Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   170   —


przeciw tej wycieczce. Takie będziemy pomocne Arturowi! Ja umiem wiosłować, Małgosia przyrządzi podwieczorek, a dziewczynki także mogą co robić.
— Mam nadzieję, że ci Vaughnowie nie są ani zbyt wykwintni, ani zupełnie dorośli. Czy słyszałaś o nich, Ludko? — zapytała Małgosia.
— Wiem tylko, że jest ich czworo: Kasia starsza od ciebie, bliźnięta Fred i Franuś prawie w twoim wieku, i mała Gracja, podobno dziesięcioletnia. Artur znał ich za granicą i lubił tych chłopców, ale Kasię niebardzo musi wielbić, bo uważałam, że się wykrzywia mówiąc o niej.
— Jak to dobrze, że mam czystą perkalową suknię, bo taka jest najwłaściwsza, — powiedziała Małgosia z radością. — A ty, Ludko, co masz stosownego?
— Czarna w ponsowe kwiaty będzie w sam raz, bo się nie będę potrzebowała krępować i myśleć o sobie przy wiosłowaniu. Czy wybierzesz się z nami, Elizo?
— Jeżeli nie dopuścicie, żeby chłopcy mówili do mnie.
— Żaden się nie odezwie.
— Chciałabym pożyteczną być Arturowi; pana Brooke nie boję się, bo on taki dobry, — ale z innymi nie chcę się bawić, ani rozmawiać, ani śpiewać. Znajdę sobie zajęcie, żeby nikogo sobą nie zatrudniać, a ty Ludko rozciągniesz nademną opiekę; tylko pod tym warunkiem wybiorę się z wami.
— Dobra z ciebie dziewczyna, — rzekła pani March, — starasz się zwalczać nieśmiałość i kocham cię za to. Wiem z doświadczenia, że jest niełatwo pasować się z wadami, i że dobre słowo dodaje otuchy.
— Dziękuję ci, mamo! — rzekła Ludka składając na chudym policzku matki wdzięczny pocałunek, droższy jej,