Strona:PL L.M.Alcott - Małe kobietki.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

jaźni się z panem Laurence, więc to jest zupełnie naturalne, że my dzieci bawimy się z sobą.
Powiedziała to wszystko w nadziei, że jej dadzą już spokój.
— Widocznie stokrotka jeszcze nic nie wie, — rzekła miss Klara do Belli, kręcąc głową.
— To zupełnie sielankowa niewinność, — odparła miss Bella, wzruszając ramionami.
— Idę załatwić niektóre sprawunki dla moich dziewcząt; czybym się czem nie mogła paniom przysłużyć? — zapytała pani Moffat, wtaczając się, jak słoń w jedwabiach i koronkach.
— Dziękuję pani — odrzekła Salusia — przywiozłam na czwartek nową suknię z różowej materji, więc mi nie brak niczego.
— Mnie także — przemówiła Małgosia, lecz zaraz umilkła, bo jej przyszło na myśl, że potrzebuje wielu rzeczy, ale nie może ich kupić.
— Co ty włożysz na siebie? — spytała Salusia.
— Tę samą białą suknię, jeżeli ją tak naprawię, żeby uszła, bom ją bardzo podarła wczoraj — odrzekła Małgosia, usiłując mówić swobodnie, chociaż jej było bardzo niemiło.
— Czemu nie poślesz do domu po inną? — rzekła niezbyt delikatnie Salusia.
— Nie mam innej; — powiedziała Małgosia z wielkim przymusem, którego jednak tamta nie spostrzegła, i z niegrzecznem zadziwieniem wykrzyknęła:
— Masz tylko tę jedną! Jakie to śmieszne!
Nie skończyła frazesu, Bella skinęła bowiem na nią i przerwała, mówiąc uprzejmie:
— To wcale nie śmieszne, bo na cóżby jej się zdało