Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

kazała Małgosia. — Nie możemy nic postanowić, póki on nie przyjdzie.
— Zostań Ludko; ja będę waszym posłańcem — rzekł Artur, biorąc za kapelusz.
— Bałam się, że masz zajęcie, — odezwała się Małgosia.
— Żadnego, bo już odrobiłem dzisiejsze lekcje.
— Czy uczysz się podczas wakacji? — spytała Ludka.
— Idę za dobrym przykładem sąsiadek, — odpowiedział, wybiegając z pokoju.
— Wielkie nadzieje pokładam w moim chłopcu, — rzekła Ludka, przyglądając się z zadowolonym uśmiechem, jak Artur przeskakuje płot.
— Bardzo dobrze postępuje, jak na chłopca, — odpowiedziała Małgosia niezbyt mile, bo ją to nie wiele obchodziło.
Doktór Bang przyszedł i powiedział, że Eliza ma symptomaty szkarlatyny, lecz ją może przejść łatwo. Jednakże niezadowoloną miał minę słuchając historji o Humlach; Amelkę zalecił usunąć natychmiast i zaopatrzył ją w środki ubezpieczające. Wyszła zatem jaknajśpieszniej z domu pod strażą Ludki i Artura.
Ciotka March przyjęła ich ze zwykłą sobie gościnnością.
— Czego znowu chcecie? — zapytała spoglądając ostro z ponad okularów, a papuga siedząca na poręczy jej krzesła, krzyknęła:
— Idź precz! tu nie wolno przychodzić chłopcom!
Artur usunął się do okna, Ludka zaś opowiadała co u nich zaszło.
— Mogłam się tego spodziewać, kiedy wolno wam włóczyć się do ubogich. Amelka może zostać i być tu użyteczną, jeżeli nie zachoruje; ale nie wątpię, że się tak