Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare/Tom XII/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach
Tom XII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór:
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
DZIEŁA DRAMATYCZNE
WILLIAMA SHAKESPEARE
(SZEKSPIRA)
W DWUNASTU TOMACH
PRZEKŁAD
L.  ULRICHA
Z OBJAŚNIENIAMI J. I. KRASZEWSKIEGO



WYDANIE NOWE
Z RYCINAMI TYTUŁOWEMI



KRAKÓW
NAKŁAD G. GEBETHNERA I SPÓŁKI
WARSZAWA — GEBETHNER I WOLFF
1895



KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.

Selous - Stracone zachody miłości.jpg

STRACONE ZACHODY MIŁOŚCI.



Stracone zachody miłości.

Z

Za czasów Szekspira klasyfikowano grywane na scenach dramaty, dzieląc je na niezmiernie wiele rodzajów i odmian najrozmaitszych, począwszy od sielanki (pastorale) aż do tragedyi, a przechodząc przez tragi-komedyę, dramat czarnoksięski, historyę i t. p. Dzieła Szekspira mogłyby dostarczyć przykładów niemal każdego rodzaju, a te, które do komedyi zaliczyli wydawcy, szczególniej są urozmaicone. Dosyć na dowód postawić przy sobie: Wesołe kobiety windsorskie i Kupca weneckiego, Komedyę omyłek i Zimową powieść. Każdy z tych utworów ma inną barwę i charakter.

O Straconych zachodach miłości, do których przechodzimy z kolei, niewiele da się powiedzieć. Jest to rodzaj fajerwerku dowcipnego, tryskającego konceptami, pełnego igraszek słów i wesołości, a mającego na celu, jak się zdaje, wyśmianie mowy i wyszukanego dowcipkowania, które w początkach na dworze królowej Elżbiety było w modzie.
Niejaki Dżon Florio, uczony pedant, autor słownika pod tytułem: „Świat wyrazów“ (1598), zarozumiały człowiek bez talentu, który występował przeciw Szekspirowi, wyśmiany tu jest pod postacią Don Adriana de Armado. Zamiast Włocha, poeta zrobił z niego Hiszpana, lecz że miał go na celu, nie ulega wątpliwości.
Florio ten pisał naówczas o Szekspirze prawie to samo, co później o nim i o Goethem mówił Fryderyk II (z powodu Goetza z Berlichingen), że sztuki jego nie były ani komedyami ani tragedyami prawdziwemi, ale przedstawieniem historyjek nieprzyzwoitych: (The plaies that they plaie in England, are neither right comedies, nor right tragedies, but representation of histories, without decorum).
W kilku miejscach, śmieszny ten pseudo-klasyk, smażyciel wyrazów, za którego wyszukanymi frazesami przepadały modne panie owego czasu (angielskie précieuses ridicules), wyraźnie jest wskazany. Tam, gdzie bakałarz Holofernes odzywa się do Tępaka: „coeli, firmamentu, błękitu, nieba... a otóż, jak leśne jabłko spadające na powierzchnię terrae, gruntu, pola, ziemi“, w oryginale angielskim nagromadzone synonimy są dosłownie wzięte ze słownika Florio. Przysłowie o Wenecyi wzięte też z książki Floria: „Powtórne owoce“ (1591).

Venetia, chi non te vede &.

Oprócz tego Nataniel i Holofernes są to także postacie owego czasu, uchwycone żywcem z natury, a ostatniemu dostało się nazwisko pożyczone z Gargantui Rabelais’ego, choć wątpliwą jest rzeczą, czy jego francusczyznę Szekspir mógł dobrze rozumieć.
Cała komedya jest zabawną satyrą czasu i dworu Elżbiety, chociaż bezkarnie za jej panowania była graną. Dowcip i wesołość obroniły ją od prześladowania, którego teatr w tych wiekach nie doznawał, bo go miano za rzecz zbyt płochą, aby się nad nim znęcać było warto.
Nie wynaleziono dotąd źródła, z któregoby Szekspir mógł wziąć osnowę, zdaje się ona do niego samego należeć.
Malone pierwszy zarys odnosi do roku 1594. Między 1594 a 1597, gdy ją u dworu grano, autor mógł ją wykończyć i poprawić. Cytowany krytyk do dodatków późniejszych zalicza miejsce, w którem Armado mówi o pojedynkach, w związku będące z rozprawą Saviolo’ego „o sprawach honorowych i sporach“, ogłoszonego w roku 1595. Nietylko z przywiedzionych w sztuce sonetów, ale z tonu i języka, komedya zdaje się pochodzić z tej samej co one epoki.
Po raz pierwszy, Stracone zachody miłości ukazały się drukowane osobno, w ćwiartce, r. 1598, pod tytułem: „Przyjemna i dowcipna komedya, nazwana Stracone miłości zachody, tak jak ją przedstawiono przed J. K. M. w ostatnie święta. Nowo poprawiona i powiększona przez William’a Shakespeare“.
Drugie wydanie ćwiartkowe, późniejsze, na tytule ma wymienione teatra Black-friars i Globe, na których była przedstawianą.
Ze stylu i języka krytycy odnoszą ją najpóźniej do 1591. Igraszki słów, dwuznaczniki, wymyślne przekręcania, sposób prowadzenia rozmów, obfite cytaty mitologiczne, wyrażenia w obcych językach, częste rymowanie, są cechami tego okresu.
Godna uwagi, że jak między postaciami Birona i Benedykta, Rozalindy i Beatryxy zachodzą analogie, tak i kilka innych charakterów, które później Szekspir na nowo podniósł i powtórnie użył w dramatach, tu się już słabo zarysowują. To powtarzanie się niektórych typów, niemal nieuchronne przy takiej ich mnogości, w Szekspirze tem się tłómaczy i różni od powtarzania u innych pisarzy, którzy się wyczerpują, że u niego charaktery rosną później, olbrzymieją, wypełniają się, gdy u innych ścierają się i słabną.
Rzecz cała zarysowuje się w sposób bardzo prosty. Jesteśmy w stolicy Nawarry (właśnie w tej epoce popularnej z powodu Henryka IV). Panuje w niej jakiś król bezimienny. Jest to monarcha trochę fantastycznego usposobienia. Zaprowadzić on chce na lat trzy na dworze swoim powszechną abstynencyę, post, umartwienie i zakazuje zbliżania się wszelkiego do płci białej, która ode dworu trzymać się ma zdaleka. Ani na oczy!
To stowarzyszenie surowych ascetów, mających się przez ten czas poświęcać naukom i badaniom filozoficznym, maceracyi grzesznego ciała i rozmyślaniu nad marnościami świata tego, składa się z samego króla, z panów Dumain’a, Longaville’a i Birona, młodzieży żywej, dowcipnej i wcale do postu i umartwień nieusposobionej. Ale król każe, wszyscy poprzysięgają, ślubują, podpisują i ofiarują spełnić ściśle uczynione votum.
Ogłoszony edykt zakazuje niewiastom zbliżać się do zamku, mają go obchodzić o milę, pod karą utraty języka.
Do towarzystwa króla należy też znakomity cudzoziemiec, Hiszpan Don Adriano de Armado (Florio), wielki cedziciel słów i alembikarz frazesów. Zaledwie edykt ogłoszono, gdy, o zgrozo! d’Armado donosi królowi, listem we właściwym mu smażonym stylu napisanym, że w parku jego królewskiej mości zastał niejakiego Łepaka, na gorącym uczynku uścisków i całusów, z włościanką Żakienettą. Armado oskarża winowajców, a król skazuje Łepaka na tydzień postu o chlebie i wodzie w kozie.
Właśnie gdy król ten wyrok feruje, nadbiega posłaniec z oznajmieniem, że król Francyi wysłał na dwór króla Nawarry własną córkę, dla odnowienia traktatów i ułożenia się o jakieś kwestye sporne. Królewna też przybywa z orszakiem dam... a tu edykt! przysięga! śluby! Co począć? niepodobna takiego nie przyjąć ambasadora, a nie godzi się go wpuścić na zamek. Staje na tem, że królewna będzie przyjętą... w parku.
Król wychodzi na spotkanie dostojnego posła, dwa dwory, męski i żeński schodzą się z sobą i — wszystkie edykta w świecie poszły w niepamięć. Strzelają oczy, sypią się iskry dowcipów, same składają miłosne wiersze i sonety. Król widzi, że wejrzenia tych pań podbojem grożą i wiarołomstwem Nawarze, należałoby skrócić te niebezpieczne układy i co najprędzej pozbyć się załogi niewieściej, ale — brak aktów do sprawy i dla tej komportacyi dokumentów trzeba słać aż do Paryża. Tymczasem królewna z dworem czeka, a ogniste wejrzenia i brylantowe słowa w parku serca podbijają. Sam król nawet zakochany wiersze składał o królewnej, Biron sonet do Rozaliny, nie licząc nieszczęsnego kawalera d’Armado, który do owej obwinionej Żakienetty list stylizuje, wpadający w niewłaściwe ręce...
Kończy się to wszystko tem, iż wiadomość przychodzi o śmierci starego króla francuskiego; Nawarra oświadcza się o rękę królewnej, wszyscy młodzieńcy idą za jego przykładem, ale żałoba na dworze zmusza ich czekać rok cały i karmić się tylko nadziejami słodkiemi.
Hiszpan, przekonany o blizkie stosunki z Żakienettą, które wyraziście na jaw wychodzą, widzi się w konieczności poślubienia jej, jeśli dobroduszny Łepak go nie wyręczy. Zabawne intermezzo, w którem sparodyowani występują bohaterowie starożytni, przedstawiani przez Łepaków i Natanielów, kończy dowcipną tę fraszkę, ułożoną zapewne na jakąś uroczystość wesołą.




OSOBY:

Ferdynand, król Nawarry.

Biron,   panowie z dworu Ferdynanda.
Longaville, 
Dumain,
Boyet,   dworzanie księżniczki francuskiej.
Mercade, 

Don Adriano de Armado, Hiszpan fantasta.
Nataniel, pleban.
Holofernes, bakałarz.
Tępak, policyant.
Łepak, pajac.
Ćma, paź Armanda.
Gajowy.
Księżniczka francuska.

Rozalina,   damy dworskie księżniczki.
Marya,
Katarzyna, 

Żakienetta, wieśniaczka.
Oficerowie, Służba króla i księżniczki.


Scena w Nawarze.



Stracone zachody miłości.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Nawarra. — Przed pałacem, w parku.
(Wchodzą: Król, Biron, Longaville, Dumain).

Król.  Sława, za którą żyjąc, wszyscy gonią,
Na grobach naszych niech żyje wyryta
I mówi o nas wśród milczenia śmierci.
Chociaż kormoran czas wszystko pożera,
Pracą krótkiego żywota kupimy
Honor od jego potężniejszy kosy,
I wieczność całą weźmiemy w dziedzictwo.
A więc wytrwałość, waleczni zdobywcy!
Bo śmiało zwać was mogę zdobywcami,
Gdy z wielką armią własnych namiętności
I pokus chcecie toczyć świętą wojnę.
Prawem jest dla nas edykt mój ostatni:
Nawarra świata zostanie podziwem,
Dwór nasz ogrodem będzie Akadema,
Cichem siedliskiem rozmyślań i sztuki.
Wy trzej: Bironie, Dumain, Longavillu,
Daliście słowo trzy lat żyć tu ze mną,
Ćwiczyć się ze mną, i wiernie zachować
Wszystkie przepisy w akcie tym spisane.

Daliście słowo, podpiszcie je teraz;
Kto choć literę ustawy pogwałci.
Własną prawicą honor swój zabije.
Kto przysięgając powiedział już: zgoda!
Niech do przysięgi podpis teraz doda.
Longav.  Jestem gotowy: będzie post trzyletni;
Niech duch ucztuje, gdy się martwi ciało;
Gdzie brzuch nadziany, pusta zwykle głowa;
Kwitnie tam ciało, gdzie kuchnia jest suta,
Ale wychodzi dowcip na bankruta.
Dumain.  Dumain, mój królu, już jest umartwiony,
Wszystkie rozkosze nizkie tego świata
Zostawia nizkim świata niewolnikom,
Dla pychy, bogactw, miłości umiera,
Bo w filozofii wszystko to odszpera.
Biron.  Nie mogę tylko słowa ich powtórzyć;
Na co przysiągłem, to wiernie dotrzymam.
Całe trzy lata poświęcę nauce.
Są jednak inne surowe przykazy:
Jak, czas ten cały nie widzieć kobiety;
Sądzę, że tego w akta nie wciągniono;
Że mamy suszyć dzień jeden na tydzień,
Na jednem daniu w inne dnie poprzestać;
Sądzę, że tego w akta nie wciągniono;
Ze w nocy tylko spać będziem trzy godzin,
A we dnie nigdy oka nie zmrużymy,
Gdym ja miał zwyczaj spać w nocy jak dziecko,
A dnia połowę na noc zmieniać ciemną;
Sądzę, że tego w akta nie wciągniono,
Bo żadna księga śmiertelnym nie stanie
Za dobrą ucztę, kobietę i spanie.
Król.  Przysięga jednak wszystkiego ci wzbrania.
Biron.  Nie, królu, tego nie podzielam zdania.
Jam tylko przysiągł trzy lat tu przesiedzieć
I w starych księgach starą mądrość śledzić.
Longav.  Przysiągłeś; nie bądź daremnie upartym.
Biron.  Jeżelim przysiągł, to przysiągłem żartem,
Powiedz mi, proszę, co nauka znaczy?

Król.  Poznać to, czego nie znałbyś inaczej.
Biron.  Rzeczy zwyczajnym zmysłem niepojęte?
Król.  Tak, to nauki owoce są święte.
Biron.  Zgoda, przysięgam, że uczyć się będę,
Jak zakazaną naukę posiędę:
Gdzie szukać dobrej uczty i szklanicy,
Których mi prawo najwyraźniej broni;
Gdzie odkryć dziewkę o jasnej źrenicy,
Za którą próżno zwyczajny zmysł goni;
Jak, gdy przysięga nad sity surowa,
Złamać przysięgę, a dotrzymać słowa;
Jeśli nauka naukę tę daje,
Nieznane rzeczy w ten sposob poznaje,
To zgoda, chętnie w kole waszem staję.
Król.  Takie nauki, to nieprzyjaciele,
To puste pustych dowcipów wesele.
Biron.  Z wszystkich rozkoszy najniższą jest w cenie
Ta, co cierpieniem kupuje cierpienie;
Jak: szukać światła w starych ksiąg ciemności,
Kiedy zdradliwie prawda łudzi oczy;
Oko albowiem zbyt chciwe światłości
Samo się tylko zbytnim blaskiem mroczy,
I zanim mędrek, gdzie światło jest, zbada,
Na zgasłych oczach noc ciemna osiada
Naucz mnie raczej, jak w jasniejszem oku
Utopić oko, cieszyć się z promieni;
Jeśli w tych ogni oślepnę potoku,
Noc mą ich światło na wieczny dzień, zmieni.
Nauka, niby drugie słońce jasne,
Z wzgardą odpycha oko zbyt ciekawe,
Bo prócz cytaty na myśli nie własne,
Jaką z ksiąg starych mól wydobył strawę?
Chrzestny gwiazd ojciec na niebios sklepieniu,
Której ci każdą nazwie po imieniu,
Czy lepiej widzi w bladym nocy brzasku
Niż prostak, który wędruje w ich blasku?
Na zbytku wiedzy czcza sława osiada,
A lada chrzestny ojciec imię nada.

Król.  Co za nauka, by zbijać naukę!
Dumain.  I ile sztuki, by niesławić sztukę!
Longav.  Złe chwasty sieje, dobre zboże piele.
Biron.  Blizka tam wiosna, gdzie gęś gniazdo ściele.
Dumain.  Jak to stosujesz?
Biron.  Wszystko w swoim czasie.
Dumain.  Mało w tem sensu.
Biron.  Lecz do rymu zda się.
Król.  Biron jak w kwietniu przymrozek, ze złością
Morduje wiosny pierworodne dzieci.
Biron.  Czemuż ma lato swą dąć się pięknością,
Nim słowik z pieśnią do gaju przyleci?
Z poronionego kto cieszy się płodu?
Na Narodzenie Boże nie chcę róży,
Jak nie chcę w maju ni śniegu, ni lodu:
Lubię to tylko, co w swym czasie płuży.
Wy też na starość chcąc do ksiąg się włożyć,
Przez dach skaczecie, by furtkę otworzyć.
Król.  Wracaj do świata, co cię jeszcze mami.
Biron.  Raz słowo dałem, zostanę więc z wami.
Choć głupstwa ze mnie gorętszy obrońca
Niż z was czciciele anielskiej mądrości,
Wierny przysiędze, przecierpię do końca
Trzy lata postu i wstrzemięźliwości.
Pozwól mi prawo odczytać raz jeszcze,
Nim własnoręczny podpis mój umieszczę.
Król.  Twoja uległość od hańby cię zbawia.

Biron  (czyta). „Żadna kobieta nie zbliży się o milę do mojego dworu“ — Czy artykuł ten był już ogłoszony?
Longav.  Cztery dni temu.
Biron.  Zobaczmy karę. (Czyta) „pod karą utraty języka“. — Kto karę tę wymyślił?
Longav.  Kto wymyślił? Ja wymyśliłem.
Biron.  W jakim celu, słodki mój paniczu?
Longav.  By je surową odstraszać ustawą.
Biron.  Dla modnych panien niebezpieczne prawo.
(Czyta) „Item, mężczyzna, schwytany na rozmowie z kobietą w tych trzech lat przeciągu, ulegnie publicznej hańbie, której wybór zostawia się innym panom dworu“.

Sam musisz złamać artykuł ten panie;
Córka Francuzów króla tu przybywa,
Ambasadorka mądra, a cnotliwa,
I o niezwłoczne prosi posłuchanie.
Ojciec, chorobą o łoże rzucony,
O Akwitanii zwrot się dopomina;
Marne więc prawo, lub marnie w te strony
Śpieszy cudowna, królewska dziewczyna.
Król.  Jak nam to z myśli wyszło, przyjaciele?
Biron.  Mało tam rady, gdzie mądrości wiele;
Bo kto zbyt szuka nadziemskiej mądrości,
Zwykle o ziemskie nie dba powinności;
Gdy celu dojdzie przez tysiączne trudy,
Zdobywa miasto, które spalił wprzódy.
Król.  Dziś ten artykuł ostać się nie może:
Konieczność zmusza przyjąć ją na dworze.
Biron.  Konieczność z naszą zwadzi się przysięgą
W tych trzech lat ciągu trzy tysiące razy
Bo człek zwycięża przyrodzone skazy
Nie siłą woli, lecz łaski potęgą.
Ja zawsze powiem, gdy przełamię prawo:
To konieczności nie moją jest sprawą.
Podpiszę prawa, niech tak jak są, będą;
Kto je przekroczy na jedną choć jotę,
Będzie za karę wieczną miał sromotę:
Nie mnie jednego pokusy osiędą.
Słowo, co jeden wyrzec się wahałem,
Złamię ostatni, jak ostatni dałem.
Aleć rozrywkę jakąś znajdziem przecie?
Król.  A któżby wątpił. Na dworze, jak wiecie,
Mamy z Hiszpanii dziwnego szlachcica;
Darmo równego szukać mu na świecie,
Bo w głowie jego konceptów mennica;
Dla niego dźwięki własnego języka
Mają harmonię jak rajska muzyka;

Mądry kawaler bez apelu sądzi,
Kto w ceremoniach biegły, kto w nich błądzi;
On to, Armado, w wytchnienia godzinach,
Będzie nam prawił o rycerskich czynach
Mężów swej ziemi, które czas w swym pędzie
Przyprószył trochę zapomnienia pyłem;
Nie wiem, czy wam się podobać to będzie,
Co do mnie, zawsze brednie te lubiłem;
Ja go nadwornym gęślarzem mianuję.
Biron.  Zgoda, Armado, kawaler to znany;
On nowe słowa na urząd wciąż kuje,
Ostatniej mody rycerz pasowany.
Longav.  On więc i Łepak wszystkiemu poradzą,
A trzy nam lata godziną się zdadzą.

(Wchodzą: Tępak z listem i Łepak).

Tępak.  Który z was jest księciem we własnej osobie?
Biron.  To ten; przyjacielu, czego potrzebujesz?
Tępak.  Ja sam reprehenduję jego osobę, bo jestem jego dostojności konwisarzem, lecz chciałbym widzieć własną jego osobę we krwi i ciele.
Biron.  To on jest.
Tępak.  Signor Arme — Arme — poleca się waszej dostojności. Brzydkie dzieją się rzeczy na świecie. List ten opowie wam resztę.
Łepak.  Co się tam miele, na mnie się skrupi.
Król.  List od wspaniałomyślnego Armado.
Biron.  Jakkolwiek nizka treść być może, mam w Bogu nadzieję, że na szczytnych słowach nie braknie.
Longav.  Szczytne nadzieje, a nizka rzeczywistość. Daj nam, Boże, cierpliwość!
Biron.  Czy żeby słuchać, czy żeby nie słuchać?
Longav.  Żeby słuchać spokojnie, śmiać się umiarkowanie, albo od jednego i drugiego się wstrzymać.
Biron.  To będzie zależeć od tego, jak nas wysoko do wesołości nastroi.
Łepak.  Wszystko, co tam stoi, mnie się tyczy i mojego uczynku z Żakienettą; a uczynek ten jest, panie, że mnie schwytano z nią na uczynku.
Biron.  W jaki sposób?
Łepak.  Sposób i formę w trzech punktach wyłożę, jak następuje: widziano mnie z nią w folwarku, jak przy niej na ławie siedziałem; widziano mnie potem, jak poszedłem z nią do ogrodu, co razem wzięte, stanowi sposób i formę, jak następuje. Co do sposobu, jest to sposób, w jaki zwykle mężczyzna z kobietą rozmawia; co do formy, była to forma —
Biron.  A co do: jak następuje?
Łepak.  Co do: jak następuje, to zależy od nastąpić mającej kary; a niech Bóg dobrej sprawie dopomoże!
Król.  Czy chcecie słuchać listu z uwagą?
Biron.  Jakbyśmy słuchali wyroczni.
Łepak.  Tak to bywa, kiedy człowiek słucha podszeptów swojego cielska.
Król.  (czyta). „Wielki deputowany, niebios namiestniku, jedyny wszechrządco Nawarry, ziemski boże mojej duszy, a opiekunie i karmicielu mojego ciała“. —
Łepak.  Jeszcze ani słowa o Łepaku.
Król.  (czyta). „Tak więc się to stało“ —
Łepak.  Może się i tak stało, ale jeśli utrzymuje, że się to tak stało, to tylko tak, tak prawdę mówi.
Król.  Pokój!
Łepak.  Mnie i ludziom dobrej woli, którym jak mnie bić się nie chce.
Król.  Ani słowa więcej!
Łepak.  O cudzych sekretach, jeśli łaska, dobrotliwy panie.
Król.  (czyta). „Tak więc się stało: Oblężony przez żałobno-farbną melancholię zamierzyłem dać czarno-dręczącym humorom zbawienne lekarstwo zdrowiodającego powietrza, i jak jestem szlachcic, wyszedłem na przechadzkę. O której godzinie? O szóstej godzinie, gdy bydlęta najlepiej szczypią trawę; ptastwo najlepiej dziobie ziarno, a lud zasiada do uczty, która pospolicie nazywa się wieczerzą. Tyle co do czasu, kiedy? Teraz co do gruntu, gdzie? gdzie, chcę powiedzieć, przechadzać się zamierzyłem: grunt ten nosi nazwisko twojego parku. Teraz co do miejsca, gdzie? gdzie, chcę powiedzieć, byłem świadkiem tego bezwstydnego najniewłaściwszego wypadku, który wyciska z mego śnieżno-białego pióra hebanowo-farbny atrament, na który w tej chwili patrzysz, poglądasz, łub wzrok rzucasz. Więc co do miejsca, gdzie? Miejsce to leży między północą a wschodem, między wschodnim a zachodnim kątem twojego dziwnie powikłanego ogrodu. Tam to ujrzałem tego nizkodusznego pachołka, tego nikczemnego kiełbika twojej zabawy —
Łepak.  Mnie?
Król  (czyta). „tę ciemną, mołoumną duszę —
Łepak.  Mnie?
Król  (czyta). „tego płytkiego wasala —
Łepak.  Zawsze mnie?
Król  (czyta). „który, ile sobie przypominam, odpowiada na imię Łepak —
Łepak.  O, to ja!
Król  (czyta). „złączonego i sparzonego, wbrew twoim postanonowionym i publikowanym edyktom, twoim najwyraźniejszym statutom, z—z—o z—o, co za męka dla mej duszy, z kim powiedzieć —
Łepak.  Z dziewczyną.
Król  (czyta). „z córką naszej prababki Ewy, z białogłową, lub żeby łagodniejszego użyć wyrażenia, z niewiastą. Jego to, kłuty mojej wiernej powinności uczuciem, posyłam ci, by należną otrzymał karę, pod strażą komisarza waszej słodkiej dostojności, Antoniego Tępaka, męża dobrej sławy, prowadzenia się, obyczajów i kredytu.
Tępak.  To jest mnie, z przeproszeniem waszej wielmożności: nazywam się Antoni Tępak.
Król  (czyta). „Co do Żakienetty (tak się nazywa słabe naczynie, które schwytałem z wzwyż wyrażonym pachołkiem), zatrzymałem ją jako naczynie twoich praw surowości, a na najmniejszy znak twojej słodkiej woli, stawię ją do sądu. Twój w całem poświęceniu i serco-palącym ogniu powinności, Don Adriano de Armado“.
Biron.  Nie tak dobrze, jak się spodziewałem; najlepsza to jednak kompozycya, jaką kiedykolwiek słyszeć mi się zdarzyło.
Król.  Bez wątpienia, z najgorszych najlepsza. Ale ty, mopanku, co ty na to?
Łepak.  Zeznaję dziewczynę.
Król.  Czy słyszałeś o statucie?
Łepak.  Zeznaję, że słyszałem o nim wiele, ale baczyłem nań mało.
Król.  Statut skazuje na roczne więzienie każdego schwytanego z dziewczyną.
Łepak.  Ale ja nie byłem schwytany z dziewczyną, lecz z panienką.
Król.  Statut mówi także i o panienkach.
Łepak.  Ale to nie była panienka, to była dziewica.
Król.  I to statut powiedział; statut mówi wyraźnie: lub dziewicą.
Łepak.  Jeśli tak mówi statut, to ja przeczę jej dziewictwa: schwytano mnie z niezamężną niewiastą.
Król.  Ta niezamężna niewiasta na nic ci się nie przyda.
Łepak.  Jako żywo; niezamężna niewiasta bardzo mi się przyda.
Król.  Słuchaj teraz wyroku: skazany jesteś na tygodniowy post o wodzie i otrębach.
Łepak.  Wolałbym modlić się przez miesiąc o rosole i baraninie.

Król.  A Don Armado twoim będzie stróżem.
Bironie, oddaj więźnia w jego ręce. —
A teraz idźmy, związani ustawą,
Prowadzić życie święte i surowe.

(Wychodzą: Król, Longamlle i Dumain).

Biron.  Idę o zakład, kapelusz za głowę,
Że z dymem wkrótce całe pójdzie prawo.
Mopanku, w drogę!

Łepak.  Cierpię za prawdę, panie, bo prawda, że mnie schwytano z Żakienettą, i że Żakienetta prawdziwą jest dziewicą. Witaj więc, gorzki kielichu pomyślności! Prędzej lub później uśmiechnie się smutek, a tym czasem ukój się, boleści! (Wychodzą).


SCENA II.
Inna część parku, przed domem Armada.
(Wchodzą: Armado i Ćma).

Armado.  Paziu, co się to znaczy, gdy melancholia ogarnia wielką duszę?
Ćma.  To znaczy niewątpliwie, że wielka dusza będzie smutna.
Armado.  Smutek i melancholia to jedno i to samo, drogi wyrostku.
Ćma.  Bynajmniej, bynajmniej, mój panie, bynajmniej.
Armado.  Jak rozróżniasz smutek od melancholii, kruchy młodzieniaszku?
Ćma.  Przez potoczny wykład ich skutków, mój twardy staruszku.
Armado.  Dlaczego twardy staruszku? dlaczego twardy staruszku?
Ćma.  Dlaczego kruchy młodzieniaszku? dlaczego kruchy młodzieniaszku?
Armado.  Powiedziałem: kruchy młodzieniaszku, jako stosowny epitet, właściwy twoim młodym latom, które słusznie możemy nazwać kruchemi.
Ćma.  A ja powiedziałem: twardy staruszku, jako tytuł właściwy twoim podeszłym latom, które słusznie możemy nazwać twardemi.
Armado.  Pięknie i stosownie.
Ćma.  Jak to rozumiesz, panie? Czy ja piękny, a moja odpowiedź stosowna, czy ja stosowny, a moja odpowiedź piękna?
Armado.  Ty jesteś piękny, bo mały.
Ćma.  Mało piękny, gdy mały; a dlaczego stosowny?
Armado.  Dlatego stosowny, że żywy.
Ćma.  Czy to mówisz, panie, na moją pochwałę.
Armado.  Na twoją zasłużoną pochwałę.
Ćma.  Mógłbym to samo powiedzieć na pochwałę węgorza.
Armado.  Jakto, że węgorz dowcipny?
Ćma.  Że węgorz jest żywy.
Armado.  Chciaiem powiedzieć, że jesteś żywy w odpowiedziach. Krew mi psujesz.
Ćma.  Przestaję na tej odpowiedzi.
Armado.  Przeciwianie się nie popłaca u mnie.
Ćma.  (na str.). Wierzę bardzo, bo nie masz szeląga.
Armado.  Przyrzekłem trzy lata, razem z księciem, nauce poświęcić.
Ćma.  Godzina wystarczy.
Armado.  Być nie może.
Ćma.  Ile czyni trzy razy jeden?
Armado.  Nie jestem mocny w rachunkach; to dobre dla szynkarczyka.
Ćma.  Wszak jesteś szlachcicem i szulerem, mój panie?
Armado.  Nie przeczę; jedno i drugie jest pokostem doskonałego kawalera.
Ćma.  Więc wiesz niewątpliwie, ile czyni as do dwójki przyrzucony.
Armado.  Czyni dwa więcej jeden.
Ćma.  A co nikczemne pospólstwo nazywa trzy.
Armado.  Prawda.
Ćma.  Jeżeli tak jest, mój panie, gdzież są trudności nauki? Już się nauczyłeś, co to jest trzy w mgnieniu oka, a jak łatwo do wyrazu trzy dodać lata i uczyć się trzy lata w dwóch wyrazach: toby ci i tańczący koń powiedział.
Armado.  Cudowny rachunek!
Ćma.  (na str.). Który sprowadza cię do zera.
Armado.  Teraz wyznam ci, że się zakochałem; a że miłość poniża żołnierza, zakochałem się w nizkiego rodu dziewce. Gdyby dobyta szabla przeciw miłosnym humorom mogła mnie uwolnić od grzesznych o niej myśli, zabrałbym żądze do niewoli i przedał je jakiemu francuskiemu dworakowi za ukłon ostatniej mody. Gardzę westchnieniami, i sądzę, że należałoby mi wykląć się Kupidyna. Pociesz mnie, mój paziu, powiedz, jacy sławni ludzie byli zakochani?
Ćma.  Herkules, mój panie.
Armado.  O, słodki Herkulesie! Więcej powagi, mój paziu, przytocz mi więcej, o słodki mój paziu, a niech to będą ludzie dobrej sławy i nieugiętego charakteru.
Ćma.  Samson, mój panie. To mi dopiero był człowiek nieugięty; toć on nosił na barkach bramy miasta jak tragarz, a był zakochany.
Armado.  O krzepki Samsonie! o barczysty Samsonie! O tyle jestem lepszy od ciebie na szable, o ile ty lepszy ode mnie na noszenie bram miejskich. I ja też jestem zakochany. Kto była kochanka Samsona, droga ćmo moja? Ćma.  Kobieta, panie.
Armado.  Jakiej cery?
Ćma.  Wszystkich czterech, albo trzech, albo dwóch, albo żadnej ze czterech.
Armado.  Ale powiedz mi dokładnie, jakiej cery?
Ćma.  Zielonej jak morska woda.
Armado.  Czy to ze czterech cer jedna?
Ćma.  Jak nauczają książki, panie, a do tego najlepsza ze wszystkich.
Armado.  Prawda, że kolor zielony jest kolorem kochanków, ale żeby wziąć kochankę zielonego koloru, nie sądzę, żeby Samson wiele miał do tego powodów. Kochał ją zapewne dla jej rozumu?
Ćma.  Zgadłeś, panie, bo miała rozum zielony.
Armado.  Cera mojej kochanki to niepokalana białość i czerwoność.
Ćma.  Bardzo pokalane myśli kryją się zwykłe pod tak niepokalanymi kolorami.
Armado.  Wytłómacz się jaśniej, paziu mój, głęboko ćwiczony.
Ćma.  Dowcipie mojego ojca, a matki mojej języku, przybądź mi na pomoc!
Armado.  Słodka inwokacya dla dziecięcia, prześliczna i patetyczna!

Ćma.  Gdy róża z lilią lica jej kryje,
Kto poznać błędy jej zdoła,
Kiedy błąd każdy róże wywoła,
A każda trwoga lilie?
Ni kiedy grzeszy, ni gdy się boi,

Żaden nie zgadnie młodzieniec:
Bo zawsze bladość, zawsze rumieniec
Jasne oblicze jej stroi.

Niebezpieczne to, panie, wiersze dla białego i czerwonego koloru.
Armado.  Czy nie przypominasz sobie, mój paziu, ballady o królu i żebraczce?
Ćma.  Świat dopuścił się podobnej ballady, jest temu lat trzysta, ale nie sądzę, żeby ją teraz znaleźć gdzie można było; zresztą, gdyby się nawet i znalazła, na nicby się nie przydała ani treścią, ani nutą.
Armado.  Dołożę starania, żeby ten przedmiot traktowany był na nowo; będzie to dla mnie potężny przykład na obronę mojego błędu. Kocham wieśniaczkę, paziu, którą schwytałem w parku z tem rozumnem bydlęciem Łepakiem. Zasłużyła —
Ćma  (na str.). Na chłostę i na lepszego niż mój pan, kochanka.
Armado.  Śpiewaj mi, paziu; duch mój omdlewa z miłości.
Ćma.  Dziwi mnie to nie pomału, gdy w sercu nosisz tak lekką dziewkę.
Armado.  Śpiewaj, powtarzam!
Ćma.  Poczekaj, panie, aż ludzie ci przejdą.

(Wchodzą: Tępak, Łepak i Żakienetta).

Tępak.  Książę poleca ci, panie, abyś trzymał Łepaka pod dobrą strażą, nie dozwalał mu ani uciechy, ani pokuty, a trzy razy na tydzień pościć kazał. Co do tej panienki, polecono mi w parku ją trzymać jako mleczarkę. Żegnam cię, panie.
Armado.  Zdradzam się rumieńcem. — Dziewczyno!
Żakien.  Kawalerze!
Armado.  Odwiedzę cię w altanie.
Żakien.  Jak się zdarzy.
Armado.  Znam miejsce.
Zakien.  Chryste, jaki z was mędrek!
Armado.  Opowiem ci cuda.
Żakien.  Z taką facyatą?
Armado.  Kocham cię.
Żakien.  Nie pierwszyzna mi to słyszeć.
Armado.  Bywaj mi więc zdrowa!
Żakien.  Niech wam towarzyszy pogoda!
Tępak.  Dalej Żakienetto, nie traćmy czasu!

(Wychodzą: Tępak i Żakienetta).

Armado.  Będziesz pościł za twoje grzechy, nicponiu, póki nie otrzymasz przebaczenia.
Łepak.  Spodziewam się, panie, że jeśli muszę pościć, to z pełnym żołądkiem.
Armado.  Czeka cię ciężka pokuta.
Łepak.  To lepsza moja dola, niż waszych ludzi, których lekka jest płaca.
Armado.  Poprowadź tego hajdamaka, a zamknij go dobrze.
Ćma.  Marsz więc, grzeszny niewolniku, w drogę!
Łepak.  Nie zamykaj mnie, łaskawy panie, dozwól mi pościć na wolnem powietrzu.
Ćma.  Nie, nie, mopanku, będziesz żył powietrzem, ale pod kluczem.
Łepak.  Dobrze, dobrze, jeśli zobaczę, kiedy wesołe dnie utrapienia, które widziałem, zobaczycie —
Ćma.  Co zobaczymy?
Łepak.  Nic, panie ćmo, nic, chyba co się pokaże. Nie rzecz to więźniów zbyt milczeć w gadaniu, nic więc nie powiem. Dzięki Bogu, mam tak mało, jak i drudzy, cierpliwości, mogę siedzieć spokojnie.

(Wychodzą: ćma i Łepak).

Armado.  Kocham nawet ziemię, która jest nizka, po której stąpa jej trzewik, który jest niższy, który nosi jej noga, która jest najniższa. Jeśli kocham, krzywoprzysięgnę, (co jest wielkim dowodem wiarołomstwa), a jak może być wierną miłość, która się rodzi z niewiary? Miłość, to mara; miłość, to dyabeł; niema złego anioła prócz miłości. A przecie pokusom jej uległ Samson, choć wielką miał siłę; a przecie Salomon dał się jej uwieść, choć wielki miał rozum. Strzały Kupidyna były za twarde dla herkulesowej maczugi, trudno, żeby im sprostała hiszpańska szabla. Pierwsza i druga reguła mojej sztuki na nic się tu nie przyda; on szydzi z passado, śmieje się z pojedynku. To jego hańbą, że go nazywają chłopięciem, ale to jego chwalą, że mężów podbija. Żegnaj więc, odwago! rdzewiej moja szablo! umilknij, bębnie! bo wasz rycerz zakochany, tak jest, kocha. Bądź mi pomocą, boże rymów! bo niewątpliwie powiję sonet. Koncypuj więc, mój dowcipie, a pisz, moje pióro! bo mam w myśli całe foliały poezyi (wychodzi).


AKT DRUGI.
SCENA I.
Inna część parku. Pawilon i namioty w odległości.
(Wchodzą: Księżniczka francuska, Rozalina, Marya, Katarzyna, Boyet, Panowie i Służba).

Boyet.  Zbudź teraz, pani, twe najlepsze myśli,
Zważ, kto cię wysłał ojciec, król potężny —
Do kogo wysłał, jaki cel poselstwa.
Sama, wysoko przez świat poważana,
Idziesz traktować z jedynym dziedzicem
Doskonałości, jakie kiedykolwiek
Męża zdobiły — z monarchą Nawarry.
Celem układów Akwitańska ziemia,
Godna za posag dla królowej służyć.
Bądź teraz szczodrą w użyciu tych wdzięków,
Które natura dała ci z szczodrotą,
Całą z nich bowiem okradła przód ziemię,
Ażeby wszystkie zlać na ciebie jedną.
Księżnicz.  Wierzaj, ma piękność, jakkolwiek uboga,
Nie potrzebuje wymowy twej kwiatów;
Cenę piękności sąd oka stanowi,
A nie lichego język tandetnika.
Mniej czuję dumy pochwał twych słuchając,
Niż ty radości, że z takim dowcipem

Rozgłaszasz mojej piękności pochwały. —
A teraz, rada za radę; mój panie,
Wiesz, bo się wszędzie wieść o tem rozbiegła,
Że król Nawarry związał się przysięgą,
Na dwór milczący kobiet nie przypuszczać,
Aż trzy lat spędzi na ciężkiej nauce.
Nim więc przestąpim bramy zakazane,
Sądzę, że naszą pierwszą powinnością
Wybadać dobrze, jaka jego wola.
Pełna ufności w twej pięknej wymowie,
Ciebie za mego biorę pośrednika;
Idź, mów, że córka francuskiego króla
O osobiste prosi posłuchanie
W sprawach najmniejszej zwłoki nie cierpiących.
Spiesz się, my będziem na odpowiedź czekać,
Jak czeka na nią suplikant pokorny.
Boyet.  Dumny z poselstwa wykonać je spieszę (wychodzi).
Księżnicz.  Zawsze się duma z dobrą spieszy wolą.
Kto mi z was powie panów tych nazwiska,
Co razem z księciem mądrość ślubowali?
1 Pan.  Pierwszy Longaville.
Księżnicz.  Kto zna tego męża?
Marya.  Ja go znam, pani, widziałam go bowiem
W Normandyi, kiedy dziedzic Perigordu
Jana Fokonbrydż[1] córkę brał za żonę.
Wszyscy mu wielkie przyznają zdolności:
ćwiczony w sztukach, orężem wsławiony;
Jedyną plamą cnót jego piękności,
(Jeśli co może plamić cnoty piękność)
Dowcip za ostry, za uparta wola;
Bo kiedy dowcip wszystko może kąsać,
Wola upornie radzi nie oszczędzać,
Ktokolwiek mu się dostanie na język.
Księżnicz.  Więc, jak się zdaje, wesoły szyderca?
Marya.  To sąd przynajmniej wszystkich, co go znają.
Księżnicz.  Dowcipy takie zwykle więdną z wiekiem.

Kto z nim jest więcej?
Katarz.  Dumain, szlachcic miody,
Wszystkim cnotliwym dla cnót swoich drogi.
Choć silny, nie wie, co jest siłą krzywdzić;
Dość ma dowcipu, by upięknić brzydkość,
A dość piękności, by dowcip zastąpić.
Raz go widziałam u księcia Alenęon,
A wszystko dobre, co tu o nim mówię,
Mniej niż nic waży przy jego wartości.
Rozalina.  Był tam z nim razem trzeci z mędrców koła,
Nazwiskiem Biron, jeśli się nie mylę.
Nigdy godziny spędzić mi nie przyszło
Z weselszym mężem, choć nigdy wesołość
Z przyzwoitości fug nie wystąpiła.
Oczy u niego służą dowcipowi,
Wszystko albowiem, co mu w oko wpadnie,
Dowcip przerabia na wesołe żarty,
A język, tłómacz dowcipu wymowny,
W tak piękne słowa te żarty ubiera,
Że starzec słucha powieści jak dziecko,
A młodzież stoi jakby w zachwyceniu:
Taka jest słodycz we wszystkiem, co mówi.
Księżnicz.  Bóg z wami, panie, czyście zakochane,
Że każda swego tak szczodrze ubiera
We wszystkie skarby pochwały bez granic?

(Wchodzi Boyet).

Marya.  Otóż i Boyet.
Księżnicz.  I cóż nam przynosisz?
Boyet.  O twem przybyciu król był uprzedzony,
I nim mnie ujrzał, na twoje przyjęcie
Z towarzyszami spieszyć się gotował.
Ale zarazem doszła mnie wiadomość,
Że chce na polu, w namiotach was trzymać,
(Jak oblężnicze dworu swego wojsko)
Aby nie złamać raz danej przysięgi,
Bram nie otworzyć pustego pałacu.
Ale się zbliża i sam król Nawarry.

(Damy biorą maski. — Wchodzą: Król, Longavilie, Dumain, Biron i Orszak).

Król.  Piękna księżniczko, witaj na mym dworze!
Księżnicz.  Piękność oddaję ci, królu, wzajemnie; ale powitanie
trochę zawczesne, bo dach tego pałacu za wysoki na
dach twojego zamku, a puste pola za nizką podłogą,
abym na niej przyjęła gościnne powitanie.
Król.  W pałacu godne powitanie znajdziesz.
Księżnicz.  Wiedź mnie tam wprzódy, powitasz mnie potem.
Król.  Słuchaj mnie, pani, złożyłem przysięgę —
Księżnicz.  Bóg z tobą, panie, bo krzywoprzysięgniesz.
Król.  Nie, za świat cały, przynajmniej z mej woli.
Księżnicz.  Przysięgę jednak z własnej woli złamiesz.
Król.  Na co przysiągłem, nie wiesz jeszcze, pani.
Księżnicz.  Gdyby ode mnie nie więcej król wiedział,
Ta nieświadomość byłaby rozumem,
Gdy teraz wiedza jest nieświadomością.
Słyszałam, królu, żeś się zobowiązał
Twojego domu progu nie przekroczyć;
Strzedz tej przysięgi, grzechem jest śmiertelnym,
Grzechem śmiertelnym, przysięgę tę złamać.
Lecz daruj, panie, zbytek mej śmiałości,
Nie mnie przystoi uczyć uczyciela.
Racz teraz przejrzeć pismo to, a potem
Poselstwu memu spieszną dać odprawę.

(Wręcza mu papier).

Król.  Odpowiem spiesznie, jeśli będzie można.
Księżnicz.  Spieszny mój odjazd na dobre posłuży:
Krzywoprzysięgniesz, gdy zostanę dłużej.
Biron  (do Rozaliny). Czy raz w Brabancie nie tańczyłem z tobą?
Rozalina.  Czy raz w Brabancie nie’ tańczyłam z tobą?
Biron.  O, niewątpliwie.
Rozalina.  Na co więc daremne
Robić pytania?
Biron.  Nie bądź tak porywcza.
Rozalina.  Twoje niewczesne drażnią mnie pytania.
Biron.  Za żartki dowcip twój prędko mnie znuży.
Rozalina.  Wprzód jednak jeźdźca zostawi w kałuży.

Biron.  Powiedz mi, proszę, która jest godzina?
Rozalina.  O którą zwykli pytać się szaleńcy.
Biron.  Niech na twą maskę boża spadnie laska.
Rozalina.  I na oblicze, które kryje maska.
Biron.  I niech jej ześle stado wielbicieli.
Rozalina.  Byleśmy w stadzie ciebie nie widzieli.
Biron.  Nie bój się tego — wolę się usunąć.
Król.  Księżniczko, ojciec twój, w tym pisze liście,
Że sto tysięcy talarów wypłacił,
Co jest połową sum przez mego ojca
Śród długich wojen za niego wydanych.
Lecz choćby nawet — co nie jest — ta suma
Doszła rąk moich lub mojego ojca,
To pozostaje zawsze do spłacenia
Talarów bitych drugie sto tysięcy,
W zastaw za które trzymam Akwitanię,
Chociaż zastawu cenę dług przechodzi.
Jeśli więc ojciec twój a król francuski
Chce się z należnej uiścić połowy,
Chętnie się zrzeknę praw do Akwitanii
I dobrą przyjaźń na później zachowam.
Ale, jak widzę, król inaczej myśli,
Bo zamiast spłacić owe sto tysięcy,
By zastawione odebrać dzielnice,
On się domaga, ażebym mu zwrócił
Bitych talarów pierwsze sto tysięcy,
Gdybym ja wolał Akwitanię zwrócić,
(Ziemie przez długą wojnę spustoszone)
A dług ojcowski w gotowiźnie dostać.
Piękna księżniczko, gdyby te żądania
Wszystkich rozsądnych nie przeszły ustąpień,
Dla twej miłości chętnie byłbym gotów
Więcej ustąpić, niż rozsądek radzi,
Byłeś z radością kraj mój opuściła.
Ksieżnicz.  Mojego ojca, króla, krzywdzisz, panie,
I równie krzywdzisz czystą swoją sławę,
Gdy wbrew zaprzeczasz odebraniu sumy,
Która wam wiernie była wypłaconą.

Król.  Przysięgam, nigdy o niej nie słyszałem.
Dowiedź mi tego, zwrócę ją natychmiast,
Lub bez oporu oddam Akwitanię.
Księżnicz.  Niech więc tak będzie, trzymam cię za słowo.
Boyecie, pokaż kwity podpisane
Na odebraną całą sumę.
Król.  Pokaż.
Boyet.  W tej chwili jeszcze nie przyszły papiery.
W których są kwity i inne dowody,
Lecz jutro wszystkie przedstawię ci, królu.
Król.  To mi wystarczy; zawsze jestem gotów
Wszystkie rozsądne podpisać warunki.
Tymczasem, pani, racz przyjąć gościnność,
Którą mój honor, bez krzywdy honoru,
Twojej godności może ofiarować.
Bram mych, księżniczko, nie możesz przestąpić,
Ale tu znajdziesz tak szczere przyjęcie,
Iż powiesz, że w mem sercu masz przytułek,
Którego pałac mój dać nie był w stanie.
Na dniu jutrzejszym odwiedzim cię znowu.
Księżnicz.  Niech towarzyszem twoim pokój będzie!
Król.  A twe życzenia niech się spełnią wszędzie!

(Wychodzi Król z Orszakiem).

Biron  (do Rozaliny). Mojemu sercu polecę cię, pani.
Rozalina.  O, pokaż, proszę, chciałabym je widzieć.
Biron.  Ach, gdyś mogła jęki jego słyszeć!
Rozalina.  Szaleniec chory?
Biron.  Tak, chory na serce.
Rozalina.  Na serce doktor krwi puszczenie radzi.
Biron.  Czy mu to ulży?
Rozalina.  Próba nie zawadzi.
Biron.  Niech więc twe oczy będą mi lancetem.
Rozalina.  Zrób lepiej, moim posłuż się sztyletem.
Biron.  Żyj długo, pani!
Rozalina.  Ty żyj krótko, panie!
Biron.  Na dzięki czasu mi dzisiaj nie stanie (oddala się).
Dumain  (do Boyeta). Przebacz mi, proszę, co to jest za dama?
Boyet.  To Rozalina, dziedziczka Alençon.

Dumain.  Piękne stworzenie. Dziękuję i żegnam (wychodzi).
Longav.  (do Boyeta). Co to za dama w tej białej spódnicy?
Boyet.  Wziąć za kobietę mógłbyś ją przy świecy.
Longav.  Ja się o imię jej pytałem ciebie.
Boyet.  To jest jej własność, chowa ją dla siebie.
Longav.  Powiedz przynajmniej, czyją ona córką?
Boyet.  Córką swej matki, jak mówią, jak wierzę.
Longav.  Niechże twej mądrej głowy Pan Bóg strzeże!
Boyet.  Tylko mój panie, nie gniewaj się, proszę:
To jest dziedziczka domu Pokonbrydżów.
Longav.  Gniew mój już ostygł. Dziewka urodziwa.
Boyet.  I ja tak myślę, jeśli wieść prawdziwa.

(Wychodzi Longamlle).

Biron  (do Boyeta). Kto jest ta w toku wysmukła dziewczyna?
Boyet.  Jak powiadają, zwie się Katarzyna.
Biron.  Zamężna?
Boyet.  Tylko z swymi kaprysami.
Biron.  Żegnam na teraz; na teraz Bóg z wami!

(Wychodzi. Damy zdejmują maski).

Marya.  Ten to jest Biron, szlachcic złotousty,
Każde u niego słowo koncept pusty.
Boyet.  A każdy koncept puste tylko słowo.
Księżnicz.  Słusznie odbiłeś słowem każde słowo.
Boyet.  Dwa równie twarde starły się tarany.
Marya.  Może barany zarówno gorące.
Boyet.  O! prawda, jabym baranku kochany,
Chciał być baranem, i na ust twych łące
Trawkę mą szrzypać.
Marya.  Chcesz siebie żarcikiem
Zrobić baranem, a mnie pastewnikiem?
Boyet.  I paść się na nim (chce ją pocałować).
Marya.  Nie, nie, głowo pusta,
Jeszcze gromadzkie nie są moje usta,
Chociaż w dwóch panów posiadaniu stoją.
Boyet.  Kto ci panowie?
Marya.  Ja z fortuną moją.
Księżnicz.  Dowcip z dowcipem ciężko jest pogodzie;
Lecz miast niewczesne pojedynki zwodzić,

Zrobicie lepiej, gdy skończycie swary,
By spoinie napaść na króla Nawarry
I na pedantów jego klikę całą.
Boyet.  Jeśli mnie zdanie me nie oszukało,
(A rzadko zwodzi, w oczach bowiem czyta,
Co w głębiach serca rośnie i zakwita)
Król jest dotknięty.
Księżnicz.  Czem takiem, prosimy?
Boyet.  My, kochankowie, afektem to zwiemy.
Księżnicz.  A skąd to wnosisz?
Boyet.  Istność jego cała
Ciekawą żądzą z ócz mu wyglądała.
Przez oczy jego serce się pyszniło,
Ze twarz twą rytą jak agat nosiło.
Język, co widzieć nie mógł jej, gdy mówił,
Zamilkł i w oczach mu się usadowił,
I wszystkie zmysły w zmysł jeden się zlały
I na cud cudów razem poglądały,
Tak wszystkie były w źrenicach ujęte,
Jak dyamenty w krysztale zamknięte,
Które wzrok ślepią ogni swoich falą
I przechodzących żądzą kupna palą.
Na twarzy zachwyt tak wrył się głęboko,
Ze miłość z ócz mu każde czyta oko.
Jutro ci oddam wszystkie jego włości,
Ty mu daj tylko całunek miłości.
Księżnicz.  Śpieszmy się, idźmy, bo Boyet gotowy —
Boyet.  Co okiem dojrzał, opowiedzieć słowy.
Ja oczom jego pożyczam języka,
I tylko prawda z ust się mych wymyka.
Rozalina.  Mądry w miłości, mówisz, jakby książka.
Marya.  Wieści od wnuka Kupida odbiera.
Rozalina.  To matką druga była mu Wenera,
Bo ojciec brzydal.
Boyet.  O, szalone dziewki,
Czy nie słyszycie?
Marya.  Nie.
Boyet.  To choć widzicie —

Rozaiina.  Drogę przed nami.
Boyet.  Którą pośpieszycie.
Rozmowa z wami, to nie są przelewki. (Wychodzą).


AKT TRZECI.
SCENA I.
Inna część parku.
(Wchodzą: Armado i Ćma).

Armado.  Świergocz, mój paziu, zachwyć mój zmysł słuchu.
Ćma  (śpiewa). Concolinel[2].
Armado.  Słodka nuta! Idź teraz, młoda latorośli, weź ten klucz, wypuść z klatki parobka i przyprowadź go tu co żywo. Zamierzam posłać przez niego list do mojej kochanki.
Ćma.  Czy chcesz, panie, zyskać serce twojej kochanki francuskim kołowrotkiem?[3]
Armado.  Co, mam po francusku szwargotać i język jak kołowrotek obracać?
Ćma.  Nie, doskonały mój panie, ale zanuć piosneczkę końcem języka, nogą wybijaj takt kanaryjskiego tańca, ażeby słowom dodać efektu, wywracaj oczy, wywzdychiwaj jedną nutę po drugiej to z gardła, jakbyś połknął miłość, o miłości śpiewając, to przez nos, jakbyś zażył miłość, miłość wąchając, z kapeluszem zapuszczonym niby okap na sklep twoich oczu, z rękami skrzyżowanemi na wklęsłym twoim brzuszku, jak królik na rożnie, lub z pięściami w kieszeniach, jak człowiek na starym obrazie; a nie upieraj się długo przy jednej piosneczce, wypuść trzy nuty i zaraz co nowego. Na tem stoi kawalerska doskonałość, to kawalerska sztuka, którą się łowią dziewczyny, które i bez tego ułowićby się dały, bo u kobiet ci mają najlepsze noty (zanotuj to sobie, panie), którzy na takich rzeczach najlepiej się znają.

Armado.  A gdzie to kupiłeś tyle doświadczenia?
Ćma.  Za własne trzy grosze obserwacyi.
Armado.  Ale ot, lecz niestety —
Ćma.  Koń drewniany, zapomniany[4].
Armado.  Chcesz moją kochankę drewnianym koniem nazywać?

Ćma.  Nie wcale, mój panie, bo drewniany koń, to źrebak, a pańska kochanka jest pewno mierzynką. Ale czy zapomniałeś, panie, o twojej kochance?
Armado.  Prawie zupełnie.
Ćma.  Niedbały studencie! Wyryj ją sobie dobrze w pamięci.
Armado.  W pamięci i sercu, mój paziu.
Ćma.  I w wątrobie, mój panie; że to konieczne, dowiodę.
Armado.  Czego dowiedziesz?
Ćma.  Że będzie ze mnie człowiek, jak urosnę, a zaraz, Że moje trzy punkta prawdziwe. Masz ją w pamięci, bo nie możesz jej mieć w objęciach; masz ją w sercu, bo ją kochasz serdecznie; masz ją w wątrobie, bo ci się żółć poruszyła, że nie możesz jej posiadać.
Armado.  Wszystkie trzy punkta sprawdziły się na mnie.
Ćma.  A choćby się ich i trzy razy więcej sprawdziło, to i tak z wszystkiego będzie zero.
Armado.  Sprowadź tu pachołka; musi list mój do niej ponieść.
Ćma.  Sympatyczna to ambasada: koń w poselstwie od osła.
Armado.  Hę, co tam mruczysz?
Ćma.  Mówię, panie, że musisz posłać tego osła na koniu, bo chodzi powoli. Ale idę.
Armado.  Droga niedaleka; śpiesz się.
Ćma.  Szybko jak ołów’, panie.

Armado.  Jak to rozumiesz, piękny dowcipnisiu?

Wszak ołów’ to metal ciężki, leniwy ł powolny.
Ćma.  Minime, panie, co się znaczy bynajmniej.
Armado.  Ołów’, powtarzam, metal jest leniwy.
Ćma.  A ty, mój panie, w sądach popędliwy:
Wypchnięty z strzelby ołów’ czy leniwy?
Armado.  Ha! ha! zabawny retoryczny dymek.
Mnie, widzę, strzelbą, siebie zrobił kulą:
Więc na parobka mojego cię cisnę.
Ćma.  Ognia! mój panie, a jak kula świsnę (wychodzi).
Armado.  Bystry to chłopak, rozkoszne stworzenie!
O, gwiazdy! do was moje ślę westchnienie!
Męstwo ucieka, ból duszę zalega.
Ale, jak widzę, herold mój nadbiega.

(Wchodzą: Ćma i Łepak).

Ćma.  Cuda, panie, cuda! Łeb zwichnął nogę!
Armado.  Jakaś szarada, jakaś zagadka. Więc wydeklamuj mi envoy[5].
Łepak.  Na co tu szarady i zagadki, na co envoy; to nie maść żadna. Babkowe liście, panie, babkowe liście; ni envoy, ni maść żadna, tylko babkowe liście, panie.
Armado.  Na cnotę, do śmiechu mnie pobudzasz; twoja głupia myśl porusza mi śledzionę; wzdęte płuca zmuszają mnie do śmiesznego śmiechu. O, przebaczcie mi, moje gwiazdy! Toć ta pusta pałka bierze maść za envoy, a wyraz envoy za maść.
Ćma.  Alboż inaczej myślą uczeni? Czy w envoy niema namaszczenia?

Armado.  Nie, paziu, to epilog, a prościej te słowa,
W których jaśniej poprzednia wyłuszcza się mowa.
Wyjaśnię to przykładem:
Bąk i małpa i lis stary,
Że trzej, byli nie do pary.
To jest morał, a teraz envoy.
Ćma.  Ja dodam envoy, panie, powtórz tylko morał.

Armado.  Bąk i małpa i lis stary,
Że trzej, byli nie do pary.
Ćma.  Dopiero gdy gęś przybyła
Czwarta, wszystkich poparzyła.

Teraz ja zacznę twój morał, a ty. panie, powtórz moje envoy.

Bąk i małpa i lis stary
Że trzej, byli nie do pary.
Armado.  Dopiero gdy gęś przybyła
Czwarta, wszystkich poparzyła.

Ćma.  Doskonałe to envoy, co się kończy na gęsi. Czy chciałbyś co więcej?

Łepak.  Gęsią przez własne paź zrobił go usta,
Niezgorszy handel, jeżeli gęś tłusta.
Ja zawsze na tem i skończę i zacznę,
Że gdzie gęś tłusta, tam envoy smaczne.
Armado.  Dość na tem. Jak ta dysputa wyrosła?
Ćma.  Łeb zwichnął nogę w oczach twego posła;
Tom rzekł, ty, panie, zażądałeś envoy.
Łepak.  A ja babkowych zażądałem liści;
I stąd dysputa; paź przyniósł ci, panie,
Tłuściuchne envoy, gęś, którą kupiłeś.
I na tem, sądzę, targ skończył się cały.
Armado.  Ale powiedz, jak Łepak zwichnął sobie nogę?
Ćma.  Opowiem wszystko jasno i dobitnie.

Łepak.  Nie może opowiadać jasno, kto rzeczy nie czuje; do mnie więc, Ćmo, envoy to należy.

Ja, Łepak, gdy się z mej kozy wymknąłem,
Na progu turmy nogę tę zwichnąłem.
Armado.  Nie mówmy o tej materyi.
Łepak.  Póki się jej nie zbierze więcej na mojej nodze.
Armado.  Słuchaj, Łepaku, wyzwolę cię.

Łepak.  Może w jakiem grzesznem rzemiośle: to mi wygląda na envoy, to mi coś pachnie gęsią.
Armado.  Na moją duszę, prostaku, chcę powiedzieć, że dam ci wolność, że oswobodzę twoją osobę; przed chwilą byłeś zamurowany, zamknięty, uwięziony, związany.
Łepak.  Prawda, wszystko prawda, a teraz, panie, chcesz być moim purgansem, chcesz mi dać rozwolnienie.
Armado.  Daję wolność, wypuszczam cię z turmy pod tym jedynie warunkiem, że niniejsze oznajmienie oddasz w ręce wieśniaczki Żakienetty. To twoja remuneracya, (daje mu pieniądze) bo najlepszym stróżem mojego honoru jest szczodrobliwość dla sług moich, ćmo, za mną! (Wychodzi).

Ćma.  Żegnaj Łepaku.
Łepak.  O, kosztowny łucie
Biron.  Ludzkiego mięsa! tybyś żyda sprzedał!

(Wychodzi ćma).

A teraz zobaczmy jego remuneracyę. Remuneracya! To łaciński wyraz na trzy szelągi. Trzy szelągi, remuneracya. Ile za tę tasiemkę? — Grosz. — Nie, dam ci remuneracyę, i dobiłem targu. Remuneracya! to piękniejszy wyraz niż talar niemiecki. Odtąd, w kupnie i sprzedaży tylko na remuneracye będę rachował.

(Wchodzi Biron).

Łepak.  Ha, to ten poczciwy hultaj, Łepak! Szczęśliwe spotkanie.
Powiedz mi, proszę, mój panie, ile łokci ponsowej wstążki można kupić za remuneracyę?
Biron.  Co to jest remuneracya?
Łepak.  Co? trzy szelągi.
Biron.  Tyle właśnie, ile można kupić jedwabiu za trzy szelągi.

Łepak.  Dziękuję ci, dostojny panie, Bóg z tobą!
Biron.  Czekaj, potrzebna mi jest twoja pomoc;
Jeśli na moją zasłużyć chcesz łaskę,
Zrób mi to, o co zamierzam cię prosić.
Łepak.  Kiedy chcesz, panie, żebym to zrobił?
Biron.  Dziś popołudniu.
Łepak.  Zrobię chętnie. Do zobaczenia.
Biron.  Aleć jeszcze nie wiesz, co masz zrobić.
Łepak.  Dowiem się, jak zrobię.
Biron.  Żeby zrobić, musisz wprzódy wiedzieć, co masz zrobić.
Łepak.  Przyjdę do waszej dostojności jutro rano.

Biron.  Dziś popołudniu musisz rzecz załatwić.
Dzisiaj księżniczka ma polować w parku;
W jej towarzystwie urodna jest pani,
Język wymawia słodkie jej nazwisko,
Kiedy najsłodsze wydawać chce dźwięki,
Ludzie jej dają Rozaliny imię;
Pytaj się o nią i w białe jej ręce
Oddaj to pismo opieczętowane.
Daję ci z góry twą gratyfikacyę (daje mu pieniądze).

Łepak.  Gratyfikacya! O, słodka gratyfikacyo! Lepsza od remuneracyi; o jedenaście groszy i dwa szelągi lepsza. O, najsłodsza gratyfikacyo! — Wykonam wszystko co do litery. — Gratyfikacya! remuneracya!

( Wychodzi).

Biron.  I być to może? Biron zakochany!
Ja, co miłości biczem dotąd byłem,
Ja, ja miłosnych westchnień kat okrutny,
Krytyk, stróż nocny wszystkich zakochanych,
Ja, dumny pedant, ja ochmistrz surowy
Chłopięcia wszystkich ćmiącego przepychem,
Ślepego dziecka ciągle skwierczącego,
Starca i dziecka, olbrzyma i karła —
Kupida, króla miłosnych wierszydeł,
Rąk załamanych wszechwładnego pana,
Namaszczonego króla wszystkich westchnień,
Rządcy próżniaków, wszystkich malkontentów,
I wszystkich spódnic groźnego książęcia,
Wielkiego wodza i imperatora,
Co woźnych tyle na swej trzyma służbie!
O, moje biedne, małe moje serce!
I ja mam zostać jego adjutantem,
I ja się w jego ubrać mam kolory
Na wzór obręczy jarmarcznego skoczka!
Co? Ja mam kochać? Ja żony mam szukać,
Którą potrzeba, jak niemiecki zegar,
Wciąż reperować, bo ciągle się psuje,
Zawsze źle idzie, źle godziny znaczy,
Choć go pilnujesz wciąż i regulujesz?

Ze trzech najgorszą pokochać szalenie,
Pustą dziewczynę, o brwiach z aksamitu.
Co zamiast oczu, ma dwie kule smoły,
Która przysięgam, figla mi wypłata,
Choćby sam Argus był przy niej eunuchem?
Do niej mam wzdychać! dla niej sen postradać!
Modlić się do niej! Ha, to ciężka plaga,
Którą za karę Kupido mi zesłał,
Że się ważyłem mało dotąd cenić
Jego wszechwładną, straszną, małą władzę!
Będę więc kochał, pisał, wzdychał, prosił,
Btagat i jęczał, na nic żal nie zda się:
Ten kocha panią, a tamten jej Kasię (wychodzi).


AKT CZWARTY.
SCENA I.
Inna część parku.
(Wchodzą: Księżniczka, Rozalina, Marya, Katarzyna, Boyet, Panowie, Służba, Gajowy).

Księżnicz.  Czy to król konia swojego tak spinał
Po spadzistości góry?
Boyet.  Nie wiem, pani,
Ale, jak sądzę, to nie król Nawarry.
Ksieżnicz.  Kto on jest kolwiek, czynem swoim dowiódł,
Że myśli jego drapią się wysoko.
Dzisiaj stanowczą odbiorę odpowiedź,
Z sobotniem słońcem wracamy do Francyi.
Gajowy, pokaż mi teraz drzew kępę,
W której się mamy skryć, żeby mordować.
Gajowy.  Tu, na tej lasu zarosłej krawędzi
Najlepsze miejsce na strzał najpiękniejszy.
Księżnicz.  Zapewne myślisz, że gdy piękność strzela,

I strzał nazywać trzeba najpiękniejszym.
Gajowy.  Nie, pani moja, nie myślałem o tem.
Ksieżnicz.  Co? chwalisz naprzód, a cofasz się potem?
Chwało piękności, jak jesteś niepewną!
Nie jestem piękną?
Gajowy.  Jesteś nią, królewno.
Księźnicz.  Próżno mnie teraz malujesz słowami:
Brzydkiej piękności nie dasz pochwałami.
Jak lustro, obraz oddałeś z szczerotą;
Za brzydkie słowa piękne przyjmij złoto.
Gajowy.  Wszystko jest piękne, pani, co jest twoje.
Ksieżnicz.  Patrz, ma szczodrota zbawia piękność moję.
Kacerstwo godne w tej grasować porze:
Ręka, co daje, brzydką być nie może.
Daj mi łuk teraz. Wśród strzelców wesela
Najgorzej robi, kto najlepiej strzela.
Ja zawsze z chwałą wyjdę z polowania:
Chybię? to litość zabijać mi wzbrania;
Trafię? to sztuki dowód doskonały,
Nie żeby zabić, ale dla pochwały.
Tak w ludzkich sprawach dzieje się nierzadko,
Czarnych jest zbrodni chwała nieraz matką;
Nieraz za blaskiem, za wrzawą, za chwałą
Serc naszych siłę wytężamy całą,
Tak ja dla chwały, co mnie teraz łechce,
Strzelam do stworzeń, których krzywdy nie chcę.
Boyet.  Czy nie dla chwały dumne pragną panie
Mężów pod swoje podbić panowanie?
Księżnicz.  Tylko dla chwały, a godne są chwały
Panie, co panów swych podbić umiały.

(Wchodzi Łepak).

Boyet.  Zbliża się członek uczonego bractwa.
Łepak.  Dzień dobry całej kompanii. Powiedzcie mi, proszę, piękne panie, która tu z was trzyma czoło?
Księźnicz.  Powinienbyś ją sam rozpoznać, przyjacielu, gdy inne są bezczelne.
Łepak.  Która jest największa pani, najwyższa?

Księźnicz.  Najszersza i najdłuższa.

Łepak.  Masz racyę, pani, najszersza, najdłuższa;
Co prawda, nie grzech. Gdyby kibić twoja
Tak była cienka jak mądrość jest moja,
Każdej z tych dziewek przepaska choć wązka,
Byłaby dobra dla ciebie przewiązka.
Tyś jest tu panią, boś najstateczniejsza.
Księżnicz.  Mów, czego pragniesz, a o resztę mniejsza.
Łepak.  Do Rozaliny rąk bilet przynoszę,
Pisał go Biron.
Księźnicz.  Daj mi list ten, proszę,
Oddam, gdzie trzeba. Dziękuję, kuryerze,
Tego kapłona Boyet nam rozbierze
Jak dobry krajczy.
Boyet.  Nie tracę więc chwili.
Z koperty widzę, że się kuryer myli,
List ten pisany jest do Żakienetty.
Księźnicz.  Mniejsza do kogo, zawsze do kobiety;
Więc bez skrupułu list ten odczytamy.
Odłam pieczątkę, a słuchajcie damy.

Boyet  (czyta). „Na niebo, że jesteś piękna, to najnieomylniejsza prawda, prawda, że jesteś urodna, czysta prawda, że jesteś najmilejsza. Piękniejsza, niż piękność, urodniejsza, niż uroda, prawdziwsza niż prawda, sama ulituj się nad swoim heroicznym wasalem! Wielkomyślny i wszechwładny król Cophetua rzucił oko na hultajską i niepoprawną żebraczkę Zenelofonę; onby to słusznie mógł powiedzieć: veni, vidi, vici, co anatomizowane na pospolity język, (o podły, pospolity język!) znaczy videlicet, przyszedł, raz; zobaczył, dwa; podbił, trzy. Kto przyszedł? Król; po co przyszedł? zobaczyć; po co zobaczył? aby podbił; do kogo przyszedł? do żebraczki; kogo zobaczył? żebraczkę; kogo podbił? żebraczkę. Ostateczny wypadek jest zwycięstwo. Po czyjej stronie? po stronie króla. Branka jest zbogacona, a kto ta branka? żebraczka. Na katastrofę przyszło małżeństwo, a na kogo spadło, czy na króla? nie; na oboje w jednem, albo na jedno w obojgu. Tym królem ja jestem, bo tak wymaga porównanie; ty tą żebraczką, bo tak świadczy twoje nizkie położenie. Mamże nakazać ci miłość? mógłbym; mamże zmusić cię do miłości? byłbym w stanie; mamże błagać cię o miłość? to moje postanowienie. Na co zmienisz twoje łachmany? na falbany; na co łaty? na bławaty; a siebie? na mnie. Tak więc, oczekując twojej odpowiedzi, profanuję moje usta na twojej nodze, moje oczy na twoim obrazie, a moje serce na wszystkich twoich członeczkach.
Twój, w najczulszych zamiarach dla twojej służby,
Don Adriano de Armado“

Ach, czyli słyszysz, baranku ubogi,
Jak lew nemejski ryczy nie na żarty?
W pokorze ducha rzuć mu się pod nogi,
Może poigra, gdy wróci obżarty,
Lecz gdy się oprzesz, zębem bez litości
W czarnej jaskini pokruszy twe kości.
Księżnicz.  Ptak, co to pisał, jakie nosi skrzydło?
Czy lepsze kiedy czytałeś piśmidło?
Boyet.  Styl ten nie obcy dla mego jest ucha.
Księżnicz.  Któż go zapomni, gdy go raz podsłucha?
Boyet.  Nowy Monarcho[6], to Hiszpan Armado,
Co bawi króla z całą jego radą.
Księżnicz.  Powiedz, przez kogo list ten był pisany?
Łepak.  Przez mego pana.
Księżnicz.  Gdzie miał być oddany?
Łepak.  Mój pan dostojny pisał go do pani.
Księżnicz.  Kto pan ten, powiedz, a kto jest ta pani?
Łepak.  Pan ten jest Biron, uczciwe panisko,
A Rozalina pani jest nazwisko.
Księżnicz.  Jest tu pomyłka, lecz nie mówmy o tem:
(Do Roz.) Weź to na teraz, drugi przyjdzie potem.

(Wychodzą: Księżniczka i Służba).

Boyet.  Kto tu poluje, chciałbym się dowiedzieć.
Rozalina.  Jeżeli nie wiesz, mogę ci powiedzieć.

Boyet.  O, powiedz, Boyet pokornie cię prosi.
Rozalina.  Ten właśnie, który łuk i strzały nosi.
Boyet.  Pani rogate poluje bydlęta,
Lecz gdy się kiedy doczekamy święta,
Że męża weźmiesz, o zakład, w tem lecie
Nie chybią rogi na szerokim świecie.
Co, czy trafiłem?
Rozalina.  Jednak, przyjacielu,
Ja lepiej trafię.
Boyet.  Gdzie jeleń na celu?
Rozalina.  Jeśli się jeleń po rogach poznaje,
To ty nim jesteś. Jak ci się to zdaje?
Marya.  W samo cię czoło trafiła, Boyecie.
Boyet.  Ją trafią niżej. Trafiłem cię przecie.

Rozalina.  Czy mam ci powtórzyć starą przypowiastkę, która była już człowiekiem, kiedy Pepin, król francuski, był jeszcze w pieluchach, gdy mowa o trafisz?
Boyet.  To ja ci odpowiem równie starą, która była już kobietą, kiedy Ginewra, królowa Brytanii, była jeszcze małą dziewczynką, gdy mowa o trafisz?

Rozal.  (śpiewa). Przysięgam, nie trafisz, nie trafisz, nie trafisz,
Nie trafisz, nie trafisz, mój panie.
Boyet  (śpiewa). Jeśli nie trafię, nie trafię, nie trafię,
To inny cię trafić, cię trafić jest w stanie.

(Wychodzą: Rozalina i Katarzyna).

Łepak.  Co za wyborni strzelcy, na uczciwość moją!
Marya.  A w same centrum tarczy trafili oboje.
Boyet.  O centrum mówi pani? Jeśli wolno radzić,
Radziłbym dla pewności kołek w centrum wsadzić.
Marya.  Darmo niepewną ręką w cel trafić się kusisz.
Łepak.  Jeśli w centrum chcesz trafić, przybliżyć się musisz.
Boyet.  Gdy moja dłoń zawiedzie, twoja pewniej strzeli.
Łepak.  I kołek w centrum tarczy na dwoje rozdzieli.
Marya.  Za tłuste twoje żarty, skończmy więc je, proszę.
Łepak.  Za mocna jest na pałki, wyzwij ją na kule.
Boyet.  Boję się. — Piękna sówko, żegnamy cię czule.

(Wychodzą: Boyet i Marya).

Łepak.  Prostak! na moją duszę, glupiuchne panisko!

Jak go ja i te panie stawiliśmy nizko!
To mi dowcip prawdziwy, co tak łatwo rośnie,
Tak się rozwija grzecznie, stosownie, a sprośnie.
Armado, to mi człowiek! Równego mu niema;
Jak pięknie z damą idzie i wachlarz jej trzyma!
Z jaką gracyą całunek przez rękę jej wyda!
A w przysięgach miłosnych jak wielki i modny!
A dopieroż paź jego! Sługa pana godny,
Ten drobny niuch dowcipu, patetyczna gnida!
Hola! hola!

(Słychać krzyk Strzelców za sceną. — Wybiega).

SCENA II.
Inna część parku.
(Wchodzą: Holofernes, Nataniel i Tępak).

Tępak.  Przewielebne polowanie, zaprawdę, i dokonane ze świadectwem czystego sumienia.
Holofern.  Jeleń był, jak wiesz, in sanguine — we krwi, dojrzały jak reneta, wisząca teraz na uchu coeli — firmamentu, błękitu, nieba, a otóż jak leśne jabłko, spadające na powierzchnię terrae, gruntu, pola, ziemi.
Nataniel.  Wyznaję, mądry Holofernesie, że słodka jest rozmaitość w twoich epitetach, jak na literata przystoi, mogę cię jednak zapewnić, że to był jeleń łowny.
Holofern.  Dobrodzieju Natanielu, haud credo.
Tępak.  Nie był to haud credo, ale koziołek.
Holofern.  Co za barbarzyńskie wyrażenie! Jest to przecie rodzaj insynuacyi, że tak powiem, in via, w drodze tłómaczenia, żeby facere, że się tak wyrażę, replikę, albo raczej ostentare, pokazać, że się tak wyrażę, pokazać jego sposób myślenia, sposób niestrojny, nieokrzesany, niewykształcony, surowy, niećwiczony, albo raczej nieuczony, albo najraczej zielony — wziąć moje haud credo za jelenia!
Tępak.  Powiedziałem, że jeleń nie był haud credo, ale koziołek.
Holofern.  Dwa razy warzona prostoto! bis coctus! — O potworne nieuctwo, jakże potwornie wyglądasz!
Nataniel.  Nigdy się on nie karmił łakociami, które w książkach rosną, nigdy on nie jadł papieru, że tak powiem, nie pił atramentu; dowcip jego pusty, to bydlę czule tylko w najcieleśniejszych swoich częściach:

Dlatego Bóg stworzył jałowe rośliny, byśmy wdzięczność znali,
My, ludzie dowcipu i gustu, żeśmy lepsze owoce wydali,
Bo jak próżność i głupstwo nie przystoją mnie, com chował się w szkole,
Tak prostakom nie przystoi chcieć uczonych grać rolę.
Lecz omne bene mówię, jak to stary doktor naucza:
Niejeden deszcz znieść może, choć wiatr mu dokucza.
Tępak.Skoroście takie mędrki, zgadnijcie, gdy się Kain rodzi,
Kto miał już miesiąc, choć dziś tygodni pięciu nie dochodzi.
Holofern.  Dictynna, mój Tępaku, Dictynna, dobry mój Tępaku.
Tępak.  Któż to jest ta Dictynna?
Nataniel.  Tytuł Feby, Luny, księżyca.
Holofern.  Gdy Adam miesiąc liczył, miesiąc także liczyła Dictyna,
A nie miała pięciu tygodni, gdy stary Adam starego miał syna.
Aluzya zawsze dobra, choć przemienione nazwiska.

Tępak.  To prawda, koluzya zawsze dobra, choć przemienione nazwiska.
Holofern.  Panie, dopomóż twojemu dowcipowi! Ja mówię, że aluzya zawsze dobra, choć przemienione nazwiska.
Tępak.  A ja mówię, że poluzya zawsze dobra, choć przemienione nazwiska, bo księżyc nigdy nie ma więcej jak miesiąc, a do tego dodaję, że jeleń, którego zabiła księżniczka, jest koziołek.
Holofern.  Dostojny Natanielu, czy chcesz, żebym ci wydeklamował epitaphium, które napisałem ex tempore na śmierć jelenia? Żeby się nie sprzeciwiać nieukowi, nazwałem jelenia, którego zabiła księżniczka, koziołkiem.
Nataniel.  Perge, mądry Holofernesie, perge, tylko żadnych wszeteczności.
Holofern.  Będę trochę igrał z literami, bo to dowód łatwości w kompozycyi.

Kolec królewny kłując, w kozła jelenia przerzucił,
Bo jeleń kozłem został, gdy kozła przewrócił.
Przy koziołku L napisz, pięćdziesiąt ich będzie,
Będzie ich sto, gdy jeszcze drugie L przybędzie.

Nataniel.  Rzadki talent!
Holofern.  To dar, który posiadam; powszedni, bardzo powszedni. Wyobraźnia szalona i błędna, pełna form, figur, postaci, przedmiotów, wyobrażeń, aprehensyi, poruszeń, rewolucyi, poczętych w brzuszku pamięci, żywionych w łonie piae matris, a porodzonych przy dojrzałej sposobności. Dobry to dar jest dla ludzi, którym na bystrości nie zbywa, za co Panu Bogu dziękuję.
Nataniel.  I ja też chwalę Pana za ciebie, i wszyscy moi parafianie to samoby robić powinni, bo ich synowie dobrze są przez ciebie ćwiczeni, a ich córki wielkie robią postępy pod twoim kierunkiem; jesteś też zacnym członkiem rzeczypospolitej.
Holofern.  Mehercle, jeżeli ich synom nie zbywa na dowcipie, nie zbędzie im na nauce; jeżeli ich córki są otwarte, napełnię je nauką. Ale vir sapit, qui pauca loquitur. Niewieścia dusza nas pozdrawia.

(Wchodzą: Żakienetta i Łepak).

Żakien.  Bóg wam daj dzień dobry, panie wikary!
Holofern.  Panie wikary? quasi wio kary! a skoro wio! wołasz, który z nas kary?
Łepak.  A jużci ten, panie bakałarzu, który najpodobniejszy do konia.
Holofern.  Niezgorzej wierzgnął; dobry połysk dowcipu w garści ziemi; dosyć ognia dla krzemienia; dosyć pereł dla wieprzaka. Pięknie, dobrze!
Żakien.  Dobry panie wikary, bądź tak dobry, list mi ten przeczytaj; oddał mi go Łepak, a przysłał pan Harmata. Proszę cię, przeczytaj mi go.
Holofern.  Fauste, precor, gelida quando pecus omne sub umbra Ruminat, — i tam dalej. O, dobry, stary Mantuańczyku![7] mogę do ciebie zastosować, co jeden podróżny o Wenecyi powiedział: Venetia! Venetia!
Chi non te vede non te pretia.
Stary Mantuańczyku! Stary Mantuańczyku! Kto cię nie rozumie, ten cię nie kocha. — Ut, re, sol, la, mi, fa. — Z przeproszeniem, jaka treść listu? albo raczej, jak powiada Horacyusz w swojej — Na moją duszę, wiersze?
Nataniel.  Wiersze, mospanie, a do tego bardzo uczone wiersze.
Holofern.  Odczytaj mi choć jedną zwrotkę, strofę, stancę. Lege, domine.

Nataniel  (czyta). Przeniewierca z miłości, miłość przysiądz pragnę;
Bo niezmienne jest słowo jasnym oczom dane;
Sobie niewierny, wiernym wiecznie ci zostanę:
Myśl, dąb dla mnie, przed tobą jakby trzcinę nagnę.
Błędny wprzód umysł, odkąd czyta w twych źrenicach,
Poznał wszystkie rozkosze i zachwyty sztuki;
Kto ciebie ujrzał, wszystkie zgłębił ten nauki;
Mądry język, co godnie o twych śpiewał licach.
Nizkie cię tylko widzą bez zachwytu dusze,
Ja też dumny, że widzieć i kochać cię muszę.
Twój wzrok jest błyskawicą, głos twój, gdy surowy,
Jest jak piorun, inaczej słodki jak muzyka.
O, aniele! miłości przebacz śmiertelnika,
Że niebios córkę śpiewa śmiertelnemi słowy.

Holofern.  Nie oddajesz z potrzebną energią apostrofu, dlatego też chybiasz w akcencie. Pozwól mi raz jeszcze przejrzeć kanconettę. Liczba zgłosek zachowana, ale i na tem koniec. Co do eleganoyi, łatwości, złotej kadencyi poetycznej, caret. Ovidius Naso, to mi człowiek; a dlaczego proszę Naso, jeśli nie dlatego, że umiał wąchać wonne kwiaty wyobraźni, wstrząśnienia inwencyi? Imitari jest nic: i pies robi za panem, i małpa za dozorcą, i koń tresowany za jeźdzcem. Ale damozello, panienko, czy to do ciebie pisano?
Żakien.  Tak jest, przez niejakiego pana Birona, jednego z dworzan cudzoziemskiej królewny.
Holofern.  Rzućmy oko na adres. „Do śnieżno-białej rączki najpiękniejszej pani Rozaliny.“ Wejrzyjmy raz jeszcze na i treść listu; zobaczmy imię adresującej i osoby adresowanej. „Twój sługa, pani, na wszystko gotów, Biron,“ Wielebny Natanielu, ten Biron jest to jeden ze sprzymierzonych królewskich; wystosował on ten list do towarzyszki obcej królewny; a list, przypadkowo albo drogą postępu, zabłąkał się. Dreptaj, moja duszko, oddaj ten papier w królewskie ręce. Jego królewskiej mości wiele na tem może zależeć. Mniejsza o komplementa, uwalniam cię na ten raz od powinności. Adieu!
Żakien.  Dobry Łepaku, chodź ze mną. Niech Bóg zachowa waspanów!
Łepak.  Jestem gotowy, dziewczynko.

(Wychodzą: Żakienetta i Łepak).

Nataniel.  Zrobiłeś to panie, w bojaźni bożej i bardzo pobożnie, a jak to mówi jeden ojciec kościoła —
Holofern.  Nie mów mi o ojcach kościoła, boję się farb farbowanych. Ale wracając do wierszy, czy ci się podobały, wielebny Natanielu?
Nataniel.  Cudownie, co do stylu.
Holofern.  Zaproszony dziś jestem na obiad przez ojca jednego z moich uczniów. Jeśli ci po myśli, nim siądziemy do stołu, zaszczycić nas twojem błogosławieństwem, mocą powagi, której używam u rodziców wyżej wzmiankowanego wyrostka albo ucznia, podejmuję się otrzymać ci ben venuto, a przy obiedzie dowiodę, że wiersze te zdradzają nieuctwo, nie mają ani poetycznego smaku, ani dowcipu, ani inwencyi. Błagam cię, zaszczyć nas swoją obecnością.
Nataniel.  Dziękuję z całego serca, bo towarzystwo, mówi tekst, jest szczęściem żywota.
Holofern.  A tą razą tekst niewątpliwą mówi prawdę. (Do Tępaka) Ciebie także zapraszam. Nie sądzę, żebyś mi obciął nie powiedzieć: pauca verba. Idźmy! Gdy dwór bawi się polowaniem, użyjmy też i my naszego wczasu.

(Wychodzą).

SCENA III.
Inna część parku.
(Wchodzi Biron z papierem w ręku).

Biron.  Król poluje na jelenia, ja poluję na samego siebie: oni łapią ptastwo smolnym lepem, ja się sam smołą oblepiłem, smołą, która plami; plami! brzydkie słowo! Niech i tak będzie! Ukój się boleści! bo jak powiadają, błazen to powiedział, a ja dziś na błazna wyszedłem. Dobrze rozumujesz, dowcipnie! przez Boga, ta miłość jest szalona jak Ajax, zabija barany, zabije też i mnie, mnie barana. To drugi niezbity na moją obronę dowód. Nie chcę kochać, niech mnie powieszą, jeśli będę kochał; nie, przysięgam, nie chcę. Ale ach! jej oczy! na to światło dzienne, gdyby nie jej oczy, nie kochałbym jej, tak jest, gdyby nie dwoje jej oczu. Ale postrzegam, że tylko kłamię, bezwstydnie samemu sobie kłamię. Na niebo, kocham; to mnie nauczyło rymować, melancholizować, a oto próbki moich rymów i mojej melancholii. Cóż robić! Odebrała już jeden mój sonet; pajac go poniósł, szaleniec go posłał, a odebrała go pani: słodki pajac, słodszy szaleniec, a najsłodsza pani! Na świat przysięgam, że gdyby i trzej inni w te same wpadli sidła, nie troszczyłbym się o to więcej, niż o szpilkę. Ale widzę, że zbliża się z nich jeden z papierem; o Boże, ześlej mu wzdychanie!

(Włazi na drzewo. — Wchodzi król z papierem).

Król.  Niestety!

Biron  (na str.). Postrzelony, jak Bóg żywy! Dalej, słodki Kupidynie! Trafiłeś go twoją ptasią kuszą pod lewą brodawkę: na uczciwość — tajemnice!

Król  (czyta). Nie tak słodkim całunkiem złote słońce darzy
Świeżą kroplę poranku na róż listkach drżącą,
Jak ócz twych złoty promień, gdy na mojej twarzy
Pije rosę wśród chłodów nocy spadającą;
I nie tak jasno promień srebrnego księżyca,
Przegląda się w srebrzystym jasnych wód krysztale,
Jak się jasno twe piękne przeglądają lica
We łzach, co z ócz mych płyną jak wód wieczne fale.
Każda łza jest rydwanem; z jego wysokości,
Okrutna, z cierpień moich śmiejesz się i szydzisz,
Na moją twarz poglądasz, a w mojej bladości
Tylko pewny twój tryumf i twą chwałę widzisz.
Okrutna, czyliż w wiecznych smutków przepaść wpadłem?
Czy wiecznem łzy me będą dla ciebie zwierciadłem?
Twych wdzięków, o! królowo królowych wszechwładna,
Ani język wypowie, ni myśl pojmie żadna. —
By się jej dostał, tu papier zostawię;
Słodkie szaleństwo, ukryj się w tej trawie!

(Odchodzi na stronę. — Wchodzi Longaoille z papierem).

Ha, to Longaville; czyta zadumany.
Biron  (na str.). Witaj nam, trzeci szaleńcze zbłąkany!
Longav.  Niestety! krzywoprzysiągłem.
Biron.  Prawda, przychodzi z papierem jak krzywoprzysięzca[8].
Król  (na str.). Kolega, widzę, w grzechu i katuszy.
Biron  (na str.). Pijak pijaka kocha zwykle z duszy.
Longav.  Jamże jest pierwszy z krzywoprzysiężników?
Biron  (na str.). Pociesz się, dwóch już miałeś poprzedników:
Ty szubienicy trzecie drewno w rzędzie,
Na której cnota nasza wisieć będzie.
Longav.  Wiersz ten zbyt słaby, serca jej nie wzruszy;
Słodka Maryo! królowo mej duszy!
Sądzę, że proza lepiej myśl mą wyda.
Biron  (na str.). Rym, to jest lampas na spodniach Kupida;
Nie szpeć ich, proszę.

Longav.  Wolę tak je posiać.
(Czyta) Twoich oczu niebieską ujęte wymową
Me serce niegdyś dane zgwałciło przysięgi,
Lecz grzechem być nie może dla takiej potęgi
O przysięgach zapomnieć, złamać dane słowo.
Kobiet się wyprzysięgłem, — ty jesteś bogini;
Nie kochałem ziemianki, kochając anioła;
Jeżeli miłość moja zyskać twoją zdoła,
Twoja miłość, aniele, niewinnym mnie czyni.
Ślub mój tchnieniem byt tylko, tchnienie parą było,
Którą ty, słońce moje, jak parę wypiło;
Samemu sobie obcy wsiąkłem odtąd w ciebie.
Jeżeli to jest grzechem, pośród głupców tłumu
Gdzie głupiec, coby dosyć nie znalazł rozumu,
Aby grzech taki spełnić i utonąć w niebie?
Biron  (na str.). Miłośne szały z mięsa bóstwo czynią,
Głupiuchną gąskę zmieniają w boginią;
To bałwochwalstwo! Niech nam Bóg poradzi,
Na dobrą drogę zbłąkanych sprowadzi!

(Wchodzi Dumain z papierem).

Longav.  Jak jej to posłać? — Ale ktoś nadchodzi.

(Odchodzi na stronę).

Biron.  Widząc, że w zmrużka gramy jakby młodzi,
Niby półbożek, chmurami owity,
Na ból poglądam w ludzkich piersiach skryty.
To worek nowy do jednego młyna.
Wszystko po mojej myśli iść zaczyna;
I Dumain marzy wśród miłosnych smutków:
W jednym półmisku czterech widzę dudków.
Dumain.  O, Kasiu boska!
Biron  (na str.). Szalony błazenku!
Dumain.  Z nieba na ziemię zesłany aniele!
Biron  (na str.). Mało w niej nieba: gliny tylko wiele.
Dumain.  Bursztyn ćmią blaskiem włosy bursztynowe.
Biron  (na str.). Kruk bursztynowy! widowisko nowe.
Dumain.  Jak cedr wysmukła.
Biron  (na str.).A chodzi zgarbiona,
Rzekłbyś, że w ciąży oba jej ramiona.

Dumain.  Jak dzień pogodna,
Biron   (na str.).Jak jest dzień czasami,
Kiedy się słońce schowa za chmurami.
Dumain.  Mym prośbom. Boże, racz dać wysłuchanie!
Longav.  (na str.). I moim także!
Król  (na str.).I moim, o panie!
Biron  (na str.). I moje amen niech wszystko uświęci!
Dumain.  Darmo ją pragnę wyrzucić z pamięci;
Ona, jak febra, we krwi mojej płynie,
I myśleć każe o sobie jedynie.
Biron  (na str.). Krwi sobie upuść co prędzej człowiecze,
Na salaterkę z krwią może wyciecze.
Dumain.  Zobaczmy, jak ją muza moja śpiewa.
Biron  (na str.). Nowa piosenka na stare motywa.
Dumain  (czyta). Raz w pogodnym ranku wiosny
Miłość, której wiosna wszędzie,
Ujrzała różę na grzędzie,
Z którą igra wiatr miłosny,
I z westchnieniem się przemyka
W jedwabne kwiatka osłony;
A kochanek zasmucony
Chciałby cieniem być wietrzyka.
Wietrzyk może cię całować;
Jakbym chciał tak tryumfować!
Lecz przysięga mojej dłoni
Uszczknąć z cierni twej cię broni!
Ciężkie prawo dla krwi młodej,
Na miłości chciwej miody.
Nie bierz mi za grzech, kochanko,
Że z przysiąg igraszkę robię;
Jowisz przysiągłby przy tobie,
Że Junona jest cyganką,
O swemby zapomniał niebie,
Został śmiertelnym dla ciebie.
Z tą odą, bilet, w prostszej trochę mowie,
Mojej miłości smutki jej wypowie.
Ach, gdyby król mój i jego wasale
Mym złym przykładem kierować się chcieli!

Hańbę mą zmniejsza, kto mą hańbę dzieli:
Gdzie wszyscy grzeszą, nie grzeszy nikt wcale.
Longav.  (pokazuje się). Nie ma litości miłość twa, Dumainie,
Gdy chcesz na drugich przelać twe cierpienie.
Wyglądaj blado! Jabym się rumienił,
Gdybym tak nagle słowo moje zmienił.
Król  (pokazuje się). Więc wstydź się teraz; jak on w miłość wkuty,
Dwa razy grzeszysz, robiąc mu wyrzuty.
Nie, nie, Longaville Maryi nie kocha,
W czułych sonetach do ócz jej nie szlocha;
Nie miał na piersiach załamanych dłoni,
Aby mu serce nie uciekło do niej.
W krzaku tym skryty wszystko podsłuchałem,
I za was obu wstydzić się musiałem.
Znam uczuć waszych poetyczną miarę,
Widziałem nawet westchnień waszych parę;
Wiem, jak się w rymach waszych przemieniały
Na złoto włosy, oczy na kryształy.
(Do Longav.) Tyś był dla raju słowo gotów złamać,
(Do Dum.) Dla twej piękności Jowisz gotów kłamać.
Nie wiem, co powie Biron, gdy usłyszy,
Czem dane słowo jest dla towarzyszy.
Jak srogo dowcip jego na was wsiędzie!
Jak tryumfować i śmiać się z was będzie!
Nie chciałbym nawet i za góry złota,
By równa o mnie doszła go sromota.
Biron.  Niech więc obłuda chłostę swą dostanie.
Przebacz mi, błagam, królu mój i panie!

(Złazi z drzewa).

Jak śmiesz, ujęty sam w miłości pęta,
Za miłość karcić biedne niebożęta?
Królu, czy oczy twe nie są rydwanem,
A łzy zwierciadłem pewnej księżnie danem?
Nie gwałcisz słowa, a mgliste sonety
Składają tylko biedne wierszoklety.
Pojąć nie mogę, jak was wstyd nie pali,
Żeście tak łatwo złapać się im dali.
Ty w jego, w twojem król źdźbło ujrzał oku,

Ja w trzech źrenicach dostrzegłem bierwiono;
Co za komedyę widziałem szaloną
Westchnień i jęków, łez gorzkich potoku!
Jakżem się cały od wstydu czerwienił,
Gdy się w mych oczach król w komara zmienił!
Alcyd w mych oczach siekł frygę biczykiem,
Mądry Salomon został tanecznikiem,
Sam Nestor w pliszki grał z pacholętami,
Surowy Tymon bawił się łątkami!
Gdzie boleść twoja, powiedz mi, Dumainie?
Ty Longavillu, gdzie twoje cierpienie?
Królu, gdzie twoje? Wszystkie w głębiach serca.
Pijcie tyzannę!
Król.  Zły z ciebie szyderca.
Postrzegam, żeśmy zdradzili się sami.
Biron  Mnie, a nie sobie jesteście zdrajcami,
Mnie, co z uczciwą duszy mej prostotą,
Złamanie przysiąg sądziłem sromotą,
Com się zapisał do zmiennego koła
Jak chorągiewka na dachu kościoła.
Kto mnie i kiedy na sonecie schwyta?
Kiedy mnie wzdychać nauczy kobieta?
Lub kiedy ludzie oskarżyć mnie mogą,
Ze wpadłem w zachwyt przed ręką lub nogą,
Przed twarzą, okiem, ustami lub nosem,
Kibicią, piersią, czołem albo włosem,
Łydką lub palcem —
Król.  Co za cwał szalony!
Czy to uczciwiec, czy złodziej tak bieży?
Biron  O, puść mnie, czułych monarcho pasterzy,
Bo przed miłością uciekam strwożony!

(Wchodzą: Żakienetta i Łepak).

Żakien.  Bóg z tobą, królu!
Król.  Co poseł powiada?
Łepak.  Wyraźna zdrada.
Król.  Co tu robi zdrada?
Łepak.  Co? Nic nie robi.
Król.  Gdy tak, poseł z zdradą

Niech sobie razem tain, gdzie chcą, pojadą.
Żakien.  Weź list ten, królu, może ci się przydać;
Ksiądz proboszcz mówi, że w nim zdradę widać.
Król  (oddając list Bironowi). Weź list Bironie i czytaj nam głośno.
Kto ci go wręczył?
Żakien.  Łepak.
Król.  A kto tobie?
Łepak.  Dał mi go dun Adramadio, dun Adramadio.
Król.  A to co znowu? Czemu drzesz te karty?
Biron.  Niema w nich zdrady; to są czyste żarty.
Longav.  Patrzcie, jak gniewem płoną jego lice,
Poznaćby warto listu tajemnice.
Dumain.  Birona ręka i podpis Birona (zbiera lcawałki listu).
Biron  (do Łepaka). Jędzo, na hańbę moją urodzona!
Zgrzeszyłem, królu! wyznaję, wyznaję.
Król.  Co?
Biron.  Czwarty głupiec do kwadratu staje;
My trzej, w kompanii króla jegomości,
Śmierciśmy godni — złodzieje miłości.
Odpraw tych ludzi, wyznam prawdę czystą.
Dumain.  Czterech nas teraz.
Biron.  Idziemy parzysto.
Niech te turkawki wrócą na gniazdeczko.
Król.  Wracaj do domu razem z tą dzieweczką.
Łepak.  Wracamy, panie. Błogosław wam, Boże!
Nie dla nas miejsce na zdrajców soborze.

(Wychodzą: Łepak i Żakienetta).'

Biron.  Niech mi z was każdy rękę teraz poda.
Młodzi, młodości nie przeszliśmy miary:
Za gwiazd wpływami morska płynie woda,
Krwi młodej rozkaz nie ostudzi stary.
Człek przeznaczeniom swym nie może kłamać,
Dlatego słowo musieliśmy złamać.
Król.  Więc list miłosne rozpowiadał męki?
Biron.  Kto Rozaliny boskie ujrzał wdzięki
I zaraz, jak Gwebr, gdy słońce iskrzyste
Od wschodu bramy otworzy złociste,
Nie upadł ślepy, a usty niememi

W pokorze ducha nie całował ziemi?
Gdzie wzrok jest orli, co wytrzymać zdoła
Palący ogień boskiego jej czoła,
I blaskiem jego nie padnie olśniony?
Król.  Co mówisz? Szał cię unosi szalony.
Jedno jest słońce na niebios sklepieniu —
Kochanka moja, pani twej kochanki;
Wszystkie piękności, jak wierne poddanki,
Szlakiem jej krążą w pokornem milczeniu,
Wszystkie się grzeją ogniem jej oblicza,
I świecą światłem, które im pożycza.
Biron.  Więc się już Biron, Bironem nie zowie,
To nie są oczy, tylko szkiełko w głowie.
Dzień dniem jedynie przez jej jest źrenice;
Co Bóg piękności na tej ziemi stworzył,
Jakby na jarmark zbiegło na jej lice,
I z wszystkich wdzięków wdzięk jeden się złożył,
Któremu nigdy na niczem nie braknie,
Czego najchciwsza żądza chciwie łaknie.
O, gdybym posiadł wszystkich mówców czary!
Lecz nie! nie dla niej są blichtry wymowy;
Niech kupiec chwali przedajne towary,
Ją krzywdzi, kto ją chwalić pragnie słowy.
Pustelnik zgięty pod setkiem jesieni
Niech spojrzy na nią — do młodości wróci.
Bo w jej się wzroku zima w wiosnę zmieni,
I starzec kulę jak dziecko odrzuci.
Ona jest słońcem, przez które świat żyje!
Król.  Piękność twa czarna jak hebanu kije.
Biron.  O, rajskie drzewo! jeśli jest jak ona;
Błogosławieństwem z drzewa tego żona.
Przynieście biblię, a przysięgę złożę,
Że być pięknością piękność ta nie może,
Która się na jej nie kształciła wzorze,
Bo każdej twarzy białość będzie marna,
Jeśli nie będzie jak twarz mojej czarna.
Król.  Duby! Wszak czarność piekła jest znamieniem,
Żeni się z nocą, trwogą i więzieniem.

Jasną jak jasny dzień piękność być musi.
Biron.  Niż duch światłości łatwiej dyabeł kusi.
Jeżeli czarność odziała jej lica,
To znak żałoby, że kosa kradziona
I twarz malarską sztuką nawiedziona,
Fałszywym wdziękiem kochanków zachwyca.
Dziś czarność wszelkiej piękności jest wzorem,
I kręw fałszywym zda się dziś kolorem.
Zmienia się moda, a lica przed laty
Dumne, że kwitły na nich róży kwiaty,
Zaczną się czarną farbą dziś malować,
Aby jej czoła heban naśladować.
Dumain.  Za jej się wzorem czernią kominiarze.
Longav.  I jej blaskami jaśnieją węglarze.
Król.  Adonisami zostali murzyni.
Dumain.  I świec nie trzeba, bo noc światłość czyni.
Biron.  Niechaj się deszczu piękność wasza strzeże,
Pokost jej zmyje i piękność zabierze.
Król.  Ale się za to deszcz ten twojej przyda,
Bo prawdę mówiąc, ujrzeć mi się zdarzy,
Niemało dzisiaj nieumytych twarzy,
Z których się każda jaśniejszą mi wyda.
Biron.  Wieki nie starczą o jej mówić pięknie.
Król.  Człowiek ten, widzę, dyabta się nie zlęknie.
Dumain.  Kto lichy towar drożej cenić zdoła?
Longav.  (pokazując na swój trzewik).
Oto jest portret twojego anioła.
Biron.  Twemi oczyma wybrukuj ulice,
Bruk ten niegodny nóżki jej całować.
Dumain.  Po takim bruku chodzące dziewice
Mogą i głową na dół spacerować.
Król.  Wszystko to dobrze — kochamy się przecie.
Biron.  I wszyscy dane złamaliśmy słowo.
Król.  Teraz, Bironie, czas ruszyć wymową
I dowieść, żeśmy niewinni jak dziecię.
Dumain.  Odkryj tekst jaki, jakie prawo stare.
Longav.  I dyabła jakim oszukaj fortelem.
Dumain.  I wymyśl balsam na naszą niewiarę.

Biron.  Mam więcej, niźli potrzeba, dowodów. —
Słuchajcie tedy, miłości żołnierze:
Naprzód, do czego przysięga nas wiąże?
Uczj-ć się — pościć — od kobiet uciekać:
Lecz to królewskiej młodości jest zdradą.
Bo czyż żołądek młody pościć może?
Tysiące chorób rodzi wstrzemięźliwość.
Znowu, wartować księgi przysięgając,
Każdy najlepszej księgi się wyprzysiągł.
Możecież jeszcze marzyć, ślepić, ślęczyć?
Czyżbyście kiedy, królu i panowie,
Wielkiej nauki szczery grunt znaleźli
Bez pierwszej książki — bez kobiecej twarzy?
Ja prawdę w oczach kobiety znalazłem:
W nich jest podstawa, w nich szkoła jedyna,
Z której wytryska ogień prometejski.
Alboż nie wiecie, że długie ślęczenie
Więzi w arteryach subtelniejsze duchy.
Jak długa podróż, trudy nieustanne,
Niweczą dzielność silnego wędrowca?
Potem, kto przysiągł kobiety nie widzieć,
Ten przysiągł, że swych oczu użyć nie chce,
Ten nawet przysiągł, że się nie. chce uczyć,
Bo gdzie ten pisarz, w którego jest dziełach
Piękności więcej niż w kobiety oku?
Wszelka nauka jest naszym nabytkiem;
Gdzie my, tam z nami nasza jest nauka;
Gdy się więc w kobiet oku przeglądamy,
Czy nie widzimy tam naszej nauki?
Do nauk równie przysięga nas wiąże,
Lecz my najlepszych ksiąg się wyprzysięgli,
Bo, czyżbyś, królu, albo wy, panowie,
Zdołali znaleźć w ołowianej pracy
Ogień natchnienia, którego wam skarby
Oczy piękności zlały tak obficie?
Inne nauki w mózgu tylko siedzą;
Dlatego, kto im poświęcił swą pracę,
Ubogie tylko zbiera na nich żniwo,

Lecz miłość, której kobiet oko uczy,
Nie w jednym mózgu żyje wmurowana,
Lecz jak myśl szybka, wśród żywiołów ruchu,
Do wszystkich naszych zdolności przecieka
I dwoi wszystkie potęgi i siły,
Wszystkie nad zwykłe podnosi granice.
Oczy kochanka, miłością rozślnione,
Znoszą promienie, w których orzeł ślepnie;
Kochanek słyszy, czego nie podchwyci
Nawet złodzieja podejrzliwe ucho;
Kochanka stokroć czulsze dotykanie
Niż są ślimaka macki delikatne;
Miłości język zawstydzi Bachusa,
A czy odwagą nie jest Herkulesem,
Chciwie na drzewo Hesperyd się pnącym?
Jak Sfinx subtelna, a dźwięczna jak lutnia,
Której strunami złoty włos Apolla,
Gdy miłość mówi, jej głos Olimp cały
Do snu kołysze harmonijnym echem.
Nigdy poeta nie śmie pióra dotknąć,
Póki w miłości łzach go nie umoczy,
A wtedy wzrusza dzikich ludzi serca,
Miękczy tyranów dusze nieugięte.
Tegom się w oczach kobiety nauczył;
Z nich tryska czysty ogień prometejski,
To szkoły, księgi, sztuki i nauki,
Któremi wiecznie świat karmi się cały,
Bez których wszystko płaskie i nikczemne.
Głupcy, i wy się kobiet wyprzysięgli!
Zaprawdę, jeśli dotrzymacie słowa,
Przez chęć nauki w głupców się zmienicie.
A więc, przez mądrość, wszystkim drogą ludziom,
A więc, przez miłość, której ludzie drodzy,
Przez ludzi, którym byt winne kobiety,
I przez kobiety, których tworem ludzie,
Złammy przysięgę, aby się ocalić,
Lub wszyscy zginiem przysiędze tej wierni.
Krzywoprzysięstwo takie jest religią:

Wszak prawo całe na miłości stoi,
Możemyż grzeszyć, gdy słuchamy prawa?
Król.  Więc naprzód, bracia! Pomóż, Kupidynie!
Biron.  Więc naprzód! naprzód! rozwińcie sztandary!
Więc śmiało naprzód! Pamiętajcie tylko,
Byśmy je zawsze pod słońcem trzymali.
Longav.  Do dzieła teraz, już słów było dosyć!
Chcecież w umizgi iść do tych Francuzek?
Król.  I chcemy wygrać i serca ich podbić.
Dlatego trzeba wynaleźć nam sposób,
Jakby ich nudy w namiotach rozpędzić.
Biron.  Naprzód, tu z parku musim je sprowadzić;
W drodze niech każdy swojej chwyci rękę;
A po obiedzie wymyślim zabawę,
Jaką nam krótkość czasu da ułożyć.
Bo pląsy, śmiechy, maski i pustoty
Rzucają kwiaty przed miłości nogi.
Król.  Dalej, panowie, śpieszmy się! czas drogi,
Nie traćmy chwili, dalej do roboty!
Biron.  Kto sieje kąkol, pszenicy nie zbierze,
Bo sprawiedliwość wagę trzyma w mierze.
Kto wie, czy kiedyś te puste kobiety
Krzywoprzysięstwu nie wymierzą kary;
Jeśli tak będzie, kupimy towary,
Godny skarb naszej miedzianej monety. (Wychodzą).


AKT PIĄTY
SCENA I.
Inna część parku.
(Wchodzą: Holofernes, Nataniel i Tępak).

Holofern.  Salin quod sufficit.
Nataniel.  Chwalę Boga za ciebie, kochany panie; twoja argumentacya przy obiedzie była bystra i sentencyonalna, wesoła bez rozpusty, dowcipna bez przesady, śmiała bez bezczelności, uczona bez zarozumiałości i oryginalna bez kacerstwa. Rozmawiałem ja quondam z królewskim towarzyszem, który się tytułuje, mianuje, lub nazywa Don Adriano de Armado.
Holofern.  Novi hominem tanquam te. Charakter jego dumny, słowa wyrokujące, wyostrzony język, ambitne oko, chód majestatyczny, a całe postępowanie próżne, śmieszne i junackie. Zbyt jest wymuskany, wyfiokowany, zbyt dziwny, że tak powiem, za wielki peregrynant, jeśli mi wolno tak się wyrazić.
Nataniel.  Oryginalny i wyborowy epitet (dobywa pugilaresu)!
Holofern.  Nić swojej gadatliwości cieniej przędzie niż wątek swojej argumentacyi. Nienawidzę tego rodzaju fanatycznych fantastów, tego rodzaju nietowarzyskich, wybrednych kompanów, tego rodzaju katów ortografii, którzy mówią, jakby się należało mówić jeich, rózeczka zamiast rózedżka, d, ż, k, a, a nie c, z, k, a; oni wymawiają obuty zamiast obzuty, a magister skrócili na majster. To abhominacya, a jakby oni powiedzieli abominacya; to mi prawie insanię insynuje; ne intelligis me, domine? To robi mnie frenetykiem, lunatykiem.
Nataniel.  Laus Deo, bone intelligo.
Holofern.  Bone? bone za bene; Pryscyan trochę pokiereszowany; ale mniejsza o to.

(Wchodzą: Armado, Ćma i Łepak).

Nataniel.  Videsne, quis venit?
Holofern.  Video et gaudeo.
Armado  (do ćmy). Pachołcze!
Holofern.  Quare pachołcze a nie pachołku?
Armado.  Mężowie pokoju, szczęśliwe spotkanie!
Holofern.  Najwaleczniejszy z żołnierzy, salutujemy.
Ćma  (na stronie do Łepaka). Byli na wielkiej uczcie języków i pokradli okruszyny.
Łepak.  Długo żyli słów tych wybierkami. Dziwi mnie tylko, że cię dotąd pan twój nie połknął zamiast słowa, bo o całą głowę nie jesteś tak długi jak honorificabilitudinitatibus; łatwiej cię połknąć niż ostrygę.
Ćma.  Cicho! zaczynają dzwony.
Armado  (do Holofernesa). Wszak piśmienny z asana człowiek?
Ćma.  Tak jest, tak jest, uczy dzieci abecadła. Co jest e, b w spak sylabizowane, z rogiem na głowie?
Holofern.  Pueritia, be, z rogiem w dodatku.
Ćma.  Be, głupi baran, z rogami; patrz, jaki uczony!
Holofern.  Quis, quis, ty spółgłosko?
Ćma.  J i pierwsza samogłoska, jeśli ty odpowiesz, a T i ostatnia, jeśli ja.
Holofern.  Zobaczmy. Ja —
Ćma.  Baran; teraz na mnie kolej: ta, te, ti, to, tu, ty.
Armado.  Na słone fale Śródziemnego morza! dobry przycinek, sprytny wybuch dowcipu; pif, paf, dopiekł mu do żywego; raduje się moje serce; prawdziwy dowcip!
Holofern.  Dysputujesz jak dziecko; poszedłbyś lepiej bawić się frygą.
Ćma.  To pożycz mi twojego rogu, bym sobie frygę wystrugał, a biczem popędzę twoją niesławę circum circa; fiyga z rogala rogu!
Łepak.  Gdybym za całą fortunę grosz posiadał, dałbym ci go na piernik; weź więc, co mam; to cała remuneracya, którą od twojego pana dostałem, ty torebko dowcipu, ty gołębie jaje rozumu. Ach, czemu się nie podobało niebu, żebyś moim był bękartem! Jakby się tobą radował twój ojciec! Zuch z ciebie, umiesz wszystko ad drągiem, to jest, na palcach.
Holofern.  Czuję fałszywą łacinę: ad drągiem, zamiast ad unguem.
Armado.  Majstrze, preambuła; zostawmy tu tych barbarzyńców. Czy nie edukujesz młodzieniaszka w wielkim domu na szczycie góry?
Holofern.  Albo montis, pagórka.
Armado.  Jak ci się podoba, niech będzie i montis zamiast góry.
Holofern.  Tak jest, sine dubio.
Armado.  Mości panie, jest najgorętszem życzeniem i pragnieniem jego królewskiej mości powitać księżniczkę w jej pawilonie, na dzisiejszego dnia tyłku, który pospólstwo nazywa popołudniem.
Holofern.  Tyłek dnia, mości panie, jest to wyrażenie szlachetne, stosowne, właściwe i odpowiednie na popołudnie; wyraz jest dobrze uszczkniony, wybrany, słodkobrzmiący i dokładny; to poświadczam, to ja poświadczam.
Armado.  Król ten jest to pan szlachetny, mój przyjaciel poufały. Ale jaka nasza zażyłość, nie mówmy o tem, — proszę tylko o dyskrecyę. (Holofernes kłania się, zdejmując kapelusz) Nakryj, proszę, głowę. Co do innych ważnych i poważnych projektów głębokiej treści, możesz mi wierzyć, ale nie mówmy o tem — muszę ci jednak powiedzieć, że czasami podoba się jego królewskiej mości oprzeć się na mojem biednem ramieniu i królewskim swoim palcem ciągnąć mnie za moje ekskrementa, to jest moje wąsy — ale, kochany panie, nie mówmy i o tem. Na honor, co mówię, nie są bajki; podoba się czasem jego królewskiej mości zaszczycić oznakami poufałości Armada, żołnierza, podróżnika, który niemało widział świata, ale nie mówmy ani o tem — koniec końców — tylko, kochany panie, proszę o sekret — życzeniem jest jego królewskiej mości, abym ofiarował księżniczce — kochane kurczątko! — jakie rozkoszne widowisko, spektakl, maskaradę, paradę albo fajerwerk. Otóż ja, przekonany, że nasz ksiądz pleban i ty, kochany panie, jesteście jedyni ludzie do takiego rodzaju erupcyi, wybuchów radości, że się tak wyrażę, uwiadamiam was o wszystkiem i proszę o pomoc.
Holofern.  Należy przedstawić jej dziewięciu bohaterów. Wielebny Natanielu, idzie tu o uroczystość, o widowisko, mające się przedstawić na tyłku dnia tego przy naszej pomocy, to rozkaz króla i prośba tego walecznego, dostojnego i uczonego szlachcica, w przytomności księżniczki. Otóż, mojem zdaniem, nic właściwszego, jak przedstawić im dziewięciu bohaterów.
Nataniel.  A gdzie znajdziemy ludzi dość — godnych reprezentować godnie tych bohaterow?
Holofern.  Jozue — ty sam, wielebny dobrodzieju, będziesz Jozuem; ja albo waleczny ten szlachcic Judaszem Machabeuszem; ten pachołek, biorąc na uwagę rozmiary jego członków albo stawów, może ujść za Pompejusza Wielkiego; paź będzie Herkulesem.
Armado.  Z przeproszeniem, jest w tem pomyłka. Niema w nim dość mięsa na wielki palec tego bohatera; on mniejszy od końca jego maczugi.
Holofern.  Proszę o posłuchanie. Paź będzie przedstawiał Herkulesa w małoletności; rola jego ograniczy się na uduszeniu węża, a ja napiszę stosowną do tego oracyę.
Ćma.  Wyborny projekt! Jeśli przypadkiem syknie jaki słuchacz, będziesz mógł wykrzyknąć: wybornie, Herkulesie! dusisz, widzę, węża. Tym sposobem afront zmienisz na pochwałę, co nie lada komu się uda.
Armado.  A co do reszty bohaterów?
Holofern.  Ja sam trzech się podejmuję.
Ćma.  O, trzykroć dzielny bohaterze!
Armado.  Czy wiecie, co wam powiem?
Holofern.  Słuchamy.
Armado.  Jeśli się to nie uda, damy im pantominy. Chodźcie tylko ze mną.
Holofern.  Dalej, bracie Tępaku, przez cały ten czas nie przebąknąłeś jednego słowa.
Tępak.  I nie zrozumiałem jednego.
Holofern.  Allons! znajdzie się i dla ciebie robota.
Tępak.  Przydam się może do tańca, albo do czego innego, albo będę bił w bębenek bohaterom, gdy zaczną wybijać hołubce.
Holofern.  Tępa z ciebie sztuka, uczciwy Tępaku. Do dzieła! idźmy! (Wychodzą).

SCENA II.
Inna część parku. Przed pawilonem księżniczki.
(Wchodzą: Księżniczka, Katarzyna, Bozalina i Marya).

Księżnicz.  Zanim odjedziem, będziemy bogate,
Jeśli prezenta sypać się tak będą.
Dyamentami zasypana pani!

Patrzcie, co król mi zakochany przystał.
Rozalina.  Czy z podarunkiem nic nie przysłał więcej?
Księżnicz.  Nic? Rymów także i miłosnych wierszy,
Ile się może zmieścić na arkuszu,
Po obu stronach, nawet na krawędziach;
Pieczętowane wszystko Kupidynem.
Rozalina.  Teraz przynajmniej bożek cicho siedzi,
Gdy się trzepotał przez lat pięć tysięcy.
Katarz.  Brzydki wisielec, pełne zdrady chłopię!
Rozalina.  Znieść go nie możesz, bo siostrę ci zabił.
Katarz.  Ukradł jej łotrzyk pokój i wesele,
Zabił ją. Gdyby twoją miała duszę,
Lekką, ruchawą, trzpiotliwą i zmienną,
Przed śmiercią wnuków swoichby widziała,
Bo lekkie serca długo zwykle żyją.
Rozalina.  Jaką myśl ciężką w lekkich kryjesz słowach?
Katarz.  Ciężko jest jasno rzecz lekkiej tłómaczyć.
Rozalina.  To zapal świecę i objaśń nas lepiej.
Katarz.  Nie mam ochoty ucierać ci nosa,
Wolę więc rzeczy w ciemności zostawić.
Rozalina.  Wiem, lubisz rzeczy, robione po ciemku.
Katarz.  Ty w twej lekkości i nocy nie czekasz.
Rozalina.  Lekką mnie zowiesz, bo mniej niż ty ważę.
Katarz.  To prawda, złota niewiele jest w tobie.
Rozalina.  I twoją wagą nie złoto, lecz ołów.
Księżnicz.  Dosyć przycinków. Powiedz, Rozalino,
I ty podobno odebrałaś prezent?
Kto? co ci przysłał?
Rozalina.  Wszystko wam pokażę.
Gdyby twarz moja twej była podobną,
Mój podarunek byłby równy twemu.
Mam też i rymy, dzięki Bironowi.
Jeśli tak dobrze wdzięki me policzył,,
Jak w swoich wierszach policzył sylaby,
To jestem pierwszą boginią na świecie,
Mam piękność pięknych dwudziestu tysięcy.
Mój portret w liście swoim odmalował.
Księżnicz.  Wiernie skreślony?

Rozalina.  Bardzo, co do liter,
Nie, co do pochwal.
Księżnicz.  Piękna, jak atrament —
Dobra konkluzya.
Katarz.  Albo jak B piękne
Na kaligrafa pięknym manuskrypcie.
Rozalina.  Daj pokój pędzlom, ty złota litero,
Co masz na twarzy tyle pięknych zero[9].
Księżnicz.  A Dumain jakie przysłał ci ofiary?
Katarz.  Tę rękawiczkę.
Księżnicz.  Jakto, nie do pary?
Katarz.  Dwie rękawiczki przysłał mi pachnące,
W przypisku rymów jakie dwa tysiące,
Licha ramota, z obłudy złożona,
Z wszystkich poetów po wierszu kradziona.
Marya.  Ten sznurek pereł mam od Longavilla,
I list, którego długość przeszło mila.
Księżnicz.  Sądzę, że lepiej byłby się przysłużyć
Gdyby list skrócił, a sznurek przedłużył.
Marya.  Tak jest, wyznaję, i nie chcę się wstydzić.
Księżnicz.  Co wy za mądre z kochanków tak szydzić!
Rozalina.  Za śmiech nam płacą, damy go im, ręczę.
Ja przed odjazdem Birona zamęczę;
Gdyby choć tydzień więzy moje nosił,
Jakżeby skomlał, łasił się i prosił,
Czekał w pokorze na słowo, spojrzenie,
Marnował dowcip na miłosne pienie,
Na moje tylko uważał skinienia,
Był ze swojego dumny poniżenia!
Zostałby, ręczę, przed tygodnia końcem
Igraszką moją, a ja jego słońcem.
Księżnicz.  To prawda, prawda, sprawa tam jest licha,
Gdzie mądry sam się na dudka wystrycha;
Bo dudek w mądrem gnieździe wylęgnięty,
Nauką silny, mądrością natchnięty,
Śmieszność swą długo sam przed sobą słoni,

Mędrca dowcipem głupstwo dudka broni.
Rozalina.  Krew w młodych żyłach mniej wrząca się toczy,
Niż gdy poważne serce miłość pali.
Marya.  Nad głupstwem głupca nikt się nie pożali,
Lecz głupstwo mądrych wszystkie razi oczy,
Bo im się bardziej młody dowcip sierdzi,
Tem lepiej tylko swoje głupstwo twierdzi.

(Wchodzi Boyet).

Księżnicz.  Zbliża się Boyet cały jaśniejący.
Boyet.  Dziś mnie zabije śmiech nieustający.
Księżnicz.  Cóż to?
Boyet.  Do broni! Ostrzedz was przychodzę,
Bo na wasz pokój najazd już jest w drodze,
Przebrana miłość nawalnie się toczy,
Odurzy ucho, oślepi wam oczy;
W cały się dowcip zbrójcie na spotkanie,
Lub uciekajcie, jak trwożliwe łanie.
Księżnicz.  Broń od Kupida, Dyonizy święty!
Przez kogo spisek przeciw nam napięty?
Boyet.  Chciałem pod klonu cienistą osłoną
Na chwilę zamknąć źrenicę znużoną,
Aż nagle szelest w odległości słyszę;
Patrzę, tu idzie król i towarzysze.
Ciekawy, co ich ku mym stronom niesie,
Co prędzej w blizkim schowałem się lesie,
I z ich rozmowy zrozumiałem tyle,
Że tu z maskami przybędą za chwilę;
Heroldem będzie paź młody i mały;
Słyszałem mowę — mówca doskonały,
A jeszcze z wielką uczyli go męką:
„To, tak wypowiesz, tu, tak machniesz ręką“,
Bo twe spojrzenie trwoży ich niemało.
By mu wśród mowy szyków nie zmieszało.
Król mówi: „chociaż zobaczysz anioła,
Nic drżyj, mów śmiało“, a na to paź woła:
„Widok anioła wcale mnie nie strwoży,
Gdyby to dyabeł, to byłoby gorzej“.
Wszyscy w śmiech, król go klepiąc po ramieniu,

Dodał śmiałości śmiałemu stworzeniu;
Trąc łokieć, jeden głosem wrzasnął całym:
„Takiej perory nigdy nie słyszałem;“
A drugi znowu, klaszcząc we dwa palce:
„Wiwat! wygrana w tej upartej walce!“
Trzeci z radości skakał i bił w pięty,
Czwarty chciał skoczyć i upadł jak ścięty,
I potem wszyscy w trawie się tarzali,
I tak serdecznie, tak długo się śmiali,
Ze jak za karę za śmiechy niewczesne,
Z ócz im trysnęły żalu łzy bolesne.
Księżnicz.  Więc jesteś pewny, że w te idą szlaki?
Boyet.  A idą strojni, jak jakie cudaki,
Idą przebrani niby za Moskali;
Każdy komplement kochance wypali,
A każdy znajdzie swoją bez trafunku,
Bo ją po swoim pozna podarunku.
Księżnicz.  Tak myślą? dobrze, wkrótce się pokaże:
Wszystkie maskami osłonimy twarze,
A mimo błagań, westchnień i rozpaczy,
Żaden nam końca nosa nie zobaczy.
Ty, Rozalino, weź moje klejnoty,
Król ci miłosne będzie plótł ramoty.
Bierz, spiesz się, twoje oddaj mi w zamianę:
Za Rozalinę przed Bironem stanę.
Niechaj to samo każda z was uczyni;
Niech do fałszywych wzdychają bogini.
Rozalina.  A niech znak każdy jasno w oczy wpada.
Katarz.  Na co ta cała zda się maskarada?
Księżnicz.  Żeby im wszystkie plany pokrzyżować.
Śmiać się przychodzą, myślą z nas żartować;
Lecz nie tak łatwo załapać dziewczyny.
Figiel za figiel — to mój plan jedyny.
Każdy nie swojej serce swe pokaże,
A kiedy później odsłonimy twarze,
Śmiać się będziemy, co gardła nam stanie.
Rozalina.  Gdy tańczyć zechcą, czy przyjmiem wyzwanie?
Księżnicz.  Nie, za nic żadna i nogą nie ruszy,

Ni ich wymowa serc naszych nie skruszy,
Lecz każda, głucha na słówka miodowe,
Ust nie otworzy, a odwróci głowę.
Boyet.  Na taką srogość serce ich zaboli,
I każdy całej swej zapomni roli.
Księżnicz.  Tego chcę właśnie, tą myślą cieszę się,
Że zbici z toru przepadną jak w lesie,
Bo żaden figel nie zrówna figlowi,
Jak gdy się figlarz we własną sieć łowi;
Tak bowiem śmiech ich śmiechem będzie naszym,
Gdy nasz jedyną naszą jest własnością;
Przywalim śmieszków własną ich śmiesznością,
Panów szyderców szyderstwem odstraszym.

(Słychać trąbkę w odległości).

Boyet.  Trąbkę już słychać, czas wam przywdziać maski.

(Damy biorą maski. Wchodzą: Król, Biron, Longaville i Dumain przebrani za Moskali, w maskach, Ćma, Muzykanci i Służba).

Ćma.  „Witam was, jasne ziemi tej oblicza!“
Boyet.  Jasne, jak jasną może być kitajka.
Ćma.  „Wszelkiej piękności święty, czysty wzorze!
(Damy odwracają się do niego tyłem).
Co kiedykolwiek zwrócił ku nam — pięty“ —
Biron.  Oczy, nicponiu, zwrócił ku nam oczy!
Ćma.  „Co kiedykolwiek zwrócił ku nam oczy.
Niebieskie duchy, raczcie dobrowolnie
Nie spojrzeć na mnie“ —
Biron.  Przeklęty hultaju,
„Raz spojrzeć na mnie“!
Ćma.  „Raczcie dobrowolnie
Raz spojrzeć na mnie niebieską źrenicą —
Raz spojrzeć na mnie niebieską źrenicą —
Boyet.  Nigdy nie wybrniesz z tego epitetu,
Radzę spróbować „czerwoną źrenicą“,
Ćma.  Słuchać mnie nie chcą, to mi szyki mąci.
Biron.  To dzielność twoja? Precz mi stąd, hultaju!
Rozalina.  Czego żądają obcy ci przybysze?
Spytaj Boyecie, a jeżeli który
Językiem naszym w stanie jest przemówić,

Wolą jest naszą, by w wszystkich imieniu,
Jeden po prostu sprawę ich przedstawił.
Boyet.  Czego żądacie od naszej księżniczki?
Biron.  Pokoju tylko i dobrej przyjaźni.
Rozalina.  Co mówią? Czego ode mnie żądają?
Boyet.  Pokoju tylko i dobrej przyjaźni.
Rozalina.  Więc im je daję, a niech z Bogiem idą.
Król.  Powiedz, żem milę niejedną przemierzył,
By z nią na darni jedną tańczyć miarę.
Boyet.  Mówi, że milę niejedną przemierzył,
Na darni z tobą jedną tańczyć miarę.
Rozalina.  Więc niech mi powie, ile w jednej mili
Cali naliczył; gdy zmierzył niejedną,
Łatwo mu będzie dać mi jednej miarę.
Boyet.  Skoro tak wielką liczbę mil zmierzyłeś,
Aby tu przybyć, księżniczka cię pyta,
Ileś naliczył cali w jednej mili?
Biron.  Powiedz, że drogę mierzyliśmy naszą
Zbolałą stopą.
Boyet.  Ona sama słyszy.
Rozalina.  Więc powiedz, ileś stóp zbolałych zrobił,
Aby z mil tylu jedną zmierzyć milę?
Biron.  Nie liczym tego, co robim dla ciebie;
Tak nieskończone nasze poświęcenie,
Żeśmy gotowi drugie tyle zmierzyć.
Racz nam pokazać twarzy twojej słońce,
Byśmy je czcili, jak czczą dzicy ludzie.
Rozalina.  Twarz ma, to księżyc, co we mgle się nurzy.
Król.  Mgła ta szczęśliwa, co za płaszcz ci służy!
Jasny księżycu, chmurą mgły okryty,
I wy, o jasne gwiazdy z jego świty,
Rozgońcie chmury, zwróćcie jasne lice
Na nasze łzami wilgotne źrenice.
Rozalina.  Mógłbyś się większej domagać usługi,
Niż czczego blasku dla płytkiej wód strugi.
Król.  Pozwalasz błagać? Więc zrób mi ofiarę
I odmierz ze mną jedną tańca miarę.
Rozalina.  Więc grzmij, muzyko! (Muz.) W pląsy, dziewki moje

Lecz nie — nie teraz — jak księżyc się mienię.
Król.  Czemu tak nagłe cofasz przyrzeczenie?
Rozalina.  Bo byłam w pełni, teraz w kwadrze stoję.
Król.  Księżyc księżycem, pełny czy dwurogi;
Żwawo, do tańca! słyszysz skoczne tony?
Rozalina.  Słyszą je uszy.
Król.  Niech słuchają nogi.
Rozalina.  Skoro przypadek w te przygnał was strony
Z ostatecznego ziemi naszej krańca,
Przyjmij mą rękę — ale nie do tańca.
Król.  Na co więc ręka? jakie twoje cele?
Rozalina.  Aby się rozstać, jak dwaj przyjaciele.
Teraz dyg jeden i piękne: żegnamy!
Król.  Jakto? i więcej nic nie otrzymamy?
Bądź szczodrobliwszą, błagam najgoręcej.
Rozalina.  Za taką cenę nie dostaniesz więcej.
Król.  Twe towarzystwo po twej kupię cenie,
Powiedz ją tylko.
Rozalina.  Twoje oddalenie.
Król.  Dać go nie mogę.
Rozalina.  To, kochany panie,
I nas nie kupisz. Przyjm więc pożegnanie,
Dwa dla twej maski, dla siebie połowę.
Król.  Odmawiasz tańca, przedłuż choć rozmowę.
Rozalina.  Chyba na stronie.
Król.  Nie ja się pożalę.

(Rozmawiają na stronie).

Biron  (do Księżniczki). Piękna, na słodkie twoje słówko liczę.
Księżnicz.  Miód, mleko, cukier — masz więc trzy słodycze.
Biron.  Trzy twe słodycze nie są mi do miary,
Dodam malmazyę, krupnik, lipiec stary,
Z trójki słodyczy zrobi się ich szóstka:
A co? czy dobrze wyrzucona kostka?
Księżnicz.  Bywaj mi zdrowa, ty siódma słodkości!
Bo nie mam chęci w fałszywe grać kości.
Biron.  Jedno wprzód słówko powiedzieć chcę tobie.
Księżnicz.  Byle nie słodkie.
Biron.  Wre mi żółć w wątrobie.

Księżnicz.  Żółć, to goryczka.
Biron.  A więc po twej woli.

(Rozmawiają na stronie).

Dumain  (do Maryi). Czy mi twa dobroć słówko rzec pozwoli?
Marya.  Słucham.
Dumain.  O piękna!
Marya.  Czy tak, piękny panie?
Piękny za piękna — to me pożegnanie.
Dumain.  Lecz nim je przyjmę, chcę wprzódy na stronie
Powiedzieć sekret w mojem skryty łonie.

(Rozmawiają na stronie).

Katarz.  (do Long.). A twoja maska czy jest bezjęzyczna?
Longav.  Wiem, czemu pytasz o to, pani śliczna.
Katarz.  Wiesz? a więc powiedz, jeśli twoja łaska.
Longav.  Wiem. Dwa języki słoni twoja maska,
Pragniesz więc skarbów, których masz za wiele,
Złożyć połowę w mojem niemem ciele.
Katarz.  Ach, nie wiedziałam, że pod maską cielę.
Longav.  To ja się z tobą wyrazem podzielę.
Katarz.  Zatrzymaj wszystko; na co mi połowa,
Może się cielę na wołu wychowa.
Longav.  Ciężko mnie ranisz, chcąc się tylko bawić,
Gdy mi dla żartu rogi chcesz przyprawić.
O, nie rób tego!
Katarz.  Więc, ciołku ubogi,
Umrzej cielęciem, nim ci puszczą rogi.
Longav.  Nim umrę, słówko na stronie ci powiem.
Katarz.  Rycz więc półgłosem, rzeźnik blizko bowiem.

(Rozmawiają na stronie).

Boyet.  Język szydzącej kobiety jest płytki
Jak najostrzejsze chirurga są noże,
Które tak cienkie przecinają nitki,
Ze wzrok ich żaden zobaczyć nie może;
Każde ich słówko na skrzydłach ucieka
Szybszych od strzały, kul, myśli człowieka.
Rozalina. Dość na tem, dziewki, zakończmy rozmowy!

(Wszystkie damy oddalają się od swoich kawalerów).

Biron. Na honor, wszyscy z wzgardą odepchnięci!

Król.  A więc żegnamy, puste białe głowy!

(Wychodzą: Król, Panowie, Ćma, Muzyka i Służba).

Księżnicz.  A więc żegnamy, Moskale zmarznięci!
I toż jest gniazdo dowcipów sławione?
Boyet.  Byty to świece tchem waszym zgaszone.
Rozalina.  Dowcipy ciężkie, pękate i tłuste.
Księżnicz.  Wspaniałe z wierzchu, ale wewnątrz puste.
Albo się wszyscy powieszą przed rankiem,
Lub się bez masek więcej nie pokażą.
Dowcipny Biron zdał mi się barankiem.
Rozalina.  Wszyscy, jak trusia, z bladą stali twarzą.
Toć król o mało, że się nie rozbeczał.
Księżnicz.  Biron przysięgi za uchem mi skrzeczał.
Marya.  Dumain, gdy miecz swój u nóg moich składał,
Cięty językiem, nie wiedział, co gadał.
Katarz.  Longaville, gdy go wymowa uniosła,
Mówił, żem cała w serce jego wrosła,
I wiecie, czem mnie zwał?
Księżnicz.  Może jemiołą?
Katarz.  Tak jest.
Księżnicz.  Paskudne, pasożytne zioło!
Rozalina.  Lepsze dowcipy widziałam w sukmanie.
Na śmierć i życie król moim zostanie.
Katarz.  Prócz mnie Longaville myśli innej nie ma.
Marya.  Jak drzewa kora, Dumain mnie się trzyma.
Boyet.  Wierzcie mi, panie, wkrótce się pokażą,
W własnym ubiorze, z własną każdy twarzą,
Nie sądzę bowiem, by szyderstwa tyle
Cicho strawili.
Księżnicz.  Wrócą więc za chwilę?
Boyet.  O, wrócą, skacząc, śmiejąc się weseli,
Chociaż kulawi od cięg, które wzięli;
Zmieńcie więc znaki, a gdy się pokażą,
Bądźcie jak róże rozwinięte w lecie.
Księżnicz.  Jaśniej nam twoją myśl rozwiń, Boyecie.
Boyet.  Chętnie; kobieta z maskowaną twarzą
Jest jak kwiat róży pączkami owity,
Lecz gdy odsłoni lic swych aksamity,

Jest jako anioł z nieba spadający,
Lub w całym blasku krzew róży kwitnący.
Księżnicz.  Co mamy robić, jeżeli w te strony
Wrócą bez masek prawić nam androny?
Rozalina.  Zawsze ich radzę przyjąć szyderstwami,
Czy to bez masek, czy to pod maskami.
Więc im objawmy nasz gniew, nasze żale,
Ze nas nudzili cudaki Moskale;
W dziwnych ubiorach, nie wiem w jakiej myśli,
Głupią ramotę deklamować przyśli,
I z miną równie śmieszną jak ubiory,
Jeszcze śmieszniejsze pletli rozhowory.
Boyet.  Widzę, wracają; oddalcie się, panie.
Księżnicz.  Więc do namiotów, rącze niby łanie!

(Wychodzą: Księżniczka, Rozalina, Katarzyna i Marya. — Wchodzą: Król, Biron, Longaville i Dumain, we własnych ubraniach).

Król.  Bóg z tobą, panie, a gdzie jest księżniczka?
Boyet.  W swoim namiocie. Czyli pragniesz, królu,
Ażebym do niej woli twej był posłem?
Król.  Chciałbym o krótkie prosić posłuchanie.
Boyet.  Więc śpieszę, pewny, że się, jak chcesz, stanie.

(Wychodzi).

Biron.  Człek ten koncepta, jak gołębie zboże,
Po ziarnku dziobie i po ziarnku ciska,
Kramarz dowcipu, tandetę, jak może,
Niesie na odpust, jarmark, zbiegowiska;
A my, co handel ten ryczałtem wiedziem,
By znaleźć kupca, daremno się biedzim.
Jak na lep każda lgnie do niego dama;
Kusiłby Ewę na miejscu Adama,
Bo umie szeptać, rozbierać kurczęta,
Całusy ręką nłać między dziewczęta.
To małpa w formach ćwiczona dokładnie
Ostatniej mody i dworskiej grzeczności;
Kiedy gra w kostki, a zła kość mu padnie,
Kwiecistym stylem gniewa się na kości.
Śpiewa z partesów, a w dworaków tłumie
On jeden gości prezentować umie.

Wszystkie go panie nazywają: „drogi!“
Gdy stąpa, schody całują mu nogi;
Do wszystkich z całej uśmiecha się gęby,
Żeby pokazał swoje białe zęby;
Ktokolwiek nie chce zostać mu dłużnikiem,
Zwie go: pan Boyet z miodowym językiem.
Król.  Bodaj ten język zjadły mu pryszczyki,
Skoro paziowi pomięszał tak szyki.

(Wchodzą: Księżniczka, Bozalina, Katarzyna, Marya, Boyet i Służba).

Biron.  Nim się urodził, myślałem już nieraz,
Czem ułożenie było, czem jest teraz?
Król.  Niech Bóg pogodę na twą zleje głowę!
Księżnicz.  Zleje pogodę! słotne to życzenie.
Król.  O, lepszą myślą szczerą tłómacz mowę!
Księżnicz.  Życz lepiej, lepsze znajdziesz tlómaczenie.
Król.  W moim pałacu już służba gotowa,
Przychodzim, pani, pokazać ci drogę.
Księżnicz.  Dotrzymam pola, dotrzymaj ty słowa:
Bóg wiarołomstwa i ja znieść nie mogę.
Król.  Nie karć tak srogo, czegoś jest przyczyną:
Ócz twoich cnotą moje słowo łamię.
Księżnicz.  Cnotą? Zapewne chcesz powiedzieć winą,
Bo nikt przez cnotę przysięgom nie kłamie.
Więc ci na honor mój daję dziś słowo,
Mój honor czysty jak lilii kwiaty,
Żem wprzódy wszystkie męki znieść gotowa,
Nim wejdę gościem do twojej komnaty,
Bo nie chcę grzeszną przyczyną być, książę,
Złamania ślubu, co cię w niebie wiąże.
Król.  Dotąd, o pani, ze wstydem wyznaję,
Śród nudów żyłaś w samotnym namiocie.
Księżnicz.  Mylisz się, królu; dotąd, słowo daję,
Nie miałam czasu myśleć o nudocie;
Właśnie co wyszła stąd banda Moskali.
Król.  Moskali?
Księżnicz.  Tak jest, a jak mi się zdało:
Panowie grzeczni, piękni i wspaniali.

Rozalina.  To żarty; ja wam powiem prawdę całą:
Księżniczka grzeczna zbyt — jak to dziś modne —
Chwali, co żadnej pochwały niegodne.
To prawda, że nas Moskali dwie pary
Całą godzinę męczyły bez miary,
Lecz przez godzinę, jak trwała rozmowa,
Nikt tu nie slyszat dowcipnego słowa.
Nie powiem, że to cztery były dudki,
Lecz to powiedzieć mogę bez ogródki,
Że, gdy pragnienia przyjdzie im godzina,
Dla czterech dudków trzeba będzie wina.
Biron.  Pani, dowcipu twego tylko siła
Mądrych wprzód ludzi na dudków zmieniła.’5’
Choć bystre oko, gdy w słońce się wlepi,
Zbytek go światła zaćmi i oślepi;
Tak przy dowcipu waszego potędze
Bogactwo myśli przemienia się w nędzę,
I rozum, wprzódy czczony z uwielbieniem,
Zdaje się tylko głupoty marzeniem.
Rozalina.  Twem zdaniem, jesteś mądry i bogaty,
Mym sądem —
Biron.  Jestem żebrak głupowaty.
Rozalina.  Nie chcę się żalić, że mi z ust wyrwałeś
Własność, do której dawne prawo miałeś.
Biron.  Wszystko, co moje, pod twą składam nogę.
Rozalina.  Całego dudka?
Biron.  Mniej ci dać nie mogę.
Rozalina.  Jakąś miał maskę, jest temu godzina?
Biron.  Ja? kiedy? maskę? Cóż to za nowina?
Rozalina.  Tak jest, tu, maskę, powłokę dyskretną,
Co piękną twarzą twarz okryła szpetną.
Król.  Ha! wiedzą wszystko! zamęczą nas śmiechem.
Dumain.  Rzecz na żart zmieńmy, wyznając z pośpiechem
Księźnicz.  Skąd to zdziwienie? ten wyraz frasunku?
Rozalina.  Patrzcie, jak pobladł, zemdleje; ratunku!
Morska choroba — z Moskwy! to nie śmiechy.
Biron.  To niebios kara za nasze jest grzechy.
Miedziane czoło tutaj jest za mało.

Na mnie dowcipu siłę obróć całą,
Skrusz mnie przez wzgardę, śmiechy i sromotę,
Dowcipem moją posiekaj prostotę.
Nie będę więcej prosił cię do tańca,
Ani za Moskwy udam się mieszkańca;
Nie chcę w pisane wierzyć komplementa,
Ni w ostry język śmiałego studenta;
Nie będę w masce chodził do kochanek,
Jak ślepy lirnik pisał im sielanek;
Jedwab’ frazesów, słówek aksamity,
Hiperboliczne fantazyi wybuchy,
Tak mnie te letnie pokąsały muchy,
Żem cały obrzękł, bąblami okryty.
Przysięgam na te rękawiczki białe,
W których się kryją bielsze rączki małe,
Że odtąd miłość wypowiem kochance
Przez nie w drelichu albo tak w parciance;
I żeby zacząć, wierzaj memu słowu,
Miłość jest moja jak słońce bez skazy.
Rozalina.  Za poetyczne jeszcze to wyrazy.
Biron.  Trudno się pozbyć starego narowu.
Jeszczem jest chory, miej cierpliwość, proszę,
A dawne zdrowie odzyskam potrosze.
Tym trzem, wielkiemi możesz literami
Pisać na czole: „zmiłuj się nad nami!“[10]
Śmiertelna dżuma pierś każdego pali,
A jej zarodek z waszych ócz wyssali.
Ale was także los czeka jednaki,
Bo na was także Pana widzę znaki.
Księżnicz.  Nie mieli dżumy ci, co nam je dali.
Biron.  Wyrok nasz zapad! — nic nas nie ocali.
Rozalina.  Krok twój jednakże słowom twoim przeczy,
Gdy sam żałobę czynisz w trybunale.
Biron.  Skończmy, procesu z tobą nie chcę wcale.
Rozalina.  Ni ja, gdy pójdą po woli mej rzeczy.
Biron.  Niech teraz każdy z kolei co powie,

Bo wszystko w mojej zmąciło się głowie.
Król.  Naucz nas, proszę, naucz, piękna pani,
Jak za grzech ciężki odpust nasz dostaniem.
Księżnicz.  Tylko otwartem i szczerem wyznaniem.
Czyście przed chwilą byli tu przebrani?
Król.  Tak jest.
Księżnicz.  A w jakich chęciach tuście przyśli?
Król.  W dobrej, księżniczko i uczciwej myśli.
Księżnicz.  Jeśli tak, wyznaj, ciekawie słuchamy,
Co wyszeptałeś do ucha twej damy?
Król.  Że ją nad skarby, nad świat ten przenoszę.
Księżnicz.  A jednak, kiedy weźmie cię za słowo,
Ty ją odrzucisz.
Król.  Przysięgam na nowo —
Księżnicz.  O, nie kończ, nie kończ! nie przysięgaj, proszę,
Bo kto raz jeden swej przysiędze skłamał,
Tem łatwiej jeszcze i drugą przełamał.
Król.  Jeśli tę złamię, niechaj marnie zginę!
Księżnicz.  Dobrze, pamiętaj! — Pytam Rozalinę,
Jakie jej Moskal szepnął tajemnice?
Rozalina.  Że mnie tak kocha jak swoje źrenice,
Że przy mnie skarby świata waży za nic,
I aby dowieść miłości bez granic,
Albo mnie żoną swą nazwie przed rankiem,
Albo w rozpaczy umrze mym kochankiem.
Księżnicz.  Więc szczęść wam, Boże! boć nie zechcesz znowu
Zostać niewiernym danemu jej słowu.
Król.  Nie, na mój honor, nie, na moje życie,
Takiegom słowa nie dał tej kobiecie!
Rozalina.  Dałeś, na dowód klejnot ci pokażę,
Który wsunąłeś do mej rękawiczki.
Król.  Moje przysięgi były dla księżniczki,
Którą po moim rozpoznałem darze.
Księżnicz.  Klejnot ten stroił jej ramię nie moje.
Moim kochankiem, jak się pokazuje,
Był Biron, za co pięknie mu dziękuję. —
Czy chcesz mnie, czy chcesz perły zabrać twoje?
Biron.  Niczego nie chcę, wszystkiego się zrzekam.

Wiem teraz wszystko, wszystkiego dociekam:
To sprzysiężenia dzieło, czarnej zdrady,
Na smutny koniec naszej maskarady.
Jakiś darmojad, lizus, plotkarz plaski,
Co szpiegostwami zarabia na łaski,
Pajac z przywykłym do marszczek uśmiechem,
Na rozkaz bawić was obowiązany,
Nie wiem, jak odkrył wszystkie nasze plany
I wszystkie zaraz wypaplał z pośpiechem;
Gdy wieść przed czasem doleciała dworu,
Zmieniły damy dane im prezenta,
A my prawili, ułudą pozoru,
Zamiast kochankom, znakom komplementa,
Dla naszej hańby i dla naszej zguby
Dwakroć złamali uczynione śluby.
Tak jest, nie wątpię. (Do Boyeta) Czy to ty łaskawco,
Krzywoprzysięstwa tego jesteś sprawcą?
Czy nie ty mierzysz księżniczki buciki,
Twój śmiech i płacz twój jej rządzisz skinieniem,
I tylko jesteś posłusznym jej cieniem,
Talerz jej trzymasz, stroisz jej żarciki?
Czy nie ty pazia pomięszałeś szyki?
Tak jest, ty, panie, to są twoje czyny.
Niech i tak będzie; więc zapisz to sobie,
Że kiedy umrzesz, za pomnik jedyny
Spódnicę na twym zawiesimy grobie.
Boyet.  Tę sprawiedliwość oddać mu należy,
Że rycerz w szrankach pięknie galopuje.
Biron.  Pan ten, jak widzę, na ostre już bieży,
Ale ja, kończąc, z placu ustępuję.

(Wchodzi Łepak).

Witaj nam! z dobrą przychodzisz usługą,
Zrywając bitwę wrzącą już za długo.
Łepak.  Panowie, panie, o! któż mi z was powie,
Czyli wejść mogą trzej bohaterowie?
Biron.  Jakto? trzej tylko?
Łepak.  Nie, nie, wielkie cuda!
Z trzech bohaterów każdy trzech wam uda.

Biron.  A trzy razy trzy, dziewięć.

Łepak.  Nie, nie, panie; z przeproszeniem, panie, mam nadzieję, że tak nie jest; nie uda ci się tak łatwo, panie, wystrychnąć nas na głupców, bo wiemy, co wiemy. Spodziewam się, panie, że trzy razy trzy, panie —
Biron.  Co? nie dziewięć?
Łepak.  Z przeproszeniem, panie, wiemy, ile to czyni.
Biron.  Na Jowisza, przekonany byłem dotąd, że trzy razy trzy czyni dziewięć.
Łepak.  Bieda byłaby z tobą, panie, gdybyś rachunkami na kawałek chleba miał zarabiać.
Biron.  Więc ileż to czyni?
Łepak.  Strony same, to jest aktorowie, pokażą sami, ile to czyni; co do mnie, mam tylko, jak powiadają, jednego deprezentować, jednego chłopa, jednego biednego chłopa, Pompejona Wielkiego.
Biron.  Czy jesteś jednym z bohaterów?
Łepak.  Podobało się im uznać mnie godnym Pompejona Wielkiego; co do mnie, nie znam godności tego bohatera, ale mam stać za niego.
Biron.  Idź, powiedz im, niech się przygotują.
Łepak.  Rzecz pójdzie jak z płatka, bo robota będzie sumienna (wychodzi).

Król.  Srom nam przyniosą, niechaj nie przychodzą.
Biron.  Srom do nas, królu, przystępu nie znajdzie,
A polityczną może będzie rzeczą
Dać widowisko gorsze od naszego.
Król.  Nie, nie, powtarzam, niechaj nie przychodzą!
Księżnicz.  Niech przyjdą, pozwól, królu, proszę ciebie;
Żart to najlepszy, co sam nie zna siebie.
Kiedy gorliwość, ubawić nas chciwa,
W swym własnym zbytku marnie dogorywa,
Właśnie, gdy w pączku wielkie rzeczy giną,
Niechcąc śmiech rodzą śmieszną mieszaniną.
Biron.  To żywy obraz naszej maskarady. (Wchodzi Armado).

Armado.  Pański pomazańcze, błagam cię o tyle twojego słodkiego królewskiego oddechu, ile potrzeba na wymćwienie pary wyrazów.
(Armado rozmawia z Królem i oddaje mu papier).

Księżnicz.  Czy człowiek ten bożym jest sługą?
Biron.  Dlaczego pytasz się o to, pani?
Księżnicz.  Bo nie mówi jak boże stworzenie.
Armado.  To wszystko jedno, mój piękny, słodki, miodowy monarcho, bo przysięgam, że bakałarz jest to człowiek nadzwyczaj fantastyczny; zbyt, zbyt tylko próżny; ale zostawmy wszystko, jak powiadają, alla fortuna della guerra. Pokój waszym duszom, najmajestatyczniejsza paro! (wychodzi).
Król.  Możemy się spodziewać niepospolitej reprezentacyi bohaterów. On przedstawia trojańskiego Hektora; parobek Wielkiego Pompejusza; pleban Alexandra; paź Armada Herkulesa; a bakałarz Judasza Machabeusza. Gdy rzeczy pójdą dobrze w pierwszem przedsięwzięciu, Czterej zmienią ubranie i przedstawią pięciu.
Biron.  Już w pierwszej części będzie ich pięciu.
Król.  Mylisz się.

Biron.  Zobaczmy: bakałarz, paliwoda, klecha, pajac i paź —
Gdybyście i z latarnią szukali po świecie,
Podobnych bohaterów pięciu nie znajdziecie.
Król.  Okręt rozwinął żagle i przypływa.

(Wnoszą krzesła dla Króla, Księżniczki i t. d).


Intermezzo dziewięciu bohaterów.
(Wchodzi Łepak, zbrojny, jako Pompejusz).

Łepak.  „Jam jest Pompejusz“ —
Boyet.  Kłamstwo, kłamstwo, mości panie!
Łepak.  „Jam jest Pompejusz“ —
Boyet.  I z lampartem na kolanie.

Biron.  Dobrze powiedziałeś, stary szyderco, chcąc niechcąc, muszę być twoim przyjacielem.

Łepak.  „Jam jest Pompejusz tak nazwany Gruby“ —
Dumain.  Wielki.
Łepak.  Prawda, panie, Wielki;
„tak nazwany Wielki,
Przed którego orężem drżał bohater wszelki;
Idąc wybrzeżem, trochę wyboczyłem z drogi,

By miecz mój pod francuskiej księżny złożyć nogi“.
Byle wasza królewska mość powiedziała: dziękuję,
Pompejuszu: skończyłem.
Księżnicz.  Bardzo dziękuję, bardzo, wielki Pompejuszu.

Łepak.  Niema za co, choć myślę, żem uczciwie się sprawił, omyliłem się tylko trochę na „wielki“.
Biron.  Stawiam mój kapelusz przeciw trojakowi, że Pompejusz pokaże się najlepszym bohaterem.

(Wchodzi Nataniel, zbrojny, jako Alexander).

Nataniel.  „Gdym żył na świecie, świat mi ten ulegał cały,
Przed mym orężem ziemi cztery rogi drżały,
Ma tarcza mówi jasno, żem jest Alexander“.
Boyet.  Lecz nos twój przeczy temu, co tarcza powiada
Biron.  Nos, który to wywietrzył, dobry wiatr posiada.
Księżnicz.  Zdobywca traci gtowę; dalej, Alexandrze!
Nataniel.  „Gdym żył na świecie, świat mi ten ulegał cały“ —
Boyet.  A ten, co przeczy temu, człowiek to zuchwały.
Biron.  O, wielki Pompejuszu!
Łepak.  Jaka pańska wola?
Biron.  Wyprowadź Alexandra, ziemi całej króla.

Łepak  (do Natan.). O, panie, zadałeś porażkę zdobywcy Alisandrowi! Za karę zedrę z ciebie płaszcz malowany, atwojego lwa, co z toporem w łapie siedzi na stolcu, dadzą Ajaxowi, a to będzie dziewiąty bohater. Zdobywca, a zapomniał w gębie języka! Wstydź się, Alisandrze, i zmykaj! (Wychodzi Nataniel). Z pańskiem przeproszeniem, jest to trochę głupkowate, miękoduszne człeczysko, wielki uczci wiec, to prawda, ale łatwo z nóg zbity. Niema lepszego, jak on, sąsiada, i nikt mu w kręglach nie zrówna, ale co do Alisandra, widzicie sami, niestety! jak stoją rzeczy, — nie dorósł jeszcze swojej roli. Zobaczycie teraz innych bohaterów, którzy wam swoje myśli na inny ton wyśpiewają.

(Wchodzą: Holofernes, jako Judasz Machabeusz i Ćma, jako Herkules).

Holofern.  „Ten karzełek wielkiego przedstawia Alcyda,
Który zabił Cerbera, trzygłowego canem.

A gdy w kolebce jeszcze mały był jak gnida,
Tak dusił wielkie węże w swojej drobnej manu.
Quoniam zdaje się jeszcze być w małoletności,
Napisałem ten prolog dla dostojnych gości“.

(Do Ćmy) A teraz wynoś się stąd majestatycznym krokiem. (Wychodzi Ćma).
„Jestem Judasz“ —
Dumain. Judasz!
Holofern. Ale nie Iskariota.
„Jestem Judasz, nazwany Judasz Machabeusz“.
Dumain.  Odejm przezwisko, a zostanie czysty Judasz.
Biron.  Całujący zdrajca. W jaki sposób zostałeś Judaszem?
Holofern.  „Jestem Judasz“ —
Dumain.  Tem większy wstyd dla ciebie, Judaszu.
Holofern.  Co przez to rozumiesz, panie?
Boyet.  Rozumiem, że najlepiej zrobiłby Judasz, gdyby się powiesił.
Holofern.  Niech mi pan grabia da przykład, gotów jestem naśladować pana grabię.
Biron.  Dobrze rozumiesz, boć pono Judasz powiesił się na grabie.
Holofern.  Nie dam sobie grać na nosie.
Biron.  Bo go nie masz, nie mając głowy.
Holofern.  A to co?
Boyet.  Głowa kapusty.
Dumain.  Główka szpilki.
Biron.  Trupia główka w sygnecie.
Longav.  Zatarta, ledwo dostrzeżona główka na rzymskim pieniążku.
Boyet.  Gałka szabli Cezara.
Dumain.  Rzezana gałka na prochownicy.
Biron.  Pół głowy świętego Jerzego na spince.
Dumain.  A nota bene na spince ołowianej.
Biron.  Przyczepionej do kapelusza zęborwacza. A teraz, prowadź rzecz dalej, bo daliśmy ci więcej niż jedną głowę.
Holofern.  Aleście mi odjęli moją.
Biron.  Nieprawda, tylko dodaliśmy ci czoła.
Holofern.  A zrobiliście to bezczelnie.
Biron.  Zrobilibyśmy to samo, choćbyś lwem był nawet.
Boyet.  Ale, że jest tylko osłem, puśćmy go z Bogiem. Żegnamy więc, słodki Juda! na co czekasz jeszcze?
Dumain.  Na koniec swojego nazwiska.
Biron.  Na szu-ja, dodam szu-ja do Juda. Judaszu-ja żegnam cię.
Holofern.  To ani szlachetnie, ani dwornie, ani miłosiernie.
Boyet.  Przyświećcie panu Judaszowi, mrok zapada, mógłby się potknąć.
Księżnicz.  Ach, biedny Machabeusz, jakie dostał cięgi!

(Wchodzi Armado, zbrojny, jako Hektor).

Biron.  Skryj głowę, Achilesie; zbliża się Hektor zbrojny.
Dumain.  Choćby szyderstwo moje na mnie samego spadło, muszę się teraz zabawić.
Król.  Hektor przy nim postawiony wyglądałby jak niźnik dzwonkowy.
Boyet.  Ale czy to tylko naprawdę Hektor?
Dumain.  Nie myślę, żeby Hektor tak był pięknie zbudowany.
Longav.  Za grube ma golenie na Hektora.
Dumain.  Przynajmniej za mięsiste łydki, to pewna.
Biron.  Nie, to nie może być Hektor.
Dumain.  To bóg albo malarz, bo dziwaczne stroi grymasy.
Armado.  „Mars, bóg potężnobronny, z swojej bożej mocy Dał w darze Hektorowi“ —
Dumain.  Złoconą muszkatową gałkę.
Biron.  Cytrynę.
Longav.  Szpikowaną goździkami.
Armado.  Cicho!

„Mars, bóg potężnobronny, z swojej bożej mocy
Dał w darze Hektorowi, w murach Ilionu,
Oddech silny, że mógłby, od rana do nocy,
Bez wypoczynku walczyć z swego pawilonu.
Jam kwiat ten“ —
Dumain.  Jam ta mięta.
Longav.  Jam jest ta psia róża.
Armado.  Słodki panie Longaville, skróć cugle twojemu językowi.
Longav.  Muszę je raczej popuścić, gdy za Hektorem goni.

Dumain.  To prawda, bo Hektor chart jest czysty.

Armado.  Słodki bohater już umarł i zgnił; kochane kurczątka, nie pastwcie się nad kościami umarłego. Póki oddychał, był to mąż, — ale wróćmy do mojej roli. (Do Księżniczki) Słodka księżniczko, nadstaw mi łaskawie twoich uszu.

(Biron rozmawia na stronie z Łepakiem).

Księżnicz.  Mów śmiało, waleczny Hektorze, bawisz mnie niepospolicie.
Armado.  Ubóstwiam pantofel twojej słodkiej dostojności.
Boyet.  Kocha ją na stopy.
Dumain.  Bo nie może na łokcie.
Armado.  „Ten Hektor był dzielniejszy, niż dzielny Annibal —
Łepak.  Kumie Hektorze, z naszą dziewką źle stoją rzeczy; zaszła już od dwóch miesięcy.
Armado.  Co chcesz powiedzieć?
Łepak.  Na uczciwość, jeżeli się nie pokażesz uczciwym Trojańczykiem, biedna dziewka przepadła; jest w ciąży; już dziecko budzi się w jej łonie, to twoje.
Armado.  Chcesz mnie zrobić infamisem przed potentatami? Zginiesz!
Łepak.  To Hektor dostanie chłostę za Żakienettę, którą zapłodnił, a pójdzie na szubienicą za Pompejusza, którego zabił.
Dumain.  O, najrzadszy Pompejuszu!
Boyet.  O, sławny Pompejuszu!
Biron.  Większy niż wielki, wielki, wielki, wielki Pompejuszu! Pompejuszu Ogromny!
Dumain.  Pod Hektorem drżą łydki.
Biron.  A Pompejusz się sierdzi. Więcej furyi! więcej furyi! huż! wyczha!
Dumain.  Hektor wyzwie go na rękę.
Biron.  Albo nie ma więcej krwi w żyłach, niż trzeba pchle na obiad.
Armado.  Na dwa bieguny, wyzywam cię!
Łepak.  Nie chcę się bić na bieguny, jak północny człowiek, ją chcę cię pokiereszować, a na to potrzeba mi szabli. Pożyczcie mi, błagam, pożyczcie mi znowu mojej broni!
Dumain.  Zróbcie miejsce zapalczywym bohaterom.
Łepak.  Będę się bił w koszuli.
Dumain.  O, rezolutny Pompejuszu!
Ćma.  Pozwól, panie, niech ci parę guzików odepnę. Czy nie widzisz, że się Pompejusz rozbiera do pojedynku? Czy chcesz stracić swoje dobre imię?
Armado.  Panowie szlachta i żołnierze, przebaczcie, ale nie chcę potykać się w koszuli.
Dumain.  Nie możesz odmówić, wyzwał cię Pompejusz.
Armado.  Moi kochankowie, mogę i chcę.
Biron.  Jakie masz do tego powody?
Armado.  Żeby wyznać nagą prawdę, — nie mam koszuli; na pokutę noszę tylko wełnę.
Boyet.  Potwierdzam wyznanie; naznaczono mu tę pokutę w Rzymie za to, że nie miał bielizny; odtąd, przysięgam, nie nosił żadnej innej prócz ścierki Żakienetty, a tę nosi na sercu, jako zadatek miłości.

(Wchodzi Mercade).

Mercade.  Bóg z tobą, pani!
Księżnicz.  Witaj mi, Mercade!
Choć twoje przyjście miesza nam zabawę.
Mercade.  Boleję nad tem, bo wieść, którą niosę,
Cięży mi w ustach. Król, ojciec twój, pani, —
Księżnicz.  Umarł!
Mercade.  Tak, pani. Skończyłem poselstwo.

Biron.  Bohaterowie, precz stąd! Scena chmurzyć się zaczyna.
Armado.  Co do mnie, oddycham znowu wolnem powietrzem. Widziałem dzień niegodziwości przez szparkę dyskrecyi, a sprawiedliwość sam sobie wymierzę jak żołnierz. (Bohaterowie wychodzą).
Król.  Księżniczko, jakie są twoje zamiary?
Księżnicz.  (do Boyeta). Przygotuj wszystko; odjeżdżam tej nocy.
Król.  Błagam cię, pani, wstrzymaj się dni kilka.

Księżnicz.  Przygotuj wszystko. — Dzięki wam, panowie,
Za wszystkie wasze dobre ku nam chęci;
A z głębi duszy boleścią dotkniętej

Proszę, niech wasza mądrość nam przebaczy
Wesołej myśli rozpustę i śmiechy.
Jeśli w rozmowach byłyśmy zbyt śmiałe,
To wina waszej zbytniej uprzejmości.
Żegnam cię, królu! Język tam niemieje,
Gdzie serce ciężar boleści przygniata.
Przebacz więc, jeśli lichem słowem płacę
Twoje ustępstwa tak wspaniałomyślne.
Król.  Nieraz ostatnia chwila pożegnania
Przyśpiesza koniec długo upragniony,
I nieraz sprawę szczęśliwie rozstrzyga,
Której nie mogły rozstrzygnąć procesa.
Choć czoło córki, smutkiem powleczone,
Tkliwej miłości przemawiać zabrania
W najdroższej sprawie dla duszy kochanka,
Jednak, gdy słowo miłości wyrzekłem,
Niech chmura żalu nie niszczy jej celów,
Przyjaciół bowiem opłakiwać stratę
Mniejszą przynosi korzyść i otuchę,
Niż się radować z nowo znalezionych.
Księżnicz.  Słów twoich, królu, nie pojmuję wcale;
Dwoisz mój smutek.
Biron.  Uczciwa otwartość
Najlepiej trafia do boleści ucha.
Może zrozumiesz teraz lepiej króla.
Przez miłość ku wam czas nasz straciliśmy.
Przez miłość ku wam przysięgi zgwałcili,
Wszystkich nas wasza piękność oszpeciła,
Wiodła do czynów z myślami niezgodnych.
Jeśliśmy byli śmieszni — nie dziwota,
Bo miłość pełna dziwnych jest kaprysów,
Zmienna i próżna i lekka jak dziecię;
Zrodzona w oku, jak oko odbija
Tysiączne formy, kształty i zjawiska,
Zmienia obrazy, jak je zmienia oko,
Kiedy z przedmiotu na przedmiot przelata;
Jeśli więc, panie, te miłości zmiany
W waszych niebieskich wydały się oczach

Krzywdą dla naszych przysiąg i powagi,
Pomnijcie, że te niebieskie źrenice,
Które świadkami błędów naszych były,
Same tym wszystkim błędom dały życie;
Jak jest więc dziełem waszem miłość nasza,
Tak waszem dziełem są błędy miłości.
Sami dla siebie byliśmy niewierni,
Aby, raz jeden przełamując wiarę,
Na zawsze potem wiernymi pozostać
Dla tych, co były i krzywoprzysięstwa
I wiary źródłem, to jest dla was, panie.
Krzywoprzysięstwo, choć grzech samo w sobie,
Cnotą się staje miłością omyte.
Księżnicz.  I listy wasze miłością natchnione,
I dary wasze, miłości posłańce,
Ogólnym sądem dziewic moich rady
Były uznane za żart i pustotę,
Jedynie, żeby czasu nudy słodzić.
Nie przywięzując żadnej głębszej wagi
Do sprawy całej, przyjęłyśmy, królu,
Jak żart wesoły wasze oświadczenia.
Dumain.  Było coś więcej niż żart w naszych listach.
Longav.  W naszych spojrzeniach.
Rozalina.  Ale nam się wszystko
Żartem wydało.
Król.  To przynajmniej teraz,
W ostatniej chwili ostatniej godziny,
Miłością, naszą miłość nam odpłaćcie.
Księżnicz.  Czas mi się, królu, wydaje zbyt krótki,
Abym wiecznego dobić chciała targu.
Nie, nie, mój królu, wielkie twoje grzechy,
Bo wielkim grzechem złamana przysięga.
Jeśli więc pragniesz dla mojej miłości
(Chociaż wyznaję, że błahy to powód)
Jaką ofiarę zrobić, słuchaj pilnie:
Twoim przysięgom nie mogę dać wiary,
Śpiesz więc do jakiej dalekiej pustelni,
Której są obce światowe rozkosze,

Pokutuj ciężko, dopóki na niebie
Gwiazdy rocznego nie dopełnią biegu.
Jeśli surowe i samotne życie
Nie zmieni uczuć w żarach krwi poczętych;
Jeśli post, zimno i twarde posianie
Pięknego pączka miłości nie zwarzą,
Lecz miłość próby wytrzyma niezmienna:
Wracaj po roku, a w wierność twą ufny
Wymagaj śmiało spełnienia przyrzeczeń,
A na tę rękę, którą ci podaję,
Ja twoją będę; tymczasem, rok cały,
W domu żałoby samotna się zamknę,
I łez potokiem będę opłakiwać
Gorzką pamiątkę śmierci mego ojca.
Jeśli odmówisz, rozplątamy dłonie,
Niepamięć słowa nasze niech pochłonie.
Król.  Gdy się nie poddam tej lub większej próbie,
Gdzie duch się wzniesie, a wiara odżyje,
Niech śmierć mnie nagła w ojców złoży grobie!
Odtąd me serce w piersiach twoich bije.
Dumain.  A mnie co droga kochanka zapowie?
Katarz.  Przez rok się cały Bożej poleć pieczy,
Proś, niech samotność cztery da ci rzeczy:
Żonę, uczciwość i brodę i zdrowie.
Dumain.  Mamże powiedzieć: dzięki, piękna żono?
Katarz.  Nie, nie, mój panie, bo przez rok ten cały
Będę na wszystkie głuchą madrygały.
Powracaj z królem z pokutą skończoną,
A jeśli znajdę do zbycia miłości,
Może ci trochę ustąpię z litości.
Dumain.  Serce to wierność przez rok ci dochowa.
Katarz.  Lecz nie przysięgaj, byś nie złamał słowa.
Longav.  A co Marya?
Marya.  Gdy rok przyjdzie drugi,
W miejsce żałoby ślubny włożę wieniec.
Longav.  Będę cierpliwy — lecz termin to długi.
Marya.  Podobny tobie, bo żaden młodzieniec
W niewielu wiosnach tak w górę nie strzelił.

Biron.  O czem ma piękna głęboko tak duma?
Kochanko droga, proszę, spojrzyj na mnie,
Patrz w moje oczy, okna mego serca,
Czytaj tam prośbę i racz odpowiedzieć,
Mów, co mam robić dla twojej miłości?
Rozalina.  Bironie, długo, nim cię zobaczyłam,
Dziwne o tobie słyszałam powieści,
Że jesteś pełny śmiechu i szyderstwa,
I uszczypliwych porównań i żartów,
Które twój dowcip bez litości miota
Na wszystko, co mu sposobność nastręczy.
Aby ten piołun z duszy twej wyplenić,
Ażeby w sercu mojem miłość wzbudzić,
Jeden, konieczny kładę ci warunek:
Co dzień i co dzień, tak jak rok jest długi,
Nawiedzaj chorych, od boleści niemych,
Stojąc przy łożu jęczących łazarzy,
Wywołuj wszystkie dowcipu potęgi,
By uśmiech wzbudzić na cierpiącej twarzy.
Biron.  W śmierci gardzielu śmiech dziki rozbudzać?
To być nie może, bo jest niepodobna
Natchnąć weselem duszę konającą.
Rozalina.  Tak się poskramia złośliwe dowcipy,
Co winne tylko wpływ potakiwaniom
Dawanym głupstwu przez śmieszków bez myśli:
Bo tryumf żartu tylko w uchu leży
Pustych słuchaczy, a nigdy w języku
Żartującego. Jeśli uszy chorych
Jękiem boleści własnych ogłuszone
Twoim się żartom zechcą przysłuchiwać,
Zostań, jak byłeś śmieszkiem i szydercą,
Ja cię z twą wadą przyjmę za powrotem;
Lecz jeśli żartów twych nie zechcą słuchać,
Wypędź z umysłu twego urąganie,
A gdy cię ujrzę wolnym od tej wady,
Z radością twoją powitam poprawę.
Biron.  Rok cały? dobrze; bez szemrań i żalu
Będę rok prawił koncepta w szpitalu.

Księżnicz.  Teraz przyjmijcie nasze pożegnanie.
Król.  Nie, pani, pozwól, że cię odprowadzim.
Biron.  Nie tak się nasze dziś kończą nadzieje,
Jak się to zwykle w starych sztukach dzieje:
Maciek nie dostał swej Kasi. O, damy!
Wasza to wina, że koniec ten samy
Z naszego żartu komedyi nie zrobił.
Król.  Cierpliwość! za rok wróci nam wesele.
Biron.  Jak na komedyę rok — trochę za wiele.

(Wchodzi Armado).

Armado.  Słodki majestacie, dozwól mi —
Księżnicz.  Czy to nie Hektor?
Dumain.  Waleczny rycerz trojański.

Armado.  Przychodzę ucałować twoje królewskie palce i pożegnać cię. Idę dopełnić ślubu. Ślubowałem Żakienecie, że dla słodkiej jej miłości przez trzy lata będę chodził za pługiem. Ale czy zechcesz, najdostojniejszy monarcho, wysłuchać dyalogu ułożonego przez dwóch uczonych mężów na pochwałę sowy i kukułki? Miał to być koniec naszego widowiska.
Król.  Przywołaj ich co żywo, gotowi jesteśmy słuchać.
Armado.  Hola! przybywajcie!

(Wchodzą: Holofernes, Nataniel, Ćma, Łepak i inni).

Armado.  Armado. Po tej stronie jest Hiems, zima, a po tamtej Ver, wiosna; pierwsza trzyma stronę sowy, druga kukułki. Ver, zaczynaj.

Pieśń.

Wiosna.  Kiedy rzeżuchy srebrzyste kwiaty,
Modre fiołki i pstre stokrocie,
I jaskier cały błyszczący w złocie
Haftują łąkom bogate szaty,
Wtedy kukułka z każdego drzewa
Śmieje się z mężów, kiedy im śpiewa
Kuku!
Kuku! trwogę bladą miota
Przed wszystkich żonatych wrota.

Kiedy pastuszek gra na swej fletni,
Skowronek w chmurach swe nuci trele,
I każdy ptaszek gniazdeczko ściele,
I dziewki suszą swe szaty letnie,
Wtedy kukułka z każdego drzewa
Śmieje się z mężów, kiedy im śpiewa
Kuku!
Kuku! trwogę bladą miota
Przed wszystkich żonatych wrota.
Zima.  Gdy z dachów wiszą zimowe sople,
I kiedy w palce pachołek dmucha,
I ogień z wszystkich kominów bucha,
A w skopku mleka mróz ścina krople
Kiedy śnieg drogi wszystkie zawiewa,
I tylko sowa śród nocy śpiewa
Uhu!
Pieśń wesoła, gdy kucharka
Szumowiny zbiera z garka.

Gdy wiatr śnieg pędzi z świstem przez błonie,
Gdy nastrzępione umilkły ptaki,
Gdy nosy dziewczyn niby buraki,
A głos plebana w kaszlaniu tonie,
Pieczone jabłka na roszcie syczą,
I tylko sowy śród nocy krzyczą
Uhu!
Pieśń wesoła, gdy kucharka
Szumowiny zbiera z garka.
Armado  Słowa Merkurego brzmią twardo po Apollina pieśni.
Idźmy! Tam wasza droga, a tu nasza. (Wychodzą).



Upominek - ozdobnik str. 70.png



Selous - Sen nocy letniej.jpg

SEN NOCY LETNIÉJ.

SEN NOCY LETNIEJ.

C

Czarodziejska ta fantazya powinnaby się właściwie nazywać: Snem nocy Święto-Jańskiej — „Midsummer“ nie oznacza w Anglii nieokreślonego jakiegoś dnia letniego, ale tę pełną czarów noc Ś. Jana, dnia 24 czerwca, którą u nas też obchodzono Sobótkami, z temi samemi obrzędami prawie, co na Zachodzie.

Odwieczna cześć Baala, która się po całym rozeszła świecie, wspólną była z innymi i narodom słowiańskim. Baalową tę noc obchodzono ogniami zapalonymi, śpiewami i skokami, począwszy od brzegów Dniepru i Wisły, aż do Renu, Sekwany i Tamizy. Co więcej, też same nawet z nią w Anglii związane były gusła, podania i obrzędy. Jak u nas, szukano tej nocy w Anglii, nie kwiatu wprawdzie, ale nasienia paproci. Duchy z królową swą na czele, szatany pod wodzą swego pana walczyły o posiadanie tego cudownego ziarna.
Grose w swym „Provincial Glossary“ opowiada o kimś, co poszedłszy za nasieniem paproci, pobity został i potłuczony przez zazdrosne duchy.
Dziwy się działy w tę noc Kupałową; duchy umarłych występowały z grobów, widma zbliżały się i mieszały z ludźmi żywymi, najdziksze sny ich trapiły, łudziły lub przepowiadały przyszłość. Marzenia te zwano „Szałem nocy Ś. Jana“ i dlatego Szekspir dramatowi swemu fantastycznemu nadał ten tytuł, którego znaczenie u nas się zaciera... a w Anglii jest zrozumiałem.
Wszystko, co widzieć mamy, jest jakby snem, ułudą, rozgorączkowanej wyobraźni igraszką...

Oko poety, w uniesienia szale,
Z nieba na ziemię, z ziemi w niebo patrzy,
Rzeczy nieznane wyobraźnią stwarza,
A pióro jego powietrznej nicości
Imię i miejsce pobytu wyznacza. (Akt V. Scena I).

Szekspir pisząc tę cudną fantazyę w końcu XVI wieku, gdy jeszcze palono w najlepsze czarownice (i długo potem), gdy nie wierzyć w duchy, widma i czarnoksięskie praktyki, w konszachty z dyabłami, w zaklęcia i wywoływania duchów uważało się za grzech i bezbożność, dał dowód wielkiej wyższości swej nad pojęcia wieku. Współczesny mu, także pisarz dramatyczny, Juliusz książę brunświcki, który podobne nawet z poetą angielskim układał sztuki dla sceny, palił u siebie tak gorliwie czarownice, że plac, na którym się egzekucye odbywały, jak las palów niedogorzałych wyglądał. Szekspir z tych mrzonek fantazyi rozbujałej czynił właściwy użytek, przędąc z nich złote poezyi nici, tkając z nich tę różnobarwną tkankę, która obleka Burzę i Sen nocy letniej.
W jego świecie duchów, podobnym do świata ludzi, mieszczą się Oberony i Tytanie, Puki i Aryel’e, postacie cudnej piękności, poczwarne i fantastycznych kształtów, pocieszne Groszkowe Kwiatki i Gorczyczki. Było to nowością zuchwałą w XVI wieku, zamiast lękać się czarów i duchów, robić z nich zabawę i posługiwać się nimi na scenie. Należy poecie więcej może, niż uwielbienie geniuszu, bo cześć dla odwagi, z jaką w ten sposób protestował przeciwko obłąkaniom, które na czarowników używały stosu, tortury i miecza.
Poeta czerpał z obfitej skarbnicy podań ludu, ale każdy z kwiatków uszczkniętych, tchem jego ożywiony, nowego nabierał blasku. Z drukowanych materyałów służyły mu, wedle badaczy angielskich, z Chaucer’a „Canterbury Tales“, opowiadania w „The Wif of Bathes Tale“ z czasów króla Artura.
U Chaucer’a też zapożyczył postacie Tezeusza i Hipolity i wiele szczegółów, nawet pomysł do wybornej parodyi dramatu o Piramie i Tyzbie.
Postać Robina „good-fellow“ (Puka) była i jest dotąd tak popularną, iż z mnogich o nim powieści wybór tylko był trudnym. Sama osnowa tego dramatu, marzenia, fantazyi wcale nie jest zawikłaną. Tezeusz, książę ateński, ma się żenić z Hippolitą, królową Amazonek. Czas ślubu nie nadszedł jeszcze, czynią się ku niemu przygotowania. Wtem nadchodzi Egeusz, ojciec małej, ślicznej, żywej Hermii, ze skargą do króla. Postanowił on ją wydać za Demetryusza (który wprzódy kochał się w pięknej, smukłej, majestatycznej postaci, Helenie) — Hermia, kapryśne dziewczę, dała się zbałamucić piosnkom, jedwabnym słówkom i darom młodego Lizandra. Ojciec, któremu dziecię odmawia posłuszeństwa, żąda od księcia rozkazu, przymuszenia jej, grożąc skazaniem na wieczną pokutę i zamknięcie w dziewiczym klasztorze Dyany. Jeśli nie pójdzie za Demetryusza, nie wyda jej za nikogo. Hermia nie daje się zastraszyć groźbami. Lizander namawia ją do ucieczki z sobą i naznacza miejsce schadzki, w gaju pod miastem, skąd w dalszą wyruszyć mają drogę.
Mamy więc naprzód parę księżęcą i dwie pary kochanków, około których dramat ma się rozwinąć. W lesie spotykamy się jeszcze z królem duchów Oberonem i królową Tytanią, poróżnionych z sobą o fraszkę, chłopaka, którego król chce wziąć do usług swoich, a królowa mu go nie daje.
Pod rozkazami króla duchów jest figlarz złośliwy, Puk.
Kropelka soku, wysączona z bratków (Viola tricolor), ma mieć tę własność, że puszczona na powiekę śpiącego, zapala go miłością ku istocie, którą pierwszą ujrzy po przebudzeniu. Oberon chce się pomścić na Tytanii, posyła Puka po sok cudowny, rozkazuje namaścić jej powieki, i podsuwa w chwili ocknięcia się tkacza Denka, któremu Puk przyczepił głowę oślą. Biedna Tytania szaleje za poczwarną istotą.
Tymczasem w lesie razem znajduje się Lizander i Helena, przychodzi Demetryusz, osoby te spotykają się, gubią, współzawodnicy waśnią, a figlarny Puk złośliwe płata im sztuki.
Wśród tego dramatu dwojga par zakochanych, nie licząc królowej Tytanii, nadzwyczaj komicznie przedstawia się trupa artystów dramatycznych, złożona z biednych rzemieślników ateńskich, mających w czasie wesela króla grać, gwoli rozrywki jego, historyę o Piramie i Tyzbe. Tragiczny ten przedmiot w rękach i na ustach cieśli, stolarza, tkacza, miechownika, kotlarza i krawca, zmienia się w przedziwną farsę i parodyę wielu zapewne teatrów z czasów Szekspira. Podobni amatorowie sztuki dramatycznej i dziśby się jeszcze znaleźli. W scenach przygotowujących się artystów, mających grać role Muru, Światła księżycowego, Lwa, humor i dowcip jest niezrównany. Jest to satyra, która niegdyś jeszcze ostrzejszą być musiała, dotykając znanych ludzi i okoliczności, o które się codzień ocierano. Wogóle też teatr Szekspira, mimo komentatorów i tradycyi, stracił wiele dla nas z tych rysów, które współcześni tylko pochwycić mogli. Mnóstwo napomknień i aluzyi niezrozumiałemi się stały.
Sam tytuł mającej się przedstawić sztuki, jest doskonale naśladowany z wydań ówczesnych dramatów, nawet własnych Szekspira:

„Najrzewniejsza komedya i najokropniejsza śmierć
Pirama i Tyzby“.

Wspomniany przez amatorów-artystów Herkules naprzykład, był jedną z najulubieńszych figur przed-szekspirowskiego teatru.
W Green’a „Groatsworth of Wit“ jeden z aktorów mówi: „Dwanaście prac herkulesowych wygrzmiałem ze sceny“.
Scena, gdy Denko obiecuje pod sekretem, ostrzedz widzów, że nie jest prawdziwym Lwem, i że się nie mają czego obawiać, przypomina anegdotę słyszaną przez Malone’a, którą Szekspir zużytkował.
Dawano raz na Tamizie przedstawienie uroczyste dla królowej Elżbiety; niejaki Harry Goldingham wystąpić miał w roli Aryona na delfinie. Tymczasem od wilgoci dostał chrypki, głos mu nie służył, i gdy się królowa zbliżyła, począł suknie, w które był przebrany, zrzucać, wołając: Nie jestem Aryonem, jako żywo, ale sławetnym i uczciwym Harrym Goldinghamem... Co królowę niezmiernie ubawiło.
Rok, w którym Szekspir wymarzył tę fantazyę, ten sen na jawie, daje się oznaczyć dosyć prawdopodobnie. W samej sztuce są pewne wskazówki. Gdy Filostrat daje do wyboru Tezeuszowi sztukę, jaką ma być grana w czasie zabaw weselnych, między innemi wymienia:
„Dziewięć muz we łzach, nad zgonem nauki, która niedawno z nędzy umarła“.
„Łzy Muz“ Spenser’a, do których to jest aluzyą, wyszły w roku 1591.
Drugą skazówką jest wspomnienie w Romeo i w tym Śnie królowej Mab, dozwalające przypuszczać, że oba dramata pochodzą mniej więcej z jednej epoki, zatem między 1593 a 1594. Naostatek Meres, w Palladis Tamia (1598) już go wspomina. Malone oznacza rok 1592, Halliwell 1594. Późniejsze daty opierają się na bardzo słabej hypotezie, że sztuka graną być mogła (co się dowieść nie daje) na weselu lorda Southampton’a, inni sięgają aż do 1590 roku, przypuszczając, że przeznaczoną była na wesele hr. Essex’a. W istocie, czarodziejska ta fantazya ma wszystkie cechy sztuki, która na weselu graną być mogła, ale wiadomości niema o tem żadnej.
H. Kurz, przyjmując za pewne, że przeznaczoną była dla hr. Essex’a, chce w Tytanii, w oślej głowie rozkochanej, widzieć satyrę przeciw Elżbiecie, którą Spenser zwał: „Faire Queen“.
Sen nocy letniej dwa razy był drukowany za życia autora, raz przez wydawcę Thom. Fishera, drugi raz przez James Roberts’a, w roku 1600. Podzielony na akty i sceny, dopiero w wydaniu Rowe’a, w roku 1709.
Wszyscy się zachwycają tym Snem czarodziejskim, tą niezrównaną fantazyą, która, jak w marzeniu gorączkowem, łączy i w jedno zlewa najróżnorodniejszej natury, siły i charakteru istoty, nikt jednak wytłómaczyć nie umie i wniknąć w myśl, co tę śliczną tkankę uprzędła. Zdaje się nawet, że zrozumienie tego, co z natury swej musi być niepojętem, niezrozumiałem, jak najdziwaczniejszem, jest niemożliwe. Każdy tu znajdzie, co zechce, i przyczepić może do tej bryły jasnej jakąś papierową etykietę; rzecz jednak sama za siebie mówić będzie daleko więcej, niż najwyszukańsze tłómaczenie.
Wdzięk szczegółów ledwie dozwala myśleć, czy całość oznacza co więcej nad marzenie nocy Święto-Jańskiej. Sztuka ma naturę snów i marzeń, nielogiczność fantazyjną. Najsprzeczniejsze żywioły schodzą się tu i ocierają: duchy, królowie, szewcy, poczwary... los rozprasza i łączy, kropelka soku zmienia serca, widma zjawiają się i nikną, groza rozwiewa się śmiechem, miłość przeistacza w złudzenie.
Próżnoby w tem szukać ciągu i logiki... Fantazya ze starych upiorów wydobywa bez wyboru, co ma pod ręką i bawi się najdziwaczniejszemi kombinacyami. Niema tu ludzi, są — widma nocy Ś. Jana, które przelatują i znikają... Cały obraz w mglistych osłonach, w pół-mroku przesuwa się snem tylko...
Lecz na tej na pozór od niechcenia zarysowanej karcie, uśmiechają się rajskimi rysy, twarzyczki nie z tego świata... choć obok nich zaraz stoi ośla głowa Denka i szydercza maska „good-fellowa“.
Sen nocy letniej podziwiać trzeba, rozmiłowywać się w nim, ale go tłómaczyć niepodobna... poeta chciał go mieć taką fantazyą, której tęczowe barwy rozłożyć się nie dadzą... a jednak... Jak w tej nocy Puk, tak ludźmi „dola“ rzuca najdziwaczniej, nietylko losy ich, ale serca zmieniając i uczucia. Pod wpływem tej siły nadziemskiej, której ulega nawet duchów królowa, kochankowie nienawiść ku sobie czują, poczwary stają się ideałami, zmieniają się serca, przetwarzają charaktery... Tą siłą tajemniczą cóż jest, jeśli nie namiętność, pod której panowaniem szał ich ogarnia. Namiętność ta mieszkać może w jednem niczem, obudzi ją niedostrzeżona kropelka, wyciśnięta z napozór najniewinniejszej rośliny. Sen ten nie jestże to życie nasze? to zbiorowisko najróżnorodniejszych żywiołów, nie jestże to najprawdziwszy obraz świata, w którym sztukę reprezentują rzemieślnicy, potęgę kwiatek, miłość ośla głowa... i t. p. Ironiczny wyraz dramatu jest w głębi poważnym, oznacza on może wiekuisty ból bezsilności człowieka, który tak jak nic nie może i wcale nic nie rozumie. Ponad nim jednak stoi wszechwładna potęga sprawiedliwa, która uczyniwszy go losów igraszką, zwraca na drogę mu przeznaczoną i w przebudzeniu szczęściem go nagradza.




OSOBY:

Tezeusz, książę ateński.
Egeusz, ojciec Hermii.

Lizander, zakochani w Hermii.
Demetryusz, 

Filostrat, mistrz ceremonii na dworze Tezeusza.
Pigwa, cieśla.
Cichy, stolarz.
Denko, tkacz.
Fujarka, miechownik.
Ryjak, kotlarz.
Głodzik, krawiec.
Hippolita, królowa Amazonek, narzeczona Tezeusza.
Hermia, córka Egeusza, zakochana w Lizandrze.
Helena, zakochana w Demetryuszu.
Oberon, król wróżek.
Tytania, królowa wróżek.
Puk albo Robin-Poczciwiec, chochlik.

Groszkowy Kwiat,    chochliki.
Pajęczynka,
Ćma,
Gorczyczka,
Piram, osoby komedyi, przedstawionej przez czeladników ateńskich.
Tyzbe,
Mur,
Światło księżyca, 
Lew,

Inne Wróżki z orszaku Króla i Królowej.
Służba Tezeusza i Hippolity.

Scena w Atenach i w sąsiednim lesie.
SEN NOCY LETNIEJ.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Ateny. — Sala w pałacu Tezeusza.
(Wchodzą: Tezeusz, Hippolita, Filostrat i Orszak).

Tezeusz.  Godzina ślubów naszych, Hippolito!
Szybko się zbliża; cztery dnie szczęśliwe
Nowy sprowadzą księżyc, ale dla mnie
Jak stary miesiąc powoli ciemnieje!
Odwleka moje szczęście jak macocha,
Lub jak młodzieńca dochód marnująca
Na dożywociu wdowa długie lata.
Hippolita.  Prędko dni cztery znikną w cieniach nocy,
I cztery nocy prędko czas przedrzymią,
A potem księżyc, jak nowy łuk srebrny
Na niebios sklepie zwieszony, przyświeci
Uroczystościom naszych ślubnych godów.
Tezeusz.  Idź, Filostracie, śród ateńskiej młodzi
Skocznego ducha radości zbudź ze snu,
Na pogrzeb wygoń czarną melancholię,
Nie świąt to naszych blada towarzyszka.

(Wychodzi Filostrat).

Mym dziewosłębem był miecz, Hippolito,
Krzywdząc cię, twoją otrzymałem miłość,
Lecz ślubom naszym będą towarzyszyć

Pompa, zabawy, tańce i tryumfy.

(Wchodzą; Egeusz, Hermia, Lizander i Demetryusz).

Egeusz.  Niech błogo żyje książę nasz Tezeusz!
Tezeusz.  Dziękuję. Jakie przynosisz mi wieści?
Egeusz.  Z żalem przychodzę, aby skargę zanieść
Przeciw mojemu dziecku, mojej Hermii.
Dostojny panie, oto jest Demetryusz,
Któremu rękę córki mej przyrzekłem;
Oto Lizander, człowiek, co czarami
Potrafił córki mej uwikłać serce.
Ty, ty, Lizandrze, słałeś jej wierszyki,
Tyś z nią miłości zadatki wymieniał,
Pod jej śpiewałeś oknem przy księżycu
Fałszywym głosem miłość twą fałszywą;
Tyś ją odurzył włosów twych plecionką,
Pierścieniem, cackiem, fraszkami, dewizą,
Bawidełkami, bukietem, łakocią,
Bo to posłańcy potężnego wpływu
Na dusze młode i bez doświadczenia.
Chytrością córki mej wykradłeś serce,
Należne ojcu dziecka posłuszeństwo
W upór zmieniłeś. Więc, dostojny książę,
Jeśli nie zechce, w twojej obecności,
Za swego męża przyjąć Demetryusza,
To ja, powagą starych praw ateńskich,
Córką mą, jak mą własnością rozrządzę:
Lub żoną jego będzie, albo umrze,
Jak to wyraźna zastrzega ustawa.
Tezeusz.  Co odpowiadasz na to, piękna Hermio?
Rozważ; twój ojciec bogiem ci być winien.
On ukształtował piękność twą, dla niego
Jesteś figurą z wosku ulepioną,
Którą ma prawo zachować lub zniszczyć.
Demetryusz godnym szacunku jest panem.
Hermia.  Jak i Lizander.
Tezeusz.  Prawda, lecz w tym razie,
Gdy nie ma ojca twego zezwolenia,
Musi pierwszemu godnością ustąpić.

Hermia.  Bodaj mój ojciec mojem patrzał okiem!
Tezeusz.  Tyś winna raczej sądem jego patrzeć.
Hermia.  Przebacz mi, książę; nie wiem, jaka siła
Daje mi śmiałość, nie wiem, co ma skromność
Może ucierpieć, jeśli w takiem kole
Ważę się sama myśli moich bronić,
Lecz niech mi wolno będzie się zapytać,
Jaka mi kara zagraża najcięższa,
Jeśli odepchnę rękę Demetryusza?
Tezeusz.  Lub śmierć cię czeka, lub musisz na zawsze
Zrzec się słodkiego ludzi towarzystwa.
Więc, piękna Hermio, zajrzej w głąb twej duszy,
Poradź się twojej młodości, krwi twojej,
Czy zdołasz, ojca odrzucając wybór,
Dni resztę nosić osłony zakonnic,
W cieniach klasztoru na zawsze się zamknąć,
Żyć całe życie jak niepłodna siostra,
Do niepłodnego śląc hymny księżyca.
Trzykroć szczęśliwa, co krwi swojej pani,
Może tak odbyć pielgrzymkę dziewiczą,
Ziemsko jednakże szczęśliwsza jest róża
Uszczkniona ręką, niż ta, co na cierni
Więdnie dziewiczej, i rośnie i żyje,
W błogosławionej kona samotności.
Hermia.  I ja tak, książę, wolę żyć, umierać,
Niż praw mojego odstąpić dziewictwa
Panu, którego obrzydłe mi jarzmo,
Którego rządów dusza nie chce przyjąć.
Namyśl się jeszcze, a z nowym księżycem,
W dniu błogim, który z moją narzeczoną
Przyłoży pieczęć wiecznych moich ślubów,
W tym dniu, lub umrzeć bądź przygotowaną
Za krnąbrny opór ojca twego woli,
Lub Demetryusza pojąć w posłuszeństwie,
Lub na Dyany poprzysiądz ołtarzu
Życie surowe, na zawsze samotne.
Demetr.  Zmień myśli, Hermio, a i ty, Lizandrze,
Przy moich prawach uznaj twoich błahość.

Lizander.  Masz ojca miłość, pojmiej go za żonę,
Mnie, Demetryuszu, zostaw miłość Hermii.
Egeusz.  Prawda, Lizandrze, on ma moją miłość,
I miłość moja da mu, co jest moje;
Moją jest córka, moje do niej prawa
Na Demetryusza w całości przenoszę.
Lizander.  Mój ród tak dobry, jak jego jest, książę,
Równy majątek, miłość moja większa,
Pod każdym względem jednaka fortuna,
Jeśli nie wyższa od demetryuszowej,
A co prześciga te wszystkie próżności:
Ja miłość pięknej pozyskałem Hermii.
Czemużbym moich miał się praw wyrzekać?
Demetryusz, w oczy ten mu robię zarzut,
Córce Nedara Helenie dworując,
Duszę jej zyskał, i dziś, biedna dziewka,
Szalenie kocha aż do bałwochwalstwa
Tego zmiennika bez czci i bez wiary.
Tezeusz.  Wyznaję, że mnie doszły o tem wieści,
Że chciałem mówić o tem z Demetryuszem,
I tylko nawał spraw wielkich rzecz całą
Z myśli mi wybił. Lecz chodź, Demetryuszu,
Chodź, Egeuszu, mówić pragnę z wami,
Mam dla was obu prywatne zlecenia.
Ty, piękna Hermio, uzbrój się w cierpliwość,
Przed wolą ojca ugniej twe kaprysy,
Albo cię czeka, wedle praw ateńskich,
Które złagodzić nie w mojej jest mocy,
Śmierć albo życie samotne w klasztorze.
Lecz idźmy, droga moja Hippolito;
Wy dwaj pośpieszcie za mną bez spóźnienia;
W sprawie zaślubin naszych pragnę użyć
Waszej pomocy, naradzić się z wami
W rzeczach was obu blizko dotyczących.
Egeusz.  Idziemy, książę, z chętnem posłuszeństwem.

(Wychodzą: Tezeusz, Hippolita, Egeusz, Demetryusz i Orszak).

Lizander.  Czemu, o droga, lice twe tak blade?
Czemu ich róże tak prędko zwiędniały?

Hermia.  Może im deszczu brakło; jak go łatwo
Wylaćby mogła burza moich oczu!
Lizander.  Niestety! według tego com mógł czytać,
Lub słyszeć kiedy, nigdy jeszcze strumień
Wiernej miłości nie płynął spokojnie;
Ale czasami, albo krwi różnica —
Hermia.  Biada, niższego niewolnicą zostać!
Lizander.  Źle zaszczepiona czasem w lat niezgodzie —
Hermia.  Zgroza, gdy starość łączy się z młodością!
Lizander.  Czasem sklejona wyborem rodziców —
Hermia.  Piekło, wybierać miłość cudzem okiem!
Lizander.  Lub jeśli była w wyborze sympatya,
Choroba, wojna, śmierć nań uderzyły,
I tak chwilowe jak dźwięk było szczęście,
Jak cień przelotne, krótkie jak marzenie,
Lub jak śród czarnej nocy błyskawica,
Co nagle olśni niebiosa i ziemię,
A ledwo spojrzej! człowiek zdoła krzyknąć,
Znowu ciemności pochłonie ją paszcza.
Tak szybko mija wszystko, co jest piękne.
Hermia.  Jeśli przeznaczeń wolą kochankowie
Skazani znosić zawody i krzyże,
Niech nas nauczy los nasz cierpliwości,
Bo to krzyż zwykły należny kochankom,
Jak sny, marzenia, westchnienia, łzy, żądze,
Zwyczajny biednej namiętności orszak
Lizander.  Dobra to rada, więc słuchaj mnie, Hermio!
Mam ciotkę wdowę, która nie ma dzieci,
A jest rozległych panią majętności,
Dom jej o siedem mil od Aten leży;
Kocha mnie, jakby matką moją była,
Tam cię zaślubić mogę, droga Hermio;
Pod jej nas dachem srogość praw ateńskich
Dosiądź nie zdoła. Jeśli mnie więc kochasz,
Jutrzejszej nocy opuść dom ojcowski,
A w głębi lasu, o milę od miasta,
Tam, gdzie cię niegdyś spotkałem z Heleną,
Pierwszego maja obchodzącą święto,

Czekam na ciebie.
Hermia.  Dobry mój Lizandrze,
Na luk Kupida silny ci przysięgam,
Na złote ostrze jego strzał potężnych,
Na wozu Pafii gołębi cug rączy,
Na święty węzeł, co dwie dusze łączy,
Na ogień, w którym spłonęła Dydona,
Przez trojańskiego zdrajcę opuszczona,
Na śluby mężczyzn złamane tak mnogo,
Że wszystkie nasze zrównać im nie mogą,
W ateńskim gaju, w wskazanej gęstwinie,
Przyjdę do ciebie, zanim północ minie.
Lizander.  Dotrzymaj słowa. Patrz, oto Helena. (Wchodzi Helena).
Hermia.  Piękna Heleno, gdzie śpieszysz? Szczęść Boże!
Helena.  Piękną mnie zowiesz? Odwołaj nazwanie.
Ty jesteś piękną, gwiazdą biegunową
Dla Demetryusza oczu, ust twych słowo
Milsze dla niego od skowronka treli
Śród niw zielonych, gdy głogi kwiat bieli.
Ach, gdyby piękność jak choroba była,
Jakbym się chętnie twoją zaraziła!
Głos twój me usta, wzrok skradłyby oczy,
Język języka twego wdzięk uroczy.
Gdybym świat miała, byle jego zostać,
Świat chętnie oddam, by twoją mieć postać.
Naucz mnie, Hermio, sztuki, której silą
Serceby jego dla mnie tylko biło.
Hermia.  Ja się nań marszczę, on kocha bez miary.
Helena.  Gdyby mój uśmiech marszczeń twych miał czary!
Hermia.  Ja mu złorzeczę, on mi błogosławi.
Helena.  Niech cud podobny miłość moja sprawi!
Hermia.  Im silniej gardzę, tem kocha mnie więcej.
Helena.  Silniej mną gardzi, im kocham goręcej.
Hermia.  Szaleństwa jego nie we mnie przyczyna.
Helena.  W twych wdziękach; czemuż nie moja to wina!
Hermia.  Wkrótce, Heleno, przestaniesz się smucić,
Śpieszę z Lizandrem Ateny porzucić.
Nim oko moje Lizandra ujrzało,

To miasto pięknym rajem mi się zdało;
Jakże potężna miłości jest siła,
Gdy dziś na piekło niebo me zmieniła!
Lizander.  Wyznam ci całą naszą tajemnicę:
Jutro, gdy Febe ujrzy srebrne lice
W zwierciadle wody, siejąc perły rosy
Na trawę smugów i na złote kłosy,
Opuścim miasto skryci nocy cieniem,
Która kochanków zawsze jest zbawieniem.
Hermia.  Gdzie z tobą nieraz dzień marzyłam cały,
Na łożu, które pierwiosnki usłały,
Myśli z pełnego wylewając łona,
Z moim Lizandrem będę połączona.
A stamtąd społem pobiegniem weseli
Szukać śród obcych nowych przyjacieli.
Bywaj mi zdrowa towarzyszko droga,
Módl się za nami, jak ja proszę Boga,
By ogień, którym płonie twoja dusza,
Zapalił serce twego Demetryusza!
(Do Lizandra) Dotrzymaj słowa; dziś zrzec się nam trzeba
Oczom kochanków najmilszego chleba (wychodzi).
Lizander.  Dotrzymam. — Żegnaj! Niech Bóg w swej dobroci
Twego kochanka serce ci powróci (wychodzi).
Helena.  Jak dziwna ludzkich przeznaczeń różnica!
Mówią, że moje, jak jej piękne lica;
Lecz cóż mi z tego, gdy on, skamieniały
Nie widzi tego, co świat widzi cały!
On błądzi, Hermii ubóstwiając oko,
Ja, cnoty jego ceniąc zbyt wysoko.
Ach, jakże często najlichszemu ciału
Miłość pożycza blasków ideału!
Bo miłość widzi duszą nie oczyma,
Dlatego ślepy Kupido ocz nie ma;
Nie rozum jego kieruje wyborem,
Pędzony żądzą ślepem leci piórem.
Miłość jest dzieckiem, w swoim też wyborze,
Jak dziecko, nieraz omylić się może;
Jak śród igraszki dziecię słowo łamie,

Tak dziecię miłość przysięgając, kłamie.
Nim oczu Hermii zaraził się jadem,
Demetryusz przysiąg sypał na mnie gradem,
Lecz w ogniu Hermii jednego spojrzenia
Wszystek grad przysiąg na deszcz się przemienia.
Teraz mu Hermii zamiary odsłonię,
Do gaju za nią puści się w pogonie,
Jeśli łaskawie spojrzy na mnie za to,
Bogatą dla mnie będzie to zapłatą,
I choć tem moje boleści osłodzę,
Że towarzyszką będę mu w tej drodze (wychodzi).


SCENA II.
Tamże. — Izba w chatce.
(Wchodzą: Cichy, Denko, Fujarka, Byjak, Pigwa i Głodzik).

Pigwa.  Czy zebrała się już cała nasza trupa?
Denko.  Byłoby najlepiei wołać kolejno człowieka po człowieku, jak stoją na papierze.
Pigwa.  Oto imienna lista ludzi, których uznały całe Ateny za najzdolniejszych do przedstawienia naszej sztuki przed księciem i księżniczką w nocy dnia ich zaślubin.
Denko.  Naprzód, dobry Pigwo, powiedz, jaki jest przedmiot sztuki; a potem odczytaj nazwiska aktorów i przystąp do rzeczy.
Pigwa.  A więc nasza sztuka nosi tytuł: Najsmutniejsza komedya i najokrutniejsza śmierć Pirama i Tyzby.
Denko.  Doskonały to kunsztyk, możecie mi wierzyć, i bardzo krotofilny. Teraz, dobry Piotrze Pigwo, wołaj twoich aktorów z papieru. Mości panowie, do rzędu!
Pigwa.  A niech każdy odpowiada na zawołanie. Mikołaj Denko, tkacz.
Denko.  Jestem. Powiedz, jaką mam rolę, a potem tnij swoje dalej!
Pigwa.  Ty, Mikołaju Denko, stoisz tu zapisany na Pirama.
Denko.  A cóż to za jeden ten Piram? Kochanek, czy tyran?
Pigwa.  Kochanek, który się walecznie z miłości zabija.
Denko.  To trzeba będzie trochę łez, żeby dobrze rzecz przedstawić. Jeśli to moją ma być sprawą, niech słuchacze dobrze pilnują swoich oczu, bo wywołam burze, będę aż strach desperował. Idźmy więc dalej. Jednakże mój największy pociąg jest na tyrana; mógłbym przedziwnie odegrać Herklesa, albo jaką inną rolę, gdzie trzeba z kota drzeć pasy i wszystko tłuc na kawałki.

Szalone skały,
Gdy się trzaskały,
Rycząc, łamały
Bramy więzienia,
A Fiba rumaki
Przez niebios szlaki
Plączą w majaki
Głupie przeznaczenia.

To mi rzecz szczytna! Czytaj nam teraz resztę aktorów. To ton Herklesa, ton tyrana; kochanek płaczliwszym mówi tonem.
Pigwa.  Franciszek Fujarka, naprawiacz miechów.
Fujarka.  Jestem, Piętrzę Pigwo.
Pigwa.  Musisz się podjąć roli Tyzby.
Fujarka.  A cóż to za jeden ten Tyzby? Czy jaki błędny rycerz?
Pigwa.  Nie, jest to pani, którą Piram ma kochać.
Fujarka.  Na uczciwość, nie daj mi roli kobiety; już broda sypać mi się zaczyna.
Pigwa.  Mniejsza o to, będziesz grał twoją rolę w masce, a będzie ci wolno mówić, jak zechcesz, cieniuśko.
Denko.  Jeśli będę mógł twarz zasłonić, to dajcie mi także rolę Tyzby, będę mówił strasznie cienko: Tysne, Tysne Ach, Piramie, mój kochaneczku drogi, twoja droga Tyzby, twoje serduszko!
Pigwa.  Nie, nie, musisz być Piramem, a ty, Fujarko. Tyzbą.
Denko.  Niechże i tak będzie. Co dalej?
Pigwa.  Robin Głodzik, krawiec.
Glodzik.  Jestem, Piotrze Pigwo.
Pigwa.  Ty będziesz matką Tyzby. Tomasz Ryjek, mularz.
Ryjek.  Jestem, Piotrze Pigwo.
Pigwa.  Ty będziesz ojcem Pirama, a ja ojcem Tyzby. Ty, Cichy, stolarzu, będziesz grał rolę lwa. Otóż, jak myślę, wszystko rozdzielone.
Cichy.  Czy masz rolę lwa na piśmie? Jeśli masz, to daj mi ją, bo tępo idą mi rzeczy do głowy.
Pigwa.  Musisz ją grać extempore; wszystko się tam kończy na ryczeniu.
Denko.  To dajcie mi także rolę lwa; będę tak ryczał, że się rozradują ludzkie serca, będę tak ryczał, że sam książę zawoła: niech jeszcze ryknie, niech jeszcze ryknie!
Pigwa.  Gdybyś ryczał zbyt strasznie, zlękłaby się księżniczka i jej damy, a nużby zaczęły wrzeszczeć, byłoby to więcej, jak trzeba, żeby nas wszystkich na szubienicę poprowadzić.
Wszyscy.  Dyndalibyśmy wszyscy, każdy syn swojej matki.
Denko.  Prawda, przyjaciele, że gdyby damy potraciły głowy ze strachu, nie zostałoby im więcej rozumu, jak trzeba, żeby nas poprowadzić na szubienicę, ale ja tak głos nastroję, że będę wam ryczał słodziusieńko jak ssący gołąbek, będę tak ryczał, żebyś powiedział, że to słowik.
Pigwa.  Nie możesz grać żadnej innej roli jak Pirama, bo Piram to pan gładkiego oblicza, na jakiego radzi patrzeć ludzie w dzień letniej pogody, pan najmilszy, prawdziwie szlacheckie dziecię, musisz więc koniecznie grać rolę Pirama.
Denko.  Więc dobrze, podejmuję się tej roli. Z jaką brodą byłoby najwłaściwiej wystąpić?
Pigwa.  Z jaką ci się podoba.
Denko.  Albo wezmę brodę koloru słomianego, albo ciemnopomarańczową, albo jasno-purpurową, albo brodę koloru francuskiej czaszki — zupełnie żółtą.
Pigwa.  Niejedna francuska czaszka wcale nie ma włosów grałbyś więc rolę z wytartem czołem. Ale, mości panowie, oto wasze role. Błagam was teraz i proszę i wymagam, żebyście się ich nauczyli do jutrzejszej nocy. Zejdziemy się w pałacowym gaju, o milę od miasta, przy świetle księżyca; tam zrobimy próbę. Gdybyśmy się zebrali w mieście, tropiłyby nas tłumy ciekawych i przed czasem zwąchanoby nasze zamysły. Bez najmniejszej zwłoki zróbmy spis rzeczy potrzebnych do przedstawienia naszej komedyi. Tylko proszę, nie zróbcie mi zawodu.
Denko.  Przyjdziemy. Próba będzie się tam mogła odbyć rozwięźlej i waleczniej. Nie żałujcie trudu, nauczcie się doskonale. Bądźcie zdrowi!
Pigwa.  Miejsce zbioru dąb książęcy.
Denko.  Dość na tem. Dotrzymajcie słowa, a baczność!

(Wychodzą).

AKT DRUGI.
SCENA I.
Las w blizkości Aten.
(Wchodzą: z jednej strony Wróżka, z drugiej Puk).

Puk.  Co tam nowego, duchu? Gdzie tak śpieszysz?
Wróżka.  Przez doliny i przez góry,
Przez zwierzyńce i ogrody,
Przez potoki i przez bory,
Płomień ognia, fale wody,
Wszędzie mnie skrzydła me niosą
Szybsze od Cyntii promieni,
Gdzie mi każe wróżek ksieni,
Ślad kół swoich skrapiać rosą.
Pierwiosnki to są jej służki,
Patrz na złote szat ich plamy,
To rubiny, to dar wróżki,
W których wonne spią balsamy.
Teraz na łąkach zbierać perły rosy śpieszę,
W uchu każdej pierwiosnki perełkę zawieszę.
Żegnaj, figlarny duchu, powinność mnie wzywa,

Królowa, z dworem wróżek, za chwilę przybywa.
Puk.  Król sprawia święto pod tą dziś dąbrową;
Miej baczność, by się nie spotkał z królową,
Oberon bowiem cały gniewem pała,
Że pani nasza na pazia wybrała
Królowi Indyi ukradzione dziecię.
Nic piękniejszego nie było na świecie.
Król chciał go gwałtem na swym widzieć dworze,
Pragnął z nim razem harcować po borze,
Ale Tytania, w dziecku zakochana,
Stroi je w kwiaty, a nie słucha pana.
Odtąd też, czy to spotkają się w gaju,
Czy to na smugach, przy jasnym ruczaju,
Spór taki toczą, że raz dwór ich cały
W żołędzi kubki schował się struchlały.
Wróżka.  Jeśli o tobie mój sąd mnie nie myli,
To jesteś duchem pełnym krotofili,
Ludzie cię zowią Robinem Dobrotą;
Ty wiejskie dziewki straszysz twoją psotą,
Ty żarna psujesz, ciebie tylko wini,
Gdy próżno bije masło gospodyni,
Warzone piwo wietrzeje twą sprawą,
Zbłąkany pielgrzym twoją jest zabawą.
Szczęśliwy, kto ci imię daje Puka,
Bo temu służysz, tego szczęście szuka.
Alboż się mylę? Czy to prawda? powiedz.
Puk.  Prawda; ja nocy wesoły wędrowiec,
Z moich się figlów nieraz król śmiać raczy,
Kiedy udanem rżeniem pięknej klaczy
Zwabiam ogiery bobem wytuczone;
Czasami pływam, jak jabłko pieczone
Na piwie kmoszki, a gdy pić zamierza,
Mniemane jabłko w usta ją uderza,
Wszystko się piwo na pierś zwiędłą leje;
Mądra babunia, smutne prawiąc dzieje,
Myśli, żem trójnóg, ale kiedy siada,
Ślizga się trójnóg, jak długa upada,
Wszyscy się śmiejąc, za boki trzymają,

Z radości krzyczą, kaszlą i kichają.
Lecz ustąp, wróżko, widzę Oberona.
Wróżka.  A ja mą panią. Drżę już przestraszona.


SCENA II.
(Z jednej strony wchodzi Oberon ze swoim Orszakiem, z drugiej Tytania ze swoim).

Oberon.  Niemile zejście przy świetle księżyca,
Dumna Tytanio!
Tytania.  Zazdrosny Oberon?
Wróżki, odlećmy, wyrzekłam się bowiem
I towarzystwa i jego łożnicy.
Oberon.  Stój, stój, zuchwała! Czym nie jest twym panem?
Tytania.  A więc ja twoją powinnam być panią;
Lecz wiem, żeś z wróżek dzielnic się wykradał,
I po dniach całych, w postaci Koryna,
Przy zakochanej śpiewałeś Filidzie
Twoje miłostki, grając nu multankach.
Po coś tu przybył z kończyn ziem indyjskich?
Bo twa krzykliwa w bucikach kochanka,
Bo Amazonka, twoja wojowniczka,
Tezeuszowi oddaje dziś rękę,
A tyś ich łożu przyszedł błogosławić.
Oberon.  Nie maszli wstydu, Tytanio, wspominać
O Hippolicie, gdy wiesz, że mi dobrze
Twe z Tezeuszem znane są zaloty?
Czyż z Perygenii objęć, którą porwał,
W nocy go cieniach nie uprowadziłaś?
Czyż nie twą sprawą połamał przysięgi,
Dane Aryadnie, Egli, Antyopie?
Tytania.  Wszystko to próżne zazdrości wymysły.
I każdą razą, od początku lata,
Kiedy się z moich wróżek zbiorę kołem
W górach, dolinach, na łąkach, śród lasów,
Przy kamyczkami brukowanem źródle,
Lub przy strumyku trzciną bramowanym,
Aby przy wiatrów świszczących muzyce

Tańczyć wesoło, ty zawsze kłótniami
Przerywasz tańce nasze i zabawy.
Wiatry też widząc, że napróżno grają,
Mszcząc się, wyssały z mórz mgły zaraźliwe,
Na ląd poniosły, a ich obfitością
W taką urosła dumę lada struga,
Że z swoich brzegów szumiąc wystąpiła;
I wół nadarmo jarzmo swoje dźwigał,
Rolnik się pocił, młode bowiem zboże
Zgniło, nim brody mogło się doczekać;
Bez owiec hurty na zalanych polach,
Wron stada bydła tuczą się trupami;
Kręgielnie błotem dzisiaj zapełnione,
A powikłane na łąkach chodniki
Nie zostawiły i śladu po sobie;
Śmiertelnych ludzi głód dręczy; już zima,
A ich wieczorów pieśń nie rozwesela,
Przeto i księżyc, ten król morskich toni,
Blady od gniewu, za mgłami i deszczem,
Sieje po ziemi tysiączne choroby;
Pory się roku zmieniły w zamęcie,
Na świeże łono róży mróz upada,
Na siwej głowie i na brodzie zimy,
Jak na szyderstwo, słodkich lata pączków
Wonne paciorki puszczają na chwilę.
Wiosna i lato, płodna jesień, zima,
Swoje zwyczajne odmieniły barwy,
Świat ich zdziwiony nie może rozróżnić.
Całe to mnogie strasznych klęsk potomstwo
Z naszych wyrosło sporów, naszych kłótni,
My ich początkiem, my ich rodzicami.
Oberon.  Więc napraw wszystko, w twojej to jest mocy,
Przestań się tylko woli mej opierać,
Oddaj w me ręce skradzione pacholę,
Chcę go na pazia.
Tytania.  Przestań o tem myśleć;
Chłopięcia nie dam za wróżek królestwo.
Moją czcicielką jego matka była,

Śród nocy, w wonnem powietrzu indyjskiem,
Długie nam chwile na rozmowach biegły.
Czasem, na płowym morza siedząc brzegu,
Płynące nawy ścigałyśmy okiem,
Śmiech nas brał, patrząc na ciężarne żagle,
Wydęte tchnieniem rozpustnych wietrzyków;
A ona pięknym swym płynącym chodem
(W łonie nosiła wtedy moje chłopię),
Po złotym piasku wybrzeża żeglując,
Naśladowała chyżej nawy podróż,
I niosła, niby z powrotem, drobnostki
Jak drogi towar z dalekiej podróży.
Śmiertelna, zgasła powijając syna;
Dla jej miłości syna tego chowam,
Dla, jej miłości dziecka nie opuszczę.
Oberon.  Jak długo myślisz w tym pozostać borze?
Tytania.  Do dnia zaślubin Tezeusza może.
Jeżeli z nami tańczyć chcesz bez swarów,
Świętować z nami przy blasku księżyca,
Zostań; inaczej opuść nasze koło,
A ja twych zabaw pewno nie zakłócę.
Oberon.  Daj mi to chłopię, a zostanę z tobą.
Tytania.  Nie dam za całe twe królestwo wróżek.
Wróżki, odejdźmy, bo zostając dłużej,
Nazbyt się głośnej doczekamy burzy.

(Wychodzi Tytania z Orszakiem).

Oberon.  Więc idź, lecz zanim lasy te opuścisz,
Potrafię za tę ukarać cię krzywdę.
Zbliż się tu, Puku. Przypominasz sobie,
Kiedym raz siedział na szczycie przylądka
I słuchał pieśni, którą mi syrena
Nuciła, siedząc na delfina grzbiecie,
Pieśń tak czarowną, że ucichło morze,
Z sfer swoich gwiazdy spadały szalenie,
By się dziewicy morskiej przysłuchiwać?
Puk.  Pamiętam.
Oberon.  Właśnie w tej widziałem chwili
To, czego oczy twe nie mogły dojrzeć,

Pomiędzy ziemią, a między księżycem,
Lot Kupidyna, zbrojnego strzałami.
Wziął na cel piękną westalkę zachodu,
I z taką siłą strzałę z łuku cisnął,
Jakby serc miała przeszyć sto tysięcy;
Ale księżyca zimny, czysty promień
Grot Kupidyna ognisty zagasił,
I nie draśnięta królewska kapłanka
Przeszła w spokojnem, dziewiczem marzeniu.
Zważałem pilnie, gdzie strzała upadła,
Na mały kwiatek upadła zachodu,
Przód jak śnieg biały, lecz teraz czerwony
Miłości raną, zowią go bratkami.
Pamiętam, że ci kwiat ten pokazałem;
Leć mi go przynieść. Soku jego siłą
Wyciśniętego na śpiącego oczy,
Mąż lub niewiasta szalenie pokocha
Pierwsze ujrzane żyjące stworzenie.
Kwiat mi ten przynieś, a bądź tu z powrotem,
Nim zdoła milę upłynąć lewiatan.
Puk.  W czterdzieści minut okołuję ziemię (wychodzi).
Oberon.  Gdy w posiadaniu tego będę soku,
Będę czatował na śpiącą Tytanię,
I na jej oczy jedną spuszczę kroplę,
A co zobaczy naprzód rozbudzona,
Lwa, czy niedźwiedzia, wilka czyli byka,
Ruchliwą małpę, albo koczkodana,
Pokocha z całą duszy swej potęgą,
I póty czaru z jej nie zdejmę oczu,
(Czego dokonać innem mogę zielem),
Póki mi pazia swojego nie odda.
Lecz kto się zbliża? Jestem niewidzialny,
Słuchajmy, co jest rozmowy ich treścią.

(Wchodzi Demetryusz, za nim Helena).

Demetr.  Ja cię nie kocham, przestań więc mnie ścigać.
Gdzie jest Lizander? Gdzie piękna jest Hermia?
Ja go chcę zabić, ona mnie zabija.
Mówiłaś, że w tym ukryli się gaju;

Lecz jak pień stoję pośród pni tysiąca,
Nie mogę bowiem mojej znaleźć Hermii.
Oddal się, precz stąd! nie ścigaj mnie dłużej.
Helena.  Ty mnie przyciągasz, magnesie bez serca,
Lecz nie żelazo przyciągasz, me serce
Jak stal niezmienne. Strać moc przyciągania,
A ja moc stracę iść za twoim śladem.
Demetr.  Alboż cię wabię słowami pochlebstwa?
Czy ci otwarcie, czy jasno nie mówię,
Ze cię nie kocham i kochać nie mogę?
Helena.  Dlatego właśnie kocham cię gwałtowniej.
Jestem twym wyżłem, i gdy bić mnie będziesz,
Ja tem pokorniej łasić ci się będę.
Jak twoim wyżłem gardź mną, bij mnie, zgub mnie,
Pozwól mi tylko, jakkolwiek niegodnej,
Gdzie się obrócisz, iść za twoim tropem.
Powiedz, o gorsze w twej miłości miejsce
Mogęż cię błagać, jak psem twoim zostać?
A i to miejsce drogie jest w mych oczach.
Demetr.  Nie kuś zbyt duszy mojej nienawiści;
Patrząc na ciebie, słabo mi się robi.
Helena.  A mnie jest słabo, gdy ciebie nie widzę.
Demetr.  Wielką skromności twej wyrządzasz krzywdę,
Gdy miasto rzucasz, sama się oddajesz
W ręce człowieka, który cię nie kocha,
Na wszystkie nocy wystawiasz pokusy,
Na złe podszepty samotnej ustroni
Bogate skarby twojego dziewictwa.
Helena.  Moją obroną cnota twoja będzie.
Tam słońce dla mnie, gdzie twarz twoją widzę,
Jakże mam myśleć, że jestem śród nocy?
Niema w tym borze dla mnie samotności,
Ty bowiem dla mnie światem jesteś całym;
Jakże powiedzieć, że jestem tu sama,
Kiedy tu na mnie świat mój patrzy cały?
Demetr.  Umknę przed tobą, skryję się w paprociach,
Na pastwę dzikich zostawię cię zwierząt.
Helena.  Najdziksze zwierzę serca twego nie ma.

Gdzie chcesz uciekaj; starą zmienisz powieść;
Dziś Dafne goni, Apollo ucieka,
Jastrzębia gołąb’, a trwożliwa łania
Tygrysa ściga; daremne ściganie,
Gdy trwoga goni, a ucieka męstwo!
Demetr.  Twoich oskarżeń nie chcę dłużej słuchać;
Opuść mnie; jeśli gwałtem chcesz iść za mną,
Pośród gęstwiny krzywdę ci wyrządzę.
Helena.  Ty mnie w świątyni, w mieście i na polu,
Wszędzie mnie krzywdzisz, twoje okrucieństwa
Na płeć mą całą zniewagę rzucają.
Jak wam o miłość bić nam się nie wolno,
Kobieta tylko słuchać zalot zdolną.
Pójdę za tobą, gorzkie piekła męki
Na niebo zmienię, ginąc z drogiej ręki.

(Wychodzą: Demetryusz i Helena).

Oberon.  Niedługo, nimfo, pomsty będziesz czekać;
Wkrótce on gonić, ty będziesz uciekać.

(Wchodzi Puk).

Witaj, wędrowcze, czy przyniosłeś kwiatek?
Puk.  Oto jest, królu.
Oberon.  Więc daj mi go, proszę.
Znam brzegi wonne, macierzanką słane,
Gdzie w cząbrów cieniu fiołki schowane,
Górą bogaty baldachim rozbity,
Z róż jerychońskich i szypszyny szyty,
Tam, długich tańców rozkoszą zmęczona,
Tytania szuka snu śród kwiatów łona;
Tam wąż wylinę składa centkowatą,
Któraby mogła wróżek mych być szatą.
Ledwo jej oczy ten sok zwilży śpiące,
Szpetnych ją złudzeń napełnią tysiące.
Weź i ty kroplę, a szukaj po kniei,
Znajdziesz dziewicę, która bez nadziei
Kocha młodziana; zwilż jego źrenice,
Daj tylko baczność, by naprzód jej lice
Ujrzał zbudzony. Łatwo go w tym borze
Poznasz po jego ateńskim ubiorze.

Jeśli się wszystko po mej woli stanie,
Miłość i wzgarda zamienią mieszkanie.
Nim kur zapieje, bądź tutaj z powrotem.
Puk.  Wszystkie rozkazy twoje spełnię lotem. (Wychodzą)


SCENA III.
Inna część lasu.
(Wchodzi Tytania z Orszakiem).

Tytania.  Dalej do tańca, wróżki, i do pieśni!
Na ćwierć minuty rozlećcie się potem:
Część w pączkach róży zabijać robaki,
Z nietoperzami o skórzane skrzydła
Dla moich sylfów na szaty wojować,
Część niech krzykliwą odgania stąd sowę,
Na orszak moich duchów hukającą.
Przody mnie słodką ukołyszcie pieśnią,
A potem, każda do swojej roboty.

Pieśń.
I.

1 Wróżka.  Precz stąd, węże dwużądliste,
Precz stąd, żmijo, precz zjadliwa,
Padalce, jeże kolczyste!
Pani nasza tu spoczywa.
Chór.  Filomelo, ty pieśniami
Do snu lulaj ją tu z nami,
Lula, lula, lulaby; lula, lula, lulaby.
Niech żadna czarów potęga
Słodkiej pani nie dosięga,
Więc dobranoc, lulaby!

II.

2 Wróżka.  Precz stąd, przędzące pająki,
Długonogie precz kosarze,
Czarne żuki, chrząszcze, bąki,
Precz ślimaku z glistą w parze!
Chór.  Filomelo, ty pieśniami

Do snu lulaj ją tu z nami,
Lula, lula, lulaby; lula, lula, lulaby.
Niech żadna czarów potęga
Słodkiej pani nie dosięga,
Więc dobranoc, lulaby!
2 Wróżka.  Lećmy! przymknęła źrenice;
Zostawmy jedną strażnicę.

(Wychodzą Wróżki. — Tytania zasypia. — Wchodzi Oberon).

Oberon.  Niechaj serce twe owładnie,

(wyciska kwiat na jej powieki)

Kto ci pierwszy w oczy wpadnie.
Schnij z miłości, schnij, szalona,
Czy to kota, czy to dzika,
Czy to rysia, czy bartnika
Ujrzysz naprzód rozbudzona.
Niechaj teraz sen cię łudzi,
Aż cię potwór jaki zbudzi (wychodzi).

(Wchodzą: Lizander i Hermia).

Lizander.  Mdlejesz znużona po tym błądząc lesie,
A ja ci wyznam, że zgubiłem drogę;
Wstrzymaj tu, Hermio, znużoną twą nogę,
Aż nam dzień jasny zbawienie przyniesie.
Hermia.  Dobry Lizandrze, idź spocząć na stronie;
Ja na tych kwiatach złożę moje skronie.
Lizander.  Niech darń ta jednem będzie dla nas łożem,
Jak jedną duszę we dwóch ciałach tworzym.
Hermia.  Lizandrze, jeśli kochasz Hermionę,
Zdala ode mnie idź spocząć na stronę.
Lizander.  Niewinnej myśli nie tłómacz surowo,
Niech miłość pojmie miłości mej słowo.
Chciałem powiedzieć, że miłości siła
Dwa przody serca na jedno stopiła,
Że jednych przysiąg związane łańcuchem,
Dwa przody ciała jednym żyją duchem,
Gdy więc przy tobie moją złożę głowę,
To tylko drugą złożę twą połowę.
Hermia.  Mego honoru byłoby skrzywdzeniem
Wierność kochanka krzywdzić podejrzeniem.

Lecz, przyjacielu, kochanka cię błaga,
Oddal się tyle, co skromność wymaga
Od cnotliwego męża i dziewczyny.
Tak, dobrze. Teraz, dobranoc, jedyny!
A w sercu twojem chowaj miłość stałą,
Póki się z duszą nie rozdzieli ciało.
Lizander.  Amen! Niech Bogi twe ziszczą błaganie,
Niechaj z miłością i życie ustanie.
Cały swój pokój niech sen na cię zleje!
Hermia.  Nie, nie, połową niech twą skroń owieje!

(Zasypiają. — Wchodzi Puk).

Puk.  Darmo szukam, darmo lecę,
Ateńczyka niema w borze,
Na któregobym powiece
Sprawdził, co ten kwiatek może.
Lecz co widzę? W nocy cieniu
Poznaję go po odzieniu.
To on, co z wzgardą odpycha
Biedne dziewczę kochające,
A to ona, marząc wzdycha
Na wilgotnej rosą łące.
Biedne dziecko spać nie śmiało
Przy swojego kata boku.
Kładę teraz na twem oku
Siłę czarów moich całą.
Odtąd wzdychaj, kochaj stale,
Niech od ócz twych sen ucieka.
Zbudź się, skoro się oddalę,
Bo Oberon na mnie czeka (wychodzi).

(Wbiegają: Demetryusz i Helena).

Helena.  Stój, choćbyś własną miał zabić mnie dłonią!
Demetr.  Przestań daremną dręczyć mnie pogonią!
Helena.  Chceszli samotną zostawić mnie w lesie?
Demetr.  Krok jeden dalej zgubę ci przyniesie (wychodzi).
Helena.  Straciłam siły śród marnej gonitwy:
Tem mniejsza łaska im dłuższe modlitwy.
Gdziehądź jest teraz, jak Hermia szczęśliwa!
Niebieski urok w oczach jej spoczywa.

Skąd blask jej źrenic? Nie łzy jej go dały,
Bo moje stokroć więcej ich wylały.
Nie, nie, niedźwiedzic szpetność mnie obleka.
Bo na mój widok zwierz dziki ucieka,
I on też, moim strwożony widokiem,
W gęstwiny boru szybkim leci krokiem.
A ja zwierciadła kłamstwu śmiałam wierzyć,
Z Hermii urodą piękność moją mierzyć! —
Któż to? Lizander! Czy zamordowany,
Czyli śpi tylko? Niema krwi ni rany.
Jeżeli żyjesz, zbudź się, zbudź, przez Boga!
Lizander  (budząc się). Dla ciebie w ogień rzucę się, o droga.
Heleno! cudem natury stworzona,
Serce twe widzę nawskróś twego łona.
Gdzie jest Demetryusz? Ach, z jaką rozkoszą
Tę darń krwią jego ręce moje zroszą!
Helena.  Lizandrze, ta ci groźba nie przystoi.
Cóż, że do Hermii marnie wzdycha twojej?
Czyż ci nie dosyć, że dusza jej cała
Dla ciebie tylko wiecznym ogniem pała?
Lizander.  O nie, nie dosyć! Ze łzą żalu w oku
Liczę dnie przy jej przenudzone boku.
Nie Hermii pierś ta, lecz Heleny szuka:
Któż za gołębia nie oddałby kruka?
Wolą człowieka rozum tylko rządzi,
A rozum ciebie najgodniejszą sądzi.
Jak każdy owoc w swej porze dośpiewa,
Tak mej młodości rozum dziś dojrzewa;
Gdy się do szczytu ludzkiej wiedzy dostał,
Dziś rozum woli mej hetmanem został,
I w złotej księdze miłości — twem oku
Czytać chce powieść miłości uroku.
Helena.  Skąd to szyderstwo? Jakiej winy karą
Twojej pogardy stałam się ofiarą?
Toż ci nie dosyć, że ma biedna dusza
Nie potrafiła z oczu Demetryusza
Wyrwać jednego słodkiego spojrzenia?
Szyderstwem moje zwiększyć chcesz cierpienia?

Czy ciężkiej dla mnie krzywdy w tem nie widzisz,
Że zalotami z nieszczęśliwej szydzisz?
Lecz bądź mi zdrowy! Choć wyznać ci muszę,
Że szlachetniejszą dawałam ci duszę.
Ach, że kobietę, którą jeden rzuca,
Jeszcze szyderstwem swem drugi zasmuca (wychodzi).
Lizander.  Nie widzi Hermii. Hermio, spij głęboko!
Niech cię me więcej nie zobaczy oko!
Bo jak słodyczy zbytkiem przesycenie
Większe żołądka budzi obrzydzenie,
Lub jak kacerstwo poznane przenika
Największym wstrętem serce heretyka,
Tak ty, kacerstwo, przesycie mój, równie
Bądź wszystkich wstrętem, lecz moim bądź głównie!
Odtąd, co sił jest w inej duszy, mej ręce,
Heleny rycerz, Helenie poświęcę (wychodzi).
Hermia  (zrywając się). Lizandrze, ratuj! Oderwij tę żmiję
Od mego serca, która krew mą pije.
Co za sen straszny! Patrz, Lizandrze drogi,
Czy widzisz? Cała drżę jeszcze od trwogi.
Lizandrze! Przebóg, zniknął! Wszędzie głucho,
I darmo czeka na odpowiedź ucho.
Ach, powiedz, jaka ustroń cię tu kryje,
Albo samotność i strach mnie zabije!
Zniknął! niestety! Ale opuszczona
W śmierci lub w twoje rzucę się ramiona (wychodzi).


AKT TRZECI.
SCENA I.
Las.
(Królowa wróiek leży uśpiona. — Wchodzą: Pigwa, Cichy, Denko, Fujarka, Ryjak i Głodzik).

Denko.  Czy zebraliśmy się już wszyscy?
Pigwa.  Wszyscy, wszyscy! Co za przedziwne miejsce dla naszej próby! Ta zielona darń będzie naszą sceną, ten krzak tarniny naszą garderobą, a odegramy sztukę słowo w słowo jak przed księciem.
Denko.  Piotrze Pigwo —
Pigwa.  Co chce powiedzieć waligóra Denko?
Denko.  Są rzeczy w tej komedyi Pirama i Tyzby, które podobać się nie mogą. Naprzód Piram musi dobyć oręża, żeby się własną zabić ręką; takiego widoku nie mogą znieść damy. Co na to odpowiesz?
Ryjak.  Na Najświętszą Panienkę, straszna to sprawa!
Głodzik.  Jabym sądził, że byłoby najlepiej opuścić to samobójstwo na końcu.
Denko.  Uchowaj Boże! Znalazłem lekarstwo na wszystko. Napisz mi prolog, a niech w tym prologu stoi wyraźnie, że nikomu nie zrobimy krzywdy naszemi szablami, i że Piram nie zabił się naprawdę. Dla większej pewności, powiedz im, że ja, Piram, nie jestem Piram, ale nazywam się Denko, a jestem tkaczem z profesyi; to im wszelki strach odejmie.
Pigwa.  Dobry pomysł; postaramy się o taki prolog, a będzie napisany w ośmio i sześciozgłoskowych wierszach.
Denko.  Nie, dodaj dwie więcej, niech się składa z ośmiu i ośmiu.
Ryjak.  A czy się lwa nie zlękną czasem damy?
Glodzik.  Przyznam się, że bardzo się tego lękam.
Denko.  Mości panowie, rzecz ta wymaga namysłu. Wprowadzić, czego nie daj Boże! lwa między damy, to rzecz najstraszniejsza, bo niema drapieżniejszego ptaka żyjącego od lwa na całej ziemi; trzeba nam to zawsze mieć na pamięci.
Ryjak.  A więc trzeba, żeby drugi prolog zapowiedział, że to nie lew.
Denko.  A w dodatku należy ogłosić nazwisko aktora; trzeba, żeby mu widać było pół twarzy przez lwią paszczę, a on sam musi przez ten otwór w takim lub podobnym mówić niesensie; Panie, albo piękne panie, życzyłbym wam, albo prosiłbym was, albo błagałbym was, żebyście się nie lękały, żebyście nie drżały: mojem życiem odpowiadam za wasze. Gdybyście myślały, że przychodzę tu jak lew, krucho byłoby ze mną; ale nie, nie jestem taką poczwarą, jestem człowiekiem, jak inni ludzie; a tu, zdaje się, że będzie pora, aby powiedział swoje nazwisko i oświadczył po prostu, że się nazywa Cichy, a jest stolarzem z profesyi.
Pigwa.  I to się da zrobić. Ale dwie jeszcze zachodzą trudności. Pierwsza, jak wprowadzić światło księżyca do izby, bo jak wiecie, Piram i Tyzbe spotykają się przy świetle księżyca.
Cichy.  Czy to noc miesięczna, w której mamy przedstawić naszą komedyę?
Denko.  Do kalendarza! do kalendarza! Zajrzej do almanachu, szukaj światła księżyca, szukaj światła księżyca!
Pigwa.  Chwała Bogu! Księżyc świeci tej nocy.
Denko.  Możemy więc zostawić otworem jedną połowę okna izby, w której będziemy grali sztukę, a księżyc będzie nam świecił przez okno.
Pigwa.  Tak jest, albo też jeden z nas wejdzie z wiązką ciernia i latarnią, a powie, że przychodzi defigurować albo przedstawiać osobę światła księżyca. Ale jest jeszcze druga trudność, musimy mieć mur w wielkiej izbie, bo Piram i Tyzbe, jak powiada historya, przez szparę w murze rozmawiali.
Cichy.  Nigdy wam się nie uda wnieść muru do izby. Co ty na to, Denko?
Denko.  Musi który z nas mur przedstawiać. Trzeba, żeby się popruszył gipsem, albo gliną, albo wapnem, na znak, że jest murem, a musi swoje palce tak trzymać; przez tę szparę Piram i Tyzbe będą do siebie szeptali.
Pigwa.  Jeśli się to da zrobić, wszystko pójdzie dobrze. A teraz niech siądzie każdy syn swojej matki i recytuje swoją rolę. Piramie, zaczynaj; jak skończysz, wleź za krzak, i tak każdy z kolei wedle swojej roli.

(Wchodzi Pzik w głębi).

Puk.  Co za dreliszki tutaj hałasują
Tak blizko wróżek królowej kolebki?
Ha, grają sztukę, więc będę ich widzem,
A na przypadek może i aktorem.

Pigwa.  Mów, Piramie, przybliż się, Tyzby.
Piram.  Jak kwiatów bezsamicznych pachnące wyziewy —
Pigwa.  Balsamicznych, balsamicznych!
Piram.  — balsamicznych pachnące wyziewy,
Dla mnie ust twoich oddech zapachu ma tyle.
Lecz cicho! Słyszę wrzawę, zaczekaj tu chwilę,
Zobaczę, skąd ta wrzawa i wracam niebawem.

(Wychodzi).

Puk  (na str.). Nie, takiego Pirama świat jeszcze nie widział!
Tyzbe.  Czy na mnie teraz kolej?
Pigwa.  A na kogóż, jeśli nie na ciebie? Należy ci zrozumieć, że wyszedł zobaczyć wrzawę, którą słyszał i wróci za chwilę.

Tyzbe.  Promienisty Piramie, biały lilii krzaku,
Lica twe są rumiane, niby listki róży,
Rozkoszny młodzieniaszku, miluchny żydziaku,
Wierny jak rumak, który biegiem się nie nuży,
Przyjdę do ciebie, drogi, na Nygusa grobie.

Pigwa.  Na Ninusa grobie, człowieku. Ale to nie teraz należało ci mówić, to twoja odpowiedź Piramowi. Recytujesz od razu całą twoją rolę, nie czekając na pytanie. Czas ci wrócić, Piramie, twoja kolej minęła, należało ci stanąć na „biegiem się nie nuży“.

(Wchodzą,: Puk i Denko z oślą głową).

Tyzbe.  Wierny jak rumak, który biegiem się nie nuży.
Piram.  Gdybym był pięknym, Tyzbe, twoim byłbym tylko —
Pigwa.  Potworne dziwy! To figiel dyabelski, mości panowie, uciekajmy! rety! (Wybiegają wszyscy).

Puk.  Pognam was, a ze strachu każdy rozum straci,
Będzie się po bagniskach, krzakach, cierniach błąkał,
W niedźwiedzia, konia, ognia, psa, wieprza postaci
Będę ryczał, rżał, palił i szczekał i krząkał.

(Wychodzi).

Denko.  Czemu oni uciekają? To jakieś hultajstwo z ich strony, żeby mi strachu napędzić. (Wchodzi Ryjak).
Ryjak.  O Denko, co się z tobą stało? Co ja widzę na tobie?
Denko.  Co widzisz? Widzisz swoją własną oślą głowę, czy nie prawda? (Wychodzi Ryjak. — Wchodzi Pigwa).
Pigwa.  Bóg z tobą, Denko, Bóg z tobą! Jesteś przedzierzgnięty (wychodzi).
Denko.  Przewąchałem ich hultajstwo. Chcą ze mnie zrobić osła, przestraszyć mnie, jeśli się im uda. Ale ja sobie będę tu spacerował i śpiewał, aby słyszeli, że się nie boję.

(śpiewa) Kos z swem piórem czarnem, lśniącem,
Ze swym dziobem cytrynowym,
Drozd ze świstem swoim brzmiącym,
Królik z skrzydłem motylowem.
Tytania  (budząc się). Jakiż mnie anioł z słodkich budzi marzeń?
Denko  (śpiewa). Zięba i wróbel na dachu,
I kukułka czarnobrzucha,
Której mąż niejeden słucha,
Nie śmiąc krzyknąć: nie! ze strachu —

bo i któżby zważał na pieśń tak głupiego ptaka? ktoby chciał ptakowi kłamstwo zadawać, choćby wrzeszczał z całego gardła kuku?

Tytania.  O, śpiewaj jeszcze, słodki śmiertelniku,
Bo piosnka twoja uszy me zachwyca,
Jak twoja postać zachwyca me oczy!
Twój wdzięk mnie wyznać mimowolnie zmusza,
Że lgnie do ciebie cala moja dusza.

Denko.  Zdaje mi się, mościa pani, że to nie dowodzi wcale twojego wielkiego rozumu; choć prawdę mówiąc, rozum i miłość rzadko chodzą w parze za naszych czasów. Tem większa szkoda, że jaki uczciwy sąsiad nie chce ich pojednać. Jak widzisz, że i ja też mogę dowcipkować przy sposobności.
Tytania.  Bo dowcip w tobie równy twej piękności.
Denko.  Bynajmniej. Ale gdybym miał dosyć dowcipu, żeby się z tego lasu wydostać, miałbym go dosyć na moje potrzeby.

Tytania.  O, z tego lasu nie chciej się wydostać,
Czy chcesz, czy nie chcesz, musisz tutaj zostać.
Wszechwładną panią w wróżek jestem kraju,
Dzielnice moje w wiecznym kwitną maju,
A ja cię kocham. Zostań tylko z nami,

Tysiące wróżek będą ci służkami,
Znosić ci będą perły skryte w morzu,
Śpiewać, gdy uśniesz na kwiecistem łożu.
Tak cię oczyszczą z wszystkich zuzli ziemi,
Że będziesz z duchy latał powietrznymi.
Hej, Pajęczynko! ćmo, Groszkowy Kwiatku,
Musztardko!
1 Wróżka.  Jestem.
2 Wróżka.  Jestem.
3 Wróżka.  Jestem.
4 Wróżka.  Pani?
Wszystkie.  Co nam rozkażesz? Dokąd mamy lecieć?
Tytania.  Bądźcie uprzejme, służcie temu panu,
Niech wasze tańce będą mu zabawą,
Agrest, morele, morwy jego strawą,
I winogrona i figi zielone,
I pszczół torebki miodem napełnione;
Ich udka woskiem oblane jarzącym,
W oku świetlika zapalone lśniącem,
Będą pochodnią, gdy zechce kochanek
Iść spać wieczorem albo wstać, gdy ranek.
Powiewem z skrzydeł motylich wachlarzy
Światło miesięczne od śpiącego twarzy
Niezmordowaną ręką odwiewajcie,
Teraz mu pokłon należny oddajcie.

1 Wróżka.  Witaj, śmiertelniku!
2 Wróżka.  Witaj!
3 Wróżka.  Witaj!
4 Wróżka.  Witaj!
Denko.  Dziękuję wam z całego serca, mości panowie. Powiedz mi, proszę, twoje dostojne nazwisko.
Pajęczyn.  Pajęczynka.
Denko.  Postaram się o twoją bliższą znajomość, dobry panie Pajęczynko, a jeśli się kiedy w palec skaleczę, nie będę z tobą robił ceremonii. A twoje nazwisko, uczciwy szlachcicu?
Groszkowy  Kwiat. Groszkowy Kwiatek.
Denko.  Poleć mnie, proszę, pani Łuszczynce, twojej matce, i panu Strączkowi, twojemu ojcu. Dobry panie Groszkowy Kwiatku, i z tobą także pragnę wejść w bliższe stosunki. Twoje nazwisko, mości panie, jeśli łaska?
Musztardka.  Musztardka.
Denko.  Mości panie Musztardko, dobrze mi jest znana twoja cierpliwość. Iluż to paniczów z twojego domu pożarła ta paskudna olbrzymka sztuka mięsa! Możesz mi wierzyć, że twoja rodzina niemało mi już łez wycisnęła. Pragnę bliższej z tobą znajomości, mości panie Musztardko.

Tytania.  Wiedźcie go teraz do mojej altany.
Księżyc na ziemię patrzy zapłakany,
A gdy on płacze, kwiat każdy łzy roni
Po dziewiczości jakiej pogwałceniu.
Zwiążcie drogiemu język i w milczeniu
Do mej go wonnej prowadźcie ustroni. (Wychodzą).


SCENA II.
Inna część lasu.
(Wchodzi Oberon).

Oberon.  Czy też Tytania już się obudziła?
Kto pierwszy stanął w rozbudzonej oczach,
W sercu jej miłość zapalił szaloną? (Wchodzi Puk).
To mój posłaniec. Mów, jakieś tej nocy
Wyprawiał dziwy w tym zaklętym borze?
Puk.  Pani ma w strasznej kocha się potworze.
Blizko altany kwiecistej, uroczej,
Gdzie sen znużonej pani zamknął oczy,
Banda ateńskiej czeladzi surowa,
Która się we dnie po warsztatach chowa,
Zbiegła się ćwiczyć w dramatycznem dziele,
Którem chce uczcić monarchy wesele.
Największy dudek, który deklamował
Rolę Pirama, gdy się w gąszczu schował,
Niby wychodząc po scenie skończonej,
Dał mi sposobność, że niespostrzeżony

Ośląm mu głowę na ramiona rzucił,
A gdy mój aktor do swej Tyzby wrócił,
Na niespodziany widok tabor cały,
Jak dzikie gęsi, gdy Strzelca ujrzały,
Albo jak stado kawek czarnopióre,
Na odgłos strzelby, kracząc leci w górę,
W trwodze na wszystkie rozbija się strony,
Tak zniknął tabor aktorów spłoszony.
W popłochu jeden na drugiego pada,
Wzywa pomocy wrzeszcząc: rozbój! zdrada!
Wielki strach rozum odebrał im mały,
Na bandę zbójców las przemienił cały,
Gdy cierń im zrywa czapki i rękawy,
Im się wydaje, że to zbójców sprawy.
Gdy wszyscy pierzchli, Piram z oślą głową
Sam jeden z naszą pozostał królową,
A gdy zbudzona głowę swą podniosła,
Na pierwszy widok pokochała osła.
Oberon.  Nadspodziewanie rzeczy nam się wiodą.
Lecz czy miłości pokropiłeś wodą,
Jak nakazałem, Ateńczyka oko?
Puk.  Tak jest. Znalazłem śpiącego głęboko,
Przy jego boku ateńską dziewicę,
Której, zbudzony, najpierw ujrzał lice.

(Wchodzą: Demetryusz i Hermia).

Oberon.  Cicho! Nasz młodzian zbliża się w te strony.
Puk.  To jest kobieta; lecz młodzian zmieniony.
Demetr.  Czemu kochanka odpychasz surowo?
Dla gorzkich wrogów gorzkie chowaj słowo.
Hermia.  Jak małą słowo dla ciebie jest karą!
Tyś wieczną smutków zrobił mnie ofiarą.
Gdy krew Lizandra dłonie twe wylały,
We krwi po kostki zanurz się już cały,
I mnie też zabij!
Jak słońce dniowi on mi wiernie służył,
Mógłże mnie odbiedz, kiedy sen mnie znużył?
Prędzej uwierzę, że ktoś całą ziemię
Nawskróś przewiercił, że księżyca brzemię

Na drugą stronę przez tę przeszło studnię,
Pogodę słońca zaćmiło południe.
To być nie może; tyś go zabił zdradą:
Twarz zbójcy musi jak twoja być bladą.
Demetr.  Twarz zabitego jak moja jest białą;
Twe okrucieństwo mnie zamordowało,
Lecz wieczna piękność, zbójco, na twem czole
Błyszczy jak Wenus w swych sióstr bledszych kole.
Hermia.  Wskrzesić Lizandra mego czy to w stanie?
Wróć mi go, błagam, wróć mi, dobry panie!
Demetr.  Przód psom na strawę dałbym jego kości.
Hermia.  Precz, podły kundlu! Dziewiczej skromności
Ty mnie zmusiłeś granice przekroczyć.
Tyżeś śmiał czystą krew jego wytoczyć,
Nić jego życia twym przeciąć orężem?
Przestań więc odtąd nazywać się mężem.
Choć raz bądź szczery: czyż ci serca stało
Obudzonemu w oczy spojrzeć śmiało?
Czyliś śpiącego zabił? Jakie męstwo!
I żmija takie odnosi zwycięstwo;
To żmii sprawa, nigdy żądło gadu
Więcej od ciebie nie sączyło jadu.
Demetr.  Hamuj twój zapał; próżny gniew twój wielki;
Jam krwi Lizandra nie wylał kropelki,
I mojem zdaniem Lizander twój żyje.
Hermia.  Więc powiedz, błagam, gdzie się teraz kryje?
Demetr.  Jakiej nagrody mógłbym za to czekać?
Hermia.  Z przed moich oczu na zawsze uciekać.
Na dno się ziemi przed twem okiem skryję;
Widzieć cię nie chcę, czy umarł, czy żyje (wychodzi).
Demetr.  Próżno ją gonić w pierwszej gniewu sile,
Wolę tu zostać i spocząć na chwilę.
Dusza tem silniej czuje smutku ciążę,
Kiedy mu z długu sen się nie wywiąże;
Może mu teraz zadatek przyniesie,
Gdy czekać będę na niego w tym lesie (kładzie się).
Oberon.  Ach, coś ty zrobił! Dłoń twa oszukana
Zwilżyła oczy biednego młodziana,

I gdy niewiernym został przeniewierca,
Wlałeś niewiarę do wiernego serca.
Puk.  Taki jest gorzki wyrok przeznaczenia:
Gdzie jeden wierny, milion wiarę zmienia.
Oberon.  Od wiatru szybszy, szukaj po tym borze,
Gdzie się ateńska Helena kryć może;
Smutki bladością lica jej pokryły,
Westchnienia świeżą z jej żył krew wypiły.
Jakąbądż sztuką przywiedź tu dziewicę;
Puk.  Lecę; me skrzydło powietrze przecina,
Szybsze od strzały z łuku Tatarzyna (wychodzi).
Oberon.  Wsiąknij, kwiatku mój czerwony,
Strzałą Kupida raniony,
Śpiącego oczaruj oko;
A gdy ujrzy ją za chwilę,
Niech w niej widzi blasku tyle,
Co w tych gwiazdach tam wysoko.
Niech na wszystkie swe cierpienia
Błaga od niej wybawienia. (Wchodzi Puk).
Puk.  Armii wróżek kapitanie,
Helena bieży w te strony,
Za nią młodzik odurzony,
Błagający o kochanie;
Wielka nas zabawa czeka.
Co głupszego od człowieka!
Oberon.  Ustąp, bo wrzawa tych ludzi
Demetryusza ze snu zbudzi.
Puk.  Gdy dwóch jednej się przymila,
Co za pyszna krotofila!
Nie znam piękniejszej zabawy,
Jak pogmatwane tak sprawy.

(Wchodzą: Lizander i Helena).

Lizander.  Nie mów, że szydząc przysięgi ci kłamię;
Od łez szyderstwo ucieka spłoszone,
Śluby miłości we łzach urodzone
Czystej, rodzimej prawdy noszą znamię.
Zwieszże szyderstwem przysięgę namiętną,
Gdy widzisz na niej wiecznej prawdy piętno?

Helena.  Coraz się silniej w własne chwytasz kluby.
Przeklęta wojna przez piekło zbudzona,
W której pod wiary ciosem wiara kona!
Nie mnie lecz Hermii należą te śluby.
Kto dwie przysięgi na dwie kładzie szale,
Sam, jak przysięgi wagi nie ma wcale;
Na dwóch też szalach śluby twe fałszywe
Piórka nie ważą, jak bajki kłamliwe.
Lizander.  Gdym jej przysięgał, nie miałem rozsądku.
Helena.  Dziś, gdy ją zdradzasz, nie więcej w nim wątku.
Lizander.  Ale Demetryusz ją, nie ciebie kocha.
Demetr.  (budząc się). Heleno, nimfo, aniele uroczy,
Z czemże porównać zdołam twoje oczy?
Kryształ jest błotem. Co pokus zuchwałych
W twych ust dwóch wiśniach całunkom dojrzałych!
Na szczytach Tauru czysty śnieg zebrany,
Oddechem wschodnich wiatrów przewiewany,
Krukiem się wyda, gdy podniesiesz ręce:
Niech ich dotknięciem usta me poświęcę.
Helena.  Piekielne męki! Ach, widzę, że chcecie
Społem się biednej urągać kobiecie.
Gdyby iskierka honoru w was tlała,
Nigdybym takiej krzywdy nie doznała.
Czyż wam nie dosyć jest mnie nienawidzić,
Czyli wam jeszcze ze mnie trzeba szydzić?
Gdyby w was dusze, jak twarz mężów były,
Ustby wam nigdy słowa nie skaziły,
W których mi miłość składacie namiętną,
Gdy wiem, że jestem dla obu was wstrętną.
Spółubiegacie, widzę, się wzajemnie
W miłości ku niej, a w szyderstwie ze mnie.
Prawdziwie, godne bohaterów czyny,
Zdrój łez wyciskać z ócz biednej dziewczyny!
Nigdy dziewicy szlachetneby dusze
Nie wystawiały na szyderstw katusze,
I śmiechem serca jej nie zakrwawiały.
Lizander.  Zbyt, Demetryuszu, jesteś skamieniały.
Wszak kochasz Hermię, ja ci bez wahania

Mych odstępuję praw do jej kochania,
A ty znów przestań myśleć o Helenie,
Kocham ją bowiem na wieki, szalenie.
Helena.  Jeszcze marniejszych stów nigdy szyderca
Nie wyrzekł.
Demetr.  Hermię z całego ci serca
Daję, Lizandrze.
Lizander.  Jeślim kiedy wiarę
Mógł jej przysięgać, dzieje to już stare;
Serce me tylko gościem u niej było,
Dziś do Heleny, do domu wróciło,
I tam zostanie.
Demetr.  Heleno, on kłamie.
Lizander.  Nie bluźń uczuciom, gdyś pojąć nie w stanie,
Lub ciężko za to skarci cię to ramię.
Ale patrz, twoje nadbiega kochanie.

(Wchodzi Hermia).

Hermia.  Jeżeli ciemność świat oku zamyka,
Dźwięk tem potężniej do ucha przenika,
I co na sile widzenia zmysł traci,
W dwójnasób ciemność słuchowi to płaci.
Jeśli nie mogły me znaleźć cię oczy,
Ucho sprowadził twych słów dźwięk uroczy.
Czemuś mnie odbiegł w samotnej ustroni?
Lizander.  Nie może zostać, kogo miłość goni.
Hermia.  Jakaż cię miłość od mojego łona
Mogła oderwać?
Lizander.  Miłość nieskończona,
Piękna Helena, przy której spojrzeniu
Blednieją gwiazdy na niebios sklepieniu.
Czyż ci odejście me nie pokazało,
Że bić dla ciebie serce to przestało?
Hermia.  To żart, Lizandrze, twym słowom nie wierzę.
Helena.  I ona z nimi zawarła przymierze!
Widzę, że sobie przyrzekli wzajemnie
Okrutnym żartem gorzko szydzić ze mnie.
Niedobra Hermio, niewdzięczna dziewico!
Miałażeś serce sprzysięgać się z nimi,

I pośmiewiska robić mnie ofiarą?
Toż nasze długie, samotne rozmowy,
Godziny w słodkich spędzone marzeniach,
Smutek, gdy czas nas rozdzielił na chwilę,
Wszystko to z twojej wybiegło pamięci?
Dni szkolnych przyjaźń, dziecinna niewinność?
Jak często, Hermio, niby dwie boginie,
Igłą kwiat jeden stwarzałyśmy razem,
Z jednego wzorka, na jednym stołeczku,
Tę samą piosnkę jednym nucąc tonem,
Jakgdyby ręce, głosy, myśli nasze
Jednego tylko ciała były częścią.
Rosłyśmy razem jak podwójna wiśnia,
Pozornie tylko na dwie rozdzielona,
Lecz jedna zawsze pomimo rozdziału;
Na jednym szczepie dwie piękne jagody;
Dwa ciała, ale jedno tylko serce;
Podobne sobie jak herbowe tarcze,
Jednej rodziny jednym strojne hełmem.
Chciałażbyś zerwać starą miłość naszą,
I w zgodzie z nimi z przyjaciółki szydzić?
To nie dziewicy, nie czyn przyjaciółki.
Ja ci z płcią naszą mogę to wyrzucać,
Chociaż ja tylko krzywdę całą czuję.
Hermia.  Jak mnie namiętne słowa twoje dziwią!
Nie ja to ciebie, ty mnie raczej krzywdzisz.
Helena.  Czyż nie za twoją podnietą Lizander
Szyderczo wielbi moją twarz i oko?
Nie twojąż sprawą twój drugi kochanek,
Który przed chwilą nogą mnie odpychał,
Teraz mnie nimfą, boginią nazywa?
Powiedz, dlaczego Demetryusz to prawi,
Kiedy mnie w głębi duszy nienawidzi?
Czemu Lizander niby się wyrzeka
Twojej miłości, którą płonie cały,
I u nóg moich składa mi przysięgi,
Jeśli nie z twojej woli i podniety?
Ach, jeśli twoich nie posiadam wdzięków,

Twoich powabów i twojego szczęścia,
Jeżeli kocham, co najboleśniejsza,
Bez wzajemności, godną raczej jestem
Politowania, a nie twej pogardy.
Hermia.  Słów twoich myśli nie pojmuję wcale.
Helena.  Wytrwaj do końca. Poglądaj żałośnie,
A drwinkuj ze mnie, kiedy się odwrócę,
Mrugajcie wzajem na siebie, do końca
Prowadźcie żarcik tak pięknie zaczęty,
A będą o nim pisały kroniki.
Gdyby w was była litość, wychowanie,
Za cel swych szyderstw nie mniebyście wzięli.
Lecz bądźcie zdrowi, w części ma to wina,
Której zaradzi śmierć lub oddalenie.
Lizander.  Zostań! Wymówek słuchaj mych, Heleno,
Piękna Heleno, życie me, ma duszo!
Helena.  Cudownie!
Hermia.  Drogi, przestań tak z niej szydzić.
Demetr.  Głuchy na prośbę, usłucha przymusu.
Lizander.  Marny twój przymus, jak marna jej prośba;
Z twych gróźb bezsilnych, jak z próśb jej się śmieję.
Heleno, ja cię kocham, na me życie!
To życie, którem chętnie gotów stracić,
By kłamstwo zadać temu, który mówi,
Że cię nie kocham.
Demetr.  On nigdy nie zdoła,
Jak ja cię kochać.
Lizander.  Jeżeli tak mówisz,
Chodź, dowiedź tego.
Demetr.  I owszem, natychmiast.
Hermia.  Lizandrze, powiedz, co to wszystko znaczy?
Lizander.  Precz stąd, murzynko!
Demetr.  Hola, mości panie!
Sierdzisz się, widzę, chcesz niby pokazać,
Ze idziesz za mną, ale się nie ruszasz;
Bardzo potulny z ciebie, widzę, człowiek.
Lizander.  Puść mnie, kocico, obrzydły łopuchu,
Albo cię z siebie jak węża otrząsnę!

Hermia.  Co się to znaczy? Skąd to grubiaństwo,
Drogi kochanku?
Lizander.  Ja, drogi kochanku?
Oddal się, precz stąd, żółta Tatarzynko!
Hermia.  Czy nie żartujesz?
Helena.  Żartujecie razem.
Lizander.  Dotrzymam mego słowa, Demetryuszu.
Demetr.  Daj na to oblig, bo jak teraz widzę,
Twe słowo złamać lekka może ręka.
Lizander.  Cóż ja mam począć? Czy chcesz, bym ją zabił?
Nie chcę jej krzywdzić, choć jej nienawidzę.
Hermia.  Krzywdą największą twoja mi nienawiść.
Nienawiść! za co? Drogi, co się stało?
Czyż ja nie Hermia? Czy ty nie Lizander?
Jestem tak piękną, jak byłam przed chwilą,
Wszakże tej nocy jeszcze mnie kochałeś,
Ach, i tej nocy rzuciłeś mnie także!
Czemuś mnie rzucił? O, uchowaj Boże!
Naprawdę? powiedz.
Lizander.  Naprawdę, przysięgam.
Nigdy już spotkać z tobą się nie chciałem.
Więc przestań wątpić, wyrzecz się nadziei,
Bo to nie żarty, lecz prawda, że z serca
Brzydzę się tobą, a kocham Helenę.
Hermia.  Ha, ty kuglarko, miłości złodzieju!
Kwiatów robaku! więc w nocy przybyłaś,
I serce memu skradłaś kochankowi?
Helena.  Pięknie, na honor! Nie masz więc skromności,
Niemaszże w sobie dziewiczego wstydu?
Więc pragniesz gwałtem z moich ust łagodnych
Niecierpliwości wywołać odpowiedź?
Fe, wstydź się, lalko, wstydź, komedyantko!
Hermia.  Lalko? dlaczego? O, teraz rozumiem,
Porównywając, widzę, naszą kibić,
Nie zapomniała o swej wysmukłości,
I swoim wzrostem, swym olbrzymki wzrostem,
Przemogła na nim; niema wątpliwości.
Także więc w jego poważaniu wzrosłaś,

Że się przy tobie karlicą wydaję?
Więc jestem małą, malowana tyczko,
Powiedz, jak małą? Ja ci tylko powiem,
Żem nie do tego stopnia jeszcze matą,
By me paznokcie ócz twych nie dosięgły.
Helena.  Panowie, błagam, choć ze mnie szydzicie,
Brońcie mnie od niej! Nie byłam swarliwą,
Do obelg nie mam najmniejszego daru,
I mam prawdziwie dziewiczą lękliwość.
Brońcie mnie od niej! Może się wam zdaje,
Że się potrafię sam na sam z nią mierzyć,
Bo trochę niższą wzrostem jest ode mnie —
Hermia.  Niższą? Znów niższą?
Helena.  Dobra moja Hermio,
Nie bądź, przez Boga, tak dla mnie okrutną!
Wszakże ja zawsze kochałam cię, Hermio,
Nigdy ci żadnej nie zrobiłam krzywdy,
Chyba gdym w szale miłości zdradziła
Twoją ucieczkę; on pobiegł za tobą,
A ja, przez miłość, pośpieszyłam za nim,
Lecz on mnie słowem odgonił surowem,
Wzgardą, ciosami, śmiercią nawet groził.
I teraz, pozwól w pokoju mi odejść,
A ja do Aten z mem wrócę szaleństwem,
I mym widokiem dręczyć cię przestanę.
Pozwól mi odejść! Patrz, jak jestem prostą,
I jak potulną.
Hermia.  A któż cię tu trzyma?
Helena.  Szalone serce, które tu zostawiam.
Hermia.  Z kim? Czy z Lizandrem?
Helena.  O nie! z Demetryuszem.
Lizander.  Nie bój się, ona nie zrobi ci krzywdy.
Demetr.  Nie, mości panie, choć trzymasz jej stronę.
Helena.  O, wiem, jak śmiałą i chytrą jest w gniewie;
Piekielną jędzą w szkole jeszcze była
I zapalczywą, chociaż wzrostem małą.
Hermia.  I znowu małą? Wciąż nizką i małą?
Długoż mnie jeszcze krzywdzić pozwolicie?

Puście mnie do niej!
Lizander.  Precz mi stąd, karlico,
Niedostrzeżony pęcełku sporysza,
Żołędzi!
Demetr.  Jesteś nazbyt pochopliwy
W służbie osoby, która tobą gardzi.
Daj pokój. Przestań mówić o Helenie,
Nie bierz jej strony, bo jeśli raz jeszcze
Choć słówko do niej o miłości powiesz,
Zapłacisz drogo.
Lizander.  Puściła mnie teraz;
Jeśli masz serce, idź za mną rozstrzygnąć,
Czyje są lepsze prawa do Heleny.
Demetr.  Za tobą? Raczej z tobą, lub przed tobą.

(Wychodzą: Lizander i Demetryusz).

Hermia.  Oto są twoje sprawki, mościa panno!
Nie cofaj kroku.
Helena.  Nie ufam ci wcale,
Przed twym przeklętym uciekam widokiem,
Lecz jeśli skorsze do walki twe ręce,
To dłuższe moje nogi do ucieczki (wybiega).
Hermia.  Nie wiem co mówić; jestem jak szalona!

(Wybiega za Heleną).

Oberon.  To twe niedbalstwo. Znów się omyliłeś,
Lub złe swe figle płatasz dobrowolnie.
Puk.  Wierzaj mi, królu, to była omyłka.
Wszak powiedziałeś, że go łatwo w borze
Poznam po jego ateńskim ubiorze.
Czyliż zgrzeszyłem, jeślim sok uroczy
Na ateńskiego męża wylał oczy?
Lecz nie żałuję błędu, bo ich swary,
Wyznaję, królu, bawią mnie bez miary.
Oberon.  Skrzyżować miecze wybiegli szalenie,
Więc leć i wkoło nocy roztocz cienie,
Niech jasne gwiazdy, co na niebie płoną,
W mgle jak Acheron czarnej znów utoną;
W gęstwinach lasu obłąkaj rywali,
Nie dozwól, aby kiedy się spotkali;

Czasem Lizandra naśladuj ton mowy,
I Demetryusza gorzkiemi karo słowy,
To jak Demetryusz draźń gniew przeciwnika,
A wciąż niech jeden przed drugim umyka,
Aż nietoperza skrzydłami otoczy
Sen, obraz śmierci, znużone ich oczy.
Lizandra oko zwilż sokiem tych liści,
On mu źrenice z ułudzeń oczyści,
Wzrok mu zwyczajny swoją zwróci siłą,
I ujrzy znowu wszystko, jak przód było,
A sprawa cała, za ich rozbudzeniem,
Marnem się tylko wyda im marzeniem,
W zgodzie do Aten z tej wrócą podróży,
Do dni ich końca nic jej nie zachmurzy.
To twoja sprawa, a ja, gdy królowa
W me ręce odda indyjskie pacholę,
Z potwornych złudzeń oczy jej wyzwolę,
I wszędzie zgoda zakwitnie znów nowa.
Puk.  Czas nagli, królu; szybkie nocy smoki
W bystrym polocie sieką już obłoki,
A tam jutrzenka świt już zapowiada,
Na cmentarz duchów powraca gromada,
Już potępieńców spłoszonych tłum cały,
Śród dróg rozstajnych śpiących, lub śród morza,
Do robacznego znów powrócił łoża;
Duchy przed światłem z swej się woli kryją
I z czarną nocą w wiecznych ślubach żyją.
Oberon.  Lecz my przed jasnym nie pierzchamy rankiem.
Częstom z jutrzenki polował kochankiem;
Bez trwogi głębie lasu przebiegamy,
Choć wschód otworzy swoje złote bramy,
Draśnie Neptuna blaskiem swych promieni,
Zielone wody na złoto przemieni.
Leć, nie trać chwili, by przed wschodem słońca
Do szczęśliwego przywieść rzeczy końca (wychodzi).
Puk.  Przez doliny, góry, wody,
Pójdą za mną w korowody,
Ja co trwożę sioła, grody,

Pójdę z nimi w korowody.
Nadchodzi jeden.
Lizander.  Gdzie, Demetryuszu, szukać mam twej głowy
Puk.  Tu na cię czekam, przyjdź, jestem gotowy.
Lizander.  Przybywam.
Puk.  Idźmy na równiejsze pole.

(Wybiega Lizander. — Wchodzi Demetryusz).

Demetr.  Gdzieżeś, Lizandrze, tchórzliwe pacholę?
Uciekasz, widzę, fałszywy junaku;
Odpowiedz, w jakim schowałes się krzaku?
Puk.  Gwiazdy, jak widzę, wyzywasz zuchwale,
Językiem walczysz w bohaterskim szale,
Chowasz się jednak; pokaż się tu, chłopię,
Rózgą cię tylko jak dziecko wykropię,
Byłoby hańbą karcić cię orężem.
Demetr.  Mam cię, nakoniec.
Puk.  Idź za moim głosem,
Tam zobaczymy, kto lepszym jest mężem,
Tam się nakoniec z swoim spotkasz losem.

(Wychodzą. — Wraca Lizander).

Lizander.  Ciągle wyzywa, a ciągle ucieka,
Idę, gdzie woła, a gdzie on nie czeka;
Skrzydeł mu, widzę, strach pożyczył chyży,
Żadna mnie pogoń do niego nie zbliży,
W nocy na dzikie zagnany bezdroże
Znużone ciało na chwilę tu złożę, (kładzie się)
A gdy się słońce na niebie pokaże,
Znajdę zuchwalca i jak godzien skarżę.

(Zasypia. — Wchodzą: Puk i Demetryusz).

Puk.  Nigdyż cię, tchórzu, dopędzić nie zdołam?
Demetr.  Jeśli masz serce, przybądź, tu cię wołam,
Ale uciekasz, bo trwoga cię toczy,
Nie masz odwagi raz spojrzeć mi w oczy.
Gdzież jesteś?
Puk.  Tutaj.
Demetr.  Daremno czas tracę.
Wszystkie te żarty z lichwą ci zapłacę,
Gdy dzień mi twoją kryjówkę odsłoni.

Na teraz próżnej zrzekam się pogoni,
I na tej zimnej wypocznę darninie;
Lecz odwleczona chłosta cię nie minie.

(Kładzie się i zasypia. — Wchodzi Helena).

Helena.  Nigdyż się nocy nie doczekam końca,
Bym pocieszona jasną twarzą słońca
Mogła uciekać daleko od ludzi,
Których me biedne towarzystwo nudzi?
Przybądź, śnie słodki, niech w skrzydeł twych cieniu
Chwilę o własnem zapomnę istnieniu! (zasypia).
Puk.  Co? Troje tylko? Czwarta przyjdzie skoro,
I złożą piękne dwie pary we czworo.
Zapłakana już nadchodzi.
Ten Kupido, łotr malutki,
Co za męki, co za smutki
W sercach biednych kobiet rodzi! (Wchodzi Hermia).
Hermia.  W tej rozpaczliwej, bolesnej podróży,
Oblana rosą, odarta przez głogi,
Iść dalej, czołgać nie mogę się dłużej,
Bo woli służbę wymówiły nogi.
Tu spocznę. Niechaj Lizandra Bóg strzeże,
Jeśli się szablą zetrą dwaj rycerze! (kładzie się).
Puk.  Na tej trawie
Spij głęboko!
Ja naprawię
Twoje oko
Niezawodnych lekarstw siłą.

(Wyciska sok na oczy Lizandra)

Znów zbudzony
Bądź jej cieniem,
Zachwycony
Jej spojrzeniem.
Wszystko będzie znów jak było.
Swój do swojej znowu wróci,
Swoją Kasię znajdzie Maciej,
Nikt się niczem nie zasmuci,
I chłop klaczy swej nie straci. (Wychodzi Puk).

(Demetryusz, Lizander, Helena i Hermia zostają uśpieni).

AKT CZWARTY.
SCENA I.
Las.
(Wchodzą: Tytania i Denko w orszaku Wróżek. Oberon w głębi, niewidziany).

Tytania.  Na łoże z kwiatów przyjdź tu do kochanki,
Niech się z twem pięknem obliczem popieszczę,
Głowę twą lśniącą ustroję w róż wianki,
Tługie twe uszy wycałuję jeszcze.

Denko.  Gdzie Groszkowy Kwiatek?
Groszkowy  Kwiatek. Jestem.
Denko.  Podrap mnie w głowę, Groszkowy Kwiatku! A gdzie monsieur Pajęczynka?
Pajeczynka.  Jestem.
Denko.  Monsieur Pajęczynko, dobry monsieur, weź w rękę twój oręż i zabij mi czerwonogiego bąka na wierzchołku ostu i, dobry monsieur, przynieś mi miodowy jego pęcherzyk. Tylko bądź ostrożny w tej wyprawie, a nadewszystko, dobry monsieur, daj baczność, żeby nie pękł pęcherzyk, bo byłoby mi bardzo przykro, gdybym cię zobaczył osmarowanego miodem. Gdzie monsieur Musztardka?
Musztardka.  Jestem.
Denko.  Daj rączkę, monsieur Musztardko. Tylko proszę, bez ceremonii, dobry monsieur.
Musztardka.  Co pan rozkaże?
Denko.  Nic, dobry monsieur, tylko, żebyś pomógł drapać mnie kawalerowi Pajęczynce. Muszę zajrzeć do balwierza, bo zdaje mi się, że jestem okrutnie włochaty na twarzy, a tak jestem delikatnym osłem, że byle mnie włosek załechtał, muszę się drapać.
Tytania.  Czy chciałbyś słuchać muzyki, kochanku?
Denko.  Mam ja niezgorsze ucho do muzyki. Niech mi zagrają w bębenek i fujarkę.
Tytania.  Powiedz, mój słodki, cobyś chciał na obiad?
Denko.  A jużci miarkę obroku. Chętniebym przegryzł dobrego, suchego owsa. Zdaje mi się także, że wielki mam apetyt na wiązkę siana. Niema jak dobre, pachnące siano!

Tytania.  Mam śmiałą wróżkę, która pójdzie szukać
Świeżych orzechów w śpichlerzu wiewiórki.

Denko.  Wolałbym raczej garść lub dwie garście suchego grochu. Ale nakaż, proszę, twoim ludziom, żeby mi nie przeszkadzali, bo czuję wielką do snu ekspozycyę.

Tytania.  Śpij! Ja cię w moje owinę ramiona,
A wy, me wróżki, wszystkie się oddalcie.
Tak powój w czułe swe uściski bierze
Wonny wiciokrzew; twarde palce wiązu
Tak bluszcz pierścieniem swych gałązek ściska.
O, jak cię kocham! szaleję za tobą! (Usypiają).

(Oberon występuje. — Wchodzi Puk).

Oberon.  Witaj, Robinie! Spojrzej, co za widok!
Nad jej szaleństwem już litość mnie bierze,
Bo gdym przed chwilą spotkał ją za lasem,
Dla tego durnia zbierającą zioła,
W gniewie, surowem skarciłem ją słowem,
Włochate bowiem skronie tego osła
Ubrała w wonny świeżych kwiatów wianek,
A rosa, która czasami błyszczała
Na pączkach, niby wschodnich pereł sznurek,
Teraz świeciła w pięknych kwiatów oku
Jak łzy żałoby nad wielką ich hańbą.
Gdym wyrzutami gniew mój zaspokoił,
O przebaczenie prosiła w pokorze,
Więc zażądałem pazia, jej podrzutka,
Posłuszna, jedną z swych wróżek posłała,
Aby pacholę przywiodła natychmiast
Do mojej w wróżek królestwie altany.
Już mam to chłopię; aby jej zapłacić,
Tę hydną z oczu jej zdejmę ułudę.
Ty, dobry Puku, pożyczoną głowę
Zdejm z ateńskiego ramion czeladnika,
Ażeby razem z innymi zbudzony
Mógł z nimi także do Aten powrócić,

O wszystkich nocy tej wypadkach myśleć
Jak o marzeniu tylko nieprzyjemnem.
Lecz naprzód wróżek królowę wyzwolę.

(Dotyka jej oka zielem).

Bądź, jak przód byłaś, niech obłęd uleci,
Niech oko twoje będzie, jak przód było;
Dyany pączek śród Kupida kwieci
Dokona cudu czarów swoich siłą.
Zbudź się, Tytanio, z długiego uśpienia!
Tytania.  Ach, Oberonie, jak straszne marzenia!
Toż mi się zdało, że kochałam osła.
Oberon.  To twój kochanek.
Tytania.  Jakże się to stało?
Jak się nim teraz duszą brzydzę całą!
Oberon.  Cicho! Robinie, odejm mu tę głowę.
Teraz, Tytanio, niech twoja muzyka
Na pięciu śpiących głęboki sen zleje,
Nie do snu, ale do śmierci podobny.
Tytania.  Zmysł ich, muzyko, snem owioń głębokim!
Puk.  Zbudzony, własnem twem patrz głupiem okiem!
Oberon.  Uderz, muzyko! (cicha muzyka) Twą dłoń daj mi drogą,
Kolebkę śpiących lekką trąćmy nogą,
Bo przyjaźń w dawnej wróciła nam mocy.
W książęcym domu jutro, o północy,
Błogosławieństwa poniesiem życzenia
Na wszystkie jego przyszłe pokolenia,
A z Tezeuszem dwie kochanków pary
Złączą się węzłem miłości i wiary.
Puk.  Królu wróżek, już skowronek
Wita pieśnią blizki dzionek.
Oberon.  Więc ze smutkiem i milczeniem
Za niknącym gońmy cieniem;
Prędzej świat oblecim wkoło
Niż księżyca błędne czoło.
Tytania.  Lećmy, królu! powiesz w locie,
Jakim sen mnie ujął cudem
Między śmiertelników ludem
Na niegodnym wróżki błocie.

(Wychodzą. — Słychać za sceną odgłos rogów. — Wchodzą: Tezeusz, Hippolita, Egeusz i ich Orszaki).

Tezeusz.  Niech gajowego przywoła z was jeden,
Bo po obrzędzie święta dokonanym,
Gdy cały ranek swobody nam został,
Niech moja droga usłyszy muzykę
Moich ogarów. W zachodniej dolinie
Niech je natychmiast strzelcy rozsforują.
Idźcie, powtarzam, szukać gajowego.
Piękna królowo, z tamtej góry szczytu
Ogarów moich usłyszysz muzykę
Z odgłosem echa dźwięcznie pomięszaną.
Hippolita.  Byłam obecną, gdy Alcyd z Kadmusem,
W kretyjskich górach, z sforą psów spartańskich,
Razem polować na niedźwiedzia wyszli.
Nigdym równego nie słyszała grania,
Bo oprócz lasów, niebiosa i rzeki,
Wszystko się jednym zdało tylko brzękiem,
Nigdym słodszego nie słyszała grzmotu.
Rozstroju głosów harmoniczniejszego.
Tezeusz.  Moje ogary spartańskiej są rasy,
Tak cętkowane i tak są wargate,
Uszy ich rosę zmiatają poranną,
Nogi ich krzywe, jak tesalskich byków
Wielkie podgardla; powolne są w biegu,
Ale ich głosy jak dzwonki dobrane.
Nigdy się milsze nie żeniło granie
Z krzykami strzelców i rogów odgłosem
W Lacedemonie, Krecie lub Tesalii.
Usłyszysz sama. — Lecz cóż to za nimfy?
Egeusz.  To moja córka uśpiona, mój królu,
To jest Lizander, a przy nim Demetryusz,
A to Nedara córka jest, Helena.
Dziwię się, co ich zebrało tu razem,
Tezeusz.  Pewno o świcie wyszli, by obchodzić
Majowe święto, i tu pośpieszyli
Blasku naszemu przydać orszakowi.
Lecz, Egeuszu, czy nie dziś Helena

Ma nam swój wybór stanowczo objawić?
Egeusz.  Tak jest, dziś, królu.
Tezeusz.  Idź więc, a każ strzelcom,
Aby ich rogów zbudzili odgłosem.

(Rogi i krzyki za sceną. — Demetryusz, Lizander, Hermia i Helena zrywają się zbudzeni).

Tezeusz.  Dzień dobry! Święty minął już Walentyn,
A dziś dopiero ptaszki się tu parzą?
Lizander.  Przebacz mi, królu! (Klękają wszyscy przed Tezeuszem).
Tezeusz.  Tylko proszę, wstańcie.
Wiem, że was miłość zrobiła wrogami,
Skądże ta zgoda? Jaką mogła sprawą
Nienawiść starej wyrzec się zazdrości,
I bez obawy spać przy nienawiści?
Lizander.  Nie mogę, królu, jasno odpowiedzieć,
Napół uśpiony, a napół zbudzony.
Sam nie wiem, w jaki przybyłem tu sposób,
Lecz mi się zdaje — chciałbym prawdę wyznać —
Lecz tak jest, teraz sobie przypominam,
Z Hermiąm tu przybył; myślą było naszą
Opuścić miasto, aby się ratować
Od ateńskiego prawa surowości.
Egeusz.  Skończ, dosyć na tem! Niech na jego głowę
Cała surowość praw ateńskich spadnie.
Chcieli ucieczką skraść nam, Demetryuszu,
Tobie małżonkę, a mnie moją wolę,
Aby ma córka żoną twoją była.
Demetr.  Z ust się Heleny dowiedziałem, królu,
O ich ucieczce, a wściekłością gnany,
Do tego gaju pobiegłem za nimi,
A miłość za mną pognała Helenę.
Lecz teraz, królu, nie wiem, jaką siłą,
Siłą cudowną, miłość ma dla Hermii
Jak śnieg stopniała, zdaje mi się teraz
Jak przypomnieniem błyszczącego cacka,
Za którem w mojem dzieciństwie goniłem.
Dziś moją wiarą, serca mego cnotą,
Jedynem celem, ócz moich rozkoszą,

Helena tylko. Nim ujrzałem Hermię,
Helenie, królu, byłem zaręczony;
Jak chory, miłym wzgardziłem pokarmem,
Dzisiaj, zdrowemu, smak rodzimy wrócił,
Kocham go, pragnę, za nim tylko wzdycham,
I odtąd wierny będę mu na zawsze.
Tezeusz.  Szczęsne spotkanie, piękni kochankowie!
Resztę powieści wysłuchamy później.
Na przekor twojej woli, Egeuszu,
W jednej świątyni, wkrótce z nami razem
Wiecznym łańcuchem zwiążem dwie te pary.
Zbyt jest już późno; nasze polowanie
Do stosowniejszej odkładamy pory.
Teraz do Aten. Trzech mężów, trzy żony
W dniu jednym ślubne przywdzieją korony.
A więc do Aten spieszmy, Hippolito.

(Wychodzą: Tezeusz, Hippolita, Egeusz i Orszak).

Demetr.  Wszystko mi zda się małe i niejasne,
Jak góry w dali zdają się obłokiem.
Hermia.  Mnie się znów wszystko wydaje podwójne,
Jak każdem okiem osobno widziane.
Helena.  Jak znaleziony klejnot, mój Demetryusz,
Zda mi się moim i znowu nie moim.
Demetr.  Myślę, że śpimy i marzymy spoinie.
Jesteścież pewni, że książę był z nami,
Że nam dał rozkaz, aby za nim spieszyć?
Hermia.  Był tu z mym ojcem.
Helena.  I z swą Hippolitą.
Lizander.  I do świątyni woła nas za sobą.
Demetr.  Więc idźmy za nim, to nie sen był marny.
W drodze marzenia nasze opowiemy.

(Wychodzą. — Denko się budzi).

Denko.  Jak przyjdzie na mnie kolej, zawołajcie mnie, a odpowiem. Pierwsze moje słowa są: Przepiękny Piramie! — Hola, ho! Piotrze Pigwo! Fujarko, naprawiaczu miechów! Ryjaku, kotlarzu! Głodziku! Jak Bóg żywy, uciekli, a zostawili mnie śpiącego. Przedziwne miałem widzenie. Miałem sen, a żaden ludzki dowcip nie wypowie, co to za sen był. Człowiek, coby chciał sen ten wytłómaczyć, po prostu byłby osłem. Zdawało mi się, że byłem — nikt nie potrafi zgadnąć, czem byłem. Zdawało mi się, że byłem i zdawało mi się, że miałem. Ale ktoby się podjął powiedzieć, co mi się zdało, że miałem, ten po prostu byłby pstrokatym błaznem. Oko ludzkie nie słyszało, ucho ludzkie nie widziało, ręka ludzka niezdolna posmakować, język pojąć, a serce wypowiedzieć, co mi się śniło. Namówię Piotra Pigwę, żeby o tym śnie napisał balladę, tytuł jej będzie: Sen Denka, bo jest bezdenna, a zaśpiewam ją przy końcu sztuki, w przytomności księcia. Być nawet może, że dla dodania jej krasy, zanucę ją nad umarłą Tyzbe (wychodzi).

SCENA II.
Ateny. Izba w domu Pigwy.
(Wchodzą: Pigwa, Fujarka, Myjak i Głodzik).

Pigwa.  Czyście posłali do domu Denka? Czy wrócił?
Głodzik.  Ani słychu o nim. Bez wątpienia leży gdzieś zaczarowany.
Fujarka.  Jeśli nie wróci, krucho z naszą sztuką; bez niego kroku nie ruszy, czy nie prawda?
Pigwa.  Bez niego wszystko przepadło, bo niema w Atenach drugiego człowieka, coby mógł przedstawić Pirama.
Fujarka.  Nie, niema. On ma po prostu najbystrzejszy dowcip ze wszystkich czeladników ateńskich.
Pigwa.  A do tego najpokaźniejszą postawę; a co do słodyczy głosu, to drugi słowik.
Fujarka.  Należało ci powiedzieć: to drugi lew, bo słowik, odpuść Boże, to rzecz do niczego. (Wchodzi Cichy).
Cichy.  Mości panowie, książę wraca ze świątyni, gdzie w dodatku odbył się ślub dwóch lub trzech pań i panów. Gdyby nam się udało przedstawić naszą sztukę, wyszlibyśmy wszyscy na ludzi.
Fujarka.  O słodki waligóro Denko! gdzie jesteś? Tak więc, straciłeś pół-złotka na dzień, przez całe życie. Nie uszedłby pół-złotka na dzień, bo dałbym się powiesić, gdyby mu książę nie dał pół-złotka na dzień za odegranie Pirama. Zarobiłby je uczciwie; pół-złotka na dzień za Pirama, albo nic. (Wchodzi Denko).
Denko.  Gdzie moje chłopaki? gdzie moje serduszka?
Pigwa.  Denko! o dniu waleczny! o szczęśliwa godzino!
Denko.  Mości panowie, mógłbym wam cuda opowiadać, ale nie pytajcie, co to za cuda, bo jeśli wam powiem słówko, nie jestem Ateńczykiem. Opowiem wam jednak wszystko słowo w słowo, jak się stało.
Pigwa  Opowiedz, słodki Denko.
Denko.  O mnie ani słowa. Wszystko co wam powiem jest, że książę już po obiedzie. Zbierzcie wszystkie wasze rupiecie; dobre tasiemki do bród, nowe wstążki do trzewików. Zbierzcie się co prędzej w pałacu; niech każdy odczyta swoją rolę, bo mówiąc krótko a węzłowato, sztuka nasza jest preferowaną. Na każdy przypadek niech Tyzbe weźmie świeżą bieliznę, a ten, co gra lwa rolę, niech nie obcina paznokci, bo muszą wisieć, jak lwie pazury. A prócz tego, najdrożsi aktorowie, nie jedzcie ani cebuli ani czosnku, bo z ust waszych mają wychodzić słodkie oddechy, i nie wątpię, że ktobądź je usłyszy, przyzna, że słodka to komedya. Dość słów na teraz, idźmy! (Wychodzą).


AKT PIĄTY.
SCENA I.
Ateny. Pokój w pałacu Tezeusza.
(Wchodzą: Tezeusz, Bippolita, Filostrat, Panowie i Orszak).

Hippolita.  Powieść kochanków dziwna mi się zdaje.
Tezeusz.  Więcej w niej dziwu, niż prawdy, i nigdy
W te czarodziejskie bajki nie uwierzę.
Mózg zakochanych i szalonych kipi,
Kształtuje formy, których zimny rozum

Nigdy pochwycić i pojąć nie zdoła.
Każdy poeta, lunatyk, kochanek
Jest wyobraźni i marzenia dzieckiem.
Ten widzi dyabłów więcej, niż ich w piekle —
To waryat; równie szalony kochanek
Widzi w murzynce Heleny urodę;
Oko poety, w uniesienia szale,
Z nieba na ziemię, z ziemi w niebo patrzy,
Rzeczy nieznane wyobraźnią stwarza,
A pióro jego powietrznej nicości
Imię i miejsce pobytu wyznacza.
Zwykły to figiel silnej wyobraźni,
Że kiedy w sobie radość jaką czuje,
I posła widzi, który ją przynosi,
A gdy w ciemności trwoga ją ogarnie,
Łatwo niedźwiedzia w każdym ujrzy krzaku.
Hippolita.  Ich powieść jednak o cudach tej nocy,
O niepojętych uczuć ich przemianach,
Coś pewniejszego, jak marzenie znaczy,
Rzeczywistości wielkie ma pozory,
Mimo dziwactwa i swej cudowności.

(Wchodzą: Demetryusz, Lizander, Hermia i Helena).

Tezeusz.  Ale patrz, pełni wesela przychodzą.
Niech zawsze radość, moi przyjaciele,
I świeża miłość mieszka w sercach waszych!
Lizander.  A wierniej jeszcze niechaj towarzyszy
Waszym przechadzkom, biesiadom i łożu!
Tezeusz.  Jakimże tańcem, jaką maskaradą
Wiek nieskończony trzech godzin zapełnim
Od końca uczty do chwili spoczynku?
Gdzie mistrz zwyczajny zabaw naszych teraz?
Co ma pod ręką? Czy ma jaką sztukę,
By zmniejszyć nasze trzygodzinne męki?
Gdzie jest Filostrat?
Filostrat.  Na rozkazy, królu.
Tezeusz.  Jak wieczór skrócisz? Jaką maskaradą,
Lub jakim tańcem? Zabawy nam trzeba,
Aby oszukać krok czasu leniwy.

Filostrat.  Oto spis, królu, gotowych rozrywek,
Spojrzej i wybierz, od czego mam zacząć.

(Podaje papier).

Lizander  (czyta). „Bitwa Centaurów z harf towarzyszeniem,
Przez ateńskiego śpiewana rzezańca“.
Tezeusz.  Sam ją kochance mej opowiedziałem
Na chwałę mego krewnego Alcyda.
Lizander  (czyta). „Szalona wściekłość pijanych Bachantek,
Trackiego wieszcza szarpiących w kawałki“.
Tezeusz.  Stary to przedmiot; widziałem go dawniej,
Gdy Teb zwycięzca wróciłem do Aten.
Lizander  (czyta). „Płacz Muz dziewięciu nad śmiercią nauki,
Umarłej z głodu niedawnymi czasy“.
Tezeusz.  To jakaś ostra musi być satyra,
Nie dla niej pora przy ślubnych jest godach.
Lizander  (czyta). „Śmieszna tragedya, krótka ale nudna,
Tyzby, kochanki młodego Pirama“.
Tezeusz.  Krótka a nudna? Tragedya a śmieszna?
A więc śnieg czarny albo lód gorący?
Jak potrafimy zgodzić tę niezgodę?
Filostrat.  Sztuka to, królu, długa na słów dziesięć,
A chociaż nigdy krótszej nie widziałem,
O słów mi dziesięć za długą się zdaje,
Dlatego nudna. Na swojem w niej miejscu
Niema jednego słowa lub aktora.
Że to tragedya, królu, trudno wątpić,
Skoro w niej Piram z własnej ginie ręki.
Gdym próby słuchał, oczy me, wyznaję,
Łzami zabiegły, ale łez weselszych
Nigdy śmiech z ludzkich źrenic nie wycisnął.
Tezeusz.  Jacy tę sztukę grają aktorowie?
Filostrat.  Tłum twardoręki tutejszej czeladzi,
Której mózg nigdy dotąd nie pracował,
A która dzisiaj, na królewskie gody,
Do niećwiczonej wbiła rzecz pamięci.
Tezeusz.  Będziem jej słuchać.
Filostrat.  Nie, szlachetny panie;
Znam całą sztukę, licha to ramota,

Na twą cześć w pocie czoła wyuczona,
Chyba że mogą chwilę cię zabawić
Dobre ich chęci.
Tezeusz.  Pragnę widzieć sztukę,
Bo co powinność w hołdzie nam przynosi,
W prostocie ducha, zawsze jest przyjemne.
Zabierzcie miejsca; wprowadzić aktorów.

(Wychodzi Filostrat).

Hippolita.  Nie lubię patrzeć na bezsilny mozół,
Upadający pod służby ciężarem.
Tezeusz.  Nic podobnego nie zobaczysz, droga.
Hippolita.  Wszak nam powiedział, że to nad ich siły.
Tezeusz.  Tem więcej łaski za nic im dziękować.
Zabawą dla nas będą ich usterki;
A gdzie się potknie gorliwość uboga,
Chęci, nie talent wzgląd szlachetny sądzi.
W moich podróżach nieraz mnie uczeni
Wypracowaną chcieli witać mową,
Gdy na mój widok drżeli i blednęli,
Gdy milkli w środku okrągłych peryodów,
Bo im strach słowa w gardle zatrzymywał,
I nie dozwalał skończyć komplementu,
Ich mi milczenie było pozdrowieniem;
Bo w przerażeniu skromniej gorliwości
To samo czytam, co w szumnych wyrazach,
Z nazbyt śmiałego płynących języka;
Milcząca miłość i niema prostota
Najwymowniejsze dla mojej są duszy.

(Wchodzi Filostrat).

Filostrat.  Łaskawy panie, prolog już gotowy.
Tezeusz.  Niech wejdzie.

(Przy odgłosie trąb i rogów wchodzi Prolog).

Prolog.  Jeżeli was obrazim, to w naszej jest myśli;
Pokazać żeśmy bawić was nie nudzie przysli,
Ubogiem przedstawieniem sztuki naszej wątku,
I to jest szczery koniec naszego początku.
Rozważcie to. Przychodzim tylko na przekorę;
Nie przychodzim, by w dobrą ucieszyć was porę,

To nasz cel. By wesele w sercach wam obudzić
Nie jesteśmy tu; żeby na chwilę was nudzić
Gotowi aktorowie, a sztuki swej tokiem
Wyłożą, co przed waszem przesunie się okiem[11].

Tezeusz.  Ten zuch nie zważa na punkta.
Lizander.  Jechał na swoim prologu, jak dziki źróbek; nie wie, co to jest stanąć. Dobra nauka, miłościwy panie: nie dość jest mówić, trzeba jeszcze mówić jak należy.
Hippolita.  To prawda. Grał na swoim prologu, jak dziecko na fujarce; dźwięk, tylko że bez ładu.
Tezeusz.  Mowa jego podobna jest do powikłanego łańcucha; nie brak żadnego ogniwa, ale wszystko w nieporządku. Lecz co dalej?

(Wchodzą: Piram i Tyzbe, Mur, Światło księżyca i Lew w pantominie).

Prolog.  Ten widok może trochę zadziwia słuchaczy,
Ale prawda niebawem wszystko wytłómaczy.
Ten mąż jest to Piramus, jeśli chcecie wiedzieć,
że dama ta Tyzbe, mogę wam powiedzieć.
Ten człek, którego wapno, jak widzicie, bieli,
To lichy mur, co biednych kochanków tych dzieli.
Jeśli muszą przez szpary jego nieszczęśliwi
Do ucha sobie szeptać, niech was to nie dziwi.
Ten znowu z psem, latarnią i tą wiązką cierni
Przedstawia blask księżyca; kochankowie wierni
Przy tym blasku księżyca poprzysięgli sobie
Odbyć miłosny sobór na Ninusa grobie.
W końcu, ta straszna bestya, co się lew nazywa,
Gdy w nocy, ufna Tyzbe, pierwsza tam przybywa,

Spłoszył ją swoim rykiem, i gdy pełna trwogi
Uciekała co prędzej, płaszcz jej spadł wśród drogi,
A lew go krwawą paszczą czerwono pomazał.
Gdy się wysmukły młodzian Piramus pokazał,
Znajdując wiernej Tyzby płaszcz zamordowany,
Swój miecz krwawy, występny, jakby opętany,
Niby rożen w głębiny piersi swoich wcisnął,
Skąd strumień krwi gorącej na powietrze trysnął.
Tyzbe, pod morwą skryta, kiedy powróciła,
Miecz kochanka z rozpaczy w sercu utopiła.
Teraz lew, blask księżyca, mur, dwaj kochankowie,
Każdy, jak przyjdzie kolej, resztę wam opowie

(Wychodzą: Prolog, Tyzbe, Lew i Światło księżyca).

Tezeusz.  Dziwnoby mi było, gdyby lew przemówił.
Demetr.  Nic w tem dziwnego przecie, mój królu. Dlaczegóżby lew nie mógł mówić, gdy mówi tylu osłów.

Mur.  Wypadło, żem jest murem w izbie tej, panowie,
Ja, kotlarz, co Ryjakiem naprawdę się zowię,
A mur, proszę pamiętać, nie nowy lecz stary,
W którym czas porysował szczeliny i szpary.
Przez jedną taką szparę kochankowie stali,
Nieraz sobie miłosne sekreta szeptali.
Ten kamień i to wapno jasno wam dowodzi,
Żem to ja tym jest murem; nikt tu was nie zwodzi.
Niebawem usłyszycie przez tę moją szparę,
Szepczącą sobie miłość zakochaną parę.

Tezeusz.  Któżby lepszej wymagał mowy od kłaków i wapna?
Demetr.  To najdowcipniejsza ściana, o jakiej zdarzyło mi się słyszeć.
Tezeusz.  Piram zbliża się do muru, słuchajmy! (Wchodzi Piram).

Piram.  Nocy ciemna, owita w czarne prześcieradło,
Nocy, co jesteś wszędzie, gdzie słońce nie padło,
O nocy, nocy, nocy! Biada, biada, biada!
Podobno w mojej Tyzby pokaże się zdrada.
O, murze, słodki murze! o, murze kochany,
Co dzielisz moje pola i ojca jej łany,
Pozwól mi przez twą szparę, mureczku mój drogi,
Po drugiej stronie okiem szukać mej niebogi.

(Mur podnosi otwarte palce).

Dzięki! Niech za to Jowisz podpiera cię stale!
Co ja widzę? Niestety, nie widzę nic wcale.
Skoroś moje skrył szczęście, murze zły i podły,
Przeklęte twe kamienie, co mnie tak zawiodły!

Tezeusz.  Zdaje mi się, że mur, jeżeli ma serce, powinien przekleństwem na przekleństwo odpowiedzieć.
Denko.  Nie, nie, najjaśniejszy panie, nie powinien. Po słowach „co mnie tak zawiodły“! jest kolej na Tyzbe, Ma wejść teraz, a ja mam na nią czatować przez szparę. Zobaczycie, że wszystko się stanie, słowo w słowo, jak wam powiedziałem. Czy widzicie? Nadchodzi. (Wchodzi Tyzbe).

Tyzbe.  O murze, już ty nieraz słyszałeś me łkanie,
Gdy przyszło z Piramusem bolesne rozstanie.
Wiśniowemi ja nieraz ogrzałam ustami
Te kamienie, wiązane wapnem i kłakami.
Piram.  Widzę głos, hej, do szpary! czy mi się nie zdarzy
Dosłyszeć chciwem uchem Tyzby mojej twarzy.
Tyzbe!
Tyzbe.  Drogi! bo myślę, że to ty, Piramie?
Piram.  Myśl, co chcesz, ale nie wątp, że ja, że nie kłamię,
Ja wierny twój Limander.
Tyzbe.  Ja Helena wierna,[12]
Póki mnie nie zabierze śmierć niemiłosierna.
Piram.  Nigdy Szefel wierniejszy nie był Prokrusowej[13].
Tyzbe.  Jak Prokrus Szefelowi, tak ja Piramowi.
Piram.  Pocałuj mnie, kochana, przez muru szczelinę.
Tyzbe.  Ach, nie twoje usteczka, lecz całuję glinę!
Piram.  Czyli chcesz przy Nygusa grobie, na mnie czekać?
Tyzbe.  Lecę na śmierć lub życie, chwili nie chcę zwlekać.
Mur.  Ja, mur, tutaj skończyłem rolę moją całą,
Więc odchodzę, bo nic mi robić nie zostało.

(Wychodzą: Mur, Piram i Tyzbe).

Tezeusz.  Teraz mur między dwoma sąsiadami rozwalony.
Demetr.  Niema na to lekarstwa, panie, gdy mury podsłuchują bez ostrzeżenia.
Hippolita.  Nie słyszałam jeszcze głupszej ramoty.
Tezeusz.  Najlepsze w tym rodzaju utwory są tylko cieniem, a najgorsze nie są gorsze, jeśli im wyobraźnia przyjdzie na pomoc.
Hippolita.  A wtedy naszej, a nie ich wyobraźni jest to dziełem.
Tezeusz.  Jeżeli niegorzej o nich myślimy, jak oni sami o sobie, mogą uchodzić za niepospolitych ludzi. Ale zbliżają się dwie szlachetne bestye: człowiek i lew.

(Wchodzą: Lew i Światło księżyca).

Lew.  Piękne panie, serduszka których biją w trwodze,
Gdy się wam biedna myszka pokaże na drodze,
Może strach uczujecie aż do głębin duszy,
Gdy lwa ryk przeraźliwy nagle was ogłuszy.
Więc wiedzcie, że ja, Cichy, stolarz, lwa gram rolę,
Że tu sobie żadnego gwałtu nie pozwolę,
Bo wiem, że gdybym przyszedł naprawdę z lwa siłą,
Z mojem gardłem i głową kruchoby tu było.

Tezeusz.  Co za poczciwa i sumienna bestya!
Demetr.  Jeszcze nie widziałem lepszej bestyi.
Lizander.  Ten lew to istny lis z odwagi.
Tezeusz.  Prawda, a gęś z roztropności.
Demetr.  Nie, panie, bo jego odwaga nie może porwać jego roztropności, a lis porywa gęsi.
Tezeusz.  Jego roztropność, jestem pewny, hie może porwać jego odwagi, bo gęś nie porywa lisa. Ale zostawmy to jego roztropności, a słuchajmy teraz księżyca.
Księżyc.  Ta latarnia jest rogów księżyca obrazem.
Demetr.  Powinienby rogi nosić na głowie.
Tezeusz.  Już nie jest na młodziku, rogi też jego są niewidzialne w pełni.
Księżyc.  Ta latarnia jest rogów księżyca obrazem, Ja chłopem na księżycu jestem tu zarazem.
Tezeusz.  To błąd największy z całej sztuki; należało go wsadzić w latarnię, bo jakże inaczej byłby chłopem na księżycu?
Demetr.  Nie śmie tam wejść dla świecy; widząc knot jej długi, bał się, żeby mu nie utarto rogów razem z knotem.
Hippolita.  Ten księżyc nudzić mnie zaczyna; pragnęłabym, żeby się już zmienił.
Tezeusz.  Wnosząc ze słabego światełka jego roztropności, zdaje się, że jest już na schyłku. Przez grzeczność jednak i wyrozumiałość musimy dać mu czas potrzebny.
Lizander.  Prowadź rzecz dalej, księżycu!
Księżyc.  Wszystko, co miałem wam powiedzieć, było oświadczyć, że ta latarnia jest księżycem; ja chłopem na księżycu; ten pęk ciernia, moim pękiem ciernia, a ten pies, moim psem.
Demetr.  Aleć to wszystko powinno być w latarni, bo wszystko to jest na księżycu. Ale cicho! zbliża się Tyzbe.

(Wchodzi Tyzbe).

Tyzbe.  To stary grób Nygusa, a gdzie me kochanie?
Lew.  Och! (Lew ryczy, Tyzbe ucieka, zostawiając płaszcz).
Demetr.  Lwie, sławnie ryknąłeś.
Tezeusz.  Dobrze uciekłaś Tyzbe.
Hippolita.  Pięknie świeciłeś, księżycu! Na uczciwość ten księżyc świeci z rzadką gracyą.

(Lew szarpie płaszcz Tyzby i wychodzi).

Tezeusz.  Lwie, dobrze szarpałeś.
Demetr.  Wtem nadszedł Piramus.
Lizander.  A lew zniknął. (Wchodzi Piram).
Piram.  Dzięki, księżycu, za twe słoneczne promienie,
Dzięki, księżycu, za twe jaskrawe spojrzenie,
Bo widzę, że przy twego światła srebrnych strugach
Zobaczę moją Tyzbę na zielonych smugach.
Lecz stój! wielki Boże!
Lecz patrz, czy być może?
Oczy moje, czy widzicie?
O, kaczątko, moje życie,
Twój płaszcz pięknie haftowany
Twoją krwią pomalowany?
Przybywajcie z piekła jędze,
Parki, życia mego przędzę
Niech nożyce wasze utną!
Skończcie, zniszczcie istność smutną!

Tezeusz.  Ta namiętność i śmierć drogiej kochanki zdolne prawie zasmucić człowieka.

Hippolita.  Niech zginę, jeśli mi nie żal tego poczciwca.

Piram.  Ach, dlaczegóż, naturo, ulepiłaś lwice?
Skoro ten lew okrutny połknął mą dziewicę,
Co jest, nie, nie, co była najpiękniejszą panią,
Żyjącą, kochającą: życie dałbym za nią!
Płyńcie z oczu łez mych strugi,
Dalej z pochwy, mieczu długi!
Niechaj ostrze twe utonie
Tu, w Pirama lewem łonie,
W którem słyszę serca tyk.
Więc umieram myk! myk! myk!
Już ja teraz trup bez ruchu,
Więc co prędzej ty, mój duchu,
Do niebieskich bram już płyń!
Niech języka światło zniknie!
Niechaj księżyc w przepaść smyknie!
A ty teraz giń! giń! giń!

(Umiera. Wychodzi Światło księżyca).

Hippolita.  Ale dlaczego odeszło światło księżyca, nim wróciła Tyzbe i znalazła kochanka?
Tezeusz.  Znajdzie go przy świetle gwiazd. Nadchodzi, jej rozpacz kończy sztukę. (Wchodzi Tyzbe).
Hippolita.  Sądzę, że nie będzie rozwlekła po stracie takiego Pirama; mam nadzieję, że krotko się sprawi.
Demetr.  Piórko przeważy szalę, kto lepszy, Piramus, czy Tyzbe.
Lizander.  Już go zobaczyła słodkiem swojem okiem.
Demetr.  I tak po nim płacze, videlicet.

Tyzbe.  Czy śpisz, kochaneczku?
Co? Umarłeś, gołąbeczku?
Piramie, pociesz mnie słowem!
Zbudź się! Przebóg! on nie żyje!
Toż trumna wiekiem dębowem
Jasne oczy twe przykryje?
Ach, więc zimny grób przyciśnie
Jego nosa świeże wiśnie,
Lilie ust jego srebrzyste,

Lic jego złoto pierwiosnek?
O, łzy moje wiekuiste,
Bo on miał oczy zielone jak czosnek!
Trzy siostrzyce, przybywajcie,
A ręce blade jak mleko
Krwi czerwonej jego rzeką
Bez ustanku polewajcie,
Gdyście przecięły, złe jędze,
Dni jego jedwabną przędzę!
Lecz języku, dość tych żali!
Przyjdź mi w pomoc, wierna stali!
Utoń w głębiach mego łona!
Przyjaciele, bądźcie zdrowi!
Tak Tyzbe kona.
Bądźcie zdrowi! zdrowi! zdrowi! (Umiera).

Tezeusz.  Zostało światło księżyca i lew, żeby pogrzebać umarłych.
Demetr.  I mur do pomocy.
Denko.  Nie, możecie mi wierzyć; mur już rozwalony, który rozdzielił ich ojców. Czy chcecie teraz widzieć epilog, albo przysłuchać się bergamaskiemu tańcowi, wykonanemu przez dwóch tancerzy naszego cechu?
Tezeusz.  Tylko proszę, żadnego epilogu; sztuka wasza nie potrzebuje obrony. Nie broń nikogo; bo gdzie wszyscy aktorowie pomarli, nie potrzeba ganić jednego. Gdyby ten, co to napisał, grał rolę Pirama i powiesił się na podwiązce Tyzby, byłaby to prześliczna tragedya, choć jest nią i teraz, na uczciwość, a odegraną znakomicie. Pokaż nam teraz wasz bergamaski taniec, a daj pokój epilogowi. (Taniec klaunów).
<poem> Tezeusz.  Żelazny język wymówił dwunastą; A więc do łożnic! to prawie czas wróżek. Boję się jutro rano tak spać długo, Jak długo wieczór ten przeciągnęliśmy. O ciężkim nocy kroku ta nam farsa Nie dała myśleć. Czas spać, przyjaciele. Będziem to święto obchodzili godnie Śród uczt i tańców dwa jeszcze tygodnie. (Wychodzą). <poem>


SCENA II.
(Wchodzi Puk).

Puk.  Głodna ryczy teraz lwica,
Wilki wyją do księżyca;
Dziennej pracy potem zlany
Chrapi wieśniak zmordowany.
Gasną ognie, a na wieży
Huka puszczyk, pod kotary,
Gdzie cierpiący łazarz leży,
Śle do myśli kir i mary.
Z grobów wstają w tej godzinie
Rozbudzone duchów koła,
I milczące, po dolinie,
Ciągną ścieżką do kościoła.
My, co od słońca spojrzenia
Uciekamy przy Hekacie,
Ciągle w cieniów skryte szacie,
Wierne nocy jak marzenia,
Czas nasz teraz; ani myszy
Dom ten święty nie usłyszy.
Pierwszym przybył, by w podwórzu
Zmieść tą miotłą kłęby kurzu.

(Wchodzą: Oberon i Tytania z Orszakiem).

Oberon.  Z gasnącego niech ogniska
Blask w tym domu świeży błyska;
Niechaj wróżki me radośnie,
Jak ptaszyna w pierwszej wiośnie,
Nucą ze mną pieśń wesołą,
I zatoczą tańców koło.
Tytania.  Naprzód chórem pieśń zanucim,
Potem pójdziem, ręka w ręce,
I w komnaty te książęce
Błogosławieństw skarby rzucim. (Pieśń i tańce).
Oberon.  Aż do świtu, wróżki moje,
Przebiegajcie te podwoje,
Gdy my do ślubnej kotary
Błogosławieństw niesiem dary,

By wszystko, co tam wyrośnie,
W wiecznej chwały kwitło wiośnie.
Trzem tym parom szczęście damy,
Nic ich życia nie zasmuci,
Dłoń natury żadnej plamy
Na potomstwo ich nie rzuci.
Nigdy oblicza ich dzieci
Ni zajęczej znamię wargi,
Które rodzi wstręt i skargi,
Ni brodawka nie oszpeci.
Poświęcajcie polną rosą,
Każdy kątek; wasze nogi
Cichy pokój w wszystkie progi
I szczęście niechaj poniosą.
Lat tysiące niech przepłynie,
A dom szczęściem ten niech słynie!
Dalej, wróżki,
Lekkie nóżki
Dobry tańców mają czas;
A o świcie czekam was.

(Wychodzą: Oberon, Tytania i Orszak).

Puk.  Jeśli was nasze obraziły cienie,
Pomyślcie tylko (łatwe przypuszczenie),
Że was sen zmorzył, że wszystko, co było,
Tylko uśpionym we śnie się marzyło.
Jeżeli dzisiaj senne to marzenie
Wasze łaskawe zyska przebaczenie,
Dołożym chęci, aby się poprawić,
I widowiskiem lepszem was zabawić.
A jak Puk jestem i człowiek uczciwy,
Jeżeli dzisiaj dość będę szczęśliwy,
Że z pod języka wężów wyjdę zdrowy,
Niedługo utwór przyniesiem wam nowy,
Albo na zawsze Puk kłamcą zostanie.
Teraz dobranoc! panowie i panie.
Jeżeli łaska, dajcie nam oklaski:
Robin wam z lichwą spłaci wasze łaski (wychodzi).




Selous - Zimowa powieść.jpg

ZIMOWA POWIEŚĆ.

ZIMOWA POWIEŚĆ.

W

W długie wieczory, zimą u komina, gdy siedli wszyscy, a czas płynął powoli, bajki sobie opowiadano, przyniesione z daleka. Jak dziś ktoś czyta, a wszyscy słuchają, tak dawniej ktoś wybrany opowiadał, i skupiano się ciekawie koło niego. Zwykle bywał to ktoś starszy, jakiś wędrowiec, co wiele błądził po świecie, rycerz, co miecz wyszczerbiony odpasał... a wybierano historye dziwne i cudowne, w których i ludzie niepowszedni i przygody osobliwe występowały. Zimowa powieść u komina mówiła o strachach i upiorach, o dziwnie zagubionych i cudownie odzyskanych dzieciach, o podrzutkach wychowanych u pastuszków, przemieniających się w książątka i t. p.

Taką zupełnie jest Zimowa powieść Szekspira, w której i kraje jakieś na świecie nieznane i postacie zwykle po nim nie chodzące się zjawiają. Jesteśmy tu w krainie Czechów wprawdzie, ale morzem oblanej, i niem tylko oddzielonej od Sycylii. Fantastyczni panują w niej władzcy, a kiedy się to dzieje, Bóg jeden wie, bo król wysyła posły do wyroczni delfickiej Apollina. Jednem słowem, świat to zaczarowany wieczornej bajki zimowej i dramat z niej zrobiony snuje się jak baśń wieczorna. Między pierwszym a ostatnim aktem kilkanaście lat upływa, z Sycylii do Czech, przerzuca nas poeta co chwila przez morze, a Czas, który tu tak wielką gra rolę, sam nawet osobiście występuje, tłómacząc widzom, dlaczego wszechwładna jego dłoń błyskawicą nas przenosi z jednej chwili na drugą, odległą od niej, nagle i bez przejścia... Czas zastępuje tu chóry użyte gdzieindziej, dla wypełnienia opowiadaniem zbyt obfitych wypadków, które się nie pomieściły na scenie.
Cóż można więcej wymagać od takiej zimowej powieści nad to, by silnie słuchaczów zajęła?
Wydawcy Szekspira w r. 1623 Zimową powieść, zawsze wedle Dantejskiego systemu, jako szczęśliwie i wesoło zakończoną, umieścili w komedyach, gdy Cymbelina, bardzo do niej podobnego całym tokiem i kolorytem, a zapewne współczesnego, włożyli między tragedye. Tymczasem, choć w Zimowej powieści nie zbywa na scenach weselszych, cały nastrój jest raczej tragiczny niż komiczny. Powieść to straszna i łzy wyciskająca.
Z czego opowiadanie to pierwotnie zrodzić się mogło, powiemy zaraz; drukowana jej osnowa, znajduje się, o ile wiadomo, po raz pierwszy na papier przelana przez sławnego Roberta Greene’a, który u Tomasza Cadman’a, pod znakiem Biblii, wydał powieść, bardzo swego czasu rozpowszechnioną, pod tytułem: Pandosto czyli Tryumf Czasu.
Prawdopodobnie jakieś dawniejsze źródło służyło Greene’owi, gdyż Lopez de Vega w swoim Marmol de Felisardo, zdaje się także czerpać z niego. Zimowa powieść przypomina ten dramat, zdaniem Schack’a. (Geschichte der dramat: Literatur in Spanien).
Powieść Greene’a, której do r. 1609, gdy prawdopodobnie użył jej Szekspir, wyszło najmniej jedenaście wydań, służyła poecie za osnowę. Szedł za nią dosyć wiernie, ale ze swobodą sobie właściwą w szczegółach i charakterach, usprawiedliwiając wypadki, zbogacając suchą treść, kolorując postacie i nadając im życie.
Treść opowiadania Greene’a jest tu nieodzownie potrzebną, dla poznania użytku, jaki z niej uczynił poeta.
Król czeski (King of Bohemia) świeżo zaślubiony z córką cesarza rosyjskiego (Emperor of Russia), (sic), przyjmuje u siebie towarzysza młodości i przyjaciela Egista, króla Sycylii. Robert Greene, który, jak wiadomo, był magistrem uniwersytetu w Cambridge, i uchodził za bardzo uczonego, zapewnia nas, że naówczas Czechy leżały nad morzem.
Szekspir poszedł naturalnie za tak poważnem świadectwem.
Przyjęty nadzwyczaj uprzejmie król Sycylii, nietylko przez przyjaciela, ale przez żonę Pandosta, Bellaryę, której mąż nakazuje, aby dla dostojnego gościa starała się być miłą. Królowa wywiązuje się z tego polecenia aż nadto gorliwie. Ile razy król czeski oddala się dla spraw publicznych, prowadzi gościa do ogrodu i siada zabawiać go w cienistej altanie. Wieczorem, gdy król Sycylii odchodzi do sypialni, królowa zawsze idzie za nim, zobaczyć, czy mu na czem nie zbywa. W końcu Pandosto znajduje, że tego może jest nadto, że mógłby być zazdrosnym; zaczyna spoglądać koso. Nie podoba mu się to wieczorne zamykanie się z gościem w sypialnym jego pokoju, chociaż Greene nic w tem nie widzi zdrożnego. Pandosto zazdrosny wpada w końcu w gniew, ale królowa i gość wcale tego nie zdają się widzieć. Królowi czeskiemu zdaje się, iż jest na pewno zdradzonym przez żonę i przyjaciela, pragnie już tylko zemsty i namawia niejakiego Franiona, który był podczaszym przy królu Sycylii, aby mu do napoju wmieszał coś takiego, coby go na wieki uśpiło. Franion opiera się nieco, Pandosto grozi mu śmiercią i przymusza. Lecz gdy do trucia przychodzi, podczaszego rusza sumienie, wyznaje wszystko przed królem Sycylii i razem z nim uchodzą do floty, która na nich czeka i do Sycylii odwozi.
Pandosto, dowiedziawszy się o ucieczce, wpada w gniew i wściekłość jeszcze większą, że mu się ofiara wymknęła. Królowę natychmiast rozkazuje wrzucić do więzienia. Tu ona wydaje na świat córkę, której Pandosto nie uznaje za swe dziecię i skazuje na stracenie. Na łódce ma być na morze puszczoną. Następnie zwołuje król sąd na wiarołomną królowę i sam w nim zasiada. Bellarya w obronie swej odwołuje się do wyroczni delfickiej. Niepodobna odmówić jej tej apelacyi. Sześciu czeskich szlachciców jedzie do Delfów i znajdują tam za ołtarzem już wcześnie wygotowany pergamin pod pieczęcią, z własnoręcznym Apollina podpisem. Wyrocznia w dekrecie, złotemi pisanym literami, upewnia, że Bellarya jest niewinną, Egistus nieposzlakowany, Franion, człowiek uczciwy, a Pandosto niegodziwy zdrajca.
Dekret ten, (nie spodziewając się, aby był tak nieprzyjemny) czytają publicznie. Królowi zadana zdrada nadzwyczaj staje się bolesną, ale szanując Apollina, przeprasza żonę pokrzywdzoną i obiecuje poprawę. Wtem, kara bogów, posłaniec wpada z oznajmieniem, że syn króla, Garinter, umarł nagle. Królowa, posłyszawszy to, pada na wznak, mdleje i umiera. Tym sposobem król czeski skarany jest za niesłuszne żony posądzenie.
Dziecię rzucone, jak Mojżesz, w skorupce jakiejś na wodę, przepływa szczęśliwie od brzegów Czech do Sycylii, i tam je stary pastuch, Porrus, poławia, wychowując jak własne dziecię, pod imieniem Faunii. Pilnuje ona trzody. Szesnaście lat tak upływa, Faunia wyrasta na prześliczną pasterkę sycylijską, o której wdziękach wieści aż na dwór króla dochodzą. Syn królewski Dorastus, raz ją spotkawszy na polowaniu, mocno się w niej rozmiłowuje i chce nawet koniecznie z nią żenić, chociaż ojciec dla niego życzy sobie co najmniej księżniczki. Kochankowie umawiają się uciec i pobrać sekretnie, a Capnio, guwerner młodego księcia, pomaga im litościwie do tego. Zabierają z sobą i starego Porrusa, który o mało że ich nie zadenuncyował.
Burzę przebywszy na morzu, okręt niosący parę młodą, przybija naturalnie do portu czeskiego. Tu, jako ludzi podejrzanych, biorą ich wszystkich do kozy i prowadzą przez króla. Dorastus powiada, że jest panem z Trans-Polonii (z za Polski), a narzeczoną przedstawia jako Włoszkę, z Padwy rodem. Faunia tak jest śliczną, że Pandosto choć stary, mocno się dla niej zapala. Dla ułatwienia sobie zbliżenia do niej, wsadza do więzienia małżonka, grożąc, że go nie uwolni, chyba za okupem, którego domyślać się łatwo. Faunia się opiera, król czeski grozi użyciem przemocy. Wtem, właśnie w porę przybywa poselstwo od króla Sycylii. Pandosto bieży je przyjąć i od Sycylijczyków dowiaduje się, że Dorastus (Meleagrus) jest synem króla, a panienka prostą pastuszką, która go oczarowała. Posłowie proszą, aby im wydano Dorasta, a pannę, Porrusa i Capnia stracono. Król czeski mając do Faunii złość, chętnie się zgadza na to.
Już ich prowadzą na stracenie, gdy Porrus wyznaje, że nie jest ojcem Faunii i opowiada, jakim sposobem dziecię mu się dostało. Pandosto poznaje w niej córkę własną. Ogromne wzruszenie i radość w całych Czechach: żenią dwoje młodych; ale Pandosto, mając na sumieniu, że o mało nie popełnił okropnej zbrodni, odbiera sobie życie.
Różni się tem opowiadanie Greene’a głównie od Zimowej powieści, że Greene przywiązuje się do historyi Dorasta i Faunii, a Szekspir do zazdrośnika.
Uczony historyk Dr Caro, za którego zdaniem idzie znakomity tłómacz Zimowej powieści p. Gustaw Ehrenberg (Kraków, 1871), i naostatek, znawca i badacz, poeta i historyk, p. Stanisław Koźmian, chcą widzieć w powieści Greene’a odgłos historyi Ziemowita III, o której mówią starzy kronikarze nasi, i wpływ polskich podań, do Anglii z ust do ust zaniesionych.
W tym przedmiocie uczynimy tu kilka uwag, a naprzód przywiedziemy w całej rozciągłości podanie o Ziemowicie, które się znajduje w historyi Mazowsza Kozłowskiego. Bartoszewicz odwołuje się do niego w Encyklopedyi[14].
Ziemowit III, książę Mazowsza, bawiąc na dworze cesarza Karola IV, do którego jeździł skarżyć się na Krzyżaków, stary już naówczas, bo miał lat sześćdziesiąt, poznał tam córkę księcia Władysława na Ziembicy (Münsterberg) i Anny księżnej heskiej, piękną bardzo, dziewiętnastoletnią dziewicę, Ludomiłę.
Pojął ją Ziemowit za żonę i żył lat kilka bezpotomnie. Pojechawszy raz do siostry starszej żony swej, Heleny księżnej cieszyńskiej, gdy tam bawił, któryś z jego dworzan wygadał się, że księżna Ludomiła miała stosunek miłosny z podczaszym nadwornym Dobkiem, i że z tej przyczyny była przy nadziei. Plotki te doszły do uszów starego Ziemowita, który gniewem zdjęty strasznym zapragnął zemsty. Wnet wysłał do Płocka z rozkazem uwięzienia Dobka, i sam też pośpieszył na Mazowsze. Dobek tymczasem uszedł, zostawiwszy listy do obojga książąt, w których oświadczał, że udawał się do Ziemi Świętej z pewnym kapłanem, którego przed rokiem poznał w Pomeranii. Ziemowit żonę osadził w więzieniu w Rawie, panny jej wzięto na męki; ale od tych nie dowiedziano się nic, prócz, że Dobek był księżnej powiernikiem i ulubieńcem. W więzieniu księżna Ludomiła powiła syna Henryka. W kilka tygodni potem z rozkazu księcia została uduszoną.
Dziecko na wychowanie oddane na wieś, niedaleko Rawy, było tam przez trzy lata; odkraść je potem kazała kobiecie siostra przyrodnia Salomea, księżna szczecińska. W Pomeranii wychowywał się Henryk, odbierając wychowanie stanowi swemu przyzwoite.
Siedem lat upływało od śmierci Ludomiły, gdy ks. Ziemowit, zawsze zawzięty, o powrocie Dobka z Ziemi Świętej się dowiedział, i o tem, że w Prusach przebywał. Przepłacono ludzi, użyto wszelkich środków, aby go sprowadzić do Płocka. Gdy ściągnionego zdradą stawiono przed księciem, uderzył go sam czekanem w głowę, i natychmiast, kazawszy oprawcom pochwycić, końmi go dał rozszarpać.
Przy domierzaniu tej kary okazało się dopiero, że nieszczęśliwy Dobek był kobietą, zatem niewinnym. Książę przeląkł się dwoistego występku swego; zaczęto badać i dowiedziano się, że biedna ofiara była córką jakiegoś duchownego, który ją wychowywał u siebie po męsku przebraną. W tym stroju Dobek się dostał na dwór książęcy. W czasie niebytności księstwa, ojciec ją zabrał z sobą do Ziemi Świętej, gdzie umarł. Za powrotem znalazła testament ojca i rozmyślała, co miała począć, gdy ją zdradą ściągnięto do Rypina, a stamtąd do Płocka.
Książę był przerażony, z żalu i zgryzoty zachorzał ciężko. Już na łożu będącemu, z Cieszyna przybyły Franciszkan, ojciec Rajmund, wyjawił drugą tajemnicę okropną, że ten, który potwarz o Dobku rzucił na księżnę, wyjawił przed nim na spowiedzi umierając, iż dla brudnych jakichś widoków księżnę niesłusznie obwinił. Książę, któremu ojciec Rajmund różne sekretne szczegóły, z ust umierającego powzięte, powtórzył dla dowodu, miał się odezwać: Chyba zły duch tobie, ojcze, takie rzeczy objawił, których oprócz mnie i tej osoby (potwarcy) nikt wiedzieć nie mógł. Franciszkanin starał się księcia uspokoić, sprawiono księżnie pogrzeb uroczysty, poszły ofiary na kościoły, zaczęła się pokuta. Dowiadywano się o dziecko, które powierzone było staremu słudze, ale się okazało, że je nieznani jacyś ludzie porwali.
Przybyła w czasie choroby ojca księżna szczecińska, starała się go pocieszać także i zaprosiła do siebie. Tu gdy starszy książę przybył, na progu zamku chłopak cudnej urody, układny i roztropny, powitał go piękną mową. Książę był tem mocno ujęty, gdy księżna Salomea razem z nim padła do nóg ojcu, objawiając mu, że to był syn Ludomiły.
Książę, widząc w nim podobieństwo do siebie, z żalu za matką niewinnie straconą pokochał go bardzo, przyznał za syna i dawszy mu nauki, do stanu duchownego go sposobił. Książę Henryk był później proboszczem płockim i łęczyckim, ojciec nawet zbrojną ręką go do Łęczycy wprowadzał, ale w stanie tym nie wytrwał. Losy jego dalsze już do powieści nie należą.
Legenda nasza, dziwnie piękna, wprawdzie ma niejaką analogię z powieścią Green’a, lecz jest w szczegóły obfitszą, bogatszą i wielce też od niej różną. W podobnych opowiadaniach analogie spotykają się, niekoniecznie dowodząc pochodzenia. Miłoby zapewne było przekonać się, że coś polskiego użył wielki poeta, który kilkakroć w swych dramatach Polskę i Polaków wspomina, nie chcemy się spierać ani dowodzić przeciwnie, lecz rzecz jest dla nas więcej niż wątpliwą. Legend podobnych o kobietach posądzonych, których niewinność została odkrytą, o dzieciach przeznaczonych na stracenie i znalezionych, w średniowiecznych wszystkich krajów podaniach jest bardzo wiele. Powtarzają się one, będąc wypadkiem obyczajów i życia, a niekoniecznie uchwyconej powieści. Sąd więc o tem zostawiamy czytelnikom.
Zimowa powieść drukowaną była po raz pierwszy w zbiorowem wydaniu roku 1623, podzielona (co rzadko się zdarzało) na akty i sceny, a w końcu opatrzona spisem osób. (The Names of the Actors).
O przedstawieniu jej w r. 1611 d. 15 maja w teatrze Globus pisze dr. Simon Forman. Szczególnie rola Autolikusa łotra, zrobiła na nim wrażenie. „Łotr, pisze, cały w łachmanach, przyszedł udając chorego, a odarł ze wszystkiego swego kuma, pieniądze całe biedakowi wychwycił; potem ze swoim kramem szedł do pasterzy, i tych oszukał i odarł, potem suknie zamienił z synem króla czeskiego i dworakiem został i t. d. Trzeba się strzedz takich udanych żebraków i tego rodzaju ichmościów, aby im nie dawać wiary“.
W listopadzie tegoż roku zapisano w aktach marszałka dworu, iż grano na dworze: „Sztukę zwaną „Zimowa powieść“. Przedstawiała ją trupa Szekspira“. W tychże aktach 1623 roku wzmianka jest, że ją aktorowie podali do cenzury, z powodu, że dawny egzemplarz dramatu, który podpisał były marszałek, sir George Buck, zaginął. Hemminge musiał dać słowo, że w sztuce nie było nic złego i że nie została zmienioną. Poczem wydano pozwolenie bezpłatnie. A że sir G. Buck wszedł w obowiązki 1610 roku, widać, że Zimowa powieść później była przedstawianą.
Jest to więc dzieło ostatniej epoki twórczości Szekspira, i chociaż w ogóle koloryt i forma odpowiada temu twierdzeniu, są w niem, jak się zdaje, i wcześniejszej pracy ślady.
Możnaby wnosić, że wprzódy rzucona ogólnymi rysy na papier, około roku 1610 stanowczo była ukończona. Czuć tu już wprawę zupełną, swobodę wielką, pewność w kreśleniu charakterów, fantazyę szeroko władnącą państwem, którego granice zdobyczami swemi rozciągnęła daleko. Wiersz i styl także do ostatniej epoki odnieść dramat nakazują.
Bujna ta fantazya poety, której puszczał Szekspir wodze z taką swobodą, uczeńszym mężom i pedantom onego czasu nie była do smaku... Ben Johnson w przedmowie do jednej ze swych sztuk przycina poetom, którzy: „bajki, burze (Tempest’s) i inne tego rodzaju farsy wyciągają na scenę“.
Ben Johnson zapewne był w stanie dowieść, że Czechy nie leżały nad morzem, i że na Bermudach nigdy się Aryele i Kalibany nie gnieździły, ale napisać takiej Zimowej powieści, z suchej osnowy, niedorzecznie opowiedzianej przez Greene’a, dać jej życie, uczynić ją tak wzruszającą i powabną, na to potrzeba było Szekspira.
Dryden i Pope Zimową powieść sądzili także surowo, znajdując ją słabą i dziecinną; Pope nawet kilka tylko scen w niej przypisywał Szekspirowi. Samuel Johnson wyznaje, że dramat, mimo swych nieforemności, jest bardzo zajmujący. Poetyczny wdzięk tej powieści, tego poematu, mało komu był dostępny, płytko i powierzchownie sądzono ją z form zewnętrznych, nie wchodząc w to, co okrywały. Niemieckiej krytyce przyznać należy, że ona ją pierwsza oceniła i uznała jednem z najcelniejszych dzieł poety. We Francyi, dopiero w ostatnich czasach sprawiedliwość jej oddano.
Wskazaliśmy w komedyi Wiele hałasu o nic, jak Szekspir umyślnie posługuje się najlichszemi na pozór narzędziami do rozwiązania najzawilszych węzłów, aby wiekuistej Sprawiedliwości pokazał wszechwładztwo, z ludzkich naśmiewające się sił i środków. W Zimowej powieści mamy tego dowód w roli łotra Autolikusa, który ułatwiając zabranie się na statek, jest właściwie sprawcą szczęśliwego końca. „On, powiada Gervinus, po przebłaganiu bogów jest wesołem uosobieniem losu, jak w pierwszej części Antygon tragicznem. Autolikus, zgodnie z imieniem swem, jest synem Merkurego, rzezimieszkiem jak on, wzorem genialnego filuta, jak z romansu Picarda wyjętym, nową zupełnie postacią w szeregu charakterów Szekspira. Popróbowawszy wszelkich losów i ludzi, bywał naprzód w usługach książęcych, potem go ze dworu precz wysmagano, wodził małpy, pachołkiem był u oprawcy, na teatrzyku lalki pokazywał, ożenił się z cygana babą, chodzi z kramikiem, zawsze w najlepszym humorze, niczem niezrażony bezwstydnik, niebezpieczny znawca ludzi, nie wierzący w życie przyszłe, z uchem ostrem, z okiem bystrem, z ręką zręczną, gotów grać wszelkie role, słowem dla artysty w nim było zadanie, które Szekspir stawić im lubił“.
Zahartowany w łotrowstwie, dla Floryzela zachowuje on jednak przywiązanie. Milczy o ucieczce, dla wyrządzenia psoty królowi, potem pasterzy prowadzi na okręt, aby ucieczce nie przeszkadzali. Co w tem było niepoczciwego, pod szczęśliwej gwiazdy wpływem, zmienia się na najlepsze; „robi on dobrze“ mimo swej woli.
Antygona fałszywa uczciwość prowadzi do zguby, Autolikusa oszukaństwo losy obu królewskich domów szczęśliwie rozwiązuje i samemu łotrowi na dobre wychodzi. Właściwie należała mu szubienica; lecz gdy się wszystko tak wesoło i tak pomyślnie klei, i jego los lepiej wypada, niż on zasługiwał.
Zdaniem Gervinusa, czwarty akt, pełnością swą, ruchem, życiem, pięknością, mało ma równych w dziełach Szekspira, choć piąty wyżej się jeszcze podnosi czarodziejską sceną z grobu powstającej Hermiony.
W istocie samej poetyczny to obraz i poruszające widowisko „królów godne“. Jak wszystko u poety naszego, tak i sam tytuł nawet, tak właściwie dobrany, tłómacząc cudowność opowiadania, przyczynia się do podniesienia go.
Uwagi Gervinusa o swobodnem wyłamaniu się z klasycznych prawideł jedności miejsca i czasu, ciekawe porównaniem z Burzą, w której oboje zachował ściśle poeta, wobec tytułu „Powieści zimowej“ już zbytecznemi się zdają. Dawał on poecie zupełną swobodę nie ograniczając go niczem, a dramat zyskał, przelatując przestrzeń tę wielką, na poetycznym wdzięku i moralnem swem znaczeniu.




OSOBY:

Leontes, król sycylijski.
Mamilliusz, jego syn.

Kamillo,   panowie sycylijscy.
Antygon,
Kleomenes,
Dyon,

Polixenes, król czeski.
Floryzel, syn jego.
Archidamus, pan czeski.
Autolikus, rzezimieszek.
Stary Pasterz, mniemany ojciec Perdyty.
Pajac, syn jego.
Majtek.
Dozorca więzienia.
Czas, jako chór.
Hermiona, żona Leontesa.
Perdyta, córka Leontesa i Hermiony.
Paulina, żona Antygona.

Emilia,   damy honorowe Hermiony.
Dwie inne Panie, 
Mopsa,   pasterki
Dorkas, 

Panowie, Szlachta, Panie, Sędziowie, Służba, Pasterze i Pasterki.

Scena częścią w Sycylii, częścią w Czechach.
ZIMOWA POWIEŚĆ.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Sycylia. Przedpokój w pałacu Leontesa.
(Kamillo i Archidamus.)

Archid.  Kamillo, jeśli przypadkiem odwiedzisz Czechy z powodów podobnych tym, które mnie tu sprowadziły, ujrzysz, jak ci już powiedziałem, wielką różnicę między naszemi Czechami, a waszą Sycylią.
Kamillo.  Zdaje mi się, że na przyszłe lato król sycylijski zamierza oddać wizytę królowi czeskiemu, która mu się słusznie należy.
Archid.  Jeśli nas przyjęcie nasze zawstydzi, niech nas usprawiedliwi miłość nasza, bo prawdziwie —
Kamillo.  Proszę cię —
Archid.  Wierzaj mi, mówię to z głębokiego przekonania. Nie możemy z równą wspaniałością — w tak rzadki — nie wiem, jak się mam wyrazić. Uczęstujemy was usypiającymi napojami, aby zmysły wasze niezdolne dostrzedz niedostatku, nie mogąc nas wielbić, nie mogły nas przynajmniej oskarżać.
Kamillo.  Płacisz zbyt drogo, co my chętnie dajemy.
Archid.  Mówię tylko, jak mnie przekonanie uczy i co mi moja uczciwość w usta kładzie.
Kamillo.  Król sycylijski nie może dość przychylności okazać królowi czeskiemu. Razem chowali się w dzieciństwie, i wtedy już przyjaźń takie puściła między nimi korzenie, że teraz musi rozrastać się w gałęzie. Odkąd wiek dojrzalszy i wymagania królewskiej godności rozerwały ich towarzystwo, ich spotkania, choć nie osobiste, po królewsku były zastąpione przez wymianę darów, listów i poselstw przyjaznych, tak, że choć nieprzytomni zdawali się żyć razem, podawać sobie ręce przez morza i ściskać się, że tak powiem, z przeciwnych kończyn wiatrów. Niech niebo miłość ich zachowa!
Archid.  Zdaje mi się, że niema na ziemi ani dość złośliwości, ani przyczyn, któreby ją zmienić były w stanie. — Niewypowiedzianą macie pociechę w waszym młodym księciu Mamilliuszu: jest to pan większych nadziei, niż kiedykolwiek widzieć mi się zdarzyło.
Kamillo.  W zupełności podzielam twoje o nim zdanie. Szlachetne to dziecię poddanych wśród cierpień pociesza, stare serca odświeża. Ci, którzy na kulach chodzili, nim się urodził, pragną żyć, aby go mężem jeszcze zobaczyć.
Archid.  A gdyby nie to, czy umarliby chętnie?
Kamillo.  Gdyby nie znaleźli innej wymówki, dla której żyćby pragnęli.
Archid.  Gdyby król nie miał syna, pragnęliby żyć na kulach, dopókiby się go nie doczekał. (Wychodzą).

SCENA II.
Sala w pałacu.
(Leontes, Polixenes, Hermiona, Mamilliusz, Kamillo i Dwór).

Polix.  Już dziewięć przemian niebios wodnej gwiazdy
Pasterz naliczył, jak tron jest nasz pusty,
A gdyby równie długie znów miesiące
Zbiegły, mój bracie, na mem dziękczynieniu,
Jeszczebym w końcu twój piękny kraj rzucił
Wiecznym dłużnikiem: dlatego, jak zero

W liczby Wysokiem postawione miejscu,
Jednem: dziękuję, tysiąckroć pomnażam,
Go przed niem stoi.
Leontes.  Wstrzymaj dziękczynienia;
Będziesz je spłacał w godzinę rozstania.
Polix.  Więc jutro, królu. Dręczy mnie obawa,
Co wypaść może w mej nieobecności.
Bodaj w mej ziemi wiatr nie powiał ostry,
I przeczuć moich nie sprawdził boleśnie!
Zbyt długo, królu, ciężarem ci byłem.
Leontes.  Możem znieść więcej, niźli ty nałożyć.
Polix.  Muszę powracać.
Leontes.  Chociaż tydzień jeszcze.
Polix.  Nie, królu, jutro.
Leontes.  To choć czas rozdzielmy:
Ale dalszego nie zniosę oporu.
Polix.  Błagam cię, królu, nie nalegaj dłużej;
Niema języka na tej wielkiej ziemi,
Który od twego łatwiejby mnie skłonił;
Anibym teraz twej odmówił prośbie,
Choć z własną krzywdą, gdyby trzeba było;
Lecz interesa do domu mnie ciągną.
Broniąc mi tego, miłością mnie chłostasz.
Mój pobyt tylko kłopotem dla ciebie;
Przez wzgląd dla obu, bywaj zdrów, mój bracie!
Leontes.  Niema królowo, przemówże nakoniec.
Hermiona.  Chciałam, o panie, milczenie zachować,
Ażby ci przysiągł, że nie może zostać.
Wszystkie twe prośby nazbyt zimne były.
Powiedz, żeś pewny, iż w czeskich dzielnicach
Wszystko bezpieczne, o tem zapewniają
Wczorajsze wieści, a gdy to mu powiesz,
Jego najlepszą odbierzesz mu twierdzę.
Leontes.  O, Hermiono, dobrześ powiedziała.
Hermiona.  Jeśli królowi za synem jest tęskno,
To ma swą wagę; ale to niech wyzna,
Niech to przysięże, a puścisz go wolno,
My kądzielami stąd go wypędzimy.

Lecz się poważam od twej obecności
Tydzień pożyczyć. Gdy do Czech zabierzesz
Mojego męża, pozwalam mu z góry
Miesiąc zabawić nad jego odjazdu
Dzień wyznaczony; choć wierzaj, Leontes,
Że cię nie kocham jeden tyk zegaru
Mniej, niźli żona swego męża kocha.
A więc zostaniesz?
Polix.  Nie, pani.
Hermiona.  Zostaniesz.
Polix.  Prawdziwie, pani nie mogę.
Hermiona.  Prawdziwie!
Daremnie błahą chcesz mnie zbyć przysięgą.
Choćbyś chciał gwiazdy przysięgą odrywać
Od niebios sklepu, ja mówię: zostaniesz;
Zaprawdę, królu, nie możesz odjechać:
Zaprawdę pani tak dobre, jak pana.
Jeszcze chcesz jechać? A więc mnie przymusisz,
Że cię zatrzymam jak mojego więźnia,
A nie jak gościa; sam opłacisz koszta,
A odjeżdżając od dzięk będziesz wolny.
Wybieraj między gościem albo więźniem,
Bo ja przysięgam na twoje „prawdziwie“,
Ze jedno z dwojga musisz teraz wybrać.
Polix.  Pani, więc gościem twoim zostać wolę.
Być twoim więźniem, znaczy cię obrazić,
Co dla mnie, pani, trudniej jest dokonać,
Niżeli tobie obrazę ukarać.
Hermiona.  Więc nie dozorcą, ale gospodynią
Jestem ci teraz. Więc mi opowiadaj
O figlach waszych z owych lat młodzieńczych:
Piękni, jak wnoszę, byli z was panicze.
Polix.  Tak jest, królowo, szczęśliwe chłopięta
Bez myśli o tem, co w przyszłości drzemie,
Pewni, że jutro będzie tak jak dzisiaj,
Że młodość z nami na wieki zostanie.
Hermiona.  A czy nie większym mąż mój był psotnikiem?
Polix.  Byliśmy oba jak bliźnie baranki,

Kiedy na słońcu igrają wesoło,
Dają niewinność w zamian za niewinność.
Grzechów nauki nieświadomi oba,
Aniśmy śnili, że ją znali inni.
Gdybyśmy ciągle takie wiedli życie,
Słabego ducha gdyby nigdy wyżej
Nie była wzniosła silniejsza krew w żyłach,
Śmiało z nas każdy mógłby rzec przed niebem:
Jestem niewinny, prócz pierworodnego
Grzechu ludzkości.
Hermiona.  Wypada więc wnosić,
Że czas stracony dognaliście później.
Polix.  O, święta pani, później na nas spadły
Mnogie pokusy: w tamtych dniach młodości
Dziewczyną jeszcze była żona moja;
Ty, droga pani, jeszcześ nie przebiegła
Przed młodem okiem mego towarzysza.
Hermiona.  Przebacz nam, Boże! Z twojej więc powieści
Wypadnie, jeśli wyciągnąć chcesz wnioski,
Że jestem czartem wraz z twoją królową.
Za wszystkie grzechy, których my przyczyną,
My odpowiemy, jeśliście spełnili
Z nami grzech pierwszy, jeśli z tylko z nami
W grzechuście trwali, jeśli z żadną inną
Wasza się noga nie poślizła nigdy.
Leontes.  Jak stoi sprawa?
Hermiona.  Zostaje się z nami.
Leontes.  Na moją prośbę nie chciał przecie zostać.
Nigdy wprzód jeszcze, droga Hermiono,
Nie, nigdy w lepszym nie mówiłaś celu.
Hermiona.  Nigdy?
Leontes.  Nie, nigdy, raz jeden wyjąwszy.
Hermiona.  Co? aż dwa razy mówiłam do rzeczy?
Powiedz mi, proszę, kiedy po raz pierwszy?
Tucz mnie pochwałą jak domowe ptastwo.
Jeden czyn dobry, gdy ginie bez wzmianki,
Morduje tysiąc przyjść za nim gotowych.
Wasze pochwały są zapłatą naszą.

Słodkim całunkiem pognasz nas mil tysiąc,
Nim jedno staje wymęczysz ostrogą.
Mym dobrym czynem ostatnim ta prośba,
Gdzie jest czyn pierwszy? jeśli cię rozumiem,
On ma starszego brata; o, daj Boże,
By imię jego było: przebaczenie!
Raz jeden wprzódy mówiłam do rzeczy?
Kiedy? jak pragnę dowiedzieć się, kiedy?
Leontes.  Podówczas, kiedy trzy gorzkie miesiące
Zatruły prawie na śmierć moją duszę,
Nim otworzyłaś twoją białą rękę,
Na znak miłości dałaś ją i rzekłaś:
Królu, na wieki odtąd jestem twoją.
Hermiona.  A, to prawdziwie było przebaczenie.
Niech i tak będzie; wiedzcie więc, panowie,
Dwa tylko razy mówiłam do rzeczy:
Raz, by na zawsze zyskać króla męża,
Raz, na dni kilka króla przyjaciela

(Daje rękę Polixenesowi).

Leontes  (na str.). To za gorąco! Tak mieszać uczucia,
Jest to krew mieszać. Czuję tremor cordis,
Serce mi skacze, lecz nie, nie z radości.
Uprzejmość może świadków się nie lękać,
W wylaniu serca czerpać poufałość,
W granicach przecie niewinności zostać.
Nie wątpię o tem, wiem, że to być może:
Lecz ściskać dłonie, ale szczypać palce,
Jak oni teraz, uśmiechać się sztucznie,
Jak do zwierciadła, wzdychać znowu potem
Jak sarna, kiedy od postrzału ginie,
Tego nie lubi moja myśl ni czoło. —
Ha, Mamilliuszu, jestżeś moim synem?
Mamil.  Jestem, mój ojcze.
Leontes.  Tak myślisz? Zaprawdę.
O, ty mój gaszku! Skąd nos twój czerwony
Mówią, że nos twój mego wierną kopią.
Mój kapitanku, kto dał ci w nos byka?
Unikaj byków: byki rogi noszą.

(Patrząc na Pólixenesa i na llermionę).

Po jego palcach jakby po klawiszach
Wciąż biega ręką. — No, drogie cielątko,
Czy jesteś moje?
Mamil.  Jestem, jeśli pragniesz.
Leontes.  Abyś zupełnie do mnie był podobny,
Na twojej głowie brak ci mych narostów.
A przecie, mówią, jesteśmy podobni,
Jak krople wody: to mówią kobiety,
Którym koniecznie mówić coś potrzeba.
Lecz choćby były fałszywe jak wiatry,
Jak wodne fale, lisy farbowane,
Jak kostki tego, co nie zna różnicy
Pomiędzy twojem a pomiędzy mojem,
Zawsze jest prawdą, gdy mówią: to dziecię
Podobne do mnie. Pójdź tu, moje chłopię,
Słodki błazenku, laleczko, spójrz na mnie
Blękitnem okiem, — jakto? — matka twoja
O wyobraźni! ty aż na dno serca
Sztylet twój wpychasz; robisz podobnemi
Rzeczy, na które podobieństwa niema,
Ty z marzeniami w tajnej jesteś zmowie,
Z przywidzeniami ty działasz do spółki,
A nic jest twoim wiernym towarzyszem.
Ale się czasem i z rzeczywistością
Sprzymierzyć możesz, jak to robisz teraz,
Jak ja to czuję w przewróconym mózgu
I kostniejącem na róg mojem czole.
Polix.  O czem tak dumasz, królu sycylijski?
Hermiona.  Jakiś niepokój duszą jego miota.
Polix.  Cóż to, mój królu?
Leontes.  Jak tam, drogi bracie?
Hermiona.  Na twojem czole pomieszanie widać;
Jakież uczucie duszę twą zmąciło?
Leontes.  Jestem spokojny, wierz mi, Hermiono.
Jak czasem zdradza natura swe głupstwo,
I czułość swoją! staje się szyderstwem
Dla dusz chłodniejszych! Rozważając rysy

Mego dziecięcia, nagle mi się zdało,
Żem się w tył cofnął lat dwadzieścia i trzy,
W moich zielonych aksamitnych majtkach
Biegałem wesół z sztyletem stępionym,
Aby ozdoba, jak się często dzieje,
Szkodną nie była. Myślałem, jak wtedy
Byłem podobny do tego migdałka. —
Słuchaj, czy wziąłbyś za siekierkę kijek?
Mamil.  Nie, ojcze, raczej biłbym się za swoje.
Leontes.  Biłbyś się? Boże, daj ci dnie szczęśliwe!
Bracie, czy kochasz swego królewicza,
Jak my naszego?
Polix.  Kiedy jestem w domu,
On jest mych zabaw i myśli przedmiotem;
To moim wrogiem, to mym przyjacielem,
Moim dworakiem, żołnierzem, statystą;
On mi dnie lipca na grudniowe skraca;
On szczebiotaniem myśli moje leczy,
Które inaczej krewby mi zwarzyły.
Leontes.  Szlachcic ten przy mnie ten sam sprawia urząd.
Pójdę z nim teraz, a ciebie, mój królu,
Twym poważniejszym zostawiamy krokom.
Bądź mu uprzejmą, luba Hermiono,
Wszystko, co drogie, niech dlań tanie będzie,
Po tobie bowiem i po tym łotrzyku
On pierwsze prawo do mego ma serca.
Hermiona.  Jeżeli zechcesz połączyć się z nami,
Będziem czekali na ciebie w ogrodzie.
Leontes.  Idźcie, gdzie chcecie, znajdę was, dopóki
Niebo nad wami. — Teraz ryby łapię,
Choć nie widzicie, gdzie zapuszczam wędkę.

(Na stronie, patrząc na Polixenesa i Eermionę).

Więc dalej, dalej! Jak swe trzyma usta!
Jak obróciła dziobek swój ku niemu!
Ach, jak naprzeciw powolnego męża
W śmiałość się zbroi!

(Wychodzą: Polixenes, Hermiona i Dwór).

Już się oddalili.

O, pokalana po uszy! — Rogaty! —
Idź grać, mój chłopcze; matka twa grać poszła,
I ja gram także, lecz tak nędzną rolę,
Że wyświstany do grobu się schronię;
Śmiech i szyderstwo dzwonem moim będą.
Idź grać, mój chłopcze! — Byli już przede mną,
Albo się mylę, byli już rogacze.
I dziś, i teraz właśnie, kiedy mówię,
Mąż jest niejeden, co żony dłoń trzyma,
Nie myśląc biedny, że może przed chwilą
Staw jego spuścił i ryby mu wybrał
Sąsiad Śmiechalski, najkochańszy sąsiad.
Jest w tem pociecha myśleć, że są ludzie,
U których sąsiad, właśnie tak jak u mnie,
Mimo ich woli bramy poroztwierał.
Gdyby rozpaczał każdy mąż zwiedziony,
Każdy dziesiąty człowiek jużby wisiał.
Niema lekarstwa: nierządny planeta
Potężnym wpływem rozsiewa zarazę
Na wschód i zachód, północ i południe.
Niema barykad na kobiety wiarę,
Ona do woli wpuszcza i wypuszcza
Z twierdzy twej wroga twego z bagażami.
Tysiące na tę słabość chorowały,
Nie znając swojej choroby. — Cóż, chłopcze?
Mamil.  Mówią, że jestem podobny do ciebie.
Leontes.  W tem podobieństwie jest trochę pociechy.
Ty tu, Kamillo?
Kamillo.  Czekam na rozkazy.
Leontes.  Idź, Mamilliuszu, idź się teraz bawić!

(Wychodzi Mamilliusz).

Król ten potężny zostaje tu dłużej.
Kamillo.  Kotwica długo nie chciała jąć gruntu,
Lecz zapuszczona ślizgała się ciągle.
Leontes.  Czy uważałeś?
Kamillo.  Nad twoje błagania
Przenosił naprzód swoje interesa.
Leontes.  I tyś to spostrzegł? — O, widzę już, tłumy

I patrzą na mnie i szemrzą do ucha:
Nasz sycylijski król jest — i tam dalej.
Rzecz już daleko, gdy i ja wiem o niej.
Jak się to stało, że zostać tu przyrzekł?
Kamillo.  Na naszej dobrej królowej błaganie.
Leontes.  Prośby królowej! o tak, to być może.
Dobrej! powinna być dobrą, lecz nie jest. —
Czy prócz twojego jaki mózg rozumny
Rzecz całą zbadał? Bo myśl twa, jak gąbka,
Więcej jak inna z każdej wyssie sprawy.
Czyli natury tylko subtelniejsze,
I lepsze głowy spostrzegły się na tem,
A niższe duchy są jak krety ślepe
Na całą sprawę? Odpowiedz, Kamillo.
Kamillo.  Na całą sprawę? Sądzę, wszyscy wiedzą,
Że król tu czeski na dłużej zostaje.
Leontes.  Co?
Kamillo.  Król tu czeski na dłużej zostaje.
Leontes.  Tak, lecz dlaczego?
Kamillo.  Aby zaspokoić
Twoje, mój królu, i królowej prośby.
Leontes.  Aby królowej zaspokoić prośby?
Co? zaspokoić? Przestań; dosyć na tem!
Kamillo, ja ci dotąd powierzałem
Najdroższe serca mego tajemnice,
Równie jak wszystkie stanu interesa.
Ty, jakby kapłan, pierś mą oczyszczałeś,
Ja, jak pokutnik, lepszy odchodziłem.
Lecz się zawiodłem na twej uczciwości,
Na tem przynajmniej, com brał za uczciwość.
Kamillo.  Uchowaj Boże!
Leontes.  Nie masz uczciwości,
Lub, jeśli masz ją, brak ci na odwadze.
Uczciwość twoją skoślawiłeś w drodze,
Tak że do mety nie zdołałeś dobiedz;
Albo też jesteś mym niedbałym sługą,
Choć w tobie całą mą pokładam ufność;
Lub jesteś głupcem, widziałeś, jak inny

Kosztowną stawkę oszukaństwem wygrał,
Lecz, obojętny, za żart wszystko wziąłeś.
Kamillo.  Dobry mój królu, mogę być niedbałym,
Tchórzem i głupcem, bo od wad tych żaden
Człek nie jest wolny, bo jego niedbalstwo,
Trwoga lub głupstwo na jaw mogą wybiedz
Wśród nieskończonych ziemi tej wydarzeń.
Lecz, królu, jeśli kiedy w twojej służbie
Byłem niedbały, to głupoty winą;
Jeśli rozmyślnie rolę głupca grałem,
To przez niedbalstwo na skutki niebaczne;
Jeśli się czynu dokonać wahałem,
Gdy mi wypadek wątpliwym się zdawał,
A wykonanie groziło nieszczęściem,
To była krótka, chwilowa obawa,
Która najmędrsze chwyta czasem serca.
Wszystko to ludzkiej natury słabości,
Żadna uczciwość nie jest od nich wolna.
Lecz błagam, królu, bądź ze mną otwarty,
Racz mi pokazać grzechów mych oblicze,
Gdy ich nie poznam, grzechy nie są moje.
Leontes.  Czy nie widziałeś (ale bez wątpienia
Widziałeś, albo twoje okulary
Mniej przeźroczyste od rogala rogów),
Czy nie słyszałeś, (o rzeczy tak jasnej
Wieści milczenia zachować nie mogły),
Czy nie myślałeś, (bo mózg ten niezdolny
Do ludzkich myśli, co o tem nie myślał’),
Że moja żona niewierna! Chcesz, wyznaj,
Tak, albo wyznaj, lub powiedz bezczelnie,
Że nie masz oczu, ni uszu, ni myśli,
Wyznaj, że moja żona rozpustnicą,
Że na ostatnie zasługuje imię,
Jak pusta prządka, która się oddala,
Długo przed ślubem, swemu kochankowi.
Powiedz i dowiedź.
Kamillo.  Podobnych potwarzy
Nie chciałbym słuchać na moją królowę,

Abym ich zaraz szablą tą nie skarcił.
Niech zginę, królu, ale nigdy jeszcze
Mniej ci przystojnych słów nie wymówiłeś.
Ich powtórzenie byłoby występkiem
Czarnym, jak dzieło słowa sprawdzające.
Leontes.  Więc nic są szepty, lic do lic zbliżenie,
Nic ust całunki, mieszanie oddechów?
Nic śmiech przerwany głębokiem westchnieniem,
(Znak nieomylny łamiącej się wiary)
Nóg zakładanie, krycie się po kątach?
Nic chęć przemiany godzin na minuty,
Południa w północ? nic żywe pragnienie,
By wszystkich oczy bielmem zaleciały,
Ażeby mogli grzeszyć niewidziani?
Czyli dla ciebie i to nic nie znaczy?
Więc świat ten niczem, niczem co na święcie,
Niczem to niebo i czeski król niczem,
Niczem ma żona, w tem niczem nic niema,
Jeśli to niczem.
Kamillo.  O, dobry mój królu,
Racz się wyleczyć z tych chorych przywidzeń,
Wyleczyć spiesznie, bo są niebezpieczne.
Leontes.  To niech i będą, skoro są prawdziwe.
Kamillo.  Nie, nie, mój królu!
Leontes.  Są, są, a ty kłamiesz,
Ty kłamiesz, kłamiesz! Jak cię nienawidzę!
Jesteś nikczemnym, podłym niewolnikiem,
Zawsze gotowym wszystkiemu pobłażać.
Oko twe razem złe i dobre widzi,
I obu sprzyja. Gdyby krew mej żony
Była popsuta tak, jak jest jej dusza,
Padłaby trupem przed godziny końcem.
Kamillo.  Kto, o mój królu, kto uwiódł jej duszę?
Leontes.  Ten, co ją nosi na szyi jak medal —
Monarcha czeski. Gdyby moi słudzy
Wierni mi byli, otwierali oczy
Tak na mój honor jak na swoje zyski,
Toby spełnili, coby przeszkodziło

Dalszym robotom; tak, ty, jego cześnik,
Którego z nizin wyniosłem do szczytu,
Któryś mógł patrzeć, jak niebo na ziemię,
Ziemia na niebo, na me pokrzywdzenie,
Ty, tak, ty mógłbyś zaprawić mu czarę,
Coby mu oczy zamknęła na wieki;
Ten napój byłby kordyałem dla mnie.
Kamillo.  Królu, gotowy byłbym to wykonać,
A nie kielichem gwałtownej trucizny,
Ale napojem trawiącym powoli
Ogień żywotny, lecz daruj mi, królu,
Jeśli nie wierzę w plamę tę mej pani,
Która aż dotąd wzorem cnoty była.
Jam kochał ciebie —
Leontes.  Zgnij więc wśród wątpienia!
Toż myślisz, że mam tak zmącone myśli,
Iż sam swej własnej męczarni szukałem?
Chciałem splugawić czystość mego łoża,
Gdy czystość snem jest, kiedy jej splamienie
Jest kolcem, cierniem, pokrzywą, os żądłem?
Rzucić zakałę na krew mego syna,
Którego kocham jak mego, bo wierzę,
Że jest mym synem; chciałżebym to zrobić,
Gdybym dojrzałych przyczyn na to nie miał?
Kto bez powodów chciałby tak oszaleć?
Kamillo.  Wierzyć ci muszę; więc czeskiego króla
Jak pragniesz, panie, własną zgładzę ręką;
Ale ty, królu, skoro tamten zniknie,
Twoją królowę do łaski racz przyjąć,
Przez wzgląd na syna, aby zahamować
Po dworach obcych języków złośliwość.
Leontes.  Jak ty mi radzisz, jużem wprzódy w myśli
Działaniom moim bieg podobny wytknął.
Honor królowej szwanku nie poniesie.
Kamillo.  Więc teraz, królu, z pogodnem obliczem,
W jakie się przyjaźń ubiera wśród uczty,
Witaj królowę i króla czeskiego.
Jam jego cześnik; jeśli z mojej ręki

Odbierze puhar zdrowego napoju,
Nie licz mnie, królu, do sług twoich rzędu.
Leontes.  Dość tego! Dopełń twojej obietnicy,
A bądź połowy serca mego pewny;
Złam ją, a własne pokruszysz w kawałki.
Kamillo.  Dopełnię, królu.
Leontes.  Tak, jak mi radziłeś,
Twarz mą w przyjazne uśmiechy oblekę.

(Wychodzi).

Kamillo.  O, biedna pani! — Lecz ja, co mnie czeka?
Mamże dobrego otruć Polixena,
Dlatego, że mi król to rozkazuje,
Który w otwartej będąc z sobą wojnie,
I w nasby także wojnę tę chciał zbudzić?
Lecz czyn spełniony podniesie mię w górę.
Ha! gdybym nawet tysiąc miał przykładów,
Ze kwitł szczęśliwie, kto się raz poważył
Na pomazańca pańskiego wznieść rękę,
I takbym nawet nie podjął się zbrodni;
Ale gdy tego nie znalazłem śladów
Na pergaminie, spiżu lub kamieniu,
Niech zbrodniarz nawet od czynu się wstrzyma.
Co mam więc robić? Muszę dwór opuścić,
Bo, cobądź pocznę, zły koniec mnie czeka.
Szczęśliwe gwiazdy, prowadźcie mnie teraz!
Otóż król czeski. (Wchodzi Polixenes).
Polix.  To rzecz niepojęta;
Przyjaźń ma, widzę, blednąc tu poczyna.
Ani wyrazu! — Dzień dobry, Kamillo.
Kamillo.  Witaj, o królu!
Polix.  Co słychać na dworze?
Kamillo.  Nic ciekawego.
Polix.  Królewskie oblicze
Tak się zaćmiło, jakgdyby utracił
Powiat, tak drogi dlań jak własne życie.
Właśniem go z zwykłem spotkał powitaniem,
Gdy on na stronę źrenice odwrócił,
Z ust swoich uśmiech pogardy upuścił,

I odszedł. Darmo w myśli mojej szukam,
Coby tak nagle przemienić go mogło.
Kamillo.  Królu, powodów nie śmiem szukać.
Polix.  Nie śmiesz?
Lub czyli nie wiesz? Lub czy wiesz, a nie śmiesz?
Bądź ze mną szczery. Tak jest, nie śmiesz mówić;
Boć sam dla siebie, co wiesz, wiedzieć musisz,
A nie śmiesz, czego powiedzieć nie możesz.
Dobry Kamillo, rysów twoich zmiana
Jest mi zwierciadłem, w którem własną zmianę
Dobitnie czytam, bo muszę być cząstką
Tych przeobrażeń, gdy jasno postrzegam
Przeobrażonym siebie z niemi razem.
Kamillo.  Jest słabość, która część dworu posiadła,
Lecz jej imienia powiedzieć nie mogę:
Ty nią nas, królu, choć zdrów, zaraziłeś.
Polix.  Ja zaraziłem? Nie przemieniaj, proszę,
W bazyliszkowe spojrzenia mych spojrzeń.
Widziałem tłumy, którym oczy moje
Przyniosły szczęście, lecz nikomu śmierci.
Dobry Kamillo, jak jesteś szlachcicem,
Uczonym, pełnym doświadczenia mężem,
(Skarb równie drogi jak nazwisko ojców,
Którzy szlachetną krew nam przekazali)
Błagam cię, jeśli wiesz o tajemnicy,
Której znajomość potrzebną jest dla mnie,
Nie więź jej, błagam, w myśli twoich cieniu.
Kamillo.  Królu, nie mogę na to odpowiedzieć.
Polix.  Jam słabość przyniósł, chociaż sam zdrów jestem?
Słuchaj, Kamillo, muszę mieć odpowiedź.
Więc cię zaklinam na wszystko, co człowiek
Honorem zowie — którego ta prośba
Cząstką nie małą — powiedz mi, zaklinam,
Jakie nieszczęście widzisz, że się czołga
Ku mej osobie, blizkie czy dalekie;
Jeśli je można usunąć, co począć,
Lub na cierpliwość jak się przygotować?
Kamillo.  Odpowiem teraz, na honor zaklęty

Przez męża, który jest honoru pełny.
Słuchaj mej rady i spełnij ją, królu,
Szybko, jak słowa z mych ust wybiegają,
Inaczej oba zawołamy wkrótce:
Giniem! dobranoc!
Polix.  Mów dalej, Kamillo.
Kamillo.  On mi rozkazał dziś cię zamordować.
Polix.  Kto, on, Kamillo?
Kamillo.  Król.
Polix.  Król? a dlaczego?
Kamillo.  On myśli, raczej z pewnością przysięga,
Jakby był świadkiem, albo pomocnikiem
Twojej rozpusty, żeś się żony jego
Występnie dotknął.
Polix.  Jeślim go obraził,
Krew ma najlepsza na jad niech się zgęści,
Niech imię moje na zawsze zostanie
W parze z tym, który Najlepszego zdradził!
Niech sława moja, gdziekolwiek przybędę,
W najtępszych nozdrzach zbudzi obrzydzenie;
Niechaj świat cały mojego zbliżenia
Jak najstraszniejszej unika zarazy,
O której głoszą podania lub księgi!
Kamillo.  Gdybyś mu przysiągł, że się w zdaniu myli,
Na wszystkie gwiazdy na niebie świecące,
Na tych gwiazd wszystkich potęgi i wpływy,
Równiebyś łatwo zakazać mógł morzu
Księżyca słuchać, jak przysięgą twoją
Jego przywidzeń budowę obalić,
Która, na wierze jego fundowana,
Przetrwa z nią razem do końca żywota.
Polix.  Lecz jak wyrosła myśl ta w jego duszy?
Kamillo.  Nie wiem; lecz lepiej unikać, co wzrosło,
Niżeli pytać, jak się urodziło.
Jeśli więc ufasz mojej uczciwości,
Zamkniętej w skrzyni tej, którą wraz z sobą
W zakład zabierzesz, uciekaj tej nocy.
O wszystkiem służbę twoją zawiadomię,

Po dwóch, trzech razem, w wielkiej tajemnicy,
Przez różne furtki z miasta wyprowadzę.
Co do mnie, w dłoń twą losy moje składam,
Bo tem wyznaniem wszystko tu straciłem.
Odrzuć wahanie, bo na przodków honor,
Wyznałem prawdę; jeżeli zamierzasz
Dowodów szukać, ja nie śmiem tu zostać,
Ani ty, panie, jesteś bezpieczniejszy
Niż ten, którego sam król na śmierć skazał,
A egzekucyę przysięgą zatwierdził.
Polix.  Wierzę ci. Serce w jegom twarzy widział.
Daj mi twą rękę. Bądź moim sternikiem:
Godność twa odtąd mojej jest sąsiadem.
Okręty moje gotowe, żeglarze
Już na mój odjazd od dwóch dni czekają.
Drogie stworzenie zbudziło tę zazdrość,
Zazdrość tak wielką, jak piękny jej przedmiot,
I tak gwałtowną, jak on jest potężny;
A kiedy myśli, że mu honor skalał
Ten, który zawsze bratem mu się mienił,
Zemstę zaprawia tem większą goryczą.
Strach mnie ocienia. Niech teraz fortuna
Zbawcą mi będzie! Niebo niech pocieszy
Grzesznych podejrzeń niewinną przyczynę!
Śpieszmy Kamillo! Jeśli mnie ocalisz,
Będę cię odtąd jak ojca szanował.
Śpieszmy!
Kamillo.  Od wszystkich bram swojej stolicy
Król mi powierzył klucze, więc bez zwłoki
Ze sposobności korzystać nam trzeba;
Idźmy więc, panie! ja drogę pokażę.

(Wychodzą).

AKT DRUGI.
SCENA I.
Sycylia. — Pałac.
(Hermiona, Mamilliusz i Damy).

Hermiona.  Zabierzcie chłopca, nie jestem już w stanie
Znieść jego krzyków.
1 Dama.  Pójdź ze mną, paniczu;
Czy chcesz się ze mną bawić?
Mamil.  Nie chcę, nie chcę.
1 Dama.  Dlaczego nie chcesz?
Mamil.  Bo tybyś mnie chciała
Całować ciągle, i tak do mnie mówić,
Jakgdybym jeszcze był dzieckiem. Ja wolę
Ciebie.
2 Dama.  Dlaczego?
Mamil.  Nie temu, że twoje
Brwi są czarniejsze, choć brwi czarne, mówią,
Pewnym kobietom najlepiej do twarzy,
Byleby tylko niezbyt były gęste,
Lecz jak półksiężyc piórem zakreślony.
2 Dama.  Kto cię nauczył tego, mój paniczu?
Mamil.  Jam się nauczył tego z kobiet twarzy.
Powiedz mi, proszę, jaki brwi twych kolor?
1 Dama.  Niebieski, panie.
Mamil.  Szydzisz sobie ze mnie;
Damy z niebieskim widziałem już nosem,
Lecz nigdy jeszcze brwi z niebieskim włosem.
2 Dama.  Słuchaj, paniczu, królowa, twa matka,
Ze dniem się każdym coraz zaokrągla,
Wkrótce dostaniem nowego książęcia,
Wtedy, paniczu, będziesz igrał z nami,
Jeśli zechcemy.
1 Dama.  Królowej ciężarność
Jest niewątpliwa. Błogosław jej Boże!

Hermiona.  Co tam za mądre toczycie rozprawy?
Pójdź tu sam, chłopcze, znów jestem dla ciebie.
Siadaj tu przy mnie, praw mi jaką powieść.
Mamil.  Maż to być powieść smutna, czy wesoła?
Hermiona.  Jak najweselsza.
Mamil.  Smutna lepsza w zimie,
Właśnie też umiem jedną o upiorach.
Hermiona.  Więc mi ją powiedz. Siadajże tu przy mnie,
Staraj się tylko, a wiem, że to umiesz,
Żeby twój upiór strasznie mnie przeraził.
Mamil.  Był raz mąż pewny —
Hermiona.  Siądź wprzódy. Dalej.
Mamil.  Mieszkał przy cmentarzu —
Ale ci muszę cicho opowiadać,
Żeby mnie świerszcze tam nie posłuchały.
Hermiona.  Więc dobrze, — czekaj, — praw mi ją do ucha.

(Wchodzą: Leontes, Antygon i Panowie).

Leontes.  Tam go spotkałeś z dworem i Kamillem?
Dworz.  Królu, w jodłowym spotkałem ich lasku;
Nigdym nie widział takiego pośpiechu.
Sam byłem świadkiem, jak na statki wsiedli.
Leontes.  Jak przenikliwy sąd niebo mi dało!
Ale przeklęty jestem zbytkiem wiedzy!
W puharze pająk mógł długie dnie moknąć,
Człowiek mógł spełnić puhar i wyjść zdrowy,
Bo myśli jego zatrute nie były.
Lecz pokaż oczom hydnego pająka,
Powiedz, co wypił, a wnet gardło jego,
I piersi jego połamią konwulsye —
Jam spełnił puhar i widział pająka.
Kamillo, widzę, był mu pośrednikiem
W spisku na moje życie i koronę.
Me podejrzenia wszystkie się sprawdziły:
Fałszywy podlec, któremum dał służbę,
Jemu się wprzódy wynajął, odsłonił
Wszystkie me plany, teraz mnie zostawił
Przedmiotem wzgardy i śmiechów swych celem.
Lecz kto im bramy otworzył tak łatwo?

1 Pan.  Jego powaga, królu, która często
Była potężną jak twoje rozkazy.
Leontes.  Wiem o tem dobrze. — Przywiedźcie tu dziecię.
(Do Hermiony) Cieszę się, pani, żeś go nie karmiła,
Bo choć w swej twarzy rysów mych ma ślady,
Ty w żyłach jego twej krwi masz za wiele.
Hermiona.  Cóż to jest? żarty?
Leontes.  Wynieście stąd chłopca,
Niechaj się odtąd nie przybliża do niej.
Wynieście chłopca! Niech się ona bawi
Z dziecięciem, które w łonie swojem nosi,
Bo ojcem jego jest król Polixenes.
Hermiona.  Ja mówię: nie jest, i przysięgnę na to,
A ty, jakkolwiek do przeczenia skłonny,
Uwierzysz mojej przysiędze.
Leontes.  Panowie,
Na twarz jej wasze obróćcie źrenice,
A jeśli oczy powiedzą: „jak piękna“!
Serc sprawiedliwość waszych niechaj doda:
„Co za nieszczęście, że cnotliwą nie jest“!
Sypcie pochwały na zewnętrzną postać,
Bo ich jest godna, lecz zaraz ruch ramion,
Lub ha! stłumione, te malutkie piętna
W ustach potwarzy, ale nie, zbłądziłem,
W ustach litości, bo potwarz się rzuca
Tylko na cnotę — to ha! ten ruch ramion,
Po słowie „piękna“! drogę wam zaskoczy,
Zanim dodacie: „i cnotliwa razem“.
Bo wiedzcie o tem, wiedzcie z ust człowieka,
Którego prawda najboleśniej rani,
Że Hermiona jest cudzołożnicą.
Hermiona.  Gdyby to słowo wyrzekł nędznik jaki,
Najgorszy nędznik na tej wielkiej ziemi,
Za toby słowo większym był nędznikiem:
Ale ty, panie, tylkoś się omylił.
Leontes.  I ty, o pani, tylko przez omyłkę
Za Leontesa wzięłaś Polixena.
O! ty istoto, której nie chcę nazwać

Wedle twych zasług, bo nie chcę przykładem
Dawać powodu, by potem lud prosty
Jednym językiem wszystkie sądził stopnie,
Złamał zapory, które dziś się wznoszą,
Między książęciem, a między żebrakiem. —
Jak powiedziałem, jest cudzołożnicą,
Z kim? powiedziałem, a teraz dodaję,
Że jest zdrajczynią, że za powiernika
Wzięła Kamilla, który dobrze wiedział,
O czemby sama, bez rumieńca wstydu,
Z swym współ-zbrodniarzem wiedzieć nie powinna,
Że jest nierządną jak ostatnia dziewka,
Którą pospólstwo słowy poniewiera,
Ze o ucieczce ich wiedziała wszystko.
Hermiona.  Nie, na me życie, wszystko mi to obce!
Jaki żal, królu, serce twoje ściśnie,
Kiedy się prawda wyświeci, gdy ujrzysz,
Że mnie przed dworem niewinnie osławiasz!
O! królu, wtedy omyłki wyznanie
Ledwo mi zdoła boleść mą zapłacić.
Leontes.  Tu myłki niema; bo jeśli się mylę,
Na takich prawdę fundując podstawach,
Ta wielka ziemia nie zniesie ciężaru
Frygi dziecięcia. Precz z nią do więzienia!
Kto jedno słowo w obronie jej powie,
Ten w oczach moich zbrodni winnym będzie.
Hermiona.  Zła jakaś gwiazda panuje nad światem.
Niechaj cierpliwość będzie tarczą moją,
Aż przyjaźniejsze zejdą znów planety.
Dobrzy panowie, łez na rozkaz nie mam,
Jak płeć ma nasza; brak tej próżnej rosy
Może litości waszej źródło suszy;
Lecz czysta boleść tutaj jest zamknięta,
Której płomienia palącego duszę
Łez żadna struga zalać nie potrafi.
Raczcie mnie, błagam, taką sądzić mysią,
Jaką wam miłość wasza poddać może.
Teraz królewska wola niech się stanie!

Leontes  (do straży). Długoż mam czekać? Znajdęż posłuszeństwo?
Hermiona.  Kto pójdzie ze mną? Upraszam cię, królu,
Dozwól mi kobiet moich towarzystwa:
Widzisz, pomocy ich stan mój wymaga.
(Do kobiet) A wy, nie płaczcie; niema łez powodu.
Jeśli się kiedy dowiecie, że pani
Stała się godną kary i więzienia,
Wtedy niech wasze łzy mnie towarzyszą:
Dzisiaj ta kara będzie mi zasługą.
Bądź zdrów, mój królu! Nigdym nie pragnęła
Smutnym cię widzieć, teraz pewna jestem,
Że cię niedługo smutnym widzieć muszę.
Król wam pozwala, idźmy towarzyszki!

(Wychodzą: Królowa i Damy pod strażą).

1 Pan.  Błagam cię, panie, przywołaj królowę.
Antygon.  Rozkazy twoje racz rozważyć wprzódy,
By sprawiedliwość gwałtem się nie stała,
Nie pokrzywdziła trzech dostojnych osób:
Ciebie, mój królu, królowej i syna.
1 Pan.  Co do niej, królu, stawiam życie moje,
Jeśli ofiarę moją przyjąć raczysz,
Że jest niewinną przed niebem i tobą
Występku, który zarzucasz jej teraz.
Antygon.  Jeśli się ona występną okaże,
Zmienię na stajnię żony mej komnatę,
Zawsze z nią razem, nie będę jej wierzył,
Tylko gdy będę widział ją przed sobą;
Cal bowiem każdy wszystkich kobiet świata,
Ba! każdy atom siedliskiem jest fałszu,
Jeżeli ona pogwałciła wiarę.
Leontes.  Dość tego, milczcie!
1 Pan.  Łaskawy mój panie —
Antygon.  W twojej, nie naszej sprawie przemawiamy.
Jakiś oszczerca podły myśl twą uwiódł —
Za co niech ogień piekielny go pożre!
Ach, gdybym znał go, z mej zginąłby ręki!
Jeśli jej honor takiej skazie uległ —
Ja mam trzy córki, starsza jedenaście,

Druga lat dziewięć, trzecia pięć ma tylko,
Jeśli się sprawdzi na niej oskarżenie,
One mi ciężko za grzech jej zapłacą.
Na honor, królu, wszystkie trzy omniszę,
Żadna z nich wiosny czternastej nie ujrzy,
Ani w fałszywy płód życia nie wieje.
Oprócz nich, nie mam innego potomka,
Alebym wolał sam rzezańcem zostać,
Niż je matkami bękartów zobaczyć.
Leontes.  Dość na tych słowach! Ty wąchasz tę sprawę
Zmysłem tak zimnym, jak nos umarłego;
Ja widzę, czuję, (chwytając go za rękę) czuję, jak ty czujesz
Moje dotknięcie, tak jasno to widzę,
Jak ty mą rękę!
Antygon.  Jeśli tak jest, królu,
Dla cnoty sypać nie trzeba mogiły;
Niema jej ziarnka, by na jedną chwilę
Chmurną twarz ziemi rozpogodzić można.
Leontes.  Więc słowo moje wiary u was nie ma?
1 Fan.  W tej sprawie, królu, wolałbym, wyznaję,
By me, nie twoje słowo miało wiarę;
Więcej mnie czyste jej pocieszy imię,
Niźli sprawdzenie twego podejrzenia.
Gań mnie, jak zechcesz, królu, za te chęci.
Leontes.  Lecz na co z wami spory te daremne?
Czemu własnego nie słucham natchnienia?
Mym przywilejom rad waszych nie trzeba,
Choć dobroć moja zasięga ich teraz.
Kiedy w głupocie, sztucznej czy prawdziwej,
W prawdzie nie chcecie, czy też nie możecie
Jak ja smakować, pamiętajcie o tem,
Że nam rad waszych nie potrzeba więcej:
Cała ta sprawa, jej zyski i straty,
Od naszej woli wyłącznej zależą.
Antygon.  Pragnąłbym, królu, abyś całą sprawę
W twojej milczącej rozsądził był myśli
Bez uczestników.
Leontes.  Czy mogłem tak zrobić?

Albo cię starość w głupca przemieniła,
Albo wyszedłeś głupcem z łona matki.
Domysł, zbudzony zażyłości zbytkiem,
Nowy miał dowód w Kamilla ucieczce,
I nigdy pewno, bez świadectwa oczu,
Domysł pewniejszych świadków nie pokazał
Nie jako dowód, lecz jak potwierdzenie
Rzeczy sprawdzonych przez okoliczności:
To mnie do śpiesznych znagliło przedsięwzięć.
Lecz dla lepszego zarzutów sprawdzenia,
Pomny, że w sprawie tak potężnej wagi
Byłaby zbrodnią nasza popędliwość,
Do delfickiego wysłałem Apolla
Kleomenesa z Dyonem, a wiecie
Jaką naukę z roztropnością łączą;
Przez nich wyroczni odbierzemy słowa.
Działania moje duchowna jej rada
Wstrzyma lub popchnie. Czy dobrze zrobiłem?
1 Pan.  Dobrze, mój królu.
Leontes.  Choć dla mnie nie trzeba
Nowych dowodów, lecz wyroczni słowa
Mogą ustalić chwiejące się myśli
Tych, których dotąd głupia łatwowierność
Nie chciała jeszcze czystej ujrzeć prawdy.
Za dobre jednak uznaliśmy wprzódy
Z przed oczu naszych królowę usunąć,
Aby dwóch zbiegów uknowany spisek
Nie był spełniony występną jej ręką.
A teraz, idźmy! do ludu przemówię,
Sprawa ta zbudzi —
Antygon  (na str.).Śmiech tylko, rozumiem,
Byle się cała prawda wyświeciła. (Wychodzą).


SCENA II.
Więzienie.
(Paulina i jej Służba).

Paulina.  Stróża więzienia zawołaj co prędzej,
Powiedz, kto jestem. (Wychodzi jeden ze służby).

Dobra moja pani,
Godnego ciebie dworu nie ma ziemia,
A cóż w tem ciemnem robić masz więzieniu?

(Wchodzi Dworzanin z Dozorcą więzienia).

Znasz mnie, przypuszczam?
Dozorca.  Znam, dostojna pani,
Jako osobę, którą czczę głęboko.
Paulina.  A więc cię proszę, wiedź mnie do krolowej.
Dozorca.  Nie mogę, pani, wyraźne rozkazy
Bronią mi twojej posłusznym być woli.
Paulina.  To jest. masz rozkaz, by honor i cnotę
Zamknąć przed okiem cieszącej przyjaźni.
Czy mogę widzieć chociaż jej kobiety?
Którąbądźkolwiek, naprzykład Emilię?
Dozorca.  Racz tylko, pani, świadków tych oddalić,
A ja Emilię bez zwłoki przywiodę.
Paulina.  Proszę cię, śpiesz się. Odejdźcie na stronę.

(Wychodzi Służba).

Dozorca.  Pani, rozmowie przytomnym być muszę.
Paulina.  Niech i tak będzie. (Wychodzi Dozorca). Boże, co zachodu,
Ażeby splamić, co było bez plamy!

(Wchodzą: Dozorca i Emilia).

Droga Emilio, o powiedz mi, proszę,
Jak się ma nasza królowa i pani?
Emilia.  Zdrowa, o ile na to pozwalają
Takie nieszczęścia przy takiej wielkości.
Lecz nagła trwoga i ciężkie strapienie
(A cięższych serce kobiety nie znało),
Dziecię do życia wywiodły przedwcześnie.
Paulina.  Czy syn?
Emilia.  Nie, córka; rozkoszne niemowlę,
I życia pełne, dziś źródło pociechy
Dla pani naszej, która często mówi:
„Jestem niewinną, jak ty, biedny więźniu“.
Paulina.  Co bez wahania stwierdzę mą przysięgą.
O, te przeklęte króla przywidzenia
Bodaj przepadły! Ja mu prawdę powiem,
Rzecz ta kobiecie najlepiej przystoi.

Jeżeli słodycz z moich ust wypłynie,
Niech mi na zawsze język skamienieje,
Mojej krwiookiej wściekłości tłómaczem
Nie będzie więcej! Proszę cię, Emilio,
Oświadcz królowej moje posłuszeństwo;
Jeśli mi zechce niemowlę powierzyć,
Ja je poniosę przed królewskie oczy,
I głośnym jego będę tam obrońcą.
Widok dziecięcia może zmiękczy serce:
Nie raz milczenie czystej niewinności
Było silniejsze od głośnej wymowy.
Emilia.  Szlachetna pani, honor twój i dobroć
Tak są widoczne, że twe przedsięwzięcie
Musi szczęśliwy uwieńczyć dziś skutek.
Nikt ci w przymiotach nie wyrówna, pani,
Do tak wielkiego potrzebnych poselstwa.
Racz wejść na chwilę do przyległej sali,
A ja królowej myśl twoją przełożę.
Dziś o podobnym marzyła projekcie,
Lecz przez obawę odmowy, nie śmiała
Żadnego z dworzan prośbą swoją kusić.
Paulina.  Powiedz Emilio, że ust nie oszczędzę,
A jeśli tyle znajdę w nich wymowy,
Ile odwagi w piersiach moich czuję,
Niech o szczęśliwym skutku nie rozpacza.
Emilia.  Niech za to, pani, Bóg ci błogosławi!
Wejdź do tej sali; biegnę do królowej.
Dozorca.  Jeśli królowa zechce oddać dziecię,
Sam nie wiem, jaka czeka na mnie kara,
Gdy je wypuszczę bez upoważnienia.
Paulina.  O, co do tego, dobrej bądź otuchy.
Łona jej było niemowlę to więźniem,
Matki natury działaniem i prawem
Wyszło na wolność i na światło dzienne,
Nie było cząstką gniewu królewskiego,
Nie ma udziału w występku królowej,
Jeśli jest jaki.
Dozorca.  Wierzę ci, o pani.

Paulina.  Bądź dobrej myśli; przysięgam, ja stanę
Pomiędzy tobą a niebezpieczeństwem. (Wychodzą).


SCENA III.
Sala w pałacu.
(Leontes, Antygon, Panowie i Dwór).

Leontes.  Snu ani chwili, we dnie ani w nocy
Słabością serca uledz tak cierpieniu —
Tak jest, to czystą byłoby słabością,
Gdyby nie żyła słabości przyczyna.
Na jej połowę — na cudzołożnicę —
(Bo król nierządnik uszedł mojej ręki
I wszystkich spisków przez zemstę natchnionych),
Na nią przynajmniej mogę hak zarzucie.
Gdy ją grób połknie lub ogień pochłonie,
Odzyskam może pół mego pokoju.

(Wchodzi Dworzanin).

Kto tam?
Dworz.  Mój królu —
Leontes.  Jakie zdrowie chłopca?
Dworz.  Noc miał spokojną i mamy nadzieję,
Że słabość jego dziś się przesiliła.
Leontes.  Patrz, na szlachetność małego chłopięcia!
Jakgdyby czując matczyną niesławę,
Pochylił główkę i siły utracił,
Do swego serca hańbę jej przyczepił,
Wyrzekł się śmiechów, snu i apetytu,
I sechł widocznie. Zostaw mnie samego,
A spiesz do księcia. (Wychodzi Dworzanin).
Precz, precz myśli o nim!
Myśl sama zemsty, tą szukanej drogą,
Tylko mnie groźna. Sam przez się potężny,
A potężniejszy przez związki i przyjaźń
Niech tak zostanie, przyjdzie może pora
Na niej przynajmniej pomscijmy się teraz!
On i Kamillo śmieją się dziś ze mnie,
I urągają się boleściom moim;

Leczby ich odbiegł śmiech, gdybym ich dosiągł,
I śmiech odbiegnie tę, którą mam w ręku.

(Wchodzi Paulina z dziecięciem).

1 Pan.  Nie, wejść nie możesz.
Paulina.  Raczej, dobry panie,
Bądź mi pomocą; toż więcej uważasz
Na gniew tyrana, niż życie królowej,
Niewinnej duszy, której czystość większa,
Niż zazdrość jego.
Antygon.  Dosyć na tem!
1 Pan.  Pani,
Król noc bezsenną przepędził i nie chce.
Aby ktokolwiek zbliżył się do niego.
Paulina.  Nie tak gorąco, łaskawy mój panie!
Powiedz królowi, że mu sen przynoszę.
O, wiem ja dobrze, iż tobie podobni,
Którzy się za nim jak cienie czołgają,
Na każde próżne wzdychają westchnienie,
O, wiem ja dobrze, iż tobie podobni
Karmią przyczynę tych nocy bezsennych.
Ja niosę słowo prawdy i lekarstwa,
Słowo uczciwe, które myśl oczyści,
Źrenicom jego słodki sen kradnącą.
Leontes.  Co to za wrzawa?
Paulina.  To nie wrzawa, królu,
Lecz o twych sprawach konieczna rozmowa.
Leontes.  Precz z tą kobietą! Czyż ci, Antygonie,
Nie rozkazałem, ażeby się nigdy
Do mej osoby zbliżyć nie ważyła?
Antygon.  Twój rozkaz, królu, oświadczyłem żonie,
Twoim i moim groziłem jej gniewem,
Jeśli próg twego pałacu przestąpi.
Leontes.  Jakto? więc nie masz nad nią dość powagi?
Paulina.  Dość ma powagi, gdzie uczciwość każe,
Lecz w tem, jeżeli twym śladem nie pójdzie,
Do ciemnych lochów za cnotę nie wtrąci,
Nie znajdzie, królu, powagi nade mną.
Antygon.  Słyszysz, mój królu. Gdy raz się znarowi,

Puszczam jej cugle, bo nic jej nie wstrzyma.
Paulina.  Łaskawy panie, słuchaj mnie, zaklinam,
Słuchaj tej, która wierną jest poddanką,
Najposłuszniejszym radcą i lekarzem,
Która, ażeby ulżyć twym boleściom,
Mniej za pozorem gorliwości goni,
Niż ci, co formą poświęceń cię zwodzą.
Od twojej dobrej przychodzę królowej.
Leontes.  Dobrej królowej?
Paulina.  Tak, dobrej królowej,
Powtarzam, panie, twej dobrej królowej,
A jej dobroci dowiodłabym mieczem,
Gdybym ostatnim mężem tylko była
Twojego dworu.
Leontes.  Wywiedźcie ją z sali!
Paulina.  Niech się ten pierwszy dotknąć mnie poważy,
Który z was mało oczy swoje ceni.
Odejdę sama, gdy spełnię poselstwo.
Dobra królowa dobrą jest, albowiem
To — ci niemowlę, córkę tę powiła,
Błogosławieństwu poleca ją twemu.

(Kładzie dziecię na ziemi).

Leontes.  Precz z tą przebrzydłą, śmiałą czarownicą!
Precz z tą rajfurką w sztuce swej ćwiczoną!
Paulina.  O nie, mój królu, ja sztuce tej obca,
Jak ty sam jesteś, co mnie skarżysz o nią;
Twym przywidzeniom równa ma uczciwość,
A to, Bóg świadkiem, aż nadto jest dosyć,
Jak świat dziś stoi, zwać się uczciwością.
Leontes.  Zdrajcy, czy żaden za drzwi jej nie wypchnie?
Precz z nią! niech z sobą bękarta zabierze.
(Do Antyg.) Ty, stara babo, ty, przez swoją kurę,
Ty, z własnej grzędy spędzony, czy słyszysz?
Oddaj bękarta twemu Herodowi.
Paulina.  Dłoń twa na wieki niech będzie przeklęta,
Jeśli księżniczki dotknąć się odważysz
Pod tem fałszywem podłości nazwiskiem,
Którem ją shańbił!

Leontes.  On się żony boi!
Paulina.  Chciałabym, królu, byś ty bał się twojej,
Wtedybyś dzieci twoje zwał twojemi.
Leontes.  Ha, zdrajców gniazdo!
Antygon.  Nie, zdrajcą nie jestem,
Na to ci światło niebieskie przysięgam.
Paulina.  Ani ja, królu, i nikt tu z przytomnych
Prócz ciebie tylko; ty, święty twój honor,
Twojej królowej, twego niemowlęcia,
Twojego syna wydajesz na żądło
Potwarzy, stokroć od miecza ostrzejsze.
Ty, królu, nie chcesz (przekleństwo nad nami,
Że cię do tego zmusić nie możemy),
Wzdrygasz się wyrwać uprzedzeń korzenia
Tak spróchniałego jak kamień jest zdrowy,
Jak zdrowe serce stuletniego dębu.
Leontes.  Nie wstrzymanego języka przekupka,
Pobiła męża, teraz mnie wyzywa!
Ten płód jest nie mój lecz Polixenesa;
Precz z nim z mych oczu, niechaj z matką razem
Spłonie na stosie!
Paulina.  Dziecię to jest twoje,
A jak to stare powiada przysłowie:
Tem gorzej, że tak podobne do ciebie.
Patrzcie, panowie, choć mały obrazek,
Ale jest cały ojca swego kopią;
Jego nos, oczy, usta i zmarszczenie,
Jego jest czoło, ba! nawet i dołki,
Rozkoszne dołki twarzy i podbródka,
Jego uśmiechy i kształt jego dłoni,
i palców jego i jego paznokci.
Matko naturo, coś ją utworzyła
Na jej rodzica szczere podobieństwo,
Jeśli i myśli w twojej są potędze,
Do jej kolorów nie mieszaj żółtego,
Aby jak ojciec nie marzyła później,
Że nie są dziećmi męża jej, jej dzieci!
Leontes.  Obrzydła baba! —

A ty, nędzniku, warteś szubienicy,
Że jej języka wstrzymać nie potrafisz.
Antygon.  Każ tylko mężów mnie podobnych wieszać,
Ledwo ci jeden poddany zostanie.
Leontes.  Precz z nią! raz jeden jeszcze ci powtarzam.
Paulina.  Najokrutniejszy, najdzikszy monarcha
Nie może więcej —
Leontes.  Spalić cię rozkażę!
Paulina.  Nie dbam o życie. Nie ten jest kacerzem,
Kto w ogniu płonie, lecz kto ogień nieci.
Nie chcę cię, królu, tyranem nazywać,
A jednak srogość ta przeciw królowej,
Kiedy jedynym występku dowodem
Są wyobraźni twojej przywidzenia,
Tyranią trąci, i przed światem całym
Osławi czyste niegdyś imię twoje.
Leontes.  Przez posłuszeństwo, któreście mi winni,
Precz z tą kobietą! Gdybym był tyranem,
Powiedz, gdzie teraz byłoby twe życie?
Tyranembyś mnie nie śmiała nazywać,
Gdybyś wiedziała, że nim jestem. Precz z nią!
Paulina.  Odejdę sama, — gwałtu nie potrzeba.
Patrz na to dziecię, — dziecię to jest twoje.
Niech jej lepszego Bóg da opiekuna!
Wy, co tak czuli na jego szaleństwa,
Żaden mu ulgi, żaden nie przyniesie,
Nie, nigdy, nigdy! Królu, już odchodzę (wychodzi).
Leontes.  Ty, zdrajco, tyś ją podmowił do tego!
Ha! moja córka! Precz z nią! Antygonie,
Ty, który dla niej tak tkliwe masz serce,
Weź ją natychmiast i oddaj płomieniom.
Tak jest, płomieniom, ty sam własną ręką,
A za godzinę spełnienie rozkazu
Donieś i dowiedź, albo twoje życie
I wszystko twoje w godzinę utracisz.
Jeśli odmówisz, jeśli chcesz koniecznie
Na mą się wściekłość narazić, odpowiedz,
A moją dłonią mózg tego bękarta

Z czaszki wytrącę. Rzuć dziecię to w płomień,
Bo ty twą żonę, ty na mnie nasłałeś!
Antygon.  Nie ja, mój królu; przytomni panowie,
Moi szlachetni w służbie twej koledzy,
Gdy zechcą, mogą mnie usprawiedliwić.
1 Pan.  Królu, on żony przyjścia tu nie winien.
Leontes.  Wszyscyście kłamcy!
1 Pan.  Błagam cię, mój królu,
Naszym wyznaniom racz lepszą dać wiarę.
Zawsze uczciwą nieśliśmy ci służbę,
Teraz cię, królu, na klęczkach błagamy,
Jako nagrodę za nasze usługi
Przeszłe i przyszłe, wyrok twój odwołaj,
Bo jest okrutny, bo jest straszny, krwawy,
I straszne skutki pociągnie za sobą.
Wszyscy klękamy — (klękają).
Leontes.  Mamże jak piórko z każdym chwiać się wiatrem?
Mamże doczekać, aż bękart ten klęknie,
I ojcem swoim zwać się mnie odważy?
Lepiej niech teraz spłonie, niżbym potem
Miał ją przeklinać. — Lecz nie, niechaj żyje,
Jest inny sposób. — (Do Antyg.) Zbliż się tu, szlachcicu,
Ty, co tak czule z damą Małgorzatą,
Małżonką twoją, pracowałeś nad tem,
By życie tego bękarta zachować,
Bo, że bękartem jest, tak jestem pewny,
Jak jestem pewny, że twa broda siwa —
Coś gotów zrobić, aby ją ocalić?
Antygon.  Wszystko, mój królu, co zdolność potrafi,
Szlachetność każe: wszystko jestem gotów;
Resztki krwi mojej z rozkoszą przeleję,
Aby niewinne życie jej zachować,
Wszystko, co można, wykonam.
Leontes.  Więc dobrze,
Lecz pomnij, jedna jota niespełniona
Jest śmiercią twoją, twej bezczelnej żony,
Której na teraz przebaczam zuchwałość.
Na twoją lenną polecam ci wiarę,

Unieś z Sycylii to dziecię bękarcie
Na jaką pustą i odległą ziemię,
I tam je zostaw, bez żadnej litości,
Jego losowi na łasce klimatu;
Bo tak jak dziwny dał je nam przypadek,
Tak sprawiedliwie zlecam ci pod karą
Utraty duszy i tortur cielesnych
Na obcych, pustych zostawić je brzegach,
Gdzie je los niechaj zbawi, lub zabije.
Weź je!
Antygon.  Przysięgam dopełnić rozkazu,
Choć dobrodziejstwem śmierć byłaby śpieszna.
Pójdź, biedne dziecię! Niech opatrzne duchy
Kruki i kanie na mamki ci ześlą!
Mówią, że kiedyś wilki i niedźwiedzie
Wygnały z serca dzikość przyrodzoną,
I wypełniały ten czyn miłosierdzia.
Królu, szczęśliwszym bądź, niż zasługuje
Rozkaz okrutny! — Ty biedna sieroto,
Na śmierć skazana, niech błogosławieństwo
Niebios za tobą z ojca okrucieństwem
Walczy szczęśliwie! (wychodzi z Dziecięciem).
Leontes.  Nie chcę wychowywać
Dzieci nie moich. (Wchodzi Dworzanin).
Dworz.  Miłościwy panie,
Godzina temu, jak przybyły wieści
Od twoich posłów do Delfów wyroczni,
Że Kleomenes i Dyon szczęśliwie
Do portu wbiegli i na dwór twój śpieszą.
1 Pan.  Pośpiech ich, królu, prześcignął rachuby.
Leontes.  Byli w podróży dni dwadzieścia i trzy.
Pośpiech dowodzi, że wielki Apollo
Chce prawdę całą na jaw śpiesznie wywieść.
Bądźcie gotowi; zwołać całą radę,
Bo przed nią chcemy sprawę tę wytoczyć,
A jak publiczna była skarga nasza,
Tak i sąd cały publiczny niech będzie.
Dopóki ona żyje, w moich piersiach

Serce ciężarem. Zostawcie mnie teraz,
A mych rozkazów nie spuszczajcie z myśli.

(Wychodzą).

AKT TRZECI.
SCENA I.
Sycylia. — Ulica.
(Kleomenes i Dy on).

Kleom.  Klimat jest świeży, powietrze jest słodkie,
A wyspa żyzna; świątynia prześciga
Sławę powszechnem przyznaną jej zdaniem.
Dyon.  Moje, przed wszystkiem, uderzyły myśli
Niebieskie czaty, bo tak je zwać muszę,
I niezrównana kapłanów powaga.
O, a ofiary! jaka uroczystość
Pośród nadziemskich świątyni obrzędów!
Kleom.  A głos wyroczni straszny i głuszący,
Podobny trzaskom piorunów Jowisza,
Tak mnie odurzył, żem się prochem sądził.
Dyon.  Jeśli podróży wypadek przyniesie
Radość królowej, (co daj nam o Boże!)
Tak jak nam przyniósł wesele i pośpiech,
Czas nasz nie będzie stracony daremnie.
Kleom.  Wielki Apollo, zmień wszystko na dobre!
Te głośne skargi przeciw Hermionie
Nie po mej myśli.
Dyon.  Gwałtowny bieg sprawy
Wnet musi wszystko wyjaśnić i skończyć.
Kiedy wyrocznia, (którą wielki kapłan
Tak tajemniczą osłonił pieczęcią)
Jawną się stanie, treść jej niewątpliwie
Niezwykłe prawdy ludowi pokaże.

Tymczasem śpieszmy; nakaż świeże konie,
A niech wesele u mety nas czeka! (Wychodzą).


SCENA II.
Sycylia. — Trybunał.
(Leontes, Panowie, Sędziowie siedzą w porządku).

Leontes.  Ten sąd, z boleścią musimy to wyznać,
Ciężką jest raną dla naszego serca,
Bo oskarżona królewską jest córką,
A żoną naszą, zbyt tylko nam drogą;
Niech o tyranię nikt nas nie posądza,
Kiedy na jawność sądu zezwalamy,
Który potępi ją, lub uniewinni.
Przywiedźcie więźnia.
Woźny.  Królewską jest wolą,
Aby królowa w swej własnej osobie
Przed sąd stanęła. Panowie, milczenie!

(Wchodzą: Hermiona pod strażą, Paulina i Damy).

Leontes.  Czytaj akt oskarżenia.
Woźny.  Hermiono, królowo dostojnego Leontesa, króla Sycylii, oskarżoną tu jesteś o zbrodnię stanu, o cudzołóstwo z Polixenesem, królem czeskim, o sprzysiężenie się z Kamillem na życie naszego pana i króla, twojego królewskiego małżonka. Gdy okoliczności wykryły część ich planów, ty, Hermiono, gwałcąc wiarę i obowiązki wiernego poddanego, radziłaś im i pomogła, aby w ucieczce ratunku szukali.

Hermiona.  Gdy co mam mówić, musi to być tylko
Wszystkich oskarżeń prostem zaprzeczeniem,
I gdy jedynem z mej strony świadectwem
Jest to, sędziowie, które sama daję,
Daremno powiem: „tak, jestem niewinną“,
Bo gdyście cnotę mą wzięli za zbrodnię,
Świadectwo moje za kłamstwo weźmiecie.
Lecz jeśli bóstwo ludzkie czyny widzi,
(Jak silnie wierzę) o, wtedy, nie wątpię,

Że ma niewinność twarz oskarżycieli
Wstydem oblecze, a przed cierpliwością
Tyrania zblednie. — Królu, wiesz najlepiej,
(Choć niewiadomość udawać chcesz teraz)
Że przeszłe życie moje było czyste,
Tak czyste, szczere, jak dziś me nieszczęścia,
A równych nieszczęść nie znajdziesz w powieściach
Zmyślonych, żeby rozrzewnić słuchacza.
Patrzcie, spólniczka królewskiego łoża,
Spólniczka tronu i córka królewska,
Matka książęcia pełnego nadziei,
Dziś się rozprawiam o życie i honor
W obliczu wszystkich, co mnie słuchać raczą.
Me życie cenię jak moje boleści —
Skończyć je pragnę — lecz czysty mój honor,
Ten z przodków biorę, i dzieciom go winnam,
I tego bronię. Niech twoje sumienie
Świadczy mi, królu, czy nim Polixenes
Na dwór twój przybył, czy twojej miłości
Godną nie byłam? Od jego przybycia
Jakimże krokiem niebacznym, występnym
Zarzut ściągnęłam? Jeśli przekroczyłam
Na jedną jotę granice honoru
Czynem, lub wolą, lub myśli skłonnością,
Najbliżsi krewni moi niech nie mają
Nic dla mogiły mojej prócz pogardy!
Leontes.  Jeszczem nie słyszał, by zbrodniom podobnym
Na bezczelności zaprzeczenia brakło,
Kiedy jej dosyć było do spełnienia.
Hermiona.  W słowach twych, królu, niemało jest prawdy,
Ale ich do mnie stosować nie możesz.
Leontes.  Bo wyznać nie chcesz.
Hermiona.  Wyznać nie powinnam
Niepopełnionych grzechów, za me grzechy.
Wyznaję: króla, z którym mnie oskarżasz,
Kochałam, bo to honorem zasłużył,
Miłością, jaka przystała kobiecie
Mojej godności, miłością nie inną

Jak ta, mój królu, którąś sam nakazał;
Inaczej bowiem grzechbym popełniła
Przeciw wdzięczności, przeciw posłuszeństwu,
I przeciw tobie i przyjacielowi,
Którego miłość, odkąd mówić mogła —
Od lat dziecinnych — zawsze była twoją.
A co do spisku, smaku jego nie znam,
Choć mi potrawę dziś tę zastawiacie.
Wiem tylko, królu, o cnotach Kamilla;
Czemu opuścił dwór twój, i bogowie,
Jeżeli więcej ode mnie nie wiedzą,
Są nieświadomi.
Leontes.  O jego ucieczce
Zarówno dobrze wiedziałaś, jak o tem,
Co po ucieczce wykonać przyrzekłaś.
Hermiona.  Twego języka nie rozumiem, królu,
Od marzeń twoich życie me zależy,
Rób z niem, co zechcesz.
Leontes.  Własne czyny twoje
Są mem marzeniem. Gdy z Polixenesem
Miałaś bękarta — ja tylko marzyłem.
Jak wstydu nie masz, (bo podobne tobie
Nie znają wstydu) tak nie masz i prawd}7;
Lecz zaprzeczenie na nic się nie przyda.
Jak płód twój rzucić na puszczę kazałem,
Bo nie ma ojca, któryby go uznał,
(Co więcej twoją, niźli jego zbrodnią)
Tak ty uczujesz sprawiedliwość naszą,
I śmierci czekaj za największą łaskę.
Hermiona.  Błagam cię, królu, oszczędź tych pogrożek;
Śmierci tej szukam, którą ty mnie straszysz,
Bo życie dla mnie straciło już urok.
Koronę życia mojego — twą miłość,
Czuję, straciłam, choć nie wiem, dlaczego;
Mój pierworodny, drugie szczęscie moje,
Wydarty z objęć moich, jakbym była
Zapowietrzoną; trzecia rozkosz moja,
Pod nieszczęśliwą urodzona gwiazdą,

Z niewinnem mlekiem na niewinnych ustach,
Od moich piersi na śmierć powleczona;
Ja ogłoszona za cudzołożnicę
Po ulic rogach; mnie zemsta nieskromna
Odmawia srogo położnic spoczynku,
Kobietom wszystkich przyznanego stanów;
Ta zemsta, wkońcu, tutaj mnie przywlekła,
Wprzód nim natura wróciła mi siły.
Powiedz mi teraz, czego mam żałować?
Powiedz mi, czemu lękać się mam śmierci?
Skończ więc, coś zaczął, lecz słuchaj mnie wprzódy,
Słów tylko moich nie tłómacz omylnie:
Nie dla żywota — on piórka nie waży —
Ale dla mego czystego honoru,
Którybym chciała przed światem ocalić,
Skoro mam zginąć ofiarą podejrzeń,
Których jedynym świadkiem zazdrość twoja,
Pozwól, że powiem: to srogość nie prawo.
Więc w przytomności zebranych tu sędziów,
Ja do wyroczni uciekam się sądu:
Niech sam Apollo sędzią moim będzie.
1 Pan.  Twoje żądanie, pani, sprawiedliwe;
A więc przynieście odpowiedź wyroczni.
Ogłoście światu wyrok Apollina.

(Wychodzi kilku Urzędników).

Hermiona.  Cesarz moskiewski moim był rodzicem.
Gdyby żył jeszcze, ach, i gdyby widział
Sąd swojej córki, ogrom jej boleści,
Nie pomsty jednak, lecz litości okiem!

(Wchodzą Urzędnicy z Kleomenesem i Dyonem).

Pisarz.  Zbliż się, Dyonie, zbliż się, Kleomenie,
I oba na ten miecz sprawiedliwości
Przysiążcie, żeście oba w Delfach byli,
Ze stamtąd tajną wyrocznię niesiecie,
Kapłana ręką opieczętowaną,
Żeście się świętej pieczęci nie tknęli,
Ani tajemnic świętych nie czytali.
Kleom. i   Dyon.Na to przysięgam.

Leontes.  Rozłam więc pieczęcie,
Czytaj wyrocznię.

Pisarz  (czyta). Hermiona jest czystą, Polixenes niewinnym, Kamillo wiernym poddanym, Leontes tyranem zazdrosnym. Niewinne jego dziecię prawowicie poczęte, a król żyć będzie bez dziedzica, jeśli straconej nie znajdzie.

Panowie.  Błogosławiony niech będzie Apollo!
Hermiona.  Błogosławiony!
Leontes.  Czy wiernie czytałeś?
Pisarz.  Czytałem, królu, jak na piśmie stoi.
Leontes.  W całej wyroczni niema słowa prawdy;
Wszystko jest fałszem; sąd niech sądzi dalej!

(Wchodzi Dworzanin).

Dworz.  Królu, mój panie!
Leontes.  Cóż to?
Dworz.  Królu, me poselstwo
Zrobi mnie celem twojej nienawiści:
Syn twój, królewicz, dręczony obawą
Niepewnych skutków matki swojej sądu,
Skonał.
Leontes.  Co? skonał?
Dworz.  Tak, królu mój, skonał.
Leontes.  Gniewny Apollo i same niebiosa
Niesprawiedliwość moją dziś chłostają.

(Hermiona mdleje).

Cóż to?
Paulina.  Wiadomość zabiła królowę.
Spójrz na jej lica, na śmierci patrz dzieło!
Leontes.  Weźcie królowę. Tylko zbytek żalu
Pierś jej przepełnił; życie wróci jeszcze.
Zbyt wielem własnym podejrzeniom ufał.
Błagam was, czułych nie szczędźcie zachodów,
Wróćcie jej życie! (Wychodzą: Paulina i Damy
z Hermioną).Przebacz mi, Apollo
Grzeszne bluźnierstwo przeciw twej wyroczni! —
Przywrócę dawną przyjaźń z Polixenem,
Miłość królowej odzyskam na nowo,

Na dwór przywołam dobrego Kamilla,
Który jest mężem prawdy i litości:
Bo kiedy we mnie i zazdrość i zemsta
Zbudziły myśli krwawe, on, Kamillo,
Miał być narzędziem mojem, on miał otruć
Polixenesa, mego przyjaciela,
Ale uczciwa jego myśl spóźniła
Gwałtownych moich rozkazów spełnienie.
Gdym za uczynek obiecał nagrodę,
Nieposłuszeństwu śmiercią zagroziłem,
On, i ludzkości i honoru pełny,
Gościowi memu odsłonił me spiski,
Wielką fortunę w Sycylii zostawił,
Rzucił się w odmęt niepewnych przypadków,
Za skarb jedyny honor swój unosząc.
Jak cnota jego przez rdzę mojej błyszczy!
Jak czyny moje przy jego litości,
O, jak są czarne! (Wchodzi Paulina).
Paulina.  O dniu nieszczęśliwy!
Przetnijcie gorset, aby serce moje
Rwąc jego taśmy, nie pękło z nim razem!
I Pan.  Ach, dobra pani, co rozpacz ta znaczy?
Paulina.  Tyranie, jakież dla mnie masz męczarnie?
Koło, pal, ogień, tortury, pieczenie,
Lub gotowanie w ołowiu, oleju?
Stare, czy świeżo wymyślone męki?
Każde me słowo twoich jest najgorszych
Godne katuszy. Patrz, co twa tyrania,
I twoja zazdrość, twoje przywidzenia
Za puste, błahe i dla chłopiąt małych,
Dla dziewczyn, które dziewięć wiosn nie liczą,
Patrz, co zrobiły, a potem oszalej.
Bo wszystkie twoje minione szaleństwa
Tego coś zrobił, są tylko przyprawą!
To nic, żeś zdradził twego przyjaciela —
To tylko dowód niewdzięcznego szału;
I to niewiele, że splamić pragnąłeś
Honor Kamilla podłem królobójstwem;

Małe to grzechy przy straszniejszych zbrodniach
Rzuceniu córki na pożarcie krukom,
Na śmierć lub nędzę, chociażby sam szatan
Z płonących oczu łzy wprzódy uronił,
Nimby na takie odważył się dzieło;
Ani na ciebie bezpośrednio spada,
Że w piersiach księcia uczucie honoru,
Wysokie myśli w duszy młodocianej
Rozdarły serce, które pojmowało,
Że głupi ojciec drogą hańbił matkę;
O! nie, nie za to zdać musisz rachunek,
Lecz za ostatnią — a wy, gdy wymówię,
Biada! wołajcie — królowa, królowa —
To słodkie, drogie stworzenie — umarła!
A zemsta jeszcze nie spadła nań z nieba!
1 Pan.  Broń nas od tego, niebieska potęgo!
Paulina.  Tak jest, umarła; przysięgam, umarła!
Jeśli nie wierzysz, idź słowa me sprawdzić.
Jeśli jej licom, oczom blask przywrócisz,
Żyłom jej ciepło, a oddech jej piersiom,
Będę jak bogom służyć ci na ziemi.
Lecz ty, tyranie, zbrodni twych nie żałuj,
Bo dla nich niema żalu ni pokuty,
I jedna tylko zostaje ci rozpacz.
Nie, tysiąc kolan lat dziesięć tysięcy,
Nagie, na nagiej krzemienistej skale
Klęcząc wśród zimy i wśród wiecznej
Jeszczeby źrenic bożych ku twej stronie
Zwrócić nie mogły!
Leontes.  Mów dalej! mów dalej!
Nigdy zbyt wiele powiedzieć nie możesz,
Bo zasłużyłem, by wszystkie języki
Słowa goryczy wymierzyły na mnie.
1 Pan.  Przestań! Cokolwiek wydarzyć się mogło,
Śmiałością mowy obraziłaś króla.
Paulina.  Żałuję tego. Gdy błąd popełniłam,
A wiem o błędzie, nie wstydzę się żalu.
Zbyt mnie niewieścia uniosła gwałtowność,

Szlachetne jego zbyt dotknęłam serce:
Co nad ratunek, niech będzie nad smutek.
Niech słowa moje żalów twych nie budzą,
Lecz raczej, królu, niech kara mnie dotknie,
Ze przypominam, co zapomnieć trzeba.
O, przebacz, panie, szalonej kobiecie!
Me przywiązanie do twojej królowej —
Znowu szaleję, nie wspomnę jej więcej,
Ni o królowej, ni o dzieciach twoich,
Ani o mężu moim wspomnę więcej,
Choć i on zginął. Pociesz się ty, królu,
A ja zamilknę.
Leontes.  Dobrześ mówiła, gdy mówiłaś prawdę;
Nad twoją litość przenoszę wyrzuty.
Prowadź mnie teraz do ciała królowej
I mego syna; jeden grób je zamknie,
A na grobowcu, dla wiecznej mej hańby,
Przyczynę zgonu ich wypisać każę:
Co dzień odwiedzę grobu ich kaplicę,
Płakać nad niemi pociechą mi będzie.
Póki natura woli mej dotrzyma,
Świętym do tego zwięzuję się ślubem.
Prowadź mnie teraz do moich boleści. (Wychodzą).


SCENA III.
Czechy. — Pusta okolica nad morzem.
(Antygon z Dziecięciem i Majtek).

Antygon.  Więc jesteś pewny, że okręt nasz przybił
Do pustyń czeskich?
Majtek.  Jestem pewny, panie,
Lękam się tylko, by nie w złą godzinę.
Burzą nam grozi rozdąsane niebo,
Jakby nas chciało za czyn nasz ukarać.
Antygon.  Niechaj się stanie święta jego wola!
Powróć do statku i daj nań baczenie;
Ja też powrócę za niedługą chwilę.

Majtek.  Śpiesz się; nie odchodź zbytnie od wybrzeża,
Bo grozi burza, prócz tego, wokoło
Snują się ciągle dzikich zwierząt stada.
Antygon.  Nie trwóż się; wracaj; nie zwlekę przybycia.
Majtek.  Dobrze, żem tak się z tej wywinął sprawy.

(Wychodzi).

Antygon.  Pójdź, biedne dziecię! Nie wierzyłem dotąd,
Że zmarłych dusze na ziemię wracają,
Lecz matkę twoją widziałem tej nocy,
Lub sen do jawu nigdy podobniejszy,
Nie, nigdy nie był. Zbliża się istota,
Skroń chyląc bladą w tę i tamtą stronę;
Nigdy kobiety nie widziałem jeszcze
Tak pełnej żalu, a tak pięknej razem.
W białej osłonie, jakby świętość sama,
Spłynęła cicha do mojej kajuty;
Trzykroć przede mną pochyliła czoło,
Chwytała oddech, jakby chciała mówić,
A gdy przez oczy, jakby dwa strumienie,
Spłynęła rozpacz, te słowa mi rzekła:
„Kiedy los, przeciw lepszej twojej woli,
Zrobił cię katem mej biednej sieroty
Wedle przysięgi, którą wykonałeś,
Na czeskich brzegach samotne są miejsca,
Tam, płacząc, zostaw płaczące me dziecię,
A gdy ją wszyscy mają za straconą
Na wieki wieków, nazwij ją Perdytą!
Za czyn tak srogi, spełniony przez ciebie,
Nie ujrzysz nigdy żony twej Pauliny“.
Rzekła, i płacząc w wiatr się rozpłynęła.
Gdym z przerażenia ochłonął po chwili,
Myśli mi przyszły, że to nie marzenie.
Sny są igraszką, lecz ten sen jedyny
Za przewodnika zabobonnie biorę.
Wierzę, śmierć sroga królowę spotkała,
A to niemowlę, płód Polixenesa,
Wolą Apolla na ten brzeg zagnane
Na śmierć lub życie, wśród ziemi rodzica.

Rośnij szczęśliwy, biedny, piękny kwiatku!

(Kładzie Dziecię na ziemię).

Tu leż, a z tobą ten znak i podarek,

(kładzie zawiniątko).

Który wystarczy i na wychowanie
I na twój posag, gdy zechce fortuna.
Burza się zbliża. — Uboga sieroto,
Za grzechy matki na los porzucona,
Płakać nie mogę, lecz pierś krwią mi zaszła!
Jestem przeklęty, skoro mnie do tego
Przysięga zmusza. — Bądź zdrowa, na wieki!
Dzień się zachmurza bardziej, coraz bardziej;
Straszna cię piosnka do snu ukołysze.
Wśród dnia tak niebios ciemnego sklepienia
Jeszczem nie widział. — Co za dzikie wrzaski!
Muszę się śpieszyć. To krzyk polowania.
Boże, zginąłem! (Ucieka ścigany przez niedźwiedzia).

(Wchodzi stary Pasterz).

Pasterz.  Chciałbym, żeby nie było przedziału między dziesiątym, a dwudziestym trzecim rokiem życia, albo przynajmniej żeby go młodość przespała, bo w całym ciągu tego pośredniego czasu widzimy tylko uwiedzione dziewczyny, pokrzywdzonych starców, kradzież i bijatyki. Czy słyszysz? Chciałżeby kto prócz tych niedowarzonych mózgów dziewiętnasto- lub dwudziestodwuletnich na taki czas polować? Spłoszyli mi dwie z moich najlepszych owiec, które, lękam się bardzo, prędzej wilki niż właściciel ich znajdzie. Ale jeśli gdzie, to chyba nad morzem spotkać mi się je uda szczypiące bluszcz nadbrzeżny. — Co się to znaczy, fortuno? Cóż to znaleźliśmy takiego? (Podnosi Dziecię). Panie odpuść! wszak to niemowlę, prześliczne niemowlę! Chłopiec czy dziewczyna? Piękne, piękne dziecię! Ani wątpliwości, jakiś wybryk. Choć nie jestem w książkach ćwiczony, z miny widzę, że to jakiejś szlachcianki sprawa; robota na schodach, w garderobie, lub za drzwiami. Tym, co cię ulepili, cieplej było niż tobie, biedna sieroto. Wezmę ją z litości, lecz zaczekam, póki mój syn nie wróci; przed chwilą dawał mi znaki. Hop! hop!
Pajac  (wchodząc). Hop! hop!
Pasterz.  Co? tak blizko? Jeśli chcesz widzieć rzecz, o której mówić jeszcze będziesz, kiedy umrzesz i zgnijesz, przybliż się. Co tobie?
Pajac.  Widziałem dwa takie widowiska na lądzie i na morzu — Lecz nie mogę powiedzieć na morzu, teraz bowiem wszystko jest niebo: między morze a firmament nie wsadziłbyś końca szpilki.
Pasterz.  Powiedz chłopcze, co takiego?
Pajac.  Chciałbym tylko, żebyś był widział, jak się dąsa, jak szaleje, jak brzegi zalewa. Ale to nie należy do rzeczy. O, bolesne krzyki biednych ludzi! To ich widzisz, to znowu tracisz z oczu; raz okręt bodzie księżyc koronnym masztem, to znów ginie wśród piany i drożdży, jakgdybyś w beczkę korek rzucił. A teraz co do lądowej służby — widzieć, jak niedźwiedź szarpał jego łopatkę, słyszeć, jak wołał do mnie biedak o pomoc i powiedział, że się nazywa Antygon, że jest szlachcicem. Lecz skończmy naprzód z okrętem; widzieć, jak morze go połknęło, lecz naprzód słyszeć, jak biedne dusze ryczały, a morze z nich się śmiało, i jak biedny szlachcic ryczał, a niedźwiedź śmiał się z niego, a oba ryczeli głośniej od morza i burzy.
Pasterz.  Przez Boga żywego! kiedy się to stało, chłopcze?
Pajac.  Teraz! teraz! Jeszcze nie mrugnąłem okiem od czasu, jak wszystko to widziałem. Ludzie nie ostygli jeszcze pod wodą, a niedźwiedź nie skończył jeszcze obiadować na szlachcicu; zajada go jeszcze.
Pasterz.  Co za szkoda, że mnie tam nie było! byłbym uratował staruszka.
Pajac.  A ja żałuję, żeś nie był przy okręcie, aby go uratować, tylko że tam twoja litość nie miałaby podstawy.
Pasterz.  Straszne wypadki! straszne wypadki! Ale patrz tylko, chłopcze. Czy widzisz? Ty spotykasz umierających, ja nowonarodzonych. To mi widok dla ciebie! Patrz tylko! Sukienka jakby na szlacheckiem dziecku. A tam co leży? podnieś, podnieś chłopcze i rozwiń. Tak, zobaczmy. Mówiono mi, że mnie wróżki zbogacą — to jakiś podrzutek — rozwiń — co tam znalazłeś, chłopcze?
Pajac.  Masz skarby na stare lata. Jeśli ci są przebaczone grzechy twojej młodości, masz teraz żyć z czego. Złoto! samo złoto!
Pasterz.  Wróżek to złoto i wróżek złotem się pokaże. Chłopcze, zbierz to i dobrze schowaj. A teraz, do domu! do domu najbliższą drogą! Jesteśmy szczęśliwi, chłopcze! a żebyśmy szczęśliwi zostali, trzeba tylko tajemnicy. Niech sobie, gdzie chcą, idą moje owce. Dalej, chłopcze, najbliższą drogą do domu!
Pajac.  Ty wracaj najbliższą drogą z twojem znaleźnem, ja pójdę wprzódy zobaczyć, czy niedźwiedź odszedł od szlachcica i jak wiele z niego pożarł. Niedźwiedzie są niebezpieczne tylko, kiedy głodne. Jeśli co z niego zostało, pogrzebię.
Pasterz.  Dobry to uczynek. Jeśli potrafisz rozpoznać z tego, co zostało, kto on jest, wracaj, żebyś mnie do niego poprowadził.
Pajac.  Najchętniej, a razem spuścimy go do grobu.
Pasterz.  Szczęśliwy dzień, chłopcze! co rok będziemy go obchodzić dobrymi uczynkami. (Wychodzą).


AKT CZWARTY.
(Wchodzi Czas jako Chór).

Czas.  Ja, co zacieram żale i rozkosze,
Odsłaniam prawdę i błędu mamidła,
Jako czas dzisiaj rozwijam me skrzydła;
Więc za występek nie bierzcie mi, proszę,
Jeśli szesnaście przeskoczę jesieni,
I przepaść całą zostawię wśród cieni,

Bo ja obalam prawa moją siłą,
Nowe zwyczaje buduję w godzinie. —
Niechże czas teraz tak jak dawniej płynie,
Gdy to, co dzisiaj jest, jeszcze nie było.
Gdy świat się rodził, ja mu świadkiem byłem,
Jak będę świadkiem, gdy to, co dziś świeci,
Co świeżo kwitnie, zgaśnie i przeleci,
Jak stare dzieje, o których mówiłem.
Gdy to od waszej zyskam cierpliwości,
Zwracam klepsydrę; scena się starzeje,
Jakbyście spali długie lat koleje.
W Leonta piersiach zazdrość już nie gości,
Z rozpaczy w ciemnej zamyka się sali.
Myślcie, słuchacze, żeście się zbłąkali
W czeskich dzielnicach, na pięknej dolinie.
Już wam mówiłem o królewskim synie,
Któremu daję imię Floryzela.
Dziś do Perdyty chyżym pędzę lotem:
Wdzięk jej, jak wiosna, oczy rozwesela.
Nie chcę wam mówić, co stanie się potem:
Ujrzycie wszystko, co przyszłość powije.
Pasterska córka i to, co z nią żyje,
Przedmiotem czasu od tej będzie chwili.
Baczcie mnie słuchać, jeśliście spędzili
Czas kiedy gorzej, jeśli nie, za trudy
Czas wam nie życzy nigdy większej nudy.

(Wychodzi).

SCENA I.
Czechy. Pokój w pałacu Polixenesa.
Polixenes i Kamillo).

Polix.  Proszę cię, Kamillo, nie nalegaj więcej. Cierpieniem jest dla mnie odmówić, o co prosisz, ale zezwolić na to byłoby śmiercią.
Kamillo.  Już lat piętnaście, jak nie widziałem mojej ojczyzny. Choć większą część życia obcem oddychałem powierzem, tam pragnę kości moje ziożyć. Prócz tego, pokutujący król, pan mój, wzywa mnie do siebie; jeśli mnie zbytek miłości własnej nie zaślepia, może potrafię ulgę jaką przynieść głębokiej jego boleści; to jest drugą podnietą mojego odjazdu.
Polix.  Jeśli mnie kochasz, Kamillo, ni o zacieraj wszystkich twoich zasług minionych, opuszczając mnie teraz. Potrzebę twojej obecności twoja własna dobroć stworzyła; lepiejby było nie mieć cię wcale, niż dzisiaj cię stracić. Potworzyłeś interesa, których nikt prócz ciebie rozwikłać nie potrafi, musisz więc albo do ukończenia ich zostać, albo zabrać z sobą wszystkie twoje dawne zasługi. Jeśli tych zasług nie oceniłem dostatecznie (bo nigdy ich ocenić nie mogłem zbyt wysoko), usiłowaniem będzie mojem wdzięczniejszym się okazać, a zyskiem moim będzie większa twoja przyjaźń. O tej fatalnej ziemi sycylijskiej, proszę cię, nie mów mi więcej; imię jej samo dręczy mnie pamiątkami tego pokutnika, jak go nazywasz, nawróconego króla, mojego brata, którego straty poniesione przez śmierć najdroższej królowej i dzieci jeszcze teraz musimy jakby świeże opłakiwać. Powiedz, kiedy widziałeś księcia Floryzela, naszego syna? Równem jest dla królów nieszczęściem widzieć dzieci wyrodne, jak tracić je, gdy ich cnoty wypróbowane już były.
Kamillo.  Panie, trzy dni temu, jak widziałem księcia. Jakie być mogą jego przyjemniejsze zatrudnienia, nie wiem, lecz od pewnego czasu ze smutkiem uważałem, że stroni od dworu i nie tak gorliwie jak dawniej oddaje się ćwiczeniom swojej książęcej godności przystojnym.
Polix.  I ja spostrzegłem to samo. Niespokojny, wziąłem na służbę oczy, które nieobecność jego śledzą. Od nich to odebrałem wiadomość, że książę rzadko się oddala od domu prostego pasterza, człowieka, który, jak mówią, z niczego, w niepojęty dla sąsiadów sposób, nagle przyszedł do nadzwyczajnych dostatków.
Kamillo.  Słyszałem, panie, o tym człowieku. Ma on córkę rzadkiej urody; sława jej rozeszła się dalej, niżby się można było spodziewać po wieści, w takiej chatce poczętej.
Polix.  I o tem także odebrałem doniesienie. Lękam się haczyka, który tam ciągnie mojego syna. Pójdziemy razem aż na miejsce; tam, nie pokazując, kim jesteśmy, zrobimy kilka pytań pasterzowi, a przy jego prostocie, nie trudno będzie, jak sądzę, wywiedzieć się o przyczynie odwiedzin mojego syna. Proszę cię, bądź moim pomocnikiem w tej sprawie, a odłóż na stronę myśli o Sycylii.
Kamillo.  Chętnie słucham rozkazów twoich, królu.
Polix.  Mój najlepszy Kamillo! Teraz musimy się przebrać.

(Wychodzą).

SCENA II.
Droga w blizkości chaty Pasterza.
(Autolikus wchodzi śpiewając).

Autol.  Kiedy już narcyz z ziemi kiełkuje,
Hej, ho! dziewczyna pląsa w dolinie,
Bo słodkiej wiosny oddechy czuje;
W zimowych piersiach świeża krew płynie.

Już dziewki płachty wynoszą z doma;
Hej, ho! jak wdzięcznie ptaszyna nuci!
Do mej też gęby przyszła oskoma,
Bo kwarty piwa i król nie rzuci.

Skowronek w górze swą piosnkę dzwoni,
W krzakach mu wtórzy kosów świstanie,
To mi muzyka, kiedy wśród błoni
Drzemię z kochanką schowany w sianie!

Służyłem kiedyś u księcia Eloryzela i w swoim czasie chodziłem w bogatych aksamitach, ale teraz jestem bez służby.

Mamże dlatego płakać w rozpaczy?
Księżyc rozświeca nocne ciemności;

Im mi się bardziej droga majaczy,
Do mego celu idę tem prościej.

Bo jeśli druciarz zarabiać może,
Włócząc się z torbą z sioła do sioła,
Ja też rachunki moje otworzę,
Chociaż mnie ceklarz po kwit zawoła.


Ja handluję płachtami; kiedy kania buduje gn:azdo, baczność na drobniejszą bieliznę! Ojciec mój nazywał się Autolikus, a że jak ja wylągł się pod Merkurym, jak ja wędził drobnostki. Dzięki kostkom i dziewkom strój ten kupiłem, a moim kapitałem jest niewinne rzemiosło rzezimieszka. Szubienica i rozbój na wielkiej drodze, to za wysokie dla mnie rzeczy, na widok postronka i batoga strach mnie bierze. Co do przyszłego życia, myśl o niem zwykle przesypiam. Zdobycz! zdobycz! (Wchodzi Pajac).
Pajac.  Zobaczmy. Każde jedenaście baranów, kamień; każdy kamień, czterdzieści i coś złotych; piętnaście set ostrzyżonych ile przyniesie?
Autol.  (na str.). Jeśli włosień dotrzyma, złapałem ptaszka.
Pajac.  Bez szczot do ładu z tem nie dojdę. Zobaczmy teraz, co na strzyż mam kupić. „Trzy funty cukru; pięć funtów porzeczek, ryżu“ — co też ta moja siostra chce robić z ryżem? Lecz mój ojciec zrobił ją panią święta, ona więc nakazuje sprawunki. Zrobiła już dwadzieścia cztery bukiety dla strzygaczy; wszystko doskonałe śpiewaki na trzy głosy, tylko że większa część tenorzyści i basiści; ale jest między nimi purytanin, który śpiewa psalmy przy towarzyszeniu kobzy. Trzeba mi szafranu na danie farby pierogom z gruszkami; muszkatołowych kwiatów, daktyli, nie, tego niema w mojej notatce, muszkatołowych gałek siedm; jeden lub dwa korzenie imbieru, to potrafię wyżebrać; cztery funty suszonych śliwek i tyleż rodzynków.
Autol.  Och, czemuż się rodziłem! (Jęczy i tarza się po ziemi).
Pajac.  W imię —
Autol.  O, ratuj mnie, ratuj! obedrzej choć te łachmany, a potem śmierć! śmierć!
Pajac.  Biedna duszo, tobie trzeba raczej więcej wdziać łachmanów, niż zrzucać te, które masz na sobie.
Autol.  O, panie, obrzydliwość ich obraża mnie więcej, niż plagi, które odebrałem, a były silne — miliony!
Pajac.  Biedny człowieku! Milion plag, to nie żarty.
Autol.  Odarli mnie, panie, i zbili mnie, moje pieniądze i ubiór zabrali, a włożyli na mnie obrzydłe te rzeczy.
Pajac.  Piechur czy kawalerzysta?
Autol.  Piechur, słodki panie, piechur.
Pajac.  Prawda, musiał to być piechur, sądząc po łachmanach, które ci zostawił; jeśli to ma być płaszcz kawalerzysty, płaszcz ten siarczyste przebył tarapaty. Daj mi rękę, wstać ci pomogę. Dalej, daj rękę!

(Podnosi go).

Autol.  Och, dobry panie, ostrożnie! Och!
Pajac.  Niestety, biedna duszo!
Autol.  Och, dobry panie, ostrożnie! dobry panie. Zdaje mi się, panie, że moja łopatka wywichnięta.
Pajac.  Próbuj, czy możesz utrzymać się na nogach.
Autol.  Powoli, dobry panie (kradnie mu sakiewkę) Dobry panie, powoli! Miłosierną oddałeś mi przysługę.
Pajac.  Czy ci potrzeba pieniędzy? mam tu kilka groszy dla ciebie.
Autol.  Nie, dobry, słodki panie, nie; proszę cię, panie, nie. Mam krewnego o trzy ćwierci mili, do którego właśnie szedłem, on da mi pieniędzy i wszystkiego, na czem mi zbywa. Nie ofiaruj mi pieniędzy, błagam cię, bo mi zakrwawiasz serce.
Pajac.  Co to był za rodzaj człowieka ten rozbójnik?
Autol.  Był to człowiek, panie, któregom widział włóczącego się z olejkami; wiem, że służył kiedyś u księcia, lecz nie mogę powiedzieć, dobry panie, dla której z cnót swoich był, jak tego jestem pewny, kijami z dworu wypędzony.
Pajac.  Dla jakiego ze swoich występków, chcesz zapewne powiedzieć. Niema cnót, któreby kijami z dworu wypędzano; kochają tam cnotę i chętnie zatrzymują, choć prawda, że zatrzymać nie mogą.
Autol.  Występków, chciałem powiedzieć, panie. Znam go dobrze. Potem wodził małpy; potem był woźnym i komornikiem; potem pokazywał w jasełkach historyę marnotrawnego syna i wziął za żonę córkę druciarza o milę od wioski, w której mieszkam i w której leżą moje posiadłości, a przebiegłszy niejedną łotrowską profesyę, osiadł wkońcu na oszustwie. Niektórzy nazywają go Autolikus.
Pajac.  Precz z tym rzezimieszkiem! na moje życie, to złodziej! Chodzi po odpustach, jarmarkach i hecach niedźwiedzich.
Autol.  Prawda, panie, ten sam, panie, ten sam; ten to oszust tak mi się przysłużył.
Pajac.  Niema tchórzliwszego łotra w całych Czechach. Gdybyś tylko był spojrzał z góry i plunął na niego, zaręczam ci, byłby drapnął.
Autol.  Muszę ci się przyznać, mój panie, że i ze mnie zuch niewielki; z tej strony ubogie moje serce, a przysiągłbym, że wiedział o tem dobrze.
Pajac.  Jakże ci teraz?
Autol.  Słodki panie, daleko lepiej, niż było; mogę utrzymać się na nogach i chodzić. Muszę więc pożegnać się z tobą, dobry panie, i zwolna wlec się ku domowi mojego krewnego.
Pajac.  Mamże cię wyprowadzić na drogę?
Autol.  Nie, piękny panie, nie, słodki panie.
Pajac.  Więc bywaj zdrów! Idę po korzenie na strzyż naszych owiec.
Autol.  Szczęść ci Boże! słodki panie. (Wychodzi Pajac). Twoja kieska nie dość gorąca na kupno korzeni. I ja też będę na waszej strzyży. Jeśli ta pierwsza sztuka nie pomoże mi do wypłatania drugiej, a strzygacze nie pokażą się baranami, niech mnie z naszej listy wykreślą, a wciągną do księgi cnoty.

Dalej twą ścieżką, dalejże w cwały,
Płot niech nie wstrzyma podróży!

Wesołe serce dzień leci cały,
Leniwca i mila znuży (wychodzi).


SCENA III.
Chatka Pasterza.
(Floryzel i Perdyta).

Floryzel.  Ten ubiór nowe nadaje ci życie,
Ty nie pasterką ale jesteś Florą
W maju wschodzącą. To owiec strzyżenie,
Zda mi się, bogów mniejszych jest zebraniem,
Ty ich królową.
Perdyta.  Łaskawy mój panie,
Nie mnie przystoi zbytki twoje ganić,
I przebacz, proszę, że o nich wspominam.
Ty wielkość twoją, cel miłości kraju,
Przyćmiłeś, panie, pasterskim ubiorem,
Mnie, wiejskie dziewczę, w półboginię strojąc;
I z dawna każde nasze święto
Nie było silnie szaleństwem zaprawne,
Które przytomni ze zwyczaju trawią,
Ubioru tego widokby mnie wstydził,
Byłby zwierciadłem, w którembym widziała
Nizkość mą własną,
Floryzel.  Dzień ten błogosławię,
W którym mój sokół przeleciał przez pole
Twojego ojca.
Perdyta.  Boże, sprawdź te słowa!
Wielkość twa, panie, bojaźni niezwykła,
Ale mnie stanów różnica zatrważa;
I teraz, panie, drżę już na myśl samą,
Gdyby twój ojciec, takim jak ty trafem
Zbiiżył się do nas; jakżeby poglądał
Na dzieło swoje w tak podłej oprawie?
Coby on mówił? jakiem jabym okiem
W tych pożyczanych patrzyła falbanach
Na twarzy jego surowej przytomność?

Floryzel.  Nie myśl o niczem, tylko o weselu.
Bogowie sami zniżali swe bóstwo,
I dla miłości byli zwierzętami:
Potężny Jowisz był bykiem i ryczał,
Zielony Neptun baranem i beczał,
Złoty Apollo, bóg w ognistej szacie,
Jak ja był prostym, ubogim pasterzem;
A ich przemiany, przysięgam, nie były
Dla większych wdzięków ni w czystszych zamiarach,
Bo mi honoru nie prześciga żądza,
Ni szał goręcej pali mnie od wiary.
Perdyta.  Lecz, drogi panie, twe postanowienie
Ustąpi, kiedy napotka zawady,
A spotkać musi w królewskiej potędze.
Wtedy nas czeka jedna z konieczności:
Albo ty musisz zamiar twój poświęcić,
Albo ja życie.
Floryzel.  Najdroższa Perdyto,
Błędną tą myślą nie zachmurzaj, proszę,
Wesela święta. Albo twoim będę,
Albo się ojca mojego wyrzeknę;
Bo, droga, moim własnym być nie mogę,
Niczem nikomu, jeślim nie jest twoim.
Będę ci wierny choćby przeznaczenie
„Nie!“ zawołało. Bądźże więc wesołą,
Podobne myśli uduś w tem, co widzisz.
Twoi się goście schodzić zaczynają;
Wypogódź lice, jakby to już dzień był
Naszego ślubu, który zejść nam musi,
Skorośmy na to przysięgli oboje.
Perdyta.  A ty, fortuno, ty nas nie opuszczaj!

(Wchodzą: Pasterz, Polixenes i Kamillo przebrani, Pajac, Mopsa, Dorkas i Pasterze).

Floryzel.  Patrz, twoi goście. Teraz, moja droga,
Czas, by nam lice zrumieniła radość.
Pasterz.  Wstyd, córko! Kiedy stara moja żyła,
W dniu tym szafarzem, piwniczym, kucharzem,
Zarazem panią była i służącą;

Witała wszystkich i służyła wszystkim;
Śpiewała piosnkę, tańczyła z kolei;
Dopiero w środku, już na końcu stołu,
To na tamtego, to tego ramieniu,
Oparła rękę; twarz w ogniu od pracy,
A trunek, który piła dla ochłody,
Piła do wszystkich. Ty stoisz na stronie,
Jakgdyby ciebie dzisiaj zaproszono,
A nie tyś była uczty gospodynią.
Proszę cię, pozdrów nieznanych przyjaciół,
Bo to jest droga lepszej znajomości.
Porzuć wstydliwość, pokaż się, czem jesteś
Uczty tej panią. Witajże nas teraz,
Jeżeli pragniesz, aby trzody twoje
Rosły szczęśliwie.
Perdyta  (do Polix, i Kamilla). Witam was, panowie!
Mojego ojca taka była wola,
Żebym dnia tego była gospodynią,
A więc was witam! Dorkas, daj mi kwiaty.
Przyjmijcie, proszę, rutę i rozmaryn,
Które przez zimę liść i woń chowają,
A dobra pamięć niech wam towarzyszy!
Witajcie u nas!
Polix.  Urodna pasterko,
Słusznie, że starcom dajesz kwiaty zimy.
Perdyta.  Rok się starzeje, lato nie skonało,
Drżąca się jeszcze zima nie zrodziła;
Kwiat najpiękniejszy pory tej — goździki,
I lak pstrokaty, bękartem natury
Zwany czasami; wiejski mój ogródek
Kwiatów tych nie ma i nie chcę ich sadzić.
Polix.  Piękna dziewczyno, czemu nie dbasz o nie?
Perdyta.  Bo mi mówiono, że jest jakaś sztuka,
Która w ich listków pstrzeniu dzieli władzę
Z twórczą naturą.
Polix.  Że tak jest, przypuśćmy;
Lecz niema środków lepszenia natury,
Jeśli natura środków tych nie dała;

A tak więc sztuka, o której powiadasz,
Że chce naturze dodawać, jest sztuką.
Natury samej. Czyliż, piękne dziewczę,
Nie szczepim słodszej płonki na pniu dzikim,
W podlejszej korze szlachetniejszym pączkiem
Budząc owoce? Przyznasz, to jest sztuka,
Która poprawia, przemienia naturę,
Ale ta sztuka sama jest naturą.
Perdyta  Prawda.
Polix.  Więc napełń ogródek twój lakiem,
I odtąd, proszę, nie zwij go bękartem.
Perdyta.  Nigdy się grzędy mej nie dotknę rydlem,
By jednę laku gałązkę zasadzić.
Jak nie chcę, gdybym malowała lice,
Żeby ten młodzian mówił, że to pięknie,
I że dla różu miłości mej szukał.
To kwiaty dla was: gorąca lawenda,
Mięta i cząber, wonny majeranek,
Kaczyniec, co się kładzie spać ze słońcem,
I z słońcem oko płaczące otwiera;
Wszystkie te kwiaty średniego są lata,
I ludziom wieku średniego przystoją.
Jeszcze raz szczerem pozdrawiam was sercem!
Kamillo.  Gdybym był jedną owcą z twojej trzody,
Rzuciłbym trawę, a karmił się okiem.
Perdyta.  Takbyś wnet wysechł, że wiatry styczniowe
Na wskróśby mogły przez ciebie przewiewać. —
A ty, mój piękny, piękny przyjacielu,
Ach, czemuż nie mam kilka wiosny kwiatów,
Aby je zbratać z twego życia wiosną!
(Do Wieśniaków) I dla was także.
(Do Wieśniaczek) I dla was, me siostry,
Na których świeżych, zielonych gałązkach
Czysty, dziewiczy rozwija się pączek!
O Prozerpino! gdzie kwiaty, twą dłonią
Z Plutona wozu w trwodze poronione?
Powrót jaskółki przedzące narcyzy,
Które pięknością zwodzą wiatr kwietniowy;

Fiołki skromne, lecz czystsze, lecz słodsze
Nad wzrok Junony i oddech Cytery;
Blade pierwiosnki, co w dziewictwie giną,
Wprzódy nim Feba w całym ujrzą blasku,
(Los smutny, często grożący dziewicom);
Harde łyszczaki, korony cesarskie,
Irys i wszystkie lilii odmiany,
Chciałabym wszystkie w jeden uplesc wianek,
Osuć cię niemi, słodki przyjacielu.
Floryzel.  Jak umarłego?
Perdyta.  Nie, jak darń zieloną,
Na której miłość bawi się i drzemie,
Albo też tak jest, jakby umarłego,
By cię w ramionach mych pochować żywcem.
Weźcie te kwiaty! — Ale gram, jak widzę,
Jak ich już nieraz widziałam grających
Nową sielankę na Zielone Świątki.
Odzież ta moje przewróciła myśli.
Floryzel.  Wszystko, co robisz, zawsze najpiękniejsze;
Gdy mówisz, chciałbym, byś mówiła ciągle;
Gdy śpiewasz, chciałbym, by śpiew był ci środkiem
Kupna, przedaży, dawania jałmużny,
Twojej modlitwy, chciałbym, żeby piosnka
Była rozkazów domowych tłómaczem;
Gdy tańczysz, słodka, chciałbym cię przemienić
Na morską falę, byś wiecznie tańczyła,
Taniec jedynem był ci zatrudnieniem;
Bo każda cząstka każdej twej czynności
Obecny czyn twój jak koroną wieńczy.
I wszystkie czyny twoje są królami.
Perdyta.  O, Doryklesie, zbytnie te pochwały,
I gdyby młodość i szczera krew twoja,
Która tak pięknie z twych liców przemawia,
Nie poświadczały, żeś pasterz bez plamy,
Miałabym prawo myslec, Doryklesie,
Żeś drogą fałszu miłości mej szukał.
Floryzel.  Tak mało, sądzę, powodów masz trwogi,
Jak ja mam mało trwogę w tobie budzić.

Ale do tańca! Daj rękę, Perdyto,
I tańczmy społem jak synagorlice,
Które się nigdy rozłączyć nie myślą.
Perdyta.  Przysięgam za nie.
Polix.  Nigdy piękniejsze dziewczę z nizkiej strzechy
Zielonej darni nogą nie trącało.
Wszystko, co robi, zda się szlachetniejsze
Nad dom ten biedny, i nad ród jej wyższe.
Kamillo.  Szeptania jego krew jej wywołały:
To jest prawdziwa królowa śmietanki.
Pajac.  Dalej, zaczynaj!
Dorkas.  Mopsa niech twoją tanecznicą będzie;
Czosnkiem całunek jej zaprawić musisz.
Mopsa.  Teraz — prawdziwie —
Pajac.  Tylko ani słowa!
Dzisiaj się musim zabawić przystojnie.
Dalej! zaczynaj! (Muzyka. Taniec pasterzy i pasterek).
Polix.  Dobry pasterzu, powiedz teraz, proszę,
Co to za młokos z córką twoją tańczy?
Pasterz.  Zwą go Dorykles. a jak sam powiada,
Jest on rozległych pastwisk posiadaczem,
A choć to z jego tylko ust słyszałem,
Wierzę mu jednak, prawda z ócz mu patrzy.
Mówi, że córkę mą kocha, — tak myślę,
Bo nigdy księżyc tak wiernie w wód stoku,
Jak on w mej córki przegląda się oczach.
Lecz prawdę mówiąc, nie łatwo jest zgadnąć,
Które z nich dwojga bardziej zakochane,
Polix.  Tańczy prześlicznie.
Pasterz.  Każdą rzecz tak robi;
Choć ja to mówię, com milczeć powinien.
Jeśli Dorykles weźmie ją za żonę,
Ona w dom jego przyniesie w posagu
To, o czem teraz nie śni mu się nawet.

(Wchodzi Sługa).

Sługa.  O, panie, gdybyś tylko słyszał kramarza przy drzwiach domu, nigdybyś odtąd nie chciał tańczyć przy bębenku i piszczałce, nie, nawet kobzaby cię nie poruszyła. Śpiewa kilka piosneczek prędzej, niżbyś ty liczył pieniądze; wydaje je z siebie, jakby się karmił balladami, a uszy wszystkich ludzi rosną przy jego piosenkach.
Pajac.  Nie mógł przyjść w lepszą porę; niech wejdzie. Aż na zbyt lubię ballady, zwłaszcza jeśli smutny przedmiot wesołą ma nutę, albo rzecz bardzo wesoła odśpiewana jest płaczliwie.
Sługa.  Ma piosneczki dla mężczyzn i kobiet wszelkiego wzrostu. Żadna modniarka nie dobierze tak rękawiczek swoim kupującym. Ma najprześliczniejsze miłosne piosenki dla dziewczyn, a bez rozpusty, aż dziwna; a na końcu każdej zawsze coś delikatnego, jak dana! dana! hoc! hoc! i puc! puc! a gdzieby jaki inny szerokogębny ladaco złe miał myśli, że tak powiem, i chciał z jakim grubym żartem wyskoczyć, to on kładzie w usta dziewczyny odpowiedź: hop! dobry chłopcze, nie krzywdź mnie! i tak go wciąż odprawia, powtarzając: hop! dobry chłopcze, nie krzywdź mnie!
Polix.  To jakieś poczciwe człeczysko.
Pajac.  Wierzaj mi, panie, mówisz o niegłupim chłopaku. Czy ma z sobą jakie inne towary?
Sługa.  Ma wstążki wszystkich kolorów tęczy; koronki, więcej, niż ich potrafi odmówić najpotężniejsza w całych Czechach dewotka, choć on je na hurt kupuje; lnianki, tasiemki, batysty, płócienka, a śpiewa o nich, jakby to byli bogi i boginie; myślałbyś, że koszula jest aniołem, tak śpiewa do rękawków i kołnierzyka.
Pajac.  Proszę Cię, przyprowadź go; a niech wejdzie, śpiewając.
Perdyta.  Powiedz mu tylko, żeby nie było nieprzystojnych słów w jego piosence.
Pajac.  Są kramarze, siostro, więcej warci, niż ci się zdaje.
Perdyta.  Ani wątpię, dobry bracie, więcej niż mi się kiedykolwiek zdawać może. (Wchodzi Autolikus, śpiewając).

Autol.  Płótno gdyby z śniegu wite,
Krepa gdyby z kruczych piórek;
Rękawiczki jak z róż szyte,
Paciorków z bursztynu sznurek;

Maski na nosy i lice;
Woń kochana przez dziewice;
Złote czepce i gorsety,
I do kryzów pręt stalowy,
Wszystko, co trza dla kobiety
Na ubiór od stóp do głowy.
Hej, chłopcy, kupujcie, bierzcie,
Lub kochanek łez się strzeżcie!

Pajac.  Gdybym nie kochał Mopsy, nie dostałbyś ode mnie ani szeląga, ale że jestem jej niewolnikiem, muszę więc oddać ci w niewolę parę groszy za wstążki i rękawiczki.
Mopsa.  Przyrzekłeś mi je przed świętami, ale i teraz nie będą za późno.
Dorkas.  On ci przyrzekł coś więcej, niż to, jeśli ludzie nie kłamią.
Mopsa.  Tobie wypłacił on już wszystko, co ci obiecał, a kto wie, może nawet i wypłacił co więcej, co jednak wstydziłabyś się mu zwrócić.
Pajac.  Czy już między dziewczynami nic się obyczajności nie zostało? Będąż one tara nosić spódnice, gdzieby nosić powinny głowy? Alboż to przy dojeniu krów, kładzeniu się do łóżka, suszeniu słodu, nie macie dosyć czasu wygadać się o tych sekretach. Ale nie, wam trzeba koniecznie paplać o tem przy wszystkich naszych gościach. Szczęście, że rozmawiają na stronie; wygadajcie się raz dobrze, i ani słowa więcej o tem!
Mopsa.  Skończyłam. Przyrzekłeś mi kupić piękny galonik i parę perfumowanych rękawiczek.
Pajac.  Czy ci nie mówiłem, co mi się w drodze trafiło, jak wszystkie moje pieniądze straciłem?
Autol.  O, prawda, panie; nie brak teraz na oszustach, i uczciwym ludziom trzeba się mieć na ostrożności.
Pajac.  Bądź spokojny, dobry człeku, nie stracisz nic między nami.
Autol.  Tak się spodziewam, panie, a mam przy sobie kilka kosztowności.
Pajac.  A tu co masz? ballady?
Mopsa.  Proszę cię, kup mi kilka. Lubię drukowane ballady, bo jestem przynajmniej pewna, że to prawda.
Autol.  Mam tu balladę na smutną nutę, jak żona lichwiarza powita mu naraz dwadzieścia worów pieniędzy i jak się jej zachciało jeść głowy żmii i ropuchy z sosem.
Mopsa.  I myślisz, że to prawda?
Autol.  Czysta prawda. Rzecz się stała miesiąc temu.
Dorkas.  Zachowaj mnie, panie, od męża lichwiarza!
Autol.  Stoi tam zapisane imię akuszerki, niejaka pani Piwożłopska, i pięciu czy sześciu uczciwych niewiast przytomnych połogowi. Na cóżbym miał kłamstwa roznosić po świecie?
Mopsa.  Proszę cię, kup mi ją.
Pajac.  Więc odłóż ją na stronę. Pokaż teraz więcej ballad; inne towary kupimy później.
Autol.  Mam tu starą balladę o rybie, która się pokazała nad brzegiem, we środę, ośmdziesiątego kwietnia, czterdzieści tysięcy sążni nad wodą i śpiewała tę balladę przeciw twardym sercom dziewczyn; myśleli ludzie, że to była kobieta w zimną rybę zmieniona za to, że nie chciała oddać się młokosowi, który ją kochał. Jest to ballada bardzo smutna, a tak prawdziwa jak smutna.
Dorkas.  Myślisz, że i to także prawda?
Autol.  Podpisało się pięciu podsędków, a świadków więcej, niżby wlazło w moją skrzynię.
Pajac.  Odłóż więc i tę na stronę. Co więcej?
Autol.  Tu jest wesoła ballada, ale bardzo piękna.
Mopsa.  Pokaż nam teraz co wesołego.
Autol.  Ta ballada wszelki śmiech przechodzi, a śpiewa się na nutę: „Dwie się w jednym pokochały“. Niema dziewczyny w zachodnich prowincyach, któraby jej nie śpiewała; że ma odbyt, zaręczam.
Mopsa.  My dwie umiemy tę nutę; jeśli chcesz podjąć się trzeciego głosu, piękną rzecz usłyszysz. Ballada jest na trzy głosy.
Dorkas.  Nauczyłyśmy się nuty przed miesiącem.
Autol.  Ja też mogę moją część odśpiewać; bo trzeba wam wiedzieć, że to jest moje rzemiosło. Więc dalej, zaczynajmy.

Autol.  Odczep mi się, bo iść muszę,
Gdzie? nie ode mnie się dowiesz.
Dorkas.  Gdzie?
Mopsa.  O, gdzie?
Dorkas.  Gdzie?
Mopsa.  Wszak przysiągłeś na twą duszę,
Że sekreta mi te powiesz.
Dorkas.  Pozwól mi iść w ślady twe.
Mopsa.  Idziesz w pole lub do młyna.
Dorkas.  Czy tu, czy tam, zawsze wina.
Autol.  Nie.
Dorkas.  Co? nie?
Autol.  Nie.
Dorkas.  Mnieś przysiągł miłość bez skazy.
Mopsa.  Mnieś ją przysiągł tysiąc razy.
Więc gdzie idziesz, powiedz, gdzie?

Pajac.  Skończymy piosneczkę, jak będziemy sami. Ojciec mój i panowie w poważną zapuścili się rozmowę, nie trzeba im przeszkadzać. Chodź z nami a zabierz skrzynię. Dziewczyny, kupię prezenta dla obu, a ty, kramarzu, pokaż twoje najlepsze towary. Za mną, dziewczyny!

Autol.  (na str.). A dobrze za nie zapłacisz.
(Śpiewa). Może kupić chcesz wstążeczki,
Może szychu do czapeczki?
Gołąbeczku, wybierz sam.
Czy jedwabiu dla kochanki,
Czy przepaski, czy falbanki?
Pierwszej mody wszystko mam.
Kto pieniądze ma w kieszeni,
Niech się przybyć tu nie leni,
Za pieniądze wszystko dam.

(Wychodzą: Pajac, Autolikus, Dorkas i Mopsa. Wchodzi Sługa).

Sługa.  Panie, jest tam trzech furmanów, trzech owczarzy, trzech pastuchów, trzech świniopasów, wszyscy postroili się w kudły i nazywają się psałterzami, a mają taniec, o którym dziewczyny powiadają, że jest bigosem podrygów, dlatego, że one nie mają w nim udziału; ale im się zdaje, że taniec ten, jeżeli się nie wyda za gwałtowny ludziom, którzy nie znają nic prócz walca, będzie arcyzabawny.
Pasterz.  Precz z nimi! Już i tak mieliśmy dosyć głupich figlów. Wiem, panie, że was fatygujemy.
Polix.  Tych tylko fatygujesz, którzy nam rozrywkę przynoszą. Proszę cię, pozwól wejść tej poczwórnej trójce pasterzy.
Sługa.  Jedna z tych trójek, jak powiada sama, tańczyła przed królem, a najgorszy z nich skacze dwanaście stóp i połowę, pod miarę.
Pasterz.  Skończ twoją gadaninę. Skoro się to podoba moim zacnym gościom, powiedz, niech wejdą. Śpiesz się tylko.
Sługa.  Czekają u drzwi na rozkazy.

(Wychodzi; po chwili wraca z dwunastu Wieśniakami przebranymi za Satyrów. Tańczą i wychodzą).

Polix.  O! ojcze, z czasem więcej będziesz wiedział.
(Na str.) Czy już nie zaszły rzeczy zbyt daleko?
Czas ich rozdzielić. Cn prosty i szczery.

(Głośno do Floryzela, który przechodzi)

Piękny pasterzu, serce twoje pełne
Myśl twą odrywa od zabaw i tańca.
Kiedym był młody, a jak ty się kochał,
Kochance mojej darów nie szczędziłem;
Z jedwabnych skarbów odarłbym kramarza,
I wszystko złożył u stop jej w ofierze.
Tyś nic nie kupił i pójsc mu dozwolił.
Gdyby kochanka chciała cię oskarżyć
O brak miłości lub szlachetnej myśli,
Nie bardzo łatwo znalazłbyś odpowiedź,
Jeżeli tylko przychylność jej cenisz.
Floryzel.  O, panie, ona nie dba o drobnostki.
Podarki, których ode mnie wymaga,
Są w sercu mojem troskliwie zamknięte;
Jej są własnością, choć ich nie oddałem.

O! droga, słuchaj westchnień mej miłości;
W obliczu starca, który kochał kiedyś,
Dłoń twoją biorę, tak miękką jak puchy,
Białą jak puchy, jak murzyna zęby,
Śnieg przez północny wiatr dwakroć przesiany.
Polix.  Co dalej będzie? Jak pięknie ten pasterz
Umywa rękę wprzódy już tak białą!
Ja ci przerwałem; wróćmy do przysięgi:
Pozwól nam słyszeć twoje oświadczenia.
Floryzel.  Więc słuchaj, starcze, i bądź świadkiem moim.
Polix.  Czy i mój sąsiad?
Floryzel.  On i wszyscy ludzie,
Ziemia i niebo i świat nieskończony.
Gdybym był królem wszystkich królów ziemi,
I godnym tego; gdybym był młodzianem
Pięknym, jak nigdy oczy nie widziały,
Prześcignął wszystkich siłą i mądrością,
Bez jej miłości pogardziłbym wszystkiem,
Dla jej usługi poświęciłbym wszystko,
Lub bez niej wszystko potrąciłbym w piekło.
Polix.  Piękna ofiara.
Kamillo.  Żywego uczucia
Słowa dowodzą.
Pasterz.  A ty, córko moja,
Czy masz dla niego równe oświadczenia?
Perdyta.  Nie jestem w stanie, jak on, pięknie mówić,
Ni myśleć piękniej. Na wzór moich uczuć,
Czystości jego tworzę sobie obraz.
Pasterz.  Dajcie mi ręce: zawarta ugoda.
Przy was, nieznani przyjaciele, świadkach,
Moją mu córkę oddaję w małżeństwo,
Z posagiem równym jego posiadłościom.
Floryzel.  Ten posag będzie w cnotach twojej córki.
Bo gdy ktoś umrze, posiadłości moje
Przejdą ogromem wszystkie twe marzenia,
Rozbudzą w tobie podziw nieskończony.
Lecz teraz skończmy układy przy świadkach.
Pasterz.  Daj mi twą rękę; córko, daj mi twoją.

Polix.  Powoli tylko, pasterzu, powoli.
Powiedz mi, proszę, czy masz jeszcze ojca?
Ploryzel.  Mam; i cóż z tego?
Polix.  Czyli wie on o tem?
Floryzel.  Ani wie o tem, ni wiedzieć powinien.
Polix.  Ja przecie myślę, że w dzień ślubu syna
Ojciec przy stole najwłaściwszym gościem.
Powiedz mi, proszę, czy ojciec twój stary
Jest już niezdolny do poważnych myśli?
Czy nie ogłupiał przez wiek i choroby?
Czy rozpoznaje ludzi? mówi? słyszy?
O interesach własnych czy rozprawia?
Czy go o łoże kalectwo rzuciło?
Czy działa, jakby do dzieciństwa wrócił?
Floryzel.  Nie, dobry panie, ojciec mój jest zdrowy,
Silniejszy niźli wielu w jego wieku.
Polix.  A więc przysięgam na białą mą brodę,
Że tym postępkiem ojca twego krzywdzisz,
Święte synowskie łamiesz obowiązki.
Słuszna, by syn mój sam wybierał żonę,
Lecz równie słuszna, ażeby i ojciec,
Którego szczęście całe w dzieciach leży,
W ważnej tej sprawie do rady należał.
Floryzel.  Wszystko przyznaję; ale są przyczyny,
Choć mi ich odkryć teraz nie wypada,
Dla których sprawę tę przed ojcem taję.
Polix.  Powiedz mu o niej.
Floryzel.  Nie mogę powiedzieć.
Polix.  Powiedz mu, proszę.
Floryzel.  Nie, nie chcę, nie mogę.
Pasterz.  Powiedz mu, synu, gdy wybór twój pozna,
Żadnej do smutku nie znajdzie przyczyny.
Floryzel.  Nie, nie, nie mogę. — Wy bądźcie świadkami
Naszego ślubu.
Polix.  Będziemy świadkami
Twego rozwodu, ty młody paniczu, (odkrywa się)
Którego synem moim nazwać nie śmiem.
Dziedzicu berła, kij pasterski wziąłeś!

Ty, stary zdrajco, jakże ubolewam,
Że kości twoje śląc na szubienicę,
Tylko o tydzień skrócę twoje życie!
A ty, ty świeża, piękna czarownico,
Coś pewno znała królewskiego głupca,
Z którym się łączysz —
Pasterz.  Biedne serce moje!
Polix.  Piękność twą każę cierniami podrapać,
Zrobić uboższą nad stan twój ubogi.
Ty, czuły chłopcze, jeżeli się dowiem,
Że wzdychasz jeszcze za tem pieścidelkiem,
Od mej korony ciebie wydziedziczę,
Ani cię uznam krwi mojej pokrewnym,
Jakbyś pochodził od Deukaliona.
Pamiętaj o tem! Nat dwór wracaj z nami!
Na teraz, chamie, choć gniew nasz zbudziłeś,
Od jego strasznych uwalniam cię ciosów.
Ty, czarodziejko, dość godna pastucha,
I tego, który wart twoim być mężem,
Gdyby i o nasz nie szło także honor,
Jeśli mu kiedy twą klamkę otworzysz,
Albo do twoich przyciśniesz go piersi,
Pomnij, tak straszną śmierć dla ciebie znajdę,
Jak jesteś czułą! (Wychodzi).
Perdyta.  Na wieki zgubiona!
Nie drżałam przecie; bo już chciałam nieraz
Wprost mu powiedzieć, że to samo słońce,
Które nad jego pięknym dworem świeci,
Przed chatą naszą oblicza nie kryje,
Lecz równie jasnem patrzy na nią okiem.
(Do Floryzela) Ty, młody panie, proszę cię, racz odejść.
Przepowiedziałam, jak się to zakończy.
Błagam cię, pomnij na stan swój wysoki.
Marzenie moje, gdym się raz zbudziła,
Nie będzie dłużej w myślach mych królować, —
Lecz pójdę owce me doić, i płakać.
Kamillo.  Co ci to, ojcze? Przemów wprzód, nim umrzesz.
Pasterz.  Nie mogę mówić, ani mogę myśleć,

Ani śmiem wiedzieć tego, co wiem teraz.
(Do Floryzela) Panie, zgubiłeś starca, który przeżył
Lat osiemdziesiąt, który się spodziewał,
Że wśród pokoju zstąpi do mogiły,
Na łożu ojca umrze, i swe kości
Przy kościach jego poczciwych położy;
Dziś mnie kat w odzież śmiertelną owije,
Bez błogosławieństw kapłańskich w proch rzuci.
(Do Perdyty) Nędznico, wiedząc, że on był książęciem,
Śmiałaś jednakże miłość z nim zamienić!
Ach, gdybym umarł choć godziną wprzódy,
Umarłbym w chwili, w której umrzeć chciałem!

(Wychodzi).

Floryzel.  Czemu, Perdyto, poglądasz tak na mnie?
Tak, jestem smutny lecz nieustraszony,
Wstrzymany w biegu, lecz niezmienny w celach;
Jestem, czem byłem, Silniej się opieram,
Im silniej ojciec cugiem w tył mnie ciągnie:
Nie ja na smyczy dam się poprowadzić.
Kamillo.  Łaskawy książę, znasz ojca charakter:
Na teraz żadnej nie posłucha mowy,
Którą zapewne nie myślisz go drażnić;
Nawet widoku twojego nie zniesie;
Dlatego, radzę, chroń się jego spojrzeń,
Dopóki cała wściekłość nie ostygnie.
Floryzel.  I ja tak myślę. Wszak jesteś Kamillo?
Kamillo.  Tak jest, mój książę.
Perdyta.  Jak często mówiłam,
Że to nas czeka! jak często mówiłam,
Że godność moja dopóty trwać będzie,
Dopóki o niej ludzie nie usłyszą!
Floryzel.  Nie, godność twoją wtedy tylko stracisz,
Gdy ja pogwałcę raz daną ci wiarę:
A wtedy ziemię niech skruszy natura,
I w proch obróci wszystkie jej zarodki!
Podnieś twe oczy! — A teraz, mój ojcze,
Wymaż me imię z twojego dziedzictwa,
Bo ja zostaję dziedzicem mych uczuć.

Kamillo.  Słuchaj rad, książę —
Floryzel.  Już się poradziłem
Miłości mojej, jeżeli mój rozum
Chce jej usłuchać, usłucham rozumu,
Gdy nie, me serce szaleństwo przenosi;
Witaj szaleństwo!
Kamillo.  To rozpaczy rada.
Floryzel.  Być może, ale wiary mej dopełnia;
Muszę ją przeto uczciwością nazwać.
Kamillo, słuchaj: nie, za Czechy całe,
Nie, za blask cały, który mnie tu czeka,
Za wszytskie skarby, które słońce widzi,
Lub wielka ziemia w wnętrznościach swych kryje,
Lub morze chowa w nieznanych głębinach,
Pięknej kochance przysięgi nie złamię.
Proszę cię przeto, — skoro zawsze byłeś
Wiernym mojego ojca przyjacielem, —
Jak tylko zniknę, a wierz mi, nie myślę
Widzieć go więcej, — gniewu jego wściekłość
Łagodź twą radą, bo ja niestrwożony,
Sam na sam pójdę w zapasy z fortuną.
Powiedz mu, że się puściłem na morze
Z tą, której posiąść nie mogłem na lądzie.
Szczęśliwie dla mnie, jest okręt w blizkości,
Choć w innym celu w strój przybrany cały;
Wiedzieć, gdzie płynę, nie zda ci się na nic,
Ani jest myślą moją ci powiedzieć.
Kamillo.  Książę mój, chciałbym, ażeby twój umysł
Słuchał rad chętniej, albo służył lepiej
Twym interesom.
Floryzel.  Słuchaj mnie, Perdyto.

(Odwodzi ją na stronę).

(Do Kamilla) Za krótką chwilę posłucham twych uwag.
Kamillo  (na str.). Zamiarów jego odmienić nie zdołam;
Uciekać pragnie: jakbym był szczęśliwy,
Gdybym mógł teraz i cel mój osiągnąć,
I razem wiernie sprawie jego służyć,
I kupić drogi widok mej Sycylii,

Nieszczęśliwego króla znów zobaczyć,
Za którym wzdycham z takiem upragnieniem!
Floryzel.  Dobry Kamillo, myśl moja ciężarna
Tak ważną sprawą, że na bok odrzucam
Czcze ceremonie (chce odchodzić).
Kamillo.  Spodziewam się, książę,
Żeś nieraz słyszał o biednej mej służbie,
I o miłości mej dla twego ojca?
Floryzel.  Zasługi twoje wielkie i szlachetne:
Twe czyny śpiewać jest mojego ojca
Wieczną muzyką, a jego staraniem
Zapłacić za nie, tak jak o nich myśli.
Kamillo.  Dobrze więc, książę; jeśli raczysz wierzyć,
Że szczerze kocham króla twego ojca,
A więc i tego, który mu najdroższy —
Ciebie, mój książę; — słuchaj mojej rady,
Jeżeli silne twe postanowienie
Zmienić się może, ja honorem ręczę,
Że tam cię poślę, gdzie twoje przyjęcie
Będzie wysokiej godności twej równe,
Gdzie z twą kochanką żyć będziesz w pokoju,
Bo od niej, widzę, nic cię nie rozdzieli,
Chyba, co nie daj Boże! śmierć twa jedna.
Weź ją za żonę, ja dołożę starań,
W nieobecności twej przebłagać ojca,
Do przebaczenia umysł jego skłonić.
Floryzel.  Mów, w jaki sposób zdołasz cud ten zrobić?
Abym cię nazwał więcej niż człowiekiem,
Na przyszłóść całą ufność w tobie złożył?
Kamillo.  Wybrałżeś miejsce, gdzie się pragniesz schronić?
Floryzel.  Nie, jak przypadek nad wszelkie rachuby
Tej mojej dzikiej wyprawy jest winą,
Tak się dziś brańcem przypadku uznaję,
Igraszką pierwszych wiatrów, co powieją.
Kamillo.  Więc słuchaj, książę, słuchaj mojej rady:
Gdy nie chcesz myśli powziętej odmienić,
Uciekać pragniesz, zwróć bieg do Sycylii,
A tam się pokaż na dworze Leonta

Z twoją księżniczką, skoro nią być musi;
On ją przystroi jak godną spólniczkę
Twojego łoża. Zda mi się, że widzę,
Jak swe ramiona otwiera Leontes;
Wita cię, płacząc, i od ciebie, syna,
Jakby od ojca błaga przebaczenia,
Całuje ręce świeżej twej księżniczki;
Po krótkiej walce gniewu a dobroci,
Pierwszy potrąca na samo dno piekła,
Gdy druga w piersiach jego chyżej rośnie
Niż czas, lub myśli.
Floryzel.  Zacny mój Kamillo,
Jakiż dam pozór moim odwiedzinom?
Kamillo.  Powiedz, że ojciec twój, król cię przysyła
Z pociechy słowem, słowem pozdrowienia.
A sposób, w jaki masz z nim postępować,
Co masz powiedzieć, jak w ojca imieniu,
O rzeczach tylko nam trzem dziś wiadomych,
Obejmę pismem, w którem ci wyłożę,
Co masz i kiedy w jaki mówić sposób,
By się nie spostrzegł, ale ciągle myślał,
Żeś przyniósł z sobą ojca twego piersi,
I mówisz, jakbyś w sercu jego czytał.
Floryzel.  Dzięki ci! w słowach twoich jest nadzieja.
Kamillo.  Krok ten przynajmniej więcej obiecuje,
Niż bieg szalony po wodach bezdrożnych,
Brzegach, o których nie marzyłeś dotąd,
Na których tylko nędza cię czekała,
A pośród smutków jedyną pociechą
Nadzieja ciągle gorzko zawodząca;
Gdzie wierną jedna zostanie kotwica,
A i tej służbą będzie to najlepszą,
Że cię zatrzyma, gdziebyś nie chciał zostać.
Wszak wiesz, że szczęście miłości jest węzłem;
Miłość i serce i świeże jej lica
Zmienia niedola.
Perdyta.  W tem część tylko prawdy.
W niedoli, prawda, lica poblednieją,

Lecz serce zawsze świeże pozostanie.
Kamillo.  Tak mówisz, pani? W ojca twego domu
Podobne dziecię w siedm lat się nie zrodzi.
Floryzel.  Dobry Kamillo, ona przez swe serce
Tak wyższa od nas, jak jest niższą rodem.
Kamillo.  Nie mogę mówić: co za wielka szkoda,
Że brak jej nauk, bo widzę, że mistrzów
Uczyćby mogła.
Perdyta.  O, racz skończyć, panie!
Tylko rumieńcem mogę podziękować.
Floryzel.  Droga Perdyto! — Lecz ach! straszne ciernie,
Na których stoim! Drogi mój Kamillo,
Wprzód mego ojca, a teraz mój zbawco,
Domu naszego lekarstwo kosztowne!
Co mamy robić? Patrz, moja wyprawa
Króla czeskiego nie świadczy mnie synem;
Jakże w Sycylii —
Kamillo.  Nie trwóż się, mój książę.
Wiesz, że w Sycylii cały mój majątek:
Tak po królewsku w wszystko cię opatrzę,
Jakby twa rola była moją rolą.
Lecz, książę, abym lepiej cię przekonał,
Że ci na niczem nie zbędzie, posłuchaj.

(Rozmawiają na stronie. — Wchodzi Autolikus).

Autol.  Ha, ha, ha! co za głupia ta uczciwość! a ufność, jej rodzoniutka siostrzyczka, co za prostoduszna pani! Cały mój brak wyprzedałem; nie został mi ani jeden fałszywy kamyk, ani jedna wstążeczka, zwierciadełko, wonianka, spinka, pugilares, piosneczka, nożyk, tasiemka, rękawiczka, sprzączka, bransoletka, rogowy pierścionek; rozkupili wszystko; cisnęli się, kto pierwszy ma kupić, jakgdyby moje cacka były poświęcane i przynosiły nabywcy błogosławieństwo. Tym sposobem widziałem, czyja kieska najtuczniejsza, a com widział, na dobry mój użytek zachowałem w pamięci. Dobry mój pajac, któremu niewiele brakuje, żeby został rozsądnym człowiekiem, tak się rozkochał w piosneczce dziewek, że nogą nie ruszył, dopóki się nie nauczył słów i nuty, co tak do mnie przywabiło resztę trzody, że wszystkie inne zmysły w oczach im u więzły; można było targać spódnice, a nikt się nie postrzegł. Cóż więc było trudnego rzezać mieszki? Można im było odpiłować klucze na łańcuszkach wiszące; nie było słuchu, nie było czucia tylko dla piosneczki mojego panicza; wszystko zajmowało się jedynie tą marnością. Ja też w czasie tego letargu wypróżniłem większą część ich świątecznych sakiewek, i gdyby nie był nadszedł stary dziad, wrzeszcząc jak opętany na córkę i królewskiego syna i nie odstraszył moich gawronów od słomy, nie zostałaby jedna żyjąca sakiewka z całej armii.

(Kamillo, Floryzel i Perdyta wychodzą na przód sceny).

Kamillo.  Nie, bo tą drogą listy me przesłane,
Tak jak ty spiesznie, wątpliwość usuną.
Floryzel.  A otrzymane od króla Leonta —
Kamillo.  Twojego ojca gniewy przebłagają.
Perdyta.  O, szczęść ci, Boże! każde słowo twoje
Pomyślność wróży.
Kamillo  (spostrzegają Autolika). Kogóż tu spostrzegam?
Niech i on naszem zostanie narzędziem;
Nic nie omińmy, co nam pomódz może.
Autol.  (na str.). Jeśli mnie podsłuchali — szubienica.
Kamillo.  Co ci się stało, dobry przyjacielu, że tak drżysz cały?
Uspokój się, nikt cię tu krzywdzić nie myśli.
Autol.  Panie, ja jestem biedny człowiek —

Kamillo.  Zostań więc biedny, nikt cię okraść z twojej biedy nie zamierza. Jednakże, co do zewnętrznych oznak tej biedy, musimy zrobić zamianę. Rozbierz się więc natychmiast — pojmujesz, że muszą być tego ważne powody — i zmień ubiór z tym panem. Choć i tak już zarobisz na targu, weź jeszcze to w dodatku.
Autol.  Panie, ja jestem biedny człowiek. (Na stronie) Znam ja}}cię dobrze.
Kamillo.  Spiesz się tylko. Pan ten, jak widzisz, już napół oskubany.
Autol.  Panie, czy to naprawdę? (Na str.) Wącham w tem jakiś figiel.
Floryzel.  Proszę cię, spiesz się tylko.
Autol.  Prawda, że dostałem zadatek, ale sumienie mi go przyjąć zabrania.
Kamillo.  Spiesz się, odpinaj.

(Floryzel i Autolikus zmieniają, odzież).

Szczęśliwa pani, niech się me proroctwo
Spełni na tobie! — Teraz, spiesz na stronę,
Zapuść na czoło kapelusz kochanka,
I twarz zamaskuj, zmień całe ubranie,
O ile możesz, przekształć całą postać,
Ażebyś mogła wśród ciekawych oczu,
Które, jak myślę, kroki twoje śledzą,
Wejść niepoznana na pokład okrętu.
Perdyta.  Sztuka, jak widzę, tak jest ułożona,
Że i ja także rolę grać w niej muszę.
Kamillo.  Niema lekarstwa. — Czyście już gotowi?
Floryzel.  Gdyby mnie własny ojciec teraz spotkał,
Nigdy mnie swoim nie nazwałby synem.
Kamillo.  Bez kapelusza musisz teraz zostać.
Spieszmy się, pani. — Bądź zdrów, przyjacielu.
Autol.  Żegnam cię, panie.
Floryzel.  Droga Perdyto, cośmy zapomnieli!
Proszę cię, słowo (Rozmawiają na stronie).
Kamillo  (na str.). Pierwszym moim krokiem
Będzie, królowi donieść o ucieczce,
O miejscu, w którem schronienia szukają;
Może go zdołam do pogoni skłonić,
Moją Sycylię zobaczę z nim razem,
Do której ciągle jak kobieta wzdycham.
Floryzel.  Wiedź nas fortuno! Kamillo, spieszymy
Nad brzegi morza.
Kamillo.  Im prędzej, tem lepiej

(Wychodzą: Floryzel, Perdyta i Kamillo).

Autol.  Rozumiem sprawę; słyszę ją. Rzezimieszek musi mieć otwarte ucho, bystre oko i wprawną rękę, dobry nos także nie jest zanadto do wywietrzenia roboty dla innych zmysłów. Widzę, że teraz są czasy, w których kwitną i rosną w górę niesprawiedliwi. Co za doskonała zamiana bez dodatku! co za doskonały dodatek bez zamiany! Niema wątpliwości, tego roku bogowie patrzą na nas przez szpary, i możemy wszystko ex tempore przedsiębrać. Sam książę knuje coś nieuczciwego, wymyka się od ojca, a ciągnie za sobą klocek. Gdybym nie myślał, że uwiadomić o tem króla byłoby uczciwym uczynkiem, zrobiłbym to; ale gdy jestem pewny, że utaić całą sprawę jest łotrowstwem, nie ’mruknę słowa, żeby zostać wiernym mojej profesyi. (Wchodzą: Pasterz i Pajac) Na stronę! na stronę! Zbliża się nowa praktyka dla czynnego mózgu. Każdy zaułek, każdy sklep, kościół, trybunał, egzekucya, dostarczają roboty przemyślnemu człowiekowi.
Pajac.  Patrz tylko, patrz tylko, co z ciebie za człowiek! Tu niema innej rady, jak powiedzieć królowi, że to podrzutek, a nie krew twoja i ciało.
Pasterz.  Nie, słuchaj tylko!
Pajac.  Nie, słuchaj tylko!
Pasterz.  Słucham; kontynuj.
Pajac.  Skoro nie jest ani krwią twoją ani ciałem, krew twoja ani ciało nie obraziły króla, a tak, ani krew twoja ani ciało karane przez króla nie będą! Pokaż rzeczy, które przy niej znalazłeś, wszystkie znaki prócz tych, które ma na sobie, a jak to zrobisz, pozwól prawu, niech sobie śwista, zaręczam —
Pasterz.  Powiem królowi wszystko co do słowa, tak jest, i wszystkie figle jego syna, który, mogę powiedzieć, nie postąpił sobie uczciwie ani ze swoim ojcem, ani ze mną, chcąc mnie zrobić szwagrem królewskim.
Pajac.  Tak jest, najmniej byłbyś mu szwagrem, a wtedy łut krwi twojej byłby o nie wiem ile droższy.
Autol.  (na str.). Bardzo mądrze, moje kundle!
Pasterz.  Więc do króla! Znajdzie on w tem zawiniątku dosyć powodów, żeby się skrobać po brodzie.
Autol.  Nie wiem, ale zdaje mi się, że to zaskarżenie może przeszkodzić ucieczce mojego pana.
Pajac.  Daj tylko Boże, żebyśmy go znaleźli w pałacu.
Autol.  Choć nie jestem uczciwym z natury, jestem nim czasem z wypadku. Wsadźmy do kieszeni kramarską brodę. (Zdejmuje fałszywa brodę) Cóż to, chamy? gdzie idziecie?
Pasterz.  Do zamku, z przeproszeniem wielmożnego pana.
Autol.  Co tam macie za interes? co? z kim? co to za zawiniątko? miejsce waszego pobytu? imię i nazwisko? wiek? majątek? wychowanie? wszystko, o czem wiedzieć należy? mówcie!
Pajac.  Panie, jesteśmy prości ludzie.
Autol.  Wierutne kłamstwo; jesteś krzywy i połamany. Tylko żadnych kłamstw, bardzo proszę! Kłamstwo tylko kupcom przystoi, którzy nas kłamstwem nieraz oszukują, a my im za nie płacimy bitymi talarami, zamiast płacić morderczą stalą. Nie dają nam nawet kłamstwa za darmo.
Pasterz.  Z pozwoleniem wielmożnego pana, czy pan od dworu?
Autol.  Z pozwoleniem czy bez pozwolenia, jestem od dworu. Czy nie widzisz dworskiej miny w tych fałdach? Czy chód mój nie ma w sobie dworskiej miary? Czy nos twój nie czuje ode mnie dworskiego zapachu? Czy nie traktuję twojej nizkości z dworską pogardą? Czy sądzisz, iż dlatego, że dobrocią albo gwałtem chcę się o interesie twoim dowiedzieć, nie jestem dworzaninem? Jestem dworzaninem od stóp do głowy, a do tego dworzaninem, który może poprzeć lub zrujnować twój tam interes; dlatego rozkazuję ci, powiedz natychmiast twoją sprawę.
Pasterz.  Mój interes, panie, jest do króla.
Autol.  Jakiego masz przy nim adwokata?
Pasterz.  Nie rozumiem, z przeproszeniem, co to znaczy?
Pajac.  Adwokat jest dworski wyraz na bażanta. Powiedz, że nie masz żadnego.

Pasterz.  Żadnego, panie; ani bażanta, ani bażancicy.
Autol.  Szczęśliwy, kto się prostakiem nie rodził!
Ale natura i mnie mogła stworzyć
Jemu podobnym — więc nie chcę nim gardzić.

Pajac.  To musi być jakiś wielki dworski urzędnik.

Pasterz.  Ubiór ma bogaty, ale nie bardzo przystojnie go nosi.
Pajac.  Tem większy pan, im dziwaczniejszy; wielki człowiek, wierzaj; poznaję to po sposobie, w jaki dłubie zęby.
Autol.  To zawiniątko, co w niem? mów natychmiast! Co w tej szkatułce?
Pasterz.  Panie, w tem zawiniątku i w tej szkatułce są sekreta, o których nikt wiedzieć nie może prócz króla, a wiedzieć o nich będzie za godzinę, byłem otrzymał pozwolenie.
Autol.  Staruszku, stracona twoja praca.
Pasterz.  Dlaczego, panie?
Autol.  Króla niema w zamku. Poszedł na pokład nowego okrętu dla rozpędzenia melancholii i przewietrzenia się; bo jeśliś zdolny do rzeczy poważnych, trzeba ci wiedzieć, że król przepełniony jest żalem.
Pasterz.  Tak powiadają, panie; a to z powodu syna, który chciał się ożenić z córką pasterza.
Autol.  Jeśli ten pasterz jeszcze nie w dybach, radzę mu, niech ucieka. Męki, które go czekają, tortury, które będzie musiał wytrzymać, połamałyby grzbiet człowieka, a serce potwory.
Pajac.  Czy tak myślisz, panie?
Autol.  Nietylko on sam będzie cierpiał, co najcięższego dowcip ludzi, a najstraszniejszego zemsta wymyślić są w stanie, ale i wszyscy jego krewni, choćby w pięćdziesiątym stopniu, wszyscy przejdą przez ręce katowskie. Smutna to rzecz, ale konieczna. Stary łotr, świstacz za owcami, podły baraniarz, prowadzić córkę do takich honorów! Niektórzy powiadają, że będzie ukamienowany; ale to śmierć za łagodna dla niego, mojem zdaniem. Ciągnąć tron nasz do owczarni! Wszystkie śmierci za mało! najstraszniejsza za łagodna!
Pajac.  Czy staruszek ten ma syna? Czy słyszałeś co o tem, jaśnie panie?
Autol.   Ma syna, który będzie żywcem ze skóry odarty, potem wysmarowany miodem i postawiony przy osiem gnieżdzie, tam będzie stał, póki na trzy ćwierci i łut nie umrze; potem, przywrócony do życia okowitą albo jaką inną gorącą infuzyą; potem, ranami okryty, w najgorętszym dniu w kalendarzu przepowiedzianym, postawiony przy ceglanym murze, na południowem słońcu, dopóki go muchy na śmierć nie zajedzą. Ale co mamy mówić o tych łotrach, na których nędzę uśmiechać się należy, gdy ich występki tak są straszne? Powiedzcie mi raczej, bo z oczu patrzy wam prostota i uczciwość, co macie do króla? Dzięki mojej szlacheckiej powadze powiodę was tam, gdzie się teraz król znajduje, przedstawię was jego dostojnej osobie, szepnę za wami słówko, a jeśli jest człowiek prócz króla, który może sprawę waszą załatwić, widzicie tego człowieka przed sobą.
Pajac.  Zdaje mi się, że to człowiek wielkiej władzy; dalej, ojcze, posmaruj mu łapę; bo choć władza jest upartym niedźwiedziem, niedźwiedzia tego często można za nos złotem wodzić. Pokaż wnętrze twojej sakiewki zewnętrzu jego ręki i ani słowa więcej. Pamiętaj, ukamienowany i żywcem ze skóry odarty!
Pasterz.  Jeśli wielmożny pan raczy zająć się naszą sprawą, daję złoto, które mam przy sobie; dodam drugie tyle, a zostawiam tego młodego człowieka na zastaw, poki reszty nie przyniosę.
Autol.  Skoro załatwię, co przyrzekłem?
Pasterz.  Tak jest, jaśnie panie.
Autol.  Więc daj mi połowę. Czy jesteś interesowany w tej sprawie?
Pajac.  Pod pewnym względem, jaśnie panie. Ale choć położenie moje bardzo opłakane, spodziewam się jeszcze, że nie będę ze skóry odarty.
Autol.  To czeka pastuszego syna; on musi wisieć dla przykładu.
Pajac.  Pociecha! śliczna pociecha! Spieszmy do króla i odkryjmy nasze dziwne tajemnice. Niech się dowie, że ona nie jest ani twoją córką, ani moją siostrą; inaczej, zginęliśmy! Dam ci, jaśnie panie, tyle, ile dał ten staruszek, jak tylko się sprawa załatwi, a dopóki pieniądze nie nadejdą, zostanę, jak on powiada, na zastaw.
Autol.  Przestaję na waszem słowie. Idźcie naprzód ku brzegom morskim, na prawo, ja popatrzę tylko ku płotowi i pospieszę za wami.
Pajac.  To nasze błogosławieństwo ten człowiek; tak jest, mogę powiedzieć, to nasze błogosławieństwo.
Pasterz.  Spieszmy naprzód, jak polecił. Usłużyć nam było jego przeznaczeniem. (Wychodzą: Pajac i Pasterz).
Autol.  Gdybym nawet wziął postanowienie zostać uczciwym człowiekiem, widzę, żeby odtąd nie pozwoliła na to fortuna; ona mi pieczone gołąbki przynosi do gąbki. Mam teraz podwójną okazyę: złoto i sposobność usłużenia księciu, mojemu panu, a kto wie, jak się to wszystko może obrócić na moją korzyść. Poprowadzę dwa te ślepe krety na pokład jego okrętu, jeśli uzna za dobre znowu na ląd ich wysadzić i przekona się, że ich skarga do króla nie tyczy się go wcale, niech mnie nazwie łotrem za tę moją usłużność: zahartowany jestem na ten tytuł i towarzyszącą mu hańbę. Bądźcobądź, przedstawię mu ich, sprawa może mieć swoją wagę (wychodzi).


AKT PIĄTY
SCENA I.
Pokój w pałacu Leontesa.
(Leontes, Kleomenes, Dyon, Paulina i Dwór).

Kleom.  Królu, już dosyć; jako święty człowiek
Pokutowałeś, i nie znam występku,
Którego żal twój nie mógłby odkupić.
Tak jest, pokuta miarę grzechów przeszła.

Zrób wkońcu, królu, jak zrobiło niebo:
Win swych zapomnij i przebacz sam sobie.
Leontes.  Ilekroć wspomnę na nią i jej cnoty,
Własnej mej hańby zapomnieć nie mogę
I krzywdy sobie samemu zrobionej.
Wszak ja królestwo me osierociłem,
Zabiłem słodką moją towarzyszkę:
Nigdy na słodszej żaden mąż nadziei
Swych nie budował.
Paulina.  Prawda, prawda, królu.
Gdybyś zaślubił wszystkie po kolei,
Albo od każdej żyjącej kobiety
Wziął piękność jedną i wzór jeden zlepił,
Tej, którąś zabił, nie zrównałbyś jeszcze.
Leontes.  Tak myślę. Zabił! zabił! więc zabita!
A jam ją zabił! Słowo jednak twoje
Ciężko mnie rani; słowo to tak gorzkie
Na twym języku, jak na myślach moich.
Proszę cię, zbyt go często nie powtarzaj.
Kleom.  Nigdy, o pani! Jest rzeczy tysiące,
O których mowa, w tych czasach bolesnych,
Lepsząby ludziom oddała przysługę
I twej dobroci przystałaby lepiej.
Paulina.  Ty do dworaków tych liczby należysz,
Którzy do nowych skłonić go chcą ślubów.
Dyon.  Jeśli ty życzeń naszych nie podzielasz,
Nie masz litości nad narodem całym,
Ani pamięci na imię królewskie;
Nie pomnisz, jaki ogrom niebezpieczeństw,
Jeśli monarcha bezpotomnie zejdzie,
Zwalić się może na królestwo nasze,
I pożreć tłumy obojętnych widzów.
Cóż jest świętszego jak z pierwszej królowej
Szczęścia się cieszyć? i cóż jest świętszego,
Jak dla narodu obecnej pociechy,
Przyszłego dobra, znowu łoże króla
Pobłogosławić słodką towarzyszką?
Paulina.  Od śmierci pierwszej, godnej tego niema,

A oprócz tego czyliż bogów wola
Swych celów tajnych nie chce dopełnienia?
Czyż nie powiedział wam boski Apollo,
Czy nie ta była treść jego wyroczni,
Że się dziedzica król nasz nie doczeka,
Póki stracone nie znajdzie się dziecię?
Co rozumowi tak zda się potworne,
Jak żeby grób swój Antygon otworzył,
I wrócił do mnie, gdy zginął z dziecięciem.
Waszą jest radą, aby król pogwałcił
Niebios wyroki, woli się ich oparł.
(Do Leont.) Niech ci potomstwo troski nie zadaje,
Królu, korona twa znajdzie dziedzica.
Swoją zostawił Alexander Wielki
Najgodniejszemu — jego też następcą
Mógł być najlepszy.
Leontes.  Dobra Paulino,
Wiem, że czcisz pamięć mojej Hermiony.
O, gdybym poszedł był za radą twoją,
Jeszczebym teraz przeglądał się może
W pełnych źrenicach mojej Hermiony,
Jeszczebym skarby na ustach jej zbierał!
Paulina.  Potem zostawiał jeszcze bogatszemi
Za to, co dały.
Leontes.  Co mówisz, jest prawdą.
Zon takich niema — nie pojmę też żony.
Bo gorsza od niej, lepiej traktowana,
Duszę jej świętą wróciłaby w ciało,
I tu, gdzie słowem krzywdzimy jej pamięć,
Zbiegłaby nagle gnana niepokojem,
Wołając: „Czemu dla mnie byłeś innym?“
Paulina.  Gdyby podobną władzę posiadała,
Tak wołać słuszne miałaby powody.
Leontes.  Miałaby; myślby moją podkusiła,
Ażebym drugą żonę zamordował.
Paulina.  Gdybym tą duszą zabłąkaną była,
Jabym ci wiecznie do uszu szeptała:
Patrz na jej oczy, czy ich osłupiałość

Była powodem, że na nią padł wybór?
A potem krzykiem przeciągłym, straszliwym
Rzuciła słowo: „Pamiętaj na moje!“
Leontes.  O gwiazdy, gwiazdy! — wszystkie inne oczy
Węgle zagasłe! O, bądź bez obawy,
Nie pojmę innej ja żony, Paulino.
Paulina.  Chceszże mi przysiądz, że nie pojmiesz żony,
Póki ja na to nie dam zezwolenia?
Leontes.  Nigdy, niech tak mi niebo dopomoże!
Paulina.  Panowie, bądźcie przysięgi tej świadkiem.
Kleom.  Nazbyt go kusisz.
Paulina.  Dopóki kobieta
Do Hermiony jak portret podobna
Ócz twych nie spotka —
Kleom.  O, pani, racz skończyć!
Paulina.  Lecz, królu, jeśli żonę pojąć pragniesz,
Jeśli nic woli twej nie może złamać,
Pozwól, niech twoją wybiorę królowę.
Nie będzie młoda, tak jak pierwsza była,
Lecz będzie taka, że gdyby na ziemię
Duch twojej pierwszej królowej powrócił,
Z radością w twychby widział ją objęciach.
Leontes.  Wierna Paulino, małżonki nie pojmę,
Póki mi nie dasz na to zezwolenia.
Paulina.  Które dam wtedy, gdy pierwsza ożyje —
Nigdy inaczej. (Wchodzi Dworzanin).
Dworz.  Jakiś nieznajomy,
Który się mieni księciem Ploryzelem,
Polixenesa synem, z swą księżniczką,
Piękną, jak pięknej nie widziałem jeszcze,
O twe królewskie prosi posłuchanie.
Leontes.  A czego żąda? Nie przybywa do nas
Z całym przepychem swego ojca godnym.
Przyjazd tak nagły, tak niespodziewany,
Nie jest długiego namysłu owocem,
Ale przypadku i potrzeby dziełem.
Jaką ma świtę?
Dworz.  Kilku towarzyszy

Nizkiego rodu.
Leontes.  Czyś widział księżniczkę?
Dworz.  Widziałem; równie pięknej córki ziemi
To jasne słońce nie widziało jeszcze.
Paulina.  O Hermiono, jak obecna chwila
Śmie się nad lepszą minioną wynosić,
Tak grób twój dzisiaj miejsce oddać musi
Temu, co kwitnie dzisiaj. Ty sam, panie,
Czy nie mówiłeś, czyli nie pisałeś,
(Lecz teraz, widzę, pismo twoje zimne,
Jak jego przedmiot) że nigdy nie było,
I nigdy, nigdy nie będzie jej równej?
Tak niegdyś wiersz twój z pięknością jej płynął;
Dziwne przemiany zaszły, gdy dziś mówisz,
Że znasz piękniejszą.
Dworz.  Przebacz mi, o pani!
O jednej, wyznam, prawie zapomniałem,
A druga, skoro twe uderzy oczy,
Wiem, że i język twój także podbije.
Ach, gdyby ona chciała stworzyć sektę,
Wszystkich sekciarzy zgasłaby gorliwość,.
Każdy, któremu rzekłaby: „idź za mną!“
Byłby jej więźniem.
Paulina.  Ale nie kobiety.
Dworz.  Kobiety za to będą ją kochały,
Że jest kobietą od mężów godniejszą,
Mężowie za to, że kobiet jest wszystkich
Kwiatem najczystszym.
Leontes.  Idź, Kleomenesie,
I sam, z przyjaciół twoich zacnem kołem,
Oboje prowadź do naszych uścisków.

(Wychodzą: Kleomenes, Tanowie i Dworzanin).

Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego
Przyjazd tak nagły.
Paulina.  Ach, gdyby nasz książę,
Ta perła dzieci, godziny tej dożył,
Mógłby o palmę z gościem twoim walczyć:
W ich wieku ledwo miesiąc był różnicy.

Leontes.  Proszę cię, przestań, bo wiesz, że na nowo
On mi na każde umiera wspomnienie.
Gdy ten młodzieniec przed oczy mi stanie,
Lękam się, Jękam, aby słowa twoje
Takich w mej głowie nie zbudziły myśli,
Że się mój rozum zamąci. To oni!

(Wchodzą: Kleomenes, Floryzel, Tcrdyta i Dwór).

Książę, twa matka wierną była ślubom,
Odbiła w tobie obraz twego ojca.
Gdybym dziś liczył lat dwadzieścia jeden,
Tak mi twojego ojca przypominasz,
Żebym cię bratem jak jego nazywał,
I zaczął mówić o dzikich wybrykach,
W pierwszej młodości naszej dokonanych.
Witam cię z serca! i ciebie, bogini,
Piękna księżniczko! — Niestety, straciłem,
Straciłem parę, któraby stać mogła
Pomiędzy niebem i pomiędzy ziemią,
I jak wy teraz, podziwienie budzić!
Straciłem także przez szaleństwo moje,
Twojego ojca towarzystwo, przyjaźń;
Choć życie moje jest cierpienia ciągiem,
Chcę je przedłużyć, aby choć raz jeszcze,
Raz go zobaczyć.
Floryzel.  Królu, z jego woli
Zwiedzam Sycylię, od niego przynoszę
Szczere jak brata króla pozdrowienie.
Gdyby ułomność, towarzysz starości,
Życzeniom jego siły nie odjęła,
Samby przemierzył i morza i lądy,
Które tron jego od twojego dzielą,
By tego ujrzał — tak mówić mi zlecił —
Którego więcej kocha niźli berła,
Niźli tych wszystkich, którzy berła dzierżą.
Leontes.  O, bracie! krzywdy, którem ci wyrządził,
Budzą się we mnie, a poselstwo twoje
Tak czułe, dobre, jest jakby wyrzutem
Memu lenistwu. Onżeli wystawił

Ten wzór piękności na dziką swawolę
Zimnych bałwanów strasznego Neptuna,
By mnie pozdrowić, mnie, com nie jest godny
Trosk jej najmniejszych, a mniej jeszcze godny
Jej niebezpieczeństw?
Floryzel.  Ona, dobry królu,
Z Libii przybywa.
Leontes.  Gdzie waleczny Smalus
Miłość w poddanych, w obcych trwogę budzi?
Floryzel.  Od niego, królu. On z nią się żegnając,
Strugą łez dowiódł, że córką jest jego.
Pomyślnym wiatrem południowym gnany,
Przybyłem woli ojcowskiej dopełnić.
Część służby mojej od brzegów Sycylii
Do Czech wysłałem, by donieść królowi
Nietylko skutek libijskiej wyprawy,
Lecz żony, moje szczęśliwe przybycie
Na dwór twój, królu.
Leontes.  A niechaj bogowie
Wszelką zarazę z powietrza odwieją,
Dopóki w naszej przebywacie strefie!
Twojego ojca wszystkie cnoty zdobią,
Ja jednak przeciw jego świętej głowie
Grzech popełniłem; zagniewane niebo
Za karę moje wydarło potomstwo,
Gdy ojca twego, wedle jego zasług,
Tak dobrym synem pobłogosławiło.
Ach, jak szczęśliwy byłbym, gdybym teraz
Na syna mego i córkę mógł patrzeć,
Tak jak wy pięknych! (Wchodzi Dworzanin).
Dworz.  Najłaskawszy panie,
To, co mam donieść, nie miałoby wiary,
Gdybym niezbitych dowodów nie przyniósł.
Król Czech przeze mnie pozdrawia cię, panie,
Prosi, byś jego syna chciał zatrzymać,
Który, nie pomny swojej powinności,
Swojej godności, od swojego ojca,
Od swych nadziei uciekł po kryjomu,

Z córką pasterza.
Leontes.  Mów, gdzie jest król czeski?
Dworz.  Tu, w twojem mieście; od niego przychodzę.
W nieładzie mówię, bo nieład przystoi
Zdziwieniu memu i memu poselstwu.
Śpiesząc w pogoni za tą piękną parą,
Wśród drogi spotkał brata i rodzica
Mniemanej pani, którzy dom rodzinny
Razem z tym młodym księciem opuścili.
Floryzel.  Widzę, Kamillo, którego uczciwość
I honor wszystkie wytrzymały próby,
Zdradził mnie teraz.
Dworz.  Skargę możesz zanieść,
Bo i on razem z ojcem twoim przybył.
Leontes.  Jakto? Kamillo?
Dworz.  Kamillo, mój królu,
Który z biedaków ciągnie wywód słowny.
Jeszczem nie widział nigdy większej trwogi:
To przyklękają, to całują ziemię,
Za każdem słowem krzywoprzysięgają;
Król swoje uszy zatyka i grozi
Wśród śmierci samej nową jeszcze śmiercią.
Perdyta.  Biedny mój ojcze! Samo niebo na nas
Szpiegów nasłało, i nie chce zezwolić
Na związki nasze.
Leontes.  Czyście zaślubieni?
Ploryzel.  Nie, królu, nawet nie mamy nadziei.
Gwiazdy wprzód, widzę, ziemię pocałują,
Nim los na nasze pozwoli złączenie.
Leontes.  Powiedz, czy ona królewską jest córką?
Floryzel.  Będzie nią, skoro żoną mą zostanie.
Leontes.  Co, dzięki ojca twego pośpiechowi,
Zbyt jest odległe. Żałuję, mój książę,
Że gniew królewski ściągnąłeś na siebie;
Żałuję równie, że wybór twój nie jest
Tak w urodzenie jak piękność bogaty,
Byś mógł w pokoju kochankę posiadać.
Floryzel.  Droga, spójrz na mnie; drogaŁ choć mój ojciec,

Chociaż fortuna, wróg mój zaprzysięgły,
W świat mnie pogonią, nie mają dość siły,
Ażeby zmienić miłość mą dla ciebie.
A ty, o królu, pomnij na twą młodość,
Na twoją miłość jak moja namiętną,
A przez tę pamięć, bądź obrońcą moim!
Na twoją prośbę, jakby fraszkę jaką,
Największą łaskę ojciec mój wyświadczy.
Leontes.  Gdyby tak było, prosiłbym u niego
O tę księżniczkę, która dlań jest fraszką.
Paulina.  W oczach twych, królu, zbyt wiele młodości.
Twoja królowa na miesiąc przed śmiercią
Stokroć godniejszą spojrzeń takich była,
Niż na nią rzucasz.
Leontes.  W tych nawet spojrzeniach
O niej myślałem. — Lecz do twojej prośby:
Śpieszę do ojca; skoro twa namiętność
Nie czyni krzywdy twemu honorowi,
Licz na mą przyjaźń dla niej i dla siebie.
Z tą myślą idę, dlatego śpiesz za mną,
I zważaj bacznie na moje zachody. (Wychodzą).


SCENA II.
Przed pałacem.
(Autolikus i Dworzanin).

Autol.  Proszę cię, panie, czy byłeś całej tej sprawie przytomny?
1 Dworz.  Byłem przy otwarciu zawiniątka, słyszałem, jak stary pasterz opowiadał sposób, w jaki je znalazł. Po krótkiej chwili zadziwienia rozkazano nam wszystkim oddalić się z izby. Zdaje mi się tylko, że słyszałem, jak pasterz powiedział, że znalazł niemowlę.
Autol.  Jakże pragnę dowiedzieć się końca!
1 Dworz.  Opowiadanie moje bezładne. Zmiany, jakie spostrzegałem na twarzach króla i Kamilla, największe budziły podziwienie. Wytrzeszczali tak na siebie oczy, że się zdawało, że im z jam wyskoczą. W ich milczeniu była wymowa, język w ich ruchach; powiedziałbyś, że usłyszeli o odkupieniu albo o zniszczeniu jakiego świata. Zadziwienie bez granic było widoczne; ale najmędrszy widz, jeśli nie wiedział nic więcej nad to, co widział, nie mógł zgadnąć, czy zadziwienia tego treścią była radość czy rozpacz. To tylko wątpliwości nie podlega, że jedna lub druga najwyższego dosięgła szczebla. (Wchodzi drugi Dworzanin). Ale zbliża się pan, który może wie co więcej o tej sprawie. Jakie przynosisz nowiny, Rogero?
2 Dworz.  Fajerwerki! wesele! Słowa wyroczni spełnione; znalazła się królewska córka; tyle cudów wydarzyło się w tej godzinie, że wszyscy poeci opisać ich nie będą w stanie. (Wchodzi trzeci Dworzanin). Lecz nadchodzi marszałek Pauliny, on może powiedzieć wam więcej. Jak stoją rzeczy, dobry panie? Nowina, która uchodzi za prawdziwą, tak wygląda na starą bajkę, że jej wiarogodność bardzo podejrzana. Czy król znalazł dziedzica?
3 Dworz.  Wszystko prawda najwiarogodniejsza, jeśli kiedykolwiek prawda dowiedzioną była przez okoliczności. Zdaje mi się, że byłem naocznym świadkiem wszystkiego, co słyszałem, taka jest zgodność w dowodach. Płaszcz królowej Hermiony; — jej dyament na szyi dziecięcia; — znalezione przy niem listy Antygona, w których rękę jego poznano; — majestat dziewicy; jej podobieństwo do matki; — szlachetność postawy objawiająca naturę wyższą nad wychowanie; i wiele innych dowodów świadczą z pewnością, że ona jest córką królewską. Czy byłeś przytomny spotkaniu się dwóch króli.
2 Dworz.  Nie.
3 Dworz.  Więc straciłeś widok, którego trzeba było być świadkiem, bo jest nad wszelkie opisanie. Tambyś zobaczył, jak jedna radość wieńczyła drugą: zdawało się, że smutek płakał żegnając się z nimi, bo radość ich we łzach tonęła. To oczy, to ręce podnosili ku niebu, a rysy ich tak się zmieniały, że po ubiorze tylko a nie po twarzy poznać ich można było. Król nasz, prawie odchodzący od zmysłów z radości, że córkę znalazł, jakby nagle radość ta stała się żałobą, woła: „oh, twoja matka! twoja matka!“ potem błaga króla czeskiego o przebaczenie: potem całuje swojego zięcia; potem znowu ściska swą córkę, jakby ją chciał udusić; to znowu dziękuje staremu pasterzowi, który stoi przy nim jak okopcona fortuna, świadek kilku królewskich pokoleń. Nigdy jeszcze nie słyszałem o podobnem spotkaniu. Wieść, któraby chciała iść z niem w parze okuleje, a wszelki opis niemoc swoją uzna.
2 Dworz.  Co się stało z Antygonem, który dziecię stąd uniósł?
3 Dworz.  I to znowu stara powieść, godny przedmiot opowiadania, choćby wszelka wiara usnęła a nie było ucha do słuchania. Antygon poszarpany był w kawałki przez niedźwiedzia, to twierdzi syn pasterza, a za nim świadczy nie tylko jego prostota, ale chustka i pierścionki dobrze znane Paulinie.
1 Dworz.  Co się stało z jego okrętem i towarzyszami?
3 Dworz.  Okręt się rozbił, ludzie potonęli w chwili śmierci ich pana, przed oczami pasterza; tak więc wszystkie narzędzia, które służyły do porzucenia dziecięcia, zginęły w tej samej chwili, w której dziecię było znalezione. Lecz oh, co za szlachetna walka w sercu Pauliny między radością a smutkiem! Raz zwracała oczy ku ziemi po stracie małżonka, to znowu wznosiła je ku niebu, że się spełniła wyrocznia. Uchwyciła księżniczkę i tak ją w swych trzymała objęciach, iż zdawało się, że chce ją przypiąć do serca, aby nie straciła jej na nowo.
1 Dworz.  Wielkość tej sceny godną była mieć królów i książąt za widzów, jak królowie i książęta byli jej aktorami.
3 Dworz.  Jedną z najpiękniejszych okoliczności, która była wędką na moje oczy, (choć tylko złowiła wodę zamiast ryby) było widzieć, jak na powieść o śmierci królowej, o śmierci tej przyczynach, szczerze wyznanych i opłakiwanych przez króla, rosła coraz bardziej baczność jego córki, aż przechodząc od boleści do boleści, z jednem „niestety!“ krwawe łzy uroniła; tak jest, krwawe, bo jestem pewny, że moje serce krwią płakało. Najzakamienialsi ludzie pobledli: niektórzy mdleli, wszyscy od łez się zanosili, i gdyby świat cały mógł sceny tej być świadkiem, boleść byłaby powszechną.
1 Dworz.  Czy już wrócili do zamku?
3 Dworz.  Nie jeszcze. Księżniczka słyszała o posągu matki powierzonym pieczy Pauliny. Jest to praca lat kilku, niedawno ukończona ręką tego rzadkiego włoskiego mistrza Griulio Romano, który, gdyby tylko sam miał nieśmiertelność i mógł wlać duszę w swoje dzieła, wydarłby naturze jej przywileje, tak ją doskonale naśladuje. Powiadają, iż wyrzeźbił Hermionę tak podobną do Hermiony, że patrzący mówi do niej i czeka w nadziei odpowiedzi. Tam pośpieszyli wszyscy z całym zapałem miłości; tam zamierzają wieczerzać.
2 Dworz.   Ja zawsze myślałem, że Paulina miała tam jakieś ważne zatrudnienia, bo od czasu śmierci Hermiony dom ten samotny dwa lub trzy razy na dzień tajemnie odwiedzała. Mamyż i my tam się udać i wspólnie z nimi radość dzielić?
1 Dworz.  Ktoby mając wolny przystęp do dworu, znajdować się tam nie chciał? Każda chwila nowe błogosławieństwa rodzi; nieobecność nasza okrada naszą wiedzę. Idźmy! (Wychodzą).
Autol.  Teraz, gdybym nie miał na sobie śladów przeszłego życia, zlałyby się na mnie honory; wszak to ja przyprowadziłem starca i jego syna na pokład książęcego okrętu, ja powiedziałem mu, żem słyszał, jak rozmawiali o zawiniątku i nie wiem już o czem więcej; ale on był podówczas zbyt zajęty córką pasterską, (bo za pasterską miał ją wtedy córkę) która właśnie poczęła cierpieć na morską chorobę, choć i sam nie miał się lepiej; potem burza trwała ciągle, a tak cała tajemnica tajemnicą została. Lecz dla mnie wszystko to jedno, bo gdybym ja był odkrył sekret, odkrycie złą miałoby minę przy moich innych bezecnościach. (Wchodzą: Pasterz i Pajac). Lecz postrzegam zbliżających się ludzi, którym mimo woli oddałem przysługę. Widzę już na nich pierwsze kwiaty fortuny.
Pasterz.  Dalej, chłopcze, trudno już, żebym miał więcej dzieci, ale przynajmniej twoi synowie i córki urodzą się szlachtą.
Pajac.  Dobrze, że cię spotkałem, mój panie. Kilka dni temu nie chciałeś bić się ze mną, bo nie byłem urodzonym szlachcicem; czy widzisz tę suknię? powiedz, że jej nie widzisz, i przypuść jeszcze, że nie jestem urodzonym szlachcicem, powiedz nawet, że płaszcz ten nie jest urodzonym szlachcicem. Zadaj mi kłamstwo, zadaj, i spróbuj, czy nie jestem teraz urodzonym szlachcicem.
Autol.  Wiem, panie, że jesteś teraz urodzonym szlachcicem.
Pajac.  Tak jest, i być nim nie przestałem od czterech godzin.
Pasterz.  I ja też, chłopcze.
Pajac.  I ty też, ojcze! Lecz ja byłem urodzonym szlachcicem przed moim ojcem, bo syn królewski wziął mnie za rękę i nazwał mnie bratem, a potem dwaj królowie nazwali ojca mego bratem, a potem książę, brat mój, i księżniczka, siostra moja, nazwali ojca mojego ojcem, a tak płakaliśmy wszyscy, a to były pierwsze szlacheckie łzy, któreśmy wyleli.
Pasterz.  Możemy jeszcze doczekać się, mój synu, że wylejemy ich więcej.
Pajac.  Bez wątpienia; inaczej byłoby to niesłychane nieszczęście dla ludzi postawionych w takiem jak my znaczeniu.
Autol.  Błagam cię pokornie, mój panie, przebacz mi wszystkie błędy, które kiedykolwiek przeciw dostojności twojej popełniłem, a racz powiedzieć dobre o mnie słowo księciu, mojemu panu.
Pasterz.  Proszę cię, mój synu, zrób to, boć należy nam postępować szlachetnie teraz, gdy jesteśmy szlachtą.
Pajac.  Czy przyrzekasz poprawę?
Autol.  Przyrzekam, z pozwoleniem waszej dostojności.
Pajac.  Daj rękę. Przysięgnę księciu, że niema w Czechach uczciwszego lub wierniejszego nad ciebie człowieka.
Pasterz.  Powiedz, lecz nie przysięgaj.
Pajac.  Nie przysięgać? teraz gdy jestem szlachcicem? Niech to powiedzą chłopy i mieszczuchy, ja przysięgnę na to.
Pasterz.  Jakto, synu, choćby to było fałszem?
Pajac.  Choćby to było najwierutniejszym fałszem. Prawdziwy szlachcic może na to przysiądz, żeby zobowiązać przyjaciela. Przysięgnę więc księciu, że jesteś tęgi chłopak, i że nie upijesz się nigdy, choć wiem, że nie jesteś tęgi chłopak, i że upijasz się często; przysięgnę jednak na to, bo chciałbym żebyś został tęgim chłopakiem.
Aut.  Zrobię, co potrafię, żeby nim zostać.
Pajac.  Staraj się wszelkimi sposobami zostać tęgim chłopakiem, bo jeśli się nie zdziwię, gdy się upić odważysz, nie będąc tęgim chłopakiem, nie wierz na przyszłość mojemu słowu. Słuchaj, królowie i książęta nasi krewni poszli oglądać obraz królowej. Idź z nami, a będziemy twoimi dobrymi panami. (Wychodzą).

SCENA III.
Kaplica w domu Pauliny.
(Leontes, Polixenes, Floryzel, rerdyta, Kamillo. Paulina, Panowie i Dwór).

Leontes,  Dobra Paulino, jak wiele pociechy
Znalazłem w tobie!
Paulina.  Chęci moje dobre,
Jeśli nie czyny. Wszystkie me usługi
Sowicieś spłacił. Teraz, gdy raczyłeś
Z królewskim bratem i tą młodą parą,
Przyszłymi królestw waszych dziedzicami,
Dom mój nawiedzie, jest to zbytek łaski,
Którego całem życiem nie opłacę.
Leontes.  Ten zaszczyt tylko kłopot ci przynosi.
Przyszliśmy posąg królowej oglądać:
Twoje galerye przebiegliśmy bacznie,

Niejednym pięknym zdziwieni przedmiotem,
Aleśmy dotąd jeszcze nie postrzegli
Tego, co tutaj córkę mą sprowadza —
Matki posągu.
Paulina.  Jak pani za życia
Nie miała równej na ziemi kobiety,
Tak i jej ciała umarłego posąg
Prześciga wszystko, co ręce człowieka
Zdziałały kiedy, a widziały oczy;
Dlatego pilnie na stronie go chowam.
Ale jest tutaj; bądź przygotowany
Tak wierny, szczery obraz życia ujrzeć,
Jak wiernym śmierci obrazem sen cichy.
Królu, wznieś oczy i powiedz: „o, prawda!“

(Paulina podnosi zasłonę i pokazuje posąg).

Dobrze, że milczysz; to świadek najlepszy
Twego podziwu. Przemów jednak, powiedz,
Czy nie podobny?
Leontes.  Jej zwykła postawa!
Drogi kamieniu! skarż mnie, bym powiedział
To Hermiona! Lecz nie, ty nią jesteś,
Bo się nie skarżysz. Ona była czułą,
Jak niebios łaska, jak czułe niemowlę.
Ale, Paulino, Hermiony lica
Marszczków nie miały, ani tej starości,
Którą tu widzę.
Polix.  O! nie, ani śladu.
Paulina.  Tem większa dłuta snycerskiego sztuka,
Która szesnastu latom zbiegnąć daje,
I kształci posąg, jakby dzisiaj żyła.
Leontes.  Jakby dziś mogła żyć dla mej pociechy,
Gdy teraz duszę mą przenika bólem.
Tak stała kiedyś, z tą życia powagą,
Żywotnym ogniem, jak dziś zimna stoi,
Kiedym jej pierwsze miłości rzekł słowo.
O, sam się wstydzę; czyż mi nie wyrzuca
Kamień ten, żem jest zimniejszy od niego?
Królewskie dzieło! w twoim majestacie

Jest czarodziejska siła, co w mej myśli
Wszystkie me przeszłe rozbudza boleści,
Wydziera ducha z piersi mojej córki,
Która jak kamień przy kamieniu stoi.
Perdyta.  Pozwól mi, ojcze, a nie zwij przesądem,
Gdy na kolanach o błogosławieństwo
Błagać ją będę. — O pani! królowo!
Zgasła na ziemi, gdym ja dzień ujrzała,
Pozwól mi twoją pocałować rękę!
Paulina.  Ostrożnie! Posąg świeżo postawiony,
I jeszcze na nim nie zaschły kolory.
Kamillo.  Panie, w twem sercu żal głęboko utkwił,
Gdy go szesnaście zim rozwiać nie mogło,
Ani go wiosen szesnaście osuszyć:
Nigdy wesele długo tak nie żyło,
I boleść także zwykle wcześniej kona.
Polix.  Drogi mój bracie, proszę, dozwól temu,
Który twych nieszczęść był kiedyś przyczyną,
Od piersi twoich tyle odjąć żalu,
Ile pierś jego zamknąć go potrafi.
Paulina.  Zaprawdę, królu, gdybym mogła myslec,
Że widok mego biednego posągu,
(Bo mój jest kamień) tak silnie cię wzruszy,
Tweby go oczy nigdy nie widziały.
Leontes.  O! nie, Paulino, nie spuszczaj zasłony.
Paulina.  Nie, nie poglądaj dłużej na ten posąg,
Albo uwierzysz, że w nim ruch postrzegłes.
Leontes.  O, dozwól, dozwól! ach, jakbym chciał umrzeć
Lecz mi się zdaje, że to — już Lecz teraz
Powiedz mi imię wielkiego snycerza.
Czybyś nie myślał, królu, że oddycha,
I że w tych żyłach żywa krew się toczy.’*
Polix.  Cudowne dzieło!
Zda się, że usta jej gorące życiem.
Leontes.  Wlepione oko zda się ruch posiadać,
Jakby się sztuka urągać nam chciała.
Paulina.  Spuszczam zasłonę; królewskie wzruszenie
Tak jest gwałtowne, iż uwierzy wkrótce,

Że posąg żyje.
Leontes.  Słodka Paulino,
Przez lat dwadzieścia pozwól mi tak wierzyć,
Bo żadna świata tego rzeczywistość
Nie zrówna tego szaleństwa rozkoszom.
Nie spuszczaj!
Paulina.  Królu, żałuję głęboko,
Ze żal zbudziłam, choć mogłabym jeszcze
Żal zbudzić głębszy.
Leontes.  O! zbudź go, Paulino,
Bo żal ten słodką jest dla mnie pociechą.
Lecz czy się mylę, czyli mi się zdaje,
Że mnie dolata jej oddechu powiew?
A kiedyż dłuto oddech wykuć mogło?
Nie Szydźcie ze mnie, gdy ją pocałuję.
Paulina.  Łaskawy królu, zatrzymaj się, proszę,
Lic jej rumieniec jeszcze jest wilgotny,
Twój pocałunek usta jej zamaże,
A twoje farbą olejną poszpeci.
Spuszczam zasłonę.
Leontes.  Nie, przez lat dwadzieścia.
Perdyta.  I ja tak długo mogłabym stać przy niej
I w twarz jej patrzeć.
Paulina.  Lub raczcie natychmiast
Z kaplicy odejść, lub bądźcie gotowi
Na większe dziwy. Jeśli macie serce,
Ja posągowi ruch mogę nakazać,
Zejść na podłogę, chwycić was za rękę;
Lękam się tylko, żebyście nie rzekli,
Iż mam na służbie potęgi piekielne,
Leontes.  Czy w twojej mocy jest ruch jej nakazać —
Na ruch ten będę z rozkoszą poglądał;
Czy w twojej mocy w jej usta wlać słowa,
Każde jej słowo usłyszę z rozkoszą:
Równie nakazać łatwo czyn jak słowo.
Paulina.  A więc rozbudźcie wszyscy wiarę waszą,
I stójcie wszyscy w poważnem milczeniu;
A komu czyn mój grzechem się wydaje,

Niech się oddali.
Leontes.  O, zostaną wszyscy!
Paulina.  Ozwij się, pieśni! rozbudź ją muzyko! (Muzyka).
Już czas! zstąp do nas! przestań być kamieniem!
Zbliż się i rozbudź dziw wszystkich przytomnych!
O! przybądź, przybądź! Zamknę twą mogiłę.
Przybądź! a twoją martwość przekaż śmierci,
Od której drogie wyzwala cię życie!
Czy ruch postrzegasz? (Hermiona zstępuje z piedestału).
Nie cofaj się, królu,
Czyny jej bowiem będą święte, czyste,
Jak me zaklęcia; nie cofaj się, królu,
Chyba, że pragniesz powtórnie ją zabić.
Podaj jej rękę, — kiedy młodą była,
Ty jej miłości skwapliwie szukałeś,
Teraz, w starości, ona twojej szuka.
Leontes  (całując ją). O, na jej ustach czuję ciepło życia.
Jeśli to czary, niech czary te będą
Sztuką niewinną jak branie pokarmu.
Polix.  Ona całuje!
Kamillo.  Wisi mu na szyi!
Jeżeli żyje, niech przemówi do nas.
Polix.  Niechaj nam powie, gdzie aż dotąd żyła,
Lub jaka sztuka wykradła ją grobom.
Paulina.   Gdybym wam tylko mówiła, że żyje,
Z słówbyście moich szydzili jak z bajki;
Lecz patrzcie, — żyje, choc nie mowi jeszcze.
Czekajcie chwilę. Racz się ty przyczynić,
Ty, piękna pani, uklęknij w pokorze,
I błagaj matkę o błogosławieństwo.
Dobra królowo, twa Perdyta żyje.

(Przyprowadza Perdytę, która klęka przed Hermioną).

Hermiona.  Bogowie! rzućcie na nas oczy z nieba,
I raczcie wylać z świętych naczyń waszych
Błogosławieństwo na córki mej skronie!
Powiedz mi, droga, kto cię uratował?
Gdzie żyłaś, ojca twego jak znalazłaś?
Ja, gdym słyszała od mojej Pauliny,

Że w słowach bogów można było znaleźć
O twojem życiu choć słabą nadzieję,
Czekałam końca, tu przed światem skryta.
Paulina.  O, pani moja, dość jest na to czasu,
Chyba, że pragną powieścią wypadków
Przerwać bieg czysty twojego wesela.
Idźcie szczęśliwi! dzielcie radość waszą
Z królestwem całem! ja, synogarlica
Biedna i stara, wybiorę siedlisko
Na uschłem drzewie, i tam płakać będę
Po stracie, której nie znajdę już nigdy,
Póki nie pójdę za nią w świat szczęśliwszy.
Leontes.  O! nie, Paulino; jak ja twej woli
Żonę wybrałem, ty po mej weź męża:
Pomnij, ten układ stanął między nami.
Tyś mi znalazła żonę, choć jak? nie wiem,
Bo mi się zdaje, żem umarłą widział,
I na jej grobie odmawiał modlitwy;
I mnie daleko nie potrzeba szukać
Męża godnego twych cnót i twych zasług,
(Uczucia jego dość mi są świadome).
Zbliż się, Kamillo, i weź ją za rękę;
Twoje bogate poznaliśmy cnoty,
Dwóch królów na nie świadectwo ci daje.
Idźmy! Lecz wprzódy spojrzyj na mnie, bracie;
Przebaczcie teraz, przebaczcie oboje,
Że śmiałem czystość świętych spojrzeń waszych
Brudzić zazdrością. — Ten zięć twój, królowo,
A syn królewski, przez nieba zrządzenie,
Jest zaręczonym mężem córki twojej.
Teraz, Paulino, prowadź nas, błagamy,
Gdziebyśmy mogli, wolni od natręctwa,
Słuchać, a potem wzajem opowiadać,
Cośmy działali przez ciąg dni rozdziału,
Dni długich, smutnych. Prowadź, prowadź śpiesznie,

(Wychodzą).



Upominek - ozdobnik str. 35.png



WILLIAM SHAKESPEARE.
(SZEKSPIR).

I.

Szekspir — jedno z tych wielkich imion, które obok Homera i Dantego stoją w dziejach ducha ludzkiego, nieśmiertelnym odziane blaskiem. Promień geniuszu uwił im nad czołem aureolę.
Poeta wesołej i krwawej Anglii, stał się, w całem znaczeniu tego wyrazu, wieszczem ludów, własnością wszystkich narodów.
Wszystkie literatury przyswoiły sobie jego dzieła, przez trzy wieki powtarzają się one na wszystkich scenach, objaśniają, wyrozumiewają, tłómaczą, pojmują coraz głębiej — a przedmiot ten dotąd nie jest wyczerpany.
Szekspir z Dantem dzieli tę miłość powszechną; wspólnym im jest dar pociągania umysłów, jednania sobie serc, zyskiwania współczucia, rozbudzania niezmiernego zajęcia. Uznania tego i uwielbienia dobił się szczególniej w ostatniem stuleciu — które, nietylko w Anglii, ale na świecie całym podniosło cenę jego poetycznych utworów.
Na wszystkich znać wyciśniętą pieczęć geniuszu, dłonią, która posłuszną była — natchnieniu.
Rodzinny to dar Boży, a nie sztucznie wyrobiona zdolność; bezwiedna niemal twórczość płynąca z tego tajemniczego źródła, którego głębiny są dla nas zakryte. Z całego życia i działalności poety widzimy dowodnie, iż nauce ani wykształceniu, ani obcowaniu, ani nawet pracy, tej wielkiej mistrzyni, nie był winien genialności swojej — dała mu ją natura. Wyższa jakaś siła, która go przeznaczała na poetę dziejów serca ludzkiego, obdarzyła go intuicyą wieszczą — człowieka, serca jego, namiętności i charakterów.
Jakby w jasnowidzeniu, czuje prawa, które poruszają światem i stwarza istoty żyjące, umiejąc natchnąć w nich ducha nieśmiertelnego. Dla badacza najbardziej zajmującym jest ten samorodny geniusz, bo w nim nie tylko wiek jego odbija się wyrazistymi rysy, ale cała ludzkość i wszelki człowiek.
Jak wszyscy wielcy poeci, Szekspir przychodzi z tą siłą twórczą, gdy materyał, który ma użyć, został dlań przygotowanym. Jak sama natura, przerabia on tylko procesem tajemniczym treść przysposobioną dlań w przeszłości.
Homerowi dostarczają osnowy pieśni rapsodów i podania, Dantemu cały średniowieczny skarbiec stoi otworem, — Szekpir ma dzieje całego świata przed sobą i czerpie z nich szczodrą dłonią. Częstokroć nawet z niewolniczem poszanowaniem idzie za dostarczonym mu wątkiem, a dosyć, by na nim piętno swe położył, by weń tchem swoim wlał życie, — umarłych trupy z grobu powstają i suche słowo kroniki zmienia się w ciało i krew.
Wszystko jest zadziwiającem w dziełach tego człowieka: jego własne życie obok nich położone, siła geniuszu dziko wzrosłego, który się wybija ponad głowy uczonych i wypatentowanych współzawodników, — martwe te karty, z których on swój świat pełen ruchu, dźwięku i barwy czarodziejskiem wywodzi słowem.
Jak natura, co z powietrza, słońca i piasku wyprowadza kwiaty, tak on z nieforemnych oklepanych powiastek snuje czarodziejskie dramata; jak natura, ma nieskończoną rozmaitość form, barw i dźwięków; jak w naturze spajają się w nim sprzeczności najostateczniejsze, w dziwnie harmonijną całość. Dosyć dlań imienia, rysu, wskazówki, jednego słowa pozostałego na zapomnianym grobie, aby w nich pełną ognia i prawdy stworzył postać. Wszystkie struny uczuć ludzkich brzmią po kolei w tym chórze żywota.
Co najdziwniejsza, — czujemy i widzimy, że ten samouczek natchniony nie sili się na układanie misterne, na obmyślanie kunsztowne swych poematów, — niemylny instynkt mu przewodniczy, mówi przezeń coś potężniejszego nad naukę i rachubę — boskie natchnienie.
Nie opuszcza go ono ani w najgorętszych namiętności godzinach, ani w najostyglejszych szyderstwa chwilach. Jak kameleon przeobraża się w tysiące postaci, nie przestając być sobą — bo jest poetą.
Najciekawszem w świecie byłoby studyum, rozpoznanie tego procesu tworzenia i rozwinięcia się w twórcy czynników, które mu posługiwały. Lecz zadanie to, nad którem najznakomitsze umysły pracowały, jest niezmiernie utrudnione brakiem wiarogodnych materyałów, któreby wśród tej pomroki za wskazówki służyć miały. Współcześni zajmowali się niem mało, chociaż podziwiali twórczość poety, geniusz jego gwałt im zadał; niemal przez wiek potem cały mało się troszczono o zbieranie tradycyi, śladów i pamiątek, a gdy imię Szekspira podniosło się do tej wysokości, na jakiej je dziś widzimy, ślady życia poety znikły już były z ziemi, podania z ust do ust chodząc, potworne przybrały postacie, pozostały tylko dzieła, którym zaniedbanie długie dało porosnąć mchem a rdzą omyłek i popraw niedorzecznych. Z tych dzieł nawet nie wszystkie noszą imię jego, a niektóre przybrały je bezprawnie. Jedne odepchnięto jako apokryfy, chociaż widocznie w niektórych częściach zdradzają lwią dłoń, co na nich spoczęła; inne przyswojono, choć słabo odbija się w nich geniusz poety.
Krytycy i badacze mają w Szekspirze jedno z najzawikłańszych zadań, jakie się kiedykolwiek umysłowi ludzkiemu nastręczyły.
Nadostatek wiadomości zastępują podania późne, niepewne, podejrzane, lub jawnie przyległe tylko do wielkiej postaci, z którą wyrosnąć nie mogły.
Z prawdy odrobiny i wymysłów wielu stworzyła się pośmiertna maska Szekspira, jaką znamy, do żywego oblicza zaprawdę mało podobna, lecz zastępująca je, jak w legendach bohaterowie, których tworzy duch narodu, zajmują posągowe miejsca ludzi, co nie istnieli, których zbiorową pracą ulepiły wieki na wzór i podobieństwo swych ideałów. Tak ludzkość tworzy swe bogi.
Szekspira, lepiej niż jego własne mało znane życie, tłómaczy wiek, w którym żył, piśmiennictwo, jakie zastał, ruch umysłowy, wśród którego się przebudził, naostatek poprzednicy na scenie, dramat angielski ówczesny, jego rozwinięcie i duch, jaki Anglię ożywiał. Geniusz jego, jakkolwiek przeszedł potężną swą epokę, jest prawowitem dziecięciem czasu i tylko na tle jego zrozumianym i słusznie ocenionym być może. Przedewszystkiem więc, chcąc dziś poznać poetę, musimy choć pobieżnymi rysami, nakreślić obraz epoki, wśród której występuje.
Ostatnimi czasy w literaturze niemieckiej natrafiamy na częste, dziwnie namiętne porównania geniuszu dramatycznego Szekspira z Schillerem i Goethem.
Nie rozumiemy zupełnie, jak można poetę, tworzącego w tych warunkach, co Szekspir, chcieć równoważyć i przymierzać do poetów nowszej epoki.
Przy równej nawet wartości dzieła, ogromna wyższość musiałaby zawsze pozostać po stronie tego, który nie mając wzorów, tworzył pierwszy, nie posługiwał się teoryą żadną i nie patrzył w żadną modłę... przetorowane drogi łatwo jest prostować i równać; przebić i torować nowe, gdzie ich nie było, innej jest ceny. Schiller i Goethe z wiedzą warunków sztuki przystępowali do kunsztownych dzieł swoich, Szekspirowi geniusz jego sam służył za jedyną pochodnię. Porównanie jest niemożliwem, gdy przedmioty różnej są natury i rodzaju: kłaść obok siebie Homera z Wiktorem Hugo, Dantego z Lamartinem, jest po prostu niedorzecznością. Wieki, które ich dzielą, myśli i formie nadają wartość różną, jak różna jest cena kruszców w czasach od siebie odległych. Poeci rzeczywistego natchnienia rodzą, poeci wykształceni tworzą; nie odmawiamy wartości ostatnim, ale ich na równi z tymi wieszczami, przez których mówił duch Boży — położyć nie możemy.

Szekspir stoi odosobnionym i jedynym; ażeby go ocenić, stawić przy nim potrzeba tych, co z nim i obok niego żyli, naprzykład Marlowe’a (Marlo’a) i Ben Jonsona (Ben Dżonsona), nad którymi tak góruje, iż maleją i nikną u stóp jego.
II.

Chwila, w której wielki poeta miał przyjść na świat, była dla Anglii epoką wielkiego rozbudzenia; energicznemi prądy płynęło życie, szukano pożądliwie zarówno cielesnych jego przyjemności, jak i duchowych.
Wiele węzłów, które w klubach trzymały obyczaje, prysnęło; purytańska reakcya jeszcze w siłę nie wzrosła, umysły wyzwalały się bez granic.
Wesoło szli ludzie na śmierć, mężnem na nią spoglądając okiem, lecz równie chciwie pragnęli tego, co ziemia im dać mogła, dopóki po niej stąpali. Świetne dwory królewskie i pańskie, ochocza młodzież, wesołe kobiety, jakby po długiem spragnieniu i głodzie, piły z czary życia aż do upojenia i szału. Poeci przyśpiewywali tej biesiadzie, wśród której nieraz krew purpurowo prysnęła; dworskie wesołki trefnymi żarty dzwoniły zabawie, a najemni wielkich panów „aktorowie słudzy“ dopełniali rozkoszy, przedstawiając żywo obrazy fantazyjne, jakich jeszcze brakło rzeczywistości.
Teatr bardzo wcześnie i bujno rozwinął się w Anglii; naprzód jako religijne misteryum, ubarwione intermezzami weselszemi, potem z pomocą i na wzór starożytnych klasycznych dramatów, grywanych po szkołach i klasztorach.
Z rubasznych scen tej przegrywki, która pomiędzy tragicznymi aktami dawała wytchnąć i rozchmurzyć się słuchaczom, rozwijała się powoli komedya; ze świętych i pobożnych „tajemnic“ wyrastał historyczny dramat. Od pierwszych niemal prób literatury angielskiej, widzimy ją czerpiącą wzory w ogólnym skarbcu literatur starożytnych i, na ich grobach powstałych, włoskiej i hiszpańskiej. Ten zapładniający oddech południa porusza do życia angielskich poetów. Biorą oni formy obce, lecz za wczasu zastosowują je do rudy własnej i topią z niej kunsztowne dzieła.
Nie zaślepieni naśladowcy, ale zdobywcy umiejętni, zapożyczają tylko narzędzia, któremi z łona własnej ziemi dobywają skarby.
Prastare pieśni, legendy, ballady, tradycye zjawiają się w nowych szatach. Tak samo pierwsze teatru wzory biorą może z innego świata, ale wnet je do swych potrzeb i natury urobić usiłują.
Teatr w szesnastym wieku staje się tu potrzebą, zabawą, nałogiem i namiętnością.
Nie jest to wytworna scena, jakąbyśmy sobie dziś wyobrażać mogli na dworze Elżbiety, misternie urządzona i wykwintna; najprostsze w świecie z desek zbite ściany, najlichszy budynek, artyści lada jako przybrani, chłopcy grający kobiet role, na parterze kadź z piwem i gawiedź gwarna; ale w tem tyle jest ognia i siły, że słuchacze zapominają o tem, czego im do złudzenia braknie. Młodzieńcza ich wyobraźnia dopełnia reszty.
Poeci też dramatyczny nie łamią sobie głowy zbytecznie, rymują kroniki, rozbijają na sceny powieści, ćwiertują legendy i zszytą jakkolwiek całość zaprawiając ostrym sosem... podają gorąco... Artyści gracko i ochoczo deklamują przed wesołą publicznością.
Pisarze i aktorowie znają swych słuchaczy; im potrzeba ukropu, słów brzmiących, barw jaskrawych, wiele hałasu, czegoś, coby ich poruszyło do szpiku kości, a po życiu, jakie wiodą, między rusztowaniem a gospodą, niemała to rzecz czemś ich zająć i rozbudzić. Najtragiczniejsze historye z całego świata i najpoczwarniejsze postacie gromadzą się tu dla nakarmienia wrażeniami zgłodniałej rzeczy. Bujne życie starej Anglii odbija się w dramatach, choćby ich treść czerpaną była w historyi Persów i Scytów.
Same naostatek dzieje własnego kraju, dostarczają obfitej treści do nich, spisanej żywo, ogniście we współczesnej Holinsheda (Holinszeda) lub Halla (Holla) kronice, a jeszcze żywiej dochowującej się w podaniach i powieściach, w znanych wszystkim narodom tradycyach.
Posłuchajmy, jak narodziny tej sceny, której Szekspir miał być mistrzem, kreśli Taine (Ten), w znakomitej swej historyi literatury angielskiej:
„Tak narodził się ten teatr — pisze on — jedyny w dziejach, jak jedyną jest ta cudna chwila przelotna, z której powstał: dzieło i wizerunek tego młodego świata, równie naturalny, równie rozpasany i tragiczny, jak on sam.
„Gdy dramat oryginalny i narodowy ma powstać, poeci, co go tworzą, noszą w sobie uczucia, jakie on przedstawia. Oni są objawem ducha publicznego wyrazistszym nad innych ludzi, bo duch ten w nich gorętszym jest niż w innych. Namiętności otaczające, z ich serc wybuchają głosem ostrzejszym i właściwszym, dlatego ten głos brzmi wyżej nad wszystkie głosy. Hiszpania rycerska i katolicka znajduje tłómaczów w zapaleńcach i Don Kiszotach, w Kalderonie-żołnierzu, nim został księdzem; w Lopezie, ochotniku piętastoletnim, zapalonym kochanku, błędnym pojedynkowiczu, żołnierzu Armady, wkońcu księdzu i służce świętego oficyum tak gorliwym, że pości aż do opadnięcia z sił, że ze wzruszenia mdleje mszę odprawiając, a mury celi krwią swych biczowań obryzguje.
„Pogodna i szlachetna Grecya, wodzem swych poetów tragicznych ma jednego z najwyszkałceńszych i najszęśliwszych swych synów — Sofoklesa, który przoduje w sprawach pieśni i palestry, który w piętnastu leciech śpiewa paean przed trofeami Salaminy, a później poseł, wódz, zawsze ulubieniec bogów, rozmiłowany w swym grodzie rodzinnym, życiem swem i dziełami występuje jako niezrównane harmonijne zjawisko w tej zgodzie i pokoju, które stanowią piękność starożytnego świata, jakiej nowsze nie dościgły wieki.
„Francya wymowna a światowa, w tym wieku, który najwyżej podniósł sztukę form towarzyskich i wymowy, znajduje do pisania swych tragedyi oratorskich, do malowania swych salonowych namiętności, najzręczniejszego kunsztmistrza słowa: Racine’a dworaka, człowieka światowego, najzdolniejszego przez takt swój i stylowe omówienia, do przedstawiania ludzi światowych i dworaków.
„Tak i tu (w Anglii) poeci z dziełem są w zgodzie.
„Wszyscy niemal włóczęgi, dzieci ludu (wyjąwszy Beaumont’a i Fletcher’a), wykształceni przecież, najczęściej wychowańcy Oxfordu i Cambridge (Kembridż), ale ubodzy, tak że w nich wykształcenie jest ze stanem w sprzeczności. Ben Jonson jest mularza pasierbem i sam mularzem; Marlowe — synem szewca, Szekspir — kupczącego wełną, Massinger (Massindżer) — lokaja pańskiego dworu. Żyją jak mogą, brną w długi, piszą, ażeby zarobić trochę i występują po teatrach. Peele (Pil), Lodge (Lodż), Marlowe, Jonson, Heywood (Heyuud), sam Szekspir, są aktorami“.
Słuszność ma Taine; w nich wszystkich ta włóczęga, ten niedostatek, samo położenie w sprzeczności z wykształceniem, rodzi te talenta namiętne, gorączkowe i przyczynia się do ożywienia sceny.
Brzmią z niej dziwne głosy szału, rozdrażnienia, ironii. Jakże się ma oprzeć pokusie taki poeta sponiewierany i głodny, aby w usta swych bohaterów trochę bólu, ironii i wyrzutów gorzkich nie włożył?
Przyjście, zjawienie się Szekspira, poprzedza cały zastęp takich biednych włóczęgów z płomykiem u czoła, pracujących słowem dla chleba. Nie pojęlibyśmy poety, nie powiedziawszy o nich słów kilka. W roku 1564 ma się narodzić mistrz; w roku 1561 na teatrze w Londynie grają pierwszą tragedyę wierszem, podzieloną na akty i sceny[15]. W roku 1566 w Christ-College (Krajst-Koledż) w Cambridge ukazuje się pierwsza sztuka, mogąca się komedyą nazywać[16].
Początki te już z wielu względów zasługują na uwagę, tkwią w nich zarody późniejszego angielskiego dramatu, mającego się odznaczyć połączeniem dwu pierwiastków, tragicznego i komicznego, tak jak ówczesne społeczeństwo łączyło w sobie razem charakter tragiczny i komiczny. Tragedye te dosyć napuszone i deklamatorskie, w których akty rozpoczynają pantomimy zawierające treść, a kończą niby klasyczne chóry — przyjmują się tak dalece na scenie, iż po nich wkrótce mnogie inne w tymże rodzaju następują: Cezar, Kambyzes i t. p.
Wszystkie zresztą te trzy rodzaje, które Szekspir ma uprawiać, komedye, historye (dramata), tragedye, wyrastają razem jak z ziemi. Zliczyć trudno ich mnogość. Wszystko to dosyć nieforemne, lecz nowe, lecz porywające; dla uczeńszego świata po szkołach młodzież gra po łacinie. Wiele z tych przedmiotów, które za wątek posłużyć miały Szekspirowi, już są obrobione i znane na scenie. Romeo i Julia, Tytus Andronikus, Perykles, Cezar, Henryk VI, już udramatyzowani z prosta a bez kunsztu, popularnymi niemal się stali. Po Tomaszu Sackville (Sekwil), autorze tragedyi o Gorboduku (czyli Ferrex i Porrex), zjawiają się: Edwards (Eduards), dworzanin królowej Elżbiety, ze swym Damonem i Pityaszem, John-Still (Dżon Still) z rubaszną komedyą, Gascoigne Jerzy ze swemi naśladowaniami z włoskiego.
Z tych wszystkich poprzedników, najznakomitszym, najdzielniejszym, najbardziej utalentowanym jest Krzysztof Marlowe, który o lat parę wystąpienie Szekspira wyprzedził.
Marlowe klasycznie wykształcony, czerpał treść do swych dramatów z najrozmaitszych źródeł. On to pierwszy (może nawet przed udramatyzowaniem legendy o Fauście w Niemczech dla teatrzyków lalkowych maryonetek) wprędce po wydaniu historyi Dr. Fausta stworzył z niej swą: „Tajemniczą historyę żywota i śmierci Dr. Fausta“[17].
Jest jego tragedya w dwu częściach o Tamerlanie, o Edwardzie drugim, królu Anglii, o rzezi paryskiej (śmierci Gwizyusza), o Dydonie. We wszystkich czuć poszukiwanie przedmiotów jak najdziwaczniejszych, sytuacyi najgwałtowniejszych: okropności, któreby zużytego rzeczywistością równie dramatyczną widza poruszyć mogły. Straszliwą w istocie jest treść jego „Bogatego maltańskiego żyda“ — (the rich Jew of Malta).
Barrabasz Marlowe’a, przypomina Shylocka (Szajloka) Szekspira, prześladowany staje się nielitościwym prześladowcą, nie już chrześcijan samych, ale ludzi. Serce swe, jak powiada, „oczyścił z miłości i litości“. Śmieje się, gdy płaczących widzi, chodzi po nocach i studnie zatruwa, dobija bez miłosierdzia chorych, napełnia więzienia bankrutami, sierotami szpitale.
Tą nienawiścią chrześcijan bezmierną, nienasyconą, chwali się, szczyci, jest nią dumny. Córka jego ma dwóch kochanków, chrześcijan obu; Barrabasz doprowadza ich do tego, że się w końcu zabijają oba. Córka z rozpaczy zostaje zakonnicą, ojciec truje ją i z nią klasztor cały.
Wszystkie te niewysłowione okropności, którym towarzyszą urągowiska straszniejsze nad nie, kończą się wpadnięciem winowajcy w rozpalony kocioł i konaniem. Ostatnie słowo Barabasza, to żal tylko, że jeszcze nie dosyć dojadł ludziom.
Z równie rozpasaną namiętnością pojęty jest Faust Marlowe’a, który nie pożąda mądrości dla niej samej, tylko jako narzędzia do życia, użycia i nadużycia, z zupełną obojętnością na następstwa i piekło.
Faust pragnie, żądza nienasycona go pali, upaja się, szaleje. Nie jest to uosobienie, abstrakcya jak u Goethego, ale osoba — człowiek. Oto jest mały wyjątek, dający niejakie wyobrażenie o poecie.

Serce zbyt stwardło, skrucha niepodobna,
Ledwie rzec mogę: wiara, zbawienie i niebo,
Wnet straszne echo razi uszy moje:
Faust potępiony — i miecze, trucizny,
Strzelby, powrozy a zatrute stale
Przeciw mnie stają — przeciąć życia wątek.
O! dawnobym się zabił, lecz rozkosze
Głęboką rozpacz zwyciężać umiały;
Wszakżem ślepego wywołał Homera,
Aby mi śpiewał Parysa miłostki
I śmierć Oenony! — i piewcę, co głosem
Swej melodyjnej arfy Teby sławił,
On to wtórował Mefistofilowi.
Lecz po co umrzeć, na co mam rozpaczać?
Stało się! nigdy Faust nie dozna skruchy.
Chodź, Mefistofil, rozprawmy się jeszcze,
O astrologii pomówmy niebiańskiej:
Powiedz mi, wiele niebios nad księżycem?
Powiedz, czy wszystkie ciała są kulami
Tak jak ta ziemia, co leży pod nami?
Lub nie! Mów, czembyś serce napasł głodne.
Chcę za kochankę wziąć Helenę ową
Niebiańską, którąm widział dni ostatnich.
Niech jej pieszczoty zetrą z mego czoła
Aż do ostatniej troski, co wstecz woła.
Boska Heleno! pocałunkiem twoim
Daj nieśmiertelność! Usta jej ssą duszę
Ze mnie. Uchodzi dusza! wróć Heleno,
Duszę mi oddaj! Zamieszkam w tem niebie,
Heleno, niebo na ustach u ciebie.
Wszystko, co nie jest Heleną, jest błotem.

Mój Boże, płakać chcę, szatan łzy trzyma.
Niech krew z mych oczu w miejsce łez popłynie
A ze krwią życie i dusza.
On chwyta
Język mój! Ręce chcę umyć, nie dają,
Mefistofel je i Lucyper wzięli.
Życia mi jedna została godzina.
Wybije zegar, szatan wnijdzie, Faust przeklęty!
Chciałbym do mego poskoczyć aż Boga,
Cóż mnie w tył ciągnie? Patrzajcie, tam w górze
Krew Chrystusowa po niebiosach płynie,
Jedna jej kropla zbawiłaby duszę,
Jedno pół kropli — Chryste! Zbawicielu!
Czego mi serce drzecie, żem to imię
Wymówił? Próżno! ja go wołać będę...
Już pół godziny, wkrótce cała minie...
O Boże! niech Faust cierpi lat tysiące,
Sto lat tysięcy w piekle! Zbaw go potem —
Godzina, bije godzina! Ma dusza
Czemuż nie może w tysiąc się rozprysnąć
Wody kropelek i w ocean spłynąć
I w oceanie na wiek wieków zginąć.

Obok Marlowe’a gwałtownego, namiętnego, rozpasanego, wspomnieć należy Jana Lilly, który nauki skończywszy w Oxfordzie i Cambridge, przybył na dwór Elżbiety i tu także pisał dla teatru, zastosowując się do mody i wymagań czasu — komedye i pasterki (pastoral). Był to uczony mąż na posługach dworu, niepospolitą obdarzony wyobraźnią i niezwykłą uzbrojony erudycyą. W Lillym, więcej niż w Szekspirze, kunsztowny żargon dworski i zbytnie nagromadzenie wyszukanych konceptów razi i nuży. Ale właśnie ten język szlifowany jak brylanty, błyszczący drobnymi ogniki, uchodził za kwintessencyę dobrego smaku. Sam Szekspir niekiedy przypomina szkołę Lilly, i między nimi, jak między poetą naszym a Marlowe’em, są podobieństwa stylu. Lilly jest świetnie dowcipny, strojny, upstrzony, ale mu czasem wymsknie się prawdziwie wdzięczna strofa, jak naprzykład w „the Maids Metamorphosis“ pieśń Elfów:

By the moon we sport and play,
With the night begins our day:
As we dance the dew doth fall,
Trip it, little urchin’s all,

Lightly as the little bee,
Two by two and three by three
And about go we, and about go we.

(Tańczmy i nućmy przy świetle księżyca,
Z nocą się nam dzień poczyna,
Rosa kroplami salę nam oświeca.
Chodźcie tu Elfów wesoła drużyna,
Swobodnie, lekko jako pszczółki lećcie.
Para z parą, z trojgiem troje,
Żwawo w koło duchy moje!)

Do poprzedników Szekspira liczy się też Robert Greene, (Grin) cztery lata od niego starszy, a tak samo jak Lilly, oxfordski wychowaniec i człowiek uczony, ale niepomierny hulaka. Greene nie dla samej pisał sceny, dramata jego nie odznaczają się ani kunsztowną budową ani szczególnym talentem. Jest ich sześć, oprócz pisanych na współ z Tomaszem Lodge: Historya Orland’a, Alfons król arragoński, Piotr Bako i t. p. Być jednak może, iż więcej bezimiennie pisał, bo oskarżał Szekspira o plagiat, a ze znanych sztuk jego, żadna treścią nie usprawiedliwia tego narzekania.
Współpracownikiem Marlowe’a był Tomasz Nash (Nasz), którego udziału w królowej Dydonie rozpoznać trudno, zdaniem krytyków. Obok niego idą jeszcze Kyd, autor „Hieronyma“ i tragedyi hiszpańskiej — ogniem i talentem Marlowe’owi pokrewny, w smaku nieodrodny syn swojego wieku; naostatek Jerzy Peele, znakomitej rodziny potomek, oxfordczyk także, którego wczesny talent niepomiernie wynoszono.
Był on jednym z nadwornych poetów królowej Elżbiety — primus artifex verborum swego czasu. Dramata jego: Edward Pierwszy, Powieść starej baby, Król Dawid nie odznaczają się ani siłą szczególną ani oryginalnością.
Gdy w roku 1583 Albert Łaski przybywszy do Anglii[18] zwiedzał uniwersytet w Oxfordzie i przyjmowany był z wielką czcią, jako osobliwie zalecony przez królowę Elżbietę, grano dla niego jedną ze sztuk Jerzego Peele, w której on sam nawet miał występować jako aktor.
Oprócz tych, z imion przynajmniej wspomnieć należy Wager’a (Uedżera) autora dramatu o Maryi Magdalenie, Wilmot’a (Uilmot) autora „Tankreda“, Garter’a, Wood’a (Uuda), Hughes (Jues), Legge (Leg), (Zniszczenie Jerozolimy) i t. p. Gdybyśmy mieli dosyć swobody do rozpisania się obszerniejszego w tym przedmiocie, samo wyliczenie tytułów sztuk grywanych przed wystąpieniem Szekspira, wykazałoby, jak już różnostronnie materyał dziejowy, legendowy, anegdotyczny był wyczerpanym. Zapożyczano zewsząd treści, a ostatecznie nawet z historyi Anglii; wszystko to jednak było suche, napuszone i bez życia.
Oprócz Marlowe’a i Lilly, a później Ben Jonson’a, mało kto odznaczył się instynktem formy artystycznej, pojęciom warunków architektury scenicznej.
Dwór, młodzież, panie wymagali rozrywki, wrażeń, dowcipnego słowa, nie pytając, w czyje było usta włożone, efektów i błyskotek: wątek sam był rzeczą może najobojętniejszą. Pospolicie sam tytuł obszerny wypowiadał treść całą sztuki, powtarzał ją prolog, przypominała pantomima poprzedzająca akt każdy. Sam przedmiot znany nie dopuszczał najmniejszej wątpliwości; poecie więc pozostawało tylko wyrobić szczegóły, dać barwę; do nich największą musiano przywiązywać wagę, na nie sadziły się dowcipy owych verborum artifices. Igra z wyrazem nietylko angielskim, ale łacińskim Lilly, podrzuca nim i bawi się Marlowe, obronić się wpływowi wieku było trudno; Szekspir w pierwszych swych dramatach bywa wyszukanym jak oni, mniej jednak i krócej schlebia złemu smakowi czasu. W Marlow’ie czuć już nadchodzącego Szekspira; niema wątpliwości, że on szczególniej na wykształcenie poety wywarł wpływ wielki i stanowczy. Marlowe, Lilly, Szekspir nie są wolni od dworskiego „eufuizmu“ od pewnych cech wspólnych stylu, formy, przesady — młody przybysz nastraja się w początku do tonu, jaki tu znajduje, lecz wprędce on sam nadaje ton i wiedzie za sobą.
Siedem teatrów, a raczej teatrzyków znaleźć miał Szekspir w Londynie; królowa miała swoich artystów, trzymali ich panowie, lord kanclerz i inni wysocy dygnitarze. Nie sama arystokracya zabawiała się przedstawieniami; na parter dopuszczano i lud, który do widowisk nabierał smaku i żywo się niemi, a hałaśliwie zajmował. Scena była w zupełnym rozkwicie ale też w zupełnem rozpasaniu, któremu przypomnienie dzieł klasycznych zaradzić nie mogło. Pisano szybko, ladajako a jaskrawo, przykrawano, piśmienniczą wartość sztuk nie ceniąc wiele, z dnia na dzień i bez jutra; drukowano niedbale, tak tylko aby się inne teatra kopiami temi posłużyć mogły. Przyznać należy, iż dla twórczego geniuszu pole i chwila, lepiej, szczęśliwiej przygotowaną być nie mogła.

III.

Rodzina, z której pochodził poeta, od XIV wieku osiadłą była w hrabstwie Warwick (Uorwik) i rozrodzoną. Należała ona do małych posiadaczy ziemskich (yeoman) i zajmowała się gospodarstwem koło roli, handlem, o ile on się z niem łączył.
Dziad Williama (Uiliam) Ryszard trzymał dzierżawą majętności od Roberta Arden, o trzy mile angielskie od miasteczka Stratford (Stretford), we wsi Snitterfield. Ten pozostawił po sobie dwóch synów: Henryka, który w Snitterfield został na gospodarstwie i Jana (John), który około połowy XVI wieku przeniósł się do miasteczka Stratfordu nad Avonem. W roku 1552 mieszkał on przy Henley-Street (Henli-Strit) we własnym domu. We cztery lata później nabył tu inny dom z ogrodem i kawałkiem pola przy Greenhill-Street (Grinhil-Strit). Rodzina była, jak się zdaje, na stan swój, zamożną i czynnie chodziła około spraw swoich. Zajęcia były rozliczne, gospodarskie, przemysłowe, handlowe, co się pobytem w mieście tłómaczy. Jan występuje w aktach miejscowych, już jako rękawicznik(?), jako kupiec zboża, jako rzeźnik i handlarz wełną. Trudno przypuścić, ażeby tak często zmieniał powołanie, prawdopodobniej szło to wszystko razem, a rękawicznictwo ustąpiło wprędce szerszemu gospodarstwu rolnemu, przy którem sprzedaż mięsa, zboża i wełny była rzeczą bardzo naturalną[19].
Jak w naszych małych miasteczkach, tak i w Anglii podówczas, wiele mieszczan miewało rolne gospodarstwa. Ojciec Szekspira ożenił się z córką zamożnej rodziny miejscowej i sam w mieście pełnił rozmaite urzędy. Powołanym był przez mieszczan do różnych posad ważniejszych. Żona jego Marya Arden, była córką tego Roberta Ardena ze Snitterfieldu, u którego ojciec Jana trzymał dzierżawę. Związek ten podniósł zapewne i na znaczeniu i majątkowo rodzinę. Stary Jan z kolei pełnił obowiązki nadzorcy sprzedaży chleba i piwa, później konstabla miasta, aż do najwyższych. Oprócz tego przez ożenienie się z panną Arden, nabył prawa przypomnienia nadanego dawniej szlachectwa i połączenia herbu swego z herbem Ardenów of Welsingeote (Uuelsindżot), o co się później postarano.
W roku 1564, gdy mu się syn William narodził, w domu przy ulicy Henley-Street (który się po dziś dzień zachował i zwiedzany jest przez tysiące pielgrzymów), Jan należał do zamożniejszych i znaczniejszych osobistości Stratfordu.
Żaden z rękopismów Szekspira nie doszedł do dni naszych; ale ten ubogi dom, w którym ujrzał światło dzienne, zachował się po dziś dzień. Wierną jego kopię widzieć można w Kryształowym pałacu w Londynie.
Szczupłe to, niepoczesne o dwóch oknach od ulicy domostwo. Izdebki w niem nizkie, ściany z muru w belki zakładanego, wewnątrz prostota wieku, każąca się domyślać obyczajów dawnych, które małem się obchodziły i o świetne pozory nie starały. Rodzina liczna, choć zamożna, mieściła się trochę ściśnięta, ograniczając się pierwszemi życia potrzebami. Urodzony (jak utrzymują) w kwietniu, ochrzczony w maju, młody William ginie nam z oczów w pierwszych latach młodości, o których brak podań i wieści. Wychowania tylko się domyślać możemy.
Istniała w miasteczku szkółka, w której uczono języków starożytnych „The Kings New School“; do tej młody William uczęszczać musiał, nie dłużej pono jednak jak do dwunastego roku, zatem niewiele tu z niej mógł korzystać. Znajomość nabyta w niej języka łacińskiego była bardzo małą, greckiego nie uczył się wcale, francuskiego, jeżeli coś umiał, to niewiele. Z pism późniejszych widać, że po angielsku czytał, co tylko się nastręczyło, że wiadomości różnorodnych nabył, a żywy umysł i talent wrodzony zastąpiły dlań systematyczną naukę. Nie ulega wątpliwości, iż nad tę szkółkę początkową żadnej innej nie widział i był, w całem znaczeniu tego wyrazu, genialnym samoukiem. Odgaduje się poniekąd ta natura żywa, ten umysł przenikliwy, do ślęczenia mozolnego niezdolny, wiedzy chciwy, dla którego dosyć było wskazówek, aby, przeskakując pośrednie stopnie, sięgnął od razu tam, gdzie zwykli ludzie przychodzą leniwo i powoli.
Do szkółki łacińskiej przyjmowano tylko osiadłych mieszczan, nie młodsze nad lat siedem, dzieci tak już przygotowane, ażeby czytać i pisać umiały. Chłopcy, z wyjątkiem pary godzin spoczynku, od szóstej rano do szóstej wieczór siedzieli w szkole. Głównie uczono ich języka łacińskiego, jako niezbędnego narzędzia do nabycia nauk innych.
O tych latach młodości podania są bardzo różne i niepewne, późno zbierane, zaledwie się z sobą pogodzić dające. Ben Jonson przyznaje mu zaledwie bardzo skromną języka łacińskiego znajomość. Malone z wielu wyrażeń prawniczych wnosi, iż musiał być jakiś czas skrybentem przy adwokacie, inni go czynią nauczycielem prywatnym na wsi (Aubrey), inni (Drake) praktyki prawa i t. p.
Tych wiadomostek, jakichby był w Oxfordzie mógł nabyć, nie miał poeta, ale naukę życia i człowieka, serca i charakterów niezrównaną. Prawda, że w Juliuszu Cezarze zegary biją na wieżach, że legionom rzymskim trąby grają, że w Ardeńskiej puszczy mieszkają u niego lwy i olbrzymie węże, że w Zimowej powieści Czechy leżą nad morzem... ale uczucie i namiętność mówią bez omyłki...
Co się tyczy tego czeskiego morza, nawiasowo uczynimy uwagę, że Szekspir znalazł je w starym dramacie, który za wzór mu służył.
Podanie utrzymuje, iż ojciec wcześnie Williama odebrał ze szkoły, biorąc go sobie do pomocy; drudzy mówią, oddając go na naukę do rzeźnika! Opowiadano nawet, iż zabierając się do zabijania cielęcia, przystępował do tego aktu z uroczystością wielką i deklamował doń patetyczną mowę. Z tego wszystkiego widać, iż życie niecierpliwe wrzało wcześnie, w młodzieńcu pragnącym się wyrwać na swobodę. Rozwijał się bardzo szybko, ciasno mu być musiało w tych szrankach, w których go trzymała wola ojca i stosunki domowe.
Od dwunastego roku, w którym, po pięcioletniem zapewne uczęszczaniu, szkółkę opuścił, do dziewiętnastego, gdy był zmuszony się ożenić, lat siedem spędził William w Stratfordzie, bujno dorastając i kosztując zakazanych owoców życia. Niedługo chyba trwać musiała (czy za karę?) owa nauka u rzeźnika. Wnosząc z charakteru i podań, musiały się zmieniać zajęcia, młodzieńcze hulanki, myśliwskie wycieczki, wczesne miłostki, z niemałem dla serca rodzicielskiego utrapieniem.
W sąsiedniej wiosce Shottery (Szotery) mieszkał zamożny właściciel kawałka ziemi Hathaway (Hasauej), który miał córkę już dojrzałą, bo dwudziestokilkoletnią. William zaledwie kończył rok dziewiętnasty. Siedem przeszło lat różnicy wieku nie przeszkodziły do zawiązania stosunków bardzo blizkich, tak blizkich, że małżeństwo stało się koniecznością. Ślub z panną Anną Hathaway odbył się przyspieszony za dyspensą biskupią, a w sześć miesięcy po nim, w maju 1583 roku, narodziła się córka Zuzanna.
Poza tymi faktami można się domyślać dramatu miłości potajemnej, stosunków kryjomych chłopca, który miał niewiele, z panną, która też niewiele mieć mogła, oporu rodziców, gniewu ojca, całego szeregu scen, zakończonych małżeństwem szczęśliwie. Ojciec Williama z tego powiększenia rodziny nie mógł być zadowolonym, liczne jego przedsiębiorstwa wplątały go w długi i interesa. Wiodło się staremu Janowi zrazu wybornie, urzędował ciągle (chociaż ani pisać ani czytać nie umiał), gdy w lat trzy po nabyciu nowych posiadłości na Henley-Street, szczęście się zupełnie zmieniło. Brnął w długi, ścigany był przez wierzycieli, w kłopotach majątkowych, zapominając o obowiązkach urzędu, ściągnął nareszcie na siebie odjęcie godności głównego aldermana, w roku 1586. W kilka lat później jeszcze tak musiał się kryć przed wierzycielami, iż do kościoła chodzić się lękał. Chciano z tego wyciągnąć wniosek, że rodzina potajemnie wiarę katolicką wyznawała, chociaż na to niema dowodu, a z pism wnosząc (Król Jan), trudno go nie uznać protestantem. Nie znajdujemy w nim nigdzie złośliwych wystąpień przeciw katolicyzmowi, ale to raczej przypisać należy charakterowi człowieka, pewnego rodzaju obojętności i sceptycyzmowi.
Ożenienie Williama niewiele przyczynić się mogło do poprawienia losu jego rodziny. Ojciec Anny sam miał liczne potomstwo, jak się z niedawno odkrytego testamentu jego okazuje. Nic prawie nie wiemy o pożyciu młodego małżeństwa, oprócz, że w następnym roku (1584) pobłogosławione zostało narodzeniem dwojga bliźniąt, Hamneta i Judyty. To pomnożenie rodziny, niedostatek domowy, ciężkie interesa ojca, przykre stosunki, chęć wyrobienia sobie samoistnie środków do życia — musiały skłonić Szekspira do opuszczenia rodzinnego miejsca, szukania zarobku i szczęścia w ognisku żywota Anglii, w Londynie.
Zbieracze późniejsi powieści i podań o poecie zapisali tradycyę, która długo mieściła się we wszystkich biografiach poety, jako jedyny powód oddalenia się jego, a raczej ucieczki ze Stratfordu. Chodziła po okolicy powieść, iż młody Szekspir był myśliwcem namiętnym, iż lubił polować na cudzą zwierzynę, szczególniej dokazując w parku niejakiego pana Tomasza Lucy w Charlecote (Czarlkot), któremu wyławiał króliki. Zagrożony procesem o kradzież zwierzyny, czyli też sądzony o nią, miał umknąć do Londynu! Ściślejsza krytyka powieść tę zbić usiłowała, chociaż w Wesołych kobietkach z Windsoru i Henryku IV, to nazwisko Lucy jest wyśmiane złośliwie[20].
Być bardzo może, iż jakieś zatargi istniały, że Szekspir lubił łowy w towarzystwie wesołych kolegów, że nie zawsze pytał o pochodzenie zwierzyny, gdy mu się ta nawinęła... Nie idzie zatem, żeby spór z p. Lucy zmusił go do ucieczki. W stosunkach familijnych aż nadto znajdujemy powodów do wyjazdu ze Stratfordu i gdziendziej ich szukać nie potrzebujemy.
Ubóstwo w domu, ciężkie interesa ojca, utrzymanie żony i trojga dzieci, potrzeba sprobowania sił swych młodzieńczych na szerszem polu, niemożność przedsięwzięcia czegoś w małej mieścinie, podawały myśl udania się do Londynu. Szekspir, jak to słusznie zauważono, miał w Stratfordzie zręczność spotykania się z wędrownymi artystami, polubienia sceny, poczucia w sobie do niej powołania. Musiał już być czytaniem obfitem przygotowany do poezyi, z któremi rychło po przybyciu do Londynu wystąpił, długiego nie potrzebując nowicyatu. Wydawano naówczas mnóstwo tłómaczeń i przerobień, które się w tanich drukach rozchodziły po Anglii; dla teatrów odbijano dramata. W tej literaturze domowej czerpał Szekspir więcej, niż ona pospolitym umysłom dać mogła. Geniusz jego dozwalał mu z tych amplifikacyi, niekształtnych form, dobywać prawdę i piękno niedostępne dla pospolitego tłumu. Jest to szczególnym darem umysłów tak uposażonych, że odgadują więcej, niż się uczą, im starczy najmniejsza skazówka, najsłabszy promyk, aby ich w światy dla drugich zamknięte wtajemniczył i wprowadził. Tak musiało być z geniuszem Szekspira, dla którego najlichsze książki i przedstawienia sceniczne stały się rewelacyą powołania, one były tą iskrą, co zapala i rozbudza. Pomiędzy artystami grającymi naówczas w Londynie znajdowało się wielu z okolic Stratfordu i hrabstwa Warwick; Heminge (Hemindż), który później wydał wszystkie dzieła poety, miał ze Stratfordu pochodzić; z Warwickshire wyszli także Slye (Slaj), Torley (Torly), Thom, Pope (Poop) i najsłynniejszy przyjaciel a towarzysz Szekspira, aktor Ryszard Burbadge (Borbedż), który, wedle wszelkiego podobieństwa, musiał być mu od młodości znanym. Burbadge stał na czele teatru Black-friars, i wpływowi jego najprędzej przypisać można przeniesienie się poety do Londynu. Wiadomo skądinąd, że w Stratfordzie, w Guildhall (Gildhol) grywali często wędrujący artyści. Tu się z nimi Szekspir musiał spotykać i nabrać ochoty do tego zawodu, który jego usposobieniom odpowiadał.
Domysły, iż nie zbyt szczęśliwe pożycie z żoną, o lat siedem starszą, przyczynić się mogło do ucieczki, nie są niczem usprawiedliwione. Jakiekolwiek były ich stosunki, to pewna, że poeta domu się nie wyrzekał, że do niego powracał co roku i o swych obowiązkach nie zapominał.
Scena dlań tylko była dwojakim chlebem: dla ducha i ciała. Serce w Stratfordzie pozostawił. Szukano w Sonetach śladów jakichś uczuć i stosunków serdecznych, któreby wniknąć dozwalały w zagadkę pożycia domowego, ale źródło to, najwierzytelniejsze może, ciemnem jest, gdy się je do oznaczonego okresu jakiegoś zastosować pragnie, niema w niem punktów oparcia i wskazówki. Malują one uczucia gwałtowne, miłości zawiedzione i szczęśliwe, które do wcześniejszych i późniejszych lat zarówno należeć mogą.
Wszystko zresztą w tem życiu, już dziś pokrytem mgłami, jest tajemnicą; śledząc pochodzenie większej części podań o Szekspirze, dochodzi się zwykle do zwątpienia o ich wiarogodności. Nieskończenie śmielej opierać się godzi na logice faktów, na rozwoju charakteru, jak z dzieł odgadnąć się daje, na pewnych prawach żywota, jakim wszyscy ulegają. Ze wszystkich tradycyi stratfordzkich o młodości poety, przedstawia się on nam podobnym do wielu innych bujnie wyrosłych i siłami niezwykłemi obdarzonych ludzi, którzy zrazu rozrzutnie i bez celu dzafują niemi. Myśliwstwo, zaloty, gospoda wesoła z dobrymi przyjaciółmi, wycieczki i figle trefne, żywe rozmowy, idą na przemiany. Na nich ten sił zbytek się zużywa, dopóki na drogę im przeznaczoną nie trafią.

IV.

Znalazł się Szekspir, przybywszy do Londynu, wpośród ziomków i znajomych, którymi w Black-friars Burbadge dowodził. Było to w roku 1586, chociaż data ściślej oznaczyć się nie daje. Towarzystwo to, składające się z najzdolniejszych i najlepszych aktorów Londynu, utworzyło się najprzód pod opieką lorda Leicester (Lester), a później przybrało tytuł aktorów lorda kanclerza.
Później stworzone, niedorzeczne plotki, mówią o tem, że młody William w początkach miał zająć stanowisko podrzędne, tak dalece, iż zmuszony był przybywających panów konie wierzchowe trzymać w czasie przedstawienia! Miał nawet do pomocy później najmować sobie uliczników, którzy otrzymali nazwisko chłopców Szekspira (Shakespeare’a boy’a). Druga, nie więcej warta tradycya powiada, iż wywoływał aktorów mających wychodzić na scenę i był tak zwanym: callboy. Wszystko to są wymysły, któremi niezręcznie chciano podnieść geniusz, wskazując poziome jego początki.
Burbadge z pewnością inaczej go musiał umieścić. Rozpoczął swój zawód od pomniejszych ról i od przerabiania a poprawiania licznych dramatów, które naówczas grywano. To połączenie autorstwa z aktorstwem było naówczas we zwyczaju. Peele, Marlowe i wielu innych pisali dla sceny i grywali na niej.
Zresztą, jeżeli mamy wierzyć Ben Jonsonowi, który utrzymuje, że w roku 1587 już pierwsza tragedya Szekspira (prawdopodobnie Tytus Andronikus) ukazała się na scenie, nie było czasu na owo trzymanie koni, ani na wywoływanie, lub geniusz musiałby z dziwną szybkością przebiedz wszystkie stopnie, które ulicznika od pisarza dramatycznego dzieliły.
Wspominaliśmy wyżej ówczesnych dramatycznych pisarzy, wszystkich niemal uczniów Oxfordu i Cambridge, przeładowanych nauką, przemądrzałych bakałarzy i magistrów, którzy dla miłego grosza nie wzdragali się jednak muzom swoim kazać dla teatru śpiewać. Cały ten zastęp już dosyć wziętych i wsławionych dramaturgów scenie panował. Łatwo sobie wyobrazić zgrozę, oburzenie, zazdrość, jaką obudzić musiał zuchwały samouczek, który nad ławę szkółki stratfordzkiej nie znał więcej, mało umiał po łacinie, nic po grecku, nie liczył się do dworzan Jego Królewskiej Mości, a śmiał chwycić się dramatów kleconych przez tak dostojnych mistrzów i począł je przeodziewać, przerabiać, barwić, zyskując niemal od razu powodzenie olbrzymie.
Pomiędzy spadłymi wkrótce z wyżyny i zaćmionymi zupełnie przez tego przybysza nieznanego, znalazł się Robert Greene (autor Orlanda, Alfonsa króla aragońskiego i innych dramatów), współziomek Szekspira, który z goryczą wystąpił przeciwko niemu w wydanem pośmiertnie pisemku wystosowanem do przyjaciół swych i towarzyszów, Marlowe, Lodge i Peele, pod tytułem „Za grosz dowcipu okupionego milionem zgryzoty“ (1592). Greene na łożu śmiertelnem zaklina swych przyjaciół, aby na przyszłość wszelkiego zetknięcia się z teatrem i artystami unikali.
„Gdyby smutne doświadczenie, odzywa się do nich, mogło was skłonić, abyście się mieli na ostrożności, nie wątpię, że na przeszłość spojrzycie z żalem, a na przyszłość z mocnem postanowieniem lepszego użycia czasu“. Szczególniej zaklina pełnego zdolności i nauki Marlow’a, aby swych darów nie marnował „na obdarzanie mową lalek, które z ust naszych słów pożyczają, kuglarzy, co się w nasze barwy stroją. Tak jak ja — dodaje — któremu oni winni są wszystko(?), jestem przez nich opuszczony, tak samo stanie się z wami, gdy się w mem położeniu znajdziecie. O! nie wierzcie im, pomiędzy nimi jest oto, podnosząca się Wrona, która serce tygrysie okrywszy skórą aktora, sądzi się zdolną biały wiersz wysztafirować tak dobrze jak każdy z was, i jako najwyborniejszy Jan Wszystkorobski (Joannes Factotum), wedle swojego pojęcia ma się za jedynego człowieka, co w kraju całą sceną trzęsie“[21].
Że się to stosuje do Szekspira, nie ulega najmniejszej wątpliwości, bo wyrazy: „serce tygrysie okrywszy skórą aktora“ są przegrywką do użytych przez poetę w Henryku VI (Część III, Akt I, Scena 4).
„Serce tygrysie skórą okryte niewieścią“.
Trzęsie sceną (Shake-scene), zawiera pierwsze zgłoski nazwiska Shake speare.
Być może, iż poeta ośmielił się poprawić lub przerobić, jak niektórzy sądzą, który z dramatów Green’a, wreszcie wziętość nowego pisarza, zaćmiewająca poprzednika, dostatecznie gniew tłómaczy. Teatr nie grywał Greene’a, bo wolał Szekspira. Zdaje się, że naówczas już przedstawiano przerobienia jego dramatów dawniej znanych na scenie: Tytus Andronikus, Perykles, Romeo i Julia, Sekutnica i t. p.
Gniew ten starego Green’a rzuca wielkie światło na nadzwyczaj szybko zdobytą sławę i wziętość poety, który potrafił zaćmić uczeńszych i starszych swych współzawodników w bardzo krótkim przeciągu czasu i trząsł sceną, jak się Greene wyraża, zyskał wprawdzie oklaski i wielbicieli, ale cała stara klika zajadle rzuciła się na zuchwałego samouka niepatentowanego. Byli to wszystko uczniowie uniwersytetów, graduowani, tytułowi, którym się zdawało, że oni jedni mają prawo wyłączne przemawiania językiem bogów do ludzi. Wschodząca gwiazda musiała wywołać zaburzenie i wrzaski. Bardzo być może, iż dla większego poniżenia tego śmiałka, zmyślono wówczas bajkę o trzymaniu koni przed teatrem, o wywoływaniu aktorów, o ucieczce ze Stratfordu przed sprawą z panem Lucy. Szekspir nie należał do towarzystwa tych pisarzy dramatycznych rozpasanego, zepsutego, żyjącego chwytanym i trwonionym po szynkowniach groszem, tarzającego się w najbrudniejszej rozpuście, do którego wchodzili Greene i Marlowe. Żył w innem kółku i stronił z początku od nich. Będąc razem aktorem i pisarzem, musiał pracować wiele, nieustannie, aby podołać obojgu. Praca ta, — czytanie dramatów, które potrzeba było zupełnie przesypywać i przetwarzać; szukanie przedmiotów nowych po książkach, trud umysłowy, samo współzawodnictwo z uczonymi — podziałać musiały silnie na rozwinięcie geniuszu, który szczupłymi zasoby sam sobie starczyć musiał.
Widzimy na Szekspirze to, co się prawdzi na wszystkich niemal geniuszach, — chronologiczny układ dzieł jego świadczy o ciągłym postępie i rozwoju. Mierność występuje zwykle z całym swym zasobem odrazu, ale nie posiada siły do dalszego wzrostu i rozwinięcia. Zostaje ona, jaką na świat przyszła, lub marnieje nawet i zużywa się rychło, gdy geniusz zwykle rozpoczyna słabo i ułomnie, ale wzrasta, olbrzymieje, spotęgowuje się szybko i długo, podnosząc się coraz wyżej.
Szekspir też w pierwszych swoich utworach zostaje pod wpływem poprzedników, czuć w nim wszystkie ułomności pierwowzorów; następnie coraz bardziej staje się sobą, targa te więzy, tworzy formy nowe i własne. Dzieje się to w ciągu czasu nader krótkiego, z szybkością zdumiewającą.
Wystąpienie Green’a przeciwko rosnącej sławie genialnego młodzieńca, nie jest jedynem — znajdujemy kilka podobnych alluzyi złośliwych przeciwko niemu, nie mogących się w tej epoce do nikogo innego stosować, dość zresztą wyraźnie napiętnowanych zazdrością mistrzów, którzy mieli więcej daleko łaciny i greczyzny niż geniuszu — Inde irae.
Tomasz Nash, satyryk, który w roku 1590 ogłosił swą „Anatomię niedorzeczności“ (Anatomie of absurditie), dotknął w niej już naówczas obiegających po rękach Sonetów Szekspira. Mówi w niej o „nowo zjawionych pieśniach i Sonetach, „które lada czerwononosy rzępoła nosi na sznurku“, a dalej o „ludziach, co z poezyi rzemiosło czynią, którzy z łgarstwa żyją, których cały majątek ruchomy baśnie stanowią. Dla tych, wiadomości są niepotrzebnym ciężarem — odrobinę płynnej wiedzy swojej rozlewają w krople i szynkują nią, nim napełnili statek i dali się jej ustać. Sprawdza się na nich to wyrzeczenie mowcy: ante ad dicendum quum ad cognoscendum veniunt. Nauka dla nich pogardzenia godną, bo nie jest intratną, dosyć im na elementarnych wiadomostkach, które ze szkółki wiejskiej wynieśli“.
Oprócz tego wstępu z satyry Nash’a, wskazuje jeden z nowszych niemieckich badaczów[22], z wielką trafnościa w Spenser’a — Łzach Muz (Tears of the Muses) dotąd źle zrozumianą złośliwą także alluzyę do Szekspira, gdzie mowa: „o grubej nieświadomości, o gminnym dowcipie i barbarzyństwie niedouczonych pismaków“. Szekspir czytał te Łzy Muz i uczuł się snać dotkniętym niemi, bo w Śnie nocy letniej, w ostatnim akcie napomyka żartobliwie „o łzach Muz nad zmarłą uczonością“ — nie przeszkadzało mu to gdzieindziej oddawać sprawiedliwość Spenserowi, którego szacował. Kąsano go tak zewsząd, na co niewiele zważać się zdawał; ogół miał upodobanie w jego pracach, znajdowały uznanie powszechne i przeciwko prądowi tak już występować było trudno, że H. Chettle (Czetl), który był wydawcą owej pośmiertnej broszury Green’a, napastującej Szekspira, a nawet Marlowe, do którego była wystosowaną, wyparli się wszelkiego z nią wspólnictwa przekonań.
Chettle, jako odpowiedzialny wydawca, znalazł się w konieczności tłómaczenia i objaśnienia, zwalając wszystko na zmarłego autora.
„Nie znałem, pisze, żadnego z tych dwu, którzy się poczuli obrażonymi (Szekspir i Marlowe). Z jednym z nich (Marlowe) nie życzę sobie nigdy zawierać znajomości; drugiego zaś (Szekspira), żem naówczas nie szczędził, tak jakbym sobie dziś życzył — żałuję najmocniej — jakby błąd cudzego pióra był moim własnym“. „Zaczepionego obejście się, jako człowieka, niemniej jest znakomite jak działalność jego w tem powołaniu, które obrał sobie. Wiele osób znacznych (divers of worship) poświadcza o zacności jego życia i cenią zarówno jego prawość jak wdzięk dowcipu, który dzieła jego znamionuje, kunsztmistrzowskich zdolności dowodzące“.
„Co się tyczy pierwszego, którego naukę wysoce szacuję, czytając dziełko Green’a, wykreśliłem z niego to, co mojem zdaniem, napisał w wielkiem rozdrażnieniu. Gdyby to nawet prawdą było, nie godziło się tego ogłaszać, i życzę, by mnie on nie gorzej sądził, niż zasługuję. Przepisując rękopis Green’a, w następujący sposób postąpiłem sobie. Był źle pisany, bo Greene często mniej starannie pisywał, trzeba go było przejrzeć, nimby poszedł do druku, gdyż był nieczytelny. Przepisałem go więc, idąc, o ile możności, za oryginałem, tylko w tym liście wykreśliłem coś, ale w całej książce nie dodałem ani słowa, tak, że to, co w niej się znajduje, Green’owi przynależy, a nie mnie, ani panu Nash’owi, jak niektórzy sądzili fałszywie“.
Zaklina się w końcu Chettle najuroczyściej, że tam słowa jego nie było.
Drogocenne to jest świadectwo współczesne o charakterze, stosunkach, o wielkiej a szybko uzyskanej wziętości Szekspira, która zmuszała do uniewinnienia się z napaści, wszystkich oburzającej.
Ówczesne życie aktora, którego stan był dosyć lekceważony, zmuszało zapewne Williama, jak innych towarzyszów jego, do uczęszczania do tych gospód, winiarni i szynków, w których inni poeci, artyści, aktorowie, ba! nawet i młodzież szlachecka większą część życia spędzała. Pozostało wspomnienie kilku takich gospód słynniejszych z czasów Szespira: Tabard, wsławionej przez Chaucer’a (Czosera), pod Łabędziem na Dowget (Dodżet), pod Infułą biskupią na Cheap (Czip), pod Głową Dzika (Boar’s-head), gdzie, wedle starego podania, Szekspir miał najczęściej gościć. Musiał się też gdzieś spotykać z owym nieprzyjaznym sobie Green’em i Marlow’em, gdyż zapamiętano żarcik jego z rubinowego nosa Green’a.
„Gdy pchła mu siądzie na nosie — miał powiedzieć William, — wydaje mi się jak czarna dusza w ogniu piekielnym“. Wiadomo też, że uczęszczał do Mermaid (gospody pod Syreną), gdzie dowcipem swym ścierał się z Ben Jonsonem, nie bardzo się lękając jego ciężko uczonych napaści. Zbierała się naówczas, jak po dziś dzień w Niemczech, różnolita ciżba po winiarniach i piwiarniach, grano w kości, rozprawiano, a poeci i artyści szukali w oryginalnych postaciach, jakie się im spotkać trafiało, wzorów do swych Falstaffów, Bardolfów i Pistolów.
Charakter wszakże i usposobienie młodego poety, ciągnęły go raczej ku wyższym towarzystwa sferom. Chettle już wymienia znakomite osoby, z któremi przestawał i które wysoce go ceniły z charakteru i talentu. Wiemy, że w szczególnych był łaskach u hrabiego Southampton (Suzamton), przyjaciela Essex’a, któremu w latach 1593 i 1594, przypisał wydanie poemata swoje (Venus and Adonis — The Rape of Lucrece). Stosunek z nim miał być bardzo blizki i ścisły; podanie mówi o znacznym podarku tysiąca funtów szterlingów, którym w pewnym razie hrabia miał przyjść w pomoc poecie. Hrabia Southampton jest jedną z tych postaci charakterystycznych, które cechę panowaniu Elżbiety nadają. Był to człowiek starannie wychowany w Cambridge i Grays’s Inn londyńskiem, utalentowany, szlachetny. Do teatru zbliżyły go stosunki ojczyma podskarbiego dworu, Thom — Heneage (Hinidż), który zarazem był nadzorcą scen i zabaw dworu. Southampton zajmował się gorąco nietylko sztuką dramatyczną, ale poezyą i literaturą i był mecenasem swojego czasu. W r. 1599 pisze w liście Rowland Whyte (Roland Huajt) do Roberta Sidney’a: „Southampton zupełnie dwór zaniedbał, bo co dzień teatr odwiedza“. Szeskpir przypisując mu Sonety, odzywa się do niego: „Miłość, jaką Waszej Lordowskiej Mości poświęciłem, nie ma granic“. Domyślają się, że pierwsze dwadzieścia kilka Sonetów poety odnoszą się do Miss Elisabeth Vernon, w której Southampton był zakochany i malują tę jego miłość — Miss Vernon była blizką krewną Essex’a, którego Southampton był też przyjacielem i wspólnikiem, czego omal nie przypłacił życiem.
Drugą bardzo znaczącą skazówką usposobień arystokratycznych i chęci zbliżenia się poufalszego do sfer, naówczas uprzywilejowanych pańskiego świata, jest ta okoliczność, iż Szekspir w roku 1596 skłonił ojca do podania prośby o przyznanie sobie herbu szlacheckiego, który po wielu przełamanych szczęśliwie trudnościach, w r. 1599 nadał im urząd heroldyjny. W patencie tym wspomniane są ważne posługi, jakie jeden z przodków poety oddał Henrykowi VII, za co obdarzony został nadaniem ziemi w hrabstwie Warwick.
Szlachectwo naówczas w Anglii, jak w całej Europie, miało wielkie społeczne znaczenie, uprawniało ono do obcowania na stopie równości z panami i dworem, a przyznanie go dowodzi, jakie było stanowisko człowieka, co je mógł otrzymać. Biografowie poety wnoszą z tego i z Sonetów, że William musiał też być przyjmowanym w żeńskiem towarzystwie pań dworu królowej Elżbiety, i że z nich czerpał wzory do swoich pięknych charakterów i postaci niewieścich. Na Sonetach wszakże tyle oparto różnych domysłów, tyle z nich wyciągano wniosków, iż wielce wreszcie ostrożnym być należy ze zbytecznem ich naciąganiem. Jawnem to tylko jest ze wszystkich świadectw współczesnych, iż Szekspir, którego zazdrość malować chciała jako nizko stojącego człowieka, wcale niepospolite umiał sobie wyrobić w świecie stosunki i stanowisko. Winien je był nadzwyczajnym zdolnościom swym, dowcipowi, miłemu obejściu się z ludźmi, szlachetnemu charakterowi. Pomimo napaści, które łatwo mógł odpłacić równą monetą, nigdzie się w nim nie spotyka zażartości i gniewu przeciwko nieprzyjaciołom, co najwięcej żarcik trafny i półsłówko dowcipne.
Więcej może od dramatów zjednały mu naówczas sławy poemata i Sonety, które w wyższej stały cenie i uważały się za dowodu talentu daleko większego znaczenia, niż sztuki pisane dla teatru i przeznaczone na rychłe zapomnienie. W r. 1598, Meres (Mirs) pisze o nich: „Jak mniemano, że dusza Euforba żyje w Pythagoresie, tak możnaby sądzić, iż słodki, wytworny duch Owidiusza przez miodowe usta Szekspira przemawia w jego Wenerze i Adonisie, w Lukrecyi, w miłych Sonetach“. — Sonety te, naówczas jeszcze niedrukowane, chodziły z rąk do rąk i były powszechnie ulubionymi. Chociaż zarzut samouctwa i braku wykształcenia spotykał zrazu, jakeśmy widzieli, dramatycznego poetę, — poemata i sonety dowodziły umiejętnego władania językiem, wyobraźni żywej, myśli bogatej, barw świetnych, do których zasobów bez oczytania i pracy przyjść było niepodobna. Sonety i poemata odparły najdzielniej zarzut czyniony autodydaktowi, że się nic nie uczył i nic nie umiał[23].
Pokrewieństwo ich z dramatami jest wielkie, mnóstwo myśli w formach tych samych powtarza się w obu, całe wyrażenia i wiersze nawet. Porównanie troskliwe wykazuje w nich pomysły, które w Romeo i Julii, Dwóch panach z Werony, Hamlecie, Śnie nocy letniej, znajdują się rozwinięte. Nie dowodzi to, zdaniem naszem, współczesności tych utworów z sobą, jak sądzi Bodenstedt, owszem chyba przeciwnie. Jest w naturze siły twórczej, iż się w jednej formie raz po raz nie powtarza, ale w pewnych odstępach czasu. Fakt to psychologiczny, niezaprzeczony. Powtarzania się, w umysłach tak płodnych jak Szekspira, są nieuniknione, ale nigdy nie następują po sobie bezpośrednio, a rzadko ze świadomością czynu. Echo myśli z pewnego oddalenia się odbija.
Dowody, jak sława Szekspira u spółczesnych już była wielką, wyszukali starannie angielscy badacze. W r. 1696 zjawia się sonet: „Ad Guliclmium Shakespeare“ sławiący słodkobrzmiące słowo jego i kunszt, z jakim tworzył swe poemata, a po nich podnoszący Romea i Ryszarda. W r. 1598 wspomniany już Meres mówi o Szekspirze jako o poecie, stawiąc go obok najsłynniejszych, porównywając z Owidiuszem. O dramatach zaś pisze:
„Szekspir w obu rodzajach (komedyi i tragedyi) jest najznakomitszym angielskim dramatycznym poetą. Na dowód tego przytoczyć możemy „Komedyę omyłek“, „Stracone zachody miłości“, „Opłacony trud miłosny“ (ma to być zapewne: „Wszystko dobre, co dobrze się kończy“), „Sen nocy letniej“, „Kupca weneckiego“, a z tragedyi jego: „Ryszarda II“, „Ryszarda III“, „Henryka IV“, „Króla Jana“, „Tytusa Andronika“ i „Romeo i Julię“. Gdyby muzy po angielsku mówiły, zapożyczyłyby u Szekspira jego pięknie wykończoną mowę“.
Tak więc owe napaści uczonych, owe szyderstwa z nieuka, który wyszedłszy z wiejskiej szkółki, stołecznym uczonym śmiał sławę i chleb wydzierać, zamilknąć musiały, poeta nie odpowiadał nic na te wrzaski, rzadko przeciwko nim na obronę używając dowcipu, pracował z poczuciem swej siły i zwyciężył.
W roku 1596 zmarł Szekspirowi syn jego, Hamnet (Hamlet), którego imię nie zdaje się być w takim związku z tragedyą podobnego tytułu, jak niektórzy badacze dowieść usiłowali. Poemata powtarzały się w kilku szybko po sobie następujących wydaniach. Drukowano także, bez wiedzy autora, dla artystów scen prowincyonalnych i mnożących się teatrzyków, (nie dla czytelników) Romeo i Julię, Ryszarda II i III, część pierwszą Henryka IV, Ugłaskanie sekutnicy i t. p.

V.

Wziętość teatru rosła, liczba też scen w stolicy powiększyła się w tym czasie. W rok po otwarciu sceny w Blackfriars (Czarne Mnichy) powstały dwa teatrzyki, w roku 1578 liczono ich już osiem, pomimo, że duchowieństwo i kaznodzieje przeciwko temu upodobaniu w błazeństwach gorąco powstawali. Teatra te nosiły dla rozróżnienia rozmaite nazwiska: Kortyna, Róża, Łabędź, Nadzieja i t. p. Niektóre z nich wprawdzie ledwie na imię teatrów zasługiwały, i więcej w nich piwa szynkowano niż dowcipu. Aktorowie lorda kanclerza, do których towarzystwa należał poeta, grający w Black-friars, z powodu szczupłości miejsca, a nacisku widzów, zamierzyli pobudować teatr letni, któryby więcej osób mógł objąć. Zatrzymywali dawny na przedstawienia zimowe. Teatr nowy, nazwany „Globus“ kosztem spółki samych artystów wznosić zaczęto, na południowym brzegu Tamizy. Jak inne, był on drewniany, zewnątrz ośmioboczny, owalny w pośrodku. Scena nie była tak ściśle od widzów odgrodzoną jak dzisiaj, a na parterze spektatorowie stać musieli, bo ławek nie było. Zasłona podnosiła się tylko raz na początku przedstawienia, a między aktami krótkie przestanki wypełniała muzyka. Dla znakomitszych gości urządzone były loże pokryte, gdyż parter dachu nie miał. Dekoracye, wcale nie wytworne, starczyły z małemi akcessoryami do zmian, którym żywa wyobraźnia dodawać wiele musiała. W dawniejszych dramatach, poprzedzający akty chór oznajmywał, gdzie się czynność miała odbywać, inaczej trudnoby się było tego domyśleć. Filip Sydney, w roku 1583 tak opisuje ówczesną scenę angielską:
„Po jednej stronie mamy Azyę, po drugiej Afrykę lub inne jakieś państwo, tak, że występujący aktor od tego zaczynać musi, że powiada, gdzie się znajduje. Wtem ukazują się trzy damy zbierające kwiaty, oznacza to, że teatr ma ogród przedstawiać. Wkrótce potem słyszymy o rozbiciu okrętu i wstydby nam było, gdybyśmy sobie nie wyobrazili, że teatr przedstawia skałę. Z głębi jego występuje okropna potwora, ogniem ziejąca i dymem, oczywista rzecz, że musim się przenieść do piekła. Wtem zjawiają się dwa wojska, które reprezentują cztery miecze i tyleż tarczy; jakieżby serce było tak nieczułe, by się nie domyślało, że teatr przedstawia pobojowisko?“
Z niektórych współczesnych opisów widać, że teatr przybierano w draperye i kobierce, których barwy ciemne lub wesołe były w związku z wesołą lub smutną dramatu treścią.
Na samej scenie, obok artystów, kręciła się młodzież, panicze, „gentleman of the stage“ stała, rozsiadała się, z fajkami, kuflami i służbą, którą prowadziła za sobą. Nie bardzo to pomagało artystom. Stroje aktorów wcale do historycznej ścisłości nie miały pretensyi. Kobiece role grali długo młode chłopcy; kobiety nie występowały na teatrze, a dla widzenia sztuki nawet przybywały zamaskowane. Nie potrzebowano więc tak bardzo słów ważyć, i język mógł z całą swą wyrazistością na scenie być użytym. Nie podpada wątpliwości, że Szekspir sam występował jako aktor na teatralnych deskach, ale o grze jego niema nigdzie wspomnienia. Zdaje się, że dla pięknej jego i szlachetnej powierzchowności, powierzano mu szczególniej rolę królów i książąt. Rowe (Rou) dośledził, że w Hamlecie grywał rolę Ducha Ojca; Davies’a wiersz (1611 roku) do angielskiego Terencyusza, P. William Szekspir, powiada: „gdybyś nie był powołanym do grywania roli królów, godzienbyś był ich społeczeństwa“.
Tak nieznużenie pracując umysłem i osobą swoją, poeta potrafił znacznie polepszyć byt swój i rodziny, która w ciągu tego czasu pozostawała, jak się zdaje, w Stratfordzie. Z oszczędności teatralnych zaczął tam robić nowe nabytki posiadłości.
W rok po śmierci syna, Hamneta (1597) kupił Szekspir własność za sześćdziesiąt funtów, dom duży (the great house) z ogrodem, szopami i przyległościami. Musiała tam tymczasowo zamieszkiwać jego rodzina. Ze spisów i regestrów miejskich okazuje się, że liczono Williama do ludzi zamożniejszych, że się doń zgłaszano o pożyczki, że później inne domy na wsi kupował. W roku 1602, nabył dom mały, niepodal od wielkiego domu swego, a wkrótce potem folwark i znowu ogród i szopy. Brat jego zawiadywał tem wszystkiem w jego nieobecności.
Zmysł praktyczny, jaki się w sprawach powszednich okazuje z tego, dowodzi przynajmniej życia skromnego, przywiązania do rodziny i miejsca, tego co się u nas statkiem zowie. Gdy inni poeci tarzali się po szynkach i wiecznie byli żądni grosza, on go przysparzał rządnością i myślał o jutrze. Nie jest to dowodem chłodu i zimnego temperamentu, ale przywiązania do rodziny i pamięci na ubóstwo, z którem musiał walczyć w latach młodości.
Powodzenie majątkowe szło razem z rosnącą sławą, chociaż mnogie wydania poezyi i dramatów nic mu przynosić nie mogły, bo niemal wszystkie bez wiedzy jego i podstępnie były robione. Musiały się jednak rozprzedawać łatwo, gdyż powtarzały się szybko i drukarze dla zwiększenia książek dodawali do nich apokryfy.
W dziesięć lat dobił się poeta geniuszem swym i pracą, sławy i skromnego mienia. Stanął już na tem stanowisku, że mógł być drugim pomocą. W roku 1598, słynny później Ben Jonson pierwszą swą komedyę „Every man in his humour“ przedstawił do grania aktorom lorda kanclerza. Przeczytano ją i już miano zwrócić autorowi, znalazłszy wcale się nie zalecającą, gdy Szekspir rękopism przejrzawszy, zawyrokował, że powinna być przedstawioną.
W późniejszych swych stosunkach Ben Jonson, należący do „uczonych“, grał rolę nie zawsze przyjazną dla poety, umiał go jednak cenić i geniusz jego uznawał. W jednym z pism swych powiada o nim: „Przypominam sobie, że aktorowie szczególniej Szekspira z tego wychwalali, że nigdy w pismach swych ani jednego nie przemazał wiersza. Jam na to odpowiadał: bogdajby był tysiące wykreślał. Brano mi to za złe. Dziś przypominam to dla tych, których przyjaciele właśnie z tego chwalą, co w nich jest wadą“.
Ben Jonson, Szekspir, Beaumont i Fletcher schodzić się mieli, jak twierdzi podanie, w gospodzie pod Syreną (at the Mermaid). Tam na wesołych żartach, na dowcipach, na trafnych ucinkach, czas najmilej spędzano. Porównywano dowcip Bena Jonson’a do ciężkiego hiszpańskiego galionu, poruszającego się z trudem i powoli, a Szekspira do zwinnego, lekkiego wojennego angielskiego okrętu.
Na rachunek tych wesołych towarzyszów mnóstwo potworzono anegdot, z których mało nosi na sobie piętno prawdy. Są one wszystkie późniejszego pochodzenia, spisywane z posłuchów, a niektóre płyną ze źródeł więcej niż podejrzanych[24].
Wśród rozbudzonych silnie umysłów, ludzi rozgorączkowanych, namiętności wrzących, wśród tych rozlicznych prądów gwałtownych, które cechują panowanie Elżbiety, Szekspir jakby w atmosferze ognistej, krew i myśl pobudzającej, spędził okres najżywszej swej działalności w Londynie. Epoka to była dziwnie sprzyjająca rozwinięciu się dramatycznemu poety, dramatyczna sama, młodzieńczego ducha, pełna siły i porywu, żądz ogromnych i czynów wielkich.
Dosyć spojrzeć na dwór i otoczenie Elżbiety, na wypadki tego panowania, na Anglię w walkach rosnącą. Słońce tych dni odrodzenia wykłuwało ludzi takich jak Walter Raleigh (Rele), jak Bakon, Harvey, Hobbes, Szekspir i Ben Jonson. Przyświecało ono żywemu dramatowi Maryi Stuart, ściętej z rozkazu Elżbiety w roku 1587, rozbiciu hiszpańskiej Armady, zwiastującemu przyszłą morską potęgę Wielkiej Brytanii. Są w dziejach takie doby szczęśliwe, których zarody leżą gdzieś w mroku; nagle wszystko się budzi do życia niepohamowanie, gwałtownie, ludzie rosną do niezwykłych rozmiarów, społeczność uczuwa w sobie ochotę, i moc do życia a czynu; rycerze, poeci, mędrcy, wodzowie na bujnej roli razem, jakby na dany znak, podnoszą się.
W takiej to chwili wzrostu i siły danem było żyć poecie, który też z ogólnego skarbca ducha narodowego czerpał część energii swojej. Wszystko sprzyjało rozpromienieniu się geniusza, który ująwszy dramat jako tkankę niekształtną, zostawił go po sobie wspaniałą, jednolitą, tysiącem szczegółów ozdobną budową.

VI.

W pierwszej epoce działalności swojej poeta, jakeśmy wspominali, rozpoczął od przerabiania gotowych dramatów, jakie znalazł grywane i upodobane na teatrze. Była to jedna z najniewdzięczniejszych prac, w której samoistności okazać nie mógł, ale była to może zarazem, jako pewnego rodzaju gimnastyka, praca najwłaściwsza do wdrożenia, do wtajemniczenia człowieka i nadania mu wprawy. Słuchacze wymagali znanych sobie i ulubionych, nietylko przedmiotów, ale nawet scen i sytuacyi, poeta potrzebował je tylko odświeżyć, ubarwić, odmłodzić i ożywić. Dla umysłu, pełnego sił niezużytych, było to łatwem.
Krytycy angielscy, opierając się na ścisłych badaniach, do pierwszych takich przerobień liczą Tytusa Andronika, Peryklesa, pierwszą część Henryka VI, na której widne są ślady najmniej trzech po sobie następujących przerobień, Komedyę omyłek (z angielskiego przekładu Menechmów Plaut’a) i Ugłaskanie sekutnicy. Niektórych z tych sztuk doszły nas stare teksty pierwotne, dozwalające osądzić, jak nieskończenie to obrobienie niezgrabne dramata zmieniło. O każdej z tych sztuk obszerniej nieco mówimy we wstępach do nich, tu tylko pobieżne wspomnienie, dla wskazania sposobu, jakim Szekspir pracował i stopniowej emancypacyi geniuszu.
Jeden z najpierwszych, Tytus, zdaniem powszechnem i wedle świadectwa XVII wieku, zaledwie cokolwiek miał być poprawionym, tak, że nietylko pierwotny wątek, ale charakter i ton pozostał nietkniętym. Tak samo prawie Perykles, którego jedni przyznają, drudzy przyjąć nie chcą za dzieło Szekspira, jest prawdopodobnie nieśmiałą próbą młodzieńczą, o której zresztą tekst, jaki nas doszedł, błędny i popsuty, osądzić nawet ostatecznie nie dozwala.
O Henryku VI, wszystkich trzech częściach, historyi walki domów Lancaster i York, zdania są wielce podzielone. Malone (Malon) pierwszej wcale nie chce przyznać naszemu poecie, inni dwie następne sądzą być przerobieniem i poprawą dawniejszych dramatycznych historyi. Naostatek nowsza krytyka w dwoistych wydaniach, od siebie różnych, tej trylogii dramatycznej, widzi młodzieńczą Szekspira pracę, przez niego samego później wykończoną. Dodać należy, iż wydania pierwotne nie mają na sobie imienia poety.
Do tej pierwszej epoki odnosi się także niewątpliwie komedya: „Dwaj panowie z Werony“, przerobiona z dawniejszej: Felix and Philiomena (1584), na której znać młodzieńcze i mniej wprawne pióro. Szekspir sam motywa w niej użyte daleko umiejętniej spożytkował w znacznie późniejszej pracy, powtarzając nawet sceny niektóre. Tu jednak są już znakomite piękności liryczne i czuć rękę mistrza.
Do młodzieńczych prac liczą też: „Komedyę omyłek“ (1591?), której treść wziętą jest z Plauta, ale nie wprost, jak się zdaje, tylko z dawniejszego lichego układu: The History of Errors, ze znakomitą już techniki teatralnej znajomością.
Jedną z najdowcipniejszych prac młodzieńczych, jest: Love’s Labour’s Lost, w której kunsztownym języku widzą krytycy wpływ eufuizmu Lilly’ego. Źródło powieści dotąd jest nieznane.
Zresztą co do ścisłego chronologicznego ugrupowania dzieł wszystkich, zachodzą trudności niezmierne i zdań różnice. Najsłabsze tylko i najznakomitsze noszą na sobie cechy wybitne i niezaprzeczone pierwocin niewprawnego pióra i szczytu doskonałości, do jakiej geniusz nieprześcigniony dorosnął.
W drugiej epoce dojrzałości, zrodziły się dramata: Romeo i Julia, Sen nocy letniej, Kupiec wenecki, (niektórzy mieszczą tu Ugłaskanie sekutnicy), Wesołe kobiety z Windsoru, Wiele hałasu o nic, Hamleta (pierwszego?), Jak się wam podoba? i t. d. Do tej epoki należą histories, czyli dramata historyczne: Ryszard III, Ryszard II, Henryk IV (obie części?), Henryk V, wedle niektórych Król Jan. O dramatach tych, które pojedynczo, w różnych czasach powstawały, to tylko powiedzieć tu możemy, że wyczerpnięte z historyi Holinsheda, szczególniej pojęciem i plastycznem przedstawieniem charakterów się odznaczają. W nich Szekspir jest twórcą, wskrzesicielem przeszłości, ale wcale nie w tym sposobie, jak my to dziś pojmujemy. Dla odmalowania wieku nie potrzebuje on typów i abstrakcyi, uosobień i wcieleń, zgaduje ludzi, maluje charaktery, które były tworem epoki i najlepiej ją przedstawiają sobą. Wszystkie pierwiastki ówczesnego życia występują na scenę, najwznioślejsze i najgminniejsze, tragedya i komika, ideały i plugastwa, a nigdy ideał nie przechodzi zakresu ludzkiej natury, ani plugactwo, nawet karykaturalne nie jest bez znaczenia i charakteru. Połączenie tych pierwiastków tak, jak je z sobą łączy rzeczywistość, idea moralna panująca ponad rozwinięciem dziejów, niezmierna siła w pojedynczych scenach, nadzwyczajna barw rozmaitość, intuicya prawdy, przeczucie jej w historyi, odznaczają dramata dziejowe Szekspira, których żaden z mnogich naśladowców formy jego doścignąć nie mógł potęgą ducha.
Gervinus do trzeciej epoki, najwyższego rozwoju poety, odnosi: Miarka za miarkę (właściwiej po polsku: Jaką miarą mierzysz, taką ci odmierzą), Otella, Hamleta (drugiego), Macbetha, Króla Leara, Cymbelina, Troila i Kressydę, Cezara, Antoniusza i Kleopatrę, Koryolana, Tymona, Burzę, Zimową powieść, Henryka VIII.
Wielu badaczów jest tego zdania, że Burza była ostatniem dziełem Szekspira. Ta epoka jest arcydzieł dobą, bo poeta nie zużywszy się, w pełni sił usunął się od sceny; do niej należą: Hamlet, Otello, Król Lear, Macbeth. Wybór przedmiotów sam wskazuje mistrza, najwznioślejsze zagadki życiowe rozwiązują się w nich, oświetlone potęgą fantazyi najbujniejszej, najśmielszej w rzeźbieniu nieskończonych szczegółów.
W tych wszystkich osnowach dramatów, w których jest tak oryginalnym poeta, jakeśmy już wspomnieli, nie sili się na pomysły własne, na znalezienie treści nowej, na stworzenie motywu; owszem z umysłu bierze ograne temata. Wszystkie bez wyjątku dramata osnute są na starych powieściach, podaniach, legendach, na historyach znanych i śmiało przywłaszczonych. Romeo i Julię czerpie poeta z powieści włoskiej, w przerobieniu Artura Broke (Brok) (1562), Sen nocy letniej tworzy z podań prastarych, których część winien Chaucerowi (The Kings Tale), Kupca weneckiego pożycza z nowelli Fiorentiniego, Wesołe kobiety składa po trosze z włoskiego materyału, Wiele hałasu o nic, bierze z Bandella, Hamleta z Saxo-Grammatyka, Króla Leara z Holinsheda, Macbetha z Buchanan’a i t. p. Godna uwagi, że gdy rys jaki z życia studyować może, woli z natury go zaczerpnąć niż z fantazyi własnej. Tak do Hamleta swojego zdaje się chwytać pewne wskazówki Montaigne’a, zaczerpnięte (Ks. II, Rozdział 12) przez niego z widoku Tassa obłąkanego w Ferrarze.
Instynktowo czuje on tę prawdę, że oryginalność i nowość nie spoczywa w treści samej, ale przeważnie w szczegółach, w charakterach, w postaciach, w piętnie, jakie nadaje geniusz wszystkiemu, czego dotyka. Nie trzyma się Szekspir niewolniczo osnowy danej, zmienia ją, przerabia dowolnie, a w Hamlecie po dwakroć probuje coraz inaczej ustawiać charaktery dla osiągnięcia jak najpotężniejszego efektu; — lecz główną fabułę czerpie z tych odwiecznych legend, w których wyraża się, rzekłbym, tradycya fantazyi ludzkiej. Treść, na której stworzenie wysila się pojedynczy człowiek, zawsze ma w sobie coś naciąganego, sztucznego, gdy legendy snują się około zadań rzeczywistych, około wiecznych zagadek człowieka, powtarzając je po całej kuli ziemskiej jakby postulat wieków, przemawiający do serca i umysłu każdego. Lud, jakeśmy to mówili gdzieindziej[25], ma powołanie dostarczania wieszczom zdrowej do pieśni osnowy; on ją przygotowuje dla nich bezwiednie, ledwiebyśmy w dziejach poezyi znaleźli przykład arcydzieła, któreby z tego materyału nie było stworzone. Tak samo we wnętrznościach gór natura tworzy biały marmur, z którego rzeźbiarz posągi wykuwa.
Na tle tem danem poeta pracuje, stąpając śmiało, a im czerpie z bliższych siebie podań, z utworów pokrewnego ducha (narodowego), tem łatwiej zespala się z nimi i potężniej nimi włada.
Geniusz poety z charakterem człowieka razem się jednoczy dla stworzenia arcydzieła. Słusznie też Bodenstedt zamyka uwagi nad dramatami Szekspira temi pięknemi słowy:
„Jego wszystko przenikający geniusz czynił go zdolnym do tak różnorodnych utworów; ale charakter sam dawał mu siłę wypiętnowania na nich tak dobitnej własnej cechy. Dlatego, że się czuł pokrewnym wszystkiemu, co wielkie, piękne i wzniosłe, umiał po królewsku przemawiać przez królewskie usta, po bohatersku mówić ustami bohaterów, wdzięcznie przez usta szlachetnych swych niewieścich postaci. Dlatego, że miał w sobie statek i moc nad sobą, a mimo to znał całą namiętności potęgę, umiał malować ich siłę porywającą i z kunsztowną swobodą panować nad nią. Dlatego, że był człowiekiem w najpełniejszem wyrazu tego znaczeniu, nic dlań ludzkiego obcem nie było, w każdem położeniu znaleźć się umiał, a rzeczywiste piękno widząc tylko w prawdzie, naturę i prawdę czynił mistrzami życia swojego i twórczości. I przeto też dzieła jego takie na nas czynią wrażenie“.
Do tego sądu dołóżmy, co o nim Taine, dobitniej charakteryzując go jeszcze, powiada w historyi literatury: „Miał jedną z tych dusz wrażliwych, które jak narzędzia muzyczne, za najlżejszem drgają dotknięciem. Ta czułość nadzwyczajna naprzód w nim uderza“. „Mój miły Szekspir, słodki łabędź z nad Avonu“, powiada o nim Ben Jonson, potwierdzając, co świadczą współcześni; serdecznym był i dobrym, w obejściu uprzejmym, z natury otwartym i szczerym, jak wszyscy artyści unosił się łatwo, ale też wywnętrzał ochoczo jak prawdziwy artysta; musiano go kochać, lubiono z nim żyć. Nie może być nic przyjemniejszego, bardziej pociągającego nad ten wdzięk, ten urok półniewieści w mężczyźnie. W rozmowie umysł jego był żywy, dowcipny, zwrotny, wesołość miał połyskliwą, wyobraźnię łatwą i tak obfitą, że, wedle świadectwa towarzyszów, nic raz napisanego nie zmazał nigdy; przynajmniej pisząc scenę na nowo, zmieniał myśli a nie słowa, tworząc powtórnie, a nie umiejąc skrobać i gładzić swych wierszy.
„Wszystkie rysy jego tworzą jeden — geniusz jego był sympatyczny; rozumiem przez to, iż umiał, wychodząc z siebie, przybierać postacie wszelkie, jakie wymyślał. Obejrzyjcie się na wszystkich wielkich artystów swojego czasu, starajcie się do nich przybliżyć, spoufalić z nimi, przypatrzeć się ich myśleniu — a poczujecie całą moc tego wyrażenia. Instynkt nadzwyczajny dozwala im wnet postawić się w miejscu drugich: w ludziach, zwierzętach, roślinach, kwiatach, krajobrazach, w każdym przedmiocie ożywionym czy martwym, czują natychmiast zaraźliwie siły i prądy, które tworzą ich zewnętrzną postać, dusza ich do nieskończoności różnostronna, staje się przez te nieustanne metamorfozy rodzajem mikrokosmu. Dlatego zdają się żyć więcej niż drudzy ludzie; nie potrzebują się uczyć, odgadują. Widziałem niejednego z nich, ze zbroi, ze stroju, ze zbioru sprzętów, wnikającego głębiej w średnie wieki, niż trzech razem zbitych uczonych. Odbudowują, tak jak tworzą, naturalnie, śmiało, z natchnienia, które jest rozumowaniem uskrzydlonem“.
„Szekspir odebrał wychowanie połowiczne, umiał po łacinie mało, nic po grecku, trochę po francusku i włosku, więcej nic; nie podróżował, czytał tylko, co mu powszednia literatura przyniosła; po kancelaryach małego miasteczka pochwytał trochę wyrazów prawniczych — a obliczcie, jeśli możecie, jak znał człowieka i dzieje. Ci ludzie widzą zarazem więcej niż jeden przedmiot, obejmują go pełniej niż inni, żywiej i głębiej — umysł ich przepełniony wylewa za brzegi. Nie starczy im proste rozumowanie; potrąciwszy o myśl, cała ich istota, rozwaga, obrazy, wzruszenia, w nich drgają. Więc lecą, myśl ich mimiką się wyraża, płyną porównania, wymyślają, tworzą, nawet w rozmowie są fantazyi i twórczości pełni, a język ich przybiera formy śmiałe, zuchwałe, niekiedy szczęśliwe, zawsze niezwykłe, pod wodzą kaprysów i skoków improwizacyi awanturniczej, uniesienie, blask ich słowa dziwny, dziwne jego skoki i przeloty wiążą z sobą myśli odległe, pożerają przestrzenie, przechodzą z patos do śmiechu, z gwałtowności do słodyczy“.

VII.

Na najwyższym szczeblu swej sławy, Szekspir niejednokrotnie, wedle podań, miał grywać przed królową Elżbietą i jej dworem, a był u królowej w łaskach. Szczególniej typ Falstaffa tak się jej miał podobać, iż zażądała, aby go powtórnie w innej sztuce zakochanym przedstawił. Ta wola królowej miała podać myśl do Wesołych kobiet z Windsoru. Królowa Elżbieta lubiła przedstawienia sceniczne, a że otoczenie zawsze naśladuje panujących i gusta ich przejmuje, zajmowali się niemi i dworscy, co się do rozkwitania teatru wielce przyczyniało. Mimo despotycznego i okrutnego charakteru Elżbiety, powodzenie jej i potęga, jaką państwo za panowania tego nabyło, czyniły popularną królowę. Szekspir z innemi dzielił uwielbienie dla swej monarchini, czego dowodem jest ów znany ustęp w Śnie nocy letniej:

A fair vestal throned by the west etc.

W marcu roku 1603