Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

przy Anusi jedwabnej parasolce ze złoconym czubkiem, — rzekła wzdychając, i spojrzała bardzo niechętnym wzrokiem na swą parasolkę.
— Odmień ją, — doradziła Ludka.
— Nie będę tak niedorzeczna, żeby obrazić mamę, kiedy sobie zadała tyle trudu, by mi to wszystko kupić. To nierozsądek z mojej strony, i nie chcę się nim powodować. Największą moją pociechą są jedwabne pończochy i para długich rękawiczek. Poczciwa jesteś Ludko, że mi swoich pożyczasz. Zdaje mi się, żem tak bogata, a nawet elegancka, mając dwie pary nowych i jedną upraną na częstszy użytek.
Mówiąc to, rzuciła weselsze spojrzenie na pudełko z rękawiczkami.
Anusia Moffat ma niebieskie i różowe kokardy przy nocnych czepeczkach, czy nie przypięłabyś mi także jakich, Ludko? — zapytała, gdy Eliza wniosła stos śnieżnych muślinów, prosto z rąk Anny.
— Nie; wykwintne czepki nie uchodzą przy skromnych i nie przybieranych sukniach. Ubogie osoby nie powinny się stroić, — rzekła Ludka stanowczo.
— Ciekawam, czy będę kiedy tak szczęśliwa, żeby mieć prawdziwe koronki przy sukniach i kokardy przy czepeczkach? — odezwała się Małgosia niecierpliwie.
— Powiedziałaś parę dni temu, że będziesz zupełnie szczęśliwa, jeżeli tylko pojedziesz do Anusi Moffat, — zauważyła Eliza po swojemu spokojnie.
— Prawda, powiedziałam to, jestem szczęśliwa i nie będę utyskiwała; ale zdaje mi się, że im więcej kto ma, tem więcej pragnie, prawda? Już wszystko upakowałam prócz balowej sukni, bo tę mamie zostawiam, — rzekła Małgosia weselej, spoglądając na kufer w połowie napeł-