Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare/Tom XI/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach
Tom XI
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór:
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
DZIEŁA DRAMATYCZNE
WILLIAMA SHAKESPEARE
(SZEKSPIRA)
W DWUNASTU TOMACH
PRZEKŁAD
L.  ULRICHA
Z OBJAŚNIENIAMI J. I. KRASZEWSKIEGO



WYDANIE NOWE
Z RYCINAMI TYTUŁOWEMI



KRAKÓW
NAKŁAD G. GEBETHNERA I SPÓŁKI
WARSZAWA — GEBETHNER I WOLFF
1895



KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.

Selous - Burza.jpg

BURZA.



BURZA.


N

Niema wątpliwości (pisze Hazlitt), że Szekspir był geniuszem najuniwersalniejszym, jaki się kiedy zjawił. W tragedyi, komedyi, historycznym dramacie, sielance, komedyi sielankowej, sielance historycznej, w poemacie niepodzielnym, w poezyi nieprzerwanej jest jedynym. Nietylko ma moc nieograniczoną wywoływania z nas śmiechu i łez, nie dość, że panuje nad wszelkimi środkami pomocniczymi w przedstawianiu namiętności, nad dowcipem, nad myślą i doświadczeniem, rozrządza także całym obszarem wyobraźni twórczej, obudzającej trwogę i wesołość, równie trafnie widzi świat idealny jak rzeczywisty, a ponad tem wszystkiem góruje u niego prawda charakteru i natury i duch ludzkości“.

Tymi wyrazami Hazlitt’a rozpoczyna Gervinus uwagi swe nad Burzą, powtarzamy je za nim, mówiąc o jednej z komedyi Szekspira, w których z równem, jak w dramatach historycznych i tragedyach, mistrzowstwem, a z większą może siłą wyobraźni, swobodą, z większą rozmaitością tonu się przedstawia, zawsze sobą samym, a coraz, do nieskończoności, innym. Burza, która stoi w wydaniach poety na czele tak zwanych komedyi, zdaniem wszystkich niemal badaczów, jest jednem z ostatnich, lub ostatniem dziełem jego, napisanem już po odsunięciu się od teatru. Być bardzo może, iż zażądano od odpoczywającego już w Stratfordzie nad Awonem poety, fantastycznej takiej sztuki, na uroczystości weselne księżniczki Elżbiety, wychodzącej za elektora palatyna Fryderyka w roku 1613. Wiemy to, i z opisów u nas w Polsce przedstawianych w czasie weselnych i koronacyjnych uroczystości dramatów, jak wielką w nich rolę grały postacie czarodziejskie, bogowie, allegoryczne figury i misternymi kunsztami mechanicznymi sprowadzane zmiany, a cuda teatralne, zjawiska duchów, widm i t. p. W takie właśnie efekta obfituje Burza.
Powieść, która poecie służyła za materyał, dotąd pozostaje zagadką; nie zdołano jej odszukać, chociaż domyślają się, jak powiemy niżej, iż włoski jakiś romans nieznany dostarczył pierwotnej treści. Byćby to mogło równie, że poeta osnuł rzecz na własnym pomyśle, czerpiąc szczegóły z różnych przypomnień i pojedynczych rysów, schwyconych u współczesnych pisarzy.
Komentator Szekspira, Warton, pisze, że niejaki Collins (na nieszczęście później obłąkany, zatem nie bardzo na wiarę zasługujący), zaręczał mu, iż miał w ręku i czytał włoski romans, pod tytułem: Amelia i Izabella, drukowany jakoby w r. 1588, który treścią przypominał zupełnie Burzę Szekspira, a miał być swojego czasu tłomaczony na angielski i francuski język. Tego jednak romansu nikomu się dotąd wyszukać nie udało.
Tieck i wielu niemieckich krytyków twierdzą, iż wspólną treścią Burzy i dramatu niemieckiego Ayrer’a, pod tytułem: Piękna Sidea (napisanego między 1595 a 1605 r.), musiało być jakieś zatracone dziś opowiadanie. Dramat Ayrer’a, z wyjątkiem imion, zupełnie jest podobny do Burzy. W niemieckim role Prospera i Alonsa grają książę Ludolf i książę Leudegart. Ludolf jest czarownikiem jak Prospero, i ma też córkę jedynaczkę, Sideę (Mirandę), posługuje się duchem, który wprawdzie odmiennie wygląda, ale przypomina Aryela i Kalibana zarazem. Ludolf tu zwyciężony przez swojego współzawodnika, wygnany z córką na puszczę, strofuje ją, że na losy narzeka i wywołuje ducha Runcifala, aby mu dał środki pomszczenia się i przepowiedział przyszłe losy. Runcifal jak Aryel, nie bardzo rad z tego, że go zaprzęgają do roboty, oznajmuje księciu, iż wkrótce w jego ręce dostanie się syn nieprzyjaciela. Tu następuje scena komiczna, zdaje się niemieckiego autora własna, poczem zbliża się książę Leudegart[1]) z synem Engelbrechtem (Ferdynandem), polujący właśnie w tej puszczy. Engelbrecht ze sługą swoim Famulusem oddalają się i błądzą, a szukając drogi, trafiają na Ludolfa i jego córkę.
Ten wzywa ich, aby mu się poddali, chcąc ich wziąć w niewolę, Engelbrecht chwyta za oręż w obronie swej, ale czary Ludolfa sprawiają, że osłabły książę miecza dobyć nie może, traci siłę i poddać się musi. Engelbrecht jako niewolnik, także nosi drwa. Sidea, jak Miranda, rozmiłowuje się w nim i oświadcza mu, że chce zostać jego żoną. Ślub dwojga kochanków jednoczy z sobą powaśnione rodziny. Podobieństwo między Sideą a Mirandą jest wielkie, szczegóły niektóre podobne, lecz Ayrer tak dalece niżej stoi od angielskiego poety, iż porównywać ich nawet z sobą się nie godzi.
Opisy podróży, krajów nowych i dziwnych, plemion ludzkich osobliwych i poczwarnych, za czasów Szekspira, silną budziły ciekawość i były jednem ze źródeł pomysłu dla poety, który też wspomina tu o tych poczwarach (z twarzami na piersiach), takich właśnie, jakich szereg cały przedstawił Wolgemuth w sławnej Schedla kronice.
Pierwszy Theobald, a za nim Malone, utrzymują, że tytuł Burzy, nadany sztuce przez Szekspira, jest okolicznościowy, i stoi w związku z rozbiciem okrętu Jerzego Sommers’a u Bermudów, (Wysp Szatańskich). Roczniki ówczesne tak opisują ten wypadek, o którym w całej Anglii wiele rozprawiano i mocno się nim zajmowano:
„W roku 1609 kompania awanturników i kompania wirgińska wyprawiły z Londynu flotyllę o ośmiu statkach, na które wsiedli emigranci, przeznaczeni do kolonizowania Wirginii. Sir Thomas Gates, sir Georges Sommers, jako admirał i kapitan Newport, wice-admirał, płynęli na statku o 300 tonnach, ze stu sześćdziesięcią innymi podróżnymi. Statek admiralski szedł razem z resztą eskadry, aż do trzydziestego stopnia szerokości, tu burza rozpędziła ich. Inne okręty szczęśliwie dopłynęły do Wirginii, a statek admiralski, choć nowy i bardzo mocny, począł brać wodę. Choć pompy ciągle były w robocie, woda zapełniała dno statku, ludziom zaczynało braknąć siły, wielu z nich, w przystępie rozpaczy, puściło się na los szczęścia z falami. Sir Jerzy Sommers sam siedząc u steru, widząc już statek zgubionym, spodziewając się, że co chwila zatonąć może, spostrzegł ląd. I on i kapitan Newport uznali, że to było straszliwe wybrzeże Bermudów. Wszystkie naówczas narody wyspy te miały za zaczarowane, sądząc, że je zamieszkiwali czarownicy i złe duchy, żyjące tu wśród ciągłych burz i piorunów. Oprócz tego, brzegi miały być tak nadzwyczajnie niebezpiecznymi i skalistymi, iż mało ludzi dobić do nich zdołało, chyba niesłychanym wypadkiem i przez rozbicie się okrętu.
„Jerzy Sommers, Thomas Gates, kapitan Newport i reszta załogi, zgodzili się na to, iż z dwojga złego, mniejsze wybierać należało. I tak rozpaczliwie zaczęto się ku wyspie kierować. Lecz, dzięki opatrzności, morze było wezbrane, okręt przepłynął między dwiema skałami i uwiązł w nich nie rozbity. Mogli więc rzucić łódź na morze. Wszyscy majtkowie i żołnierze wylądowali bezpiecznie. Dostawszy się na ląd, orzeźwili się wkrótce i nabrali otuchy, bo grunt bardzo był żyzny a klimat wyspy łagodny“.
Malone wykazuje, że w tem opowiadaniu, jak w sztuce Szekspira, jest burza, rozbicie okrętu, wyspy zaczarowane, Bermudy; a że wypadek ten jest z roku 1609, sądzi, iż sztuka napisaną i graną być mogła około 1610 lub 1611 roku, gdy się tem najwięcej zajmowano. U Ben Johnsona, w jego Bartolomew Fair (1614) jest też mowa o „Tales of Tempest“, o jakimś potworze posługującym (servant monster), były to więc powieści popularne i zwyczajne w owym czasie, na których osnuł poeta swój dramat. Przypuszczenie Malone’a o dacie napisania dramatu, potwierdza się wydanemi przez Cunningham’a w roku 1842: Extracts from the accounts of the Revels at Court in the Reigns of Queen Elizabeth and King James the First etc.“, w których jest wzmianka, że dnia 1 listopada 1611 roku, w Whitehall, grano dramat pod tytułem Burza. Ale z badań dra Ingleby’ego okazuje się niestety, że jak Collier’a, tak Cunningham’a dokumenta krytyki nie wytrzymują i wielce są podejrzane. (Dr. Ingleby, 1861. A complete view of the Shakespeare Controversy. London). Źródła jedynego, z któregoby Szekspir Burzę swą zaczerpnął, zdaje się, że napróżnoby szukać było; napisana w ostatnich latach życia, gdy poeta władał wszystkimi dramatycznymi środkami i był ich panem, złożyła się z mnóstwa, w ciągu lat długich uzbieranego materyału, a samemu geniuszowi jego winna układ swój i uroczą piękność. Postaci Kalibana i Aryela, tych dwu duchów ziemi i powietrza, nie znajdzie nigdzie, chyba w średniowiecznych podaniach o Koboldach, które się do XVI wieku przechowały w powieściach ludu. Ale w tych one są tylko w zarodzie, poeta ulepił z nich te własnej fantazyi dzieci, oblicza im nadając nowe. Co do formy, z pewnych względów, Burza przypomina Zimową opowieść i Sen nocy letniej. Mowa duchów, tu i tam wyróżnia się samą formą wiersza. Wiersz w ogóle łatwy i swobodny, uwolniony już od rymowanych zakończeń.
Jak we wszystkich dramatach poety, tak i tu, myślą główną, ziarnem tego pięknego owocu, jest prawda moralna, którą łatwo dobyć z niego można. Widzimy w dramacie na chwilę przemagającą żelazną siłę pięści, brutalną przemoc. Posuwa się ona w swem zaślepieniu aż do Kaimowego bratobójstwa. Z drugiej strony stoi mądrość, która zatopiona w księgach i kontemplacyi świata i jego tajemnic, zapomina się aż do wyrzeczenia wszelkich spraw ziemskich i zaniedbania własnego bezpieczeństwa. Opatrzność dozwala sile chwilowego zwycięstwa, ale duchowi daje w końcu zwycięstwo wielkie, stanowcze, ostatnie. Ci, którzy chcieli zgubić mędrca, znajdują się niespodzianie na jego łasce, życie ich ma w ręku — zapomina wyrządzone mu złe, przebacza, jedna, i siłą ducha pokonywa wszystko, co przeciw niemu knowa barbarzyńska siła pięści. Myśl ta jasno bije z dramatu.
Jako narzędzie pojednania służy niewiasta czysta i niewinna, niewieścia cnota, którą Prospero wyraźnie stawi za szczęścia warunek. Miranda jest naiwnem dziewczęciem, której pierwsze wejrzenie starczy do obudzenia tego uczucia, co jedna, łączy, i na którem wciąż społeczeństwo spoczywa. Ferdynand pracuje i poświęca się chętnie dla miłości. Obok tego mędrca, uroczego dziewczęcia i czystego ducha Aryela, dla konstrastu stoi Kaliban (anagram Kannibala), Trynkulo i Stefano. Z genialnem mistrzowstwem namalowane to bydlę straszliwsze tem, że ma oblicze i mowę ludzką, ulegające tylko sile i trwodze, namiętne, słabe, a gotowe na wszystko, gdy się w niem zwierzęce instynkta rozbudzą.
Trzy światy składają się na czarodziejski poemat: czyste duchy pośredniczące między ziemią a niebem, ludzie ze swą ułomnością i zbydlęcone istoty, dzieci sił nieczystych. Z tych żywiołów wiąże się dramat wielkiego wdzięku, szczególniej w pojedyńczych scenach, połączonych jakby nicią jedną, mądrością Prospera i potęgą Aryela jej posłuszną.
W Burzy, jak w Hamlecie, zdradza się Szekspira upodobanie i przejęcie Montaigne’m. Prawdopodobnie poeta czytać go mógł w oryginale. W roku 1838 British Museum nabyło też wydanie tłómaczenia angielskiego przez Florion’a, z podpisem Szekspira, jednym z sześciu, jakie są znane.
W rozdziale pod tytułem: Les Cannibales, (księga I) znajdujemy, co następuje:
„Jest to naród, u którego niema żadnego rodzaju handlu, żadnej znajomości pisma, żadnej umiejętności liczb, żadnego nazwiska urzędu ani zwierzchności politycznej, żadnego obyczaju służby, ani bogactwa, ani ubóstwa, żadnych kontraktów, żadnych spadków, żadnych działów, żadnej pracy, chyba gwoli próżnowania, żadnego poszanowania pokrewieństwa, chyba ogólnego, żadnych sukni, żadnego rolnictwa, żadnego kruszcu, ani wina, ani zboża; wyrazu nawet oznaczającego kłamstwo, zdradę, chytrość, skąpstwo, zazdrość, obmowę, przebaczenie... Jakże Plato, Rzeczpospolitę, którą wymyślił, znalazłby daleką od tej doskonałości“.
W Burzy, niemal temiż słowy mówi Gonzalo (Akt II. Scena I):

Wszystkobym w mojej rzeczypospolitej
Nawspak urządził; zabroniłbym handlu,
Żadnychby u mnie nie było urzędów,
Żadnej nauki, bogactw ni ubóstwa,
Żadnego sługi, kontraktów, sukcessyi,
Granic, uprawnych pól albo winnicy,
Żadnych metalów, zboż, wina, oliwy,
I żadnej pracy.

Burza za życia autora osobno drukowaną nie była, wyszła dopiero w zbiorowem wydaniu Hemminge’a i Condell’a w roku 1623.




OSOBY:

Alonso, król neapolitański.
Sebastyan, brat jego.
Prospero, prawy książę Medyolanu.
Antonio, brat jego, przywłaszczyciel księstwa.
Ferdynand, syn króla neapolitańskiego.
Gonzalo, poczciwy stary radca króla Neapolu.

Adryan,   panowie.
Francisko, 

Kaliban, dziki i potworny niewolnik.
Trynkulo, trefniś.
Stefano, piwniczy, pijak.
Kapitan. Bosman. Majtkowie.
Miranda, córka Prospera.
Aryel, duch powietrzny.

Irys,   duchy.
Ceres,
Juno,
Nimfy,
Żniwiarze, 

Inne Duchy posłuszne Prosperowi.


Scena: morze i okręt, później wyspa.
BURZA.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Okręt na morzu. Burza, pioruny i błyskawice.
(Wchodzą: Kapitan i Bosman).

Kapitan.  Bosman!
Bosman.  Jestem, kapitanie. Co robić?
Kapitan.  Przemów do majtków, a manewruj żwawo; inaczej wpadniemy na skały. Żwawo, tylko żwawo!

(Wychodzi. — Wchodzi kilku Majtków).

Bosman.  Dalej, moje dzieci! śmiało i żwawo, moje serduszka! Zwinąć masztowy żagiel! Baczność na kapitańską świstawkę! — Dmijże, aż pękniesz!

(Wchodzą: Alonso, Sebastyan, Antonio, Ferdynand, Gonzalo i inni).

Alonso.  Dobry Bosmanie, daj baczność! Gdzie kapitan? Pokażcie się ludźmi odważnego serca.
Bosman.  Błagam was, zejdźcie na dół!
Antonio.  Gdzie kapitan, bosmanie?
Bosman.  Czy go nie słyszysz? Zawadzacie nam tylko. Do kajuty! Pomagacie burzy.
Gonzalo.  Trochę cierpliwości, mój poczciwcze!
Bosman.  Gdy ją mieć będzie morze. Precz stąd! Co dbają ryczące bałwany o imię królewskie? Do kajuty! Cicho! nie przeszkadzajcie nam!
Gonzalo.  Bardzo dobrze; pamiętaj jednak, kogo masz na pokładzie.
Bosman.  Nikogo, któregobym więcej kochał od siebie. Jesteś panem rajcą; jeżeli możesz nakazać milczenie żywiołom i ciszę sprowadzić, nie dotkniemy się więcej liny; użyj twojej powagi. Jeśli nie możesz, dziękuj, żeś żył tak długo, a przygotuj się w kajucie do wszystkiego, co nas za chwilę spotkać może. — Żwawo, moje chłopcy! Precz nam z drogi, powtarzam! (Wychodzi).
Gonzalo.  Zuch ten dodaje mi serca, bo nie widzę na nim piętna topielca; jemu szubienica patrzy z oczu. Dotrzymaj nam obietnicy, dobry losie! Zrób postronek jego przeznaczeń naszą kotwiczną liną, bo własna nasza nie na wiele się przyda. Jeśli się on do szubienicy nie urodził, smutna nasza dola.

(Wychodzą. — Wchodzi Bosman).

Bosman.  Spuścić maszt wierzchowy! żwawo, żwawo! niżej, niżej! Spróbujmy raz jeszcze koronnego żagla! (Słychać krzyki na dole). Bodaj zaraza padła na te wycia głośniejsze od burzy i naszej roboty! (Wchodzą: Sebastyan, Antonio i Gonzalo). Znowu? Co tu po was? Mamyż opuścić ręce i utonąć? Czy gwałtem szukacie mokrej śmierci?
Sebast.  Bodaj ci przegniło gardło, ty psie warczący, bluźniący, nielitościwy!
Bosman.  To weź się za nas do roboty!
Antonio.  Na szubienicę, ty kundlu! na szubienicę, ty bękarcie! Zuchwały krzykaczu, mniej od ciebie boimy się utonąć.
Gonzalo.   Powtarzam, on nie utonie, choćby okręt nie był mocniejszy od łupiny orzecha, a był dziurawszy od cnoty niewstrzemięźliwej dziewki.
Bosman.  Zmieńmy kierunek! Rozwinąć oba wielkie żagle! Idźmy pod wiatr!
Majtkowie  (wbiegają zmoczeni). Wszystko przepadło! do modlitwy! do modlitwy! Wszystko przepadło! (Wychodzą).
Bosman.  Jakto? Mająż usta nasze na zawsze zastygnąć?

Gonzalo.  Król z księciem klęczą! i my uklęknijmy,
Bo los nasz wspólny.
Sebast.  Straciłem cierpliwość.
Antonio.  Wydrwili od nas życie ci pijacy.

Ten łotr dziurawy! Jakbym chciał go widzieć,
Mytego falą dziesięciu przypływów
Gonzalo.  On będzie wisiał, choć przeciw mym słowom,
Zda się, że każda wód kropla przysięga,
Paszczę rozdziawia, ażeby go połknąć.

(Pomieszane krzyki na dole: Boże, zmiłuj się nad nami! Okręt się rozpada! okręt się rozpada! Żegnam was, żono i dzieci! Żegnam cię, bracie! Okręt się rozpada! rozpada! rozpada!).

Antonio.  Tońmy wszyscy z królem! (Wychodzi).
Sebast.  Pożegnajmy się z nim (wychodzi)!
Gonzalo.  Dałbym teraz tysiąc łanów morza za jedno staje nieurodzajnego gruntu, długiego wrzosu, szarej paproci, bądź czego. Niech się stanie wola boża! Wolałbym jednak umrzeć suchą śmiercią (wychodzi).

SCENA II.
Wyspa. — Przed celą Prospera.
(Wchodzą: Prospero i Miranda).

Miranda.  Jeśliś twą sztuką tak fale te wzburzył,
Drogi mój ojcze, ukołysz je teraz!
Smołę śmierdzącą, zda się, lać chce niebo,
Tylko że morze, lic jego sięgając,
Ognie te gasi. Razem z cierpiącymi
I ja cierpiałam! Piękny, śmiały okręt,
Szlachetne pewno niosący istoty,
Przepadł w otchłaniach, a tonących krzyki
Znalazły echo w głębinach mej duszy.
Wszystkich zapewne pochłonęły fale.
O, gdybym bóstwa mogła mieć potęgę,
Przódybym morze pogrążyła w ziemi,
Zanimby okręt tak piękny pożarło
I te, któremi ładowny był, dusze!
Prospero.  Ukój się, powiedz litosnemu sercu:
Nic się nie stało złego.
Miranda.  Ach!
Prospero.  Nic złego.

Wszystko zrobiłem dla ciebie jedynie,
Dla ciebie, droga, dla ciebie, ma córko!
Ty nie wiesz jeszcze, kim jesteś; ty nie wiesz,
Skąd ja pochodzę; nie wiesz, żem jest więcej,
Niźli Prospero, pan ubogiej celi,
I nie bogatszy twój ojciec.
Miranda.  Znać więcej
Nigdy w mej duszy nie postała żądza.
Prospero.  Czas teraz, żebym powiedział ci więcej.
Dopomóż zdjąć mi odzież czarnoksięską.

(Składa płaszcz).

Spocznij, ma sztuko. — Pociesz się, łzy otrzej!
Straszne rozbicie, które w twojem sercu
Wszystkie potęgi litości zbudziło,
Tak mądrze moją sztuką urządziłem,
Że ani jedna nie zginęła dusza,
Nie, że nie zginął włosek nawet jeden
Z istot na statku, których pośród burzy
Krzyki słyszałaś, widziałaś tonięcie.
Siądź przy mnie; czas już, byś poznała więcej.
Miranda.  Kto jestem, nieraz rozpoczętą powieść
Urwałeś nagle, a wszystkie pytania
Zbywałeś słowem: czekaj, nie czas jeszcze.
Prospero.  Przyszła nakoniec stanowcza godzina;
Otwórz więc uszy i słuchaj mnie pilnie.
Czy pomnisz czasy, które poprzedziły
Dzień, w którym cicha przyjęła nas cela?
Wątpię, bo wtedy i lat trzech nie miałaś.
Miranda.  Pamiętam, ojcze.
Prospero.  Ale co pamiętasz?
Czyli dom inny, czy inne osoby?
Powiedz mi obraz, który w twej pamięci
Przetrwał aż dotąd.
Miranda.  Wszystko to dalekie,
I jak sen raczej, niżli rzeczywistość,
Za którą pamięć mojaby ręczyła.
Miałamli kiedy pięć lub sześć służebnic?
Prospero.  Miałaś, i więcej. Lecz jakże w twej duszy

Obraz ten przetrwał? Mów, co widzisz więcej
Na tle zamglonem, na przepaściach czasu?
Gdy pomnisz rzeczy przed twem tu przybyciem,
Więc i przybycie nasze tu pamiętasz.
Miranda.  Nie.
Prospero.  Lat dwanaście, lat temu dwanaście
Ojciec twój księciem był Medyolanu,
Możnym był panem.
Miranda.  Nie jestżeś mym ojcem?
Prospero.  Wszystkich cnót obraz, święta matka twoja
Mówiła, żeś jest mą córką; twój ojciec
W Medyolanie potężnym był księciem;
A córka księcia, jedyna dziedziczka,
Z gorszego domu nie wywodzi rodu.
Miranda.  O, Boże! jakaż wygnała nas zbrodnia,
Albo, czy było to błogosławieństwem?
Prospero.  Jedno i drugie. Wygnała nas zbrodnia,
Błogosławieństwo przywiodło nas tutaj.
Miranda.  Serce się krwawi na myśl o boleściach,
Których przyczyną byłam, choć ich pamięć
Już się zatarła. Proszę cię, mów dalej.
Prospero.  Mój brat a stryj twój, nazwiskiem Antonio,
(Patrz na występne brata wiarołomstwo),
Któregom kochał nad wszystko po tobie,
Brat ten, z mej woli, mojem rządził księstwem,
Pierwszem godnością pomiędzy księstwami,
Jak pośród książąt pierwszym był Prospero;
Nikt w wyzwolonych sztukach mu nie sprostał,
Bo ku nim całą obróciłem pilność,
Rządzenia ciężar zwaliłem na brata,
I byłem obcy dzielnic moich sprawom
Tajemnych nauk odurzony szałem.
Twój stryj fałszywy, — czy słuchasz?
Miranda.  Najbaczniej.
Prospero.  Gdy poznał sztukę, jak prośby przyjmować,
Jak je odrzucać, kogo wznieść nad drugich,
A kogo w zbytnim hamować zapędzie,
Lub nowych dworzan otoczył się kołem,

Lub zmienił dawnych sług moich uczucia,
Bo kluczem władzy wszystkie w kraju serca
Po woli ucha swojego nastroił,
Był bluszczem, który skrył pień mój książęcy,
Jego zieloność wyssał. — Ty nie słuchasz.
Miranda.  O, słucham, ojcze!
Prospero.  Proszę cię, uważaj.
Gdym ja, niepomny świata interesów,
Cały się oddał ulepszeniu myśli,
Sztuce, co gdyby mniej była tajemną,
Nad wszystkie tłumu wyższa jest poklaski.
W fałszywym bracie zła myśl się ocknęła,
I ufność moja, jak poczciwy ojciec,
Spłodziła sobie fałsz, wyrodne dziecię,
Fałsz tak niezmierny, jak ma była ufność,
To jest, wyznaję, bez kresu i granic.
On, będąc panem nietylko dochodów,
Ale i wszystkich praw moich książęcych,
Podobny kłamcy, który sam się zwodzi,
Wkońcu i pamięć swą do grzechu wciąga,
I własnym kłamstwom wierzy, — on uwierzył,
Że był książęciem, nie mym namiestnikiem,
Nie wykonawcą praw i przywilejów,
Zewnętrznych znamion mojego wszechwładztwa.
Z dniem każdym chciwszy, — lecz ty mnie nie słuchasz.
Miranda.  Powieść twa zdolna głuchego wyleczyć.
Prospero.  By znieść przegrodę między swoją rolą,
A tem, co w mojem przedstawiał imieniu,
Zamierzył władzę i tytuł przywłaszczyć.
Dość wielkiem państwem książki były dla mnie;
Nie byłem zdolny, dworakom powtarzał,
Nie byłem zdolny do światowych rządów.
Spragniony władzy, z królem Neapolu
Traktat zawiera, lenność mu przysięga,
Przyrzeka haracz, swą książęcą mitrę
Królewskiej jego poddaje koronie;
Niezgięty dotąd biedny Medyolan
Do podłej służby dumne ugiął czoło.

Miranda.  Boże!
Prospero.  Warunków posłuchaj i skutków,
I powiedz potem, czy mógł być mi bratem.
Miranda.  Byłoby grzechem źle sądzić o babce:
Szlachetne łona złych rodziły synów.
Prospero.  Słuchaj warunków. Wróg mój zastarzały,
Król Neapolu, przyjmuje ofiarę,
Za roczny haracz i za lenną służbę
Przyrzeka z księstwa mnie i moich wygnać,
Wszystkie honory, piękny Medyolan
Na brata przenieść. Zdrajców zebrał wojsko,
A pewnej nocy do czynu wybranej
Antonio bramy miasta mu otworzył,
I śród ciemności grobowej siepacze
I mnie i ciebie płaczącą unieśli.
Miranda.  Co za niedola! Łez tamtych niepomna,
Zapłaczę teraz; na samo wspomnienie
Łzy mi się kręcą.
Prospero.  Słuchaj jeszcze chwilę,
A wnet przyjdziemy do sprawy obecnej,
Bez której cała byłaby ta powieść
Gadką bez celu.
Miranda.  Dlaczegóż siepacze
W złej nas godzinie nie zamordowali?
Prospero.  Powieść nasuwa słuszne to pytanie.
Droga, nie śmieli (lud mnie nazbyt kochał)
Krwawej pieczęci na czynach swych wybić;
Złe cele farbą nawiedli piękniejszą.
By skończyć, śpiesznie wiedli nas do łodzi,
A o mil kilka czekał na nas statek,
Bez lin, bez masztów, spróchniały, przegniły,
Szczury go nawet opuściły z trwogi.
Tam bez litości rzucili nas dwoje,
Abyśmy z morzem, co groźnie ryczało,
Wspólnie jęczeli, wzdychali z wiatrami,
Które westchnieniem nam odpowiadały,
Współczucia pełne na zgubę nas niosły.
Miranda.  Iluż ci smutków byłam wtedy źródłem!

Prospero.  O, cherubinie, ty mnie ocaliłaś!
Gdy mi z ócz słone krople w morze ciekły,
Kiedym rozpaczał, tyś się uśmiechała,
Natchniona siłą z wysokiego nieba,
Tyś we mnie męstwo wskrzesiła mdlejące,
Że mogłem śmiało z przeciwnością walczyć.
Miranda.  Jakże do lądu zdołaliśmy dobić?
Prospero.  O, tylko cudem bożej opatrzności.
Gonzalo, szlachcic neapolitański,
Do wykonania zleceń tych wybrany,
Dał nam przez litość trochę świeżej wody,
Trochę żywności, bielizny, odzieży,
I sprzętów wielkiej później dla nas ceny.
Wiedząc, jak książki kochałem, uprzejmie
Dorzucił tomy z mej biblioteki,
Co mi są droższe nad stracone księstwo.
Miranda.  O, gdybym mogła zobaczyć go kiedy!
Prospero.  A teraz słuchaj utrapień mych końca.
Tu, na tej wyspie, dobiliśmy lądu.
Tu z mej nauki zbierałaś, Mirando,
Lepsze owoce od innych księżniczek,
Którym czas zbiega na pustej nauce,
Pod okiem mistrzów mniej ode mnie bacznych.
Miranda.  Boże ci zapłać za twoje starania!
Lecz teraz, ojcze, powiedz mi przyczynę,
(Bo myśl ta ciągle duszę moją dręczył,
Dla której straszną burzę wywołałeś.
Prospero.  Dziwnem zrządzeniem, opatrzna Fortuna,
Orędowniczka moja dziś łaskawa,
Wszystkich mych wrogów przygnała do wyspy.
Jam sztuką moją zbadał, że mój zenit
Stoi pod wpływem gwiazdy pomyślności;
Jeśli dziś chybię pomyślnego wpływu,
Nadzieje nasze zmarnieją na wieki.
Lecz dosyć pytań. Widzę, sen cię zmorzył,
Sen dobroczynny — poddaj mu się chętnie.

(Miranda zasypia).

Przybywaj sługo! Jestem już gotowy.

Przyjdź, Aryelu!
Aryel  (wchodząc).Witaj, wielki mistrzu!
Witaj! Przybiegam wolę twoją spełnić,
Latać lub pływać, lub w ogniu się nurzać,
Lub po strzępionych chmurach jeździć; rozkaż,
Wykona Aryel.
Prospero.  Czyś ostatnią burzę
Wedle rozkazu do słowa wykonał?
Aryel.  Co do litery. Na okręt królewski
Wpadłem, i zaraz to z sztaby, to z boków,
To na pokładzie, po wszystkich kajutach
Ciskałem płomień; czasem się rozpadłem
Na wiele drobnych i chwiejnych płomyków,
Na żaglach, masztach gorzałem złowieszczo,
Tom w jedno znowu zbiegał się ognisko:
Błyski Jowisza, straszne poprzedniki
Grzmotów, nie chybsze są ni polotniejsze.
Zda się, że ogień i siarczane trzaski
Tron oblegają potężny Neptuna,
Że od nich jego drżą potężne fale,
I sam się trójząb w ręku jego chwieje.
Prospero.  Dobry mój duchu, kto miał dosyć serca,
By w tym zamęcie rozumu nie stracił?
Aryel.  Febrę szaleństwa każda czuła dusza,
Rozpacz do dziwnych prowadziła czynów.
Wszyscy, prócz majtków, skoczyli do fali
Ze statku moim ogniem płonącego.
Z włosem, jakgdyby trzcina najeżonym,
Pierwszy się rzucił syn króla, Ferdynand;
Piekło, zawołał, próżne jest na teraz,
A wszystkie dyabły zbiegły na nasz okręt.
Prospero.  Kochany duchu, czy brzeg był daleki?
Aryel.  O kroków kilka.
Prospero.  Czyś wszystkich ocalił?
Aryel.  I włosek jeden śród burzy nie przepadł.
Odzienie, co ich niosło pośród fali,
Nie ma i plamki, świeższe jest niż przody.
Jak chciałeś, błądzą kupkami po wyspie;

Tylkom Fernanda samotnie zostawił.
Powietrze teraz studzi westchnieniami,
A siedząc w dzikim wyspy tej zakątku,
W bolesnych myślach ręce tak załamał.
Prospero.  Coś z żeglarzami i okrętem zrobił?
Co z resztą floty?
Aryel.  Króla okręt stoi
W bezpiecznym porcie, w głębokiej przystani,
Gdzie o północy raz mnie wywołałeś,
Bym do Bermudów, wiecznie kołatanych,
Bieżał po rosę: tam okręt ukryłem.
Wszystkich zebranych pod pokładem majtków,
Potęgą czarów i poprzednią pracą,
W śnie pogrążyłem. Wszystkie inne statki,
Rozsiane wiatrem, zebrały się znowu,
I po bałwanach śródziemnego morza
Płyną z boleścią ku Neapolowi,
Pewne, że okręt widziały rozbity,
I śmierć dostojnej królewskiej osoby.
Prospero.  Spełniłeś rozkaz; lecz nie na tem koniec.
Która godzina?
Aryel.  Południe minęło.
Prospero.  Już blisko drugiej. Odtąd aż do szóstej
Czas, dla nas obu, droższy jest nad wszystko.
Aryel.  Nowa znów praca? Kiedy mnie tak dręczysz,
Pamiętaj także na twe obietnice
Niedotrzymane.
Prospero.  Co fochy te znaczą?
Czegóż się możesz domagać?
Aryel.  Wolności.
Prospero.  Nim czas się spełni? Dość tego!
Aryel.  Pamiętaj,
Żem mnogie, ważne oddał ci usługi;
Żem ci nie kłamał, nigdy cię nie zawiódł,
Służył bez szemrań, bez gniewu; przyrzekłeś
Rok jeden ująć.
Prospero.  Czy więc zapomniałeś,
Z jakich męczarni cię wyswobodziłem?

Aryel.  Nie.
Prospero.  Zapomniałeś. Myślisz, że rzecz wielka
Po szlamie słonych głębin się przechodzić,
Na ostrym wietrze północnym żeglować,
Albo pracować dla mnie w żyłach ziemi,
Gdy mróz je zetnie.
Aryel.  Nie, panie, nie myślę.
Prospero.  Kłamiesz, złośliwcze! Czy więc zapomniałeś
Szpetnej Sykorax, groźnej czarownicy,
Z lat i zazdrości na obręcz wygiętej?
Czy zapomniales?
Aryel.  Nie, nie!
Prospero.  Zapomniałeś.
Gdzie się rodziła? Odpowiedz.
Aryel.  W Algierze.
Prospero.  A, czy tak? dobrze. Skoro zapominasz,
Czem byłeś dawniej, ja ci raz na miesiąc
Przypomnieć muszę. Przeklęta Sykorax,
Za mnogie zbrodnie, za okrutne czary,
O których słyszeć nie można bez zgrozy,
Była wygnaną; sąd jednak łaskawy
Za czyn jedyny darował jej życie.
Czy prawda?
Aryel  Prawda.
Prospero.  Ta więc czarownica
Niebieskooka, w ciąży pod tę porę,
Tutaj przez majtków była porzucona.
Ty, sam wyznajesz, byłeś na jej służbie,
Lecz jak duch wyższych, szlachetniejszych uczuć,
Nie chciałeś pełnić obrzydłych rozkazów,
Za co, w wściekłości nieznającej granic,
Z pomocą innych sług swoich silniejszych,
Wszczepiła ciebie w rozłupaną sosnę,
Gdzie uwięziony żyłeś śród boleści
Przez lat dwanaście; gdy potem umarła,
Zostałeś więźniem, a twoje westchnienia
Wciąż było słychać, jak młyńskich kół łoskot.
Podówczas żadna jeszcze ludzka postać

Samotnej wyspy nie rozpromieniła,
Prócz dziecka, które wylęgło się tutaj,
Płód czarownicy, piegowate szczenię.
Aryel.  Syn jej Kaliban.
Prospero.  On sam, ciasna głowo,
Syn jej Kaliban, dzisiaj mój niewolnik.
Wiesz, w jak okrutnej znalazłem cię doli,
Jęki twe litość budziły w niedźwiedziach,
I wilki wyły na krzyk twej boleści.
Były to męki potępieńca godne;
Wybawić z nich cię nie mogła Sykorax.
Lecz gdy przybyłem, kiedym cię usłyszał,
Rozdarłem sosnę, wróciłem ci wolność
Przez moją sztukę.
Aryel.  Dziękuję ci, panie.
Prospero.  Jeśli raz jeszcze szemrać się odważysz,
W dębu sękate wbiję cię wnętrzności,
Żebyś w nich znowu przeżył zim dwanaście.
Aryel.  Przebacz mi; chętnie na twoje rozkazy
Wypełnię służbę posłusznego ducha.
Prospero.  Zrób to, a wolność za dwa dni ci wrócę.
Aryel.  Co więc mam robić? Powiedz, co mam robić?
Prospero.  Idź, nimfy morskiej weź na siebie postać,
Bądź niewidzialny dla każdej źrenicy,
Prócz mej i twojej. Idź, przybierz tę postać,
I wracaj do mnie; idź, a spiesz się tylko!

(Aryel wychodzi).

Obudź się, droga! obudź! Dosyć spałaś.
Obudź się, droga!
Miranda.  Dziwy twej powieści
Sen ciężki na me sprowadziły oczy.
Prospero.  Obudź się teraz, a pójdziemy razem
Do Kalibana, co na słowa nasze
Nigdy nam wdzięcznej nie dał odpowiedzi.
Miranda.  Nie mogę patrzeć na niego bez grozy.
Prospero.  Ale potrzebna dla nas jego służba.
On ogień pali, on przynosi drzewo,
Pełni rozkazy. Hej tam! Kalibanie!

Hej, niewolniku!
Kaliban  (za sceną).Nie brak w domu drzewa.
Prospero.  Wyjdź tu, powtarzam; jest inna robota.
Wyjdź, ciężki żółwiu! Wyjdź mi tu natychmiast!

(Wchodzi Aryel w postaci nimfy wodnej).

Piękne zjawisko! Lotny Aryelu,
Słuchaj, coć powiem (mówi mu do ucha).
Aryel.  Stanie się, jak pragniesz.

(Wychodzi).

Prospero.  Ty niewolniku, przez samego dyabła
Na twej złej maci poczęty, wyjdź prędzej!
Kaliban  (wchodząc). Rosa trująca, jak ta, co ją matka
Z gnijących bagien kruczem miotła piórem.
Niech spadnie na was! złe wiatry wrzodami
Niech was owieją!
Prospero.  Na słów tych zapłatę
Tej nocy pewnych spodziewaj się kurczów,
Tej nocy kolka oddech ci zatrzyma,
I jeże całą noc pracować będą,
A od ich kolców tak będziesz pokłuty,
Jak dzienie plastru, a każde ukłucie
Sroższe od pszczoły, co je ulepiła.
Kaliban.  Jeść przecie muszę. Wyspa ta jest moją
Po mojej matce; ty mi ją wydarłeś.
Kiedyś tu przybył, jakżeś mi pochlebiał,
Szanował, dawał wodę z jagodami,
Ty mnie uczyłeś, jak trzeba nazywać
I wielkie światło i małe światełko,
Które się palą we dnie lub śród nocy.
A jam cię kochał; ja ci pokazałem
Źródła wód świeżych, bagna, grunt jałowy,
Grunt urodzajny; niech przepadnę za to!
Czary mej matki, żaby, nietoperze,
Wszelkie robactwo niechaj was obsiądzie!
Jestem jedynym waszym niewolnikiem,
Ja, co przód byłem własnym moim królem.
Na chlew tę twardą daliście mi skałę,
A resztę wyspy na własność zabrali.

Prospero.  Nikczemny kłamco, podły niewolniku,
Głuchy na dobroć, a na chłostę czuły,
Z ludzką dobrocią, mimo twej szkarady,
Naprzód do mojej groty cię przyjąłem,
Pókiś zuchwale targnąć się nie ważył
Na czysty honor mojego dziecięcia.
Kaliban.  Ha, co za szkoda, że się to nie stało!
Bez twoich przeszkód zaludniłbym wyspę
Kalibanami.
Prospero.  Obrzydły nędzniku,
Na którym dobroć piętna nie zostawia,
Lecz w którym każda przyjmuje się zbrodnia,
Ja cię przez litość mówić nauczyłem,
Codzień zwiększałem wiedzy twojej skarby,
Gdy przód, wyrazić uczuć twych niezdolny,
Paplałeś niby nierozumne bydlę;
Jam ci dał słowa, żebyś mógł objawić
Myśli przeze mnie w duszy twej zbudzone.
Lecz ród twój podły, mimo nauk moich,
Zawsze coś w sobie takiego zachował,
Czego nie mogą lepsze znieść natury;
Więc sprawiedliwie zamknąłem cię w skale,
Boś cięższej kary. niż więzienie godny.
Kaliban.  Mowę mi dałeś; cała z tego korzyść,
Że kląć dziś mogę; niech za to na ciebie
Zaraza padnie, że mi dałeś mowę!
Prospero.  Precz, czarownicy nasienie, po drzewo!
A radzę, spiesz się, nie brak dziś roboty.
Wzruszasz ramiona? Jeśli me rozkazy
Niechętnie albo niedbale wykonasz,
Tak kości twoje kurczami połamię,
Że na twe ryki, bólem wywołane,
Dzikie zwierzęta zadrżą.
Kaliban.  O, nie, błagam!
(Na str.). Muszę go słuchać. Jego sztuk potęga
Boga mej matki nawet, Setebosa,
Podbić jest w stanie.
Prospero.  Więc precz niewolniku!

(Wychodzi Kaiibun. — Wchodzi Aryel niewidzialny, gra i śpiewa, za nim Ferdynand).

Aryel  (śpiewa). Za mną, za mną, na żwir złoty!
Posplątajcie wasze dłonie!
Gdy całunki, gdy pieszczoty
Ukołyszą morskie tonie,
Suńcie po nich krok wesoły,
I zanućcie ze mną społy.
Chór  (w różnych stronach). Cicho! cicho! wau! wau!
Słychać czujnych psów szczekanie!
Wau! wau!
Aryel.  Wiatr do uszu mych przywiewa
Pieśń, co butny kogut śpiewa,
Hymn poranny: Kukuryku!
Ferd.  Skąd ta muzyka? Z ziemi, czy z powietrza?
Wszystko ucichło. O, pewno te pieśni
Jakiemu bogu wyspy towarzyszą.
Gdym opłakiwał śmierć ojca na brzegu,
Pieśń ta na wodach łagodnie zabrzmiała,
Ukołysała me łzy i wód wściekłość.
Szedłem, gdzie słodkie ciągnęły mnie tony,
Lecz pieśń przebrzmiała. Nie, znów się poczyna.
Aryel  (śpiewa). Ojca morskie tulą fale;
Z kości jego są korale,
Perła lśni, gdzie oko było;
Każda cząsta jego ciała
W drogi klejnot się przebrała
Oceanu dziwną siłą.
Nimf pogrzebny słyszysz dzwon?
Chór.  Dyn, don!
Aryel.  Ha, czy słyszysz, don, dyn, don!
Ferd.  Pieśń przypomina bolesną śmierć ojca.
Nie z ludzkich piersi, ni z ziemi wyrosły
Pieśni te czyste; brzmią teraz nade mną.
Prospero  (do Mirandy). Podnieś strzępioną twoich ócz zasłonę,
Powiedz, co widzisz?
Miranda.  Co widzę? Duch jakiś.
Boże, jak wodzi dokoła oczami!

Jak piękną postać! Ach, to duch być musi!
Prospero.  Nie, moja córko; on je, śpi, ma zmysły
Naszym podobne. Młodzian ten przed chwilą
Był na okręcie, a gdyby mu twarzy
Ten rak piękności, smutek nie oszpecił,
Mogłabyś piękną nazwać go istotą.
Teraz zgubionych szuka towarzyszy.
Miranda.  To bóstwo jakieś zstąpiło na ziemię;
Nic piękniejszego nie widziałam jeszcze.
Prospero  (na str.). Wszystko, jak widzę, po mej idzie myśli.
Za dwa dni, duchu, wolność ci powrócę.
Ferd.  (spostrzegając Mirandę). Ach, to bogini, której pieśń nucono
O, powiedz, jestżeś wyspy tej mieszkanką?
O, daj mi, proszę, daj mi dobrą radę,
Jak na tej wyspie postępować trzeba.
Ale ze wszystkich prośba ma najpierwsza,
Chociaż ostatnia w słowach, jest: o cudzie,
Jestżeś dziewicą?
Miranda.  Nie, cudem nie jestem,
Jestem dziewicą.
Ferd.  O, potężny Boże!
Mój język! Z ludzi, co się nim tłómaczą,
Byłbym najpierwszy, gdybym był w mej ziemi.
Prospero.  Jakto najpierwszy? A czem byłbyś, proszę,
Gdyby cię słyszał władca Neapolu?
Ferd.  Biednym śmiertelnym, jak nim jestem teraz,
Gdy z zadziwieniem pytań twoich słucham.
Król Neapolu słyszy moje słowa,
Dlatego płaczę: ja tym królem jestem,
Ja, którym łzami zalaną źrenicą
Widział rozbicie króla, mego ojca.
Miranda.  Ach!
Ferd.  On, dwór jego, i z dostojnym synem
Medyolanu książę, zatonęli.
Prospero  (na str.). Książę ten, z swoją dostojniejszą córką,
Łatwoby mogli słowom twym zaprzeczyć,
Gdyby czas nadszedł. Przy pierwszem spotkaniu
Wzrok się ich zmierzył. Piękny Aryelu,

Będziesz mi wolny. — Słowo dobry panie,
Bo mi się zdaje, że sam sobie szkodzisz.
Miranda.  Skąd ta surowość w słowach mego ojca?
To trzeci człowiek, którego spostrzegam,
Pierwszy, za którym wzdycham. O, litości,
Na moją stronę nakłoń myśli ojca!
Ferd.  Jeśliś dziewicą, a twe serce wolne,
Ja cię królową zrobię Neapolu.
Prospero.  Powoli, panie; jeszcze tylko słowo.
(Na str.). Jedno już, widzę, w drugiego moc wpadło.
Ale utrudnić muszę łatwą sprawę:
Tanie zwycięstwo tanią robi zdobycz.
(Głośno). Słowo; idź za mną, słuchaj mych rozkazów.
Przywłaszczasz tytuł, który nie jest twoim,
Jak szpieg przybyłeś, by mi wydrzeć wyspę,
Mnie, dziś jej panu.
Ferd.  Nie, jak jestem mężem.
Miranda.  Złe w takiej mieszkać nie może świątyni.
Grdyby dom taki zły duch opanował,
Anioł z pięknego wygna go mieszkania.
Prospero.  Nie błagaj za nim, to zdrajca. (Do Ferd.). Idź za mną!
Kark twój i nogi w jedne więzy ujmę.
Twoim napojem morska będzie woda,
Pokarmem muszle strumieni, korzonki,
Łupiny, w których żołędzina drzymie.
Za mną!
Ferd.  Nie, takich nie słucham rozkazów,
Póki sił moich wróg mój nie przełamie!

(Dobywa oręża; czary ruch mu odejmują).

Miranda.  Nie bierz go, ojcze, na tak ciężką próbę!
Bo choć łagodny, on męża ma serce.
Prospero.  Co? Moja pięta, rozumu mnie uczy?
Schowaj twój oręż, zdrajco, straszysz tylko,
Lecz serca nie masz, by śmiało uderzyć,
Bo ci sumienie siły odebrało.
Porzuć daremną szermierza postawę,
Bo tą laseczką rozbroić cię mogę,
Miecz ci wytrącić.

Miecz ci wytrącić.
Miranda.  O, błagam cię, ojcze!
Prospero.  Precz! na mej sukni nie wieszaj się darmo.
Miranda.  Zlituj się, ojcze! Ja za niego ręczę.
Prospero.  Milcz, lub się gniewu mojego obawiaj,
Ba, nawet wiecznej mojej nienawiści!
Jakto? ty bronić pragniesz oszukańca?
Myślisz, że niema równych mu postaci,
Bo tylko jego znasz i Kalibana.
Szalona, on jest Kalibanem tylko
Przy ludziach innych, a ludzie ci przy nim
Są aniołami.
Miranda.  To moje uczucia
Skromne są, ojcze, i nigdy, nie, nigdy,
Nie chcę piękniejszej oglądać postaci.
Prospero  (do Ferd.). Dosyć słów próżnych. Za mną! Bądź posłuszny!
Nerwy twe znowu do pieluch wróciły,
Bez sił są znowu.
Ferd.  Czuję, prawdę mówisz.
Mój duch związany, jakby we śnie leży.
Stratę rodzica, sił mych niedołęstwo,
Śmierć mych przyjaciół i groźby człowieka,
Który mnie podbił, wszystko chętnie zniosę,
Byłem raz na dzień, przez kraty więzienia,
Dziewczę to widział; niechaj resztę ziemi
Wolność zamieszka, bo takie więzienie
Za świat mi stanie.
Prospero  (na str.).Skutkuje, (głośno) Idź za mną!
(na str.). Dobrześ się sprawił, Aryelu! (głośno) Idźmy!
(do Aryela). A teraz słuchaj, co jeszcze masz zrobić!
Miranda.  Nie trać otuchy; serce mego ojca
Od słów jest lepsze, to co teraz robi,
Nie jest w naturze jego.
Prospero.  Będziesz wolny,
Jak wiatr na górach, lecz wykonaj wiernie,
Co rozkazałem.
Aryel.  Wszystko, do litery.
Prospero.  A teraz, za mną! Nie broń go daremnie. (Wychodzą).


AKT DRUGI.
SCENA I.
Inna część wyspy.
(Wchodzą: Alonso, Sebastyan. Antonio, Gonzalo, Adryan, Francisko i inni).

Gonzalo.  Biagam cię, panie, pociesz się, bądź wesół,
Bo wszyscy mamy powód do pociechy;
Nad straty nasze ratunek nasz droższy.
Spólne jest wielu, co nam łzy wyciska;
Dzień nie przeminie, żeby majtków żony,
Kupcy i statków kupieckich sternicy,
Nie mieli słusznych boleści powodów,
Lecz cud prawdziwy, jak nasze zbawienie,
Zobaczy ledwo jeden z miliona.
Bacz więc, o, panie, na twej szali ważyć
Smutek z pociechą.
Alonso.  Dosyć, przestań na tem.
Sebast.  Jak w zimnej zupie smakuje w pociechach.
Antonio.  Nie tak go łatwo puści pocieszyciel.
Sebast.  Baczność! dowcipu nakręca już zegar,
I wnet bić zacznie.
Gonzalo.  Panie!
Sebast.  Jeden! liczcie.
Gonzalo.  Kto smutek każdy, co go spotkał, żywi,
Zyskuje tylko —
Sebast.  Dydka.

Gonzalo.  Wychodzi na dydka, ani wątpliwości. Powiedziałeś lepiej, niż chciałeś.
Sebast.  Ty przynajmniej zrozumiałeś rzecz mądrzej, niż myślałem.
Gonzalo.  Dlatego więc, panie —
Antonio.  Co za marnotrawca własnego języka!
Alonso.  Proszę cię, przestań!
Gonzalo.  Dobrze, skończyłem; a przecie —
Sebast.  Nie skończy.
Antonio.  Możnaby się założyć, kto pierwszy piać zacznie, on, czy Adryan.
Sebast.  Stary kogut.
Antonio.  Kogutek.
Sebast.  Zgoda; o co zakład?
Antonio.  O parsk śmiechu.
Sebast.  Przyjmuję.
Adryan.  Choć wyspa ta pustą się być zdaje —
Sebast.  Ha, ha, ha!
Antonio.  To i zapłaciłeś przegranę.
Adryan.  Niezamieszkaną, prawie nieprzystępną —
Sebast.  To przecie —
Adryan.  To przecie —
Antonio.  Nie chybił.
Adryan.  Jej klimat musi być łagodny, a czyste i piękne jej powietrze.
Antonio.  Piękne powietrze! to rzecz nie lada.
Sebast.  A czystość z pięknością mądrze skojarzona.
Adryan.  Wonnym oddechem dmucha tu u nas powietrze.
Sebast.  Jakby miało płuca, a do tego przegniłe.
Antonio.  Lub jakby je bagna perfumowały.
Gonzalo.  Wszystko tu sprzyja życiu.
Antonio.  Brak tylko sposobów do życia.
Sebast.  Albo ich wcale niema, albo bardzo mało.
Gonzalo.  Jak bujna, świeża wydaje się trawa, jak zielona!
Antonio.  Żółta jak pergamin.
Sebast.  Z zieloną gdzieniegdzie cętką.
Antonio.  Nie o wiele minął się z prawdą.
Sebast.  Bo tylko jej wcale nie widział.
Gonzalo.  Lecz największa wyspy osobliwość, wszelką prawie przechodząca wiarę —
Sebast.  Jak tyle innych gwarantowanych osobliwości.
Gonzalo.  Jest, że nasz ubiór, choć morską wodą przesiąkły, zachował całą swoją barwę i świeżość; woda, zamiast poplamić, ufarbowała go na nowo.
Antonio.  Byle tylko jedna z jego kieszonek mogła przemówić, czyby nie zawołała: kłamiesz!
Sebast.  Alboby schowała jego fałszywe twierdzenia.
Gonzalo.  Zdaje mi się, że suknie nasze tak są świeże teraz, jak były, gdyśmy je wzięli po raz pierwszy w Afryce, na ślub pięknej królewskiej córki Klarybelli z królem tunetańskim.
Sebast.  Piękne to było wesele i powrót nasz szczęśliwy.
Adryan.  Nigdy Tunis nie miał tak znakomitej królowej.
Gonzalo.  Nigdy, od czasów wdowy Dydony.
Antonio.  Wdowy, daj ją katu! Skądże tu wlazła ta wdowa? Wdowy Dydony!
Sebast.  A cóżbyś powiedział, gdyby jeszcze był dodał: wdowiec Eneasz? Niema się o co gniewać.
Adryan.  Wdowy Dydony, powiedziałeś? Zdaje mi się przecie, że Dydo była z Kartaginy, nie z Tunis.
Gonzalo.  Tunis, panie, to dawna Kartagina.
Adryan.  Kartagina?
Gonzalo.  Tak jest, Kartagina.
Antonio.  Słowo jego potężniejsze od zaczarowanej lutni.
Sebast.  Wybudował jego siłą nietylko mury, ale i domy.
Antonio.  A teraz, z kolei, jaką rzecz niepodobną bez trudności wykona?
Sebast.  Włoży wyspę do kieszeni i powiezie ją do domu dla syna na jabłuszko.
Antonio.  A ziarnka posieje w morzu i nowych się wysp dochowa.
Gonzalo.  Co mówisz?
Antonio.  Już nic więcej.
Gonzalo.  Mówiliśmy, panie, że suknie nasze zdają się teraz tak świeże, jak były w Tunis na ślubie twojej córki teraz królowej.
Antonio.  Jakiej jeszcze nigdy tam nie było.
Sebast.  Przepraszam, z wyjątkiem tylko wdowy Dydony.
Antonio.  Wdowy Dydony, prawda, wdowy Dydony!
Gonzalo.  Czy kamizelka moja nie jest tak świeża, jak gdy ją wziąłem po raz pierwszy? Rozumie się, pod pewnym względem.
Antonio.  To pod pewnym względem warte złotych ramek.

Gonzalo.  Kiedy ją wdziałem na ślub twojej córki?

Alonso.  Wszystkie te słowa do uszu mi wpychasz,
Tylko ażeby drażnić me uczucia.
Bodajbym nigdy córki tam nie wydał!
W powrocie bowiem, ach, syn mój utonął!
I córka także umarła już dla mnie;
Od Włoch dalekiej nigdy nie zobaczę!
O, ty mój piękny, drogi mój dziedzicu
Na Neapolu i Medyolanie,
Jakiejże ryby stałeś się pokarmem?
Francis.  Może on żyje; widziałem, jak wody
Siekał pod sobą, na ich grzbiecie jechał,
Roztrącał opór i śmiałą pierś stawiał
Szalonym gniewom rozhukanej fali,
Ponad bałwany śmiałą wznosił głowę,
Silnem ramieniem wiosłował ku brzegom,
Co się do niego, falą wyjedzone,
Chyliły lekko, jakby ku pomocy.
Nie wątpię wcale, że się uratował.
Alonso.  Nie, nie, on zginął!
Sebast.  Sam podziękuj sobie
Za wszystkie straty, po których dziś płaczesz.
Bo kiedy błogim córki twej widokiem
Naszą Europę mogłeś uszczęśliwić,
Wolałeś męża szukać jej w Afryce,
Gdzie od twych oczu na zawsze wygnana,
Słuszny ci powód łez i żalu daje.
Alonso.  O, skończ, skończ, proszę!
Sebast.  Wszyscyśmy błagali,
U nóg twych klęcząc; samo piękne dziewczę,
Między odrazą, między posłuszeństwem,
Ważyło, w którą przechylić się stronę.
Dziś syn twój przepadł, boję się, na zawsze.
Wdów, dla tej sprawy, w twych królestwach więcej,
Niż na pociechę wieziemy im mężów.
Twoja w tem wina.
Alonso.  I moja też strata!
Gonzalo.  Sebastyanie, prawdom, które mówisz,
Brak łagodności i stosownej pory.

Rozjątrzasz ranę, której trzeba raczej
Plastrów łagodnych.
Sebast.  Dobrze powiedziano.
Antonio.  I chirurgicznie.
Gonzalo.  Gdy czoło twe chmurne,
Zły czas nam wszystkim.
Sebast.  Zły czas?
Antonio.  Zły i bardzo.
Gonzalo.  Gdybym na wyspie tej obsiewał pola —
Antonio.  Siałby pokrzywy.
Sebast.  Łopuchy lub malwy.
Gonzalo.  Wszystkobym w mojej rzeczypospolitej
Nawspak urządził; zabroniłbym handlu,
Żadnychby u mnie nie było urzędów,
Żadnej nauki, bogactw, ni ubóstwa,
Żadnego sługi, kontraktów, sukcessyi,
Granic, uprawnych pól albo winnicy,
Żadnych metalów, zbóż, wina, oliwy,
I żadnej pracy: lud cały w próżniactwie,
Mąż, jak niewiasta, lecz niewinni, czyści;
Żadnych wszechwładców —
Sebast.  A sam chce być królem.
Antonio.  Koniec jego rzeczypospolitej zapomniał o początku.
Gonzalo.  Wszystko byłoby wspólne, a natura
Bez prac i potu wszystkoby dawała.
Wygnałbym zdradę, kłamstwo, przeniewierstwo,
Miecz, dzidy, noże, wojenne rynsztunki;
Sama natura ciągle, bez przymusu,
Ażeby lud mój niewinny wyżywić,
Wszelką obfitość szczodrzeby rodziła.
Sebast.  I żadnych małżeństw między poddanymi?
Antonio.  Żadnych; zmieszani parobcy i dziewki.
Gonzalo.  Mojeby rządy prześcigły wiek złoty.
Sebast.  Waszą królewską mość błogosław Boże!
Antonio.  Vivat Gonzalo!
Gonzalo.  Królu mój, czy słyszysz?
Alonso.  Dość tego, słowa twoje mnie nie obchodzą.

Gonzalo.  Bardzo wierzę, królu. Mówiłem tylko, żeby dać sposobność do śmiechu tym panom, których płuca tak są drażliwe i łaskotliwe, że lada nic ich rozśmiesza.
Antonio.  Z ciebieśmy się teraz śmieli.
Gonzalo.  Porównany z wami, w tego rodzaju błazeństwach jestem tak dobrze jak niczem; śmiejcie się więc dalej z niczego.
Antonio.  To mi cios nie lada!
Sebast.  Szkoda tylko, że padł płazem.
Gonzalo.  Jesteście szlachtą niepospolitego serca, gotowi ściągnąć księżyc z jego sfery, gdyby przypadkiem na niej pięć tygodni bez zmiany pozostał.

(Wchodzi Aryel niewidzialny, grając uroczystą melodyę).

Sebast.  Bez wątpienia, i poszlibyśmy z nim jak z latarką na nietoperze.
Antonio.  Nie gniewaj się tylko, dobry mój panie.
Gonzalo.  Ja? uchowaj Boże! zaręczam. Nie tak łatwo rozsądek mój zamącić. Czybyście raczej nie chcieli śmiechem do snu mnie ukołysać? Jestem nadzwyczaj znużony.
Antonio.  Połóż się więc i słuchaj nas.

(Wszyscy usypiają prócz Alonsa, Sebastyana i Antonia).

Alonso.  Co? już śpią wszyscy? Chciałbym, by me oczy
Zamknąć się mogły i me myśli uśpić;
A zdaje mi się, są ku temu skłonne.
Sebast.  O, nie odpędzaj snów ciężkiego skrzydła,
Bo gość to rzadki, tam gdzie smutek mieszka,
A kiedy przyjdzie, jest pocieszycielem.
Antonio.  My dwaj będziemy snu twego stróżami.
Alonso.  Dzięki wam za to! Jak dziwne znużenie!

(Zasypia. — Aryel wychodzi).

Sebast.  Jak niepojęta senność ich zmorzyła!
Antonio.  To wpływ klimatu.
Sebast.  Czemu więc nie zamknął
I naszych powiek? Ja żadnej skłonności
Do snu nie czuję.
Antonio.  Ni ja; myśl ma świeża.
Oni posnęli, jakby za umową,
Upadli, jakby rażeni piorunem.
Sebastyanie, ach! co byćby mogło —

Co byćby mogło, — lecz dość — mnie się zdaje,
Z twarzy twej widać, czem być powinieneś.
Sprzyja ci pora. W silnej wyobraźni
Widzę koronę, jak na skroń ci spada.
Sebast.  Czy nie śpisz czasem?
Antonio.  Czy mych słów nie słyszysz?
Sebast.  Słyszę — to sennych przywidzeń jest mowa.
Mówisz, co marzysz. Co mi powiedziałeś?
Dziwny spoczynek z otwartem spać okiem,
Stać, mówić, chodzić, spać jednak głęboko.
Antonio.  Sebastyanie, czemuż twej fortunie
Zasnąć, a raczej umierać dozwalasz?
Czuwasz, a jednak źrenice zamykasz.
Sebast.  A ty znów chrapiesz głośno i wyraźnie,
Ale chrapanie twoje myśl zawiera.
Antonio.  Dziś nad mój zwyczaj jestem poważniejszy,
I ty nim będziesz, jeśli mnie usłuchasz.
Słuchaj mnie dobrze, a trzykroć urośniesz.
Sebast.  Więc słucham; jestem jak stojąca woda.
Antonio.  Ja cię nauczę, jak wzdąć ją przypływem.
Sebast.  Będę ci wdzięczny; dziedziczna ospałość
Już mnie odpływu dawno nauczyła.
Antonio.  O, gdybyś wiedział, jak twoje szyderstwo
Dla mych zamiarów wróżbą jest szczęśliwą!
Chcąc je obnażyć, jak je pięknie stroisz!
Ludzi odpływu trwoga lub ospałość
Często do celu szczęśliwie prowadzi.
Sebast.  Tłómacz się jaśniej. Wyraz twoich oczu,
Cała twarz twoja dziwnie pokurczona,
Zapowiadają rzecz wielką i ważną,
Lecz porodzenie pełne jest boleści.
Antonio.  Słuchaj: Choć pan ten zbyt słabej pamięci,
(Pamięć też jego, gdy go ziemia skryje,
Nie będzie większa), prawie już przekonał,
(Bo on jest czystym duchem przekonania,
I przekonywać jest jego rzemiosłem),
Przekonał króla, że syn jego żyje, —
Choć niepodobna, żeby nie utonął,

Jak niepodobna, by ten, co śpi, pływał.
Sebast.  Nie mam nadziei, by wypłynął żywy.
Antonio.  W „nie mam nadziei“, ileż masz nadziei!
Nie mam nadziei, z jednej wzięte strony,
Daje ci z drugiej tak szczytną nadzieję,
Ze nawet bystre ambicyi źrenice
Nic już wyższego nie odkryją dalej.
To mi przyznajesz: Ferdynand utonął?
Sebast.  Przepadł.
Antonio.  Więc dobrze. Odpowiedz mi teraz,
Kto Neapolu dziedzicem?
Sebast.  Klarybel.
Antonio.  Królowa Tunis? Ta, której mieszkanie
Mil dziesięć dalej, niźli człowiek może
Przez całe swoje przewędrować życie?
Co z Neapolu nie odbierze listów,
(Chyba, że słońce pocztą dla niej będzie,
Chłop na księżycu na to za powolny),
Aż zechcą brzytwy brody niemowlątek?
Od której morskie dzielące nas fale
Część pochłonęły, część nas wyrzuciły,
Znać taka wola była przeznaczenia,
Byśmy na wyspie odegrali sztukę,
Której prologiem przeszłość jest, a koniec
W twej i mej dłoni.
Sebast.  Co brednie te znaczą?
Wiem, że jest w Tunis córka mego brata,
Że Neapolu ona jest dziedziczką,
Że dwie te ziemie wielka dzieli przestrzeń.
Antonio.  Której cal każdy zdaje się, że woła:
Jakże Klarybel przemierzy nas znowu?
Więc zostań w Tunis, niech Sebastyan czuwa!
Gdyby śmierć nagła wszystkich tu zabrała,
Czyżby im gorzej było z tem niż teraz?
Jest, kto potrafi rządzić w Neapolu,
Tak jak ten dobrze, który śpi tu teraz;
Są i panowie zdolni jak Gonzalo
Rozprawiać długo, nudno i od rzeczy,

Ja nawet równie mądrą byłbym sroką.
O, gdybyś tylko mógł mieć moje myśli,
Co za sen byłby to dla twej wielkości!
Czy mnie rozumiesz?
Sebast.  Zaczynam pojmować.
Antonio.  Jakże fortuny przyjmujesz ofiary?
Sebast.  Jak zapamiętam, wydarłeś koronę
Bratu Prospero.
Antonio.  Prawda, i patrz, panie,
Patrz, jak mi dobrze odzież ta przystoi,
Lepiej, niż przody: słudzy mego ojca,
Przód towarzysze, dziś ludźmi są mymi.
Sebast.  Sumienie jednak —
Antonio.  I gdzież jest sumienie?
Gdyby sumienie choć zamrozem było,
Musiałbym nogi flanelą obwinąć:
Ale nie czuję bóstwa tego w piersiach.
Ba! gdyby nawet i dwadzieścia sumień
Między mną stało a Medyolanem,
Dość będzie czasu, by na lodowaty
Ścięły się cukier, a potem stopniały,
Nim mnie na chwilę wstrzymają w zamiarach.
Patrz tylko, książę, tutaj brat twój leży,
Od swego łoża, ziemi tej, nie lepszy,
Gdy będzie, czem się być wydaje — trupem.
Trzema calami tej posłusznej stali
Mogę go posłać do wiecznego łoża;
I ty na zawsze zamknąć możesz oczy
Staremu bzdurze, panu Roztropności,
Aby na później gderać nam zaprzestał;
Inni, podszepty nasze przyjmą chętnie,
Jak kot łakomy chętnie mleko chłepce:
Zegar ich będzie naszą bił godzinę.
Sebast.  Twoja mi przeszłość niech za przykład służy:
Wezmę Neapol, jak ty Medyolan.
Dobądź oręża — jedno jego cięcie
Wolnym cię robi od twego haraczu;
Ja, król twój, kochać cię będę.

Antonio.  Dobądźmy!
Gdy ja podniosę dłoń, ty podnieś twoją,
Uderz Gonzala!
Sebast.  Jedno jeszcze słowo.

(Rozmawiają na stronie. Muzyka. Wchodzi Aryel niewidzialny).

Aryel.  Pan mój, przez sztukę swoją, jeszcze w porę
Odkrył grożącą śmierć przyjacielowi,
I żeby jego nie zmarniały plany,
Na ich ratunek pospieszyć mi kazał.

(Śpiewa do ucha Gonzala).

Gdy ty chrapiesz, śpisz głęboko,
Sprzysiężenia czuwa oko,
Aby spiski knuć.
Jeśli drogie ci jest życie,
Z myśli senne zrzuć owicie,
I zbudź się, zbudź!
Antonio.  Niech i tak będzie: nie traćmy więc czasu!
Gonzalo.  Aniele stróżu, ocal życie króla! (Budzą się wszyscy).
Alonso.  Zbudźcie się wszyscy! Co znaczą te miecze?
Wzrok obłąkany?
Gonzalo.  Co to wszystko znaczy?
Sebast.  Gdyśmy nad waszym czuwali spoczynkiem,
Nagle się głuche rozległo ryczenie
Byków, lwów raczej; czy was nie zbudziło?
Jeszcze drżę cały.
Alonso.  Ja nic nie słyszałem.
Antonio.  Głos mógłby uszy potworów przerazić,
I ziemią wstrząsnąć! To było ryczenie
Całej lwów trzody.
Alonso.  Czyś słyszał, Gonzalo?
Gonzalo.  Na honor, panie, słyszałem brzęczenie
Dziwnej natury, które mnie zbudziło.
Ledwom cię trącił i otworzył oczy,
W ich ręku nagie miecze zobaczyłem;
A i to prawda, że słyszałem szelest.
Bądźmy ostrożni, miejsce to opuśćmy,
A dla pewności dobądźmy oręży.
Alonso.  Więc idźmy dalej, i biednego syna

Szukajmy jeszcze.
Gonzalo.  On jest na tej wyspie.
Od dzikich zwierząt zachowaj go, Boże!
Alonso.  Idźmy!
Aryel  (na str.). Ja panu, com zrobił, obwieszczę:
Ty, królu, błąkaj się za synem jeszcze. (Wychodzą).


SCENA II.
(Wchodzi Kaliban, z wiązką drzewa. Słychać grzmot).

Kaliban.  Wszystkie zarazy przez słońce wyssane
Z bagien, trzęsawisk, niech Prospera ciało,
Cal jego każdy chorobą okryją!
Duchy mnie jego słyszą, lecz kląć muszę.
One mnie szczypią i jak jeże kłują,
Ciskają w błoto, jak błędne ogniki
Śród nocy z drogi na manowce wiodą,
Gdy im Prospero męczyć mnie nakaże.
Za lada fraszkę wypuszcza je na mnie;
Czasem jak małpy wyszczerzają zęby,
Klapią, kąsają; czasami jak jeże
Leżą na drodze i podnoszą kolce
Właśnie, gdzie golą stąpać muszę noga;
Czasem mnie żmije owiją dokoła
I rozłupanym syczą mi językiem,
że aż szaleję. Patrz, patrz, (wchodzi Tryn.) to duch jego,
Leci mnie dręczyć, bo nazbyt leniwo
Drzewo im niosłem. Upadnę jak długi,
A może jeszcze wymknąć mi się uda.

Trynkulo.  Ani drzewa, ani krzaku, aby się ukryć przed słotą, a tu nowa zbiera się burza; słyszę już, jak wyje z wiatrami. Ta ogromna tam chmura, ta czarna, wygląda jak stara beczka już gotowa cały swój wylać trunek. Jeśli ma znowu grzmieć jak przed chwila, nie wiem, gdzie schronić głowę; a ta przeklęta chmura lada chwila zacznie lać wodę cebrami. (Spostrzegając Kalibana). A to co za stworzenie? Człowiek, czy ryba? Umarły, czy żywy? To ryba; zapach ma ryby, starej, zepsutej ryby; gatunek sztokfiszu nie najpierwszej świeżości. Osobliwsza ryba! Gdybym był w Anglii, jak już raz byłem, a miał tę rybę, choćby tylko malowaną, niema jarmarcznego gawrona, któryby mi za pokazanie tynfa nie zapłacił. Tam, z taką potworą, można wyjść na ludzi; tam, lada bestya osobliwa może człowieka na nogi postawić, bo tam ludzie, co nie chcą dać złamanego szeląga na wspomożenie kulawego żebraka, nie pożałują dziesięciu za pokazanie umarłego Indyanina. Ma nogi jak człowiek, a płetwy, niby ręce! Ciepły, na uczciwość! Odstępuję teraz od pierwszej myśli; to nie ryba, ale wyspiarz, dopiero co piorunem zabity. (Grzmi). Ach, nadchodzi znowu burza! Najkrótsza dla mnie droga wsunąć się pod jego sukmanę, bo nie widzę innego schronienia w blizkości. Bieda dziwnych daje nieraz człowiekowi kompanów. Zostanę tak owinięty, dopóki burza nie wyleje wszystkich swoich mętów.

(Wchodzi Stefano, z butelką w ręku, śpiewając).

Stefano.  Nie wrócę więcej na morze, na morze,
Lecz tu umrę na lądzie; —

Skorbutyczna to nuta, ledwo na pogrzeb dobra. Ale tu moja pociecha (pije).

I ja i kapitan i sternik przy flisie,
Wszyscyśmy kochali w swym czasie,
Magdusię i Józię, Anusię, Marysię,
Lecz żaden z nas nie dbał o Kasię;
Bo ona swej gąbki językiem bogatym
Bez końca wołała do majtka; idź z katem!
O dziegieć i smolę troszczyła się mało,
Choć krawczyk mógł skrobać, gdziebądź ją świerzbiało.
Więc dalej, na morze, zostawcie ją z katem!
I to także skorbutyczna nuta; ale tu moja pociecha (pije).
Kaliban.  Nie dręcz mnie — och!

Stefano.  A to co znowu? Czy dyabłów tu mamy? Czy drwicie z nas, przebrani za dzikich ludzi i Indyan? Ha nie dlatego uszedłem mokrej śmierci, żebym się złąkl czterech nóg waszych; bo powiedziano było: najtęższy zuch, co kiedykolwiek na czterech nogach chodził, do ucieczki go nie zmusi, a ja teraz to samo powtarzam, dopóki jest dech w nozdrzach Stefana.
Kaliban.  Duch mnie dręczy, och!
Stefano.  To pewno jakiś czworonożny potwór tej wyspy, który dostał febry, jak się zdaje. Ale gdzie się on, u dyabła, naszego języka nauczył? Dam mu pomoc, choćby tylko dlatego, że jeżeli mi się uda wyleczyć go i obłaskawić, a potem dostać się z nim do Neapolu, będzie to prezent godny największego cesarza, co kiedykolwiek na byczej chodził skórze.
Kaliban.  Nie dręcz mnie, proszę! poniosę spieszniej drzewo do domu.
Stefano.  Ma teraz paroksyzm i plecie trzy po trzy. Dam mu pokosztować z butelki; jeśli nigdy nie pił wina, zgubię mu febrę od razu. Byłem go potrafił uleczyć i obłaskawić, nie pożałuję starania, bo kto go kupi. wróci mi wszystkie koszta z procentem.
Kaliban.  Dotąd jeszcze nie bardzo mnie dręczysz, ale niedługo rozpoczniesz, czuję to po twojem drżeniu; teraz Prospero na ciebie działa.
Stefano.  Nie bój się tylko; otwórz gębę, a znajdziesz tam, co ci rozwiąże język, mój kotku. Otwórz gębę, to ci twoją trzęsionkę wytrzęsie, zaręczam, a uczciwie. Nie znasz twoich przyjaciół; otwórz paszczę, raz jeszcze powtarzam.
Trynkulo.  Zdaje mi się, że to głos znajomy; to głos — ale nie — on utonął, a to są dyabły. O gwałtu, rety!
Stefano.  Cztery nogi a dwa głosy; co za potwór nieoszacowany! Głos przedni posłuży, żeby dobrze mówić o swoim przyjacielu, głos tylny, żeby ziać brudne słowa i potwarze. Jeśli wszystko wino mojej butelki może mu zdrowie przywrócić, zgubię mu febrę. Dalej — amen! A teraz wieję trochę w twoją drugą gębę.
Trynkulo.  Stefano!
Stefano.  Czy mnie po imieniu wola twoja druga gęba? Rety! rety! To dyabeł, nie potwora; ucieknę. Nie mam dość długiej łyżki, aby zasiąść z nim do jednej misy[2].
Trynkulo.  Stefano! Jeśli jesteś Stefano, dotknij mnie, przemów do mnie; ja jestem Trynkulo; nie bój się, twój dobry przyjaciel, Trynkulo.
Stefano.  Jeśli jesteś Trynkulo, to wyleź. Pociągnę cię za mniejsze nogi, bo jeśli są jeszcze na ziemi nogi Trynkula, to te być muszą a nie inne. Jesteś prawdziwy Trynkulo, na uczciwość. Jakżeś się dostał pod to cielę z księżyca? Czy ono Trynkulami trzaska?
Trynkulo.  Wziąłem je za stworzenie przez piorun zabite. Lecz ty, Stefano, czy nie utonąłeś naprawdę? Teraz zaczynam wierzyć, że nie utonąłeś. Czy burza przeszła? Schowałem się przed burzą pod sukmanę umarłego cielęcia z księżyca. A ty, Stefano, czy żyjesz? O, Stefano! dwóch Neapolitańczyków ocalało!
Stefano.  Proszę cię tylko, nie wierć się tak koło mnie; żołądek mój w nienajlepszym stanie.

Kaliban.  Piękne stworzenia, jeśli to nie duchy.
To bóg uczciwy z niebieskim napitkiem,
Uklęknę przed nim.

Stefano.  Jak śmierci uszedłeś? Jak tu przybyłeś? Przysięgnij na tę butelkę, że mi powiesz, jak tu przybyłeś. Ja się uratowałem na beczce kanaryjskiego wina, którą majtkowie z pokładu w morze rzucili, przysięgam na tę butelkę, którą sam własnemi rękami z kory wystrugałem od czasu, jak mnie fale na brzeg wyrzuciły.
Kaliban.  Ja ci przysięgnę na tę butelkę, że będę twoim wiernym poddanym, bo twój napój nie jest ziemski (klęka).
Stefano  (do Kalib.). Pij, a przysięgnij! (Do Trynk.) A ty, jak się wyratowałeś?
Trynkulo.  Płynąłem do brzegu jak kaczka; bo przysięgam, że mogę pływać jak kaczka.
Stefano.  Pocałuj tę świętą księgę. Choć możesz pływać jak kaczka, podobniejszy jesteś do gęsi.
Trynkulo.  O Stefano, czy masz więcej tego napitku?
Stefano.  Całą beczkę, człowieku. Moją piwnicą jaskinia nad morzem, gdzie wino złożyłem. A ty, ciołku z księżyca, jakże tam z twoją febrą?
Kaliban.  Czy nie spadłeś ty z nieba?
Stefano.  Z księżyca; możesz mi wierzyć. Byłem kiedyś chłopem na księżycu.

Kaliban.  Jam cię tam widział i czczę cię w pokorze.
Nieraz mi moja wskazywała pani
Ciebie, psa twego i widły w twem ręku.

Stefano.  Przysięgnij na to — pocałuj księgę — niebawem przydamy jej nowej treści. Przysięgnij!
Trynkulo.  Na to jasne słoneczne światło, to jakaś głupia potwora. A ja się jej bałem! To jakaś niedołężna potwora. Chłop na księżycu! Biedna, łatwowierna potwora! Mimo tego, nieźle ciągniesz, potworo, wyznaję.

Kaliban.  Cal każdy ziemi żyznej ci pokażę;
Pokornie twoje nogi ucałuję;
O, bądź mi bogiem!

Trynkulo.  Na to dzienne światło, przewrotny pijak z tej potwory; byle bóg jego zasnął, ukradnie mu butelkę.
Kaliban.  Całując nogi, wierność ci przysięgnę.
Stefano.  Dalej więc, klękaj i przysięgaj!
Trynkulo.  Na śmierć się zaśmieję z tej psiogłowej potwory; najpodlejsza potwora! Palce mnie świerzbią, żeby mu skórę wygarbować.
Stefano.  Dalej, całuj!
Trynkulo.  Gdyby tylko nie był pijany. Co za obrzydła potwora!

Kaliban.  Źródła ci wskażę, jagód ci nazbieram,
Ryb ci nałapię, drzewa ci nanoszę.
Mór niechaj porwie dawnego tyrana!
Jednej mu drzazgi więcej nie poniosę,
Lecz pójdę z tobą, cudowny człowieku.

Trynkulo.  Potwora najśmieszniejsza! Robić cudem biednego opoja!

Kaliban.  Idź, proszę, ze mną tam, gdzie jabłka rosną;
Trufle ci długim wygrzebię pazurem,
Pokażę, kędy sojki gniazda ścielą,

Nauczę w sidła chyże małpy chwytać,
Wianki orzechów na leszczynie wskażę,
Czasem przyniosę ze skał młode mewy.
A teraz powiedz, czyli chcesz pójść ze mną?

Stefano.  Prowadź mnie bez dalszej gadaniny. Trynkulo, skoro król i całe nasze towarzystwo zatonęło, my wyspę tę odziedziczamy. Dalej, naprzód! Nieś moją butelkę. Kamracie Trynkulo, napełnimy ją niebawem.

Kaliban  (śpiewa na pół pijany).
Bądź zdrów panie! Bądź zdrów, panie!
Trynkulo.  Wyjący potwór, pijany potwór!
Kaliban.  Już nie pójdę na ryb połów,
Ni po drzewo między bory,
Ni jak do tej będę pory
Myć talerzy, skrobać stołów.
Ban, ban, ban! Kaliban!
Szukaj sługi — to mój pan.
Wolność, hej wolność! o wolność, hej wolność!
Stefano.  Poczciwy potworo, bądź nam przewodnikiem!

(Wychodzą).

AKT TRZECI.
SCENA I.
Przed celą Prospera.
(Wchodzi Ferdynand, niosąc kloc drzewa).

Ferd.  Ileż jest zabaw męczących człowieka!
Ale zmęczenie wdzięku im dodaje.
Z godnością można poniżenie znosić,
I cel bogaty biednym środkiem osiądź.
Podła ta praca byłaby nieznośną,
Ale ma pani, co umarłe wskrzesza,
Przemienia w rozkosz moje utrapienia.

Chociaż jej ojciec kwaśny i zgryźliwy,
Stokroć jest słodsza nad jego zgryźliwość.
Na jego rozkaz okrutny dziś muszę
Tysiące kloców znosić i szychtować;
Patrząc na trudy moje, słodka pani
Od łez się gorzkich zanosi i mówi,
Ze nigdy jeszcze ziemia nie widziała
Przy takiej pracy takich robotników.
Słodkie te myśli dodają mi siły,
A praca przy nich zda mi się wytchnieniem.

(Wchodzą: Miranda i Prospero w odległości).

Miranda.  Wypocznij chwilę! Nie pracuj tak ciężko!
O bodaj piorun spalił wszystkie kloce,
Które mój ojciec znosić ci nakazał!
Proszę cię, rzuć je i wypocznij chwilę!
Kloc każdy płonąc, płakać będzie z żalu,
Ze cię tak męczy. Ojciec mój pracuje —
Spocznij więc trochę — masz trzy godzin czasu.
Ferd.  Najdroższa pani, słońce przód zapadnie,
Niźli dokonam pracy nakazanej.
Miranda.  Spocznij, tymczasem ja pracować będę.
Daj mi tę kłodę, na siąg ją poniosę.
Ferd.  Droga istoto, o nie! Przódy wolę
Żyły me porwać, przódy mój grzbiet złamać,
Niźli cię widzieć przy tak podłej pracy,
A sam w leniwej siedzieć bezczynności.
Miranda.  Mnie tak jak tobie praca ta przystoi,
Tylko że dla mnie łatwiejszą się wyda,
Bo do niej chętnem zabiorę się sercem,
Gdy ciebie przymus tylko do niej wiąże.
Prospero.  Biedny robaczku! w ogniu twoja dusza,
Jak mi to świadczą twoje odwiedziny.
Miranda.  Ty tak zmęczony!
Ferd.  Nie, szlachetna pani;
Rankiem mi świeżym noc, gdy jesteś przy mnie.
Proszę cię tylko, powiedz mi twe imię,
Bym je do mojej dodać mógł modlitwy.
Miranda.  Miranda. Ojcze, rozkaz twój złamałam!

Ferd.  Cudna Mirando! podziwienia szczycie!
Godna wszystkiego, co światu najdroższe ł
Nie jednom dziewczę chętnem ścigał okiem,
Słów ich harmonia nieraz moje uszy,
Zbyt tylko chętne, w swe ujęła więzy;
Różne kochałem dla cnót ich różnicy,
Lecz żadnej jeszcze tak całą mą duszą.
W każdej z nich zawsze jakaś skryta wada
Z jej najpiękniejszym kłóciła się wdziękiem,
Cały mu urok zwolna odbierała;
Ty jedna tylko, ty nieporównana
Wszystkie przymioty wszystkich stworzeń łączysz.
Miranda.  Nie znam nikogo z płci mej; nie pamiętam
Twarzy kobiecej, prócz mojej w zwierciedle,
Anim widziała, co mężem zwać mogę,
Prócz ciebie tylko, dobry przyjacielu,
I oprócz równie drogiego mi ojca:
Jakie są twarze innych ludzi, nie wiem,
Ale na klejnot mojego posagu,
Na moją skromność, przysięgam, że nie chcę
Innego w życiu jak ty towarzysza,
Bo wyobraźnia ma nie umie stworzyć,
Prócz ciebie, godnej kochania istoty.
Lecz ja szalona szczebiocę ci słowa
Na ojca mego rozkazy niepomna.
Ferd.  Mirando, jestem księciem, królem może,
(Obym się mylił w mojem przypuszczeniu!)
Nie więcej pragnę znosić tę niewolę
Jak od much widzieć wargi me nabrzmiałe.
A teraz słuchaj słów z głębi mej duszy:
Ledwom cię ujrzał, zaraz serce moje
Do ciebie biegło, by ci wiernie służyć:
Dla ciebiem został tym cierpliwym drwalem.
Miranda.  Czy ty mnie kochasz?
Ferd.  O niebo i ziemio,
Bądźcie mi świadkiem! Jeśli prawdę mówię,
Szczęśliwym skutkiem słowa me uwieńczcie,
A jeśli kłamię, wszystkie me nadzieje

Ziemskiego szczęścia na łzy niech się zmienią!
Kocham cię, cenię, uwielbiam nad wszystko,
Co świat ten mieści.
Miranda.  Ja szalona plączę
Nad tem, co całą duszę mą raduje.
Prospero.  Dwóch szczerych uczuć jak piękne spotkanie!
Niech świeża rosa boskich błogosławieństw
Na kwiat ten młody bogato się zleje!
Ferd.  I czemuż płaczesz?
Miranda.  Nad mą niegodnością,
Która dać nie śmie, co chcę ofiarować,
A wziąć się lęka, bez czego żyć nie chcę.
Lecz to żart pusty, miłość bowiem moja
Tem bardziej widna, im ją bardziej kryję.
Precz więc ode mnie lękliwe wybiegi,
A bądź mi radcą niewinności święta!
Jestem ci żoną, jeśli chcesz mnie pojąć,
Jeśli mnie nie chcesz, umrę twoją sługą;
Jak towarzyszkę możesz mnie odepchnąć,
To w twej jest mocy, jak w mojej jest mocy,
Czy chcesz czy nie chcesz, twą być niewolnicą.
Ferd.  Mą panią, droga, ja twym niewolnikiem.
Miranda.  Więc mężem moim?
Ferd.  A tak chętnem sercem,
Jak chętnem więzień do wolności wraca.
Oto ma ręka.
Miranda.  To moja, w niej serce.
A teraz żegnam cię na pół godziny.
Ferd.  O, bądź mi zdrowa, tysiąc, tysiąc razy! (Wychodzą).
Prospero.  Chociaż nie mogę cieszyć się jak oni,
Dla których wszystko słodkiem jest zdziwieniem,
Większej radości nic nie zbudzi we mnie.
Do księgi teraz! Jeszcze przed wieczerzą
Praca niejedna w sprawie tej mnie czeka (wychodzi).


SCENA II.
Inna część wyspy.
(Wchodzą: Stefano, Trynkulo, za nimi Kaliban z butelką).

Stefano.  Ani słowa więcej! Jak wypróżnimy beczułkę, zaczniemy pić wodę; ale przody, ani kropelki. Śmiało więc naprzód i szturmuj do flaszki! Sługo potworo, pij do mnie!
Trynkulo.  Sługo potworo! To wyspa szaleństwa. Powiadają, że tylko pięciu liczy mieszkańców; my tu trzej jesteśmy; jeśli dwaj pozostali mają głowy naszym podobne, chwieje się państwo w swoich podstawach.
Stefano.  Pij, sługo potworo, kiedy ci rozkazuję. I cóż tak na mnie patrzysz? Zdawałoby się, że ci oczy do głowy przyśrubowano.
Trynkulo.  I gdzież chcesz, żeby mu je przyśrubowano? Byłby prawdziwie nieoszacowaną potworą, gdyby miał oczy w ogonie.
Stefano.  Mój pachołek potwora język w winie utopił; co do mnie, ja i w morzu utopić się nie mogłem. Nim dostałem się do brzegu, tam i sam trzydzieści i pięć mil upłynąłem. Na to światło dzienne, potworo, będziesz moim porucznikiem albo chorążym.
Trynkulo.  Zrób go porucznikiem; nim zacznie nosić chorągiew, trzeba, żeby przód sam stać mógł na nogach.
Stefano.  Nie cofniemy przynajmniej kroku, monsieur potworo.
Trynkulo.  Ani posuniecie go naprzód, ale jak psy milczkiem przycapniecie.
Stefano.  Ciołku z księżyca, otwórz gębę choć raz w życiu jeśli jesteś dobrym ciołkiem z księżyca.

Kaliban.  Pozwól mi, panie, oblizać twój trzewik;
A temu służyć nie chcę — nie ma serca.

Trynkulo.  Kłamiesz, ty najgłupsza potworo! Mam dosyć serca, żeby policyanta przez kij przesadzić. Jakto, ty bezwstydna rybo, byłże kiedy tchórzem człowiek, który wypił tyle wina, co ja dzisiaj? I ty śmiesz prawić takie potwarcze kłamstwa, ty co jesteś tylko pół rybą a pół potworą?

Kaliban.  O patrz, jak ze mnie szydzi; o mój panie,
Jaśnie mój panie, czy pozwolisz na to?

Trynkulo.  Jaśnie panie powiada? Czy widział kto głupszą potworę?
Kaliban.  Patrz, znowu; proszę, na śmierć go zakąsaj.
Stefano.  Trynkulo, trzymaj język za zębami; na najmniejszy znak buntu na pierwszej gałęzi — Ten biedny potwór jest moim poddanym, i nie pozwolę, aby cierpiał krzywdę.

Kaliban.  Dzięki ci, panie! Czy raczysz raz jeszcze
Wysłuchać prośby, którą ci zaniosłem?

Stefano.  Ani wątpliwości. Klęknij i powtórz! Ja i Trynkulo stojąc będziemy słuchali. (Wchodzi Aryel niewidzialny).

Kaliban.  Jak już mówiłem, służę tyranowi,
Który przez chytrość swoją i przez czary
Ukradł mi wyspę.
Aryel.  Kłamiesz.
Kaliban.  Ty sam kłamiesz,
Ty małpo śmieszna; jakże z serca pragnę,
Żeby udusił cię mój pan waleczny!
Nie kłamię wcale.

Stefano.  Trynkulo, jeśli mu raz jeszcze przerwiesz opowiadanie, na tę rękę, wytrącę ci kilka zębów.
Trynkulo.  Ja? ja nic nie mówiłem.
Stefano.  Więc ani murmur ani marmar! (Do Kalibana) Ciągnij rzecz dalej.

Kaliban.  Jak powiedziałem, wyspę w posiadanie
Czarami zyskał. Jeśli twa chce wielkość
Pomścić to na nim — bo wiem, że masz serce,
Lecz ten go nie ma.

Stefano.  Nie podlega wątpliwości.
Kaliban.  Będziesz jej panem, ja ci będę służył.
Stefano.  Jakże to zrobić? Czy możesz mnie poprowadzić do nieprzyjaciela?

Kaliban.  Nic łatwiejszego: we śnie ci go wydam,
Łatwo mu w głowę będziesz gwóźdź mógł zabić.
Aryel.  Kłamiesz; nie możesz.
Kaliban.  Co za pstry błazen i bez mózgu dudek!

Błagam cię, daj mu dobrego szturchańca,
Odbierz mu flaszkę, a potem niech pije.
Słoną mórz wodę, bo mu nie pokażę,
Gdzie źródła biją.

Stefano.  Trynkulo, nie narażaj się na nowe niebezpieczeństwo; przerwij jeszcze choć tylko jednem słowem opowiadanie potwory, a przysięgam na tę rękę, że litość za drzwi wypchnę i na leśne zbiję cię jabłko.
Trynkulo.  Czego ty chcesz ode mnie? Co ja wam zrobiłem? Nie powiedziałem słówka; usunę się dalej.
Stefano.  Czy nie powiedziałeś, że kłamie?
Aryel.  Kłamiesz.
Stefano.  Kłamię? Dobrze, weź więc, co ci daję (uderza go). Jeśli ci to do smaku, raz jeszcze zadaj mi kłamstwo.
Trynkulo.  Nie zarzucałem ci kłamstwa. Czyś stracił rozum i uszy zarazem? Niech zaraza padnie na twoją butelkę! To są skutki wina i pijaństwa. Morowe powietrze na twoją potworę, a twoje palce niech dyabli porwą!
Kaliban.  Ha! ha! ha!
Stefano.  A teraz prowadź dalej twoją powieść. Proszę cię, trzymaj się w oddaleniu.

Kaliban.  Wybij go dobrze, a po krótkim czasie
I ja bić będę.
Stefano.  Odsuń się. Mów dalej.
Kaliban.  Więc jak mówiłem, zwyczajem jest jego
Spać popołudniu. Zabrawszy mu książki,
Możesz go zdusić, albo łupą drzewa
Czaszkę mu rozbić, lub na pal go nadziać,
Albo mu gardziel przeciąć twoim nożem.
Ale pamiętaj, zabierz mu przód książki,
Bo on bez książek nie mędrszy ode mnie;
Bez nich na pomoc nie przyjdą mu duchy,
Które go z serca jak ja nienawidzą.
Spal tylko książki! Ma on pyszne sprzęty,
W które przystroi dom, gdy go mieć będzie.
Lecz co uwagi jest twej najgodniejsze,

To córki piękność — on ją sam nazywa
Nieporównaną. Z niewiast nie widziałem
Jak córkę jego i matkę Sykorax,
Ale Sykorax tak ona prześciga,
Jak rzecz największa prześciga najmniejszą.
Stefano.  I czy naprawdę tak piękną jest dziewką?
Kaliban.  O wierzaj, wierzaj, godna twego łoża
I na świat ładne wyda ci potomstwo.

Stefano.  Potworo, zabiję tego człowieka. Córka jego i ja będziemy królem i królową, (Boże błogosław naszej mościwości!) Trynkulo i ty, będziecie wice-królami. Trynkulo, jak ci się plan ten podoba?
Trynkulo.  Przewyborny.
Stefano.  Daj mi rękę; żałuję, żem ci skórę wygarbował; ale póki życia, trzymaj język za zębami.

Kaliban.  Za pół godziny znajdziem go śpiącego;
Czy chcesz go zabić?
Stefano.  Zabiję, na honor!
Aryel.  Wszystko to panu mojemu doniosę.
Kaliban.  Lejesz mi w serce rozkosz i wesele.
Cieszmy się teraz! Czy chcesz mi zanucić
Piosneczkę, której przed chwiląś mnie uczył?
Stefano.  Chętnie przychylam się do twojej prośby, potworo.
Dalej Trynkulo, śpiewajmy! (Śpiewa)
Bij ich i drwij z nich i kpij z nich i drwij z nich,
A myśl jest wolna!

Kaliban.  To nie ta nuta. (Aryel gra na piszczałce i na bębenku).
Stefano.  Co się to znaczy?
Trynkulo.  To nuta naszej piosneczki grana przez pana Nikogo.
Stefano.  Jeśliś jest człowiekiem, pokaż się we własnej postaci; jeśliś jest dyabłem, pokaż się, jak ci się podoba.
Trynkulo.  A odpuść nam nasze winy!
Stefano.  Kto umiera, płaci wszystkie długi; wyzywam cię! Panie, zmiłuj się nad nami!
Kaliban.  Czy się boisz?
Stefano.  Nie, potworo, nigdy!

Kaliban.  Nie bój się; wyspa pełna jest rozgłosów,

I słodkich pieśni nigdy nie szkodzących.
Czasami tysiąc dźwięcznych instrumentów
Brzmi nad mem uchem; czasami brzmią glosy,
Co, gdym się ze snu długiego obudził,
Znów mnie uśpiły, a wtedy, w marzeniu,
Zda się, że chmury otwarte widziałem,
I wielkie skarby spaść na mnie gotowe,
Tak, że zbudzony marzyć znów pragnąłem.

Stefano.  Pokazuje się, że będę miał rozkoszne królestwo, będę miał kapelę bez kosztów.
Kaliban.  Gdy Prospero zginie.
Stefano.  Co się spełni niebawem; nie zapomniałem historyi.
Trynkulo.  Głos się oddala; idźmy za nim, a potem do dzieła!
Stefano.  Potworo, prowadź nas; my za tobą. Chciałbym widzieć tego bębenistę; bije jak za dobrych czasów.
Trynkulo.  Czy chcesz ruszyć w drogę? Śpieszę za tobą, Stefano. (Wychodzą).

SCENA III.
Inna część wyspy.
(Wchodzą: Alonso, Sebastyan, Antonio, Gonzalo. Adryan, Francisko i inni).

Gonzalo.  Na Matkę Boską, nie mogę iść dalej.
Stare mnie kości bolą; co za droga
Śród ścieżek długich, dziwnie pogmatwanych!
Pozwól wypocząć.
Alonso.  Nie mogę cię ganić,
I ja, znużony, czuję ociężenie
Na duszy nawet: usiądź i wypocznij.
Tu składam wszystkie próżne me nadzieje,
Nie chcę ich dłużej za pochlebców trzymać;
Darmo go, darmo szukamy, — utonął;
A z wszystkich naszych badań bezowocnych
Śmieje się morze. Niechże i tak będzie!
Antonio  (na str. do Sebast.). Cieszę się z serca, że nadzieję stracił.
Tylko ty, panie, choć raz zawiedziony,
Nie trać nadziei.

Sebast.  Przy pierwszej zręczności
Dokończym dzieła.
Antonio.  Dokończym tej nocy,
Bo teraz, ciężką znużeni podróżą,
Nie będą zdolni czujnej straży trzymać,
Jak wypoczęci.
Sebast.  Tej nocy. Dość na tem!

(Uroczysta i dziwna muzyka. Prospero w powietrzu, niewidzialny. Wchodzą dziwne postacie i zastawiają ucztę. Tańczą wokoło, a uprzejmymi znakami pozdrowienia zapraszają króla i jego towarzyszy, żeby jedli. Potem wychodzą).

Antonio.  Skąd ta harmonia? Dobrzy przyjaciele,
Słuchajcie tylko!
Gonzalo.  Dziwnie słodkie pieśni!
Alonso.  Ześlej nam, Boże, twych stróżów aniołów!
I cóż to było?
Sebast.  Żyjące jasełka.
Uwierzę teraz, że są jednorożce,
Że jest w Arabii drzewo — tron Fenixa, —
Że tej godziny Fenix tam króluje.
Antonio.  Wierzę w to wszystko. Niech się do mnie zgłosi
Rzecz, w którą żaden wierzyć nie chce człowiek,
A ja przysięgą prawdziwość jej stwierdzę.
Nie, nigdy żaden podróżny nie kłamał,
Chociaż go głupi potępia domator.
Gonzalo.  Ktoby mi wierzył, gdybym w Neapolu
Prawił, że takich widziałem wyspiarzy,
(Bo bez wątpienia to lud jest tej wyspy),
Co pod postacią dziwną i potworną
Mają obyczaj lepszy, łagodniejszy,
Niżeli wielu, ba! niźli ktokolwiek
Z ludzi żyjących w naszem pokoleniu?
Prospero  (na str.). Poczciwy panie, dobrze powiedziałeś,
Bo z was niejeden od dyabła jest gorszy.
Antonio.  Nigdy się dosyć wydziwić nie mogę,
Jak te postacie, te ruchy i dźwięki,
Choć bez języka, dziwnie wyrażają
Niemą rozmowę.

Prospero  (na str.).Nie chwal ich przed czasem.
Francis.  Cudem zniknęli.
Sebast.  Mniejsza, skoro po nich
Bankiet się został; bo mamy żołądki.
Czyli chcesz, królu, skosztować?
Alonso.  Dziękuję.
Gonzalo.  Na honor, królu, nie masz się co lękać.
Kto z nas, w dzieciństwie, dalby temu wiarę,
Że są górale z wolami jak woły,
Na których szyjach wiszą torby mięsa?
Lub że są ludzie z głowami na piersiach,
Za co nam każdy wędrownik dziś ręczy,
Co za powrotem bierze pięć za jedno?[3]
Alonso.  Co do mnie, biorę za łyżkę bez trwogi,
Choćby to była ma ostatnia uczta;
Czuję, że minął już mój czas najlepszy,
Mniejsza o resztę. Za mną, bracie, książę!

(Grzmoty i błyskawice. Wbiega Aryel w postaci harpii, roztacza skrzydła nad stołem; bankiet znika).

Aryel.  Wy trzej grzesznicy, chciało przeznaczenie,
(Wszechwładca ziemi i wszech ziemskich rzeczy),
Żeby łakome wypluło was morze
Na dziką wyspę, gdzie niema człowieka,
Boście niegodni żyć pomiędzy ludźmi.
Ja wam szaleństwem zmysły pomięszałem.

(Widząc, że Alonso, Sebastyan i inni dobywają oręży).

Właśnie z podobną do waszej odwagą
Topią się ludzie, albo się wieszają.
Szaleni, jam jest sługą przeznaczenia;
Żywioły, wasze hartujące miecze,
Tak mogą łatwo wiatr świszczący ranić,
Lub zabić fale wciąż się zsuwające,
Jak jeden puszek z moich piór otrącić.
Jak ja bezranni moi towarzysze.

Choćbyście nawet i ranić nas mogli,
Za ciężkie teraz miecze dla rąk waszych,
Podnieść ich wasze nie sprostają siły.
Pomnijcie teraz (w tym przybyłem celu),
Ze wy trzej, niegdyś, dobrego Prospera
Z Medyolanu śmieliście wypędzić
Na morskie fale, (morze mści się teraz)
Z niewinną córką okrutnie porzucić;
Za czarną zbrodnię niebo sprawiedliwe,
Co karę zwleka, lecz nie zapomina,
Przeciw wam burze i morza i ziemi,
Przeciw wam wszystkie podniosło stworzenia.
Ono, Alonso, wydarło ci syna,
Ono przez moje skazuje was usta
Na zgon powolny, tysiąckroć straszniejszy
Od śmierci nagłej, co wszędzie za wami
Krok w krok pogoni. By gniew ten przebłagać,
Który inaczej, śród samotnej wyspy,
Zwali się na was, niema jak pokuta,
Szczera, serdeczna, i jak czyste życie.

(Znika śród grzmotów. — Wkrótce, śród łagodnej muzyki, wchodzą postacie, tańczą z grymasami i szyderstwami i stół wynoszą).

Prospero  (na str.). Udałeś pysznie Harpię, Aryelu,
Z nieporównanym wdziękiem i urokiem;
W przemowie do nich nic nie opuściłeś
Z moich poleceń; z równą pochopnością
Podrzędne duchy spełniły mą wolę.
Skutkuje dzielnie czarów mych potęga,
A wrogi moje, uwikłane szałem,
W mojej są mocy. Teraz, w tym obłędzie,
Zostawiam wszystkich, a śpieszę odwiedzić
Utopionego w ich myśli Fernanda,
I córkę jemu, jak mnie, równie drogą (znika).
Gonzalo.  Przez Boga, królu! czemu osłupiały
Patrzysz tak na mnie?
Alonso.  Potwornie! potwornie!
Zda mi się, fale o tem mi ryczały,
Śpiewały wiatry, a piorun, jak organ,

Poważny, straszny, wymówił mi głośno
Imię Prospera, zbrodnie me przypomniał.
Dlatego syn mój śpi na dnie błotnistem;
Pójdę go szukać głębiej, niż zapada
Sonda żeglarska, i w mule z nim usnę (wychodzi).
Sebast.  Niech naraz jeden tylko czart tu przyjdzie,
A pułk ich zbiję.
Antonio.  Ja ci dopomogę.

(Sebastyan i Antonio wychodzą).

Gonzalo.  Rozpacz ich goni; ha! bo wielka zbrodnia,
Jakby trucizna wolno działająca,
Dusze ich palić teraz rozpoczęła.
Spieszcie za nimi, kto ma chybsze nogi,
Przeszkodźcie dziełu, do którego teraz
Gna ich szaleństwo.
Adryan.  O, śpieszcie się, błagam!

(Wychodzą).

AKT CZWARTY.
SCENA I.
Przed celą Prospera.
(Wchodzą: Prospero, Ferdynand i Miranda).

Prospero.  Jeślim cię nazbyt ukarał surowo,
To z lichwą teraz krzywdę ci tę płacę,
Bo ci nić daję własnego żywota,
Gdy ci oddaję tę, dla której żyję.
Raz jeszcze jeden przyjmij ją z mej ręki.
Męki, zniesione przez ciebie tak dzielnie,
Tylko miłości twojej były próbą.
W obliczu niebios dar potwierdzam drogi.
O Ferdynandzie, nie szydź z mych przechwałek,
Bo sam wnet poznasz, że wszystkie pochwały

Kulawym za nią czołgają się krokiem.
Ferd.  Wierzę ci, choćby przeczyły wyrocznie.
Prospero.  Więc jako dar mój, jak własny nabytek,
Godnie kupiony, przyjmij moją córkę.
Lecz gdy dziewiczą zerwiesz jej przepaskę.
Przody nim wszystkie kościelne obrzędy
Wedle swej świętej odbędą się formy,
Ni kropli słodkiej rosy na wasz związek
Niebo nie zleje: jałowa nienawiść,
Niezgoda, wzgarda z jaszczurczem spojrzeniem,
Na łożu waszem chwast posieją taki,
Ze się oboje brzydzić nim będziecie.
Czekaj, aż Hymen lampę wam zapali.
Ferd.  Jak chcę spokojnych dni i pięknych dzieci,
Długiego życia z dzisiejszą miłością:
Ani jaskinie, ni ciemne ustronia,
Najgorszych duchów gorąoe podszepty
Honoru mego nie stopią w rozpustę,
Uroku temu nie odbiorą dniowi,
W którym mi zdawać się będzie, że Feba
Konie kuleją, albo noc pod ziemią
W kajdanach leży.
Prospero.  Dobrze powiedziałeś.
A teraz usiądź, rozmawiaj jak z twoją. —
Hej, Aryelu, sługo mój przebiegły!
Aryel  (wchodząc). Jestem. Co pan mój potężny rozkaże?
Prospero.  Z podrzędną rzeszą ostatnie rozkazy
Godnie spełniłeś; do podobnej służby
Wzywam was jeszcze: sprowadź tu hołotę,
Nad którą władzę daję ci zupełną;
A nakaż pośpiech, bo myślą jest moją,
W oczach tej młodej pary, mojej sztuki
Próbę dać matą; żądają spełnienia
Moich obietnic.
Aryel.  Czy zaraz?
Prospero.  Natychmiast.
Aryel.  Nim wyrzeczesz: śpiesz się! chcę!
Nim odetchniesz, krzykniesz: he!

Każdy cwałem stawi się,
Grymasując, spotka cię;
Czy mnie kochasz, panie? nie.
Prospero.  Lecz się nie zbliżaj, piękny Aryelu,
Póki nowego nie dam ci rozkazu.
Aryel.  Przenikam chęci i spełnię je wiernie (wychodzi).
Prospero.  Młody kochanku, dotrzymaj mi słowa,
Zbytnim pieszczotom cugli nie popuszczaj,
Bo w krwi płomieniach słomą są przysięgi.
Bądź wstrzemięźliwy, albo nic z obietnic.
Ferd.  Nie trwóż się, ojcze, śnieg bowiem dziewiczy
Na sercu mojem krwi mej studzi żary.
Prospero.  Więc wszystko dobrze. — Przybądź Aryelu!
A duchów twoich zwołaj wszystkie pułki,
By nam nie zbyło na liczbie. Przybywaj!
A teraz milczcie, a otwórzcie oczy! (Cicha muzyka).

Maskarada.

Irys  (wchodząc). Dobra Cerero, opuść bogate dzielnice,
Gdzie wiatr kołysze jęczmień, żyto i pszenicę;
Góry, po których owce szczypią trawki młode,
I łąki, gdzie im pasterz buduje zagrodę;
Miedze, na które kwiecień rzuca płaszcz kwiecisty,
Na którym czyste nimfy plotą wieniec czysty,
Jałowców gaje, w których, z kochanka źrenicy,
Gorzkie łzy dla niewiernej sączą się wietrznicy;
I liście winogradu po tykach się pnące,
I na skałach nadbrzeżnych wietrzyki chłodzące:
Mnie bowiem, niebian posła, dżdżysty łuk na niebie,
Juno, królowa bogów, wysyła po ciebie,
Każe opuścić wszystko, i na tej murawie,
Z nią razem, ku niebiańskiej pośpieszyć zabawie.
Tęczowy zaprząg pawiów siecze już obłoki,
Przybywaj więc, Cerero, przybywaj bez zwłoki!

(Wchodzi Ceres).

Ceres.  Witam cię, różnobarwna posłanko Junony!
Wezwaniu jej powolna, przybywam w te strony.
Twe skrzydła szafranowe po mych kwiatów łące

Sieją deszcze ożywne i miody pachnące;
Łuk twój w górze rozpięty, jak ramy barwiste,
Oprawia moje stepy i lasy cierniste
Bogatą szarfą, którą pysznią się me pola.
Lecz po co mnie Junony przyzwala tu wola?
Irys.  Być świadkiem czystych związków kochającej pary,
I hojną ręką szczodre rzucić na nią dary.
Ceres.  Powiedz, niebieski łuku, czyli na te gody
Przyjdzie cypryjska pani i Kupido młody?
Bo odkąd, za ich sprawą, moją Prozerpinę
Uwiódł Pluton w posępną cieniów swych krainę,
Przysięgłam, że nie stanę nigdy w jednem kole,
Gdzie jest zwodna Wenera i ślepe pacholę.
Irys.  Nie troszcz się, bo widziałam, jak w złotym rydwanie
Siekła, gołębi cugiem, powietrza otchłanie;
Zdąża do Pafos, drogiej dla siebie krainy,
A z nią i syn jej, spólnik podstępów i winy.
Chcieli czarami młodą odurzyć tę parę,
Aby przody miłości wychyliła czarę,
Nim Hymen ślubną dla niej pochodnię zapali;
Daremnie — kochankowie słowa dotrzymali.
Ucieka teraz Marsa kochanka gorąca;
Rozgniewany Kupido strzały swe roztrąca,
Nie chce już więcej miotać pocisków po świecie,
Lecz być dzieckiem i igrać z wróblami, jak dziecię.
Ceres.  Patrz, potężna Junona na ziemię już spada;
Po chodzie znać boginię, co Olimpem włada.

(Wchodzi Juno).

Juno.  Witam was, siostry! Spieszmy błogosławić parze,
Wszelką pomyślność ziemską ponieśmy jej w darze,
A u przyszłych pokoleń niech młode ich plemię
Ich chwałę rozpowiada przez morza i ziemie.

Pieśń.

Juno.  Sława, skarby, stadło zgodne,
Piękne dzieci, dnie pogodne,
Szczęściem każdy dzień znaczony,
To wasz posag od Junony.

Ceres.  Urodzajna zawsze niwa,
Spichlerz zawsze pełny żniwa,
I gron pełne Winogrady,
Pod owocem zgięte sady,
I dnie wiosny zawsze świeże,
Aż swe plony jesień zbierze,
Błogie żniwa, urodzaje:
Ten wam posag Ceres daje.
Ferd.  Szczytne widzenie! Jakie słodkie pieśni!
Wolnoż mi myśleć, że to duchów dzieło?
Prospero.  Duchy, wezwane sztuki mej potęgą,
Pełnią posłuszne wszechwładną mą wolę.
Ferd.  Obym na zawsze na tej wyspie został!
Ojciec potężny, córka tak urocza
Samotną wyspę na raj przemieniają.

(Juno i Ceres szepcą na stronie, na rozkaz ich oddala się Irys).

Prospero.  Cicho! boginie szepcą uroczyście;
Na nowe cuda czekajcie w milczeniu,
Lub czary moje w niwecz się obrócą.
Irys.  Wy, Najady, wędrownych potoków mieszkanki,
Których oczy niewinne, a z sitowia wianki,
Rzućcie na me wezwanie siedziby mruczące,
I posłuszne Junonie, stańcie na tej łące:
Spieszcie, nimfy, a chórów waszych ton uroczy
Ten związek czysty nowym blaskiem niech otoczy!

(Wchodzą Nimfy).

Opaleni żniwiarze, zmęczeni sierpami,
Opuśćcie brózdy wasze, a cieszcie się z nami,
Kapelusz z słomy wdziejcie na spocone czoło,
I ze świeżym nimf chórem tańcujcie wesoło.

(Wchodzą Żniwiarze przystojnie ubrani i z Nimfami wdzięczny taniec rozpoczynają. Przy końcu wstaje nagle Prospero i mówi, poczem duchy znikają śród głuchej i pomieszanej wrzawy).

Prospero  (na str.). Wybiegł mi z myśli spisek na me życie,
Przez Kalibana i spółwinnych knuty;
Chwila wybuchu nadeszła już prawie.
(Do Duchów). Dobrze. Dość na tem. Oddalcie się teraz!
Ferd.  Dziwna przemiana. W duszy twego ojca

Jakaś niezwykła zawrzała namiętność.
Miranda.  Nigdym go w takim nie widziała gniewie.
Prospero.  W twych oczach, synu, przestrach się maluje,
Lecz bądź spokojny. Święto się skończyło.
Aktorzy moi, jak ci powiedziałem,
Były to duchy; na moje rozkazy,
Na wiatr się lekki wszystkie rozpłynęły.
Jak bezpodstawna widzeń tych budowa,
Jasne pałace i wieże w chmur wieńcu,
Święte kościoły, wielka ziemi kula,
Tak wszystko kiedyś na nic się rozpłynie,
Jednego pyłku na ślad nie zostawi,
Jak moich duchów powietrzne zjawisko.
Sen i my z jednych złożeni pierwiastków;
Żywot nasz krótki w sen jest owinięty. —
Przebacz mi, proszę, gniewem zapalony
Stary mój umysł w mej głowie się mąci.
Lecz niech cię moja słabość nie przestrasza.
Do mojej celi idź spocząć na chwilę,
A ja tymczasem, śród krótkiej przechadzki,
Wzburzony umysł pójdę ukołysać.
Ferd. i Mir.  Pokój więc z tobą! (Wychodzą).
Prospero.  Dzięki wam. — Aryelu,
Jak myśli szybki, przybądź, Aryelu! (Wchodzi Aryel).
Aryel.  Od twoich myśli sługa nierozdzielny,
Czekam na rozkaz.
Prospero.  Potrzeba nam, duchu,
Na Kalibana gotować się przyjście.
Aryel.  Dobrze, mój panie. Gdy grałem Cererę,
Pragnąłem o tej napomknąć ci sprawie,
Lecz mnie wstrzymała gniewu twego bojaźń.
Prospero.  Powtórz mi, gdzie tych zostawiłeś łotrów.
Aryel.  Gorący trunek twarz im rozpłomienił,
Tak męstwem zagrzał, iż powietrze siekli
Za to, że śmiało na twarze ich dmuchać,
I ziemię bili, że stóp ich tykała;
Spisku jednakże nie spuszczali z myśli.
Ja więc w bębenek lekko potrąciłem,

A oni zaraz, jakby źrebce mtode,
Na których grzbiecie nigdy jeździec nie siadł,
Otwarli oczy, nadstawili uszów,
Nozdrzami, zda się, wąchali muzykę;
Oczarowanych wiodłem jak bydlęta
Po zębach cierni, po kolcach jałowców,
Które im skórę krwią pofarbowały;
Wkońcu zawiodłem ich do tej kałuży,
Którą za celą twoją chwasty kryją;
Tam brodząc, darmo wyciągając nogi,
W śmierdzącem błocie po szyję zagrzęźli.
Prospero.  Ptaszku mój, wszystko zrobiłeś, jak trzeba;
Zachowaj jeszcze niewidzialną postać,
Wszystkie tu z domu nagromadź rupiecie,
Żebym tą nętą złodziei tych złapał.
Aryel.  Więc lecę, lecę (wychodzi).
Prospero.  To dyabeł wcielony;
Nigdy do niego nie przylgnie nauka;
Wszystkie me prace dla niego podjęte,
Wszystkie, bez skutku, zmarniały, przepadły,
A jak z latami brzydnieje mu ciało,
Tak codzień duszę nowy trąd osiada.
Będę ich dręczył, niech ryczą z boleści.

(Wchodzi Aryel, niosąc błyszczące materye i t. d.).

Wszystko to na tym pozawieszaj sznurze.

(Prospero i Aryel zostają niewidzialni. — Wchodzą: Kaliban, Stefano i Trynkulo, przemokli).

Kaliban.  Cicho! Niech naszych nie dosłyszy kroków
Nawet kret ślepy. Jesteśmy u mety.

Stefano.  Słuchaj, potworo; twój duch, który, jak mówiłeś, miał być dobrym duchem, tak dobrze nas durzył, jak hultaje błędne ogniki.
Trynkulo.  Potworo, cały trącę końskim moczem, na co się nos mój bardzo oburza.
Stefano.  I mój także. Czy słyszsz, potworo? Jeśli u mnie w niełaskę popadniesz, zobaczysz —
Trynkulo.  Że zginąłeś.

Kaliban.  Dobry mój panie, zachowaj mi łaskę,

A bądź cierpliwy; łup, który ci daję,
Wszystko, coś cierpiał, z myśli ci wybije.
Stąpajmy tylko i mówmy po cichu;
Wszystko tu głuche, jakby o północy.

Trynkulo.  Tak, ale stracić nasze butelki w błocie —
Stefano.  Nie tylko jest dla nas ubliżeniem i hańbą, potworo, ale i stratą niepowetowaną.
Trynkulo.  To więcej dla mnie znaezy, niż kąpiel w bagnisku, a przecie to sprawa twojego niewinnego ducha, potworo.
Stefano.  Pójdę szukać mojej butelki, choćby mi przyszło dać nurka w błocie.

Kaliban.  Dobry mój królu, uspokój się, proszę.
Patrz, to jest wejście; wsuń się bez hałasu,
Wykonaj śmiało dobry zły uczynek,
A wyspa twoją na zawsze zostanie,
I ja na zawsze twoich nóg lizunem.

Stefano.  Daj mi rękę; krwawe myśli zaczynają się we mnie budzić.
Trynkulo.  O królu Stefano! dostojny monarcho Stefano! Patrz, co za garderoba dla ciebie!
Kaliban.  Zostaw to, waryacie, to bez żadnej wartości gałgany.
Trynkulo.  Hola! potworo; znamy się na tandetnych towarach. O królu Stefano!
Stefano.  Oddaj tę suknię, Trynkulo, bo przysięgam na moją rękę, do gustu mi ta suknia.
Trynkulo.  Weź ją więc, najjaśniejszy panie.

Kaliban.  

Bodaj zdechł waryat od wodnej puchliny!
Ktoby się kłócił o takie łachmany?
Skończcie rozterki, zabijcie go przody,
Bo jak się zbudzi, poszczypie nam skórę
Od stóp do głowy, na miazgę nas zbije.

Stefano.  Milcz, potworo! Pani linio, czy to nie moja kurtka? Otóż i kurtka pod linią; teraz, moja kurtko, wyleniejesz i będziesz łysą kurtką.
Trynkulo.  Bierz, a nie pytaj! Ze sznura pod sznur kradniemy, z przeproszeniem waszej królewskiej mości.
Stefano.  Dziękuję ci za ten koncept, a w zapłatę przyjmij tę odzież. Dopóki jestem królem na tej wyspie, dowcipni ludzie nie będą bez nagrody. Kraść pod sznur ze sznura! to koncept nie lada. Weź i to jeszcze w dodatku.
Trynkulo.  Teraz twoja kolej, potworo. Namaż palce lepem i bierz, co zostało.

Kaliban.  Nitki nie wezmę. Darmo czas tracimy;
Zmieni nas w gęsi albo koczkodany
O nizkich czołach i szpetnej postaci.

Stefano.  Potworo, do roboty! Pomóż nam zanieść to wszystko do mojej beczułki, albo cię wygnam z mojego królestwa. Bierz i ruszaj!
Trynkulo.  I to.
Stefano.  I to jeszcze.

(Słychać krzyk polujących. Wchodzą duchy w postaci psów, które podszczuwane przez Prospera i Aryela, gonią za Stefanem, Trynkulem i Kalibanem).

Prospero.  Wyczha, Góralu, wyczha!
Aryel.  Srebro, tędy, wyczha!
Prospero.  Furyo, Furyo, tędy! Tyranie, wyczha! tędy!

(Kaliban, Stefano i Trytikido uciekają).

Teraz niech duchy kości im połamią,
Bez miłosierdzia, suchym reumatyzmem,
Niech im muskuły kurczem pościągają,
Po ciele więcej niech wyszczypią cętek,
Niż ich ma skóra dzika lub lamparta.
Aryel.  Słyszysz, jak ryczą?
Prospero.  Szczuj ich, jak należy!
Mam teraz wszystkich wrogów w mojem ręku.
Niedługo moje zakończą się prace,
I ty w powietrzu jak wiatr będziesz wolny:
Na chwilę jeszcze pełnij me rozkazy.

(Wychodzą).

AKT PIĄTY.
SCENA I.
Przed celą Prospera.
(Wchodzą: Prospero, w czarnoksięskiej odzieży i Aryel).

Prospero.  Wszystkie zamiary moje dojrzewają:
Duchy posłuszne, nie pękają czary,
I czas swe brzemię dźwiga bez przeszkody.
Która godzina?
Aryel.  Już dochodzi szósta,
O której skończyć miały się twe prace.
Prospero.  Tak powiedziałem, gdym rozbudzał burzę.
Gdzie król jest, gdzie są jego towarzysze?
Aryel.  Wedle twej woli, jak ich zostawiłeś,
W lipowym gaju twą cieniącym grotę,
Czekają więźnie, aż im wolność wrócisz.
Król i brat jego i brat twój, o panie,
Zawsze tym samym ujęci są szałem;
Reszta boleje w rozpaczy i smutku,
A nadewszystko ten, którego zwałeś
Szanownym starcem, uczciwym Gonzalo;
Strumień łez gorzkich po brodzie mu ścieka,
Jak podczas zimy kapie deszcz ze strzechy.
Czary twe skutek tak wywarły dzielny,
Że gdy ich ujrzysz, sam się ulitujesz.
Prospero.  Tak myślisz, duchu?
Aryel.  Gdybym był człowiekiem,
Litośćbym uczuł.
Prospero.  I ja ją uczuję.
Gdy ty, z powietrznych ulepiony cząstek,
Nad ich cierpieniem czujesz miłosierdzie,
Jakżebym silniej nie czul ich boleści
Ja, z jednej z nimi ulepiony gliny,
Jak oni ludzkich świadom namiętności?
Choć byłem ciężko od nich pokrzywdzony,

Szlachetny rozum górę we mnie bierze
I gniewu mego hamuje popędy.
Nad ślepą zemstę wyższe przebaczenie.
Teraz, gdy w sercu ich panuje skrucha,
Gniew niepotrzebny dla moich zamiarów.
Idź więc i wolność daj im Aryelu,
Ja, złamię czary i rozum im wrócę,
Będą jak byli.
Aryel.  Śpieszę po nich, panie (wychodzi).
Prospero.  Duchy potoków, gór, jezior i lasów,
I wy, co stopą bezśladną po piaskach
Gonicie fale Neptuna w odpływie,
A kiedy wraca, uciekacie przed nim;
I wy dyabliki. co na traw zieleni
Kreślicie koła przy księżyca blasku,
Po których nie chce żadna szczypać owca;
Wy, co śród nocy rozplemiacie grzyby,
I wy, dla których rozkoszą jest słuchać
Wieczornych dzwonów bicia uroczyste:
Z waszą, tak słabych istotek, pomocą
Zaćmiłem słońca blaski południowe,
Zbudziłem wiatry, wywołałem wojnę
Zielonej fali i błękitnych stropów,
Grzmiących piorunów zapaliłem ognie,
Jowisza grotem silny dąb Jowisza
Na proch strzaskałem, niebotyczne skały
Na ich odwiecznych zachwiałem podstawach,
Sosny i cedry wyrwałem z korzeniem;
Na me rozkazy otwarły się groby
I wypuściły zbudzonych umarłych.
Siły tej czarów wyrzekam się teraz,
Wymagam tylko, a po raz ostatni,
Rozbudźcie pieśni słodkie i niebieskie,
Moje zamiary niech wpływ ich dokończy,
Do moich celów umysły ich nagnie;
A czarnoksięską złamię potem różczkę,
I w głębokościach ziemi ją zagrzebię,
A potem księgę na dno rzucę morza,

Głębiej, niż sonda kiedybądż dosięgła.

(Uroczysta muzyka. — Wchodzi Aryel, za nim Alonso z gestami obłąkanego, prowadzony przez Gonzala, za nimi Sebastyan i Antonio w tej samej postawie, prowadzeni przez Adryana i Franciska. Wszyscy wstępują w koło zakreślone przez Prospera i stoją w niem zaczarowani. Prospero patrząc na nich mówi):

Prospero.  Niech słodkie pieśni, ten lekarz najlepszy
Dla chorej duszy, niech twój mózg uzdrowią
Co teraz w czaszce wre bezużyteczny.
Stójcie kamienni, czar bowiem was trzyma.
Święty Gonzalo, mężu cnoty pełny,
I moje oczy, za twoich ócz śladem,
Łez krople ronią. Czar znika powoli,
A jak poranek za nocą się skrada,
I ciemność topi, tak myśl wracająca
Zaczyna zganiać chmury odurzenia,
Co jasny rozum jak w płaszcz owinęły.
Dobry Gonzalo, zbawco mój prawdziwy,
Wierny wassalu dla twojego pana,
Wszystkie twe cnoty, słowem i uczynkiem,
W naszej ojczyźnie szczodrze ci zapłacę.
A ty, Alonso, byłeś bez litości
Dla mnie i córki; w okrutnym zamachu
Twój brat był działań twoich podżegaczem, —
Sebastyanie, cierpisz teraz za to.
Tobie, mój bracie, z jednej krwi i ciała,
Coś z piersi wygnał sumienie, naturę,
Aby nasycić żądzę panowania,
Tobie, co chciałeś wraz z Sebastyanem —
(Patrz, jak okrutne cierpi za to męki)
Twojego króla dziko zamordować,
Choć wyrodnemu, wszystko dziś przebaczam. —
Wiedza ich ciągle jak fala się wzdyma,
A blizki przypływ niedługo wypełni
Mętne, błotniste rozumu ich brzegi.
Choć patrzą na mnie, żaden mnie nie poznał.
Śpiesz Aryelu, przynieś mi z mej celi
Miecz i kapelusz, niech się im pokażę

(Wychodzi Aryel)

Jak mnie przed laty w księstwie mem widzieli.
Śpiesz Aryelu, wkrótce będziesz wolny!

(Wraca Aryel, a śpiewając pomaga ubierać się Prosperowi).

Aryel.  Pójdę z pszczołą kwiaty ssać,
W kielichu pierwiosnek spać.
Gdy sowa huka po wieżach
Na mych koniach, nietoperzach,
Wciąż za latem będę gnać;
Będę się po kwiatach kryć
I jak motyl błogo żyć.
Prospero.  Chociaż bez ciebie smutno mi tu będzie,
Jednak ci wolność wrócę, wrócę, wrócę.
Leć niewidzialny na królewski okręt,
Znajdziesz tam majtków śpiących pod pokładem,
Obudź bosmana, obudź kapitana,
I śpiesznie obu przyprowadź tu, proszę.
Aryel.  Połknę powietrze, co mnie od nich dzieli,
Wrócę nim puls twój dwa razy uderzy (wychodzi).
Gonzalo.  Męki, niepokój, cuda i zdziwienie,
Wszystkie tu na tej zamieszkały wyspie.
Niech Bóg nas z strasznej wyzwoli siedziby!
Prospero.  Patrz królu, czyli poznajesz Prospera,
Medyolanu skrzywdzonego księcia?
A na znak lepszy, że jestem żyjący,
Uścisk ci daję, a tobie i twoim
Moje serdeczne daję powitanie.
Alonso.  Czy jesteś, czyli nie jesteś Prosperem,
Lecz duchem, siłą czarów wywołanym,
Aby, jak przody, obłąkać mój rozum,
Nie wiem, lecz czuję, że twe biją pulsa,
Jakgdyby w żywem krew płynęła ciele.
Odkąd cię widzę, duszy mej choroba,
W którą mnie dziwne wtrąciło szaleństwo,
Znika powoli; cudowne wypadki
(Byle kłamliwem nie były złudzeniem)
Czekać mi każą na cudowną powieść.
Wracam ci księstwo; przebacz mi twe krzywdy.

Lecz jak się stało, że Prospero żyje
Tu, na tej ziemi?
Prospero.  Godny przyjacielu,
Pozwól mi naprzód starość twą uściskać,
Bo ci należna cześć bez żadnych granic.
Gonzalo.  Czy to złudzenie? czy to rzeczywistość?
Co myśleć, nie wiem.
Prospero.  Subtelne wyziewy
Tej wyspy jeszcze zmysły twoje poją,
Rzeczywistości odejmują wiarę.
Witam was wszystkich, moi przyjaciele!

(Na stronie do Sebastyana i Antonia)

Wy, godna paro, łatwoby mi było
Królewskich gniewów piorun na was ściągnąć,
I w dwóch poddanych pokazać dwóch zdrajców;
Ale nie pora plotkami się bawić.
Sebast.  (na str.). Przez jego usta dyabeł do mnie mówi.
Prospero.  Nie. (Do Ant.) Co do ciebie, ze wszystkich najgorszy,
Którego bratem nazywać nie mogę,
Ust bowiem moich nie chcę tak pokalać,
Wszystkie ci czarne przebaczam występki,
Tylko się o me księstwo dopominam,
Które, wiem dobrze, powrócić mi musisz.
Alonso.  Jeżeli jesteś prawdziwym Prosperem,
Powiedz nam cuda twego ocalenia;
Jak nas spotkałeś, których na wybrzeżu
Rozbiła burza, trzy temu godziny,
Drogiego syna (o gorzkie wspomnienie!)
Mego Fernanda, w falach pogrzebała?
Prospero.  Z boleścią słyszę, królu, o twej stracie.
Alonso.  Strata tak wielka, że cierpliwość sama
Mówi, że na nią lekarstwa mi nie da.
Prospero.  Nie chciałeś raczej wezwać jej na pomoc;
Ja bowiem, dzięki jej wszechwładnej sile
I słodkim wpływom, po równem nieszczęściu,
Znalazłem pokój w cichej rezygnacyi.
Alonso.  Mówisz: po równem mojemu nieszczęściu?
Prospero.  Po równie wielkiem i świeżem jak twoje.

Lecz, żeby stratę bolesną osłodzić,
Nie mam, o królu, na moje rozkazy
Środków, co tobie pociechę przyniosą;
Bo ja jedyną córką utraciłem.
Alonso.  Córkę? O nieba! gdyby teraz żyli,
Król i królowa, w pięknym Neapolu!
O gdyby żyli! Jak chętniebym złożył
Stare me kości na łożu błotnistem,
Na którem teraz mój syn śpi kochany!
Lecz powiedz, kiedy utraciłeś córkę?
Prospero.  W ostatniej burzy. — Widzę, ci panowie
Tak są spotkaniem naszem odurzeni,
Że wszystek rozum w głowach się im mąci;
W swoich ócz nie chcą świadectwo uwierzyć,
I dźwięk słów własnych za złudzenie biorą.
Lecz cobądźkolwiek zmysły wam zmieszało,
Nie wątpcie, proszę, że jestem Prospero,
Z Medyolanu wypędzony książę,
Przygnany cudem na wyspy tej pana,
Na której brzegach okręt się wasz rozbił.
Lecz dosyć na tem, za długa to powieść,
Abym ją zaraz, przy pierwszem spotkaniu,
Śniadając spoinie, zdołał rozpowiedzieć. —
Witam cię, królu! Mym dworem ta cela:
Sług tam niewiele, a na mojej wyspie
Niema poddanych. Królu, zajrzej, proszę.
Skoro mi moje powróciłeś księstwo,
I ja ci równym chcę odpłacić skarbem,
Cud chcę pokazać, który cię pocieszy,
Jak mnie pocieszył zwrot mojego księstwa.

(Otwiera się cela; widać w głębi Ferdynanda i Mirandę grających w szachy).

Miranda.  Zda mi się, panie, że mnie oszukujesz.
Ferd.  Nie, moja droga, tegobym nie zrobił
Za świata skarby.
Miranda.  Nie będę się skarżyć,
Choćbyśmy grali o dwadzieścia królestw,
A ty wygranej oszukaństwem szukał.

Alonso.  Jeśli to także jednem z wyspy zjawisk,
Drogiego syna dwa razy utracę.
Sebast.  Cud nad cudami!
Ferd.  Choć zagładą grozi,
I morze nawet czuje miłosierdzie.
Złorzeczyć falom nie miałem powodów.

(Klęka przed Alonsem).

Alonso.  Błogosławieństwa szczęśliwego ojca
Niech wszystkie, wszystkie otoczą cię wkoło!
Wstań i opowiedz, jak się tu dostałeś.
Miranda.  O cuda! Ileż pięknych stworzeń widzę!
Jak pełny wdzięków ludzki ród na ziemi!
Jak jest szczęśliwy świat nowy, co żywi
Takich mieszkańców!
Prospero.  To nowe dla ciebie.
Alonso.  Kto jest dziewica, z którą w szachy grałeś?
Wasza znajomość trzech godzin nie liczy;
Czy to bogini, co nas rozdzieliła,
A tu nas łączy?
Ferd.  Ojcze, to śmiertelna
Przez nieśmiertelną dana mi Opatrzność.
Biorąc ją, ojca nie mogłem się radzić,
Myślałem bowiem, że nie miałem ojca;
To córka księcia na Medyolanie,
O którym tyle słyszałem powieści,
Choć go me oczy nigdy nie widziały.
Jemu winienem drugie moje życie,
A przez tę panią drugim jest mi ojcem.
Alonso.  Tak jak ja dla niej. Jak dziwna, że muszę
O przebaczenie własne dziecko prosić!
Prospero.  Dość na tem, ki-ólu! Niech gorzkich pamiątek
Niewdzięczne brzemię na myślach nie ciąży.
Gonzalo.  Wewnętrzne łkanie mowę mi odjęło,
Inaczej byłbym już dawno zawołał:
Na młodą parę dwojga narzeczonych
Twych błogosławieństw, Boże! złóż koronę,
Twój bowiem palec drogę tę zakreślił,
Która nas wszystkich wiodła na tę wyspę.

Alonso.  Amen! Gonzalo.
Gonzalo.  Pan Medyolanu
Po toż z swojego wygnany byi księstwa,
By w Neapolu ród jego królował?
Cieszcie się wszyscy radością nad radość,
Zapiszcie złotem na wiecznych kolumnach:
W jednej podróży i Klarybel męża
Znalazła w Tunis, i brat jej, Ferdynand,
Tam żonę znalazł, gdzie miał sam zaginąć,
Prospero księstwo na ubogiej wyspie,
A my tam wszyscy znaleźliśmy siebie,
Gdzie nikt już myśli swoich nie był panem.
Alonso  (do Ferdynanda i Mirandy).
Dajcie mi ręce. Niech żal i zgryzota
Na tego duszę spadną, co wam teraz
Szczęścia nie życzy.
Gonzalo.  Niech tak będzie, Amen!

(Wchodzi Aryel, za nim. Kapitan i Bosman, odurzeni).

Patrz, patrz, mój królu! nowi towarzysze!
Czy nie mówiłem: zuch ten nie utonie,
Póki na lądzie stoją szubienice?
Jakto, grzeszniku, ty, co na okręcie
Umiałeś bluźnić wszystkiemu co święte,
Teraz na lądzie przekleństw w gębie nie masz
Co tam nowego?
Bosman.  Najlepsza nowina,
Żeśmy znaleźli króla i dwór cały,
Że okręt, który, trzy temu godziny,
Opuściliśmy rozbity na skałach,
Znowu, we wszystkie swe przybrany stroje,
Czeka nas dziarski jak w dniu wypłynięcia.
Aryel  (na str.). Całej tej służby dokonałem, panie,
Od czasu wyjścia.
Prospero  (na str.).Dobrze, bystry duchu!
Alonso.  To nie jest ziemskich rzeczy bieg zwyczajny;
Po cudzie, nowy, większy cud się jawi.
Jak tu przybyłeś? opowiedz nam teraz.
Bosman.  Gdybym był pewny, że jeszcze nie marzę,

Rzecz opowiedzieć próbowałbym, królu.
Wszyscy, zebrani nie wiem jaką sprawą,
Spaliśmy twardo pod nawy pokładem,
Aż tu nas zbudził łoskot pomieszany
Ryków i krzyków, wycia, kajdan brzęków,
Tysiąca innych równie strasznych wrzasków;
Gdyśmy się wolni zerwali na nogi,
Patrzym, aż oto królewski nasz okręt
Stoi przed nami cały w świeżym stroju;
Nuż więc ku niemu ciekawy kapitan;
Aż tu, jak we śnie, coś nas rozłączyło
I tu przywiodło odurzonych do was.
Aryel  (na str.). Czy wszystko dobrze?
Prospero  (na str.).Dobrze; będziesz wolny.
Alonso.  Kto błądził kiedy po takich majakach?
Więcej tu widzę, niżeli nam może
Bieg naturalny rzeczy wytłómaczyć:
Niech rozum jaka wyrocznia objaśni.
Prospero.  Królu, mój panie, nie kłopocz twych myśli
Nad rozwiązaniem dziwów całej sprawy;
W wolniejszej chwili, która przyjdzie wkrótce,
Sam wszystkie cuda dobitnie wyjaśnię,
Całą ciekawość twoją zaspokoję,
Teraz bądź wesół, myśl o wszystkiem dobrze.
(Do Aryela). Leć, duchu, rozwiąż potęgę mych czarów,
Kalibanowi, jego towarzyszom
Wróć teraz wolność. (Wychodzi Aryel).
Najjaśniejszy panie,
Z twej służby kilku braknie jeszcze ludzi,
O których, zda się, całkiem zapomniałeś.

(Wraca Aryel, pędząc przed sobą Kalibana, Stefana i Trynkula, w ukradzionej odzieży).

Stefano.  Niech każdy troszczy się o drugich, a niech nikt nie troszczy się o siebie, bo wszystko na świecie przypadkiem. Coraggio więc, potworo, coraggio!
Trynkulo.  Jeśli mnie nie oszukują szpiegi, których noszę w głowie, wspaniały widzę przed sobą widok.

Kaliban.  Cóż to za piękne duchy, o Setebos!

Pan mój jak piękny! Lecz boję się chłosty.
Sebast.  Ha! ha! Antonio, cóż to za stworzenia?
Czy są na sprzedaż?
Antonio.  Tak przynajmniej sądzę;
Jeden z nich całkiem wygląda na rybę,
I bez wątpienia, dobry jest na sprzedaż.
Prospero.  Spojrzyjcie tylko na ubiór tych ludzi,
A potem sądźcie o ich uczciwości.
Ten łotr potworny, to syn czarownicy,
Której rozkazów księżyc słuchał kornie,
Ona swem słowem, bez jego udziału,
Przypływem morza rządziła dowoli.
Gdy mnie okradli, szpetny ten pół-dyabeł,
(Bo jest bękartem z dyabła urodzonym)
Na życie moje spiski z nimi knował.
W tych dwóch zapewne majtków twych poznajesz,
A moim sługą jest ten syn ciemności.
Kaliban.  O, teraz pewnie na śmierć mnie zaszczypie!
Alonso.  Wszak to Stefano, mój pijak piwniczy.
Sebast.  Jeszcze pijany. Gdzie on wina dostał?
Alonso.  A to Trynkulo, na nogach się chwieje.
Pragnąłbym wiedzieć, gdzie oni znaleźli
Szlachetny napój, co ich tak pozłocił.
Gdzieżeś się dostał do tej marynaty?

Trynkulo.  Do takiej dostałem się marynaty od czasu, jak was po raz ostatni widziałem, że podobno nigdy z moich kości nie wyjdzie; teraz przynajmniej muchy kąsać mnie nie będą.
Sebast.  A ty, Stefano, powiedz, jak tam z tobą?
Stefano.  O, nie dotykaj mnie! Ja nie Stefano, ale Kurcz.
Prospero.  Podobno chciałeś być królem tej wyspy, hultaju?
Stefano.  To byłbym królem pokurczem.
Alonso  (wskazując Kal.). Nigdy nic dziwniejszego nie widziałem.

Prospero.  A w szpetnem ciele równie szpetna dusza.
Idź do mej celi z twymi kompanami,
Uprzątnij wszystko, jeśli nie chcesz chłosty.
Kaliban.  Wypełnię wszystko, a mądry na przyszłość,
Na twoje łaski pokorą zarobię.

Jakiż był ze mnie osieł dubeltowy,
Żem sobie wybrał za boga pijaka,
Cześć oddawałem takiemu błaznowi.
Prospero.  Precz z moich oczu!
Alonso.  Złóżcie to odzienie,
Gdzieście znaleźli.
Sebast.  A raczej ukradli.

(Kaliban, Stefano i Trynkulo wychodzą).

Prospero.  A teraz, królu, ciebie i dwór cały
Do mojej biednej zaprosić śmiem celi;
Tam na noc jedną znajdziecie spoczynek,
Której część szybko na rozmowach spłynie.
Opowiem dzieje mojego żywota,
Odkąd przybyłem na samotną wyspę.
Do Neapolu ze dniem wypłyniemy,
Tam, z bożą łaską, odbędziemy spoinie
Ślub uroczysty drogich naszych dzieci;
A potem wrócę do mojego księstwa,
Gdzie grób mi będzie każdą trzecią myślą.
Alonso.  Twojej powieści czekam niecierpliwie,
Każde jej słowo do mojego ucha
Dziw wniesie nowy.
Prospero.  Wszystko ci opowiem.
Prócz tego cisze morskie ci przyrzekam,
Pomyślne wiatry, tak szybką żeglugę,
Że twoją flotę królewską prześcigniesz.
Mój Aryelu, ptaszku mój kochany,
Niechaj to będzie ostatnia twa służba,
Bywaj zdrów potem i śród elementów
Bujaj szczęśliwy! — Racz wejść do mej celi.

(Wychodzą).

EPILOG
mówiony przez Prospera

Teraz zniknęły wszystkie czary moje,
Teraz o własnych tylko siłach stoję;
Siły to słabe; dziś od was zależy,
Czy nawa moja z wiatrami pobieży,
Czyli tu jeńcem samotnym zostanę.
Lecz kiedy księstwo moje odzyskane,
Gdy przebaczone krwawe przedsięwzięcia,
Niech mnie tu wasze nie wiążą zaklęcia,
Ale od długiej i smutnej niewoli
Niechaj mnie pomoc rąk waszych wyzwoli;
Ze wszystkich piersi szmer długi, łaskawy
Niech teraz wydmie żagle mojej nawy,
Albo się z celem długiej pracy minę,
Jakby choć krótką bawić was godzinę.
Przeciw wam w pomoc nie przyjdą mi duchy;
Na moje czary każdy z was jest głuchy,
I rozpacz tylko czeka na mnie wszędzie,
Jeśli modlitwa w pomoc nie przybędzie:
Modlitwa bramy litości otwiera,
I błędów dawnych pamiątki zaciera,
Jak sami chcecie grzechów odpuszczenia,
Tak mi przebaczcie moje przewinienia.



Upominek - ozdobnik str. 63.png



Selous - Wiele hałasu o nic.jpg

WIELE HAŁASU O NIC.



WIELE HAŁASU O NIC.

W

Wszystkie prawie komedye Szekspira, choć chodzą pod tym tytułem, nie są właściwie komedyami, w znaczeniu ściślejszem, jakie my do tego wyrazu przywiązujemy. Są one komedyami po dantejsku, dlatego, jak mówił nieśmiertelny wieszcz florencki, że się nie kończą łzami. I to „Wiele hałasu o nic“ dramatemby raczej nazwać należało niż komedyą. Wśród scen wesołych, jak piorun spada dramat — tragedya, i obleka scenę całunem. Ale jak z jasnego nieba spadł grom, tak z najniepozorniejszego źródła, skądby się jej spodziewać nie można, przychodzi pogoda...

Komedya to, (jeśli ją tak nazwać trzeba) zaprawdę piękna i dziwna, w której, jak w życiu, plotą się razem miłość, nienawiść, rozum i głupota, cnota i zepsucie, płacz i śmiech; — w której miłość osłania się nienawiścią, rozum staje się bezsilnym, cnota zostaje spostwarzoną, płacz kończy się śmiechem radosnym. Komedyą pozorów i niespodzianek nazywaćby się powinna ta sztuka — mistrzowsko osnuta, wykonana mistrzowsko, pełna drogich kamieni...
Jak w Dwóch panach z Werony, jak w Miarce za miarkę, temat, na którym gra nieśmiertelny wirtuoz, wiekuiście ten sam — jedyny, do którego się niemal wszystko w świecie sprowadzić daje — temat słabości i ułomności człowieka. W Dwóch panach z Werony, przyjaciel ulega pierwszej pokusie; w Miarce za miarkę, cnota pierwszej nie wytrzymuje próby — tu, dwie okrutne nienawiści, przy lekkiej pomocy przyjacielskiej zmieniają się w miłość, a najgłupszych w świecie dwóch ludzi dokonywają najmądrzejszej rzeczy, najciemniejszą, skrytą odkrywają intrygę, której ofiarą padli najpoważniejsi...
Któż sobie może powiedzieć, że zrozumiał świat i ludzi? że jest panem losów swych i życia? Wypadek, wejrzenie, pruszynka jakaś, jedno nic zmienia kierunek, wywołuje, lub gasi uczucia. Radość i smutek zmieniają się dziwacznie, a nigdy, oczekując na jedno, nie możemy być pewni, że nie trafimy na drugie.
Wiele hałasu o nic, gdyby innych świadectw brakło na to, samym tokiem, stylem, pewnością ręki, siłą dojrzałego geniuszu zdradzałoby chwilę, w której je napisał poeta... Naówczas miał już i nabytą wprawę i całą swą potęgę, geniusz, jaki mu Bóg dał, wypielęgnowawszy pracą, ukrzepiwszy doświadczeniem. Nic bardziej szekspirowskiego, napiętnowanego jego znamieniem, nad ten dramat.
Jak rzadko poeta nasz w tragedyi wyłącza zupełnie żywioł komiczny, tak też w komedyi rzadko z samej strony zabawnej i lekkiej bierze życie. Szekspir zawsze jest tym człowiekiem — artystą, dla którego prawda idzie przed sztuką, a raczej jest najwyższym sztuki warunkiem — człowieka i życie maluje, jakimi są, — nie siląc się na obmycie i upięknienie, aby przyzwoiciej wyglądali. Rzekłbyś, że kwiaty wyrywa, których łodyga z jednego końca barwy cudnemi i wonią zachwyca, z drugiej bladymi, nieforemnymi rozplata się korzonkami...
Gdy inni artyści kwiaty ucinają do swoich szklanek, Szekspir bierze je całe, tak jak Bóg stworzył... i w jego ręku też żyją.
Obok niewinnej Hero, stoi rozpustna Małgorzata, obok Benedykta Borachio, Don Juan, Ciarki i Kwaski... Wszystko to razem, kwiatki pachnące i cuchnące korzonki jednej rośliny — charaktery w tym obrazie z nadzwyczajną swobodą i mistrzowstwem są nakreślone — stają od razu całe i pełne, zaledwie się ukazały na scenie. Wszystkie oznaczone wyraziście, pełne życia. Gdybyśmy jednak z pomiędzy nich wybierać mieli, dwa byśmy szczególniej podnieśli — Benedykta i Beatryxy. Są to, w tej wiązance, dwa najdroższe kwiatki, niezmiernego wdzięku, prawdy i uroku młodocianego. Nieskończoną liczbą razy w ten sposób się maskuje uczucie bojaźliwe, obawiające się, aby odepchniętem nie zostało, drażliwe, niespokojne, — osłaniając wstrętem, aby, niechęcią choćby, pociągnęło ku sobie. Jest to, jakby zabawa dwojga młodych ptasząt, które się uganiają, dziobią wesoło, nim na jednem gniazdku usiądą. Starzy ludzie, co się już na tem znają, za pomocą najprostszego w świecie środka, zbliżają ich ku sobie. Od pierwszej sceny czujemy to, omylić się nie można: dwa te charaktery stworzone są dla siebie. Nie podzielamy wcale zdania mrs. Jameson’a, które tej parze spokojnego i szczęśliwego nie wróży pożycia, ani wstrętu Campbella, Beatryxę znajdującego odrażającą; doświadczenie i życie, wcale nas uczą inaczej.
(Benedykta grać miał cudownie Garrick, była to jego najpiękniejsza rola).
Więcej tragiczności jest w miłości Klaudya i Hero, — mogłaby ona poruszyć i przyciągnąć, przecież widz przywiązuje się najmocniej do tych dwóch miłych istot, sympatyzuje z niemi silniej daleko, a szczebiotanie ich głuszy nawet płacz i jęki Klaudya. Jak wytworny haft na purpurowym płaszczu, złotem się wije ta miłość Benedykta i Beatryxy w sztuce, w której napozór gra rolę podrzędną. Wielka intryga złośliwego mściwego człowieka, który w najnikczemniejszy sposób spotwarzając kobietę, chce zatruć szczęście wroga, i usiłując go dosiądz, poświęca istotę niewinną — ohydny ten postępek, stanowiący podstawę całego tego hałasu, — blednieje przy bardzo prostym obrazku dwóch z życia pochwyconych charakterów.
Szekspir w całej tej komedyi bardzo mało posiłkował się treścią cudzą i pożyczanym materyałem, choć obyczajem jego było nie łamać sobie głowy nad budową rusztowania, i chętnie składał je z cudzych desek. Tu jednak stery ten łom zniknął pod ręką mistrza. Przeistoczył go, przerobił zupełnie. Wiele hałasu o nic, jest jedną z najsamoistniejszych sztuk Szekspira. Jakkolwiek postacie, szczególniej ludowe, są całkiem angielskie, współczesne i ucharakteryzowane doskonale, choć Ciarka, Kwasek i Zakrystyan w Anglii są zrodzeni, komedya dzieje się we Włoszech, i ma ten charakter włoski, jaki zachowała większa część dramatów, które z noweli, pod pięknem niebem Włoch zrodzonych, są zrobione. Włochy z rozbudzonem życiem swem, namiętnem, wrzawliwem, ruchliwem, w których często rzeczywistość wypadków prześcigała najbujniejszą fantazyę — odbijające się w literaturze swej zawczasu wyemancypowanej, — były nieprzebraną skarbnicą motywów dla poety. W nich już naówczas stan średni, mieszczanie, kupiectwo bogate, obok książęcych dworów stało rozbudzone do życia, z tą ciekawością jego i pragnieniem, które zarówno wiele dobrego i złego rodziły. Wszystko tam kipiało ogrzane słońcem jasnem, rosło, bujało, wprost z leniwego uśpienia przechodząc do namiętnego dramatu. Znowu więc, jak w Romeo i Julii, Dwóch panach z Werony, Kupcu weneckim, jesteśmy na włoskiej ziemi, i nie obeszło się też bez roli Mnicha, bez zalotnej pokojówki, i innych żywiołów miejscowych.
Źródłem, z którego Szekspir zaczerpnął osnowę, była jedna z noweli Biondella, (Pięćdziesiąt szósta historya tragiczna) „Jako Tymbreusz z Kardony zakochał się, będąc w Messynie, w Felicyi Lionata, i o różnych a dziwnych wypadkach, które mu się trafiły, nim ją poślubił“.
Ów Tymbreusz (Klaudyo), faworyt króla Piotra Aragońskiego, zakochał się w córce pewnego szlachcica messyńskiego i zażądał jej w małżeństwo. Tymczasem, zdało mu się później, że panna go oszukuje, i że nocą do niej widział wchodzącego człowieka... Mszcząc się na niej, publicznie odmówił ją zaślubić. Felicya padła zemdlona pod ciosem tej powtarzy. Miano ją za umarłą, aż dopiero, gdy się prawda odkryła, wyszła na świat uniewinniona, aby zaślubić Tymbreusza.
Scena w kościele, tak straszliwie dramatyczna, nie istnieje w powieści, kochanek wysyła do ojca posłańca, który mu oznajmuje, że nie chce jego córki. We włoskiej noweli zdrajcą jest (jak w Dwóch panach z Werony) przyjaciel narzeczonego. On rzuca potwarz, chociaż później żeni się z siostrą Felicyi. Szekspir, daleko właściwiej, rolę potwarcy dał nieprzyjacielowi świeżo upokorzonemu, którego namiętność zaślepia do tego stopnia, iż nie zważa na ofiary, jakie padną, i gubi dziewczynę niewinnie, byle nie dopuścił do szczęścia tego, którego nienawidzi. U Szekspira też odkrycie potwarzy jest wyraźną sprawą Opatrzności, która do tego używa narzędzi, jakiemi ona się tylko mogła posłużyć. Dwóch najgłupszych w świecie ludzi, niewiedzących, co czynią, są tym instrumentem w ręku wiekuistej sprawiedliwości, która u poety jest zawsze najpotężniejszym działaczem. We włoskiej noweli Girondo sam przyznaje się do winy. Tu prawdziwie genialnie sprowadzone przychodzi rozwiązanie. Dwóch najśliczniejszych charakterów Benedykta i Beatryxy w powieści niema ani śladu.
Jako źródło uboczne przywodzą komentatorowie epizod z Aryosta Orlando furioso (Ariodante e Ginevra) przerobiony w Faerie Queene Spenser’a, lub stary dramat na tejże osnowie zbudowany, i grany przed królową Elżbietą w 1582 — 1583 roku.
Wiele hałasu o nic napisał poeta w latach między 1598 a 1600. W Palladis Tamia niema o niem wspomnienia.
W roku 1600 wyszło pierwsze wydanie w ćwiartce, z uwagą, iż sztuka wielekroć grywaną już była. W rejestra księgarzy wniesione razem z drugą księgą Henryka IV.




OSOBY:

Don Pedro, książę aragoński.
Don Juan, brat naturalny Don Pedra.
Klaudyo, młody Florentczyk, faworyt Don Pedra.
Benedyk, młody Paduańczyk, faworyt Don Pedra.
Leonato, gubernator Messyny.
Antonio, jego brat.
Baltazar, sługa Don Pedra.

Borachio,    ze służby Don Juana.
Konrad,
Ciarka,   urzędnicy policyi.
Kwasek, 

Zakrystyan.
Mnich.
Paź.
Hero, córka Leonata.
Beatryx, synowica Leonata.

Małgorzata,    panny pokojowe Hero.
Urszula,

Posłańcy, Straż, Służba.

Scena w Messynie.



WIELE HAŁASU O NIC.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Ulica w Messynie.
(Leonato, Hero, Beatryx i inni, Posłaniec).

Leonato.  Dowiaduję się z tego listu, że Don Pedro Aragoński przybywa tej nocy do Messyny.
Posłaniec.  W tej chwili musi już być bardzo blizko. Kiedy go opuściłem, był stąd niecałe trzy mile.
Leonato.  Ile szlachty straciliśmy w tej rozprawie?
Posłaniec.  Ogółem bardzo mało, a żadnej znakomitości.
Leonato.  Zwycięstwo jest podwójne, gdy zwycięzca wraca do domu w całym komplecie. Czytam tu, że Don Pedro wielkimi obsypał honorami młodego Florentczyka nazwiskiem Klaudyo.
Posłaniec.  Na co uczciwie zasłużył, przyznał mu wspaniałomyślnie Don Pedro. Nad wiek się swój sprawił; pod postacią baranka pokazał lwie serce. Czyny jego przechodzą moją zdolność opowiadania.
Leonato.  Ma on tu stryja w Messynie, którego ta wiadomość niepomału uraduje.
Posłaniec.  Wręczyłem mu już listy, a radość jego była tak wielka, że przez sam zbytek przybrała znaki goryczy.
Leonato.  Łzami się zalał?
Posłaniec.  Obficie.
Leonato.  Miły wylew miłości: niema uczciwszej twarzy, jak twarz tak omyta. O ileż lepiej płakać z radości, niż radować się z płaczu!
Beatryx.  Powiedz mi, proszę, czy i pan Zawadyak z wojny powrócił?
Posłaniec.  Nie znam nikogo, któryby się tak nazywał, łaskawa pani; nie słyszałem o tem nazwisku w całej armii.
Leonato.  O kogo się pytasz, synowico?
Hero.  Moja kuzynka chce mówić o panu Benedyku z Padwy.
Posłaniec.  O, ten powrócił; zawsze wesół po staremu.
Beatryx.  On tu po rogach ulic porozwieszał kartelusze i wyzwał Kupidyna na łuki. Błazen mojego stryja czytając wyzwanie, podpisał Kupidyna i wyzwał go na kusze. Powiedz mi, ilu zabił i zjadł w tej wojnie? Ale najprzód powiedz, ilu zabił? bo przyrzekłam zjeść, co zabije.
Leonato.  Za daleko posuwasz żarty z Benedykiem, synowico, ale on ci dotrzyma placu, ani wątpię.
Posłaniec.  W tej wojnie niepospolite oddał on usługi.
Beatryx.  Mieliście zapewne spleśniałą żywność, a on ją wam zjeść dopomógł, bo waleczny z niego krajczy i niepospolity ma żołądek.
Posłaniec.  I żołnierz z niego nie lada, pani.
Beatryx.  Dzielny z niego żołnierz przy lada pani, ani wątpię; ale przy lada panu?
Posłaniec.  Pan przy panu, a mąż przy mężu, wielką rycerską cnotą odziany.
Beatryx.  Chcesz powiedzieć nadziany — lecz co do nadziania — zresztą wszyscy jesteśmy śmiertelni.
Leonato.  Nie sądź o mojej synowicy z tego, co słyszysz; jest bowiem rodzaj wesołej wojny między nią a Benedykiem i byle się spotkali, zaczynają utarczki na dowcipy.
Beatryx.  W których niewiele wygrywa. W ostatniem spotkaniu okulały cztery z pięciu jego dowcipów; został jeden na zarząd całego człowieka, a jeśli z tym potrafi ciepło się chować, niechże go strzeże, jako jedyną różnicę między nim a jego koniem, bo to cały skarb, który mu został na znak, że jest rozumnem stworzeniem. Któż teraz jego towarzyszem? Bo oo miesiąc ma nowego ślubnego brata.
Posłaniec.  Czy być może?
Beatryx.  I bardzo może. U niego wiara, jak kapelusz, idzie za modą.
Posłaniec.  Pan ten, jak widzę, nie bardzo korzystny ma rachunek w pani regestrach.
Beatryx.  To prawda; ale inaczej spaliłabym moje biuro. Powiedz mi, proszę, kto dziś jego towarzyszem? Czy znalazł postrzeleńca, gotowego przedsięwziąć z nim podróż na dwór Lucypera?
Posłaniec.  Zwykle przebywa w towarzystwie dostojnego pana Klaudyo.
Beatryx.  O Panie! przyczepi się do niego, jak choroba: łatwiej się nim zarazić, niż dżumą, a zarażony szaleje natychmiast. Boże, zmiłuj się nad Klaudyem! Jeżeli się Benedykiem zaraził, wyda tysiąc talarów, nim wróci do zdrowia.
Posłaniec.  Dołożę starania, żeby żyć z panią w zgodzie.
Beatryx.  Radzę ci.
Leonato.  Ty przynajmniej, synowico, nigdy nie oszalejesz.
Beatryx.  Chyba w czasie upałów styczniowych.
Posłaniec.  Don Pedro przybywa.

(Wchodzą: Don Pedro, z nim Baltazar i inni; Don Juan, Klaudyo i Benedyk).

Don Pedro.  Dobry panie Leonato, wychodzisz na spotkanie kłopotów. Zwykłym światowym trybem ludzie unikają kosztów, a pan ich szukasz.
Leonato.  Nigdy kłopot nie wszedł do mojego domu w postaci waszej łaskawości; bo skąd wychodzi kłopot, zostawia ulgę, gdy po waszem oddaleniu się zostanie mi w domu smutek, a pożegna mnie szczęście.
Don Pedro.  Zbyt chętnie podejmujesz ciężar. Zapewne twoja córka?
Leonato.  Tak przynajmniej mówiła mi nieraz jej matka.
Benedyk.  Czy miałeś wątpliwości, skoro robiłeś pytania?
Leonato.  Nie, signor Benedyku, bo byłeś podówczas jeszcze dzieckiem.
Don Pedro.  Dostałeś, czegoś szukał, Benedyku. Możemy teraz domyślać się, czem jesteś, gdy już wyrosłeś na męża. Zresztą, sama córka pokazuje ojca. Szczęść ci Boże, piękna pani! bo jesteś obrazem dostojnego ojca.
Benedyk.  Jeśli dostojny Leonato jest jej ojcem, jakkolwiek do niego podobna, nie chciałaby za całą Messynę nosić jego głowy na swoich ramionach.
Beatryx.  Dziwię się, signor Benedyku, że jeszcze otwierasz usta, choć nikt cię nie słucha.
Benedyk.  A, droga pani Wzgardzicka, czy jeszcze przy życiu?
Beatryx.  Jakżeby mogła umrzeć wzgarda, póki jej starczy tak przedniej strawy, jak signior Benedyk? Uprzejmość sama musi się zmienić na wzgardę, gdy się jej pokażesz na oczy.
Benedyk.  Więc uprzejmość ta jest wietrznicą. To jednak pewna, że kochają mnie wszystkie kobiety, wyjąwszy ciebie, pani, a ja pragnąłbym z całego serca, żeby mniej było twarde moje serce, bo muszę wyznać, że dotąd nie kocham żadnej.
Beatryx.  Co za szczęście dla kobiet! inaczej musiałyby się kłopotać niesmacznym kochankiem. Dzięki Bogu i krwi mej zimnej, pod tym przynajmniej względem jestem twojego humoru, signor Benedyku; wolałabym raczej słuchać szczekania mojego psa na wrony, niż miłosnych oświadczeń kochanka.
Benedyk.  Niechże Bóg zachowa panią długo w tem usposobieniu! Twarz jakiegoś szlachcica ujdzie tym sposobem przeznaczonego jej podrapania.
Beatryx.  Jeśli twarz ta podobna do twojej, signior Benedyku, podrapanie nie zrobiłoby jej wielkiej krzywdy.
Benedyk.  Wyznaję, że trudno znaleźć ćwiczeńszego mistrza dla papugi.
Beatryx.  Lepszy ptak z moim językiem, niż bydlę z twoim, signor.
Benedyk.  Chciałbym, żeby koń mój był tak szybki i niestrudzony, jak język twój, pani; lecz pędź dalej z Bogiem, co do mnie, skończyłem.
Beatryx.  Kończysz zawsze końskim konceptem; nie od dziś znam cię, ptaszku.
Don Pedro  (który dotąd rozmawiał na stronie z Leonatem). Na tem stanęło. Signor Klaudyo i signor Benedyk, drogi mój przyjaciel, Leonato, zaprasza nas wszystkich. Mówię mu, że tu przynajmniej miesiąc zostaniemy, a on prosi Boga z całej duszy, żeby jaki przypadek dłużej nas zatrzymał. Przysiągłbym bez obawy, że nie jest obłudnikiem, lecz że zaprasza nas z serca.
Leonato.  Gdybyś przysiągł, dostojny panie, nie złożyłbyś fałszywej przysięgi (do Don Juana). Pozwól mi pozdrowić cię, mój książę; skoroś się z bratem twoim pojednał, winienem ci wszystkie moje służby.
Don Juan.  Dziękuję ci, Leonato. Nie lubię próżnej gadaniny, lecz dziękuję ci.
Leonato.  Czy raczy wasza łaskawość otworzyć pochód? Don Pedro. Daj mi rękę, Leonato, pójdziemy razem.

(Wychodzą wszyscy, prócz Benedyka i Klaudya).

Klaudyo.  Mój Benedyku, czy zauważyłeś córkę Leonata.
Benedyk.  Nie zauważyłem jej, lecz patrzyłem na nią.
Klaudyo.  Czy nie skromna z niej panienka?
Benedyk.  Mamże ci po prostu zdanie moje otworzyć, jak uczciwemu człowiekowi przystoi, czy też chcesz, żebym ci po mojemu odpowiedział, jak deklarowany tyran płci pięknej?
Klaudyo.  Powiedz mi, proszę, zdanie twoje po prostu.
Benedyk.  Więc ci powiem, że mi się zdaje za nizka na szczytne pochwały, za czarna na świetne pochwały, a za mała na wielkie pochwały. To tylko mogę na korzyść jej powiedzieć, że gdyby inaczej była, jak jest, nie byłaby piękną, a że nie jest inaczej, jak jest, nie podoba mi się wcale.
Klaudyo.  Nie bierz tego, co mówię za żarty, ale powiedz mi szczerze twoje o niej zdanie.
Benedyk.  Czy chciałbyś ją kupić, że się tak o nią wypytujesz?
Klaudyo.  Alboż skarby całego świata wystarczyłyby na kupno takiego klejnotu?
Benedyk.  I na pokrowiec w dodatku. Ale czy mówisz to na prawdę, czy stroisz tylko żarty i chcesz dowodzić, że Kupido dobry strzelec na zające, a Wulkan rzadki cieśla? Powiedz, z jakiego tonu trzeba śpiewać, żeby się zgodzić z twoją piosenką?
Klaudyo.  W moich oczach jest to najpiękniejsza pani, na którą kiedykolwiek patrzyłem.
Benedyk.  Choć mogę widzieć jeszcze bez okularów, nic takiego nie dostrzegłem. Kuzynka jej, gdyby jej nie opanowały furye, takby ją prześcignęła pięknością, jak pierwszy maja prześciga ostatni dzień grudnia. Mam zresztą nadzieję, że nie myślisz zapisać się do bractwa żonatych. Czy się mylę?
Klaudyo.  Gdyby Hero chciała zostać moją żoną, nie odpowiadam za siebie, choćbym ci przysiągł, że nie myślę o żonie.
Benedyk.  Czy do tego już przyszło? Niema więc na ziemi człowieka, któryby chciał nosić kapelusz bez trwogi? Nigdy więc nie zobaczę kawalera o sześciu krzyżykach? Rób, co ci się podoba. Skoro chcesz gwałtem ugiąć kark pod jarzmo, nośże jego piętno i spędzaj twoje niedziele na wzdychaniu. Ale patrz, Don Pedro szukać nas przychodzi. (Wchodzi Don Pedro).
Don Pedro.  Co za tajemnica was zatrzymała, żeście nam nie towarzyszyli do domu Leonata?
Benedyk.  Chciałbym, żeby wasza łaskawość zmusiła mnie do wyznania.
Don Pedro.  Więc ci to na twoje maństwo rozkazuję.
Benedyk.  Słyszysz, hrabio Klaudyo? Bądź przekonany, że w potrzebie umiem dochować tajemnicy, jakgdybym nie miał języka, ale na moje maństwo, uważaj tylko, na moje maństwo! Zakochał się. W kim? zapyta wasza łaskawość. Odpowiedź będzie węzłowata: w Hero, węzłowatej córce Leonata.
Klaudyo.  Gdyby tak było, toby się łatwo odkryło.
Benedyk.  Zupełnie jak w starej bajce: tak nie jest, tak nie było, uchowaj Boże, żeby tak było.
Klaudyo.  Jeśli się moja namiętność wkrótce nie zmieni, uchowaj Boże, żeby inaczej było.
Don Pedro.  Amen, jeśli ją kochasz, bo godna tego ta młoda pani.
Klaudyo.  Mówisz to, książę, żeby mnie zbadać.
Don Pedro.  Na honor, mówię, co myślę.
Klaudyo.  Na uczciwość, książę, powiedziałem, co myślałem.
Benedyk.  Na dwa moje honory i dwie uczciwości, ja także powiedziałem, co myślałem.
Klaudyo.  Że kocham ją, czuję.
Don Pedro.  Że jest miłości godna, wiem.
Benedyk.  Że ani czuję, jak kochać ją można, ani wiem, jak miłości tej godna, to moje przekonanie, którego żaden ogień ze mnie nie wytopi; umrę z niem na stosie.
Don Pedro.  Byłeś zawsze zatwardziałym kacerzem w rzeczach piękności.
Klaudyo.  I teraz, żeby zostać wiernym twojej roli, własnemu przekonaniu gwałt zadajesz.
Benedyk.  Że mnie kobieta poczęła, dziękuję jej; że mnie wychowała, dziękuję jej bardzo pokornie; lecz żeby mi nad czołem psy nawoływano, lub żebym róg mój na niewidzialnym pasie miał zawieszać, niech mi wszystkie kobiety wybaczą. Żeby im nie robić krzywdy nie wierząc jednej, przywłaszczam sobie prawo nie ufać żadnej. Koniec końcem, a najlepszy to koniec, chcę żyć i umrzeć kawalerem.
Don Pedro.  Jeszcze przed śmiercią zobaczę cię wybladłego z miłości.
Benedyk.  Z gniewu, choroby lub głodu, to być może, mój książę; lecz z miłości — nigdy. Dowiedź mi raz, że więcej krwi straciłem z miłości, niż jej znalazłem w szklance wina, a pozwalam wykłuć sobie oczy piórem poety miłosnych sonetów, i powiesić się na drzwiach zamtuza na znak ślepego Kupidyna.
Don Pedro.  Zgoda. Jeśli kiedykolwiek od wiary tej odstąpisz, będziesz znakomitym dla drugich przykładem.
Benedyk.  Jeśli od niej odstąpię, powieś mnie w butelce jak kota i strzelaj do mnie jak do celu, a kto mnie trafi, klep go po ramieniu i nazwij go Adamem[4].

Don Pedro.  Czas to pokaże.
I dziki byk do jarzma przyucza się z czasem[5].

Benedyk.  Dziki byk, być może; ale jeśli kiedykolwiek roztropny Benedyk pozwoli sobie na kark jarzmo to włożyć, odbierz bykowi rogi, a posadź je na mojem czole; niech portret mój jaki bohomaz nabazgrze, a na dole wielkiemi literami, jak na stajni: „Tu dobre konie do najęcia“, niech na tym wizerunku napisze: „Tu żonaty Benedyk do widzenia“.

Klaudyo.  Jeśli się to zdarzy, co za rogobodziec z ciebie będzie!
Don Pedro.  Byle Kupido całego sajdaka w Wenecyi nie wystrzelał, zadrżysz przed nim niedługo.
Benedyk.  To chyba będzie trzęsienie ziemi.
Don Pedro.  Zastosujesz się do okoliczności. Tymczasem, dobry mój signor Benedyku, idź do Leonata, poleć mnie jego względom i pewiedz mu, że nie chybię wieczerzy, bo wielkie porobił przygotowania.
Benedyk.  Dość we mnie atłasu na takie poselstwo. Kończąc, polecam was —
Klaudyo.  Bożej Opatrzności. Dan, w naszym grodzie, gdybyśmy go mieli —
Don Pedro.  Szóstego Julii: wasz życzliwy przyjaciel, Benedyk.
Benedyk.  Dajcie pokój żartom. Cała tkanina waszej rozmowy tylko okrawkami bramowana, a bramy nie bardzo mocno przyszyte. Nim zaczniecie wojować konceptami z kalendarza, zróbcie wprzódy rachunek własnego sumienia. A teraz, Bóg z wami (wychodzi).

Klaudyo.  Wielką mi, panie, zrobić możesz łaskę.
Don Pedro.  Całe me serce do twej daję szkoły;
Naucz je tylko, a wkrótce zobaczysz,
Jak łatwo przyjmie choć trudną naukę,
Byle ci mogło dobrze się przysłużyć.
Klaudyo.  Czy Leonato ma syna, mój książę?
Don Pedro.  Hero jedyną jest jego dziedziczką.
Czy się w niej kochasz?
Klaudyo.  Panie mój łaskawy,
Gdyś się wybierał na ostatnią wojnę,
Okiem żołnierza poglądałem na nią;
Zbyt ciężka służba czekała mnie w polu,
Aby uczucie na miłość wyrosło;

Dziś gdy wojenne odleciały myśli.
Gdy tkliwe żądze na miejsce ich whiegły,
Każda mi wola, że piękną jest Hero,
Ze ją kochałem przed naszą wyprawą.
Don Pedro.  Widzę, że jesteś jak każdy kochanek:
Nudzisz słuchacza słowami bez końca.
Jeśli ją kochasz, bądź dobrej otuchy,
Swatem twym będę przy niej i jej ojcu,
I niewątpliwie dam ci ją za żonę.
Całą twą powieść tak pięknie osnutą
Czy nie do tego wymierzyłeś celu?
Klaudyo.  Jak słodko leczysz cierpienia miłości,
Które na pierwsze poznałeś wejrzenie!
Żeby się miłość nie zdała zbyt nagłą,
Pragnąłem w dłuższe owinąć ją słowa.
Don Pedro.  Na co się przyda most szerszy od wody?
Dar najpiękniejszy jest dar nam potrzebny.
Wszystko jest dobre, co do celu wiedzie.
Kochasz ją? znajdę na miłość lekarstwo.
Wiesz, że tej nocy wielki bal na zamku;
Przebrany wezmę rolę twą na siebie,
I powiem pięknej Hero, żem jest Klaudyo;
Wszystkie tajniki serca jej odkryję,
Na jeńców moich uszy jej przemienię
Potężną siłą namiętnej powieści,
A potem ojcu rzecz przedstawię całą,
I koniec końców, żoną twoją będzie.
Śpieszmy się teraz wszystko przygotować.

(Wychodzą).

SCENA II.
Pokój w domu Leonata.
(Leonato i Antonio).

Leonato.  Cóż tam, bracie? gdzie syn twój, mój synowiec? czy zamówił muzykę?
Antonio.  Zajmuje się tem gorliwie. Ale, bracie, mogę ci powiedzieć nowiny, o których ci się nie marzyło.
Leonato.  Czy dobre?
Antonio.  To zależy od pieczęci, którą na nieb skutek wyciśnie; lecz mają piękne okładki i dobrze im patrzy z miny. Jeden z moich pachołków podsłuchał rozmowy księcia i hrabiego Klaudyo, gdy się przechadzali w cienistej alei mojego ogrodu. Książę wyznał hrabiemu, że kocha moją synowicę, twoją córkę, i zamierza oświadczyć się jej tej nocy podczas tańca; jeżeli odpowiedź będzie pomyślna, nie chce zasypiać sposobności, ale natychmiast prosić o twoje zezwolenie.
Leonato.  Czy pachołek, który ci to opowiadał, ma w głowie trochę oleju?
Antonio.  Bystry i uczciwy z niego chłopak. Poślę po niego, weź go sam na wywód słowny.
Leonato.  Nie, nie. Weźmy wszystko za sen i czekajmy, póki się sam nie sprawdzi. Uwiadomię jednak córkę o wszystkiem, żeby się przygotowała na odpowiedź, gdyby przypadkiem sprawdziła się wiadomość. Idź, proszę, i pogadaj z nią o tej sprawie. (Różne osoby przechodzą scenę, Leonato mówi do nich kolejno). Kuzynowie, wiecie, co macie robić. — O, daruj, przyjacielu; chodź ze mną, potrzebna mi twoja rada. — Dobrzy kuzynowie, dołóżcie starania, czas nagli. (Wychodzą).

SCENA III.
Inny pokój w domu Leonata.
(Don Juan i Konrad).

Konrad.  Przez Boga żywego, panie mój, co ci się stało? Skąd ten smutek niezmierzony?
Don Juan.  Jak przyczyna jego nie ma granic, tak smutek ten nie ma końca.
Konrad.  Wypadałoby jednak słuchać rozumu.
Don Juan.  A gdy go wysłucham, co na tem zyskam?
Konrad.  Jeśli nie bezpośrednie lekarstwo, to przynajmniej spokojną cierpliwość.
Don Juan.  Dziwi mnie, że ty, pod Saturnem, jak sam powiadasz, zrodzony, chcesz moralne lekarstwo na śmiertelną zapisywać chorobę. Nie mogę utaić, kim jestem muszę być smutny, gdy mam do tego powody, i na niczyje nie uśmiechać się żarty; jeść, gdy jestem głodny, i na niczyje nie czekać pozwolenie; spać, gdy mnie sen morzy i nie troszczyć się o niczyje sprawy; śmiać się, gdy jestem wesoły, i niczyim przywidzeniom nie schlebiać.
Konrad.  Zgoda, ale nie powinieneś puszczać cugli wszystkim twoim urojeniom, dopóki nie będziesz samowładnym panem twojej woli. W ostatnich czasach powstałeś przeciw bratu, który dopiero co przyjął cię do łaski; trudno, żebyś w nią korzeń silnie zapuścił, jeśli sam sobie nie dasz potrzebnej na to pogody: stosujmy porę do naszego żniwa.
Don Juan.  Wolałbym być cierniem w płocie niż różą w jego łasce. Lepiej krwi mojej przystoi być od wszystkich wzgardzonym, niż miną układną miłość bliźniego wykradać; bo jeśli tym sposobem nie zarobię na imię uczciwego pochlebcy, to przynajmniej nikt nie zaprzeczy, że jestem szczerym hultajem. Ufają mi, póki noszę kaganiec; puszczają mnie wolno, póki mam postronek na nogach; ja też z mojej strony, postanowiłem nie śpiewać w klatce. Kąsałbym, gdybym mógł otworzyć szczęki, gdybym miał wolność, robiłbym, co mi się podoba; tymczasem zostaw mnie, jak jestem, nie próbuj daremno zmienić mojej natury.
Konrad.  A czy nie mógłbyś, panie, użyć korzystnie twojego nieukontentowania?
Don Juan.  Używam go, jak mogę, bo jego tylko samego używam. Lecz ktoś nadchodzi. (Wchodzi Borachio). Co tam nowego, Borachio?
Borachio.  Przychodzę z wielkiej uczty na zamku. Leonato księciu, twojemu bratu, królewskie wyprawia tam przyjęcie. Mogę też, panie, dać ci wiadomość o zamierzonem małżeństwie.
Don Juan.  Czy zda się na grant, na którym możnaby wybudować jaką psotę? Kto jest ten szaleniec, co się z kłopotem zaręcza?
Borachio.  Kto? mój książę, twojego brata prawa ręka.
Don Juan.  Co mówisz? nieoszacowany Klaudyo?
Borachio.  On właśnie.
Don Juan.  Doskonały kawaler! A na kogo to, na kogo strzelił okiem?
Borachio.  Naturalnie na Hero, córkę i dziedziczkę Leonata.
Don Juan.  Nie lada marcówka! Jakżeś się o tem dowiedział?
Borachio.  Paliłem kadzidło w zatęchłej komnacie, aż tu mi wchodzą książę i Klaudyo, ręka pod rękę, w poważnej rozmowie. Wkradłem się za obicie i słyszałem, jak między nimi stanęło, że książę będzie się starał o Hero jakby dla siebie, a skoro otrzyma przyrzeczenie, odstąpi ją hrabiemu Klaudyo.
Don Juan.  Idźmy tam, idźmy! Może i znajdzie się tam jaka strawa dla mojej złości. Cała sława mojego upadku należy się temu młodemu dorobkowiczowi; byle mi się w czemkolwiek pokrzyżować plany jego udało, będzie to dla mnie błogosławieństwem. Czy mi dopomożecie? Czy mogę na was rachować?
Konrad.  Na śmierć i życie, mości książę!
Don Juan.  Idźmy na wielką ich ucztę; radość ich tem większa, że jestem pobity. Ach, gdyby ich kucharz moje miał myśli! Idźmy zobaczyć, co się da zrobić.
Borachio.  Jesteśmy na twoje rozkazy, mości książę. (Wychodzą).


AKT DRUGI.
SCENA I.
Sala w domu Leonata.
(Leonato, Antonio, Hero, Beatryx i inni).

Leonato.  Czy książę Juan był na uczcie?
Antonio.  Nie widziałem go.
Beatryx.  Co za kwaśną miał minę! Ile razy go widzę, przez godzinę pali mnie zgaga.
Hero.  Nadzwyczaj melancholiczny ma charakter.
Beatryx.  Doskonały byłby to człowiek, któryby środek trzymał między nim a Benedykiem. Jeden zbyt podobny do obrazka, nic nie mówi, drugi, jak najstarszy syn jejmości, ciągle paple.
Leonato.  Tak więc pół języka signor Benedyka w gębie księcia Juana, a pół melancholii księcia Juana w twarzy signor Benedyka —
Beatryx.  A do tego piękna stopa i pewna noga, wujaszku, i mieszek nie pusty, taki mężczyzna podbiłby serce każdej kobiety, byle na jej względy potrafił zarobić.
Leonato.  Na uczciwość, synowico, nie znajdziesz nigdy męża, jeśli tak będziesz ciągle siekła językiem.
Antonio.  Zbyt złośliwa, na honor.
Beatryx.  Zbyt złośliwa, to więcej niż zła; ja też zmniejszę złe dane od Boga; bo powiedziano jest: złej krowie Bóg daje krótkie rogi, ale krowie zbyt złośliwej nie da żadnych.
Leonato.  Że więc jesteś zbyt złośliwą, Bóg nie da ci rogów.
Beatryx.  Bez wątpienia, jeśli mi nie da męża, błogosławieństwo, o które go co wieczór i co rano na kolanach proszę. Panie! nie mogłabym znieść męża z brodą na twarzy; wolałabym raczej spać na wełnie.
Leonato.  Możesz dostać męża bez brody.
Beatryx.  A cóżbym mogła z nim zrobić? Ubrać go w moje suknie i zrobić go moją pokojówką. Kto ma brodę, jest więcej niż dzieciuch, a kto jej nie ma, mniej jest niż mąż; a kto jest więcej niż dzieciuch, nie jest dla mnie, a kto jest mniej niż mąż, nie jestem dla niego. Gotowa więc jestem przyjąć szóstak jako zadatek od niedźwiednika i wszystkie jego małpy zaprowadzić do piekła[6].
Leonato.  Do piekła więc pójdziesz?
Beatryx.  Nie, tylko do bram piekielnych. Tam, na moje spotkanie wyjdzie dyabeł, stary rogal, z rogami na czole i powie: „Idź do nieba, Beatryx, idź do nieba, niema tu miejsca dla was dziewic“. Wręczę mu więc moje małpy i dalej do świętego Piotra, do nieba, on mi pokaże, gdzie przebywają kawalei-owie i tam żyć będziemy wesoło jak dzień długi.
Antonio  (do Hero). Ty przynajmniej, synowico, dasz się kierować radom twojego ojca.
Beatryx.  Bez wątpienia; powinnością mojej kuzynki dygnąć pokornie i mówić: jak ci się podoba; ale mimo tego, kuzynko, niech to będzie krasny chłopiec, bo inaczej, dyg drugi i słowa: ojcze, jak mnie się podoba.
Leonato.  Mów, co ci się podoba, ja ani wątpię, że i ty znajdziesz wkońcu męża.
Beatryx.  Nigdy, dopóki Bóg nie ulepi mężczyzny z innego metalu jak ziemia. Nie byłożby to upokorzeniem dla kobiety dać się rządzić garstce zuchwałego prochu? zdawać rachunek ze swojego postępowania bryle zrzędnego marglu? Nie, wujaszku, nie chcę. Synowie Adama są moimi braćmi; grzechem mi się wydaje, szukać męża między rodzeństwem.
Leonato.  Nie zapomnij, córko, co ci mówiłem. Jeżeli ci książę podobne zrobi oświadczenie, wiesz, co masz mu odpowiedzieć.
Beatryx.  Będzie winą muzyki, kuzynko, jeśli książę nie zachowa miary w konkurach. Gdyby przypadkiem za ostro nastawał, powiedz mu, że jest miara we wszystkiem i wytnij mu w miarę odpowiedź. Bo słuchaj mnie, Hero; umizgi, ślub i żal, to jest mazurek, polonez i kozak. Pierwsze oświadczenie jest gorące i namiętne, jak mazurek pełne fantazyi i ognia; zaślubiny uroczyste i skromne, jak polonez pełne senatorskiej powagi; aż przychodzi żal, który na krzywych nogach coraz żwawiej i żwawiej wywija kominki, aż w grób zapadnie.
Leonato.  Czarno widzisz rzeczy, moja synowico.
Beatryx.  Dobre mam oczy, wrujaszku, i póki widno, mogę zobaczyć kościół.

Leonato.  Przychodzą maski; zróbmy im miejsce, bracie.
(Wchodzą: Don Pedro, Klaudyo, Benedyk, Baltazar, Don Juan, Borachio, Małgorzata, Urszula i inni, w maskach).

Don Pedro  (do Hero). Czy chcesz, pani, przejść się z przyjacielem?
Hero.  Byłeś szedł powoli, grzecznie spoglądał, a milczał, pójdę chętnie, zwłaszcza żeby odejść.
Don Pedro.  W mojem towarzystwie?
Hero.  Mogę tak odpowiedzieć, gdy mi się spodoba.
Don Pedro.  A kiedy ci się spodoba tak odpowiedzieć?
Hero.  Gdy mi się twarz twoja spodoba; bo uchowaj Boże, aby lutnia podobna była do pokrowca!

Don Pedro.  Maska jest moja dachem Filemona,
I pod tym dachem wielki Jowisz gości.

Hero.  Twoja więc maska powinna być strzechą pokryta.
Don Pedro.  Mów cicho, jeśli mówisz o miłości. (Przechodzą).
Baltazar  (do Małgorzaty). O, jak pragnę, żebyś mnie kochała.
Małgorz.  Ja tego nie pragnę dla twojej przyjaźni, bo niemało mam złych przymiotów.
Baltazar.  Jaki jest pierwszy?
Małgorz.  Modlę się głośno.
Baltazar.  Tem namiętniej cię kocham: słuchacz nie potrzebuje, jak powtarzać: amen.
Małgorz.  Dobrego tanecznika daj mi, Panie!
Baltazar.  Amen.
Małgorz.  A po tańcu zabierz go z moich oczu. Panie! — No, akolito, czekam na odpowiedź.
Baltazar.  Dość na tem; akolita dostał już swoją odpowiedź.

(Przechodzą).

Urszula  (do Antonia). Znam cię dobrze; ty jesteś signor Antonio.
Antonio.  Mylisz się, daję słowo.
Urszula.  Poznałam cię po trzęsieniu się twojej głowy.
Antonio.  Żeby ci powiedzieć prawdę, udaję je.
Urszula.  Nigdybyś tak strasznie dobrze udawać go nie potrafił, gdybyś nim nie był. To jego sucha ręka; gdzie znaleźć taką drugą? to on, to on!
Antonio.  Mylisz się, daję słowo.
Urszula.  Skończmy żarty. Alboż myślisz, że cię nie poznaję po twoim bystrym dowcipie? Alboż cnota może się ukryć? Nie wymawiaj się dłużej, jesteś signor Antonio. Wdzięki zdradzają się same i na tem koniec.

(Przechodzą).

Beatryx  (do Benedyka). I nie powiesz mi, kto ci to powiedział?
Benedyk.  Przebacz, ale nie mogę.
Beatryx.  Ani mi powiesz, kto jesteś?
Benedyk.  Nie teraz.
Beatryx.  Że przybieram ton wzgardliwy — że konceptów szukałam w kalendarzu — to powiedział signor Benedyk; czy zgadłam?
Benedyk.  Kto jest ten signor Benedyk?
Beatryx.  Ani wątpię, że znasz go bardzo dobrze.
Benedyk.  Ja? wierzaj mi, nie znam go wcale.
Beatryx.  Czy cię nigdy nie rozśmieszył?
Benedyk.  Powiedz mi, proszę, kto on jest?
Beatryx.  To błazen książęcy; trefniś jak ołów ciężki; cała jego zdolność leży w wynajdowaniu niestworzonych potwarzy; tylko rozpustnicy podobają sobie w jego towarzystwie, a zaletą jego nie jego dowcip lecz złośliwość, która się im naprzód podoba, potem ich gniewa; śmieją się naprzód, kijami okładają go potem. Ani wątpię, że jest w tej flocie; chciałabym, żeby mnie abordował.
Benedyk.  Jak się poznam z tym szlachcicem, powiem mu sąd twój o nim.
Beatryx.  I owszem, bardzo proszę. Wystrzeli na mnie dwa lub trzy porównania, a gdy przypadkiem nikt na nie zważać nie będzie i nikt się nie rozśmieje, w czarną popadnie melancholię, co nam oszczędzi skrzydła kuropatwy, bo tej nocy pan śmieszek pójdzie spać bez wieczerzy. (Słychać muzykę za sceną). Idźmy za przewodnikami.
Benedyk.  We wszystkiem, co dobre.
Beatryx.  Jeśli nas prowadzą do złego, opuścim ich na pierwszym skręcie.

(Taniec. Wychodzą wszyscy, prócz Don Juana, Borachia i Klaudya).

Don Juan.  Ani wątpliwości; mój brat kocha Hero; wziął ojca jej na stronę, aby mu zrobić oświadczenie. Wszystkie damy pospieszyły za nią; jedna tylko została maska.
Borachio.  To Klaudyo, poznałem go po minie.
Don Juan.  Czy to przypadkiem nie signor Benedyk?
Klaudyo.  Poznałeś mnie; on sam.
Don Juan.  Jesteś miłością najbliższy mojego brata. On kocha Hero; proszę cię, odradzaj mu to małżeństwo, tak nierówne pod względem urodzenia. Możesz w tej sprawie odegrać rolę uczciwego człowieka.
Klaudyo.  Skąd wiesz, że ją kocha?
Don Juan.  Słyszałem, jak miłość jej przysięgał.
Borachio.  Ja także słyszałem, jak jej przysięgał, że ją tej nocy poślubi.
Don Juan.  Dalej przyjacielu, na ucztę!

(Wychodzą: Don Juan i Borachio).

Klaudyo.  Odpowiedziałem w imię. Benedyka,
Lecz uchem Klaudya słyszę złe nowiny.
Książę dla siebie chce jej serce zyskać.
Przyjaźń dotrzyma w wszystkich sprawach ludzkich,
Prócz jednej tylko — prócz sprawy miłości.
Więc serca własnym niech mówią językiem,
Każde za siebie układa się oko,
Nie ufa nigdy żadnym pośrednikom:
Bo każda piękność jest to czarodziejka,
Co swemi czary w krew przetapia wiarę.
Dzień każdy nowy daje tego przykład,
A ja, szalony, o tem zapomniałem!
Niech i tak będzie! żegnam cię, o Hero!

(Wchodzi Benedyk).

Benedyk.  Hrabia Klaudyo?
Klaudyo.  On sam.
Benedyk.  Czy chcesz pójść ze mną?
Klaudyo.  Gdzie?
Benedyk.  Do pierwszej wierzby, w twoim własnym interesie. Jak będziesz nosił twój wianek? Czy na szyi jak łańcuch lichwiarza, czy przez ramię jak szarfę porucznika? Czy tak czy owak musisz go nosić, bo książę podbił twoją Hero.
Klaudyo.  Szczęść mu Boże!
Benedyk.  Mówisz jak doskonały wolarz; to właśnie jego słowa, ile razy sprzeda byka. Ale czy myślałeś, że książę tak ci się przysłuży?
Klaudyo.  Proszę cię, opuść mnie.
Benedyk.  Widzę, że rąbiesz na ślepo. Ślusarz ukradł ci obiad, a ty chcesz wieszać kowala.
Klaudyo.  Skoro inaczej być nie może, to ja cię opuszczę.

(Wychodzi).

Benedyk.  Ach, biedne, postrzelone kurczę! Zawlecze się teraz w sitowie. — Ale żeby Beatryx, znając mnie, tak mnie nie znała! Książęcy błazen! Być może, że za błazna uchodzę, bo jestem wesoły. Tak — lecz nie — to ona ze swoim złośliwym, uszczypliwym charakterem siebie za świat bierze, i tak mnie sądzi. Dobrze! pomszczę się za to, jak potrafię. (Wchodzi Bon Fedro).
DonPedro.  Signor Benedyku, gdzie jest hrabia? czy widziałeś go?
Benedyk.  Odegrałem mu rolę pani Wieści, mój książę. Znalazłem go tu smutnym jak buda w lesie; powiedziałem mu, a sądzę, że powiedziałem prawdę, że wasza łaskawość pozyskała względy młodej tej pani; ofiarowałem mu moje towarzystwo do pierwszej wierzby, żeby mu albo wianek upleść, albo rózgę uciąć, bo zasłużył na chłostę.
DonPedro.  Na chłostę? W czemże przewinił?
Benedyk.  Przewinił jak głupi student, co uradowany, że znalazł ptasie gniazdo, pokazał je rówieśnikowi, a ten mu gniazdo ukradł.
DonPedro.  Ufność nazywasz przewinieniem? Przewinienie jest w złodzieju.
Benedyk.  Zawsze jednak rózga nie byłaby za nadto. Wianek dla niego, a rózga dla ciebie, mój książę, który, jak mi się zdaje, ukradłeś jego ptasie gniazdo.
DonPedro.  Ja? ja tylko chcę nauczyć śpiewać pisklęta i oddać je właścicielowi.
Benedyk.  Jeśli śpiew ich twoim słowom odpowie, na honor, mówisz uczciwie, mój książę.
DonPedro.  Beatryx nie na żarty gniewa się na ciebie, Szlachcic, który z nią tańczył, powiedział jej, że ją ciężko pokrzywdziłeś.
Benedyk.  To ona pomiatała mną jak ostatnim; pniakby tego nie wytrzymał. Dąb z jednym zielonym liściem na wierzchołku, ofuknąłby się. Maska nawet moja zaczęła do życia przychodzić i z nią się borukać. Powiedziała mi, nie myśląc, że do mnie mówi, że byłem błaznem książęcym, nudniejszym od wielkich roztopów. Szyderstwo za szyderstwem z taką miotała na mnie zręcznością, że stałem jak trusia przy celu, do którego strzela cała armia. Sztylety z ust jej wychodzą, każde jej słowo przebija. Gdyby jej oddech tak był jadowity jak jej wyrazy, ani podobna byłoby żyć w jej sąsiedztwie; zaraziłaby powietrze do północnego bieguna. Nie chciałbym jej za żonę, choćby miała w posagu wszystko, co posiadał Adam przed grzechem. Onaby zmusiła Herkulesa do obracania rożna i do połupania własnej maczugi na szczypy. Lecz dosyć tego; nie mówmy o niej. To furya piekielna w wielkiej toalecie. Dałby Bóg, żeby ją jaki mędrek zażegnał, bo póki ona jest na ziemi, łatwiej znaleźć pokój w piekle niż tu w kaplicy, i ludzie gotowi grzeszyć naumyślnie, żeby się tam dostać co prędzej. Niepokój, zgroza i zamieszanie idą za jej śladem. (Wchodzą: Klaudyo, Beatryx, Leonato i Hero).
Don Pedro.  Patrz, to ona.
Benedyk.  Czy nie raczy wasza łaskawość wysłać mnie w służbowych interesach na koniec świata? Gotów jestem za lada sprawą pośpieszyć do antypodów; pójdę ci po piórko do zębów na ostatnie krańce Azyi; przyniosę ci dokładną miarę stopy księdza Jana, albo włos z brody wielkiego Chana; podejmę się poselstwa do Pigmejczyków, wszystkiego raczej niż wytrzymać trzy słowa rozmowy z tą harpią. Czy nie masz żadnych dla mnie zleceń, mości książę?
Don Pedro.  Żadnych; pragnę jedynie twojego przyjemnego towarzystwa.
Benedyk.  Jest to potrawa, panie, wcale mi nie do smaku. Nie jestem w stanie znieść pani języka (wychodzi).
Don Pedro.  Słuchaj mnie, piękna pani, straciłaś serce signor Benedyka.
Beatryx.  To prawda, że mi go na niejaki czas pożyczył, ale też dałam w procencie podwójne serce za jedno. Raz już wygrał je ode mnie w fałszywe kostki, możesz więc słusznie powiedzieć, książę, że je straciłam.
Don Pedro.  Powaliłaś go, piękna pani, z nóg go powaliłaś.
Beatryx.  Byle on tego ze mną nie zrobił, mości książę, żebym nie była matką błaznów. — Przyprowadzam ci Klaudya, którego wyszukać mi poleciłeś.
Don Pedro.  Co się tam nowego święci, mój hrabio? Dlaczego jesteś tak smutny.
Klaudyo.  Nie jestem smutny, mości książę.
Don Pedro.  Więc chory?
Klaudyo.  Ani chory, mości książę.
Beatryx.  Hrabia nie jest ani smutny, ani wesoły, ani zdrów, ani chory; ale słodki, słodki jak pomarańcza i podobno trochę jej farbą zazdrości powleczony.
Don Pedro.  Zdaje mi się, pani, że portret twój jest wierny, choć przysięgam, że jeśli tak jest, mylne są jego przypuszczenia. Słuchaj, Klaudyo; w twojem imieniu zrobiłem oświadczenie, dla ciebie zyskałem serce pięknej Hero. Ojciec wie o wszystkiem i daje przyzwolenie. Sam wyznacz dzień ślubu, a niech Bóg da ci radość!
Leonato.  Hrabio, przyjmij ode mnie rękę mojej córki, a z nią mój majątek. Jego łaskawość małżeństwo to skojarzyła, a niech mu łaskawość nieba towarzyszy!
Beatryx.  Mówże, hrabio, na ciebie kolej.
Klaudyo.  Milczenie jest najlepszym tłómaczem radości. Małe byłoby moje szczęście, gdybym jego wielkość potrafił wyrazić słowami. Pani, jestem twoim, jak ty jesteś moją; za ciebie siebie oddaję i cieszę się bez granic z wymiany.
Beatryx.  Odpowiedz, kuzynko, lub jeśli nie możesz, zamknij mu usta pocałunkiem i nie daj mu dłużej mówić.
Don Pedro.  Wyznać muszę, piękna pani, że wesołe masz serce.
Beatryx.  Prawda, książę, i dziękuję mu za to; serce, to biedziątko, pod wiatr mnie trzyma z frasunkami. Kuzynka mówi mu na ucho, co w sercu jej mieszka.
Klaudyo.  Zgadłaś, kuzynko.
Beatryx.  Niech żyje małżeństwo! Tak więc jedna po drugiej dostaje męża, mnie wyjąwszy. Za wielkie ze mnie straszydełko. Śmiało mogę zasiąść w kąciku i płakać i wołać: ach, kto mi da męża!
DonPedro.  Ja ci go dam, Beatryx.
Beatryx.  Wolałabym raczej, mój książę, znaleźć go w domu twojego ojca. Czy nie ma wasza łaskawość brata podobnego do siebie? Ojciec twój, książę, płodził wybornych małżonków, byle ich panny dostać mogły.
Don Pedro.  Czy chcesz wziąć mnie za męża?
Beatryx.  Nie, mości książę, chyba, że będę miała innego na dzień powszedni; wasza łaskawość za kosztowna na codzienny użytek. Lecz przebacz mi, mój książę. Rodziłam się, żeby pleść, co mi ślina przyniesie, bez rymu i sensu.
Don Pedro.  Obraziłbym się raczej twojem milczeniem; radość najlepiej ci do twarzy, i niewątpliwie w wesołej godzinie na świat przyszłaś.
Beatryx.  Bynajmniej, mości książę, matka moja płakała boleśnie; ale w tę samą właśnie porę pokazała się tańcząca gwiazda i pod nią się urodziłam. Kuzynowie, niech Bóg wam ześle radość!
Leonato.  Czy chcesz, synowico, dojrzeć rzeczy, o których mówiłem?
Beatryx.  Ach, przepraszam cię, mój wujaszku! Przebacz mi, książę! (wychodzi).
Don Pedro.  Na honor, zabawna dziewczyna.
Leonato.  Mało w niej melancholicznego pierwiastku. Nigdy nie jest smutna, chyba we śnie, a nawet i we śnie nie smutna, bo jak mi powiadała moja córka, często z marzenia o nieszczęściu budziła się śmiejąc.
Don Pedro.  Znieść nie może wzmianki o małżeństwie.
Leonato.  Ani jednego słowa; szyderstwem wszystkich zalotników odstrasza.
Don Pedro.  Byłaby doskonałą żoną dla Benedyka.
Leonato.  Panie! panie! po tygodniu małżeństwa zagadaliby się na waryatów.
Don Pedro.  Hrabio Klaudyo, kiedy zamyślasz stanąć u ołtarza?
Klaudyo.  Jutro, mój książę. Czas chodzi o kulach, póki miłość wszystkich obrzędów nie dopełni.
Leonato.  Nie, drogi mój synu, musisz czekać do przyszłego poniedziałku, to jest od dziś za tydzień; i to jeszcze czas za krótki, żeby wszystko po mojej myśli przygotować.
Don Pedro.  Potrząsasz, widzę, głową na tak długą zwlokę, ale bądź spokojny, mój Klaudyo, czas ten wesoło nam zbiegnie. Zamierzam w tym tygodniu dokonać jednej z prac Herkulesa, to jest przywalić Benedyka i Beatryxę górą wzajemnych afektów. Chciałbym skojarzyć to małżeństwo, i nie wątpię, że osiągnę cel, byleście wszyscy w pomoc mi przyszli i wiernie zlecenia moje wykonywali.
Leonato.  Jestem na twoje rozkazy, mój książę, choćby mnie to dziesięć bezsennych nocy kosztowało.
Klaudyo.  Ja także, mój książę.
Don Pedro.  A ty, piękna Hero?
Hero.  I ja też gotowa do wszelkiej uczciwej służby, byleby kuzynce mojej dobrego znaleźć męża.
Don Pedro.  Znam gorszych od Benedyka mężów, tę przynajmniej oddać mogę mu sprawiedliwość. Ze szlachetnej krwi pochodzi, męstwo jego niewątpliwe i wypróbowana uczciwość. Powiem ci, jakich trzeba użyć sposobów, żeby twoja kuzynka zakochała się w Benedyku, a ja, z was dwóch pomocą, tak uwikłam Benedyka, że mimo bystrości dowcipu i odrazy żołądka, przylgnie całą duszą do Beatryxy. Jeśli się nam to uda, Kupido nie będzie dłużej strzelcem; chwała jego na nas przejdzie, my tylko będziemy prawdziwymi bogami miłości. Pójdźcie tylko ze mną, a cały wam plan przedstawię. (Wychodzą).


SCENA II.
Inny pokój domu Leonata.
(Don Juan i Borachio).

Don Juan.  Wszystko ułożone; hrabia Klaudyo pojmuje córkę Leonata.
Borachio.  Prawda, panie; mogę jednak wszystkiemu przeszkodzić.
Don Juan.  Lada przeszkoda, lada zawada, lada przeciwność będzie dla mnie lekarstwem. Wstręt do tego człowieka jest moją chorobą; cokolwiek zabieży drogę jego życzeniom, usłuży moim. Jak możesz małżeństwu temu przeszkodzić?
Borachio.  Nie bardzo uczciwie, ale tak skrycie, że się na mnie żadna nieuczciwość nie pokaże.
Don Juan.  Opowiedz rzecz w kilku słowach.
Borachio.  Zdaje mi się, mój książę, że już ci powiedziałem rok temu, jak wysoko stoję w laskach Małgorzaty, panny pokojowej Hero.
Don Juan.  Przypominam sobie.
Borachio.  Mogę skłonić ją, żeby o jakiejkolwiek niestosownej godzinie nocy pokazała się w oknie sypialnego pokoju swej pani.
Don Juan.  Jaka w tem siła, żeby zabić małżeństwo?
Borachio.  Ty sam, panie, możesz potrzebną do tego truciznę zaprawić. Idź do księcia, twojego brata, nie omieszkaj mu powiedzieć, że honor swój pokrzywdził kojarząc małżeństwo sławnego Klaudya, którego dobre imię nie zaniedbaj stawić wysoko, z szurgotem tak jak Hero splamionym.
Don Juan.  Jakież dam mu tego dowody?
Borachio.  Dowody wystarczające, żeby oszukać księcia, dręczyć Klaudya, zgubić Hero i zabić Leonata. Czy jeszcze ci nie dosyć?
Don Juan.  Byle im dogryść, na wszystko jestem gotowy.
Borachio.  Śpiesz więc, panie. Znajdź stosowną godzinę do prywatnej rozmowy z Don Pedrem i hrabią Klaudyo; powiedz im, iż wiesz z pewnością, że Hero mnie kocha; udaj gorliwość tak w sprawie księcia jak Klaudya; oświadcz im, że odkrywasz prawdę przez wzgląd na honor brata, który to stadło skojarzył i na dobre imię przyjaciela, zagrożonego podstępami udanej skromności. Trudno, żeby uwierzyli bez dowodów; przyrzeknij dowody; powiedz, że mnie zobaczą w oknie jej sypialnego pokoju; w rzeczy samej usłyszą, jak Małgorzatę nazwę Hero, jak Małgorzata nazwie mnie Borachiem. Przyprowadź ich na to widowisko w nocy poprzedzającej ułożony ślub. Ja tymczasem tak nastroję rzeczy, że Hero nie będzie obecną, a dowody jej przeniewierstwa tak jasne się wydadzą, że podejrzenie stanie się pewnością i zerwą się wszystkie układy.
Don Juan.  Niech co chce się stanie, projekt twój wykonam. Użyj całej twojej przebiegłości w naszem przedsięwzięciu, a dostaniesz w nagrodę tysiąc dukatów.
Borachio.  Dotrwaj tylko, książę, w oskarżeniach, a ja nie powstydzę się mojej przebiegłości.
Don Juan.  Śpieszę wywiedzieć się o dniu ślubu. (Wychodzą).

SCENA III.
Ogród Leonata.
(Benedyk i Chłopiec).

Benedyk.  Chłopcze!
Chłopiec.  Panie!
Benedyk.  Na mojem oknie leży książka; przynieś mi ją tu do ogrodu.
Chłopiec.  Jestem już tu, panie.
Benedyk.  Wiem dobrze; ale życzeniem jest mojem, żebyś naprzód tam poszedł, a potem tu wrócił. (Wychodzi Chłopiec). Dziwna to rzecz jednak, że człowiek, który widzi dobrze, na jakiego wystawia się dudka jego sąsiad zakochany, naśmiawszy się serdecznie z cudzego szaleństwa, wystawia się sam na własne szyderstwo i szaleje z miłości. Takim właśnie człowiekiem jest Klaudyo. Pamiętam czasy, w których nie znał innej muzyki jak bęben i piszczałkę: teraz woli przysłuchiwać się bębenkowi i fletni. Pamiętam czasy, w których gotów był zrobić dziesięć mil piechotą, żeby zobaczyć dobrą zbroję: teraz przepędzi dziesięć nocy bezsennych, żeby wymyślić nowy krój kamizelki. Zwyczajem jego było mówić po prostu i do rzeczy, jak uczciwemu człowiekowi i żołnierzowi przystoi: teraz wyszedł na stylistę, słowa jego są ucztą fantastyczną, gdzie każdy wyraz dziwaczną przedstawia potrawę. Czy się i na mnie kiedy zmiana taka pokaże? czy i ja kiedyś takiemi patrzeć będę oczyma? Nie mogę powiedzieć, ale nie myślę. Nie chcę przysiądz, że miłość nie zrobi ze mnie ostrygi; ale przysięgam, że dopóki miłość ostrygi ze mnie nie zrobi, nigdy wprzódy na takiego dudka, mnie nie wystrychnie. Jedna kobieta jest piękna, ja zdrów przecie; inna znów mądra, ja zdrów przecie; inna znów cnotliwa, ja zdrów przecie; nie, dopóki wszystkie czary nie zbiorą się w jednej kobiecie, dopóty nie oczaruje mnie jedna kobieta. Musi ona być bogata, to nie podpada wątpliwości; mądra, lub nie chcę żadnej; cnotliwa, bo inaczej i targować jej nie myślę; piękna, inaczej bowiem spojrzeć nawet na nią nie chcę; łagodna, lub niech się do mnie nie zbliża; szlachetnego rodu, nie chcę jej inaczej, choćby była aniołem; do tego, musi być wymowna, doskonała muzykantka, a włosy jej będą miały kolor, jaki się Bogu podoba. Ha, książę i monsieur Miłość! Skryję się w altanie (wychodzi).

(Wchodzą: Don Pedro, Leonato i Klaudyo).

DonPedro.  Przychodzę słuchać; czy koncert gotowy?
Klaudyo.  Wszystko gotowe. Jak cichy jest wieczór!
Jakby harmonii dodać chciał uroku.
Don Pedro.  Czyś widział, gdzie się Benedyk nasz schronił?
Klaudyo.  Widziałem dobrze; jak się skończy koncert,
Łatwo złapiemy lisa w jego jamie.

(Wchodzi Baltazar z muzyką).

Don Pedro.  Dalej, Baltazar, powtórz nam piosenkę.
Baltazar.  Nie chciej, o panie, żebym lichym głosem
Dwa razy jedną szkalował melodyę.
Don Pedro.  To prawdziwego znakiem jest talentu
Poniżać słowem własną doskonałość.
Zaczynaj; dłuższych nie czekaj umizgów.
Baltazar.  Więc śpiewam, skoro o umizgach mowa;
Iluż kochanków zaczyna umizgi
Wiedząc, że panna umizgów niegodna,
Mimo tej wiedzy miłość jej przysięga!
Don Pedro.  Skończmy, lub jeśli chcesz rozprawiać dalej,
Notuj twe słowa.
Baltazar.  Zanotuj wprzód, panie,
Że niema nuty w wszystkich moich nutach
Godnej notaty.
Don Pedro.  Ten człowiek, jak widzę,
Wiązaną tylko zdolny mówić mową.
Zanotuj nuty, nutę i notaty. (Muzyka).

Benedyk  (na str.). Otóż i „pieśń niebieska“. Dusza jego ku niebu ulata. Czy to nie dziwna, że baranie kiszki wyciągają duszę z ludzkiego ciała? A gdy wszystko się skończy, zostaną tylko baranie rogi.

I.

Balt.  (śpiewa).O, przestań szlochać, moja niebogo,
Chłopiec był zawsze zwodnikiem;
Nogą na morzu, na lądzie nogą,
A wiary nie znajdziesz w nikiem.
Puść go, gdzie chce,
Osusz łzy twe,
Rozjaśnij myśli twych noc,
I gorzkie ho! i smutne he!
Przemień w wesołe hoc, hoc!

II.

Więc dosyć westchnień i dosyć żali,
Idź za radami mojemi;
Bo chłopcy zawsze, zawsze zdradzali
Od pierwszej wiosny na ziemi.

Puść go, gdzie chce,
Osusz łzy twe,
Rozjaśnij myśli twych noc
I gorzkie ho! i smutne he!
Przemień w wesołe hoc, hoc!

Don Pedro.  Na honor, doskonała piosenka.
Baltazar.  Ale zły śpiewak, mój książę.
Don Pedro.  Bynajmniej, bynajmniej; śpiewasz doskonale na amatora.
Benedyk  (na str.). Gdyby to był pies, a wył tak szkaradnie, powiesiłbym go na pierwszej gałęzi. Daj tylko Boże, żeby głos tak straszliwy nieszczęścia jakiego nie zapowiadał! Równie chętnie przysłuchiwałbym się hukaniom puszczyka, jakakolwiek spadłaby po tem na mnie klęska.
Don Pedro  (do Klaudya). Tak właśnie. (Do Baltazara) Słuchaj Baltazarze, wystaraj się o doskonałą muzykę, bo jutrzejszej nocy zamierzamy wydać serenadę pod oknami pokoju Hero.
Baltazar.  Zbiorę, co będę mógł najlepszego.
Don Pedro.  Zrób tak. Żegnam cię teraz. (Wychodzi Baltazar z muzyką). Zbliż się, Leonato. Czy nie mówiłeś przed chwilą, i że twoja synowicą Beatryx zakochała się w Benedyku?
Klaudyo  (na str. do Don Pedra). Posuwaj, posuwaj śmiało naprzód krowę, mój książę, zwierzyna siedzi w trawie. (Głośno) Nie przypuszczałem nigdy, aby taka wietrznica kochać mogła kogo.
Leonato.  I ja też nie przypuszczałem; lecz to najdziwniejsza, że zakochała się właśnie w Benedyku, do którego, sądząc z pozorów, zdawała się czuć niezwyciężoną odrazę.
Benedyk  (na str.). Czy być może? Czy naprawdę wiatr z tej wieje strony?
Leonato.  Wyznaję, mój książę, że nie wiem, co o tem myśleć; ale że kocha go z całem szaleństwem namiętności, to przechodzi wszelką wiarę.
Don Pedro.  Może też w końcu udaje tylko.
Klaudyo.  Takbym myślał.
Leonato.  Przez Boga! udaje? Nigdy udana namiętność nie była tak podobną do żywej namiętności jak ta, którą w niej widzę.
DonPedro.  W jakiż się sposób namiętność jej objawia?
Klaudyo  (na str.). Zanęć dobrze haczyk; niewątpliwie połknie go ryba.
Leonato.  Jak się objawia, mój książę? Będzie ci siedzieć — (Do Klaudya) Słyszałeś od mojej córki, jak będzie siedzieć.
Klaudyo.  Słyszałem.
DonPedro.  Jak? jak? powiedzcie mi, proszę. Rozbudziliście moją ciekawość. Mnie się zdawało, że duch jej był silniejszy od wszelkich napaści uczucia.
Leonato.  I ja także byłbym na to przysiągł, mój książę, zwłaszcza co do Benedyka.
Benedyk  (na str.). Myślałbym, że stroi ze mnie drwiny, gdyby nie jego biała broda: trudno, żeby szalbierstwo pod taką się kryło powagą.
Klaudyo  (na str.). Połknął. Wyciągaj!
DonPedro.  Czy dała poznać Benedykowi swoje uczucia?
Leonato.  Nie, i przysięga, że nigdy tego nie zrobi; to właśnie jest jej męczarnią.
Klaudyo.  Prawda, to własne są jej słowa: „mamże ja, co go tak często wzgardliwie przyjmowałam, pisać do niego teraz, że go kocham?“
Leonato.  Tak mówi, ilekroć pisać do niego się zabiera; bo co noc dwadzieścia razy wstaje i w koszuli przy biurku siedzi, aż całą kartę zapisze. Moja córka opowiadała mi to wszystko.
Klaudyo.  Teraz, gdy mówisz o karcie, przypominasz mi żarcik, który od twojej córki słyszałem.
Leonato.  O! — gdy skończyła kartę, córka moja powiedziała jej z uśmiechem: „Beatryx, jak widzę, kartuje się z Benedykiem“.
Klaudyo.  To właśnie.
Leonato.  I poszarpała natychmiast list na tysiąc kawałków; urąga się sama sobie, iż do tego stopnia jest nieskromną, że pisze do człowieka, o którym wie, że śmiać się z niej będzie. „Miarę o nim z siebie biorę, powtarza, a ja śmiałabym się z niego, gdyby do mnie pisał, tak jest, śmiałabym się, choć go kocham“.
Klaudyo.  A potem na kolana pada, płacze, szlocha, bije się w piersi, rwie sobie włosy, to modli się, to złorzeczy i woła: „o słodki Benedyk! o Boże, daj mi cierpliwość!“
Leonato.  Wszystko prawda, co do słowa, i ja wszystko to od mojej córki słyszałem. Egzaltacya jej do tego doszła stopnia, iż córka moja boi się czasami, żeby rozpacz nie przywiodła jej do samobójstwa.
Don Pedro.  Byłoby dobrze, żeby z was który uwiadomił o wszystkiem Benedyka, skoro ona sama nic powiedzieć mu nie chce.
Klaudyo.  A po co? Żeby sobie żarty stroił i utrapienia biednej dziewczyny powiększał? Don Pedro. Gdyby się tego dopuścił, powiesić go dobrym byłoby uczynkiem.
Beatryx  jest doskonała, słodka dziewczyna, a cnota jej nad wszelkie podejrzenie.
Klaudyo.  A do tego rzadka roztropność.
Don Pedro.  We wszystkiem, wyjąwszy tę miłość dla Benedyka.
Leonato.  Ach, mój książę, ilekroć roztropność i krew rozpoczną wojnę w tak delikatnem ciałeczku, mamy dziewięć dowodów przeciw jednemu, że krew odniesie zwycięstwo. Żal mi jej, a mam do tego słuszne powody, bo jestem jej wujem i opiekunem.
Don Pedro.  Pragnąłbym z całej duszy, żeby dla mnie miłością tą pałała, rzuciłbym na bok wszystkie inne względy i zrobiłbym z niej drugą samego siebie połowę. Proszę cię, powiedz o wszystkiem Benedykowi; zobaczymy, co ci odpowie.
Leonato.  Czy sądzisz mój książę, że się to na co przyda? Klaudyo. Hero lęka się bardzo o jej życie. Beatryx powtarza, że umrze, jeśli jej Benedyk nie kocha, a woli umrzeć raczej, niż mu swoją miłość wyjawić; a gdyby się nawet on sam z miłością oświadczył, woli umrzeć raczej, niż na jotę od dawnych kaprysów odstąpić.
Don Pedro.  Dobrze robi. Gdyby mu oświadczyła się z miłością, bardzo być może, żeby ją odrzucił z pogardą, bo wiecie dobrze, że wzgardliwy ma charakter.
Klaudyo.  Zresztą, jest to człowiek niepospolity.
Don Pedro.  Zgadzam się, że ma powierzchowność ujmującą.
Klaudyo.  O ile mi się zdaje, pełen jest dowcipu.
Don Pedro.  Prawda, że sypie czasami iskry, które wyglądają na dowcip.
Leonato.  A zdaje mi się, że jest waleczny.
Don Pedro.  Jak Hektor, wierzaj mojemu słowu; a do tego w załatwianiu zwad niepospolitą objawia roztropność, tak że albo unika ich z wielką dyskrecyą, albo je podejmuje z chrześcijańską obawą.
Leonato.  Jeśli ma bojaźń bożą, powinnością jest jego strzedz pokoju; a jeśli pokój kłóci, powinnością jest jego podejmować zwadę z obawą i drżeniem.
Don Pedro.  Tak właśnie postępuje, bo boi się Boga, choć często, swawolnym żartem, wątpić o tem pozwala. Ale wracając do rzeczy, ubolewam nad losem twojej synowicy. Mamyż pójść do Benedyka i powiedzieć mu o jej miłości?
Klaudyo.  Nigdy, nigdy, mój książę; niech czas i dobra rada miłość jej zużyją.
Leonato.  To być nie może; wprzódy serce się jej zużyje.
Don Pedro.  Wysłuchajmy wprzódy, co nam nowego córka twoja powie; niech czas zapał ten ostudzi. Kocham serdecznie Benedyka i pragnąłbym, żeby skromnie sam się ocenił i doszedł do przekonania, jak jest niegodny tak dobrej żony.
Leonato.  Racz, książę, wejść do sali, obiad już gotowy.
Klaudyo  (na str.). Jeśli teraz gorącą nie zapali się do niej miłością, przestanę ufać własnemu sądowi na przyszłość.
Don Pedro  (na str.). Podobną sieć załóżmy teraz na nią; będzie to sprawa twojej córki i jej pokojowej. Zabawna rzecz będzie, jak jedno uwierzy w gorącą miłość drugiego, a wszystko będzie zmyśleniem. Wyborną zobaczymy komedyę, całą w pantominach. Wyślemy ją, żeby go zawołała na obiad.

(Wychodzą: Don Pedro, Leonato i Klaudyo).

Benedyk  (wychodząc z altany). To nie mogą być żarty; cała rozmowa zbyt się poważnie toczyła. O prawdzie dowiedzieli się od Hero. Zdają się litować nad panną, której miłość dosięgła szczytu. Kocha mnie. Miłość należy odpłacić miłością. Słyszałem, jak snrowo mnie sądzą: utrzymują, że nadmę się pychą, skoro spostrzegę miłość jej ku sobie; dodają, że ona woli umrzeć, niż dać najmniejszy znak przywiązania. Nie myślałem nigdy o małżeństwie — nie pokażę pychy. — Szczęśliwy, kto usłyszy, jakie ma wady i poprawić się z nich może! Mówią, że panna jest piękna, to prawda, i ja mogę im za świadka służyć; i cnotliwa, niema wątpliwości, nikt temu zaprzeczyć się nie odważy; i roztropna, wyjąwszy tę ku mnie miłość. Na honor, jeśli to nie dowodzi jej rozumu, to przynajmniej nie będzie wielkim dowodem jej szaleństwa, bo się okrutnie w niej zakocham. Być może, że mi wypadnie nieraz biegać przez rózgi resztek starych konceptów dlatego, że tak długo szydziłem z małżeństwa. Ale czy gust się nie zmienia? Człowiek lubi w młodości potrawę, której znieść nie może w podeszłym wieku. Mająż żarty i sentencye i papierowe gałki dowcipu odstraszyć człowieka od wykonania swoich postanowień? Nie, nigdy. Trzeba świat zaludnić. Kiedy mówiłem, że umrę kawalerem, nie myślałem, że dożyję dnia, w którym pojmę żonę. Właśnie zbliża się Beatryx. Na światło dzienne, piękna z niej dziewka! Dostrzegam na jej twarzy pewne ślady miłości. (Wchodzi Beatryx).
Beatryx.  Mimo mej woli wysłano mnie, żeby was zawołać na obiad.
Benedyk.  Piękna Beatryx, dziękuję ci za twoją fatygę.
Beatryx.  Nie więcej zadałam sobie fatygi, żeby na to podziękowanie zasłużyć, niż wy sobie zadajecie, żeby mi dziękować. Gdyby to było fatygą, nie byłabym przyszła.
Benedyk.  Więc znalazłaś przyjemność w twojem poselstwie?
Beatryx.  Tyle właśnie, ile się zmieści na końcu waszego noża; to nie udusiłoby i kawki. Jeśli nie jesteście głodni, żegnam was, signor Benedyku (wychodzi).
Benedyk.  Ha! „Mimo mej woli wysłano mnie, żeby was zawołać na obiadu. Podwójny jest sens w tych wyrazach. „Nie więcej zadałam sobie fatygi, żeby na to podziękowanie zasłużyć, niż wy sobie zadajecie, żeby mi dziękować“. To tak dobrze, jakgdyby powiedziała: Wszelka fatyga, którą sobie dla ciebie zadaję, jest mi tak łatwa, jak podziękowanie. Jeśli się nad nią nie ulituję, jestem hultaj; jeśli jej nie kocham, jestem żyd. Pójdę wystarać się o jej portret (wychodzi).


AKT TRZECI.
SCENA I.
Ogród Leonata.
(Hero, Małgorzata i Urszula).

Hero.  Pospiesz do sali, dobra Małgorzato,
Znajdziesz tam moją kuzynkę Beatryx,
Księcia i Klaudya, toczących rozmowy;
Szepnij jej w ucho, że ja i Urszula
Mówimy o niej, chodząc po ogrodzie,
Jak wnosisz z tego, co mogłaś podsłuchać.
Radź, niech się z cicha wkradnie do altany,
Do której zajrzeć słońcu nie dozwala
Wiciokrzew, słońca łaską wybujały,
Jak dworak pańską nadęty dobrocią,
Obraca wkońcu siłę tak nabytą
Przeciw potędze, co ją wykarmiła.
Tam skryta niechaj rozmów naszych słucha.
To twe poselstwo, spraw się tylko dobrze.
Opuść nas teraz.
Małgorz.  Zaręczam ci, pani, że ją tu przyprowadzę natychmiast.

(Wychodzi).

Hero.  Teraz, Urszulo, gdy Beatryx przyjdzie,
My się będziemy przechadzać w alei,

O Benedyku poważnie rozprawiać;
Ilekroć razy wspomnę jego imię,
Chwal go, jak jeszcze nikt nie był chwalony.
Moją jest rzeczą mówić, jak Benedyk
Namiętną ku niej zapłonął miłością;
Bo z tego drewna są Kupida strzały,
Tylko przez ucho wlatują do serca.

(Wchodzi Beatryx z tyłu).

Zaczynaj; widzisz, wbiegła już Beatryx,
Lotna jak czajka, ziemię tylko muska.
I do altany podsłuchać nas spieszy.
Urszula.  Pierwszą rozkoszą rybaka, gdy ryba
Szybuje w srebrnej fali złotem wiosłem,
Łakomo haczyk zdradliwy połyka.
I my tak chcemy Beatryx ułowić.
Róż jerychońskich już ją skryły wieńce.
Co do mej roli, bądź spokojną, pani.
Hero.  Więc się podsuńmy, żeby nie straciła
Jednej słodyczy zdradliwej ponęty.

(Zbliżają się ku altanie).

Nie, ona bowiem nadto jest wzgardliwa;
Duch jej tak dziki, tak nieugłaskany,
Jak dziki sokół na samotnej skale.
Urszula.  Ale czy tylko pewna jesteś, pani,
Że ją Benedyk tak serdecznie kocha?
Hero.  Tak mówi książę i mój narzeczony.
Urszula.  Czy ci radzili napomknąć jej o tera?
Hero.  Prosili o to długo i natrętnie,
Lecz ja odrzekłam: jeśli go kochacie,
Radźcie mu, niechaj walczy z namiętnością,
Niech o niej nigdy Beatryx nie słyszy.
Urszula.  Dlaczego, pani? Czyż szlachcic ten młody
Nie wart jest szczęścia, nie wart jest fortuny,
Którą Beatryx przyniesie mężowi?
Hero.  Boże miłości! on godny wszystkiego,
Co żona przynieść może małżonkowi:
Lecz nigdy w piersiach kobiety natura
Nie ulepiła dumniejszego serca.

Pogarda w każdem wejrzeniu jej błyska,
Pogardza wszystkiem, na co spojrzeć raczy;
O swym dowcipie tak wysoko tuszy,
Że wszystko dla niej liche i ubogie,
A tak jest sama w sobie zakochana,
Że miłość żadna i żadne uczucie
Nie znajdzie do niej przystępu.
Urszula.  To prawda.
Więc lepiej pokryć wszystko tajemnicą,
Aby ze szczerych nie szydziła uczuć.
Hero.  Zgadzam się z tobą, bo nie żyje człowiek,
Jakkolwiek piękny, szlachetny i mądry,
Ażeby o nim na wspak nie czytała:
Bo jeśli biały jest i jasnowłosy,
Przysięga, że on siostrą jej być winien;
Jeżeli śniady, to matka natura
Na strach czarnego stworzyła cudaka;
Jeśli wysoki, to niezgrabna dzida;
Nizki, to agat niegodziwie rznięty;
Mowny, to kurek z wiatrem się kręcący;
Cichy, to klocek bez życia i czucia;
I tak każdego nicuje człowieka,
A nigdy prawdzie i cnocie nie odda
Pochwał, w prostocie ducha zasłużonych.
Urszula.  Trudno nie ganić takiej złośliwości.
Hero.  O, bez wątpienia, nie podobna chwalić
Tyle dziwactwa i śmiesznych przywidzeń.
Lecz któż z nią o tem mówić się odważy?
Gdybym jej o tem pisnęła choć słowo,
Wiem, żeby ze mnie wyśmiała mą duszę
I zadusiła pod przekąsów stosem.
Niech więc Benedyk, jak ukryty ogień,
Wśród cichych westchnień sam w sobie się trawi.
Lepiej tak umrzeć, niż umrzeć z szyderstwa;
Śmierć to okrutna, jak śmierć z łaskotania.
Urszula.  Mów z nią jednakże, zobaczym, co powie.
Hero.  Nie, wolę raczej pójść do Benedyka,
Radzić, niech mężnie walczy z namiętnością.

Uczciwą potwarz w potrzebie wynajdę,
By rzucić plamę na kuzynki imię;
Nikt nie wie, ile zatruć miłość może
Złe jedno słowo, powiedziane w porę.
Urszula.  O, nie, kuzynce nie rób takiej krzywdy!
Jeśli jej rozum i dowcip jej, pani,
Takie są bystre, jak to mówią ludzie,
To niepodobna, by chciała odrzucić
Tak rzadkich zasług młodego szlachcica.
Hero.  On pierwszy człowiek, jak szerokie Włochy,
Zawsze z wyjątkiem drogiego mi Klaudya.
Urszula.  Niechaj cię, pani, szczerość ma nie gniewa,
Ale Benedyk pierwsze trzyma miejsce
Co do urody, męstwa i wymowy.
Hero.  Prawda, że imię jego wszędzie słynne.
Urszula.  A na tę słynność uczciwie zarobił. —
A twoje, pani, na kiedy zamęźcie?
Hero.  Jutro, jak myślę. Lecz chodź teraz ze mną,
Chcę ci pokazać i pytać o radę,
W czem mi do twarzy będzie jak najlepiej.
Urszula  (na str.). Ręczę ci, pani, żeśmy ją złapały.
Hero.  Więc miłość trafem, gdy ślepe pacholę
Tych w potrzask łapie, tamtych strzałą kole.

(Wychodzą: Hero i Urszula).

Beatryx  (wych. z altany). Co mi tak w uszach dzwoni? co za słowa?
Tak mnie o dumę świat pomawia cały?
Dziewicza dumo, na wieki bądź zdrowa!
Żegnam cię, wzgardo! niema z tobą chwały.
Kochaj mnie! miłość na miłość odpowie;
Kochającemu ugnę dumne serce;
Kochaj! a wkrótce wierni kochankowie
Pospieszą wspólnie na ślubne kobierce.
Świat cały godnym cię ręki mej sądzi,
A i ja wierzę, że świat w tem nie błądzi.

(Wychodzi).

SCENA II.
Pokój w domu Leonata.
(Don Pedro, Klaudyo, Benedyk i Leonato).

Don Pedro.  Zostanę tu tylko do dnia twojego ślubu, a potem pospieszę do Aragonu.
Klaudyo.  Odprowadzę cię, książę, jeżeli raczysz mi pozwolić.
Don Pedro.  Nie, nie chcę tak zaćmiewać blasku pierwszych dni twojego małżeństwa; to byłoby tak okrutnie, jak pokazać dziecku nową sukienkę, a wdziać mu ją zabronić. Odważę się tylko zabrać z sobą Benedyka, bo on, to wesele od czupryny do podeszwy. On już dwa lub trzy razy przeciął cięciwę Kupidyna, tak że mały łotrzyk nie śmie już strzelać do niego. U niego dusza dźwięczna jak dzwon, którego sercem jest język, bo co dusza myśli, język wypowiada.
Benedyk.  Panowie, nie jestem już, jak byłem.
Leonato.  Potwierdzam wyznanie, bo zdaje mi się, że od pewnego czasu jesteś smutniejszy.
Klaudyo.  Zdaje mi się, że się zakochał.
Don Pedro.  Co? ten wietrznik? Onby się prędzej dał powiesić. Niema w nim jednej krwi kropelki, zdolnej uczuć prawdziwą miłość. Jeśli jest smutny, to mu pewno zabrakło pieniędzy.
Benedyk.  Ząb mnie boli.
Don Pedro.  To go wyrwij.
Benedyk.  Bies po nim!
Klaudyo.  Wyrwij go przody, a potem rzuć do biesa.
Don Pedro.  Jakto, wzdychasz dla bólu zęba?
Leonato.  W którym są humory, albo może robak.
Benedyk.  Wolne żarty. Łatwo panować nad boleścią, której nie czujemy.
Klaudyo.  Ja powtarzam: on się zakochał.
Don Pedro.  To chyba w oryginalnem jakiem przebraniu; żeby naprzykład dziś był Holendrem, jutro Francuzem, albo naraz dwukrajowcem naprzykład Niemcem od stóp do pasa, cały w pludrach, a Hiszpanem od pasa w górę, w spencereczku. Jeśli się nie zakochał w tych błazeństwach, co przypuszczam, to nie spodziewam się, aby się wystrychnął na błazna z zakochania, jak to w niego chcecie wmówić.
Klaudyo.  Jeśli nie jest zakochany w kobiecie, to trzeba przestać wierzyć w stare znaki. Co rano daje szczotką barwę kapeluszowi: co to ma znaczyć?
Don Pedro.  Czy go kto widział u balwierza?
Klaudyo.  Nie, ale widziano u niego balwierskiego czeladnika; a stara ozdoba jego twarzy poszła już na kłaki do piłki.
Leonato.  Wyznać trzeba, że wygląda młodziej po stracie brody.
Don Pedro.  A do tego piżmuje się. Czy go zwąchałeś teraz?
Klaudyo.  To się znaczy wyraźnie: zakochał się słodki panicz.
DonPedro.  A najlepszym tego dowodem jest jego melancholia.
Klaudyo.  A kiedyż to myć twarz było jego zwyczajem?
Don Pedro.  Lub malować się nawet, jak mi to o nim powiadano.
Klaudyo.  A umysł jego wesoły, który teraz przemienił się na strunę gitary tylko miłosne brzęczącą piosenki?
Don Pedro.  Wszystko to ciężkie daje przeciw niemu świadectwo; koniec końców, zakochał się.
Klaudyo.  A ja nawet wiem, kto go kocha.
Don Pedro.  I jabym chciał wiedzieć; o zakład, jakaś biedaczka, która go nie zna.
Klaudyo.  Przeciwnie, zna wszystkie jego przywary, a na przekór wszystkiemu, umiera dla niego.
Don Pedro.  Pochowamy ją twarzą ku niebu.
Benedyk.  Ale to wszystko nie leczy bólu zębów. Stary panie, racz pójść ze mną na stronę, mam ci ośm lub dziewięć mądrych słów do powiedzenia, a nie chciałbym, żeby je te lale słyszały.

(Wychodzą: Benedyk i Leonato).

Don Pedro.  Stawiam szyję, że wyprowadził go, aby mu się oświadczyć z miłością do Beatryxy.
Klaudyo.  Tak sądzę. Tymczasem Hero i Małgorzata odegrały już zapewne swoją sztukę z Beatryxą, a dwa niedźwiedzie nie będą się kąsać, gdy się spotkają.

(Wchodzi Don Juan).

Don Juan.  Panie mój i bracie. Bóg z tobą!
Don Pedro.  Dobry wieczór, bracie.
Don Juan.  Jeśli ci czas pozwala, miałbym kilka słów do powiedzenia.
Don Pedro.  Prywatnie?
Don Juan.  Jeśli łaska? Hrabia Klaudyo jednak może być świadkiem rozmowy, bo co mam powiedzieć, dotyczy się jego osoby.
Don Pedro.  O co tu chodzi?
Don Juan  (do Klaudyo). Czy zawsze twoją jest myślą, hrabio, jutro pojąć żonę?
Don Pedro.  Wiesz o tem dobrze.
Don Juan.  Nie wiem o tem wcale, jeśli on wie to, co ja wiem teraz.
Klaudyo.  Jeśli są jakie przeszkody, proszę cię, panie, daj mi je poznać?
Don Juan.  Może przypuszczasz, hrabio, że cię nie kocham; czas lepiej to pokaże; tymczasem sądź o mnie łaskawiej przez wzgląd na rzeczy, które ci wyjawię. Co do mojego brata, przypuszczam, że wysoko cię ceni, że tylko uczuciem przyjaźni kierowany dopomógł ci do zawarcia zbliżającego się małżeństwa. Zmarnowane zabiegi i praca źle użyta!
Klaudyo.  Co to wszystko znaczy?
Don Juan.  Wytłómaczyć to przychodzę. Żeby niepotrzebne skrócić wywody, bo zbyt długo już o tem mówimy, — twoja narzeczona jest wiarołomna.
Klaudyo.  Kto? Hero?
Don Juan.  Ona właśnie. Hero Leonata, Hero twoja, Hero wszystkich.
Klaudyo.  Wiarołomna?
Don Juan.  Wyraz za dobry na odmalowanie całej jej szkarady; mógłbym powiedzieć co gorszego. Wymyśl gorszą nazwę, a użyję jej bez wahania. Nie dziw się, póki ci nie dam lepszych dowodów. Chodź ze mną tej nocy, a zobaczysz wkradającego się gacha przez okno do jej pokoju, tej właśnie nocy, w wilię zamęźcia. Jeśli jeszcze po tem kochać ją będziesz, pojmij ją jutro, choćby może lepiej przystało twojemu honorowi zmienić postanowienie.
Klaudyo.  Czy to być może?
Don Pedro.  Nie wierzę ani słowa.
Don Juan.  Jeśli nie macie serca własnym wierzyć oczom, zaprzeczcie wszystkiemu, co wiecie. Chodźcie tylko ze mną, a pokażę wam dosyć. Gdy zobaczycie więcej i usłyszycie więcej, zrobicie, co okoliczność poradzi.
Klaudyo.  Jeśli zobaczę tej nocy rzeczy, które mi pojąć jej za żonę nie dozwolą, w kościele, w którym zaślubić ją miałem, zawstydzę ją w przytomności wszystkich.
Don Pedro.  A ja, jak starałem się dla ciebie o jej rękę, tak razem z tobą przed światem jej bezecność ogłoszę.
Don Juan.  Nie chcę jej więcej osławiać, dopóki nie będziecie moimi świadkami. Czekajcie nocy cierpliwie, a wnet skutek wykryje prawdę.
Don Pedro.  O, dniu tak boleśnie zakończony!
Klaudyo.  O, przeszkodo tak dziwnie odkryta!
Don Juan.  O, hańbo, tak szczęśliwie usunięta! To będą wasze słowa, gdy zobaczycie koniec. (Wychodzą).

SCENA III.
Ulica.
(Ciarka, Kwasek i Straż).

Ciarka.  Czy wy uczciwi ludzie i wierni?
Kwasek.  Niewątpliwie, gdyby tak nie było, naraziliby zbawienie duszy i ciała.
Ciarka.  A i to jeszcze byłoby za łaskawą dla nich karą, gdyby mieli w sobie okruszynę maństwa jako wybrani na straż książęcą.
Kwasek.  Powiedz im teraz, jaka ma być ich służba, sąsiedzie Ciarko?
Ciarka.  A naprzód, który wam się zdaje najakuratniejszy na sierżanta?
1 Strażn.  Maciek Owsik, panie poruczniku, albo Jura Węgielek, oba umieją czytać i pisać.
Ciarka.  Zbliż się sąsiedzie Węgielku. Bóg pobłogosławił ci pięknem nazwiskiem. Urodziwość, to dar fortuny; lecz czytanie i pisanie idą z przyrodzenia.
2 Strażn.  Jedno i drugie, panie poruczniku —
Ciarka.  Posiadasz; wiedziałem, że tak odpowiesz. Więc dobrze, co do urody, dziękuj za nią Panu Bogu, a nie dmij się z niej wcale; co do czytania i pisania, pokaż twój talent, gdzie nie będzie trzeba takiej próżności. Zdaniem wszystkich tu przytomnych, masz najmniej sensu w głowie, a więc najlepszy jesteś na sierżanta straży, weź więc tę latarkę. Słuchaj teraz, jaki twój urząd: przyaresztujesz wszystkich włóczykijów, a do każdego przechodzącego zawołasz w imię księcia: stój!
2 Strażn.  A jak nie stanie?
Ciarka.  Nie zważaj na to wcale, niech sobie idzie, a zaraz potem zwołaj resztę straży i podziękuj Bogu, że cię od opryszka uratował.
Kwasek.  Jeśli nie stanie na rozkaz, to nie jest książęcy poddany.
Ciarka.  Oczywista, a wy macie do czynienia tylko z książęcymi poddanymi? Nie będziecie także robili żadnego hałasu na ulicy, bo gdy straż paple i rozmawia, to rzecz znośna i nio do wytrzymania.
2 Strażn.  Wolimy spać niż paplać; znamy dobrze powinność straży.
Ciarka.  Mówisz jak stary stróż i doświadczony. Nie widzę, coby złego być mogło w spaniu; miejcie tylko baczność, żeby wam halabard nie skradziono. Następnie zajrzycie do wszystkich szynkowni, a gdy znajdziecie pijanych, każecie im natychmiast pójść do łóżka.
2 Strażn.  A jeśli nie zechcą?
Ciarka.  To zostaw ich w pokoju, póki nie wytrzeźwieją, a jeśli i wtedy nawet nie dadzą ci przyzwoitszej odpowiedzi, będziesz mógł śmiało powiedzieć, że to nie są ludzie, za jakich ich wziąłeś.
2 Strażn.  Bardzo dobrze, panie poruczniku.
Ciarka.  Jeśli spotkasz złodzieja, możesz go podejrzewać mocą twojego urzędu, że to człowiek nieuczciwy, a z takiego rodzaju ludźmi im mniej masz do czynienia) tem lepiej dla twojej uczciwości.
2 Strażn.  Ale jeśli wiemy z pewnością, że to złodziej, czy nie należałoby go przyaresztować?
Ciarka.  Bez wątpienia, twój urząd daje ci do tego prawo, ale mojem zdaniem, kto się smoły tyka, smołą trąci. Najspokojniejszy dla ciebie środek, gdy złapiesz złodzieja, jest zażądać, żeby się wylegitymował, kim jest, a potem dać mu sposobność wasze towarzystwo ukradkiem opuścić.
Kwasek.  Zawsze uchodziłeś za miłosiernego człowieka, mój kolego.
Ciarka.  To prawda, żebym dobrowolnie psa nie powiesił, a dopieroż człowieka, mającego choć odrobinę uczciwości.
Kwasek.  Jeśli usłyszycie dziecko kwilące wśród nocy, powinnością waszą obudzić mamkę, żeby je ukołysała.
2 Strażn.  A jeśli mamka śpi twardo i nie usłyszy?
Ciarka.  To idźcie dalej w pokoju, niech ją samo dziecko płaczem rozbudzi; bo owca, co nie usłyszy beku swego jagnięcia, nie odpowie zapewne na ryk cielątka.
Kwasek.  Wielka prawda.
Ciarka.  Tu koniec waszych powinności. Ty, sierżancie, reprezentujesz własną, dostojną książęcą osobę: jeśli podczas nocy spotkasz samego księcia, masz prawo go przyaresztować.
Kwasek.  Nie, na Matkę Boską; nie ma do tego prawa.
Ciarka.  O zakład pięć złotych przeciwko złotówce z każdym znającym dobrze prawo, że ma prawo przyaresztować: rozumie się, że nie ma prawa, jeśli nie ma książęcego przyzwolenia, bo straż nie powinna krzywdzić nikogo, a aresztować człowieka bez jego woli jest krzywdą człowieka.
Kwasek.  Na Matkę Boską, i ja tak myślę.
Ciarka.  Ha, ha, ha! Więc dobrze, mości panowie, dobranoc! Jeśli się zdarzy co ważnego, zawołajcie mnie. Słuchaj dobrej rady przyjaciół i twojej własnej i dobranoc! Sąsiedzie, idźmy.
2 Strażn.  Tak więc, koledzy, znamy naszą powinność. Siądźmy tu na tej kościelnej ławie i czekajmy drugiej, a potem — wszyscy do łóżka!
Ciarka.  Jeszcze słowo, zacni sąsiedzi. Proszę was, miejcie oko na drzwi Leonata, bo z powodu jutrzejszego wesela wielki tam harmider tej nocy. Żegnam was teraz, a zalecam czujność.

(Wychodzą: Ciarka i Kwasek. — Wchodzą: Borachio i Konrad).

Borachio.  Hej, Konrad!
Strażnik  (na str.). Cicho, nie ruszajcie się!
Borachio.  Konrad!
Konrad.  Czego wrzeszczysz, człowieku? Jestem ci pod bokiem.
Borachio.  Ach, to dlatego tak mnie swędziały boki; myślałem, że się zaraziłem świerzbą.
Konrad.  Winienem ci na to odpowiedź. Na teraz jednak ciągnij dalej twoją powieść.
Borachio.  Schroń się więc ze mną pod tę okapę, bo mży, a ja, jak dobry pijak, opowiem ci wszystko.
Strażnik  (na str.). Jakaś zdrada, mości panowie, miejmy się na baczności.
Borachio.  Wiedz przedewszystkiem, że zarobiłem u Don Juana na tysiąc dukatów.
Konrad.  Czy może być tak drogie hultajstwo?
Borachio.  Pytaj raczej, czy może być tak bogaty hultaj, bo kiedy bogatemu hultajowi trzeba ubogiego hultaja, to ubogi hultaj może naznaczyć cenę, jak chce, wysoką.
Konrad.  Zadziwiasz mnie.
Borachio.  Co mi dowodzi, że jeszcze jesteś zielony. Wiesz przynajmniej, że moda kamizelki, kapelusza lub płaszcza nie przydaje nic człowiekowi.
Konrad.  Wiem, to tylko pokrycie.
Borachio.  Mówię o modzie.
Konrad.  Tak, moda jest to moda.
Borachio.  Pleciesz. Mógłbym równie dobrze powiedzieć, dudek jest to dudek. Lecz czy nie spostrzegasz, co to za maszkara złodziej jest ta moda?
Strażnik  (na str.). Znam tego Maszkarę, to złodziej od siedmiu lat sławny, przechodzi się po ulicach jak szlachcic, przypominam sobie jego nazwisko.
Borachio.  Czy nic nie słyszałeś?
Konrad.  Nic wcale, tylko skrzypienie chorągiewki na dachu tej kamienicy.
Borachio.  Czy nie postrzegasz, powtarzam, co za maszkara złodziej jest ta moda? czy nie spostrzegasz, jak zawraca wszystkie gorące głowy między czternastym a trzydziestym piątym rokiem życia? Raz ubiera ich jak żołnierzy Faraona na zakopconym obrazie, to znowu jak kapłanów boga Belusa na oknach starego kościoła, to znowu jak Herkulesa na zabrukanem, od molów zjedzonem obiciu, gdzie jego lampasy tak potężne jak jego maczuga.
Konrad.  Widzę to wszystko, i widzę, że moda zużywa więcej odzienia niż człowiek. Ale czy i tobie także moda głowy nie zawróciła, gdy z twojej powieści nie wiem, jak zaszedłeś do rozprawy o modzie?
Borachio.  Bynajmniej. Wiedz zatem, że tej nocy stroiłem koperczaki do pokojowej Hero Małgorzaty pod imieniem Hero. Wychyla się do mnie przez okno swej pani i tysiąc razy mi powtarza: dobranoc! Ale wszystko mieszam jak groch z kapustą. Należało mi przedewszystkiem powiedzieć ci, jak książę, Klaudyo i pan mój postawieni, zasadzeni i uprzedzeni przez mojego pana Don Juana widzieli zdała w ogrodzie przyjemne to spotkanie.
Konrad.  I myśleli, że Małgorzata była Hero?
Borachio.  Dwóch przynajmniej tak myślało: książę i Klaudyo, choć dyabeł ten, pan mój, dobrze wiedział, że to Małgorzata. Tak więc oszukany to przysięgami, któremi poprzednio mój pan ich odurzył, to ciemną nocą, która ich zwodziła, to nakoniec i głównie mojem hultajstwem, stwierdzającem wszystkie mojego pana potwarze, Klaudyo wybiegł wściekły, przysiągł, że wedle umowy stawi się w kościele następnego rana, a tam, w przytomności całego zebrania, powie na wstyd jej, co widział tej nocy i odeśle ją do domu bez męża.
1 Strażn.  W imieniu księcia rozkazuję ci, stój!
2 Strażn.  Zawołać samego sierżanta; odkryliśmy tu najniebezpieczniejszą sztukę wszeteczeństwa, która się kiedykolwiek pokazała w rzeczypospolitej.
1 Strażn.  A niejaki Maszkara jest w ich liczbie, poznałem go po puklu.
Konrad.  Panowie! panowie!
2 Strażn.  Będziesz musiał stawić przed trybunał Maszkarę, zaręczam.
Konrad.  Panowie!
1 Strażn.  Ani słowa więcej! Rozkazuję ci, żebyśmy cię słuchali i poszli z tobą na odwach.
Borachio.  Coś mi się zdaje, żeśmy się w dyablą dostali tarapatę, skoro nas wzięli między swoje kije.
Konrad.  I mnie się tak zdaje. Idźmy, jesteśmy na wasze rozkazy. (Wychodzą).

SCENA IV.
Pokój w domu Leonata.
(Hero, Małgorzata i Urszula).

Hero.  Dobra Urszulo, obudź moją kuzynkę Beatryx i proś ją, żeby wstała.
Urszula.  Idę, pani.
Hero.  Powiedz jej, że czekam tu na nią.
Urszula.  Dobrze (wychodzi).
Małgorz.  Zdaje mi się, pani, że druga kryza lepiej ci do twarzy.
Hero.  Nie, Małgorzato, tę wezmę.
Małgorz.  A jednak zaręczam, że tamta piękniejsza; o zakład, że kuzynka pani powie to samo.
Hero.  Mojej kuzynce, jak tobie, w głowie się przewróciło. Tę wezmę, nie chcę innej.
Małgorz.  Fryzura twoja, pani, nadzwyczaj mi się podoba, gdyby tylko włosy okruszynę były ciemniejsze. Suknia także w najlepszym jest smaku. Widziałam suknię księżniczki medyolańskiej, którą tak przechwalono.
Hero.  Zgadzają się wszyscy, że była nieporównanej piękności.
Małgorz.  A ja utrzymuję, pani, że przy twojej ledwo na szlafroczek wygląda. Złota materya, z rozporkami i srebrną lamówką; rzędy pereł wzdłuż spadających rękawów; spódniczka bramowana u dołu błękitną brokatelą; ale co do poprawności, gustu, wdzięku, świeżości i nowości kroju, nie wzięłabym takich dziesięć za twoją jedną, pani.
Hero.  Daj Boże, abym ją nosiła z weselem, bo bardzo mi ciężko na sercu.
Małgorz.  Wkrótce, pani, będzie ci na niem ciężej o całą wagę męża.
Hero.  Fe, nie mów tego! czy ty wstydu nie masz?
Małgorz.  I czegóż mam się wstydzić, pani, gdy mówię uczciwie? Alboż małżeństwo nie jest uczciwą rzeczą nawet w żebraku? Alboż twój mąż niejest uczciwy bez małżeństwa? Zapewne chciałabyś, pani, abym mówiła, z przeproszeniem, nie mąż, lecz małżonek. Jeśli zła myśl nie przekręci uczciwego słowa, nie obrażę nikogo. Co jest w tem złego: ciężej o wagę małżonka? Nic złego, gdy mowa o prawym małżonku i prawej żonie, bo w przeciwnym razie nie za ciężkie lecz za lekkie byłoby serce. Spytaj zresztą, pani, twojej kuzynki Beatryxy, bo widzę, że nadchodzi.

(Wchodzi Beatryx).

Hero.  Dzień dobry, kuzynko.
Beatryx.  Dzień dobry, słodka Hero.
Hero.  A to co się znaczy? Skąd ton ten płaczliwy?
Beatryx.  Coś mi się wszystko zdaje, że mi tylko ten jeden ton został.
Małgorz.  Zanuć nam tylko, pani: „Lekka miłość“, obejdzie się bez muzykantów, śpiewaj tylko, ja będę tańcować.
Beatryx.  Strzeż się tylko, żeby „Lekka miłość“ w piętach nie dała ci w prezencie ciężaru gdzieindziej.
Małgorz.  Co za przewrotne tłómaczenie! Ale wszystko przeskoczę.
Beatryx.  Już prawie piąta, kuzynko, czas zabrać się do toalety. Ale prawdziwie, nadzwyczaj mi słabo. O!
Małgorz.  Dla kogoż to O! głębokie? Dla oczu, ołtarza, czy obojga?
Beatryx.  Dla litery, co je wszystkie zaczyna, dla O!
Małgorz.  To wyznać trzeba, pani, że jeśli nie zostałaś Turczynką, nie można dłużej wierzyć gwiazdom w żegludze.
Beatryx.  Co ta waryatka chce powiedzieć?
Małgorz.  Ja? nic wcale; ja tylko proszę Boga, żeby dal każdemu, czego serce jego pragnie.
Hero.  Rękawiczki te przysłał mi hrabia w podarunku; jak miły wydają zapach.
Beatryx.  Okrutnego dostałam kataru, nic nie czuję.
Małgorz.  Młoda panna, a nic już nie czuje? to katar nie lada.
Beatryx.  Panie, odpuść! Panie odpuść! Odkądże to zaczęłaś konceptami handlować?
Małgorz.  Od czasu, pani, jak ty handel ten porzuciłaś. Alboż mi nie do twarzy dowcip?
Beatryx.  Nie bardzo go widać; radzę ci, przypnij go do czepca. Lecz prawdziwie, słabo mi.
Małgorz.  Poślij, pani, po ekstrakt Carduus Benedictus, przyłóż go do serca, to jedyne lekarstwo na mdłości.
Hero.  Nie wiedząc, ukłułaś ją ostem.
Beatryx.  Benedictus! dlaczego Benedictus? masz jakąś myśl ukrytą w tem Benedictus.
Małgorz.  Myśl ukrytą! uchowaj Boże! nie mam żadnej. Mówię po prostu o czubku tureckim. Może przypuszczasz, pani, iż przypuszczam, że jesteś zakochana; bynajmniej, przysięgam. Nie doszłam jeszcze do tego stopnia obłąkania, abym przypuszczała, czego pragnę, ani pragnę przypuszczać, co mogę, ani mogę przypuszczać, choćbym przepuściła serce przypuszczaniem, że jesteś zakochana, lub że będziesz zakochana. Aleć i Benedyk tak samo myślał, a co się z niego zrobiło! Przysięgał, że się nigdy nie ożeni, a przecie dzisiaj na przekorę własnemu sercu, ja swoją potrawkę bez szemrania. Jakby i ciebie, pani, nawrócić, nie wiem wcale, zdaje mi się jednak, że ci teraz patrzy z oczu jak innym kobietom.
Beatryx.  Co za język! lata jak na kołowrotku.
Małgorz.  Może też co i wyprzędzie.

(Wchodzi Urszula).

Urszula.  Śpiesz się, pani! Książę, hrabia, signor Benedyk, Don Juan i wszyscy gładysze naszego miasta przychodzą towarzyszyć ci do kościoła.
Hero.  śpieszmy! śpieszmy! Dobra kuzynko. dobra Małgosiu, dobra Urszulo, bądźcie mi pomocą przy gotowalni.

(Wychodzą).

SCENA V.
Inny pokój w domu Leonata.
(Leonato, Ciarka i Kwasek).

Leonato.  Co masz do mnie, poczciwy sąsiedzie?
Ciarka.  Co mam? Chciałbym wytłómaczyć się w pewnym interesie blizko pana obchodzącym.
Leonato.  Tylko krótko a węzłowato, bo jak widzisz, roboty mam po uszy.
Ciarka.  Ktoby wątpił, panie.
Kwasek.  Na honor, nikt nie wątpi, panie.
Leonato.  Więc o co tu chodzi, dobrzy moi przyjaciele?
Ciarka.  Wielki poczciwiec, kolega mój, Kwasek, odchodzi trochę od materyi, ale to staruszek, panie, a dowcip jego nie tak płytki, jakbym pragnął, dopomóż Boże! zresztą człowiek to zacny, jak skóra między brwiami.
Kwasek.  Wszystko prawda. Jestem uczciwy jak jakibądź człowiek, jak ja stary, a nie uczciwszy ode mnie.
Ciarka.  Porównania śmierdzą, palabras, czcza gadanina, sąsiedzie Kwasku.
Leonato.  Nudni z was ludzie, sąsiedzi.
Ciarka.  To za wiele dla nas dobroci, jaśnie panie, ale jesteśmy tylko biedni urzędnicy jego książęcej mości; choć co do mnie, przysięgam, że gdybym był nawet jak król nudny, czuję w mojem sercu, że byłbym gotów wszystko oddać na usługi jaśnie pana.
Leonato.  Co? całą twoją nudność? ha!
Ciarka.  Tak jest, jaśnie panie, choćbym miał jej tysiąc razy więcej; bo po mieście takie gadają rzeczy o jaśnie panu, że choć biedak, raduję się, ilekroć gadanie to słyszę.
Kwasek.  I ja też, jaśnie panie.
Leonato.  Chciałbym jednak dowiedzieć się nakoniec, co macie mi do powiedzenia?
Kwasek.  Nic łatwiejszego, panie. Straż nasza tej nocy, uczciwszy uszy, jaśnie panie, złapała parę najwierutniejszych łotrów z całej Messyny.
Ciarka.  Poczciwy staruszek, ale straszny gaduła, bo jak to mówią: starość w progi, rozum w nogi. Cóż robić? Boże dopomóż! dziwne dzieją się rzeczy na świecie. Dobrze powiedziałeś, sąsiedzie Kwasku, Bóg jest miłosierny, a gdy dwóch ludzi na jednym koniu jedzie, to jeden siedzieć musi z tyłu. Zresztą, poczciwa dusza, na honor, nigdy poczciwsza bożego nie jadła chleba. Lecz we wszystkiem chwalmy Pana; nie wszyscy ludzie na jedno kopyto; ach, biedny, drogi sąsiad!
Leonato.  To prawda, sąsiedzie, nie dorósł cię jeszcze.
Ciarka.  Bóg rozdziela zdolności.
Leonato.  Muszę was pożegnać.
Ciarka.  Jeszcze słowo, jaśnie panie. Nasza straż, jaśnie panie, jak już powiedziałem, złapała dwóch nie lada ichmościów, których chcielibyśmy stawić dziś rano na wywód słowny przed jaśnie panem.
Leonato.  Wysłuchajcie ich sami, a przynieście mi raport. W tej chwili zbyt jestem zatrudniony, jak to widzicie sami.
Ciarka.  Mądrej głowie dość dwie słowie. Verbum sat.
Leonato.  Przed odejściem wychylcie szklankę wina. Bądźcie zdrowi. (Wchodzi Posłaniec).
Posłaniec.  Zebrani goście czekają tylko, żeby jaśnie pan oddał córkę narzeczonemu.
Leonato.  Idę. Jestem gotów. (Wychodzą: Leonato i Posłaniec).
Ciarka.  Idź, dobry kolego, idź do Jury Węgielka, i powiedz mu, żeby przyniósł pióro i kałamarz do turmy, weźmiemy tych paniczów na indagacyę.
Kwasek.  A trzeba się wziąć do tego z rozumem.
Ciarka.  Nie będziemy szczędzić rozumu, a ja zaręczam ci, że tu (uderza się w czoło) dosyć jest oleju, żeby ich jak należy wyspowiadać. Sprowadź tylko uczonego pisarza, aby spisał całą ekskomunikacyę; czekam na was w turmie. (Wychodzą).


AKT CZWARTY.
SCENA I.
Wnętrze kościoła.
(Don Pedro, Don Juan, Leonato, Mnich, Klaudyo, Benedyk, Hero, Beatryx i inni).

Leonato.  Dalej, bracie Franciszku, tylko krótko! Przestańmy na samym obrzędzie ślubu; wzajemne ich obowiązki wyłożysz im później.
Mnich.  Przychodzisz, szlachetny panie, tę tu niewiastę zaślubić?
Klaudyo.  Nie.
Leonato.  Wziąć ją za żonę, ojcze; ty przychodzisz ją zaślubić!
Mnich.  A ty, pani, przychodzisz wziąć hrabiego za męża?
Hero.  Tak jest.
Mnich.  Jeśli ktokolwiek z was tu przytomnych wie jaką tajemną przeszkodę temu związkowi, wzywam go pod duszy zbawieniem, aby ją natychmiast objawił.
Klaudyo.  Czy wiesz jaką przeszkodę, Hero?
Hero.  Żadnej.
Mnich.  A ty, hrabio, czy wiesz jaką?
Leonato.  Śmiem bez obawy odpowiedzieć za niego: żadnej.
Klaudyo.  O, czego nie śmią ludzie! czego nie mogą się dopuścić! czego nie dopuszczają się co dzień, nie wiedząc, co robią!
Benedyk.  A to co się znaczy? Wykrzykniki? Niektóre z nich wyrażają śmiech, naprzykład ha! ha! ha!

Klaudyo.  Wstrzymaj się, bracie! Ojcze, powiedz, proszę,
Czy z wolnej woli i nieprzymuszony
Chcesz mi za żonę córkę oddać twoją?
Leonato.  Tak jak mi dał ją Bóg nieprzymuszony.
Klaudyo.  A ja cóż mogę dać ei z mojej strony,
Coby tak było jak dar ten kosztowne?
Don Pedro.  Nic, albo chyba, że oddasz ją samą.
Klaudyo.  Szlachetny książę, uczysz mnie wdzięczności.
Tak, Leonato, odbierz twoją córkę;

Przyjaźń nie daje zgniłej pomarańczy;
Ona pozory tylko ma honoru.
Patrz, jak dziewiczy oblał ją rumieniec:
Jak grzech przebiegły umie wdziać na siebie
Wszystkie znamiona czystej niewinności!
Patrzcie, rumieniec wystąpił jak świadek
Prawości uczuć, cnoty i prostoty!
Ktoby nie przysiągł, na widok tej twarzy,
Że widzi czystą przed sobą dziewicę?
Lecz zwodzi pozór; już nie jest dziewicą;
Ona zna ognie miłości występnej:
To jest rumieniec grzechu, nie skromności.
Leonato.  Co mówisz, panie?
Klaudyo.  Że pojąć jej nie chcę,
Nie chcę mej duszy oddać wszetecznicy.
Leonato.  Jeśli sam, hrabio, w zapomnienia chwili
Zwalczyłeś opór niebacznej młodości,
I sam splamiłeś dziewiczy jej wianek —
Klaudyo.  Wiem, co chcesz mówić; gdybym ja był winny,
Rzekłbyś: uległa przyszłemu mężowi,
A grzech jej cały, grzechem tylko czasu.
Lecz, Leonato, nie, nie, tak nie było,
Nigdym jej śmielszem słowem nie pokusił,
Jak brat dla siostry zawsze dla niej miałem
I szczerość skromną i miłość niewinną.
Hero.  A we mnie inne widziałżeś uczucia?
Klaudyo.  Precz z pozorami! skarżyć je przychodzę.
Ty mi się zdajesz czysta jak Dyana,
Czysta jak pączek róży nie rozwitej;
Ale w twych żyłach krew płynie gorętsza,
Niż krew Wenery, lub rozpustnych zwierząt,
Które szaleją w dzikiej zmysłowości.
Hero.  Czy w obłąkaniu straszne mówisz słowa?
Leonato.  Ty milczysz, książę?
Don Pedro.  I cóż mam powiedzieć?
Ja, co mój czysty oszpeciłem honor,
Chcąc przyjaciela złączyć z nierządnicą?
Leonato.  Czy marzę tylko, czy słyszę na jawie?

Don Juan.  Słyszysz na jawie, słyszysz tylko prawdę.
Benedyk.  To nie wygląda na ślub.
Hero.  Nie, o Boże!
Klaudyo.  Mów, Leonato, czy stoję przy tobie?
Czy to jest książę? czy to brat książęcy?
To Hero? Oczy nasze czy są nasze?
Leonato.  Tak jest, jak mówisz, lecz co stąd wypada?
Klaudyo.  Jedno pytanie pozwól córce zrobić,
A mocą twojej ojcowskiej powagi
Rozkaż jej szczerą dać na nie odpowiedź.
Leonato.  Odpowiedz szczerze, jak mi córką jesteś!
Hero.  O, wielki Boże, bądź moją pomocą!
Jakież mi, hrabio, zadać chcesz pytanie?
Klaudyo.  Odpowiedz szczerze, jakie twoje imię?
Hero.  Me imię Hero; kto je może splamić
Słusznym zarzutem?
Klaudyo.  Kto? ty sama Hero;
Tak, Hero może cnotę Hero splamić.
Kto jest ten człowiek, z którym przeszłej nocy,
Około pierwszej, z okna rozmawiałaś?
Odpowiedz teraz, jeśliś jest dziewicą.
Hero.  O tej godzinie nie mówiłam z nikim.
Don Pedro.  Własnem wyznaniem nie jesteś dziewicą.
Bolesnej prawdy słuchaj Leonato:
Ja, brat mój i ten pokrzywdzony hrabia,
My trzej, na honor, widzieli, słyszeli,
Jak rozmawiała przez okno z nędznikiem,
Który sam później, bezczelny rozpustnik,
Sam rozpowiadał występne spotkania
Po tysiąc razy w jej miane komnacie.
Don Juan.  Wstyd mówić o tem i wstyd nawet wspomnieć,
W słowach języka niema dość czystości,
Żeby je można bez grzechu wymawiać.
Piękna panienko, żal mi cię prawdziwie,
I żal mi twojej występnej rozpusty.
Klaudyo.  O! Hero, Hero! O, czemżebyś była,
Gdyby połowa twarzy twojej wdzięków
Zdobiła myśli twoje i uczucia!

Lecz bądź mi zdrowa ty szpetna! ty piękna!
Ty grzechu czysty i czystości grzeszna!
Dla ciebie zamknę wszystkie uczuć wrota,
W oczach mi siądzie wieczne podejrzenie,
Wszelką mi piękność w złe oblecze myśli,
Wszelki jej urok odejmie na zawsze!
Leonato.  Niczyjże sztylet ostrza nie ma dla mnie?

(Hero mdleje).

Beatryx.  Co ci, kuzynko? siły cię odbiegły?
Don Juan.  Idźmy! Występku tak nagłe odkrycie
Jest nad jej siły.

(Wychodzą: Don Pedro, Don Juan i Klaudyo).

Benedyk.  W jakimże jest stanie?
Beatryx.  Umarła może. Ratunku! mój wuju!
Hero! mój wuju! Benedyku! Książę!
Leonato.  O losie, ciężkiej nie odejmuj ręki!
Śmierć upragnioną jest tylko zasłoną
Na hańby tyle.
Beatryx.  Co ci jest, kuzynko?
Mnich.  Nie trać otuchy. Powstań, młoda pani!
Leonato.  Otwiera oczy?
Mnich.  Czemuż ma je zamknąć?
Leonato.  Czemu ma zamknąć? Alboż ziemia cała
O jej występku do nieba nie woła?
Mogłaż zaprzeczyć okrutnej powieści,
Którą jej własny potwierdził rumieniec?
Umieraj, Hero! nie otwieraj oczu!
Bo gdybym myślał, że nie skonasz teraz,
Że duch twój od twej silniejszy’ jest hańby,
Sam, własną ręką, na sąd świata głuchy,
Sam twemu życiu położyłbym koniec.
Jam kiedyś skąpstwo zarzucał naturze,
Że mi jedyną córkę tylko dała!
Ach, jam miał dzieci o jedno za wiele!
Czemuż, o Boże, dałeś mi to jedno!
Ty, córko, czemu tak byłaś mi drogą!
Czemu u bramy, miłosierną ręką,
Jakiej żebraka nie zgarnąłem córki!

Dziś, gdy ją błoto hańby obryzgało,
Mógłbym powiedzieć: to nie jest krew moja,
Wstyd ten pochodzi z nieznanego łona.
Lecz to krew moja! jak moją kochałem,
Jak moją czciłem, z mojej byłem dumny;
Tak była moją, żem sam nie był moim,
Jej tylko ceną sam siebie ceniłem;
A ona w przepaść zapadła tak czarną,
Że wielkie morze nie dosyć ma wody,
Aby ją obmyć z tej piekielnej plamy,
Nie dosyć soli, żeby wrócić świeżość
Zgniliźnie ciała!
Benedyk.  Panie, bądź cierpliwy!
Nagłość wypadków tak mnie odurzyła,
Że myśli tracę i nie wiem, co mówić.
Beatryx.  O, ja przysięgam, że to potwarz czarna!
Benedyk.  Czy noc ostatnią spędziłyście razem?
Beatryx.  Nie, lecz rok cały, do ostatniej nocy,
Byłam jej łoża ciągle towarzyszką.
Leonato.  To nowy dowód! To potężniej wiąże,
Co już żelazne wiązały obręcze!
Na coby kłamać chcieli dwaj książęta?
I kłamać Klaudyo, który ją tak kochał,
Że każde słowo o jej przeniewierstwie
Gorzkich łez swoich oblewał potokiem?
Zostawmy samą, idźmy, niech umiera!
Mnich.  Dozwól mi, panie, słów kilka powiedzieć.
Dlatego tylko milczałem tak długo,
Biegu wypadków w drodze nie wstrzymałem,
By śledzić pilnie córki twej oblicze.
Tysiąckroć jasny oblał ją rumieniec,
I tysiąc razy niewinność dziewicza
Znów ją oblekła anielską bladością.
A w jej źrenicach taki ogień gorzał,
Że w proch obracał każde oskarżenie,
Przeciw jej czystej wymierzone cnocie.
Zwiej mnie szaleńcem, gardź moją nauką,
Mem doświadczeniem, znajomością świata,

Które stwierdzają treść całą mej księgi,
Gardź moim wiekiem, mojem powołaniem,
I gardź powagą mojego kapłaństwa,
Jeśli to słodkie i niewinne dziecię
Nie jest ofiarą okrutnego błędu.
Leonato.  Nie, nie, mój ojcze! nie, to być nie może!
To znak jedyny ostatków jej cnoty,
Że nie chce dodać do wszystkich swych grzechów
Krzywoprzysięstwa. Niczemu nie przeczy.
Na co więc szukać daremnych wymówek
Sromocie w całej odkrytej nagości?
Mnich.  Kto jest mąż, którym obwinia cię książę?
Hero.  Imię to wiedzą ci, którzy mnie skarżą,
Ja nie wiem wcale.
Jeśli mąż żyje, którego znam więcej,
Niżeli skromność dziewicza dozwala,
Niech miłosierdzia grzechy me nie znajdą!
Ojcze mój drogi, jeśli to się sprawdzi,
Że tej północy, lub że kiedykolwiek
Wiodłam z mężczyzną samotne rozmowy,
Brzydź się mną, gardź mną, zamęcz mnie okrutnie!
Mnich.  Błąd jakiś straszny książąt zwikłał myśli.
Benedyk.  Wiem, że w dwóch sercu honor mieszka czysty;
Jeśli w tej sprawie mądrość ich zawiodła,
To bękart Juan sprawcą będzie złego,
Bo dusza jego czarne knuje spiski.
Leonato.  Jeśli się sprawdzi to, co o niej mówią,
Ręką ją własną rozszarpię na części;
Lecz jeśli czysty honor jej skrzywdzili,
Niech najdumniejszy drży na moje imię!
Czas w moich żyłach krwi tak nie wysuszył,
Wiek tak nie pożarł mojego rozumu,
Los tak zasobów moich nie roztrwonił,
Zły żywot tak mnie nie obrał z przyjaciół,
Aby w tej sprawie nie poczuli jeszcze
Siły ramienia, rozumu potęgi,
Dostatku środków i przyjaciół liczby,
Z którymi wszystko z lichwą im zapłacę.

Mnich.  Zaczekaj chwilę, a rządź się mą radą.
Córkę twą książę zostawił bez ducha,
A — więc rozgłośmy wszędzie, że umarła;
Przez czas niejaki trzymaj ją w ukryciu,
Sam przywdziej ciężkiej żałoby oznaki,
Na przodków grobach smutny wyryj napis,
Wszystkich pogrzebu dokonaj obrzędów.
Leonato.  I jakież z tego wypaść mają skutki?
Mnich.  Rzecz, byle tylko dobrze kierowana,
Zamieni naprzód potwarz na zgryzotę:
I to już dobre; ale z moich marzeń
Silniejsze myślę na świat wywieść dziecię.
Skoro wieść gruchnie, że padła nieżywa
Na pierwsze słowo książęcych oskarżeń,
Wszyscy ją będą płakać i tłómaczyć:
Bo tak się dzieje, że skarb posiadany
Nie jest ceniony wedle swej wartości;
Ale zaledwo skarb ten utracimy,
Zaraz w nim wielkie odkrywamy cnoty,
Którychby nasze nie dojrzały oczy,
Gdyby był został w naszem posiadaniu.
I Klaudyo będzie, jak są wszyscy ludzie:
Kiedy usłyszy, że ją słowem zabił,
Myśl o jej życiu wkradnie się powoli
Do wyobraźni tajemnej pracowni,
I każda piękność słodkiego jej ciała
Wróci w jaśniejsze obleczona farby,
Delikatniejsza i pełniejsza życia
Stanie przed okiem tkliwej jego duszy,
Niż kiedy żyła życiem rzeczywistem.
Jeżeli w sercu prawdziwą czuł miłość,
Będzie żałował, że ją tak oskarżył,
Choćby i wierzył w swoje oskarżenie.
Słuchaj mej rady, a bądź przekonany,
Że wszystko skutek uwieńczy piękniejszy,
Niźli go moje robią przypuszczenia.
Lecz nawet kiedy wszystko nas zawiedzie,
Myśl, że twa córka w swych przodków śpi grobie,

Zgasi powoli pamięć jej niesławy.
W najgorszym razie ukryć ją potrafisz
(Na takie rany jedyne lekarstwo)
W samotnych murach świętego klasztoru
Przed okiem, myślą i językiem świata.
Benedyk.  Usłuchaj rady mnicha, Leonacie;
A choć znasz dobrze miłość mą głęboką
Tak do osoby książęcej jak hrabi,
W tej sprawie znajdziesz taką wierność we mnie,
Jak wierność duszy twej dla twego ciała.
Leonato.  Śród moich smutków, z prądu niepewności
Najsłabsza nitka może mnie wybawi.
Mnich.  Przyrzekłeś. Spieszmy, bo drogie są chwile;
Dziwne lekarstwa na dziwne są rany.
Żeby zmartwychwstać, zamknij się w mogile;
Cierp, czekaj — ślub wasz może nie zerwany.

(Wychodzą: Mnich, Hero i Leonato).

Benedyk.  Beatryx, ty cały ten czas płakałaś.
Beatryx.  I długo jeszcze płakać będę.
Benedyk.  Nie chciałbym jednak, żeby tak było.
Beatryx.  Źle robisz, bo płaczę z dobrej woli.

Benedyk.  Najsilniej wierzę, że twoja piękna kuzynka ciężko jest pokrzywdzona.
Beatryx.  Jakie zasługi miałby u mnie człowiek, któryby niewinność jej wykazał!
Benedyk.  Czy jest jaki sposób, żeby przyjaźni tej dowieść?
Beatryx.  Sposób jest łatwy, ale niema takiego przyjaciela.
Benedyk.  Jestli to w mocy męża?
Beatryx.  To jest męża powinność, ale nie twoja.
Benedyk.  Nic tak nie kocham na świecie, jak ciebie; czy to nie dziwna?
Beatryx.  Tak dziwna jak rzecz, której nie znam. Równie łatwo byłoby mi powiedzieć, że nic tak nie kocham, jak ciebie; nie wierz mi jednak — nie kłamię przecie — nic nie wyznaję, nie przeczę niczemu. Los mojej kuzynki zasmuca mnie głęboko.
Benedyk.  Na mój oręż, Beatryx, ty mnie kochasz!
Beatryx.  Nie przysięgaj na twój oręż, połknij go raczej.
Benedyk.  Przysięgam na mój oręż, że mnie kochasz, a kto powie, że ja cię nie kocham, tego przymuszę, aby oręż mój połknął!
Beatryx.  Czy tylko czasem nie połkniesz twojej przysięgi?
Benedyk.  Nikt jeszcze nie uwarzył potrzebnego na to sosu. Przysięgam, że cię kocham.
Beatryx.  Niech mi więc Bóg odpuści!
Benedyk.  Jaki grzech, słodka Beatryx?
Beatryx.  Przerwałeś mi w samą porę; właśnie miałam wyznać, że cię kocham.
Benedyk.  Więc wyznaj z całego serca.
Beatryx.  Tak, kocham cię całem sercem, że mi nie zostało serca do wyznania.
Benedyk.  Droga Beatryx, każ mi, żebym co zrobił dla twojej miłości.
Beatryx.  Zabij Klaudya!
Benedyk.  O, nie! za skarby całego świata!
Beatryx.  Zabiłeś mnie, odmawiając. Bądź zdrów!
Benedyk.  Zaczekaj chwilę, słodka Beatryx!
Beatryx.  Odeszłam, choć tu jestem. Niema w tobie odrobiny miłości. Nie, proszę cię, pozwól mi odejść.
Benedyk.  Beatryx!
Beatryx.  Puść mnie!
Benedyk.  Bądźmy wprzód przyjaciółmi.
Beatryx.  Łatwiej ci znaleźć serce, żeby być moim przyjacielem, niż żeby walczyć z moim nieprzyjacielem.
Benedyk.  Alboż Klaudyo jest twoim nieprzyjacielem?
Beatryx.  Alboż Klaudyo nie pokazał się ostatnim nędznikiem, on, który spotwarzył, odrzucił, osławił moją krewną? O, gdybym była mężczyzną! — Jakto? ściskać jej rękę aż do chwili oddania ręki, a potem oskarżyć ją publicznie, spotwarzać bezczelnie z nieubłaganą mściwością! O, Boże, gdybym była mężczyzną! Na rynku pożarłabym jego serce.
Benedyk.  Słuchaj mnie, Beatryx —
Beatryx.  Przez okno swej komnaty rozmawiała z mężczyzną? Śliczna mi powieść!
Benedyk.  Zważ tylko, Beatryx —
Beatryx.  Słodka moja Hero! pokrzywdzona, spotwarzona, zgubiona!
Benedyk.  Beat —
Beatryx.  Co mi za książęta i hrabiowie! Zaprawdę, książęce świadectwo! piękny mi hrabia w cukierku! słodki kochanek, to prawda! O, gdybym była mężem dla jego miłości! lub gdybym miała przyjaciela, któryby chciał być mężem dla mojej miłości! Lecz mężność przetopiła się u nas w grzeczność, męstwo w komplementa, męże przemienili się w języki, i to jeszcze śliczne języki! Ten uchodzi teraz za drugiego Herkulesa, który wypowie kłamstwo i przysięgą je stwierdzi. Gdy nie mogę zostać mężem potęgą mej woli, niech umrę kobietą potęgą mej boleści.
Benedyk.  Słuchaj, Beatryx, przysięgam na tę rękę, kocham cię!
Beatryx.  Użyj więc jej, przez miłość dla mnie, na co innego, jak na przysięgę.
Benedyk.  Czy jesteś w duszy przekonaną, że hrabia Klaudyo pokrzywdził Hero?
Beatryx.  Tak jestem o tem przekonaną, jak że mam przekonanie i duszę.
Benedyk.  Dość na tem; daję ci słowo, wyzwę go w szranki. Teraz całuję twoją rękę i odchodzę. Na tę rękę, Klaudyo surowy zda mi rachunek. Myśl o mnie, jak o mnie usłyszysz. Idź, pociesz twoją kuzynkę; moją powinnością utrzymywać, że umarła. A teraz, bądź zdrowa! (Wychodzą).

SCENA II.
Więzienie.
(Ciarka, Kwasek i Zdkrystyan w odzieniu sądowcm, Konrad i Borachio pod Strażą).

Ciarka.  Czy nasza kurperacya już w komplecie?
Kwasek.  Hej tam! przynieś krzesło i materacyk dla zakrystyana.
Zakryst.  Gdzie są winowajcy?
Ciarka.  Także pytanie! Ja i mój kolega.
Kwasek.  Niema wątpliwości, mamy egzaminować indagacyą.
Zakryst.  Lecz gdzie są delikwenci, których mamy indykować? Niech się stawią przed panem porucznikiem.
Ciarka.  Tak jest, niech się stawią przed moją osobą. Imię twoje, przyjacielu?
Borachio.  Borachio.
Ciarka.  Zapisz, proszę: Borachio. A twoje, mopanku?
Konrad.  Jestem szlachcic, panie poruczniku, a nazywam się Konrad.
Ciarka.  Zapisz: pan szlachcic Konrad. Czy służycie Bogu, mopankowie?
Konrad i  Borachio. Tak jest, tak się nam zdaje przynajmniej.
Ciarka.  Zapisz: że im się zdaje, że służą Bogu. Napisz Bogu w pierwszej linii, bo uchowaj Boże, aby Bóg nie stał wyżej takich hajdamaków. Mopankowie, już jest tak dobrze jak dowiedzione, że z was nic lepszego, jak wierutne łotry, a wkrótce rzecz ta prawdopodobną się okaże. Co macie do powiedzenia na wasze usprawiedliwienie?
Konrad.  Co mamy do powiedzenia? Mamy do powiedzenia, że nie jesteśmy nimi wcale.
Ciarka.  Nie lada ćwik z tego jegomości, prawdziwie; ale przyjdzie na niego kolej. Pójdź tu sam, mości panie, mam ci coś powiedzieć do ucha; mówię ci, iż ludzie myślą, że wierutne z was łotry.
Borachio.  A ja ci powtarzam, panie poruczniku, że nie jesteśmy nimi wcale.
Ciarka.  Bardzo dobrze. Odstąp na stronę. Przez Boga żywego, to zmowa wyraźna. Czy zapisałeś, że nie są nimi wcale?
Zakryst.  Panie poruczniku, złą wziąłeś drogę do indagacyi; należy powołać straż, która ich oskarża.
Ciarka.  Na uczciwość, to najkrótsza droga. Zawołać straż! Mości panowie, wzywam was w imieniu księcia, abyście ludzi tych oskarżyli.
1 Strażn.  Człowiek ten powiedział, panie poruczniku, że Don Juan, brat książęcy, jest łotrem.
Ciarka.  Zapisz: książę Don Juan, łotr. Kto zaprzeczy, że to jasne jak dzień krzywoprzysięstwo, nazywać łotrem brata książęcego?
Borachio.  Panie poruczniku —
Ciarka.  Mopanku, milcz, jeśli łaska! Nie podoba mi się twoja mina, możesz mi wierzyć.
Zakryst.  Co słyszałeś więcej?
2 Strażn.  Słyszałem, że dostał tysiąc dukatów od Don Juana, aby fałszywie oskarżyć panią Hero.
Ciarka.  To wyraźny rozbój, jakiego nigdy jeszcze nie widziano.
Kwasek.  To rozbój, na honor!
Zakryst.  Co więcej?
1 Strażn.  Że hrabia Klaudyo, na jego zaręczenie, postanowił zbezcześcić Hero w przytomności całego zgromadzenia i nie pojąć jej za żonę.
Ciarka.  O, łotrze! skazany będziesz za to na wieczne zbawienie.
Zakryst.  Co jeszcze?
2 Strażn.  Nic więcej.
Zakryst.  A to jest więcej, niż możecie zaprzeczyć. Tej nocy książę Don Juan opuścił miasto ukradkiem; Hero w ten właśnie sposób była oskarżona, w ten właśnie sposób odrzucona, a z boleści nagle umarła. Panie poruczniku, każ tych ludzi związać i poprowadzić do Leonata; ja ich tymczasem poprzedzę, aby mu naszą indagacyę pokazać (wychodzi).
Kwasek.  Dalej, okuć ich w dyby!
Konrad.  Precz stąd, kapcany!
Ciarka.  Boże nieśmiertelny! gdzie zakrystyan? Niech zapisze, że książęcy urzędnik jest kapcan. Żwawo, w kij ich wsadzić! A ty hultaju!
Konrad.  Precz mi! co za osieł! co za osieł!
Ciarka.  Czy ty nie domyślasz się mojej godności? Czy ty nie domyślasz się mojego wieku? O, czemu go tu niema, czemu go tu niema, żeby zapisał, żem osieł! Wy przynajmniej, mości panowie, nie zapomnijcie, żem osieł. Ty zaś. hultaju, pobożna z ciebie sztuka, jak ci tego dobrzy świadkowie dowiodą. Dzięki Bogu, nie jestem głupi; co większa, jestem urzędnik; co większa, jestem posesyonat; co większa, jestem sztuka mięsa, jakiej w całej Messynie nie znajdziesz; a prócz tego, znam prawo, bądź spokojny; a prócz tego, nie jestem bez grosza, bądź spokojny; choć poniosłem pewne straty, mam jeszcze dwa płaszcze i niemało pięknych rzeczy mam na mojej osobie. Wyprowadzić go! O, gdyby był zapisał, żem osieł! (Wychodzą).


AKT PIĄTY.
SCENA I.
Przed domem Leonata.
(Leonato i Antonio).

Antonio.  Twoją rozpaczą sam siebie zabijasz.
Nie jest to mądrość w pomoc smutkom śpieszyć
Na zgubę własną.
Leonato.  Skróć twoje nauki,
Bo do mych uszu tak wpadają marnie,
Jak marnie sitem czerpać będziesz wodę.
Niech mi pociechy próżnych słów nie prawi
Ten, który nie znał mym równych boleści.
Przyprowadź ojca, który jak ja kochał,
I jak ja stracił ukochane dziecię,
I radź mu, niech mnie cierpliwości uczy,
Mierz jego boleść boleści mej miarą,
Każde westchnienie niech westchnieniem spłaci,
Każdy rys, formę i wielkość cierpienia
Niechaj mi równem cierpieniem odmierzy;
Gdy on z uśmiechem głaskać będzie brodę,
Potrafi smutek wygnać z mego domu,
A rany serca przysłowiami leczyć,
Upajać duszę mędrków kazaniami;
O, niechaj taki ojciec do mnie przyjdzie,
A cierpliwości od niego pożyczę.
Lecz człowiek taki nie żyje na ziemi;

Bo ludzie radzą, pocieszają smutki,
Których nie czuli: gdy ich pokosztują,
Głęboka mądrość, co tylko przed chwilą
Uczone leki pisała wściekliźnie,
Jedwabną nitką wiązała szaleństwo,
Boleść powietrzem, konanie słowami
Czarować chciała, zmienia się w namiętność.
Każdy z nas gotów cierpliwość zalecać
Braciom mdlejącym pod smutków brzemieniem,
Lecz żaden nie ma dość cnoty i siły,
Aby naukę swą przykładem stwierdził,
Gdy sam poczuje przeciwności kolce.
Przestań więc radzić, bo krzyk mej boleści
Nad twoje wszystkie głośniejszy nauki.
Antonio.  Więc mąż od dziecka niczem się nie różni.
Leonato.  Dozwól mi, proszę, być krwią i być ciałem.
Jeszcze nie było mędrca na tej ziemi,
Coby cierpliwie ból zębów wytrzymał,
Choć w księgach stylem pisanych anielskim
Rozdawał szczutki fortunie i nędzy.
Antonio.  To choć sam siebie nie karz za ten smutek,
I sprawcy jego niechaj cierpią także.
Leonato.  Teraz przynajmniej mądrą dajesz radę.
Dusza mi mówi, że to była potwarz;
O tem się Klaudyo, o tem książę dowie,
I wszyscy, co me zniesławili dziecię.

(Wchodzą: Bon Pedro i Klaudyo).

Antonio.  Książę i Klaudyo z pośpiechem nadchodzą.
Don Pedro.  Dzień dobry.
Klaudyo.  Obu dzień dobry, panowie.
Leonato.  Słuchajcie, proszę —
Don Pedro.  Bardzo jest nam śpieszno.
Leonato.  Śpieszno wam bardzo? a więc Pan Bóg z wami
Śpieszno wam teraz? Dobrze, mniejsza o to.
Don Pedro.  Nie swarz się z nami, starcze siwobrody!
Antonio.  Gdyby mógł krzywdy powetować swarem,
Padłby niejeden z nas, ażeby nie wstać.
Klaudyo.  Kto go pokrzywdził?

Leonato.  Ty mnie pokrzywdziłeś,
Ty, obłudniku, ty mnie pokrzywdziłeś.
Daremnie kładziesz rękę na rękojeść, —
Nie ja się zlęknę.
Klaudyo.  Niech mi uschnie ręka,
Gdybym w twym wieku tak cię zechciał straszyć.
Wierzaj, o mieczu nie myślała ręka.
Leonato.  Hola! skończ twoje szyderstwa i żarty.
Nie jestem jeszcze starym niedołęgą,
Co się zasłania wieku swego tarczą,
Junaczy z tego, co w młodości robił,
Coby dziś zrobił, gdyby nie był stary.
Słuchaj mnie, hrabio, słuchaj, na twą głowę;
Tak mnie, me dziecię niewinne skrzywdziłeś,
Że wieku muszę powagę odrzucić,
I siwogłowy, latami stargany
W szranki cię wołam, na próbę oręża.
Kłamstwem niewinną spostwarzyłeś córkę,
Jak miecz twa potwarz serce jej przeszyła,
Śpi teraz w grobie przodków swych złożona,
W którym nie spała nigdy, nigdy hańba,
Prócz hańby, którą wniosła tam twa podłość!
Klaudyo.  Ma podłość?
Leonato.  Twoja, tak jest, podłość twoja.
Don Pedro.  Mylisz się, starcze.
Leonato.  Ja tę prawdę stwierdzę
Na sercu jego, byle w szranki stanął,
Pomimo jego ćwiczonej szermierki,
Kwiatu młodości i wiosny sił męskich.
Klaudyo.  Mierzyć się z tobą nie chcę i nie pragnę.
Leonato.  Nie, nie potrafisz słowem mnie odprawić.
Słuchaj, dzieciuchu! zabiłeś mi córkę,
Gdy mnie zabijesz, to zabijesz męża.
Antonio.  Dwóch nas zabije, dwóch zabije mężów;
Lecz nie, niech wprzódy jednego zabije;
Niech wprzódy dzieciuch ze mną się obliczy.
Dalej, dzieciuchu, idź ze mną, zobaczym!
Rózgą wychłostam mądrą twą szermierkę,

Rózgą, szlacheckie daję na to słowo.
Leonato.  Bracie —
Antonio.  Daj pokój! Świadkiem mi Bóg w niebie,
Żem z duszy kochał moją synowicę:
Dziewczę zabiła potwarz nikczemników,
Co dziś tak chętni z mężem się obliczyć,
Jak ja za język chętny żmiję chwytać.
Bębny, junaki, małpy, zapiecniki!
Leonato.  Bracie Antonio —
Antonio.  Nie troszcz się daremnie,
Daj temu pokój; znam ja tych paniczów,
I wiem, co ważą, do jednego grana:
Głośni krzykacze, bezczelni modnisie,
Kłamcy, zwodnicy, schlebcy i potwarcy,
Strojne rarogi z zawiesistą miną,
Z groźnych słów całym półtuzinem w gębie,
W jakiby sposób usaczyli wroga,
Gdyby się ważył, — a i na tem koniec.
Leonato.  Bracie Antonio!
Antonio.  To jest moja sprawa,
Daj mi ją skończyć, nie mieszaj się do niej!
Don Pedro.  Nie chcemy waszej cierpliwości kusić;
Boleję z serca nad córki twej śmiercią,
Ale na honor, nasze oskarżenia
Są tylko prawdą dowodami wspartą.
Leonato.  Książę, mój książę —
Don Pedro.  Nie, nie chcę cię słuchać.
Leonato.  Nie? idźmy, bracie! on mnie słuchać musi.
Antonio.  Lub z nas niejeden pożałuje tego.

(Wychodzą: Antonio i Leonato. — Wchodzi Benedyk).

Don Pedro.  Patrz, właśnie nadchodzi ten, którego szukamy.
Klaudyo.  Witamy! co za nowiny?
Benedyk.  Dzień dobry, mój książę.
Don Pedro.  Witaj, Benedyku! Przyszedłeś prawie w porę, żeby bójce przeszkodzić.
Klaudyo.  Niewiele brakowało, żeby nam ugryźli nosy dwaj starcy bez zębów.
Don Pedro.  Leonato i brat jego. Jak ci się zdaje? Gdyby przyszło do rozprawy, nie wiem, czybyśmy byli dla nich za młodzi.
Benedyk.  W złej sprawie niema uczciwego męstwa. Szukałem was obu.
Klaudyo.  A my zbiegliśmy za tobą całe miasto, bo nas obsiadła czarna melancholia, a chcielibyśmy ją wypędzić. Czy zechcesz użyć na to twojego dowcipu?
Benedyk.  Mój dowcip w mojej jest pochwie; mamże go dobyć?
Don Pedro.  Jakto? twój dowcip nosisz przy boku?
Klaudyo.  Tego jeszcze nie widziałem, choć znam wielu, których dowcip trzymał na boku. Więc dobądź, ale jak poeta, co masz najostrzejszego.
Don Pedro.  Na uczciwość, on blady jak chusta! Co ci jest? Czyś chory? czy zagniewany?
Klaudyo.  Człowieku, nie trać odwagi! Bo choć smutek zabił kota, ty masz dość w sobie ducha, żeby zabić smutek.
Benedyk.  Dowcip twój, panie, zatrzymam w szrankach, jeśli chcesz gonić ze mną na ostre. Proszę was, mówmy o czem innem.
Klaudyo.  Daj mu więc nowy oszczep, bo pierwszy się strzaskał.
Don Pedro.  Na to światło dzienne, coraz bledszy; zdaje mi się, że się gniewa naprawdę.
Klaudyo.  Jeśli tak jest, toć przecie wie, jak pas obrócić[7].
Benedyk.  Czy pozwolisz mi powiedzieć ci słowo do ucha?
Klaudyo.  Uchowaj mnie, Boże, od wyzwania!
Benedyk.  Jesteś nikczemnik — mówię bez żartu — i tego, co mówię, dowiodę, jak chcesz, na co chcesz i kiedy chcesz. Daj mi satysfakcyę, albo cię przed światem za tchórza ogłoszę. Zabiłeś słodkie dziewczę, a śmierć jej na głowę twoją spadnie. Czekam na odpowiedź.
Klaudyo.  Bardzo dobrze; przyjmuję wyzwanie, a rachuję na dobrą ucztę.
Don Pedro.  Co? bankiet? bankiet?
Klaudyo.  Wspaniały. Dziękuję mu z całego serca, że mnie zaprosił na cielęcą głowę i kapłona; jeśli tego kapłona nie rozbiorę, jak należy, powiedz, że mój nóż niewart szeląga. Czy przypadkiem nie znajdę tam i dudka?
Benedyk.  Dowcip twój kłusuje, może ci się przyda do biegu.
Don Pedro.  A ja ci powtórzę, jak niedawnymi czasy Beatryx twój dowcip zachwalała. Powiedziałem jej, że masz dowcip delikatny; „prawda“ odrzekła, „delikatny i malutki“. Nie, zawołałem, wielki dowcip; „to prawda“, mówi ona „ogromne, ciężkie dowcipisko“. Nie, nie, dobry dowcip; „nie przeczę“, odpowiada, „nie pokrzywdzi nikogo“. A przytem, pan to mądry, powiedziałem, „a przedewszystkiem roztropny“ odpowiedziała. Prócz tego, posiada języki, mówię; „o tem nie wątpię wcale“, wykrzyknęła, „bo przysięgę daną mi w poniedziałek wieczór odprzysiągł we wtorek rano; naturalnie, posiada przynajmniej dwa języki“. I tak przez całą godzinę przekrzywiała twoje przymioty, aż nakoniec skonkludowała westchnieniem, że niema milszego nad ciebie człowieka w całych Włoszech.
Klaudyo.  Poczem rozpłakała się serdecznie i dodała: „ale to mi wszystko jedno“.
Don Pedro.  To prawda, a oprócz tego wyznała, że gdyby go nie nienawidziła śmiertelnie, toby go kochać musiała szalenie. Wszystko to słyszeliśmy z ust córki starego Leonata.
Klaudyo.  Wszystko, wszystko, a w dodatku jeszcze: „Bóg go widział, gdy się skrył w ogrodzie“.
Don Pedro.  Ale kiedyż to wsadzimy rogi dzikiego byka na czułą głowę Benedyka.
Klaudyo.  I wypiszemy wielkiemi literami na dole: Tu mieszka żonaty Benedyk?
Benedyk.  Do zobaczenia, dzieciuchu! Znasz moje myśli. Zostawiam cię teraz twojemu świegotliwemu humorowi. Dowcip twój, na szczęście, jak szabla junaka śwista, lecz nie rani. Mości książę, dziękuję ci za wszelką okazaną mi dobroć; ale od tej chwili muszę się pozbawić zaszczytu twojego towarzystwa. Brat twój bękart uciekł z Messyny; zabiliście do spółki słodkie i niewinne dziewczę. Co zaś do tego pana Bezbrodnickiego, mam nadzieję spotkać się z nim jeszcze, a pokój z nim aż do tej pory (wychodzi).
Don Pedro.  To nie są żarty.
Klaudyo.  To wszystko bardzo seryo, a jestem przekonany, z miłości dla Beatryxy.
Don Pedro.  Wyzwał cię na rękę?
Klaudyo.  Niema wątpliwości.
Don Pedro.  Jak dziwnie wygląda człowiek, który nosi kamizelkę i spodnie, a rozum utracił.
Klaudyo.  To olbrzym przy małpie, choć małpa przy nim doktorem.
Don Pedro.  Lecz cicho! wnijdź w siebie i zasmuć się duszo moja! Czy nie powiedział nam, że brat mój uciekł z Messyny?

(Wchodzą: Ciarka, Kwasek, Konrad i Borachio pod strażą).

Ciarka.  Zbliż się, mopanku; jeśli sprawiedliwość ugłaskać cię nie potrafi, to nie będzie dłużej ważyć słuszności na swoich szablach; a gdy raz ci dowiodę, że jesteś przeklętym obłudnikiem, to na przyszłość będziem mieli oko na ciebie.
Don Pedro.  Co się to znaczy? Dwaj dworzanie mojego brata w kajdanach? Jeden z nich Borachio?
Klaudyo.  Słuchajmy oskarżenia, mój książę.
Don Pedro.  Jakiej dopuścili się winy dwaj ci oskarżeni?
Ciarka.  Jakiej winy, mości książę? Dali fałszywe świadectwo, prócz tego rozgłosili kłamstwa; powtóre są potwarcami; po szóste i ostatnie, fałszywie oskarżyli niewinną damę; po trzecie sprawdzili, co było niesprawiedliwe, a nakoniec są to łgarze i hultaje.
Don Pedro.  Pytam się ciebie naprzód, co zrobili: po trzecie, pytam cię się, jaka ich wina; po szóste i ostatnie, za co byli przyaresztowani, a nakoniec, co im zarzucasz?
Klaudyo.  Głębokie rozumowania wedle jego własnego podziału. Kto zaprzeczy, że pytanie dobrze zadane?
Don Pedro.  Kogoście pokrzywdzili, mości panowie, że was tak związanych przyprowadzono? Uczony ten porucznik za wiele ma dowcipu, aby go można zrozumieć. Jaka wasza wina?
Borachio.  Drogi mój książę, nie odsyłaj mnie do dalszej indagacyi, lecz sam mnie wysłuchaj, a potem niech ten hrabia mnie zabije. Oszukałem własne wasze oczy. Czego mądrość wasza odkryć nie umiała, to puste głowy tych dudków wyprowadziły na światło, podsłuchując, co temu tu człowiekowi wyznałem, jak brat twój Don Juan poduszczył mnie do spotwarzenia pani Hero; jak sprowadzeni do ogrodu byliście świadkami moich umizgów z Małgorzatą za Hero przebraną; jak zniesławiliście ją w chwili, w której hrabia pojąć ją miał za żonę. Cała nikczemność moja stoi zapisana w ich wywodzie, który wolę raczej śmiercią przypieczętować, niż raz jeszcze powtórzyć na moją hańbę. Młoda pani umarła fałszywie oskarżona przeze mnie i przez mojego pana; kończąc, żądam zapłaty mojej nikczemności należnej.
Don Pedro.  Czy w krwi twej słów tych, jak stali, nie czułeś?

Klaudyo.  Piłem truciznę, słuchając powieści.
Don Pedro.  I sprawy całej brat mój podżegaczem?
Borachio.  Za wykonanie dobrze mi zapłacił.
Don Pedro.  On cały tylko ze zdrad ulepiony;
I uciekł, kiedy swej dokonał zbrodni?
Klaudyo  O, słodka Hero, znów obraz twój widzę
W całym uroku, który tak kochałem!

Ciarka.  Dalej, w drogę, wyprowadzić powodów! Pod tę porę nasz zakrystyan reformował już pana Leonata o całej sprawie, a wy, mości panowie, wyspecyfikujcie w swoim czasie i miejscu, że jestem osieł. Kwasek.  Właśnie nadchodzi signor Leonato i nasz zakrystyan.

(Wchodzą: Leonato, Antonio i Zakrystyan).

Leonato.  Gdzie łotr ten? niech mu dobrze w oczy zajrzę,
Bym później, gdy mu podobnego spotkam,
Ustąpił z drogi. Który z nich tym łotrem?
Borachio.  Chcesz poznać twego krzywdziciela? Spojrzej.
Leonato.  To ty, ty podlezę, zabiłeś oddechem
Moje niewinne dziecię?
Borachio.  Ja, ja jeden.
Leonato.  Nie, nikczemniku, szkalujesz sam siebie:

Tu stoi para dostojnych magnatów,
A trzeci uciekł, oni ci pomogli.
Za śmierć mej córki dzięki wam, książęta!
Wpiszcie ją między świetne wasze czyny,
Boście ją mężnie spełnili, nieprawda?
Klaudyo.  Nie wiem, jak błagać twojej cierpliwości,
Lecz mówić muszę: ty sam wybierz pomstę,
Na grzech mój naznacz, jaką chcesz, pokutę,
Chociaż zgrzeszyłem tylko przez omyłkę.
Don Pedro.  Jak ja; jednakże, ażeby starcowi
Dać dostateczne zadośćuczynienie,
Pod każdy ciężar chętnie ugnę szyję,
Który mi zechce włożyć za pokutę.
Leonato.  Nie mogę żądać rzeczy niepodobnej,
Żebyście z grobu córkę mą wskrzesili;
Lecz niech przynajmniej cały lud w Messynie
Wie, jak niewinnie dziecię me umarło.
Jeśli was boleść natchnie smutną pieśnią,
Idźcie tej nocy, przy grobie jej przodków,
Idźcie ją nucić kościom jej niewinnym.
Do mego domu przyjdźcie jutro rano.
A ty, gdy moim zięciem być nie możesz,
Bądź choć synowcem, bo mój brat ma córkę,
Mojej umarłej żywy prawie obraz;
To dzisiaj nasza jedyna dziedziczka,
Na nią kuzynki wszystkie przenieś prawa,
A moja zemsta umrze.
Klaudyo.  Dobry panie,
Szlachetność twoja łzy mi z ócz wyciska!
Twoją ofiarę przyjmuję, a odtąd
Biednego Klaudya rozrządzaj losami.
Leonato.  Więc jutro czekam na wasze przybycie,
Teraz was żegnam. Tego zaś tu łotra
I Małgorzatę stawim oko w oko,
Przypuszczam bowiem, że twój brat pieniędzmi
Ją także wciągnął do tej czarnej zbrodni.
Borachio.  Nie, na mą duszę, ona jest niewinna;
Co robi, mówiąc ze mną, nie wiedziała;

Nie, ona nigdy w czynach swoich wszystkich
Nie zeszła z drogi cnoty i honoru.

Ciarka.  Prócz tego, mości książę, (choć to nie jest jeszcze czarno na białem), ten tu powód, winowajca, nazwał mnie osłem; błagam cię, panie, niech to będzie zapisane w jego wyroku. Straż słyszała także o pewnym Maszkarze, który nosi klucz i kłódkę w każdem uchu, pożycza pieniędzy w Imię Boże, a że do tego od dawna już przywykł pożyczać, a pożyczonych pieniędzy nigdy nie oddaje, ludzkie serca twardnieć zaczynają i nikt już nic pożyczyć nie chce dla miłości bożej. Racz, łaskawy panie, indagować go co do tego punktu.
Leonato.  Dziękuję ci za twoje starania i uczciwą gorliwość.
Ciarka.  Wasza łaskawość mówi jak najwdzięczniejszy i najszanowniejszy młodzieniaszek, ja też Boga za was chwalę.
Leonato.  Przyjmij to za twoją fatygę.
Ciarka.  Boże, zachowaj fundacyę!
Leonato.  A teraz odejdź w pokoju. Daję ci pokwitowanie z twojego więźnia, i raz jeszcze dziękuję ci.
Ciarka.  Zostawiam wierutnego łotra z waszą dostojnością, któremu, dla przykładu, błagam, aby wasza dostojność dała sobie dobrą chłostę. Boże, zachowaj waszą dostojność; życzę waszej dostojności wszystkiego dobrego; Bóg wróć wam zdrowie; daję wam pokorne pozwolenie odejścia, a jeśli mamy sobie życzyć nowego wesołego spotkania, nie daj tego, Boże. Sąsiedzie, w drogę!

(Wychodzą: Ciarka, Kwasek i Straż).

Leonato.  Zegnam was teraz, aż do jutra rana.
Antonio.  Czekamy jutro na wasze przybycie.
DonPedro.  Nie chybim.
Klaudyo.  Idę opłakiwać Hero.

(Wychodzą: Don Pedro i Klaudyo).

Leonato.  Precz z tymi ludźmi. Spytam Małgorzatę,
Skąd jej znajomość z takim rozpustnikiem.

(Wychodzą).

SCENA II.
Ogród Leonata.
(Benedyk i Małgorzata spotykają się wchodząc).

Benedyk.  Proszę cię, kochana panno Małgorzato, oddaj mi wielką usługę, żebym mógł mieć chwilę rozmowy z Beatryxą.
Małgorz.  A czy za to napiszesz sonet na pochwałę mojej piękności?
Benedyk.  Stylem tak szczytnym, Małgorzato, że nikt się do niego nie zbliży, bo zasługujesz na to bez wątpienia.
Małgorz.  Że nikt się do mnie nie zbliży? Mamże na zamsze siedzieć pod schodami?
Benedyk.  Dowcip twój tak ostry jak trąba charta — kąsa!
Małgorz.  A twój tak tępy jak oręż fechtmistrza; choć trąci, nie zrani.
Benedyk.  Dowcip prawdziwie męski, Małgorzato, nie chcę krzywdzić kobiety; proszę cię więc, zawołaj Beatryxę, uznaję się za zwyciężonego; oddaję ci tarczę.
Małgorz.  Raczej miecz nam oddaj, bo mamy własne tarcze.
Benedyk.  Jeśli będziesz chciała użyć mojego miecza, nie zapomnij końca ująć w kleszcze, bo to niebezpieczna broń dla dziewczyn.
Małgorz.  Dobrze, dobrze. Zawołam teraz Beatryx, która ma nogi, jak myślę.
Benedyk.  Więc przyjdzie. (Wychodzi Małg. — Benedyk śpiewa).

Bożek miłości,
Co w niebie gości,
I zna mnie, zna mnie,
Zna me żałości —

Rozumie się w śpiewie, bo w kochaniu — Leander, dobry pływak, Troilus, pierwszy wynalazca rajfurów, i cały katalog tych quondam kanapkowych bohaterów, których nazwiska toczą się harmonijnie po równej drodze nierymowych wierszy, nigdy nie byli tak turbowani w miłości jak ja niefortunny. Na moje nieszczęście, nie mogę tego w rymach wypowiedzieć, próbowałem, nie mogłem znaleźć rymu do „panna“ jak „sanna“, rym za zimny; do „kobieta“ jak „kopyta“, rym za twardy; do „szkoły“ jak „woły“, rym za niegrzeczny; a wszystko złowróżbne rymy. Nie, nie rodziłem się pod poetyczną gwiazdą, i nie mogę stroić koperczaków w języku bogów. (Wchodzi Beatryx). Słodka Beatryx, raczyłaś więc przyjść na moją prośbę?
Beatryx.  Tak jest, signor, i raczę odejść na twoje żądanie.
Benedyk.  O, więc zostań, póki nie zażądam.
Beatryx.  A tymczasem, bądź mi zdrowa! Lecz nim odejdę, niech się dowiem nowiny, po którą przyszłam; co zaszło, signor, między tobą a Klaudyem?
Benedyk.  Tylko cierpkie słowa, za które winnaś mi pocałunek.
Beatryx.  Cierpkie słowa, to wiatr tylko cierpki, a cierpki wiatr to oddech tylko cierpki, a cierpki oddech jest niezdrowy, odejdę więc bez pocałunku!
Benedyk.  Twój dowcip tak zapalczywy, że wyrazom sens wydziera. Powiem ci więc po prostu, że Klaudyo przyjął wyzwanie, i niedługo zapewne da znać o sobie; inaczej ogłoszę go przed światem za tchórza. A teraz, powiedz mi, proszę, dla której z moich przywar zakochałaś się we mnie?
Beatryx.  Dla wszystkich razem; one tak dobrze zły rząd utworzyły, że się tam jedna uczciwa myśl wcisnąć nie potrafi. A ty, dla którego z moich przymiotów zacząłeś naprzód cierpieć dla mnie miłość?
Benedyk.  Cierpieć miłość? Doskonałe wyrażenie. Cierpię miłość, to prawda, bo kocham cię na przekór mojej woli.
Beatryx.  Na przekór twojemu sercu, myślę. Ach, biedne serce! Jeśli przez miłość dla mnie robisz mu wszystko na przekór, to ja z mej strony, przez miłość dla ciebie, muszę mu także czynić na przekór; bo nie chcę kochać, czego mój przyjaciel nienawidzi.
Benedyk.  Za nadtośmy mądrzy oboje, aby nasze zaloty szły spokojnie.
Beatryx.  Nie dowodzi tego wyznanie: niema jednego na dwudziestu mądrych, któryby chwalił sam siebie.
Benedyk.  Stare to przysłowie, stare przysłowie, Beatryx, które żyło za czasów dobrych sąsiadów. Dziś, pamięć tego, który sam sobie przed śmiercią grobowca nie wybuduje, nie będzie żyć dłużej niż odgłos dzwonów pogrzebnych i łzy jego wdowy.
Beatryx.  A te jak długo trwają, twojem zdaniem?
Benedyk.  Jak długo? Godzinę krzyku, a kwadrans szlochania. Najkorzystniej więc dla mądrego (byle Don Robak, sumienie, nie stanął na przeszkodzie), jest być trąbą własnej chwały, jak ja jestem mojej. Tyle na wytłómaczenie pochwał danych własnej osobie, która, mogę sam sobie dać to świadectwo, na pochwały te zasługuje. A teraz, powiedz mi, proszę, jak się ma twoja kuzynka?
Beatryx.  Źle bardzo.
Benedyk.  A ty sama?
Beatryx.  Także źle bardzo.
Benedyk.  Chwal więc Boga, kochaj mnie, a popraw się! Teraz żegnam cię, bo ktoś się zbliża z pośpiechem.

(Wchodzi Urszula).

Urszula.  Śpiesz się, pani, do wuja! co za harmider w pałacu! Dowiedzioną jest rzeczą, że Hero fałszywie była oskarżoną; że książę i Klaudyo byli niegodziwie oszukani; że sprawcą wszystkiego jest Don Juan, który uciekł i przepadł. Czy chcesz pani iść natychmiast?
Beatryx.  A ty, signor, czy nie chcesz przysłuchać się tym nowinom?
Benedyk.  Ja chcę żyć w twojem sercu, umrzeć na twojem łonie, być pogrzebanym w twoich oczach, prócz tego chcę pójść z tobą do twego wuja. (Wychodzą).

SCENA III.
Wnętrze kościoła.
(Don Pedro, Klaudyo, Służba z muzyką i pochodniami).

{{Przed|Klaudyo. Czy to jest grób rodziny Leonatów?
Sługa.  Tak jest, panie.
Klaudyo  (czyta). Potwarzy zębem srogo zabita
Hero w tym grobie usnęła;

Cześć nieśmiertelna z hańby wykwita,
Co ją za życia dotknęła.
A tak jej życie hańbą przecięte
Żyje po śmierci czyste i święte.

(Zawiesza napis).

Bądź mego żalu świadkiem u ludzi,
Gdy moje usta śmierć już ostudzi.
A teraz, zabrzmij, muzyko; zanućcie hymn uroczysty
Pieśń.  Przebacz zabójcom, nocy bogini,
Twej kapłanki w życia wiośnie;
Patrz, na znak żalu, w głuchej świątyni,
Zawodzą treny żałośnie.
Ciemna nocy, na te groby
Rzuć twój czarny płaszcz żałoby,
I płacz z nami na nasz los,
Aż się kamień znów odwali,
Wstaną ci, co w grobach spali,
Na potężny z nieba głos.
Klaudyo.  Śpij teraz słodko! a ja, droga pani,
Co rok ci moje łzy przyniosę w dani.
Don Pedro.  Zgaście pochodnie! Już wilków gromady
Wracają syte na swe legowiska,
Bo już przed słońca wozem dzionek blady
Po śpiącem niebie cętki szare ciska.
Żegnam was teraz, bywajcie mi zdrowi!
Klaudyo.  Niech teraz każdy śpieszy ku domowi.
Don Pedro.  I my odejdźmy, czarne złóżmy szaty,
Do Leonata pośpieszmy komnaty.
Klaudyo.  Niech nowy związek słodsze da nam chwile,
Niż ten, co westchnień kosztował nas tyle.

(Wychodzą).

SCENA IV.
Pokój w domu Leonata.
(Leonato, Antonio, Benedyk, Beatryx, Hero, Urszula i Mnich).

Mnich.  Czy nie mówiłem, że była niewinną?
Leonato.  Jak są niewinni i hrabia i książę;

Zanieśli skargę zdradą oszukani.
Lecz Małgorzata nie jest tu bez winy,
Choć jej zeznanie jasno przekonywa,
Ze mimo woli przeciw nam zgrzeszyła.
Antonio.  Rad jestem, że się wszystko tak skończyło.
Benedyk.  Jak ja; inaczej, słowu memu wierny,
Musiałbym żądać rachunku od Klaudya.
Leonato.  A teraz, córko i wy moje panie
Odejdźcie razem do jednej komnaty,
A na wezwanie wróćcie maskowane.
Książę i Klaudyo lada chwila przyjdą.
Wiesz, bracie, jaka dzisiaj twoja rola:
Masz dziś być ojcem córki twego brata,
Młodemu hrabi oddać masz jej rękę.

(Wychodzą kobiety).

Antonio.  Co z uroczystą dokonam powagą.
Benedyk  (do Mnicha). I mnie potrzebna będzie twoja pomoc.
Mnich.  Do czego, panie?
Benedyk.  Nie wiem jeszcze dobrze;
Żeby mnie związać, a może rozwiązać.
(Do Leonata) Wyznaję, panie, twoja synowicą
Raczy łaskawem patrzeć na mnie okiem.
Leonato.  Wiem o tem dobrze, moja bowiem córka
Na to jej swoich pożyczyła oczu.
Benedyk.  Jam też miłosnem odpowiedział okiem.
Leonato.  Które, jak sądzę, dostałeś ode mnie,
Księcia i Klaudya. Lecz jaka twa wola?
Benedyk.  Twych słów część jedna jest dla mnie zagadką.
Co do mej woli, moją więc jest wolą,
Jeśli z twą dobrą wolą się to zgadza,
W święty małżeński wstąpić dzisiaj związek,
Przy twojej dobrej, braciszku, pomocy.
Leonato.  Po twojej woli serce się me skłania.
Mnich.  A ja pomocy mojej nie odmawiam.
Ale już książę i Klaudyo nadchodzą.

(Wchodzą: Don Fedro, Klaudyo i Służba).

Don Pedro.  Wszystkim przytomnym moje pozdrowienie.
Leonato.  Dzień dobry, książę! dzień dobry ci, hrabio!

Czekamy na was. Czy trwasz w przedsięwzięciu
Córkę mojego brata wziąć za żonę?
Klaudyo.  Trwam, choćby czarną była jak murzynka.
Leonato.  Wprowadź ją, bracie, kapłan już gotowy.

(Wychodzi Antonio).

Don Pedro.  Mój Benedyku, jak to mam tłómaczyć,
Że tak marcową minę ma twarz twoja,
Tak pełna chłodu, chmur i niepogody?
Klaudyo.  Pewno mu przyszła myśl o dzikim byku.
Ba! nie trać serca, ozłocim ci rogi,
A Europa radować się będzie,
Jak się Jowiszem kiedyś radowała,
Zmienionym w bydlę szlachetne z miłości.
Benedyk.  Słuchaj, byk Jowisz ryczał doskonale,
Podobny jemu w miłosnym zapale,
Pewno na ojca twego skoczył krowę,
Bo ryczysz wdzięcznie jak cielę marcowe.

(Wchodzi Antonio i kobiety w maskach).

Klaudyo.  Jestem ci dłużny, ale się przybliża
Nowy rachunek. Którąż wziąć mam teraz?
Antonio.  Tę, której rękę chętnie ci oddaję.
Klaudyo.  Jesteś więc moją. Droga, twarz mi odsłoń.
Leonato.  Nie, póki kapłan waszych rąk nie złączy,
Póki jej wiecznej nie przysięgniesz wiary.
Klaudyo.  Daj mi twą rękę; przed świętym kapłanem
Mężem twym jestem, jeśli chcesz być moją.
Hero  (zdejmując maskę). Gdym żyła, pierwszą twoją byłam żoną,
Gdyś kochał, pierwszym byłeś moim mężem.
Klaudyo.  To druga Hero!
Hero.  Niewątpliwie druga;
Pierwsza umarła w niesławie, ja żyję,
Jestem dziewicą tak pewno, jak żyję.
Don Pedro.  To pierwsza Hero, Hero, co umarła!
Leonato.  Umarła, póki czarna żyła potwarz.
Mnich.  Położę koniec waszemu zdziwieniu,
Jak tylko święte skończymy obrzędy,
Śmierć pięknej Hero dokładnie opowiem;
Za rzecz prawdziwą weźcie cud na teraz,

I za mną wszyscy śpieszcie do kaplicy.
Benedyk.  Zwolna, braciszku. Gdzie moja Beatryx?
Beatryx  (zdejmując maskę). Ja zwykle na to odpowiadam imię.
Jaka twa wola?
Benedyk.  Czy mnie już nie kochasz?
Beatryx.  Nie, ani joty więcej, niż należy.
Benedyk.  Więc wuj twój, hrabia i książę się mylą,
Bo mi przysięgli, ze kochasz mnie szczerze.
Beatryx.  A ty, Benedyk, czy mnie już nie kochasz?
Benedyk.  Nie, ani joty więcej, niż należy.
Beatryx.  Więc Małgorzata, Urszula i Hero
Bardzo się w swojem pomyliły zdaniu,
Bo mi przysięgły, że kochasz mnie szczerze.
Benedyk.  Toć mi przysięgli, że z miłości mdlejesz.
Beatryx.  Toć mi przysięgły, że z miłości konasz.
Benedyk.  To wszystko bajki. A więc mnie nie kochasz?
Beatryx.  Nie, tylko szczerej przyjaźni uczuciem.
Leonato.  Ba, ba! nie wątpię, że go z serca kochasz.
Klaudyo.  A ja przysięgam, że i on ją kocha;
Bo tu jest pismo własnej jego ręki,
Koślawy sonet, pierworodne dziecię
Jego fantazyi, na cześć jego pani.
Hero.  A tu jest inny, z biurka jej skradziony,
W którym Beatryx, własną swoją ręką
Swoje dla niego spisała uczucia.

Benedyk.  O cuda! nasze ręce świadczą przeciw naszym sercom! No, cóż robić, biorę cię; ale na to światło dzienne, przysięgam, że cię biorę tylko przez miłosierdzie.
Beatryx.  Nie mogę ci odmówić; ale jak dzień ten jasny, robię to jedynie na przekładania twoich przyjaciół, a częścią, żeby ci uratować życie, bo jak mi powiadano, umierasz na suchoty.
Benedyk.  Cicho! zamknę ci usta! (Całuje ją).
Don Pedro.  Jak ci teraz na sercu, żonaty Benedyku?
Benedyk.  Słuchaj mnie, mości książę; cały szwadron koncepcistów nie potrafi wydrwić ze mnie zrobionego postanowienia. Czy myślisz, że dbam o satyry lub epigrammata? Uchowaj Boże! Człowiek, co się da lada konceptowi powodować, nigdy do niczego uczciwego nie dojdzie. Krótko mówiąc, gdy raz postanowiłem żonę pojąć, nie myślę zważać na rzeczy, które przeciw mojemu postanowieniu świat może powiedzieć. Nie chciej więc, książę, szydzić z tego, co i ja mogłem kiedyś przeciw małżeństwu wygadywać, bo człowiek chwiejne stworzenie, i na tem koniec. Co do ciebie, Klaudyo, zdawało mi się, że będę mógł cię przetrzepać, ale skoro, jak się pokazuje, masz wkrótce zostać moim krewnym, żyj z całą skórą, a kochaj moją kuzynkę.
Klaudyo.  Miałem nadzieję, że odrzucisz rękę Beatryxy i dasz mi słuszny powód, aby wygnać kijem pojedyńcze twoje życie i nauczyć cię, co to jest być podwójnym człowiekiem, którym bez wątpienia zostaniesz, jeśli moja kuzynka nie będzie krótko cię trzymać.
Benedyk.  Dobrze, dobrze, a teraz jesteśmy przyjaciółmi. Teraz przed ślubem, do tańca, abyśmy ulżyli naszym sercom i żon naszych piętom.
Leonato.  Na taniec później przyjdzie kolej.
Benedyk.  Nie, natychmiast, na honor. Więc muzyko, wytnij nam od ucha! Jesteś smutny, mój książę, pojmij żonę, niema dostojniejszej laski, jak laska w róg okuta.

(Wchodzi Posłaniec).

Posłaniec.  Książę mój, brat twój Don Juan pojmany,
Pod dobrą strażą przybył do Messyny.

Benedyk.  Nie myśl o nim, książę, do jutra rana; ja tymczasem wynajdę uczciwą dla niego karę. Skrzypki, od ucha!

(Tańce. — Wychodzą).



Upominek - ozdobnik str. 73śr.png



Selous - Wieczór Trzech Króli.jpg

WIECZÓR TRZECH KRÓLI, LUB CO CHCECIE.



WIECZÓR TRZECH KRÓLI, LUB CO CHCECIE.

W

Wieczór Trzech Króli, dwunasta noc po Bożem Narodzeniu, obchodzonym był w Niemczech i Anglii wesołością, ucztami, wyborem jednodniowego, fantastycznego króla i jego dworu. Był to wieczór zabawnych przemian, a takie właśnie metamorfozy osobliwe są komedyi treścią. Jest to — co sobie chcecie — dziwactwo, jakby dla zabawy tego wieczora napisane, w którem zbyt ściśle dochodzić nie trzeba ani miejsca, gdzie się to dzieje, ani osób, które tu wchodzą. Są to istoty wieczora czy nocy dwunastej, w chwili wesołego szału zrodzone, a jutro o blasku dnia mające się w promieniach słońca rozpłynąć.

Jakaś historyjka, zbudowana na niezmiernem podobieństwie dwojga bliźniąt, brata i siostry, służy za osnowę Szekspirowi, który zawsze z najdziwaczniejszego podania, dotknięciem czarodziejskiej różczki, tworzy cały światek, żywy, świeży, że choć w niego po dniu uwierzyć trudno, mieszkaćby się w nim pragnęło...
Pod urokiem jego słowa skłonniśmy nawet przyjąć za dobre i prawdziwe, co inaczej zdałoby się niemożliwem.
W tym światku wesołej nocy Trzech Króli, niema ani jednej postaci, jednego charakteru, mogącego obudzić odrazę, niektóre śmiech budzą i politowanie, żaden wstrętu. W żadnej może komedyi Szekspira niema tyle wdzięku, świeżości, wesołość nie jest tak młoda i zdrowa, w żadnej, stworzony przez niego świat nie ma rysów tak sympatycznych i szlachetnych. Poeta wyrzekł się prawie cieniów, ani jeden czarny charakter nie miesza się tu i nie psuje jasnej harmonii, wesołej kartki mięsopustnej. Ta noc dwunasta, to już mięsopustu początek i wszystkich szałów, jakie on z sobą prowadził.
Nic wdzięczniejszego nad ten szereg figur, wywołanych przez poetę, bo nawet realizm komicznych żywiołów wcale nie razi, nie odbija zbyt ostro, zlewa się tonami pośrednimi z drugą połową poetyczną, idealną. Nic zbyt rubasznego i gminnego nie weszło do tego obrazka.
Wiola i Sebastyan, siostra i brat, bliźnięta... mimowoli znowu na pamięć nam przywodzą, że pierworodne dzieci poety były to Judyth i Hamnet, bliźnięta jak one... Podanie o owym bracie i siostrze, tak do siebie podobnych, jak Menechmy Plauta, jest znowu włoskiego pochodzenia.
Do Włoch, handlowych, artystycznych, pełnych życia, które ściągały zewsząd chciwych i ciekawych ludzi, zbiegały się też podania i historye z całej ziemi. Stosunki Wenecyi, Genui i miast portowych włoskich ze Wschodem, wiodły tu razem ludzi i powieści, a życie bujne, wrzawliwe, potrzebowało się wyrażać nietylko czynem, ale od czynów jeszcze fantastyczniejszem słowem. Nigdzie wschodnie podanie nie rozkwitło też świetniej, niż we Włoszech i Hiszpanii, krajach obu, w których fantazya wschodnia kolonizowała się, aby na tym gruncie, pod tem niebem, rozrastała się i kwitła na nowo. Tysiąc nocy, przemieniały się tu w powieści Bokkacyusza, Bandello’na, Fiorentino’a i tylu innych, a jak zasadzone pomarańcze zdawały się autochtonami, tak zasiane legendy można było wziąć za miejscowe. Treść tego dramatu, bardzo grubymi narzuconą rysami, daje też Włoch. Math. Bandello (Novelle. Part. 1. nov. 36), jako zdarzenie prawdziwe.
Miało to być w roku 1527, w czasie zdobycia i łupieży Rzymu przez Niemców i Hiszpanów, pod hetmaństwem księcia de Bourbon. Wśród zaburzenia tego, bogaty kupiec z Chiese, niejaki Ambrogio Nani, z dwojgiem dzieci wzięty był w niewolę. Syn się nazywał Paolo, córka Nicuola, a były tak do siebie podobne, że je odróżnić przychodziło z trudnością. Ambrogio wymknąć się zdołał. Paolo wzięty przez jakiegoś Niemca, zawieziony był do Neapolu i zniknął z oczu. Nicuola, którą dwóch Hiszpanów pochwyciło, została przez ojca wykupioną i wróciła z nim do rodzinnego miasta Chiese. Tu pokochała młodzieńca imieniem Lattanzio Puccini, który żenić się z nią przyrzekał. Pisywali do siebie za pośrednictwem usłużnej mamki, gdy nagle Ambrogio zmuszony został za pilnemi interesami jechać do Rzymu i córkę zabrał z sobą. Tymczasem po wyjeździe Nicuoli, Lattanzio w innej się zakochał, w zalotnej Catelli Lanzetti.
Po sześciu miesiącach, powróciwszy Nicuola, dowiedziała się o zdradzie i niewierności jego. Napróżno starała się go sobie napowrót pozyskać, Lattanzio pozostał wiernym Catelli. Ambrogio, w drugą podróż jadąc, córki nie zabrał z sobą, ale ją zostawił w Chiese, w klasztorze. Reguła, widać, nie była ostra, jak w klasztorach Bokkacyusza, bo młodzież uczęszczała tam dla zabawy. Jednego dnia Lattanzio znalazł się tam także, a Nicuola ciekawa, podsłuchując go, dowiedziała się, że mu paź, chłopak ulubiony uszedł i że nie miał sługi. Przebrawszy się po męsku, pobiegła, wpraszając się na służbę do niego, pod imieniem Romula. Lattanzio, nie poznawszy jej, polubił i z listami posyłał do kochanki. Catella więcej nad pana pokochała sługę, a miłość ta gwałtowna tak się objawiła napastliwie, że przebrana Nicuola musiała uciekać, aby się nie zdradzić. Wróciła do pana smutna, opowiadając mu, że się jej nie powiodło poselstwo. Ale powracając spostrzegła razem ojca, wracającego właśnie z podróży, i szybko zrzuciwszy ubranie, pobiegła do niego. Dawny pan pazia, Lattanzio, niespokojny o chłopca, który mu uszedł, pogonił za nim do mamki, gdzie się przebierała, i tu odkryło się, że Nicuola była Romulem.
Poruszony tem Lattanzio, padł jej do nóg i wrócił do dawnej dla niej miłości.
Tymczasem w mniemanym paziu zakochana zapalczywie Catella, czekała na przyrzeczony powrót jego, gdy patrzącej z balkonu, nasunął się na oczy brat, zupełnie do siostry przebranej podobny.
Catella wzięła go za Romula, ściągnęła do siebie i zdumionego wielce, już nie wypuściła, aż nazajutrz... Później wyjaśniły się dopiero rzeczy i dwie pary sczęśliwie pobrać się mogły.
Nowela ta Bandello’na tak się podobała powszechnie, że ją przerobiono dla teatru. Niccolo Secchi zrobił z niej Gl’Ingagni, grane w Medyolanie przed królem Filipem II w r. 1557, a Curio Gonzaga drugą komedyę, drukowaną w r. 1592. W Hiszpanii Lope de Rueda przerobił ją na sajnetę Enganos.
Na francuski język z małemi zmianami tłomaczył nowelę Belleforest (63 Histoire tragique). W roku 1581 Anglik Barnaby Rich, włączył ją, zupełnie przekształciwszy, do swej kompilacyi: Riche his Farwell to Militarie profession etc. Rich, którego użył Szekspir, przeniósł teatr powieści do Grecyi byzanckiej. Występuje w niej Silla, córka księcia cypryjskiego, goniąca za księciem Apolloniuszem konstantynopolskim. Przezwawszy się Sylwiem, wchodzi ona w jego usługi. Tak samo jak Nicuolę, Apolloniusz posyła ją do Juliny, która równie gwałtowną i napastliwą miłość ku niej powzięła. Fałszywy Sylwio uchodzi, a zjawia się prawdziwy, tegoż imienia, brat jej; Julina zaprasza go do siebie, czemu on wcale się nie broni i zostaje u niej. Zrana jednak, lękając się wykrycia oczywistej omyłki, znika z jej domu. Julina skarży się na zwodziciela, rzecz się rozgłasza, Apolloniusz gniewa się na pazia i wtrąca go do więzienia. Julina idzie prosić za im, przyznając się do blizkiego stosunku. Ale w tem, odkrywa się, że obwiniony i uwięziony jest kobietą. Apolloniusz, tknięty jej przywiązaniem i pościęceniem, żeni się z nią, a Julina rozpacza, póki odgłos wypadku nie sprowadził do niej prawdziwego Sylwia.
W obu opowiadaniach postacie są zaledwie narysowane ogólnymi rysy, bez oznaczenia charakterów. Jednej tylko Catelli — Juliny zbyt gwałtowna namiętność, dobitniej ją odcechowuje.
Życie, barwę, nadał legendzie Szekspir, stwarzając śliczną Wiolę, Oliwię i oryginalny dwór wielkiej pani. Wszystkie rażące, ostre rysy oryginalnej powieści, starte są, złagodzone, w miejscu ich, z niewypowiedzianym wdziękiem rozwija się akcya. Catella — Julina, jej namiętność w opowiadaniu włoskiem przykre czyni wrażenie, tu przedstawia się jako pieszczone dziecię arystokratycznej rodziny, znękane sieroctwem, znudzone życiem samotnem, szukające pociechy w miłości i związku wedle serca. Oliwii miłość równie żywa, jest sytuacyą jej usprawiedliwioną. Żyjąc w towarzystwie takiego kuzyna i takiego przyjaciela jego, mając takiego marszałka dworu, można w końcu zapragnąć innego świata i ludzi i będąc swobodną, wybrać sobie młode serce do pary. Niektórzy krytycy pytają, dlaczego młodego, miłego i zakochanego w niej księcia nie chce Oliwia? Nam się to w jej położeniu i charakterze zdaje bardzo naturalnem: ceni swoją swobodę. Podnosząc ku sobie tego wyrostka, zostaje panią jak była, biorąc księcia, musiałaby mu być podległą i stosować się do jego woli.
Oliwia, jako wielka pani, nawykła do rozkazywania, wzrosła w swobodzie, jest trochę samowolną i fantastyczną, ale nawet w miłości tej zachowuje miarę i przyzwoitość. Prześliczną jest Wiola, charakterystyczną złośliwa Marya, która wkońcu wydaje się za pijaka Tobiasza; doskonały typ żwawej subretki, która wie, że sobie da radę ze starym mężem. Marya służy za kontrast przy innych typach niewieścich; idzie jej o to, aby wyszła przez kuzyna pani w świat ten wyższy, na którym świetnie wystąpić potrafi. Tobiasz jest dla niej narzędziem tylko. Przypomina on nam mimowolnie Falstaffa, nacechowany i odmalowany mistrzowsko; lecz rysy tu delikatniejsze i kuzyn pani nie spadł jeszcze tak nizko. Towarzysz jego wyborny także, przypomni nam w Otellu Roderiga. Pajac, clown, mniej oryginalny, jak Pulcinello we włoskich komedyach, musiał być błaznem podobnym do innych i wyindywidualizowany być nie mógł. Malwolio — co za typ nieoszacowany zarozumiałości, poszanowania dla siebie, i głupkowatego purytanizmu!
Na jednym egzemplarzu Szekspira w British Museum, wydania in fol. roku 1632, które było własnością Karola I (ofiarowany bibliotece przez Jerzego IV), król Karol nienawidzący purytanów, zmazał własnoręcznie tytuł: Twelfth Night or what you will, i napisał: Malvolio.
Dla niego ten typ nienawistny „the devil a puritan“ był głównym w sztuce.
Purytanie naówczas rzucali klątwę na literaturę i teatra; na wszystkie zwyczaje i instytucye, z ich utopią chrześcijańsko-żydowską niezgadzające się. Karol przeczuwał w nich niebezpiecznych wrogów. Z oburzeniem pisali o teatrze w broszurze „The anatomy of abuses“ 1595 roku. Philip Stubbes mówi o romansach i powieściach i wyraża się: „romanse wynalazł Belzebuth, pisze je Lucyper, upoważnia druk Pluton, drukuje Cerber, a sprzedają i roznoszą po świecie Furye.“ Inny tegoż rodzaju pamflecista Stephen Gosson, nawrócony z pisarza dramatycznego na purytanina, w roku 1597, napisał „Szkołę nadużyć, zawierającą (sic) przyjemne besztanie poetów, komedyantów, błaznów i wszelkiego innego robactwa rzeczypospolitej“.
Wracając od Malwolia do innych osób wchodzących do komedyi, podnieść jeszcze należy charakter Antonia, który przypomina imiennika swojego w Kupcu weneckim.
Ściśle oznaczyć trudno, kiedy komedya ta była napisaną, Meres jej nie wspomina. Wystawiona była w roku 1602 w lutym, na Gromniczną, w Middle Temple w Londynie, w czasie jakiejś uroczystości prawników. John Mannigham pisze o niej w dzienniku swym: „Na naszą uroczystość mieliśmy teatralną sztukę: Wieczór Trzech Króli, czyli Co sobie chcecie, nazwaną. Bardzo podobna do Komedyi omyłek, albo do Menechmów Plautus’a, ale najpodobniejsza do włoskiej komedyi Inganni. Doskonały figiel, gdy w marszałka dworu wmawiają, że jego pani, wdowa (?) hrabina, w nim się zakochała; naśladują niby list od tej damy w którym stoi, co się jej w nim najlepiej podoba, przypisując mu, jak się ma obchodzić, ubrać, śmiać i t. p. A gdy on to wykonywa, dają jej do zrozumienia, że zwaryował itd“.
W całej komedyi to go jakoś najmocniej zajęło. Sytuacye komiczne, zawsze dla ogółu najzrozumialszemi bywają... pieprzno a słono dawać mu potrzeba. Godna uwagi, że sądy współczesnych o poecie, mało co nad ten poziom wychodzą, trzeba było lat kilkuset, aby piękności zawarte w dziełach w całym zajaśniały blasku.




OSOBY:

Orsyno, książę Illiryi.
Sebastyan, miody szlachcic, brat Wioli.
Antonio, kapitan okrętu, przyjaciel Sebastyana.
Kapitan okrętu, przyjaciel Wioli.

Walentyn,    dworzanie księcia.
Kuryo,

Sir Tobiasz Czkawka, stryj Oliwii.
Sir Andrzej Czerwonogębski.
Malwolio, intendent Oliwii.

Fabian,    słudzy Oliwii.
Pajac,

Oliwia, bogata hrabina.
Wiola, zakochana w księciu.
Marya, dworska Oliwii.
Panowie, Księża, Majtkowie, Urzędnicy, Muzykanci, Służba.

Scena częścią w pewnem mieście illiryjskiem, częścią nad brzegiem morza.



WIECZÓR TRZECH KRÓLI, LUB CO CHCECIE.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Pokój w pałacu książęcym.
(Wchodzą: Książę, Kuryo, Panowie i Muzyka).

Książę.  Jeśli muzyka jest miłości strawą,
Dajcie mi waszej muzyki do zbytku,
Niechaj apetyt umrze z przesycenia.
Tę konającą powtórzcie kadencyę.
Jak słodki wietrzyk, do uszu mych wbiegła,
Co się unosząc nad grzędą fiołków,
Zapachy razem kradnie i rozrzuca.
Skończcie. Już pierwszej nie ma pieśń słodyczy.
Duchu miłości szybki i polotny,
Chociaż jak w morzu wszystko w tobie tonie,
Wszystko, co połkniesz, choć wielkie i drogie,
Wartość swą całą w jednej traci chwili.
Tyle form zmiennych miłość w sobie chowa,
Że fantastyczność jej jednej jest cechą.
Kuryo.  Idziem polować?
Książę.  Na co?
Kuryo.  Na jelenia.
Książę.  Najpiękniejszego od dawna już gonię.
Kiedym Oliwię zobaczył raz pierwszy,

(Widok jej zdał się całą atmosferę
Czyścić z wyziewów śmiertelnej zarazy)
Czar mnie jej spojrzeń zmienił na jelenia,
A żądze moje odtąd jak ogary
Bez miłosierdzia po świecie mnie gonią.

(Wchodzi Walentyn).

Jakież nowiny przynosisz mi od niej?
Walentyn.  Nie mogłem, książę, dostać posłuchania,
Tylko tę szatna przyniosła odpowiedź:
Powietrze nawet przez lat siedmiu przeciąg
Lic jej odkrytych zobaczyć nie zdoła;
Jak zakonnica, ciągle zakwefiona,
Łzą będzie słoną swoją skrapiać izbę,
Drogiego brata opłakując stratę,
Którego pamięć, w głębokiej żałobie,
Wieczną i świeżą chce w sercu przechować.
Książę.  Kobieta, której serce tak jest czułe,
Co tak miłości płaci dług braterskiej,
Jak kochać będzie, kiedy złota strzała
Zabije wszystkich uczuć innych stada,
Dziś w niej żyjące!
Gdy jej wątrobę, jej mózg i jej serce —
Ten tron cesarski — jeden król posiędzie! —
Idźmy w zielonej schronić się altanie;
Wśród kwiatów słodsze miłości dumanie.

(Wychodzą).

SCENA II.
Wybrzeże morskie.
(Wchodzą: Wiola, Kapitan i Majtkowie).

Wiola.  Co to za kraj jest?
Kapitan.  To Illirya, pani.
Wiola.  Co mi z Illiryi? Mój brat jest w Elizyum.
A przecie — kto wie — może nie utonął.
Co o tem myślisz?
Kapitan.  Cud nas uratował.

Wiola.  Czy cud podobny nie mógł uratować
Biednego brata?
Kapitan.  Cieszmy się nadzieją,
Bo jestem pewny, że w chwili rozbicia,
Kiedy szalupa z rozbitków tych garstką
Niosła nas, pani, ku skalistym brzegom,
Widziałem dobrze, jak brat twój roztropny,
Pod natchnieniami męstwa i nadziei,
Do strzaskanego masztu się przywiązał,
I jak Aryon na grzbiecie delfina
Walczył z falami i zniknął w oddali.
Wiola.  Przyjmij to złoto za pociechy słowo.
Własny ratunek, mową twą poparty,
Budzi w mem sercu niepłonną nadzieję,
Ze i on żyje. — Czy znasz tę krainę?
Kapitan.  O, znam ją dobrze, bo się urodziłem
I wychowałem, trzy godzin stąd drogi.
Wiola.  Kto krajem rządzi?
Kapitan.  Pan dostojny rodem,
A dostojniejszy przymiotami duszy.
Wiola.  Imię?
Kapitan.  Orsyno.
Wiola.  Orsyno? Pamiętam,
Ojciec mój często imię to wspominał.
Książę podówczas żony jeszcze nie miał.
Kapitan.  I dziś jej nie ma; przynajmniej jej nie miał,
Miesiąc jest temu, gdym brzeg ten opuścił.
Biegały wieści w dniu mego odjazdu,
(O sprawach panów chętnie lud gawędzi),
Że miłość pięknej chciał zyskać Oliwii.
Wiola.  Kto ta Oliwia?
Kapitan.  Cnotliwa dziewica,
A córka hrabi zmarłego przed rokiem.
Zostawił on ją pod opieką syna.
Jej brata, który wkrótce także umarł.
Z żalu po stracie uciekła, jak mówią,
Od towarzystwa i widoku ludzi.
Wiola.  O gdybym mogła pani tej być sługą!

Gdybym się mogła przed światem utaić,
Póki zamiary moje nie dojrzeją!
Kapitan.  To rzecz nie łatwa, żadnej bowiem prośby,
Nawet książęcych słuchać nie chce błagań.
Wiola.  Na twej się twarzy uczciwość maluje;
Choć wiem, że nieraz zwodnicza natura
Szatą piękności szpetność osłoniła,
Śmiem jednak wierzyć, że i dusza twoja
Z twojem szlachetnem w zgodzie jest obliczem;
A więc cię proszę — a nie pożałujesz —
Utaj, kto jestem, i bądź mi pomocą,
Abym, przebrana, celów mych dosięgła.
Chcę księciu służyć; na dwór mnie poprowadź,
Przedstaw mnie panu twemu jak eunucha,
A dobre znajdziesz u niego przyjęcie,
Bo moja biegłość w muzyce i śpiewie
Będzie kosztownym dla niego nabytkiem.
Co stąd wypadnie, to przyszłość odsłoni:
Dziś twe milczenie niech planów mych broni.
Kapitan.  Bądź więc eunuchem, ja twym będę niemym,
A jeśli język mój wypaple słowo,
Niech moje oczy zagasną!
Wiola.  Dziękuję!
Prowadź mnie teraz, dobry kapitanie. (Wychodzą).


SCENA III.
Pokój w domu Oliwii.
(Wchodzą: Sir Tobiasz Czkawka i Marya).

Sir Tob.  Co do kaduka myśli moja synowicą, że tak wzięła do serca śmierć swojego brata? Najmniejszej nie mam wątpliwości, że troska jest nieprzyjacielem życia.
Marya.  Na uczciwość, panie Tobiaszu, musisz trochę wcześniej wracać do domu; twoja synowicą, a moja pani, bardzo się gorszy tak niezwykłemi godzinami.
Sir Tob.  Lepiej, że się gorszy mojemi godzinami, niż żeby sama innych gorszyła.
Marya.  Wszystko to bardzo dobrze, ale mój panie Tobiaszu, musisz koniecznie przywdziać szaty skromności i przyzwoitości.
Sir Tob.  Przywdziać szaty? Ani myślę innych szat przywdziewać, jak te, które na mnie teraz widzisz; szaty te dość są dobre, aby w nich kufle wychylać; buty te także dobre na to, a jeśli nie są, to niech się za własne uszy powieszą.
Marya.  Te hulanki i te pijatyki zabiją cię, panie Tobiaszu. Wczora właśnie mówiła o tem moja pani; napomknęła też o niedowarzonym szlachcicu, którego tu jednego wieczora sprowadziłeś, niby jako jej konkurenta.
Sir Tob.  Kogo masz na myśli? Czy pana Andrzeja Czerwonogębskiego?
Marya.  Zgadłeś, panie Tobiaszu.
Sir Tob.  Nie znajdziesz w całej Illiryi barczystszego szlachcica.
Marya.  I cóż stąd?
Sir Tob.  Czy nie wiesz, że ma trzy tysiące dukatów rocznej intraty?
Marya.  Prawda, tylko, że wszystkie swoje dukaty w jednym roku przepuści, bo wielki z niego paliwoda i rozpustnik.
Sir Tob.  Fe, wstydź się tak o nim mówić! Czy nie wiesz, że gra na basetli, mówi trzema lub czterema językami, słowo w słowo a bez książki i posiada wszystkie dary przyrodzenia?
Marya.  To prawda, że posiada prawie wszystkie, bo prócz tego, że jest głuptak, jest także wielkim burdą, a gdyby nie miał daru tchórzostwa na złagodzenie przyrodzonego daru swarliwości, wszyscy roztropni ludzie nie wątpią, że niedługo miałby także i dar mogiłki.
Sir Tob.  Na tę rękę, łotr jest i potwarca, kto tak o nim mówi. Powiedz, kto to?
Marya.  Ci, którzy prócz tego dodają, że się co noc upija w twojem towarzystwie, panie Tobiaszu.
Sir Tob.  Pijąc zdrowie mojej synowicy. Nie przestanę pić za jej pomyślność, póki mam dziurkę w gardle i póki nie zabraknie wina w Illiryi. Tchórz to i zając, który nie chce pić za zdrowie mojej synowicy, aż mu się zacznie głowa kręcić, jak parafialna fryga[8]. No, dziewczyno, castiliano volto, nastrój kastylijską powagę; widzę zbliżającego się pana Andrzeja Czerwonogębskiego. (Wchodzi Sir Andrzej Czerwonogębski).
Sir Andrz.  Panie Tobiaszu Czkawko, co tam nowego, panie Tobiaszu Czkawko?
Sir Tob.  Słodki panie Jędrzeju!
Sir Andrz.  (do Maryi). Daj ci Boże zdrowie, piękna sekutnico!
Marya.  I tobie, panie Jędrzeju.
Sir Tob.  Nacieraj, panie Jędrzeju, nacieraj!
Sir Andrz.  Co to za jedna?
Sir Tob.  Szatna mojej synowicy.
Sir Andrz.  Dobra panno Nacieraj, pragnę bliższej z tobą znajomości.
Marya.  Moje imię jest Marya.
Sir Andrz.  Dobra panienko, Marysiu Nacieraj —
Sir Tob.  Mylisz się, panie Jędrzeju, nacieraj, znaczy się: atakuj, oblegaj, jednem słowem umizgaj się, szturmuj!
Sir Andrz.  Na honor, nie chciałbym rzucić się na to przedsięwzięcie w kompanii. Czy to ma się znaczyć, nacieraj?
Marya.  Żegnam was, panowie.
Sir Tob.  Jeśli ją tak puścisz, panie Jędrzeju, bodajeś nigdy więcej szabli z pochwy nie wyciągnął!
Sir Andrz.  Jeśli cię tak puszczę, panienko, bodajem nigdy więcej szabli z pochwy nie wyciągnął! Piękna moja dziewczynko, czy myślisz, że dudków w ręku trzymasz?
Marya.  Nie trzymam cię jeszcze w ręku, panie Jędrzeju.
Sir Andrz.  Lecz będziesz trzymała, to rzecz nietrudna; oto moja ręka.
Marya.  Myśleć wolno, jak się podoba, panie Jędrzeju. Radzę ci, włóż tę rękę w maślnicę, niech się napije.
Sir Andrz.  Dlaczego, kochaneczko? Co to za metafora?
Marya.  Bo sucha, panie Jędrzeju[9].
Sir Andrz.  Tak myślę. Nie taki ze mnie osieł, żebym nie potrafił rąk trzymać sucho. Ale co żart ten znaczy?
Marya.  Suchy żart, panie Jędrzeju.
Sir Andrz.  Czy masz ich więcej na rozkaz?
Marya.  Mam ich teraz dostatkiem na końcu palców, ale ledwo twoją puściłam rękę, wszystkie naraz uciekły (wychodzi).
Sir Tob.  Panie Jędrzeju, trzeba ci wychylić szklenicę węgrzyna. Kiedyż cię tak powalonego widziałem?
Sir Andrz.  Nigdy jeszcze, jak myślę, chyba, że widziałeś, jak mnie węgrzyn pod stół powalił. Zdaje mi się czasami, że nie mam więcej dowcipu, niż lada chrześcijanin, lub niż lada człowiek pospolity. Aleć bo ogromnie lubię wołowinę, i być może, że wołowina robi krzywdę mojemu dowcipowi.
Sir Tob.  Niema wątpliwości.
Sir Andrz.  Gdybym tego był pewny, wyrzekłbym się wołowiny. Odjeżdżam jutro do domu, panie Tobiaszu.
Sir Tob.  Pourquoi, kochany panie Jędrzeju?
Sir Andrz.  Co znaczy się pourquoi? Czy znaczy się: zostań, czy znaczy się: odjeżdżaj? Jak żałuję, że nie poświęciłem językom czasu, który zmarnowałem na fechtach, tańcu i niedźwiedzich hecach! O, czemu nie oddałem się wyzwolonym naukom!
Sir Tob.  O, niezawodnie, miałbyś przepyszną czuprynę.
Sir Andrz.  Dlaczego? Czy to przydałoby się na co moim włosom?
Sir Tob.  Trudno wątpić; wszak widzisz, że naturalnie nie chcą się zwijać.
Sir Andrz.  Alboż tak jak są, nie są mi do twarzy?
Sir Tob.  I bardzo; wiszą jak konopie na kądzieli. Spodziewam się, że jeszcze zobaczę, jak cię jaka prządka weźmie między nogi i wszystko wyprzędzie.
Sir Andrz.  Daję słowo, że jutro do domu wyruszam, panie Tobiaszu. Synowicą twoja nie chce się na oczy pokazać, a choćby się i pokazała, założyłbym się cztery przeciw jednemu, że mnie nie zechce, boć sam hrabia tu w sąsiedztwie zamieszkały idzie do niej w konkury.
Sir Tob.  Ale ona nie chce hrabiego; nigdy nie weźmie ona za męża wyższego od siebie rodem, wiekiem lub dowcipem; słyszałem, jak na to przysięgła. Jest nadzieja.
Sir Andrz.  Więc miesiąc jeszcze zostanę. Dziwny jednak ze mnie człowiek; są czasy, w których szaleję za maskaradą i balem.
Sir Tob.  Czy możesz przydać się na co w tego rodzaju błazeństwach?
Sir Andrz.  W całej Illiryi nie znajdziesz mi równego, byłeś nie szukał między lepszymi ode mnie; nie chcę się jednak porównywać ze starszymi.
Sir Tob.  A z twoim tańcem jak stoją rzeczy?
Sir Andrz.  Na uczciwość, mogę doskonale wywinąć kominka.
Sir Tob.  Ognisty, widzę, z ciebie człowiek.
Sir Andrz.  A zdaje mi się, że w prysiudach nie znajdziesz lepszego w Illiryi (tańczy fantastycznie).
Sir Tob.  Czemu kryjesz swoje talenta? Czemu swoje przymioty trzymasz pod zasłoną? Czy boisz się kurzu, jak portret Maryi Rzezimieszek?[10]. Czemu nie idziesz do kościoła mazurkiem, a nie wracasz krakowiakiem? Na twojem miejscu, moim zwyczajnym krokiem byłby kozak; nawetbym na trzy tempa wodę odlewał. Co ty myślisz, człowieku? Alboż to świat jest na to, żeby na nim cnoty ukrywać? Zawsze mi się zdawało, patrząc na formę twoich łydek, że się rodziłeś pod gwiazdą kozaka.
Sir Andrz.  Nie przeczę, że dobrze utoczone i niezgorzej wyglądają pod czerwoną pończochą. A gdybyśmy na przykład jaki kulig urządzili?
Sir Tob.  A cóż lepszego moglibyśmy zrobić? Wszak rodziliśmy się pod Bykiem.
Sir Andrz.  Pod Bykiem? Kto się rodził pod tą gwiazdą, silne ma boki i serce.
Sir Tob.  Nie, panie Jędrzeju, silne łydki i golenie. Zobaczmy twoje kominki. — Ha! wyżej! ha, ha! — Wybornie!

(Wychodzą).

SCENA IV.
Pokój w pałacu książęcym.
(Wchodzą: Walentyn i Wiola w męskim ubiorze).

Walentyn.  Jeśli książę i nadal te same laski dla ciebie zachowa, Cezaryo, spieszny twój awans niewątpliwy. Ledwo trzy dni temu, jak cię poznał, a już dla niego obcym nie jesteś.
Wiola.  Złe masz wyobrażenie albo o jego charakterze, albo o mojej gorliwości, jeśli wątpisz o trwałości jego łaskawych dla mnie względów. Czy książę zmienny jest w swoich uczuciach?
Walentyn.  O nie, możesz mi wierzyć.
Wiola.  Dzięki ci, panie. Lecz nadchodzi książę.

(Wchodzą: Książę, Kury o i Dwór).

Książę.  Gdzie jest Cezaryo? Czy go z was kto widział?
Wiola.  Jestem gotowy, książę, na twój rozkaz.
Książę.  Odejdźcie, proszę, na stronę. Cezaryo,
Znane ci wszystkie moje tajemnice,
Boś w skrytej księdze duszy mojej czytał.
Idź teraz do niej, żądaj posłuchania,
A gdyby wrota przed tobą zamknięto,
Powiedz, że w ziemię u progu jej wrośniesz,
Jeśli nie wpuszczą cię do jej komnaty.
Wiola.  Jeśli to prawda, że całą jej duszę
Tak czarny smutek kirem swym osłonił,
Daremne będą wszystkie me błagania.
Książę.  Zgwałć raczej wszystkie wprzód grzeczności prawa,
Nim do pałacu bez skutku powrócisz.
Wiola.  Przypuśćmy, książę, że dokażę cudu,
Że stanę przed nią, co mam jej powiedzieć?
Książę.  Opisz jej całą uczuć mych gwałtowność,
Zadziw ją mojej miłości potęgą;
Ust młodych powieść o mojem cierpieniu,
Łatwiejsze u niej znajdzie posłuchanie,
Niż zimne słowa dojrzalszego posła.
Wiola.  Nie myślę, książę.

Książę.  Wierz mi, drogi chłopcze,
Bo ktoby pragnął mężem cię nazywać,
Tylkoby młode twe szkalował lata.
Twarz twoja gładka, usta koralowe,
Jak u Dyany; głos dźwięczny i srebrny,
Jakby z gardziołka dziewicy wybiegał,
I wszystko w tobie urok ma kobiecy:
Ty się rodziłeś na miłości posła.
Weź z sobą czterech lub pięciu mych ludzi.
Zabierz i wszystkich, bo tylko samotny
Jestem szczęśliwy. Niech ci Bóg poszczęści,
A całą pana twojego fortuną
Będziesz mógł wolno, tak jak ja, rozrządzać.
Wiola.  Zrobię, co mogę, dla twojej miłości.
(Na str.). Poselstwu temu jak trudno mi sprostać,
Gdy sama pragnę żoną jego zostać! (Wychodzą).


SCENA V.
Pokój w domu Oliwii.
(Wchodzą: Marya i Pajac).

Marya.  Albo mi powiedz, gdzie byłeś, albo na twoją obronę nie otworzę ust, choćby na szerokość włoska. Moja pani każe cię powiesić za twoją nieobecność.
Pajac.  Niech mnie powiesi. Kto raz dobrze powieszony na tym świecie, nie potrzebuje zwijać chorągiewki.
Marya.  Dowiedź mi tego.
Pajac.  Bo niczego się już nie boi.
Marya.  Dobra postna odpowiedź. Czy chcesz, żebym ci powiedziała, skąd poszło przysłowie: nie potrzebuje zwijać chorągiewki?
Pajac.  Skąd, dobra panno Maryanno?
Marya.  Z wojny; możesz to twierdzić bez obawy w twoich błazeństwach.
Pajac.  Niech i tak będzie. Daj Boże mądrość tym, którzy ją mają, a głuptasy niech własnym posługują się talentem.
Marya.  Będziesz z tem wszystkiem wisiał za tak długą nieobecność, a przynajmniej dostaniesz odprawę; a odprawa czy dla ciebie nie to samo, co szubienica?
Pajac.  Niejedno dobre powieszenie salwuje od złego małżeństwa, a co do odprawy, zaradzi temu lato.
Marya.  Jesteś więc na wszystko zdecydowany?
Pajac.  Uchowaj Boże! Wszystkie moje nadzieje na dwóch trzymają się haftkach.
Marya.  Tak, że jeśli jedna się urwie, druga będzie trzymać, a jeśli się urwą obie, to i szarawary opadną.
Pajac.  Dobrze, na uczciwość, bardzo dobrze! Wybornie! Idź tą samą drogą dalej! Gdyby pan Tobiasz szklenicy się wyrzekł, nie byłoby w całej Illiryi dowcipniejszej od ciebie córki Ewy.
Marya.  Cicho, hultaju! Ani słowa o tem więcej. Zbliża się moja pani, wytłómacz się przed nią roztropnie; usłuchaj mojej rady. (Wychodzi. — Wchodzi: Oliwia i Malwolio).
Pajac.  Dowcipie, natchnij mnie, jeśli łaska, jakiem szczęśliwem błazeństwem! Ludzie, którym się zdaje, że cię posiadają, wystrychają się nieraz na błaznów, ja przeto, który jestem pewny, że cię nie mam, mogę za mądrego uchodzić; bo cóż powiada Quinapalus? „Lepszy dowcipny błazen, niż błaźniwy dowcipniś“. — Bóg z tobą, pani!
Oliwia.  Wyprowadźcie stąd błazna.
Pajac.  Czy nie słyszycie, nicponie? Wyprowadźcie panią.
Oliwia.  Precz mi z oczu! suchy z ciebie błazen; nie chcę cię trzymać dłużej; prócz tego zaczynasz być nieuczciwym.
Pajac.  Dwie wady, które trunek i dobra rada naprawią, bo dodaj suchemu błaznowi trunku, a błazen suchym być przestanie; każ się nieuczciwemu naprawić, a byle się naprawił, przestanie być nieuczciwym. Jeśli nie może się naprawić, daj go jakiemu partaczowi, niech go załata, bo wszystko, co naprawione, jest tylko załatane: cnota przekraczająca łatana, jest grzechem, a grzech naprawiony łatany, jest cnotą. Jeśli prosty ten sylogizm przyda się na co, tem lepiej; jeśli nie, jakie na to lekarstwo? Jak niema prawdziwego rogala, tylko nieszczęście, tak piękność jest tylko kwiatem. Pani kazała wyprowadzić stąd błazna, więc powtarzam, wyprowadźcie stąd panią.
Oliwia.  Mopanku, kazałam im ciebie stąd wyprowadzić.
Pajac.  Omyłka pierwszego stopnia! Pani, cucullus non facit monachum, co się znaczy: mózg mój pstrokacizny nie nosi. Dobra madonno, pozwól mi, żebym ci dowiódł, że ty moje zajęłaś miejsce.
Oliwia.  Czy potrafisz?
Pajac.  Bardzo łatwo, dobra madonno.
Oliwia.  Słucham.
Pajac.  Muszę cię więc katechizować, madonno. Dobra moja myszko cnoty, odpowiadaj.
Oliwia.  Chętnie; nie mam nic lepszego do roboty, słucham twoich dowodów.
Pajac.  Dobra madonno, po kim ta żałoba?
Oliwia.  Po moim bracie, dobry błazenku.
Pajac.  Więc przypuszczam, że dusza jego w piekle, madonno.
Oliwia.  Jestem pewna, że dusza jego w niebie, błazenku.
Pajac.  Tem większe błazeństwo, madonno, nosić żałobę po bracie, którego dusza jest w niebie. — Wyprowadźcie błazna, panowie.
Oliwia.  Co myślisz o tym błaźnie, Malwolio, czy nie robi postępów?
Malwolio.  I będzie je robił, póki na niego śmiertelne poty nie uderzą: niemoc wieku, która mądremu odbiera rozum, ulepsza dowcip błazna.
Pajac.  Niechże ci Bóg, dobry panie, ześle co prędzej niemoc starości na powiększenie twego błazeństwa! Pan Tobiasz przysięgnie bez wahania, że nie jestem lisem, ale się nie założy o dwa grosze, że ty, panie, nie jesteś błaznem.
Oliwia.  Co ty na to, Malwolio?
Malwolio.  Dziwię się, pani, że cię tak jałowy hultaj może bawić. Byłem niedawno świadkiem, jak mu w głowę zabił ćwieka błazen, który nie więcej miał mózgu od kamienia. Patrz tylko, już się zaczyna mącić, i gdybyś mu śmiechem nie dodawała okazyi, zakneblowaną miałby gębę. Przysięgam, że mądrzy ludzie, których tak zachwycają słowa podobnego rodzaju błaznów, nie są w mych oczach niczem lepszem, niż błaznów błaznami.
Oliwia.  Chorujesz na miłość własną, Malwolio, i chorem smakujesz podniebieniem. Szlachetny, niewinny i spokojny umysł bierze za bzowe gałki, co tobie się wydaje armatnią kulą. Niema oszczerstwa w słowach uprzywilejowanego błazna, choćby się ciągle natrząsał, jak niema natrząsań w słowach roztropnego człowieka, chociażby ciągle ganił.
Pajac.  Niech cię Merkury kłamać nauczy, skoro tak dobrze mówisz o błaznach! (Wchodzi Marya).
Marya.  Jest, pani, u bramy młody szlachcic, który bardzo pragnie z tobą mówić.
Oliwia.  Czy nie od hrabiego Orsyno?
Marya.  Nie wiem, pani. Piękny to młokos i w pięknym orszaku.
Oliwia.  Który z moich ludzi u wrót go zatrzymał?
Marya.  Sir Tobiasz, pani, twój krewny.
Oliwia.  Oddal go, proszę cię, bo plecie jak na mękach; aż wstyd mi za niego. (Wychodzi Marya). Idź, Malwolio, i zobacz. Jeśli to poselstwo od hrabiego, powiedz, że jestem chora, lub że mnie niema w domu, lub co ci się podoba, byle go odprawić. (Wychodzi Malwolio). Przekonałeś się teraz, że twoje błazeństwa starzeją się i nie przypadają już ludziom do smaku.
Pajac.  Mówiłaś o nas, pani, jakby twój syn najstarszy miał zostać błaznem; niech mu więc Jowisz czaszkę mózgiem wypełni! Widzę, że zbliża się jeden z twoich krewnych, którego pia mater opłakanej jest słabości.

(Wchodzi Sir Tobiasz Czkawka).

Oliwia.  Na honor, napół pijany. — Kto tam u bramy, kuzynie?
Sir Tob.  Szlachcic.
Oliwia.  Szlachcic? Co za szlachcic?
Sir Tob.  Szlachcic, który — a niech czart weźmie te przeklęte śledzie marynowane! — A, to ty, błazenku —
Pajac.  Dobry panie Tobiaszu —
Oliwia.  Kuzynie, kuzynie, jak mogłeś tak rano głowę sobie zaprószyć.
Sir Tob.  Co się zaprószyło, to się wyprószy. Ale jest ktoś u bramy.
Oliwia.  Wiem o tem; ale kto taki?
Sir Tob.  Niech będzie sam dyabeł, jeśli taka jego wola, drwię z niego, daję słowo: wszystko mi to jedno (wychodzi).
Oliwia.  Do kogo najpodobniejszy pijany człowiek, błazenku?
Pajac.  Do topielca, pajaca i waryata. Jeden łyk za wiele, robi z niego pajaca, drugi waryata, a trzeci topielca.
Oliwia.  Idź więc po koronera, niech zobaczy mojego kuzyna, bo jest w trzecim stopniu pijaństwa, utonął. Idź i miej na niego oko.
Pajac.  Dopiero owaryował, madonno; pajac będzie pilnował waryata. (Wychodzi. — Wchodzi Malwolio).
Malwolio.  Młody ten panicz przysięga, pani, że gwałtem chce z tobą mówić. Powiedziałem mu, że jesteś chora; odrzekł, że wie o tem dobrze i dlatego przychodzi z tobą mówić. Powiedziałem mu, że śpisz; zdaje się, że i to nie było dla niego nowiną, bo odpowiedział, że dlatego właśnie mówić z tobą przychodzi. Co mam mu teraz powiedzieć, pani? bo zdaje się, że jest zbrojny przeciw wszelkiej odprawie.
Oliwia.  Powiedz, że mówić z nim nie chcę.
Malwolio.  Już mu to powiedziałem, ale on oświadcza, że będzie stał przy twoich wrotach jak słup szeryfa, wkopany jak noga ławy, bo chce i musi z tobą mówić.
Oliwia.  Co to za człowiek?
Malwolio.  Ot sobie człowiek!
Oliwia.  A jego maniery?
Malwolio.  Bardzo złe maniery, bo, chcesz czy nie chcesz, chce z tobą mówić.
Oliwia.  Jaka jego postać? jego wiek?
Malwolio.  Za młody na męża, za stary na chłopca, jak strączek, nim zostanie strąkiem, jak jabłuszko, nim zostanie jabłkiem; na rozstajnej drodze między chłopcem a mężem. Piękną ma minę i mówi rezolutnie; powiedziałby kto, że ma jeszcze mleko matki na wargach.
Oliwia.  Przyprowadź go, ale zawołaj wprzódy moją garderobianę.
Malwolio.  Garderobiano, pani cię woła.

(Wychodzi — Wchodzi Marya).

Oliwia.  Daj mi zasłonę; rzuć mi ją na głowę:
Raz jeszcze słucham poselstwa Orsyna.

(Wchodzi Wiola).

Wiola.  Gdzie dostojna pani domu?
Oliwia.  Mów do mnie, odpowiem za nią. Czego żądasz?
Wiola.  Najpromienistsza, najdoskonalsza, nieporównana piękności, powiedz mi, proszę, czy jesteś panią tego domu, bo nie widziałem jej nigdy, a nie chciałbym zmarnować mojej oracyi, bo doskonale napisana, a niemało kosztowało mnie pracy nauczenie się jej na pamięć. Dobre, piękne panie, nie szydźcie tylko ze mnie, bo na lada szyderstwo nadzwyczaj jestem czuły.
Oliwia.  Skąd przychodzisz, młody panie?
Wiola.  Niewiele więcej mogę powiedzieć, niż to, czego się nauczyłem, a pytanie twoje, pani, nie należy do mojej roli. Dobra, uprzejma damo, daj mi uczciwe zapewnienie, że jesteś panią tego domu, abym ci mógł moją oracyę wydeklamować.
Oliwia.  Czy jesteś komedyantem?
Wiola.  Nie, moje serduszko, a jednak przysięgam na szpony złośliwości, że nie jestem, za co uchodzę. Czy jesteś panią tego domu?
Oliwia.  Jestem, jeśli nie uzurpuję sama siebie.
Wiola.  Jeśli nią jesteś, to bez żadnej wątpliwości uzurpujesz sama siebie, bo co jest twoje do dania, nie jest twoje do zatrzymania. Ale to nie należy do mojego zlecenia. Zaczynam więc mowę od twoich pochwał, a skończę wyłożeniem treści mojego poselstwa.
Oliwia.  Zacznij od treści; uwalniam cię od pochwał.
Wiola.  Ach, pani, tyłem sobie zadał pracy, aby się na pamięć nauczyć! a przytem, poetyczny to kawałek.
Oliwia.  A więc tem fałszywszy; proszę cię, zachowaj go dla siebie. Mówiono mi, że się pokazałeś krnąbrnie przy bramie, a kazałam cię wpuścić raczej, żeby moją ciekawość zaspokoić, niż żeby cię słuchać. Jeśliś tylko szalony, odejdź z Bogiem; jeśli jesteś przy zmysłach, tłómacz się krotko, bo to nie kwadra, w którejbym się chciała mieszać do szalonego dyalogu.
Marya.  Jeśli łaska rozwinąć żagle, tędy droga.
Wiola.  Nie, dobry majtku, zamierzam trochę dłużej zostać w tej przystani. Udobruchaj troszkę twojego wielkoluda, słodka pani.
Oliwia.  Powiedz, czego żądasz?
Wiola.  Jestem posłem.
Oliwia.  To masz jakieś straszne poselstwo do powiedzenia, skoro tak trwożliwie poczynasz. Powiedz, co przynosisz?
Wiola.  Co przynoszę, dla twojego tylko przeznaczone jest ucha. Nie przychodzę wypowiadać wojny, ani wymagać hołdu; niosę oliwną ródżkę w ręku; słowa moje tak pełne pokoju jak treści.
Oliwia.  Zacząłeś jednak cierpko. Kto jesteś? Czego żądasz?
Wiola.  Cierpkości, którą pokazałem, nauczyło mnie znalezione przyjęcie. Kto jestem i czego żądam, to tajemnica jak miłość dziewicy, to dla twoich uszu świętością, ale dla wszystkich innych profanacyą.
Oliwia.  Zostaw nas samych; ciekawam tej świętości. (Wychodzi Marya). Powiedz mi teraz, jaki jest tekst twojego kazania?
Wiola.  Najsłodsza pani —
Oliwia.  Pocieszająca nauka i wiele można o niej powiedzieć. Gdzie tekst twój stoi?
Wiola.  W Orsyna sercu.
Oliwia.  W jego sercu? A w którym rozdziale jego serca?
Wiola.  Aby odpowiedzieć metodycznie, w rozdziale pierwszym jego serca.
Oliwia.  Ten rozdział dawno już czytałam, — to kacerstwo. Czy nie masz nic więcej do powiedzenia?
Wiola.   Dobra pani, pozwól mi twarz twoją zobaczyć.
Oliwia.  Czy masz jakie zlecenia od twojego pana do mojej twarzy? Odstępujesz teraz od tekstu. Odsunę jednak zasłonę i pokażę ci portret (podnosi na chwilę i spuszcza zasłonę). Przypatrz się, paniczu; taką byłam przed chwilą; czy portret dobrze zrobiony?

Wiola.  Cudownie, jeśli zrobiony Bożą ręką.
Oliwia.  Rdzenisty; wytrzyma wiatry i burze.
Wiola.  Ręka natury słodka i uczona,
Mleko z różami wdzięcznie ożeniła:
Najokrutniejszą z wszystkich będziesz dziewic,
Jeśli do grobu piękność tę poniesiesz,
A żadnej kopii światu nie zostawisz.

Oliwia.  O, mój paniczu, nie będę miała tak twardego serca. Porozdzielam moje piękności, ułożę dokładny ich inwentarz i testamentem każdą cząstkę legataryuszom przekażę, jak naprzykład: item dwoje ust z lichego koralu; item dwoje siwych oczu z powiekami; item jedna szyja, jeden podbródek, i tam dalej. Czy cię tu przysłano, aby mnie oszacować?

Wiola.  Widzę, kto jesteś; nazbyt jesteś dumną,
Lecz jesteś piękną, choćbyś dyabłem była.
Mój pan cię kocha, miłość jest namiętna,
Nagrody godna, choćby twoją postać
Nieporównana piękność uwieńczyła.
Oliwia.  Jakże mnie kocha?
Wiola.  Jak kochamy bóstwo;
Miłość jak piorun w jego grzmi westchnieniach,
Jak błyskawica, w jego oczach świeci.
Oliwia.  Pan twój wie dobrze, kochać go nie mogę,
Chociaż przypuszczam, że ma wszystkie cnoty,
Choć wiem, że młody, że wielkiego rodu,
Szczodry, zamożny, nieposzlakowany,
Mądry, waleczny, między ludźmi słynny,
Że obdarzony wdziękiem i urodą;
Wiem to, — a jednak kochać go nie mogę:
Nieraz mu pierwszy, daję tę odpowiedź.
Wiola.  Gdybym cię kochał ogniem mego pana,
Tak jak on cierpiał, tak jak on umierał,
W twoich wyrazach myślibym nie znalazł,

Twojej odmowie nie chciałbym uwierzyć.
Oliwia.  Więc cóżbyś zrobił?
Wiola.  U wrót twoich, pani,
Zlepiłbym chatę z wierzbowych gałązek,
A duszę moją w tym zamknąłbym domu,
Pieśń o wzgardzonej pisałbym miłości,
Potem żałośnie nucił ją śród nocy,
Twojebym imię bez końca powtarzał,
Żeby je góry echem odbijały,
Żeby powietrze nawet gadatliwe
Szemrało ze mną: Oliwio! Oliwio!
Śród dwóch żywiołów, ziemi i powietrza,
Jednejbym chwili pokoju ci nie dał,
Pókibyś dla mnie litości nie czuła.
Oliwia.  A mógłbyś wiele. — Jaki ród twój? powiedz.
Wiola.  Nad mą fortunę: biedny, lecz uczciwy —
Jestem szlachcicem.
Oliwia.  Wróć do twego pana,
Powiedz, że nigdy kochać go nie będę,
Niech darmo nowych poselstw nie wyprawia,
Chyba, że jeszcze raz jeden tu wrócisz,
Aby mi donieść, jak odpowiedź przyjął.
Bądź zdrów; za trudy przyjmij ten podarek.
Wiola.  Nie jestem, pani, płatnym jurgieltnikiem;
Zatrzymaj kieskę; nie ja, piękna pani,
Lecz pan mój dobry na nagrodę czeka.
Niech miłość w kamień zmieni tego serce,
Którego kiedyś pokochasz; twój ogień
Niech on, z tą samą przyjmuje pogardą,
Z jaką ty mego przyjmujesz dziś pana.
Żegnaj mi, piękna, z głazu uciosana! (wychodzi).
Oliwia.  „Jaki ród twój? powiedz“.
„Nad mą fortunę: biedny lecz uczciwy —
Jestem szlachcicem“.
O, jesteś, przysięgam!
Twarz twoja, postać, język, ruchy, dowcip,
Pięćkroć herbowym zdobią cię klejnotem. —
Lecz nie tak prędko — powoli — powoli!

Ach, gdyby sługa w pana się przemienił! —
Także jest łatwo dżumą się zarazić?
Czuję, jak jego cała doskonałość,
Niby subtelny duch i niewidzialny,
Przez moje oczy wkrada się do duszy.
Niech i tak będzie. — Malwolio, Malwolio!

(Wchodzi Malwolio).

Malwolio.  Przybiegam, pani; czekam na rozkazy.
Oliwia.  Goń mi bez zwłoki za hrabi posłańcem,
I ten pierścionek, który tu zostawił,
Mimo mej woli, oddaj mu natychmiast.
Powiedz, niech swemu panu nie pochlebia,
Niech go daremną nie łudzi nadzieją,
Niechaj mu powie, żem nie jest dla niego.
Jeżeli młodzik chce jutro tu wrócić,
Wszystkie mu tego wyłożę przyczyny,
Idź, idź, Malwolio!
Malwolio.  Nie stracę i chwili (wychodzi).
Oliwia.  Nie wiem, co robić, lecz odkryć się boję,
Że moje oczy serce zwodzą moje.
Z ludzkich się planów przeznaczenie śmieje:
Niech się i ze mną, jak chcą losy, dzieje!

(Wychodzi).

AKT DRUGI.
SCENA I.
Wybrzeże morskie.
(Wchodzą: Antonio i Sebastyan).

Antonio.  I dłużej tu zostać nie chcesz i nie chcesz, żebym ci towarzyszył?
Sebast.  Przebacz, jeśli ci odmawiam, ale gwiazdy moje świecą ciemno, złe moje przeznaczenie i ciebie mogłoby dotknąć. Pozwól więc, abym sam nieszczęścia moje znosił. Źlebym ci zapłacił twoją miłość, gdybym zwalił ich część na ciebie.
Antonio.  Powiedz mi przynajmniej, gdzie udać się zamierzasz?
Sebast.  Nie, nie, nie mogę. Podróż, którą przedsiębiorę, jest szalonym wybrykiem. Ale gdy widzę w tobie tyle dyskrecyi, że nigdy nie zechcesz wyrwać gwałtem, co chciałbym w tajemnicy zachować, tem jestem pochopniejszy do wyjawienia ci wszystkiego. Wiedz przeto, Antonio, że imię moje jest Sebastyan a nie Roderigo. Moim ojcem był ów sławny Sebastyan z Meteliny, o którym, wiem, że słyszałeś. Umierając, zostawał nas dwoje, mnie i siostrę, urodzonych w jednej godzinie. Ach, czemuż niebo nie było dosyć łaskawe, abyśmy w jednej także godzinie umarli! Ale ty, panie, przeszkodziłeś temu; godziną pierwiej, nim mnie z morskiej przepaści wyrwałeś, moja siostra utonęła.
Antonio.  Niestety! co za dzień opłakany!
Sebast.  Choć, jak powiadają, bardzo podobną była do mnie, uchodziła za piękną. Ale jeżeli pod tym względem nie mógłbym bez zarozumiałości zdania mojego objawić, to przynajmniej to mogę śmiało przed światem ogłosić, że duszę jej zazdrość nawet sama musiałaby nazwać piękną. Ale utonęła w słonych falach, a ja zdaję się pamięć jej topić w potoku moich łez słonych.
Antonio.  Przebacz mi moją lichą gościnność.
Sebast.  A ty, dobry Antonio, przebacz mi wszystkie kłopoty, których cię nabawiłem.
Antonio.  Jeśli nie chcesz mnie zamordować za moją miłość, pozwól mi twoim być sługą.
Sebast.  Jeśli nie chcesz odrobić tego, co zrobiłeś, to jest zabić tego, którego uratowałeś, nie żądaj tego ode mnie. Bądź zdrów, Antonio! Serce moje przepełnione jest uczuciem, a jeszcze tak wiele mam tkliwości mojej matki, że jeszcze jedno słowo więcej, a moje oczy wszystko wypowiedzą. Zamiarem jest moim udać się na dwór hrabiego Orsyno. Bądź zdrów! (wychodzi).

Antonio.  Niechaj ci bogów łaska towarzyszy!

Mam nieprzyjaciół na książęcym dworze,
Inaczej wnetbym spotkał się tam z tobą.
Niech co chce będzie; dla twojej przyjaźni
Wszędzie pobiegnę, śmiejąc się z bojaźni.

(Wychodzi).

SCENA II.
Ulica.
(Wchodzi Wiola, za nią Malwolio).

Malwolio.  Czy nie byłeś przed chwilą z hrabiną Oliwią?
Wiola.  Zgadłeś, panie; idąc powoli, od czasu, jak ją opuściłem, tu zaszedłem.
Malwolio.  Odsyła ci ten pierścionek. Mógłbyś mi był oszczędzić fatygi, mój panie, gdybyś go sam był zabrał. Dodaje do tego hrabina, żebyś twojemu panu dał stanowcze zaprzeczenie, że go nie chce. Uprzedza cię nakoniec, żebyś się więcej nie ważył przychodzić w jego sprawie, chyba że stawisz się, aby donieść, jak pan twój przyjął ostatnią jej odpowiedź. A teraz odbierz pierścionek.
Wiola.  Przyjęła go ode mnie, nie myślę go odbierać.
Malwolio.  Słuchaj, paniczu, rzuciłeś go jej ze złością, a jej jest życzeniem, aby ci był zwrócony. Jeśli wart jest schylenia, masz go pod nogami; jeśli nie wart, niech będzie własnością tego, który go znajdzie.

(Wychodzi).

Wiola.  Cóż to? Ja przecież nie dałam pierścienia.
Ach! czy ją postać ma oczarowała?
Bo tak wlepiła we mnie swe źrenice,
Że, zda się, język w ustach jej zbezwładniał!
Słowa jej były przerywane, ciemne.
Ona mnie kocha, a chytra namiętność
Przez tego gbura daje mi wezwanie.
Nie chce pierścionka od mojego pana!
On go jej nie dał. — Ha! ona mnie kocha;
A jeśli tak jest, zrobiłaby lepiej,

Gdyby we własnym śnie się zakochała.
Zbyt późno widzę, przebranie jest grzechem,
Z którego ludzki wróg ciągnie korzyści:
Bo jakże łatwo pięknej jest obłudzie
W woskowem sercu kobiet piętno wybić!
To wina naszej słabości, nie nasza:
Jesteśmy takie, jak nas Pan Bóg stworzył.
Jak się to skończy? Mój pan tak ją kocha,
Jak ja, szalona, kocham go szalenie;
Ona, w obłędzie, za mną zda się szaleć.
Co stąd wypadnie? Kiedy jestem mężem,
Z mojego pana żegnam się miłością;
Kiedym kobietą, o, biedna Oliwio,
Jak bezowocne twoje są westchnienia!
Czas niech wypadków rozwikła bieg smutny,
Bo dla mnie węzeł to za bałamutny (wychodzi).


SCENA III.
Pokój w domu Oliwii.
(Wchodzą: sir Tobiasz Czkawka i sir Andrzej Czerwonogębski).

Sir Tob.  Zbliż się, panie Jędrzeju. Kto nie w łóżku po północy, ten wstał rano, diluculo surgere — wiesz resztę.
Sir Andrz.  Nie, na uczciwość, nie wiem, ale wiem, że kto późno spać się kładzie, ten późno spać się kładzie.
Sir Tob.  Fałszywa konkluzya, i brzydzę się nią, jak próżnym kuflem. Kto czuwa do północy, a po północy spać się kładzie, to ranny jest ptaszek, stąd wnoszę, że kłaść się spać po północy, jest to kłaść się spać wcześnie. Czy życie nasze nie składa się z czterech żywiołów?
Sir Andrz.  Tak powiadają. Mnie się jednak zdaje, że życie składa się raczej z jedzenia i picia.
Sir Tob.  Mądra z ciebie sztuka; jedzmy więc i pijmy. Marysiu, hej tam! przynieś nam garniec wina.

(Wchodzi Pajac).

Sir Andrz.  To błazen, na uczciwość.
Pajac.  Co tam nowego, serduszka? Czy nie widzieliście jeszcze obrazu: Trzech nas teraz?[11].
Sir Tob.  Witaj osiełku! — A teraz zaśpiewaj nam jaką piosneczkę.
Sir Andrz.  Na uczciwość, błazen ten doskonałe ma gardziołko. Wolałbym raczej jego mieć łydki i jego wdzięczny głosek, niż czterdzieści złotych w kieszeni. Daję słowo, że ostatniej nocy przednią miałeś wenę błazeństwa, kiedy nam opowiadałeś o Pigrogromitusie, o Wapianach, jak przebywali równonocną linię Kwibusu. Doskonała to była historya, na honor, posłałem ci też półzłotka dla twojej kochanki; czyje odebrałeś?
Pajac.  Wścibiłem pańską gratyfikacyę do kieszeni, bo nos Malwolia to nie biczysko; moja pani białą ma rękę, a Mirmidony to nie szynkwasy.
Sir Andrz.  Wybornie! wybornie! najlepsze błazeństwo na końcu. A teraz zaśpiewaj nam jaką piosneczkę.
Sir Tob.  Dalej, masz półzłotka, śpiewaj tylko!
Sir Andrz.  Z mojej strony dodaję trojaka; gdy jeden rycerz daje —
Pajac.  Czy chcecie pieśń miłosną, czy wolicie pieśń moralną?
Sir Tob.  Miłosną, miłosną!
Sir Andrz.  Miłosną, ani kwestyi. A mnie co po moralności?

Pajac  (śpiewa). Czemu uciekasz, kochanko droga?
To twój kochanek; stój, stój, przez Boga!
Z sercem i pieśnią on leci.
Wszak tam podróży miłosnej szranki,
Gdzie swej kochanek dobiegł kochanki,
To wiedzą starce i dzieci.
Sir Andrz.  Przewybornie! na honor.
Sir Tob.  Dobrze, bardzo dobrze!
Pajac  (śpiewa). Miłość, o droga, jutra nie czeka,
Bo śmiech i radość dzisiaj ucieka,
Kto wie, co jutro urodzi.

Kto wciąż ucieka, umiera z głodu,
Więc daj mi droga ust twoich miodu,
Bo młodość jak kwiat przechodzi.

Sir Andrz.  Głos miodopłynny, jakem szlachcic.
Sir Tob.  Zaraźliwy oddech.
Sir Andrz.  Słodki i zaraźliwy, na honor.
Sir Tob.  Słyszeć nosem, to słodycz zarażająca. Ale czy mamy trąbić, dopóki niebo nie zacznie się kołem obracać? Czy mamy obudzić puszczyka piosenką zdolną wyrwać trzy dusze z jednego tkacza? Powiedzcie.
Sir Andrz.  Śpiewajmy, o proszę, śpiewajmy! Gdzie chodzi o śpiewanie, jestem jak kundel ciekawy.
Pajac.  Są też między kundlami śpiewaki.
Sir Andrz.  Niewątpliwie. Zaśpiewajmy „Ty hultaju!„
Pajac.  „Siedź mi cicho, ty hultaju!“ rycerzu? To będę musiał, mój panie, w piosneczce hultajem cię nazwać.
Sir Andrz.  Nie po raz pierwszy zdarzy mi się zmusić kogo do nazwania mnie hultajem. Zaczynaj, błazenku; pierwsze słowa są „Siedź mi cicho!“.
Pajac.  Jeśli mam siedzieć cicho, trudno, żebym zaczął.
Sir Andrz.  Przewybornie, na uczciwość! Ale zaczynaj.

(Śpiewają chórem. — Wchodzi Marya).

Marya.  Cóż to za wycie, panowie? Niech zginę, jeśli moja pani nie posłała po intendenta Malwolia i nie kazała mu z domu was wygonić.
Sir Tob.  Twoja pani to czysta Chinczyczka, a my jesteśmy ludzie polityczni. Malwolio, to kapcan. „My trzej zuchy, my trzej chwaty!“ Alboż nie jestem jej przyrodnim? Alboż nie z jednej krwi pochodzimy? Tere fere, moja pani!

(Śpiewa). Mieszkał człowiek w Babilonie,
Moja pani!

Pajac.  Bodajem przepadł, jeśli pan Tobiasz nie dobrze błaznuje.
Sir Andrz.  Niezgorzej, kiedy jest w dobrym humorze; ale i ja także, byłem był przy wenie; jego błazeństwa więcej mają wdzięku, lecz moje są naturalniejsze.
Sir Tob.  (śpiewa). Dwunastego grudnia rano —
Marya.  Przez Boga! panowie, skończcie! (Wchodzi Malwolio).
Malwolio.  Panowie, czyście powaryowali? Co wam się zrobiło? Gdzieście podzieli rozum, maniery i uczciwość? Czy się nie wstydzicie wrzeszczeć jak kotlarze o tak późnej godzinie? Czy bierzecie dom mojej pani za szynkownię, że wrzeszczycie szewskie piosenki, jakby was ze skóry odzierano? Czy nie macie żadnego względu na miejsce, osoby, czas i na was samych?
Sir Tob.  Kto ci powiedział, że na czas nie mamy względu? Czy nie zachowaliśmy tempo? Na szubienicę!
Malwolio.  Panie Tobiaszu, muszę się z tobą rozmówić bez obwijania w bawełnę. Pani moja dała mi zlecenie, aby ci powiedzieć, że choć cię w swoim domu podejmuje jak swego krewnego, nie ma powinowactwa z twoim nierządem. Jeśli możesz się rozstać z hulatyką, dom jej zawsze dla ciebie otwarty; w przeciwnym razie, gdyby ci się pożegnać ją spodobało, chętnie poda ci rękę na pożegnanie.
Sir Tob.  (śpiewa). „A kiedy odjeżdżasz, bywaj zdrów!“
Malwolio.  Ależ, panie Tobiaszu —
Pajac  (śpiewa). „A o naszej przyjaźni dobrze mów“.
Malwolio.  Czy doprawdy?
Sir Tob.  (śpiewa). „Ale nic mnie nie zabije“.
Pajac.  To kłamstwo, panie Tobiaszu.
Malwolio.  Słowa te robią ci zaszczyt.
Sir Tob.  (śpiewa). „Mamże wygnać go do kata?“
Pajac  (śpiewa). „Niewielka to będzie strata“.
Sir Tob.  (śpiewa). „Mamże z domu go wypędzić, bez litości, panie?“
Pajac  (śpiewa). „Nigdy, nigdy na czyn taki serca ci nie stanie“.
Sir Tob.  Na czas nie mamy względu? Kłamiesz bezczelnie, mości panie. Alboż jesteś czem więcej, jak intendentem? Czy myślisz, iż dlatego, że jesteś cnotliwy, nie będzie już na ziemi kołaczy i piwa?
Pajac.  Nigdy ich nie braknie, klnę się na świętą Annę! I imbier będzie zawsze palił podniebienie.
Sir Tob.  Masz w tem racyę. Ruszaj, mości panie! Szoruj twój łańcuch ośrodkiem[12]. Hej, Marysiu, kufel wina!
Malwolio.  Panno Maryanno, jeśli łaskę twej pani nad gniew jej przenosisz, nie pomagaj im do przedłużenia tej grubijańskiej zabawy. Opowiem jej wszystko, na tę rękę! (Wychodzi).
Marya.  Idź, a otrząśnij sobie uszy.
Sir Andrz.  Byłoby tak dobrym uczynkiem, jak pić, kiedy człowiek jest głodny, wyzwać go na pojedynek, a potem na placu nie stanąć, żeby go wystrychnąć na błazna.
Sir Tob.  Zrób tak, panie Jędrzeju, napiszę ci wyzwanie, albo mu ustnie twoje oburzenie wypowiem.
Marya.  Słodki panie Tobiaszu, miej jeszcze przez noc tę cierpliwość. Od czasu, jak młody paź hrabiego miał z moją panią rozmowę, dziwny ją ogarnął niepokój. Co do musye Malwolio, zostaw mi go, proszę. Jeśli go tak w pole nie wyprowadzę, że będzie pośmiewiskiem całego świata, powiedz, że nie mam dość sprytu, żeby się w łóżku wyciągnąć. Wiem, że to mogę zrobić.
Sir Tob.  Przypuść nas do tajemnicy; przypuść nas do tajemnicy; opowiedz nam co o tym paniczu.
Marya.  Otóż zakrawa czasem na purytanina.
Sir Andrz.  Gdybym był o tem wiedział, jak psabym go wychłostał.
Sir Tob.  Za co? Za to, że jest purytaninem? Powiedz mi twoje wyśmienite powody, panie Jędrzeju.
Sir Andrz.  Nie mam wyśmienitych powodów, ale mam dość dobre powody.
Marya.  Czy przeklęty z niego purytanin, czy co innego, wiem, że nudna z niego sztuka, nadęty osieł, który roztrząsa sprawy stanu bez książki i z wielką uroczystością wyroki swoje ogłasza. Tak wysokie ma o sobie rozumienie, zdaje mu się, że tak jest nadziany wszelkiego rodzaju doskonałościami, iż najsilniej wierzy, że kto na niego spojrzy, zakochać się w nim musi. Na tej jego wadzie ugruntuję moją zemstę.
Sir Tob.  Co myślisz zrobić?
Marya.  Podrzucę mu ciemny list miłosny, w którym po kolorze swojej brody, po kształcie nogi, ruchu ciała, wyrazie oka, po formie czoła i cerze, musi własny swój portret rozpoznać. Umiem naśladować rękę mojej pani, twojej synowicy, tak, że częstokroć o zapomnianym przedmiocie nie możemy naszych pism rozpoznać.
Sir Tob.  Przewybornie! Z wąchałem resztę.
Sir Andrz.  I ja też nosem ją czuję.
Sir Tob.  Z podrzuconego listu wpadnie na myśl, że go pisała zakochana w nim moja synowicą.
Marya.  Projekt mój jest w rzeczy samej koniem tej sierci.
Sir Andrz.  A koń ten chciałby go teraz zmienić na osła?
Marya.  I zmieni na osła, ani wątpię.
Sir Andrz.  Cudowne to będzie widowisko.
Marya.  Królewska zabawa, możecie mi wierzyć. Wiem, że moje lekarstwo zrobi na nim swój skutek. Was dwóch a trzeciego błazenka zasadzę niedaleko od miejsca, gdzie list mój znajdzie; zważajcie dobrze, jak go wytłómaczy. Na tę noc do łóżka! Niech wam się marzy o tej sprawie. Żegnam! (Wychodzi).
Sir Tob.  Dobranoc, Pentezyleo.
Sir Andrz.  Zdaniem mojem, rozkoszna to dziewka.
Sir Tob.  Dobrego rodu charcica; a szaleje za mną. Co ty na to?
Sir Andrz.  I za mną też pewnego razu jedna dziewczyna szalała.
Sir Tob.  Idźmy spać, panie Jędrzeju. Trzeba, żebyś posłał po więcej pieniędzy.
Sir Andrz.  Jeśli nie dostanę twojej synowicy, będzie ze mną krucho.
Sir Tob.  Poślej po więcej pieniędzy, panie Jędrzeju! Jeśli jej wkońcu nie dostaniesz, nazwiesz mnie szkapą.
Sir Andrz.  Jeśli tego nie zrobię, będziesz miał prawo na przyszłość słowu mojemu nie wierzyć i gniewać się, jak chcesz.
Sir Tob.  Dobrze, dobrze Chodź tylko ze mną; każę zagrzać parę butelek wina, bo już za późno kłaść się do łóżka. Za mną, panie Jędrzeju, za mną! (Wychodzą).


SCENA IV.
Pokój w pałacu książęcym.
(Wchodzą: Książę, Wiola, Kuryo i inni).

Książe.  Dzień dobry wszystkim! — Dobry mój Cezaryo,
Chciałbym raz jeszcze pieśń usłyszeć starą,
Którą ostatniej śpiewano mi nocy,
Bo większą ulgę przyniosła mej duszy,
Niż skoczne arye w wielkiej teraz modzie.
Choć jedną zwrotkę.

Kuryo.  Niema tu osoby, mój książę, któraby ją mogła odśpiewać.
Książe.  Któż to ją śpiewał?
Kuryo.  Feste, śmieszek, mój książę, który wielkim był faworytem ojca Oliwii; nie trudno będzie go znaleźć.

Książe.  Więc go przyprowadź. (Wychodzi Kuryo).
Zagrajcie mi nutę. (Muzyka).
Zbliż się tu, chłopcze. Jeśli i ty kiedyś
Pokochasz dziewczę, wśród słodkich boleści
Pamiętaj na mnie; wszyscy kochankowie
Do mnie podobni: niespokojni, zmienni,
Prócz wiernych uczuć dla drogiej istoty.
Jak ci się pieśń ta podoba, Cezaryo?
Wiola.  Echem w głębinach odbija się serca —
Tronu miłości.
Książę.  Mówisz po mistrzowsku.
Choć jesteś młody, jestem przecie pewny,
Że już twe oko spadło na oblicze,
Któreś pokochał; czy mylę się, chłopcze?
Wiola.  Trochę w tem prawdy.
Książę.  Cóż to za kobieta?
Wiola.  Twej cery, panie.
Książę.  Więc niegodna ciebie.
Ile wiosn liczy?
Wiola.  Twojego jest wieku.
Książe.  Przysięgam, chłopcze, za stara dla ciebie.

Żona, od której starszy jest małżonek,
Łatwiej nad jego sercem zapanuje;
Bo choć nie szczędzim pochwał samym sobie,
Wierzaj mi, chłopcze, uczucia są nasze
Lżejsze, chwiejniejsze, łatwiej przemijają,
Brak im niewieścich uczuć głębokości.
Wiola.  I ja tak myślę.
Książę.  Więc weź młodszą żonę,
Jeśli na zawsze pragniesz wiernym zostać.
Kobieta bowiem wonnej róży wzorem,
Rozkwita rano, więdnieje wieczorem.
Wiola.  Umierać przecie jak gorzka jest żałość,
Gdy w całym blasku świeci doskonałość!

(Wchodzą: Kuryo i Pajac).

Książę.  Śpiewaj nam teraz wczorajszą piosenkę.
Zważaj, Cezaryo, pieśń stara i prosta,
Którą kobiety stare przy kądzieli,
A młode dziewki przy czółenku nucą;
Ze starych wieków niewinną prostotą
Niewinną miłość wiernie nam maluje.
Pajac.  Czy jesteś już gotowy, książę?
Książę.  Zaczynaj. (Muzyka).

Pieśń.

Pajac  (śpiewa). Przybądź śmierci! ukój serce,
Rzuć do trumny moje kości!
Uleć, duszo! bo w pasterce
Niema dla ciebie litości.
Na grób gałązki świerczane,
Siej w żałobie!
Ja jej wierny pozostanę
Nawet w grobie.
Na śmiertelnej mej pościeli
Niechaj kwiatków nikt nie siek,
Ani oko przyjacieli
Na mój popiół łez nie leje.
Grób wykopcie zdała ludzi,
Złóżcie tam!

Niech westchnienie mnie nie budzi,
Niech śpię sam!

Książę.  Przyjm to za fatygę.
Pajac.  Nie było w tem fatygi, mój książę, śpiew jest dla mnie rozkoszą.
Książę.  Płacę ci więc za twoją rozkosz.
Pajac.  Wielka prawda! Prędzej lub później trzeba za każdą rozkosz zapłacić.
Książę.  Możesz się teraz oddalić.
Pajac.  Niech ci więc bóg melancholii błogosławi, a krawiec niech ci uszyje suknię z mieniącej się kitajki, bo myśl twoja jest prawdziwym opalem. Pragnąłbym, żeby ludzi takiej stałości na morze wyprawiano, żeby interesem ich było wszystko, a cele ich były wszędzie, bo to najlepszy sposób zrobienia dobrej podróży z niczego. Bądźcie zdrowi (wychodzi).

Książę.  Odejdźcie wszyscy. (Wychodzą: Kuryo i Służba).
Raz jeszcze, Cezaryo
Idź do tej pani okrutnego serca;
Mów, że ma miłość, nad świat szlachetniejsza,
Z pogardą patrzy na włości rozległe;
Powiedz, że wszystko, co ma od fortuny,
Nie wyżej cenię niż samą fortunę;
Lecz wdzięk i piękność, te perły natury,
Jedynie do niej duszę moją ciągną.
Wiola.  Lecz, panie, jeśli nie może cię kochać?
Książę.  Nie mogę przestać na tej odpowiedzi.
Wiola.  A musisz jednak. Przypuść — co być może —
Że jest kobieta, co dla twej miłości
Tyle w swem biednem cierpi teraz sercu,
Co w twem, ty, panie, cierpisz dla Oliwii;
Jeśli jej powiesz: nie mogę cię kochać,
Nie musiż przestać na tej odpowiedzi?
Książę.  Niema kobiety, której pierś jest zdolna
Wytrzymać serca tak gwałtowne bicia
Jak te, co miłość w moich sprawia piersiach.
Kobiety serce za nadto jest małe,
Aby tak wiele objąć w sobie mogło;

Jej miłość można nazwać apetytem —
Tam dusza niczem, wszystkiem podniebienie —
Miłość tę kończy przesyt i odraza,
Gdy miłość moja głodna jest jak morze,
I zdolna tyle co morze pochłonąć:
Nie równaj moich uczuć dla Oliwii
Z tem, co kobieta zdolna jest czuć dla mnie.
Wiola.  Wiem jednak —
Książę.  Co wiesz?
Wiola.  Zbyt dobrze wiem, panie,
Jaka miłości kobiecej potęga.
Ich serce, panie, wierne jest jak nasze.
A wiem, co mówię. Ojciec mój miał córkę,
Która kochała męża tak namiętnie,
Jak jabym może, gdybym był kobietą,
Kochał cię, panie.
Książę.  Jakie są jej dzieje.
Wiola.  Jej dzieje? — blankiet. Cicha i milcząca,
Nigdy mu uczuć swych nie wyjawiła,
A tajemnica, jakby robak w pączku,
Toczyła skrycie róże jej oblicza,
W duszy cierpiała, w czarnej melancholii,
Jak cierpliwości posąg na mogile,
Słoniła boleść żałosnym uśmiechem.
Czy to nie była miłość? powiedz, panie.
My więcej mówim, więcej przysięgamy,
Lecz więcej u nas pozorów niż prawdy,
Wiele obietnic lecz miłości mało.
Książę.  Czy siostra twoja umarła z miłości?
Wiola.  Mojego domu wszystkie we mnie siostry
I braci widzisz — a jednakże nie wiem —
Czy mam iść teraz?
Książę.  O, idź, idź bez zwłoki!
Daj jej ten klejnot, powiedz, że w mej duszy
Żadna odmiana miłości nie skruszy. (Wychodzą).


SCENA V.
Ogród Oliwii.
(Wchodzą: Sir Tobiasz Czkawka, Sir Andrzej Czerwonogębski i Fabian).

Sir Tob.  Przybywaj, mości Fabianie!
Fabian.  Lecę; a jeśli stracę jeden skrupuł tej krotofili, niech mnie na śmierć ugotują w melancholii.
Sir Tob.  Czy nie byłbyś kontent, gdybyśmy jak należy zdetonowali tego łotra liczykrupę, tego kundla?
Fabian.  Myślałbym, panie Tobiaszu, że w siódmem jestem niebie. Wszak wiesz, że on mnie pozbawił łaski mojej pani z powodu owych hec niedźwiedzich.
Sir Tob.  Na złość mu raz jeszcze sprowadzimy tu niedźwiedzia, a wystrychniemy go na dudka. Czy nie, panie Jędrzeju?
Sir Andrz.  Jeśli nie, to tem gorzej dla nas, panie Tobiaszu.

(Wchodzi Marya).

Sir Tob.  Ale nadchodzi nasza malutka hultajka. Co tam nowego, złote moje serduszko?
Marya.  Skryjcie się wszyscy trzej w bukszpanowej altanie, bo Malwolio zbliża się tą aleją. Od pół godziny stał na słońcu i na własnym cieniu praktykował dobre maniery. Miejcie na niego oko choćby dla zabawy, bo wiem, że list zrobi z niego zadumanego durnia. Przez Boga, schowajcie się co prędzej! (Kryją się w altanie). A ty, czekaj tu na niego, (rzuca list na ziemię) bo nadpływa pstrąg, którego musimy złapać łaskotaniem. (Wychodzi. — Wchodzi Malwolio).
Malwolio.  To tylko szczęście — wszystko jest szczęście. Powiedziała mi raz Marya, że ona mnie kocha, a nawet ja sam słyszałem z ust jej własnych wyrazy, które prawie otwarcie mówiły, że gdyby się przyszło jej zakochać, to chyba w podobnym do mnie człowieku. Prócz tego, traktuje mnie z głębszem poważaniem niż któregokolwiek ze swoich ludzi. Co ja mam myśleć o tem wszystkiem?
Sir Tob.  A to mi łotr zarozumiały!
Fabian.  Cicho! Zadumanie przemieniło go w zabawnego indyka. Patrzcie tylko, jak pióra najeżył!
Sir Andrz.  Okrutną mam chętkę wygarbować skórę temu kapcanowi.
Sir Tob.  Cicho! powtarzam.
Malwolio.  Zostać hrabią Malwolio —
Sir Tob.  A hajdamaku!
Sir Andrz.  Zastrzel go! zastrzel go!
Sir Tob.  Cicho! cicho!
Malwolio.  Widziano tego przykłady. Księżniczka astrachańska wzięła za męża swojego szatnego.
Sir Andrz.  O, hańbo! O, Jezabelo!
Fabian.  Cicho! Zatopił się sam w sobie; patrzcie, jak go wydyma wyobraźnia.
Malwolio.  Po trzech miesiącach małżeństwa, zasiadłszy na mojem hrabiowskiem krześle —
Sir Tob.  O, dajcie mi kuszę, żebym mu oko wystrzelił!
Malwolio.  Odziany moim aksamitnym płaszczem w kwiaty, rzucam sofę, na której zostawiłem uśpioną Oliwię i przywołuję wszystkich moich oficyalistów.
Sir Tob.  Na siarkę piekielną!
Fabian.  Cicho! cicho!
Malwolio.  Przybrawszy uroczystą minę, powiodę surowem okiem naokoło, aby im dac poznać, że znam własne miejsce, a pragnę, żeby wszyscy tak dobrze znali swoje, poczem zapytam, gdzie krewny mój Tobiasz —
Sir Tob.  Dyby i kajdany!
Fabian.  Cicho! cicho! cicho! Teraz to słuchajcie!
Malwolio.  Siedmiu z moich ludzi, z posłuszną gorliwością wybiegnie, żeby go zawołać. Ja tymczasem brwi marszczę, może nakręcam zegarek, może bawię się jaką kosztowną pieczątką. Wchodzi Tobiasz, kłania się pokornie —
Sir Tob.  Czy łotrowi temu karku nie ukręcę?
Fabian.  Choćby z nas milczenie za uszy wyciągano, cicho!
Malwolio.  Podaję mu rękę — tak — studząc poufałość uśmiechu surowem spojrzeniem wyrzutu —
Sir Tob.  A czy cię za to Tobiasz w papę nie gruchotnie?
Malwolio.  I mówię: „kuzynie Tobiaszu, fortuna zrobiła mnie mężem twojej synowicy, nie bierz mi przeto za złe mojej otwartości, ale“ —
Sir Tob.  Co? co?
Malwolio.  „Ale musisz się poprawić z twojego nałogu pijaństwa“.
Sir Tob.  A psie parszywy!
Fabian.  Cierpliwość! lub sami porwiemy nasze sidła.
Malwolio.  „Prócz tego, tracisz skarb twojego czasu z głupowatym szlachcicem“ —
Sir Andrz.  To ja, zaręczam!
Malwolio.  „Niejakim panem Jędrzejem“.
Sir Andrz.  Wiedziałem, że o mnie myślał; nie on jeden nazywa mnie głupowatym szlachcicem.
Malwolio.  A to co takiego? (Podnosi list).
Fabian.  Teraz bekas blizko samołówki.
Sir Tob.  Cicho! O, gdyby duch radości natchnął go chętką głośnego czytania!
Malwolio.  Na moje życie, to ręka mojej pani. Ani wątpliwości; to jej C, jej U i jej T; wielkie P właśnie ona tak pisze. Ani kwestyi, to jej ręka.
Sir Andrz.  Jej C i jej U i jej T, dlaczego?
Malwolio  (czyta). „Nieznanemu kochankowi list ten i dobre życzenia“. — To styl jej. Pozwól, panie, laku. Pozwoli! Na pieczątce Lukrecya, którą zwykle listy swoje pieczętuje. Do kogo list ten może być adresowany?
Sir Andrz.  Ugrzązł z duszą i ciałem.

Malwolio  (czyta).Kocham, Bóg wie;
Lecz drogi gdzie?
Języku, stój!
To sekret mój.

„To sekret mój“. — Co dalej? Zmiana wiersza. — „To sekret mój!“ a gdyby to był Malwolio?
Sir Tob.  Powieś się wprzódy, borsuku!

Malwolio  (czyta). Tam ubóstwiam, gdzie mogę wydawać rozkazy,
Lecz milczenie, jak sztylet Lukrecyi bez skazy,
Krew mą pije w mem sercu utopione skrycie:
M, O, A, J, to gwiazda moja, moje życie.

Fabian.  Tak mi gadaj! to mi zagadka!

Sir Tob.  Rozkoszna dziewka! powtarzam.
Malwolio.  „M, O, A, J, to gwiazda moja, moje życie“. Ale najprzód zobaczmy — zobaczmy — zobaczmy —
Fabian.  Co za półmisek trucizny mu zastawiła!
Sir Tob.  A jakiem skrzydłem maiż się na nią rzuca!
Malwolio.  „Tam ubóstwiam, gdzie mogę wydawać rozkazy“. — Toć ona mnie może rozkazywać: jestem jej sługą, ona moją jest panią. To rzecz jasna dla najtępszej nawet głowy. W tem żadnej niema trudności. Zobaczmy teraz koniec. Co mogą znaczyć te alfabetyczne kombinacye? Gdyby i tu udało mi się odkryć jakie zastosowanie do mojej osoby. Powoli! M, O, A, J.
Sir Tob.  He, he, zgadnij teraz! Zaciera nasz ogar.
Fabian.  Znów się zaczyna zławiać, choć jeszcze lisa nie powąchał.
Malwolio.  M — Malwolio; — M — to pierwsza ii tera mojego nazwiska.
Fabian.  Czy nie powiedziałem, że znajdzie tłómaczenie? Wyborny to goniec za omylnym śladem.
Malwolio.  M — ale to nie kwadruje z tem, co idzie potem — tu pewna trudność zachodzi — powinno A następować, a ja tu O widzę.
Fabian.  Mam też nadzieję, że wszystko na O! się także skończy.
Sir Tob.  Choćby mi przyszło kijem go wygrzmocić, żeby krzyczał O! w niebogłosy.
Malwolio.  Nakoniec czytam A. J.
Fabian.  Co się znaczy, że czeka na ciebie więcej Aj! niż fortuny.
Malwolio.  M, O, A, J, to nie tak jasne jak początek — a przecie — byle zadać sobie trochę mozołu, można wszystko do mnie zastosować, bo każda z tych liter wchodzi do mojego nazwiska. Powoli! Zobaczmy teraz, co mówi proza. (Czyta) „Jeśli to wpadnie w twoje ręce, rozważaj! Moje gwiazdy postawiły mnie wyżej ciebie, lecz niech cię wielkość nie trwoży. Jedni rodzą się wielkimi; inni w pocie czoła do wielkości przychodzą; innych wielkość szuka sama. Twoje przeznaczenie otwiera ci rękę, schwyć ją ze wszystkich sit twojego ciała i twojej duszy. Aby się przyzwyczaić do tego, czem będziesz zapewne, zmień skromną powlokę, a wystąp w całej świeżości. Bądź sprzeczliwy z krewnym, swarliwy ze sługami; niech twój język brzmi rozprawami o polityce; zakrawaj na dziwaka; to są rady tej, która wzdycha do ciebie. Przypomnij sobie, kto podziwiał twoje żółte pończochy, kto pragnął widzieć zawsze twoje podwiązki na krzyż związane? powtarzam, przypomnij sobie! Los twój od ciebie teraz zależy; byłeś chciał, będziesz szczęśliwy; jeśli nie chcesz, zostań intendentem na zawsze, zostań sług kolegą, bo jesteś niegodny dotknąć palca fortuny. Bądź zdrów! Ta, któraby chciała pomieniać się z tobą na służbę, Szczęśliwa Nieszczęśliwa“. — W południe, na otwartem polu, trudno więcej widzieć: to rzecz jasna. Będę więc dumny, wezmę się do czytania politycznych autorów, będę lekceważył pana Tobiasza, omyję ręce z brudnych znajomości, będę nowym, jakby dopiero z igły zdjętym człowiekiem. Teraz przynajmniej nie robię sam z siebie durnia, własną nie zwodzę się wyobraźnią; bo wszystko się sprzysięga, aby mi dowieść, że pani moja zakochała się we mnie. Ona przed kilku dniami podziwiała moje żółte pończochy, ona chwaliła moją nogę z podwiązkami na krzyż zawiązanemi: w tych słowach miłość mi swoją objawia i prawie rozkazuje, żebym się ubierał wedle jej gustu. Dziękuję moim gwiazdom za moje szczęście. Będę dziwakiem, będę dumnym, wdzieję żółte pończochy, zwiążę na krzyż moje podwiązki, a to natychmiast, bez straty jednej minuty. Jowiszu i gwiazdy moje, dzięki wam! Ale jest, widzę, jeszcze post scriptum. „Trudno, żebyś się nie domyślił, kto jestem. Jeśli podzielasz moją miłość, pokaż mi to twoim uśmiechem. Do twarzy ci uśmiech; dlatego w mojej przytomności, uśmiechaj się ciągle, drogi mój cukierku, proszę cię“. Jowiszu! dziękuję ci! Będę się uśmiechał, zrobię wszystko, czego ode mnie żądasz (wychodzi).
Fabian.  Nie oddałbym mojej części tej krotofili za pensyę tysiąca talarów, płaconych ze skarbu samego Sofi.
Sir Tob.  Grotówbym ożenić się z tą dziewką za ten jej koncept.
Sir Andrz.  I ja też.
Sir Tob.  A za cały posag, przestać na drugim podobnym figlu.
Sir  Andrz. I ja to samo.

(Wchodzi Marya).

Fabian.  Zbliża się moja szlachetna dudko-łowczyni.
Sir Tob.  Czy chcesz postawić nogę na moim karku?
Sir Andrz.  Albo na moim?
Sir Tob.  Czy chcesz, żebym o moją wolność w warcaby się rozegrał i został twoim niewolnikiem?
Sir Andrz.  Albo ja też?
Sir Tob.  W takie go wprowadziłaś marzenia, że jeśli się z nich przebudzi, musi owaryować.
Marya.  Dobrze, dobrze, powiedzcie mi tylko otwarcie, czy skutkowało lekarstwo?
Sir Tob.  Jak wódka na akuszerce.
Marya.  Jeśli więc pragniecie widzieć owoce mojego figla, miejcie na niego oko, gdy się po raz pierwszy zbliży do pani. Przyjdzie do niej w żółtych pończochach, a to jest kolor, którego ona znieść nie może; z podwiązkami na krzyż związanemi, a to jest moda, do której ona czuje wstręt niezwyciężony; będzie się do niej uśmiechał, co tak jest sprzeczne z teraźniejszem jej usposobieniem i głęboką melancholią, że tylko jej oburzenie i pogardę wywoła, Kto chce to wszystko widzieć, niech idzie za mną.
Sir Tob.  Choćby do bram piekielnych, ty szatanie dowcipu!
Sir Andrz.  I ja też. (Wychodzą).


AKT TRZECI.
SCENA I.
Ogród Oliwii.
(Wchodzą: Wiola, Pajac z tamburynem).

Wiola.  Niech cię Bóg błogosławi i i twoją muzykę, przyjacielu. Czy żyjesz z twojego tamburyna.
Pajac.  Nie, panie, ja mam chleb przy kościele.
Wiola.  Jesteś więc duchowną osobą?
Pajac.  Bynajmniej. Mam chleb przy kościele, bo go jem w domu, a dom mój stoi przy kościele.
Wiola.  Mógłbyś równie dobrze powiedzieć, że król żyje przy żebraczce, jeśli żebraczka mieszka przy królewskim pałacu, i że kościół żyje przy twoim tamburynie, jeśli twój tamburyn stoi przy kościele.
Pajac.  Powiedziałeś, panie. Patrzcie, co za czasy! Słowo jest tylko zamszową rękawiczką dla przenikliwego dowcipu; jak ją łatwo na złą stronę przewrócić!
Wiola.  To prawda; kto zbyt igra ze słowami, łatwo je może puścić na rozpustę.
Pajac.  Dlatego też pragnąłbym, żeby siostra moja nie miała nazwiska.
Wiola.  A to dlaczego?
Pajac.  Bo nazwisko, to słowo, a igranie z tem słowem, mogłoby zrobić z mojej siostry rozpustnicę. Uczciwie mówiąc, słowa, to wierutne łotry od czasu, jak je zbezcześciły zaręczenia.
Wiola.  A to znów dlaczego?
Pajac.  Bez słów nie mogę tego dowieść, a że słowa są dziś kłamliwe, nie mam ochoty słowami prawdy dowodzić.
Wiola.  Widzę, że krotofilna z ciebie sztuka i o nic się nie troszczysz.
Pajac.  Z przeproszeniem, mości panie, są rzeczy, o które się troszczę; ale sumiennie wyznaję, że nie troszczę się o ciebie, jeśli to znaczy o nic się nie troszczyć; chciałbym, żeby to mogło zrobić cię niewidzialnym.
Wiola.  Czy nie jesteś czasem błaznem hrabianki Oliwii?
Pajac.  Nie, panie, hrabianka Oliwia nie ma błazeństw, i nie będzie miała na dworze błazna, dopóki za mąż nie pójdzie, bo błazny tak są do mężów podobne, jak serdele do śledzi: większy z nich, to mąż. Nie, mości panie, nie jestem błaznem, jestem tylko słów jej fałszerzem.
Wiola.  Widziałem cię niedawno na dworze hrabiego Orsyno.
Pajac.  Błazeństwo, mój panie, krąży nad światem jak słońce 1 zarówno wszystkim przyświeca; byłoby mi smutno, gdyby błazeństwo równie często gościło u twojego pana, jak na dworze mojej pani. Zdaje mi się, że widziałem tam twoją mądrość.
Wiola.  Jeśli i mnie myślisz wziąć na fundusz, za wczasu kapituluję. Przyjmij to na szklankę piwa.
Pajac.  Niechże ci za to Jowisz, przy pierwszej ekspedycyi włosów, przyśle brodę.
Wiola.  Powiem ci do ucha, że wzdycham za brodą, choć nie chciałbym, żeby rosła na moim podbródku. Czy pani twoja jest w domu?
Pajac.  (poglądając na pieniądze). Czy ta para nie mogłaby się rozmnożyć?
Wiola.  Bardzo łatwo, byłeś ją trzymał razem, a używał roztropnie.
Pajac.  Chętnie podjąłbym się roli frygijskiego Pandara, żeby sprowadzić Kressydę do tego Troila.
Wiola.  Pojmuję; umiesz żebrać.
Pajac.  Niewielka to sprawa, mój paniczu, żebrać o żebraczkę. Kressyda była żebraczką. Pani moja jest w domu. Powiem jej, skąd przychodzisz; ale kto jesteś i czego żądasz, to nie należy do mojego firmamentu, mógłbym powiedzieć elementu, ale to wyraz od dawna już zużyty (wychodzi).

Wiola.  Dość to człek mądry, by grać błazna rolę,
A na to trzeba dowcipu niemało:
Na czas mieć baczność, na charakter osób,

Z któremi pragnie żarty swoje stroić;
Jak głupi maiż ślepo się nie rzucać,
Na pierwsze pióro, co mu w oko wpadnie.
Rzemiosło błazna potrzebuje wprawy
Równie mozolnej, jak mądrego sztuka.
Jego błazeństwo mądrą myśl pokrywa;
Błazeństwo mądrych na głupstwo zarywa.

(Wchodzą: Sir Tobiasz Czkawka i Sir Andrzej Czerwonogębski).

Sir Tob.  Pozdrawiam, mości panie.
Wiola.  Dzień dobry.
Sir Andrz.  Dieu vous garde, monsieur.
Wiola.  Et vous aussi; votre serviteur.
Sir Andrz.  Tak myślę, że jesteś; i ja też jestem twoim.
Sir Tob.  Czy chcesz wejść do domu? Moja synowicą pragnie cię widzieć, jeśli masz do niej interes.
Wiola.  Mam zlecenie do twojej synowicy, panie; chcę powiedzieć, że ona jest celem mojej podróży.
Sir Tob.  Więc nogi zapas, mości panie, i ruszaj!
Wiola.  Moje nogi rozumieją mnie lepiej, niż ja twój rozkaz, mój panie, żebym wziął moje nogi za pas.
Sir Tob.  Chciałem powiedzieć: wejdź do domu.
Wiola.  Najlepiej na to odpowiem, gdy drzwi otworzę i wejdę. Ale widzę, że niepotrzebna fatyga. (Wchodzą: Oliwia i Marya). Najdostojniejsza, najdoskonalsza pani, niech niebo wonny deszcz na ciebie zleje!
Sir Andrz.  Rzadki dworak z tego młodzika. Deszcz wonny! wybornie!
Wiola.  Moje poselstwo nie ma języka, tylko dla twojego dostojnego i łaskawego ucha.
Sir Andrz.  Deszcz wonny! Dostojnego i łaskawego ucha! Zanotuję wszystko na przypadek.
Oliwia.  Każ zamknąć drzwi ogrodu. Zostawcie nas samych.

(Wychodzą: Sir Tobiasz, Sir Andrzej i Marya).

Daj mi rękę, młody panie.
Wiola.  Daję ci, pani, moje posłuszeństwo i moje pokorne służby.
Oliwia.  Powiedz mi twoje nazwisko.
Wiola.  Cezaryo jest nazwisko twojego sługi, piękna księżniczko.

Oliwia.  Mojego sługi! Świat stracił wesele,
Odkąd nazwano kłamstwo komplementem;
Wszak jesteś sługą hrabiego Orsyna?
Wiola.  Hrabia Orsyno sługą jest twym, pani,
A sługa sługi twego, twym jest sługą.
Oliwia.  Nie myślę o nim, a gorąco pragnę,
By imię moje z myśli swych wymazał.
Wiola.  Właśnie przychodzę, żeby w myślach twoich
Odnowić pana mojego pamiątkę.
Oliwia.  Wszak zabroniłam ci wspominać o nim.
Lecz gdybyś inną pragnął prośbę zanieść,
Słów twoich chętnem słuchać będę uchem,
Jak sfer harmonii.
Wiola.  Droga moja pani —
Oliwia.  Daruj mi, proszę, że ostatnią razą,
Pod wpływem czarów twej słodkiej wizyty,
Za tobą pierścień mój wysłałam, zwodząc
Mojego sługę, siebie, może ciebie.
Może w tej chwili surowo mnie sądzisz
Za to, że chciałam zmusić cię podstępem
Przyjąć, co twoją własnoscią nie było.
Co mogłeś myśleć? Czy biedny mój honor
Nie był przedmiotem tysiącznych przypuszczeń,
Które okrutne spłodzić może serce?
Dość wyjawiłam dla twojej bystrosci.
Krepa, nie ciało osłania me serce:
Mów więc.
Wiola.  Lituję się nad tobą, pani.
Oliwia.  Litość jest pierwszym do miłości stopniem.
Wiola.  O nie, nie, pani; wszak często, jak mówią,
Dla nieprzyjaciół naszych litosc mamy.
Oliwia.  Już więc czas uśmiech na usta przywołać:
Jak często biedny pychą się nadyma!
Kto ma być łupem, lepiej niech upadnie
Pod lwa pazurem, niż wilka zębami. (Bije zegar).
Zegar mnie łaje, że czas darmo tracę.

Lecz bądź spokojny, — niczego nie żądam, —
Lecz gdy „twój dowcip i młodość dojrzeją,
Dla żony twojej piękne będzie żniwo.
Tam droga twoja!
Wiola.  Żegnam cię więc, pani!
Niech niebo łaskę i dobre uczucia
Zleje na ciebie! Czy nie dasz mi, pani,
Żadnych do pana mego zleceń?
Oliwia.  Czekaj.
Powiedz mi, proszę, co ty myślisz o mnie?
Wiola.  Ty myślisz, pani, żeś nie jest, czem jesteś.
Oliwia.  I ja o tobie podobne mam myśli.
Wiola.  Myśl twoja słuszna: nie jestem, czem jestem.
Oliwia.  Gdybyś mógł zostać tem, czem cię mieć pragnę!
Wiola.  Gdyby mi zmiana na lepsze wyjść mogła,
Chętnie, bo teraz twą jestem igraszką.
Oliwia.  O, jaki urok twarzy jego daje
Ten wyraz gniewu i gorzkiej pogardy!
Miłość, jak zbrodnia, zdradza sama siebie,
Bo noc miłości jest jak dzień na niebie.
Na róże wiosny tchnieniem rozwinięte,
Honor i wszystko, co ludziom jest święte,
Mimo twej dumy, kocham cię bez granic,
A rozum, dowcip i skromność mam za nic!
Nie bądź okrutny, choć pierwsza, tak śmiało,
Duszy namiętność odkryłam ci całą,
Mów raczej: słodką miłość jest szukana,
Lecz stokroć słodszą będzie miłość dana.
Wiola.  Na moją młodość, pani, wyznać muszę,
Jedną mam wiarę i jedną mam duszę,
Lecz nigdy żadna kobieta na ziemi,
Prócz mnie, panować nie będzie nad niemi.
Żegnam cię, pani! Odtąd nigdy więcej
Nie będę posłem boleści książęcej.
Wróć jednak; może wymową namiętną
Oliwia.  Zjednasz mu duszę dzisiaj obojętną. (Wychodzą).


SCENA II.
Pokój w domu Oliwii.
(Wchodzą: Sir Tobiasz Czkawka, Sir Andrzej Czerwonogębski i Fabian).

Sir Andrz.  Nie, na uczciwość, nie zostaję jednej chwili dłużej.
Sir Tob.  Twoje powody, droga trutko, powiedz mi twoje powody!
Fabian.  Musisz mu wyjawić twoje powody, panie Jędrzeju.
Sir Andrz.  Jeśli tylko o to chodzi, widziałem, jak twoja synowicą miała więcej względów dla sługi hrabiego, niż kiedykolwiek raczyła mi okazać; widziałem to w ogrodzie.
Sir Tob.  A ona, czy widziała cię, staruszku? powiedz.
Sir Andrz.  Tak dobrze, jak ja was teraz widzę.
Fabian.  A toć jest najwyraźniejszy dowód jej miłości ku tobie, panie Jędrzeju.
Sir Andrz.  Brednie! Czy chcesz zrobić ze mnie osła?
Fabian.  Dowiodę ci, panie Jędrzeju, prawdy słów moich pod przysięgą sądu i rozumu.
Sir Tob.  A to byli przysięgli, nim jeszcze Noe został żeglarzem.
Fabian.  Okazywała względy młodzikowi w twojej przytomności, żeby cię rozjątrzyć, rozbudzić twoją uśpioną dziarskość, dodać ognia twojemu sercu, a siarki twojej wątrobie. Należało ci natychmiast zbliżyć się do niej, a jakim sprytnym żarcikiem, świeżo z mennicy, zamknąć gębę młokosowi. Tego spodziewała się po tobie; ale zawiodłeś jej oczekiwania, pozwoliłeś czasowi zmyć podwójną pozłotę dobrej sposobności. Żeglujesz teraz ku północnemu biegunowi względów mojej pani, do którego przylgniesz jak sopel do brody Holendra, jeśli nie naprawisz interesów jaką mistrzowską sztuką odwagi, lub polityki.
Sir Andrz.  Jeśli gwałtem mam zrobić jaką sztukę, to chyba sztukę odwagi, bo brzydzę się polityką, i tyle mam ochoty zostać brownistą[13] co politykiem.
Sir Tob.  Buduj więc pałac twojej fortuny na gruncie odwagi. Wyzwij mi tego hrabiowskiego niedorostka na rękę, pokiereszuj go w jedenastu miejscach, zwróci to uwagę mojej synowicy, bo możesz być przekonany, że niema dziewosłęba na ziemi, któryby zdołał lepiej zalecić kawalera kobiecie, niż słowa odwagi.
Fabian.  Niema innej drogi, panie Jędrzeju.
Sir Andrz.  Któryż was podejmie się zanieść mu moje wyzwanie?
Sir Tob.  Napisz je rycerską ręką: ostro a krótko. Mniejsza o dowcip, byle nie brakło na wymowie i imaginacyi; lżyj go z całą swobodą atramentu; jeśli mu tykniesz dwa lub trzy razy, tem lepiej; a kłamstw, ile się może zmieścić na arkuszu papieru, choćby ten arkusz był wielki jak prześcieradło. Do roboty! Dolej żółci do atramentu, a nie zważaj wcale, że będziesz pisał gęsiem piórem. Do roboty!
Sir Andrz.  Gdzie was znajdę?
Sir Tob.  Przyjdziemy do twojego cubiculum. Do roboty!

(Wychodzi Sir Andrzej).

Fabian.  Drogi to dla ciebie człowiek, panie Tobiaszu.
Sir Tob.  I ja też dla niego nie tani; wychodzę mu okrągło na jakie dwa tysiące talarów.
Fabian.  Będziemy mieli list nie lada; ale myślę, panie Tobiaszu, że go nie wręczysz?
Sir Tob.  Miej mnie za wierutnego kłamcę, jeśli go natychmiast nie oddam i wszystkich nie użyję sposobów, aby skłonić młodzika do odpowiedzi. Zdaje mi się tylko, że linami i sprzęgiem wołów nie ściągniemy ich do kupy. Co do pana Jędrzeja, gdybyś go otworzył, a znalazł w jego wątrobie więcej krwi, niż coby się przylepiło do pchlej nogi, to ja się podejmuję zjeść go całego.
Fabian.  Jego też przeciwnik, młodzieniaszek, nie nosi na twarzy znaków okrucieństwa.
Sir Tob.  Ale patrz, zbliża się dziewiąty, najmłodszy królik z całego gniazda. (Wchodzi Marya).
Marya.  Jeśli pragniecie zabawy, a chcecie dostać kolek od śmiechu, idźcie za mną. Ten dudek Malwolio wyszedł na czystego poganina, na renegata, bo trudno znaleźć chrześcijanina, pragnącego dostąpić wiecznego żywota prawdziwą wiarą, któryby mógł uwierzyć w podobne brednie. Wdział żółte pończochy.
Sir Tob.  I na krzyż je powiązał?
Marya.  W sposób najobrzydliwszy, jak bakałarz pilnujący studentów w kościele. Szłam za nim w tropy, jak rozbójnik; wykonał co do joty wszystko, co mu przepisałam w liście na jego zgubę. Uśmiechem tak sobie twarz pomarszczył, że więcej na niej krzyżujących się linii, niż na nowej mapie z dodatkiem Indyi. Nie widzieliście nigdy nic podobnego. Ledwo się mogę wstrzymać od rzucenia mu na głowę pierwszego, który się nadarzy, sprzętu. Jestem pewna, że pani da mu szturchańca, a on się będzie uśmiechał i weźmie to za dowód wielkiej łaski.
Sir Tob.  Prowadź nas, prowadź nas co prędzej tam, gdzie go spotkamy. (Wychodzą).

SCENA III.
Ulica.
(Wchodzą: Antonio i Sebastyan).

Sebast.  Sam cię kłopotać nigdybym nie pragnął,
Lecz skoro rozkosz znajdujesz w cierpieniu,
Nie chcę cię łajać.
Antonio.  Po twem oddaleniu
Nie miałem chwili spokoju, bo żądza,
Ostra jak sztylet, gnała mnie za tobą.
Nie tyle jednak chęć, by cię zobaczyć,
(Choć i to byłby dostateczny powód
Do przedsięwzięcia dalekiej podróży)
Co niespokojność o twe bezpieczeństwo
Moją troskliwą rozbudziła miłość,
Kazała w pogoń puścić się za tobą,
Boś podróżował w ziemi ci nieznanej,
Gdzie na pielgrzyma gościnność nie czeka,

Któremu przyjaźń drogi nie pokaże.
Sebast.  O, mój Antonio, za dobroci tyle
Mogę ci tylko: Bóg zapłać! powiedzieć.
Wiem, że fałszywą tą monetą nieraz
Spłacają ludzie największe usługi;
Nie takie u mnie przyjęciebyś znalazł,
Gdyby fortuna sprostała uczuciu. —
Co teraz robić? Czy chcesz, byśmy razem
Poszli pamiątki miasta tego zwiedzać?
Antonio.  Idź dziś wypocząć; odłóż to na jutro.
Sebast.  Dzień jeszcze jasny; nie czuję znużenia,
Idźmy więc oczy nasycić widokiem
Licznych pomników, któremi to miasto
Słynie u ludzi.
Antonio.  Przebacz, lecz tych ulic
Nie mogę zwiedzać bez niebezpieczeństwa.
Raz, w bitwie morskiej z księcia tego flotą,
Oddałem pewnej wartości usługi,
A gdybym teraz w ręce mu się dostał,
Pojmujesz, jakie znalazłbym przyjęcie.
Sebast.  Czyś majtków jego wielką zabił liczbę?
Antonio.  Nie, nie tak krwawą jest moja obraza,
Choć czas i miejsce i sprawy natura
Mogłyby krwawe pociągnąć następstwa.
Wyznaję, spór ten można było skończyć
Zwrotem zaboru, jak to już zrobiła
Większa część moich współobywateli,
Aby handlowe odnowić stosunki;
Ja tylko jeden część mą zatrzymałem;
Schwytany drogo zapłaciłbym upór.
Sebast.  Więc się publicznie nie pokazuj w mieście.
Antonio.  To mój jest zamiar. Przyjmij moją kieskę;
Na południowem przedmieściu, pod Słoniem,
Idę mieszkanie i obiad zamówić.
Gdy dostatecznie napasiesz twe oczy
Widokiem wszystkich ciekawości miasta,
Wracaj, ja czekam na ciebie w gospodzie.
Sebast.  W jakimże celu kieskę mi twą dajesz?

Antonio.  Może przypadkiem piękna jaka fraszka
W oczy ci wpadnie i zechcesz ją nabyć,
A nie przypuszczam, byś mógł twe zasoby
Na niepotrzebne cacka marnotrawić.
Sebast.  Kieski twej będę stróżem na godzinę.
Antonio.  Czekam pod Słoniem.
Sebast.  Pamiętam i wrócę.

(Wychodzą).

SCENA IV.
Ogród Oliwii.
(Wchodzą: Oliwia i Marya).

Oliwia.  Posłałam za nim; powiedział, że przyjdzie.
Jak mam go przyjąć? co mu ofiarować?
Wiem to, że łatwiej młodego jest kupić,
Niż go wyżebrać, albo niż pożyczyć. —
Mówię za głośno. — Lecz gdzie jest Malwolio?
Jego surowa, uroczysta postać
Dziwnie do mojej fortuny przystaje.
Gdzie jest Malwolio?

Marya.  Zbliża się, pani, ale w najdziwaczniejszym stroju; ani wątpię, że go jakiś dyabeł opętał.
Oliwia.  Dlaczego? Co mu się zrobiło? Czy gada od rzeczy?
Marya.  Nie, pani, on tylko ciągle się uśmiecha. Radziłabym, pani, żebyś miała jakąś straż przy sobie, gdy przyjdzie, bo niewątpliwie w głowie mu się pomieszało.
Oliwia.  Niech przyjdzie — szałem nie różnim się wiele — Równem szaleństwem smutek, jak wesele.

(Wchodzi Malwolio).

Co mi nowego przynosisz, Malwolio?
Malwolio  (uśmiechając się fantastycznie). Słodka pani, ho, ho!
Oliwia.  Uśmiechasz się? Dla smutnych jednak powodów posłałam po ciebie.
Malwolio.  Smutnych, pani? Mnie też nie byłoby trudno być smutnym; podwiązki tak na krzyż związane, obieg krwi tamują; ale mniejsza o to. Jeśli się to podoba oczom jednej, powtórzę słowa pięknego sonetu: Podobałem się jednej, podobam się wszystkim.
Oliwia.  Co się to wszystko znaczy, człowieku? Co ci się stało?
Malwolio.  Nie czarno mi w głowie, choć żółto na nogach. List do właściwych rąk się dostał i rozkazy będą skrupulatnie wykonane. Myślę, że znamy dobrze śliczną rzymską rękę.
Oliwia.  Czy nie chcesz się położyć, Malwolio?
Malwolio.  Położyć? O tak, kochanko, przyjdę do ciebie.
Oliwia.  Niech się Bóg nad tobą zmiłuje! Dlaczego się tak uśmiechasz? Dlaczego twoją rękę całujesz tak często?
Marya.  Co ci jest, Malwolio?
Malwolio.  Na twoje pytanie odpowiadać? O tak, jak słowiki odpowiadają wronom.
Marya.  Jak śmiesz stawić się przed panią z tak śmiesznem zuchwalstwem?
Malwolio.  „Niech cię wielkość nie trwoży“ — pięknie to było napisane.
Oliwia.  Co przez to rozumiesz, Malwolio?
Malwolio.  „Jedni rodzą się wielkimi“ —
Oliwia.  Ha?
Malwolio   „Inni w pocie czoła do wielkości przychodzą“ —
Oliwia.  Co mówisz?
Malwolio.  „Innych wielkość szuka sama“.
Oliwia.  Niech ci Bóg wróci rozum!
Malwolio.  „Przypomnij sobie, kto podziwiał twoje żółte pończochy“ —
Oliwia.  Twoje żółte pończochy?
Malwolio.  „Kto pragnął zawsze widzieć twoje podwiązki na krzyż związane“.
Oliwia.  Na krzyż związane?
Malwolio.  „Byłeś chciał, będziesz szczęśliwy“ —
Oliwia.  Co to wszystko znaczy?
Malwolio.  „Jeśli nie chcesz, zostań sługą na zawsze“.
Oliwia.  Człowiek ten cierpi wyraźnie na kanikułę.

(Wchodzi Sługa).

Sługa.  Młody paź hrabiego Orsyno powrócił, ledwo go skłonić do tego potrafiłem; czeka na twoje rozkazy, pani. Oliwia.  Pójdę do niego za chwilę. (Wychodzi Sługa). Dobra Maryo, dopilnuj, żeby na tego nieboraka miano oko. Gdzie krewny mój Tobiasz? Powiedz jednemu z moich sług, żeby szczególną miał nad nim czujność; nie chciałabym za połowę mojego posagu, żeby go jakie nieszczęście spotkało. (Wychodzą: Oliwia i Marya).
Malwolio.  Ho, ho, zaczynasz zbliżać się do mnie? Nie gorszy człowiek, niż pan Tobiasz, czuwać ma nade mną? To w zupełności do listu przypada; umyślnie go przysyła, żebym go z góry traktował, jak mi to w swojem piśmie zaleciła. „Zmień skromną powłokę“, powiada, „bądź sprzeczliwy z krewnym, swarliwy ze sługami; niech twój język brzmi rozprawami o polityce, zakrawaj na dziwaka“ — a następnie wskazuje do tego sposoby, jak naprzykład: twarz uroczystą, poważne ruchy, powolne wysłowienie, zwykłe ludziom wysokiego stanu, i tam dalej. Złowiłem ją na lep mój; ale to sprawa Jowisza, więc dzięki ci, Jowiszu! A teraz, wychodząc, „dopilnuj, żeby na tego nieboraka miano oko“, nieboraka! nie Malwolia, nie intendenta, ale nieboraka! Tak jest; wszystko się zgadza; tu niema grana skrupułu, niema skrupułu skrupułu, niema cienia zawady, niema jednej wątpliwej, niebezpiecznej okoliczności. Nic już, nic teraz nie może stanąć między mną a ziszczeniem się wszystkich moich nadziei. Co na to wszystko powiedzieć? Tak jest, to nie moje, ale Jowisza dzieło; jemu należą się dzięki.

(Wchodzą: Marya, sir Tobiasz i Fabian).

Sir Tob.  Gdzie on, przez Boga żywego? Choćby wszystkie piekielne dyabły w jedną kupę się zebrały, choćby go cały ich pułk opętał, muszę z nim mówić.
Fabian.  Widzisz go? widzisz go? Co ci jest, dobre panisko? co ci jest, człowieku?
Malwolio.  Precz stąd! precz mi z oczu! Zostawcie mnie mojej samotności. Precz stąd!
Marya.  Słuchajcie, jak grobowym głosem przemawia z niego dyabeł. Czy wam nie powiedziałam? Panie Tobiaszu, pani cię prosi, abyś szczególną miał nad nim opiekę.
Malwolio.  Ha! ha! czy pani prosi?
Sir Tob.  Dobrze, dobrze! Cicho, cicho! Trzeba się z nim łagodnie obchodzić, zostawcie nas samych, Jak się masz, Malwolio? Co ci się stało? Człowieku, staw dyabłu czoło, pamiętaj, że to nieprzyjaciel ludzkiego rodu.
Malwolio.  Czy wiesz ty, co mówisz?
Marya.  Patrzcie, jak on bierze to do serca, że źle mówisz o dyabłach. Daj Boże, żeby nie był zaczarowany!
Fabian.  Ponieś jego wodę do wróżki.
Marya.  Zrobię to jutro rano, byłem dożyła. Pani moja nie chciałaby go stracić za więcej, niż mogę powiedzieć.
Malwolio.  Co mówisz, mościa panno?
Marya.  O, Boże!
Sir Tob.  Proszę cię, daj mu pokój; zły to sposób. Czy nie widzisz, że go rozdrażniasz? Zostaw nas samych.
Fabian.  Jedynem tu lekarstwem jest łagodność. Delikatnie! Dyabeł jest szorstki i nie chce, żeby go szorstko traktowano.
Sir Tob.  No i cóż ci tam, mój gaszku? jak ci jest, moje kurczątko ?
Malwolio.  Mości panie?
Sir Tob.  Tylko śmiało, kochaneczku; chodź tylko ze mną. Człowieku, nie przystoi ludziom twojej powagi grać w pliszki z szatanem; wypędź na rozstajne drogi obrzydłego węglarza!
Marya.  Namów go, żeby pacierz odmówił; dobry panie Tobiaszu, skłoń go do modlitwy.
Malwolio.  Pacierz, szurgotko?
Marya.  Czy widzicie? Ani chce słuchać o nabożeństwie.
Malwolio.  Idźcie wszyscy na złamanie szyi! bo wszyscy należycie do jednej bandy nicponiów. Nie jestem z waszej gliny; niedługo usłyszycie o mnie więcej (wychodzi).
Sir Tob.  Czy być może?
Fabian.  Gdybym coś podobnego widział na scenie, potępiłbym sztukę, jako wymysł niepodobny do prawdy.
Sir Tob.  Trucizna przeciekła do samego dna jego duszy.
Marya.  W pogoń za nim, żeby trucizna nie straciła mocy na wolnem powietrzu.
Fabian.  Aleć on gotów naprawdę owaryować.
Marya.  Tem spokojniej będzie w domu.
Sir Tob.  Idźmy! Zamkniemy go w ciemnicy i zwiążemy. Moja synowicą jest już przekonana, że owaryowaŁ, możemy więc rzecz przeciągnąć, jemu na karę, a nam na rozrywkę, aż zmęczeni zabawą ulitujemy się nad nim, stawiemy cię u kratek i uwieńczymy jako wynalazczynię waryatów. Ale patrzcie, patrzcie!

(Wchodzi sir Andrzej Czerwonogębski).

Fabian.  Nowa zabawa na majówkę.
Sir Andrz.  Przynoszę wyzwanie; odczytaj; możesz mi wierzyć, że mu nie brak ani na occie, ani na pieprzu.
Fabian.  Czy tak zapalczywe?
Sir Andrz.  Bądź spokojny; sam zobaczysz; odczytaj tylko.
Sir Tob.  Pokaż. (Czyta) „Młodziku, ktokolwiek jesteś, jesteś tylko urwis i nic więcej“.
Fabian.  Dobrze i walecznie!
Sir Tob.  (czyta). „Niech cię to nie dziwi i nie zdumiewa, że cię tak kwalifikuję, bo ci nie powiem dlaczego“.
Fabian.  Chwalebna ostrożność, która cię zasłania od wszystkich prawnych kruczków.
Sir Tob.  (czyta). „Przychodzisz do hrabianki Oliwii, a ona w moich oczach uprzejmie cię traktuje; ale jak pies szczekasz, bo nie dlatego cię wyzywam“.
Fabian.  Krótko, ale doskonale nie do sensu!
Sir Tob.  (czyta). „Zaczaję się na ciebie, jak będziesz wracał do domu, jeśli ci się tam uda zabić mnie“ —
Fabian.  Dobrze!
Sir Tob.  (czyta). „Zabijesz mnie jak łotr i opryszek.“
Fabian.  Doskonale! zawsze trzymasz się pod wiatr od prawa; doskonale!
Sir Tob.  (czyta). „Bądź zdrów! a niech Bóg będzie miłosierny dla jednej z dusz naszych! Może to dla mojej, ale mam lepsze nadzieje; miej się więc na baczności. Twój przyjaciel, jak zasługujesz, a twój przysięgły nieprzyjaciel, Andrzej Czerwonogębski“.
Sir Tob.  Jeśli go ten list nie poruszy, to chyba, że nóg nie ma. Wręczę mu go.
Marya.  Doskonała nastręcza się do tego sposobność; młodzik konferuje właśnie teraz z moją panią i wyjdzie za chwilę.
Sir Tob.  Dalej, panie Jędrzeju, czatuj na niego na rogu ogrodu jak żandarm, a jak tylko go zobaczysz, dobądź szerpentyny, a dobywając klnij jak bisurmanin, bo zdarza się nieraz, że straszne klęcia, z groźnym wyplute akcentem, uchodzą za lepsze świadectwo waleczności, niż najniewątpliwsze dowody. Ruszaj!
Sir Andrz.  Jeśli tylko chodzi o klęcie, możesz na mnie rachować (wychodzi).
Sir Tob.  Po namyśle, nie oddam tego listu. Postępowanie tego młodzika dowodzi, że mu nie zbywa na sprycie i wychowaniu; pośredniczenie między jego panem a moją synowicą, nowym jest tego dowodem. List ten, takie zdradzający nieuctwo, nie przestraszy go wcale, bo pozna, że pisał go bałwan. Ale wyzwę go ustnie; będę mu prawił niestworzone rzeczy o waleczności Sir Andrzeja Czerwonogębskiego, a korzystając z młodych lat mojego szlachcica, potrafię łatwo dać mu najstraszniejsze wyobrażenie o jego wściekłości, szermierskiej sztuce, zapalczywości i krewkości, a to tak obu ich przestraszy, że spojrzeniem zabije jeden drugiego, jak bazyliszek. (Wchodzą; Oliwia i Wiola).
Fabian.  Zbliża się z twoją synowicą. Czekaj, póki jej nie pożegna, a potem dalej na niego!
Sir Tob.  Tymczasem wykoncypuję jakie przestraszające wyzwanie. (Wychodzą: Sir Tobiasz, Fabian i Marya).

Oliwia.  Zbyt wiele, z krzywdą mojego honoru,
Do kamiennego mówiłam już serca.
Głos mnie wewnętrzny za ten błąd mój karci;
A jednak, błąd ten w sercu tak potężny,
Że się z przymówek i nagany śmieje.
Wiola.  Tą samą drogą, co twoja namiętność,
Pana mojego idą także smutki.
Oliwia.  Przyjmij ten klejnot; portret mój tam znajdziesz;
Nie ma języka, dręczyć cię nie będzie,
Więc nie odmawiaj; noś go przez wzgląd na mnie.

Wróć jutro; proś mnie, o co tylko zechcesz,
Otrzymasz wszystko, na co będę mogła
Bez krzywdy mego honoru przyzwolić.
Wiola.  Pani, jedynie proszę cię o miłość
Dla pana mego.
Oliwia.  To, co tobie dałam,
Dać mu nie mogę bez ujmy honoru.
Wiola.  Przebaczę wszystko.
Oliwia.  Powróć tylko jutro.
Pod twą postacią, szatan, wyznać muszę,
Do piekła z sobą powiódłby mą duszę (wychodzi).

(Wchodzą: Sir Tobiasz i Fabian).

Sir Tob.  Bóg z tobą, młody szlachcicu.
Wiola.  I z tobą, mój panie.
Sir Tob.  Jeśli masz broń jaką, chwyć ją do ręki. Jaką wyrządziłeś mu krzywdę, nie wiem, ale twój wróg, zajadły, chciwy na krew jak strzelec, czeka cię na końcu ogrodu. Dobądź szabli, przygotuj się żwawo, bo twój napastnik dziarski, ćwiczony i niebezpieczny.
Wiola.  Jestem pewny, że się mylisz, mój panie. Z nikim nie mam kłótni, a darmo szukam w pamięci obrazu krzywdy komukolwiek wyrządzonej.
Sir Tob.  Wkrótce się o twoim błędzie przekonasz, daję ci słowo. Jeśli więc do życia jaką cenę przywiązujesz, miej się na baczności, bo twój nieprzyjaciel ma wszystko, co może dać człowiekowi młodość, siła, ćwiczenie i wściekłość.
Wiola.  Powiedz mi, proszę, kto to?
Sir Tob.  Jest to rycerz nieposiekanego rapira, rycerz drążkowy[14], ale wcielony dyabeł w prywatnej burdzie; trzy już dusze rozwiódł z trzema ciałami, a zapalczywość jego jest w tej chwili tak nieubłagana, że niema innej dla niego satysfakcyi jak śmierć i trumna. Bij, zabij! to jego hasło; jeden z was musi zadrzeć nogi.
Wiola.  Wrócę więc do domu i będę prosił panią, o eskortę. Nie jestem zawadyaka. Słyszałem, że są ludzie, którzy kłótni szukają, aby swoje męstwo pokazać; być może, że to jest człowiek tego kalibru.
Sir Tob.  Bynajmniej, jego oburzenie jest skutkiem krzywdy niewątpliwej; idź więc i daj mu należną satysfakcyę. Nie myśl o rejteradzie do domu, jeśli nie chcesz mieć ze mną do czynienia, bo ci to wyjdzie na jedno jak z nim się rozprawić. Więc naprzód! albo dobądź szerpentyny, bo musisz się złożyć, lub inaczej wyrzec się na zawsze oręża.
Wiola.  Sprawa to tak dziwna, jak niegrzeczna. Proszę cię, zrób mi tę łaskę, zapytaj rycerza, w czem go obraziłem; to musi być jaka z mojej strony omyłka, bo wierzaj mi, nie było złej chęci.
Sir Tob.  Zrobię chętnie, o co prosisz. Panie Fabianie, zostań przy tym szlachcicu, póki nie wrócę (wychodzi).
Wiola.  Powiedz mi, proszę, mój panie, czy wiesz co o tej sprawie?
Fabian.  Wiem, że rycerz ma śmiertelną do ciebie urazę, ale nie wiem powodów.
Wiola.  Co to za człowiek?
Fabian.  Nie powiedziałbyś, sądząc z miny, że tak waleczny, jak się o tem przekonasz niebawem, ale możesz mi wierzyć, że to najbieglejszy, najkrwawszy, najniebezpieczniejszy nieprzyjaciel, jakiego mógłbyś znaleźć w całej Illiryi. Czy chcesz pójść ze mną do niego? Zrobię, co będzie można, aby was pogodzić.
Wiola.  Będę ci za to nieskończenie obowiązany, mój panie. Należę do liczby ludzi, którzy chętniej przestają z księdzem, niż rajtarem. To najmniejsza moja troska, co mogą myśleć ludzie o mojej odwadze. (Wychodzą).

(Wchodzą: Sir Tobiasz i Sir Andrzej).

Sir Tob.  Toć to wcielony dyabeł, człowieku; jak żyję, nie widziałem takiego zawadyaka. Próbowałem się z nim na rapiry, na pałasze, na wszystko; każdy jego sztych był nieomylny, a w odwecie prowadził rękę z taką pewnością, z jaką ty stawiasz na ziemi twoje nogi. Powiadają, że był fechtmistrzem na dworze wielkiego Sofi.
Sir Andrz.  A do króćset beczek! Nie chcę z nim mieć do czynienia.
Sir Tob.  Ale on teraz ani chce słyszeć o zgodzie, Fabian ledwo go tam może utrzymać.
Sir Andrz.  Do króćset batalionów! Gdybym był myślał, że tak jest waleczny i tak ćwiczony w szermierce, wprzódbym go był na złamanie szyi wyprawił, nimbym go wyzwał na rękę. Namów go, żeby całą tę sprawę puścił mimo, a ja mu dam mojego konia, mojego siwosza Kapileta.
Sir Tob.  Zrobię mu ten wniosek. Czekaj tu na mnie; nastrój tylko minę, a skończymy wszystko bez krwi rozlewu. (Na str.) Czekaj tylko, a wsiądę na twojego konia, jak wsiadłem na ciebie. (Do Fabiana, który wchodzi z Wiolą) Daje mi konia, żeby tę sprawę załagodzić; wmówiłem w niego, że wcielony dyabeł z tego młodzika.
Fabian.  On równie straszne ma o nim wyobrażenie; zieje, blednieje, jakby mu już nad karkiem niedźwiedź stawiał drabinę.
Sir Tob.  (do Wioli). Niema lekarstwa, panie, chce gwałtem bić się z tobą, żeby dotrzymać przysięgi. Po namyśle jednak przekonał się, że cała ta kłótnia niewarta torby sieczki; dobądź więc szabli tylko dla formy, żeby danego słowa nie pogwałcił, a on zaręcza, że że cię nie draśnie.
Wiola  (na str.) Panie, zmiłuj się nade mną! Mało trzeba, abym im wyznała, jak wiele mi brakuje, żebym była mężem.
Fabian  (do Wioli). Jeśli będzie zbyt zapalczywie nacierał, rejteruj.
Sir Tob.  (do Sir Andrzeja). Dalej, panie Jędrzeju, niema lekarstwa. Szlachcic ten chce dla honoru zmierzyć się z tobą, to mu nakazują prawa pojedynku; przyrzekł mi jednak na szlacheckie i żołnierskie słowo, że nic złego ci nie zrobi. Dalej więc, do korda!
Sir Andrz.  Daj Boże, aby dotrzymał przysięgi! (Dobywa szabli).

(Wchodzi Antonio).

Wiola.  Daję słowo, że robię to mimo woli (dobywa szabli).
Antonio.  Stój! Jeśli młody szlachcic ten cię skrzywdził,
Ja ci za jego odpowiem obrazę;
Jeśli z twej strony wina, to za niego
Ja cię wyzywam (dobywa szabli).
Sir Tob.  Ty? a kto ty jesteś?
Antonio.  Jestem ten, który dla jego miłości
Więcej dokona, niźli on mógł grozić.

Sir Tob.  Skoro się cudzych kłótni podejmujesz, jestem na rozkazy (dobywa szabli).

(Wchodzą Dwaj Żandarmi).

Fabian.  Stój! stój! panie Tobiaszu. Czy widzisz zbliżających się żandarmów?
Sir Tob.  (do Antonia). Co się odwlecze, to nie uciecze.
Wiola  (do Sir Andrzeja). Proszę cię, włóż szablę do pochwy.
Sir Andrz.  Bardzo chętnie. A co do obietnicy, bądź spokojny, dotrzymam słowa; lekkiego ma kłusa i w pysku nie twardy.

1 Żand.  To on; dopełń twojej powinności.
2 Żand.  W skutek rozkazów hrabiego Orsyna,
Więźniem mym jesteś.
Antonio.  Pewno przez omyłkę
Bierzesz mnie, panie, za kogo innego.
1 Żand.  Niema tu myłki, znam dobrze twe rysy,
Choć nie masz czapki majtka na twej głowie.
Wiedź go do turmy; on wie doskonale,
Że znam go dobrze.
Antonio.  Trudno się opierać.
Szukałem ciebie, znalazłem więzienie;
Niema lekarstwa; poddaję się losom.
Co teraz poczniesz? Konieczność mnie zmusza,
Abym cię prosił o zwrot mojej kieski.
Mniej ubolewam nad własną niedolą,
Niż nad tem, że ci pomódz już nie mogę.
Stoisz jak wryty, nie trać jednak serca.
2 Żand.  Idźmy!
Antonio.  Raz jeszcze prośbę mą powtarzam,
Choć drobną cząstkę daj mi tych pieniędzy.

Wiola.  Jakich pieniędzy? Za szlachetną pomoc
Przez wzgląd na twoje obecne kłopoty,
Którą w potrzebie nieść mi zamierzałeś,
Chętnie z mych szczupłych pożyczam ci skarbów;
Skarb to niewielki, lecz się podzielimy;
Weź, to połowa mojej jest szkatuły.
Antonio.  Jakto? więc pragniesz wszystkiemu zaprzeczyć?
O, nie kuś, proszę, nie kuś mej niedoli,
Bym się do tego nie poniżył stopnia,
Żebym ci mnogie przyjaźni dowody
Wyrzucać musiał.
Wiola.  Nie znam tych dowodów,
Jak rysów twoich, głosu twego nie znam.
Ja więcej duszą niewdzięczną się brzydzę,
Niż kłamstwem, pychą, pijaństwem, junactwem,
Niż jakąkolwiek wadą, co swym jadem
Zatruwa słabe w piersiach ludzkich serce.
Antonio.  O, wielki Boże!
2 Żand.  Idźmy, bo czas nagli.
Antonio.  Pozwól mi jedno słowo jeszcze dodać:
Młodzieńca, który przed wami tu stoi,
Wyrwałem z paszczy śmierci własną ręką,
Świętej miłości otoczyłem strażą,
Postaci jego oszukany wdziękiem,
Która się zdała cnotę zapowiadać.
1 Żand.  Nic nam do tego. Idźmy, czas mój drogi.
Antonio.  W jak szpetne bóg się przemienił bożyszcze!
O, Sebastyanie, niegodnym postępkiem
Zadajesz kłamstwo pięknemu obliczu!
Szpetność jedynie w duszy jest człowieka,
Z niewdzięcznej twarzy uroda ucieka:
Zły a urodny, to szafa drewniana,
Dyabelską ręką pięknie wyrzynana.
1 Żand.  Człek ten szaleje; prowadź go co prędzej!
Antonio.  Posłuszny pójdę, gdzie rozkażesz.

(Wychodzi Antonio z Żandarmami).

Wiola.  Człowiek ten z taką mówił namiętnością,
Że niewątpliwie własnym wierzy słowom,

Choć ja nie mogę. O! moje przeczucia,
Bodaj was raczył sprawdzić Bóg litosny,
Że on za ciebie wziął mnie, drogi bracie!

Sir Tob.  Zbliż się, panie Jędrzeju, i ty także Fabianie, mam wam coś mądrego na ucho powiedzieć.

Wiola.  Wszak Sebastyana nazwał mnie imieniem;
Ja brata mego jestem powtórzeniem,
Ubiór jednaki, jednakowa postać;
Chciałam we wszystkiem podobną mu zostać.
Więc miłosierne morskie są bałwany,
I litość mogą uczuć uragany (wychodzi).

Sir Tob.  Podły to i nieuczciwy wyrostek, a tchórzliwszy od zająca. Nieuczciwości swojej dowiódł, gdy w naszych oczach przyjaciela opuścił w potrzebie, i wyrzekł się jego znajomości; a co do jego tchórzostwa, zapytaj się tylko Fabiana.
Fabian.  Tchórz, tchórz najpobożniejszy, bo tchórzostwo jego jest religią.
Sir Andrz.  A poczekaj! Biegnę za nim i porządnie mu kijem grzbiet wyłoję.
Sir Tob.  Bij, nie żałuj ręki, szabli tylko nie dobywaj!
Sir Andrz.  Jeśli tego nie zrobię — (Wychodzi).
Fabian.  Śpieszmy za nim; zobaczymy, jak się to skończy.
Sir Tob.  O zakład, że wszystko skończy się na niczem.

(Wychodzą).

AKT CZWARTY.
SCENA I.
Ulica przed domem Oliwii.
(Wchodzą: Sebastyan i Pajac).

Pajac.  Chcesz więc we mnie wmówić, że to nie po ciebie mnie posłano?

Sebast.  Widzę, że nie masz do zbycia rozumu,
Odczep się, proszę.

Pajac.  A w to mi graj, paniczu! Nie, ja cię nie znam, i nie do ciebie wyprawiła mnie pani, żeby cię do niej wezwać, bo ma ci coś do powiedzenia; i twoje imię nie jest Cezaryo, i to nie jest mój nos, bynajmniej, i wszystko co jest, nie jest, ani wątpliwości.

Sebast.  Komu innemu idź ziej twe błazeństwa; Nie znasz mnie wcale.
Pajac.  Ziej twe błazeństwa! Słyszał zapewne wyraz od jakiego wielkiego człowieka i stosuje go teraz do błazna. Ziej twe błazeństwa! Boję się bardzo, żeby świat, ten wielki wałkoń, nie wystrychnął się na gapia. Proszę cię teraz, odpasz twoje dziwactwo, a powiedz mi, co mam zionąć mojej pani: czy jej zionę, że przyjdziesz?

Sebast.  Odczep się, proszę, głupowaty Greku;
Przyjmij ten darek, idź, lub ci zapłacę
Gorszą monetą.

Pajac.  Na uczciwość, paniczu, otwartą masz rękę. Mądrzy ludzie, co dają głuptasom pieniądze, przychodzą do dobrej sławy w czternastym roku po zapłacie.

(Wchodzą: Sir Andrzej, Sir Tobiasz i Fabian).

Sir Andrz.  Ha, spotkałem cię nakoniec! Przyjmij to ode mnie w prezencie (uderza go).

Sebast.  Prezent za prezent, a i to w przydatku.
To kraj waryatów (bije Sir Andrzeja)!

Sir Tob.  Stój, mości panie, albo twój sztylet przez dach przerzucę!
Pajac.  Idę natychmiast wszystko to pani opowiedzieć? W żadnego z nich skórze byćbym nie chciał, choćby za trojaka (wychodzi).
Sir Tob.  (zatrzymując Sebastyana). Dość tego, paniczu, stój!
Sir Andrz.  Nie, daj mu pokój, mam ja inny na niego sposób. Wytoczę mu proces o pobicie i gwałty, jeśli są jeszcze prawa w Illiryi. Choć pierwszy uderzyłem, nic to nie znaczy.
Sebast.  Puść mnie!

Sir Tob.  Nie, nie puszczę. Młody panie żołnierzu, tęga z ciebie sztuka, ale dość tego.

Sebast.  Puść mnie! Lub jeśli dłużej chcesz mnie kusić,
Dobądź twej szabli. Powiedz, czego żądasz?

(Dobywa szabli).

Sir Tob.  Skoro chcesz koniecznie, muszę ci upuścić parę uncyi twojej krwi gorącej. (Dobywa szabli. — Wchodzi Oliwia).
Oliwia.  Stój Tobiaszu! Jeśli cenisz twoje życie, rozkazuję ci, stój!
Sir Tob.  Pani?

Oliwia.  Zawszeż tak będzie? Surowy prostaku,
Godny w jaskiniach dzikich mieszkać ludzi,
Gdzie nikt nie słyszał słowa przystojności,
Precz z moich oczu! Przebacz mu, Cezaryo!
Precz mi stąd gburze!

(Wychodzą: Sir Tobiasz, Sir Andrzej i Fabian).

Dobry przyjacielu,
Słuchaj rozumu, a nie namiętności
W tej na twój pokój napaści szalonej.
Chodź tylko ze mną; opowiem ci w domu
Tego prostaka tysiące wybryków,
Byś wszystko przyjął z uśmiechem pogardy.
Chodź tylko ze mną; nie możesz odmówić.
Szablę, co podniósł na ciebie morderca,
Skierował także do mojego serca.
Sebast.  Cóż to za ziemia? Co się ze mną dzieje?
Czy słodko marzę? czy słodko szaleję?
Kąpany w falach zapomnienia rzeki,
Jeśli to sen jest, niech marzę na wieki!
Oliwia.  Chodź! Czy na moje zgodzić się chcesz zdanie?
Sebast.  O, chętnie, chętnie!
Oliwia.  Chodź! niech się tak stanie!

(Wychodzą).

SCENA II.
Pokój w domu Oliwii.
(Wchodzą: Marya i Pajac).

Marya.  Proszę cię, włóż tę rewerendę i przyczep tę brodę; wmów w niego, że się nazywasz Topas, że jesteś plebanem; śpiesz się tylko, ja tymczasem zawołam pana Tobiasza (wychodzi).
Pajac.  Przebiorę się więc w rewerendę, a dałby Bóg, żebym był pierwszym w niej pajacem! Nie jestem dość otyły, żeby mej godności jak należy odpowiedzieć, ani dość chudy, żeby ujść za uczonego; ale poczciwym być człekiem i dobrym ojcem familii, to tytuł tak dobry, jak imię przebiegłego męża i doskonałego klassyka. Ale zbliżają się sprzymierzeńcy.

(Wchodzą: Sir Tobiasz i Marya).

Sir Tob.  Niech ci Jowisz błogosławi, księże plebanie!
Pajac.  Bonos dies, panie Tobiaszu; bo jak stary pustelnik praski, który nigdy ani pióra ani atramentu nie widział, bardzo dowcipnie powiedział synowicy króla Gorboduka, że to co jest, jest, tak ja, który jestem plebanem, jestem plebanem, bo cóż jest to, jeśli nie to, a co jest, jeśli nie jest?
Sir Tob.  Przemów do niego, mości Topasie.
Pajac.  Hej tam, ho! Pokój temu więzieniu!
Sir Tob.  Urwisz wybornie udaje, doskonały urwisz!
Malwolio  (za sceną). Kto mnie woła?
Pajac.  Ksiądz pleban Topas przychodzi odwiedzić lunatyka Malwolia.
Malwolio.  Księże Topasie, księże Topasie, dobry księże Topasie, idź do mojej pani!
Pajac.  Precz stąd, hiperboliczny szatanie! Czemu tak dręczysz tego człowieka? Czy nie możesz o niczem innem mówić jak o paniach?
Sir Tob.  Dobrze powiedziano, mości plebanie.
Malwolio.  Księże Topasie, nie widziała ziemia bardziej ode mnie pokrzywdzonego człowieka. Dobry księże Topasie, nie myśl, żebym był waryatem. Zamknęli mnie w tej szpetnej ciemnicy.
Pajac.  Wstydź się, nieuczciwy szatanie! Daję ci jak można najłagodniejsze nazwisko, bo należę do liczby tych potulnych ludzi, co nawet do dyabła przemawiają z uprzejmością; i ty utrzymujesz, że dom ten jest ciemny?
Malwolio.  Jak piekło, księże Topasie.
Pajac.  Ma jednak łękowate okna, przejrzyste jak barykady, a kratki od strony południowo-północnej są jasne jak heban; żalisz się mimo tego na brak światła?
Malwolio.  Nie jestem waryatem, księże Topasie, i powtarzam, że izba ta jest ciemna.
Pajac.  Mylisz się, szaleńcze, ja ci powiadam, że niema ciemności jak niewiadomość, w której bardziej zagrzązłeś niż w swojej mgle Egipcyanie.
Malwolio.  Ja ci powiadam, że izba ta jest ciemna jak niewiadomość, choćby niewiadomość była tak ciemna jak piekło; ja ci także powiadam, że nie było człowieka bardziej ode mnie pokrzywdzonego. Nie jestem większym od ciebie waryatem, a na próbę zadaj mi, jakie chcesz, byle rozsądne pytanie.
Pajac.  Co trzyma Pitagores o dzikiem ptactwie?
Malwolio.  Że dusza naszej prababki może przypadkiem w ptaku przemieszkiwać.
Pajac.  A. ty, co myślisz o jego zdaniu?
Malwolio.  Szlachetniejsze mam wyobrażenie o ludzkiej duszy, i wcale nie pochwalam jego zdania.
Pajac.  Bądź więc zdrów I Zostań w ciemnościach. Musisz wprzódy podzielać zdanie Pitagoresa, nim przyznam ci rozum; musisz lękać się zabić cietrzewia, żeby nie wygonić duszy twojej prababki. Bądź zdrów!
Malwolio.  Księże Topasie, księże Topasie —
Sir Tob.  Mój najrozkoszniejszy księże Topasie!
Pajac.  Widzisz, że w każdej wodzie mogę pływać.
Marya.  Mógłbyś zrobić to samo bez brody i rewerendy; nie widzi cię.

Sir Tob.  Rozmów się z nim teraz naturalnym twoim głosem, a nie omieszkaj donieść mi, jak go znalazłeś. Pragnę, żeby te figle skończyły się co prędzej. Chciałbym wypuścić go natychmiast, jeżeli to można zrobić bez niedogodności, bo synowicą moja tak na mnie teraz zagniewana, że nie mogę bez niebezpieczeństwa posunąć tego żartu do ostateczności. Przyjdź za chwilę do mojej komnaty. (Wychodzą: Sir Tobiasz i Marya).

Pajac  (śpiewa). „Przyjacielu, mów, przez Boga:
Jak się twa kochanka ma“.
Malwolio.  Błazenku —
Pajac  (śpiewa). „Ma kochanka dla mnie sroga“.
Malwolio.  Błazenku —
Pajac  (śpiewa). „Skąd jej przyszła srogość ta?“
Malwolio.  Błazenku, słuchaj —
Pajac  (śpiewa). „Bo się w innym zakochała“.
Kto woła, hę?

Malwolio.  Błazenku, jeśli wielką chcesz oddać mi usługę, przynieś mi świecę, pióro, atrament i papier, a jakem szlachcic, będę ci za to wdzięczny do śmierci.
Pajac.  To ty, panie Malwolio?
Malwolio.  Ja, dobry błazenku.
Pajac.  Ach, dobry panie, z jakich powodów swoje pięć zmysłów straciłeś?
Malwolio.  Błazenku, nie było człowieka jak ja pokrzywdzonego. Wierzaj mi błazenku, jestem tak dobrze jak ty przy zmysłach.
Pajac.  Tylko jak ja dobrze? Jesteś więc szalony bez wątpienia, nie masz więcej serca niż błazen.
Malwolio.  Zamknęli mnie w tym domu, trzymają mnie w tej ciemnicy, nasyłają na mnie księży, osłów, robią wszystko, co mogą, żeby mi rozum odebrać.
Pajac.  Daj baczność na to, co mówisz; ksiądz jest tu jeszcze. (Głosem Topasa) Malwolio, niech ci Bóg rozum przywróci! Uśnij, jeśli możesz, nie bzdurz darmo trzy po trzy.
Malwolio.  Księże Topasie —
Pajac  (głosem Topasa). Nie gadaj do niego, dobry przyjacielu. (Głosem naturalnym) Kto, ja, panie? Ja do niego nie gadam. Bóg z tobą, dobry księże Topasie. (Głosem Topasa) Co daj Boże, Amen. (Głosem naturalnym) Chętnie, mój panie, chętnie.
Malwolio.  Błazenku, błazenku, błazenku, słuchaj tylko —
Pajac.  Niestety, uzbrój się w cierpliwość! Co mówisz, panie? Łają mnie za to, że gadam do ciebie.
Malwolio.  Dobry błazenku, przynieś mi tylko świecę i ćwiartkę papieru, a wierzaj mi, że jestem przy zmysłach tak dobrze jak ktokolwiek w Illiryi.
Pajac.  Bodaj to była prawda, mój panie!
Malwolio.  Przysięgam ci, że jestem. Dobry błazenku, przynieś mi kałamarz, papier i świecę, a co napiszę, wręcz mojej pani; bądź pewny, że dostaniesz za to zapłatę, jakiej nigdy jeszcze bryftregier za przyniesienie listu nie dostał.
Pajac.  Przyniosę ci, czego żądasz, ale powiedz mi szczerze, czy naprawdę owaryowałeś, czy tylko udajesz?
Malwolio.  Wierzaj mi, jestem przy zmysłach; mówię ci prawdę.
Pajac.  Nie, nie uwierzę waryatowi, póki jego mózgu nie zobaczę. Idę po świecę, papier i atrament.
Malwolio.  Dobry błazenku, zapłacę ci sowicie za tę usługę. Proszę cię, śpiesz się tylko.

Pajac  (śpiewa). Idę, lecę,
A z powrotem
Dam ci świecę.
Szybkim lotem
Jak w komedyi stary grzech,
Co z drewnianą swą szabelką
Wpadł na scenę z furyą wielką,
Straszy dyabła, że aż śmiech.
Ty tymczasem, mój kochany,
Gryź paznogcie zagniewany,
Mój dyabełku, bądź mi zdrów,
O przyjaźni dobrze mów! (Wychodzi).


SCENA III.
Ogród Oliwii.
(Wchodzi Sebnstyan).

Sebast.  To jest powietrze, to jasne jest słońce,
Widzę i czuję perłę, dar jej ręki,
A choć to wszystko dziwne, niepojęte,
Nie jest szaleństwem. Ach, gdzież jest Antonio!
Próżnom go szukał w gospodzie pod Słoniem;

Był tam, lecz wyszedł, a jak mi mówiono,
Wyszedł do miasta, aby mnie tam szukać.
Radaby jego miała cenę złota;
Bo chociaż dusza, zmysłom na przekorę,
Widzi w tem jakiś błąd lecz nie szaleństwo,
To przecież wielkość szczęścia niespodziana
Tak wszystkie znane prześciga przykłady,
Żem gotów własnym oczom mym nie wierzyć,
Przyjść do otwartej wojny z mym rozumem,
Który się uparł i chce mnie przekonać,
Żem nie jest waryat, ona nie waryatka.
Trudno jest bowiem, ażeby szalona
Rządziła domem, załatwiała sprawy
Z taką rozwagą, taktem, łagodnością,
Jakiej sam byłem świadkiem w jej pałacu.
W tem wszystkiem jakaś panuje ułuda.
Lecz widzę, że się pani do mnie zbliża.

(Wchodzą: Oliwia i Ksiądz).

Oliwia.  Nie chciej przyganiać memu pośpiechowi;
Jeśli uczciwe masz w twej duszy myśli,
Ze mną, z tym świętym chodź teraz kapłanem,
I tam w kaplicy, u stopni ołtarza,
Wieczną mi przysiąż wiarę jak twej żonie,
Mojej zazdrosnej przywróć pokój duszy.
Ślub nasz dla świata będzie tajemnicą,
Póki rozgłosić sam go nie zapragniesz;
Gdy czas ten przyjdzie, wyprawim wesele,
Jakie przystoi memu urodzeniu.
Sebast.  Idźmy! Przysięga, którą ci tam złożę,
W sercu mem wiecznie wyrytą zostanie.
Oliwia.  Na śluby nasze, modły twe, kapłanie,
Błogosławieństwo niechaj ściągną boże!

(Wychodzą).

AKT PIĄTY
SCENA I.
Ulica przed domem Oliwii.
(Wchodzą: Pajac i Fabian).

Fabian.  Jeśli mnie kochasz, list mi jego pokaż.
Pajac.  I ty z twojej strony, dobry panie Fabianie, daj mi dowód przyjaźni.
Fabian.  Co tylko zechcesz.
Pajac.  Nie nalegaj, abym ci list pokazał.
Fabian.  To jak gdybyś mi psa darował, a potem prosił, żebym ci mojego psa dał w prezencie.

(Wchodzą: Książę, Wiola i Służba).

Książę.  Czy należycie do domu hrabiny Oliwii, przyjaciele?
Pajac.  Tak jest, panie, jesteśmy częścią jej klejnotów.
Książę.  O, znam cię dobrze. Jak się masz, poczciwcze!
Pajac.  Aby nie kłamać, mam się tem lepiej, dzięki moim nieprzyjaciołom, a tem gorzej, dzięki przyjaciołom.
Książę.  Przeciwnie; tem lepiej, dzięki twoim przyjaciołom.
Pajac.  Nie, panie, tem gorzej.
Książę.  Jak to być może?
Pajac.  Nic naturalniejszego, panie. Przyjaciele chwalą mnie i robią ze mnie osła; gdy moi nieprzyjaciele wręcz mi powiadają, że jestem osłem; tak więc dzięki moim nieprzyjaciołom, przychodzę do poznania samego siebie, a słuchając moich przyjaciół, sam się oszukuję. Jeśli więc wnioski z rozumowania są jak całusy, gdzie cztery przeczenia stanowią dwa twierdzenia, powiem: tem gorzej dzięki moim przyjaciołom, a tem lepiej dzięki moim nieprzyjaciołom.
Książę.  Doskonale!
Pajac.  Nie, panie, choć ci się spodobało być jednym z moich przyjaciół.
Książę.  Nie stracisz nic na mojej przyjaźni; weź tego dukata.
Pajac.  Gdyby to nie zakrawało na dwuznaczność, pragnąłbym, panie, żebyś to mógł podwoić.
Książę.  Złą dajesz mi radę.
Pajac.  Schowaj twoją cnotę do kieszeni, mój panie, niech na ten raz słucha podszeptów krwi i ciała.
Książę.  Niech i tak będzie; dopuszczę się na ten raz grzechu dwuznaczności; masz drugi.
Pajac.  Primo, secundo, tertio, piękny to rachunek, a jak stare mówi przysłowie: trzeci płaci za wszystkich. Triplex, panie, skoczna to miara, a i dzwony świętego Benedykta powtórzą ci także raz, dwa, trzy.
Książę.  Na teraz nie wyłudzisz więcej ode mnie. Jeśli jednak powiesz twojej pani, że czekam tu na nią i pragnę z nią mówić, i jeśli ją tu przyprowadzisz, kto wie, czyli to znowu mojej wspaniałomyślności nie obudzi.
Pajac.  Więc dobranoc twojej wspaniałomyślności, panie, aż do mojego powrotu! Idę, panie, nie chciałbym jednak, abyś myślał, że moja chęć nabytku jest grzechem łakomstwa; ale, jak sam powiadasz, niech twoja wspaniałomyślność utnie szpaka, obudzę ją niebawem.

(Wychodzi. — Wchodzi Antonio pod strażą).

Wiola.  Oto jest człowiek, który mnie ocalił.
Książę.  Pamiętam dobrze rysy jego twarzy.
Gdy ją ostatni jednak raz widziałem,
Jak wulkan, czarna była dymem wojny;
Małego statku był on kapitanem.
Łódź, jak orzecha łupina z pozoru,
Z pierwszą mej floty mierzyła się nawą,
A straty moje, zazdrość nawet sama
Sławę jej wodza głosiły przed światem. —
O co tu idzie?
1 Strażn.  Książę mój i panie,
To jest Antonio, co zabrał Fenixa,
W powrocie z Kandyi, z bogatym ładunkiem,
Wpadł na Tygrysa, a przy abordażu
Utracił nogę Tytus, twój synowiec;
Tu, na ulicy, zuchwały bezwstydnik
W prywatnej burdzie dostał się nam w ręce.

Wiola.  Człowiek ten wielką oddał mi usługę,
Dobył oręża dla mojej obrony,
Choć później prawił rzeczy niepojęte,
Które budziły we mnie myśl szaleństwa.
Książę.  Ha! słonej wody złodzieju, korsarzu,
Jak mogłeś liczyć na tych miłosierdzie,
Których nienawiść krwiąś ich kupił drogą?
Antonio.  Pozwól mi, panie, odrzucić nazwisko,
Które mi dajesz; nie, nigdy Antonio
Ani korsarzem, ani był złodziejem,
Choć, nie zaprzeczam, dla słusznych powodów
Musiał być wrogiem hrabiego Orsyna.
Czary mnie jakieś przyciągnęły tutaj.
Niewdzięczny młodzik, co przy tobie stoi,
Mnie winien życie, jam go wyratował
Z pieniącej paszczy szalonego morza,
Dałem mu życie, miłość mą dodałem
Szczerą, zupełną, bezinteresowną;
Dla niego głowę mą na szwank stawiłem,
Nieprzyjacielskie nawiedzając miasto;
W jego obronie szabli mej dobyłem,
A kiedy twoje pojmały mnie straże,
On, by nie dzielić moich niebezpieczeństw,
Mej znajomości przebiegle się wyrzekł,
I w mgnieniu oka tak został mi obcy,
Jakby nie widział mnie od lat dwudziestu,
Nie chciał mi nawet sakiewki mej zwrócić,
Którą mu dałem, pół temu godziny.
Wiola.  Jak to być może?
Książę.  Jak dawno tu przybył?
Antonio.  Przybył tu dzisiaj, lecz od trzech miesięcy
W mem towarzystwie dnie i noce pędził,
I nie opuścił mnie na jedną chwilę.

(Wchodzi Oliwia i Służba).

Książę.  Widzę hrabiankę; anioł zbiegł na ziemię.
Lecz co do ciebie, w każdem twojem słowie
Widać szaleństwo, bo od trzech miesięcy
W mej służbie młodzian ten na mym jest dworze.

Lecz później o tem: weźcie go na stronę!
Oliwia.  Na służby moje zawsze rachuj, książę,
Jeśli w mej mocy spełnić twe rozkazy. —
Cezaryo, czemuś słowa nie dotrzymał?
Wiola.  Pani —
Książę.  Oliwio —
Oliwia.  Co mówisz Cezaryo?
Dobry mój panie —
Wiola.  Pan mój chce coś mówić,
Powinność każe milczeć mi na teraz,
Oliwia.  Jeśli ta piosnka na starą jest nutę,
To pieśń ta w uszach tak twardo brzmi moich,
Jak po muzyce wycie.
Książę.  Zawsze sroga?
Oliwia.  Nie, zawsze wierna.
Książę.  Własnej przewrotności.
Okrutna pani, na której ołtarzu
Dusza ma wierne paliła ofiary
Dla okrutnego, niewdzięcznego bóstwa,
Mów, co mam robić?
Oliwia.  Co ci się podoba,
Co twej książęcej przystoi godności.
Książę.  Czemużbym nie miał w śmierci mej godzinie,
Gdybym miał serce jak egipski złodziej,
Zabić, co kocham? Okrutna to zazdrość,
Ale ma jakieś szlachetności piętno.
Słuchaj, co zrobię, skoro twa oziębłość
Z pogardą moje odrzuca ofiary,
Gdy wiem po części, co mnie w twojem sercu
Z przynależnego mi ruguje miejsca.
Ty żyj, tyranko, z sercem twem kamiennem,
Lecz tego gaszka, którego tak kochasz,
Który, Bóg świadkiem i dla mnie jest drogi,
Ta ręka wyrwie z okrutnych twych oczu,
W których króluje na przekór mej woli.
Pójdź ze mną, chłopcze, w myśli mej grzech dojrzał;
Niech krucze serce w gołębicy łonie
To, co ja, cierpi po baranka zgonie (chce odchodzić).

Wiola.  A mnie i tysiąc śmierci nie zasmuci,
Jeśli twej duszy mój zgon pokój wróci.

(Chce iść za nim).

Oliwia.  O, stój! Gdzie idziesz?
Wiola.  Za drogim mi panem,
Bo on mi droższy nad moje źrenice,
Nad wszystkie świata całego dziewice,
A jeśli kłamię, niebieskie potęgi,
Wymażcie imię me z żyjących księgi!
Oliwia.  On mnie nie kocha! O, ja oszukana!
Wiola.  Kto śmiał cię, pani, skrzywdzić, śmiał ci kłamać
Oliwia.  Mógłżeś tak prędko słowo dane złamać? —
Przywołaj księdza. (Wychodzi Sługa).
Książę  (do Wioli).Idź za mną bez zwłoki.
Oliwia.  Cezaryo! mężu! Książę, wstrzymaj kroki!
Książę.  Mężu?
Oliwia.  Czy temu przeczyćby się ważył?
Książę.  Jesteś jej mężem?
Wiola.  Anim o tem marzył.
Oliwia.  Nikczemna trwoga zatyka ci usta;
Ale się pokaż fortuny twej godnym,
Bądź tem, czem jesteś, a będziesz tak wielkim,
Jak ten, przed którym drżysz teraz nikczemnie.

(Wchodzi Sługa z Księdzem).

O, witaj, ojcze! Zbieg okoliczności
Zmusza mnie, ojcze, wyjawić przed czasom,
Co tajemnicy chciałam okryć płaszczem.
Więc na twe święte wzywam cię kapłaństwo,
Opowiedz wszystko, co z twą zaszło wiedzą
Między mną, ojcze, między tym młodzianem.
Ksiądz.  Ślub uroczysty, ślub wiecznej miłości,
Wzajemnem ręki podaniem stwierdzony,
Świętym całunkiem przypieczętowany,
I waszych ślubnych obrączek wymianą.
Odkądem aktu tego ceremonię
Uświęcił moją kapłańską powagą,
Ledwo mi zegar dwa razy powiedział,
Żem się do grobu o dwie godzin zbliżył.

Książę.  Obłudne szczenię, ach, co z ciebie będzie,
Kiedy czas włosy twe przyprószy śniegiem!
Lecz może, może po czasie niedługim,
Sam wpadniesz w dołki, które kopiesz drugim.
Weź ją, lecz uchodź za ziem tych granice,
Gdzie cię me nigdy nie ujrzą źrenice.
Wiola.  Niebo mi świadkiem —
Oliwia.  Bój się niebios kary;
Śród morza trwogi, miej choć kroplę wiary!

(Wchodzi sir Andrzej z zakrwawioną głową).

Sir Andrz.  Przez miłość Boga, zawołajcie doktora! Przyślejcie mi co prędzej pana Tobiasza.
Oliwia.  Co się to znaczy?
Sir Andrz.  Potrzaskał mi czaszkę, a i panu Tobiaszowi dał się także we znaki. Przez miłość Boga, ratujcie mnie! Wolałbym teraz być w domu, niż mieć czterdzieści talarów w kieszeni.
Oliwia.  Kto to zrobił, panie Jędrzeju?
Sir Andrz.  Paź hrabiego, niejaki Cezaryo; wzięliśmy go za tchórza, a to był dyabeł wcielony.
Książę.  Mój paź, Cezaryo?
Sir Andrz.  Do kroćset beczek, to on jest! Strzaskałeś mi czaszkę za nic, bo com zrobił, to zrobiłem na podszczuwania pana Tobiasza.

Wiola.  Nigdym nic złego nie zrobił ci, panie;
Dobyłeś na mnie szabli bez powodu,
Lecz ja cię dobrem słowem odprawiłem,
Bez żadnej krzywdy.

Sir Andrz.  Jeśli potrzaskać komu czaszkę nie jest krzywdą, to mnie nie pokrzywdziłeś. Zdawałoby się, że postrzaskać czaszkę, niczem nie jest w twoich oczach. (Wchodzi Pajac, prowadząc pijanego pana Tobiasza). Ale zbliża się pan Tobiasz kulejąc, dowiecie się od niego więcej. Gdyby nie był pijany, byłby ci inaczej boki połechtał.
Książę.  Co tam nowego, panie Tobiaszu, jak się masz?
Sir Tob.  Wszystko mi jedno — rąbnął mnie i na tem koniec. Błaźnie, czy widziałeś doktora Rysia, błaźnie?
Pajac.  Pijany, jak sztok, panie Tobiaszu, od godziny; już o ósmej rano białkiem mu zaszły oczy.
Sir Tob.  To łotr z niego wierutny. Po menuecie i polonezie, brzydzę się najbardziej pijakiem.
Oliwia.  Odprowadźcie go. Kto im się tak przysłużył?
Sir Andrz.  Ja ci pomogę, panie Tobiaszu, bo razem nas opatrzą.
Sir Tob.  Ty mi pomożesz, dardański ośle? ty kpie, ty kapcanie? Ty mi pomożesz, wymoczku? ty gąsiątko?
Oliwia.  Poprowadź go do łóżka, a dopilnuj, żeby go doktor opatrzył.

(Wychodzi Pajac, sir Tobiasz i sir Andrzej. Wchodzi Sebastyan).

Sebast.  Żal mi, żem twego porąbał krewnego!
Lecz gdyby bratem moim był rodzonym,
Dla mej obrony musiałbym to zrobić.
Dziwne spojrzenie, które na mnie rzucasz,
Świadczy, że jesteś na mnie zagniewana.
Przebacz mi, droga, przez wzgląd na te śluby,
Które przed chwilą z tobą wymieniłem.
Książe.  Twarz jedna, jeden głos, a dwie osoby,
Złudzenie oczu, które jest i nie jest!
Sebast.  O, mój Antonio, drogi mój Antonio,
Jak mi bolesną każda była chwila,
Gdy cię straciłem!
Antonio.  To ty, Sebastyanie?
Sebast.  Czy cię to smuci?
Antonio.  Jakże się zdwoiłeś?
Dwie te istoty podobniejsze sobie,
Niż dwie połowy rozciętego jabłka.
Któryż Sebastyan?
Oliwia.  Cuda niepojęte!
Sebast.  Czy ja tam stoję? Nigdym nie miał brata;
Nie jestem bóstwem, nie posiadam daru
Wszechobecności. Miałem jedną siostrę,
Którą połknęły szalejące fale.
(Do Wioli) Przez litość, jestżeś jakim krewnym moim?
Twe imię? dom twój? Kto twoi rodzice?
Wiola.  Jestem z Metliny, mym ojcem Sebastyan,
Sebastyan także brata mego imię,

Jak ty ubrany, w mokrym zasnął grobie;
Jeśli duch może wziąć ciało i szaty,
Aby nas straszyć, ty jesteś tym duchem.
Sebast.  Tak, jestem duchem, obleczonym gliną,
Ziemskości szatą, w łonie mojej matki.
Z pozorów sądząc, gdybyś był niewiastą,
Łzami radości twarzbym twoją oblał,
I wołał: witaj! po trzykroć mi witaj,
Siostro Wiolo! siostro utopiona!
Wiola.  Mój ojciec znak miał na czole.
Sebast.  Mój także.
Wiola.  A w dniu tym umarł, w którym lat trzynaście
Miała Wiola.
Sebast.  Pamiętna mi data!
Tak, prawda, skończył śmiertelny swój zawód,
Gdy lat trzynaście siostra ma skończyła.
Wiola.  Jeśli do szczęścia naszego zawadą
Tylko ten męski ubiór przywłaszczony,
Nie oddaj wprzódy siostrze twej uścisku,
Póki nie powiesz po ścisłej rozwadze
Czasu i miejsca, wydarzeń, wszystkiego,
Żem jest Wiolą. Na dowód, w tem mieście,
Do kapitana powiodę cię domu,
Gdzie są me szaty; on mnie uratował,
Pomógł wejść w służbę dostojnego księcia,
A odtąd między panem tym i panią,
Jak to zaświadczą, byłam pośrednikiem.
Sebast.  (do Oliwii). Pozór cię uwiódł, ale w oszukaństwie
Natura była wierną swym instynktom.
Chciałaś dziewicy rękę twoją oddać,
I w tem, przysięgam, nie znajdziesz zawodu,
Bo mąż dziewicze przynosi ci serce.
Książę.  Nie troszcz się, pani, szlachetna krew jego.
(Do Wioli) Gdy tak jest, z tego szczęsnego rozbicia
I ja też moją wyratuję cząstkę.
Chłopcze, po tysiąc mówiłeś mi razy,
Że mnie nad wszystkie kochałeś niewiasty.
Wiola.  A słowa moje potwierdzę przysięgą,

I tę przysięgę tak wiernie zachowam,
Jak sklep niebieski wiernie światło chowa,
Co dzień od nocy przedziela.
Książę.  Daj rękę.
Niech cię zobaczę w twych niewieścich szatach.
Wiola.  Szaty są moje w domu kapitana,
Który mnie zbawił, ale który teraz
W wieży zamknięty, za sprawą Malwolia,
A tej dostojnej pani dworzanina.
Oliwia.  Wrócę mu wolność. Przywołaj Malwolia.
Ale, niestety! przypominam sobie,
Że jak mówiono, stracił biedak rozum.

(Wchodzi Pajac z listem).

Własne szaleństwo wygnało mi z myśli
Pamięć o jego nieszczęśliwym stanie.
Jak ma się teraz?

Pajac.  Zaprawdę, pani, trzyma Belzebuba na długość kija, tak dobrze, jak to może zrobić człowiek w jego położeniu. Napisał ten list do pani; należało mi wręczyć go dziś rano, ale że list waryata, to nie ewangelia, mniejsza o to, kiedy oddany:
Oliwia.  Otwórz go i czytaj.
Pajac.  Nie omieszkaj tylko, pani, budować się, gdy błazen recytuje pismo waryata. (Czyta, robiąc dziwne gesta) „Przez Boga, pani“ —
Oliwia.  Co? Czy i ty oszalałeś?
Pajac.  Nie, pani, tylko czytam szaleństwo, a jeśli chcesz, pani, abym je odczytał jak należy, musisz mi pozwolić, abym przybrał ton odpowiedni.
Oliwia.  Czytaj, proszę, bez błazeństwa.
Pajac.  To moja intencya, pani; ale żeby czytać bez błazeństwa, tak czytać należy. A więc, księżniczko, baczność, nadstaw ucha!
Oliwia  (do Fabiana). Weź list i czytaj.
Fabian  (czyta). „Przez Boga, pani, krzywdzisz mnie, a świat się o tem dowie. Choć zamknęłaś mnie w ciemnicy, choć oddałaś mnie pod straż pijanego kuzyna, jestem jednak tak dobrze przy zmysłach, jak ty sama, pani. Posiadam własnoręczny twój list, który mnie skłonił do wszystkiego, co zrobiłem, a nie wątpię, że listem tym mojej dobrej sprawy dowiodę, a ciebie, pani, zawstydzę. Myśl o mnie, jak ci się podoba. Zapominam trochę o mojej powinności, a mówię jedynie o mojej krzywdzie. Szalenie traktowany Malwolio“.
Oliwia.  Czy on to pisał?
Pajac.  Tak jest, pani.
Książę.  To wcale nie trąci szaleństwem.
Oliwia  (do Fabiana). Puść go na wolność i przyprowadź tutaj.

(Wychodzi Fabian).

Jeślibyś raczył, książę, po namyśle,
Nie żonę we mnie, ale siostrę widzieć,
To dzieńby jeden dwa uświęcił związki,
W moim tu domu, własnym moim kosztem.
Książę.  Pani, przyjmuję chętnie twą ofiarę.
(Do Wioli) Twój pan, Wiolo, wolność ci powraca,
A za usługi, które mu oddałaś,
Z twą płcią tak sprzeczne, twego wychowania,
I delikatnych uczuć twych niegodne,
Gdy mnie tak długo nazywałaś panem,
Przyjmij mą rękę i odtąd, na zawsze,
Bądź panią pana.
Oliwia.  I siostrą bądź moją.

(Wchodzą: Fabian i Malwolio).

Książę.  Czy to jest waryat?
Oliwia.  Tak jest, to on, książę.
Co ci, Malwolio?
Malwolio.  Pani, wyrządziłaś
Ciężką mi krzywdę.
Oliwia.  Krzywdę? Ja, Malwolio?
Malwolio.  Tak jest, ty, pani; racz list ten odczytać;
Czyli chcesz przeczyć, że to twoja ręka,
Twój styl, twój pomysł i twoja pieczątka?
Nie, nie, nie możesz przeczyć temu, pani,
Gdy tak jest, powiedz, a powiedz sumiennie,
Czemu tak jasne dałaś mi zachęty,
Podwiązki na krzyż kazałaś mi wiązać,

Wciąż się uśmiechać, żółte wdziać pończochy,
Z góry traktować całą sług czeredę,
Nawet Tobiasza? Gdym pełny nadziei,
Wiernie wykonał wszystkie twe rozkazy,
Jak mogłaś, pani, pozwolić mnie zamknąć
W ciemnem więzieniu? księdza na mnie nasłać?
I zrobić ze mnie śmieszniejszego dudka,
Niż kiedykolwiek drwin ludzkich był celem?
Oliwia.  Biedny Malwolio, to nie moja ręka,
Chociaż nie przeczę, podobna do mojej;
Nie wątpię wcale, że to pismo Marja,
Bo jak to sobie teraz przypominam,
Ona to pierwsza zrobiła mi wzmiankę,
Żeś stracił rozum. Wszedłeś wystrojony,
Jak list zaleca, z uśmiechem na twarzy.
Lecz bądź spokojny, byleśmy odkryli,
Kto jest autorem tej mistyfikacyi,
A w jakim celu tak sprytnie uknutej,
Ciężkiej tej krzywdy ty sam będziesz sędzią.
Fabian.  Łaskawa pani, daj mi posłuchanie:
Nie chciej, by kłótnia smutny cień rzuciła
Na pełne dziwu dnia tego wypadki.
W tej słodkiej, pani, nadziei wyznaję,
Że ja i Tobiasz jesteśmy sprawcami
Całej komedyi, by się na nim pomścić
Za jego upór i za grubijaństwo.
List ten napisać Marya się podjęła
Na długie prośby pana Tobiasza,
Który w nagrodę za żonę ją pojął.
Ja myślę, pani, że cały ten figiel
Godniejszy śmiechu aniżeli kary,
Zwłaszcza, jeżeli na wagę wziąć raczysz
Dwóch stron wzajemne krzywdy i urazy.
Oliwia.  Biedne głupiątko, jak cię wystrychnęli!

Pajac.  Bo widzisz: „Jedni rodzą się wielkimi, inni w pocie czoła do wielkości przychodzą, innych wielkość szuka sama“. I ja też byłem aktorem w tej komedyi, niejakim księdzem Topasem. Ale to wszystko jedno; „na Boga, błazenku, nie jestem szalony“. A to, czy pamiętasz: „Dziwię się, pani, że cię tak jałowy hultaj może bawić; byłeś mu śmiechem nie dodała okazyi, zakneblowałbym mu gębę“. A tak, tocząc się, koło fortuny przytoczyło nam zemstę.
Malwolio.  Potrafię jeszcze zemścić się na całej waszej bandzie.

(Wychodzi).

Oliwia.  Wyznaję, słuszny ma urazy powód.
Książę.  Zróbmy, co można, by go udobruchać.
O kapitanie nic nam nie powiedział;
Gdy to wyjaśni, a błogi dzień przyjdzie,
Ślub uroczysty dusz związek potwierdzi;
Tymczasem, siostro, przy tobie zostaniem.
Idźmy, Cezaryo, bo jesteś Cezaryo,
Dopóki rolę męża tu odgrywasz;
Zostań kobietą, wdziej suknię godową,
Będziesz Orsyna żoną i królową. (Wychodzą).

Pieśń.

Pajac.  Bo kiedym ja jeszcze dzieciątkiem był małem,
Hej dana! czy deszcze czy wiatry,
Bawiłem się wszystkiem, z wszystkiego się śmiałem,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

A kiedy z chłopięcia urosłem w młodzika,
Hej dana! czy deszcze czy wiatry,
Na widok złodzieja, drzwi każdy zamyka,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

A kiedym wziął żonę. przez wielki gniew Boży,
Hej dana! czy deszcze czy wiatry,
Co wprzódy źle było, to stało się gorzej.
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

A kiedy do łóżka iść miałem w noc ciemną,
Hej dana! czy deszcze czy słoty,
Jak fryga się wszystko kręciło przede mną,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

Już stare to czasy, jak ziemia stworzona,
Hej dana! czy deszcze czy słoty;
Lecz wszystko to jedno, — komedya skończona,
A bawić pragniemy was co dzień.

(Wychodzi).



Upominek - ozdobnik str. 64g.png



Selous - Miarka za miarkę.jpg

MIARKA ZA MIARKĘ.



MIARKA ZA MIARKĘ.

G

Giraldi Cinthio, w zbiorze powieści pod tytułem: Hecatommithi (1565) Dekada VIII. N. V. umieszcza następującą:

„Za panowania wielkiego cesarza Maxymiana nad państwem rzymskiem, posyłani bywali urzędnicy do zarządu krajów, które pod jego władzą zostawały. Między innymi posłał on do zarządu Inspruck’u jednego z dworzan swych, którego miłował bardzo, imieniem Jurystę. A zanim wysłał, rzekł mu: „Jurysto, dobre mniemanie, jakie powziąłem o tobie czasu tego, gdyś był przy osobie mojej na usługach, sprawiło to, że cię ślę na rządcę szlachetnego miasta Inspruck’u; o którym rządzie mógłbym wiele dodać, ale wszystko zamknę w jednem, to jest, abyś niezmiennie strzegł sprawiedliwości, choćby ci przyszło sądzić przeciwko mnie nawet, który panem twym jestem. Oznajmuję ci, że wszelkie inne błędy, jakiebyś popełnił lub z niewiadomości, albo z niedbalstwa (a tych też unikać należy, ile możności), mógłbym ci przebaczyć, nigdy zaś, cobyś wykroczył przeciwko sprawiedliwości“.
„A jeśli sądzisz, że nie możesz być takim, jakiego cię mieć chcę, bo nie wszyscy ludzie do wszystkiego są zdolni, nie podejmuj urzędu tego, zostań tu lepiej przy dworze i zwykłym swym urzędzie, niżbyś miał, zostawszy rządcą miasta tego, ściągnąć na się to, co ja uczynićbym był zmuszony z obowiązku sprawiedliwości, jeśli przeciw niej wykroczysz“.
„I rzekłszy to, zamilkł.
„Jurysta, więcej uszczęśliwiony z godności i urzędu, do którego cesarz go powoływał, niżeli znający sam siebie, podziękował panu swemu za tę przyjazną naukę, i rzekł mu, że sam z siebie żywo pragnął strzedz sprawiedliwości, a będzie to czynić tem chętliwiej, iż mu polecił cesarz, i że pragnął tak spełniać rządy swe, aby jego cesarska mość chwalić go tylko mogła.
„Mowa ta Jurysty podobała się cesarzowi, który rzekł:
„Zaprawdę będę was chwalił, jeśli czyny ze słowami się zgodzą“.
„I rozkazawszy wydać mu listy otwarte, które już gotowe były, wysłał go tam.
„Jurysta tedy począł rządzić miastem dosyć roztropnie, starając się wielce szalę trzymać w mierze, zarówno w sądach, jako i w rozdawnictwie urzędów, nagradzaniu cnoty i karaniu występków. I długi czas w ten sposób utrzymywał się w wielkiej u cesarza wziętości i w miłości u ludu całego, tak, że mógłby się był zwać szczęśliwym, gdyby zawsze się tak rządził.
„Aż stało się, że młodzian pewien z miasta tego, zwany Vico, gwałt popełnił na panience z Inspruck’u, i skarga zaniesioną została przed Jurystę. Ten zaraz ująć go kazał, i, gdy wyznał, że w istocie gwałt jej uczynił, skazał go, wedle praw tego miasta, aby mu głowę ucięto, chociaż obwiniony chciał pogwałconą wziąć za żonę.
„Człowiek ten miał siostrę, dziewicę, więcej nad osiemnaście lat nie liczącą, piękności wielkiej, umiejącą słowy bardzo słodkiemi przemawiać, w obejściu miłą, przytem cnoty niewieściej osobliwej.
„Zwała się ona Epitya. Wiedząc, że brata na śmierć skazano, żal ją ogarnął okrutny, i poczęła rozmyślać, jakoby brata uwolnić mogła, lub przynajmniej karę jego lżejszą uczynić. A że była wprzódy, z bratem razem, pod dozorem człowieka starego, którego ojciec jej w domu trzymał, aby ich oboje filozofii nauczył, chociaż brat z nauk jego mało korzystał; szła do Jurysty, prosząc go, aby ulitował się nad jej bratem i nad młodym wiekiem jego, gdyż nie miał nad lat szesnaście, żadnego doświadczenia, i miłość go bodła, dowodziła tedy, że mędrców zdaniem, cudzołóstwo popełnione z miłości, a nie dla pokrzywdzenia męża żony, zasługiwało na lżejszą karę, niż to, któreby było złośliwie uczynione, i że toż o postępku brata jej rzec było można, gdyż krzywdy ani złości wyrządzić nie chciał, ale gwałtowną powodowany miłością, popełnił to, za co był skazany, a dla naprawienia zła, gotów był panienkę poślubić.
„A chociaż prawo chciało mieć, aby to gwałtowników nie uwalniało, mógł on przecie, jako mąż mądry, surowość jego złagodzić.
„Inne też przywodząc racye, starała się skłonić Jurystę, aby przebaczył nieszczęśliwemu.
„Jurysta, któremu nie mniejszą sprawiało przyjemność słuchać wdzięcznej mowy Epityi, jako i wielkiej jej piękności się przypatrywać, po dwakroć kazał sobie jedno powtarzać, a brudną żądzą zdjęty, myśl swą obrócił ku temu, by ten sam popełnił występek, za który na śmierć skazał Vicon’a i rzekł:
„Epityo, to coś mówiła, do tyla bratu twojemu posłużyło, że tam, gdzie jutro głowę ściąć mu miano, nakażę zwlec wykonanie wyroku, aż rozważę, com słyszał, a jeśli uznam, iż mogę brata twojego uwolnić, oddam ci go tem chętniej, iż mi żal widzieć na śmierć wiedzionym dla prawa, które tego wymaga“.
„Epitya, z tych słów powziąwszy otuchę, podziękowała mu za uprzejmość jego, za którą wdzięczność mu wieczną przyrzekła, mając nadzieję, że rozważywszy sprawę i to, co mówiła, uraduje ją wolnością brata. Jurysta rzekł, iż uczyniłby to i spełnił jej żądanie, gdyby mógł, nie obrażając przez to sprawiedliwości.
„Poszła Epitya donieść bratu, co uczyniła z Jurystą, a Vico uradował się, prosząc ją, aby się za nim wstawiła, co też ona przyrzekła.
„Jurysta, na którego sercu piękność Epityi uczyniła wrażenie, przedsięwziął ją skłonić sobie i czekał, ażby wróciła.
„Gdy przyszła potem w dni kilka z zapytaniem, odpowiedział, iż uwolnić go nie może, chybaby okupiła go swą cnotą.
„Na te słowa, Epitya spłonąwszy, rzekła:
„Drogie mi jest życie brata, ale droższa jeszcze cześć moja, a wolałabym go ocalić tracąc życie, niż moją cześć poświęcając. Odepchnijcie więc myśl tę niecną. Jeśli innym sposobem uczynić to mogę, uczynię to chętnie“.
„Po rozmowie tej Epitya szła do brata i opowiedziała mu, co jej rzekł Jurysta, dodając, iż ocalić go nie może; zaczem brat płacząc, zaklinać ją począł, aby się dlań poświęciła, i łzami a prośbami zmusił do przyrzeczenia.
„Stało się więc, jak brat żądał, ale Jurysta mimo ofiary tej wydał rozkaz, ażeby bratu jej głowę ścięto, i nazajutrz zbył Epityę, mówiąc, iż do domu jej przyśle brata... Jakoż ciało jego tylko odwieziono siostrze. Epitya doznała boleści wielkiej, lecz pokrywając ją, rzekła do oprawcy, który trupa przywiózł:
„Powiedzcie panu swojemu, który jest też moim panem, że przyjmuję brata takim, jakim mi go odesłać mu się podobało, a gdy mej woli spełnić nie chciał, cieszę się, że swojej zadosyć uczynił, sądząc, że tak było sprawiedliwie... Poleć mu mnie z tem, żem zawsze sługą jego“.
Epitya zrazu chcąc się pomścić, pragnęła zabić wiarołomcę, ale, rozmyśliwszy się, poszła sprawiedliwości szukać u cesarza, który był w Villac’u. Ubrawszy się w żałobę, padła mu do nóg i skarżyła. Kazał cesarz przywołać winowajcę, który na widok kobiety strasznie drżeć począł, uląkł się i stracił przytomność.
Wybadawszy sprawę, cesarz kazał najprzód Juryście zaślubić pokrzywdzoną, która się temu opierała, a potem na śmierć go skazał.
„Jurysta przygotowany na śmierć, czekał już tylko, rychłoli oprawca przyjdzie mu wziąć życie; wtem Epitya, która tak gorąco przeciw niemu świadczyła, posłyszawszy o wyroku cesarza, poruszona wrodzoną dobrocią swoją, uznała niegodnem siebie, gdy cesarz nakazał, aby była żoną jego, i ona go za męża przyjęła, dozwolić, by zginął z jej powodu. Myślała, że to raczej pragnieniem zemsty się wyda, niż sprawiedliwością. Szła tedy prosić cesarza o ocalenie mu życia.
„Maxymian zachwycony był, usłyszawszy ją tak przemawiającą za Jurystą, chociaż ten ją pokrzywdził; uznał też, że tak wielka dobroć zasługiwała, aby spełniono to, o co prosiła, a kazawszy o godzinie, która była na śmierć przeznaczoną, przywołać Jurystę, przebaczył mu, oddając za żonę Epityę i t. d.“.
Ta historya Jurysty, z małemi zmianami, powtórzyła się wielekroć w rzeczywistości. Hugo przywodzi we Francyi dwa wypadki podobne, Olivier le Diable i Laubardemont’a, w Anglii pułkownika Kirke’go, we Włoszech któregoś z domu d’Este. W roku 1577 Jerzy Whetstone na tle tej powieści osnuł komedyę we dwóch częściach, której dał tytuł: Wielce doskonała i sławna historya Promosa i Kassandry. (The right excellent and famous Historye of Promos and Cassandra. Six Old Plays. II. V. 1779). Nieznany ten poeta uczuł wszakże, iż pożycie małżonków byłoby niemożliwem, gdyby je przypomnienie śmierci brata zatruwało, i, jak Szekspir, dla ocalenia prawdopodobieństwa, ocalił mu życie cudownie. Oprócz tego Whetstone, zwyczajem ówczesnym, postawił obok drugą parę komiczną, i przygody jej splątał z historyą Promosa i Kassandry. Tym cieniakiem głównego bohatera Promosa (Jurysty) jest niejaki Phallax, któremu powierzono sprawowanie policyi w mieście. Z rozkazu namiestnika zamyka on wszystkie podejrzane domy. Jednego dnia pachołkowie przyprowadzają mu opierającą się rozkazom ulicznicę, Lamię. Phallax rozmiłowuje się w niej i bierze ją w swoją opiekę. Zręczna jejmościanka, której doradcą jest niejaki Rosko, za wiele sobie pozwala na rachunek łask Phallaxa, którego odziera niemiłosiernie. Ten, nie mogąc wystarczyć jej wymaganiom, łupi mieszkańców, a gdy i tego mało, policyantów swych, Rapaxa i Gripaxa, zmienia w ulicznych rabusiów. Kończy się to tem, że Phallaxa precz wyrzucają, odebrawszy mu, co porabował u ludzi, a Lamia idzie do więzienia. Dwie te powieści idą z sobą razem, ale niczem połączone nie są.
Whetsone zrobił później jeszcze powieść ze swej komedyi, pomieszczoną w jego: Heptameron of civil discourses. (1582 roku).
Z tej to nieforemnej komedyi Szekspir zrobił swoją: Miarka za miarkę; tytuł, jak wnioskuje Bodenstedt, wziąwszy zapewne z tego wiersza w Promosie i Kassandrze: (Akt V. Scena 4)

„who others doth deceyve,
Deserves himself like measure to receyve“...

Grano tę komedyę w roku 1604, 26 grudnia, przed Jakóbem I. (świadczą: Accounts on the Revels of the Court), a myślą poety było zapewne skłonić króla do łaskawości i przebaczenia. W druku okazała się dopiero 1623, w wydaniu zbiorowem.
W Anglii dramat ten nigdy powodzenia nie miał; sądzono go bardzo surowo. Coleridge powiada o nim: „Komedya ta jest dla mnie najwstrętniejszą, powinienbym rzec, jedyną częścią wstrętliwą w dziełach Szekspira“. Hunter powtarza to zdanie i dodaje: „Wina to przedmiotu, który jest i nieprawdopodobny i obrzydliwy“. Knight pisze: „Są w niej sceny wprost oburzające“. W istocie, Miarka za miarkę, cynizmem osnowy i niekiedy wykonania, robi przykre wrażenie, chociaż Szekspir złagodził sytuacye, rzecz uczynił znośniejszą, niż jest w oryginalnej powieści, a swobodę wyrażeń, dochodzącą do ostateczności, na karb wieku więcej niż poety położyć potrzeba. Samo prowadzenie akcyi i szlachetna rola Wincencya, mistrzowską rękę zdradzają.
„Sztuka ta“, pisze Gervinus, „zaleca naprzód miarę w wymiarze sprawiedliwości, ale zarazem szersze zajmuje pole, i naukę tę rozciąga do wszelkich ludzkich stosunków; jest ona nasionkiem tak często u Szekspira wyrażonej myśli, że we wszystkiem środka się trzymać należy. Każe się strzedz wszelkich ostateczności. Doskonałą była księcia łagodność, ale ogólne dobro na niej cierpiało, i z niej zrodziły się w społeczeństwie występki. Dobrą była surowość Angela, ale chybiła celu, została przesadzoną. Dobrą była jego cnota, ale go wbiła w dumę i sprowadziła upadek. Nauka ta o szkodliwości przesady we wszystkiem, nawet w rzeczach najlepszych, czynami się tu dowodzi, ale zarazem w obrazach i porównaniach tego poematu obfitującego w zdania, się powtarza. Prawdy tej dowodzą także charaktery, ich sprzeczności i zestawienia. Sam Angelo, z nienaturalnie naprężoną przesadą swego charakteru, cały szereg sprzeczności wywołuje; jego surowość staje naprzeciw łagodności księcia, jego wstrzemięźliwość naprzeciw lekkomyślności Klaudya, jego brak uczucia przeciw miękkiego serca, słabej, wiernej Maryany, jego tchórzliwe staranie o pozór cnoty i przyzwoitość, przeciw obojętności Lucya, niedbającego o niesławę. Pomiędzy temi ostatecznościami stoi Izabella sama jedna, wyraz całkowitej, pełnej natury ludzkiej, która przekonywa, że ostateczności wszystkie są połowicznemi, że miara i rozumny środek nie jest słabością i ociężałością, że ona u człowieka istotny środek ciężkości stanowi, który go broni od wszelkich obłędów i upadków, i nadaje mu najwyższą siłę, jakiej od człowieka wymagać się godzi“.




OSOBY:

Wincencyo, książę.
Angelo, namiestnik w nieobecności księcia.
Eskalus, stary pan, kolega Angela w namiestnikostwie.
Klaudyo, miody szlachcic.
Lucyo, dziwak.
Dwóch innych podobnego charakteru szlachciców.
Stróż więzienia.

Tomasz,    mnichy.
Piotr,

Sędzia.
Warryusz, szlachcic w służbie księcia.
Łokieć, głupowaty sługa policyjny.
Pianka, głupowaty szlachcic.
Pajac (Pompejusz), sługa pani Przepieczonej.
Abhorson, kat.
Barnardyn, zbójca.
Izabella, siostra Klaudya.
Maryana, narzeczona Angela.
Julia, kochanka Klaudya.
Franciszka, zakonnica.
Pani Przepieczona, rajfurka.
Panowie, Szlachta, Straż, Oficerowie i Służba.

Scena w Wiedniu.



MIARKA ZA MIARKĘ.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Pokój w pałacu Księcia.
(Wchodzą: Książę, Eskalus, Panowie i Służba).

Książę.  Eskalus —
Eskalus.  Panie!
Książę.  Chcieć ci wykładać rządu tajemnice,
Byłoby tylko słowa marnotrawić,
Bo wiem, że twoja w rzeczach tych nauka
Prześciga wszystko, co mógłbym powiedzieć;
Jedno więc tylko teraz mi zostaje:
Przyrzucić władzę do twojej zasługi,
Wolne ci pole działania zostawić.
Nie znam prawnika dosyć ćwiczonego
Samotnią pracą i długą praktyką,
Coby cię przeszedł znajomością ludzi
I ustaw naszych i prawnych terminów.
Papier ten nasze zawiera zlecenia,
A pragnę, żebyś wiernie się ich trzymał. —
Niechaj Angelo stawi się przed nami.

(Wychodzi Sługa).

Jak sądzisz, naszą zastąpi osobę?
Trzeba ci wiedzieć, że go wybieramy
Naszym zastępcą na czas oddalenia.

Naszym postrachem i łaską odziany
Wszystkie przybory władzy naszej weźmie.
Co o tem myślisz?
Eskalus.  Jeśli mąż jest w Wiedniu,
Godny tej łaski i takich honorów,
Mężem tym jeden Angelo. (Wchodzi Angelo).
Książę.  Przychodzi.
Angelo.  Zawsze książęcym rozkazom posłuszny,
Przybiegam, panie, po twoje zlecenia.
Książe.  Słuchaj, Angelo, życie twoje całe
Głośnym jest świadkiem duszy twej przymiotów.
Lecz sam nie jesteś cnót twych właścicielem,
Nie masz więc prawa w cieniu ich marnować.
Co my z pochodnią, niebo robi z nami:
Jak dla niej samej nie palim pochodni,
Tak cnoty nasze, gdyby na jaw nie szły,
Śpią w naszej duszy, jakgdyby nie były.
Duch nasz odbiera piękne dary nieba,
Tylko, ażeby piękności był twórcą;
Natura bowiem nigdy nie pożycza,
Choćby skrupułu swej doskonałości,
Żeby zarazem gospodarna pani
Od swych dłużników, jak chciwy wierzyciel,
Nie wymagała dzięków i procentów.
Lecz na co długie mowy do człowieka,
Co zna tak dobrze wielkość mych poruczeń?
Przyjm więc, Angelo, w mej nieobecności
Władzę mą całą; śmierć i przebaczenie
W twem będą sercu i na twym języku.
Stary Eskalus, choć pierwszy wybrany,
Twym jest podwładnym. To twa nominacya.
Angelo.  Racz, panie, metal mój wprzód wypróbować,
Nim tak szlachetny, wielki wizerunek
Wyciśniesz na nim.
Książe.  Nie szukaj wybiegów;
Nasz wybór długich skutkiem jest rozmysłów,
Przyjmij więc honor, który ci dajemy.
Odjazd nasz spieszny nie daje nam czasu,

O ważnych z tobą rozmówić się sprawach;
Lecz gdy pozwolą czas i interesa,
Damy ci listem wiadomość o sobie,
Jak wy listownie wszystko opowiecie,
Co się tu dzieje. Teraz bądźcie zdrowi!
A mam nadzieję, że wiernie i pilnie
Będziecie pełnić władzę powierzoną.
Angelo.  Pozwól nam, panie, byśmy cię część drogi
Odprowadzili.
Książe.  Pośpiech nie dozwala.
Zresztą, na honor, nie troszczcie się o nic;
Całą wam moją powierzyłem władzę,
Możecie prawo ostrzyć lub łagodzić,
Jak to myśl wasza za stosowne uzna.
Dajcie mi rękę. Odjeżdżam tajemnie;
Choć lud mój kocham, mam jakąś odrazę
Na próżne dawać mu się widowisko,
Ni mi do smaku, chociaż w dobrej chęci,
Głośne oklaski i krzykliwe vivat!
Liche mam zdanie o rozumie ludzi,
Co za fraszkami podobnemi gonią.
Raz jeszcze jeden: bywajcie mi zdrowi!
Angelo.  Niechaj Bóg waszym poszczęści zamiarom!
Eskalus.  I niech szczęśliwie do domu was wróci!
Książę.  Dzięki wam za to; bywajcie mi zdrowi! (Wychodzi).
Eskalus.  Pozwól mi, panie, szczerze z sobą mówić,
Wiele albowiem na tem mi zależy,
Bym poznał całą władzy mej rozciągłość.
Wiem, że mam władzę, lecz jaka jej siła,
Jaka natura, nie rozumiem jeszcze.
Angelo.  I ja nie więcej. Odejdźmy na stronę,
A cała nasza w sprawie tej wątpliwość
Eskalus.  Skończy się wkrótce.
Jestem na rozkazy.

(Wychodzą).

SCENA II.
Ulica.
(Wchodzą: Lucyo i dwaj Szlachcice).

Lucyo.  Jeśli książę z innymi książętami nie pogodzi się z królem węgierskim, to wszyscy książęta rzucą się na króla.
1 Szlach.  Niech nam da niebo swój pokój, ale nie pokój króla węgierskiego!
2 Szlach.  Amen.
Lucyo.  Kończysz jak pobożny korsarz, który wypłynął na morze z dziesięcioma przykazaniami, ale wyskrobał jedno z tablicy.
2 Szlach.  Nie kradnij?
Lucyo.  To właśnie przykazanie wyskrobał.
1 Szlach.  Bo to przykazanie nakazywało kapitanowi i jego ludziom wyrzec się własnego rzemiosła; boć żeby kraść, wypłynęli. Niema między nami jednego żołnierza, któryby odmawiając modlitwy przed obiadem, smakował w prośbie, która błaga o pokój.
2 Szlach.  Nie słyszałem jednego żołnierza, sarkającego na tę modlitwę.
Lucyo.  Bardzo wierzę. Coś mi się wszystko zdaje, że nie byłeś tam nigdy, gdzie odmawiają modlitwy.
2 Szlach.  Nigdy? Przynajmniej tuzin razy.
1 Szlach.  A na jaką nutę śpiewanych?
Lucyo.  Na jaką chcesz nutę i w jakim chcesz języku.
1 Szlach.  A jabym jeszcze dodał: i w jakiej chcesz religii.
Lucyo.  A czemu nie? Łaska jest łaską na przekór wszystkim dysputom, jak na przykład: z ciebie łotr wierutny mimo wszelkiej łaski.
1 Szlach.  Przypuśćmy. Z jednej jesteśmy sztuki jednemi wystrzyżeni nożycami.
Lucyo.  Zgoda, toć krajka i aksamit jedną robią sztukę: ty jesteś krajką.
1 Szlach.  A ty aksamitem. To prawda; trzy razy postrzyżonym aksamitem. Ja też wolę być krajką angielskiego szaraczku, niż jak ty strzyżonym na francuski aksamit[15]. Czy się jasno wytłómaczyłem?
Lucyo.  Bardzo jasno. Z mowy twojej widzę, że nie bez kosztów do takiej przyszedłeś nauki. Twoje własne zeznanie uczy mnie, jak pić twoje zdrowie: zawsze pierwszy, a nigdy po tobie i nigdy z twojej szklanki.
1 Szlach.  Zdaje mi się, że sam sobie zaszkodziłem. Jak sądzisz?
2 Szlach.  Niema wątpliwości, a to czyś zdrów czy robaczywy.
Lucyo.  Patrzcie, patrzcie, zbliża się pani Uśmierznicka.
1 Szlach.  Pod jej dachem tyle kupiłem chorób, że mi wypadają —
2 Szlach.  Na ile?
Lucyo.  Zgadnij.
2 Szlach.  Na trzy tysiące talarów rocznie.
1 Szlach.  I trochę więcej.
Lucyo.  Francuską koronę w dodatku.
1 Szlach.  Tylko choroby we mnie widzisz, ale się mylisz, jam czerstwy jak rydz.
Lucyo.  Nie przeczę; ale twoje: czerstwy, nie znaczy: zdrowy ale wyschły. Kości twoje wyschły; bezbożność ucztowała na tobie. (Wchodzi Rajfurka).
1 Szlach.  Witajmy! W którem dziś biodrze głębsza scyatyka?
Rajfurka.  Dobrze, dobrze, tylko że nie pora teraz żartować; aresztowano tam i prowadzono do więzienia człowieka, który wart takich jak wy wszyscy pięć tysięcy.
1 Szlach.  Kogo? Powiedz, proszę.
Rajfurka.  Kogoż, jeśli nie Klaudya, signor Klaudya.
1 Szlach.  Klaudyo w więzieniu? To być nie może!
Rajfurka.  A ja wiem, że to jest. Widziałam sama, jak go aresztowano, jak go poprowadzono; ale co gorsza, za trzy dni utną mu głowę.
Lucyo.  Mimo naszych żartów, nie chciałbym, żeby go to spotkało. Czy jesteś tego pewna?
Rajfurka.  Zbyt tylko pewna; a za to jedynie, że pani Julii zrobił dziecko.
Lucyo.  Zaczynam wierzyć, że to być może; dwie już godziny minęły, jak miał przyjść do mnie, a on zawsze był słowny.
2 Szlach.  Prócz tego zgadza się to, jak wiesz, z tem, cośmy przed chwilą mówili.
1 Szlach.  A przedewszystkiem zgadza się to z ostatnią proklamacyą.
Lucyo.  Śpieszmy wywiedzieć się o prawdzie.

(Wychodzą: Lucyo i Szlachcice).

Rajfurka.  Tak więc trochę przez wojnę, trochę przez potnicę, trochę przez szubienicę, a trochę przez ubóstwo, dość że straciłam całą klientelę. (Wchodzi Pajac). A ty tu po co? Co za nowiny przynosisz?
Pajac.  Prowadzą tam człowieka do więzienia.
Rajfurka.  Co on zrobił?
Pajac.  Panią —
Rajfurka.  Ale jakie jego przewinienie?
Pajac.  Łowił pstrągi w nie swojej rzece.
Rajfurka.  Co? Czy jakiej pannie zrobił dziecko?
Pajac.  Nie, ale z panny zrobił panią. Jakto, czy nie słyszałaś o proklamacyi?
Rajfurka.  O jakiej proklamacyi, człowieku?
Pajac.  Że wszystkie takie domy na przedmieściach Wiednia będą zburzone?
Rajfurka.  A co zrobią z domami w samem mieście?
Pajac.  Zostawią je na zasiew; a i one także ten sam los byłby spotkał, gdyby nie jeden mądry obywatel, który się wstawił za niemi.
Rajfurka.  Jakto, wszystkie nasze domy schadzek na przedmieściach mają być zburzone?
Pajac.  Z ziemią zrównane.
Rajfurka.  A to mi zmiana w rzeczypospolitej! A ze mną co się stanie?
Pajac.  Ba, ba, nie lękaj się niczego! Dobremu konsyliarzowi nie braknie nigdy na klientach. Zmieniając mieszkanie, nie potrzebujesz zmieniać rzemiosła, a ja zawsze twoim będę pomocnikiem. Nie trać serca, zmiłują się nad tobą ludzie; ty, co prawie straciłaś oczy na publicznej służbie, znajdziesz u ludzi poważanie.
Rajfurka.  Co nam tu wypadnie robić, chłopcze mój. Tomaszu? Idźmy do domu.
Pajac.  Właśnie nadchodzi signor Klaudyo pod strażą dozorcy więzienia, a z tamtej strony zbliża się, widzę, pani Julia. (Wychodzą).

SCENA III.
(Wchodzą: Stróż więzienia, Klaudyo, Julia, którą przez scenę przeprowadzają, Straż, Lucyo i dwaj Szlachcice).

Klaudyo.  Czemu po mieście wodzisz mnie jak dziwo?
Wedle rozkazu zamknij mnie w więzieniu.
Stróż.  Co robię, panie, nie robię w złej myśli,
Ale z wyraźnych poleceń Angela.
Klaudyo.  Tak więc półbożek Władza, samowolnie
Żelazną ręką uciskać nas może,
Kogo chce, może łaskami obsypać,
Bez miłosierdzia kogo chce katować,
Ale się zawsze zowie: Sprawiedliwość.
Lucyo.  Jaki jest powód, mój Klaudyo, twojego uwięzienia?
Klaudyo.  Zbytek wolności, mój Lucyo, wolności!
Jak przesycenie postu jest rodzicem,
Tak i swawola niewoli jest matką.
Jak szczur swą trutkę pożera łakomo,
Tak serce ludzkie, zguby swojej chciwe,
Truciznę własną pije — i umiera.

Lucyo.  Gdybym był pewny, że pod kluczem tak będę mądrze rozprawiał, posłałbym po którego z moich wierzycieli. Żeby jednak nie kłamać, wyznam, że przenoszę prawić duby na wolności niż moralizować w więzieniu. Jaki twój występek, Klaudyo?
Klaudyo.  Mówić o tem byłoby nowym występkiem.
Lucyo.  Co? Mężobójstwo?
Klaudyo.  Nie.
Lucyo.  Wszeteczeństwo?
Klaudyo.  Nazwij tak rzecz, jeśli ci się podoba.
Stróż.  W drogę, panie, czas nagli!
Klaudyo.  Jeszcze słowo, dobry przyjacielu. Lucyo, chciałbym ci powiedzieć jedno słowo. (Bierze go na stronę).
Lucyo.  Sto, jeśli ci się przydać na co mogą. Czy taki los czeka wszeteczeństwo?

Klaudyo.  Mnie taki spotkał. Do mej Julii łoża
Kontrakt zupełne nadawał mi prawo.
Wszak znasz ją; ona ślubną jest mi żoną;
Jeśli brak jeszcze pewnych formalności,
Te odłożyłem dlatego jedynie,
By wyrwać posag z krewnych jej szkatuły;
Przed nimi sprawę ukryliśmy całą,
Póki nam lepszych nie pokażą chęci.
Lecz los zawzięty na osobie Julii
Zbyt jasno nasze wypisał pieszczoty.
Lucyo.  Czy w ciążę zaszła?
Klaudyo.  Tak jest, na nieszczęście.
Nowy namiestnik, czy to zaślepiony
Blaskiem potęgi, uchwyconej świeżo,
Czy naród cały biorąc za rumaka,
Chciał mu dać uczuć władzy swej ostrogę
W tej zaraz chwili, w której siodła dosiadł;
Czy miejsce samo tyranii jest gniazdem,
Czy też osoba, co na niem zasiadła,
Nie wiem, wiem tylko, że nowy namiestnik
Rozbudził wszystkie prawa zapleśniałe,
Które, jak zbroja rdzą czasu okryta,
Od tak już dawna wisiały na ścianie,
Że dziewiętnaście przeszło lat ubiegło,
Jak się ich żadna nie dotknęła ręka;
Aż nagle,, żeby zrobić sobie imię,
Drzymiące prawo do mnie zastosował,
Tak, tylko żeby zrobić sobie imię.

Lucyo.  Nie wątpię o tem. Twoja głowa tak słabo teraz na twoim karku się trzyma, że zakochana mleczarka strąciłaby ją westchnieniem. Wyślej za księciem; załóż do niego apelacyę.

Klaudyo.  Chciałem, lecz księcia niepodobna znaleźć.
Proszę cię, Lucyo, zrób mi jedną łaskę:
Dziś siostra moja wchodzi do klasztoru,
Aby rozpocząć próby nowicyatu;
Spiesz do niej, opisz me niebezpieczeństwo,
Proś w mem imieniu, niechaj mi wyszuka
Przy namiestniku surowym obrońców,
Błagaj, niech sama do niego pospieszy;
Niemało liczę na jej pośrednictwo,
Bo jest w młodości milcząca wymowa,
Na serca mężów silnie działająca.
A przytem sztukę posiada szczęśliwą,
Że kiedy zechce, budzi przekonanie
Rozumnem słowem w słuchaczów swych myśli.

Lucyo.  Daj Boże, aby się jej to udało tak dla pociechy podobnych tobie, którzy inaczej pod surowem staliby prawem, jak dla uratowania twojego życia, którebym widział z żalem tak głupio przegrane w jednej partyi maryasza.
Klaudyo.  Dziękuję ci, dobry mój przyjacielu Lucyo.
Lucyo.  Nim dwie godzin upłynie —
Klaudyo.  Stróżu, idźmy teraz. (Wychodzą).

SCENA IV.
Klasztor.
(Wchodzą: Ksiaię i mnich Tomasz).

Książę.  Nie, święty ojcze, myśl odrzuć podobną;
Nie chciej przypuszczać, że miłości strzała
Mogła dosięgnąć zbrojne męża serce.
Jeżeli żądam u ciebie schronienia,
To w poważniejszych, dojrzalszych zamiarach,
Niż płoche cele gorącej młodości.
Mnich.  Wolnoż mi pytać o te tajemnice?
Książę.  Nikt lepiej nie wie, jak ty, święty ojcze,
Żem zawsze lubił życie na ustroniu,
Że zawsze w nizkiej były u mnie cenie

Huczne zebrania, gdzie szalona młodzież
Z dziecinną pychą marnowała skarby.
Mąż niezachwiany, surowy i czysty,
Angelo, w Wiedniu władzę moją dzierży;
On i lud cały są dziś przekonani,
Że wyruszyłem tajemnie do Polski,
Bo sam, z umysłu, wieść tę rozpuściłem.
Chcesz teraz wiedzieć, dla jakich powodów?
Mnich.  Chętnie, mój książę.
Książę.  Są u nas ustawy,
Są u nas prawa ostre i surowe
(Brykliwym koniom potrzebne wędzidło),
Których czternaście lat nie rozbudziłem,
Jak lew w jaskini starością przj’kuty,
Co przestał szukać pastwy pośród kniei.
Lecz kiedy ojciec, w zbytku pobłażania,
Związane rózgi przed dziećmi postawi,
Raczej na groźbę, niż na ich użycie,
Wnet rózga budzi szyderstwo nie postrach;
Tak prawa nasze nie zastosowane,
Są jak umarłe; zuchwała swawola
Bezkarnie ciągnie za nos sprawiedliwość,
Dziecko swrą mamkę bije, przyzwoitość
Znikła do szczętu.
Mnich.  W twojej było mocy
Sprawiedliwości rozwiązać znów pęta.
Kara z twej ręki większyby wśród ludzi
Zrobiła postrach.
Książę.  Lękam się, zbyt wielki.
Z mej winy lud się na swawolę puścił,
Tyranią teraz z mej byłoby strony,
Karać za grzechy, które wywołałem,
Bo kto nie karze winy przy spełnieniu,
Ten upoważnia do spełnienia winy.
Dlategom władzę Angelowi zwierzył;
Pod moją tarczą śmiało może karcić,
A mnie od ciężkich zasłonić wyrzutów.
By jego rządom przypatrzeć się bliżej,

Niby braciszek twojego zakonu,
Odwiedzę władcę i lud mu podległy.
Daj mi więc habit i naucz mnie, proszę,
Jak się mam trzymać, bym uszedł za mnicha.
W wolniejszej chwili obszerniej wyłożę
Moje powody; teraz, jeszcze słowo:
Angelo, człowiek sumienny, surowy,
I zawsze baczny na zawistnych sądy,
Ledwo chce przyznać, że ma krew w swych żyłach,
Że kawał chleba nad kamień przenosi;
Zobaczę, czyli władza zmienia ludzi,
Czy pozór często mylną ufność budzi. (Wychodzą).


SCENA V.
Klasztor zakonnic.
(Wchodzą: Izabella i Franciszka).

Izabella.  Nie macie żadnych innych przywilejów?
Franc.  Czy tych nie dosyć?
Izabella.  O, aż nadto dosyć,
Uchowaj Boże, bym pragnęła więcej;
Chciałabym raczej surowszej reguły
Dla sióstr pod świętej Klary inwokacyą.
Lucyo  (za sceną). Pokój tym ścianom! Hola!
Izabella.  Kto tam woła?
Franc.  To głos mężczyzny. Słodka Izabello,
Otwórz mu furtkę, spytaj, czego pragnie,
Jeszcze ci wolno, nie przyjęłaś ślubów;
Bo gdy je przyjmiesz, nie będziesz już mogła,
Jak ja nie mogę, z mężczyzną rozmawiać
Bez obecności matki przeoryszy,
A wtedy nawet niewolno ci będzie
W ciągu rozmowy oblicza odsłonić,
Lub słowa wyrzec, jeśli kwef odchylisz.
Raz jeszcze woła. Idź się z nim rozmówić (wychodzi).
Izabella.  Pokój i szczęście z tobą! Kto mnie woła?

(Wchodzi Lucyo).

Lucyo.  „Witaj, dziewico! bo lic twoich róże
Są mi świadkami, że jesteś dziewicą.
Czy możesz wielką wyświadczyć mi laskę,
Dać mi sposobność mówić z Izabellą,
Nowicyuszką w murach tych, a siostrą
Nieszczęśliwego brata Klaudyusza?
Izabella.  Nieszczęśliwego? a z jakich powodów?
Pozwól mi, proszę, pytanie to zrobić,
Bo ja tą siostrą jestem Izabellą.
Lucyo.  Piękna dziewico, twój brat cię pozdrawia,
A w krótkich słowach — brat twój jest w więzieniu.
Izabella.  Biada mi, biada! Za jakie przestępstwo?
Lucyo.  Przestępstwo, które, gdybym ja byt sędzią,
Karęby jego zmieniło na dzięki:
Swojej kochance zrobił prezent z dziecka.
Izabella.  Proszę cię, panie, racz żarty te skończyć.
Lucyo.  To czysta prawda. Choć moim zwyczajem
Przy młodych pannach żartami się bawić,
Wśród których język daleko od serca,
Nie chciałbym z tobą wolności tej użyć,
Bo mi się zdajesz niebieskiem stworzeniem,
Przez ślub zrzeczenia duchem nieśmiertelnym,
Przy któryin szczerość jest mi powinnością,
Jakby przy świętym.
Izabella.  Jeśli ze mnie szydzisz,
Bluźniercą jesteś.
Lucyo.  Wierzaj memu słowu,
I słuchaj prawdy, która tej jest treści:
Twój brat kochankę do łona przycisnął;
Lecz kto się karmi, ten się i napełnia;
Jak pole długim odłogiem leżące,
Jeśli posiane w porę, plon przynosi,
Tak jej dziś łono jasny daje dowód
Skrzętnej uprawy swego gospodarza.
Izabella.  Jakaś kobieta w ciąży jego sprawą?
Czy to nie Julia, a moja kuzynka?
Lucyo.  Czy jest twą krewną?
Izabella.  Tylko przez przybranie.

Dziewczyny w szkole dają sobie miana,
Które ich uczuć szczerym są wyrazem.
Lucyo.  Tak jest, to Julia.
Izabella.  Niech ją więc zaślubi.
Lucyo.  W tem cała trudność. Jest temu dni kilka,
Jak książę w dziwny oddalił się sposób.
Dawał nadzieje kilku młodym panom,
I mnie w ich liczbie, władzy i urzędów,
Aż my tu dzisiaj słyszymy od ludzi,
Dla których niema tajemnicy stanu,
Że obietnica ta była odległa
O nieskończoność od jego zamiarów.
Na jego miejscu z całą jego władzą
Stoi Angelo, mąż, w którego żyłach
Zamiast krwi płynie tylko śnieg stopiony;
On nigdy nie czuł zmysłowości żądła,
Postem i pracą, na duszy swej korzyść,
Przytępia ostrze natury popędów.
Żeby przestraszyć swawolę, co z dawna
Przed groźnem prawem igrała bezkarnie,
Jak przed lwem myszy, on odkopał prawo,
Które twojego brata śmiercią karze;
Na jego mocy do turmy go wtrącił,
A dla przykładu, chce bez miłosierdzia
Całą surowość jego na nim spełnić.
Ostatni promień nadziei nam zgaśnie,
Jeśli nie zdołasz tkliwą twoją prośbą
Wzruszyć Angela; w tym mnie właśnie celu
Brat twój przysyła.
Izabella.  Czy pewno nastaje
Na jego życie?
Lucyo.  Już wyrok nań wydał,
A jak słyszałem, rozkaz egzekucyi
Był wyprawiony.
Izabella.  O, ja nieszczęśliwa!
Cóż ja dla niego zrobić będę w stanie?
Lucyo.  Próbuj sił swoich.
Izabella.  Sił moich? Niestety!

Ja wątpię bardzo —
Lucyo.  Wątpienie, to zdrajca,
Który zwycięstwo często z rąk wydziera,
Kiedy nas trwogą odwodzi od próby.
Idź do Angela, naucz go, że ludzie,
Gdy dziewczę prosi, szczodrzy są jak bogi,
Gdy dziewczę klęknie, kiedy łzę wyleje,
Każda jej prośba jest tylko rozkazem.
Izabella.  Zobaczę, panie, co mogę dlań zrobić.
Lucyo.  A nie trać czasu.
Izabella.  Nie zabawię dłużej,
Niż trzeba, żeby matkę zawiadomić.
Poleć mnie bratu, sam przyjmij me dzięki.
Tej jeszcze nocy przyślę wam wiadomość,
Jaki osiągną skutek me zabiegi.
Lucyo.  Żegnam cię teraz.
Izabella.  Bądź zdrów, dobry panie!

(Wychodzą).

AKT DRUGI.
SCENA I.
Sala w domu Angela.
(Wchodzą: Angelo, Eskalus, Sędzia, Straż więzienia i Służba).

Angelo.  Nie róbmy z prawa śmiesznego straszydła,
Co miało ptaki drapieżne odganiać,
A które wkrótce, przez przyzwyczajenie,
Stało się grzędą zamiast być postrachem.
Eskalus.  Zgoda, zaostrzmy miecz sprawiedliwości,
By lekko zaciąć, nie żeby zabijać.
Ach, ten młodzieniec, za którym się wstawiam,
Jest synem ojca wysokiej zasługi.
Rozważ sam, panie, (choć wierzę, że ciągle
Życie twe biegło prostą cnoty drogą),

Czyli w wybuchu twoich namiętności,
Gdyby czas, miejsce twym sprzyjało żądzom,
Gdyby podszepty twej krwi rozpalonej
Znalazły pewną do celów swych drogę,
O, rozważ, czyli nie uległbyś czasem
Pokusom, które potępiasz w nim dzisiaj,
Czyby cię prawa nie dosięgła srogość.
Angelo.  Inną jest rzeczą pokus być przedmiotem,
A inną rzeczą pokusom tym uledz.
Wiem ja, że nieraz w dwunastu przysięgłych,
O życiu więźnia mających stanowić,
Zasiada stokroć wierutniejszy złodziej;
Lecz sprawiedliwość jawne chwyta zbrodnie;
Rzecz obojętna dla prawa, że złodziej
Złodzieja sądzi. Gdy zobaczę klejnot,
Zapewne skrzętnie podejmę go z ziemi,
Lecz klejnot, który oczów moich uszedł,
Rozgniotę stopą bez myśli i żalu.
To jego winy nie umniejsza wcale,
Że grzech podobny i ja popełniłem,
To może tylko służyć za prawidło,
(Jeżeli kiedy ja, sędzia surowy,
Stanę się winnym podobnego czynu),
Aby ta sama dosięgła mnie kara
Bez żadnych względów. On więc musi umrzeć.
Eskalus.  Niechaj się stanie wedle twej mądrości.
Angelo.  Gdzie stróż więzienia?
Stróż.  Jestem na rozkazy.
Angelo.  Dopilnuj, żeby jutro o dziewiątej
Wyrok spełniono. Daj mu spowiednika,
Niech się na drogę dobrze przygotuje,
Bo to ostatnia jego jest pielgrzymka.

(Wychodzi Stróż).

Eskalus.  I nam i jemu racz przebaczyć, Boże!
Grzech wznosi jednych, innych cnota traci:
Jeden bezkarnie ciągle grzeszyć może,
Inny grzech jeden gardłem swojem płaci.

(Wchodzą: Łokieć, Pianka, Pajac i Straż).

Łokieć.  Dalej, odstawcie ich tu! Jeśli to są dobrzy ludzie w rzeczypospolitej, co marnie czas marnują po domach publicznych, to ja nie znam się na prawie. Odstawcie ich tu!
Angelo.  Cóż to, mości panie? Jak się nazywasz i po co tu przychodzisz?
Łokieć.  Z pozwoleniem waszej dostojności, jestem ubogi konstabl jego królewskiej mości, a nazywam się Łokieć. Stoję na sprawiedliwości i przyprowadzam przed waszą dostojność dwóch znanych dobroczyńców.
Angelo.  Dobroczyńców? Cóż to za dobroczyńcy? Czy nie chcesz czasem powiedzieć: złoczyńców?
Łokieć.  Jeśli tak się waszej dostojności podoba. Nie wiem ja dobrze, czem są oni, ale to wiem i tego jestem pewny, że wierutne z nich hultaje, że niema w nich okruszyny bezbożności, którą dobry chrześcijanin mieć powinien.
Eskalus.  Sprawa doskonale wyłożona dowodzi mądrości urzędnika.
Angelo.  Ciągnij rzecz dalej. Co to za ludzie? Imię twoje Łokieć; czemu nie mówisz, panie Łokciu?
Pajac.  Nie może, dostojny panie, do tego trzeba światła, a u niego tylko łokcie świecą.
Angelo.  A ty, co za jeden?
Łokieć.  On, panie? To szynkarczyk, panie, a pół rajfur, sługa złej niewiasty, której dom, jak powiadają, rozwalono na przedmieściu, a która teraz trzyma łazienki, choć nie radziłbym nikomu szukać w nich czystości.
Eskalus.  Skąd wiesz o tem?
Łokieć.  Żona moja, panie, którą przed niebem i waszą dostojnością prostytuję —
Eskalus.  Jakto? twoją żonę?
Łokieć.  Tak jest, panie, bo to, dzięki Bogu, uczciwa jest niewiasta.
Eskalus.  I dlatego ją prostytujesz?
Łokieć.  I siebie samego tak dobrze, jak ją prostytuję, że jeśli ten dom nie jest domem wszeteczności, to tem gorzej dla niej, bo to nic warte domisko.
Eskalus.  Ale skąd wiesz o tem, konstablu?
Łokieć.  Skąd wiem? Od mojej żony, która gdyby miała cielesne depozycye, mogłaby się tam była dopuścić poróbstwa, cudzołostwa i wszystkich nieczystości.
Eskalus.  Z podszeptów tej kobiety?
Łokieć.  Tak jest, panie, z podszeptów pani Przepieczonej; ale jak mu w twarz plunęła, zobaczył dopiero, z kim ma do czynienia.
Pajac.  Z pozwoleniem waszej dostojności, nie tak stoi sprawa.
Łokieć.  Dowiedź tego przed tymi hajdamakami ty, honorowy człowieku, dowiedź tego!
Eskalus  (do Angela). Uważaj na jego przekładnię.
Pajac.  Przyszła ona do nas brzemienna, bo się jej zachciało, z pańskiem przeproszeniem, gotowanych śliwek. Mieliśmy podówczas dwie tylko w całym domu a i te, w odległym owym czasie, leżały, że tak powiem, na talerzyku od wetów, który wart był mniej więcej trzy grosze. Wasza dostojność widziała zapewne tego rodzaju talerzyki; nie chińska to porcelana, ale fajans niezgorszy.
Eskalus.  Do rzeczy, do rzeczy, mniejsza o talerzyk!
Pajac.  To prawda, talerzyk niewart niucha tabaki. Wasza dostojność ma wtem zupełną racyę, a więc do rzeczy! Otóż więc, jak już powiedziałem, ta pani Łokciowa, będąc, jak już powiedziałem, brzemienną, miała żywot odęty, a zachciało się jej gotowanych śliwek, a że nie mieliśmy więcej jak dwie na talerzyku, jak to już powiedziałem, bo pan Pianka, ten sam właśnie tu człowiek, zjadł resztę, jak powiedziałem, i, jak powiedziałem, zapłacił za nie uczciwie, bo jak pewno pamiętasz, panie Pianko, nie miałem ci zdać reszty trzech groszy.
Pianka.  To prawda, nie miałeś.
Pajac.  Bardzo dobrze; gdy więc, jak pamiętasz, w tę właśnie porę gryzłeś pestki śliwek wyż rzeczonych —
Pianka.  To prawda, gryzłem podówczas pestki.
Pajac.  Więc dobrze, a ja ci mówiłem, jeżeli pamiętasz, że ten jeden i tamten drugi nie wyleczą się z wiadomej rzeczy, jeśli nie pójdą na ścisłą dyetę, jak ci powiedziałem.
Pianka.  Wszystko prawda.
Pajac.  Więc dobrze —
Eskalus.  Do rzeczy; nudny z ciebie błazen; do rzeczy! Coście zrobili żonie Łokcia, że przychodzi na skargę? Opowiedz, coście jej zrobili. Przystąp do rzeczy!
Pajac.  Wasza dostojność nie może jeszcze do niej przystąpić.
Eskalus.  Ani też myślę.
Pajac.  A jednak przystąpi do niej wasza dostojność, z waszej dostojności przyzwoleniem. Błagam, niech wasza dostojność raczy spojrzeć na tego tu Piankę; człowiek ten ma ośmdziesiąt funtów intraty, a jego ojciec umarł w dzień Wszystkich Świętych. Czy nie w dzień Wszystkich Świętych, panie Pianko?
Pianka.  W wilię Wszystkich Świętych.
Pajac.  A, tak jest, w wilię Wszystkich Świętych. Spodziewam się, że to mi są prawdy. Otóż więc, jak powiedziałem, siedział pan Pianka na stołeczku w izbie Winogradu, w której, jak wiadomo, najwięcej sobie upodobałeś. Czy to prawda?
Pianka.  Prawda, bo to ciepła izba i doskonała na zimę.
Pajac.  Dobrze więc; spodziewam się, że to mi są prawdy.

Angelo.  Widzę, że będziesz bajał przez noc ruską
W porze, gdy noce ciągną się najdłużej. —
Ja odejść muszę; zostawiam ci sprawę,
A mam nadzieję, że znajdziesz powody,
Aby na chłostę wszystkich razem skazać.
Eskalus.  I ja tak myślę. Więc żegnam cię, panie.

(Wychodzi Angelo).

Wróćmy teraz do rzeczy. Coście zrobili żonie Łokcia? raz jeszcze pytam.
Pajac.  Raz, panie? Nic jej raz nie zrobiliśmy.
Łokieć.  Błagam cię, panie, zapytaj, co hultaj ten żonie mojej zrobił.
Pajac.  I ja także błagam cię, panie, zapytaj mnie, co on jej zrobił.
Eskalus.  Więc pytam, co zrobił jej ten jegomość?
Pajac.  Błagam cię, panie, przyjrzej się twarzy tego jegomościa. Dobry panie Pianko, spojrzej na jego dostojność, proszę cię o to w dobrej myśli. Czy przypatrzyła się wasza dostojność jego twarzy?
Eskalus.  Przypatrzyłem się jej dobrze.
Pajac.  Błagam cię, panie, przypatrz się jej tylko dobrze.
Eskalus.  Już to zrobiłem.
Pajac.  Czy wasza dostojność widzi co złego w jego twarzy?
Eskalus.  Nic wcale.
Pajac.  Otóż ja gotów przysiądz na biblię, że co w nim najgorsze, to twarz jego; jeśli więc co w nim najgorsze to twarz jego, jakżeby mógł pan Pianka zrobić co złego żonie konstabla? Pragnąłbym, żeby mi na to pytanie wasza dostojność odpowiedziała.
Eskalus.  Ma racyę. Cóż ty na to, konstablu?
Łokieć.  Naprzód, z pozwoleniem waszej dostojności, dom tamten jest respektowany, powtóre jegomość ten jest respektowany, a nakoniec, pani jego jest respektowana kobieta.
Pajac.  A ja, panie, na rękę tę przysięgam, że żona jego więcej jest respektowana, jak my wszyscy.
Łokieć.  Łżesz, hultaju, łżesz, obrzydły hultaju! nie przyszedł jeszcze czas, w którymby żona moja była respektowana przez mężczyznę, kobietę lub dziecię.
Pajac.  Panie, panie, ona była z nim respektowana jeszcze, nim wziął ją za żonę.
Eskalus.  Kto tu jest mędrszy? Sprawiedliwość czy niegodziwość? — Czy to prawda?
Łokieć.  A ty łotrze! a ty hajdamaku! a ty złośliwy Hannibalu! Ja z nią respektowany, nim ją wziąłem za żonę? Jeśli się pokaże, że ja byłem z nią respektowany, albo ona ze mną, to niech mnie wasza dostojność nie uważa więcej za urzędnika jego królewskiej mości. Dowiedź tego, złośliwy Hannibalu, albo ci wytoczę proces o gwałt publiczny.
Eskalus.  A gdyby ci jeszcze dał kuksa, mógłbyś dołączyć proces o potwarz.
Łokieć.  To prawda; dziękuję waszej dostojności za radę. Co mi każe wasza dostojność zrobić z tym hultajem?
Eskalus.  Żeby ci powiedzieć prawdę, mój konstablu, skoro ten człowiek dopuścił się rzeczy, którebyś denuncyował, gdybyś mógł, pozwól, niech, brnie w nich dalej, póki się nie dowiesz, co to za rzeczy.
Łokieć.  Dziękuję waszej dostojności za wyrok. Widzisz, rozpustny hultaju, na co ci przyszło, musisz brnąć teraz, hultaju, tak jest, musisz brnąć, hultaju, w twoich rzeczach.
Eskalus.  (do Pianki). Gdzie się rodziłeś, przyjacielu?
Pianka.  Tu w Wiedniu, panie.
Eskalus.  Czy masz ośmdziesiąt funtów rocznej intraty?
Pianka.  Mam, z pozwoleniem waszej dostojności.
Eskalus  (do Pajaca). Jakie twoje rzemiosło?
Pajac.  Szynkarczyk, szynkarczyk w służbie u biednej wdowy.
Eskalus.  A nazwisko twojej pani?
Pajac.  Pani Przepieczona.
Eskalus.  Czy miała więcej niż jednego męża?
Pajac.  Dziewięciu, panie, ostatni był Przepieczony.
Eskalus.  Dziewięciu! — Zbliż się tu, panie Pianko. Panie Pianko, nie życzyłbym sobie, żebyś zabierał znajomość z szynkarczykami, oni cię odszumują, panie Pianko, a ty ich poprowadzisz na szubienicę. Idź teraz z Bogiem, i niech nie słyszę o tobie więcej.
Pianka.  Dziękuję waszej dostojności. Co do mnie, moja noga nie postanie w szynkowni, żeby mnie tam kto nie pociągnął.
Eskalus.  Dosyć na tem, panie Pianko, żegnam cię. (Wychodzi Pianka). Teraz na ciebie kolej, panie szynkarczyku. Twoje nazwisko, panie szynkarczyku?
Pajac.  Pompejusz.
Eskalus.  Pompejusz, a potem?
Pajac.  Zad, z przeproszeniem waszej dostojności.
Eskalus.  Sprawiedliwie cię nazwano od rzeczy, którą celujesz, tak więc, w najbestliwszem znaczeniu wyrazu, jesteś Pompejusz Wielki. Pompejuszu, jesteś trochę rajfurem, Pompejuszu, choć osłaniasz twoje rzemiosło szynkarskim fartuchem. Czy nie prawda? Bądź ze mną szczery, nic na tem nie stracisz.
Pajac.  Uznaję, panie, że biedny ze mnie chudeusz, że chcę na kawałek chleba zarobić.
Eskalus.  Chcesz na kawałek chleba zarobić, Pompejuszu, rajfurując? Co myślisz o twojem rzemiośle? Czy to prawne rzemiosło?
Pajac.  Gdyby prawo pozwoliło.
Eskalus.  Ale prawo nie pozwoliło; rzemiosło to zakazane w Wiedniu.
Pajac.  Czy wasza dostojność zamierza owałaszyć i okapłonić wszystką młodzież naszego miasta?
Eskalus.  Bynajmniej.
Pajac.  To wedle mojego biednego sądu, młodzież pójdzie, gdzie chodziła. Niech tylko wasza dostojność weźmie w dobrą ryzę jejmościanki i birbantów, a nie będzie miała potrzeby obawiać się rajfurów.
Eskalus.  Przedsięwzięte są już środki zaradcze, możesz wierzyć mojemu słowu: miecz i szubienica.
Pajac.  Jeżeli tylko przez lat dziesięć będziecie ścinać i wieszać tego rodzaju przestępców, to radzę wam zawczasu za granicą świeży transport głów zapisać. Niech to prawo utrzyma się w Wiedniu przez lat dziesięć, to ja najpiękniejszy dom wynajmę po trojaku od łokcia fasady. Jeśli wasza dostojność dnia tego dożyje, niech powie: Pompejusz mi to powiedział.
Eskalus.  Dziękuję ci, dobry Pompejuszu, a słuchaj, co ci powiem w nagrodę twoich przepowiedni: Strzeż się, żebym cię znowu nie zobaczył przed sobą oskarżonego o cokolwiekbądź, choćby tylko o dalszy pobyt w twojem dzisiejszem mieszkaniu, bo inaczej przepędzę cię do twoich namiotów i będę dla ciebie niemiłosiernym Cezarem, a tłómacząc się jaśniej, każę cię wychłostać. Na teraz, żegnam cię, Pompejuszu.
Pajac.  Dziękuję waszej dostojności za dobrą radę; o ile jej usłucham, będzie to zależało od ciała i fortuny.

Wychłostać! Chłop cham swego niech wychłoszcze osła:
Kij nie odstraszy męża od jego rzemiosła (wychodzi).

Eskalus.  Zbliż się, panie Łokciu, zbliż się, panie konstablu! Od jak dawna piastujesz godność konstabla?
Łokieć.  Od siedmiu lat i sześciu miesięcy, panie.
Eskalus.  Domyślałem się z twojej zręczności w pełnieniu urzędu, że go sprawowałeś czas długi. Powiadasz więc, całych lat siedem?
Łokieć.  I sześć miesięcy.
Eskalus.  Ach, nie mały to być musiał krzyż dla ciebie! Źle, że tak często obarczasz się tą godnością. Czy niema w twoim cyrkule zdolnych do tego ludzi?
Łokieć.  Mało, panie, mających dość sprytu do takich rzeczy; wybrani radzi wybierają mnie na zastępcę. Podejmuję się obowiązku za trochę grosiwa, a starczę wszystkiemu.
Eskalus.  Słuchaj, przynieś mi listę imienną sześciu lub siedmiu najzdolniejszych ludzi twojej parafii.
Łokieć.  Do mieszkania waszej dostojności?
Eskalus.  Do mojego mieszkania. Żegnam cię. (Wychodzi Łokieć). Która teraz, jak sądzisz, godzina?
Sędzia.  Jedenasta.
Eskalus.  Proszę cię z sobą na obiad.
Sędzia.  Pokornie dziękuję.

Eskalus.  Wyrok na Klaudya głęboko mnie smuci.
Sędzia.  Zbyt się surowym pokazał Angelo.
Eskalus.  Surowość jednak była koniecznością.
Nie zawsze, co się miłosierdziem zdaje,
Jest miłosierdziem. Zawsze przebaczenie
Nowych i gorszych występków jest ojcem.
A przecie — przecie — o, biedny nasz Klaudyo!
Niema lekarstwa. Czas już, śpieszmy, panie!

(Wychodzą).

SCENA II.
Inna sala w pałacu Angela.
(Wchodzą: Stróż więzienia i Sługa).

Sługa.  Angelo teraz daje posłuchanie,
Lecz wkrótce wyjdzie, idę go uprzedzić (wychodzi).
Stróż.  Raz jeszcze spytam, jaka jego wola;

Może przebaczy — to grzech jakby we śnie,
Grzech wspólny wszystkim i sektom i wiekom,
A on za grzech ten gardłem ma zapłacić!

(Wchodzi Angelo).

Angelo.  Czego chcesz, stróżu?
Stróż.  Czy twą zawsze wolą,
By Klaudya głowa spadła jutro rano?
Angelo.  Czyś nie odebrał już moich rozkazów?
Co się ma znaczyć powtórne pytanie?
Stróż.  Popędliwości zbytku się obawiam;
Przebacz mi, panie, jeśli śmiem powiedzieć:
Były przypadki, że po egzekucyi
Trybunał swego żałował wyroku.
Angelo.  To rzecz jest moja, ty rób, co ci każą,
Lub złóż twój urząd, nie będziemy płakać
Po twojej stracie.
Stróż.  O, przebacz mi, panie!
A co z płaczącą Julią mamy począć?
Jej czas się zbliża.
Angelo.  Wynajdź jej schronienie
Z jej położeniem zgodniejsze, a śpiesz się.

(Wchodzi Sługa).

Sługa.  U progu błaga siostra skazanego
O posłuchanie.
Angelo.  Czy Klaudyo ma siostrę?
Stróż.  Ma, panie, siostrę, pełną cnót dziewicę,
Która ma wkrótce do klasztoru wstąpić,
Lub już wstąpiła.
Angelo.  Możesz ją wprowadzić.

(Wychodzi Sługa).

Dojrzej, ażeby dano poróbnicy,
Co jej potrzeba, ale nic nad miarę.
Wydam potrzebne do tego rozkazy.

(Wchodzą: Lucyo i Izabella).

Stróż.  Składam me służby. (Chce odchodzić).
Angelo.  Zatrzymaj się chwilę.
(Do Izab.) Po co przychodzisz?
Izabella.  Przy chodzę ze łzami

O miłosierdzie błagać cię, o panie!
Racz mnie wysłuchać.
Angelo.  Słucham, czego żądasz?
Izabella.  Jest grzech od wszystkich grzechów obrzydliwszy,
Którybym chciała, by praw miecz surowy
Z ziemi wyplenił, w którego obronie
Słowa jednego nie rzekłabym nigdy,
Gdyby z mą wolą nie walczyło serce.
Angelo.  Tłómacz się jaśniej.
Izabella.  Ach, panie, mam brata,
Twoim wyrokiem na śmierć skazanego.
Niech grzech, nie człowiek będzie potępiony.
Stróż.  Natchnij cię, Boże, przekonania siłą!
Angelo.  Mam grzech potępić, przebaczyć grzesznikom?
Już przed uczynkiem grzech jest potępiony,
A mójby urząd wszelką wagę stracił,
Gdybym grzech tylko surowo potępiał,
A grzesznikowi dawał przebaczenie.
Izabella.  Surowe prawo chociaż sprawiedliwe!
Miałam więc brata. Bóg z tobą, o panie!

(Chce wychodzić).

Lucyo  (do Izab.). Nie trać już serca; powtórz jeszcze prośbę,
Uklęknij, zawieś się na jego płaszczu:
Zbyt jesteś zimna; gdyby szło o szpilkę,
Mniejbyś niż teraz nie była natrętną.
Powtórz twą prośbę!
Izabella.  A więc umrzeć musi?
Angelo.  Niema ratunku.
Izabella.  O, jest, jest ratunek!
Możesz przebaczyć, a litości słowo
Nie zbudzi smutku na niebie ni ziemi.
Angelo.  Nie chcę.
Izabella.  A gdybyś chciał, panie, czy możesz?
Angelo.  Tego nie mogę, czego zrobić nie chcę.
Izabella.  Lecz czybyś nie mógł — a bez krzywdy świata —
Nie mógł przebaczyć, gdyby twoje serce
Litość uczuło, którą czuje moje?
Angelo.  Wyrok już zapadł, wszystko już za późno.

Lucyo  (do Izab.). Zbyt jesteś zimna.
Izabella.  Wszystko już za późno?
Kto wyrzekł słowo, może je odwołać.
O, wierz mi, panie, znak żaden godności,
Królów korona, lub miecz namiestniczy,
Sędziów gronostaj, hetmanów buława,
Nie tyle zdobią ich co miłosierdzie!
Gdybyś, o panie, na jego był miejscu,
A on na twojem, gdybyś, jak on zgrzeszył,
Nie byłby sędzią tak jak ty surowym.
Angelo.  Skończ, proszę; odejdź!
Izabella.  Gdyby Bóg łaskawy
Twą mi dał władzę, tyś był Izabellą,
Czyżbym tak twoją prośbę odepchnęła?
Jabym ci słowem wskazała różnicę
Pomiędzy sędzią, a pomiędzy więźniem.
Lucyo  (do Izab.). Dalej, mów dalej! trafiłaś w słabiznę.
Angelo.  Praw tylko naszych twój brat jest ofiarą;
Na próżno ze mną słowa twe marnujesz.
Izabella.  Ach, pomnij, panie, że ród ludzki cały
Pierwszego grzechu padł także ofiarą,
A ten, co mógłby uwiecznić upadek,
W samym upadku znalazł wybawienie.
Czem byłbyś, panie, gdyby sędziów Sędzia
Chciał tylko wedle zasług twych cię sądzić?
O, pomyśl o tem, pomyśl, a z ust twoich
Wypłynie wdzięczne słowo miłosierdzia,
Jakbyś nanowo odżył odkupieniem!
Angelo.  Piękna dziewico, raz jeszcze powtarzam,
Nie ja, lecz prawo brata twego sądzi;
Gdyby mym krewnym, bratem był lub synem,
Temu samemu uległby losowi.
On jutro umrze.
Izabella.  Jutro! to zbyt nagle!
Ach, nazbyt nagle! O, przebacz mu, panie!
On na śmierć jeszcze nie przygotowany.
Na stół nasz ptactwo zabijamy w porę;
Ty niebu służyć z mniejszą chcesz bacznością

Niż kucharz naszym grzesznym służy ciałom?
O, dobry panie, rozważ w twojej myśli,
Kto dotąd życiem płacił ten występek,
Choć go się tylu dopuściło!
Lucyo.  Dobrze!
Angelo.  Prawo to spało, ale nie umarło.
Występnych liczbę zmniejszyłaby trwoga,
Gdyby, kto pierwszy śmiał przestąpić prawo,
Gardłem zapłacił. Dziś prawo zbudzone
Notuje czyny, i na wzór proroka
Patrzy w zwierciadło, w którem jasno widzi
Zbrodnie gotowe, lub dziś, pobłażaniem,
Albo w następnych pojawić się latach,
I czujne w samym niszczy je zarodku.
Izabela.  Bądź miłosierny!
Angelo.  Mego miłosierdzia
Najlepszym świadkiem moja sprawiedliwość,
Która litośnie ratuje tysiące,
Gnane do grzechów zbytkiem pobłażania,
A łaską nawet jest dla winowajcy,
Co życiem płacąc jeden grzech spełniony,
Ginie i więcej grzeszyć już nie może.
Dość na tem, odejdź! twój brat umrze jutro.
Izabela.  Pierwszy wydajesz wyrok tak surowy,
On surowości tej pierwszą ofiarą.
Dobrze jest, panie, mieć olbrzymią siłę,
Lecz jest tyranią jak olbrzym używać
Siły tej.
Lucyo.  Pysznie; mówisz, jak należy!
Izabela.  Gdyby potężni ludzie w swoich dłoniach
Mieli Jowisza grzmoty, nigdy Jowisz
W swojemby niebie nie ostał spokojnie,
Lada urzędnik, słaby, karłowaty,
Wiecznymby grzmotem niebiosa ogłuszał.
Grzmoty! wciąż grzmoty! Miłosierny Boże,
Ty częściej swoim siarczystym piorunem
Kruszysz pień dębu twardy i sękaty
Niż gibkie mirtu gałązki, lecz człowiek,

Dumny potęgą na chwilę mu daną.
A swojej szklanej niepomny kruchości,
Jak małpa w gniewie, przed wysokiem niebem
Tak dziwne stroi wybryki i susy,
Ze łzy boleści sączy chór aniołów,
A — gdyby chór ten ludzkie miał szyderstwo,
Całeby niebo śmiechem swym napełnił.
Lucyo.  O, jeszcze, jeszcze! mięknąć już zaczyna.
Stróż.  Dozwól, o Boże, by go przebłagała!
Izabella.  Nie możem bliźnich wagą naszą mierzyć;
Wolno jest wielkim ludziom z świętych szydzić,
Lecz co dowcipem u nich, to w maluczkich
Jest profanacyą.
Lucyo.  Wybornie! ciąg dalszy!
Izabella.  Co w ustach wodza gniew tylko oznacza,
W ustach żołnierza czystem jest błazeństwem.
Lucyo.  Skąd wiesz to wszystko? ale mów, mów dalej!
Angelo.  W jakim mi celu prawisz te maksymy?
Izabella.  Bo władza, panie, choć jak my omylna,
Ma jednak w sobie razem i lekarstwo,
Którem wielkości wady może leczyć.
Uderz się w piersi, zagłąb się sam w sobie,
Spytaj się serca, czy w niem niema śladu
Grzechu, za który brat mój płaci głową:
Gdy serce zezna winę przyrodzoną,
Niech językowi i myślom twym wzbroni
Na życie brata mojego nastawać.
Angelo.  Tyle rozumu w tem wszystkiem, co mówi,
Że się mój rozum chwiać we mnie zaczyna.
Bądź zdrowa!
Izabella.  Panie, zatrzymaj się jeszcze!
Angelo.  Pomyślę o tem, wróć tu jutro rano.
Izabella.  Słuchaj, jakiemi przekupię cię skarby.
Angelo.  Co? mnie przekupisz?
Izabella.  Tak jest, ciebie, panie.
Skarby, któremi z niebem się podzielisz.
Lucyo.  O, co za szczęście! bez tego dodatku
Psułaby wszystko.

Izabella.  Nie złotą monetą,
Nie klejnotami, których, wartość leży
W kaprysie ludzkim, lecz czystą modlitwą
Poszczących dziewic, które się wyrzekły
Myśli o wszystkiem, co z czasem przemija.
Angelo.  Dobrze, przyjdź jutro.
Lucyo.  Idźmy, jest nadzieja.
Niechaj Bóg waszą dostojność zachowa!
Angelo  (na str.). Amen! Bo czuję, że pokusa modłom
Drogę zabiega.
Izabella.  O której godzinie
Mam się tu stawić?
Angelo.  Byle przed południem.
Izabella.  Niech Bóg was strzeże!

(Wychodzą: Lucyo, Izabella i Stróż).

Angelo.  O, niech mnie strzeże,
Strzeże od ciebie, nawet od twej cnoty!
Cóż to jest? Jej to czy moja jest wina?
Ha! kto winniejszy! Kto? czyli kusiciel
Czyli kuszony? Nie, nie, to nie ona,
Ona nie kusi; lecz ja, przy fiołku
Stojąc na słońcu, na jego promieniach
Nie jak kwiat pachnę, lecz jak ścierwo gniję.
Czemu na zmysły nasze silniej działa
Kobiety cnota niż jej lekkomyślność?
Czemu, gdy tyle pustych mamy gruntów,
Pragniemy jeszcze i świątynię zburzyć,
By na jej gruzach dom grzechu budować?
O, zgroza, zgroza! Co robisz, Angelo?
Czem jesteś? Czemu pragniesz jej do grzechu,
Który był dla niej podnietą do cnoty?
Niech brat jej żyje; złodziej ma wymówkę,
Gdy się sam sędzia kradzieży dopuszcza.
Co? czy ją kocham, kiedy tak gorąco
Pragnę raz jeszcze jej słodki głos słyszeć,
I grzać się pragnę przy ócz jej płomieniach?
O czemże marzę? O, chytry nasz wrogu,
Który, świętego złapać chcąc na haczyk,

Świętą zanętę włożyć potrafiłeś!
Ze wszystkich pokus najniebezpieczniejsza,
Co nas miłością cnoty na grzech pędzi.
Nigdy mi dotąd rozpustna kobieta,
Podwójną wędką: sztuki i natury,
Nie rozbudziła śpiącej zmysłowości,
A ta dziewica podbija mnie cnotą!
Do dziś, gdy parę kochanków widzalem,
Tylkom się dziwił, tylko uśmiechałem (wychodzi).


SCENA III.
Izba w więzieniu.
(Wchodzą: Książę, przebrany za mnicha i Stróż więzienia).

Książę.  Witam cię, stróżu! Wszak ze stróżem mówię?
Stróż.  Tak jest, mój ojcze, jakie twe żądanie?
Książę.  Prawa zakonu, miłość chrześcijańska,
Mury więzienia nawiedzać mi każą,
By nieść pociechę duszom utrapionym.
Wedle zwyczaju otwórz mi ich wrota,
Opowiedz zbrodni każdego naturę,
Bym dał stosowną każdemu naukę.
Stróż.  Zrobię i więcej, jeśli więcej trzeba.

(Wchodzi Julia).

Patrz, oto wchodzi jedna z uwięzionych,
Co wpadła w ogień swej własnej młodości
I w nim spaliła czyste swoje imię.
W ciąży jest, widzisz; jej współwinowajca
Na śmierć skazany; gorący młodzieniec,
Gotowszy grzech swój raz jeszcze powtórzyć,
Niż popełniony swą zapłacić głową.
Książę.  Kiedy ma umrzeć?
Stróż.  Jutro, jak się zdaje.
(Do Julii) Zaczekaj chwilę, wszystko już gotowe,
Wnet do nowego wyślę się mieszkania.
Książę.  Czyli żałujesz za grzech, który dźwigasz?
Julia.  Żałuję; hańbę mą z pokorą znoszę.

Książę.  Zrobimy razem sumienia rachunek,
Zobaczym, czyli szczera twa pokuta,
Czyli pozorna.
Julia.  Słucham cię, mój ojcze.
Książę.  Czy kochasz męża, nieszczęść twoich sprawcę?
Julia.  Kocham, jak kocham sprawcę jego nieszczęść.
Książę.  Więc grzech wasz wielki był, widzę, spełniony
Za wspólną zgodą?
Julia.  Za wspólną, mój ojcze.
Książę.  Gdy tak, to większe twoje przewinienie.
Julia.  Wiem o tem, ojcze, i żałuję za nie.
Książę.  To dobrze, córko, lecz czy żal twój czasem
Nie skutkiem hańby, którą grzech sprowadził?
Żal taki o nas nie o niebie myśli,
I nie jest bożej miłości owocem,
Lecz naszej trwogi.
Julia.  Jak za zły uczynek
Za grzech żałuję, i z radością teraz
Hańbę mą znoszę.
Książę.  Wytrwaj w tem uczuciu.
Jutro ma umrzeć twój współwinowajca,
Idę go właśnie na śmierć przygotować.
Benedicite! Pan z tobą (wychodzi)!
Julia.  On jutro,
Jutro ma umrzeć! Jak okrutna litość,
Co mi zostawia życie, które odtąd
Będzie mi tylko bolesnem konaniem!
Stróż.  Los jego smutny serce mi zakrwawia. (Wychodzą).


SCENA IV.
Pokój w domu Angela.
(Wchodzi Angelo).

Angelo.  Gdy się chcę modlić lub myśleć, modlitwy
I myśl ku różnym ulatują stronom.
Niebo ma tylko próżne moje słowa,
Ma wyobraźnia nie słucha języka,

Przy Izabelli zarzuca kotwicę.
Niebo w mych ustach, jakbym jego imię
Przeżuwał tylko, lecz w sercu panuje
I ciągle rośnie namiętność bez granic.
Rząd, dotąd myśli mych jedyny przedmiot,
Jest dla mnie teraz jakby dobra księga,
Ciągiem czytaniem sucha i nudząca:
Moją powagę, którąm tak był dumny,
(Niechaj mnie ludzkie nie dosłyszy ucho!)
Moją powagę mógłbym dziś wymienić
Za lada piórko, wietrzyków igraszkę.
O, wielka formy i miejsca potęgo,
Jak często twoją powłoką i suknią
Nietylko głupców odurzasz, lecz nawet
I mędrców dusze wiążesz pozorami!
Krew krwią jest zawsze; napisz: „dobry anioł“
Na dyabla rogu, a ujrzysz, dla tłumu
Rogi przestaną dyabła być znamieniem.

(Wchodzi Sługa).

Co mi przynosisz?
Sługa.  Siostra Izabella
O posłuchanie prosi.
Angelo.  Wskaż jej drogę.

(Wychodzi Sługa).

O, Boże! czemu żył moich krew wszystka
Do serca bieży, władzę mu odbiera,
I wszystkie moje krępuje zdolności?
Tak omdlałego głupi tłum zabija;
Każdy chce pomódz, a tylko tamuje
Powietrze, które mogłoby go jeszcze
Do zmysłów wrócić; tak lud nierozważny,
A do swojego przywiązany króla,
By się pokazał, swe rzuca warsztaty,
Tłoczy się wkoło, tak, że się nakoniec
Natrętna miłość obrazą wydaje. (Wchodzi Izabella)
Piękna dziewico, po co tu przychodzisz?
Izabella.  O twej ostatniej dowiedzieć się woli.
Angelo.  Wolałbym raczej, żebyś bez pytania

Wiedziała o niej. Brat twój żyć nie może.
Izabella.  Czy tak? Niech niebo zachowa cię, panie!

(Chce wychodzić).

Angelo.  Żyć jednak może na chwilę, a nawet
Żyć jeszcze może jak ty lub ja długo:
A jednak musi umrzeć.
Izabella.  Przez twój wyrok?
Angelo.  Tak jest.
Izabella.  Więc, panie, racz mi dzień powiedzieć,
By, korzystając z krótkich chwil przewłoki,
Brat mój choć duszę uratować zdołał.
Angelo.  Ha, szpetne grzechy! Byłoby to samo
Przebaczyć temu, który skradł naturze
Postać człowieka już ukształtowaną,
Co ułaskawić występne słodycze,
Które fałszywym wybijać śmią stemplem
Obraz niebieski; nie trudniej jest bowiem
Fałszywie wydrzeć życie prawnie dane,
Co odlać nowe na fałszywą formę.
Izabella.  Tak napisano w niebie, nie na ziemi.
Angelo.  To twoje zdanie? Zaraz zobaczymy:
Powiedz, co.wolisz, czy, by twemu bratu
Wydarło życie prawo sprawiedliwe,
Czy też, dla brata twojego ratunku,
Ciało twe oddać słodkiej nieczystości,
Jak ta oddala, którą on zniesławił?
Izabella.  Lepiej poświęcić ciało niźli duszę,
Wierzaj mi, panie.
Angelo.  Lecz o twojej duszy
Niema tu mowy. Z grzechów przymuszonych
Choć robią liczbę, nie zdajemy liczby.
Izabella.  Jak to rozumiesz?
Angelo.  Nie zaręczam za to,
Bo mógłbym przeczyć temu, co wyrzekłem.
Odpowiedz jednak: Ja, jak tłómacz prawa,
Na śmierć skazuję twojego dziś brata,
Czyliżby nie był grzech dobrym uczynkiem,
By tego brata życie uratować?

Izabella.  O, grzech ten popełń, a ja, bez obawy,
Na mej go duszy rachunek zapiszę:
To nie grzech będzie, lecz dobry uczynek.
Angelo.  Jeżeli pragniesz dopuścić się grzechu,
I na twej duszy rachunek go wpisać,
Chęć miłosierna twój grzech zrównoważy.
Izabella.  Jeśli o życie jego błagać grzechem,
Niechaj przed niebem za grzech ten odpowiem:
Jeśli jest grzechem błagań mych wysłuchać,
W moich modlitwach prosić będę Boga,
By grzech ten dodał do wszystkich mych grzechów,
A liczby z niego od ciebie nie żądał.
Angelo.  Nie, słuchaj; myśl twa nie idzie mej śladem,
Zbytkiem prostoty szczerej czy udanej;
Jesteś niedobrą, jeśli ją udajesz.
Izabella.  Niechże więc będę prostą i niedobrą,
Byłem w pokorze ducha ci wyznała.
Żem nie jest lepszą.
Angelo.  Tak mądrość chce świecić
W całej swej chwale, kiedy się poniża;
Tak czarna maska przymusza nas marzyć
0 wdziękach stokroć razy potężniejszych,
Niż wdzięki w całym jaśniejące blasku. —
Lecz słuchaj, muszę tłómaczyć się jaśniej,
Abyś nakoniec myśl mą zrozumiała.
Brat musi umrzeć.
Izabella.  Wiem.
Angelo.  Jego występek
Wyraźne prawo śmiercią każe płacić.
Izabella.  Wiem.
Angelo.  Teraz przypuść, że dla ocalenia
Żadnych już innych nie znajdziesz dlań środków,
(Wszystko co mówię, mówię w przypuszczeniu)
I żebyś była ty, ty, jego siostra,
Od tej osoby chciwie pożądaną,
Której wpływ w sądach, lub godność wysoka
Może z praw matni wyrwać twego brata;
Jeżeli żaden inny ludzki środek

Nie może brata twojego ocalić,
I jeśli skarbów ciała twego nie dasz
Tej przypuszczonej przeze mnie osobie,
Surowe prawo wejdzie w wykonanie:
Cobyś zrobiła?
Izabella.  Gotowam jest zrobić
Dla brata mego, co dla siebie samej:
Na śmierć skazana, przódbym się ubrała,
Jakby w rubiny, w krwawe bicza znaki,
Przódybym cichej zapragnęła trumny,
Jak pragną łoża bolejące członki,
Nimbym me ciało na wstyd miała wydać.
Angelo.  Więc brat twój umrze.
Izabella.  Strata mniej kosztowna
Lepiej, że brat mój chwilową śmierć zniesie,
Niż żeby siostra, aby go odkupić,
Miała na wieki umrzeć.
Angelo.  Powiedz teraz,
Czyli nie jesteś okrutna jak prawo,
Które potępiasz.
Izabella.  Nie w jednym się domu
Haniebny wykup życia mego brata
I dobrowolne rodzi przebaczenie;
Prawna też łaska nie może być siostrą
Grzesznej frymarki.
Angelo.  A jednak, przed chwilą,
Zda mi się, brałaś prawo za tyrana;
Jego występek był raczej pustotą,
Niż szpetnym grzechem.
Izabella.  O, przebacz mi, panie!
Zdarza się nieraz, że chcąc łaskę zyskać,
Nie tak mówimy, jak myślimy w duszy;
Wymawiam trochę grzech, którym się brzydzę,
Na korzyść tego, który mi jest drogi.