Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

bawić. Czy to nie lepiej, niż smucić się tutaj?
— Nie chcę, żeby mię stąd wyprawiano w taki sposób, — odezwała się Amelka z urazą.
— Bóg z tobą, moje dziecko, to dla twego dobra. Wszakże nie chciałabyś chorować?
— Nie chciałabym, ale wiem, że się rozchoruję, bom ciągle była z Elizą.
— Powinnaś się oddalić natychmiast, żeby tego uniknąć. Jestem pewny, że przy zmianie powietrza i ostrożności, ochronisz się jeżeli nie od choroby, to przynajmniej od ciężkiego jej przebiegu. Radzę ci usunąć się jak najprędzej, bo ze szkarlatyną niema żartu, moja panno.
— U ciotki March tak nudno, i ona taka przykra, — rzekła Amelka z przestrachem.
— Nie będzie nudno jak codzień zajrzę, przyniosę wiadomości o Elizie, i wezmę cię na pohulankę. Stara jejmość mię lubi, i będę się starał być dla niej tak grzecznym, że nam nie będzie dokuczać, choćbyśmy nie wiedzieć co robili.
— Czy będziesz mnie woził omnibusem?
— Daję ci na to słowo gentlemana.
— Codzień przyjdziesz?
— Przekonasz się, czy kiedy niedopiszę.
— I zabierzesz mię, jak tylko Eliza będzie zdrowa?
— W tej samej chwili.
— A do teatru będziesz mnie brał?
— Do dwunastu teatrów, jeżeli się da.
— Kiedy tak, zdaje mi się, że pójdę, — rzekła zcicha.
— Poczciwa z ciebie dziewczyna! Powiedz Małgosi, że jej usłuchasz, — rzekł Artur dając klapsa dla zachęty, co ją bardziej jeszcze obraziło, jak słowa „że jej usłuchasz“.