Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   192   —


mją, że roześmiała się wreszcie na cały głos i przerwała mu pieśń.
— Jak można być tak okrutną dla mnie? — szepnął pod zasłoną wesołego chóru — trzymałaś się cały dzień tej wykrochmalonej angielki, a teraz szydzisz ze mnie.
— Wcale nie miałam tego zamiaru, ale wyglądałeś tak zabawnie, że doprawdy nie mogłam się wstrzymać, — odparła Małgosia, pomijając pierwszą część wymówki, gdyż istotnie unikała go, pamiętając zabawę w domu państwa Moffat i rozmowę po tejże.
Ned obraził się i szukał pociechy u Salusi.
— Prawda, że niema ani odrobiny zalotności w tej pannie? — rzekł trochę gburowato.
— Ani trochę, ale milutka, — odpowiedziała broniąc przyjaciółkę, chociaż przyznawała tę wadę.
— To jeleń, który nie bodzie, — mówił dalej Ned, usiłując być dowcipnym, a tak mu się powiodło, jak się zwykle zdarza bardzo młodym ludziom.
Na tej samej łące, gdzie się zebrano z rana, rozeszło się to małe grono po serdecznem życzeniu dobrej nocy i pożegnaniu, bo rodzina Vaughan udawała się do Kanady. Gdy nasze panienki szły do domu przez ogród, miss Katarzyna goniąc je wzrokiem, rzekła nieprotekcyjnym tonem:
— Amerykańskie panny są bardzo miłe przy bliższem poznaniu, chociaż mają rażące zachowanie.
— Zupełnie się z panią zgadzam, — odezwał się pan Brooke.