Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


serjo, że jej obie uwierzyły. — Gdybym miała w tem udział, napisałabym lepiej i rozsądniej. Powinnaś wiedzieć, że pan Brooke nie prawiłby takich niedorzeczności, — dodała, wzgardliwie rzucając papier na ziemię.
— To podobne do jego pisma, — bąknęła Małgosia, porównywając z listem trzymanym w ręku.
— Ach, Małgosiu, wszakżeś nie odpowiedziała! — wykrzyknęła żywo pani March.
— Owszem! — odparła Małgosia i znowu ukryła twarz, opanowana wstydem.
— To kłopot! Pozwól, mamo, żebym sprowadziła tego niegodziwego chłopca; niech się wytłomaczy i wysłucha nauki. Nie będę miała pokoju, póki go nie schwytam. — Rzekłszy to, zwróciła się ku drzwiom.
— Daj pokój, ja się z nim sama załatwię, bo w tem coś gorszego tkwi, jak myślałam. Małgorzato, opowiedz mi całą rzecz, — rozkazała pani March i usiadła przy niej, trzymając Ludkę, żeby nie uciekła.
— Pierwszy list odebrałam z rąk Artura, który zdawał się nie wiedzieć o niczem, — odezwała się Małgosia, nie patrząc matce w oczy. — Z początku dręczyło mię to, i chciałam ci się przyznać, ale potem przypomniałam sobie, że nadto lubisz pana Brooke, żeby cię miało rozgniewać, gdy przez kilka dni zachowam przy sobie tę małą tajemnicę. Takam niedorzeczna, że przyjemnie mi było, iż to mnie jednej wiadome, i wahając się co odpowiedzieć, doznawałam takiego wrażenia, jakgdybym była bohaterką z książki. Daruj mamo, bo jestem wynagrodzoną za mą niedorzeczność; już nigdy nie będę śmiała spojrzeć mu w oczy.
— Cóżeś odpowiedziała? — spytała pani March.
— To tylko, żem za młoda na coś podobnego, że nie