Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁ XVI.
LISTY.

O zimnym, szarym świcie zapaliły dziewczęta lampę, i przeczytały przypadający na ten dzień werset z takiem przejęciem jak nigdy jeszcze, bo cień rzeczywistego zmartwienia dał im poznać, jak bogate było ich życie przy promieniach słonecznych. Książeczki okazały się skuteczne i kojące, bo ubierając się postanowiły dziewczęta, że pożegnanie ich będzie pełne otuchy, i że wyprawią matkę w tę przykrą podróż, niezasmuconą ich łzami, ani skargą. Wszystko wydawało im się bardzo dziwne, gdy zeszły na dół; tak mglisto i cicho było na dworzu, tak jasno i ruchliwie w domu. Śniadanie o wczesnej porze stanowiło także niezwykłą rzecz, i nawet znana twarz Anny wyglądała nienaturalnie gdy się krzątała po kuchni w nocnym czepku. Duży kufer stał na pogotowiu w sieni, szal matki i kapelusz leżały na sofie, ona sama siedziała zmuszając się do jedzenia, lecz była tak blada i znużona bezsennością i trwogą, że dziewczętom ciężko było dotrzymać postanowienia. Małgosi mimowoli napełniały się oczy łzami, Ludka musiała nieraz chować twarz, a małe dziewczynki były tak poważne i zmieszane, jakgdyby zmartwienie było czemś nowem dla nich.
Mało się odzywały; dopiero gdy chwila odjazdu nadchodziła, i czekały na powóz, zaczęły się wszystkie zajmować matką: jedna składała szal, druga prostowała