Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   157   —


March przyjęła wszystko z podziękowaniem i uśmiała się serdecznie po jej wyjściu.
— Biedne duszyczki, boję się, że im ciężko, ale nie będą się dłużej męczyć, i wyjdzie im to na dobre, — pomyślała, kładąc obok nieudanego śniadania smaczniejsze mięsiwa, w jakie się zaopatrzyła, a ten macierzyński podstęp bardzo im był na rękę.
Dużo było narzekań na dole, i wielkie niepowodzenia trapiły naczelną kucharkę. — Nie kłopocz się, ja zrobię obiad i będę służącą, a ty bądź panią; szanuj ręce, przyjmuj gości i wydawaj rozkazy, — rzekła Ludka, znająca się jeszcze mniej od Małgosi na kuchennych sprawach.
Ta uprzejma propozycja została chętnie przyjęta, i Małgorzata poszła do bawialnego pokoju, a chcąc go naprędce uporządkować, zmiotła śmiecie pod sofę i otworzyła okno, by sobie oszczędzić ścierania kurzu.
Ludka zaufana w swe siły, dla zakończenia sporu, natychmiast zaniosła na pocztę bilecik zapraszający Artura na obiad.
— Trzeba się było zastanowić lepiej nad tem, co podasz, zanim pomyślałaś o gościach, — rzekła Małgosia, dowiedziawszy się o tym grzecznym, lecz nierozważnym kroku.
— Jest pekeflejsz i dużo kartofli, — dodam szparagów i morskiego raka „dla smaku“, jak mówi Anna; będziemy też mieli sałatę. Nie umiem jej wprawdzie zaprawiać, ale się nauczę z książki. Jeżeli chcesz elegancji, to podam nawet blanc-manger, poziomki i kawę.
— Nie rób tyle potraw Ludko, bo tylko pierniki i konfitury potrafisz tak zrobić, że jeść można. Umywam ręce od tego obiadu, i kiedyś zaprosiła Artura, weźże na siebie odpowiedzialność i miej o nim staranie.