Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   188   —


Gracją, bo okropnie dokazuje. — Poczem odeszła, i wzruszając ramionami rzekła w duchu: — Nie przyjechałam tu po to, żeby szapronować guwernantce, chociaż jest młoda i ładna. Jacy to dziwaczni ludzie z tych jankesów! boję się, żeby nie zepsuli Artura.
— Zapomniałam, że w Anglji odwracają się od guwernantek i nie obchodzą się tak z niemi jak u nas, — rzekła Małgosia, patrząc za odchodzącą z niechętnym wyrazem twarzy.
— Nauczyciele mają tam niemniej ciężkie życie, wiem o tem na nieszczęście. Najlepszem miejscem dla pracowników jest Ameryka, miss Małgorzato! — Mówiąc to miał twarz tak zadowoloną i pogodną, że Małgosia zawstydziła się, iż ubolewa nad swym twardym losem.
— Kiedy tak, to się cieszę, że mi tu dano żyć. Nie lubię tych obowiązków, ale mam bardzo wiele przyjemności poza niemi, więc przestanę narzekać. Chciałabym tylko uczyć „z takiem upodobaniem jak pan“.
— Sądzę, że pani miałabyś je także, gdyby Artur był twym uczniem. Z wielką przykrością utracę go na przyszły rok, — powiedział, pilnie wiercąc dziury w trawniku.
— Zapewne wstąpi do kolegjum? — zapytała ustami, oczy zaś dodały: — a co się stanie z panem?
— Tak, wielki na to czas, bo już jest prawie przygotowany, a jak tylko odejdzie, wstąpię do wojska.
— Cieszy mię to! — wykrzyknęła Małgosia.
— Według mego zdania, każdy młodzieniec powinien mieć to na celu, chociaż ciężko jest matkom i siostrom zostającym w domu, — dodała ze smutkiem.
— Ja nie mam wcale rodziny, a bardzo mało przyjaciół, którzyby dbali, czym żywy lub umarły, — rzekł