Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   156   —


March, chcąc by nauka głębsze wywarła wrażenie, postanowiła w dowcipny sposób położyć koniec tej próbie. Uwolniła na cały dzień Annę, by się dziewczętom dał we znaki system samych rozrywek.
Gdy wstały w sobotę rano, nie palił się ogień w kuchni, nie było śniadania w jadalnym pokoju, a matka nie pokazywała się wcale.
— Boże mój, co się stało? — wykrzyknęła Ludka, patrząc wokoło siebie z rozpaczą.
Małgosia pobiegła na górę i wkrótce wróciła spokojniejsza, lecz jakoś nieswoja i jakby zawstydzona.
— Mama nie jest słaba tylko bardzo zmęczona i przesiedzi cały dzień w swoim pokoju, a nam pozwala radzić sobie jak chcemy. Zdumiona jestem, bo jej się to nigdy nie zdarza, ale mówi, że ten tydzień był bardzo ciężki; więc zamiast narzekać, powinnyśmy radzić sobie.
— Cóż w tem trudnego? Ta myśl mi się podoba, bo mi już tęskno do zajęcia, — ale to będzie tylko zabawką, — dodała spiesznie Ludka.
W samej rzeczy, to małe zajęcie przyniosło im ogromną ulgę i chętnie wzięły się do dzieła, lecz przekonały się wkrótce, że „gospodarowanie wcale nie jest zabawką“ jak słusznie mówiła często Anna. W śpiżarni było dużo zapasów, więc gdy Eliza i Amelka nakryły stół, Małgosia z Ludką przyniosły śniadanie. Uczyniwszy to, dziwiły się, że służącym praca wydaje się ciężką.
— Zaniosę co mamie, chociaż powiedziała, że sama będzie o sobie pamiętać, — rzekła Małgosia, i z powagą matrony usiadła na głównem miejscu za imbrykiem.
Zanim się wzięły do jedzenia, Ludka zaniosła na górę tacę, z ukłonem od kucharki. Herbata była bardzo gorzka, bo się przegotowała; omlet się przypalił; ale pani