Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łam, ale teraz już wszystko w porządku, więc puść pan to w niepamięć, i mówmy o „włóczędze“, lub o czemśkolwiek przyjemnem.
— Nie chcę słyszeć o „włóczędze“, zejdź, i daj mi słowo, że ten łotr nie okazał się niewdzięcznym, ani zuchwałym, bo gdyby tak było, zbiłbym go własnemi rękami, pomimo to, że mu okazujecie tyle dobroci w tym razie.
Ta straszna groźba nie wywarła wrażenia na Ludce, wiedziała bowiem, że gniewliwy starzec nie podniósłby palca na wnuka, chociaż twierdził inaczej. Posłusznie więc zeszła i tyle powiedziała o psocie, ile się dało bez zdradzenia Małgosi i bez kłamstwa.
— Hm! hm! dobrze; jeżeli milczał nie przez upór, lecz dla dotrzymania słowa, to mu wybaczam. Trzeba jednak przyznać, iż jest zacięty i trudny do prowadzenia, — dodał wypogadzając twarz, ale włosy tak sobie najeżył, jakgdyby stał na silnym wietrze.
— Ja mam zupełnie taką samą naturę, ale dobrem słowem można ze mną wszystko zrobić, chociaż żadna pogróżka nie dokazałaby tego, — rzekła Ludka, chcąc się przysłużyć przyjacielowi, który jak się zdawało, wyszedł z jednej biedy, żeby wpaść w drugą.
— Sądzisz, że nie jestem dobrym dla niego, co? — zapytał ostro pan Laurence.
— O nie! czasami bywasz pan zbyt dobrym, i tylko wówczas trochę się unosisz, gdy wystawi twą cierpliwość na próbę. Czy tak nie jest?
Postanowiwszy doprowadzić rzecz do skutku, udawała zupełny spokój, chociaż nie bez drżenia mówiła tak zuchwale. Ulżyło jej i zadziwiła się mocno, gdy stary gentleman z hałasem tylko rzucił na stół okulary i wykrzyknął otwarcie: