Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁ XXI.
ARTUR BROI, A LUDKA POJEDNYWA.

Twarz Ludki przedstawiała nazajutrz ciekawe studjum, bo ciężyła jej tajemnica, i nie umiała się powstrzymać od znaczących min. Małgosia to zauważyła, ale nie pytała o przyczynę, wiedząc, że najlepiej rządzić się z nią prawem przeciwieństwa. Pewna była, że jej powie wszystko o co się zapyta, dziwiło ją więc uparte milczenie i protekcyjna mina Ludki, która ją obrażała; lecz udając, że nie dba o to, cała poświęciła się matce. Ludka była pozostawiona samej sobie, odkąd pani March zajęła jej miejsce przy chorej, chcąc, by ona odpoczywała, używała ruchu i bawiła się po tak długiem zamknięciu. Ponieważ nie było Amelki, Artur stanowił jedyną jej ucieczkę; ale chociaż bardzo lubiła jego towarzystwo, bała się go wówczas, bo niepoprawny był z niego figlarz, i lękała się, że wyłudzi z niej tajemnicę.
Zupełną miała słuszność; jak tylko ten psotny chłopiec odgadł sekret, wziął się zaraz do wykrycia go i dręczył Ludkę na wszystkie sposoby. Przymilał się, pochlebiał, szydził, groził i łajał. Udawał obojętność, żeby łatwiej wydobyć prawdę; zapewniał, że wie o wszystkiem i że o to nie stoi, aż nareszcie wywołał zwierzenie, że się ta rzecz tyczy Małgosi i pana Brooke. Oburzony skrytością swego nauczyciela, wysilał mózg, żeby obmyśleć zemstę.
Co do Małgosi, zdawało się, że zapomniała o tej kwestji i że ją zajmują tylko przygotowania czynione do powrotu ojca; lecz nagle jakaś widoczna zmiana w niej