Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁ XX
ZWIERZENIA.

Nie znalazłabym nigdy słów, by opisać powitanie matki z córkami; takie chwile są piękne, lecz bardzo trudne do skreślenia, więc je zostawię wyobraźni mych czytelników. Powiem tylko, że dom był pełen szczerej radości i że się ziściła najtkliwsza nadzieja dziewcząt, gdy się bowiem Eliza obudziła z długiego i uzdrawiającego snu, najpierwej padły jej oczy na różyczkę i na twarz matki. Zbyt osłabiona, by się dziwić czemukolwiek, z uśmiechem tuliła się tylko w tkliwych objęciach, czując zaspokojoną tęsknotę. Potem usnęła znowu, a dziewczynki posługiwały matce, nie chcącej puścić wychudzonej rączki, która się do niej tuliła nawet podczas snu. Anna przygotowała dla podróżnej wyborne śniadanie, dowodząc, że to najlepszy sposób przeciw zbytniemu podnieceniu. Małgosia z Ludką karmiły matkę jak małe bocianki, ona zaś pocichu opowiadała o zdrowiu ojca, o obietnicy pana Brooke, że zostanie, by go doglądać, o burzy, która opóźniała jej przybycie do domu, i o niewypowiedzianej radości na widok pocieszającej twarzy Artura, gdy przyjechała znużona, niespokojna, zziębnięta.
Jakiż to dziwny i miły był dzień! tak jasno i wesoło na ulicy, bo się zdawało, że cała ludność wyruszyła na powitanie pierwszego śniegu, — tak cicho i spokojnie w domu, wszyscy bowiem spali, znużeni czuwaniem, — i uroczysta cisza panowała, podczas gdy Anna kiwając się trzymała straż przy drzwiach. Z tem błogiem uczuciem, iż