Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Najeżone brwi pana Laurence spadły trochę, gdy szedł ku półce z utworami Johnsona. Ludka wskoczyła na najwyższy szczebel drabinki, i usiadłszy tam udawała, że szuka książki, lecz istotnie zbierała myśli, jakby najzręczniej zaczepić o główny powód swego przybycia. Stary gentleman musiał odgadnąć, że jej mózg nad czemś pracuje, bo zakręciwszy się żywo parę razy, spojrzał na nią i odezwał się tak niespodzianie, że „Rasselas“ upadł jej z rąk na ziemię.
— Co ten chłopiec tam zrobił? Musiał coś złego zbroić, kiedy tak dokazywał, wróciwszy do domu. Nie mogłem wydobyć z niego ani słowa, a gdym zagroził, że przemocą dowiem się prawdy, uciekł na górę i zamknął się w swoim pokoju.
— Wprawdzie dopuścił się winy, aleśmy już wybaczyły, i obiecałyśmy nie zdradzać go przed nikim, — odrzekła Ludka.
— Tak nie może pozostać, nie powinien się zasłaniać obietnicą dziewcząt o miękkich sercach. Jeżeli zrobił co złego, musi przyznać się, przeprosić i wycierpieć karę. Mów prędzej, Ludko, nie chcę być trzymany w ciemnościach.
Pan Laurence miał taką straszną minę i tak surowo mówił, że Ludka byłaby chętniej uciekła, ale siedziała na szczycie drabinki, on zaś stał u jej stóp, jakby lew na środku drogi, — musiała więc zostać na miejscu i udawać odwagę.
— Doprawdy nie mogę powiedzieć, bo mama zakazała. Artur przyznał się do winy, przeprosił i dostatecznie został ukarany. Nie dlatego milczymy, żeby jego bronić, lecz inną osobę, i jeżeli się pan zechce mieszać, to wyniknie gorsza bieda. Proszę tego nie robić; poczęści i ja zawini-