Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   168   —


śpiewała podczas gdy paluszki przemykały się; umysł jej zajmowały panieńskie marzenia, tak niewinne i świeże, jak bratki w jej ogródku. Matka uśmiechnęła się też z zadowoleniem.
— Dla doktora Ludwika dwa listy, książka i jakiś dziwaczny stary kapelusz, który zakrył całą pocztę, — rzekła Eliza, wchodząc ze śmiechem do pracowni, gdzie Ludka pisała.
— To złośliwy chłopiec! — odezwałam się kiedyś z żalem, że moda nie pozwala nosić większych kapeluszy bo sobie opalam twarz. On odrzekł wówczas: — Dlaczego uważasz na modę? Noś duży kapelusz, jeżeli ci z tem wygodniej. — Ponieważ odpowiedziałam, że nie mam takiego, więc przysłał to straszydło, żeby mię wypróbować. Ubiorę się w niego dla figla, i pokażę mu, że nie dbam o modę. — Powiesiwszy ten staroświecki kapelusz o szerokich skrzydłach na popiersiu Platona, odczytywała listy. Jeden z nich, — od matki, rozognił jej policzki i łzami napełnił oczy, brzmiał bowiem jak następuje:

„Moja droga!

Piszę słówko, żeby ci oznajmić, że z wielkiem zadowoleniem widzę, jak usiłujesz poskramiać swój temperament. Nie mówisz nic ile cię to kosztuje prób, upadków, jak cię raduje powodzenie, i myślisz, że je widzi tylko ten przyjaciel, którego codzień prosisz o pomoc, — jak wskazuje zniszczona okładka twego Przewodnika. Ja także widzę i mocno wierzę w twe szczere chęci, bo zaczynają przynosić owoce. Moja droga, postępuj dalej tą drogą cierpliwie, odważnie, i ufaj, że nikt z tobą tak tkliwie nie dzieli wszystkiego, jak kochająca cię

Matka.“