłabym słusznie ukarana za samolubstwo, kiedy ciebie tam puszczałam, sama przez ten czas gryzmoląc brednie, pomrukiwała Ludka, idąc do Anny po radę.
Ta poczciwa dusza otrzeźwiła się w jednej chwili i natychmiast wstała, zapewniając Ludkę, że się nie ma czego smucić, bo każdy przechodzi szkarlatynę i nie umiera na nią, skoro jest dobrze leczony. Ludka wierzyła w to wszystko i z wielką już ulgą poszła z Anną do Małgosi.
— Powiem wam co zrobimy, — rzekła Anna po obejrzeniu i wybadaniu Elizy, — wezwiemy doktora Banga, żeby cię zobaczył, moja droga, i żeby osądził, czyśmy się dobrze wzięły do rzeczy; potem wyprawimy Amelkę na jakiś czas do ciotki March, by ją stąd oddalić, a jedna z was, moje panienki, może zostać w domu, i zabawiać Elizę dzień lub dwa.
— Ma się rozumieć, że ja zostanę jako najstarsza, — odezwała się Małgosia z widocznym niepokojem i z wyrzutami sumienia.
— Z mojej przyczyny jest chora, więc ja zostanę przy niej. Obiecałam mamie spełnić jej zlecenie, a nie dotrzymałam słowa, — rzekła Ludka stanowczo.
— Którą z nich wolisz, Elizo? tylko jednej tu potrzeba, — powiedziała Anna.
— Chciałabym Ludkę, — rzekła Eliza z zadowoloną twarzą, i oparła się główką o siostrę, rozstrzygając tem kwestję.
— Pójdę powiedzieć Amelce, — odezwała się Małgosia trochę obrażona, lecz rada przytem, bo nie lubiła dozorować chorych, a Ludka miała w tem upodobanie.
Amelka z uporem i z gwałtownem uniesieniem odpowiedziała, że woli mieć szkarlatynę jak pójść do ciotki March, Małgosia przekonywała ją, prosiła i rozkazywała, ale wszystko było daremne, zapewniała, że nie pójdzie. Zrozpaczona Małgosia udała się do altany z zapytaniem co robić. Nim powróciła, Artur wszedł do bawialnego pokoju i zastał Amelkę szlochającą, z głową schowaną w poduszkach sofy. Opowiedziała mu całą historję, spodziewając się pociechy, ale on z rękami w kieszeniach chodził tylko wkoło pokoju, gwizdał zcicha i ściągał brwi w głębokiem zamyśleniu. Następnie usiadł obok niej i rzekł z przymileniem:
— Bądź rozsądną kobietką i zrób o co cię proszą; zamiast płakać, posłuchaj jaki mam wesoły plan. Pójdziesz do ciotki March, a ja codzień będę cię zabierał na przejażdżkę lub na przechadzkę, i będziemy się doskonale bawić. Czy to nie lepiej, niż smucić się tutaj?
— Nie chcę, żeby mię stąd wyprawiano w taki sposób, — odezwała się Amelka z urazą.
— Bóg z tobą, moje dziecko, to dla twego dobra. Wszakże nie chciałabyś chorować?
— Nie chciałabym, ale wiem, że się rozchoruję, bom ciągle była z Elizą.
— Powinnaś się oddalić natychmiast, żeby tego uniknąć. Jestem pewny, że przy zmianie powietrza i ostrożności, ochronisz się jeżeli nie od choroby, to przynajmniej od ciężkiego jej przebiegu. Radzę ci usunąć się jak najprędzej, bo ze szkarlatyną niema żartu, moja panno.
— U ciotki March tak nudno, i ona taka przykra, — rzekła Amelka z przestrachem.
— Nie będzie nudno jak codzień zajrzę, przyniosę wiadomości o Elizie, i wezmę cię na pohulankę. Stara jejmość mię lubi, i będę się starał być dla niej tak grzecznym, że nam nie będzie dokuczać, choćbyśmy nie wiedzieć co robili.
— Czy będziesz mnie woził omnibusem?
— Daję ci na to słowo gentlemana.
— Codzień przyjdziesz?
— Przekonasz się, czy kiedy niedopiszę.
— I zabierzesz mię, jak tylko Eliza będzie zdrowa?
— W tej samej chwili.
— A do teatru będziesz mnie brał?
— Do dwunastu teatrów, jeżeli się da.
— Kiedy tak, zdaje mi się, że pójdę, — rzekła zcicha.
— Poczciwa z ciebie dziewczyna! Powiedz Małgosi, że jej usłuchasz, — rzekł Artur dając klapsa dla zachęty, co ją bardziej jeszcze obraziło, jak słowa „że jej usłuchasz“.
Małgosia i Ludka zbiegły na dół, żeby się przyjrzeć cudowi, a Amelka, której się zdawało, że nabiera wielkiego znaczenia, i że się poświęca, obiecała pójść do ciotki, jeżeli doktór powie, że Eliza będzie chora.
— Jak się ma to drogie dziecko? — spylał Artur, bo Eliza była jego pieszczotką, i więcej czuł niepokoju, niż go okazywał.
— Leży na łóżku mamy i lepiej się czuje. Śmierć tego dziecięcia zrobiła na niej wrażenie, i musiała się zaziębić biedna siostrzyczka; Anna tak samo sądzi, ale wydaje się tak osłabioną, że mię to zatrważa, — powiedziała Małgosia.
— Jakże męczący jest świat! — rzekła Ludka, nastrzępiając sobie włosy niecierpliwie. — Zaledwie wydobyłyśmy się z jednego zmartwienia, następuje drugie. Niema się nawet na kim wesprzeć, odkąd mama pojechała; tak mi też jest, jakgdyby mną kołysało morze.
— Nie rób że ze siebie jeża, to do niczego niepodobne. Ugładź perukę, moja Ludko, i powiedz czy mam telegrafować do mamy, albo przedsięwziąć jaki inny krok? — spytał Artur, który się nie mógł z tem pogodzić, że jego przyjaciółka pozbyła się jedynej ozdoby swojej.
— To mię właśnie trapi, — powiedziała Małgosia, — według mnie, powinnyśmy ją zawiadomić, jeżeli Eliza rzeczywiście chora, ale Anna utrzymuje, że nie trzeba, bo mama nie może odjechać od ojca, więc ją tylko nabawimy trwogi. Eliza nie będzie długo chorować, Anna wie co przy niej robić, a mama powiedziała, żeby jej słuchać; musimy przeto iść za jej zdaniem, ale mnie się ono nie wydaje trafnem.
— Hm, sam nie wiem co powiedzieć; a gdybym się spytał dziadka, po bytności doktora?
— Dobrze; Ludko, idź zaraz po pana Banga, — rozkazała Małgosia. — Nie możemy nic postanowić, póki on nie przyjdzie.
— Zostań Ludko; ja będę waszym posłańcem — rzekł Artur, biorąc za kapelusz.
— Bałam się, że masz zajęcie, — odezwała się Małgosia.
— Żadnego, bo już odrobiłem dzisiejsze lekcje.
— Czy uczysz się podczas wakacji? — spytała Ludka.
— Idę za dobrym przykładem sąsiadek, — odpowiedział, wybiegając z pokoju.
— Wielkie nadzieje pokładam w moim chłopcu, — rzekła Ludka, przyglądając się z zadowolonym uśmiechem, jak Artur przeskakuje płot.
— Bardzo dobrze postępuje, jak na chłopca, — odpowiedziała Małgosia niezbyt mile, bo ją to nie wiele obchodziło.
Doktór Bang przyszedł i powiedział, że Eliza ma symptomaty szkarlatyny, lecz ją może przejść łatwo. Jednakże niezadowoloną miał minę słuchając historji o Humlach; Amelkę zalecił usunąć natychmiast i zaopatrzył ją w środki ubezpieczające. Wyszła zatem jaknajśpieszniej z domu pod strażą Ludki i Artura.
Ciotka March przyjęła ich ze zwykłą sobie gościnnością.
— Czego znowu chcecie? — zapytała spoglądając ostro z ponad okularów, a papuga siedząca na poręczy jej krzesła, krzyknęła:
— Idź precz! tu nie wolno przychodzić chłopcom!
Artur usunął się do okna, Ludka zaś opowiadała co u nich zaszło.
— Mogłam się tego spodziewać, kiedy wolno wam włóczyć się do ubogich. Amelka może zostać i być tu użyteczną, jeżeli nie zachoruje; ale nie wątpię, że się tak stanie, zupełnie na to wygląda. Nie płacz dziecko, nie cierpię szlochania.
Amelka była bliską płaczu, ale Artur znienacka pociągnął papugę za ogon, skutkiem czego Polly wrzasnęła z takiem zdumieniem i tak zabawnie: „Niech będą błogosławione moje buty!“, że się dziewczynka roześmiać musiała.
— Co matka donosi? — mrukliwie zapytała jejmość.
— Ojciec daleko zdrowszy, — odpowiedziała Ludwisia, powstrzymując śmiech.
— Doprawdy? Sądzę, że to nietrwałe polepszenie, bo March nigdy nie miał wiele żywotnych sił, — odpowiedziała mile.
— Ha! ha! nie mów nigdy o śmierci, zażyj niuch tabaki, bądź zdrowa! — wrzeszczała Polly, tańcząc na grzędzie i gryząc czepek jejmości, gdy Artur szczypał ją z tyłu.
— Powstrzymaj język, ty zuchwały ptaku! a Ludka niech zaraz pójdzie do domu, bo nieprzyzwoicie jest włóczyć się o późnej godzinie z takim pustym chłopcem jak...
— Powstrzymaj język, ty zuchwały stary ptaku! — krzyknęła znów Polly spadając na krzesło, i zaczęła dziobać „pustego chłopca“, który trząsł się ze śmiechu, posłyszawszy te słowa starej jejmości.
— Zdaje mi się, że nie wytrzymam tutaj, ale spróbuję, — pomyślała Amelka, zostawszy sama z ciotką March.
— Idź sobie! straszydło, — wrzasnęła Polly, a biedna Amelka nie mogła się wstrzymać od szlochów, słysząc tę gburowatą mowę.



ROZDZIAŁ XVIII.
PONURE DNI.

Eliza dostała szkarlatyny daleko cięższej, niż przypuszczano, oprócz Anny i doktora. Dziewczęta nie były obeznane z chorobami, a pana Laurence nie wpuszczano tam; Anna robiła zatem co chciała, zwłaszcza, że doktór Bang zarzucony praktyką, czynił wprawdzie co mógł, lecz w wielu rzeczach spuszczał się na doskonałą dozorczynię. Małgosia nie chodziła do państwa Kingów, żeby nie zarazić ich dzieci, i prowadzić gospodarstwo; bardzo była niespokojna i czuła się trochę winna, że nie wzmiankuje w listach o chorobie Elizy. Nie mogła tego uważać za dobre, że oszukuje matkę, ale miała zalecone ulegać Annie, która słuchać o tem nie chciała, by „zawiadomić panią March i nabawić ją trwogi, dla takiej fraszki“. Ludka dni i noce poświęcała siostrze; nie był to ciężki trud, bo Eliza bardzo była cierpliwa i znosiła ból bez skargi, póki mogła panować nad sobą. Lecz przyszedł czas, kiedy w paroksyzmach gorączki zaczęła mówić chrypliwym, urywanym głosem, grała na kołdrze, jakby na swym ulubionym fortepianie i próbowała śpiewać z tak zapuchniętem gardłem, że w niem nie było już dźwięku. Nie poznawała nikogo, nie nazywała otaczających osób właściwem imieniem i błagalnie wołała matkę. Wówczas Ludka zlękła się, Małgosia prosiła o pozwolenie napisania prawdy, i nawet Anna mówiła, że „pomyśli o tem, chociaż niema jeszcze niebezpieczeństwa“. List z Waszyngtonu powiększył ich niepokój, pan March wpadł bowiem w recydywę, i nie mógł słyszeć o prędkim powrocie do domu.
Jakże ponure wydawały się teraz dni, jak smutny i opuszczony był dom, i jak ciężko było dziewczętom na sercach, gdy im czas schodził na pracy i oczekiwaniu, a cień śmierci unosił się nad ogniskiem tak niegdyś szczęśliwem. Małgosia często w samotności skrapiała robotę łzami, myśląc nad tem jak była bogatą w rzeczy cenniejsze, niż zbytki otrzymywane za pieniądze: — bo w miłość, opiekę, spokój i zdrowie, te błogosławione dary życia. Ludka pędziła życie w przyciemnionym pokoju cierpiącej siostrzyczki, i smutny jej głos ciągle brzmiał jej w uszach. Nauczyła się oceniać piękną i słodką naturę Elizy. Przekonała się jak głębokie i tkliwe miejsce zajmuje we wszystkich sercach, z jakiem wyrzeczeniem się siebie żyje dla innych i uszczęśliwia cały dom, objawiając te proste cnoty, które każdy może posiadać i powinien miłować więcej niż talent, lub urodę. Amelka na swem wygnaniu, serdecznie pragnęła być w domu, żeby coś zrobić dla Elizy, czuła, iż żadna praca nie byłaby zbyt ciężka i nużąca. Przypominała sobie z żalem i smutkiem, jak wiele zaniedbanych robót wykonywała za nią chętnie siostrzyczka. Artur błąkał się po domu, jak pokutująca dusza, a pan Laurence zamknął wielki fortepian, bo nie mógł znieść przypomnienia młodej sąsiadki, która mu tak uprzyjemniała szarą godzinę. Wszyscy tęsknili za Elizą: mleczarz, piekarz, korzennik i rzeźnik zapytywali o jej zdrowie. Biedna Humlowa przyszła uniewinnić swą niebaczność i prosić o całun dla Miny; sąsiedzi przysyłali pozdrowienie i życzenia, i nawet osoby, znające najlepiej Elizę, dziwiły się, że mimo nieśmiałości zjednała sobie tak dużo przyjaciół.
Tymczasem ona leżała na łóżku ze starą Joanną, bo nawet będąc nieprzytomną pamiętała o swej nieszczęśliwej protégée. Tęskniła do kotów, ale nie chciała, żeby je przynoszono z obawy że zachorują, i w spokojniejszych chwilach trwożyła się o Ludkę. Przesyłała czułe pozdrowienia Amelce, prosiła, aby pisano do matki, że wkrótce odbierze od niej list, i często kazała sobie podać ołówek i papier na próbę, żeby ojciec nie przypuszczał, że go zaniedbała. Lecz niedługo ustały nawet te krótkie błyski przytomności, i godzinami leżała rzucając się w tę i w ową stronę z bezładnemi słowy na ustach, lub wpadała w ciężki i nieorzeźwnający sen. Doktór Bang bywał dwa razy dziennie, Anna siadywała po nocach, Małgosia miała w stoliku przygotowany telegram do wysłania w każdej chwili, a Ludka nie ruszała się od łóżka Elizy. Pierwszy grudnia był prawdziwie zimowym dniem dla nich, dął bowiem silny wiatr, padał gęsty śnieg, i rok zdawał się chylić ku śmierci. Gdy doktór Bang przyszedł owego ranka, długo patrzył na Elizę, trzymał chwilę gorącą rączkę i położył ją ostrożnie, mówiąc cichym głosem do Anny.
— Jeżeli pani March może odstąpić męża, to lepiej ją wezwać.
Anna skinęła głową w milczeniu, bo usta jej drgały nerwowo; Małgosia padła na krzesło, jakgdyby ją odbiegły siły; Ludka stała chwilę z bladą twarzą, wybiegła potem do bawialnego pokoju, schwyciła telegram, i zarzuciwszy na siebie ubranie, wyszła żywo na wzburzone powietrze. Wkrótce wróciła, i gdy pocichu zdejmowała okrycie, nadszedł Artur z listem donoszącym, że panu March znowu się polepszyło. Przeczytała go z wdzięcznością, lecz ciężar przygniatający jej serce był tak widoczny i twarz tak zgnębiona, że Artur zapytał z niepokojem:
— Co to jest? czy się Eliza ma gorzej?
— Wezwałam mamę, — rzekła Ludka, ściągając gwałtownie gumowe kalosze, z tragicznym wyrazem twarzy.
— Bóg z tobą, Ludko! czyś to zrobiła sama przez się? — zapytał Artur, — poczem posadził ją na krześle w sieni i zdjął uparte obuwie, widząc że jej ręce drżą.
— Nie, doktór zalecił.
— Ach Ludko, wszakże nie jest tak źle! — wykrzyknął z przerażeniem.
— Owszem; nie poznaje nas, nawet nie mówi o stadach zielonych gołąbków, jak nazywała zazwyczaj liście na ścianach. Niepodobna jest do siebie, a tu niema z nikąd pomocy; rodzice odjechali, a Bóg zdaje się tak daleko, że go znaleść nie mogę.
Łzy spływały po licu biednej Ludki i wyciągnęła rękę bezsilnie, jakgdyby szukając czegoś w ciemności; Artur ujął ją w swe dłonie, szepcąc o ile pozwalało ściśnięte gardło.
— Ja tu jestem, wspieraj się na mnie, Ludko droga!
Nie mogła mówić, ale „wsparła się“, ciepły uścisk przyjaznej ręki ludzkiej pocieszył zbolałe serce i zdawał się prowadzić ją bliżej do boskiego ramienia, które jedynie mogło ją wesprzeć w strapieniu. Artur pragnął powiedzieć coś tkliwego i pocieszającego, ale nie znajdował odpowiednich słów, stał więc w milczeniu, mile głaszcząc jej spuszczoną głowę, jak matka zwykła czynić. Nie mógł zrobić nic lepszego, to ją daleko bardziej ukoiło jak najwymowniejsze słowa, bo odczuła niemą sympatję i poznała słodką pociechę, jaką przywiązanie przynosi w smutku. Prędko obtarła łzy, które przyniosły jej ulgę, spojrzała z wdzięcznością i rzekła:
— Dziękuję ci Teodorku, teraz mi lepiej; już nie jestem tak zgnębiona i będę się starała przyjąć z poddaniem ten cios, jeżeli nastąpi.
— Miej lepszą nadzieję, to ci ulgę sprawi, Ludko. Mama niedługo przybędzie, a wtenczas wszystko dobrze pójdzie.
— Takam uszczęśliwiona, że ojciec zdrowszy! teraz nie będzie jej tak przykro odjechać! Ach mój Boże! tak mi jest, jakgdyby się tu wszystkie niedole nagromadziły, a najwięcej na moich barkach, — rzekła Ludka z westchnieniem, rozciągając wilgotną chustkę na kolanach, żeby wyschła.
— Czy Małgosia nie jest ci pomocną? — zapytał Artur z oburzeniem.
— Owszem, usiłuje; ale ona nie tyle kocha Elizę i wcale nie będzie tęsknić. Eliza jest moim sumieniem, i nie mogę jej się wyrzec, nie mogę! nie mogę!
Chowając twarz w mokrej chustce, płakała Ludka rozpaczliwie, choć dotąd była mężna i nie wylała ani jednej łzy. Artur przecierał oczy, ale nie mógł przemówić, póki nie przeszło dławienie w gardle, i póki usta nie przestały drgać. Może to nie przystawało mężczyźnie, ale się nie zdołał powstrzymać. Gdy szlochanie Ludki zaczęło ustawać, rzekł dodając jej otuchy: — Nie przypuszczam, żeby umarła; taka jest dobra, i wszyscy ją tak bardzo kochamy, że jeszcze jej Bóg nie zabierze.
— Dobre i kochane osoby zawsze umierają, — rzekła z jękiem Ludka, lecz przestała płakać, bo słowa przyjaciela ukoiły ją mimo zwątpienia i obawy.
— Biedna dziewczynko, zmęczona jesteś! Taka rozpacz nie leży w twoim charakterze. Przestań płakać, ja cię czemś wzmocnię.
Pobiegł na górę, przeskakując dwa schody naraz, a Ludka oparła znużoną głowę na ciemnym kapturku Elizy, którego nie zdjęło ze stołu, gdzie go położyła. Musiał mieć w sobie magiczną siłę, bo uległe usposobienie jego łagodnej właścicielki zdawało się wstępować w Ludkę. Gdy Artur powrócił spiesznie z kieliszkiem wina, przyjęła go z uśmiechem i rzekła pewnym głosem: Piję zdrowie mojej Elizy! Dobry z ciebie doktór i pocieszający przyjaciel! Teodorku, jak ja ci się odpłacę? — dodała, gdy wino orzeźwiło jej ciało, zarówno jak życzliwe słowa uspokoiły wzburzoną duszę.
— Przyślę kiedy rachunek, a dziś wieczorem dam ci coś takiego, co lepiej rozgrzeje skorupę twego serca niż kwarta wina, — odpowiedział Artur i patrzył na nią z jakąś poskramianą radością.
— Co to jest? — wykrzyknęła zdziwiona, zapominając w jednej chwili o swej boleści.
— Telegrafowałem wczoraj po mamę, a Brooke odpowiedział, że niezwłocznie wyjedzie i stanie tu dziś wieczorem. Teraz już wszystko dobrze pójdzie. Czy się nie cieszysz, żem tak zrobił?
Artur wypowiedział to wszystko bardzo szybko i w jednej chwili zaczerwienił się i rozgorączkował, taił bowiem swój spisek z obawy, że dziewczęta będą niezadowolone, lub że to zaszkodzi Elizie. Ludka zbladła, zerwała się krzesła i gdy mówiąc nachylił się, zelektryzowała go, obejmując za szyję, i wołając: — Ach, Arturze! taka jestem uszczęśliwiona! Przestała płakać, jakgdyby straciła zmysły, skutkiem tej nagłej wiadomości. Artur, chociaż niezmiernie zdumiony, zachował się bardzo przytomnie, głaskał jej rękę dla uspokojenia i widząc, że przychodzi do siebie, lękliwie pocałował parę razy, co ją zaraz otrzeźwiło. Chwyciwszy się poręczy, odsunęła go łagodnie i rzekła ciężko oddychając: O, przestań! ja tego nie chciałam! To było okropne z mojej strony, aleś okazał tyle dobroci uczyniwszy to mimo woli Anny, że się nie mogłam powstrzymać i rzuciłam ci się na szyję. Powiedz mi wszystko i nie dawaj już wina, bo gdyby nie ono, z pewnością nie postąpiłabym w ten sposób.
— Wcale się nie gniewam, — odrzekł Artur ze śmiechem, i posadził ją na krześle. Widzisz, zaniepokoiliśmy się obaj z dziadkiem, i zdawało nam się, że Anna przekracza swe prawa, i że matka powinna wiedzieć co się dzieje. Nigdyby nam nie wybaczyła, gdyby Eliza, — gdyby się stało, — rozumiesz. Powiedziałem zatem dziadkowi, że już wielki czas, byśmy co przedsięwzięli, i wczoraj pobiegłem do biura telegraficznego, bo doktór miał ponurą fizjonomję. Anna odebrała mi do reszty otuchę, gdy zaproponowałem wysłanie depeszy, utwierdziła mię w tym zamiarze. Mama przyjedzie z pewnością ostatnim pociągiem, który przychodzi o drugiej; pojadę po nią, ale musisz poskramiać radość i utrzymać Elizę w spokoju, dopóki ta błogosławiona pani nie przybędzie.
— Arturze, tyś anioł! jakże ci podziękuję?
— Rzuć się jeszcze raz w moje objęcia; jakoś mi się to podobało, — odrzekł z figlarną minką, jakiej nie widziano u niego od dwóch tygodni.
— Nie, dziękuję ci, zrobię to przez zastępstwo jak przyjdzie twój dziadek. Zamiast mię dręczyć, idź do domu i połóż się, bo się nie położysz, aż późno w nocy. Niech cię Bóg błogosławi, Teodorku, — niech cię Bóg błogosławi!
Po tych słowach schowała się w kąt, potem szybko pobiegła do kuchni, i usiadłszy opowiadała zebranym kotom, że jest szczęśliwa, ach, taka szczęśliwa! — Artur zaś odszedł z wewnętrznem poczuciem, że dobrze postąpił.
— To największy w świecie wścibski, ale mu przebaczam i mam nadzieję, że pani March przyjedzie w samą porę, — rzekła Anna z ulgą w sercu, gdy Ludka przyniosła jej tę wiadomość.
Małgosi radość była cicha; rozmyślała o liście, podczas gdy Ludka porządkowała w pokoju chorej „dla gościa niespodzianego“. Zdawało się, że powiew świeżego powietrza przeniknął dom cały, że coś lepszego jak promienie słoneczne ogrzało ciche pokoje, i że wszystko odczuło tam szczęśliwą zmianę. Ptaszek Elizy znowu zaczął świergotać na oknie, róża Amelki rozwinęła się do połowy na krzaku, ogień palił się niezwykle wesoło, a zbladłe dziewczęta, ile razy spotkały się z sobą, z uśmiechem ściskały się wzajemnie, szepcąc dla dodania sobie otuchy, mama przyjedzie, moja droga! mama przyjedzie! Wszyscy się cieszyli prócz Elizy, która leżała w ciężkiem odrętwieniu, jakgdyby nieświadoma nadziei, radości, zwątpienia i niebezpieczeństwa. Był to smutny widok: — ta niegdyś różowa twarzyczka tak była zmieniona i wychudła, te niegdyś pracowite rączki tak nieruchome, — a piękne i dobrze utrzymane włosy tak twarde i potargane leżały na poduszce. Cały dzień spoczywała, niekiedy budząc się tylko by szepnąć: „wody“ tak spalonemi usty, że z trudnością mogły wymówić to słowo. Cały dzień Ludka i Małgosia czuwały nad nią troskliwie, z ufnością w Boga i matkę.
Śnieg ciągle padał, silny wiatr dął, a godziny powoli upływały. Lecz nastąpił wreszcie wieczór; ile razy zegar uderzył, siostry, cicho siedzące po obu stronach łóżka, patrzyły na siebie promiennym wzrokiem, bo każda chwila przybliżała pomoc. Doktór zapowiedział, że zmiana na złe lub na dobre nastąpi niezawodnie około północy, i że sam przyjdzie o tym czasie.
Anna, zupełnie pozbawiona już sił, położyła się na sofie u stóp łóżeczka i usnęła. Pan Laurence siedział u siebie, gdyż wolałby patrzeć na buntującą się baterję u siebie, jak na strwożoną twarz pani March, gdy wejdzie do domu; Artur leżał na sofie przed kominkiem, udając, że drzemie, lecz wpatrywał się w ogień z zamyśleniem w swoich słodkich i przejrzystych czarnych oczach.
Dziewczęta nigdy nie zapomniały tej nocy, bo żadna nie zasnęła, czuwając z tem strasznem uczuciem bezsilności, jakie nawiedza nas w podobnych godzinach.
— Jeżeli Bóg ocali Elizę, nie będę już nigdy narzekać, — szepnęła Małgosia z głębi duszy.
— Jeżeli Bóg ocali Elizę, będę się starała kochać Go i służyć mu całe życie, — powiedziała Ludka, równie szczerze.
— Wolałabym nie mieć serca, bo tak boli, — rzekła Małgosia po chwili z westchnieniem.
— Jeżeli życie bywa często tak ciężkie, to nie wiem jak je przetrwamy, — dodała zrozpaczona Ludka.
Wtem zegar wybił dwunastą i zapomniały o sobie wpatrując się w Elizę, gdyż im się zdawało, że zaszła zmiana w jej chudej twarzyczce. W domu było głucho jak w grobie, tylko jęk wiatru przerywał głęboką ciszę. Znużona Anna spała, i nikt prócz sióstr nie widział bladego cienia, który się zdawał padać na łóżeczko. Godzina minęła a nic nie zaszło, tylko Artur pocichu udał się na stację. Druga godzina, — jeszcze nic, biedne dziewczęta zaczęły lękliwie przewidywać zwłokę z powodu burzy, lub co gorsza, wskutek wielkiego nieszczęścia w Waszyngtonie.
Już było po drugiej, kiedy Ludka, stojąc przy oknie zamyślona o tem, jak strasznie wygląda świat w tym śnieżnym całunie, usłyszała ruch przy łóżku i obróciwszy się żywo, ujrzała Małgosię klęczącą z ukrytą twarzą, przy fotelu matki. Straszna trwoga przeniknęła ją zimnym dreszczem, gdy pomyślała: — Eliza umarła, a Małgosia boi się mi powiedzieć.
W jednej chwili wróciła na swoje miejsce, i zdawało jej się, że w chorej zaszła wielka zmiana, gorączkowe rozpalenie i wyraz boleści znikły, a ukochana twarzyczka była tak blada, cicha i głęboko spokojna, że Ludka nie uczuła pociągu do łez, ani do żalu. Pochyliwszy się nad najdroższą ze swych sióstr, serdecznie pocałowała wilgotne czoło i pocichu rzekła: — żegnam cię moja Elizo, żegnam cię.
Jakgdyby przebudzona tem poruszeniem, pośpieszyła Anna do łóżka, spojrzała na Elizę, dotknęła jej rąk, pochyliła się nad ustami, a potem zarzuciwszy fartuch na głowę, usiadła kołysząc się w tę i w ową stronę, — i wykrzykiwała stłumionym głosem, „gorączka ustała, sen naturalny, skóra wilgotna i oddech lekki. Bogu niech będzie chwała! Ach! Boże, zmiłuj się nademną“.
Zanim dziewczęta zdołały uwierzyć w radosną prawdę, doktór przyszedł ją potwierdzić. Był to szpetny mężczyzna, lecz twarz jego wydawała im się niebiańską, gdy patrząc na nie po ojcowsku, rzekł z uśmiechem, — Tak moje drogie, — sądzę, że się ta dziewczyna wydobędzie z biedy. Czuwajcie nad tem, żeby tu było cicho; niechaj śpi, a gdy się obudzi, dajcie jej...
Co miały dać, żadna nie usłyszała, bo się wymknęły do ciemnej sieni i siedząc na schodach, ściskały jedna drugą zbyt uradowane, by się zdobywać na słowa. Wróciwszy po pieszczoty i pocałunki wiernej Anny, zastały Elizę leżącą jak zwykle z twarzą wspartą na rączce; straszna bladość znikła, i oddech miała spokojny, jakgdyby dopiero co usnęła.
— Żeby to mama teraz przyjechała! — rzekła Ludka, gdy zimowa noc zaczęła ustępować.
— Patrz, — powiedziała Małgosia, zbliżając się do białej nawpół rozkwitłej róży, — myślałam, że się zaledwie rozwinie na jutro, żeby ją można dać w rękę Elizie, — gdyby odeszła od nas; ale roztworzyła się w nocy, a teraz włożę ją do wazonika, żeby nasza pieszczotka po przebudzeniu się zobaczyła najpierwej różyczkę i twarz mamy.
Nigdy słońce nie wschodziło tak pięknie, i nikomu świat nie wydał się tak miły, jak ociężałym oczom Małgosi i Ludki, gdy wyglądały o świcie przez okno, po długiem i smutnem czuwaniu.
— To zupełnie czarodziejski widok, — rzekła Małgosia z uśmiechem, patrząc z poza firanki na olśniewający widnokrąg.
— Słyszysz? — krzyknęła Ludka, zrywając się na nogi.
Tak, przy drzwiach na dole odezwał się najpierw dźwięk dzwonków, i wreszcie potem okrzyk Anny, głos Artura, który szeptał radośnie, — dziewczęta! przyjechała! przyjechała!



ROZDZIAŁ XIX.
TESTAMENT AMELKI.

Podczas gdy się to działo w domu, Amelka ciężkie chwile przebywała u ciotki March. Głęboko czuła swe wygnanie i pierwszy raz w życiu przekonała się jak ją rodzina kochała i pieściła. Ciotka March nie miała dla nikogo pieszczot i nie pochwalała ich w ogólności, lecz starała się być dobrą dla grzecznej dziewczynki, która jej się bardzo podobała. Zresztą w jej starem sercu był cichy kącik dla dzieci siostrzeńca, chociaż nie uznawała za właściwe zdradzać się z tem. Istotnie robiła wszystko, co było w jej mocy, żeby uszczęśliwiać Amelkę; ale Boże mój! jakże się nietrafnie brała do rzeczy! Niejedna stara osoba przechowuje młodość serca mimo zmarszczek i siwizny, umie brać udział w drobnych troskach i w uciechach dzieci, potrafi urządzić dom w ten sposób, żeby się czuły jak u siebie, i ukrywać mądre nauki pod przyjemną zabawą; kocha i jest najtkliwiej kochaną. Ale ciotka March nie posiadała tego daru; na śmierć prawie zamęczały Amelkę jej rozkazy, kaprysy i długie, nudne przemowy. Widząc, że jest bardziej uległa i łagodna jak siostra, stara jejmość poczuwała się do obowiązku wystawiać ją na próbę i, o ile się da, oddziaływać przeciw złym wpływom domowej wolności i pobłażania. Wzięła więc Amelkę w swe ręce i tak ją prowadziła, jak prowadzono ją samą przed sześćdziesięciu laty. To postępowanie nękało biedaczkę i tak się czuła, jak muszka w gęstej tkance pajęczej. Co rano musiała zmywać filiżanki, czyścić staroświeckie łyżki, pękaty srebrny imbryk do herbaty i szklanki, póki nie błyszczaly jak nowe. Potem skurzała pokoje, a jakież to przykre było zadanie! żaden pyłek nie uszedł oka ciotki March, wszystkie meble miały nogi rzeźbione, i dużo było dywanów, które nigdy nie dały się dostatecznie wypylić. Następnie karmiła Polly, czesała pieska i dwanaście razy przenosiła z góry na dół różne rzeczy i rozkazy, bo stara jejmość, bardzo kulejąc, rzedko wstawała z fotelu. Po tych męczących zajęciach, odrabiała lekcje, a to stanowiło codzień probierz jej cnoty. Potem wolno jej było godzinę ćwiczyć na fortepianie; — a jakże tego używała! Artur codzień przychodził i póty przymilał się ciotce March, póki nie pozwoliła wyjść z nim Amelce; wówczas chodzili sobie lub jeździli, bawiąc się wybornie. Po obiedzie czytywała głośno, potem musiała cicho siedzieć w czasie drzemki starej jejmości; trwało to zwykle godzinę, a zaczynała się kiwać przy pierwszej stronicy. Następnie wydobywano bieliznę do naprawy i serwety do obrąbiania; Amelka szyła do zmroku, na pozór ulegle, lecz buntowała się w duchu. Do samej herbaty wolno jej było bawić się według upodobania. Wieczory schodziły najgorzej, bo ciotka March zaczynała opowiadać o swej młodości, a te długie historje były tak niewypowiedzianie nudne, że Amelka byłaby chętnie położyła się do łóżka, żeby popłakać nad swym twardym losem, lecz zazwyczaj ogarniał ją sen, zanim uroniła jedną łzę.
Gdyby nie Artur i stara służąca Estera, czuła, że nigdyby nie mogła przetrwać tego okropnego czasu. Sama papuga jużby ją do szału doprowadziła, bo wkrótce poznawszy, że jej Amelka nie wielbi, mściła się z największą złośliwością. Targała ją za włosy, ile razy się zbliżała biedaczka. Gdy już klatka była prawie oczyszczona, wylewała mleko z chlebem, żeby jej dokuczyć; pobudzała Mopa do szczekania, dziobiąc go, skoro pani drzemała; wymyślała jej przy gościach i dokuczała we wszystkiem. Amelka nie mogła również znosić psa, tłustego złośliwego stworzenia, — który mruczał i szczekał, gdy go myła i czesała, kładł jej się na plecach z łapami w powietrzu i idjotyczną stroił minę, skoro był głodny, a powtarzało się to dwanaście razy dziennie. Kucharka była zła, stary woźnica głuchy, i jedna tylko Estera zwracała jakąś uwagę na „panienkę“.
Estera była Francuzką, która zostawała od bardzo dawna przy „madame“, tak bowiem nazywała swoją panią, i tyranizowała nieco starą jejmość, nie mogącą się obejść bez niej. Prawdziwe jej imię było Estella; ale gdy ciotka March kazała je zmienić, usłuchała pod warunkiem, że nigdy jej nie zmusi do przyjęcia innej religji. Polubiła ona „mademoiselle“ i bawiła ją opowiadaniem o swem pobycie we Francji, robiąc koronki dla „madame“. Pozwalała jej też błąkać się po dużym domu i oglądać ciekawe i ładne rzeczy, zamknięte w wielkich szafach, lub w starych skrzyniach, — ciotka March zbierała bowiem skrzętnie, jak sroka. Największą rozkosz sprawiał Amelce indyjski gabinet, pełen dziwacznych komód, szufladek i skrytek, gdzie ciotka trzymała rozmaite ozdoby — niektóre kosztowne, inne tylko osobliwe, a wszystkie mniej lub więcej starożytne. Amelka niezmiernie lubiła przeglądać i układać te rzeczy, zwłaszcza pudełka z klejnotami, które przed czterdziestu laty zdobiły elegantkę, a dziś spoczywały na ponsowych, aksamitnych poduszkach. Był tam garnitur z granatów, który kładła idąc na ulicę; perły, otrzymane od ojca w dzień ślubu; djamenty od narzeczonego; pierścionki i szpilki z dżetu; dziwaczne medaljoniki, przy których z wierzchu był portret zmarłej osoby, a w środku wierzba płacząca z włosów zrobiona; — maleńkie bransoletki, noszone przez jej jedyną córeczkę; duży zegarek stryja March z czerwoną pieczątką, którą się bawiło tyle dziecinnych rączek; — i w osobnym pudełku ślubny pierścionek ciotki March, teraz za mały na jej tłusty palec, lecz starannie schowany, jako najcenniejszy ze wszystkich klejnotów.
— Coby wybrała „mademoiselle“, gdyby to zależało od jej woli? — spytała Estera, która siedziała zawsze blisko, by mieć oko nad kosztownościami i zamykać je w pudełkach.
— Najlepiej mi się podobają djamenty, ale niema naszyjnika, a to taka ładna rzecz. Gdybym mogła, wybrałabym to, — odrzekła, patrząc z uwielbieniem na wieniec ze złotych i hebanowych pereł z takimże ciężkim krzyżem.
— Ja także miałabym na to ochotę, ale nie służyłby mi jako naszyjnik, o nie! dla mnie, dobrej katoliczki, to jest różaniec, — powiedziała Estera, patrząc smutno na ten piękny przedmiot.
— Czy to służy do tego, co twój wianek z pachnących kulek drewnianych, który wieszasz nad lustrem?
— Tak, na tem odmawia się modlitwy.
— Zdaje mi się Estero, że cię modlitwa bardzo pociesza i uspokaja. Jabym także chciała się tak modlić.
— Gdyby mademoiselle była katoliczką, znajdowałaby w tem prawdziwą pociechę, ale ponieważ jest innego wyznania, byłoby dobrze, aby się codzień usuwała na chwilę rozmyślania i modlitwy, jak moja dobra pani, u której służyłam, przed madame. Miała ona kapliczkę i w niej szukała osłody na wiele zmartwień.
— Byłoby dobrze, gdybym i ja tak robiła? — spytała Amelka, której w osmotnieniu potrzeba było jakiej pomocy; zmiarkowała bowiem, że łatwo puszcza w niepamięć swą książeczkę, odkąd jej Eliza nie przypomina tego obowiązku.
— Byłoby ślicznie, doskonale, — i chętnie urządzę kącik, jeżeli panienka zechce. Nie trzeba mówić madame, tylko jak śpi, może panna tam pójść, posiedzieć sama, oddać się dobrym myślom i prosić Boga, żeby ocalił siostrę.
Estera była prawdziwie pobożna i szczerze dawała tę radę, bo mając kochające serce, dzieliła niepokój z pannami March.
Amelce podobała się ta myśl, i w nadziei, że jej z tem lepiej będzie, przystała na urządzenie gabineciku obok jej pokoju.
— Chciałabym wiedzieć, gdzie się podzieją te wszystkie ładne rzeczy, gdy ciotka March umrze? — powiedziała, zwolna kładąc na miejsce błyszczący różaniec i zamykając jedno po drugiem pudełka z klejnotami.
— Przejdą do rąk panienki i jej sióstr. Wiem to z pewnością, bo mi się madame zwierzyła, i byłam obecną, gdy pisała testament, — szepnęła Estera z uśmiechem.
— Jak to miło! alebym chciała, żeby je nam zaraz darowała. Odkładanie jest nieprzyjemne, — zauważyła Amelka, spoglądając ostatni raz na djamenty.
— Jeszcze zawcześnie, żeby panienki nosiły takie rzeczy. Pierwsza, co będzie zaręczona dostanie te perły, madame tak powiedziała; a ten pierścionek z turkusem, o ile mi się zdaje, panienka otrzyma na odchodnem, bo madame bardzo zadowolona z jej postępowania i ślicznego układu.
— Czy tak myślisz? Ach, będę barankiem, bylem tylko miała ten ładny pierścionek! Nawet daleko jest piękniejszy od brylantu Kasi! Jednakże ja kocham ciotkę March. — Mówiąc to, przymierzyła niebieski pierścionek z promienną twarzyczką i ze stałem postanowieniem, że nań zasłuży.
Od owego dnia była wzorem posłuszeństwa, i stara jejmość łaskawie podziwiała skutki swej metody. Estera postawiła w gabineciku podnóżek i stolik, a nad nim obraz, wzięty z jednego z zamkniętych pokojów. Wydawał jej się niewiele wart, ale ponieważ okazał się stosowny, pożyczyła go, dobrze wiedząc, że madame nigdy się o tem nie dowie, a w każdym razie gniewać się nie będzie. Była to jednak bardzo cenna kopja obrazu sławnego na cały świat, i Amelka, rozmiłowana w pięknie, napatrzeć sie nigdy dosyć nie mogła słodkiej twarzy Matki Boskiej, podczas gdy tkliwe myśli o własnej matce przejmowały jej duszę. Na stoliku umieściła mały Testament, książkę z hymnami i wazon, zawsze pełen najpiękniejszych kwiatów, które jej Artur przynosił. Chodziła tam codzień oddawać się zbawiennym myślom i prosić Boga, by ocalił siostrę. Estera jej dała różaniec z czarnych pereł ze srebrnym krzyżem, lecz powiesiła go i nie używała, mając wątpliwość, czy to się nie sprzeciwia protestanckiej modlitwie.
Bardzo była szczera w tem wszystkiem, gdyż w oddaleniu od bezpiecznego gniazda czuła tak boleśnie potrzebę życzliwej i wspierającej ręki, że instynktownie zwróciła się do silnego i tkliwego przyjaciela, który swą ojcowską miłością najwięcej otacza maleńkie dzieci. Brakowało jej matki do rozumienia siebie i kierowania swem postępowaniem; lecz gdy ją nauczono, gdzie zwracać spojrzenia, robiła co mogła, by znaleść drogę i postępować nią z ufnością. Ale młodą była pielgrzymką, i dawały jej się bardzo czuć dźwigane ładunki. Próbowała jednak zapomnieć o sobie, być wesołą, zadowoloną tem, że dobrze postępuje, chociaż jej nikt nie widzi i nie chwali. Chcąc być bardzo, bardzo dobrą, postanowiła napisać testament za przykładem ciotki March, aby w razie choroby i śmierci jej mienie sprawiedliwie i szlachetnie zostało podzielone. Ale dużo ją kosztowała sama myśl wyrzeczenia się małych skarbów, które w jej oczach były tak cenne, jak klejnoty starej jejmości.
W godzinę, przeznaczoną na zabawę, napisała ten ważny dokument, jak mogła najlepiej, z niejaką pomocą Estery co do pewnych wyrażeń prawnych. Gdy poczciwa Francuzka podpisała swe nazwisko, Amelce lżej się zrobiło i położyła testament, oczekując Artura, który miał być drugim świadkiem. Ponieważ był to dżdżysty dzień, poszła z Polly na górę, do wielkiej sali. Była tam duża szafa, pełna staroświeckich ubiorów, któremi Estera pozwalała jej się bawić często. Kładła na siebie spłowiałe brokatele, paradowała przed lustrem i robiła poważne ukłony, wlokąc za sobą ogon z szelestem, zachwycającym jej uszy. Owego dnia tak była przejęta, że Artur zadzwonił i wszedł niepostrzeżenie. Przechadzała się wzdłuż i wszerz, chłodziła się wachlarzem, poruszała głową strojną w duży turban różowy, zabawnie odbijający od niebieskiej brokatelowej sukni i żółtej pikowanej spódnicy. Musiała bardzo ostrożnie chodzić z powodu wysokich obcasów i, jak jej później powiedział Artur, było to arcyzabawnie widzieć jak się przechadza w jaskrawym stroju, z tyłu zaś Polly pawi się i kołysze z nogi na nogę, chcąc ją naśladować jak najlepiej; czasem zatrzymuje się ze śmiechem lub krzyczy: „Albośmy nie piękne? idź precz, straszydło! powstrzymaj język! pocałuj mię, droga! ha! ha!
Artur powstrzymywał się od śmiechu, żeby nie obrazić majestatu Amelki, lecz wreszcie zapukał i łaskawie został przyjęty.
— Usiądź i odpoczywaj, póki nie zdejmę tych rzeczy, a potem poradzę się ciebie w jednej bardzo ważnej kwestji, — rzekła Amelka, gdy się już popisała swym blaskiem i zapędziła Polly do kąta. — Ten ptak jest udręczeniem mego życia, — mówiła dalej, zdejmując różową górę z głowy, podczas gdy Artur siadał na krzesło, jak na konia. — Wczoraj, skoro ciotka usnęła, chciałam się zachować cicho jak myszka, tymczasem Polly zaczęła krzyczeć i szamotać się w klatce, więc poszłam ją wypuścić i znalazlam dużego pająka. Gdym go wyjęła stamtąd, poleciał zaraz pod szafę z książkami; Polly poszła za nim, nachyliła się, zajrzała i krzyknęła z trjumfem: „Wynijdź i przespaceruj się, mój drogi.“ Nie mogłam wstrzymać się od śmiechu, więc Polly ze złości zaczęła wrzeszczeć, a ciotka March obudziła się i wyłajała nas obie.
— Czy pająk przyjął to zaproszenie? — zapytał Artur ziewając.
— Przyjął; wylazł z pod szafy, a Polly uciekła śmiertelnie przestraszona i wskoczyła na krzesło ciotki, wołając na mnie: „Złap go! złap go! złap go!“, bo ja polowałam na tego pająka.
— „To kłamstwo, mój panie“, — krzyknęła Polly, dziobiąc palce Artura.
— Skręciłbym ci szyję, gdybyś była moją, ty stara wiedźmo! — zawołał Artur grożąc pięścią papudze, która zwiesiła głowę na bok i z powagą krakała: „alleluja, niech będą błogosławione twe guziki, mój drogi!“
— Jestem już gotowa, — rzekła Amelka, gdy zamknęła szafę i wyjęła papier z kieszeni. Jeżeli chcesz, to przeczytaj ten dokument i powiedz, czy dobrze napisany. Życie jest niepewne, więc się poczułam do tego obowiązku, nie chcąc mieć nieprzyjaciół po śmierci.
Artur przygryzł sobie usta, i odwróciwszy się trochę od zamyślonej Amelki, czytał z powagą zasługującą na pochwałę — tak śmieszna była pisownia.

„Moja ostatnia wola i testament“.

Ja Amelja Courtis March, będąc przy zdrowych zmysłach, daję i przekazuję własność moją jak następuje:
Ojcu, najlepsze malowidła, szkice, mapy i dzieła sztuki, włączając ramy. Również 100 f. szter., żeby z niemi zrobił co zechce.
Matce, całe ubranie, wyjąwszy niebieski fartuszek z kieszeniami, — także mój portret, medaljon i serdeczne pozdrowienie.
Drogiej siostrze Małgorzacie, turkusowy pierścionek (jeżeli go dostanę), kawałek prawdziwej koronki na szyję i jej wizerunek mojej roboty, na pamiątkę po jej „małej dziewczynce“.
Ludce zostawiam moją szpilkę, tę naprawioną lakiem; bronzowwy kałamarz, od którego zgubiła pokrywkę, i najpiękniejszego królika z gipsu, bo mi przykro, że spaliłam jej powieść.
Elizie (jeżeli mię przeżyje) przekazuję lalki, biurko, wachlarz, płócienne kołnierzyki i nowe pantofle, w razie gdyby je mogła nosić — bo schudnie po chorobie. Żałuję, że nieraz żartowałam ze starej Joanny.
Mój przyjaciel i sąsiad Teodor Laurence otrzyma papierową tekę i gliniany model konia, chociaż powiedział, że nie ma szyi. W nagrodę za dobroć, okazywaną w ciężkich dla nas chwilach, pozostawiam mu to dzieło sztuki, które sam wybierze; Notre Dame największą ma wartość.
Naszemu szanownemu dobroczyńcy, panu Laurence — zapisuję czerwone pudełko z lusterkiem na wierzchu; wygodne jest do piór i przypominać mu będzie zmarłą dziewczynkę, wdzięczną za łaski wyświadczone jej rodzinie, a w szczególności Elizie.
Ukochanej towarzyszce zabaw, Kasi Bryant, proszę oddać niebieski jedwabny fartuszek, pierścionek ze złotą perełką i pocałowanie.
Annie przekazuję ulubione jej tekturowe pudełko i całą starzyznę, w nadziei, że mię sobie przypominać będzie, gdy na to spojrzy.
Ponieważ rozdzieliłam najcenniejsze moje rzeczy, spodziewam się, że wszyscy będą zadowoleni i nie potępią umarłej. Wybaczam wszystkim i ufam, że się spotkamy, gdy nas wezwie trąba archanioła. Amen.
Do tej ostatniej woli i tego testamentu przykładam rękę i pieczętuję, dwudziestego listopada Anno Domini 1861.
Amelja Courtis March.
Świadkowie
Estella Valnor.
Teodor Laurence.
To ostatnie nazwisko było nakreślone ołówkiem i Amelka objaśniła Artura, że ma na wierzchu napisać atramentem i zapieczętować.
— Skąd ci to przyszło do głowy? Czy ci kto powiedział, że Eliza rozdaje swoje rzeczy? — spytał Artur poważnie, gdy Amelka podała kawałek czerwonej wstążeczki, zapaloną świecę i kałamarz.
Wytłomaczywszy mu całą rzecz, — zapytała niespokojnie, — co się dzieje z Elizą?
— Przykro mi, żem się wygadał, ale muszę ci już dopowiedzieć resztę. Jednego dnia tak było z nią źle, że odezwała się do Ludki, iż chce dać fortepian Małgosi, ptaszka tobie, a biedną starą lalkę Ludce, któraby ją kochała przez pamięć na siostrę. Żal jej było, że ma tak mało do rozdania, więc dla nas wszystkich przekazała promienie włosów, a dla dziadka pozdrowienie. Ona nie pomyślała o testamencie.
Opowiadając to wszystko, podpisał się, zapieczętował i podniósł oczy dopiero wtedy, skoro wielka łza spadła na papier. Amelka miała twarz pomieszaną, lecz rzekła tylko:
— Czy nie można dodać przypisku do testamentu?
— Owszem, to się nazywa kodycylem.
— Dopisz więc, że pragnę, by mi wszystkie loki obcięto i rozdano znajomym. Zapomniałam wymienić to życzenia, ale proszę je spełnić, chociaż mię to zeszpeci.
Artur z uśmiechem dopisał tę ostatnią i największą ofiarę; poczem zabawiał ją z godzinę, przejmując się jej troskami. Gdy miał odejść, Amelka wstrzymała go, szepcąc drgającemi usty:
— Czy Eliza naprawdę znajduje się w niebezpieczeństwie?
— Lękam się czy tak nie jest, ale miejmy jak najlepszą nadzieję. Nie płacz, moja droga. — Mówiąc to, objął ją po bratersku, co ją bardzo pocieszyło.
Gdy odszedł, udała się o zmroku do swej kapliczki, modliła się za Elizę ze łzami i ze zbolałem sercem, czując, że miljony turkusowych pierścionków nie pocieszyłyby jej po stracie lubej siostrzyczki.



ROZDZIAŁ XX
ZWIERZENIA.

Nie znalazłabym nigdy słów, by opisać powitanie matki z córkami; takie chwile są piękne, lecz bardzo trudne do skreślenia, więc je zostawię wyobraźni mych czytelników. Powiem tylko, że dom był pełen szczerej radości i że się ziściła najtkliwsza nadzieja dziewcząt, gdy się bowiem Eliza obudziła z długiego i uzdrawiającego snu, najpierwej padły jej oczy na różyczkę i na twarz matki. Zbyt osłabiona, by się dziwić czemukolwiek, z uśmiechem tuliła się tylko w tkliwych objęciach, czując zaspokojoną tęsknotę. Potem usnęła znowu, a dziewczynki posługiwały matce, nie chcącej puścić wychudzonej rączki, która się do niej tuliła nawet podczas snu. Anna przygotowała dla podróżnej wyborne śniadanie, dowodząc, że to najlepszy sposób przeciw zbytniemu podnieceniu. Małgosia z Ludką karmiły matkę jak małe bocianki, ona zaś pocichu opowiadała o zdrowiu ojca, o obietnicy pana Brooke, że zostanie, by go doglądać, o burzy, która opóźniała jej przybycie do domu, i o niewypowiedzianej radości na widok pocieszającej twarzy Artura, gdy przyjechała znużona, niespokojna, zziębnięta.
Jakiż to dziwny i miły był dzień! tak jasno i wesoło na ulicy, bo się zdawało, że cała ludność wyruszyła na powitanie pierwszego śniegu, — tak cicho i spokojnie w domu, wszyscy bowiem spali, znużeni czuwaniem, — i uroczysta cisza panowała, podczas gdy Anna kiwając się trzymała straż przy drzwiach. Z tem błogiem uczuciem, iż zrzuciły z siebie ciężar, Małgosia i Ludka położyły się na spoczynek i zamknęły zmęczone oczy, jak statki skołatane burzą i bezpiecznie schronione w cichej przystani. Pani March nie chciała odejść od Elizy i wypoczywała w fotelu, budząc się często, by spojrzeniem, pieszczotą i myślą cieszyć się swem dzieckiem, jak skąpiec odzyskanym skarbem.
Przez ten czas Artur pobiegł pocieszyć Amelkę i tak pięknie opowiadał, iż ciotka March rozpłakała się i ani razu nie rzekła: „mówiłam, że tak będzie“. Amelka okazała się tak mężną, że sądzę, iż rozmyślania w kapliczce zaczynały przynosić rzeczywiste owoce. Prędko osuszyła łzy, pokonała niecierpliwą chęć zobaczenia matki i nie pomyślała nawet o turkusowym pierścionku, a stara jejmość szczerze zgodziła się z Arturem, że się zachowuje, jak „dzielna kobietka“. Nawet Polly zdawała się być pod wrażeniem, nazwała ją dobrą dziewczynką, pobłogosławiła jej guziki i prosiła najuprzejmiej, żeby się z nią wybrała na przechadzkę. Amelka byłaby chętnie użyła zimowej pogody, lecz miarkując, że Artur niewyspany, chociaż się z tem kryje, namówiła go, żeby wypoczął na sofie, podczas gdy sama napisze kartkę do matki. Dużo czasu jej to zabrało, i gdy się odwróciła, spał wyciągnięty z rękami pod głową, a ciotka March spuściwszy firankę siedziała bezczynnie, w nadzwyczajnym przystępie dobrotliwości.
Po niejakiej chwili zaczęły przypuszczać, że się nie zbudzi do samej nocy, i możeby się tak stało, gdyby nie radosny okrzyk Amelki, skoro zobaczyła matkę. Zapewne w mieście było dużo szczęśliwych dziewczynek owego dnia, lecz według mnie Amelka była najszczęśliwszą ze wszystkich, gdy siedząc na kolanach matki, opowiadała swoje troski i odbierała w nagrodę uśmiech pełen zachęty i czułe pieszczoty. Siedziały w kapliczce, przeciw której matka nic nie miała, dowiedziawszy się od Amelki, jaki jest jej cel.
— Przeciwnie, moja droga, bardzo mi się tu podoba, — rzekła, patrząc na zakurzony różaniec, zniszczoną książeczkę i piękny obraz uwieńczony zielenią. — To doskonała rzecz, mieć takie spokojne schronienie, gdy nas co gniewa lub martwi. Dużo jest ciężkich chwil w życiu, ale zawsze można je znieść, gdy umiemy prosić o pomoc. Sądzę, że moja córeczka uczy się tego.
— Tak, uczę się, — i gdy wrócę do domu, będę miała kącik w dużym gabinecie na książki i na kopję tego obrazu, którą spróbowałam zrobić. Twarz Madonny nie jest udana, ale Pan Jezus jest piękniejszy, i bardzo Go kocham. Miło mi myśleć, że był kiedyś dzieckiem, ośmiela mię to do Niego.
Gdy wskazywała to dziecię na kolanach matki, pani March spostrzegła na podniesionej rączce rzecz, która wywołała jej uśmiech; nie rzekła ani słowa, lecz Amelka zrozumiała spojrzenie i po chwili odezwała się poważnie:
— Chciałam ci to powiedzieć, alem zapomniała. Dostałam dziś ten pierścionek od ciotki. Zawołała mię do siebie, pocałowała i włożyła go na palec, mówiąc, że jestem jej pociechą i że chciałaby mię zatrzymać na zawsze. Za duży jest, więc dla podtrzymania go dodała tę maleńką obrączkę. Czy pozwolisz mi je nosić?
— Bardzo są ładne, ale sądzę, żeś trochę za młoda na takie ozdoby, — rzekła pani March, patrząc na pulchny paluszek w pierścionku z niebieskim kamieniem i w drugim, złożonym z cienkich rączek, trzymających się ze sobą.
— Będę się starała nie być próżną, — rzekła Amelka, — i chciałabym je nosić nietylko dlatego że ładne, ale żeby mi coś przypominały, jak tej dziewczynce z powieści, która nosiła bransoletkę.
— Czy ci mają przypominać ciotkę March? — spytała matka ze śmiechem.

— Nie, tylko samolubstwo moje, — odrzekła z miną tak poważną i szczerą, że matka przestała śmiać się i z poszanowaniem słuchała jej planu.
— W ostatnich czasach myślałam bardzo dużo o moich grzechach, i największym z nich jest samolubstwo, więc chcę dołożyć wszelkich starań, żeby się z niego wyleczyć. Eliza nie jest samolubna, dlatego wszyscy ją kochają i boją się ją utracić. Gdybym ja była chora, niktby się nie martwił bardzo, i nie zasługiwałabym na to. Chciałabym jednak, żeby mię kochano i żałowano, więc będę usiłowała stać się podobną do Elizy. Wprawdzie łatwo zapominam o moich postanowieniach, ale mając ciągle przy sobie przedmiot, któryby mi je przywodził na pamięć, zdaje mi się, że postępowałabym lepiej. Czy mogę wypróbować ten sposób?
— Dobrze, lecz większą mam wiarę w kącik dużego gabinetu. Noś ten pierścionek, moja droga, i postępuj o ile będziesz mogła najlepiej. Sądzę, że ci się powiedzie, bo mając szczerą chęć doskonalenia się, w połowie otrzymałaś już zwycięstwo. Muszę teraz wrócić do Elizy; bądź mężna, moja córeczko, bo niedługo będziemy już połączone w domu.
Wieczorem, podczas gdy Małgosia pisała do ojca, donosząc o szczęśliwym przybyciu podróżnej, Ludka poszła na palcach do pokoju Elizy, i zastawszy matkę na zwykłem miejscu, stała chwilę przesuwając palce po włosach z nieswobodną i niepewną siebie miną.
— Co to, moja droga? — spytała pani March, wyciągając rękę, ze spojrzeniem zachęcającem do zwierzeń.
— Chciałabym ci powiedzieć coś, mamo!
— O Małgosi?
— Jak prędko zgadłaś! Tak, o niej; chociaż to mała rzecz, gniewa mię jednak...
— Eliza śpi, więc nie podnoś głosu i powiedz mi wszystko. Spodziewam się, że Moffat nie był tutaj? — spytała pani March porywczo.
— Nie; byłabym mu zamknęła drzwi przed nosem, gdyby przyszedł, — powiedziała Ludka, siadając na ziemi u nóg matki. Oto przeszłego lata Małgosia zostawiła parę rękawiczek u Laurenceʻów, ale tylko jedną zwrócono. Zapomniałyśmy o tem, aż mi Teodorek powiada, że jest u pana Brooke, który ją trzyma w kieszeni od kamizelki, ale raz upuścił, i gdy prześladował go tem, wyznał, że kocha Małgosię, lecz nie śmie oświadczyć się, póki ona taka młoda i on taki ubogi. Alboż to nie straszne rzeczy?
— Czy myślisz, że on obchodzi Małgosię? — zapytała pani March z niepokojem na twarzy.
— Boże mój! alboż ja się znam na miłości i na tych wszystkich niedorzecznych rzeczach! — wykrzyknęła Ludka z zabawną mieszaniną ciekawości i wzgardy. — W powieściach panny zdradzają się z tem, że są lękliwe, rumienią się, mdleją, chudną i we wszystkiem postępują nierozsądnie; tymczasem Małgosia nie robi nic takiego; — je, pije i śpi, jak rozumna istota. Patrzy mi prosto w oczy, gdy mówię o tym człowieku, i tylko się trochę czerwieni, gdy Teodorek żartuje z kochanków. Zakazałam mu tego, ale mię nie słucha.
— Więc zdaje ci się, że Małgosia nie jest zajęta Janem?
— Kim? — wykrzyknęła Ludka z przestrachem.
— Panem Brooke. Przyzwyczailiśmy się nazywać go Janem w szpitalu, bo mu to sprawia przyjemność.
— Ach mamo, wiedziałam, że będziesz po jego stronie, dlatego, że się okazał dobrym dla ojca! Nie odepchniesz go, pozwolisz ożenić się z Małgosią, jeżeli ona zechce. To brzydko, usłużny był dla papy, starał się przypodobać mamie, żebyście go musieli polubić, — zawołała Ludka i znowu ze złości targała sobie włosy.
— Nie gniewaj się, moja droga, opowiem ci, jak się to stało. Jan towarzyszył mi z woli pana Laurence i tak się poświęcił biednemu ojcu, żeśmy się musieli przywiązać do niego. Co się tyczy Małgosi, okazał się zupełnie otwartym i honorowym, bo nam powiedział, że ją kocha, lecz chciałby mieć dostateczne utrzymanie, zanim się o jej rękę odezwie. Prosił tylko, żeby mu wolno było kochać ją, pracować dla niej i rozbudzić w niej miłość, jeżeli potrafi. To jest młodzieniec wielkich zalet, więc nie mogliśmy jego prośby odrzucić, ale nie pozwolę, żeby Małgosia zaręczyła się tak młodo.
— Ma się rozumieć, to byłoby idjotycznie! Wiedziałam, że się coś złego święci, czułam to, ale jest gorzej niż sobie wyobrażałam. Żałuję, że sama nie mogę poślubić Małgosi i w ten sposób zatrzymać jej w domu!
Ten dziwny pomysł wywołał uśmiech na twarzy pani March, rzekła jednak poważnie:
— Zwierzyłam ci się, Ludko, ale proszę, żebyś nie wspominała o tem Małgosi. Gdy Jan powróci i zobaczę ich razem, będę mogła lepiej sądzić o jej usposobieniu.
— Wyczyta jego uczucia z tych pięknych oczu, o których często mówi, a wówczas będzie po niej. Takie teraz ma miękkie serce, że się rozpłynie jak masło na słońcu, skoro na nią spojrzy kto sentymentalnie. Daleko pilniej odczytywała jego krótkie sprawozdania, niż twoje listy, a gdy jej to powiedziałam, uszczypnęła mię. Lubi ciemne oczy, nie znajduje, żeby Jan było brzydkiem imieniem, i zakocha się, i koniec będzie spokoju, i zabaw, i pogadanek. Zgóry wszystko widzę! będą chodzić po domu gruchając, a my się usuwać będziemy. Małgosię tak pochłonie ten stosunek, że dla mnie już przestanie być siostrą; Brooke wyskrobie gdzie majątek, wywiezie ją i zrobi szczerbę w rodzinie, a mnie serce pęknie, i wszystko wydawać mi się będzie szkaradne i niemiłe! Ach, Boże mój! czemu nie jesteśmy chłopcami? nie byłoby takich utrapień!
Oparła brodę na kolanach w rozpaczliwej postawie i wygrażała pięścią nieszczęsnemu Janowi. Pani March westchnęła, a Ludka spojrzała na nią z ulgą w sercu.
— Nie jesteś rada temu, bardzo się cieszę. Odpraw go, a Małgosi nic nie mów, żeby nie przestało być wesoło u nas.
— Niepotrzebnie westchnęłam, moja Ludko, bo to jest rzecz naturalna i pożądana, żeby każda z was miała kiedyś własny dom. Chciałabym tylko jaknajdłużej zatrzymać moje dziewczęta, i przykro mi, że się to stało tak wcześnie, bo Małgosia ma dopiero lat siedemnaście, a niejeden rok upłynie, zanim Jan zdoła jej przygotować domowe ognisko.
Oboje z ojcem postanowiliśmy nie dopuścić, żeby się Małgosia związała słowem, lub wyszła zamąż przed dwudziestym rokiem. Jeżeli kochają się z Janem, to mogą czekać i w ten sposób udowodnić swą miłość. Ona jest sumienna; nie obawiam się, żeby z nim wyszła niedobrze, ta moja ładna i tkliwa córeczka, i mam nadzieję, że znajdzie szczęście.
— Czy nie wolałabyś, żeby poszła za bogatego człowieka? — spytała Ludka, gdy głos matki zadrżał trochę przy ostatnich wyrazach.
— Pieniądze są dobrą i użyteczną rzeczą, i spodziewam się, że moje dziewczęta nigdy nie uczują boleśnie ich braku, ale też nie będą kuszone zbyt wielką ilością. Chciałabym, żeby Jan miał tyle, aby wolny był od długów i zapewniał Małgosi wygodne życie. Nie pragnę świetnej fortuny, błyszczącego stanowiska, ani wielkiego imienia dla moich dziewczątek. Gdyby stanowisko i pieniądze szły w parze z miłością i cnotą, przyjęłabym je chętnie i radowałabym się waszem powodzeniem; ale wiem z doświadczenia, jak wiele prawdziwego szczęścia można znaleść w skromnym domku przy pracy na chleb codzienny i mimo prywacji, które czynią milszemi rzadkie rozrywki. Cieszę się, że Małgosia zacznie od małego, bo jeżeli się nie mylę, bogatą będzie w taki skarb, jakim jest serce dobrego człowieka, a to lepsze od majątku.
— Rozumiem cię, mamo, i zupełnie zgadzam się z tobą, ale to jest zawodem dla mnie, bom sobie układała, że Małgosia pójdzie kiedyś za Teodorka i do końca życia opływać będzie w zbytkach. Czyby to nie było dobrze? — zapytała z rozjaśnioną twarzą.
— Wszakże Teodor młodszy jest od niej, — odezwała się pani March; lecz ona przerwała.
— To nic nie znaczy! on jest dojrzały i wysoki na swój wiek, a jak chce, to się umie zachować, jak dorosły mężczyzna. Przytem bogaty, szlachetny, dobry — i kocha nas wszystkich. Doprawdy szkoda, że mój plan spełznie na niczem.
— On mi się zdaje za młody dla Małgosi i za mało jeszcze wyrobiony, żeby kobieta mogła od niego zależeć. Nie rób planów, Ludko, niech czas i własne serca stanowią o losie twych przyjaciół. Niebezpiecznie jest mieszać się w takie rzeczy, i lepiej nie przypuszczać do głowy „romansowych niedorzeczności“, jakeś się zwykła wyrażać, bo to może zepsuć każdy stosunek.
— Dobrze, zaprzestanę tego, ale nie mogę patrzeć, gdy coś idzie krzywo i plącze się, kiedy możnaby tu pociągnąć, tam obciąć, i wszystkoby się naprostowało. Chciałabym, żebyśmy nosiły żelaza do prasowania na głowie, aby nie rosnąć, ale z pączków robią się róże, a z kociąt koty. Wielka szkoda!
— Co mówisz o żelazach do prasowania i o kotach? — spytała Małgosia, wsuwając się pocichu do pokoju z ukończonym listem w ręku.
— Ot, plotłam brednie po swojemu; a teraz położę się. Chodź i ty, Małgosiu, — rzekła widocznie pomieszana.
Pani March, przejrzawszy list, oddała go mówiąc: — zupełnie dobrze i pięknie napisany. Proszę cię dodaj, że pozdrawiam Jana.
— Czy go nazywasz Janem, mamo? — spytała Małgosia z uśmiechem i rzuciła niewinne spojrzenie na matkę.
— Nieinaczej, pokochaliśmy go bardzo, bo się zachował jak rodzony syn, — odpowiedziała pani March, bystro na nią patrząc.
— Cieszę się, gdyż on taki smutny. Dobranoc, droga mamo. Jakże to niewypowiedzianie miło, że cię tu posiadamy, — odrzekła spokojnie Małgosia.
Matka ucałowała ją bardzo czule, i po jej odejściu rzekła z zadowoleniem, ale i żalem: — jeszcze nie kocha Jana, lecz wkrótce się tego nauczy.



ROZDZIAŁ XXI.
ARTUR BROI, A LUDKA POJEDNYWA.

Twarz Ludki przedstawiała nazajutrz ciekawe studjum, bo ciężyła jej tajemnica, i nie umiała się powstrzymać od znaczących min. Małgosia to zauważyła, ale nie pytała o przyczynę, wiedząc, że najlepiej rządzić się z nią prawem przeciwieństwa. Pewna była, że jej powie wszystko o co się zapyta, dziwiło ją więc uparte milczenie i protekcyjna mina Ludki, która ją obrażała; lecz udając, że nie dba o to, cała poświęciła się matce. Ludka była pozostawiona samej sobie, odkąd pani March zajęła jej miejsce przy chorej, chcąc, by ona odpoczywała, używała ruchu i bawiła się po tak długiem zamknięciu. Ponieważ nie było Amelki, Artur stanowił jedyną jej ucieczkę; ale chociaż bardzo lubiła jego towarzystwo, bała się go wówczas, bo niepoprawny był z niego figlarz, i lękała się, że wyłudzi z niej tajemnicę.
Zupełną miała słuszność; jak tylko ten psotny chłopiec odgadł sekret, wziął się zaraz do wykrycia go i dręczył Ludkę na wszystkie sposoby. Przymilał się, pochlebiał, szydził, groził i łajał. Udawał obojętność, żeby łatwiej wydobyć prawdę; zapewniał, że wie o wszystkiem i że o to nie stoi, aż nareszcie wywołał zwierzenie, że się ta rzecz tyczy Małgosi i pana Brooke. Oburzony skrytością swego nauczyciela, wysilał mózg, żeby obmyśleć zemstę.
Co do Małgosi, zdawało się, że zapomniała o tej kwestji i że ją zajmują tylko przygotowania czynione do powrotu ojca; lecz nagle jakaś widoczna zmiana w niej zaszła, i przez parę dni zupełnie była niepodobną do siebie. Lękała się każdego słowa, rumieniła się za każdem spojrzeniem i cichutko siedziała przy szyciu z nieśmiałym, pomieszanym wyrazem twarzy. Na zapytania matki odpowiadała, że jej nic nie jest, a Ludwisi zamknęła usta prośbą, aby jej dała pokój.
— Zdaje mi się, że czuję w powietrzu miłość, i bardzo szybkie robi postępy. Zdradzają to różne symptomaty: jest niecierpliwa, cierpka, — nie je, nie sypia i płacze po kątach. Słyszałam raz, że powiedziała „Jan“ za twoim przykładem, mamo, i zaczerwieniła się potem, jak makówka. Co my poczniemy? — rzekła Ludka z taką miną, jakgdyby gotowa była na wszystkie środki, chociażby najgwałtowniejsze.
— Pozostaje nam tylko czekanie. Przestań ją dręczyć, bądź dobra i cierpliwa, a jak ojciec przyjedzie, to się wszystko załatwi, — odparła matka.
— Małgosiu, jest tu do ciebie list zapieczętowany. Jak to dziwnie! Teodorek nigdy nie pieczętuje, — rzekła Ludka nazajutrz, rozdając przesyłki z poczty.
Pani March i Ludka bardzo były czemś zajęte; wtem uderzył je krzyk Małgosi, i obróciwszy się ujrzały, że patrzy na list z przestraszoną twarzą.
— Co to jest, moje dziecko? — zawołała matka, biegnąc do niej, podczas gdy Ludka próbowała wyrwać jej z rąk ten złowrogi papier.
— To pomyłka — on tego nie pisał; ach, Ludko, jak mogłaś to zrobić! — mówiła Małgosia i schowała twarz w rękach, tak płacząc, jakgdyby jej serce pękało.
— Ja, ja nic nie zrobiłam! co ona mówi? — wołała Ludka ze zdumieniem.
Łagodne oczy Małgosi zapałały gniewem, gdy wyjęła zgniecioną kartkę z kieszeni i rzuciła ją na Ludkę, mówiąc z wyrzutem:
— Napisałaś to wraz z tym niegodziwym chłopcem! Jak mogłaś być tak grubiańska, tak niegodziwa, i okrutna dla nas obojga?
Ludka prawie nie słyszała jej słów, bo obie z matką czytały list napisany szczególnym jakimś charakterem.

„Moja najdroższa Małgorzato!

Nie mogę dłużej hamować mej namiętności, i zanim powrócę, muszę się dowiedzieć, jaki mię los czeka. Nie śmiem jeszcze oświadczyć się rodzicom, ale sądzę, że daliby pozwolenie, gdyby wiedzieli, że się wzajemnie uwielbiamy. Pan Laurence pomoże mi znaleść dobre miejsce, a wówczas, słodkie dziewczę, uszczęśliwisz mię. Błagam cię, nie mów jeszcze o tem rodzinie, lecz prześlij słówko nadziei przez Artura
oddanemu Ci
Janowi.“

— Ach, szkaradnik! on mi się chciał odpłacić za to, żem dotrzymała mamie słowa. Serdecznie go wyłaję i sprowadzę go tu, żeby cię przeprosił! — zawołała Ludka, rwąc się do tego, by natychmiast wymierzyć sprawiedliwość; ale ją matka wstrzymała i rzekła z takim wyrazem twarzy, jaki jej się rzadko zdarzał:
— Zaczekaj, Ludko, musisz się wpierw wytłomaczyć. Spłatałaś już tyle figlów, że się boję, czyś i do tego nie przyłożyła ręki.
— Daję słowo, że nie! nawet nie widziałam tego listu, i nie mówił mi o nim! klnę się życiem! — rzekła tak serjo, że jej obie uwierzyły. — Gdybym miała w tem udział, napisałabym lepiej i rozsądniej. Powinnaś wiedzieć, że pan Brooke nie prawiłby takich niedorzeczności, — dodała, wzgardliwie rzucając papier na ziemię.
— To podobne do jego pisma, — bąknęła Małgosia, porównywając z listem trzymanym w ręku.
— Ach, Małgosiu, wszakżeś nie odpowiedziała! — wykrzyknęła żywo pani March.
— Owszem! — odparła Małgosia i znowu ukryła twarz, opanowana wstydem.
— To kłopot! Pozwól, mamo, żebym sprowadziła tego niegodziwego chłopca; niech się wytłomaczy i wysłucha nauki. Nie będę miała pokoju, póki go nie schwytam. — Rzekłszy to, zwróciła się ku drzwiom.
— Daj pokój, ja się z nim sama załatwię, bo w tem coś gorszego tkwi, jak myślałam. Małgorzato, opowiedz mi całą rzecz, — rozkazała pani March i usiadła przy niej, trzymając Ludkę, żeby nie uciekła.
— Pierwszy list odebrałam z rąk Artura, który zdawał się nie wiedzieć o niczem, — odezwała się Małgosia, nie patrząc matce w oczy. — Z początku dręczyło mię to, i chciałam ci się przyznać, ale potem przypomniałam sobie, że nadto lubisz pana Brooke, żeby cię miało rozgniewać, gdy przez kilka dni zachowam przy sobie tę małą tajemnicę. Takam niedorzeczna, że przyjemnie mi było, iż to mnie jednej wiadome, i wahając się co odpowiedzieć, doznawałam takiego wrażenia, jakgdybym była bohaterką z książki. Daruj mamo, bo jestem wynagrodzoną za mą niedorzeczność; już nigdy nie będę śmiała spojrzeć mu w oczy.
— Cóżeś odpowiedziała? — spytała pani March.
— To tylko, żem za młoda na coś podobnego, że nie chcę mieć tajemnic dla was, że się musi rozmówić z ojcem i żem bardzo wdzięczna za jego dobroć, ale jeszcze przez długi czas będę dla niego tylko przyjaciółką, niczem więcej.
Pani March uśmiechnęła się z widocznem zadowoleniem, a Ludka klasnęła w ręce, wołając wesoło:
— Znalazłaś się, jak Karolina Percy, ten wzór roztropności! Mów że, Małgosiu, co odpowiedział?
— Napisał zupełnie w odmienny sposób, objaśniając mię, że nigdy nie przysyłał listu miłosnego, i że mu bardzo przykro, iż moja figlarna siostra Ludka postąpiła tak zuchwale w jego imieniu. Ten list był niezmiernie grzeczny i pełen szacunku, ale jakież to okropne dla mnie! pomyślcie tylko!
Małgosia oparła się o matkę, jak obraz rozpaczy, a Ludka biegała po pokoju, wygadując na Artura. Nagle zatrzymała się, porwała listy, i przyjrzawszy się im bacznie, rzekła stanowczo:
— Nie wierzę, by Brooke widział je kiedy; Teodorek napisał oba i przechowuje twoje, żeby mię dręczyć zato, żem mu się nie zwierzyła z moją tajemnicą.
— Nie miej żadnych tajemnic, powiedz wszystko matce, nie wikłaj się w kłopot, — i mnie należało tak zrobić, — rzekła Małgosia z przestrogą w głosie.
— Kiedyż ja to wiem od mamy.
— Dosyć tego, Ludko, postaram się tu uspokoić Małgosię, a ty idź po Artura. Zgłębię tę rzecz i raz na zawsze położę koniec takim figlom.
Gdy Ludka wybiegła, pani March ostrożnie oświeciła Małgosię o uczuciach pana Brooke.
— Cóż ty na to, moja droga? Czy masz dosyć przywiązania, żeby czekać, póki Jan nie przygotuje domu, lub czy wolisz być jeszcze zupełnie wolną?
— Tak mię to wszystko udręczyło i zmęczyło, że nie chcę słyszeć o małżeństwie długo jeszcze, — a może i nigdy, — odpowiedziała porywczo. — Jeżeli Jan nie wie o tych banialukach, nie mów mu i przykaż Ludce i Arturowi, by hamowali języki. Nie dam się zwodzić, dręczyć i wystawiać na śmieszność! to okropne!
Widząc, że Małgosia, mimo łagodnego temperamentu, jest rozjątrzona i tak żywo czuje złośliwy żart, jakim obrażono jej godność, pani March koiła ją obietnicą, że wszyscy to przemilczą i będą dyskretni w przyszłości. Jak tylko kroki Artura dały się słyszeć w sieni, Małgosia uciekła do pracowni, a matka sama przyjęła winowajcę. Ludka mu nie powiedziała po co jest wołany, z obawy czy pójdzie; ale zmiarkował to z twarzy pani March i stał, obracając w ręku kapelusz z tak skromną miną, że ją odrazu rozbroił. Ludka dostała odprawę, lecz chodziła po sieni, jak żołnierz na odwachu, lękając się trochę, żeby nie uciekł więzień. W bawialnym pokoju przez pół godziny to się podnosiły głosy, to cichły znowu, ale co tam mówiono, nigdy się dziewczęta nie dowiedziały.
Gdy je przywołano, Artur stał przed panią March w tak pokornej postawie, że Ludka natychmiast mu wybaczyła, lecz zdawało jej się nierozsądnie zdradzać się z tem. Małgosia dobrze przyjęła jego uniżone tłomaczenie się, i bardzo ją pocieszyła pewność, że Brooke nie wie o tym żarcie.
— Nigdy mu nie powiem, póki żyć będę, żadna siła ludzka nie wydobyłaby tego ze mnie, więc musisz mi wybaczyć Małgosiu, a ja zrobię co tylko będę mógł, żeby dowieść skruchy, — dodał wielce zawstydzony.
— Będę się starała; ale to rzecz niegodna gentlemana. Nie myślałam, żebyś był tak podstępny i złośliwy, — odparła Małgosia, usiłując ukryć swe pomieszanie pod powagą wyrzutów.
— Szkaradnie postąpiłem i zasługuję, żebyś nie mówiła do mnie przez cały miesiąc; ale nie będziesz tak okrutna, prawda? — Złożył ręce tak błagalnie, spuścił oczy z taką pokorą i skruchą, mówił tak przekonywająco, że niepodobna było srożyć się, pomimo gorszącego postępku. Małgosia wybaczyła, i pani March rozjaśniła twarz, choć się przymuszała do powagi, — usłyszawszy jego zapewnienie, że zada sobie różne pokuty i będzie pełzał jak robak przed Małgosią.
Ludka przez ten czas stała na uboczu, próbując zahartować serce przeciw niemu, lecz udało jej się tylko przybrać minę największego niezadowolenia. Artur spojrzał parę razy, ale gdy nie zwalniała surowości, odwrócił się obrażony; — i załatwiwszy sprawę z tamtemi paniami, oddał jej niski ukłon i odszedł, nie mówiąc ani słowa.
Jak tylko znikł, pożałowała swego zachowania, i skoro matka z Małgosią poszły na górę, uczuła się dziwnie osamotniona i stęskniona. Po niejakim wahaniu, poszła więc za swym popędem, i uzbrojona w książkę, którą miała oddać panu Laurence, udała się do dużego domu.
— Czy zastałam pana? — spytała służącej, która właśnie schodziła z góry.
— Jest w domu, panienko, — ale wątpię, żeby się można z nim zobaczyć.
— Dlaczego? czy chory?
— O nie! ale miał scenę z panem Arturem, który jest w okropnym humorze i rozgniewał starego pana, więc nie chciałabym tam pójść.
— Gdzie Artur?
— Zamknięty u siebie i nie odpowiada, chociaż pukałam. Nie wiem co będzie z obiadem, bo już gotów, a niema komu jeść.
— Ja się ich nie boję, pójdę więc zobaczyć, co się dzieje. — Wszedłszy na górę, śmiało zastukała do gabinetu Artura.
— Przestań, bo gdy otworzę drzwi, to pożałujesz, — zawołał młodzieniec groźnym tonem.
Ludka zapukała powtórnie; drzwi się otworzyły i wpadła do pokoju, zanim Artur zdołał ochłonąć z zadziwienia.
Widząc, że istotnie jest rozjątrzony, Ludka, która umiała z nim wychodzić, przybrała żałosną minkę, i padając teatralnie na kolana, rzekła z pokorą:
— Proszę cię, daruj, żem była tak przykra; przyszłam po przebaczenie i nie odejdę, póki go nie otrzymam.
Oto jakie rycerskie słowo usłyszała w odpowiedzi:
— Bardzo dobrze; wstań i nie bądź gąską.
— Dziękuję ci, wstanę. Czy wolno mi spytać co tu zaszło? Zdajesz się jakiś nieswój.
— Szarpnął mną, a ja tego nie mogę znosić, — mruknął Artur z oburzeniem.
— Któż się tego dopuścił? — spytała.
— Dziadek; komu innemu byłbym... — obrażony chłopiec zamiast skończyć frazes, zrobił energiczny ruch ręką.
— To drobnostka; ja cię czasem szarpię, a nie gniewasz się, — rzekła kojącym tonem.
— Ba! tyś dziewczyna, więc mię to bawi tylko, ale żadnemu mężczyźnie nie pozwolę na to.
— Wątpię, żeby kto spróbował, gdy wyglądasz na chmurę brzemienną w pioruny, jak teraz naprzykład. Za co się tak obszedł z tobą?
— Nie chciałem powiedzieć, czego odemnie żądała twoja matka. Ma się rozumieć, żem nie mógł złamać słowa, obiecawszy, że milczeć będę.
— Czyś nie mógł zadowolnić jego ciekawości czemkolwiek?
— Nie; dopominał się prawdy, całej prawdy, i nic innego, tylko prawdy. Byłbym wyznał cząstkę przypadającą na mnie, gdybym mógł nie wmieszać Małgosi, ale ponieważ to się nie dało, przygryzłem język i znosiłem łajanie, póki mię stary nie porwał za kołnierz; wówczas opanował mię taki gniew, żem uciekł, żeby się nie zapomnieć.
— Niedobrze postąpił, ale wiem, że tego żałuje, więc idź pogodzić się, — ja ci pomogę.
— Niech mię powieszą, jeżeli to zrobię! Nie dam się łajać i poniewierać za niewinny żart. Było mi żal Małgosi, więc przeprosiłem, jak przystało mężczyźnie, lecz nie chciałem tłomaczyć się drugi raz, kiedym nie zawinił.
— Nie wiedział tego.
— Powinien mi ufać i nie postępować jak z dzieciakiem. Nic nie pomoże, musi on się dowiedzieć, że umiem kierować sobą i nie potrzebuję być prowadzonym na paskach.
— Cierpki jesteś, — rzekła Ludka wzdychając. — Jakże myślisz załatwić tę sprawę?
— Powinien mię przeprosić i uwierzyć, kiedy zapewniam, że muszę to pokryć milczeniem.
— Bóg z tobą! ależ on tego nie zrobi!
— Jednakże dopiero wówczas zejdę na dół.
— Teodorku, bądźże rozsądnym, zaniechaj tego, a ja cię wytłomaczę, jak będę mogła najlepiej. Nie możesz tu zostać, więc naco odgrywać komedję?
— Nie mam zamiaru pozostawać długo; wybiorę się w podróż, a skoro dziadek zatęskni, będzie wiedział jak postąpić.
— Zapewne, ale nie powinieneś oddalać się i dawać mu powodu do zmartwienia.
— Daj mi pokój z kazaniem. Pojadę do Waszyngtonu zobaczyć się z Brookem; tam jest wesoło, więc się rozerwę po tych udręczeniach.
— To się zabawisz! jabym także chciała frunąć, — rzekła Ludka, zapominając o roli mentora, gdy sobie wyobraziła ożywione żołnierskie życie w stolicy.
— Pojedź; czemuby nie? Ty sprawisz niespodziankę ojcu, — ja rozruszam mego starego Brookeʻa i zabawimy się wybornie; zrób to, Ludwisiu! Zostawimy list zapewniający, żeśmy zdrowi, i puścimy się w drogę. Mam dosyć zebranych pieniędzy. Wycieczka ci posłuży, i nie będzie nic złego, że odwiedzisz ojca.
Przez chwilę Ludka taką miała minę, jakgdyby gotowa była przystać. Znużyło ją pielęgnowanie chorej i życie w zamkniętym pokoju, więc pragnęła zmiany, i silnie ją pociągał ojciec, niemniej jak obozy, szpitale, wolność i rozrywki. Oczy jej zapałały i zwróciły się z zamyśleniem do okna, lecz spojrzawszy na dom z przeciwka, potrząsnęła głową ze smutnem postanowieniem i rzekła:
— Gdybym była chłopcem, pojechalibyśmy razem i bawilibyśmy się cudownie; ale ponieważ jestem dziewczyną, wypada mi być przyzwoitą i pozostać w domu. Nie kuś mię, Teodorku, to szalony pomysł.
— W tem cała przyjemość, — odparł, opanowała go bowiem gwałtowna chęć zerwania pęt w jakikolwiek sposób.
— Cicho! — wykrzyknęła Ludka zatykając sobie uszy. — Mojem przeznaczeniem jest panieńska skromność, i muszę się doń stosować. Przyszłam tu prawić morały, nie zaś słuchać takich rzeczy, że skaczę do góry, gdy o nich pomyślę.
— Wiedziałem, że Małgosia zalałaby się łzami na taką propozycję, alem sądził, że ty masz więcej rozumu, — odezwał się Artur przekonywająco.
— Milcz, niegodziwy chłopcze! Usiądź i rozważaj swoje grzechy, a mnie do nowych nie zmuszaj. Czy wyrzekniesz się podróży, jeżeli nakłonię dziadka, żeby cię przeprosił? — spytała z powagą.
— Dobrze, ale nie zrobisz tego, — odrzekł Artur, który pragnął wprawdzie „zakończyć sprawę“, ale czuł, że jego obrażona godność musi pierwej zagoić swą ranę.
— Kiedym sobie umiała poradzić z młodym, to potrafię i ze starym, — mruknęła Ludka, gdy odeszła, zostawiając Artura pochylonego nad mapą kolei żelaznych, z głową wspartą na rękach.
— Proszę wejść, — odezwał się pan Laurence jeszcze chrapliwiej jak zwykle, gdy zapukała do drzwi.
— To tylko ja, — przyszłam oddać książkę, — rzekła wchodząc nieśmiało.
— Czy chcesz inną? — spytał stary gentleman, widocznie zgryziony i rozgniewany, chociaż starał się to pokryć.
— I owszem, jeśli łaska. Tak mi się spodobał stary Sam, że spróbuję przeczytać drugi tom, — odrzekła w nadziei, że go ułagodzi, żądając drugiej dozy „Johnsona Boswell“, ponieważ jej zalecił to ożywione dzieło.
Najeżone brwi pana Laurence spadły trochę, gdy szedł ku półce z utworami Johnsona. Ludka wskoczyła na najwyższy szczebel drabinki, i usiadłszy tam udawała, że szuka książki, lecz istotnie zbierała myśli, jakby najzręczniej zaczepić o główny powód swego przybycia. Stary gentleman musiał odgadnąć, że jej mózg nad czemś pracuje, bo zakręciwszy się żywo parę razy, spojrzał na nią i odezwał się tak niespodzianie, że „Rasselas“ upadł jej z rąk na ziemię.
— Co ten chłopiec tam zrobił? Musiał coś złego zbroić, kiedy tak dokazywał, wróciwszy do domu. Nie mogłem wydobyć z niego ani słowa, a gdym zagroził, że przemocą dowiem się prawdy, uciekł na górę i zamknął się w swoim pokoju.
— Wprawdzie dopuścił się winy, aleśmy już wybaczyły, i obiecałyśmy nie zdradzać go przed nikim, — odrzekła Ludka.
— Tak nie może pozostać, nie powinien się zasłaniać obietnicą dziewcząt o miękkich sercach. Jeżeli zrobił co złego, musi przyznać się, przeprosić i wycierpieć karę. Mów prędzej, Ludko, nie chcę być trzymany w ciemnościach.
Pan Laurence miał taką straszną minę i tak surowo mówił, że Ludka byłaby chętniej uciekła, ale siedziała na szczycie drabinki, on zaś stał u jej stóp, jakby lew na środku drogi, — musiała więc zostać na miejscu i udawać odwagę.
— Doprawdy nie mogę powiedzieć, bo mama zakazała. Artur przyznał się do winy, przeprosił i dostatecznie został ukarany. Nie dlatego milczymy, żeby jego bronić, lecz inną osobę, i jeżeli się pan zechce mieszać, to wyniknie gorsza bieda. Proszę tego nie robić; poczęści i ja zawiniłam, ale teraz już wszystko w porządku, więc puść pan to w niepamięć, i mówmy o „włóczędze“, lub o czemśkolwiek przyjemnem.
— Nie chcę słyszeć o „włóczędze“, zejdź, i daj mi słowo, że ten łotr nie okazał się niewdzięcznym, ani zuchwałym, bo gdyby tak było, zbiłbym go własnemi rękami, pomimo to, że mu okazujecie tyle dobroci w tym razie.
Ta straszna groźba nie wywarła wrażenia na Ludce, wiedziała bowiem, że gniewliwy starzec nie podniósłby palca na wnuka, chociaż twierdził inaczej. Posłusznie więc zeszła i tyle powiedziała o psocie, ile się dało bez zdradzenia Małgosi i bez kłamstwa.
— Hm! hm! dobrze; jeżeli milczał nie przez upór, lecz dla dotrzymania słowa, to mu wybaczam. Trzeba jednak przyznać, iż jest zacięty i trudny do prowadzenia, — dodał wypogadzając twarz, ale włosy tak sobie najeżył, jakgdyby stał na silnym wietrze.
— Ja mam zupełnie taką samą naturę, ale dobrem słowem można ze mną wszystko zrobić, chociaż żadna pogróżka nie dokazałaby tego, — rzekła Ludka, chcąc się przysłużyć przyjacielowi, który jak się zdawało, wyszedł z jednej biedy, żeby wpaść w drugą.
— Sądzisz, że nie jestem dobrym dla niego, co? — zapytał ostro pan Laurence.
— O nie! czasami bywasz pan zbyt dobrym, i tylko wówczas trochę się unosisz, gdy wystawi twą cierpliwość na próbę. Czy tak nie jest?
Postanowiwszy doprowadzić rzecz do skutku, udawała zupełny spokój, chociaż nie bez drżenia mówiła tak zuchwale. Ulżyło jej i zadziwiła się mocno, gdy stary gentleman z hałasem tylko rzucił na stół okulary i wykrzyknął otwarcie:
— Masz słuszność, dziewczyno, tak jest rzeczywiście! kocham wprawdzie tego chłopca, ale mię doprowadza do ostateczności, i nie wiem na czem się to może skończyć.
— Powiem panu, — on ucieknie. Zaledwie domówiła tych słów, już jej żal było, — chciała bowiem tylko ostrzec, że Artur nie zniesie wielkiej niewoli, i nakłonić do większej ostrożności w obejściu.
Czerwona twarz pana Laurence zmieniła się nagle, i usiadł, rzucając pomieszane spojrzenie na portret pięknego mężczyzny, wiszący nad jego biurkiem. Był to ojciec Artura, który uciekł w młodości i ożenił się wbrew woli surowego ojca. Ludka byłaby sobie odgryzła język, odgadywała bowiem, że biedak myśli z żalem o przeszłości.
— Nie dopuści się tego, jeżeli go pan nie będziesz dręczył i nużył zbyteczną pracą naukową. Ja także miewam często chętkę frunąć w świat, zwłaszcza odkąd noszę krótkie włosy, i jeżeli kiedy znikniemy, możesz pan poszukiwać dwóch chłopców na okrętach do Indji wyprawianych.
Ponieważ mówiła ze śmiechem, panu Laurence zrobiło się lżej na sercu, i zaczął brać tę rzecz z żatobliwej strony.
— Jak śmiesz, psotnico, tak się odzywać? gdzież poszanowanie i przyzwoitość? Bóg z wami, dzieci! wiele kłopotu zadajecie, a jednak trudno się bez was obejść, — rzekł szczypiąc jej wesoło policzki.
— Idź sprowadzić chłopca na obiad, powiedz mu, że wszystko załatwione, i poradź, żeby nie przybierał tragicznych min z dziadkiem. Nie zniosę tego.
— On nie przyjdzie, bo ma żal, że mu pan nie ufasz; uważam, że jest bardzo zniechęcony.
Usiłowała przybrać patetyczny wyraz twarzy, lecz widocznie jej się to nie powiodło, pan Laurence zaczął się bowiem śmiać, i zmiarkowała, że jej sprawa jest wygrana.
— Żałuję bardzo i zapewne winienem mu podziękować za to, że nie on się ze mną szamotał. Czego u djabła chce ten chłopiec? — powiedział zawstydzony trochę swą porywczością.
— Gdybym była na pana miejscu, napisałabym do niego. Powiedział, że nie zejdzie na dół, póki listu nie otrzyma, i przebąkuje o jakiejś niedorzecznej wycieczce do Waszyngtonu. Jak pan formalnie przeprosisz, to zmiarkuje, że był szalony, i przyjdzie do rozumu. Spróbuj pan, figlem lepiej się rzecz załatwi jak rozmową. Zaniosę mu sama list i nauczę jak ma postąpić.
Pan Laurence spojrzał na nią bystro, założył okulary i rzekł zwolna:
— Jesteś chytrą dziewczyną, ale pozwalam, żebyście mną powodowały obie z Elizą. Dajże mi kawałek papieru, żebym skończył z tem głupstwem.
List został napisany w formie, jakiej zwykle używa gentleman do człowieka, którego mocno obraził. Ludka w przelocie pocałowała pana Laurence w czubek łysej głowy i pobiegła pod drzwi Artura z przeproszeniem w ręku. Przez dziurkę od klucza doradzała mu pokorę, przyzwoitość i kilka równie przyjemnych niemożliwości. Zastawszy znowu drzwi zamknięte, zostawiła tylko kartkę, by sama przez się załatwiła całą rzecz, i odchodziła już spokojnie, kiedy młodzieniec, zsunąwszy się po poręczy, zaczekał na dole, mówiąc ze swym uczciwym wyrazem twarzy.
— Jaki z ciebie dobry koleżka, Ludko! — a potem dodał ze śmiechem, — czy nie wypchnięto cię za drzwi?
— Nie; bardzo był grzeczny w ogólności.
— Ach, ja to wszystko załatwię, ale nawet ty rozdrażniłaś mię tak na górze, że gotów byłem oddać się djabłu, — rzekł, tłomacząc się.
— Nie mów tego, odwróć kartę i rozpocznij życie na nowo, Teodorku, mój synu.
— Czy mam odwracać i psuć nowe karty, jakem psuł dawniej kajety z wzorami? Będę ciągle zaczynał, a nigdy nie dojdę do końca; — powiedział żałośnie.
— Idź zjeść obiad; lepiej ci będzie potem, bo mężczyźni zawsze gderzą, gdy są głodni. Po tych słowach, wyszła Ludka głównemi drzwiami.
— To jest „kodycyl“ mojej „płci“, — odpowiedział Artur, przytaczając wyrażenie Amelki, gdy przez pokorę szedł zjeść obiad z dziadkiem, który cały dzień wychodził z nim cierpliwie, jak święty, i upokarzał objawami uszanowania.
Wszyscy myśleli, że to już rzecz skończona i że chmurka przeszła, ale pozostały skutki, bo Małgosia nie mogła zapomnieć. Wprawdzie nigdy nie wspominała pewnej osoby, lecz myślała o niej bardzo wiele i marzyła coraz więcej. Pewnego razu, szukając rycin w jej stoliku, Ludka znalazła kawałek papieru zagryzmolony słowami: „pani Janowa Brooke“. Skutkiem czego wydała tragiczny jęk i rzuciła papier w ogień, czując, że figiel Artura przyspieszył dla niej złowrogą chwilę.



ROZDZIAŁ XXII.
WESOŁE BŁONIA.

Jak słońce po burzy, takiemi były spokojne tygodnie, które potem nastąpiły. Chorzy przychodzili szybko do zdrowia, i pan March zaczynał wspominać o powrocie na początku nowego roku. Wkrótce Eliza mogła już leżeć całe dni na sofie w pracowni, rozrywając się początkowo ulubionemi kotami a potem szyciem dla lalek, które były w smutnym stanie zaniedbania.
Jej ruchliwe niegdyś członki tak zesztywniały i osłabły, że Ludka brała ją codzień na swe silne ręce, by przewietrzyć po wszystkich pokojach. Małgosia chętnie narażała białe rączki, żeby czerniały i czerwieniały, gotując delikatne przysmaki dla „ukochanej“; Amelka zaś, wierna niewolnica pierścionka, w ten sposób obchodziła swój powrót, iż tyle skarbów rozdawała siostrom, ile tylko chciały przyjąć.
Gdy się Boże Narodzenie zbliżało, rozpoczęły się tajemnice, i Ludka często pobudzała całą rodzinę do konwulsyjnego śmiechu, proponując całkiem niemożliwe i niedorzeczne uroczystości, dla uczczenia tych niezwykle wesołych świąt. Artur okazywał się również nierozsądnym; byłby urządzał fajerwerki, race powietrzne, łuki tryumfalne, gdyby mu tylko pozwolono. Po wielu starciach i kpinach, oboje, będąc uważani za całkiem pokonanych, przybrali pognębione miny, ale znalazłszy się sam na sam, parskali śmiechem.
Po kilkunastu dniach wyjątkowo łagodnej pogody nastąpiło wspaniałe święto Bożego Narodzenia. Anna mówiła, że czuje przez skórę, iż to będzie niezwykle uroczysty dzień, i okazała się dobrą wróżką, bo się wszystko składało jak najlepiej. Pan March napisał, że wkrótce przybędzie, Eliza czuła się szczególnie dobrze, i ubrana w podarowany przez matkę karmazynowy wełniany szlafroczek, dała się trjumfalnnie zanieść do okna, dla zobaczenia daru Artura i Ludki. „Niewyczerpani“ zrobili co tylko było w ich możności, żeby zasłużyć na to miano, bo, jak sylfy pracując po nocach, wywołali komiczne zadziwienie. W ogrodzie stała wysoka dziewica ze śniegu, w zielonym wieńcu świerkowym; w jednej ręce trzymała koszyk pełen owoców i kwiatów, a w drugiej duży zwit nowych nut. Szal różnobarwny, jak tęcza, okręcony był wkoło zziębniętych ramion, a z ust wychodziła na różowym papierze pieśń:

JUNGFRAU DO ELIZY.

Królowo pszczółek, Elizo miła,
Nie znaj co smutku cień;
Niech Bóg ci spokój i szczęście zsyła,
W ten uroczysty dzień.

A ja ci dzisiaj niosę w ofierze,
Mała królowo pszczół,
Owoce, nuty, kwiateczki świeże
I dywan pod twój stół.

Portret Joanny przyjmij, królowo,
I Małgorzaty twór,

Śmietankę mroźną blado-różową,
Jak śnieg Alpejskich gór.

Teraz cię żegnam, Elizko mała,
A w chwilkach życia złych,
Proszę, byś zawsze pamiętać chciała,
O przyjaciołach twych.

Jakże się Eliza uśmiała, jak Artur żwawo biegał w tę i w ową stronę, znosząc podarki, i z jak zabawnemi mowami oddawała je Ludwisia.
— Jestem tak przepełniona szczęściem, że gdyby tylko ojciec tu był, nie mogłabym w sobie pomieścić ani odrobiny więcej, — rzekła Eliza, wzdychając z zadowolenia, gdy Ludka zaniosła ją do pracowni, by wypoczęła i orzeźwiła się doskonałem winogronem, które jej przysłała Jungfrau.
— Ja tak samo, — dodała Ludka, głaszcząc kieszeń, gdzie spoczywało dawno upragnione dziełko „Rusałka“.
— Ja także, z pewnością! — zawołała Amelka, wpatrując się w pięknie oprawną rycinę Madonny z Dzieciątkiem, którą jej dała matka.
— Ma się rozumieć, że i ja także, — wykrzyknęła Małgosia, układając srebrne fałdy pierwszej jedwabnej sukni; pan Laurence potrafił ją bowiem nakłonić do przyjęcia tego daru.
— A ja czyżbym mogła powiedzieć inaczej! — rzekła pani March, przyczem z wdzięcznością spoglądała na list od męża i na uśmiechniętą twarz Elizy — ręką zaś pieściła broszę, którą właśnie dziewczęta przypięły jej do sukni, zrobioną z włosów siwych, złotych, kasztanowatych i ciemnoblond.
Na tym smutnym świecie czasem się coś tak doskonale uda, jak w powieści, a jakże to cieszy! — W pół godziny potem, gdy wszystkie wyrzekły, że są tak szczęśliwe, iż nie mogłyby już w sobie pomieścić, ani kropli szczęścia, kropla ta zjawiła się. Artur otworzył drzwi od bawialnego pokoju i wsunął głowę nibyto spokojnie, ale na jednoby wyszło, żeby przewrócił koziołka, bo twarzą wyrażał tak poskramiane ożywienie, a głosem zdradzał taką radość, że wszyscy poskoczyli, chociaż powiedział tylko dziwnym jakimś zadyszanym głosem:
— Przybył wam jeden kolendowy dar.
Nie dokończywszy jeszcze tych słów, usunął się nieco, a na jego miejscu ukazał się wysoki mężczyzna, otulony po same oczy i wsparty na drugim wysokim mężczyznie, który próbował coś powiedzieć, ale nie mógł.
Ma się rozumieć, że nastąpiło ogólne poruszenie, i przez kilka minut zdawało się, że wszyscy stracili przytomność, bo działy się najdziwaczniejsze rzeczy, ale nikt nie mówił ani słowa. Pan March znikł zupełnie pod czterema parami ściskających rąk; Ludka zhańbiła się prawie zupełnem omdleniem, i Artur musiał ją cucić w chińskim gabinecie; pan Brooke, — pocałował Małgosię przez omyłkę, — jak się potem tłomaczył trochę niezręcznie; Amelka tak bardzo szanująca swą godność, przewróciła się przez podnóżek i nie wstając, z płaczem najtkliwiej ściskała buty ojcu. — Pani March pierwsza przyszła do siebie i wyciągneła rękę przestrzegając:
— Cicho, pamiętajcie o Elizie!
Ale już było zapóźno; drzwi od pracowni otworzyły się na oścież, i czerwony szlafroczek ukazał się na progu. Radość wlała siły w osłabione członki, i Eliza pobiegła prosto w objęcia ojca. Trudno opisać co się później działo, gdyż przepełnione serca wylewały się nazewnątrz, wyrzucały z siebie gorycz przeszłości, żyjąc tylko słodyczą obecnej chwili.
Nie było tam nic romansowego; owszem serdeczny śmiech wszystkich opanował, bo znaleziono za drzwiami Annę szlochającą nad tłustym indykiem, którego zapomniała zdjąć z rożna, gdy wybiegła z kuchni. Skoro śmiech ustał, a pani March zaczęła dziękować panu Brooke za wierne starania przy mężu, nagle przypomniało mu się, że pan March potrzebuje wypocząć, i wyszedł, śpiesznie schwyciwszy kapelusz. Wówczas ojciec i Eliza znużeni trochę usiedli we dwoje na wielkim fotelu, i gawęda szła doskonale.
Pan March opowiadał, że oddawna pragnął zrobić niespodziankę, i doktór pozwolił mu korzystać z pięknej pogody; że pan Brooke bardzo mu się poświęcał i jest młodzieńcem zacnym i prawym. Dlaczego, mówiąc to, zatrzymał się chwilę, spojrzawszy na Małgosię, która gwałtownie rozniecała ogień, i rzucił okiem na żonę z pytającem podniesieniem brwi, zostawiam waszej domyślności, również i to, dlaczego pani March zlekka skłoniła głowę i zapytała jakoś nagle, czyby nie zjadł czego? Ludka zobaczyła i zrozumiała tę mimikę, wymknęła się więc po wino i rosół i mruknęła pod nosem, trzaskając drzwiami:
— Nienawidzę zacnych młodzieńców z ciemnemi oczami.
Obiad powiódł się jak najlepiej; tłusty indyk przedstawiał rozkoszny widok, skoro Anna wyjęła go z pieca, nadziała, przyrumieniła i przystroiła. Rodzynkowy budyń rozpływał się zupełnie w ustach, galarety, któremi Amelka rozkoszowała się, udały się także.
Anna mówiła, że się wszystko powiodło tylko przez jakiś szczęśliwy traf, bo taki miała zamęt w głowie, że cudem nie upiekła budyniu, a indyka nie nadziała rodzynkami.
Pan Laurence z wnukiem byli u nich na obiedzie, również i pan Brooke, na którego Ludka ponuro patrzyła, ku wielkiej uciesze Artura. Na głównem miejscu stały przy stole dwa fotele dla Elizy i ojca, którzy się skromnie raczyli kurczętami i troszką owoców. Doskonale szła zabawa wśród wiwatów, gawędy, śpiewu i wznawianych wspomnień. Ktoś się odezwał z propozycją, by się przejechać sankami, ale dziewczęta nie chciały odstąpić ojca; goście odeszli zatem wcześnie, a uszczęśliwiona rodzina, korzystając ze zmroku, zasiadła koło kominka.
— Właśnie rok temu utyskiwałyśmy, że nas czekają takie smutne święta, czy pamiętacie? — zawołała Ludka, przerywając krótkie milczenie.
— W ogólności był to jednak przyjemny rok, — rzekła Małgosia, uśmiechając się do ognia z wewnętrznem zadowoleniem, że z godnością traktowała pana Brooke.
— Mnie się wydawał bardzo ciężki, — zauważyła Amelka, przyglądając się błyskowi pierścionka z zadumą w oczach.
— Rada jestem, że już minął, bo ciebie mamy z powrotem, — szepnęła Eliza, siedząc na kolanach u ojca.
— Była to dla was ciężka droga, moje małe pielgrzymki, zwłaszcza bliżej końca; aleście ją mężnie przebyły, i sądzę, że ładunki wkrótce z was spadną, — rzekł pan March, patrząc z ojcowskiem zadowoleniem na ich cztery młode twarzyczki.
— Skąd wiesz o tem ojcze? Czy ci mama co powiedziała? — spytała Ludka.
— Trochę tylko, ale po trawkach poznaje się skąd wiatr wieje; więc porobiłem dziś różne odkrycia.
— Ach, powiedz je! — wykrzyknęła siedząca przy nim Małgosia.
— Oto jedno! — rzekł, i biorąc jej rękę opartą o poręcz fotela wskazał pokłuty palec, sparzony wierzch ręki i parę nagniotków na dłoni. — Pamiętam czasy, kiedy ta ręka była biała, gładka, — i kiedyś się najwięcej zajmowała jej pięknem utrzymaniem. Bardzo była wówczas ładna, ale w moich oczach daleko jest ładniejsza teraz, bo z zewnętrznego oszpecenia wyczytałem całą historję. Uczyniłaś całopalenie z próżności; ta stwardniała dłoń zdobyła coś lepszego jak bąble, i pewny jestem, że szycie, wykonane przez pokłute palce, będzie bardzo trwałe, kiedy tak wiele dobrej woli było w każdym ściegu. Małgosiu droga, więcej to cenię w kobiecie, gdy umie zapewnić szczęście domowi, niż kiedy ma białe ręce, lub wdzięki salonowe.
Z dumą ściskam tę zacną, pracowitą rączkę, i mam nadzieję, iż nieprędko zażąda kto, bym mu ją oddał.
Jeżeli Małgosia pragnęła nagrody za cierpliwą pracę, odebrała ją w ojca serdecznym uścisku ręki i zachęcającym uśmiechu.
— Teraz proszę powiedzieć co przyjemnego o Ludce, bo czuwała pilnie nad sobą i była tak bardzo, bardzo dobra dla mnie, — rzekła ojcu do ucha Eliza.
Pan March roześmiał się i spojrzał na dużą pannę, siedzącą naprzeciwko z niezwykle miłym wyrazem smagłej twarzyczki.
— Pomimo tej kędzierzawej czupryny, nie spostrzegam „syna Ludwika“, któregom zostawił przed rokiem. Widzę tylko panienkę, która nosi prosto kołnierzyki, porządnie sznuruje buciki, nie gwiżdże, nie używa grubych słów, nie kładzie się na dywanie jak dawniej. Trochę zeszczuplała i zbladła od czuwania i niepokoju, ale mi się podoba, jej twarz zrobiła się bowiem milsza, a głos cichszy. Nie skacze, ruchy ma spokojne i nad pewną osóbką czuwa po macierzyńsku, co mię mocno raduje. Brak mi trochę mojej dzikiej dziewczynki, ale jeżeli zdobędę w jej miejsce silną, pożyteczną, tkliwą kobietę, będę zupełnie zadowolony. Nie wiem czy ostrzyżenie dodało tyle powagi naszej czarnej owieczce, ale to pewna, że w całym Waszyngtonie nie znalazłbym nic dosyć pięknego do kupienia za te dwadzieścia pięć dolarów, przysłanych przez moją dobrą córkę.
Żywe oczy Ludki zaszły łzami na chwilę, i szczupła jej twarz zarumieniła się przy świetle kominka, skoro posłyszała pochwałę ojca, bo w części przynajmniej wydała jej się zasłużoną.
— Teraz o Elizie, — powiedziała Amelka, wyglądając cierpliwie swojej kolei.
— Boję się za wiele powiedzieć, żeby nie uciekła, chociaż jest już mniej nieśmiałą, — odezwał się ojciec wesoło, lecz przypomniawszy sobie jak bliski był jej utracenia, przycisnął ją do siebie i rzekł czule, opierając się twarzą o jej policzek: zastałem cię bezpieczną, moja Elizo, i mam nadzieję, że cię taką zachowam przy pomocy Bożej.
Po chwili milczenia spojrzał na Amelkę, siedzącą na taborecie u jego nóg, i powiedział, głaszcząc jej błyszczące włosy:
— Uważałem, że Amelka gospodarowała przy obiedzie, wyręczała matkę całe popołudnie, ustąpiła Małgosi miejsca wieczorem i posługiwała wszystkim cierpliwie i wesoło. Spostrzegłem także, iż się rzadko obraża, nie mizdrzy się w zwierciadle i nawet nie wspomniała o bardzo ładnym pierścionku, który ma na palcu — skąd wnoszę, że postanawia tak starannie urabiać swój charakter, jak figurki z gliny. Cieszy mię to, bo chociaż byłbym bardzo pyszny z pięknego posągu jej roboty, nieskończenie dumniejszy jeszcze będę z tkliwej córki, umiejącej upiększać życie sobie i innym.
— O czem myślisz, Elizo? — spytała Ludka, gdy Amelka podziękowawszy ojcu, opowiedziała mu dzieje pierścionka.
— Czytałam dziś w „Podróży pielgrzymów“, że po wielu trudach, Chrystjan i Nadzieja przybyli do miłego, zielonego błonia, gdzie lilje kwitły cały rok, i tam szczęśliwie spoczywali, jak my teraz, przed udaniem się do celu swej wyprawy, — odrzekła Eliza, poczem dodała, idąc zwolna do fortepianu: To godzina śpiewu, zajmę więc dawne miejsce i spróbuję pieśń pastuszka, którą ci pielgrzymi słyszeli. Dorobiłam muzykę dla ciebie, ojcze, bo lubisz te wiersze.
Usiadłszy przy fortepianie, delikatnie dotknęła klawiszy, i słodkim głosem, którego już nie spodziewali się nigdy słyszeć, zaśpiewała z własną przygrywką hymn milutki i szczególnie dobrze ją malujący:

Niczem bogactwo, niczem znaczenie,
Które nas nęcą zdaleka,
Tylko wewnętrzne zadowolenie,
Stanowi szczęście człowieka.

Pracować trzeba, gdy siły służą,
Na społeczeństwa pożytek;
Życie jest tylko krótką podróżą,
Pielgrzymom zawadza zbytek.



ROZDZIAŁ XXIII.
CIOTKA MARCH ROZSTRZYGA KWESTJĘ.

Jak pszczoły, latające za swą królową, tak matka z córkami krzątały się nazajutrz koło pana March, zaniedbując wszystko, aby patrzeć na chorego, czuwać nad nim i słuchać jego słów — tak dalece, że go o mało nie zamęczyły czułością. Gdy siedział rozparty w dużym fotelu przy sofie Elizy, tamte trzy córki tuż obok niego i Anna wychylająca głowę niekiedy, by spojrzeć na drogiego pana, zdawało się, że im nic nie brakuje do szczęścia. Ale brakowało czegoś, i starsi czuli to, chociaż się nikt nie przyznawał. Państwo March spoglądali na siebie z niepokojem, ścigając oczami Małgosię. Ludka miewała nagle napady złości i groziła nawet pozostawionemu w sieni parasolowi pana Brooke. Małgosia była roztargniona, nieśmiała i milcząca; drżała na głos dzwonka i rumieniła się, gdy wspomniano imię Jana. Amelka zauważyła, że wszyscy tak wyglądają, jakgdyby czegoś czekali, nie mogąc spokojnie usiedzieć, i bardzo ją to dziwiło, kiedy ojciec już jest między nimi. Eliza naiwnie pytała, czemu sąsiedzi nie biegają do siebie, jak zazwyczaj.
Artur przeszedł koło ich domu po południu, i zobaczywszy Małgosię w oknie, padł teatralnie w śniegu na jedno kolano, bił się w piersi, rwał sobie włosy i załamywał ręce błagalnie, jakgdyby prosił o kawałek chleba. Gdy zaleciła, żeby się opamiętał i poszedł dalej, wyżął udane łzy z chustki i chwiejnym krokiem poszedł za róg domu, niby gnany największą rozpaczą.
— Co ten chłopiec sobie myśli? — rzekła Małgosia ze śmiechem, udając, że go nie rozumie.
— Pokazuje ci, jak twój Jan będzie się zachowywał niedługo; czy to nie wzruszające? — odpowiedziała Ludka wzgardliwie.
— Nie mów twój Jan, bo niema w tem ani przyzwoitości, ani prawdy, — odrzekła, jednakże te słowa tak mile brzmiały, że jej aż głos zadrżał. Proszę cię Ludko, nie dręcz mię; powiedziałam ci już, że on mnie mało obchodzi więc niema już o czem mówić, przyjaźnijmy się tylko wszyscy i żyjmy z sobą jak dawniej.
— To być nie może, bo się coś wypowiedziało, i Artur swoją psotą odstręczył cię odemnie. Ja to widzę, i mama także. Jesteś niepodobna do siebie i tak mnie unikasz. Nie chcę cię dręczyć i zniosę mężnie twoje zamążpójście, ale chciałabym, żeby już było doprowadzone do skutku. Nie cierpię czekać; więc jeżeli masz zamiar pójść do ołtarza, to spiesz się, — rzekła Ludka porywczo.
— Nie wypada mi nic mówić ani robić, póki się nie oświadczy, a ma tę przeszkodę, iż mu ojciec powiedział, żem za młoda, — rzekła Małgosia, nachylając się nad robotą z dziwnym uśmieszkiem, zdradzającym, że się nie zupełnie na to zgadza.
— Gdyby się oświadczył, odpowiedziałabyś mu tylko łzami i rumieńcem, albo spełniłabyś jego życzenie, zamiast odrzec: nie! śmiało i stanowczo.
— Nie jestem tak niedorzeczna i słaba jak myślisz; wiem, co powiedzieć, bom sobie wszystko ułożyła, żeby nie być niespodzianie zaskoczoną. Trudno wiedzieć co nas czeka, więc się lepiej przygotować.
Ludka uśmiechnęła się mimowoli z powagi siostrzyczki, z którą ślicznie jej było, niemniej jak z rumieńcami na twarzy.
— Powiesz mi, cobyś odrzekła? — spytała Ludka z większem już poszanowaniem.
— I owszem, masz lat szesnaście, więc jesteś dosyć dorosłą, żeby ci się zwierzyć; wreszcie doświadczenie przyda ci się kiedyś w podobnej sprawie.
— Nie będę miała takich spraw. Zabawnie jest wprawdzie przyglądać się zakochanym, ale siebie nazwałabym szaloną, gdybym się tego dopuściła — rzekła Ludka, widocznie zastraszona tą myślą.
— Nie sądziłabyś tak, gdybyś kochała i była kochaną — rzekła Małgosia jakby do siebie samej, spoglądając na ulicę, gdzie często widywała młode pary, przechadzające się o zmroku, w letniej porze.
— Powiedzże mi, w jakie słowa odezwałabyś się do tego człowieka, — rzekła Ludka, niedyskretnie przerywając siostrze zadumę.
— Powiedziałabym spokojnie i stanowczo: wdzięczna panu jestem za jego dobroć, ale się zgadzam z ojcem, żem zbyt młoda, żeby sobie zawiązywać los, więc nie mówmy już o tem i pozostańmy tylko przyjaciółmi.
— Hm! to dosyć sztywno i zimno. Nie wierzę, byś to powiedziała, i wiem, że nie byłby zadowolony. Jeżeli się tak zachowa, jak wzgardzeni kochankowie w książkach, to będziesz wolała przystać na jego prośby, jak zranić mu serce.
— Nie, powiem mu, że takie jest moje postanowienie, i z godnością wyjdę z pokoju.
Mówiąc to wstała, i właśnie miała pokazać, jak to będzie wyglądało, lecz posłyszawszy kroki w sieni, poskoczyła napowrót do swego miejsca i zaczęła szyć tak pilnie, jakgdyby szło o życie, jeżeli nie wykończy na czas. Ludka stłumiła w sobie śmiech, widząc tę naglą zmianę; gdy zapukano delikatnie, otworzyła drzwi z ponurą i wcale niegościnną miną.
— Dzień dobry paniom; przyszedłem po swój parasol, — to jest — chciałem się dowiedzieć, jak się ma ojciec dzisiaj, — rzekł pan Brooke i z pewnem pomieszaniem patrzył na ich wymowne twarze.
— Bardzo dobrze; jest na staludze, przyniosę go i powiem mu, że pan tu jesteś.
Pomieszawszy w odpowiedzi ojca z parasolem, wymknęła się Ludka, chcąc siostrze dać sposobność do przemowy i miny pełnej godności. Lecz zaledwie znikła, Małgosia zaczęła także zmierzać ku drzwiom, bąkając:
— Mamie będzie przyjemnie zobaczyć pana, proszę usiąść, zaraz ją sprowadzę.
— Nie odchodź, czy boisz się mnie, Małgorzato? — rzekł pan Brooke tak smutno, że przyszło jej na myśl czy się nie znalazła grubjańsko. Zarumieniła się aż po loczki, bo nigdy jeszcze nie nazwał jej Małgorzatą, i zadziwiła się, że to brzmi tak słodko i naturalnie. Chcąc się okazać uprzejmą i swobodną, ufnie wyciągnęła rękę i rzekła z wdzięcznością:
— Jakże mogłabym się bać, kiedyś pan był tak dobry dla ojca? chciałabym tylko umieć podziękować.
— Czy mam powiedzieć, jakiego pragnę podziękowania? — spytał, trzymając mocno jej rączkę w swych dużych rękach i patrząc z taką miłością w ciemnych oczach, że jej serce zaczęło bić, i byłaby chciała zarazem i uciec i zostać, żeby go słuchać dalej.
— Nie rób pan tego — nie chciałabym... — rzekła próbując wyrwać mu rękę, widocznie zastraszona, chociaż temu przeczyła.
— Nie chcę cię trwożyć, pragnę tylko dowiedzieć się, czy cię obchodzę trochę, Małgosiu? Ja cię tak bardzo kocham, moja droga, — dodał tkliwie.
Była to właściwa chwila na ową spokojną i taktowną przemowę, lecz jej nie wygłosiła Małgosia, bo zapomniała co do słowa. Schyliwszy tylko głowę, odrzekła, — nie wiem, — tak cicho, że Jan musiał nachylić się, żeby usłyszeć tę niedorzeczną odpowiedź.
Widocznie uważał, że to warte trudu, bo się uśmiechnął do siebie, jakby z zupełnem zadowoleniem, uścisnął mile pulchną rączkę i rzekł czule:
— Czy będziesz się starała zbadać siebie? Tak bardzo zależy mi na tem, bo nie umiem brać się do dzieła, nie wiedząc czy mię w końcu nagroda czeka, lub nie?
— Jestem za młoda, — szepnęła Małgosia, pytając siebie czemu jest tak pomieszana, kiedy się raduje w duszy.
— Będę czekał, a przez ten czas może się nauczysz mię kochać. Czy to będzie bardzo trudna lekcja, droga moja?
— Nie, — gdybym się jej chciała nauczyć — ale...
— Proszę cię, chciejże Małgosiu. Ja lubię uczyć, i to łatwiejsze od niemczyzny, — rzekł, chwytając drugą rękę, żeby nie mogła zakrywać twarzy, gdy się ku niej nachylał.
Ton jego był wprawdzie błagalny, lecz spojrzawszy ukradkiem spostrzegła Małgosia, że oczy ma wesołe chociaż tkliwe, i że się tak uśmiecha, jakgdyby był pewny swego. To ją rozdrażniło; przyszły jej na myśl niedorzeczne nauki Anusi Moffat, — i chęć panowania, drzemiąca zawsze w łonie nawet najlepszych kobiet, rozbudziła się nagle i owładnęła nią. Była jakaś rozgorączkowana, nieswoja, nie wiedziała co robić, poszła więc za popędem kaprysu, i wyrwawszy ręce z jego uścisku, rzekła porywczo:
Nie chcę, proszę odejść i zostawić mię w spokoju.
Biedny Brooke taką miał minę, jakgdyby jego piękny zamek na lodzie upadł mu na głowę. Odurzyło go to jakoś, bo jeszcze nigdy nie widział Małgosi w takiem usposobieniu.
— Czy naprawdę tak myślisz? — zapytał niespokojnie, idąc za nią, gdy się oddalała.
— Tak, naprawdę; nie chcę być dręczona takiemi rzeczami. Ojciec powiedział, że to nie potrzebne, że za wcześnie jeszcze, — i zresztą ja tak samo sądzę.
— Czy mogę mieć nadzieję, że z czasem zmienisz postanowienie? Będę czekał i milczał, póki się nie rozmyślisz. Nie igraj ze mną, Małgosiu, nie myślałem tego o tobie.
— Nie myśl pan o mnie wcale; proszę o to, — rzekła mając w tem złośliwą przyjemność, że wystawia na próbę i cierpliwość wielbiciela i własną potęgę.
Brooke tak był blady i poważny w tej chwili, że się zrobił daleko podobniejszym do bohatera romansu, który to typ ona uwielbiała, ale nie bił się ręką po czole, nie biegał po pokoju, jak to bywa w książce, — tylko stał, patrząc na nią tak smutno, tak tkliwie, że mimowoli serce jej zmiękło. Nie wiem, coby się potem stało, gdyby ciotka March nie wtoczyła się o kulach w tej zajmującej chwili.
— Uważam, — odezwała się ciotka March siadając, — ale o czemże mówił przyjaciel twego ojca, że wyglądasz jak piwonja. Tu coś złego zaszło, i chcę wiedzieć o wszystkiem, — rzekła znowu, stukając laską.
— Rozmawialiśmy tylko; pan Brooke przyszedł po swój parasol, — odpowiedziała Małgosia, pragnąc w duchu, aby się wyniósł czemprędzej wraz z parasolem.
— Brooke? nauczyciel tego chłopca? aa! rozumiem teraz! Już wiem wszystko. Ludce wymknęła się wzmianka o jednym liście waszego papy, i kazałam, aby mi wszystko powiedziała. Wszakżeś go nie przyjęła, dziecię? — wykrzyknęła z bardzo zgorszoną miną.
— Cicho, bo usłyszy! czy mam poprosić mamę? — spytała Małgosia z wielkiem pomieszaniem.
— Jeszcze nie; mam ci coś powiedzieć i zrobię to natychmiast. Wyznaj mi czy masz zamiar poślubić tego Brookeʻa? W takim razie nie dostaniesz odemnie ani grosza. Pamiętaj o tem i bądź rozsądną, — rzekła jejmość z naciskiem.
Miała ona szczególny dar i przyjemność rozbudzać upór w najłagodniejszych osobach. Nawet najlepsze indywidua mają w sobie odrobinę złości, zwłaszcza młode i zakochane. Gdyby ciotka March prosiła Małgosię, by przyjęła oświadczenie pana Brooke, pewnie odrzekłaby, że nie może myśleć o tem; ale ponieważ samowładnie zakazała, Małgosia natychmiast postanowiła, że go będzie kochać. Zarówno przeciwności, jak wewnętrzny pociąg, prowadzą do stanowczych kroków, i dziewczę, będąc już podniecone, z niezwykłem uniesieniem stawiało opór starej jejmości.
— Pójdę za kogo mi się podoba, ciotko March, i możesz dać swoje pieniądze komu zechcesz, — rzekła potakując głową ze stanowczą miną.
— Czy w taki sposób przyjmujesz radę, moja panno? Pożałujesz tego, jak zakosztujecie miłości w chatce, bo to są męczarnie.
— Nie większe od tych, jakie niektóre osoby znajdują w dużych domach, — odrzekła Małgosia.
Ciotka March, ubrawszy się w okulary, przyjrzała się panience, nie znała bowiem nowego jej usposobienia. Samej Małgosi trudno było siebie poznać, tak się czuła odważną, niezależną, tak uradowaną, że broni Jana i że wygłasza prawo kochania go, jeśli jej się tak podoba. Ciotka March spostrzegła, że się źle wzięła do rzeczy, i po krótkiem milczeniu rzekła znowu, o ile mogła najmilej:
— Małgosia droga, bądź rozsądną i przyjmij radę moją. Jestem ci życzliwą, i nie chciałabym, żebyś sobie skrzywiła całe życie, robiąc pomyłkę na samym jego początku. Powinnaś dobrze pójść zamąż i dopomagać rodzinie. Twoim obowiązkiem jest zrobić bogatą partję, i należy tego wymagać od ciebie.
— Rodzice inaczej myślą; oni kochają Jana, chociaż jest ubogi.
— Moja droga, twój papa i twoja mama tyle mają praktycznego rozumu co dwoje niemowląt.
— Cieszę się z tego! — wykrzyknęła Małgosia z dumą.
Ciotka March nie zwróciła na to uwagi i dalej prawiła morały. — Ten Brooke jest ubogi, ale może ma bogatych krewnych?
— Nie, lecz zato ma dużo szczerych przyjaciół.
— Nie możecie żyć z przyjaciół; spróbójcie tylko, a zobaczycie jak ochłodną. Czy ma jakie zajęcie?
— Dotąd nie ma żadnego, ale mu pan Laurence dopomoże.
— To nie potrwa długo, James Laurence jest kapryśny, i nie można polegać na nim. Więc zamierzasz wyjść za człowieka, który nie ma pieniędzy, stanowiska, ani zajęcia, i będziesz pracowała ciężej niż teraz, kiedy mogłabyś żyć wygodnie, gdybyś chciała usłuchać i zrobić lepszy wybór. Myślałam, że masz więcej rozsądku, Małgosiu,
— Nie mogłabym zrobić lepszego wyboru, choćbym pół życia czekała! — Jan jest dobry, rozumny, światły, pracowity, i z pewnością mu się powiedzie, bo taki energiczny i śmiały. Wszyscy go kochają i szanują, i dumna jestem, żem jego miłość zdobyła, chociaż jestem taka uboga, młoda i głupiuchna, — rzekła Małgosia, jeszcze ładniej wyglądając z powagą na twarzyczce.
— Dziecię, on wie, że masz bogatych krewnych i zapewne w tem tkwi tajemnica jego miłości.
— Ciotko March, jak śmiesz mówić taką rzecz. Jan jest wyższy nad nikczemność, i nie będę cię słuchała, jeżeli się chcesz tak odzywać, — zawołała z oburzeniem, pomna tylko na niesprawiedliwe podejrzenia starej jejmości. — Mój Jan nie poślubiłby nikogo dla pieniędzy, zarówno jak i ja. Oboje chcemy pracować i będziemy czekali. Ja się nie boję ubóstwa, bo mi nigdy nie tamowało szczęścia, i wiem, że je znajdę także przy nim, ponieważ mię kocha.
Tu zamilkła, przypomniawszy sobie nagle, że jeszcze nie uczyniła żadnego postanowienia, że kazała „swemu Janowi“ odejść, i że on może słyszy jej niekonsekwentne słowa.
Ciotka March była bardzo zagniewana, bo sobie ułożyła, że jej piękna siostrzenica zrobi świetną partję; przytem radosna, młoda twarzyczka dziewczęcia rozbudziła w samotnej, starej kobiecie smutek i cierpkość.
— Dobrze, umywam ręce od tej sprawy! Jesteś upartem dzieckiem i więcej straciłaś przez to szaleństwo, jak myślisz. Nie zabawię tu już dłużej; zawiodłam się na tobie i nie chcę się teraz widzieć z papą. Nie spodziewaj się niczego odemnie, gdy pójdziesz zamąż. Niech przyjaciele twego pana Brooke pamiętają o tobie. Między nami wszystko na zawsze skończone.
Cisnąwszy drzwiami, odjechała w najwyższym gniewie. Zdawało się, że zabrała z sobą całą odwagę dziewczyny, bo Małgosia zostawszy sama, stała chwilę niepewna czy się ma śmiać, czy płakać. Zanim zdołała się rozmyśleć, wszedł pan Brooke i powiedział jednym tchem:
— Nie moja wina, żem cię słyszał Małgosiu; tobie dziękuję, żeś mię broniła, a ciotce March, że mię przekonała, iż cię obchodzę trochę.
— Nie wiedziałam tego sama, póki pana nie skrzywdziła.
— Wszakże nie mam odejść, mogę zostać i używać szczęścia? czy pozwalasz, droga moja?
Tu znowu była piękna sposobność do surowej przemowy i taktownego odejścia, ale Małgosi nie postało w głowie jedno ani drugie, i zhańbiła się na zawsze w oczach Ludki, gdyż szepnęła miękko:
— Tak Janie, — i ukryła twarz w jego kamizelce.
W kwadrans po odjeździe ciotki March, Ludka weszła na górę po cichu, zatrzymała się chwilę pod drzwiami od bawialnego pokoju, a nie słysząc głosów, skinęła głową, uśmiechnęła się z zadowoleniem i pomyślała: odprawiła go, stosownie do tego cośmy ułożyły, i sprawa już zakończona. Wejdę, to mi opowie tę komedję, i uśmieję się doskonale.
Ale się biedna Ludka nie uśmiała; taki ją widok uderzył, że skamieniała w progu, roztwierając szeroko oczy i usta. Szła z zamiarem, że wyśmieje zwalczonego nieprzyjaciela, i pochwali silną wolę siostry zato, że odepchnęła natręta, było to więc gromem, gdy ujrzała, że nieprzyjaciel siedzi wesoło na sofie, a na kolanach u niego, jakby na tronie, ta siostra z „silną wolą“, strojąca pokorną minkę. Ludka, widząc to, wydała jęk, jakgdyby nagle skąpana w zimnej wodzie, bo tak nagła zmiana zupełnie jej zatamowała oddech. Kochankowie obrócili się nagle, Małgosia poskoczyła z twarzą dumną i razem zalęknioną, lecz „ten człowiek“, jak go Ludwisia nazywała, roześmiał się na całe gardło i rzekł z zimną krwią, całując zadziwioną Ludkę.
— Siostro Ludko, powinszuj nam!
Nowa zniewaga! tego już było za wiele! robiąc zatem jakieś dziwne ruchy rękami, znikła nie rzekłszy ani słowa, pobiegła na górę, i przestraszyła chorych tragicznym okrzykiem:
— Niechże kto zejdzie zaraz na dół! Jan Brooke robi straszne rzeczy, a Małgosia jest rozradowana.
Państwo March wybiegli spiesznie z pokoju, a Ludka, rzuciwszy się na łóżko, płakała i oburzała się z uniesieniem, opowiadając okropne nowiny Elizie i Amelce. Ale dziewczątkom wydało się to bardzo zajmującem i przyjemnem zdarzeniem, więc mało doznała pociechy i poszła na poddasze, by się zwierzyć szczurom.
Nigdy się dziewczęta nie dowiedziały, co zaszło potem w bawialnym pokoju, ale długo trwały narady i cichy pan Brooke zadziwiał wymowną i żywą obroną swej sprawy. Przedstawiał plany i póty przekonywał, póki wszystko nie zostało urządzone według jego życzenia.
Zanim zdążył opisać wymarzony raj dla Małgosi, dzwonek wezwał na herbatę, więc z dumą poprowadził ją do kolacji. Oboje tak tchnęli szczęściem, iż Ludka nie miała serca okazywać zazdrości i smutku.
Na Amelce wielkie wrażenie zrobiła tkliwość Jana i godność Małgosi, Eliza przypatrywała się zdaleka, a państwo March spoglądali na młodą parę z tak czułem zadowoleniem, że stara jejmość słusznie powiedziała „iż są niepraktyczni, jak dwoje niemowląt“. Nikt nie jadł dużo, lecz wszyscy zdawali się bardzo szczęśliwi, i staroświecki pokój dziwnie się rozjaśnił, gdy się tam zaczął pierwszy romans tej rodziny.
— Nie możesz teraz powiedzieć, Małgosiu, że się u nas nie zdarza nic przyjemnego, prawda? — rzekła Amelka, która się wahała jak ustawić grupę kochanków w obmyślanym szkicu.
— Z pewnością nie mogłabym tego powiedzieć. Jakże wiele rzeczy zaszło, odkąd wymówiłam te słowa. Zdaje się, że już rok upłynął! — odrzekła Małgosia zajęta błogiemi marzeniami, unoszącemi się ponad tak poziomą rzeczą, jak jest chleb z masłem.
— Radość nastąpiła tuż po smutku, i jakoś mi się zdaje, że to początek wszelkich zmian! — powiedziała pani March. — W wielu rodzinach przypada niekiedy rok pełen wypadków, i ten był takim dla nas, ale bądźcobądź dobrze się kończy.
— Mam nadzieję, że następny skończy się lepiej! — mruknęła Ludka, której bardzo było przykro, iż Małgosia tak się zajmuje kimś obcym w jej oczach — mając bowiem do niewielu osób serdeczne przywiązanie, bała się stracić ich uczucie, lub się niem z kim dzielić.
— Spodziewam się, że trzeci rok skończy się jeszcze lepiej; i z pewnością tak będzie, jeżeli go dożyję, by uskutecznić me plany! — powiedział Brooke, uśmiechając się do Małgosi, jakgdyby odtąd nie istniały dla niego niemożliwości.
— Czy nie zbyt daleki termin? — spytała Amelka, bo jej pilno było do wesela.
— Tak wiele mam jeszcze nauczyć się przedtem, że mi się nie zdaje dalekim, — odparła Małgosia ze słodką i nową powagą.
— Ty będziesz tylko czekać, a ja pracować, — rzekł Jan, zaczynając swe trudy od podniesienia jej serwety, z takim wyrazem twarzy, że Ludka potrząsnęła głową. Gdy się w tej chwili zatrzasnęły frontowe drzwi, pomyślała z ulgą w sercu.
— Idzie Artur, przynajmniej pogawędzimy rozsądnie.
Ale się omyliła, wbiegł bowiem ożywiony, z wielkim weselnym bukietem dla „pani Janowej Brooke“, i widocznie przekonany, że ta sprawa została przyprowadzoną do skutku przez jego zręczne starania.
— Wiedziałem, że się stanie według życzeń Brookeʻa, bo się zawsze tak kończy. Jak co postanowi to musi dokonać, choćby świat się zapadł! — rzekł po złożeniu daru i powinszowań.
— Bardzo jestem obowiązany za to świadectwo, które przyjmuję jako dobrą wróżbę, i nie odkładając proszę cię na wesele, — odparł Brooke, będąc gotów w owej chwili żyć w zgodzie z całą ludzkością, nawet ze swym psotnym uczniem!
— Przybyłbym na ten dzień choćby z końca świata, bo sam widok Ludki byłby wart długiej podróży. Niewesoło wyglądasz, moja pani, o cóż ci chodzi? — spytał idąc za nią w kąt pokoju, podczas gdy wszyscy powstali na przyjęcie pana Laurence.
— Nie cieszy mię ten związek, ale postanowiłam cierpieć w milczeniu, — rzekła uroczyście, i dodała drżącym nieco głosem. — Nie możesz sobie wystawić, jak mi przykro wyrzec się Małgosi.
— Nie wyrzekasz się jej całkowicie, tylko w połowie, — pocieszał ją Artur.
— Już nigdy nie będzie to samo; straciłam najdroższą przyjaciółkę, — rzekła z westchnieniem.
— W każdym razie masz mnie; wprawdzie nie na wiele się przydam, ale będę przy tobie całe życie, daję ci na to słowo, — rzekł z głębokiem przekonaniem.
— Wiem i wdzięczna jestem; tyś był zawsze dla mnie wielką pociechą, Teodorku, — odpowiedziała, czule ściskając go za ręce.
— Nie bądźże smutna, bo to zacny chłopiec. Jak widzisz, wszystko idzie dobrze: Małgosia jest uszczęśliwiona, Brooke prędko się urządzi, dziadek mu dopomoże, i bardzo będzie miło widzieć Małgosię we własnym domku. Jak się stąd wyniesie, będziemy się bawić doskonale, bo niedługo skończę kolegjum, a wtenczas pojedziemy zagranicę, lub na jaką ładną wycieczkę. Czyby cię to nie pocieszyło?
— Owszem, przynajmniej tak mi się zdaje, ale któż wie, co się może stać w ciągu trzech lat? — rzekła, wpadając w zamyślenie.
— Prawda! czy nie chciałabyś sięgnąć okiem w przyszłość, i przekonać się, gdzie wówczas wszyscy będziemy? Ja pragnąłbym bardzo, — odparł Artur.
— A ja nie, bo mogłabym zobaczyć co smutnego, a teraz wszyscy tak radośnie wyglądają, że nie przypuszczam, żeby im o wiele było lepiej. Zwolna powiodła oczami wkoło pokoju, i rozjaśniała się coraz bardziej, bo widok był przyjemny.
Rodzice siedzieli razem, spokojnie przypominając sobie pierwszy rozdział swego romansu, zaczętego przed dwudziestu laty. Amelka rysowała narzeczonych, którzy się odosobnili we własnym pięknym świecie, rzucającym blask na ich twarze z takim wdziękiem, że młoda artystka nie zdołała go odwzorować. Eliza leżała na sofie rozmawiając wesoło ze starym przyjacielem, który trzymał jej rączkę, jakgdyby czuł, że ona posiada władzę prowadzenia go po cichych drogach, jakiemi sama chodzi. Ludka dumała na ulubionem niskiem krzesełku, z poważnym, spokojnym wyrazem twarzy, który ją najbardziej zdobił, Artur, oparty o poręcz krzesła, z brodą narówni z jej kędzierzawą główką, uśmiechał się przyjaźnie i robił znaki głową naprzeciw dużego zwierciadła, odbijającego ich oboje.
Zasłona spada na Małgosię, Ludkę, Elizę i Amelkę ugrupowane w ten sposób; czy się kiedy podniesie znowu, będzie to zależeć od przyjęcia, jakiego dozna pierwszy akt domowego dramatu, nazwanego „Małe kobietki“.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.