Villette/Tom II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charlotte Brontë
Tytuł Villette
Rozdział Szczęśliwe stadło
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. Villette
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
CHARLOTTE BRONTË
VILLETTE
TOM DRUGI
WYDAWCA
TOWARZYSTWO WYDAWNICZE „RÓJ“ Sp. z o.o.
Warszawa — Kredytowa i

Tytuł oryginału
VILLETTE
Przełożyła
R. CENTNERSZWEROWA
DRUKARNIA „LINOLIT“ WARSZAWA


ROZDZIAŁ XXI
REAKCJA

Jeszcze tylko trzy dni, a potem konieczność powrotu na pensję. Nieomal odliczałam na zegarze poszczególne minuty tych godzin ostatnich. O, jak bardzo pragnęłam móc powstrzymać nieubłagany ich bieg! Przesuwały się jednak podczas mojego czujnego, pełnego niepokoju śledzenia ich i znikały bezpowrotnie w momencie, kiedy wciąż jeszcze myślałam z lękiem o tym, że przeminęły.
— Lucy nie odejdzie od nas dzisiaj — rzekła pani Bretton przy rannym śniadaniu tonem przymilnej prośby. — Wie przecież, że będziemy mogli jeszcze raz uzyskać dla niej zwłokę.
— Nie chciałabym prosić o nią, chociażby miało wystarczyć w tym celu jedno słowo bodaj — odparłam. — Pragnę mieć już poza sobą chwilę rozstania i znaleźć się znów na Rue Fossette. Muszę odjechać dzisiaj z rana, zaraz po śniadaniu. Kosz mój jest zapakowany i zasznurowany.
Okazało się jednak, że mój odjazd uzależniony był od Grahama. Ofiarował się odwieźć mnie, a tak złożyło się, że był zajęty przez cały dzień i powrócił do domu dopiero o zmierzchu. Nastąpiła mała utarczka słowna pomiędzy mną a gościnnymi moimi gospodarzami. Pani Bretton i jej syn nalegali na mnie, abym pozostała w ich domu przez tę jedną noc jeszcze. Omal nie rozpłakałam się, tak pilno było mi odjechać. Pragnęłam już rozstać się z nimi, jak przestępca na miejscu stracenia pragnie, aby topór spadł już jak najprędzej na jego szyję. Chce mieć jak najrychlej ten straszliwy ból poza sobą. Ani domyśleć się mogli, jak bardzo pragnęłam i ja również skończyć z tą chwilą okrutną. Nie byli w stanie zrozumieć mnie na tym punkcie. Nie doświadczyli nigdy niczego podobnego!
Było już zupełnie ciemno, kiedy doktór Jobn dopomógł mi wysiąść ze swego wolanta przed drzwiami Zakładu Wychowawczego Madame Beck. Latarnia przy wejściu była zapalona, mżył typowy deszcz listopadowy, który nie ustawał przez cały dzień: światło latarni rzucało drgające błyski na mokry chodnik przed domem. W taki sam wieczór przed rokiem niespełna po raz pierwszy przestąpiłam ten próg pośród takiej samej zupełnie scenerii. Zapamiętałam kształt kamieni bruku, którym przyglądałam się, nie mając nic innego do roboty w chwili czekania na otworzenie się przede mną tych drzwi, przed którymi stałam samotna, prosząca. I wówczas również na krótką przelotną chwilę spotkałam tego, który teraz towarzyszył mi tutaj. Czy kiedykolwiek przypomniałam mu to pierwsze nasze spotkanie albo też wyjaśniłam mu je? Nie, nie uczyniłam tego nigdy, ani też nie miałam nigdy ochoty uczynienia tego: była to miła myśl, zazdrośnie tajona przez mnie na dnie mojej pamięci, gdzie spoczywała nieporuszona.
Graham pociągnął za dzwonek. Drzwi otworzyły się natychmiast: była to właśnie pora wieczorna, w której uczennice przychodnie powracały do swoich domów i dlatego Rozyna stała w pogotowiu, aby otwierać przychodzącym po panienki.
— Niech pan nie wchodzi — rzekłam, on jednak, nie usłuchawszy mnie, zatrzymał się na chwilę w jasno oświetlonym przedsionku. Nie chciałam, aby dostrzegł łzy w moich oczach; miał zbyt współczujące serce, którego nie należało ranić bez potrzeby takim przejawem bólu. Dążeniem doktora Johna było zawsze leczyć — a przynajmniej koić, przynosić ulgę, ilekroć uleczenie nie leżało w jego mocy.
— Niech się pani zdobędzie na odwagę, droga Lucy. Niech pani pamięta zawsze, że moja matka i ja jesteśmy i pozostaniemy zawsze szczerymi, wiernymi przyjaciółmi pani. Nie zapomnimy o pani nigdy.
— Ani też ja nie zapomnę nigdy o pańskiej matce, ani o panu, doktorze Johnie.
Wniesiono mój bagaż, wymieniliśmy ostatni uścisk dłoni; doktór odwrócił się już, aby odejść, zatrzymał się jednak: nie wystarczyło mu znać to, co powiedział, do uczynienia zadość szlachetnym popędom duszy jego i serca.
— Lucy — szepnął, zbliżywszy się raz jeszcze do mnie — czy będzie pani czuła się bardzo samotna tutaj?
— Z początku — tak.
— Moja matka odwiedzi panią wkrótce, a tym czasem wie pani co zrobię? Będę pisywał do pani, ot, byle głupstwa, jakie przyjdą mi na myśl, aby tylko dodać pani otuchy, rozweselić panią nieco. Pozwala mi pani?
— O, szlachetne, rycerskie serce! — pomyślałam, potrząsnęłam jednak głową i rzekłam z uśmiechem: — Niech pan nie myśli wcale o nakładaniu na siebie podobnego obowiązku. Pan miałby pisać do mnie?!... Nie będzie pan nigdy miał na to czasu.
— Znajdę czas! Muszę znaleźć! Do widzenia!
Poszedł. Ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nim — topór spadł — ból przeszył mnie swoim ostrzem.
Nie pozostawiając sobie czasu na odczucie go, ani na rozmyślanie o nim, przełknęłam łzy, jak gdyby były winem i weszłam od razu do bawialni Madame, aby przywitać ją i wyrazić jej należny szacunek.
Przyjęła mnie z doskonale odegraną serdecznością — była nawet wylewna, mimo że udzielona mi przez nią audiencja trwała krótko. Po dziesięciu minutach pożegnała mnie. Z salle à manger — jadalni — przeszłam do refektarza, gdzie uczennice i nauczycielki były już zgromadzone na naukę wieczorną; i znów zostałam powitana, tym razem jednak, jak sądzę, z nie tylko udawaną serdecznością. Kiedy było wreszcie i po tym przywitaniu także, mogłam udać się do sypialni.
— Czy Graham naprawdę napisze? — zadałam sobie pytanie, gdy, znużona przeżyciami dnia, osunęłam się na krawędź łóżka.
Rozum, przekradając się ku mnie poprzez mroki długiego tego, posępnego pokoju, podszeptywał rozważnie:
— Może nawet napisze raz jeden. Jest taki dobry i zacny, że zdobędzie się raz jeden bodaj na ten wysiłek. Nie może to jednak trwać na dłuższą metę — prawdopodobnie nawet nie powtórzy się po raz drugi bodaj. Wielkim szaleństwem byłoby opierać jakieś nadzieje na takim przyrzeczeniu — obłędem byłoby dopatrywać się w chwilowej, utworzonej przez deszcze kałuży, zawierającej co najwyżej jeden łyk wody, stale wytryskującego źródła, dostatecznie zraszającego całą okolicę.
Opuściwszy głowę na pierś, przesiedziałam przez godzinę jeszcze. Rozum nie przestawał podszeptywać mi ostrzeżeń, kładąc na ramieniu moim zwiędłą ze starości dłoń, mrożąc ucho moje lodowatym chłodem sinych swoich warg starczych.
— A gdyby nawet — mówił — gdyby nawet miał napisać, to i cóż z tego? Myślisz o przyjemności, jaką sprawi ci odpisywanie mu? O, głupia, niedorzeczna dziewczyno! Ostrzegam cię! Odpowiedź twoja musi być lakoniczna. Nie licz na płynącą stąd rozkosz dla serca — ani na przyjemność dla intelektu, jaką obdarzyć cię może ta korespondencja; nie pozwalaj sobie na wylewność uczuć, nie dawaj swobodnego ujścia żadnym popędom duszy i serca, nie ulegaj pokusie beztroskiej wymiany myśli, nie żyw nadziei na związek serc...
— Rozmawiałam z Grahamem, a nie karciłeś mnie przecież — próbowałam perswadować bezlitosnemu Rozumowi.
— Nie — przyznał. — Nie było potrzeby. Rozmową jest doskonałym ćwiczeniem dla twojego intelektu. Nie potrafisz prowadzić jej z należytą swobodą. Rozmawianie nie jest dla ciebie równoznaczne z zapominaniem o twojej niższości, z podtrzymywaniem w sobie ułud: mowie twojej nadaje osobliwe piętno cierpienie, braki, niedostatek...
— Ale przecież — przerwałam mu — tam, gdzie nie ma obecności cielesnej, a rozmowa grzeszy brakiem wyrobienia, nie podobna błądzić szukaniem w mowie pisanej pełniejszego wyrazu, aniżeli ten, na jaki zdolne są zdobyć się drżące, niepewne usta?
— Podtrzymuj w sobie tę wiarę na własną odpowiedzialność — odparł Rozum — i na własną również odpowiedzialność pozwól wierze tej wpływać na charakter twoich listów.
— O ile jednak czuję, czyż nie mam nigdy wypowiadać tego?
— Nigdy! — oświadczył Rozum z naciskiem.
Jęknęłam pod obuchem jego nieprzejednanej stanowczości. Nigdy! O, jaki wyraz nieubłagany! Okrutnik ten — Rozum — nie pozwoli mi podnieść oczu, ani uśmiechnąć się, ani łudzić się nadzieją: nie uspokoi się dopóki nie będę zupełnie zmiażdżona, wyzbyta resztek odwagi, złamana ostatecznie na duchu. W jego mniemaniu zrodzona zostałam na świat po to jedynie, aby zapracować na kawałek chleba, czekać z poddaniem na mękę śmierci i stale, przez całe życie, wątpić i rozpaczać. Może ma on słuszność; cóż jednak dziwnego, że skłonni jesteśmy czasem buntować się przeciwko niemu, wymykać się z pod karcącej jego różdżki i pozwalać chwilami wyobraźni naszej — jego jasnej, miłej nieprzyjaciółce — na pobujanie swobodne — na snucie słodkich wizji nadziei, cudownej, boskiej, z nieba zesłanej nam pocieszycielki. Musimy zrywać od czasu do czasu pęta, jakie nakłada na nas Rozum bez względu na straszliwą, czekającą nas za to karę. Rozum jest diabelsko mściwy; dla mnie, niczym zła macocha, miał on zawsze w zanadrzu żądło trujące. Jeśli byłam mu posłuszna, czyniłam to jedynie pod wpływem lęku, a nie miłości. Gdyby nie owa siła przyjaźniejsza, stale, mimo że tajemnie, dochowująca mi wierności, nie żyłabym od dawna już wskutek jego prześladowania mnie, krępowania surowymi ograniczeniami, mrożenia chłodem, maltretowania twardymi deskami zimnego łoża, zadawania mi nieustannych ciosów bolesnych.
Jakże często wypędzał mnie Rozum nocą, wśród zimy, na zlodowaciały śnieg, rzucając mi za całe pożywienie poobgryzane kości, których nie chciał tknąć pies nawet i zapewniając, że Los nie przeznacza dla mnie nic innego, nie przyznaje mi prawa domagania się czegoś lepszego...
W takich chwilach podnosiłam oczy w górę i na niebie wpośród krążących gwiazd, z których największa i najjaśniejsza słała ku mnie łagodnie kojący swoi promień, dostrzegałam głowę. Duch, tkliwszy i bardziej dobroczynny, niż Rozum ludzki, spływał na bezszelestnych swoich skrzydłach, rozsiewając dokoła atmosferę wiekuistego lata, niosąc balsamiczne wonie nigdy nie więdnących kwiatów i drzew, których owoc darzy życiem, przywiewając tchnienia czyste ze świata, któremu nie jest potrzebne słońce, aby go oświetlić. Dobry ten anioł nasycił głód mój pokarmem słodkim i nieznanym, zebranym pośród pokłosia anielskiego przez duchy opiekuńcze, gromadzące swoje sperlone rosą żniwo o pierwszej, najwcześniejszej godzinie boskiego poranka. Tkliwie osuszył on nie do zniesienia gorzkie łzy, waz z którymi spływa życie samo, ukoił cichym spoczynkiem znużenie śmiertelne, tchnął nadzieję i nowy impuls do życia w bezduszną, paraliżującą rozpacz beznadziejności. Boski, współczujący, pomocny wpływ. Kiedykolwiek zegnę modlitewnie kolana przed kim innym, aniżeli przed Bogiem, będzie to przed twoimi białymi, uskrzydlonymi stopami, pięknie jaśniejącymi na wyżynach i na równinie. Świątynie były wznoszone na cześć Słońca, ołtarze poświęcano Księżycowi. Ale, o glorio tysiąckroć większa! Na twoją chwałę nie wznosiły niczyje ręce świątyń, ni ołtarzy, niczyje usta nie czciły cię modlitwą, serca wszelako wielbiły cię i dochowały ci wierności poprzez wieki. Siedziba twoja zbyt obszerna jest na otoczenie jej murami, zbyt wysoka, aby wznieść kopułę ponad nią — świątynia, której posadzką jest przestwór — rytuał, którego tajniki ujawniają się w przedziwnej harmonii światów!
Władczyni najwyższa! aby móc ostać się i przetrwać, miałaś wielką armię męczenników; aby uszczęśliwiać ludzkość — twój wybrany zastęp najgodniejszych. Bóstwo niewątpliwe, istotą twoją niweczysz elementy upadku i rozkładu.
Ta córa Niebios przypomniała sobie o mnie tego wieczora. Widziała łzy moje i dlatego zestąpiła z wyżyn do mojego łoża, niosąc mi słowa pocieszenia.
— Śpij! — rzekła, — Śpij spokojnie. Ozłocę sny twoje!
Dotrzymała słowa, czuwając nad moim wypoczynkiem nocnym. O świtaniu wszakże objął Rozum ponownie straż nade mną. Zbudziłam się z nagłym wzdrygnięciem: deszcz siekł jednostajnie o szyby, a wiatr wył gniewnie w regularnych odstępach. Nocna lampka, ustawiona w pośrodku sypialni na czarnym okrągłym cokóle, przygasała powoli; rozpoczął się nowy dzień. O, jak bardzo współczuję tym, których cierpienia duszy budzą nagłym wzdrygnięciem zamiast podniecić i natchnąć nową energią czynu. Tego rana wzdrygnięcie, z jakim zbudziłam się, było tak silne, że poderwało mnie z łóżka, niby chwyt ręki olbrzyma. Jak szybko ubrałam się o przejmującym chłodzie brzasku dziennego! Jaki głęboki haust lodowato-zimnej wody nalałam sobie z mojej karafki i wypiłam duszkiem! Woda była zawsze moim kordiałem, do którego, jak inni pijacy, uciekałam się żarliwie, ilekroć gnębił mnie smutek.
Niebawem obwieścił dzwonek reveillée — porę budzenia się — całej szkole. Ubrawszy się, zeszłam sama do refektarza, w którym napalono w piecu, dzięki czemu panowało tu miłe ciepło. W całym domu poza refektarzem było zimno, przejmujące typowo surowym chłodem zimy na kontynencie. Mimo że był dopiero początek listopada, wiatr wiejący z północy zmroził lodowatym swoim tchnieniem cały nieomal obszar Europy. Pamiętam, jak bardzo nie podobały mi się czarne piece, kiedy zapoznałam się z nimi po raz pierwszy; z czasem jednak nauczyłam się łączyć z nimi pojęcie przytulnego ciepła, polubiłam je też, jak w Anglii lubimy ogień płonący na kominku.
Usiadłszy przy ciemnym tym pocieszycielu, miałam możność spokojnie pogrążyć się w rozmyślanie nad życiem i jego zmiennymi losami, nad przeznaczeniem i jego wyrokami. Spokojniejsza i bardziej zrównoważona niż nocy poprzedniej, nakreśliłam sobie cały szereg nakazów i reguł życiowych, nie dozwalających — pod grozą najsurowszych kar — na wszelkie jałowe rozpamiętywanie minionego szczęścia, nakazujących cierpliwe przedzieranie się przez zawiłości i zawody chwili obecnej, czerpanie siły i energii w oparciu o wiarę, tłumienie pędu do bałwochwalczego wielbienia i przekreślanie raz na zawsze wszelkich tęsknot za wyśnioną krainą obiecaną. Wiedziałam, że do jej rzek nie dotrzemy nigdy może, chyba tylko w gorączkowych wizjach konania, a soczyste jej łąki pastewne oglądać moglibyśmy jedynie z pustynnego mogilnego szczytu wyżyny Nebo na krańcu Martwego Morza.
Stopniowo połączone poczucie skrzepionej siły i bólu zarazem opancerzyło moje serce, podtrzymując je, a przynajmniej powściągając jego kołatanie i uzdolniło mnie do pełnienia moich zadań codziennych. Podniosłam głowę.
Jak już zaznaczyłam, siedziałam przy piecu, wmurowanym w ten sposób w ścianę, dzielącą refektarz od carré, aby mógł ogrzewać oba pomieszczenia. W tej samej ścianie, tuż obok pieca, przebite było okno, wychodzące również na carré. Podniósłszy w pewnej chwili głowę, ujrzałam w szybie okna chwast bonnet grec, wysokie czoło i dwoje bystro patrzących, przenikliwych oczu; spojrzenie ich utkwione było we mnie dziwnie badawczo. Nie wiedziałam do owego momentu, że policzki moje były mokre od łez, nagle jednak poczułam ich słoną wilgoć na mojej twarzy.
Dziwny był to dom, gdzie nie znalazłbyś kącika wolnego od natrętnej wścibskiej ciekawości ludzkiej, gdzie nie można było uronić łzy, ani zamyśleć się głębiej, aby nie znalazł się pod ręką szpieg, podglądający czujnie i usiłujący odgadnąć co może kryć się pod tymi przejawami. Co wszelako sprowadziło tutaj tego pozadomowego, męskiego szpiega o tak niezwykłej godzinie? Jakie prawo miał wtrącać się w ten sposób do mnie? Żaden inny profesor nie odważyłby się przekroczyć carré przed dzwonkiem szkolnym. Ale Monsieur Emanuel nie liczył się ani z rozkładem dnia, ani z regulaminem: chciał przejrzeć jakąś księgę, złożoną w bibliotece pierwszej klasy; szukał jej i po drodze mijał właśnie refektarz. Rozglądając się wciąż swoim zwyczajem na wszystkie strony: przed siebie, poza siebie, na lewo i na prawo, dostrzegł mnie przez szybę okienka, otworzył bez ceremonii drzwi i stanął na progu.
Mademoiselle, vous étes triste?[1]
Monsieur, j‘en ai bien le droit[2]
Vous êtes malade de coeur et d‘humeur[3] — dodał. — Smutna jest pani zarazem buntuje się pani przeciw temu. Widzę na policzkach pani dwie łzy, o których wiem, że są gorące jak dwie iskry i słone, jak dwa kryształy morskie. Kiedy mówię, przygląda mi się pani tak dziwnie. Czy mam powiedzieć pani, co mi się przypomina, gdy obserwuję panią?
— Zostanę wezwana wkrótce na modlitwę, proszę pana; niewiele mam czasu na rozmowę o tej porze dnia. Wybaczy pan...
— Wybaczę wszystko — przerwał mi — jestem w tak wyrozumiałym nastroju, że ani szorstka odprawa, ani obelga nawet, nie byłaby w stanie zirytować mnie. Otóż przypomina mi pani młodą płochliwą dziką sarenkę leśną, świeżo pochwyconą, nieoswojoną jeszcze, przyjmującą z błyskiem gniewu w oczach i z lękiem zarazem obcego, natrętnego przybysza.
Niczym nieusprawiedliwiona poufałość! Bezzasadnie szorstka, o ile skierowana do uczennicy; w stosunku do nauczycielki nie do przyjęcia. Sądził, że wywoła nią żywe odparcie; niejednokrotnie bywałam świadkiem podniecania przez niego do wybuchu jednostek bardziej gwałtownych, mnie wszakże — powiedziałam sobie — nie uda mu się sprowokować do gniewu. Milczałam.
— Wygląda pani na osobę, gotową sięgnąć chętnie po łyk słodkiej trucizny, otrząsając się, natomiast ze wstrętem na zdrową goryczkę.
— Nigdy istotnie nie lubiłam goryczy, nie uważam jej też za zdrową. A temu co słodkie, czy będzie to trucizna, czy pokarm żywiący, nie może pan odmówić jednej przynajmniej pociągającej zalety — słodyczy. Kto wie, czy nie lepiej umrzeć rychlej przyjemną śmiercią, aniżeli wlec przez długie lata żywot, wyzbyty wszelkiego uroku.
— A jednak — odparł — jest obowiązkiem pani zażywać codziennie przeznaczoną sobie dawkę goryczy; zmusiłbym panią do wchłonięcia jej, o ile byłoby to tylko w mojej mocy. Co zaś dotyczy umiłowanej trucizny, gotów byłbym bodaj roztrzaskać czarę, która ją zawiera.
Ostro odwróciłam głowę od niego, po części dlatego, że jego obecność była dla mnie zdecydowanie przykra, zarazem też dlatego, że pragnęłam uniknąć dalszych pytań: obawiałam się, że w moim obecnym nastroju wysiłek dawania odpowiedzi mógłby wytrącić mnie z równowagi i pozbawić zdolności panowania nad sobą.
— Proszę — dodał łagodniej — niech mi pani powie prawdę, smutek pani jest spowodowany rozstaniem z przyjaciółmi, czy tak?
Przypodchlebna jego łagodność była równie nie do zniesienia, jak badawcza jego ciekawość. Monsieur Paul wszedł do pokoju, usiadł na ławce w odległości jakich dwóch yardów ode mnie, usiłując z niezwykłą jak na niego cierpliwością i wytrwałością wciągnąć mnie do rozmowy. Usiłowania jego były jednak daremne — nie mogłam mówić. Zwróciłam się wreszcie do niego z błagalną prośbą, aby pozostawił mnie w spokoju. W momencie wypowiedzenia tej prośby, głos mój załamał się; głowa moja opadła na oparte na stole ramiona. Rozpłakałam się. Łkałam długo i gorzko. Przesiedział przy mnie jakiś czas jeszcze. Nie mówiłam nic i nie podniosłam oczu dopóki jego oddalające się kroki nie uspokoiły mnie, że odszedł wreszcie. Łzy przyniosły mi ulgę.
Miałam jeszcze chwilę czasu na umycie oczu przed śniadaniem, wydaje mi się też, że zasiadłam do niego równie spokojna i pogodna, jak wszyscy inni, na pewno tylko nie tak wesoła i rozbawiona, jak młoda osóbka, która zajęła przy stole miejsce wprost naprzeciwko mnie, utkwiwszy we mnie parę nieco małych, ale radośnie rozbłysłych oczu i wyciągnąwszy do mnie poprzez szerokość stołu białą rękę na powitanie. Podróże miss Fanshave, miłe rozrywki, jakich używała pod dostatkiem i wreszcie flirty, jakich sobie nie skąpiła, wpłynęły nader dodatnio na jej powierzchowność: twarz jej wypełniła się, policzki jej były krągłe i rumiane jak jabłuszka. Widziałam ją ostatnio w eleganckiej toalecie wieczorowej. Nie wydawało mi się wszakże, aby miała teraz wyglądać mniej uroczo w zwykłym ubraniu szkolnym, w gładkiej, skromnej sukni z ciemno-granatowej wełny w niewyraźną czarną kratkę. Bodaj nawet nadawała ciemna ta sukienka osobliwy powab jej urodzie, bardziej jeszcze, prawem kontrastu, uwydatniając jasność jej cery, świeżość jej kwitnącej twarzy, i olśniewającą złocistymi połyskami puszystość jej splotów.
— Rada jestem, że pani powróciła, surowy Tymonie. — Tymon było jednym z tuzina przezwisk, jakie mi nadawała. — Nie ma pani wcale pojęcia jak często brak mi było pani w ponurej tej dziurze.
— O, naprawdę? W takim razie, skoro byłam pani potrzebna, chciała pani czegoś ode mnie; miała pani może pończochy do zacerowania?
Nie wierzyłam ani na chwilę w bezinteresowność Ginevry.
—Opryskliwa i cierpka, jak zawsze! — oburzyła się. — Mogłam się tego spodziewać. Nie byłaby pani sobą, gdyby nie odpowiedziała pani szorstko na serdeczne zwrócenie się do niej. Ale mniejsza o to, staruszko. Mam nadzieję, że tak samo jak zawsze lubi pani kawę i tak samo jak zawsze nie lubi pani tych tutejszych podłużnych bułek — pistolets. — Ma pani ochotę na urządzenie handlu zamiennego?
— Może pani zrobić, jak się pani podoba.
Podobało jej się zawsze zmuszać mnie do ustępowania jej i do podporządkowywania się, jej woli. Nie lubiła kawy podawanej na pensji z rana: napój ten nie był u Madame Beck ani dość mocny, ani dość słodki jak na jej gust, natomiast, jak wszystkie zdrowe młode dziewczyny, miała tęgi, zdrowy apetyt, nigdy też nie można jej było nastarczyć owych pistolets, smacznych w istocie, codziennie z rana świeżo pieczonych, ciepłych jeszcze i przyjemnie chrupiących. Każdemu z domowników podawano pewną określoną ich ilość, że zaś porcja ta przekraczała moje zapotrzebowanie pieczywa do kawy rannej, oddawałam stale połowę Ginevrze, nie licząc się z tym nawet, że i wiele innych osób w zamian oddawało mi czasem trochę swojej kawy. Tego dnia rada byłam z dodatkowego tego łyku: nie byłam głodna, tylko straszliwie spragniona. Nie wiem także dlaczego, o ile tak się składało, że dwie osoby musiały dzielić jedną filiżankę, czy jeden talerz, jak to bywało na wycieczkach na przykład, kiedy po długiej przechadzce zatrzymywałyśmy się gdzieś na folwarku, aby napić się czegoś, urządzałam się zawsze w ten sposób, aby dzielić kubek czy szklaneczkę do picia z Ginevrą, pozwalając jej przy tym korzystać z lwiej części podanego nam białego piwa, słodkiego wina owocowego, czy świeżo udojonego mleka. Tak bywało stale: wiedziała dobrze o tej mojej ustępliwości względem niej, mimo też wiecznych naszych utarczek nie dochodziło nigdy pomiędzy nami do poróżnienia się na dobre.
Po śniadaniu zwykłam udawać się do pierwszej, to znaczy, najwyższej klasy i przesiadywać tam samotnie, czytając lub rozmyślając (częściej to ostatnie) aż do dziewiątej, kiedy, wraz z wybiciem zegara, otwierały się szeroko podwoje klas przed chmarą spieszących do zajęć pensjonarek stałych i przychodnich. Z tą chwilą rozpoczynał się w szkole ożywiony ruch, trwający z krótkimi przerwami do piątej po południu.
Zaledwie zdążyłam usiąść tego rana na zwykłym moim miejscu w pierwszej klasie, kiedy zapukano do drzwi.
Pardon, mademoiselle — przeprosiła mnie jedna z pensjonarek, wszedłszy do pokoju klasowego, aby zabrać ze swojej kasetki jakąś potrzebną jej książkę czy kajet, po czym wycofała się na palcach, szepcąc w chwili mijania mnie:
Que mademoiselle est appliquée! — Jaka pani pilna!
Appliquée?! W samej rzeczy! Atrybuty pilności rozłożone były przede mną, nie robiłam jednak nic i nie miałam zamiaru nic robić. Często przypisuje nam w ten sposób świat zasługi, których w rzeczywistości wcale nie ponosimy. Sama nawet Madame Beck uważała mnie za typ bas-bleu — sawantki — zwykła też powtarzać poważne ostrzeżenia, abym nie oddawała się studiom tak usilnie, „bo krew może uderzyć mi do głowy“. Wszyscy na pensji przy Rue Fossette podtrzymywali legendę „uczoności miss Lucy“, z wyjątkiem jedynie, Monsieur Paula, który niezbadaną zupełnie dla jemu samemu tylko znaną drogą wcale trafnie ocenił moje rzeczywiste kwalifikacje umysłowe. Ze zwykłą też złośliwością swoją lubił szeptać mi do ucha satyryczne uwagi o ich skąpym zasobie. Ja sama nie troszczyłam się nigdy o braki moje na tym punkcie. Szczerze lubię snuć własne moje myśli; wiele przyjemności sprawiało mi i sprawia zawsze czytanie nielicznych jednak książek; nigdy, natomiast, nie znosiłam połykania mnóstwa ich. Najchętniej czytuję zawsze te, których styl, czy wypowiadane w nich myśli i uczucia zdradzają właściwą naturę autora, odrzucam zaś z niechęcią książki, pozbawione wyraźnego charakteru, chociażby były najmędrsze i posiadały najwięcej zalet literackich. Zdaję sobie dokładnie sprawę, że, o ile dotyczy to własnego mojego umysłu, zadowolniła się Opatrzność obdarzeniem mnie ograniczonymi środkami i możliwościami, wdzięczna jej wszelako jestem i za tę odrobinę: nie posiadam wyższych ambicji, ani też nie dążę do zdobycia wyższej kultury umysłowej.
Zaledwie zamknęły się drzwi za ową ugrzecznioną uczennicą, kiedy, tym razem bez żadnej ceremonii, nie uprzedziwszy nawet o swoim najściu zapukaniem dla formy chociażby, wpadł drugi z kolei natręt. Gdybym nawet oślepła nagle, wiedziałabym kto to taki. Wrodzona moja powściągliwość i stałe trzymanie się z dala dopomogły mi do zapoznania się w sposób pożytecznie ostrzegawczy dla mnie z cechami charakteru i obyczajami moich współtowarzyszek i współmieszkanek pensyjnych, rzadko też zdarzało mi się do owego czasu cierpieć z powodu szorstkiego, czy natrętnego traktowania mnie przez kogokolwiek. W początkach zainstalowania się mojego na pensji Madame Beck zdarzało się tu i owdzie, że jakaś bardziej nieokrzesana Niemka pozwalała sobie poklepać mnie poufale po plecach i wezwać do urządzenia wyścigu z nią, albo też która z hałaśliwych Labassecouriennes chwytała mnie za ramię, aby pociągnąć mnie za sobą na plac gier i zabaw. Często również proponowano mi wzięcie udziału w biegu dokoła słupa z unoszeniem się możliwie najwyżej w górę, czyli tak zwanym „Pas de géant“ — kroku olbrzyma — albo też w osobliwym rodzaju gry w chowanego, zwanym „Un, deux, trois“ — raz, dwa, trzy. Wszystko to jednak ustało od dość dawna już bez zmuszania mnie do przykrej konieczności opryskliwej odmowy. Nie byłam już teraz narażona na zbyt poufałe traktowanie mnie przez nikogo, z wyjątkiem jednej jedynej istoty. Że jednak była nią Angielka, łatwiej mogłam znieść poufałość z jej strony. Ginevra Fanshave bez żadnych skrupułów chwytała mnie w chwili, kiedy przechodziłam przez carré, porywała i okręcała mnie w dzikim, zawrotnym kołowrocie walca, po łobuzowsku rada, że udawało jej się bezceremonialnością swoją oszołomić mnie i stropić. I teraz także wpadła Ginevra Fanshave, nie licząc się z tym, że przerywa mi chwilę „skupienia przy studiach“.
— Czas na panią do ćwiczeń fortepianowych — zwróciłam jej uwagę — powinna pani już być w małym salonie.
— Nie pójdę dopóki nie rozmówię się z panią, chére amie. Wiem gdzie pani spędziła swoje wakacje, i w jaki sposób zaczęła pani wreszcie hołdować życiu towarzyskiemu, bawić się i korzystać z rozrywek, jak każda inna belle — ślicznotka. — Widziałam panią ostatnio na koncercie, ubraną odpowiednio, tak samo, jak ubieramy się my wszystkie. Kto jest pani tailleuse — krawcową?
— Niemądre gadanie! Moja tailleuse? Też pani wymyśliła! — Nic z tego! Proszę wynosić się, panno Ginevro! Nie życzę sobie towarzystwa pani w chwili obecnej.
— Co mnie może obchodzić, że pani nie życzy sobie mojego towarzystwa, jeśli ja życzę sobie paninego, petite farouche — mała niedotykalsko. Dieu merci — chwała Bogu — wiemy jak sobie radzić z naszą utalentowaną rodaczką, z uczoną „ourse Britannique“ — niedźwiedzicą brytyjską. — Tak więc, niedźwiedziątko, zna pani Izydora?
— Znam Johna Brettona.
— Cicho! — syknęła, zatykając sobie uszy palcami. — Przedziurawia mi pani bębenki uszne szorstkimi swoimi anglicyzmami! Jakże się miewa ukochany nasz John? Niech mi pani opowie coś o nim. W smutnym nastroju musi być biedaczysko. Co powiedział na moje zachowanie się wobec niego i jego rodzicielki owego wieczora? Prawda, że byłam okrutna?
— Wyobraża sobie pani, że zwróciłam na panią uwagę?!
— O, był to rozkoszny wieczór! Boski de Hamal! A jaką przednią miałam zabawę patrząc na tamtego, ginącego z zazdrości i nie odważającego się podejść bliżej! A ta stara dama — moja przyszła teściowa! Obawiam się tylko, że ja i lady Sara troszkę za śmiało pozwoliłyśmy sobie podkpiwać z niej.
— Lady Sara nie brała wcale udziału w tym „podkpiwaniu,“ a co się tyczy pani zachowania, może pani być zupełnie spokojna: pani Bretton nie tylko przeżyje pani podkpiwanie z niej, ale łatwo upora się z nim.
— Możliwe. Stare niewiasty są wytrzymałe. Ale ten jej biedny syn! Niech mi pani powie jak on to przyjął. Widziałam, że był strasznie zgnębiony. Co powiedział?
— Powiedział, że wyglądała pani tak, jak gdyby w duszy czuła się pani już Madame de Hamal.
— Naprawdę? — zawołała rozpromieniona. — Zauważył to? O, jak cudownie! Pewna byłam, że jest doprowadzony do szału z zazdrości.
— Panno Ginevro! Czy zupełnie na serio zerwała pani z doktorem Brettonem? Czy naprawdę pragnie pani, aby zrzekł się wszelkich praw do pani?
— O, dobrze pani wiadomo, że nie mógłby, nie byłby w stanie wyrzec się mnie. Chcę tylko wiedzieć, czy szalał z zazdrości.
— Tak. Szalał, niczym zając w marcu.
— W jaki sposób udało się wam, matce jego i pani, dostać go do domu?
— W jaki sposób? Nie lituje się pani wcale nade mną i nad jego matką? Czy może sobie pani wyobrazić jakiego wysiłku musiałyśmy użyć, aby utrzymać go w powozie, gdy biedak miotał się w szale opętańczym, doprowadzając tym wszystkich do obłędu nieomal. Woźnica nawet stracił zupełnie głowę, wskutek czego zabłąkaliśmy się w drodze powrotnej.
— Co też pani mówi? Coś mi się wydaje, że drwi pani ze mnie. Proszę panią, panno Lucy...
— Zapewniam panią, że to najprawdziwsza prawda, tak samo jak prawdą jest, że nie mogłyśmy utrzymać doktora Brettona w powozie. Wyrwał się nam i pojechał sam konno, aby nie mieć nas przy sobie.
— A co się stało potem?
— Potem, kiedy przyjechałyśmy nareszcie do domu? O, nie da się wcale opisać scena, jaka nastąpiła.
— Niech mi ją pani opisze! To takie zabawne!
— Zabawne dla pani, panno Fanshave, ale — dodałam, marszcząc surowo brew — wiadomo pani wszak, że to co dla jednego jest zabawą, może być śmiercią dla innego.
— Dalei, dalej, niech pani opowie co było dalej, droga, najdroższa Timonko!
— Nie, doprawdy nie mogę, chyba że da mi pani dowód posiadania chociażby odrobiny serca.
— Może pani być pewna, że posiadam go nie tylko odrobinę, ale olbrzymią moc! Nie wiedziała pani o tym?
— Dobrze. W takim razie będzie pani w stanie wyobrazić sobie doktora Brettona, odsuwającego przede wszystkim gwałtownym gestem swoją wieczerzę — zimne kurczę, i mleczko cielęce, jego ulubione, specjalnie przygotowane dla niego potrawy pozostały na stole nietknięte. Potem — ale w jakim celu miałabym rozwodzić się nad upiornymi tymi szczegółami? Niech pani wystarczy fakt, że nigdy, w najbardziej burzliwych momentach jego dziecięctwa, nie miała matka jego tyle pracy przy ułożeniu go do łóżka i utuleniu go do snu, jak tego wieczora.
— Nie mógł uleżeć spokojnie?
— Nie, nie mógł uleżeć spokojnie. Trzeba było przytrzymywać go siłą.
— A co mówił przy tym?
— Domyśla się pani chyba rozpaczliwego jego wzywania boskiej swojej Ginevry, miotającego najstraszliwsze klątwy na tego szatana, de Hamala, bredzącego o złotych lokach, o błękitnych oczach, białych ramionach i lśniących bransoletach...
— Naprawdę?! Widział więc bransoletę?!
— Czy ją widział? Miał tak samo wyraźną jej wizję, jak ja widzę ją w tej chwili, i może po raz pierwszy dostrzegł piętno, jakie odcisnęła ona na pani ramieniu, panno Ginevro... Ale teraz, dość tego — dodałam surowym, mentorskim tonem, podnosząc się równocześnie. — Proszę iść do swojego fortepianu! — nakazałam, otwierając przed nią drzwi.
— Nie opowiedziała mi pani wszystkiego.
— Radzę nie czekać lepiej na moje opowiedzenie pani wszystkiego. Tego rodzaju zbędna zupełnie szczerość nie mogłaby sprawić pani przyjemności. Proszę iść!
— Zła, niegodziwa istoto! — burknęła, usłuchała mnie jednak. Pierwsza klasa stanowiła terytorium, podlegające mojej bezpośredniej władzy, wobec czego była Ginevra zmuszona podporządkować się wydanemu jej nakazowi opuszczenia go.
O ile mam jednak wyznać prawdę, nie byłam nigdy mniej niezadowolona z niej, aniżeli tego dnia. Przyjemnie było myśleć o kontraście, jaki zachodził pomiędzy rzeczywistością, a moim opisem, przypominać sobie pogodny, radosny nieomal nastrój doktora Jobna podczas jazdy powrotnej, wyborny apetyt, z jakim spożywał swoją wieczerzę i chrześcijańską rezygnację, z jaką udał się na spoczynek. Wówczas jedynie, kiedy widziałam go prawdziwie nieszczęśliwym, odczuwałam żal głęboki do zwiewnej, tak anielsko wyglądającej sprawczyni jego cierpień.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Minęły dwa tygodnie. Wprzęgłam się ponownie w jarzmo szkolne, dzięki czemu gwałtowny ból zmiany ustąpił miejsca tępemu cierpieniu nawyku. Pewnego popołudnia, przechodząc przez carré po drodze do pierwszej klasy, gdzie miałam być obecna przy wykładzie „literatury i stylistyki“, ujrzałam odźwierną, Rozynę, stojącą przy jednym z wysokich, wielkich okien. Postawa jej była, jak zwykle, niedbała: jedną rękę trzymała w kieszeni fartuszka, drugą podnosiła w tej chwili do oczu list, którego kopertę z wypisanym na niej adresem i odciśniętą pieczątką usiłowała widocznie odcyfrować.
List! Wizja listu, podobnego do tego nie odstępowała mnie od tygodnia co najmniej. Ostatniej nocy śniła mi się nawet taka sama zupełnie koperta. Niepokonany prąd magnetyczny pociągnął mnie teraz ku trzymanemu przez Rozynę białemu kwadratowi, nie wiem jednak, czy odważyłabym się prosić naszą odźwiernę o prawo rzucenia okiem chociażby na upragniony przedmiot moich rojeń we śnie i na jawie, od którego czerwonej pieczątki woskowej nie byłam w stanie oderwać olśnionego nią wzroku. Myślę jednak, że prześlizgnęłabym się mimo Rozyny i listu, zdjęta śmiertelną trwogą przed możliwym rozczarowaniem; tym bardziej niespokojnie zabiło też moje serce, kiedy wydało mi się, że słyszę kroki jej poza sobą. Nerwy moje spłatały mi figla jednak, wprowadziły mnie w błąd; był to szybki krok profesora literatury, przebiegającego w tej chwili przez kurytarz. Uciekłam przed nim. Gdybym zdążyła przed przybyciem profesora usiąść spokojnie przy moim biurku, zajęta utrzymaniem klasy w karnym pogotowiu oczekiwania na jego wejście, nie zwróciłby na mnie może uwagi. O ile wszakże zatrzymałabym się w carré, nie uniknęłabym na pewno badawczego wzroku Monsieur Paula i odpowiedniego zagabnięcia mnie. Dlatego uciekłam przed nim. Miałam szczęśliwie czas usiąść, nakazać i uzyskać ciszę, wyjąć moją robotę i zabrać się do niej wśród ogólnego natychmiastowego posłusznego umilknięcia, kiedy Monsieur Paul wpadł do klasy jak bomba, wnosząc z sobą od razu zapowiedź burzy.
Wejście jego odbyło się z błyskawiczną szybkością, jak zwykle, zamiast jednak wbiec pędem na katedrę, zatrzymał się przy moim biurku. Zwrócony twarzą w stronę moją i okna, a plecami do uczennic i do pokoju, spojrzał na mnie w sposób, który winien był skłonić mnie do zerwania się na równe nogi i zapytania go o co mu właściwie idzie. Wzrok ten wyrażał gniew, oburzenie i najwyższą nieufność zarazem.
Voilà! Pour vous — Oto! dla pani! — rzekł, wyciągając rękę z kieszeni i rzucając na moje biurko list, który przed chwilą widziałam w ręku Rozyny, list, ktorego śnieżnie biała kwadratowa koperta z jaskrawo-czerwoną plamą woskowej pieczęci, ziejącej, niby oko Cyklopa, w punkcie środkowym, odcisnęła się tak wyraźną wizją na siatkówce oka mojej duszy. Wiedziałam, czułam, że jest to list, stanowiący ziszczenie moich nadziei, spełnienie się moich pragnień, list przynoszący mi wyzwolenie ze wszystkich moich wątpliwości, okup za przecierpiane trwogi i męki. Monsieur Paul ze zwykłym bezceremonialnym swoim wtrącaniem się do wszystkiego, wziął list od Rozyny, aby wręczyć mi go osobiście.
Powinno było mnie to właściwie rozgniewać, nie zdobyłam się jednak ani przez sekundę nawet na uczucie gniewu. Miałam przecież w ręku nie lakoniczną karteczkę, ale cały list, kopertę, która na pewno zawiera jeden arkusik co najmniej. Już na dotyk zapowiadała zawartość pokaźną, zdolną zadowolnić najśmielsze moje pragnienia. Wyraźnie wypisany był na niej adres: „Miss Lucy Snowe“, męskim, stanowczym, równym charakterem pisma. Czerwona pieczęć z wosku, przyłożona była z precyzyjną dokładnością, pewną ręką, która nie zadrżała, odciskając na białej kopercie tak dobrze znane mi i tak drogie inicjały: „J. G. B.“
Doznałam uczucia szczęścia — radosnego wzruszenia, które napędziło mi do serca gorącą falę krwi, rozlewając się żywym cieniem po moich żyłach. Tym razem spełniły się moje nadzieje; trzymałam w ręku solidny, namacalny dowód szczęścia: nie złudne marzenie tylko, nie zwiewną wizję jedynie, ani też jeden z owych wysnutych z fantazji obrazów, bez których ludzkość żyć nie mogłaby, mimo że dają one pokarm dla duszy jeno, a nie dla ciała — ale boski, często jakże trujący dla śmiertelnych, dar z Niebios zesłany. Była to owa ofiara, której stary, umierający patriarcha żądał od syna swojego, Ezawa, przyobiecując mu w zamian pobłogosławienie go ostatnim swoim tchnieniem. Z głębi duszy podziękowałam Bogu, który w nieskończonej łaskawości Swojej i dobroci, raczył obdarzyć mnie takim szczęściem bezmiernym.
Pomimo głębokiego przejęcia i wzruszenia, zdołałam zachować pozorny spokój, z jakim podziękowałam oddawcy:
— Dziękuję panu, bardzo panu dziękuję, monsieur!
Monsieur odął wargi, spojrzał na mnie gniewnie i zawrócił ku katedrze. Nie był, stanowczo nie był dobrym, kochanym człowieczkiem, jakkolwiek posiadał pewne cechy dodatnie.
Czy zabrałam się z miejsca do odczytania mojego listu? Czy pochłonęłam „słodką truciznę“ od razu, jednym haustem, jak gdyby boża manna spływała z niebios codziennie?
Zbyt rozważna byłam na to. Koperta z adresem — z woskową pieczątką, na której widniały wyraźnie odciśnięte trzy litery — była aż do zbytku hojnym darem, opromieniającym chwilę obecną. Wysunęłam się cichaczem z pokoju, zaopatrzyłam się w klucz od dużej sypialni, zamykanej stale za dnia i pospieszyłam z drżeniem niepokoju ku mojemu burku. W obawie, aby Madame Beck nie wyszpiegowała mnie i nie przekradła się w ślad za mną na górę, otworzyłam szufladę, wyciągnęłam szkatułkę i, nasyciwszy raz jeszcze wzrok widokiem adresu i pieczęci na kopercie, przytknąwszy z uczuciem uwielbienia, zawstydzenia i rozkoszy zarazem pieczęć do moich ust, owinęłam nietknięty, nienaruszony skarb w srebrny papier i schowałam do szkatułki, po czym zamkniętą na kluczyk szkatułkę włożyłam do szuflady, i zamknąwszy ją z kolei starannie, powróciłam do klasy, czując, że baśnie czarodziejskie i dary dobrych wróżek nie są dziecięcym marzeniem jedynie. Nieznany mi dotychczas upojny obłęd! List, to źródło mojego upojenia, pozostawał wciąż jeszcze nieodczytany: liczba wierszy nawet, jakie zawierał, była dla mnie słodką niewiadomą.
Kiedy weszłam ponownie do klasy, zastałam Monsieur Paula w napadzie opętańczego rozwścieczenia. Któraś z uczennic nie odpowiadała dość wyraźnie czy dość dosłyszalnie dla jego uszu, a teraz ona sama i inne także wraz z nią, płakały, gdy Monsieur Paul miotał na nie pioruny swojego gniewu, blady, jak płótno, z wielkiego uniesienia. Zabawne, że kiedy ukazałam się, wpadł z furią na mnie.
— Czy jestem, czy nie jestem wychowawczynią tych dziewcząt? Czy uważam za mój obowiązek uczyć je zachowywać się jak przystoi młodym damom? Czy to ja pozwalam im, a nawet — nie wątpi o tym — zachęcam je do dławienia ich języka macierzystego w swoich krtaniach, do tarcia go i drobienia między zębami, jak gdyby, powodowane niskimi jakimiś pobudkami, wstydziły się wypowiadanych słów?! Czy robią to przez skromność? O, zna się on dobrze na tych rzeczach! To raczej nędzny zakłamany sentymentalizm — groźna zapowiedz najgorszych instynktów. Zamiast znosić te grymasy i te wykrzywiania się, te rozcierania w zębach, ohydne to zniekształcanie i wykoszlawianie szlachetnego języka macierzystego, tę sztuczną, wstrętną afektację i ten doprowadzający do szału krnąbrny, zacięty upór uczennic najwyższej klasy, woli raczej rzucić je na pastwę szeregu petites maîtresses — nauczycielek dla początkujących — i poświęcić się nauczaniu abecadła maleństw z klasy trzeciej.
Cóż miałam odpowiedzieć na ten niepoczytalny wybuch? Nic oczywiście. Miałam nadzieję, że pozwoli mi milczeć. Moje milczenie sprawiło wszelako, że burza rozsrożyła się od nowa.
— Nie raczę zatym nawet udzielić odpowiedzi na te pytania? Tutaj, na tym miejscu, w tym buduarze zarozumiałych pierwszoklasistek z jego pretensjonalnymi szafkami na książki, z jego malowanymi na zielono pulpitami, z jego śmietnikiem kwiatowym, z jego godnymi rupieciami oprawnymi w ramki obrazkami i mapami, z jego cudzoziemską surveillante nade wszystko! — tutaj, w tym miejscu, zdaje się panować przekonanie, że profesor literatury nie jest godzien zaszczycenia go odpowiedzią na jego pytania! Tak, tak, panują tu nowe poglądy, przemycane — nie wątpi o tym — wprost z „la Grande Bretagne“. — Wielkiej Brytanii. — Czuć je z daleka wyspiarską arogancją i wyspiarskim zuchwalstwem.
Zapanowała martwa cisza. Dziewczęta, z których żadna nie uroniła nigdy łzy z powodu wyrzutów i napaści żadnego innego z wykładowców i żadnej z wykładowczyń, tonęły teraz w potokach łez, rozpryskując się, niby posągi ze śniegu, pod wpływem niepohamowanego żaru słów Monsieur Emanuela: ja jedna tylko, siedziałam nieporuszona nieomal, odważając się nawet zabrać ponownie do przerwanej chwilowo ręcznej mojej roboty.
Coś szczególnego — bądź w zachowywaniu przeze mnie w dalszym ciągu milczenia, czy może w jednostajnym ruchu mojej ręki przy haftowaniu — wyburzyło znać Monsieur Emanuela ponad wszelką miarę, skoczył bowiem jak tygrys z katedry i, podbiegłszy do pieca, stojącego tuż przy moim biurku, rzucił się z furią na jego małe żelazne drzwiczki. Wyrwawszy je nieomal z zawiasów, rozsypał paliwo po podłodze.
Est-ce que vous avez l‘intention de m‘insulter?[4] — syknął stłumionym wściekłością szeptem, udając równocześnie, że poprawia ogień w piecu.
Czułam, że czas już najwyższy uśmierzyć nieco — o ile to możliwe — szaleńczy jego wybuch.
Mais Monsieur — odparłam — ani myślałam znieważać pana. Byłam jak najdalsza od tego. Pamiętam przecież aż nadto dobrze pańskie powiedzenie kiedyś, że mamy być przyjaciółmi.
Nie chciałam pozwolić mojemu głosowi zadrżeć, drgnął jednak: raczej, sądzę, pod wpływem podniecenia doznaną tego dnia rozkoszą, aniżeli przerażenia wybuchem Monsieur Paula. Muszę przyznać jednak, że w gniewie jego było coś takiego — osobliwe jakieś roznamiętnienie — które mogło poruszyć do głębi, a nawet pobudzić do łez. Nie czułam się ani trochę zgnębiona i nieszczęśliwa, ani nawet wystraszona, a jednak rozpłakałam się.
Allons! allons! — niech się pani uspokoi! — Niech się panie wszystkie uspokoją — dodał, rozejrzawszy się po całej klasie i spostrzegłszy potop ogólny — Tak, tak! Jestem stanowczo brutalem i potworem! Posiadam jedną tylko chustkę do nosa — szepnął zawstydzony — gdybym miał ich dwadzieścia, ofiarowałbym każdej z pań po jednej. Że jednak mam tylko jedną, niech więc wasza surveillante będzie waszą przedstawicielką. Proszę, Miss Lucy.
Rzekłszy to, wyciągnął z kieszeni czystą, jedwabną chustkę. Każdy, kto nie znał Monsieur Paula, kto nie był przyzwyczajony do jego wybuchów i nagłych popędów, obruszyłby się na pewno na tę ofertę i odrzuciłby ją oczywiście. Ja jednak czułam zbyt wyraźnie, ze byłoby to posunięciem zgoła fałszywym; najlżejsze wahanie się wpłynęłoby fatalnie na zaledwie zapoczątkowane zawarcie traktatu pokojowego. Wstałam, aby wziąć od niego chusteczkę, którą przyjęłam z należnym ukłonem, otarłam nią oczy, i, usiadłszy ponownie na moim miejscu, zatrzymałam sztandar rozejmu, złożony starannie na kolanach, unikając aż do końca lekcji tknięcia naparstka, nożyczek i muślinu. Dostrzegłam, że Monsieur Paul niejednokrotnie zazdrośnie rzucał okiem na moje szycie i haft; wiedziałam, że śmiertelnie ich nienawidzi, uważając je za źródło roztargnienia, odciągające mnie od skupiania należytej uwagi na jego osobie i na jego słowach. Wykład jego tego dnia był wyjątkowy porywający, utrzymany do samego końca w tonie życzliwym i przyjacielskim. Zanim jeszcze dobiegła lekcja końca, rozproszyły się chmury, zajaśniało w pełni słońce, a łzy ustąpiły miejsca uśmiechom.
Wychodząc z klasy, zatrzymał się raz jeszcze przy moim biurku.
— A list pani? — zapytał tym razem w sposób nie tak szorstki.
— Nie przeczytałam go jeszcze, monsieur.
— Tak! Rozumiem! Jest zbyt drogi, aby przeczytać go od razu. Zachowuje go sobie pani na później, tak samo jak ja, kiedy byłem małym chłopcem, zachowywałem sobie na później wyjątkowo pięknie dojrzałą brzoskwinię, z liczby tych, jakie zwykłem dostawać!
Domysł jego był tak bliski prawdy, że nie byłam w stanie powstrzymać się od zdradzenia żywym rumieńcem, jak dalece powiedzeniem tym trafił w samo sedno.
— Przyobiecuje sobie pani miłą chwilę przy czytaniu tego listu, który otworzy pani wówczas dopiero, kiedy będzie pani zupełnie sama — n‘est-ce pas? — prawda? — O, uśmiech pani i jej rumieniec są dostateczną odpowiedzią! Trudno! Nie należy być zbyt surowym. La jeunesse n‘a qu‘un temps![5]
Monsieur, monsieur! — zawołałam, a raczej szepnęłam, aby go powstrzymać od odejścia. — Niech pan nie odchodzi, zanim nie zdążę wyprowadzić pana z błędu. To list od przyjaciela tylko. Nie przeczytawszy nawet co zawiera, mogę zapewnić pana o tym.
Je conçois, je conçois; on sait ce que c‘est qu‘un ami. Bon jour, mademoiselle.[6].
— Proszę pana, tu pańska chustka.
— Niech ją pani zachowa, dopóki list nie będzie przeczytany, a potem dopiero odniesie mi ją pani; z oczu pani odczytam charakter listu.
Po jego odejściu i po uprzednim jeszcze wybiegnięciu uczennic do berceau, a stąd do ogrodu na zwykłą rekreację przed obiadem, podawanym o piątej, stałam przez chwilę, rozmyślając i w roztargnieniu okręcając sobie chustkę Monsieur Paula dokoła ramienia. Nagle, niewiadomo pod jakim wpływem: przebłysku złotych wspomnień wesołego mojego pełnego radości i ożywienia dziecięctwa, zadowolenia z odzyskania wolności po całodziennej wytężonej pracy, a nade wszystko rozkosznej świadomości posiadania skarbu ukrytego w skrzyneczce w moim pulpicie — zaczęłam bawić się chustką, podrzucając ją, jak piłkę, w górę, a potem chwytając ją w powietrzu. Zabawę tę przerwało przytrzymanie mojej ręki przez obcą dłoń, wyłaniającą się z rękawa palta i wyciągniętą ku mojemu ramieniu; dłoń ta pochwyciła chwilową moją zabawkę i zabrała ją z gniewnym pomrukiem:
Je vois bien que vous vous moquez de moi et de mes effets[7].
Ten mały człowieczek był naprawdę straszny: wszędobylski, oszałamiający swymi niespodziewanymi, zgoła nieprzewidzianymi kaprysami tych, którzy mieli z nim do czynienia; nie wiedziało się nigdy z czym, gdzie i kiedy wyskoczy nagle jak z procy.




ROZDZIAŁ XXII
LIST

Kiedy wszystko ucichło w domu; kiedy było już po hałaśliwej godzinie rekreacji, kiedy zapadł zmrok wieczorny i sala refektarzowa przytulnie oświetlona została lampą; kiedy półpensjonarki porozchodziły się do swoich domów i kiedy zamilkł wreszcie nieustanny brzękliwy dzwonek i ustał stuk otwieranych i zamykanych ustawicznie drzwi wejściowych; kiedy Madame bezpiecznie usadowiła się w salle à manger w towarzystwie matki swojej i dzieci oraz kilku przyjaciół; — wówczas dopiero mogłam wyślizgnąć się do kuchni, gdzie wyprosiłam dla siebie pół świecy na szczególną okazję. Moja przyjaciółka, Gotton, bardzo chętnie udzieliła mi jej i życzliwie odpowiedziała:
Mais certainement, chou-chou, — vous en aurez deux, si vous voulez[8].
Z świecą w ręku bezszelestnie pobiegłam do sypialni.
Jak bardzo jednak zmartwiłam się, zastawszy tu jedną z uczennic, leżącą w łóżku z powodu nagłej niedyspozycji. Rozczarowanie moje wzmogło się jeszcze, kiedy wśród muślinów i koronek nocnego czepeczka rozpoznałam „la figure chiffonnée[9] panny Ginevry Fanshave. Mimo że leżała w tej chwili uśpiona, mogłam liczyć na pewno, że obudzi się i ogłuszy mnie swoją gadaniną w momencie, kiedy rozmowa z nią będzie mi najbardziej nie na rękę. W istocie też, kiedy przyjrzałam się jej baczniej, ostrzegło mnie zaledwie dostrzegalne drganie jej powiek, że jej pozorny spokój jest bodaj podstępem jeno, aby móc tym czujniej podpatrzeć każde „poruszenie Tymonki“. Wiedziałam z doświadczenia, że nie należy ufać Ginevrze. A tak bardzo pragnęłam znaleźć się w sypialni zupełnie sama, aby móc w spokoju odczytać mój bezcenny list.
Nie było innej rady, musiałam iść do jednej z klas. Odszukawszy skarb mój w szufladzie pulpitu i wyjąwszy go ze szkatułki, zeszłam z nim na dół. Niepowodzenie prześladowało mnie jednak. W klasach odbywało się cotygodniowe generalne sprzątanie i czyszczenie: ławki stały spiętrzone na biurkach i stołach; w powietrzu biało było od tumanów kurzu; wilgotne fusy kawy (używane przez służące w Labassecour zamiast pozostałych po naparzaniu listków herbaty stosowanych w tym celu w Anglii) leżały grubą warstwą na podłodze; klasy przedstawiały obraz zupełnego chaosu. Zawiedziona, ale nie zniechęcona, wycofałam się, zdecydowana za wszelką cenę znaleźć jakiś kącik samotny.
Zabrawszy klucz ze znanego mi schówka, wdrapałam się na trzecie piętro, na którego ciemnym, wąskim podeście klatki schodowej, otworzyłam stare zmurszałe drzwiczki, weszłam i od razu zanurzyłam się w czeluści głębokiego, ciemnego, zimnego poddasza. Tutaj nikt już chyba za mną nie trafi; nikt mi nie przeszkodzi, nawet i sama Madame. Zamknęłam za sobą drzwi poddasza; umieściłam świecę na starej komodzie, zaledwie trzymającej się na stoczonych przez robaki nóżkach, otuliłam się szalem, co było niezbędne wobec panującego tu lodowatego zimna, wzięłam list i, drżąc z przejęcia i słodkiego wzruszenia, złamałam pieczęć.
— Czy będzie długi, czy krótki? — było pierwszą moją myślą przy otwieraniu koperty.
Był długi.
— Czy będzie chłodny, czy serdeczny?
Był serdeczny.
Wobec powściągliwych, trzymanych mocno na uwięzi, więcej niż skromnych moich nadziei, wydał mi się bardzo serdeczny nawet; wobec tęsknot moich i niczym nie syconych pragnień, wydał mi się może serdeczniejszy jeszcze niż był w istocie.
Na tak niewiele liczyłam, tak bardzo obawiałam się rozczarowania, że tym pełniejszą rozkoszą napawało mnie ziszczenie najśmielszych moich oczekiwań. Jak wielu ludzi przechodzi przez życie, nie zaznawszy ani razu podobnego uczucia! Biedna nauczycielka angielskiego, kuląca się z zimna na ciemnym, zatęchłym poddaszu, i, przy mdłym świetle kapiącej w lodowatym powietrzu świecy, odczytująca list utrzymany w zwykłym tonie przyjaznym, życzliwym — oto było w zasadzie wszystko: a przecież życzliwość ta wydała jej się wówczas boską i dlatego czuła się szczęśliwsza, aniżeli większość królowych w ich pałacach.
Szczęście, płynące z tak płytkiego źródła, musiało z natury rzeczy być krótkotrwałe jeno, dopóki wszakże trwało, było prawdziwe i niezrównane; bańka mydlana, ale jakże słodka, jak tęczowa! — istna rosa miodna. Dr. John napisał do mnie obszernie; napisał do mnie chętnie, napisał z przyjemnością; napisał w nastroju dobrotliwym, zatrzymując się z promiennym zadowoleniem na epizodach, jakie przesunęły się przed jego i moimi oczami — na miejscach zwiedzanych przez nas po społu — na rozmowach przez nas prowadzonych — na wszystkich owych drobnych sprawach kilku ostatnich cichych, szczęśliwych tygodni. Najgłębszą wszakże istotą doznawanej przeze mnie rozkoszy było radosne przeświadczenie, że skierowanych do mnie tak wspaniałomyślnie słów nie dyktowała wyłącznie chęć sprawienia przyjemności mnie tylko, — ale zarazem sprawienia jej i samemu sobie także. Przyjemności, której sprawienia sobie nigdy może nie będzie już więcej pragnął, ani szukał powtórnie — przypuszczenie to było pod każdym względem pewnością nieomal — dotyczyło ono przyszłości wszelako. Chwila teraźniejsza nie była zmącona cieniem nawet bólu, braku czy skazy; napoiła mnie czystym, pełnym, doskonałym uczuciem szczęścia. Jak gdyby musnęły mnie w przelocie skrzydła anielskie, dotknąwszy z miękką, kojącą pieszczotą mojego serca, na którym spoczęły przez chwilę. O, doktorze Johnie, zadał mi pan nie jeden ból w następstwie: wybaczone będzie panu wszakże wszelkie zło — szczerze i chętnie wybaczone — za tę jedną zapamiętaną na zawsze drogą mi, dobrą chwilę!
Czy istnieją złe duchy, stwory, pochodzenia nieziemskiego, zdolne zazdrościć ludziom szczęścia? Czy istnieją złe, krążące w powietrzu i zatruwające je dla człowieka tchnienia? Co krążyło dokoła mnie?
Ucho moje uderzył na obszernym, samotnym tym poddaszu osobliwy jakiś szmer. Z niezawodną pewnością usłyszałam przekradające się tutaj po podłodze kroki; jak gdyby wyślizgujące się z głębi ciemnego kąta, zapełnionego wyglądającymi ni to duchy złowieszcze starymi ubraniami. Odwróciłam się: pełgające światło świecy mdło oświetlało długie poddasze, mimo to, jako żywo, dostrzegłam w pośrodku upiornego tego pomieszczenia postać całą czarno-białą: wąska, oblegająca dolną część postaci spódnica była czarna, głowa, obandażowana, zakwefiona wualem — biała.
Możesz mówić, czytelniku, co chcesz; możesz uważać mnie za shisteryzowaną, czy nawet dotkniętą chwilowym obłędem; utrzymywać, że podniecenie wytrąciło mnie ze zwykłej równowagi; przypuszczać, że śniło mi się to tylko — przysięgam ci wszakże na wszystko co mi święte, że widziałam — widziałam najwyraźniej — owej nocy na poddaszu — postać, podobną do MNISZKI.
Krzyknęłam, zrobiło mi się słabo. Gdyby postać ta zbliżyła się do mnie, zemdlałabym na dobre. Cofnęła się wszakże, a ja rzuciłam się ku drzwiom. W jaki sposób udało mi się zbiec ze wszystkich schodów trzech piętr na dół — nie wiem sama doprawdy. Instynktownie ominęłam refektarz, pobiegłam wprost w kierunku bawialni Madame i, wpadłszy tu, krzyknęłam:
— Jest ktoś na poddaszu! Byłam tam! Widziałam! Niech wszyscy państwo pobiegną na górę i przekonają się.
Powiedziałam „wszyscy państwo“, pokój wydał mi się bowiem pełen ludzi, mimo że w rzeczywistości były w nim tylko cztery osoby: Madame Beck, jej matka, Madame Kint, chwilowo niezdrowa i dlatego przebywająca u córki; brat Madame Beck, pan Wiktor Kint i jeszcze jeden pan, rozmawiający z Madame Kint w chwili, kiedy wpadłam do bawialni, i odwrócony plecami do drzwi.
Śmiertelne moje przerażenie i stan bliski omdlenia nadały twarzy mojej trupio blady wygląd. Dygotałam, zlodowaciała z przestrachu. Wszyscy zerwali się stropieni i pobiegli do mnie. Błagałam, aby pośpieszyli na poddasze; obecność mężczyzn skrzepiła mnie i dodała mi otuchy, jak gdyby darząc pewnością pomocy. Skierowałam się ku drzwiom, dając im znak, aby poszli za mną. Chcieli mnie powstrzymać, powiedziałam im jednak, że muszą pójść dokąd im wskażę, muszą zobaczyć na własne oczy to, co ja widziałam: niesamowitą, upiorną postać, stojącą w pośrodku poddasza.
W tej samej jednak chwili przypomniałam sobie list, który w pośpiechu ucieczki pozostawiłam na komódce obok świecy. Mój bezcenny list! Dla odzyskania tego skarbu gotowa byłam walczyć z duchami i z diabłami bodaj! Popędziłam na górę, tym szybciej, że wszyscy inni pospieszyli za mną. Musieli pośpieszyć za mną — wiedziałam o tym.
Niestety! Kiedy wpadłam na poddasze, panowała tu ciemność nieprzejrzana. Świeca zgasła, czy została zdmuchnięta. Na szczęście jedna z osób — Madame, jak przypuszczam — ze zwykłym swoim spokojem i trzeźwością, pomyślała o zabraniu z sobą lampy z pokoju. Z chwilą, kiedy biegnący za mną znaleźli się na poddaszu, rozproszył krąg światła nieprzejrzane mroki, pozwalając dostrzec zgaszoną świecę na komódce. Gdzie jednak podział się list? Szukałam teraz już listu tylko, a nie mniszki.
— Mój list! Mój list! — krzyczałam i zawodziłam, nieprzytomna nieledwie z rozpaczy i, osunąwszy się na podłogę, załamywałam bezradnie ręce. O, losie okrutny! Dlaczego sądzona mi była taka męka nadludzka? Dlaczego wyrwany mi został w sposób urągający wszelkim prawom natury ten jedyny mój błysk pociechy, zanim jeszcze zdążyłam zakosztować jego rozkoszy?!
Nie wiem co robili inni: nie mogłam śledzić ich. Zadawali mi pytania, na które nie byłam w stanie odpowiadać; zaglądali wszędzie i przetrząsali wszystkie kąty; robili uwagi z powodu dostrzeżonej tej czy owej zmiany w zawieszeniu ubrań, jakiejś rysy na szybie górnego okienka, czy pęknięcia jej nawet — sama nie wiem zresztą, co mówili.
— Coś — czy ktoś — było — czy był — tutaj — przyznano logicznie.
— O, zabrali mi mój list! — jęczałam i zawodziłam, nie przestając z uporem maniaczki czołgać się po podłodze i obszukiwać jej cal za calem.
— Jaki list? Jaki list, droga panno Lucy? — zapytał znany, o jak dobrze znany mi głos. Czy mogłam wierzyć własnym uszom? Nie! Podniosłam oczy. Czy mogłam zaufać własnym oczom? Czy poznałam brzmienie głosu? Czyżbym naprawdę miała przed sobą autora listu? Czy tym człowiekiem, stojącym obok mnie na ponurym, mroźnym poddaszu, miałby być w rzeczywistości John Graham? Dr. Bretton we własnej osobie?!
Tak. To był on. Wezwano go tego samego wieczora jako lekarza do cierpiącej Madame Kent; on właśnie był owym drugim mężczyzną, obecnym w salle à manger w chwili kiedy wpadłam tam, przerażona upiorną zjawą.
— Czy to był mój list, panno Lucy?
— Tak. Pański własny list. List, który pan do mnie napisał. Ukryłam się tutaj na poddaszu, aby móc przeczytać go w spokoju. Nie mogłam znaleźć żadnego innego kąta, gdzie byłabym zupełnie sama, mając list dla samej siebie wyłącznie. Chowałam list przez cały dzień, nie otworzyłam go nawet aż do wieczora; zaledwie zdążyłam rzucić nań okiem: nie mogę znieść myśli utracenia go. O, mój list! mój list!
— Cicho, Lucy! Niech się pani nie martwi i nie płacze tak okrutnie! Czy to warto? Cicho! Niech pani opuści mroźne, to poddasze; Madame Beck postanowiła posłać po policję, aby przekazać jej bliższe zbadanie tajemniczej tej sprawy. Uważam, że nie ma dla nas teraz celu pozostawanie tutaj dłużej. Zejdźmy na dół.
Ciepła ręka ujęła zimne moje palce i sprowadziła mnie na dół do ogrzanego pokoju, gdzie oboje, doktór John i ja, usiedliśmy przy piecu. Mówił ze mną i uspokajał mnie z niewypowiedzianą dobrocią, przyobiecując dwadzieścia listów za ten jeden utracony. O ile istnieją słowa i krzywdy podobne do noży, których głębokie cięcia i zadane przez nie rany nie goją się nigdy — dotkliwe krzywdy i obelgi, zadane zazębionym, napojonym trucizną ostrzem — istnieją również słowa pociechy, wypowiadane tonem tak głęboko i nieuchwytnie subtelnym, że ująć je może jedynie tkliwie odczuwające serce, które zachowuje na wieki ich zbawcze echo: kojące serdeczne słowa, zapamiętane na całe życie, wspominane z niesłabnącą nigdy czułością i zjawiające się na wezwanie z jednakim zawsze, nigdy nie przygasającym blaskiem, który opromienia nawet kruczą, złowieszczą chmurę Śmierci. Przekonywano mnie w następstwie, że doktór Bretton nie był bynajmniej taką doskonałością, jaką wyobrażałam go sobie; że istotnego jego charakteru nie cechowała wcale taka głębia, ani wzniosłość, stałość i siła, w jakie stroiła go moja wyobraźnia. Nie wiem ile było w tym słuszności: mnie wydawał się równie nieoceniony, jak chłodna orzeźwiająca krynica spragnionemu wędrowcowi — jak słońce drżącemu z zimna więźniowi. Pamiętam bohaterstwo, jakiego dawał niejednokrotnie dowody. Nie przestaję uważać go za bohatera po dzień dzisiejszy.
Zapytał mnie z uśmiechem, dlaczego list ten tak bardzo mi jest drogi, dlaczego zależy mi na nim tak bardzo. Pomyślałam, — nie powiedziałam jednak tego — że jest dla mnie równie cenny, jak krew w mych żyłach. Odpowiedziałam zamiast tego, że bardzo mało otrzymałam w moim życiu listów, o które dbałabym tak bardzo, jak o ten właśnie.
— Pewien jestem, że pani nie czytała go — rzekł — gdyby było odwrotnie, nie przypisywałaby mu pani tak wielkiej wartości.
— Przeczytałam go, ale raz jeden tylko. Pragnęłam móc odczytać go poraz drugi. Martwię się bardzo, że go utraciłam. — Przy tych słowach nie byłam ponownie w stanie powstrzymać się od łez.
— Lucy, Lucy, biedna moja chrzestna siostrzyczka (o ile istnieje takie pokrewieństwo) oto masz twój list! Naprawdę nie jest on wart takich łez i tak czule przesadnego przywiązania do niego.
Ciekawy, charakterystyczny manewr! Jego spostrzegawcze, bystre oko dostrzegło list na podłodze tam, gdzie ja daremnie go szukałam; jego ręka, równie żywa i sprawna w ruchach, pochwyciła go. Ukrył list w kieszeni. Gdyby moje zgnębienie i niepokój były o źdźbło mniej szczere i gwałtowne, wątpię czy przyznałby się w ogóle do znalezienia mojej zguby i czy zwróciłby mi ją. Łzy o temperaturze o jeden stopień niższej, aniżeli te, jakie przelałam, zabawiłyby doktora Johna co najwyżej, nie wzruszyłyby go jednak.
Zadowolenie z odzyskania skarbu, który uważałam już za utracony, kazało mi zapomnieć o obrzuceniu doktora Brettona zasłużonymi wyrzutami za dokuczliwe przekomarzanie się ze mną; radość moja była tak wielka, że nie byłam zdolna jej ukryć, wydaje mi się wszelako, że uzewnętrzniłam ją raczej zachowaniem moim, aniżeli słowami. Niewiele powiedziałam.
— Zadowolona jest pani teraz? — zapytał doktór John.
Odparłam, że jestem nie tylko zadowolona, ale szczęśliwa.
— A jak czuje się pani fizycznie? — dodał. — Uspokoiła się już pani? Nie bardzo, jak widzę, bo wciąż jeszcze dygoce pani, jak liść na wietrze.
Mnie wszelako wydawało się, że jestem już zupełnie opanowana; nie czułam w każdym razie żadnego niepokoju, ani zgnębienia. Uważałam, że najzupełniej odzyskałam tak mocno zachwianą równowagę.
— Mogłaby pani zdać mi dokładnie sprawę z tego co pani widziała? Opowiadanie pani było fatalnie chaotyczne. Była pani blada jak ściana, wspomniała pani tylko o „czymś“, nie określając bliżej co mogłoby to być. Czy był to mężczyzna? Czy było to zwierzę? Co to było takiego.
— Nie potrafię powiedzieć dokładnie co widziałam — odrzekłam. — Chyba, że ktoś inny jeszcze zobaczy to również; będę mogła wówczas uzupełnić cudze świadectwo; w przeciwnym razie byłabym zdyskredytowana, posądzona o bredzenie.
— Niech pani stara się opisać mi możliwie dokładnie, jako lekarzowi, co pani widziała — rzekł doktor Bretton. — Traktuję panią teraz ze stanowiska zawodowca. Czytam w niespokojnie roziskrzonych oczach pani wszystko, co chciałaby pani ukryć może: To samo zdradzają policzki pani, z których uciekła cała krew, ręce pani, których drżenia nie jest pani w stanie opanować. Niech mi pani zaufa, panno Lucy, i opowie mi wszystko.
— Wyśmieje mnie pan...
Jeśli mi pani nie powie, nie dostanie pani ode mnie ani jednego listu więcej.
— O, teraz już kpi pan wyraźnie ze mnie.
— Odbiorę pani i ten pierwszy, ten jedyny list nawet: napisałem go, mam więc prawo żądać jego zwrotu.
Wyczułam lekką drwinę w jego głosie: przywróciło mi to od razu spokój i równowagę, na wszelki wypadek wszakże złożyłam list i ukryłam go przed oczami doktora Johna.
— Nic pani nie pomoże ukrywanie listu, będę go miał kiedy tylko zechcę. Nie zna pani wcale zręczności mojego chwytu; śmiało mógłbym pokazywać sztuki magiczne. Mama mówi nawet czasem, że osobliwie zgodnie władać potrafię językiem i oczami, pani jednak nie dostrzegła u mnie nigdy tej właściwości, prawda, panno Lucy?
— Owszem, owszem, dostrzegłam ją, kiedy pan był małym chłopcem jeszcze. Dostrzegałam w panu obie te cechy, które posiadał pan wówczas w znacznie wyższym stopniu, aniżeli obecnie. Teraz bierze pan wszystko siłą, a siła jest wrogiem subtelności. W dalszym ciągu jednak ma pan, panie doktorze Johnie, to, co tutaj, w Labassecour, nazywają „un air fin“ — cechę człowieka sprytnego i przenikliwego, nie mogącą wprowadzić nikogo w błąd. Madame Beck dostrzegła to i...
— I podobało jej się to, bo sama posiada tę cechę — dokończył doktór John ze śmiechem. Ale Lucy, niech mi pani da ten list. Nie zależy pani przecież na nim naprawdę.
Nie odpowiedziałam ani słowem na taką prowokację. Kiedy Graham zaczyna wesoło podrwiwać, nie należy zbytnio pozwalać mu na to. W pewnej chwili właśnie nowego rodzaju uśmiech zarysował się dokoła jego ust: uśmiech bardzo miły, uraził mnie jednak — w oczach jego zaiskrzył się nowy błysk — nie był on nieprzyjazny, ale też i nie mógł działać uspokajająco. Wstałam, aby odejść i nieco smutnym głosem życzyłam mu dobrej nocy.
Ze zwykłą swoją wrażliwością — z tą osobliwą, lękliwie tropiącą swoją właściwością — wyczuł od razu nie ujętą w słowa skargę, jak gdyby cień wyrzutu, uczynionego mu przeze mnie w myśli. Z cechującą go prostolinijnością zapytał też, czy jestem urażona. Potrząsnęłam głową na znak przeczenia.
— Pozwoli mi pani w takim razie pomówić z sobą nieco poważniej, zanim pani odejdzie. Znajduje się pani w stanie wielkiego nerwowego podraźnienia. Mimo, że usiłuje pani panować nad sobą, pewien jestem, sądząc z wyrazu oczu pani i z całego pani zachowania, że kiedy była pani dzisiaj wieczorem sama jedna na tym zabójczym, ponurym jak grób poddaszu, w tym cuchnącym stęchlizną siedlisku gruźlicy i wszelkich chorób, w istnym tym więzieniu pod ołowianym dachem[10] — w miejscu którego progu nie powinna pani nigdy przestępować — otóż że widziała pani tam, albo też wydawało się pani, że pani widziała jakąś zjawę, szczególnie obliczoną na oddziałanie na wyobraźnię pani. Wiem, że nie jest pani, ani też nie była pani nigdy skłonna do przesadnego lękania się rozbójników, złodziei i t. p. Nie jestem jednak pewien, czy zjawa, mająca charakter upiorny, nie podziałałaby wstrząsająco na umysł pani. Mogę panią uspokoić. Wszystko to sprawa nerwów, jak widzę.. Niech mi pani jednak określi bliżej tę wizję.
— Nie powie pan nikomu?
— Nikomu — zapewniam panią. Może pani zaufać mi tak bezwzględnie, jak zaufała pani ojcu Silasowi. Doktór jest w samej rzeczy bezpieczniejszym spowiednikiem, aniżeli ksiądz, chociażby nawet nie miał siwych włosów.
— A nie wyśmieje mnie pan?
— Gdybym nawet miał wyśmiać panią, to tylko dla własnego dobra pani. Nie byłby to na pewno śmiech szyderczy. Nieśmiała natura pani nie łatwo zdobywa się na ufność, niech mi pani jednak wierzy, Lucy, że jestem prawdziwym jej przyjacielem.
Wyglądał teraz jak prawdziwy przyjaciel: znikł ów nie dający opisać się uśmiech i błysk oka, znikło zastraszające odęcie warg, drganie nozdrzy, łukowate podniesienie i wygięcie brwi; twarz jego cechował teraz spokój i skupiona uwaga, mile łagodzące jej wyraz. Czując, że mogę mu zaufać, opowiedziałam ściśle co widziałam. Już dawniej, kiedy oboje, on i ja, odbywaliśmy w ciepłe popołudnia październikowe przejażdżkę po Bois de l‘Etang, opisałam mu związaną z tymi murami legendę.
Usiadł i zamyślił się. W tej samej chwili usłyszeliśmy kroki reszty towarzystwa schodzącego na dół.
— Czy gotowi są przeszkodzić nam? — rzekł, spoglądając z gniewem na zamknięte drzwi.
— Nie przyjdą tutaj — odparłam, znajdowaliśmy się bowiem w małym saloniku, w którym Madame nie zwykła nigdy przesiadywać wieczorami. Przypadkiem jedynie, był tutaj piec dość ciepły jeszcze. Przewidywania moje okazały się słuszne: minąwszy drzwi, przeszli wszyscy do salle à manger.
— Teraz — powrócił do przerwanej naszej rozmowy — będą snuli fantastyczne domysły i opowiadali sobie historie o złodziejach, o włamywaczach i tym podobnych grozach: pozostawmy ich w tym mniemaniu. Ostrzegam panią, aby pani nic im nie mówiła i trzymała się niezachwianie rozumnego swojego postanowienia nie opisywania nikomu zjawy mniszki, jaka ukazała się pani. Możliwe, że ukaże się ona pani ponownie — niech to pani nie przeraża jednak.
— Sadzi pan więc — rzekłam, wzdrygnąwszy się mimo woli — że była to tylko wizja moja, płód chorej wyobraźni, że wizja ta rozwiała się obecnie, mogłaby jednak niespodzianie stanąć ponownie przed moimi oczami w dniu i w chwili, kiedy najmniej będę spodziewała się jej?
— Myślę, że musiał to być rodzaj zjawy ułudnej, która narzuciła się pani, jak się obawiam, w wyniku długotrwałej wewnętrznej walki duchowej.
— O, doktorze Johnie, przerażenie ogarnia mnie na myśl, że mogłabym w istocie podlegać podobnym ułudom! Zjawa ta jednak wydawała mi się dziwnie rzeczywista! Czy nie istnieje sposób uleczenia tego stanu, niedopuszczenia do powtórzenia się czegoś podobnego?
— Szczęście jest najlepszym i jedynym lekarstwem — wesoły, pogodny nastrój najskuteczniejszą prezerwatywą. Niech pani stara się o utrzymanie go.
Nie istnieje w moim pojęciu szyderstwo bardziej puste i beztreściwe, aniżeli rada utrzymania wesołego, pogodnego nastroju. Co oznacza ona właściwie? Szczęście i pogoda umysłu nie są jak kartofle, które można hodować, sadząć je w starannie uprawionym nawozem gruncie. Uczucie szczęścia jest glorią, której promienność zsyłają na nas niebiosa. Jest rosą boską, która spada na duszę człowieka w słoneczne poranki letnie z szkarłatnego kwiecia i złocistych owoców raju.
— Starać się być szczęśliwą — powtórzyłam za całą odpowiedź. — A czy pan stara się być szczęśliwym?... Jak to pan robi?
— Jestem pogodny z natury, a przeciwności losu nie potrafiły mnie nigdy zmóc. Wszelkie niepowodzenia wywoływały u matki mojej i u mnie samego gniewny pomruk jedynie; nie dawaliśmy się im jednak, a nawet drwiliśmy z nich, czym stropione, omijały nas i szły dalej.
— Nie widzę w tym jednak żadnego starania się o szczęście, żadnego hodowania go.
— Nie pozwalam sobie ulegać melancholijnym nastrojom.
— Owszem: widziałam pana ulegającego im.
— Z powodu Ginevry Fanshave, prawda?
— Czy nie czuł się pan chwilami nieszczęśliwym z jej winy?
— Głupstwo! Nonsens! Widzi pani, że wyleczyłem się już z tego.
O ile śmiejące się oczy, twarz tchnąca promiennym zadowoleniem i zdrową energią, miały świadczyć o jego uleczeniu, był w istocie uleczony, i to całkowicie.
— Tak, nie wygląda pan na mocno strapionego, ani nawet na wyraźnie nieusposobionego — przyznałam.
— A dlaczegóżby i pani także, Lucy, nie miała wyglądać tak i czuć się tak samo jak ja? — odważną, energiczną, gotową stawić czoło wszystkim mniszkom i wszystkim flirtom w całym chrześcijaństwie? Zapłaciłbym złotem, za możność widzenia pani drwiącej ze wszystkiego. Niech pani spróbuje tej sztuki.
— A gdybym tak sprowadziła panu teraz pannę Fanshave?
— Zapewniam panią, droga Lucy, że nie poruszyłoby mnie to ani trochę. Mogłoby poruszyć mnie w jedynym tylko wypadku — gdybym widział z jej strony prawdziwe, głębokie uczucie. Jedynie za taką cenę zdolny byłbym wybaczyć jej.
— Naprawdę?! A przecież uśmiech jej był dla pana szczęściem tak niedawno jeszcze?!
— Jestem przeistoczony, Lucy, przeistoczony! Przypomina sobie pani, że nazwała mnie pani niegdyś niewolnikiem? Otóż teraz jestem już wolnym człowiekiem!
Sprężył się: z całej jego postawy, z dumnego podniesienia głowy, z jego świetlistych oczu i rozjaśnionej twarzy promieniała pełnia swobody, która była czymś więcej niż wyzwoleniem — była pogardą dla dawnych niewolniczych jego więzów.
— Panna Fanshave — dodał — zbudziła i podtrzymywała we mnie nastrój uczuciowy, który minął już obecnie: wszedłem teraz w odmienną fazę, zdecydowany żądać miłości w zamian za miłość — namiętności za namiętność — i to odmierzonej sutą miarą nawet.
— O, doktorze! doktorze! — przypomniałam mu — powiedział pan kiedyś, że w naturze pańskiej leży zdobywanie miłości w trudnych warunkach — że prawdziwe uczucie zdolna jest zrodzić w panu dumna nieprzystępność jedynie!
Roześmiał się i odpowiedział:
— Natura moja jest zmienna: nastrój jednej godziny bywa czasem przedmiotem szyderstwa dla następnej... I cóż, Lucy, — zmienił nagle temat rozmowy, wkładając równocześnie rękawiczki do odejścia:
— Jak pani sądzi, czy mniszka zjawi się dzisiaj raz jeszcze?.
— Nie przypuszczam, aby miała zjawić się.
— Niech jej się pani pokłoni ode mnie, gdyby jednak zjawiła się — niech jej pani odda pozdrowienie od doktora Johna i niech ją pani poprosi, aby zechciała łaskawie oczekiwać jego odwiedzin: Czy była to ładna mniszka? Czy miała przystojną twarz? Nie powiedziała mi pani tego jeszcze, a to właśnie jest punktem prawdziwie doniosłym.
— Twarz jej była osłonięta czymś białym — rzekłam — ale oczy jej błyszczały.
— Niech licho porwie jej diabelskie zasadzki! — zawołał z pogardą — miała jednak przynajmniej ładne oczy, błyszczące i czułe.
— Nie, zimne i przeszywające.
— O, precz z nią. Niech idzie do wszystkich diabłów! Nie chcemy oglądać jej więcej! Nie będzie nawiedzała już pani, kochana Lucy. A gdyby miała przyjść raz jeszcze, niech pani mocno uściśnie jej rękę. Czy zniosłaby podobne potraktowanie, jak pani sądzi?
Uważałam, że jak na niematerialnego ducha, byłoby to potraktowanie zbyt bezceremonialnie przyjacielskie, którego nie mógłby znieść na pewno. Powiedziałam doktorowi „Dobranoc“ z uśmiechem, który był dostosowaną do jego pożegnania odpowiedzią.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Czy było coś w ogóle na poddaszu? Czy wykryto coś czy kogoś? Myślę, że po najstaranniejszym przetrząśnięciu wszystkich kątów i zakamarków ograniczyły się wykrycia na nieznacznych drobiazgach jedynie. Mówiono zrazu o jakimś nieładzie wśród porozwieszanych ubrań, Madame Beck uznała jednak w następstwie, że wisiały w takim samym porządku, w jakim je umieszczono. Co zaś dotyczy pękniętej szyby w górnym okienku poddasza, zapewniała, że rzadko obywało się w nim bez jednej, a nawet bez paru stłuczonych czy trzaśniętych szyb. Dodała nadto, że przed paroma dniami spadł wielki grad, któremu można było równie dobrze przypisać wyrządzenie tej szkody. Madame wypytywała mnie bardzo dokładnie o to co widziałam, pamiętna wszakże ostrzeżenia doktora Johna, zapewniłam ją, że były to mgliste jedynie zarysy jakiejś czarno odzianej postaci: bardzo przezornie uniknęłam użycia wyrazu „mniszka“. Wiedziałam, że nasunąłby on trzeźwemu jej umysłowi pojęcie czegoś romantycznie nierealnego. Ona sama zobowiązała mnie zresztą, abym nie opowiadała o tym zajściu nikomu: ani służbie, ani uczennicom, ani także nauczycielkom, — zarazem pochwaliła mnie za roztropność, jaką wykazałam, przybiegłszy z tą wiadomością do jej prywatnej salle à manger, a nie do ogólnego refektarza.
Na tym wyczerpałyśmy obie dany temat.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko smutnie rozważać w tajemnicy przed wszystkimi zagadnienie, czy dziwny ten stwór był z tego świata, czy z królestwa pozagrobowego, czy też może był on wytworem chorej wyobraźni, a ja sama jej nieszczęśliwą ofiarą.




ROZDZIAŁ XXIII
VASHTI

Rozważać smutnie — napisałam? — Nie, na cały bieg mojego życia oddziaływać zaczął nowy czynnik, nie dający przystępu — na czas pewien przynajmniej — żadnym smutkom. Wyobraź sobie, czytelniku, ukryty w gąszczu leśnym zakątek; leży on tu w spowiciu mroku i mgły, porosły wilgotną, bladą murawą, do której nie dociera promyk światła i słońca. Nagle czyni burza, czy siekiera, wielki wyłom pośród dębów i innych wielkoludów leśnych; wiatr zyskuje dzięki temu swobodny dostęp, słońce dostaje się już z łatwością; smutny, wilgotny, porośnięty bladymi, wątłymi roślinkami, zakątek leśny nabiera bogatego połysku wskutek obficie krążących wśród roślinności soków życiodajnych; pełnia lata ozłaca go i rozbłękitnia świetnością dobroczynnego nieba, jakiego zamorzony, posępny zakątek nigdy dotychczas nie oglądał.
Życie tchnęło we mnie nową wiarę — wiarę w możliwość szczęścia.
Trzy tygodnie upłynęły od owego wydarzenia na poddaszu. W szkatułce na górze, w szufladzie mojego pulpitu, obok owego pierwszego listu spoczęły cztery inne jeszcze, kreślone męskim, energicznym charakterem pisma, zapieczętowane tą samą, mocno odciśniętą, pełną zapowiedzi cudotwórczych czerwoną woskową pieczęcią. W owym czasie ziszczały listy te dla mnie swoje zapowiedzi cudotwórcze; po upływie lat odczytałam listy ponownie: były to miłe, tchnące życzliwością i pełnią zadowolenia kartki, pisane przez człowieka zadowolonego ze siebie i ze świata; końcowe wiersze ostatnich dwóch były na wpół wesołe i tklitkliwe na poły, „muśnięte uczuciem, ale nie przepojone nim“. Czas, drogi czytelniku, osłabił je, nadając im charakter mile rzeźwiącego napoju; kiedy wszakże po raz pierwszy zakosztowałam eliksiru tego, świeżo zaczerpniętego z tak wielbionego źródła, wydawał mi się on nektarem boskiego winobrania: łykiem którym napoić mogła Hebe, a bogowie pochwalić ten dar.
Czy uważny czytelnik, pamiętający co było powiedziane o kilka stronnic wstecz, chciałby dowiedzieć się, jak odpisywałam na te listy? czy ulegając suchemu, powściągliwemu działaniu rozsądku, czy też pozwalając, aby ponosiło mnie niehamowane niczym uczucie?
Jeśli mam wyznać prawdę, podlegałam przy układaniu odpowiedzi obu wpływom równocześnie: służyłam obu panom, klękałam przed jednym i drugim ołtarzem. Pisałam dwie odpowiedzi — jedną dla ulżenia samej sobie, drugą dla odczytania jej przez Grahama.
Nade wszystko jednak uczucie i ja łącznie wyrzuciliśmy rozsądek za drzwi, zawarłszy za nim rygle i zasuwy, po czym oboje po społu rozpostarliśmy przed sobą arkusz papieru, zanurzyliśmy pióro w kałamarzu i z wielkim zadowoleniem przystąpiliśmy do dawania swobodnego, szczerego upustu wylewom serca. Kiedy uporaliśmy się z tym, zapełnliśmy dwa arkusiki językiem najgłębiej sięgającego uczucia, nigdy nie wygasającej, trwale zakorzenionej wdzięczności (raz na zawsze zastrzegam się jak najkategoryczniej przeciwko wszelkiemu, jakie mogłoby wkraść się, podejrzewaniu mnie o t. zw. „cieplejsze uczucia“. Kobiety nie zwykły żywić ich tam, gdzie od początku znajomości i po przez cały jej bieg nie mogły łudzić się co do tego, że podtrzymywanie podobnych uczuć byłoby niedorzecznością. Nikt nie puszcza się na rwące zmącone wody Miłości, o ile nie przyświeca mu gwiazda Nadziei. Nie, w listach moich dawałam jedynie wyraz serdecznemu, szczeremu uczuciu szacunku, przywiązania i wdzięczności). Cechą górującą mojego przywiązania była chęć i gotowość dźwignięcia na własne barki wszystkiego, co mogło zaważyć boleśnie na losach przedmiotu tego przywiązania, dążenie do możliwego odsunięcia wszelkich burz i ciosów, mogących zagrażać istnieniu, dokoła którego krążyły najtkliwsze moje myśli, moje najgłębsze troski. Takie momenty jedynie zdolne były rozewrzeć szeroko wrota mojego serca, znosząc wszelkie hamujące jego akcję zapory. Wówczas jednak wpadał trzymający ją na uwięzi Rozum, mściwy i potężny, wychwytywał z rąk moich zapisane kartki, odczytywał je, obsypywał szyderstwem, nakazując mi drzeć je i przepisywać na nowo w innej postaci, składać, pieczętować i wysyłać przeistoczone w duchu nieubłaganej trzeźwości, krótkie, jednostronicowe karteluszki.
Miał słuszność Rozum. Dobrze robił:
Nie żyłam samymi listami jedynie: odwiedzano mnie, dbano o mnie, zabierano do La Terrasse, okazywano mi wiele dobroci i starań. Dr. Bretton powtarzał mi przy tym, że roztacza nade mną taką opiekę, aby jak mówił: „trzymać zdala ode mnie mniszkę". Postanowił wydrzeć z jej rąk upatrzoną przez nią ofiarę. Zapewniał, że czuje do niej odrazę głównie z powodu białej płóciennej opaski na jej twarzy i zimnych, szarych jej oczu. Od chwili, kiedy dowiedział się ode mnie o tych odrażających cechach jej postaci, zniewalał go wstręt niepokonany do przeciwstawienia się jej, do wypróbowania kto okaże się zwycięzcą w tej walce; ona czy on. Pragnął z całej duszy, aby ukazała mi się raz jeszcze, ale w jego obecności. Do tego jednak nie pokwapiła się. Stosunek Grahama do mnie był stosunkiem lekarza i naukowca do pacjentki; pełniąc obowiązki swojego zawodu, czynił zarazem zadość popędom wrodzonej swojej dobroci, traktując mnie z prawdziwie serdeczną życzliwością i staranną uwagą.
Pewnego wieczora grudniowego, pierwszego dnia tego miesiąca, znajdowałam się zupełnie sama w carré. Była godzina szósta po południu; drzwi sal klasowych były pozamykane; zgromadzone w klasach uczennice zażywały swobody rekreacji wieczornej, czyniąc zwykły w takich momentach chaotyczny zgiełk i zamęt. W carré panowała zupełna ciemność z wyjątkiem czerwonej łuny dokoła żarzącego się w piecu ognia. Wielkie szyby okienne były zamarznięte; kryształowe iskierki świetlne, skrzące się wśród lodowego skucia, złociły tu i owdzie blade jego wzory. Niebo było rozgwieżdżone, noc jasna, choć bezksiężycowa. Fakt mojego odważenia się na pozostawanie samej pośród ciemności świadczył, że nerwy moje odzyskały dawną równowagę zdrowia. Myślałam o mniszce, nie obawiałam się jej jednak, mimo że klatka schodowa, majacząca w mroku poza mną, prowadziła poprzez zwartą, nieprzejrzaną noc czarną z piętra na piętro, wprost na nieszczęsne owo, nawiedzane przez zjawy, poddasze. Przyznaję jednak, że serce zabiło gwałtowniej w mojej piersi i krew krążyć zaczęła żywiej w moich żyłach, kiedy nagle usłyszałam poza sobą ciężki, przyśpieszony oddech i szybkie kroki, a, odwróciwszy się, dostrzegłam w ciemnym cieniu schodów jeszcze ciemniejszy cień — ruchomy zarys postaci schodzącej na dół. Postać ta zatrzymała się na chwilę przy drzwiach klasowych, poczym prześlizgnęła się bezszelestnie mimo mnie. Równocześnie rozległ się dźwięk dalekiego dzwonka przy drzwiach. Normalne odgłosy świata przywracają poczucie normalnego życia codziennego: zarysy były zbyt okrągłe, postać zbyt przysadzista, jak na smukłą mniszkę. Była to tylko Madame Beck, czyniąca zwykły swój obchód wieczorny.
Mademoiselle Lucy! — zawołała Rozyna, wpadając z korytarza z lampą w ręku. — On est là pour vous au salon[11].
Madame widziała mnie, a ja widziałam Madame, Rozyna widziała nas obie; nie było jednak wzajemnego rozpoznania. Skierowałam się wprost do salonu, gdzie zastałam tego, kogo, przyznaję, spodziewałam się zastać — doktora Brettona. Był w stroju wieczorowym.
— Powóz stoi przed domem. — Matka moja przysłała mnie, abym zabrał panią do teatru. Zamierzała sama pojechać, przeszkodziła jej wszakże niespodziewana wizyta. Zaproponowała mi od razu: — „Zabierz Lucy zamiast mnie“. Pojedzie pani?
— Teraz? W tej chwili? Nie jestem ubrana — zawołałam, spoglądając z wyrazem rozpaczy na moją ciemną merynosową suknię.
— Ma pani pół godziny na przebranie się. Powinienem był uprzedzić panią, postanowiłem jednak całe to pójście do teatru dopiero o piątej po południu, z chwilą, gdy dowiedziałem się, że czeka nas prawdziwa uczta dzięki występowi wielkiej artystki.
Mówiąc o wielkiej artystce, wymienił nazwisko, którego brzmienie przejmowało w owym czasie dreszczem zachwytu nie tylko mnie, ale i całą Europę również. Obecnie poszło ono już w zapomnienie; przebrzmiały echa grzmiących oklasków, jakimi ją przyjmowano; ona sama wycofała się ze sceny; mrok niepamięci zgęścił się dokoła rozgłośnego niegdyś a potem przebrzmiałego jej imienia, w owym czasie wszakże sława jej dosięgła szczytu, błyszczała pełnym jasnym blaskiem, rozbrzmiewała donośnie.
— Pojadę! Będę gotowa za dziesięć minut! — zawołałam zachwycona. Wybiegłam lotem strzały, i przyznać muszę, mój czytelniku, że ani na chwilę nie stropiła mnie myśl, która tobie może przyszła w tym momencie do głowy, że pójście dokądkolwiek z samym tylko Grahamem, bez pani Bretton, mogłoby być źle widziane. Nie mogłabym wcale powziąć, a tym bardziej wypowiedzieć wobec Grahama, podobnego skrupułu, bez obawy narażenia się na szyderczą odpowiedź, i, co ważniejsze, bez rozniecenia wewnętrznego ognia zawstydzenia tak nieugaszonego i tak pochłaniającego, że zdmuchnąłby on niebawem samo życie w moich żyłach. A zresztą, mojej matce chrzestnej, znającej tak dobrze swojego syna i znającej tak dobrze mnie, przyszłoby raczej na myśl danie przyzwoitki siostrze wybierającej się na jakieś zebranie z bratem rodzonym, aniżeli potrzeba trwożnego czuwania nad naszym wspólnym bywaniem gdziekolwiek.
Pójście do teatru nie wymagało szczególnie strojnej toalety; moja suknia z jasno popielatej krepy, barwy mgły, nada się jak najlepiej, pośpieszyłam też odszukać ją w szafach garderoby, gdzie wisiało nie mniej niż czterdzieści sukien. Okazało się jednak, że w międzyczasie porobiono w przepełnionych w istocie szafach zimowe porządki, przy czym część sukien, między innymi i moja także, została wyniesiona na poddasze, trzeba było więc znieść ją z niemiłego tego schowka. Wydostałam klucz i popędziłam na górę, nie doznając ani przez chwilę lęku, nie myśląc nieomal o niczym. Otworzyłam drzwi i zanurzyłam się od razu w mroczną głębinę poddasza. Czytelnik może wierzyć, albo nie — jak chce — kiedy jednak wpadłam tak nagle tutaj, nie było na poddaszu tak zupełnie ciemno, jak powinno byłoby być: z jednego kąta jaśniało światło, podobne do światła gwiazdy, jaśniejące jednak na szerszej przestrzeni. Oświetlało tak wyraźnie tę część poddasza, że odsłoniło głęboką alkowę wraz z częścią wypłowiałej, szkarłatnej firanki, jaka ją ochraniała. W tej samej chwili, bezszelestnie, w oczach moich znikło światło, i równocześnie znikła także alkowa wraz z osłaniającą ją firanką: cała ta część poddasza stała się czarna jak noc. Nie myślałam wcale o bliższym zbadaniu tej zagadki; nie miałam na to ani czasu, ani ochoty; porwawszy z kołka moją suknię, szczęśliwie wiszącą blisko wejścia, z konwulsyjnym pośpiechem wybiegłam, zatrzasnęłam drzwi i popędziłam na dół do sypialni.
Ręce moje dygotały jednak tak przeraźliwie, że nie byłam w stanie ubrać się: niepodobieństwem było dla mnie ani porządnie uczesać się, ani nawet pozapinać, jak należało, wszystkie guziki i haftki. Nie było innej rady, musiałam wezwać Rozynę i przekupić ją odpowiednim datkiem, aby mi dopomogła. Rozyna chętnie dawała przekupić się datkami, postarała się też zadowolnić mnie jak umiała najlepiej: rozczesała moje włosy i zaplotła je w warkocze, które ułożyła dokoła głowy tak umiejętnie, jak zrobiłby to zawodowy fryzjer, upięła dokoła wycięcia mojej sukni przy szyi z dokładnością matematyczną nieledwie koronkowy kołnierzyk, artystycznie zawiązała wstążkę, słowem dokonała swojego dzieła, niczym legendarna Filis, jaką umiała być, o ile tylko chciała. Podawszy mi chusteczkę i rękawiczki, poświeciła mi przy zejściu moim do parterowego hallu, a kiedy okazało się, że zapomniałam zabrać szal, pobiegła i przyniosła mi ten niezbędny dodatek toaletowy. W hallu zastałam czekającego już na mnie doktora Johna.
— Co się stało, Lucy? — zapytał, przyjrzawszy mi się uważniej. — Jest pani znów po dawnemu podniecona. Może i tym razem mniszka?
Zaprzeczyłam jednak temu stanowczo: przykro mi było być podejrzewaną po raz drugi o uleganie ułudom. Nie dał się wszakże wprowadzić w błąd.
— Mniszka, jako żywo! — powtórzył. — Zjawa jej pozostawia w oczach pani osobliwy błysk i wyraz, którego nie podobna nie poznać od razu.
— Nie było żadnej mniszki — zapewniłam — mogąc bez popełnienia kłamstwa zaprzeczyć, jakobym miała widzieć ponownie jej zjawę.
— Zjawiły się znów dawne symptomy — twierdził uparcie — jakiś dziwnie blady, wylękniony i, jak nazywają to Szkoci „podniesiony“ wyraz oczu.
Tak bardzo nastawał, że uważałam za właściwe powiedzieć mu co naprawdę widziałam. I tym razem oczywiście przypisał całe to wydarzenie tej samej przyczynie: złudzeniu optycznemu, chorobliwemu stanowi nerwów. Nie odważyłam się zaprzeczyć mu: lekarze są tak uparci, tak niezłomnie pewni swoich diagnoz, tak niewzruszenie wierzą w słuszność suchego, materialistycznego swojego ujmowania zjawisk, że nie podobna przekonać ich, aby mogli nie mieć racji.
Rozyna przybiegła z szalem, po czym bez przeszkód już usadowiona zostałam w powozie.
Teatr był przepełniony, wszystkie miejsca pozajmowane aż do sufitu; dwór i arystokracja stawiły się w komplecie: pałace i wielkie hotele opróżniły pokoje swoje z lokatorów, aby zapełnić nimi loże i fotele nabitego ludźmi, mimo to uroczyście przyciszonego przybytku. Czułam się prawdziwie uprzywilejowana, mogąc zająć tego wieczora miejsce na widowni; gorąco pragnęłam zawsze zobaczyć na scenie istotę, o której talencie tyle słyszałam, że spodziewałam się z oglądania jej gry Bóg wie jakich wrażeń podniosłych. Ciekawa byłam, czy usprawiedliwi swoją sławę, czekałam też na podniesienie kurtyny z poważnym, skupionym uczuciem głębokiego zainteresowania, i dziwnego zaciekawienia zarazem. Wielka artystka była dla mnie zjawiskiem, jakiego nie oglądały do owego dnia moje oczy, nową, nieznaną planetą. W jakiej wszakże ukaże mi się postaci? Czekałam na jej wyłonienie się na firmamencie.
Ujrzałam ją o dziewiątej tego wieczora grudniowego: o tej godzinie punktualnie ujrzałam zjawienie się jej na widnokręgu. Wciąż jeszcze świeciła gwiazda jej dawnym potężnym blaskiem, mimo że bliska już swojego dnia zagłady, chyląca się już ku zmierzchowi. Oglądana z pobliża, była na wpół zgaszoną lawą, na wpół żarzącym ogniem jeszcze.
O uszy moje obijało się niejednokrotnie nazywanie tej kobiety „brzydką". Byłam przygotowana na ujrzenie postaci kościstej, czegoś wielkiego, kanciastego, posępnego. To, co ujrzałam, było cieniem królewskiej Vashti[12] — królowa, niegdyś piękna jak dzień, teraz przyblakła, jak zmierzch i stopniała niczym wosk w ogniu.
Przez chwilę — przez dość długą chwilę — uważałam ją za kobietę tylko, jakkolwiek za kobietę wybraną, jedyną, poruszającą się przed tłumem z powagą majestatu, z niezrównanym wdziękiem zarazem. Stopniowo wszakże zaczęłam coraz bardziej rozumieć, jak dalece byłam w błędzie. Widziałam już w niej coś zgoła osobliwego, ani kobiecego, ani męskiego; w każdym z osobna z jej oczu przyczaił się diabeł. Obie te złe moce podtrzymywały słabe jej siły przez cały przebieg tragedii. Była wątłą z natury istotą; w miarę też rozwijania się akcji i potęgowania się wzruszenia audytorium, coraz gwałtowniej wstrząsały nią ogniem swoich namiętności szatańskich. Wyraźnie wypisały „PIEKŁO“ na gładkim, wyniosłym jej czole. Nastrajały głos jej na brzmienie udręki. Krzywiły królewskie jej oblicze, nadając mu piętno maski demonicznej. Stała przed nami niby wcielenie Nienawiści, Zbrodni i Szału.
Był to widok zdumiewający, objawienie potężne.
Widowisko potworne w swojej nikczemności, ohydne, niemoralne.
Rycerze przebijani mieczami na wskroś, umierający w kałuży własnej krwi na piasku areny; byki, dobijające rogami swoimi konie z powypruwanymi wnętrznościami, byliby dla publiczności łagodniejszym widokiem, strawą przystępniejszą dla podniebień, aniżeli Vashti, dręczona przez siedmiu szatanów, przez szatanów, których ogłuszające wrzaski rozdzierały nawiedzaną przez nie siedzibę, nie dając się jednak odżegnać.
Cierpienie wyryło głębokie ślady na tej władczyni scenicznej. Stała ona przed widownią, nieustępliwa, nie poddająca się, ani także nie odczuwająca w dostatecznej mierze swojej udręki; stała w napięciu walki, nieugięcie oporna. Stała, nie tyle ubrana, ile zadrapowana w antyczne fałdy tkaniny o jasnej, bladej barwie, wysoka i kształtna, ni to rzeźba klasyczna. Tło koloru możliwe najciemniej szkarłatnego uwydatniało alabastrową, srebrzystą jej białość, czyniąc ją podobną do posągu Śmierci.
Gdzie był artysta, gdzie duch twórczy Kleopatry? Niech przyjdzie, niech usiądzie i studiuje odmienną tę wizję. Niech odszuka w tym posągu potężną krzepkość, napięte muskuły, bujnie płynącą krew, bogato odżywiane ciało, które wielbił; niech wszyscy materialiści świata zgromadzą się tutaj i przyjrzą się.
Zaznaczyłam, że nie czuje ona żalu za swoje krzywdy. Nie, słabość tego wyrazu zadałaby kłam samemu pojęciu. Dla niej siła, która rani, staje się niezwłocznie wcielona; zapatruje się na nią jako na stwór, na który można od razu natrzeć, zmiażdżyć go, poszarpać na strzępy. Sama, bardziej zbliżona do ducha, niż do materii, skłonna jest walczyć z abstrakcjami. Wobec klęski staje się tygrysicą; poraża swoich nieprzyjaciół, budząc w nich dreszcz zgrozy i wstrętu. Cierpienie dla niej nie przetwarza się w dobro; łzy nie zraszają żniwa poznania; zachowuje postawę buntowniczą wobec choroby, wobec śmierci nawet. Jest zła może, ale silna zarazem, a siła jej zwyciężyła Piękno, pokonała Wdzięk i wprzęgła jedno i drugie w jej jarzmo, jako niewolników niezrównanie urodziwych i równie uległych jak urodziwych. W najwyższym nawet napięciu energii, w każdym ruchu najdrobniejszym, królewska, imperatorska, tchnąca majestatem wrodzonym. Włosy jej luźno rozpuszczone na ucztach czy na wojnie, są wciąż jeszcze szatą anielską, jaśniejącą rozświetlającym ją nimbem. Pokonana, skazana na banicję, wspomina niebo, gdzie burzyła się buntowniczo. Światło niebieskie, idące za nią na wygnanie, przebija jego granice i odsłania zatracone ich dale.
Postawcie teraz przed nią jako zaporę Kleopatrę, czy inną jakąś postać zażywną, i przyjrzyjcie się rozpłataniu jej przez sam środek jej ciała, gdy zakrzywiona szabla Saladyna wbiła się w puchową poduszkę. Niech zmartwychwstanie Paweł Piotr Rubens, niech wskrześnie do życia; sprowadźcie tutaj całą armię jego tłustych kobiet; moc czarodziejska, czy dar proroczy udzielone drobnej tej różdżce mojżeszowej, mogłyby za jednym skinieniem sprawić rozstąpienie się i ponowne zwarcie się fal morskich, przytłaczając ciężki zastęp ciśnięciem nań wałów wodnych.
Vashti nie była dobra, jak mi mówiono; zaznaczyłam też, że nie wyglądała na dobrą: jakkolwiek była duchem, była duchem z Tophet rodem[13]. Jeśli tak wielka nieuświęcona siła może być czerpana z odmętów piekielnych, dlaczegożby podobna emanacja uświęconej treści nie miała spłynąć któregoś dnia z wyżyn niebiańskich?
Jakie było zdanie doktora Grahama o tej istocie?
Co pewien czas zapominałam przez dłuższą chwilę obserwować jego zachowanie, pytać go co o tym myśli. Niepokonana siła magnetyczna geniuszu pociągnęła ku sobie w sposób niezwykły mój umysł i serce. Widywałam dawniej grę sceniczną, nigdy wszakże nie byłam świadkiem niczego podobnego: niczego, wprawiającego w zwątpienie Nadzieję i tłumiącego żądzę: odzierającego z podniet i urągającego wszelkiemu rozumieniu; niczego takiego, co, miast podniecać wyobraźnię myśląc o tym, co mogłoby być dokonane i rozpłomieniać nerwy świadomością, że nie zostało to dokonane, ujawnia równocześnie siłę, podobną do wezbranej w porze zimowej głębi rzecznej, huczącej wodospadami i unoszącej duszę, niby liść, na stromym, napiętym jak stal, spadku swoim.
Panna Fanshave, ze zwykłą swoją pochopnością do wydawania niedojrzałych, nieprzemyślanych sądów, określiła doktora Brettona, jako człowieka trzeźwego, wyzbytego gorętszych uczuć, zbyt poważnego i zarazem zbyt łatwo podlegającego zmiennym nastrojom. Wręcz odwrotny był mój sąd o nim: nie byłam zdolna obarczać go podobnymi brakami. Nie był z natury usposobienia medytacyjnego, nie wpadał też łatwo w nastrój sentymentalny; podlegał bodźcom zewnętrznym jak marszcząca się woda, nieomal jednak tak samo niewraźliwy był jak woda: lekki wiaterek, promyk słońca poruszały go; metal nie był zdolny wyryć na nim śladu, ani ogień odcisnąć na nim swojej pieczęci.
Dr. John umiał myśleć i myśleć dobrze, był jednak raczej człowiekiem czynu niż myśli; umiał odczuwać żywo na swój sposób, nie posiadał jednak żyłki entuzjazmowania się: dawał chętnie posłuch łagodnym, świetlanym, miłym wpływom, oczy jego były wrażliwe na przejawy piękna, na różane, srebrzyste i perłowe łuny na niebie, na purpurowo-złociste obłoki o zachodzie. Wszystko związane z burzą, wszystko dzikie, napięte, niebezpieczne, nagłe i rozognione, — nie zyskiwało jego sympatii, nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Kiedy wreszcie miałam czas i możność przyjrzeć się mu, zabawiło mnie i olśniło nagłym zrozumieniem wykrycie, że przygląda się on posępnej władczyni Vashti, nie ze zdumieniem, ani z zachwytem, ani nawet z trwogą, ale z naprężoną ciekawością jedynie. Jej śmiertelna udręka nie zdawała się przejmować go bólem, jej dzikie jęki — gorsze od wrzasków — niezbyt go wzruszały; jej wybuchy wściekłości oburzały go chwilami, nie budziły w nim jednak ani grozy, ani wstrętu. Zimny młody Brytyjczyk! Blade kredowe skały jego ojczyzny nie spowiadają z taką obojętnością i z takim spokojem na wody Kanału, z jaką przyglądał się Graham tego wieczora natchnionej Pytii.
Obserwując jego twarz, pragnęłam wiedzieć jaki jest istotny jego sąd o niej, pozwoliłam sobie też w końcu na zadanie mu odnośnego pytania. Na dźwięk mojego głosu zbudził się jak gdyby ze snu: był głęboko zamyślony, zajęty snuciem własnych rozważań.
— Jak podoba się panu Vashti? — zapytałam.
— Hm-hm-hm! — bąknął zrazu niewyraźnie, ale aż nadto znamiennie, a potem dziwny uśmiech okolił jego usta, uśmiech bezsprzecznie krytykujący, okrutny nieledwie! Przypuszczam, że potrafił być okrutny dla tego rodzaju natur. W kilku zwięzłych zdaniach wyłożył mi swój pogląd i swój stosunek uczuciowy do tej aktorki: sądził ją surowo jako kobietę, nie jako artystkę: był to sąd nieubłagany.
Wieczór ten zaznaczony był w księdze mojego żywota nie białym, ale grubym, czerwonym krzyżem. Nie skończył się jednak jeszcze dla mnie: inne momenty miały zostać wpisane na jego karcie zgłoskami niezatartymi.
Około północy, kiedy coraz głębsza tragedia znalazła najposępniejszy swój moment końcowy w scenie śmierci i cała widownia wsłuchana była i wpatrzona z zapartym oddechem — doktór John nawet zagryzł dolną wargę i zmarszczył czoło, siedząc w ponurym, skupionym milczeniu — kiedy teatr cały zaległa cisza niezmącona; kiedy oczy wszystkich wpiły się w jeden punkt; kiedy uszy wszystkich szły w jednym kierunku; kiedy nikt nie widział nic poza białą postacią opadłą na łoże, staczającą ostatnią walkę z najzawziętszym, najbardziej znienawidzonym jej wrogiem; kiedy nikt nie słyszał nic poza jej jękami, jej ciężkim oddechem buntu, jej wyzywającym wciąż jeszcze szamotaniem się; kiedy niepokonana, jak się zdawało, wola, nie pozwalająca ugiąć się wstrząsanemu drgawkami przedśmiertnymi ciału, wciąż jeszcze podtrzymywała walkę z przeznaczeniem i śmiercią, broniąc rozpaczliwie każdego cala ciała, przelewając kroplę po kropli krew do ostatka, z całych sił, aż do końca opierając się traceniu wszystkich władz, wciąż jeszcze z napięciem najwyższym usiłując widzieć, słyszeć, czuć, oddychać, żyć — aż do nieubłaganego momentu, kiedy śmierć kładzie kres wszelkiemu poczuciu i wszelkiemu istnieniu, mówiąc:
— Dotąd i ani kroku dalej!
W tej samej właśnie chwili poruszenie złowrożbne powstało poza sceną: rozległ się tupot biegnących w różne strony nóg, doleciał szmer skłóconych głosów. — Co się stało? — wołała zaniepokojona widownia. Odpowiedzią były wyraźne języczki płomieni, odór spalenizny i dymu.
— Pali się! — rozbrzmiało z galerii — Pali się! — powtarzało zewsząd, z miejsca na miejsce, groźne, wystraszone echo, i równocześnie nieomal, szybciej, aniżeli zdolne jest opisać to pióro, wybuchła panika, obłędna, tratująca — ślepy, bezmyślny, samolubny, okrutny, wywołany bezmiernym strachem zamęt.
A doktór John? Widzę go jeszcze, czytelniku, zachowującego zwykły miły swój spokój i krzepiącą odwagę.
— Lucy nie ruszy się z miejsca — wiem o tym — rzekł, spoglądając na mnie z tym samym wyrazem pogodnej dobroci, z tą samą uspokajającą stanowczością, jaką widywałam na jego twarzy, kiedy siedziałam obok niego pośród nie zagrażającego niczym bezpieczeństwa domu jego matki. Wezwana w ten sposób, siedziałabym spokojnie w dalszym ciągu pod zawalającą się skałą, przyznać jednak muszę, że i własny mój instynkt także nakazywał mi zachowanie w danych warunkach najzupełniejszego spokoju i nieruszanie się z miejsca. Gdyby jednak nawet nie ostrzegł mnie własny instynkt, nie ruszyłabym się z miejsca za cenę własnego życia, aby nie sprawić Grahamowi kłopotu, nie przeciwstawić się jego woli, nie zmuszać go do zaprzątania sobie w tej chwili głowy moją osobą. Siedzieliśmy na parterze: w ciągu paru minut zapanował dokoła nas straszliwy, nieopisany, obłędny ścisk, zamęt i popłoch.
— Jak łatwo ulegają kobiety panice! — zawołał Graham. — Gdyby jednak mężczyźni nie zachowywali się prawie tak samo, możnaby bez trudu utrzymać porządek. Przykra to scena: widzę w tej chwili przed sobą pięćdziesięciu brutali, z których każdego, gdybym był blisko niego, mógłbym z czystym sumieniem powalić na ziemię. Widzę nawet kilka kobiet, odważniejszych od mężczyzn. Jedna zwłaszcza — o, tam!... Boże wielki!...
W tej samej chwili, kiedy Graham zdołał wypowiedzieć te słowa, młoda dziewczyna, która spokojnie siedziała o kilka rzędów przed nami, przy boku starszego siwowłosego pana, została nagle, przez wielkiego jakiegoś przepychającego się łokciami draba o wyglądzie rzeźnickim, oderwana od ramienia swojego opiekuna i pchnięta pod nogi tłumu. Jej zniknięcie trwało zaledwie dwie sekundy. Graham rzucił się ku niej, on i siwowłosy pan o imponującej postaci połączyli swoje siły, aby odepchnąć napierającą ze wszystkich stron zwartą ciżbę: głowa młodej dziewczyny i długie jej włosy opadły na ramię Grahama — zdawała się zemdlona.
— Może pan powierzyć mi ją z zupełnym spokojem: jestem lekarzem — rzekł doktór John.
— O ile pan sam nie jest w towarzystwie kobiecym, bardzo chętnie — brzmiała odpowiedź. — Niech pan trzyma moją córkę, a ja utoruję przemocą przejście: musimy wyprowadzić ją na powietrze.
— Jestem w towarzystwie kobiety — rzekł Graham — nie będzie ona nam jednak ani przeszkodą, ani utrudnieniem.
Dał mi znak oczami — nie mógł inaczej, byliśmy rozdzieleni. Zdecydowana wszelako dostać się do niego, przecisnęłam się przez żywą zaporę, przeczołgując się pod nią, o ile nie mogłam przepchnąć się pomiędzy nią czy obok niej.
— Niech pani mocno trzyma się mnie, Lucy, i nie przestaje torować sobie drogi na przód — rozkazał. Byłam mu posłuszna.
Nasz siwowłosy pionier okazał się silny i sprawny; wbił się klinem w zwarty tłum, cierpliwym wysiłkiem przepchnął się przez spiętrzoną masę rozgrzanych ciał, tłoczących i duszących się wzajem, i wyprowadził nas na świeże, mroźne powietrze nocy.
— Jest pan Anglikiem? — zwrócił się do doktora Brettona, kiedy nareszcie wydostaliśmy się z teatru na ulicę.
— Tak. Jestem Anglikiem. I mówię z rodakiem? — zapytał Graham z kolei.
— Oczywiście. Proszę, niech pan będzie łaskaw zatrzymać się tutaj parę minut, dopóki nie odszukam mojego powozu.
— Ojczulku, nic mi się nie stało — odezwał się dziewczęcy głosik — jesteś przy mnie, ojczulku?
— Jest przy pani przyjaciel, a ojciec pani jest także tutaj, w pobliżu.
— Niech mu pan powie, że nic mi się nie stało — boli mnie tylko ramię. O, moje ramię! Stratowano je!
— Zwichnięte może — mruknął doktór. — Miejmy nadzieję, że nic gorszego. Niech mi pani dopomoże na chwilę, Lucy.
Dopomogłam mu, jak umiałam, przy nałożeniu za pomocą chustki i odpowiedniego unieruchomienia nią ramienia, rodzaju prowizorycznego opatrunku, który ulżył nieco cierpiącemu ciężarowi Grahama. Młoda dziewczyna powstrzymała jęki, leżąc spokojnie i cierpliwie w jego ramionach.
— Jest bardzo lekka — rzekł — jak dziecko! Czy to dziecko? — zapytał mnie szeptem. Mogłaby pani określić jej wiek, Lucy?
— Nie jestem już dzieckiem. Mam siedemnaście lat — odparła pacjentka spokojnie, ale z godnością. I wnet dodała:
— Niech pan poprosi ojczulka, żeby przyszedł; jestem niespokojna o niego.
Powóz podjechał; ojciec młodej pacjentki uwolnił Grahama od jego ciężaru, przy przenoszeniu jej wszakże z jednych ramion w drugie urażone zostało cierpiące ramię. Jęknęła boleśnie.
— Kochanie moje! — szepnął ojciec czule, po czym zwrócił się do Grahama: — Powiedział pan, że pan jest lekarzem?
— Tak. Pozwoli pan, że przedstawię się: doktór Bretton z La Terrasse.
— Jak to dobrze! Będzie pan łaskaw wsiąść z nami do powozu?
— Mam tutaj mój własny wehikuł, odszukam go i pojadę w ślad za państwem.
— Proszę, bądź pan łaskaw. Hotel Crécy, przy Rue Crécy — wymienił swój adres.
Pojechaliśmy za nimi tak szybko, jak tylko mogliśmy nadążyć. Graham milczał podczas jazdy. Całe to wydarzenie wydawało się raczej przygodą romantyczną.
Straciliśmy trochę czasu przy odszukaniu własnego powozu i dlatego, pomimo możliwego popędzania koni, zajechaliśmy przed hotel Crécy w jakie dziesięć minut może po dostaniu się do domu jego właścicieli. Był to hotel w znaczeniu francuskim: pałac, składający się z kilku budynków mieszkalnych, nie zaś hotel w znaczeniu domu zajezdnego. Główny gmach był obszerny, wysoki, z wielką łukowato zakończoną bramą od strony ulicy. Z bramy wejściowej prowadziła sklepiona sień do czworokątnego wielkiego hallu.
Wysiedliśmy przed bramą, poszliśmy szerokimi, pięknymi schodami na górę i zatrzymaliśmy się na drugim piętrze przed drzwiami, oznaczonymi Nr. 2. Pierwsze piętro zajmował jakiś prince russe“ — książe rosyjski — jak poinformował mnie Graham. Zadzwoniliśmy do imponujących, wielkich drzwi, które natychmiast otworzono i wprowadzono nas do wytwornie urządzonego apartamentu. Zaanonsowani przez liberyjnego służącego, weszliśmy do salonu, na którego kominku płonął typowo angielski ogień, ściany salonu, natomiast, zdobiły cudzoziemskie lustra. Przy kominku ujrzeliśmy grupę: drobna postać dziewczęca, tonąca w głębokim, miękkim fotelu, dwie uwijające się dokoła niej służące i znany nam już siwowłosy pan, wpatrzony z zaniepokojeniem w twarz córki.
— Gdzie Harriet? Chciałabym żeby przyszła Harriet — odezwał się słaby głosik.
— Gdzie jest pani Hurst? — zniecierpliwił się siwowłosy pan, zadając pytanie to gniewnym nieco głosem służącemu w liberii.
— Bardzo mi przykro, ale pani Hurst nie ma w Villette, Panienka dała jej przecież urlop do jutra.
— Tak. To prawda. Ja sama dałam jej urlop. Pojechała do swojej siostry. Powiedziałam, że może pojechać. Przypominam sobie teraz. Bardzo żałuję jednak, bo Manon i Louison nie rozumieją ani słowa z tego co do nich mówię i urażają moje ramię, na pewno nie chcąc wcale urazić go.
Dr. John przywitał się z siwowłosym panem, a ja podczas ich parominutowego naradzania się podeszłam do fotela i, zorientowawszy się od razu czego życzy sobie osłabiona i na wpół omdlewająca młoda dziewczyna, zrobiłam to dla niej.
Byłam zajęta nią, kiedy zbliżył się Graham. Równie sprawny chirurg, jak umiejętny internista, od razu, po bliższym zbadaniu ramienia, przekonał się, że jego znajomość chirurgii wystarczy w zupełności do leczenia danego przypadku. Przede wszystkim kazał przenieść pacjentkę do jej własnego pokoju i szepnął do mnie:
— Droga Lucy, niech pani pójdzie z tymi kobietami — wydają się dość tępe, będzie pani mogła przynajmniej kierować ich poruszeniami, aby zaoszczędzić biednemu dziecku bólu. Należy przenieść ją bardzo ostrożnie.
Własny pokój młodej dziewczyny był sypialnią, nieco przyciemnioną blado-niebieskimi draperiami oraz cienkimi jak mgiełka muślinowymi firankami i zazdrostkami. Łóżko wyglądało jak utkane z puchów śnieżnych, białych i nieskalanych, miękkich i pajęczo zwiewnych. Odsunąwszy obie służące, rozebrałam ich młodą panią bez ich chętnej, ale niezdarnej pomocy. Nie miałam dość spokoju, aby móc zwrócić dostateczną uwagę na każdy pojedyńczy szczegół ubrania jakie z niej zdejmowałam, doznałam wszelako ogólnego wrażenia wykwintu, wysubtelnienia i wysokiego stopnia dbania o swoją osobę, o swój strój i o całe swoje środowisko. Cechy te ujawniały się zarazem w powierzchowności dziewczątka, jak i we wszystkim co je otaczało. Kiedy w następstwie miałam czas i możność zastanowić się nad tym, uderzył mnie kontrast, jaki zachodził pomiędzy intymną toaletą młodej pacjentki, a sposobem ubierania się panny Ginevry Fanshave.
Młodziutka dziewczyna, którą miałam przed sobą, była mała i drobna, ale zbudowana modelowo. Zczesane z czoła pasma jej obfitych, cienkich i lśniących jak jedwab włosów odsłoniły przede mną jej bladą, zmęczoną w tej chwili, ale niezrównanie arystokratyczną twarzyczkę. Czoło gładkie i jasne, brwi zakreślone nieskazitelnym łukiem, gęste i zanikające stopniowo ku skroniom, oczy wielkie, głębokie, zdające się wypełniać większą część twarzy, a w każdym razie górować nad poszczególnymi jej rysami. Twarz ta musiała być wyjątkowo wyrazista w normalnych warunkach, teraz wszakże była cierpiąca i wyczerpana. Cerę miała delikatną jak płatek kwiatowy; szyja i ręce były alabastrowe o cieniutkich niebieszczących się żyłkach. Pomimo tej dziecięcej nieomal delikatności wyglądu cechował twarzyczkę jej wyraz dumy, ujawniony w sposobie patrzenia, w łukowatym odęciu warg — nie wiem czy wrodzonym i nieświadomym — gdybym jednak widziała go u niej po raz pierwszy w normalnym stanie jej zdrowia, uderzyłby mnie on, jako niczym nieusprawiedliwiony i świadczący o zupełnie fałszywymi jej poglądzie na sprawy tego świata i na jej własny do nich stosunek.
Jej zachowanie się podczas dokonywanych na chorym ramieniu zabiegów, wzbudzało zrazu uśmiech; nie było dziecinne — raczej na ogół dość cierpliwe i stanowcze — parę razy wszakże zwróciła się do doktora Johna w sposób szorstki i opryskliwy, zarzucając mu, że sprawił jej ból, i że winien starać się możliwie unikać tego. Widziałam także wielkie jej oczy utkwione w jego twarzy z wyrazem poważnego zdziwienia, z jakim zwykło patrzeć rozsądne, myślące dziecko. Nie wiem, czy Graham świadom był tego badawczego jej przyglądania się mu, a jeśli nawet tak było, strzegł się zdradzenia nieostrożnym jakimś spojrzeniem, że zdaje sobie z tego sprawę.
Uważałam, że zadania swojego dokonywał z niezmierną starannością i niezwykłą łagodnością, usiłując możliwie zaoszczędzić pacjentce cierpienia. Uznała to widocznie, bowiem po ukończonym opatrunku, rzekła tonem pełnym wdzięczności:
— Dziękuję panu, panie doktorze. Życzę panu dobrej nocy.
Mówiąc to, nie przestawała wpatrywać się w niego poważnie i badawczo. Ten poważny, skupiony wzrok wydał mi się dziwny i dziwnie niedostosowany do okoliczności.
Obrażenia, jakich doznała, nie były niebezpieczne. Ojciec pacjentki przyjął zapewnienie doktora Johna o tym z uśmiechem radosnym i tak pełnym szczerej szlachetności serca, że zdolny był zjednać mu każdego. Z tak ujmującą powagą wyraził Grahamowi głęboką swoją wdzięczność, jak tylko potrafi uczynić to angielski gentleman w stosunku do człowieka, który wyświadczył mu wielką przysługę, mimo że był mu zupełnie obcy. Poprosił zarazem doktora Johna o złożenie córce jego nazajutrz wizyty lekarskiej.
— Ojczulku — odezwał się głos spoza firanek łóżka — podziękuj i tej pani także. Czy jest jeszcze tutaj?
Odchyliłam z uśmiechem firankę i spojrzałam na leżącą. Znacznie spokojniejsza już teraz, wyglądała bardzo ładnie, mimo że wciąż jeszcze była bledziutka; rysy miała wyjątkowo subtelnie wyrzeźbione i o ile na pierwszy rzut oka wydawała się twarz jej wyniosła i dumna, łagodził znacznie ten wyraz miły uśmiech, jaki przywarł do jej ust.
— Dziękuję tej pani bardzo serdecznie — rzekł ojciec dziewczątka. — Wyobrażam sobie jak bardzo dobra była dla mojej córeczki. Myślę, że nie odważymy się wcale powiedzieć pani Hurst kto ją zastąpił i zrobił za nią to wszystko, co było właściwie jej obowiązkiem. Wiem jak głęboko czułaby się zawstydzona i jak bardzo byłaby zazdrosna.
I tak, w najżyczliwszym nastroju, po wymianie przyjaznych pożegnań, po uprzejmym, ze względu na późną porę, odmówieniu przez nas zaofiarowanego nam gościnnie poczęstunku, opuściliśmy Hotel Crécy.
Na drodze powrotnej przejeżdżaliśmy raz jeszcze mimo teatru. Ciemno tu już było i pusto; obłędnie cisnący się ku wyjściu, rozhukany tłum rozproszył się od dawna i znikł: światła, zarówno jak drobny, bez znaczenia ogień, pogaszone i zapomniane. Nazajutrz wyjaśniły dzienniki poranne, że jedna z luźno zwisających draperyj, na którą padła iskra — papierosa prawdopodobnie — zajęła się, po czym wnet została zdeptana i ugaszona w ten sposób.




ROZDZIAŁ XXIV
PAN DE BASSOMPIERRE

Ludzie, żyjący w odosobnieniu, ludzie których istnienie upływa w zaciszu szkół, czy innych zamkniętych zakładów, muszą być przygotowani na to, że przyjaciele ich i znajomi, obywatele szerszego, wolnego świata, łatwo wykreślają ich ze swojej pamięci. W sposób niewytłumaczony przeważnie, bezpośrednio po dłuższym okresie wyjątkowo częstego widywania się sprawia przypadkowy splot drobnych, ale nieco podniecających okoliczności — których naturalnym wynikiem winno byłoby raczej być ożywienie, aniżeli zerwanie stosunków przyjacielskich — że następuje zupełne zawieszenie, absolutna, bezsłowna cisza, długa pustka zapomnienia. Nieprzerwana, niewyjaśniona, nie dająca niczym usprawiedliwić się pustka. Listy, drobne przesyłki, dawniej tak częste, zostają zniesione; odwiedziny, ponawiane dawniej periodycznie, ustają całkowicie; nie nadchodzą już nigdy więcej książki, gazety czy inne dowody pamięci.
Istnieją zawsze tysiączne najsłuszniejsze, zdałoby się, uzasadnienia takiego stanu rzeczy, szkoda tylko, że nie może nic wiedzieć o nich odcięty od świata pustelnik. Ta wypełniona pustką przerwa, która trwa dla niego tak nieskończenie długo, i przebiega tak powoli, że zegary zdają się wstrzymane, a bezskrzydłe godziny wloką się niby kroki piechurów znużonych długotrwałą wędrówką, wypatrujących już tylko kamieni wiorstowych, aby na nich wypocząć, — ta sama przerwa obfituje może w wydarzenia i dyszy pośpiechem dla jego przyjaciół.
Pustelnik — o ile jest rozsądnym pustelnikiem — puści w niepamięć własne swoje myśli i zamknie pod klucz swoje odczuwania podczas tych tygodni pustki i mroźnej zimy swojej duszy. Będzie wiedział, że przeznaczeniem jego jest naśladować w pewnych warunkach susła, dostosuje się też do tego: zwinie się w małą kulkę, wpełznie w jakaś dziurę w murze życiowym i ulegnie pokornie okolicznościom, które będą trzymały go w niej, zakonserwowanego w lodzie w ciągu miesięcy, a bodaj lat całych.
Radzę mu, aby przyznał w takich wypadkach, że „wszystko jest w porządku, że zupełnie zasłużył na to, co go spotyka i że tak być powinno widocznie, skoro tak jest“. Może przysypana śniegiem mogiła jego otworzy się pewnego dnia, może powróci miękkie tchnienie wiosny, a słońce i ciepły wiatr południowy swobodnie dotrą do niego; pączkowanie żywopłotów, śpiewy ptaszęce i szmer wyzwolonych z lodowych pęt strumyków zbudzą go miłośnie do zmartwychwstania. Możliwe, że tak właśnie ułożą się dla niego sprawy, możliwe jednak, ze stanie się inaczej: zamróz przeniknie do głębi jego serca, które nigdy już nie odtaje, a kiedy nadejdzie wiosna, wydłubie z muru sroka czy wrona martwy, surowy jego szkielet jedynie. Ale i w tym wypadku nawet, będzie wszystko w porządku: wiedział wszak od samego początku, że jest śmiertelny, że będzie więc musiał kiedyś pójść tą samą drogą, jaką idą wszystkie istoty z ciała i kości. „Prędzej czy później“.
Po tym pełnym wydarzeń i wrażeń dniu bytności w teatrze nastąpiło dla mnie siedem tygodni jałowych i tak pustych, jak siedem niezapisanych arkuszy papieru: ani jedno słowo nie było napisane na żadnym z nich; pustki tych siedmiu tygodni nie ożywiły żadne odwiedziny, żaden widomy znak pamięci.
Mniej więcej w połowie tego czasu zaczęłam sobie wyobrażać, że coś musiało stać się z przyjaciółmi moimi z La Terrasse. Ku środkowi długotrwałej pustki takiej zwykły zasnuwać widnokrąg samotnika chmury złowieszcze, nerwy jego boleśnie napięte są wysiłkiem długiego daremnego wyczekiwania; wątpliwości, dotychczas odrzucane, gromadzą się teraz skłębione pod jego czaszką i tym silniejsze, im bardziej spiętrzone, osaczają go z siłą, graniczącą z mściwością nieomal. I noc także staje się porą myśli złowrogich, nie dopuszczających błogosławieństwa snu: niesamowite wizje i walki zatruwają spokój jego łoża; ponura orkiestra dręczących snów z grozą czyhającej klęski i śmiertelnym lękiem zupełnego osamotnienia na jej czele, przyłącza się do nieubłaganego grona jego prześladowców. Biedny nieszczęśnik! Czyni co jest w jego mocy, aby pokonać te udręki, łamią go one wszakże: wbrew najlepszym jego usiłowaniom wysysają krew z jego żył, niszczą go duchowo i cieleśnie.
Ku końcowi długich tych okrutnych siedmiu tygodni pogodziłam się z myślą, której w ciągu poprzednich sześciu zazdrośnie do siebie nie dopuszczałam, — z przeświadczeniem, że straszliwa pustka ta była nieunikniona, że była naturalnym wynikiem, ostatnim ogniwem długiego łańcucha okoliczności, spełnieniem się wyroków losu, częścią mojego przeznaczenia życiowego, i, nade wszystko, sprawą, której przyczyn i źródła nie należy nigdy dociekać, na której bolesne skutki nie wolno nigdy utyskiwać, ani sarkać.
Nie winiłam oczywiście siebie samej za moje cierpienia: posiadałam, chwała Bogu, zbyt wielkie poczucie sprawiedliwości, aby wpadać w niedorzeczną przesadę samooskarżania się. Co zaś dotyczy potępiania innych za ich milczenie, nie przychodziło mi nic podobnego na myśl wcale: wiedziałam, że nie ciąży na nich żadna wina i z głębi serca uniewinniałam ich najzupełniej. Mimo to jednak droga, jaką zniewolona byłam kroczyć, wydała mi się ciężka i kamienista ponad możność zniesienia jej, tęskniłam też z całej duszy za nadejściem lepszych dni.
Próbowałam najrozmaitszych środków zapełnienia i podtrzymania mojego istnienia: rozpoczęłam zmudną robotę kunsztownie wypracowanej koronki, z wielką pilnością uczyłam się języka niemieckiego, zabrałam się do stałego, regularnego czytania całego szeregu branych z miejscowego księgozbioru najgrubszych tomów o najbardziej suchej treści, i we wszystkich tych poczynaniach byłam tak wytrwała i niezłomna, jak to było stale moim zwyczajem. Czy obrałam fałszywą drogę? Nie mam pojęcia, to jedno wiem tylko, że wynik tych moich usiłowań był tak samo żałosny, jak gdybym gryzła stosy papieru, aby nasycić głód, albo piła słoną wodę morską, aby uśmierzyć pragnienie.
Godziną najsroższej mojej udręki była pora przybycia listonosza. Na nieszczęście, znałam ją aż nadto dobrze, usiłując oszukiwać samą siebie równie żarliwie, jak daremnie. Śmiertelnie obawiałam się zarówno katuszy oczekiwania, jak rozczarowania, poprzedzających codziennie tę morderczą dla mnie godzinę i nieodmiennie następujących po niej.
Wyobrażam sobie, że zwierzęta przetrzymywane w klatce i żywione tak skąpo, że stale są okrutnie wygłodzone, oczekują chwili żywienia ich z równie żarłoczną żądnością, z jaką ja oczekiwałam przybycia listonosza i przyniesienia mi przez niego listu. O — jeśli mam wyznać prawdę i porzucić ton fałszywego spokoju, który zamiast podtrzymać, bardziej tylko jeszcze wyczerpuje ludzką zdolność znoszenia udręk — doznawałam przez te siedem tygodni najsroższych obaw i cierpień, dręczącego zmagania się z samą sobą, nędznych zawodów nadziei, nie do zniesienia gorzkich rozczarowań, momentów bezbrzeżnej rozpaczy, której tchnienie przeszywało mnie na wskroś. Ale list, tak gorąco oczekiwany list, nie nadchodził, a był on wszak jedyną osłodą życia, jakiej mogłam spodziewać się.
W chwilach śmiertelnych takich zmagań się szukałam wciąż ponownie pociechy w zawartości małej szkatułeczki, zamkniętej w szufladzie mojego pulpitu — w owych pięciu błogosławionych listach. Jak czarownym wydał mi się ów miesiąc, którego niebiosa widziały narodziny tych pięciu gwiazd! Otwierałam błogosławioną szkatułkę o późnej godzinie zazwyczaj, że zaś nie miałam odwagi prosić co wieczór o świecę w kuchni, kupiłam sobie stoczek woskowy i zapałki do zapalania go i w porze wieczornego odrabiania przez uczennice lekcji na dzień następny przekradałam się do sypialni na górę, gdzie raczyłam się tą prawdziwą dla mnie manną bożą. Nie syciła mnie ona jednak; wychudłam jak szczapa, podobna do cienia raczej niż do żywego człowieka. Nie byłam chora wszelako.
Pewnego dnia, kiedy, jak zwykle, czytałam w sypialni późną porą, czując, że zatracam już możność czytania — listy wskutek nieustannego studiowania ich utraciły dla mnie cały smak i znaczenie — cenny kruszec rozdrabniał się w oczach moich na nikłe kruszynki, potęgujące gorycz mojego rozczarowania — rozległ się nagle na schodach stuk pośpiesznych drobnych kroków. Znałam dobrze kroki Ginevry Fanshave; była zaproszona do znajomych w mieście na obiad tego dnia i powróciła już widocznie, przybiegła więc tutaj, aby odłożyć do szafy swoją zarzutkę i inne akcesoria swojego stroju.
Tak. To była ona. Wpadła, strojna w jasną jedwabną suknię, szal opadał z jej ramion, a umiejętnie utrefione loki, na wpół rozpuszczone na wilgoci wieczornej, opadały ciężkimi, niedbałymi pasmami na obnażoną szyję. Wydawała się nie w najlepszym humorze.
— O, jaki idiotyczny wieczór: bezgranicznie głupi są ci ludzie! — zawołała na samym wstępie.
— Kto? Pani Cholmondeley i jej goście? O ile mi wiadomo, uważała pani zawsze jej dom za czarujący.
— Wcale nie byłam u pani Cholmondeley.
— Naprawdę? Zawarła pani świeże znajomości.
— Przyjechał mój wuj de Bassompierre.
— Wuj pani, pan de Bassompierre? Nie jest pani rada temu? Przecież to ukochany krewny pani.
— Ani się śni: to wstrętny człowiek. Nienawidzę go.
— Dlatego, że jest cudzoziemcem? Czy też z innych, równie ważkich powodów?
— Nie jest wcale cudzoziemcem. Jest aż nadto Anglikiem. Stuprocentowym Anglikiem. Nie dalej niż przed trzema czy czterema laty nosił angielskie nazwisko. Ale matka jego była cudzoziemką, nazywała się de Bassompierre i po śmierci któregoś z członków rodziny swojej z linii macierzystej odziedziczył majątek zmarłego wraz z jego tytułem i nazwiskiem: jest teraz wielką osobistością.
— I dla tego właśnie nienawidzi go pani?
— Wiem dobrze co matka moja mówi o nim — nie jest moim rodzonym wujem, poślubił tylko siostrę mojej matki. Mama nie znosi go, utrzymuje, że zabił on swoim postępowaniem ciotkę Ginevrę. Sprawia w istocie wrażenie niedźwiedzia. Spędziłam w jego domu wstrętny wieczór! Musi doznawać wyrzutów sumienia, patrząc na mnie; wszyscy u nas w domu utrzymują, że jestem jak dwie krople wody podobna do jego zmarłej żony, a mojej ciotki. Mama mówi nieraz, że podobieństwo między nami jest nie tylko uderzające, ale wręcz śmieszne.
— Była pani jego jedynym gościem?
— Czy byłam jedynym gościem? Tak. Prócz mnie była tylko moja mała kuzynka: nieznośne spieszczone stworzenie.
— Pan de Bassompierre ma córkę?
— Tak. Tak. Niech mnie pani nie zadręcza pytaniami. O, jaka jestem nieludzko zmęczona!
Ziewnęła. Rzucając się bez ceremonii na moje łóżko, dodała:
— Jak się zdaje, Mademoiselle de Bassompierre o mało nie została zgnieciona, stratowana na miazgę przy okazji paniki w teatrze przed kilkoma tygodniami.
— O, naprawdę?! I mieszkają w pałacu przy Rue de Crécy?!
Justement — właśnie. — Ale skąd pani wie o tym?
— Byłam tam.
— O, była pani?! Rzeczywiście? Widzę, że bywa pani wszędzie od pewnego czasu. Przypuszczam, że zabrała panią z sobą mama Bretton. Ona i szanowny eskulap mają entrée libre — wolny wstęp — do pałacu Bassompierre‘ów: jak się zdaje „mój syn John“ wezwany był jako lekarz do panny de Bassompierre z racji jej accident! O, wszystko to udawanie tylko i nic więcej! Nie wydaje mi się, ażeby miała być bardziej poturbowana, aniżeli zasługiwałaby na to za swoje nieznośne fumy. A teraz ani mama, ani synek nie wychodzą z „pałacowych komnat“. Słyszałam coś o „dawnej zażyłej ich znajomości, o licho wie jakich dawnych reminiscencjach. Wszyscy oni byli przeraźliwie idiotyczni!
— Wszyscy?! Mówiła pani przecież, że była pani jedynym gościem?
— Mówiłam tak? Naprawdę? Nic w tym zresztą dziwnego. Zapomina się łatwo o obecności starej kobiety i „jej chłopca“.
— Dr. Bretton i jego matka byli dzisiaj wieczorem u pana de Bassompierre?
— Tak! tak! W całej swojej okazałości! A panna de Bassompierre bawiła się w gospodynię. Zarozumiała lalka.
W rozgoryczeniu swoim i zapamiętaniu bezwiednie zaczęła panna Fanshave ujawniać głębsze przyczyny swojego stanu zgnębienia. Jej dawny żarliwy wielbiciel zaprzestał zupełnie składać jej hołdy, otaczać ją kadzidłem zachwytów i uwielbienia. Nie pomogła nic wypróbowana broń zalotności. Daremne były jej zabiegi. Cios dotkliwy został zadany próżności zepsutej powodzeniem dziewczyny. Nie była w stanie strawić doznanej porażki. Leżała na moim łóżku, irytując się i złoszcząc niepomiernie.
— Czy panna de Bassompierre jest już zupełnie zdrowa?
— Zdrowiusieńka! Zupełnie tak samo, jak ja i pani. To kaprysy tylko. Umyślnie udaje chorą, aby zwrócić na siebie uwagę młodego doktora i przykuć go do swojej osoby. Wstrętne to. Ale jeszcze wstrętniejszy jest widok starej Brettonowej, zmuszającej małą gąskę do odpoczywania na kanapie i powołującej się na to, że „mój syn John“ zakazał swojej pacjentce wszelkiego podniecania się, wszelkiego zmęczenia i t. p. Ohydne! Obrzydzenie budziła we mnie cała ta komedia!
— Nie wydawałoby się to pani komedią, gdyby przedmiotem uwagi i starań doktora i jego matki był kto inny: gdyby pani zajęła miejsce panny de Bassompierre.
— Taka jest pani tego pewna? Otóż oświadczam pani, że nienawidzę „mojego syna Johna!“
— „Mojego syna Johna“?! Kogo określa pani w ten sposób? Matka doktora Brettona nie nazwa go tak nigdy.
— Jeżeli nawet nie nazywa, to powinna go tak nazywać. Istny niedźwiedź, uczony błazen!
— Świadomie mówi pani nieprawdę. Mam już zresztą dość tego tematu. Żądam stanowczo, aby pani zechciała uwolnić moje łóżko i ten pokój od swojej obecności.
— Niepohamowana istoto! Spąsowiała pani z gniewu jak mak. Ciekawe dlaczego jest pani taka drażliwa à l‘endroit du gros Jean? — na punkcie grubego Johna — „Joe Anderson, Mój Joe! Mój John!“ Bardzo dystyngowane imię!
Dygocąc z oburzenia, któremu nie mogłam dać wyrazu słownego — nie podobna było przecież wdawać się w spory z tą pustogłową wietrznicą, z tą ćmą o opalonych już nieco skrzydłach — zgasiłam woskowy stoczek, zamknęłam szufladę mojego pulpitu i wobec niechęci opuszczenia pokoju przez Ginevrę, wyszłam ja sama. Ginevra była zawsze dokuczliwe uszczypliwa, teraz wszakże stała się niemożliwie, nie do zniesienia skwaśniała.
Nazajutrz był czwartek, jak zawsze więc, dzień na wpół rekreacyjny. Po śniadaniu ukryłam się w pierwszej klasie. Zbliżała się najgorsza dla mnie godzina — godzina nadejścia listonosza, której tak panicznie bałam się, oczekując jej zarazem w takim samym napięciu nerwów, z jakim nawiedzany przez wizje prześladowcze, oczekuje ich ukazania się. Mniej niż kiedykolwiek wydawało się prawdopodobne, aby mógł nadejść list tego dnia; mimo jednak powtarzania sobie tego nieustannie nie byłam zdolna zapomnieć, że mogłoby to jednak nastąpić. W miarę zbliżania się chwili zwykłego przychodzenia poczty ogarniał mnie coraz większy niepokój, przewyższający nieomal wszystko czego doświadczałam na tym punkcie do owego dnia. Wiał wschodni wiatr zimowy, a ja od niedawna nauczyłam się poznawać na kierunku i oddziaływaniu wiatrów, z którymi zbratałam się w sposób niezrozumiały zupełnie dla ludzi normalnych i całkowicie zdrowych. Wichry północne i wschodnie wpływały na mnie fatalnie, potęgując niesłychanie wszelkie moje cierpienia, pogłębiając wszelkie smutki. Wiatr południowy, natomiast, zdolny był uspakajać i koić, zachodni — rozweselać czasem nawet, o ile, oczywiście, nie przynosiły na swoich skrzydłach ciężaru chmur gradowych, który pozbawiał wszelkiej energii i odwagi.
Mimo kąśliwego chłodu i mroku tego dnia styczniowego, wybiegłam z klasy na dół bez kapelusza i popędziłam na sam koniec ogrodu, wśród którego obnażonych z liści krzewów błąkałam się w ułudnej nadziei, że dzwonek listonosza zadźwięczy podczas mojej nieobecności, zbyt daleki, abym mogła usłyszeć go stąd i że tym samym może zaoszczędzony mi będzie wstrząs, którego nerwy moje, nieledwie stoczone do cna nieustannie wbijającym się w nie ostrzem obłędnie natrętnej myśli, nie były już w stanie wytrzymać. Dlatego pozostałam w ogrodzie tak długo, jak tylko mogłam bez obawy zwrócenia uwagi Madame na moją nieobecność. Owinęłam głowę fartuchem i zatkałam sobie uszy w obawie podchwycenia i z tej odległości nawet dręczącego dźwięku, pewna, że i tym razem nie przyniesie on mi nic takiego, co mogłoby przerwać dla mnie straszliwą jałowość pustki. Zdecydowałam się wreszcie powrócić do pierwszej klasy, do której, jako że nie wybiła jeszcze dziewiąta, nie były uczennice wpuszczane. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się tu w oczy, była szeroka płaska biała plama na czarnym tle mojego biurka. Poczta przybyła podczas mojej nieobecności, a ja, będąc daleko nie słyszałam dzwonka pocztyliona. Rozyna była w mojej norce i, niby wróżka dobroczynna, pozostawiła jasny ślad swojej obecności. Ta biała, jaśniejąca plama na czarnym blacie biurka była listem, prawdziwym, najprawdziwszym listem! Dostrzegłam to już z odległości trzech yardów, że zaś mogłam spodziewać się listu od jednego tylko człowieka na świecie, musiał to być list od niego właśnie — od nikogo innego. Pamięta więc o mnie jeszcze! Jak głęboką wdzięczność odczuło moje serce! Oblała je nowa gorąca fala życia.
Podszedłszy do biurka, pochyliłam się nad listem, wpatrzona w wypisane na kopercie litery, przejęta niewzruszoną nieomal nadzieją ujrzenia znanego charakteru pisma. Jakież było wszakże moje rozczarowanie, kiedy od razu uderzyły mnie znaki, jak mi się wydawało, zupełnie obce, nierówne bazgroty kobiece zamiast stanowczego, męskiego pisma. Pierwszą moją myślą było, że los jest zbyt okrutny dla mnie, syknęłam też głośno prawie:
— To okrucieństwo!
Przezwyciężyłam jednak i ten ból także. Życie jest zawsze życiem bez względu na cierpienia, jakie powoduje, na ciosy, jakie zadaje: oczy nasze, uszy i użytek, jaki dano nam robić z nich, domagają się zastosowania ich w każdej okazji, chociażbyśmy nie mieli spodziewać się żadnej przyjemności z tego, co zobaczymy i usłyszymy.
Otworzyłam list, którego pismo zdołałam po chwili już rozpoznać, jako znane mi od dawna. List pisany był z „La Terrasse“ i brzmiał jak następuje:

„Droga Lucy.
Mnie przypada troska dowiedzenia się co zachodziło z tobą w ciągu ubiegłego miesiąca, a może nawet dwóch miesięcy. Ani przez jedną chwilę nie przychodzi mi na myśl przypuszczać, abyś miała mieć jakiekolwiek trudności w zdaniu sprawy z tego co porabiasz i co porabiałaś przez ten cały czas. Jestem pewna, że byłaś tak samo zajęta i zadowolona, jak my w La Terrasse. Co się tyczy Grahama, zakres jego zajęć i obowiązków zawodowych rozszerza się z każdym dniem: tak bardzo jest poszukiwany, tak zawalony pracą, że obawiam się i mówię mu to — aby nie wzrósł z tego powodu w pychę, nie stał się bardzo zarozumiałym. Jako dobra i rozumna matka, którą jestem, robię co mogę, aby me dopuścić do tego; nie słyszy nigdy ode mnie, jak ci zresztą dobrze wiadomo, ani jednego słowa pochlebnego. A przecież, moja Lucy, pyszny z niego chłopak: serce jego matki skacze z radości na myśl o nim. Po odbyciu mnóstwa pilnych zawsze wizyt lekarskich, po zmaganiu się z najrozmaitszymi kaprysami i humorami pacjentów, po zwalczeniu setek najdziwaczniejszych przesądów i uprzedzeń, a czasem patrzeniu na okrutne cierpienia — może tu i owdzie, jak zarzucam mu, zadawaniu ich — wraca wieczorem do domu, do mnie w tak miłym, serdecznym usposobieniu, ze naprawdę mam wrażenie, jakoby życie moje upływało w rodzaju moralnych antypodów, i w te wieczory styczniowe wschodzi dla mnie dzień wtedy, kiedy dla innych zapada już noc.
Mimo to musi być chłopak trzymany w ryzach, karcony i powściągany, bynajmniej też nie skąpię mu tej przysługi. Taki jest jednak giętki, tak umie wyślizgiwać się, że nie istnieje możność prawdziwie zniecierpliwić go. Ilekroć wydaje mi się, że zmiażdżyłam go do cna, spręża się i odwzajemnia mi się żartami i kpinkami ale ty Lucy, znasz przecież dobrze jego samego i wszystkie jego niegodziwe sztuczki, głupia też ze mnie starucha, ze czynię z niego główny temat tego listu.
Co się tyczy mnie samej, miałam tutaj odwiedziny mojego agenta z Bretton, byliśmy też oboje pogrążeni po uszy w rozważaniu spraw handlowych. Tak bardzo pragnęłabym odzyskać dla Grahama cząstkę bodaj tego co pozostawił mu jego ojciec. Chłopak śmieje się z usiłowań moich w tym kierunku; mówi, że powinnam jemu samemu pozostawić troskę o utrzymanie własne i moje także i dopytuje się czego jego „starszej pani“ może być brak jeszcze. Wspomina o błękitnych jak niebo toczkach pomawia mnie o ambicje obwieszania się brylantami utrzymywania służby liberyjnej, posiadania pałacu, zadawania szyku i służenia za wzor elegancji dla całego klanu angielskiego w Villette.
Mówiąc o błękitnych jak niebo toczkach, żałuję, że nie mogłaś być razem z nami ostatniego wieczora. Graham powrócił do domu bardzo zmęczony i, po wypiciu herbaty wyciągnął się ze zwykłym swoim zuchwalstwem na moim rodzonym fotelu. Ku wielkiemu zachwytowi mojemu uciął od razu smaczną drzemkę. (Pamiętasz, jak droczył się ze mną zawsze o moje zasypianie: ze mną, która nigdy, w żadnym wypadku, nie potrafię zasnąć za dnia!) Kiedy tak patrzyłam na niego śpiącego, wydał mi się bardzo ładny — głupia jest ta moja duma z niego! — kto jednak mógłby nie być dumny z takiego chłopca? Pokaż mi drugiego takiego jak on! Wypatruję oczy na wszystkie strony, nie mogę jednak znaleźć w całym Villette nikogo, kto mógłby mu dorównać. Otóż, wpadło mi na myśl urządzić mu kawał: przyniosłam mój błękitny jak niebo toczek i jak najostrożniej przystroiłam jego głowę we wspaniałą tę damską ozdobę. Zapewniam cię, że byłoby mu w niej wcale do twarzy; wyglądałby zupełnie jak wschodni basza, gdyby nie miał takiej jasnej cery. Nikt jednak nie mógłby zarzucić mu teraz, że ma rude włosy — są prawdziwie kasztanowate — koloru ciemnego, lśniącego kasztana, a kiedy, w dodatku do toczka-turbana, zarzuciłam na niego mój wielki szal kaszmirowy, wyglądał jak najpiękniejszy, jakiego można wymarzyć, młody zaimprowizowany dej, bej, czy basza.
Była to zabawa przednia; szkoda, że korzystałam z niej sama jedna tylko, że nie było ciebie tutaj ze mną, moja Lucy.
„Po pewnym czasie zbudził się mój wschodni władca: lustro, wiszące nad kominkiem, ujawniło mu od razu metamorfozę, jaka dokonała się w jego wyglądzie, możesz więc łatwo wyobrazić sobie, w jak nieustannym strachu żyję odtąd przed zemstą, jaka czeka mnie z jego strony.
„Czas już jednak najwyższy przystąpić do głównego zadania tego listu. Wiem, że czwartek jest dniem na wpół rekreacyjnym w zakładzie wychowawczym przy Rue Fossette: bądź gotowa na piątą po południu, bo o tej godzinie zajedzie po ciebie nasz wehikuł, aby przywieźć cię do La Terrasse. Nie zrób mi tylko zawodu: spotkasz się u nas może z dawnymi znajomymi. Bądź zdrowa, moja rozsądna, droga, poważna mała chrześniaczko. Do widzenia z twoją całym sercem

LUIZĄ BRETTON“.

O, list taki jak ten przywraca człowiekowi chęć do życia! Nie rozweseliłam się może od razu po przeczytaniu go, znacznie jednak uspokoiłam się; jeśli nawet list ten nie rozproszył mojego smutku, przyniósł mi w każdym razie znaczną ulgę. Dowiedziałam się, że moi przyjaciele przynajmniej są zdrowi i zadowoleni: żaden nieszczęśliwy wypadek nie przytrafił się Grahamowi, ani choroba nie dotknęła jego matki — nie spadła na nich żadna z klęsk, których tak straszliwie obawiałam się dla nich. Ich uczucia dla mnie również nie uległy zmianie — pozostawały w dalszym ciągu takie jakie były uprzednio.
A przecież, jaki kontrast uderzający stanowił sposób spędzenia tych siedmiu tygodni przez panią Bretton w zestawieniu z tymi samymi siedmioma tygodniami, spędzonymi przeze mnie! Jak rozsądnie postępują też ludzie, znajdujący się w wyjątkowym położeniu, jeśli umieją trzymać język za zębami i nie spieszą się ujawniać światu jak bardzo to ich wyjątkowe położenie poi ich żółcią! Świat względnie łatwo rozumie możność ginięcia z głodu z powodu braku pożywienia, nie wielu jednak znajdzie się ludzi, zdolnych pojąć i odczuć przeżycia tych, których osamotnienie i odcięcie od wszystkiego doprowadza do szału prawdziwie. Przyglądają się odgrzebanemu po długim zakopaniu go więźniowi, który zidiociał zupełnie, albo stał się maniakiem, człowiekiem pozbawionym normalnych władz myślowych. Nerwy jego, zrazu podniecone, wzburzone, przechodziły niewysłowione katusze, aż wreszcie załamały się całkowicie, dotknięte bezwładem. Wszystko to jest sprawą zbyt powikłaną i trudną, aby można było ją zbadać, zbyt niezwykłą i oderwaną, zbyt mało dostępną dla przeciętnego umysłu, aby szersze koła zdolne były ją zrozumieć i wniknąć w nią. Próbujcie mówić o tym! Moglibyście z równym skutkiem stanąć na pierwszym lepszym placu targowym którego z miast europejskich i wygłaszać mętne kazania w nastroju i języku, jakim Nebuchadenazzar, ów cesarski hipochondryk, porozumiewał się z oszołomionymi Chaldejczykami. Długo jeszcze rzadkim zjawiskiem pozostaną umysły owych nielicznych, dla których sprawy podobne są niezbadaną tajemnicą, i które zdolne są wczuć się w przeżycia nieszczęsnych samotników. Długo też długo może jeszcze będzie utrzymywało się przekonanie, że tylko fizyczne klęski i braki zasługują na prawdziwe, czynne współczucie i że wszystko inne jest czczym wymysłem jedynie. Kiedy świat był młodszy i zdrowszy niż jest dzisiaj, były przeżycia moralne jeszcze głębszą tajemnicą: w całym królestwie Izraelskim znajdował się może jeden tylko Saul — na pewno zaś jeden tylko Dawid, zdolny zrozumieć go i ukoić.
Chłodny, ale bezwietrzny, spokojny poranek ustąpił w późniejszej porze dnia miejsca ostrym poświstom wichru, wiejącego z pustynnych równin rosyjskich: zimna strefa wzięła górę nad umiarkowaną, od razu ścinając wszystko mrozem. Ciężkie zwały śnieżne pędziły ze wschodu i z północy, zaścielając położone bardziej na południe i zachód kraje Europy. W porze popołudniowej rozsrożyła się tak niepomiernie gwałtowna śnieżyca, że zachodziła obawa, czy możliwe będzie przysłanie po mnie powozu. Mogłam jednak zaufać mojej chrzestnej matce. Zaprosiwszy mnie, zrobi co tylko będzie w jej mocy, aby sprowadzić swojego gościa. Istotnie też około szóstej wysiadłam z powozu i stanęłam na pokrytych już grubą warstwą śniegu stopniach wejściowych château i wprowadzona zostałam do La Terrasse.
Wbiegłszy przez hall na górne piętro, do salonu, zastałam panią Bretton, promienną niby dzień letni. Gdybym była dwa razy bardziej zziębnięta, niż byłam w istocie, jej serdeczny pocałunek i uścisk wystarczyłyby niewątpliwie do rozgrzania mnie. Przywykłej teraz od dłuższego czasu do pokojów z niczym nieokrytymi podłogami z desek, do ciemnych ławek, czarnych tablic, pulpitów i pieców, wydał się niebieski salon osobliwie wspaniały. Już sam jego, przypominający Boże Narodzenie ogień na kominku olśnił mnie jasnym, szkarłatnym swoim płomieniem.
Po przytrzymaniu przez krótką chwilę ręki mojej w swojej dłoni i pogawędzeniu ze mną wyłajała mnie moja matka chrzestna przede wszystkim za wielkie zeszczuplenie od czasu naszego ostatniego widzenia, a zauważywszy że wicher rozrzucił moje włosy, posłała mnie na drugie piętro, do dawnej mojej sypialni, abym przygładziła je i zdjęła szal.
Znalazłszy się w dawnym, miłym moim pokoju, utrzymanym w zielonkawej barwne wody morskiej, zastałam i tam również suty ogień na kominku i pozapalane światła: dwie wysokie świece woskowe ustawione były po obu stronach wielkiego lustra, przed lustrem wszakże stała, ubierając się, zwiewna istotka, niby z bajki — drobna, szczupła, biała, istny duszek zimowy.
W pierwszym mgnieniu przyszedł mi na myśl Graham i jego teoria ułudnych zjaw wzrokowych. Nieufnym spojrzeniem ogarnęłam szczegóły tej nowej wizji tchnącej trudnym do opisania wdziękiem. Miała na sobie białą, z lekka usianą szkarłatnymi kropkami suknię przepasaną pąsową szarfą w pasie; na jej lśniących włosach upięty był zręcznie wianuszek z liści bluszczowych. Bez względu na to, czy była to zjawa, czy nie, nie miała w sobie nic upiornego, ani przejmującego grozą, śmiało też podeszłam do niej.
Zwróciwszy się nagłym ruchem w moją stronę i, utkwiwszy we mnie szeroko rozwarte zaciekawieniem oczy ocienione równie długimi jak ciemnymi rzęsami, zawołała cichym, łagodnym głosem, uśmiechając się przy tym przyjaźnie:
— O, przybyła pani nareszcie!
Poznałam ją natychmiast. Kto raz jeden widział tę twarz o wyrzeźbionych najdelikatniejszym dłutem rysach, nie mógł jej nie poznać.
— Panna de Bassompierre! — zawołałam.
— Nie — odparła — dla pani nie panna de Bassompierre.
Nie pytając kim mogłaby być dla mnie, jeśli nie panną de Bassompierre, czekałam cierpliwie na udzielenie mi przez nią odpowiedniej informacji.
— Zmieniła się pani, poznaję panią jednak; jest pani zawsze ta sama — rzekła, podchodząc ku mnie bliżej. — Pamiętam panią dobrze, ruchy pani, kolor włosów, rysy i owal twarzy pani...
Zbliżyłam się do ognia kominkowego, ona zaś stała naprzeciwko mnie, wpatrzona wnikliwie w moją twarz, coraz bardziej zamyślona, ożywiona coraz cieplejszym uczuciem, aż wreszcie mgiełka łez przysłoniła jasność jej wzroku.
— Płakać chce mi się naprawdę na wszystkie te tak dawne wspomnienia. Nie byłyby to jednak łzy smutku, czy sentymentalnego roztkliwienia. Jestem, wręcz przeciwnie, rada, bardzo rada...
Zaciekawiona, niezdolna wszakże połapać się w dziwnej sytuacji, nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, po dłuższej wreszcie chwili wyjąkałam:
— Wydaje mi się, że nigdy nie zetknęłam się z panią aż do owego wieczora sprzed kilku tygodni, kiedy to odniosła pani obrażenia...
Uśmiechnęła się.
— Zapomniała więc już pani zupełnie, że siadywałam na jej kolanach, że nosiła mnie pani na rękach, a nawet dzieliła pani ze mną swoją poduszką? Zapomniała już pani o owym wieczorze, kiedy, jako płacząca rozkapryszona mała dziecina, przyszłam do łóżka pani, a pani wzięła mnie do siebie i utuliła serdecznie? Nie zachowała się w pani pamięci ulga i ukojenie, jakie spłynęły z dobroczynnych rąk i ust pani na prawdziwie głęboko cierpiące dziecko? Niech pani zechce cofnąć się myślą do Bretton i przypomni sobie pana Home‘a.
Przejrzałam wreszcie. Zrozumiałam wszystko.
— Więc to pani jest ową małą Polly?
— Nazywam się Paulina Maria Home de Bassompierre.
Jakie zmiany zasadnicze powoduje czas! W drobnych, acz przedziwnie regularnych rysach małej Polly, w jej ruchliwej, łatwo zmieniającej wyraz twarzyczce tkwiła już zapowiedź przyszłego jej wdzięku; twarz jej obiecywała być osobliwie interesującą. Ale Paulina Maria de Bassompierre wyrosła na piękną młodą dziewczynę, nie uderzającym może od razu oczu wszystkich pięknem róży, pięknem krągłych, pełnych kształtów, ani także białoróżową cerą i złocistością włosów jej kuzynki, Ginevry. Jej siedemnasta wiosna przyozdobiła ją subtelnym czarem, nie polegającym na świetności karnacji, mimo że cera jej była jasna i przejrzysta; ani też na klasycznej regularności i harmonijności kształtów, jakkolwiek miała śliczne rysy i nieskazitelnie kształtne ręce i nogi, ale raczej na promienności jej duszy, jaśniejącej z całej jej powierzchowności i postaci. Nie była to czara nieprzejrzysta z cennego kruszcu, ale lampa prześwietlona od wewnątrz światłem nieskalanym, osłaniająca dziewiczy płomień życia przed zdmuchnięciem go, nie ukrywająca go wszakże przed wielbieniem go i składaniem mu hołdów. Mówiąc o jej powabach, nie widzę potrzeby dobierania przesadnych określeń, faktem jest jednak, że były one w moim pojęciu bardzo istotne i zniewalały dla niej serca. Była zbyt drobna, aby można było mówić o niej jako o istocie doskonale pięknej, czarowała wszakże wytwornym wdziękiem białego fiołka, górującym nad pięknem najwspanialszej kamelii, najświetniejszej dalii, jaka zakwitła kiedykolwiek.
— O, pamięta pani dawne czasy w Bretton?
— Lepiej — odparła — lepiej może niż pani. Pamiętam każdy najdrobniejszy szczegół; nie tylko zapamiętałam cały czas mojego pobytu tam, ale każdy poszczególny dzień, każdą godzinę dnia.
— Musiała pani jednak zapomnieć wiele rzeczy.
— Bardzo nie wiele, przypuszczam.
— Była pani wtedy bardzo wrażliwą maleńką istotką, łatwo zmieniającą nastroje i odczuwania; takie to już dawne czasy, że, dorósłszy, musiała pani z natury rzeczy zapomnieć o radościach i smutkach, o przywiązaniach i rozczarowaniach, jakie rodziły się w umyśle pani przed dziesięciu laty?
— Przypuszcza pani, że zapomniałam o tych, których kochałam, że zapomniałam jak bardzo ich kochałam, będąc dzieckiem?
— Ostrość odczuwań musiała złagodnieć — zatrzeć się nawet musiała głęboka pieczęć, jaką wyryły one na dziecięcym umyśle.
— Nie umiem na to odpowiedzieć, wiem tylko, że zachowałam w żywej pamięci wszystko co dotyczy owych dni.
Sprawiała takie wrażenie, jak gdyby rzeczywiście zapamiętała wszystko. Oczy jej promieniały wyrazem istoty, która nie umie zapominać, istoty, dla której wspomnienia dziecięctwa nie rozwiały się jak sen, ani też której młodość przemija bez śladu ni to promień słoneczny. Nie brała na pewno życia powierzchownie i bezmyślnie, nie wiążąc przeżywanych okresów w jedną ściśle zazębioną wzajem całość; nie pozwalała jednej porze roku, jednemu sezonowi towarzyskiemu zatracać się w niepamięci z chwilą rozpoczynania się dla niej następnych. Nanizywała na sznurek wspomnień wszystkie z kolei, przebiegając często myślą każdy okres od początku i w ten sposób, w miarę rozwoju i dojrzewania, gromadząc trwale i harmonijnie wspomnienia i przeżyte doznania.
Mimo to nie mogłam pogodzić się z myślą, aby wszystkie obrazy, tłoczące się teraz przed okiem mojej wyobraźni, miały być i dla niej także równie żywe i wyraźne. Jej tkliwe przywiązania, jej gry sportowe i zabawy, walki i spory z ukochanym towarzyszem, cierpliwe, szczere oddanie jej dziecięcego serduszka, jej obawy, jej taktowna powściągliwość i przezorne trzymanie się z dala, jej drobne przeżycia, zawody i smutki, ostatni przejmujący ból rozstania... Cofnęłam się myślą do tego wszystkiego i potrząsnęłam nieufnie głową. Ona jednak upierała się przy swoim...
— Dziecko siedmioletnie żyje w dalszym ciągu w siedemnastoletniej dziewczynie — rzekła.
— Niezmiernie lubiła pani panią Bretton — zaczęłam, chcąc ją wyprobować. Od razu jednak wyprowadziła mnie z błędu.
— Nie niezmiernie — rzekła — lubiłam ją i szanowałam, tak samo jak lubię i szanuję ją teraz. Wydaje mi się bardzo mało zmieniona.
— Nie zmieniła się w istocie — przyznałam.
Milczałyśmy przez kilka chwil. Rozejrzawszy się po pokoju, dodała:
— Widzę tutaj niektóre sprzęty, przywiezione widocznie z Bretton. Pamiętam, że były tam. Zapamiętałam zwłaszcza tę poduszeczkę do szpilek i to lustro.
Jej ocena własnej pamięci była, jak się okazało, zupełnie usprawiedliwiona, przynajmniej o ile dotyczyła rzeczy materialnych.
— Wydaje się więc pani, że poznałaby pani panią Bretton? — badałam w dalszym ciągu.
— Doskonale ją zapamiętałam: jej rysy, oliwkowy odcień jej cery, czarne włosy, wzrost, chód, ruchy i głos.
— O zapamiętaniu przez panią doktora Brettona — dodałam — nie mogło oczywiście być mowy. Wobec tego, że byłam obecna przy pierwszym ponownym spotkaniu pani z nim, mogę stwierdzić, że wydał on się pani człowiekiem zupełnie obcym.
— Owego pierwszego wieczora byłam oszołomiona, ale i zdumiona zarazem — odparła.
— W jaki sposób nastąpiło ponowne poznanie się jego i ojca pani?
— Wymienili bilety wizytowe. Nazwiska i imiona „Graham Bretton“ i „Home de Bassompierre“, dały powód do wzajemnego zadawania sobie pytań i udzielania wyjaśnień. Było to zaraz nazajutrz po owym wypadku w teatrze. Jeszcze przed tym jednak zaczęłam już wyczuwać coś.
— Jakto — wyczuwać coś?!
— O — odparła — jakie to dziwne, że większość ludzi zdaje się z taką trudnością wyczuwać istotę rzeczy — nie tyle dostrzegać fakty, ile wyczuwać je! Po paru wizytach lekarskich, jakie złożył mi doktór Bretton, który przy tej sposobności siedział przy mnie i rozmawiał ze mną, dzięki czemu miałam możność przyjrzenia się jego sposobowi patrzenia i wyrazowi jego twarzy, układowi jego ust, kształtowi jego podbródka, pochyleniu jego głowy przy mówieniu, słowem wszystkiemu, co uderza nas w osobach, z którymi się stykamy, czy mogłam, drogą narzucającego się samo przez się kojarzenia myśli, nie przypomnieć sobie Grahama Brettona? Graham był szczuplejszy niż doktór Bretton i nie taki wysoki, miał gładszą twarz, dłuższe i jaśniejsze włosy; nie mówił także głosem tak głębokim, ale raczej podobniejszym do głosu dziewczęcego, a jednak jest on Grahamem, zupełnie tak samo, jak ja jestem małą Polly, a pani jest Lucy Snowe.
Byłam zupełnie tego samego zdania, zdziwiła mnie jednak nasza jednomyślność w tym względzie: istnieją sprawy, co do których tak rzadko spotykamy się z sądem identycznie takim samym jak nasz własny, że cudem nieledwie wydaje się, kiedy wydarza nam się coś podobnego, jak w tym wypadku.
— Pani i Graham byliście niegdyś towarzyszami zabaw?
— I pani również zapamiętała to? — zapytała Paulina z kolei.
— Nie wątpię, że i Graham także zapamiętał — odparłam.
— Nie pytałam go o to: nie wiele istnieje rzeczy, które zdziwiłyby mnie bardziej, aniżeli przekonanie się, że zapamiętał. Przypuszczam, że jest zawsze po dawnemu wesoły i beztroski?
— Czy było tak dawniej? Uderzyło to panią wówczas już? Takim właśnie zapamiętała go pani?
— Pamięć moja nie umiałaby odtworzyć go sobie innym. Miewał okresy wielkiej pilności; inne znów, kiedy bywał bardzo wesoły; niezależnie jednak od tego, czy był w danej chwili bardziej usposobiony do nauki, czy do zabawy, zajmował go nade wszystko przedmiot jego chwilowego upodobania: książki lub gra. Nie wiele liczył się wówczas z tymi, z którymi po społu zajęty był czytaniem czy zabawą.
— Panią jednak wyróżniał zawsze.
— Wyróżniał mnie?! O, nie, miał poza mną innych jeszcze towarzyszy zabaw — swoich kolegów szkolnych. Nie miałam dla niego wielkiego znaczenia, z wyjątkiem niedziel: tak, w dni niedzielne bywał szczególnie uprzejmy dla mnie. Pamiętam że chodziliśmy razem, trzymając się za ręce, do kościoła Ś-tej Marii, a on wyszukiwał mi i wskazywał ustępy odpowiednie w mojej książce do nabożeństwa. A jaki dobry i spokojny bywał w niedzielne wieczory! Taki łagodny jak na tak żywego, dumnego chłopca! Taki cierpliwy i wyrozumiały na wszystkie moje błędy w czytaniu. Jak cudownie było móc zawsze liczyć na jego towarzystwo: nigdy nie spędzał niedzielnych wieczorów poza domem. Obawiałam się zawsze, że przyjmie jakieś zaproszenie i opuści nas. Nigdy jednak me robił tego; zdawał się nie mieć nigdy chęci do wyjścia z domu w niedzielę. Teraz, oczywiście, jest na pewno inaczej: przypuszczam, że niedziela jest dla doktora Brettona dniem obiadowania poza domem...
— Zejdźcie na dół, dzieci — zawołała z dolnego piętra pani Bretton. Paulina ociągałaby się jeszcze z zejściem, nakłoniłam ją jednak do usłuchania wezwania pani Bretton. Zeszłyśmy.




ROZDZIAŁ XXV
MAŁA HRABIANKA

Pomimo wesołego z natury usposobienia mojej matki chrzestnej i jej starania się z całego serca o zabawienie nas, nie był wieczór ten w La Terrasse szczególnie wesoły, dopóki poprzez dzikie poświsty wichru w tę noc zimową nie doszło uszu naszych skrzypienie kół i tętent kopyt końskich. Jak często serca i wyobraźnia kobiet i dziewcząt, siedzących w przytulnym cieple kominka, odrywają się od otaczającego je miłego spokoju, wędrują daleko poprzez ciemność nocy, poprzez szarugi, wichry i śnieżne zawieje, wyczekują u wrót samotnych podczas burzy najsroższej, aby towarzyszyć w myśli przynajmniej ojcu, mężowi, czy synowi, których obowiązki ich zawodu trzymają w noce takie poza domem!
Ojciec i syn powrócili wreszcie do château: tego wieczora hrabia de Bassompierre towarzyszył doktorowi Brettonowi. Nie wiem, która z naszej trójki pierwsza dosłyszała tętent kopyt końskich: gwałtowność zawiei śnieżnej była aż nadto wystarczającym usprawiedliwieniem naszego zbiegnięcia pędem na dół do hallu na spotkanie i powitanie obu przybyszy, którzy nie pozwolili nam jednak zbliżyć się do siebie — wyglądali obaj jak chodzące góry śnieżne. Pani Bretton kazała im oczywiście wejść przede wszystkim do kuchni, ostrzegając ich, pod grozą najsurowszych kar, aby nie ważyli się stąpnąć krokiem na wyłożone dywanem posadzki, dopóki nie otrzepią się dokumentnie z puszystego białego nalotu, który ucharakteryzował każdego z nich na zrobionego najdoskonalej Świętego Mikołaja. Towarzyszyłyśmy im naturalnie do kuchni, typowo holenderskiej, jasnej, obszernej i bardzo przyjemnej. Mała biała hrabianeczka tańczyła i uwijała się dokoła niemniej białego swojego papy, klaszcząc w rączki i wołając:
— Ojczulku, ojczulku, wyglądasz jak ogromny niedźwiedź podbiegunowy!
Niedźwiedź otrząsnął się, obryzgując hrabianeczkę, która uciekła czym prędzej od mroźnego natrysku. Wnet jednak powróciła ze śmiechem, aby dopomóc ojcu do uwolnienia się od podbiegunowego jego przebrania. Hrabia, wyłuskawszy się wreszcie ze swojego spowicia, zagroził córce zrzuceniem na nią całej lawiny.
— Zrzuć, ojczulku — zawołała, nachylając się, niby dla podstawienia głowy pod lawinę, w momencie jednak, kiedy spaść miała na nią, uskoczyła w bok rzutem zręcznym jak młodej sarenki.
Ruchy jej miały giętką miękkość i aksamitny wdzięk poruszeń kotki, śmiech jej dźwięczał bardziej metalicznie, niż odgłos srebrnych dzwoneczków, czyściej, niż brzęk potrąconego kryształu. Kiedy, ująwszy w obie maleńkie swoje dłonie lodowato zimne ręce ojca, rozcierała je i stanęła na czubkach palców, aby sięgnąć do jego ust i otrzymać ich pocałunek, zdawała się jaśnieć dokoła niej aureola upojenia miłosnego. Poważny, czcigodny jej rodzic patrzył na nią takim wzrokiem, jakim mężczyźni zwykli patrzeć na istoty, które są oczkiem ich w głowie.
— Niech mnie pani nauczy, droga pani Bretton, co mam robić z tą moją córką, czy raczej z tym moim projekcikiem na córkę? Nie przybywa jej ani rozumu, ani wzrostu. Nie uważa pani, że została takim samym prawie dzieckiem jakim była dziesięć lat temu?
— Nie jest bardziej dzieckiem, niż ten mój dryblas — odparła pani Bretton, spierająca się właśnie z synem w kwestii zmiany stroju, uważanej przez nią za wskazaną, odrzucanej wszakże uparcie przez niego. Stał oparty o holenderski kredens, śmiejąc się i nie dopuszczając matki do siebie.
— Zgódź się na kompromis, mamo — rzekł wreszcie — i pozwól nam nasamprzód rozgrzać się, zarazem wewnętrznie i zewnętrznie, napić się tutaj w kuchni czegoś mocnego za pomyślne Boże Narodzenie i wznieść toast na cześć Starej naszej Anglii.
Gdy więc hrabia grzał się przy kominku, a Paulina Maria uwijała się radośnie dokoła niego, tańcząc jak sylfida po obszernej, niby hall, kuchni, dawała pani Bretton osobiście wskazówki Marcie jak odpowiednio zaprawić korzeniami grog, który po przelaniu go do herbowej flachy Brettonów, podany był parujący obu panom po kolei w tym samym srebrnym kielichu, w którym rozpoznałam chrzcinowy kubek Grahama.
— To na cześć Auld Lang Syne — rzekł hrabia, podnosząc w górę kubek. A potem, zwróciwszy się ku pani Bretton, wypowiedział toast swój starym szkockim narzeczem.
— Po szkocku, po szkocku! — zawołała Paulina — ojczulek mówi po szkocku! Sam jest Szkotem po części. Nazywamy się Home i De Bassompierre, jesteśmy Kaledończykami i Szkotami zarazem.
— A czy to jest szkocki taniec, który tańczysz, mała czarodziejko z Highlands?[14] — zapytał ją ojciec. — Tylko patrzeć, Mrs. Bretton, jak w samym środku kuchni pani utworzy się zielony kołowrót. Nie mogę wcale ręczyć za tego skrzata — dziwne z niej stworzonko.
— Poproś ojczulku Lucy Snowe, żeby zatańczyła ze mną. Wiesz? — to Lucy Snowe!
Pan Home — tyleż w nim było zwykłego, skromnego pana Home‘a, ile dumnego hrabiego de Bassompierre — wyciągnął do mnie rękę, zapewniając uprzejmie, że doskonale mnie pamięta. Gdyby nawet własna jego pamięć miała go zawieść, córka jego tak często powtarza moje imię, że musiał je zapamiętać. Tak często imię moje i nazwisko obijało się o jego uszy, tyle słyszał z ust Polly opowiadań o mnie, że muszę z konieczności wydawać mu się dobrą znajomą.
Wszyscy z kolei pokosztowaliśmy gorącego grogu, z wyjątkiem Pauliny, której pas de fée — taniec czarodziejki — ou de fantaisie — czy fantastyczny — był zbyt uroczy, aby śmiał ktokolwiek przerwać jej go zaproponowaniem tak pospolitego napoju. Ona sama wszakże upomniała się o należną sobie porcję zwykłej śmiertelniczki.
— Proszę dać mi skosztować — zwróciła się do Grahama, który zamierzał odstawić kubek na półkę kredensu, zbyt wysoko, aby mogła sama sięgnąć po niego.
Pani Bretton i pan Home zajęci byli teraz rozmową. Uwagi dr. Johna nie uszedł czarodziejski taniec: przyglądał mu się, wyraźnie zachwycony nim. Pomijając już wdzięk i piękno ruchów dziewczęcia, pociągających jego wrażliwe na harmonię oko, zachwycało go swobodne zachowanie się Polly w domu jego matki, ułatwiające zarazem sytuację jemu samemu. Ponownie wydała mu się dzieckiem, dawną towarzyszką zabaw nieledwie. Ciekawa byłam jego sposobu przemawiania do niej: dotychczas nie słyszałam go jeszcze zwracającego się do Pauliny bezpośrednio, już pierwsze jego słowa wszakże świadczyły, że w tej beztroskiej swobodzie ruchów i wesołości, prawdziwie dziecięcej, odnalazł „dawną Polly“ z przed lat dziesięciu.
— Jaśnie hrabianka raczyła zażądać kubka?
— Sądzę, że dałam to wyraźnie do zrozumienia.
— Nie mogę zgodzić się na uwzględnienie tego życzenia. Niewymownie żałuję, ale nie mogę zgodzić się.
— Dlaczego? Jestem już zupełnie zdrowa: nie może to przecież zwichnąć mi ponownie ramienia, ani złamać mojego obojczyka. Czy to wino?
— Nie; ani rosa także.
— Niepotrzebna mi rosa. Nie lubię rosy. Ale co to jest naprawdę?
— To grog, robiony na mocnej starce, pędzonej wówczas może, kiedy przyszedłem na świat.
— Ciekawe jak to smakuje? Dobre?
— Aż zanadto dobre.
Rzekłszy to, zdjął butlę z półki i nalał sobie jeszcze jedną porcję potężnie działającego eliksiru, wyraził złośliwym zmrużeniem oczu niezmierne zadowolenie z przedniego smaku napoju, po czym uroczyście odstawił butlę ponownie.
— Chciałabym napić się troszeczkę — rzekła Paulina, podnosząc oczy ku półce — nigdy jeszcze nie kosztowałam grogu: słodki?
— Niebezpiecznie słodki — zapewnił Graham.
Paulina nie odrywała oczu wpatrzonych żądnie w półkę z błagalnym wyrazem twarzy dziecka, tęskniącego do zakazanego przysmaku. Doktór zmuszony był ulec wreszcie. Niezdolny opierać się dłużej, zdjął butlę z półki, robiąc sobie samemu przyjemność pozwolenia Polly na skosztowanie napoju, którego odrobinkę nalał dla niej własnoręcznie; jego oczy, zawsze wyraziste przy ujawnianiu miłych wrażeń, świadczyły błyskiem świetlistym i przyczajonym w nich uśmiechem, jak bardzo wielką sprawia mu to przyjemność. Świadomie też i celowo przedłużył ją sobie, pochyliwszy kubek w ten sposób, aby napój po kropelce tylko dostawał się do żądnie wyciągniętych ku niemu różanych usteczek.
— Troszeńkę więcej, troszeńkę! — prosiła kapryśnie dotykając wskazującym palcem jego ręki i dając poznać tym gestem, że chce, aby Graham pochylił bardziej nieco butlę.
— Tak zachęcająco pachnie korzeniami i miodem — dodała — nie mogę jednak skosztować jej: napięstek pana jest taki sztywny, a pan sam taki skąpy.
Ponownie ustąpił, szepnąwszy jej do ucha z miną konspiratora:
— Niech pani nie mów tylko nic o tym matce mojej ani pannie Lucy. Gniewałyby się. Nie uważałyby tego za odpowiednie.
— I ja także nie uważam tego za odpowiednie — rzekła, zmieniwszy od razu ton po wchłonięciu większego łyku napoju, którego smak rozczarował ją, jak się zdawało. — Nie uważam bynajmniej tego grogu za słodki — dodała — jest mdlący i gorzki, odjął mi możność oddychania. Pańska zaprawiona korzeniami starka była pożądana wówczas jedynie, kiedy stanowiła owoc zakazany. Dziękuję panu. Nie chcę już więcej.
I z lekkim ukłonem — niedbale wyniosłym, ale równie uroczym jak jej taniec — odsunęła się od niego i posuwiście tanecznym krokiem prześlizgnęła się ku ojcu.
Myślę, że powiedziała prawdę: w siedemnastoletniej młodej dziewczynie tkwiło wciąż jeszcze siedmioletnie dziecko.
Graham śledził ją wzrokiem nieco stropionym i zdziwionym zarazem. Przez całą resztę wieczoru nieomal nie odrywał od niej oczu, ona wszelako nie zdawała się dostrzegać tego.
Przy schodzeniu na dół do jadalni na herbatę ujęła pod rękę ojca swego ruchem, wskazującym, że uważa za jedynie właściwe dla siebie pozostawanie przy jego boku. Oczy jej i uszy zwrócone były wyłącznie w jego stronę. Pan de Bassompierre i pani Bretton głównie podtrzymywali rozmowę w małym naszym kółku; Paulina była najwierniejszym, najuważniejszym ich słuchaczem, pobudzając ich niejednokrotnie do powtórzenia tego czy owego opowiadania, tej czy owej anegdoty.
— Gdzie byłeś wtedy, ojczulku? Co powiedziałeś na to? Opowiedz pani Bretton co zdarzyło się w tym czasie?
Wyciągała z niego w ten sposób opowiadania, jedno po drugim.
Poprzednia dziecięca jej wesołość i beztroskie ożywienie zgasły i nie wznowiły się już więcej: była zamyślona i cicha. Miło było przyjrzeć się jej, składającej życzenia dobrej nocy: ukłon, jaki skierowała w stronę Grahama, nacechowany był powagą i godnością; w lekkim pół uśmiechu i spokojnym pochyleniu głowy wyraźna była hrabianka, której powaga zniewoliła Grahama do wywzajemnienia się równie dostojnym skinieniem głowy. Widziałam, że trudno mu było pogodzić wizję tańczącej czarodziejki z postacią nieco wyniosłej wytwornej damy.
Nazajutrz, kiedy byliśmy wszyscy zgromadzeni przy stole śniadaniowym, nieco jeszcze drżący z zimna po świeżych ablucjach porannych, owiadczyła pani Bretton, że żadna z osób, której nie zmusza do tego smutna konieczność, nie odważy się opuścić jej domu tego dnia.
W istocie też zdawało się wyjście na ulicę niemożliwością: zwały śniegu przysłoniły dolną część okien, przez które widać było jedynie zamglone niebo oraz goniące się wzajem, zawzięcie walczące z sobą dzikie podmuchy wichru, który odrywał od ziemi, od dachów i od drzew gęste, ciężkie kłęby śniegu. Nie padał już, wirował tylko w powietrzu wielkimi płatami przy akompaniamencie świstu i ryku wiatru, a potem opadał ponownie, układając się w tysiączne wzory fantastyczne.
Młoda hrabianka energicznie poparła decyzję pani Bretton.
— Ojczulek nie wyjdzie — rzekła, stawiając krzesełko swoje tuż przy fotelu ojca. — Już ja go dopilnuję. Nie pojedziesz do miasta, ojczulku, prawda?
— Tak i nie — brzmiała odpowiedź. — O ile ty, Polly, i pani Bretton, będziecie dobre dla mnie — uprzejme i usłużne; o ile będziecie obie pieściły mnie i dogadzały mi, mógłbym zdecydować się przeczekać godzinkę po śniadaniu, aby przekonać się czy ten tnący jak brzytwa wiatr nie ustał jeszcze. Jak dotychczas jednak, nie dałyście mi wcale śniadania; każecie mi umierać z głodu. Nie dajecie mi nic.
— Prędko, prędko, proszę pani — zwróciła się Polly do pani Bretton — niech pani naleje ojczulkowi kawę, a ja tymczasem zajmę się inną częścią śniadania hrabiego de Bassompierre. Od czasu swojego hrabiostwa wymaga tak wiele krzątania się dokoła znakomitej swojej osoby.
Starannie przekroiła bułeczkę, nasmarowała ją masłem i obłożyła serem.
— Masz ojczulku, to twój „pistolet“, przygotowany jak lubisz — rzekła. — A tutaj marmelada, zupełnie taki sam rodzaj, jakim tak zachwycaliśmy się w Bretton. Utrzymywałeś, że jest taka dobra jak gdyby była robiona w Szkocji...
— I o którą mała hrabianeczka prosiła zawsze dla mojego chłopca — pamiętasz to, dziecko — wtrąciła pani Bretton. — Pamiętasz, jak przysuwałaś się do mnie, szepcząc cichutko: „Proszę pani, coś smacznego dla Grahama — trochę marmelady, dżemu czy miodu...“
— Nie, mamo — wtrącił doktór John, śmiejąc się, zarumieniony jednak z zażenowania — na pewno nie było tak. Nie podobna, abym tak bardzo dbał o takie rzeczy.
— Dbał czy nie dbał, jak ci się zdaje, Polly?
— Lubił je — przyznała młoda dziewczyna.
— Nie wstydź się pan tego, panie Johnie — uspokoił go pan Home. — Ja sam bardzo zawsze lubiłem słodycze i lubię je w dalszym ciągu. A Polly okazała dużo rozsądku, dbając o smaczny posiłek dla przyjaciela. To ja właśnie uczyłem ją tej dbałości, robię też co mogę, aby nie zapominała o tym dobrym przyzwyczajeniu. Proszę cię, Polly, podaj mi cienki kawałek ozora.
— Służę ci, ojczulku, pamiętaj jednak, że obsługuję cię tak sumiennie jedynie pod warunkiem, że będziesz rozsądny i pogodzisz się z La Terrasse na całą resztę dnia.
— Łaskawa pani — zwrócił się hrabia de Bassompierre do pani Bretton — chciałbym pozbyć się mojej córki — posłać ją na pensję. Zna pani dobrą jakąś, odpowiednią?
— Mamy tutaj, w Villette, tę, gdzie jest Lucy. Pensję Madame Beck.
— Panna Snowe jest na pensji?
— Jestem nauczycielką — wtrąciłam, rada, że mogę to powiedzieć. Przez krótką chwilę doznałam uczucia, że znalazłam się w fałszywej pozycji. Pani Bretton i jej syn wiedzieli w jakich warunkach żyję i jakie zajmuję stanowisko, ale hrabia i jego córka nie mieli o tym pojęcia. Dowiedzenie się o tym mogło wpłynąć na pewną zmianę bardzo uprzejmego dotychczas, serdecznego nawet, traktowania mnie przez nich. I dlatego właśnie z taką skwapliwością poinformowałam ich o rodzaju mojego zajęcia. Równocześnie jednak osaczył mnie rój trzymanych dotychczas z dala mętnych, niezupełnie uświadomionych myśli, pod których wpływem wyrwało się z piersi mojej bezwiedne westchnienie. Pan Home nie podniósł przez dwie minuty oczu sponad swojego talerza i nie odezwał się ani słowem. Może nie zdał sobie dość wyraźnie sprawy z tego co powiedziałam, a może wydało mu się, że uprzejmość towarzyska nie pozwala na komentowanie tego rodzaju zwierzenia: Szkoci są przysłowiowo dumni i, mimo prostoty, jaką ujawniał, bez względu na cały sposób zadumania się pana Home‘a, na jego strój i na jego gusty, miałam zawsze uczucie, że i on także posiada sporą dozę narodowej tej cechy. Czy była to z jego strony fałszywa duma, czy też jedynie poczucie godności osobistej? Pozostawiam zagadnienie to nierozstrzygniętym w obszerniejszym jego znaczeniu. O ile dotyczyło ono mnie osobiście, mogę odpowiedzieć na nie w tym sensie, że wówczas, tak samo jak zawsze, okazał się prawdziwym gentlemanem, człowiekiem, posiadającym rozum i serce.
Był z natury jednostką żywo odczuwającą i poważnie myślącą; lekki nalot melancholii owiewał jego wzruszenia i rozważania; ta zaledwie uchwytna zazwyczaj mgiełka smutku zgęszczała się w chwilach niepokoju i cierpienia w chmurę posępną. Nie wiele wiedział o Lucy Snowe, a z tego, co było mu znane, nie zdawał sobie dokładnie sprawy: jego opaczne ujmowanie cech mojego charakteru wywoływało nieraz uśmiech na moich ustach. Uświadamiał sobie jednak, że moja droga życiowa wytyczona jest raczej po kryjącej się w cieniu stronie wzgórza; uznawał szczerość moich usiłowań nie zbaczania z uczciwej linii prostej; chętnie nawet dopomógłby mi, gdyby tylko mógł, jakkolwiek też nie miał okazji udzielenia mi pomocy, był mi zawsze prawdziwie życzliwy. Ilekroć oko jego spoczęło na mnie, skrzył się w nim błysk dobroci; ilekroć mówił ze mną, przybierał głos jego brzmienie przyjaźne i ciepłe.
— Powołanie pani wymaga uciążliwej pracy — rzekł wreszcie. — Winna pani starać się o zdrowie i siły aby móc podołać podjętemu zadaniu i pełnić je z powodzeniem.
Jego urocza, młodziutka córka nie przyjęła mojego oświadczenia z takim samym spokojem: spojrzała na mnie szeroko rozwartymi oczami, pełnymi zdumienia, spłoszona nieledwie.
— Jest pani nauczycielką? — zawołała, po czym, jak gdyby usiłując uświadomić sobie przez chwilę ten trudny dla niej do przyjęcia fakt, dodała: — Nie wiedziałam nigdy kim pani jest, ani też nie przyszłoby mi nigdy na myśl pytać się o to; dla mnie była pani zawsze Lucy Snowe, i na tym koniec.
— A kim jestem teraz? — nie mogłam powstrzymać się od zapytania.
— Tą samą, oczywiście, kim była pani zawsze. Czy naprawdę jednak udziela pani lekcji tutaj, w Villette?
— Tak.
— I lubi pani swoje zajęcie?
— Nie zawsze.
— Dlaczego w takim razie nie porzuca go pani?
Ojciec jej spojrzał na nią w ten sposób, że obawiałam się, aby nie ofuknął jej surowo, odezwał się jednak tylko:
— Śmiało, Polly, śmiało, pokaż jaka z ciebie mała mądrala. Gdyby panna Snowe zarumieniła się. czy też wyglądała na zawstydzoną, kazałbym ci zamilknąć; zawstydziłabyś siebie samą i okryłabyś śmiesznością mnie. Na szczęście panna Lucy uśmiecha się tylko, możesz więc śmiało zarzucać ją krzyżowym ogniem twoich pytań. Niech pani jej odpowie, panno Snowe, dlaczego nie porzuca pani swojego zajęcia?
— Głównie ze względu na pieniądze, jakie zarabiam tą drogą.
— Zatem nie ze względów czysto ideowych? Polly i ja skłonni byliśmy przyjąć tę hypotezę, jako moment najbardziej łagodzący, zdolny usprawiedliwić ekscentryczność postępowania pani.
— O, nie! Raczej jest to sprawa dachu nad głową i utrzymania, jakie zapewniam sobie w ten sposob, oraz spokoju, i zadowolenia, jakie daje mi myśl, że, pracując na siebie, nie jestem nikomu ciężarem. Praca samodzielna zaoszczędza mi przykrego tego uczucia.
— Mów co chcesz, ojczulku, żal mi jednak Lucy.
— To litowanie się pani jest zbędne zgoła, panno Paulino; radzę pani ująć je w obie ręce, jak ujęłaby pani małe, nieporadne gąsiątko, które zabłąkało się, opuściwszy bez pozwolenia macierzyste gniazdo; niech je pani włoży z powrotem do ciepłego gniazdka swojego serduszka, z którego poczciwie wytrysnęło i niech pani zechce przyjąć do wiadomości to, co jej podszepnęłam.
— Gdyby moja Polly miała doświadczyć kiedykolwiek niestałości i niepewności darów fortuny, pragnąłbym, aby postąpiła tak, jak postępuje panna Snowe: aby jęła się pracy samodzielnej, i tą drogą uniknęła przykrości stania się ciężarem komukolwiek; rodzinie, czy przyjaciołom.
— Tak, ojczulku — rzekła zamyślona, wciąż jeszcze, zdająca się wnikać jednak w sytuację. — Ale biedna Lucy! Myślałam, że jest osobą zamożną i że ma bogatych przyjaciół.
— Sądziłaś jak małe głupiątko. Mnie nigdy nie przychodziło to na myśl. Ilekroć, co zresztą nie często zdarzało się, miałem sposobność przyglądać się zachowaniu panny Lucy, widziałem, że należy do osób, zwykłych opiekować się innymi, nie zaś wymagać opieki nad sobą; działać samodzielnie, a nie być przedmiotem starań; służyć innym, a nie być obsługiwaną; to właśnie jak sądzę, uzbroiło ją w doświadczenie, za które, o ile będzie żyła dość długo, aby móc w pełni ocenić korzyści, jakie ono zapewnia, winnaby wdzięczną być Opatrzności... Kiedy jednak mowa o tej szkole — dodał, zmieniając ton swojego przemówienia z poważnego na żartobliwy. — Jak pani sądzi, czy Madame Beck zgodziłaby się przyjąć moją Polly?
Odpowiedziałam, że należałoby zwrócić się z tym do Madame, która bardzo lubi pensjonarki-Angielki. O ile też pan de Bassompierre zechce zawieźć pannę de Bassompierre powozem swoim dzisiaj po południu jeszcze, pewna jestem, że Rozyna, nasza odźwierna, nie da państwu czekać długo na otworzenie drzwi wejściowych a sama Madame wciągnie na ręce najlepszą parę rękawiczek, aby godnie powitać państwa w salonie.
— W takim razie — odparł pan Home — nie widzę powodu, ani potrzeby dalszej zwłoki. Pani Hurst zapakuje i prześle to, co nazywa „rzeczami“ swojej młodej pani, a moja Polly będzie mogła jeszcze dzisiaj wieczorem zasiąść do elementarza. Mam nadzieję, że pani, panno Lucy, zgodzi się rzucić na nią tu i owdzie opiekuńczo okiem i dać mi od czasu do czasu znać, jak jej się wiedzie. Mam nadzieję, że nie będzie pani miała nic przeciwko temu projektowi, panno de Bassompierre?
Mała hrabianka zawahała się niepewnie:
— Myślałam — rzekła — że moja edukacja jest już skończona.
— Najlepszy to dowód — rzekł jej ojciec — jak bardzo mylne są nasze sądy. Ja osobiście zupełnie odmienne mam o tym zdanie, sądzę też, że najzupełniej zgodzą się ze mną ci, którzy mieli okazję zapoznać się dzisiaj rano z głęboką twoją znajomością życia. O, kochane moje dziewczątko, dużo jeszcze pozostało ci do nauczenia się; ojciec twój powinien był dać ci więcej wiadomości, aniżeli zdołał to uczynić! Tak, dziecinko, nie ma innej rady. Musimy zwrócić się do Madame Beck. Że zaś pogoda zdaje się poprawiać, a ja skończyłem już moje śniadanie...
— Ale, ojczulku!
— Jakie ale?
— Widzę przeszkodę.
— A ja nie widzę żadnej.
— Właśnie, że jest. Ogromna! Nie podobna będzie nigdy pokonać jej. Jest taka wielka, jak ty sam, ojczulku, w wielkim twoim płaszczu z całą masą śniegu na nim.
— Zdolna będzie jednak roztajać i zniknąć bez śladu, tak samo jak ten śnieg.
— Nie! Nie roztaje i nie zniknie! Jest masą zbyt solidną i ważką: jesteś nią ty sam, ojczulku. Niech pani ostrzeże Madame Beck, panno Lucy, aby nie słuchała żadnych propozycji przyjęcia mnie na swoją pensję. Pokaże się w końcu, że będzie musiała przyjąć i ojczulka także. A ojczulek wcale nie jest łatwy. Zdradzę pani i państwu nie jedno o nim. Słuchajcie wszyscy — i pani Bretton także: Przed pięciu laty, kiedy byłam dwunastoletnią dziewczynką, ubrdał sobie, że mnie psuje, że wyrosnę, nie zdolna zupełnie do istnienia na świecie, że... słowem wyobrażał sobie Bóg wie co jeszcze. Postanowił wobec tego bezapelacyjnie, że odda mnie do szkoły. Płakałam, broniłam się, ale pan de Basompierre okazał się twardy i nieugięty, pojechałam więc na pensję. Ale jaki był tego wynik? W najcudowniejszy sposób zainstalował się na tej samej pensji i ojczulek także: co drugi dzień przyjeżdżał odwiedzać mnie. Pani Aigredoux[15] obruszała się na to, ale nic nie pomogło, aż w końcu oboje, ojczulek i ja, zostaliśmy, że wyrażę się po sztubacku, wylani ze szkoły. Lucy może opowiedzieć Madame Beck tę historyjkę; uczciwość nakazuje uprzedzić ją czego może się spodziewać.
Pani Bretton zapytała pana Home‘a co ma do odpowiedzenia na to oświadczenie. Nie potrafił obronić się, zapadł więc wyrok przeciwko niemu, i Polly zatriumfowała.
Bywała jednakże w innych nastrojach, aniżeli naiwnego, spieszczonego, opornego dziecka. Po śniadaniu, kiedy oboje starsi — pani Bretton i pan Home — przeszli na pogawędkę do innego pokoju — aby, jak przypuszczam, obgadać pewne dotyczące pani Bretton sprawy majątkowe — a mała hrabianka, ja i doktór Bretton pozostaliśmy na krótką chwilę sami, zatraciła się w niej od razu cała dziecięcość; w naszym towarzystwie, w towarzystwie osób bliższych jej wiekiem, stała się od razu młodą damą; nawet twarz jej zmieniła się poniekąd. Owo dziecięce ożywienie rysów i dziecięca naiwność spojrzenia, które, ilekroć mówiła z ojcem swoim, zaokrąglały jej twarzyczkę, żłobiąc ją uroczymi dołeczkami, ustąpiły teraz miejsca zamyśleniu, nadały jej rysom twardszą wyrazistość, pozbawiły je nadmiernej ruchliwości.
Niewątpliwie zwrócił Graham, tak samo jak ja, uwagę na tę nagłą zmianę. Stał kilka minut przy oknie, patrząc na padający śnieg, po czym odszedł do kominka i wszczął rozmowę, nie ze zwykłą swoją swobodą jednak: zdawał się nie znajdować odpowiednich tematów, dobierał je mozolnie, z wahaniem i może dlatego niezbyt szczęśliwie: mówił w sposób, nieokreślony bliżej, o Villette, o jego mieszkańcach, gmachach i godnych widzenia osobliwościach. Panna de Bassompierre odpowiadała mu z godnością dojrzałej kobiety; inteligentnie, w sposób niezupełnie pozbawiony cech indywidualnych: Od czasu do czasu jednak, szczególny ton, gest, czy spojrzenie tu i owdzie bardziej ożywione, mniej powściągliwe i salonowo odmierzone, przypominały wciąż jeszcze małą Polly. W jej zachowaniu wszakże tyle było wytworności i dystynkcji, tyle spokojnego, uprzejmego wdzięku, łagodzącego dziecięce wyskoki, że człowiek mniej nawet wrażliwy niż Graham nie odważyłby się skorzystać z nich, jako z punktów zaczepnych, skłaniających do większej szczerości i poufności.
Mimo jednak, że doktór Bretton był w dalszym ciągu dziwnie przytłumiony i jak na niego, niezwykle spokojny, nie przestawał jednak obserwować. Nie uszedł jego uwagi żaden z owych drobnych porywów i naturalnych wybuchów dawnej towarzyszki zabaw. Nie ominął żadnego z jej gestów charakterystycznych, żadnego z zawahań się w mowie, czy najlżejszego seplenienia. Polly chwilami, mówiąc szybko, z lekka, po dziecięcemu sepleniniła wciąż jeszcze, rumieniła się jednak za każdym razem i ze zwykłą sobie sumiennością, równie zabawną jak ta drobna wada wymowy, powtarzała wysepleniony wyraz powoli i wyraźnie.
Ilekroć zdarzało się jej to, uśmiechał się doktor Bretton. Stopniowo, im dłużej trwała rozmowa, tym bardziej słabło skrępowanie, jakie wyczuwało z razu każde z nich. Gdyby rozmowa ta przeciągnęła jeszcze dłużej, stałaby się zupełnie swobodna. Na usta Pauliny powrócił okalający je uśmiech, żłobiący rozkoszne dołeczki na jej policzkach; wysepleniwszy jakiś trudniejszy wyraz, zapominała poprawić się. A doktór John? — Nie umiem powiedzieć na czym polegała zmiana, jaka w nim zaszła, fakt jednak, że zmienił się. Nie poweselał, ani też nie przybrał swoim zwyczajem tonu drwiącego, nie zdradził ani jednym słowem płochości nastroju, zdawał się jednak bardziej zadowolony z samego siebie, sposób jego mówienia stał się swobodniejszy, ton miększy i łagodniejszy. Przed dziesięciu laty miała sobie ta parka tak wiele zawsze do powiedzenia wzajem; miniona dekada lat nie zubożyła na pewno ich doświadczenia życiowego ani też nie zacieśniła ich widnokręgów myślowych. Istnieją nadto pewne natury, których wzajemne oddziaływanie na siebie jest tak wielkie, że im dłużej z sobą wzajem przebywają, im więcej mówią sobie wzajem, tym więcej mają sobie wciąż jeszcze do powiedzenia. Dla natur tych przestawanie z sobą wzajem prowadzi do zespolenia się, a zespolenie się do ścisłego skojarzenia i zjednoczenia.
Graham zmuszony był jednak wyjść z domu: zawód jego narzuca obowiązki i wymagania, których nie wolno lekceważyć, zaniedbywać, ani też odkładać ich wypełnienia. Wyszedł z pokoju, zanim jednak opuścił dom, powrócił raz jeszcze. Pewna jestem, że powrót ten spowodowany był, nie jak on sam usiłował usprawiedliwić się, zapomnieniem zabrania gazety, czy czegoś innego z biurka, ale chęcią przekonania się jednym jeszcze rzutem oka, czy powierzchowność Pauliny jest w istocie taka, jaką zatrzymał w pamięci, czy nie widział jej w stronniczym nieprawdziwym świetle i czy tym samym nie uległ miłemu omamieniu jedynie. Nie! Przekonał się, że pierwsze jego wrażenie było trafne i wierne. Dzięki powrotowi temu zyskał raczej, aniżeli stracił — uniósł z sobą na drogę pożegnalne spojrzenie, nieśmiałe, ale bardzo tkliwe, równie piękne i równie niewinne, jakie rzucić mogła młoda sarenka spod gęstej osłony paproci, czy młode jagniątko spośród kępy trawy na łące.
Pozostawszy same, milczałyśmy obie czas jakiś: wyjęłyśmy nasze robótki i, zabrawszy się do nich, udawałyśmy bardzo pilnie zajęte. Dawną skrzyneczkę z białego drzewa zastąpiła teraz szkatułka bogato wyłożona intarsją z cennych kamieni i zaopatrzona w złote narzędzia do robót ręcznych; maleńkie niegdyś drżące paluszki, którym trudno było uporać się z igłą, mimo że drobne w dalszym ciągu, były sprawne i obrotne, pozostało wszakże przy pracy to samo poważne zmarszczenie czoła, ta sama staranność i dokładność wykonania przedsiębranego zadania, to samo skupienie przy nim i pochłonięcie nim. Nie odrywając się od pracy, na mgnienie tylko potrząsała głową, aby odgarnąć obluźnione pasmo włosów, lub też pośpiesznym ruchem dłoni strzepywała ze swojej jedwabnej spódniczki jakiś wyimaginowany atom pyłu, jakieś przywarłe do jej fałd źdźbło nitki.
Tego rana byłam osobliwie usposobiona do milczenia, posępne rozsrożenie się zimowej zawiei wpływało na mnie gnębiąco i zamykało mi usta. Wściekłość styczniowej burzy, białej i bezdusznej, nie uciszyła się jeszcze: wicher ochrypł, zdało się, z wycia, nie myślał jednak dać za wygranę. Gdyby Ginevra Fanshave dotrzymywała mi towarzystwa w tym saloniku, nie pozwoliłaby mi trwać w zadumie i słuchać w milczeniu. Tematem jej gadatliwości stałby się ten, który opuścił nas przed chwilą; a jak potrafiłaby rozwodzić się nad tą jedną osobą! Jak przypierałaby mnie do muru zadawaniem pytań i robieniem przypuszczeń! Jak draźniłaby mnie robieniem dowolnych, z palca wyssanych komentarzy, jak gnębiłaby mnie czynieniem zwierzeń, których słuchania usiłowałabym uniknąć za wszelką cenę!
Paulina Maria rzuciła na mnie parę razy spokojne, mimo że badawcze spojrzenie ciemnych swoich, głębokich oczu; jej wargi rozchyliły się, jak gdyby gotowe do wypowiedzenia jakiejś uwagi, milczała jednak, dostrzegłszy moją niechęć mówienia, którą umiała uszanować.
— Nie wytrwa długo — pomyślałam, nie przywykłszy do spotykania u młodych kobiet i dziewcząt umiejętności panowania nad sobą i siły powściągania się. O ile zdołałam je poznać, okazja wywnętrzania się z ich płytkich przeważnie tajemnic, czy ich nader powierzchownych i przelotnych uczuć, była dla nich przyjemnością, której nie umiały i nie chciały wyrzec się tak łatwo.
Mała hrabianka zdawała się wyjątkiem: szyła wytrwale, aż wreszcie znużona szyciem, wzięła do ręki książkę.
Traf chciał, że poszukała czegoś odpowiedniego dla siebie na półce do książek, należących do doktora Brettona. Okazało się, że była to dawna, zabrana z Bretton książka — ilustrowane dzieło z zakresu historii naturalnej. Widywałam często małą Polly, stojącą przy boku Grahama, który trzymał tę książkę rozwartą na swoich kolanach i odczytywał z niej dziewczynce ustępy, bardziej dla niej zrozumiałe, urządzając w ten sposób wykład przyrody na użytek małej swej towarzyszki. A kiedy lekcja skończyła się, prosiła go, aby wyjaśnił jej znaczenie zawartych w książce rycin. Przyglądałam jej się teraz bacznie; nadarzył się oto najwłaściwszy moment wypróbowania siły jej pamięci, z której tak była dumna: czy okaże się jej ona wierną?
Czy okaże się wierną? Nie mogło być wątpliwości co do tego. W miarę odwracania kartek wykwitał na twarzy młodej dziewczyny rumieniec po rumieńcu, zdradzając osaczające ją uczucia, wyraźnie związane z wspomnieniami przeszłości. Po przejrzeniu tomu do końca powróciła do karty tytułowej i spojrzała na wypisane na niej chłopięcą ręką imię i nazwisko. Wpatrywała się w nie długo, nie zadowolniając się samym wpatrywaniem tylko, ale łagodnie przesunęła po literach końce palców. Wzruszającemu temu gestowi towarzyszył nieświadomy tkliwy uśmiech, czyniący z dotknięcia pieszczotę nieledwie. Paulina kochała przeszłość: osobliwą cechą drobnego, wdzięcznego tego obrazka było, że nie powiedziała przez cały czas ani słowa, umiała odczuwać, nie dając ujścia uczuciom swoim w potoku słów.
Godzinę prawie zajęta była przeglądaniem półki z książkami, przy czym zdejmowała jeden tom po drugim, odnawiając w ten sposób znajomość z każdym z nich. Po ukończeniu tego zajęcia usiadła na niskim stołeczku, oparła policzek na dłoni i, zachowując wciąż w dalszym ciągu milczenie, rozmyślała.
Stuk otwieranych na dole drzwi wejściowych, nagłe wdarcie się pędu zimnego wiatru i głos ojca, mówiącego coś do pani Bretton, zbudził ją wreszcie z jej zadumy. Zerwała się i w sekundę była na dole.
— Ojczulku, ojczulku, nie wyjdziesz przecież?
— Muszę iść do miasta, pieszczotko.
— Ale jest za... za zimno, ojczulku.
Pan de Bassompierre pokazał jej jak doskonale ochroniony jest przed zimnem, wyjaśniając zarazem, że nie pójdzie przecież pieszo, ale pojedzie powozem, w którym będzie najzupełniej zabezpieczony i zapewniając, że nie ma w ten sposób najmniejszego powodu niepokoić się o niego.
— Ale przyrzeknij mi, że będziesz tutaj z powrotem zanim zapadnie noc, że przyjedziecie razem powozem, ty i doktór Bretton? Pogoda nie jest odpowiednia na jazdę konną.
— Dobrze, o ile spotkam doktora Brettona, nie omieszkam powiedzieć, że pewna dama nakazała mu, aby dbał o cenne swoje zdrowie i powrócił do domu pod moją eskortą.
— Tak, musisz powiedzieć „pewna dama“. Pomyśli, że to jego matka i będzie posłuszny. Ale pamiętaj, ojczulku żebyś wrócił wcześnie: będę czuwała i nadsłuchiwała.
Drzwi zamknęły się i koła powozu potoczyły się miękko po śnieżnym wysłaniu. Mała hrabianka powróciła do pokoju, zamyślona ponownie i zaniepokojona.
Czuwała i nadsłuchiwała w miarę zapadania coraz gęstszego zmierzchu, czyniła to jednak jak mogła najciszej, chodząc tam i z powrotem po pokoju bezszelestnymi nieledwie krokami. Co pewien czas przystawała w tym swoim cichym, jak gdyby aksamitnym krążeniu, nastawiła ucho i wsłuchiwała się w odgłosy nocy, raczej w ciszę nocną, jakoże teraz wreszcie ustał dziko dmący przez cały dzień wicher. Niebo, uwolnione od ciężkich chmur śniegowych, było blade i bezgwiezdne: mogłyśmy widzieć je wyraźnie poprzez ogołocone z liści konary drzew, a zarazem podziwiać polarną wspaniałość noworocznego księżyca — jego tarczę białą jak świat lodowy. Pora nie była jeszcze zbyt spóźniona, kiedy usłyszałyśmy wreszcie powrót powozu.
Paulina nie rzuciła się na spotkanie ojca zwykłym krokiem tanecznym. Z poważnym zatroskaniem zajęła się nim, biorąc go od razu w wyłączne posiadanie, posadziła go na wybranym przez nią fotelu, obsypywała go czułymi słowami podzięki, że nie dał czekać na siebie zbyt długo i tak uwijała się dokoła niego, że można było przypuścić, jak gdyby tylko dzięki zabiegom jej drobnych rąk znalazł się na fotelu, miękko podparty poduszkami i wygodnie usadowiony: silnemu, wielkiemu mężczyźnie zdawało się sprawiać osobliwą przyjemność bezwolne poddawanie się despotycznie czułemu rozporządzeniu się nim drobnej istotki.
Graham zjawił się w kilka minut dopiero po powrocie hrabiego. Paulina zwróciła z lekka głowę w kierunku jego kroków, zamieniła z nim parę słów tylko, palce ich musnęły się wzajem przelotnie. Pozostała przy boku ojca, a Graham rzucił się na fotel po drugiej stronie pokoju.
Pan Home i pani Bretton mieli szczęśliwie bardzo wiele do powiedzenia sobie wzajem, sięgając po tematy rozmowy do niewyczerpanej, zdałoby się, skarbnicy dawnych wspólnych wspomnień. Gdyby nie ich ożywienie, byłoby nasze towarzystwo tego wieczora rażąco ciche.
Po wieczornej herbacie puszczone zostały zgrabne złote nożyczki, śliczny złoty naparstek i sprawna igła Pauliny w żywy ruch przy świetle lampy. Usteczka młodej dziewczyny nie rozchylały się jednak, a jej delikatne powieki, obciążone gęstą frendzlą rzęs, niechętnie odrywały się od roboty i podnosiły się w górę. I Grahama również zmęczyć musiała praca całodzienna: słuchał z uprzejmą uwagą tego, co mówili starsi, mówił jednak sam bardzo mało. Nie odrywał oczu od złocistego blasku migającego raz wraz naparstka, jak gdyby to były skrzydła świetnego jakiegoś motyla, czy też przesmykujący skroś traw złocisty łepek małej żółtej żmijki.




ROZDZIAŁ XXVI
POGRZEB

Od tego dnia nie mogłam uskarżać się na brak odmiany w moim życiu: wychodziłam często z wiedzą i najzupełniejszą aprobatą Madame Beck, której imponowało stanowisko społeczne moich przyjaciół. Godna przełożona od samego początku traktowała mnie z szacunkiem, a kiedy dowiedziała się, że bywam zapraszana do jednego z okolicznych châteux i do wspaniałego „hôtel“, szacunek jej dla mnie przeobraził się w zaszczytne, pełne względów wyróżnianie mojej osoby.
Nie powodowało nią nigdy budzące wstręt płaszczenie się przed majątkiem, czy tytułem. Madame, osoba na wskroś światowa, w niczym jednak nie kierowała się słabością. Przy górującym nad wszystkimi innymi pobudkami liczeniu się jej z własnym interesem potrafiła jednak zachować umiar i zdrowy rozsądek; przy nieustannym żądnym uganianiu się za zarobkiem nie zatracała spokoju i rozwagi. I w tym wypadku także zamiast ściągnąć na siebie moją pogardę okazywaniem nazbyt jawnej służalczości, i zbyt wyraźnego schlebiania możnym tego świata, poprzestawała na pełnym taktu i umiaru zaznaczaniu zadowolenia swojego z tego, że osoby, związane z prowadzonym przez nią zakładem wychowawczym, obracają się w towarzystwie, podnoszącym je duchowo i obyczajowo, nie zaś obniżającym ich poziom. Nie wychwalała nigdy ani mnie, ani moich przyjaciół, raz jeden tylko, kiedy siedziała na słońcu w ogrodzie, delektując się filiżanką czarnej kawy przy czytaniu „Gazette“, — pisma codziennego — a ja przyszłam, aby poprosić ją o pozwolenie wyjścia wieczorem dała wyraz swemu zadowoleniu odpowiedziawszy mi z niezwykłą serdecznością:
Oui, oui, ma bonne amie, je vous donne la permission de coeur et de gré. Votre travail dans ma maison a toujours été admirable, rempli de zèle et de discrêtion: vous avez bien le droit de vous amuser. Sortez tant que vous voudrez. Quant à votre choix de connaissances, j‘en suis contente; c‘est sage, digne, laudable.[16]
Zamknęła usta i zabrała się ponownie do czytania swojej „Gazette“.
Zechce czytelnik nie sądzić zbyt surowo faktu zniknięcia na pewien czas z potrójnie zabezpieczonej szkatułki moich bezcennych pięciu listów. Pierwszym moim odruchem po wykryciu go było naturalnie gorące oburzenie, po chwili jednak wywalczyłam w sobie ustosunkowanie się bardziej wyrozumiałe do tej bolesnej dla mnie nad wyraz sprawy.
— Cierpliwości! — powiedziałam sobie — Nie powiem nic i zaczekam spokojnie: znajdą się znów rychło z powrotem.
I rzeczywiście znalazły się rychło z powrotem; na krótko tylko przebywały w pokoju Madame. Po zbadaniu ich przez nią powróciły na właściwe swoje miejsce. Zaraz nazajutrz znalazłam je tam, gdzie powinny były leżeć.
Ciekawa byłam jak wydała się jej moja korespondencja. Jak oceniła zdolności epistolarne doktora Johna? Jaki był jej sąd o jędrnych często uwagach i myślach, o zdrowych na ogół, a czasem oryginalnych poglądach, formułowanych stylem bezpretensjonalnym, językiem łatwym i potoczystym. Jak podobała się jej żyłka humorystyczna ich autora, która tyle dała mi rozkoszy? Co myślała o tych kilku uprzejmych, a nawet serdecznych zwrotach, rozsianych tu i owdzie — nie grubo, jak diamenty w dolinie Sindbada, nie skąpo, jak drogocenne kamienie te spoczywają w złożach ziemi? O, Madame Beck, jaki był sąd pani o tych rzeczach?
Wydaje mi się, że listy doktora Johna znalazły uznanie w oczach Madame. Nazajutrz po wypożyczeniu ich przez nią ode mnie (mówiąc o tak delikatnej małej kobietce należy posługiwać się delikatnymi określeniami) podchwyciłam jej utkwione we mnie z badawczą wnikliwością spojrzenie, nieco zdziwione, ale bezwzględnie życzliwe. Było to w porze krótkiej pauzy pomiędzy lekcjami, podczas której wyrzucano uczennice na kwadrans na dziedziniec. Pozostałyśmy obie, Madame Beck i ja, same w pierwszej klasie; kiedy oczy nasze spotkały się; ujawniła częściowo myśli swoje, rzekłszy:
Il y a quelque chose de bien remarquable dans le caractère anglais[17]
— Jak to pani rozumie?
Roześmiała się i odparła po francusku, powtarzając jedynie wyraz „jak“ w brzmieniu, nadanym mu przeze mnie.
Je ne saurais vous dire „jak“; mais enfin les Anglais ont des idées à eux, en amitié, en amour, en tout. Mais au moins il n‘est pas besoin de les surveiller[18] — dodała, podnosząc się i odchodząc stałym swoim truchcikiem małego źrebaka.
— W takim razie mam nadzieję — powiedziałam sobie — mam nadzieję, że przestanie pani szpiegować moje listy. Niestety! W tej samej chwili przypomniałam sobie, że nigdy więcej nie otrzymam takich listów. Coś osobliwego padło mi nagle na oczy, zmącając całkowicie ich pole widzenia, zacierając przede mną widok pokoju szkolnego, ogrodu, jasno świecącego słońca zimowego. Nie będzie już dla mnie więcej listów takich, jak te. Kojący ten strumień, na którego brzegach przebywałam i którego kilka ożywczych bryzgów zrosiło moje wargi, zmienił swój kierunek: opuszczał małą moją chatkę i moje wyschłe całkowicie pole, unosząc daleko dobroczynne swoje wody. Zmiana była naturalna, słuszna, sprawiedliwa; nie można było ani jednym słowem zaoponować przeciwko niej: kochałam wszelako ten mój Ren, ten mój Nil, wielbiłam nieledwie mój Ganges, smuciłam się też, że wielka fala toczyć się będzie obca mi, że zniknie, niby miraż ułudny. Mimo że siliłam się na stoicyzm, nie byłam prawdziwym stoikiem, krople łez spływały coraz szybciej na moje ręce, na moje biurko. Wypłakałam cały ich potok, parny, ciężki, acz krótkotrwały.
Rychło powiedziałam sobie: „Nadzieja, jaką opłakuję, sprawiła mi wiele cierpień, zamarła wówczas dopiero, kiedy nastąpił ostateczny jej koniec; po tak długotrwałym okresie rozpaczliwego zgnębienia powinnaby śmierć być pożądana“.
Usiłowałam uczynić ją pożądaną. Długotrwałe cierpienie nauczyło mnie cierpliwości, czyniąc z niej drugą moją naturę nieledwie. Zamknęłam w końcu oczy mojemu trupowi, zakryłam jego twarz i z wielkim spokojem ułożyłam jego kończyny.
Musiałam jednak ukryć listy, odłożyć je w bezpieczne miejsce: ludzie, którzy ponieśli ciężkie straty, zazdrośnie gromadzą i zamykają na cztery spusty pamiątki: ból nie do zniesienia zadają w samo serce momenty nagłego odradzania się żalu.
Pewnego wolnego po południa (we czwartek), otworzywszy mój pulpit, aby postanowić co mam zrobić z moim skarbem, dostrzegłam — tym razem z żywym uczuciem niezadowolenia — że ponownie grzebał ktoś w nim: pakiecik leżał wprawdzie na miejscu, ale wstążka, którą był przewiązany, została widocznie zdjęta i ponownie umocowana. I inne również oznaki wskazywały, że ktoś wyciągał moją szufladę i szperał w niej zawzięcie.
Tego było już trochę za wiele. Madame Beck była wcieleniem dyskrecji, niezależnie od tego, że posiadała tak zdecydowanie zdrowy rozum i tak trzeźwy sąd o rzeczach, jaki tylko mógł zrodzić się kiedykolwiek w głowie męskiej czy kobiecej: nie było może przyjemne, że znała tak na wylot zawartość mojej szuflady, można jednak było od biedy znieść to jeszcze. Mimo jezuickiej swojej badawczości, umiała oceniać sprawy trafnie, widzieć je we właściwym świetle i wydawać o nich sprawiedliwy sąd, ujmując je w ich istotnym nieskażonym sensie. Przypuszczenie wszelako, że mogła udzielić innym zdobytych tą drogą informacyj, że urządzała sobie może w towarzystwie innych jeszcze osób, zabawę z najbardziej uświęconych dla mnie dokumentów, wstrząsnęło mną okrutnie.
Miałam wszelkie powody obawiać się teraz, że było tak istotnie. Domyślałam się nawet kto był jej powiernikiem. Krewny jej, Monsieur Paul Emanuel, spędził z nią cały wieczór poprzedni; zwykła stale radzić się go we wszystkim i rozważać po społu z nim sprawy, z których nie zwierzała się nigdy nikomu innemu. Tego samego rana jegomość ten raczył rzucić na mnie bazyliszkowe spojrzenie, zapożyczone chyba od aktorki w roli Vashti: nie zrozumiałam w danym momencie znaczenia zjadliwego tego wzroku, miotającego ogień rozwścieczenia, i w tej chwili dopiero wyjaśniło się dla mnie wszystko. Monsieur Paul nie był jak wydawało mi się, zdolny sądzić łagodnie i sprawiedliwie żadnej rzeczy dotyczącej mojej osoby: był zawsze w stosunku do mnie surowy i podejrzliwy. Myśl, że listy te, listy czysto przyjacielskie, wpadły w jego ręce i mogłyby wpaść w nie ponownie, zraniła mnie do głębi duszy.
Jak miałam postąpić, aby nie dopuścić do tego? W jakim zatraconym kącie dziwacznego tego domu możliwe było znaleźć pewne i bezpieczne schronienie? Jakie zamknięcie i gdzie mogłoby być dostatecznym zabezpieczeniem i rękojmią nietykalności jedynego mojego skarbu?
Na poddaszu? Nie, nie lubiłam poddasza. Nie miałam zaufania do tego miejsca. A zresztą większość skrzyń komód i szuflad znajdujących się tam, była na wpół zbutwiała. Szczury przegryzały się przez spróchniałe drzewo, a myszy słały sobie gniazda pośród odpadków i śmieci: moje drogie listy mogłyby być pożarte przez to plugastwo, a na pewno już wilgoć zamazałaby nie do poznania pismo na nich. Nie, poddasze nie nada się — ale gdzie w takim razie schronić je?
Rozważając to zagadnienie siedziałam na ławce pod oknem sypialni. Było piękne mroźne popołudnie; zachodzące już słońce zimowe blado połyskiwało na czubkach krzewów ogrodowych „allée défendue“. Spośród gąszczu wyróżniała się wielka stara grusza, niczym wysoki szkielet nimfy leśnej, szary, wyschły, obnażony. Olśnił mnie pomysł — jeden z owych dziwacznych, fantastycznych pomysłów, rodzących się czasem w mózgach ludzi samotnych. Włożyłam kapelusz, okrycie, kołnierz i mufkę futrzaną, i poszłam do miasta.
Kierując kroki moje ku starej historycznej dzielnicy, ku której ocienionym odwiecznym zakątkom czułam się instynktownie pociągnięta, ilekroć bywałam w melancholijnym nastroju, wędrowałam z jednej ulicy na drugą, aż wreszcie, przeszedłszy na przełaj przez na wpół opustoszały plac, czy skwer, znalazłam się przed sklepem z wszelkiego rodzaju starzyzną.
Potrzebna mi była skrzynka metalowa, którą można byłoby zalutować, albo też butla z grubego szkła, którą możnaby zalakować hermetycznie. Pośród spiętrzenia najrozmaitszych, nadających się na szmelc, przedmiotów znalazłam i nabyłam odpowiadającą moim zamierzeniom butlę.
Zwinąwszy listy w rulon, owinęłam je w ceratkę jedwabną, owiązałam cienkim szpagatem i, włożywszy rulon do butli, uprosiłam starego żyda-handlarza o zakorkowanie i zalakowanie jej tak, aby nie dopuścić zupełnie do jej wnętrza dopływu powietrza. Czyniąc zadość mojej prośbie, rzucał na mnie od czasu do czasu nieufne spojrzenia spod wyblakłych, jak gdyby zwarzonych mrozem rzęs. Przypuszczał prawdopodobnie, że kryje się w tym coś podejrzanego, coś złego niewątpliwie. Wszystko to sprawiało mi ponurą jakąś — nie tyle przyjemność ile smutną satysfakcję. Popęd, który pchnął mnie do tego czynu, nastrój, pod którego wpływem pozostawałam, przypominały popęd i nastrój, które skierowały kroki moje w swoim czasie ku konfesjonałowi. Pospieszyłam w drogę powrotną i stanęłam przed naszą szkołą w porze zmierzchania się, zdążywszy na czas jeszcze na obiad.
Około siódmej wypłynął na niebo księżyc. O wpół do ósmej, kiedy uczennice i nauczycielki zajęte były przygotowywaniem lekcji, Madame Beck wraz z matką swoją i dziećmi siedziała w salle à manger, a półpensjonarki porozchodziły się już do swoich domów, dzięki czemu i Rozyna nawet opuścić mogła stały swój posterunek w hallu, otuliłam się szalem i, wziąwszy z sobą zapieczętowaną, zalakowaną butlę, prześlizgnęłam się drzwiami, prowadzącymi z pierwszej klasy do berceau, a stąd wprost już do allée défendue.
Licząca lata metuzalowe grusza stała na końcu tej alei, w pobliżu mojej ławki, i górowała tu, szara, zamglona, ponad skupionymi dokoła niej niższymi krzewami. Drzewo to, mimo że takie stare, miało wciąż jeszcze zdrowy pień w którym jednak utworzyło się tuż nad korzeniami głębokie wydrążenie. Wiedziałam o tym wydrążeniu, mimo że kryły je gęsto obrastające pień zwoje bluszczu i innych pnączy. Tutaj właśnie zamierzałam ukryć mój skarb. Nie tylko jednak chciałam ukryć skarb, ale zagrzebać wraz z nim i mój smutek zarazem. Smutek ten, który przy spowijaniu go w jego całun, wycisnął mi tyle łez z oczu, musi być zagrzebany.
Rozsunąwszy bluszcz, znalazłam wydrążenie, dość duże, aby mogła zmieścić się w nim butla, którą wsunęłam głęboko aż na samo jego dno. W szopie na narzędzia, mieszczącej się w głębi ogrodu, znalazłam resztki materiałów budowlanych, pozostawionych przez robotników murarskich, którzy zajęci byli niedawno niezbędnymi przeróbkami gmachu. Znalazłam tu trochę łupku i zaprawy wapiennej, którą zatkałam otwór wydrążenia, utrwaliłam to zatkanie cementem, oblepiłam je mchem i wreszcie zasunęłam bluszcz na poprzednie jego miejsce. Po dokonaniu tego stałam jeszcze oparta o drzewo, ociągając się z odejściem, jak każdy żałobnik niezdolny rozstać się z świeżo wykopanym i zasypanym ziemią grobem.
Nocne powietrze było bardzo spokojne, ale zasnute dziwnym oparem, przeistaczającym światło księżyca w poświatę mglistą. W powietrzu tym, czy w tej mgle było coś osobliwego, może jakiś fluid magnetyczny — w każdym razie coś takiego, co w dziwny sposób oddziaływało na mnie. Doznałam uczucia podobnego do tego, jakiemu uległam przed rokiem mniej więcej, w Anglii, pewnej nocy, kiedy promieniste smugi świetlne aurory borealis pędziły po niebie, a ja, spóźniona wśród pól samotnych, zatrzymałam się, aby obserwować to zgromadzone jak gdyby na rewię wojsko ze sztandarami — to drganie światełek na szeregach nastawionych dzid — to szybkie wznoszenie się wysłańców gwiazdy polarnej ku ciemnemu, wysokiemu sklepieniu nieba. Czułam się nie tyle szczęśliwa, ani tym bardziej nieszczęśliwa, ile silna odzyskaną, wzmożoną siłą.
O ile życie ma być walką, zdawało się przeznaczeniem moim toczyć ją w pojedynkę. Rozmyślałam teraz w jaki sposób mogłabym porzucić moje zimowe leże — rozstać się z obozem, w którym zbrakło pożywienia i paszy. Może dla dokonania tej zmiany stoczyć wypadnie ponowną bitwę regularną z losem? Gdyby tak być miało, gotowa byłam do niej: nie mając nic do stracenia, mogłabym zyskać tylko, o ile taka byłaby wola Opatrzności. Jaką jednak obrać w tym celu drogę? — jaki plan powziąć? Jaki plan i jaka droga byłyby dla mnie dostępne?
Wciąż jeszcze rozważałam w myśli to zagadnienie, kiedy księżyc, tak bardzo zamglony dotychczas, zajaśniał wyraźniejszym światłem: jeden z jego promieni błysnął nagle biało przed moimi oczami i w świetle tym zarysował się wyraźnie cień jakiś. Wpatrzyłam się bliżej, aby wyjaśnić sobie przyczynę tak ostro zarysowanego kontrastu, wyłonionego nagle w ciemnej alei. W miarę wpatrywania się weń dostrzegałam coraz wyraźniej białość jego i czarność, aż wreszcie w jednym mgnieniu przeistoczył on się w kształt ściśle określony. Stałam w oddaleniu nie więcej niż trzech yardów od wysokiej, otulonej w ciemną szatę, zakwefionej białym wualem kobiety.
Upłynęło pięć minut. Nie uciekłam; nie krzyknęłam nawet. Zjawa stała nieporuszona. Przemówiłam:
— Kim pani jest? I dlaczego nawiedza mnie pani?
Stała bez słowa. Nie widać było jej rysów: cała dolna cześć twarzy poniżej czoła zamaskowana była białym płótnem; odsłonięte jedynie oczy jej wpatrzone były we mnie.
Nie czułam się szczególnie zbrojna w odwagę, byłam jednak niezłomnie zdecydowana dokonać zadania, wymagającego pewnej dozy bohaterstwa. Postąpiłam krok naprzód i wyciągnęłam rękę, zamierzając dotknąć zjawy, która zdawała się cofać przede mną. Podeszłam bliżej: jej cofanie się, dotychczas spokojne, stało się błyskawiczne. Gąszcz krzewów, zarośli i wszelkiego rodzaju pnączy stanął jako żywa przeszkoda pomiędzy mną, a postacią, za którą pośpieszyłam. Przedarłszy się wreszcie przez te przeszkodę, rozejrzałam się dokoła. Nie było już nic. Czekałam, zawoławszy głośno:
— Jeśli masz jakąś sprawę do ludzi, powróć i wymień ją.
Nie było odpowiedzi. Nic nie ukazało się ponownie.
Tym razem nie było doktora Johna, do którego mogłabym zwrócić się: nie było żywej duszy, której odważyłabym się szepnąć słówko bodaj o tym, że „widziałam mniszkę ponownie“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Paulina Maria ściągała mnie często na Rue Crécy. W dawnych czasach w Bretton, mimo że nigdy nie ujawniała szczególnego przywiązania do mnie, stało się towarzystwo moje potrzebne jej w nieuświadomiony może nawet przez nią samą sposób. Spostrzegałam często, że ilekroć wycofywałam się do mojego pokoju, przydreptywała pośpiesznie w ślad za mną i, uchylając drzwi, aby zajrzeć do wnętrza, domagała się zwykłym, nakazującym swoim tonem:
— Niech pani zejdzie na dół. Dlaczego siedzi pani tutaj sama? Musi pani zejść do bawialni.
W taki sam sposób nalegała teraz:
— Niech pani porzuci szkołę przy Rue Fossette i zamieszka z nami. Ojczulek płaciłby pani daleko więcej, aniżeli Madame Beck.
Pan Home zaofiarował mi w istocie pokaźną sumę trzykrotnie przewyższającą ówczesne moje wynagrodzenie na pensji, o ile zgodziłabym się objąć stanowisko stałej towarzyszki jego córki. Odmówiłam jednak. Myślę, że powinna byłabym odmówić, gdybym nawet była po trzykroć biedniejsza, aniżeli byłam istotnie, gdybym miała mniej możliwości zarobkowania i bardziej ponure widoki na przyszłość. Tak źle jednak nie było. Mogłam wykładać, mogłam udzielać lekcyj, stanowisko wszakże guwernantki prywatnej, czy damy do towarzystwa było czymś przeciwnym mojej naturze. Wolałabym raczej pełnić obowiązek służącej, kupiłabym parę grubych rękawiczek, zamiatałabym i sprzątałabym pokoje sypialne i klatki schodowe, czyściłabym piece i klamki, byleby zachować swobodę i niezależność. Zamiast być damą do towarzystwa wolałabym szyć koszule na tuziny i przymierać głodem.
Nie umiałabym być bezwolnym cieniem żadnej damy wytwornej — nawet panny de Bassompierre. Z natury i siłą warunków było przeznaczeniem moim pozostawać stale w cieniu, usuwać się na drugi plan. Byłam ustępliwa i podporządkowująca się, ale to usuwanie się na drugi plan i podporządkowywanie się musiały być dobrowolne, takie jakie trzymały mnie uległą przy moim biurku, pośród grona nawykłych już do mnie uczennic pierwszej klasy szkoły Madame Beck, albo też samą we własnym moim łóżku w sypialni ogólnej, czy w alei i na ławce ogrodowej, zwanej moją: moje kwalifikacje nie musiały być tutaj dostosowywane, ani przeistaczane; nie mogły służyć za oprawę żadnego klejnotu, za ramę dla żadnej piękności; nie mogły być dopełnieniem żadnej potentatki w całym świecie chrześcijańskim. Madame Beck i ja, nie upodobniając się do siebie wzajem, rozumiałyśmy dobrze jedna drugą. Nie byłam jej towarzyszką, ani guwernantką jej dzieci; pozostawiała mi swobodę działania; nie byłam u niej związana z nikim, ani z niczym — ani z nią samą — ani nawet z jej interesami. Pewnego razu, kiedy choroba jednego z najbliższych członków rodziny trzymała ją dwa tygodnie poza Villette, i kiedy, powróciwszy w wielkim niepokoju o to jak radzono sobie bez niej, przekonała się ku wielkiej swojej radości, że wszystko jest w najzupełniejszym porządku, jak być powinno, obdarowała hojnie każdą z nauczycielek i z wychowawczyń z osobna w uznaniu wzorowego pełnienia przez nie ich obowiązków. Do mnie przyszła o drugiej w nocy, oświadczając, że nie ma dla mnie żadnego prezentu.
— Muszę — rzekła — postępować tak, aby wierność St. Pierre‘ki opłaciła się jej przyniesieniem doraźnych, namacalnych korzyści, gdybym wszakże odważyła się uczynić to samo w stosunku do pani, panno Lucy, doprowadziłoby to do nieporozumień pomiędzy nami, bodaj nawet do naszego rozstania się. Jedno wszakże mogę zrobić dla pani: nie ograniczać, ani nie naruszać w niczym swobody pani: — „c‘est-ce que je ferai[19]
Dotrzymała słowa: od tej chwili zerwała nieodwołalnie wszelkie najlżejsze bodaj pęta, jakimi krępowała kiedykolwiek moją swobodę. Teraz już podwójną przyjemność sprawiało mi dobrowolne stosowanie się do ustanowionych przez nią reguł i przepisów. Chętnie poświęcałam dodatkowe godziny na pracę z uczennicami i dokładałam więcej jeszcze starań przy czuwaniu nad wychowankami, jakie powierzała mojej opiece.
Co się tyczy Pauliny Marii de Bassompierre, odwiedzałam ją chętnie, mimo że nie zgodziłam się stale zamieszkać u niej. Odwiedziny te przekonały mnie rychło, jak trudno było przypuścić, aby moje ofiarowywane jej dobrowolnie od czasu do czasu, towarzystwo miało być długo jeszcze niezbędne dla niej. Pan de Bassompierre ze swojej strony nie zdawał się dopuszczać nawet możliwości myśli podobnej, ślepy zupełnie na to, co działo się dokoła niego, nieświadomy, jak dziecko, wyraźnych oznak rozpoczynania się tego, co, doprowadzone do naturalnego końca, mogłoby nie zyskać przychylnego jego uznania.
Zastanawiałam się właśnie nad tym, jak przyjąłby fakt ten i czy przyjąłby go całym sercem. Trudno było odpowiedzieć na tego rodzaju pytanie. Pochłaniały go zainteresowania naukowe: bystry, przenikliwy, oporny, nie łatwo dający przekonać się w sprawach dotyczących ulubionych jego studiów, dociekań i badań, łatwowierny był, natomiast, i nad miarę ufny w sprawach codziennego życia. Sądząc ze wszystkiego, co mogłam dostrzec, zdawał się uważać swoją „córusię“ wciąż jeszcze za dziecko tylko, nie zdolny przypuścić nawet, aby ktokolwiek inny mógł zapatrywać się na nią inaczej. Często mówił na przykład o tym co będzie trzeba zrobić, kiedy „Poluchna“ stanie się prawdziwą kobietą, kiedy dorośnie i dojrzeje a „Poluchna“ stojąc przy jego fotelu, uśmiechała się, ujmując dostojną jego głowę w obie małe swoje rączki i całowała przyprószone siwizną jego włosy; czasem znów odymała usteczka i potrząsała niecierpliwie lokami nigdy jednak nie odpowiadała:
— Ojczulku, ależ ja jestem już dorosła!
Odmienny był jej sposób zachowywania się wobec różnych osób. Wobec ojca swojego była zawsze jeszcze dzieckiem, albo podobna do dziecka: serdeczna, wesoła, rozbawiona i beztroska. W moim towarzystwie była poważnie myślącą i głęboko czującą kobietą. W stosunku do pani Bretton uległa i ufna, nie wywnętrzała się jednak przed nią. Wobec Grahama była nieśmiała, chwilami bardzo onieśmielona; czasem znów usiłowała być oziębła, a nawet próbowała unikać go. Na odgłos jego kroków wzdrygała się; milkła, ilekroć wchodził do pokoju; na zwracanie się jego do niej odpowiadała zająkliwie; po jego odejściu była, jak się zdawało, niezadowolona z samej siebie, wyraźnie stropiona. Nawet pan de Bassompierre, zauważył to dziwne jej postępowanie.
— Droga moja, Poluchno — rzekł pewnego dnia — żyjesz zbyt samotnie, w zbytnim oderwaniu od świata. Jeśli, wyrósłszy na kobietę, zachowasz w dalszym ciągu taki nieśmiały sposób bycia, nie nadasz się zupełnie o życia towarzyskiego. Zachowujesz się wobec doktora Brettona jak gdyby był dla ciebie człowiekiem zupełnie obcym. Dlaczego? Czy nie pamiętasz, że, jako mała dziewczynka, szczególnie faworyzowałaś go?
— Owszem, pamiętam, ojczulku — odpowiedziała z lekka oschłym, mimo to łagodnym i naturalnym tonem.
— A teraz nie lubisz go? Co zrobił ci złego?.
— Nic. T...ak, lubię go nawet troszkę; staliśmy się jednak obcy dla siebie wzajem.
— Zeskrob w takim razie ten nalot obcości, zeskrob rdzę przywartą do waszego stosunku wzajemnego. Rozmawiaj z nim więcej, kiedy przychodzi tutaj i nie obawiaj się go.
— Nie jest zbyt rozmowny. Jak myślisz, ojczulku, może to on raczej obawia się mnie?
— O, naturalnie! Czy mógłby znaleźć się mężczyzna, który nie obawiałby się milczącej takiej małej panienki?
— W takim razie powiedz mu kiedyś, żeby nie brał mi za złe mojego milczenia. Powiedz, że taka jestem zawsze i że nie czuję żadnej nieprzyjaźni dla niego.
— Taka jesteś zawsze? Ty?! Mała gadulska, której buzia nie zamyka się ani na chwilę?! Nie, moja mała panienko, to tylko twój kaprys chwilowy, ale nie stały zwyczaj.
— W takim razie postaram się poprawić, ojczulku.
Czarujący był wdzięk, z jakim usiłowała nazajutrz dotrzymać słowa. Przyglądałam się wysiłkowi jej prowadzenia z doktorem Johnem ożywionej, miłej rozmowy na ogólne tematy. Uprzejmość jej wywołała na twarzy jej gościa rumieniec przyjemnego zdziwienia; odpowiadał jej ostrożnie, jak mógł najłagodniej, jak gdyby w powietrzu snuła się pajęcza nić szczęścia, którą bał się zdmuchnąć zbyt mocnym głosem i głębszym oddechem. Istotnie też w jej poważnym zarazem nieśmiałym robieniu pierwszego kroku do zawiązywania przyjaźni tkwił subtelny urok czarodziejski.
Po odejściu doktora podeszła do fotela ojca.
— Dotrzymałam słowa, ojczulku? Dobrze zachowywałam się?
— Moja mała Poluchna zachowała się jak królowa. Stanę się prawdziwie dumny z niej, jeśli poprawa ta będzie trwała w dalszym ciągu. Z czasem będziemy świadkami przyjmowania przez nią gości moich ze spokojem i godnością prawdziwie wielkiej damy. Panna Lucy i ja będziemy musieli pilnie baczyć na nasze własne maniery, abyśmy nie zostali zaćmieni przez nią. Muszę zwrócić ci jednak uwagę, moja córeczko, że wciąż jeszcze masz zwyczaj jąkania się od czasu do czasu, a nawet lekkiego seplenienia, przypominającego twoją wymowę kiedy byłaś brzdącem sześcioletnim.
— Nie, ojczulku — zaprzeczyła z oburzeniem — to nie może być prawda.
— Niech panna Lucy rozstrzygnie czy nie mam racji. Proszę powiedzieć szczerze, prawda, że na pytanie doktora Brettona czy widziała kiedy pałac księcia de Bois de l‘Etang, odpowiedziała, że widziała go „klika“ razy? Czy było tak czy nie było?
— Jesteś méchant — niegodziwy — ojczulku! Wymawiam zupełnie dobrze wszystkie litery alfabetu, tak samo dobrze i wyraźnie, jak ty. Ale proszę cię, powiedz mi, wymagasz ode mnie szczególnej uprzejmości dla doktora Brettona, a czy ty sam lubisz go tak bardzo?
— Oczywiście! Lubię go z racji dawnej naszej znajomości, a także dlatego, że jest takim dobrym synem dla swojej matki, nie mówiąc już o tym, że jest w ogóle zacny, bardzo ludzki, dzielny i umiejętny w swoim zawodzie: tak, pyszne z niego homo! Jak zwykliśmy nazywać to „callant!“ — byczy chłop.
— „Callant!?! Odezwał się w tobie Szkot, ojczulku! Czy to wspomnienia z Aberdeenu czy z Edymburga?
— I jedne i drugie, pieszczotko, a w dodatku i z Glasgow także. One właśnie pozwalają mi mówić tak płynnie po francusku: dobrze wygimnastykowany język Szkota radzi sobie zawsze łatwo z tym francuskim.
— Z „tym francuskim“? I znów szkotyzm: jesteś niepoprawny, ojczulku. I tobie także przydałoby się przejście przez dobrą szkołę.
— Nie mam nic przeciwko przeszkoleniu mnie, ale musisz w takim razie nakłonić pannę Lucy, aby przyjęła nas oboje jako uczniów, mnie i ciebie: tobie doda pewności siebie, a mnie ogładzi i nauczy mowy klasycznej.
Sposób zapatrywania się pana de Bassompierre na „pannę Lucy“ i jego opinia o niej sprawiały mi dużą satysfakcję. Jakie sprzeczne, wręcz przeciwstawne cechy charakteru bywają nam przypisywane zależnie od osoby, która wydaje sąd o nas! Madame Beck uważała mnie za osobę wykształconą, za rodzaj bas bleu: — sawantki — nawet; panna Fanshave — za uszczypliwą cyniczną i ironizującą; pan Home — za mistrzowską nauczycielkę, za wzór powagi i powściągliwości, za osobę zbyt surową i skrupulatnie konwencjonalną może, o nieco ciasnych horyzontach myślowych, ale w każdym razie za arcywzór guwernantki, gdy tymczasem jeszcze ktoś inny — profesor Paul Emanuel — nie pomijał nigdy okazji wydawania sądu ujemnego o mnie, jako o naturze porywczej i zapalnej, jako o ryzykantce, o nazbyt śmiałej poszukiwaczce przygód — jako o osobie, nie poddającej się żadnym wpływom, samowolnej i opornej. Przyjmowałam z uśmiechem te wszystkie sądy. Jeśli istniał człowiek, znający mnie naprawdę, była nim Paulina Maria.
Ponieważ nie chciałam być nominalną, płatną jej towarzyszką, mimo że wzajemne stosunki nasze układały się coraz naturalniej i bardziej harmonijnie, skłoniła mnie do podjęcia wspólnych z nią studiów, aby tym sposobem zapewnić sobie stałe regularne komunikowanie się nasze wzajemne. Zaproponowała wspólną naukę języka niemieckiego, który podobnie jak i mnie, także trudno jej było opanować. Zgodziłyśmy się, że nasze lekcje pod kierunkiem mojej dotychczasowej nauczycielki będą się odbywały na Rue de Crécy. To urządzenie łączyło nas parę razy tygodniowo na kilka godzin. Pan de Bassompierre zdawał się bardzo zadowolony z naszego postanowienia, które najzupełniej odpowiadało jego planom. Rad był, że „Pani Minerwa Powaga“, jak mnie nazywał, poświęci cząstkę wolnego swojego czasu na wspólne studia z jego uroczą, drogą córeczką.
Ów inny samozwańczy sędzia mój, dowiedziawszy się o tym, a raczej wykrywszy dzięki stałemu uprawianiu szpiegowskiego swojego systemu, że nie przebywam już tak stale, jak dotychczas, w obrębie pensji Madame Beck, ale wychodzę stale w określone dni o jednej i tej samej porze, wziął sobie za zadanie poddać mnie ścisłej kontroli. Utrzymywano, że Monsieur Emanuel został wychowany w środowisku jezuickim. Gotowa byłabym łatwiej uwierzyć w to, gdyby umiał lepiej ukrywać swoje podstępy. Że jednak zupełnie tego nie potrafił, nie wierzyłam w prawdziwość podobnych legend. Nie istniał bardziej otwarty aniżeli on, agent śledczy, szczerszy, mniej ukrywający się intrygant. Lubił przesiewać przez sito analizy krytycznej własne swoje machinacje, kunsztownie obmyślać intrygi i zupełnie otwarcie chełpić się zręcznością ich przeprowadzania. Nie wiem, czy bardziej zabawiło mnie, czy też oburzyło, kiedy pewnego rana podszedł do mnie, ostrzegając mnie uroczystym szeptem, że „ma na mnie oko“; że on jeden przynajmniej spełni w stosunku do mnie obowiązek szczerego przyjaciela i nie postawi mnie w zupełności własnym moim niebezpiecznym pomysłom. Postępowanie moje mocno mu się nie podoba, nie wie w jakim stopniu ciąży na Madame Beck wina tolerowania podobnego rozluźnienia i niestałości obyczajów u osoby, należącej do personelu wychowawczego jej pensji. Co może mieć wspólnego nauczycielka, poświęcająca się poważnemu zadaniu kształcenia młodzieży, z światem hrabiów i hrabin, z pałacami i zamkami? Wydaje mu się od pewnego czasu jestem ustawicznie „en l‘air“ — że fruwam w powietrzu. Jest pewien, że wychodzę sześć razy w tygodniu.
— Przesadza pan — rzekłam. — Prawdą jest niewątpliwie, że więcej korzystam ostatnio z rozrywek, z pewnej odmiany, która bardzo już należała mi się. Była mi bardzo potrzebna. Nie nadużywam jej wszelako.
— Należała się pani?! Była pani potrzebna?! — I dotychczas chyba, jak ma prawo przypuszczać, nie było mi źle. Potrzebne mi rozrywki?! Potrzebna odmiana?! Powinnam, jego zdaniem, porównać moje własne życie z życiem katolickich „religieuses“ — zakonnic — i zbadać je dokładniej. Im nie jest potrzebna odmiana, nie są potrzebne rozrywki.
Nie wiem jaki wyraz odbił się na mojej twarzy podczas tego przemówienia Monsieur Paula, sprowokował go on jednak widocznie: zarzucił mi, że nie dbam o nic i o nikogo, że jestem lekkomyślna, nazbyt światowa, ze jestem epikurejką, że mam wygórowane ambicje, że dotknięta jestem manią wielkości, że trawi mnie żądza zabaw, umiłowanie błyskotek i przepychu. Przekonywa się teraz, że brak mi zupełnie „receuillement“ — i „dévouement“ — skupienia i zdolności poświęcania się — że nie dbam o dobrodziejstwo łaski, nie mam wiary, ani ducha ofiarności, czy samoponiżenia i pokory.
Czułam, że wszelkie bronienie się moje przeciwko tym zarzutom byłoby nadaremnym trwonieniem słów, zajęłam się więc w dalszym ciągu w milczeniu poprawianiem stosu zeszytów angielskich z ćwiczeniami.
— Nie widzi we mnie ani jednej cechy prawdziwej chrześcijanki: na równi z większością innych protestantów tarzam się w grzechu dumy i samowoli pogaństwa.
Odwróciłam z lekka głowę od niego, wtulając się bardziej jeszcze pod opiekuńcze skrzydło milczenia.
Zgrzytnął zębami, mruknąwszy coś niewyraźnego: nie mogło to chyba być „juron“ — przekleństwo — był na to zbyt pobożny, jestem jednak prawie pewna, że usłyszałam wyraz, sacré — do licha — Przykro mi wyznać, ten sam wyraz wszakże z dodatkiem „mille“ — tysiąc (diabłów oczywiście) — zerwał się z jego ust, kiedy w dwie godziny po tym minęłam go w korytarzu, gotowa do wybrania się na wspólną z Pauliną Marią lekcję niemieckiego przy Rue Crécy.
Nie było na świecie lepszego pod pewnymi względami niż Monsieur Paul małego człowieczka, pod innymi wszakże nie istniał dokuczliwszy i bardziej kąśliwy niż on despota.
Nasza nauczycielka niemieckiego, Fräulein Anna Braun, była wartościową, dzielną kobietą w wieku mniej więcej czterdziestu pięciu lat; powinna była może żyć w epoce królowej Elżbiety, spożywała bowiem na pierwsze i drugie śniadanie pekelflajsz — marynowaną wołowinę — i popijała ją piwem; jej bezpośrednia, wylewna niemiecka natura zdawała się cierpieć okrutnie z powodu naszej, jak ją nazywała typowo brytyjskiej powściągliwości. My same byłyśmy przekonane co prawda, ze jesteśmy bardzo serdeczne dla niej, nie klepałyśmy jej jednak bez ceremonii po plecach, a jeśli nawet pozwalałyśmy sobie od czasu do czasu pocałować ją w twarz, robiłyśmy to spokojnie, bez wybuchów osobliwie czułych. Ten brak w nas wybuchowej bezpośredniości i wylewności wielce ją gnębił, na ogół wszakże zżyłyśmy się z sobą wzajem wcale dobrze. Przywykła do nauczania cudzoziemek, nie zbyt lubiących myśleć i pracować samodzielnie, nie mających pojęcia o pokonywaniu trudności usilną pracą i bardziej wnikliwym wgłębianiem się, uważała postępy, jakie czyniłyśmy, w rzeczywistości bardzo przeciętne, za prawdziwie zdumiewające. W jej pojęciu byłyśmy dwoma zamrożonymi dziwolągami: zimnymi, dumnymi istotami, prawdziwymi wyskokami natury.
Mała hrabianka była w istocie nieco wyniosła i wybredna; może nawet wrodzona delikatność jej i subtelna uroda usprawiedliwiały te właściwości jej charakteru, sądzę jednak, że było stanowczo błędem ze strony naszej Niemki przypisywanie ich i mnie również. Nie zapominałam nigdy o serdecznym przywitaniu naszej nauczycielki; Paulina, o ile tylko mogła, zbywała to dość pobieżnie; ani też nie należał do moich środków obronnych lekki grymas pogardy, jakim odymały się czasem usteczka Polly w odpowiedzi na jakiś bardziej bezceremonialny wyskok niemiecki.
Uczciwa Anna Braun odczuwała w pewnym stopniu różnicę tę, na wpół obawiając się też Pauliny, na wpół wielbiąc w niej rodzaj uroczej nimfy — Undyny — chroniła się chętnie pod moje skrzydła, jako istoty na wskroś ziemskiej, jako zwykłej, bardziej dostępnej śmiertelniczki.
Książką, którą najbardziej lubiłyśmy czytać i tłomaczyć, były balady Schillera. Paulina nauczyła się niebawem pięknie deklamować je, czemu nasza Fräulein przysłuchiwała się z rozszerzającym jej usta uśmiechem zadowolenia, twierdząc, że głos Pauliny brzmi jak muzyka. Mała hrabianka tłomaczyła również balady te nader potoczyście, z wielkim zapałem poetyckim: policzki jej barwił żywy rumieniec, usta jej rozchylał drżący uśmiech, jej piękne oczy zachodziły wilgotną mgiełką rozczulenia. Najpiękniejszych ustępów uczyła się na pamięć i często recytowała je, kiedy byłyśmy same, we dwie tylko. Do najbardziej ulubionych przez nią należała „Des Mädchen‘s Klage“ (Skarga dziewczyny). — Lubiła powtarzać słowa, w których dźwiękach dosłuchiwała się czarownej melodii, mimo że krytykowała ich sens. Pewnego wieczora, kiedy siedziałyśmy przy ogniu kominkowym, wyrecytowała szeptem:

Du Heilige, rufe dein Kind zurück,
Ich habe genossen das irdische Glück,
Ich habe gelebt und geliebt![20]

„Żyłam i kochałam!“ — powtórzyła — Czy to ma być szczyt ziemskiego szczęścia, cel życia — kochać? Nie sądzę, aby tak było. Raczej może to być największą klęską dla śmiertelnika, stratą czasu jedynie, bezpłodną udręką uczucia. Gdyby Schiller powiedział: być kochaną — byłby bliższy prawdy. Powiedz, Lucy, czy być kochaną nie jest czymś zgoła odmiennym?
— Przypuszczam, że jest czymś odmiennym: z jakiej racji wszakże roztrząsać tę sprawę? Czym jest dla ciebie miłość? Jakie masz o niej pojęcie? Co wiadomo ci o miłości?
Spąsowiała z irytacji zarazem i ze wstydu.
— Słuchaj, Lucy, — rzekła — nie zgadzam się na podobne traktowanie mnie przez ciebie. Wolno ojczulkowi uważać mnie za dziecko: wolę nawet, że tak zapatruje się na mnie, ty jednak wiesz i powinnabyś uznać, że jestem bliska rozpoczęcia dziewiętnastego roku życia.
— Nie robiłoby w tym wypadku różnicy, gdybyś nawet miała być bliska rozpoczęcia dwudziestego dziewiątego roku; nie będziemy wyprzedzały budzenia się uczuć przedwczesnym mówieniem o miłości.
— Oczywiście, oczywiście! — zawołała z gorączkowym podnieceniem — możesz zagadywać mnie i powstrzymywać, ile ci się podoba, wiedz jednak, że słyszałam o tym ostatnio i mówiłam o tym również. I to dużo, w sposób nieprzyjemny, draźniący i uszczypliwy, w sposób, który zganiłabyś na pewno.
Podraźnione, triumfujące, śliczne, oporne stworzonko roześmiało się. Nie mogłam zrozumieć co właściwie miała na myśli, nie chciałam jednak pytać ją o to: byłam zaskoczona. Widząc jednak najzupełniejszą niewinność jej zachowania — połączoną z lekkim odcieniem przekorności i rozkapryszenia — powiedziałam wreszcie:
— Kto mógł mówić z tobą w sposób nieprzyjemny i uszczypliwy o podobnych sprawach? Kto spośród ludzi mających dostęp do ciebie ważyłby się na to?
— Lucy — rzekła tonem znacznie łagodniejszym — jest to osoba, która sprawia nieraz, że czuję się bardzo nieszczęśliwą, chciałabym też, aby trzymała się ode mnie jak najdalej — nie życzę sobie jej towarzystwa.
— Ale kto to może być, Paulino? Słowa twoje są dla mnie zagadką prawdziwie.
— To... to moja kuzynka, Ginevra. Ilekroć zmuszona jest przestać bywać u pani Cholmondeley, przychodzi tutaj, a jeśli udaje jej się zastać mnie samą, zaczyna opowiadać mi o swoich wielbicielach. O miłości naturalnie! Szkoda, że nie możesz słyszeć wszystkiego co ma ona do powiedzenia na ten temat.
— O, słyszałam te wywody z jej ust niejednokrotnie — odparłam ozięble — na ogół też dobrze może stało się, że i ty miałaś okazję usłyszeć je również. Nie należy żałować tego — wszystko jest w porządku, jak być powinno. Bo przecież umysłowość Ginevry nie może mieć wpływu na twoją. Łatwo jest przejrzeć ją na wskroś, zarówno jej głowę, jak jej serce.
— Przeciwnie, wywiera ona na mnie wpływ, i to znaczny. Potrafi zamącić moje szczęście i przeistoczyć zupełnie moje sądy. Rani moje uczucia, kalając ludzi najdroższych mi.
— Cóż takiego może ona mówić, Paulino? Daj mi konkretny jakiś przykład. Możnaby przeciwdziałać krzywdzie, jaką ci wyrządza.
— Osoby, dla których żywiłam najwyższy szacunek, których bliskości pragnęłam całą duszą, zostały oczernione przez nią, poniżone w moich oczach. Nie oszczędza nawet pani Graham... nie oszczędza... Grahama także.
— Wyobrażam sobie. Ciekawa jestem tylko w jaki sposób może pogodzić to oczernianie ze swoim uczuciem.. ze swoją miłością? Bo chyba musi je godzić jakoś?
— O, jest zuchwała i fałszywa, jak mi się wydaje. Znasz doktora Brettona. Znamy go obie. Jest może nieco lekkomyślny, wyniosły; czy podobna jednak zarzucić mu postępowanie niskie, niegodne, wiarołomne? Codziennie opisuje mi go, klęczącego u jej stóp, nie odstępującego jej ani na krok, wlokącego się za nią jak cień. Zapewnia, że odpycha go od siebie zniewagami, on jednak nie daje odstraszyć się. Jest tak zakochany, że błaga ją o zmiłowanie. Powiedz, Lucy, czy to może być prawda? Czy cokolwiek z tego, co opowiada Ginevra jest prawdą?
— Może i prawdą jest, że był czas, kiedy uważał ją za przystojną. Czy w dalszym ciągu mówi o nim panna Fanshave jako o swoim wielbicielu i starającym się o jej rękę?
— Utrzymuje, że mogłaby wyjść za niego za mąż kiedy tylko kiwnęłaby palcem; Graham czeka z utęsknieniem na wyrażenie przez nią zgody na jego błagalne prośby.
— Czy te opowiadania właśnie są przyczyną niezrozumiałej powściągliwości twojego zachowania się wobec doktora Grahama, która nie uszła już nawet uwagi twojego ojca?
— Niewątpliwie posiały one w moim umyśle ziarno wątpliwości co do jego charakteru. Przyznać muszę, że w słowach Ginevry nie brzmi akcent szczerej, niezafałszowanej prawdy. Przypuszczam, że przesadza ona co najmniej, może nawet zmyśla — chciałabym jednak wiedzieć w jakim stopniu.
— A gdybyśmy tak poddały pannę Ginevrę pewnej próbie. Gdybyśmy dały jej możność udowodnienia władzy swojej nad nim, jaką tak przechwala się?
— Mogłabym zrobić to już jutro. Ojczulek zaprosił na obiad kilku panów, samych uczonych. Graham, który, jak ojczulek zaczyna przekonywać się, należy do ich rzędu, i to nie w jednej tylko dziedzinie wiedzy, jak słyszę, będzie również obecny. Czułabym się oczywiście zbyt zakłopotana, gdybym musiała zasiadać przy stole w podobnym gronie sama jedna, nie podtrzymywana przez nikogo. Nie mogłabym przecież rozmawiać z panami A i Z z Akademii Paryskiej. Moja świeżo zdobyta opinia młodej osoby, umiejącej należycie zachować się, narażona byłaby na poważny szwank. Ty, Lucy, i pani Bretton musicie przyjść także przez wzgląd na mnie nade wszystko; co do Ginevry, pewna jestem, że przybiegnie na pierwsze skinienie.
— Doskonale. Zakomunikuję jej w takim razie, że ją zapraszasz. Będzie miała w ten sposób okazję udowodnienia swojej prawdomówności.




ROZDZIAŁ XXVII
HOTEL CRECY

Dzień następny okazał się bardziej ożywiony i ruchliwy, aniżeli my obie, Paulina i ja — a w każdym razie ja osobiście — spodziewałyśmy się. Jak się zdaje, była to rocznica urodzin jednego z młodych książąt Labassecour — najstarszego, o ile pamiętam, Duc de Dindonneaux — i na tę cześć zarządzono zawieszenie wykładów w szkołach, a zwłaszcza w głównym „Athenée“ czyli kolegium. Młodzież tego zakładu naukowego zredagowała i złożyć postanowiła adres hołdowniczy, miała też w tym celu zgromadzić się w gmachu publicznym, w którym urządzane były doroczne egzaminy i odbywało się w następstwie rozdawanie nagród. Po złożeniu adresu hołdowniczego miało nastąpić wygłoszenie oracji, t. zw. „discours“ przez jednego z profesorów.
Kilku spośród uczonych przyjaciół pana de Bassompierre, bardziej czy mniej blisko związanych z „Atheneum“, zamierzało wziąć udział w tej uroczystości wraz z serwilistycznym zarządem miejskim Villette, z panem Chevalier Staasem, burmistrzem, a także z rodzicami i krewnymi wychowańców. Pan de Bassompierre uproszony był przez swoich przyjaciół o towarzyszenie im, przy czym wyrażono nadzieję, że jego piękna córka znajdzie się również w ich gronie. Zaskoczona zaproszeniem, napisała do mnie i do Ginevry, prosząc nas o wczesne przybycie, abyśmy mogły pójść z nią.
W trakcie wspólnego naszego ubierania się, panny Fanshave i mojego, w sypialni szkolnej przy Rue Fossette, wybuchła nagle Ginevra głośnym śmiechem.
— Co się stało? — zapytałam stropiona wpatrywaniem się jej we mnie tak uporczywym, że na chwilę zaprzestała nawet czynności strojenia się.
— O, jakie to dziwne — odparła ze zwykłą swoją uczciwą i zuchwałą zarazem bezpośredniością, — że pani i ja zrównałyśmy się towarzysko, bywając u ludzi z tej samej sfery i mając te same stosunki.
— Tak — przyznałam — Nie wielki jednak żywiłam szacunek dla znajomości, jakie uprawiała pani niedawno jeszcze: pani Cholmondeley i całe jej środowisko nie byli i nie byliby nigdy w moim guście.
— Kim pani jest właściwie, miss Snowe? — zagadnęła mnie tonem tak nieukrywanego, niekłamanego zaciekawienia, że teraz ja z kolei głośno roześmiałam się.
— Sama pani — mówiła dalej — nazywała siebie boną do dzieci i rzeczywiście, kiedy pani po raz pierwszy zjawiła się tutaj, wystąpiła pani w roli bony, czy piastunki dzieci pani Beck. Widywałam panią noszącą na ręku małą Georgetkę, czego nie zwykły robić bony nawet, a teraz zachowuje się Madame Beck wobec pani grzeczniej, aniżeli wobec naszej paryżanki, St. Pierre, a ta dumna sroka, moja kuzynka de Bassompierre, traktuje panią jak najserdeczniejszą swoją przyjaciółkę!
— Nadzwyczajne! — przyznałam jej słuszność ubawiona jej zdumieniem. — Kim jestem istotnie? Może zamaskowaną, występującą w przebraniu wybitną osobistością? Szkoda, że na to nie wyglądam.
— Najciekawsze, że nie zdaje się to pani wcale pochlebiać — dodała — przyjmuje pani wszystko z dziwnym spokojem. O ile jest pani naprawdę zwykłą istotą bez znaczenia, nikim, jak zawsze przypuszczałam, musi w żyłach pani płynąć osobliwie rybia krew.
— O ile jestem zwykłą istotą bez znaczenia, nikim, jak przypuszczała pani zawsze — powtórzyłam, nieco podrażniona, nie mając zresztą zamiaru obrażać się na nią. Jakie znaczenie mogło mieć użycie przez niedowarzoną pensjonarkę określeń: nikt czy ktoś? Poprzestałam też jedynie na zrobieniu uwagi, że udało mi się szczęśliwie natrafić na wyjątkowo uprzejmych ludzi. Czy naprawdę uważa pani — dodałam — że okazywana nam uprzejmość winna oszałamiać nas tak bardzo?
— Niech pani mówi co chce, jest to jednak bardzo dziwne — upierała się. — Trudno pogodzić się z niektórymi rzeczami.
— Z czym trudno pogodzić się? Z wytworami własnej pani fantazji?!... Gotowa jest pani nareszcie, panno Ginevro?
— Tak. Wezmę panią pod rękę.
— Wolałabym, abyśmy szły obok siebie.
Biorąc mnie pod rękę, zwisała na mnie całym ciężarem swojego ciała, że zaś nie byłam ani mężczyzną, ani jej wielbicielem, nie lubiłam tego.
— I znów to samo! — zawołała. — Chciałam, zaofiarowując się ująć panią pod rękę, wykazać uznanie moje dla stroju pani i całego pani wyglądu — było to z mojej strony pochlebną oceną pani powierzchowności.
— Ach tak? Innymi słowy chciała pani wyrazić w ten sposób, że nie wstydzi się pani pokazywać w moim towarzystwie na ulicy? Że w razie gdyby pani Cholmondeley pieściła ulubionego pinczerka w którym z okien swoich wychodzących na ulicę, albo gdyby pułkownik de Hamal zajęty był na swoim balkonie dłubaniem w zębach i które z nich obojga dostrzegło nas obie w przelocie, nie okryłaby się pani pąsem wstydu za swoją towarzyszkę?
— Tak — potwierdziła z szczerością, stanowiącą najbardziej dodatni jej rys i nadającą zmyśleniom jej nawet cechę uczciwej prostoty. Było to zresztą jedyną sympatyczną cechą jej charakteru, który, gdyby nie to, odstraszałby wszystkich wręcz.
Zadałam sobie trud słownego wyrażenia mojego komentarza do tego „tak“, a raczej dolna moja warga pośpieszyła wyprzedzić mój organ mowy: szacunek i uroczysta powaga nie były oczywiście uczuciami, jakie wyraziłam rzuconym na nią przy tym spojrzeniem.
— Szydercza, lekceważąca istoto! — dodała Ginevra w chwili, kiedy przeszedłszy na przełaj przez wielki skwer, znalazłyśmy się w cichym, miłym parku, stanowiącym najkrótszą naszą drogę na Rue Crécy.
— Nie znam osoby, która płoszyłaby mnie w tym stopniu co pani!
— Nie moja w tym wina. — Najlepiej zrobiłaby pani, trzymając się z daleka ode mnie i nie interesując się moją osobą. Na pewno ja pierwsza nie zaczepię pani.
— Jak gdyby można było trzymać się z dala od pani i nie interesować się panią! Taka jest pani tajemnicza i dziwna!
— Ta moja rzekoma tajemniczość i dziwaczność jest całkowicie wytworem imaginacji pani. Powtarzam, że najlepiej pani zrobi, nie strojąc mnie w nie i możliwie wykreślając je ze swojej pamięci.
— Ale czy naprawdę jest pani kimś? — nalegała, nie dając się zbić z tropu i, wbrew mojej woli, wsuwając mi rękę swoją pod ramię, które w sposób wielce niegościnny przycisnęło się mocno do mojego boku, aby nie dać dostępu natrętnemu intruzowi.
— Tak — rzekłam — należę do typu karierowiczów pnących się coraz wyżej po szczeblach drabiny społecznej; zaczęłam od roli towarzyszki pewnej wiekowej niewiasty, potem byłam piastunką małych dzieci, a teraz jestem nauczycielką szkolną.
— Niech mi pani powie, błagam panią, kim jest pani naprawdę. Nie powtórzę tego nikomu — nalegała, nie dając za wygranę i nie myśląc wyzbywać się swojej koncepcji zamaskowanej wielkości, jakiej rolę podobało jej się narzucić mi. Wcisnąwszy przemocą rękę swoją pod moje ramię, które zagarnęła teraz już w wyłączne posiadanie, nie przestawała przymilać mi się i błagać mnie, aż wreszcie doprowadziła mnie do głośnego wybuchu śmiechu, który nie pozwolił mi iść dalej. Musiałam zatrzymać się wśród drogi. Nie zrażona i tym jednak, rozwijała w dalszym ciągu w najfantastyczniejszy sposób ten wyimaginowany przez siebie temat, dając upartą wiarą swoją, czy niewiarą, dowód, że nie jest w stanie wyobrazić sobie osoby, która, nie mając oparcia w przywilejach urodzenia, majątku, wielkiego nazwiska czy wielce wpływowych stosunków, mogłaby utrzymać niezachwianą niezależność swoją i powagę.
Co się mnie samej tyczy, wystarczało najzupełniej do spokoju mojego ducha przeświadczenie, że znają mnie ci, na których mi zależy. Inne względy, jak: drzewo genealogiczne, stanowisko towarzyskie czy ukryte zdobycze umysłowe, małe miały dla mnie znaczenie zajmując jednakie mniej więcej miejsce i obszar w kręgu moich myśli i zainteresowań. Należały do trzeciorzędnych moich lokatorów, którym mogłam dać do rozporządzenia skromną bawialkę jedynie, czy małą tylną sypialkę, chociażby nawet wielka jadalnia i salony recepcyjne były puste. Nie przyszłoby mi nigdy na myśl ulokować ich tam; uważałam, że skromniejsze pomieszczenie bardziej odpowiada ich warunkom. Rychło wszakże przekonałam się, że świat inaczej ocenia te rzeczy, jakkolwiek też przyznaję światu słuszność pod tym względem, wierzę jednak zarazem, że i ja także nie jestem w zupełnym co do tego błędzie.
Są ludzie, którzy czują się moralnie poniżeni, zajmując pośledniejsze stanowiska, ludzie, którzy utratę pozycji towarzyskiej okupują utraceniem szacunku dla samych siebie. Czyż jednostki tego typu nie są usprawiedliwione, przywiązując najwyższe znaczenie do wartości, które są jedyną tarczą ich i obroną przed samoponiżeniem? Jeśli człowiek uważa, że we własnych oczach stałby się godzien pogardy, gdyby dowiedziano się, że jego przodkowie pochodzili z ludu i nie posiadali tytułu szlacheckiego, byli ubodzy i nie rozporządzali majątkiem, byli pracownikami, a nie kapitalistami, czy byłoby słuszne potępiać go za ukrywanie przed światem tych faktów, za lęk przed nieprzyjaznym trafem, który mógłby go zdemaskować? Im dłużej żyjemy, tym więcej nabieramy życiowego doświadczenia, tym mniej skłonni jesteśmy do surowego sądzenia naszych bliźnich, do podawania w wątpliwość opinij świata. Gdziekolwiek dostrzegamy uciekanie się do drobnych środków obrony, które mają na względzie uchronienie fałszywej cnoty udającej niewinną skromnisię, czy utrzymanie powszechnego szacunku przez człowieka o wybitnej pozycji towarzyskiej, możemy być pewni, że były one konieczne.
Dotarłyśmy wreszcie do pałacyku, noszącego nazwę Hotel Crécy. Zastałyśmy Paulinę gotową już do wyjścia w towarzystwie pani Bretton i ojca, pod których przewodem udałyśmy się na miejsce zgromadzenia, gdzie korzystnie ulokowano nas w odpowiedniej odległości od głównej estrady. Młodzież szkolna z Ateneum wprowadzona została do sali przed nami; zarząd miejski z burmistrzem na czele zajął fotele honorowe, młodzi książęta wraz z ich opiekunami i wychowawcami umieszczeni byli na specjalnie przeznaczonym dla nich podium; resztę obszernej sali wypełniali przedstawiciele miejscowej arystokracji oraz najznakomitsi, najbardziej poważani obywatele miasta.
Do tego momentu nie interesowałam się osobą profesora, który miał powierzone sobie wypowiedzenie „discours“. Przypuszczałam, że na mównicy stanie który z zaszczytnie znanych uczonych i wygłosi okolicznościową mowę, która będzie zarazem zobrazowaniem wytycznych misji wychowawczej kierownictwa Ateneum i wyrazem hołdu złożonego młodym książętom.
W chwili naszego wejścia była estrada pusta jeszcze, nie upłynęło jednak dziesięć minut, a zapełniła się do ostatniego miejsca. Nagle, w jednej sekundzie wzniosła się ponad przybraną szkarłatem mównicą głowa, tors i ramiona. Znałam tę głowę: jej kształt, barwa, mina i wyraz były dobrze znane zarówno mnie jak pannie Fanshave: czarność i gładkość oblepionej włosami czaszki, szerokość bladego czoła, ognisty błysk błękitnych oczu, stanowiły szczegóły, tak mocno wrosłe w naszą pamięć i nasuwające tyle dziwacznych asocjacji myślowych, że nagłe ich zjawienie się przed nami omal nie pobudziło nas do wybuchu śmiechu. Co się mnie osobiście tyczy, wyznać muszę, że gorąco mi się zrobiło z powstrzymywania całą siłą tej chęci, musiałam też pochylić głowę i zasłonić usta chusteczką, czyniąc z niej jedyną powiernicę mojego rozbawienia.
Wydaje mi się, że byłam rada, zobaczywszy Monsieur Paula, że miło było raczej, aniżeli niemiło, mieć go tutaj przed sobą, na tej katedrze, pełnego zapału i szczerości, posępnego i łagodnego, doświadczonego i nieulękłego, jak gdyby panował nad słuchaczami z katedry swej w klasie. Jego obecność była tak wielką niespodzianką dla mnie: nie przeszło mi ani na chwilę przez myśl, że spotkam go tutaj, mimo że wiedziałam o zajmowaniu przez niego katedry belles-lettres — literatury — w kolegium. Wobec jego osoby, przemawiającej z tej trybuny, można było być pewnym, że nie usłyszy się ani czczych formułek, ani pustych pochlebstw. Mimo takiego przeświadczenia, wyznaję szczerze, że nie byłam przygotowana na to, czego sądzono nam było wysłuchać, co spadło nagle lawiną niepowstrzymaną na biedne nasze głowy.
Mówił do książąt, do zgromadzonej szlachty, do wysokich urzędników i do obywateli miasta z tą samą prawie surową, gniewną powagą, z jaką zwykł zwracać się do wszystkich trzech oddziałów zakładu naukowego przy Rue Fossette. Do wychowańców kolegium zwracał się nie jak do żaków szkolnych, ale jako do przyszłych obywateli kraju, w których sercach posiany był zaród miłości ojczyzny. Epoka, jaka miała nastąpić w Europie, nie była jeszcze przeczuwana nawet i dlatego ideologia Monsieur Paula wydawała mi się czymś zgoła nowym, objawieniem nieledwie. Kto mógł wówczas przypuścić, że płaski, żyzny kraj, jakim jest Labassecour, stanie się kolebką przekonań politycznych i uczuć narodowych z taką mocą wyrażanych w tej chwili? Nie uważałam za potrzebne zdawać w tym miejscu sprawy z poglądów politycznych, jakie wygłosił, niech mi wolno będzie jednak powiedzieć, że wierzyłam zarówno w szczerość i głębię jego przekonania, jak w słuszność tego co mówił. Mimo że zapał ponosił go nadmiernie, był surowy i rozsądny: potępiał bezwzględnie pozbawione realnych podstaw marzenia — utopistów; szydził z nie mających szans urzeczywistnienia dzikich rojeń, ilekroć wszakże stykał się z przejawami tyranii, rozbłyskał w oku jego żar, który warto było oglądać; a kiedy piętnował niesprawiedliwość, głos jego nie brzmiał już niepewnie, przypominając raczej potężny dźwięk trąby, rozlegający się z parku o zmierzchu.
Nie przypuszczam, aby słuchacze zdolni byli podzielać ten płomienny zapał w całej jego czystości, niektórym jednak spośród młodych wychowanków kolegium udzielił się ogień, z jakim tak wymownie wskazywał im drogę, którą kroczyć winni w imię przyszłości własnego kraju, w imię przyszłości całej Europy. Kiedy zakończył, nagrodzili go hucznymi, długotrwałymi, ogłuszającymi salę oklaskami; bez względu na jego surowość i gwałtowność był ich ulubionym profesorem.
W chwili kiedy towarzystwo nasze opuszczało hall, stał przy drzwiach wejściowych. Dostrzegł mnie, poznał, uchylił kapelusza, podał mi w przejściu rękę i szepnął:
Qu‘en dites-vous?[21]
Pytanie to, wybitnie charakteryzujące go, przypominało mi, nawet w tym momencie jego triumfu, wnikliwy niepokój, jaki miotał nim nieodstępnie oraz brak opanowania, jaki stale mnie w nim raził. Nie powinno było wcale obchodzić go co ja — czy ktokolwiek inny — myślimy o tym; obchodziło go to jednak, był też zbyt szczery, aby ukrywać to, zbyt impulsywny, aby umieć powściągnąć się. Otóż, o ile brałam mu za złe nadmierny jego zapał, podobała mi się jego dziecięca naiwność. Pochwaliłabym go chętnie, serce moje biło pełnią najszczerszego uznania dla niego, niestety wszakże, nie umiałam zdobyć się na słowa pochwały. Kto właściwie znajduje odpowiednie słowa w odpowiednim momencie? Wybąkałam nieudolnie jakieś wyrazy, prawdziwie rada jednak byłam zbliżeniu się do niego grupy ludzi, którzy obsypali go komplementami i powinszowaniami, szczęśliwie pokrywając moją nieudolność wielosłownością swoją i wylewnością.
Jeden z panów przedstawił go panu de Bassompierre, który, szczerze zachwycony nim również, zaprosił go na obiad wydawany w Hôtel Crécy dla przyjaciół swoich (większość z nich była zarazem przyjaciółmi Monsieur Emanuela). Monsieur Paul nie przyjął jednak zaproszenia, powodowany zwykłym swoim onieśmieleniem wobec uprzejmości okazywanych mu przez ludzi możnych: duchowe napięcie jego świadczyło tyleż o sile jego umysłu, ile o niezawisłości jego charakteru. Cecha ta nie rzucała się może w oczy od razu, tym milsze wszelako sprawiało wrażenie wykrywanie jej w miarę coraz bliższego jego poznawania. Na ponowioną przez pana de Bassompierre prośbę, zgodził się przyjść po obiedzie wraz z przyjacielem swoim, panem A., członkiem Francuskiej Akademii Nauk.
Tego wieczora przy obiedzie, obie młode dziewczyny, Ginevra i Paulina, wyglądały, każda w swoim rodzaju, bardzo pięknie: pierwsza z nich górowała może urokiem czysto fizycznym, drugą cechował wdzięk bardziej subtelny natury duchowej raczej, ujawniający się głębią wyrazu i promiennością oczu, słodyczą, jaką tchnęły rysy jej twarzy, wrażliwej na zmienne odczuwania i nastroje. Ciemno-szkarłatna suknia Ginevry podkreślała złocistość jej loków, harmonizując z kolorytem jej cery, świeżej jak płatki kwiatu. Strój Pauliny, nieskazitelnego kroju i odrobienia, lekki i jasny, biały właściwie, stanowił tło, wdzięcznie uwydatniające kameliową delikatność jej naskórka, łagodną miękkość jej ruchów, wyraz głębokiej tkliwości, przyczajony w jej oczach, jedwabiste bogactwo ciemnych jej włosów — znacznie ciemniejszych w każdym razie, aniżeli jej kuzynki — i ciemnych również brwi i rzęs, promienność jej tęczówek i ruchliwość wielkich jej źrenic. Natura zaznaczyła te same szczegóły powierzchowności panny Fanshave w sposób dość lekki, jak gdyby nieco niedbale, gdy każdy rys panny de Bassompierre był skończenie doskonały, wyrzeźbiony możliwie najsubtelniej.
Jakkolwiek onieśmielona obecnością tylu ludzi nauki, nie zaniemówiła jednak Paulina całkowicie: od czasu do czasu dorzucała skromne słówko, ujmujące pełnym wdzięku brakiem pewności siebie. Wyraźne też było, że przychodziło jej to z pewnym wysiłkiem, tyle było jednak naturalnej słodyczy w jej sposobie mówienia, a zarazem były czynione przez nią uwagi tak rozsądne i trafne, że ojciec jej, niejednokrotnie przerywał własne przemówienie w pół słowa, aby słuchać, co miała do powiedzenia, a co napełniało go szczerą dumą i rozkoszą. Tym, któremu udało się zręcznie wciągnąć Paulinę do rozmowy, był bardzo gładki, uprzejmy Francuz, wielki uczony, zarazem człowiek o prawdziwie dworskich manierach. Zachwycona byłam nieskazitelną francuzczyzną Pauliny; jej doskonałym akcentem, literacko prawidłową budową zdań, głębokim wyczuciem ducha języka, nie wyłączając nawet umiejętności posługiwania się jego osobliwymi idiomami. Ginevra, która spędziła połowę swojego życia na kontynencie, w połowie nawet nie dorywnywała kuzynce pod tym względem: nie znaczy to, aby brak jej było kiedykolwiek słów, nie zdolna była jednak zdobyć się na podobną ścisłość i czystość stylu; trudno było też przypuścić, aby mogła kiedykolwiek osiągnąć w podobnym stopniu zdolność władania językiem francuskim. I pod tym względem również był pan de Bassompierre, wyjątkowo surowy w swoich wymaganiach lingwista, wielce zadowolony z córki.
Wśród obecnych znajdował się jeszcze jeden uważny słuchacz i obserwator, który, z racji obowiązków swojego zawodu, przybył na obiad mocno spóźniony. W momencie wejścia doktora Brettona i zajęcia przez niego miejsca przy stole były obie młode panie zajęte rozmową, co umożliwiło mu przedłużenie cichej tej, ukrytej obserwacji. Panna Fanshave rychło jednak spostrzegła widocznie jego obecność, dotychczas bowiem obojętna na to co działo się dokoła niej, ożywiła się nagle, twarz jej okrasił uprzejmy uśmiech, a z ust posypały się kaskady słów. — To co mówiła, nie miało oczywiście wiele sensu — a w każdym razie nie dorastało do ogólnego poziomu rozmowy, prowadzonej tego wieczora przy stole. Jej lekkie, beztreściwe rozszczebiotanie mogło podobać się niegdyś Grahamowi. Kto wie nawet, czy nie podobało mu się w dalszym ciągu. Może wyobrażałam sobie tylko, że, bez względu na miłe sycenie jego oczu i uszu, nie znajdował jego żywy umysł i subtelny smak także prawdziwego zadowolenia w słuchaniu jej szczebiotu. Faktem było bądź co bądź, że na natarczywe narzucanie się Ginevry jego uwadze, odpowiadał grzecznie, jak wymagał tego takt towarzyski: jego zachowanie nie było ani oziębłe, ani szorstkie; Ginevra była jego sąsiadką przy stole, dlatego też przez cały czas trwania obiadu, do niej zwracał się prawie wyłącznie. Była z tego bardzo zadowolona i po obiedzie przeszła do salonu w doskonałym humorze.
Jak tylko jednak znalazłyśmy się w tym pozbawionym męskiego towarzystwa ustroniu, osowiała ponownie i zobojętniała: rzuciwszy się na kanapę, oświadczyła, że jej zdaniem i „discours“ (rozprawy) i sam obiad były potwornie głupie, zapytała też kuzynkę jak nie przykrzy się jej słuchać gadaniny takiej bandy „gros bonnets“ — nadętych uczonością nudziarzy, których ojciec jej gromadzi przy swoim stole. Jej drwiny i urągania ustały jednak z chwilą, kiedy uszu naszych doszedł odgłos kroków męskich po schodach: zerwała się natychmiast z kanapki i pobiegła do fortepianu, którego klawisze zaatakowała z wielkim ożywieniem. Dr. Bretton, wszedłszy jako jeden z pierwszych, zajął miejsce obok niej. Przyszło mi na myśl, że nie długo tu popasa: miałam nadzieję, że pociągnie go grupa, zgromadzona przy kominku, okazało się jednak, że poprzestał jedynie na obserwowaniu jej. Przez czas jego przyglądania się powiększyli grupę tę inni, którzy stopniowo przyłączali się do niej.
Wdzięk postaci i umysłu Pauliny oczarował poważnych Francuzów: subtelność jej urody, ujmujące jej obejście, jej wrodzony niezawodny takt odpowiadały ich gustom, zgromadzili się też wszyscy dokoła niej, nie po to oczywiście, aby prowadzić z nią uczone rozmowy, czym onieśmieliby ją do reszty, ale aby roztrząsać z nią rozmaite tematy literackie, artystyczne i społeczne, z których zakresu, jak rychło okazało się, wiele czytała i więcej jeszcze rozmyślała samodzielnie. Słuchałam. Pewna jestem, że jakkolwiek Graham trzymał się z dala, i on także przysłuchiwał się uważnie: miał równie wyostrzony słuch jak wzrok, zdolny podchwytywać wszystko w lot. Wiedziałam, że śledzi przebieg dyskusji, czułam też, że sposób, w jaki jest prowadzona, podoba mu się niezmiernie, aż do bólu nieledwie.
Paulina posiadała większą siłę zarówno uczucia jak charakteru, aniżeli można byłoby spodziewać się, aniżeli Graham mógł sobie wyobrazić, aniżeli ona sama skłonna była kiedykolwiek ujawniać wobec ludzi, którzy nie chcieli tego wiedzieć. Prawdę mówiąc, kochany czytelniku, nie istnieje doskonałe piękno, ani wdzięk skończony, ani także głębsza kultura ducha bez siły w tej samej mierze doskonałej, pełnej i godnej pokładania w niej ufności. Równie mało można byłoby spodziewać się obfitego kwitnienia i owocowania drzewa, pozbawionego korzeni i soków, jak wdzięku, zdolnego utrzymać się trwale u natury słabej i zgnuśniałej. Przez krótką chwilę może kwitnący pozór piękna zdobić istotę słabą, nie jest zdolny jednak wytrzymać najlżejszego podmuchu: blaknie i zanika rychło, nawet podczas najbardziej słonecznej pogody. Graham zdumiałby się, gdyby jakiś geniusz opiekuńczy podszepnął mu uwagę o sile ducha, podtrzymującej subtelną tę istotę, ja wszakże, która znałam ją, kiedy była dzieckiem jeszcze, wiedziałam, lub domyślałam się, jak silne i zdrowe korzenie podtrzymywały jej wdzięk ujmujący i jak trwale wiązały go z gruntem realnym.
Gdy doktór Bretton słuchał i czekał na utworzenie się wyłomu w zwartym kole zaczarowanym, wzrok jego, który błądził niespokojnie, od czasu do czasu po całym pokoju, padł przypadkowo na mnie, siedzącą w zacisznym kąciku w pobliżu mojej matki chrzestnej i pana de Bassompierre, zajętych, jak zazwyczaj, przerzucaniem się „na cztery ręce“ żartobliwymi docinkami, jak nazwałby to p. Home, czy urządzających sobie miłe tête à tête wedle określenia samego hrabiego. Graham uśmiechnął się porozumiewawczo, podszedł ku mnie i zapytał, jak się czuję, przy czym zwrócił uwagę na moją bladość. I ja także uśmiechnęłam się na myśl o tym, że doktór John nie zamienił ze mną paru słów od trzech miesięcy bez mała, z czego najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy. I teraz usiadł, nie odzywając się więcej do mnie. Wolał, jak się zdaje, patrzeć niż rozmawiać. Ginevra i Paulina siedziały teraz naprzeciwko niego: mógł przypatrywać im się do woli, studiować z jednaką wnikliwością obie postaci i twarze.
Po obiedzie zjawiło się w salonie kilka jeszcze osób, pań i panów, którzy wpadli do gościnnego domu pana de Bassompierre na wieczorną pogawędkę. W ich rzędzie dostrzegłam surową, ciemną sylwetkę, krążącą w jednym z dalszych salonów i wyłaniającą się chwilami tylko w polu mojego widzenia, Monsieur Emanuel znał wielu z obecnych panów, był jednak, sądzę, nieznany większości pań, poza mną i Ginevrą jedynie. Rzucając okiem w kierunku kominka, musiał z konieczności zauważyć mnie, zrozumiałe więc, że zrobił ruch taki, jak gdyby chciał podejść do mnie, dostrzegłszy wszelako w drugiej chwili i doktora Brettona także, zmienił zamiar i cofnął się. Gdyby skończyło się na tym, nie byłoby powodu do obrazy, nie poprzestawszy wszakże na samym wycofaniu się, ściągnął gniewnie brwi, wysunął pogardliwie dolną wargę i przybrał tak brzydką minę, że odwróciłam oczy od niemiłego tego widoku. Wraz z nim przybył także jego brat, Monsieur Joseph Emanuel, który od razu zastąpił tkwiącą wciąż jeszcze przy fortepianie Ginevrę Fanshave. Jak mistrzowską wydała się jego gra po jej pensjonarskim brzdąkaniu! Jak wspaniale rozbrzmiewającymi tonami odpowiadał instrument na pieszczenie jego klawiszy palcami prawdziwego artysty!
— Prawda, Lucy, — przerwał wreszcie doktor Bretton milczenie, spoglądając z uśmiechem na Ginevrę, prześlizgującą się mimo niego i rzucającą mu w przejściu powłóczyste spojrzenie — prawda, że miss Fanshave jest prawdziwie piękną dziewczyną?
Przyznałam mu oczywiście słuszność.
— Czy istnieje — dodał — jeszcze jedna w tym salonie, mogąca dorównać jej wdziękiem?
— Sądzę, że nie ma drugiej równie urodziwej.
— Zgadzam się z panią, Lucy — my oboje zgadzamy się często w gustach, a przynajmniej w sądach.
— Czyżby? — rzekłam z pewnym wahaniem.
— Myślę, że gdyby była pani chłopcem, a nie dziewczyną, chrześniakiem, a nie chrześniaczką mojej matki, stalibyśmy się serdecznymi przyjaciółmi: nasze poglądy i sądy dostroiłyby się wzajem w zupełności.
Powiedział to tonem żartobliwym: w oku jego błysnął uśmiech na poły ironiczny, na wpół tkliwy. O, Grahamie! Nie jedną spędzoną w samotności chwilę poświęciłam na rozmyślanie, jaki może być sąd twój o Lucy Snowe — czy był on zawsze życzliwy i sprawiedliwy? Czy gdyby Lucy była duchowo tą samą istotą, jaką jest obecnie, posiadała jednak dodatkowe walory majątku i stanowiska w świecie, byłoby zachowanie się twoje względem niej i twoja ocena jej osoby zupełnie takie jak obecnie? Zadając sobie to pytanie, nie myślę bynajmniej stawiać panu, panie doktorze Johnie, poważniejszych zarzutów. Nie; zasmucał mnie pan często i zakłócał mój spokój, zaznaczyć jednak muszę na pańskie usprawiedliwienie, że wpadam łatwo w nastrój zgnębienia i że byle co oddziaływa przytłaczająco na mój temperament. Wystarczy, aby najlżejsza chmurka przyćmiła nieco słońce. Możliwe w rezultacie, że w oczach nieubłaganej Temidy okazałabym się większą winowajczynią, aniżeli on.
Usiłując tedy opanować nieuzasadniony ból, przeszywający moje serce na myśl, że Graham, który umie poświęcać innym tyle szczerego zainteresowania i współczucia, nie może zdobyć się na nic więcej prócz dobrotliwej drwiny w stosunku do Lucy, przyjaciółki swojej z dawnych lat, zagadnęłam go spokojnie:
— Na jakich to punktach jesteśmy tak bardzo jednomyślni?
— Posiadamy oboje zdolność obserwowania. Pani, droga Lucy, nie przypisuje mi może tej zdolności, posiadam ją jednak.
— Mówił pan jednak o gustach; obserwujemy może te same zjawiska, oceniamy je wszakże odmiennie.
— Poddajmy się próbie. Nie podobna oczywiście, aby nie oceniała pani należycie walorów panny Fanshave; jaki jest wszelako sąd pani o innych tu obecnych osobach? O mojej matce, na przykład? Albo też o tu zgromadzonych asach, o panach A. i Z., czy wreszcie o tej bladej małej osóbce, pannie de Bassompierre?
— Wie pan dobrze co myślę o pańskiej matce. O panach A. i Z. nie myślałam dotychczas nic wcale.
— A o tej trzeciej?
— Myślę, że, jak pan wyraża się, jest ona bladą, małą osóbką, bladą w tej chwili oczywiście, jako że jest zmęczona i przewrażliwiona.
— Nie pamięta jej pani jako dziecka?
— Zadaję sobie czasem pytanie, czy pan pamięta ją z tych czasów.
— Zapomniałem o niej; znaną jest wszakże rzeczą, że okoliczności, osoby, a nawet wyrazy i spojrzenia, pewne cechy własnego naszego czy cudzego umysłu, które zatarły się w naszej pamięci, zwykły wskrzesać w pewnych warunkach.
— Zupełnie możliwe.
— A jednak — dodał — wskrzeszenie to nie jest kompletne; wymaga ono potwierdzenia; przypomina tak bardzo mglistością swoją rojenia senne czy wytwory naszej fantazji, że stworzenie sobie jasnego, pełnego obrazu wymaga bezwzględnie potwierdzenia go przez naocznego świadka. Była pani wszak gościem w domu mojej matki w Bretton przed dziesięciu laty, kiedy pan Home sprowadził tam i pozostawił pod jej opieką małą swoją córeczkę, którą nazywaliśmy wówczas „małą Polly“.
— Byłam obecna w dniu jej przybycia, a także w dniu jej odjazdu.
— Osobliwe było z niej dziecko, prawda? Nie pamiętam już jak ją traktowałem. Czy lubiłem dzieci w tym okresie życia? Czy tkwiły cieplejsze jakieś uczucia, czy było coś pociągającego w wybujałym tym, nie dbającym o nikogo wyrostku szkolnym, jakim byłem wówczas? Nie przypuszczam jednak, aby pani przypominała mnie sobie.
— Widział pan w La Terrasse swój własny portret z owego okresu? Bardzo przypomina pański wygląd obecny. Nie zmienił się pan od tego czasu; pod względem zachowania, chcę powiedzieć. Jest pan prawie taki sam teraz, jaki był pan wtedy.
— Czy to możliwe, Lucy? Taka opinia o mnie podnieca moją ciekawość. Jaki jestem teraz? I jaki byłem wówczas, przed dziesięciu laty?
— Dobry, o ile wszystko szło po myśli pańskiej — nigdy jednak i wobec nikogo nie był pan ani szorstki, ani okrutny.
— O, nie, Lucy, nie ma pani racji! O ile pamiętam, bywałem brutalny w stosunku do pani chociażby.
— Brutalny?! Nie, panie Grahamie. Nie zniosłabym nigdy brutalnego traktowania mnie.
To jednak pamiętam doskonale: cicha, łagodna Lucy Snowe nie zaznała nigdy szczególnych z mojej strony względów.
— Równie mało, jak pańskiego okrucieństwa.
— Oczywiście! Gdybym był nawet Neronem, nie byłbym w stanie ukrzywdzić istoty bezbronnej i niewinnej jak cień.
Uśmiechnęłam się, powstrzymując równocześnie jęk bólu... O, pragnęłam jednego tylko: aby chciał pozostawić mnie w spokoju, aby zaprzestał aluzji do mojej osoby! Nie chciałam słuchać określania mnie takimi epitetami: jak: „cicha mała Lucy Snowe“, czy „bezbronna, niewinna jak cień“. Odrzucałam je nie z szyderstwem, ale z niezmierną przykrością: ciążyły mi ołowiem, mroziły swoim chłodem. Szczęśliwie jednak, przeskoczył wnet na inny temat.
— Jaki był wzajemny nasz stosunek, Polly i mój? O ile pamięć nie myli mnie, nie byliśmy wrogo usposobieni wzajem dla siebie...
— Mówi pan o tym w sposób nader mglisty. Czy wyobraża sobie pan, że pamięć małej Polly nie nasuwa jej wyraźniejszych wspomnień?
— O, nie mówimy teraz o małej Polly. Proszę, niech pani nazywa ją panną de Bassompierre: oczywiste, że taka dostojna osoba nie mogła zapamiętać skromnego szarego człowieka, jak Graham Bretton. Niech się pani przyjrzy jej wielkim, szeroko otwartym oczom: czy zdolne one są czytać w księdze wspomnień? Czy są to te same oczy, którym wskazywałem zgłoski w elementarzu? Może nie wie ona nawet, że to ja po części nauczyłem ją czytać.
— Używając do tej nauki Biblii w wieczory niedzielne?
— Ma taki spokojny, piękny profil obecnie, a jaka była z niej kiedyś mała kręcicka! Jakie nieobliczalne są gusty i upodobania dziecięce! Pryskają bez śladu jak bańki mydlane! Czy uwierzyłaby pani, Lucy kochana, że ta dama lubiła mnie bardzo?
— Tak, zdaje mi się, że dość lubiła pana — odparłam powściągliwie.
— Nie pamięta pani więc? I ja także zapomniałem — teraz jednak przypominam sobie. Lubiła mnie najbardziej ze wszystkich i ze wszystkiego co było w Bretton.
— Tak wydawało się panu.
— Doskonale pamiętam to. Pragnąłbym móc powiedzieć jej o wszystkim co zapamiętałem. Pragnąłbym raczej, aby ktoś inny, pani chociażby, droga Lucy, podszepnęła jej to wszystko, gdy ja, siedząc tutaj, na tym miejscu, mógłbym zaznać rozkoszy śledzenia wyrazu jej twarzy przy słuchaniu tych wspomnień. Mogłaby pani uczynić to dla mnie i zasłużyć na wielką, trwałą moją wdzięczność?
— Czy mogłabym zasłużyć na wielką, trwałą pańską wdzięczność? — powtórzyłam. — Nie, nie mogłabym.
Czułam, że palce rąk moich skręcają się i zaciskają nerwowo; równocześnie jednak czułam, że zbroję się w odwagę, zalewającą serce moje ciepłą falą oporu. Nie, nie pójdę w tym względzie doktorowi Johnowi na rękę! Ani myślę pójść! W radosnym poczuciu nowej, pożądanej siły, zdałam sobie sprawę z zupełnie opacznego ujmowania przez Grahama mojego charakteru i mojej natury. Chciał zawsze narzucać mi jakąś rolę, odmienną od mojej własnej. Natura moja i ja sama stanęłyśmy wobec niego sztorcem. Nie domyślał się wcale co czułam, nie czytał w moich oczach, ani w twarzy, ani także w gestach moich, mimo że wszystko to zdradzało wyraźnie stan mojej duszy. Pochylając się ku mnie przymilnie, szepnął:
— Niech pani uczyni to dla mnie, Lucy.
Uczyniłabym to dla niego, a przynajmniej wyjaśniłabym mu dokładnie, że nie może nigdy już ponownie liczyć na odegranie przeze mnie roli zręcznej subretki w dramacie miłosnym; nagle jednak, w tym samym momencie, kiedy usłyszałam jego ciche, gorączkowe, wyszeptane błagalnie:
„Niech pani uczyni to dla mnie, Lucy!“ — doleciało do uszu moich ostre syknięcie rzucone mi z drugiej strony:
Petite chatte, doucerette, coqette! — syknął wąż-dusiciel — vous avez l‘air bien triste, soumise, réveuse, mais vous ne l‘êtes pas: c‘est moi qui vous le dis: Saurage! la flamme a l‘âme, l‘eclair aux yeux![22].
Oui, j‘ai la flamme à l‘âme, et je dois l‘avoir![23]odparłam, zwracając się z zasłużonym oburzeniem w jego stronę, ale profesor Emanuel syknął swoją obelgę i znikł.
Najgorsze z tego wszystkiego było, że doktór Bretton, którego słuch, jak zaznaczyłam, był osobliwie wyostrzony, podchwycił każde słowo tego zwrócenia się do mnie, zakrył usta chusteczką i trząsł się z powstrzymywanego śmiechu.
— Trafny cios! — zawołał. — Wspaniałe: „petite chatte, coquette!“ O, muszę opowiedzieć o tym mamie! Czy to prawda, Lucy, czy tylko na wpół prawda? Przypuszczam, że musi tak być w istocie: spąsowiała pani, przypominając barwą suknię panny Fanshave. O, naprawdę, teraz, kiedy przyjrzałem mu się bliżej — widzę, że to przecież ten sam mały człowieczek, który tak szorstko obszedł się z panią na koncercie. Tak, ten sam! W tej chwili wściekły jest i na mnie także, dostrzegł bowiem mój śmiech. O, muszę podroczyć się z nim!
Ulegając nieposkromionej pokusie zrobienia Monsieur Emanuelowi na złość, śmiał się naumyślnie, żartował i szeptał mi do ucha, aż wreszcie rozśmieszył do łez i mnie także.
Wytrzeźwiony nagle, spoważniał; w pobliżu panny de Bassompierre utworzyło się wolne miejsce: otaczające ją koło zdawało się bliskie rozproszenia. Bystre, czujne, nawet w momencie śmiechu, oczy Grahama podchwyciły od razu to poruszenie. Wstał i, zebrawszy się na odwagę, przeszedł na przełaj przez pokój, aby wykorzystać sprzyjającą okazję. Doktór John był przez całe swoje życie wybrańcem fortuny — szczęście sprzyjało mu stale i nieodmiennie. Czemu zawdzięczał je właściwie? Otóż temu oczywiście, że umiał podpatrzeć odpowiedni moment, miał w trafnie obranej chwili odwagę czynu i wytrwałość doprowadzenia przedsiębranej akcji do końca. Żadna namiętność, chociażby najbardziej zachłanna, nie była w stanie powstrzymać go na tej drodze; żaden chwilowy zapał, żadne uleganie przelotnym słabostkom nie hamowały pędu jego ku obranemu celowi. Jak pięknie wyglądał w tej chwili! Kiedy Paulina podniosła oczy na jego powitanie, spotkało się jej spojrzenie z jego spojrzeniem, pełnym ognia, a zarazem powściągliwym; zaróżowienie jego twarzy, kiedy zwracał się do niej, było na wpół rozpromienieniem. Stał przed mą onieśmielony zarazem i odważny, uległy i nie narzucający się, a jednak nieugięty w dążeniu do celu, jaki sobie nakreślił, i jakiemu poświęcił się z całym zapałem. Wystarczyło mi jedno rzucenie okiem, aby od razu stwierdzić to wszystko z niezawodną pewnością. Nie miałam czasu na dalsze obserwacje, chociażby nawet nie brakło mi ochoty po temu. Było już późno; my obie: ja i Ginevra, powinnyśmy były właściwie znajdować się już na Rue Fossette. Podniosłam się i złożyłam życzenia dobrej nocy mojej matce chrzestnej i panu de Bassompierre.
Nie wiem, czy profesor Emanuel zauważył niechętne moje przyjmowanie żartobliwych docinków doktora Brettona, czy może też dostrzegł wyraz cierpienia w moich oczach oraz to, że na ogół wieczór ten nie był widocznie jednym nieustannym pasmem rozkoszy dla płochej, uganiającej się za zabawami mademoiselle Lucie, faktem było wszelako, że w chwili, kiedy wychodziłam z pokoju, zatrzymał mnie i zapytał, czy mam kogoś, kto mógłby odprowadzić mnie do domu. Z zapytaniem tym zwrócił się tonem uprzejmym, a nawet usprawiedliwiającym się poniekąd i żałującym poprzedniego swojego wybuchu. Nie na wiele jednak zdało się to: nie byłam zdolna, w zamian za jedno dobre słówko, puścić przedwcześnie w niepamięć jego obraźliwe znalezienie się wobec mnie. Nigdy dotychczas nie rozgniewała mnie tak poważnie jego szorstkość i nie zmroziła do tego stopnia jego gwałtowność; to co powiedział tego wieczora, uważałam za nie dający niczym usprawiedliwić się wyskok. Uważałam za konieczne zaznaczyć w jakiś sposób, z lekka chociażby, wielkie moje niezadowolenie z jego sposobu zachowania się, zbyłam go też lakoniczną odpowiedzią:
— Nie zbraknie mi towarzystwa w drodze powrotnej.
Była to zresztą prawda; wiedziałam, że odesłać nas miano, mnie i Ginevrę, na Rue Fossette powozem.
Rzuciwszy mu tę oziębłą, zniechęcającą odpowiedź, minęłam go z lekkim ukłonem, jaki zwykły składać mu w klasie uczennice, przechodzące obok jego katedry.
W tym samym momencie jednak spostrzegłam brak mojego szala, powróciłam więc do przedsionka, aby odszukać zgubę. Monsieur Emanuel stał tam jeszcze, jak gdyby czekał na kogoś. Ujrzawszy mnie powracającą, zrobił uwagę, że noc jest piękna.
— Sądzi pan? — Vous croyez, Monsieur? — odrzekłam tonem, którego lodowata obojętność udała mi się doskonale. Byłam zadowolona z samej siebie. Tak rzadko miałam możność należytego dania wyrazu mojemu niezadowoleniu chłodnym, powściągliwym potraktowaniem w odpowiedzi na sprawioną mi przykrość, że ten jeden uwieńczony powodzeniem wysiłek przejął mnie dumą nieledwie. To „sądzi pan?“ brzmiało zupełnie tak samo wyniośle i sarkastycznie zarazem, jak słyszałam podobnie krótkie, oziębłe, suche zdania, rzucane setki razy pogardliwie odętymi koralowymi ustami dziesiątków pewnych siebie miss i mesdemoiselles. Wiedziałam z góry, ze Monsieur Paul nie zniesie na dłuższą metę prowadzonego w tym tonie dialogu, uważałam jednak, że zasłużył w zupełności na odpłacenie mu przeze mnie podobnie niemiłą próbką. Przypuszczam, że i on także był tego samego zdania, przełknął bowiem zaadministrowaną mu dozę z zupełnym spokojem. Spojrzawszy na mój szal, zarzucił mu, że jest zbyt lekki. Odpowiedziałam tonem przecinającym wszelką dyskusję, że jest taki właśnie jakiego mi potrzeba. Odsunąwszy się od niego, aby stanąć z dala, oparłam się o poręcz schodów, otuliłam się szalem i utkwiłam oczy w zaciemniającym ścianę nieciekawym obrazie treści religijnej.
Ginevra ociągała się z przyjściem. Czekanie na nią wydało mi się nieznośnie nudne. Monsieur Paul wciąż jeszcze tkwił w przedsionku; ucho moje nastawione było na usłyszenie wypowiedzianej przez niego uwagi gniewnym tonem. Omyliłam się jednak. Po chwili podszedł ku mnie bliżej. — Byle nie syknął ponownie — pomyślałam: gotowa byłam, gdyby gest taki nie był zbyt wielką niegrzecznością, zatkać sobie palcami uszy z lęku przed ponownym usłyszeniem podobnie obraźliwego syku. Nie dzieje się jednak nigdy tak, jak spodziewamy się: jeśli przygotowani jesteśmy na usłyszenie gruchania, czy szeptu, przerazi nas na pewno okrzyk bólu czy rozpaczy. Oczekujemy przeraźliwego wrzasku, gniewnej pogróżki, a mile zadziwi nas odgłos przyjaznego powitania, czy łagodnie przyciszonego szeptu. I tym razem więc przyjemnie zaskoczona byłam, gdy zamiast gniewnego wybuchu Monsieur Paula usłyszałam zwrócenie się jego do mnie tonem łagodnym:
— Wyciągam rękę do zgody — rzekł — nie spierajmy się o wypowiedziane w rozdrażnieniu słowo. Proszę, niech mi pani powie, który z nas: ja, czy ten grand fat d‘Anglais (ten wielki pyszałek angielski — tak pozwolił sobie określić doktora Brettona) ponosi odpowiedzialność za wilgotny blask oczu pani i za płonące teraz jeszcze jej policzki?
— Nie wydaje mi się, aby którykolwiek z panów, pan, czy ktokolwiek inny, spowodował rzekome podniecenie moje, o jakim pan wspomina — odpowiedziałam, zdobywając się ponownie na niezgodny z moim zwyczajem, podany tonem lodowatym, świadomy fałsz.
— Cóż ja jednak takiego powiedziałem? — dodał: — Byłem zły: zapomniałem zupełnie jakich słów użyłem. Niechaj mi pani przypomni je.
— Były takie, że najlepiej zapomnieć o nich — rzekłam, nie wyzbywając się w dalszym ciągu mroźnego, obrażająco spokojnego tonu.
— Zatem to moje słowa zraniły panią? Proszę, niech pani uważa je za niewypowiedziane, niech mi pani pozwoli cofnąć je i przyjmie szczere moje przeproszenie za nie.
— Nie gniewam się na pana.
— O, widzę w takim razie, że jest pani gorzej niż zagniewana, jest pani zmartwiona. Niech mi pani wybaczy, miss Lucy.
— Wybaczam panu, Monsieur Emanuel, naprawdę panu wybaczam.
— Chciałbym usłyszeć słowa te wypowiedziane naturalnym głosem pani, nie tym obcym, przykrym dla mnie tonem. Niech pani powie:
— „Mon ami, je vous pardonne[24]
Uśmiechnęłam się mimo woli. Kto mógłby nie uśmiechnąć się wobec iście dziecięcej jego prostoty i nie mniej dziecięcego uporu, a zarazem powagi?
Bon! — zawołał — Voilà que le jour va poindre! Dîtes donc, mon ami.[25]
Monsieur Paul, je vous pardonne.
— Nie chcę żadnego tytułowania mnie „panem“. Niech pani wypowie ten inny wyraz; w przeciwnym razie nie uwierzę w szczerość pani. Niech pani zdobędzie się na ten jeden wysiłek jeszcze — mon ami, albo w przekładzie na język pani kraju: mój przyjacielu!
Nie rozumiał, że słowa „mój przyjacielu!“ mają inne brzmienie i znaczenie, aniżeli „mon ami“. Nie mogłabym zwrócić się do Monsieur Paula, mówiąc: „mon ami“, mogłabym natomiast, i zrobiłam to bez trudności, nazwać go „moim przyjacielem“. Różnica ta była jednak nieuchwytna dla niego, zadowolnił się też w zupełności wypowiedzeniem upragnionych słów po angielsku. Uśmiechnął się. Szkoda, że nie mogłeś widzieć jego uśmiechu, czytelniku, że nie mogłeś zdać sobie sprawy z różnicy jego zachowania się teraz i przed pół godziną. Nie mogę stwierdzić, abym kiedykolwiek do owego czasu była świadkiem uśmiechu zadowolenia, przyjemności, czy uprzejmości bodaj, wykwitającego na ustach Monsieur Paula, czy rozjaśniającego jego oczy. Setki razy, natomiast, widywałam na jego twarzy to, co nazywał umiechem, a co było wyrazem ironii, sarkazmu, pogardy, czy upajania się triumfem, dlatego też, opromienienie twarzy tej łagodniejszym, cieplejszym uczuciem musiało z konieczności uderzyć mnie na niej jako coś zgoła nowego. Zmieniła się ona, jak gdyby z maski stała się teraz dopiero twarzą: wygładziły się żłobiące ją głębokie rysy, cera jej nawet wydała mi się czyściejsza i świeższa: blada, południowa jej smagłość, zdradzająca domieszkę krwi hiszpańskiej, ustąpiła miejsca jaśniejszemu odcieniowi. Nie przypominam sobie, aby zdarzało mi się na czyjejkolwiek twarzy obserwować podobnie gruntowne przeistoczenie z podobnie błahej przyczyny.
Odprowadził mnie do powozu w tej samej chwili, kiedy pan de Bassompierre wyszedł z hallu, towarzysząc swojej siostrzenicy.
Panna Fanshave była w fatalnym humorze: uważała wieczór za najzupełniej nieudatny, niezdolna też opanować swojego podraźnienia, wpadła od pierwszej zaraz chwili usadowienia się naszego w powozie i zatrzaśnięcia za nami jego drzwiczek w nastrój niesłychanie ponury i nieopanowany. Jej miotanie obelg na doktora Brettona było osobliwie zajadłe. Przekonawszy się o niemożności zarówno oczarowania go, jak skutecznego zranienia jego uczuć, nie potrafiła zdobyć się na nic innego poza daniem upustu najgwałtowniejszej dla niego nienawiści. Nienawiści tej dała wyraz w słowach tak niepohamowanie, tak bezmiernie potwornych, że po słuchaniu ich przez chwilę z możliwym stoicyzmem, w jaki usiłowałam uzbroić się, nie wytrzymałam, doprowadzona w końcu do pasji rażącą ich niesprawiedliwością. Nastąpił nieunikniony wybuch. I ja także potrafiłam rozpalić się do białej gorączki; podniecała mnie do niej zwłaszcza piękna moja, ale jakże nieznośna towarzyszka, której stale udawało się budzić we mnie najgorsze instynkty. Na szczęście dudniły koła powozu z tak przeraźliwym chrzęstem po gościńcu, usypanym drobno tłuczonym krzemieniem, że zagłuszał on to co działo się wewnątrz naszego wehikułu, mogę zaś zapewnić cię, czytelniku, że nie panowała tam bynajmniej martwa cisza, ani też nie prowadzona była dyskusja w sposób godnie spokojny. Na wpół serio, i na wpół pozornie, rozpętałam nad głową Ginevry istną burzę zarzutów. Musiałam przecież uśmierzyć czymś stan rozwścieczenia, w jakim opuściła Hôtel Crécy, aby doprowadzić ją do otrzeźwienia, zanim dostaniemy się na Rue Fossette. W tym celu było rzeczą nieodzowną wykazanie Ginevrze istotnej jej wartości i stanowiska, posługując się przy tym językiem, którego dosadność i brak wytworności mogłyby isć w parze z komplementami jedynie, z jakimi John Knox zwracał się do Marii Stuart. Był to bardzo odpowiedni sposób traktowania Ginevry; przydał jej się też jak nie można lepiej. Jestem pewna, że tej nocy położyła się spać skruszona, w znacznie łagodniejszym nastroju i spała spokojniej po zdrowym wygarbowaniu moralnym, jakiego jej nie oszczędziłam.




ROZDZIAŁ XXVIII
ŁAŃCUSZEK DO ZEGARKA

Monsieur Paul Emanuel był osobliwie wrażliwy na przeszkadzanie mu z jakiegokolwiek powodu podczas jego wykładu. Przejście przez pokój klasowy w tych warunkach uważane było przez nauczycieli i uczennice, przez każdego z osobna i przez wszystkich razem, wyczynem, narażającym życie śmiałka, który ważyłby się na to.
Sama nawet Madame Beck, o ile wyjątkowe okoliczności zmuszały ją do tak ryzykownego przedsięwzięcia, prześlizgiwała się cichaczem, unosząc w górę fałdy sukni, i możliwie omijając budzącą postrach katedrę, ni to okręt, usiłujący wyminąć groźnie spiętrzoną falę. Co się tyczy Rozyny, odźwiernej, której przypadał co pół godziny niebezpieczny obowiązek sprowadzania uczennic z samego serca tego czy innego oddziału na lekcję muzyki i śpiewu — bądź w kaplicy, bądź w wielkim, czy mniejszym salonie, w sali jadalnej, czy wreszcie gdziekolwiek znajdował się fortepian — drętwiała biedaczka za każdym razem z przerażenia, jakim przejmowało ją zwrócone ku niej niewypowiedzianie groźne spojrzenie spoza grubych szkieł okularów.
Pewnego dnia siedziałam w carré, zajęta haftem, zaczętym, a potem niedokończonym przez jedną z uczennic. Gdy palce moje uwijały się przy tamborku, uszy moje napawały się słuchaniem dolatującego z sąsiedniej klasy głosu, wzmożonego chwilami, a potem znów opadającego harmonijnymi kadencjami; w pewnych momentach głos ten nabrzmiewał groźnie, zdradzając pasję wykładowcy, to znów przycichał, niczym łoskot gromu podczas burzy. Dość gruba ściana oddzielała miejsce mojego schronienia od miejsca ciskania piorunów, mogłam łatwo też, w razie zagrażającego mi bezpośrednio niebezpieczeństwa, wymknąć się przez oszklone drzwi na podwórze i dlatego bardziej bawiły mnie, niż straszyły niepokojące te przejawy. Biedna Rozyna, natomiast, w złej była skórze: czterokrotnie nieszczęsnego tego rana zmuszona była leźć wprost w paszczę lwa, a obecnie po raz piąty przypadł jej groźny obowiązek wyciągnięcia płonącej głowni z paleniska — wyprowadzenia jednej z uczennic tuż sprzed nosa Monsieur Paula.
Mon Dieu! Mon Dieu! — lamentowała biedaczka — Que vais — je devenir? Monsieur va me tuer, je suis sure; car il est d‘une colère![26]
Natchniona odwagą rozpaczy, otworzyła drzwi.
Mademoiselle La Malle au piano![27] — zawołała. Zanim jednak zdołała wycofać się, albo przynajmniej znaleźć się w bezpośrednim pobliżu drzwi, zagrzmiał jowiszowy grom:
Dès ce moment! — la classe est défendue. La première qui ouvrira cette porte, sera pendue-fut-ce. Madame Beck elle-même![28]
Zaledwie zdążyło upłynąć dziesięć minut od ogłoszenia tego dekretu, a już ponownie rozległ się na kamiennych flizach stuk francuskich pantofelków Rozyny.
Mademoiselle — zwróciła się do mnie błagalnie — nie chciałabym za pięć franków nawet wejść jeszcze raz do tej klasy. Okulary Monsieur są naprawdę straszne, a tu jak na złość przyszedł posłaniec z Ateneum z ważną wiadomością. Powiedziałam Madame Beck, że nie mam odwagi zawiadomić Monsieur, kazała mi więc obarczyć tym panią, Mademoiselle Lucy.
— Mnie?! Z jakiej racji?! Nie należy to przecież do moich obowiązków. Odwagi Rozyno! Musisz dźwigać sama twój ciężar. Bądź mężna! Odważ się po raz szósty.
— Mam tam leźć jeszcze raz?! Nie, Mademoiselle, to niepodobieństwo! Pięć razy już dzisiaj rozzłościłam go. Madame będzie musiała chyba wynająć żandarma do tej roboty. Ouf! Je n‘en puis plus![29]
— O, widzę, że jesteś pospolitym tchórzem. Co jest do zakomunikowania mu?
— To właśnie, czym można najbardziej rozwścieczyć Monsieur. Nie znosi, aby mu zawracano głowę tymi rzeczami: pilne wezwanie do stawienia się niezwłocznie w Ateneum z powodu spodziewanej oficjalnej wizyty wyższych władz — inspektora, czy kogoś takiego — Wyznaczono Monsieur, aby go powitał. Musi pójść zaraz, a Mademoiselle wie najlepiej, jak Monsieur nienawidzi zmuszania go do czegoś.
O, tak, wiedziałam o tym aż nadto dobrze. Ruchliwy jak żywe srebro mały człowieczek nie znosił nakładania na niego karbów przez kogokolwiek, ani dyrygowania nim: stale i niezmiennie buntował się przeciwko wszystkiemu, co było obowiązkowe i musowe. Zgodziłam się jednak wziąć na siebie odpowiedzialność — oczywiście nie bez lęku, ale lęku połączonego z innymi jeszcze uczuciami, z których nie najmniej silnym była ciekawość. Otworzyłam drzwi, weszłam i przymknęłam je za sobą tak szybko, cicho i spokojnie, jak na to pozwalało drżenie mojej ręki — także nóg pode mną — wiedziałam, że ociąganie się, czy, odwrotnie, wpadnięcie gwałtowne, głośniejsze poruszenie klamką, czy pozostawienie drzwi szeroko otwartych, pogorszyłoby znacznie sprawę, — byłoby zbrodnią, często fatalniejszą w skutkach, aniżeli główne przestępstwo. Stałam więc, a on siedział, wyraźnie w jak najgorszym humorze — odbywał właśnie lekcję arytmetyki: udzielał lekcji wszystkiego, co mogło tylko wpaść mu pod ręce, arytmetyka wszelako jako suchy przedmiot, nie szła mu wyjątkowo. Nie było uczennicy, która nie drżałaby ze strachu, kiedy zabierał się do cyfr. Siedział pochylony nad swoim pulpitem, niezdolny do zdobycia się na wysiłek podniesienia oczu na szmer czyjego wejścia, które stanowiło oburzająco zuchwałe pogwałcenie jego woli i praw. Była to szczęśliwa dla mnie okoliczność: zyskałam w ten sposób czas na przejście przez całą długość klasy. Mojej idiozynkrazji do stanięcia oko w oko z nim i przyjęcia z bliska wybuchu wściekłego jego gniewu odpowiadało to jednak bardziej, aniżeli znoszenie na odległość zawisłej nad moją głową grozy.
Zatrzymałam się tuż przed katedrą, oczywiście jednak nie uznał mnie od razu za godną uwagi i nie przerwał wykładu. Na nic wszelako nie przydało się mu to lekceważące ignorowanie mnie; musiał wysłuchać z czym przyszłam i dać mi odpowiedź na zakomunikowaną mu wiadomość.
Nie będąc dość słusznego wzrostu, aby móc podnieść głowę ponad jego wzniesiony na estradzie pulpit, i tym samym czując się upośledzoną w swojej chwilowej roli, usiłowałam zajść go z boku, aby lepiej zobaczyć jego twarz, która uderzyła mnie w pierwszej chwili wejścia mojego do klasy bliskim, malowniczym podobieństwem swoim do czarnego ponurego tygrysa. Dwukrotnie udało mi się bezkarnie zerknąć na niego w ten sposób z boku, zbliżając się i cofając, niedostrzeżona przez niego, za trzecim razem wszakże zaledwie zdążyło oko moje sięgnąć po za przegrodę pulpitu, wraził się w nie groźnie przekształcony przez owe „lunettes“ błysk jego źrenic. Rozyna miała zupełną słuszność: grube szkła okularów potęgowały niewypowiedzianą grozę błyskawic gniewu, jakie ciskały ukryte poza tymi szkłami oczy.
Teraz nareszcie znalazłam się w sytuacji korzystnej dla siebie. Stwarzała ją ta właśnie bezpośrednia bliskość tygrysa: groźne „lunettes“ krótkowidza nie nadawały się do piorunowania nimi przestępcy, stojącego tuż przed nosem gromowładnego, który tym samym zmuszony był zdjąć je, wyrównywując poniekąd gestem tym szanse nas obojga.
Rada jestem, mogąc stwierdzić, że w rzeczywistości nie tak bardzo bałam się go, a raczej, stojąc teraz tuż przed nim, nie odczułam wcale grozy chwili. Gdyby też zażądał szubienicy i postronka celem wprowadzenia w czyn wydanego przed dziesięcioma minutami dekretu, mogłabym służyć mu kłębkiem bawełny do haftu z tak uprzejmą gotowością, że musiałaby ta uprzejmość moja w części bodaj złagodzić jego gniew. Nie wykonałam oczywiście tego aktu grzeczności publicznie: podsunęłam mu kłębek ukradkiem, zachodząc z boku katedry, i zahaczyłam go o pręty grzbietu profesorskiego krzesła.
Que me voulez-vous?[30] — ofuknął mnie głosem, którego dźwięk utkwił w granicach jego klatki piersiowej i krtani, rzucił go bowiem przez zaciśnięte gniewem zęby, zdając się ślubować samemu sobie, że nic na świecie nie będzie zdolne zmusić ust jego do uśmiechu. Początek mojej odpowiedzi brzmiał zdecydowanie bezkompromisowo:
Monsieur — rzekłam — je veux l‘imposible, des choses inouies;[31] uważając też za najbardziej wskazane przystąpić od razu do rzeczy i stanowczym atakiem zaadministrować mu „douche“, — natrysk — zakomunikowałam mu przyciszonym, ale spokojnym głosem polecenie Zarządu Ateneum, pompatycznie i kwieciście podkreślając konieczność bezzwłocznego zastosowania się jego do otrzymanego za moim pośrednictwem nakazu.
Nie chciał oczywiście słyszeć o tym.
Nie pójdzie. Ani myśli pójść. Nie przerwie wykładu w połowie, chociażby posłały po niego wszystkie połączone władze Villette. Nie zrobi ani kroku nie tylko na rozkaz Zarządu Ateneum, ale na rozkaz samego króla, całego gabinetu i obu Izb po społu.
Wiedziałam jednak, że będzie musiał pójść, że, chociażby mówił co chce, zarówno obowiązek, jak wzgląd na własny interes, nakazują mu bezwzględne i bezzwłoczne zastosowanie się do wezwania. Dlatego też stałam, czekając w milczeniu, jak gdyby nie odezwał się jeszcze ani słowem. Zirytowany warknął czego chcę jeszcze.
— Czekam tylko na odpowiedź Monsieur, jaką mam zakomunikować przysłanemu w tym celu woźnemu.
Machnął niecierpliwie ręką na znak odmowy.
Odważyłam się wyciągnąć palce po bonnet grec, leżący na gzemsie okiennym. Dostrzegł ten zuchwały mój ruch, przyjąwszy go ze zdumieniem zarazem i politowaniem nad jego godną pogardy bezcelowością.
— O! — bąknął — skoro dochodzi już do tego, że Miss Lucy pozwala sobie sięgać po mój bonnet grec, może zechce łaskawie włożyć go na swoją własną głowę, stając się dzięki temu przebraniu mężczyzną, i pójść zamiast mnie do Ateneum.
Z wielkim szacunkiem położyłam bonnet na pulpicie, skąd zwisający chwast klasycznego przybrania głowy zdawał się przerażająco kiwać na mnie.
— Napiszę kilka słów wytłomaczenia. — To wystarczy! — rzekł, zdecydowany wciąż jeszcze wykręcić się od pójścia.
Wiedząc, że to nie wystarczy, pchnęłam ostrożnie szacowne nakrycie głowy w kierunku jego ręki; nie byłam jednak widocznie dość ostrożna, bowiem, popchnięte przeze mnie, zsunęło się po politurowanym drzewie pulpitu i spadło, pociągając za sobą lekkie, oprawne w stal „lunettes“, które, o zgrozo! — upadły na podłogę katedry. Dziesiątki razy bywałam osobiście świadkiem wydarzania im się czegoś podobnego: padały, nic im się jednak nigdy nie stawało. Tym razem wszakże — sprawił to może przysłowiowy już brak szczęścia Lucy Snowe — upadły tak fatalnie, że każde ze szkieł roztrzaskało się w drobny mak.
Przerażenie moje i żal nie miały granic — zbyt dobrze znałam wartość, jaką miały dla niego jego „lunettes“. Wzrok Monsieur Paula był tak osobliwy, że nie łatwo było dobrać odpowiednie dla niego okulary, a te właśnie szkła świetnie dopasowane były do jego oczu. Słyszałam niejednokrotnie, jak nazywał je swoim skarbem, nic dziwnego więc, że kiedy nachyliłam się, aby je podnieść, ręka moja dygotała jak liść na wietrze. Byłam jednak bardziej jeszcze zgnębiona, niż przerażona. Przez kilka minut nie śmiałam podnieść oczu na skrzywdzonego przeze mnie tak okrutnie profesora. On sam przemówił pierwszy:
Là! — rzekł — me voilá veuf de mes lunettes![32] — Mademoiselle Lucy przyzna teraz chyba, że postronek i szubienica w zupełności należały się jej — zasłużyła na nie uczciwie. Już teraz drży w przewidywaniu tego, co ją czeka. Ah, traîtresse, traitresse — zdrajczyni, zdrajczyni! Ma pani teraz czego pani chciała. Dostała mnie pani ślepego i zupełnie bezradnego w swoje ręce!
Odważyłam się wreszcie podnieść oczy... O, dziwo! twarz jego, zamiast pałać gniewem, być groźnie zmarszczona i pożłobiona, rozjaśniona była uśmiechem, zaróżowiona tym samym rozpromienieniem, jakie stwierdziłam na niej owego wieczora w Hôtel Crécy. Nie był ani rozgniewany, ani nawet zmartwiony. Wobec istotnej krzywdy, jaką mu wyrządziłam, okazał się pełen pobłażania. Rzeczywisty, prawdziwie dotkliwy cios, jaki mu zadałam, zniósł z cierpliwością i słodyczą świętego. Fatalny ten wypadek, który, jak mi się zdawało, winien był udaremnić wszelkie moje usiłowania wywarcia na niego skutecznego nacisku, okazał się, przeciwnie, najskuteczniejszym moim sojusznikiem. Oporny, niepodatny na uleganie mojemu wpływowi, dopóki nie zawiniłam niczym przeciwko niemu, stał się wdzięcznie uległy z chwilą, kiedy stanęłam przed nim, jako żałująca, skruszona winowajczyni.
Podrwiwając wciąż jeszcze ze mnie i nazywając mnie „une forte femme — une Anglaise terrible, une petite casse-tout[33] — oświadczył, że nie ośmieliłby się okazać nieposłuszeństwa osobie, która dała dowody tak niebezpiecznej tężyzny, sprawiając zupełnie wrażenie „du grand Empereur“, rozbijającego wazon, aby porazić obecnych grozą.
Rzekłszy to, uwieńczył głowę swoją nieodstępnym „bonnet grec“, wziął z rąk moich pozostałe żałosne szczątki „lunettes“, uścisnął dłoń moją wymownym gestem przebaczenia i zachęty, złożył ukłon pożegnalny swoim słuchaczkom i poszedł do Ateneum w jak najpodnioślejszym nastroju i w najlepszym humorze.
Po doznaniu z jego strony tak wielkiego dowodu przyjaźni wyznać muszę ku wielkiej niewątpliwie przykrości czytelnika, że tego samego dnia, zanim jeszcze zapadł wieczór, pokłóciłam się z Mr. Paulem ponownie. Fakt jednak, że tak się stało. Nic na to nie poradzę.
Zwyczajem jego, nader chwalebnym i zupełnie zrozumiałym, było zjawianie się wieczorem zupełnie á l‘improviste — niespodzianie — bez uprzedzenia — i wpadanie nagłe podczas cichych godzin nauki, aby roztoczyć nad nami i nad naszymi zajęciami despotyczne swoje rządy. Kazał nam odkładać książki, wyjmował na ich miejsce jeden gruby tom, lub garść broszur, a nam polecał wyjąć nasze koszyczki do robót. Zamiast ogłupiającej „lecture pieuse“, wyjąkiwanej przez zaspaną uczennicę, raczył nas jakąś tragedią czy dramatem, których wzniosłość potęgowało jeszcze wspaniałe czytanie, a których akcja porywała nas swoim ogniem. Co się mnie osobiście tyczy, rzadko wnikałam w istotną wartość odczytywanych utworów, ile że Monsieur Paul czynił z nich czarę, którą napełniał dyszącym namiętnością patosem, niby kordiałem ożywczym. Czasem znów rozświetlał klasztorne nasze mroki nagłym rzuceniem na nie odbłysku jaśniejszego świata, uchylał rąbek zasłony, poza którą ukrywano przed nami skarby literatury nowoczesnej, odczytywał ustępy porywającego jakiegoś opowiadania, a bodaj ostatni skrzący się dowcipem felieton, który pobudzał do śmiechu najwybredniejsze salony paryskie. Zawsze jednak przy tym, zarówno w tragedii, jak w melodramacie, w opowiadaniu, czy szkicu, starannie omijał wszelkie ustępy, zdania czy wyrazy, które mogłyby być uważane za nie nadające się dla uszu „jeunes filles“. Zauważyłam niejednokrotnie, że gdziekolwiek ominięcie takie, bez wstawienia słów zastępczych, spowodowałoby wykoszlawiającą sens próżnię, czy poważniej osłabiałoby wrażenie, umiał — i czynił to — improwizować całe ustępy, równie silne i nieskazitelnie dostosowane do całości utworu, jak owe opuszczone. Często zdarzało się nawet, że dialog, czy opis, wsunięty w ten sposób przez niego, posiadał znacznie wyższą wartość od pierwotnego.
Otóż owego wieczora, o którym mowa, siedziałyśmy milczące jak mniszki w naszym ustroniu; uczennice zajęte nauką, nauczycielki — robotami ręcznymi. Przypominam sobie, że ja sama biedziłam się nad wykonaniem pomysłu, który dość interesował mnie tyleż ze względu na sam rodzaj roboty, ile na cel, na jaki była przeznaczona. Nie obrałam jej wprost dla zabicia czasu; miała, po ukończeniu jej, być ofiarowana jako prezent; że zaś okazja obdarzenia nią była bliska, musiałam śpieszyć się, wprawiając w żywy ruch moje palce.
Nagle usłyszałyśmy tak dobrze znany nam wszystkim ostry brzęk dzwonka: słowa „Voilà Monsieur!“ zerwały się równocześnie z ust każdej z nas i już w tej samej chwili rozwarły się drzwi (rozwierały się zawsze gwałtownie przy jego wejściu — użycie wyrazu „otworzyły się“ byłoby nie odpowiednie, jako określające czynność dokonaną zbyt wolno) i oto stał on już pośród nas.
Były tu dwa stoły, oba jednako długie i oba otoczone ławkami; pośrodku każdego z nich zwisała z sufitu lampa, pod nią, z każdej strony stołu, siedziała nauczycielka, od której na lewo i na prawo zgrupowane były uczennice; najstarsze i najpracowitsze najbliżej lampy, czyli na zwrotnikach, małe czy próżnujące — na krańcach, bliżej bieguna północnego i południowego. Zwyczajem Monsieur było uprzejme ofiarowanie krzesła której z nauczycielek, zazwyczaj głównej z nich Zélie St. Pierre, a potem zajęcie opróżnionego przez nią miejsca na ławce i w ten sposób znalezienie się w pełnym świetle Raka czy Koziorożca, niezbędnym ze względu na jego krótki wzrok.
Jak zwykle w chwili jego wejścia usłużnie zerwała się Zélie, szczerząc usta i odsłaniając górny i dolny szereg zębów — dziwnym uśmiechem od ucha do ucha, któremu nie towarzyszył jednak ani jaśniejszy błysk oczu, ani zarysowanie się policzków lekkim wgłębieniem, tak zwanym „dołeczkiem“. Przypuszczam, że Monsieur nie dostrzegł jej ruchu, albo może podobało mu się udawać, że go nie widzi — był kapryśny, jak bywają, albo za jakie uważane są, kobiety — a nadto jego „lunettes“ służyły mu jako łatwa wymówka za tego rodzaju niedopatrzenia. Jakikolwiek był po temu powód, faktem jest, że minął Zélie i przeszedł na drugą stronę stołu, zanim też zdążyłam zerwać się, aby uwolnić miejsce dla niego, szepnął:
Ne bougez pas[34] — i wsunął się pomiędzy mnie i pannę Fanshave, która zawsze sadowiła się tuż obok, trącając mnie stale łokciem, wskutek czego musiałam upominać ją, mówiąc:
— Chciałabym, aby pani była w Jerycho, panno Ginevro.
Łatwo było powiedzieć „Ne bougez pas“, nie miałam jednak na to rady. Musiałam zrobić dla niego miejsce, prosząc uczennice, aby cofnęły się nieco, i umożliwiły tym samym cofnięcie się i mnie także. Ginevrze bardzo wygodnie było przylepić się do mnie, „ogrzewając się — jak zwykła mówić — przy cieple mojego ciała“, w wieczory zimowe i nieustannym swoim wierceniem się przeszkadzając mi do tego stopnia, że nieraz zmuszona byłam wpinać umyślnie w pasek mojej sukni szpilkę, aby uchronić się przed ciosami, jakie zadawał mi jej łokieć. Przypuszczając, że Monsieur Emanuel nie będzie wystawiony na podobnie bezceremonialne traktowanie go przez nią, odsunęłam moje przyrządy do pracy, aby mógł zamiast nich położyć swoją książkę, a sama możliwie odsunęłam się, aby uwolnić miejsce dla jego osoby. Zaledwie jednak zdolna byłam pozostawić mu jeden yard wolnej przestrzeni, czym każdy rozsądny człowiek musiałby zadowolnić się z natury rzeczy. Ale Monsieur Emanuel nie był nigdy rozsądny, i tym razem też ze zwykłą swoją popędliwością zareagował nagłym rozpłomienieniem:
Vous nie voulez pas de moi pour voisin — warknął — vous vous donnez des airs de caste; vous me traitez en paria“... Soit! Je vais arranger la chose[35] I zabrał się od razu do dzieła.
Levez — vous toutes, mesdemoiselles![36] — wrzasnął.
Dziewczęta zerwały się. Kazał im wszystkim przesiąść się do sąsiedniego stołu, a mnie wskazał miejsce na jednym końcu długiej ławki i, ustawiwszy przede mną mój koszyczek do roboty, zwitki jedwabiu, nożyczki i wszystkie inne przyrządy, usiadł sam na przeciwległym końcu.
Mimo wyraźnej niedorzeczności wszystkich tych zabiegów nie odważył się nikt w całym pokoju roześmiać. Biada tej, która pozwoliłaby sobie na stłumiony chichot bodaj. Co się mnie tyczy, przyjęłam bezsensowne jego wyczyny z najzupełniejszą obojętnością, usiadłam na wskazanym mi miejscu, oddzielona od reszty obecnych, czym bynajmniej nie przejęłam się, zadowolona, że mogę zająć się moją pracą, nie będąc molestowana przez nikogo.
Est-ce assez de distance[37] — zapytał.
Monsieur en est l‘arbitre[38] — odparłam.
Vous savez bien que non. C‘est vous qui avez créé ce vide immense: moi je n‘y ai pas mis la main[39]
Po tym oświadczeniu rozpoczął czytanie.
Na swoje nieszczęście obrał francuski przekład określonego przez niego pogardliwie „un drame de Williams Shackspire — le faux dieu“ do czego dodał uzupełnienie: — „de ces sots paiens, les Anglais[40] Jak scharakteryzowałby go, gdyby nie był w tak złym humorze, zbyteczne chyba zaznaczać.
Przekład, jako francuski, był, oczywiście, nader mierny, nie usiłowałam też bynajmniej ukrywać szyderczego uśmiechu, jaki musiały z konieczności wywołać na moich ustach niektóre szczególnie niefortunne lapsusy. Nie było moją rzeczą wypowiedzenie jakiejś uwagi krytycznej, można jednak wyrazem twarzy ujawnić pogląd, jakiego nie chciałoby się, czy nie wolno nawet wyrazić słowami. Monsieur miał się jednak na baczności: jego lunettes czujnie podchwytywały każde moje spojrzenie, nie sądzę też, aby bacznej jego uwagi uszło jedno z nich chociażby. W wyniku tego śledzenia rychło odrzucił szkła, aby oczy jego mogły bezpośrednio miotać iskry gniewu. Siedział przy biegunie północnym, który obrał na dobrowolne wygnanie, rozpłomienił się goręcej nawet, aniżeli byłoby to — wobec temperatury pokoju — możliwe pod pionowo padającymi promieniami Koziorożca.
Niepodobna było przewidzieć, czy po ukończonym czytaniu opuści nas, nie wyładowawszy swojego gniewu, czy też pozwoli burzy rozsrożyć się w pełni. Powściągliwość nie należała wprawdzie do jego cnót, co jednak w rezultacie mogło dotknąć go tak bardzo, aby wywołać gwałtowny jego sprzeciw? Nie powiedziałam ani jednego słowa, nie wydałam dźwięku nawet, nie mogłam zaś być uznana za zasługującą na ostry zarzut, czy na poważne skarcenie z tego jedynie powodu, że pozwoliłam mięśniom twarzy dokoła ust moich i oczu na grę, odrobinę wyraźniejszą niż zwykle.
Przyniesiono wieczerzę, składającą się z bułek i rozcieńczonego ciepłą wodą mleka. Przez wzgląd na obecność Profesora mleko i bułki ustawione były na stole zamiast zwykłego obnoszenia ich.
— Niech panie spożyją swoją wieczerzę — rzekł — udając zajętego robieniem notatek na marginesach „Williamsa Shackspire‘a“. Dziewczęta usłuchały chętnie wezwania. I ja także wzięłam szklankę mleka i bułkę, bardziej jednak niż kiedykolwiek pochłonięta moją pracą, nie ruszyłam się z miejsca, wyznaczonego mi za karę i nie zaprzestawałam z najzupełniej zimną krwią skręcania jedwabnego kordonka podczas żucia bułki i popijania bawarki. Czyniłam to, nawet z pewnym zadowoleniem, które było czymś nowym dla mnie w zakresie moich odczuwań, a w każdym razie sprzecznym ze stałymi moimi doznaniami. Jak gdyby obecność natury tak ruchliwej, tak łatwo wpadającej w bezprzedmiotowy, nieuzasadniony gniew, tak kańciatej, jak Monsieur Paula, przyciągała do siebie, niby magnes, wszelkie wpływy jątrzące i podniecające, pozostawiając na mój użytek te jedynie, z których promieniował spokój i harmonia.
Monsieur Emanuel podniósł się.
Czyżby miał odejść, nie powiedziawszy ani jednego słowa więcej?... Tak, skierował się ku drzwiom.
Nie jednak. Zawrócił i podszedł ponownie do katedry, może jednak tylko, aby zabrać swój pozostawiony na pulpicie piórnik.
Zabrał go, wyciągnął z wnętrza ołówek tak nerwowym ruchem, że złamał o drewnianą ściankę zaostrzony jego koniec, zatemperował ołówek ponownie, schował go do piórnika i...nagle podszedł do mnie.
Uczennice i nauczycielki skupiły się przy sąsiednim stole, zajęte swobodną, niewymuszoną rozmową — gawędziły zawsze w ten sposób przy posiłkach, przyzwyczajone też w takich chwilach mówić głośno i szybko, nie zniżały głosu i teraz również.
Monsieur Paul podszedł i stanął tuż za mną, pytając czym jestem tak bardzo zajęta, na co odpowiedziałam, że robię łańcuszek do zegarka.
— Dla kogo? — zainteresował się.
— Dla pewnego pana, dla jednego z moich przyjaciół — odparłam.
Monsieur Paul pochylił się ku mnie i zaczął — jak określają to obrazowo powieściopisarze i co w danym wypadku odpowiadało istocie rzeczy wysykiwać mi w ucho słowa zjadliwej krytyki.
Oświadczył mi, że ze wszystkich kobiet, jakie zna, jestem tą, która potrafi być najbardziej skończenie przykra, tą, z którą najtrudniej jest pozostawać na stopie przyjacielskiej, że mam „un caractère intraitable“ — charakter, z którym nie można dać sobie rady — i że jestem nieprawdopodobnie, bajkowo przewrotna. W jaki sposób wyrobiłam w sobie podobne cechy, czy też co opętało mnie, nie umiałby wytłomaczyć. Faktem jest, że bez względu na najbardziej pokojowe, najżyczliwsze zamiary, z jakimi zbliża się człowiek do mnie, przeistaczam cudem jakimś zgodę w niezgodę, dobrą wolę we wrogość. On sam, Monsieur Paul, na pewno życzy mi jak najlepiej, o ile mu też wiadomo, nigdy niczym mnie nie ukrzywdził, miałby więc chyba słuszną rację — tak przynajmniej przypuszcza — rościć sobie prawo do uważania go za obojętnego znajomego, nie żywiącego żadnych nieprzyjaznych uczuć. A przecież — jak zachowuję się względem niego?! Z jak dotkliwą gwałtownością, z jak zaciętym buntem, z jak zapalczywą niesprawiedliwością!
W tym miejscu, niezdolna dłużej już pohamować się, otworzyłam szeroko oczy, pozwoliwszy sobie nawet na wtrącenie tonem wykrzyknikowym:
— Gwałtowność?! Bunt?! Zapalczywa niesprawiedliwość?! Nic o tym nie wiem.
Chut! A l‘instant! Vive comme la poudre[41] — Żal mu jest mnie — bardzo, prawdziwie mu żal: martwi go przez wzgląd na mnie samą niefortunna ta osobliwość mojego charakteru. To „emportement“, ta „chaleur[42] — szlachetne może w zasadzie, ale nadmierne — nie wyjdą mi na dobre — bardzo się tego obawia. Wielka to szkoda, wierzy bowiem w głębi duszy, że nie jestem całkowicie pozbawiona cech dodatnich. Gdybym tylko chciała posłuchać głosu rozsądku i być stateczniejsza, powściągliwsza, mniej „en l‘air[43], mniej „coquette[44] mniej zwracać uwagi na pozory, być mniej skłonna do przypisywania niezasłużonej wartości pięknemu wyglądowi, walorom czysto zewnętrznym, mniej dumna z grzeczności okazywanych mi przez ludzi, wyróżniających się nade wszystko tyloma a tyloma stopami wzrostu, des couleurs de poupée“, „un nez plus ou moins bien fait[45] przy olbrzymiej bezgranicznej zarozumiałości — mogłabym mimo wszystko okazać się człowiekiem użytecznym, może nawet charakterem wzorowym. Tak jednak jak jest teraz... Głos małego człowieczka załamał się w tym miejscu, uwiązł mu w krtani.
Miałam ochotę podnieść na niego oczy, albo też wyciągnąć do niego rękę, czy szepnąć mu uspokajające słówko, bałam się jednak, że jeśli zrobię ruch jakiś, gotowa będę albo roześmiać się albo rozpłakać, tak dziwacznie niepojęta była w tym wszystkim mieszanina składników wzruszających i niedorzeczności zarazem.
Sądziłam, że wyładował już cały zapas swoich oskarżeń i napaści, ale nie! usiadł, aby móc mówić swobodnie w dalszym ciągu.
Z chwilą, gdy on, Monsieur Paul, zdecydował się poruszyć te sprawy, nie cofnie się przed obawą ściągnięcia na siebie mojego gniewu, i, mając na względzie dobro moje jedynie, pozwoli sobie zwrócić uwagę na zmianę, jaką dostrzegł w moim stroju. Musi przyznać, że kiedy poznał mnie po raz pierwszy — a raczej kiedy migała mu od czasu do czasu w przelocie moja postać — czyniłam najzupełniej zadość wymaganiom jego na tym punkcie. Powaga, surowa prostota, wyraźna w sposobie mojego ubierania się, mogły natchnąć najlepszymi nadziejami, dotyczącymi własnego mojego dobra. Jaki wpływ fatalny skłonił mnie do zdobienia kwiatami mojego kapelusza, do noszenia „cols brodés“ — haftowanych kołnierzyków — a nawet do ukazania się przy pewnej okazji w szkarłatnej sukni — może co najwyżej domyślać się, nie chce jednak zaznaczać otwarcie.
I znów przerwałam mu, tym razem nie bez oburzenia i zgrozy.
— Szkarłatnej, Monsieur?! Wcale nie była szkarłatna! Była różowa, a nawet blado-różowa, nadto przyćmiona czarną koronką.
— Różowa czy szkarłatna, żółta czy pąsowa, groszkowo-zielona czy lazurowo-niebieska — zupełnie bez różnicy: wszystko to są jaskrawe, obliczone na efekt kolory, a co się tyczy koronki, o której wspominam, to tylko jeden jeszcze więcej „colifichet“ — jeszcze jedno dodatkowe świecidełko — westchnął zgnębiony moim zwyrodnieniem, moim upadkiem moralnym. — Nie może — z przykrością zmuszony jest wyznać — być tak ścisły i dokładny na tym punkcie jak pragnąłby: nie znając nazw wszystkich tych „babioles“ — bawidełek, — mógłby popełnić drobne błędy w nomenklaturze, które niewątpliwie ściągnęłyby na niego moje uwagi szydercze i podnieciłyby moją nieszczęsną skłonność do nagłych, namiętnych wybuchów. Powie więc tylko na ogół — w takim ogólnym ujmowaniu nie popełni na pewno błędów — że mój strój przybrał ostatnio „des façons mondaines“ (cechy światowe) których widok rani go wręcz.
Jakie „façons mondaines“ wykryć zdołał w mojej zimowej sukni merynosowej, sukni z gładkim białym kołnierzykiem, nie potrafiłam domyśleć się, a kiedy zażądałam od niego wytłomaczenia mi tego, oświadczył, że całość zdradza zbyt wielką dbałość o efekt ogólny — a zresztą, czy i w tej chwili nawet nie noszę kokardy ze wstążki przy szyi?
— Jeśli pan nie uznaje kokardy w stroju kobiecym, nie uzna pan oczywiście rzeczy takiej jak ta w stroju męskim? — zapytałam, pokazując mu wykańczany przeze mnie lśniący, spleciony z jedwabnego i złotego kordonka łańcuszek do zegarka. Jedyną jego odpowiedzią był jęk nad moją płochością, jak przypuszczam.
Siedział kilka chwil w milczeniu, przyglądając się mojemu robieniu łańcuszka, który splatałam teraz pilniej niż kiedykolwiek i wreszcie zapytał:
— Czy wynikiem tego, co powiedział przed chwilą, będzie ostateczne znienawidzenie go przeze mnie?
Nie pamiętam co mu na to odpowiedziałam, ani też w jaki sposób doszło do naszego pojednania, nie przypuszczam nawet, abym miała w ogóle coś powiedzieć, wiem tylko, że udało nam się złożyć sobie wzajem życzenia dobrej nocy tonem zupełnie przyjacielskim. Będąc już przy drzwiach prawie, zawrócił nagle i podszedł do mnie, aby mi wyjaśnić, że „nie miał bynajmniej zamiaru potępić bezwzględnie mojej szkarłatnej sukni“ (różowej! różowej! — wtrąciłam), że nie myśli wcale utrzymywać, aby nie miała ona wyglądać ładnie (faktem było, że gust Monsieur Paula skłaniał go raczej ku kolorom zdecydowanie jaskrawym), chciałby jedynie poradzić mi, abym, ilekroć włożę ją, czyniła to w takim samym nastroju ducha, jak gdyby suknia zrobiona była z „bure“ — z grubego workowego materiału w odcieniu grain, de pussiè.
— A kwiaty na moim kapeluszu, Monsieur? — zapytałam. — Są bardzo małe...
— Niech pozostaną małe — rzekł. — Niech pani nie pozwoli im tylko rozkwitnąć w pełni.
— A kokarda, Monsieur, kawałek wstążki?
Va pour le ruban! — zgoda na wstążkę! — brzmiała pojednawcza odpowiedź.
W ten sposób ułożyliśmy sprawę.
Ładnie doczekałaś się, Lucy Snowe! — powiedziałam sobie — wysłuchałaś porządnego kazania — ściągnęłaś na siebie „un rude savon“ (zdrowe wcieranie) i wszystko to z powodu grzesznego twojego zamiłowania do próżnostek świata! Kto przypuściłby, że dojdzie do tego? Uważałaś się za melancholijną skromnisię. Panna Fanshave widzi w tobie nowoczesnego Diogenesa. Pan de Bassompierre przed kilkoma dniami uprzejmie zmienił temat rozmowy, która toczyła się dokoła szaleństw aktorki Vashti, bowiem, jak życzliwie wyraził się: „Widać po miss Snowe, że razi ją to niemile“. Doktór John Bretton zna cię wyłącznie jako „cichą, zrównoważoną Lucy“ — jako istotę, która nikomu wody nie zamąci, przesuwając się przez życie, niby cień“ — jak się wyraził. Słyszałaś także jego powiedzenie:
— Ujemną stroną Lucy jest nadmierna powaga jej upodobań i sposobu bycia — brak barwności zarówno jej natury, jak jej stroju.
Takie właśnie sprawiasz wrażenie na samej sobie i na twoich przyjaciołach, a tymczasem oto! — zjawia się mały człowieczek, którego zdanie biegunowo różni się od zdania wszystkich innych ludzi, który oskarża cię wręcz o płochość i lekkomyślność — o nadmierną światowość i próżność — o zbytnią jaskrawość i barwność! Ten szorstki, gburowaty mały człowieczek, ten surowy, nieubłagany sędzia — podchwytuje i skrzętnie gromadzi wszystkie twoje drobne grzeszki, próżności, twoją nieszczęsną różową szyfonową suknię, twoją maleńką, skromniutką girlandkę kwiatów, twój kawałek wstążki, śmieszny twój skrawek koronki — i każe ci ponosić odpowiedzialność za to wszystko razem i za każdą z tych rzeczy z osobna. Przywykłaś już do tego, że ludzie przechodzą obok ciebie, ni to obok cienia w słonecznym blasku życia: czymś nowym jest więc dla ciebie zetknięcie się z człowiekiem, który osłania przed tobą swoje oczy podniesioną do góry dłonią, oślepiasz go bowiem swoją natrętnie narzucającą się jaskrawością.




ROZDZIAŁ XXIX
IMIENINY MONSIEUR PAULA

Wstałam nazajutrz z rana na godzinę przed świtaniem i dokończyłam roboty łańcuszka, klęcząc na podłodze sypialni tuż przy środkowym słupie, aby wykorzystać ostatnie słabe migotanie dogasającej lampki nocnej.
Cały materiał użyty do tej roboty, cały zapas perełek i kordonku został wyczerpany, zanim łańcuszek osiągnął pożądaną, uplanowaną przeze mnie długość i grubość. Uplotłam go podwójnie: opierając się na regule przeciwieństwa, wiedziałam, że chcąc zadowolnić gust osoby, którą miałam na względzie, muszę nadać łańcuszkowi odpowiednio efektowny wygląd. Potrzebna mi także była na zakończenie złota sprzączka, którą, na szczęście, posiadałam przy spięciu jedynego mojego naszyjnika; odczepiłam ją więc i przyczepiłam do łańcuszka, potem ciasno zwinęłam wykończony w ten sposób i umieściłam go w małym pudełeczku, które kupiłam ze względu na jego wyjątkową kolorowość. Zrobione było z egzotycznych jakichś muszelek barwy perłowej masy, a wieczko miało wysadzane błyszczącymi niebieskimi kamykami, tworzącymi zgrabny mały wianuszek. Po stronie wewnętrznej wieczka wyryłam starannie ostrzem moich nożyczek inicjały osoby, dla której łańcuszek był przeznaczony.
Czytelnik przypomni może sobie opis imienin Madame Beck, pamięta też prawdopodobnie, że z okazji każdej takiej rocznicy urządzana była zbiórka na wspaniały dar, ofiarowywany zazwyczaj przez szkołę. Święcenie dnia imieninowego było wyróżnieniem, nie przysługującym nikomu poza samą Madame oraz, w nieco odmiennej formie, poza jej krewniakiem i głównym doradcą, Monsieur Emanuelem. W tym ostatnim wypadku był to hołd, składany raczej spontanicznie, nie omawiany i nie przygotowywany naprzód, stanowił też dodatkowy — pośród wielu innych — dowód szacunku i uznania uczennic dla profesora literatury bez względu na jego stronniczość i uprzedzenia, a zwłaszcza bez względu na jego drażliwość. Nie ofiarowywano mu żadnego kosztownego prezentu: dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie przyjąłby ani stołowych, sreber, ani nic z biżuterii. Lubił jednak być obdarowywany — wartość pieniężna prezentu nie obchodziła go, pierścień brylantowy, złota tabakierka, ofiarowywane z odpowiednio pompatycznym ceremoniałem, mniej ucieszyłyby go, niż dany mu ze szczerego serca kwiat, czy własnoręczny rysunek. Taka była właściwa jego natura. Był człowiekiem, nie uważanym za mądrego przez swoich równolatków, zdolny był wszakże wzbudzić prawdziwie synowskie uczucia w sercach młodzieży.
Imieniny Monsieur Paula przypadały pierwszego marca, w tym roku we czwartek. Pogoda była piękna, słoneczna. Jak zazwyczaj, byłyśmy obecne na mszy, tego dnia, który nadto wyróżniał się wśród pozostałych dni tygodnia połowiczną rekreacją, jaka nań przypadła, pozwalając nam odbywać przechadzki, załatwiać sprawunki w sklepach, czy składać wizyty w godzinach popołudniowych. Wszystkie te względy skłaniały nas do przywdziewania bardziej odświętnego stroju. Wkładano czyste kołnierzyki; codzienną ciemną, grubą wełnianą suknię, noszoną na wykłady szkolne, zastępowała lżejsza jakaś i jaśniejsza czy barwniejsza. Tego osobliwego dnia ustroiła się barwnie Mademoiselle Zèlie St. Pierre w „robe de soie“ — w jedwabną szatę — uważaną przez oszczędne mieszkanki Labassecour za strój wyjątkowo zbytkowny i wspaniały. Co więcej nawet, zauważono, ze posłała po „coiffeur‘a“ — fryzjera — aby utrefił jej włosy tego rana, a jeszcze bardziej spostrzegawcze uczennice wykryły nadto, że zwilżyła chusteczkę swoją i ręce nową, modną perfumą.
Biedna Zèlie! Zwykła oświadczać w owym czasie, że śmiertelnie znużyło ją życie pracy i samotności, że tęskni za zdobyciem środków materialnych i możności swobodnego wytchnienia; że chciałaby mieć kogoś, kto pracowałby za nią — męża, który pospłacałby jej długi (była fatalnie zadłużona) i dostarczałby jej strojów, pozostawiając jej przy tym swobodę, jak mówiła, „gouter un peu les plaisirs“ (zaznania trochę przyjemności). Od dawna już szeptano sobie, że zarzuciła sieci na Monsieur Emanuela. Nie ulegało wątpliwości, że spojrzenie jego spoczywało często na Mademoiselle Zèlie. Siedział nieraz minutami, nie przestając przyglądać się jej. Widywałam go nawet czyniącego to przez cały kwadrans z rzędu, podczas kiedy cała klasa zajęta była w skupionym milczeniu pisaniem wypracowania, a on siedział bezczynnie na katedrze. Świadoma bazyliszkowego, wnikliwie utkwionego w niej wzroku, niespokojnie wierciła się, zarazem czując się mile połechtaną tym, i nieco stropioną uporczywie bystrym śledzeniem przez Monsieur zmiany wyrazu jej twarzy. W wielu wypadkach zdradzał on niepokonanie groźną siłę ostrzegawczego instynktu, który pozwalał mu docierać do najgłębszych tajników myśli jej i serca i wykrywać pod pięknie barwnymi obsłonkami kierujące nią pobudki, nagą, niczym nieprzystrojoną prawdę. Dostrzegał wszystko: przewrotność dążeń, ukryte fałszywe wykręty — wszystko czego większość ludzi, zarówno mężczyzn, jak kobiet, nie widziałaby, czego nie domyślała się wcale: skrzywienie pleców, wrodzony defekt kończyn i, co znacznie gorsze, zniekształcenia i plamy moralne, powstałe może z własnej winy obarczonych nimi. Nie istniały wszakże najgorsze nawet wady, których Monsieur Emanuel nie wybaczyłby, litując się równocześnie nad nimi, o ile tylko ofiara tych braków przyznawała się do nich szczerze. Ilekroć wszakże jego badawcze oko wykrywało świadomą nieuczciwość i podstępne oszukiwanie, o, wówczas umiał być okrutny i, jak uważałam, niegodziwy nawet! Z triumfem odrzucał wówczas parawan, poza którym ukrywali się nieszczęśnicy, zmuszał ich do zdarcia obsłonek kłamstwa i fałszu i bezwzględnego obnażenia utajonej pod nimi prawdy, która nie znosi bezlitosnego zrywania kryjącej ją maski.
Był przeświadczony, że okrucieństwa tego wymaga od niego poczucie sprawiedliwości; co się mnie jednak tyczy, wątpliwym wydaje mi się, aby człowiek miał prawo do podobnego wymierzania sprawiedliwości innym ludziom. Niejednokrotnie w takich wypadkach budziły we mnie ofiary Monsieur Paula szczery odruch współczucia, gdy on sam w moim pojęciu w zupełności zasługiwał na zarzuty najsurowsze, na oburzenie przeciwko sobie i gniew. Niepodobieństwem jednak było osłabić niezłomne jego przeświadczenie o słuszności i niezbędności podobnego ustosunkowania się do ludzkich wykroczeń, błędów i braków.
Po zjedzeniu śniadania i wysłuchaniu mszy wypełniły na odgłos dzwonka uczennice i personel nauczycielski pokoje szkolne, tworząc widok pełen niepowszedniego wdzięku. Uczennice i nauczycielki starannie ubrane, wyświeżone, z wyrazem uroczystego oczekiwania w oczach, każda z wiązanką kwiatów w ręku, najwdzięczniejszych kwiatów wiosennych, wypełniających świeżym, balsamicznym swoim aromatem atmosferę szkoły. Ja jedyna nie miałam bukietu. Wielbię kwiaty rosnące, zwłaszcza na łące i w lesie, zerwane wszelako przestają być dla mnie ponętne. Widzę w nich zamarłe, skazane na rychły uwiąd stwory; zasmuca mnie ich podobieństwo do życia ludzkiego. Nie ofiarowuję nigdy kwiatów tym, których kocham; nie chciałabym nigdy otrzymywać ich od osób drogich mi.
Mademoiselle St. Pierre zauważyła od razu puste moje nie trzymające bukietu ręce — nie była zdolna jednak uwierzyć, abym mogła posunąć do tego stopnia moją opieszałość. Oczy jej żądnie wypatrywały, czy nie ukrywam gdzieś rozmyślnie symbolicznego kwiatka, jakiegoś bukiecika fijołków, czegoś osobliwego, czym mogłabym zasłużyć na pochwałę, na uznanie mojego dobrego gustu, mojej niewinności i skromności. Okazało się jednak, że pozbawiona polotu i wyobraźni „Anglaise“ nie ziściła obaw Paryżanki: siedziała naprawdę nie zaopatrzona w żaden dar wonny, ogołocona z kwiatów i liści, jak drzewo w zimie. Upewniona co do tego, uśmiechnęła się Zèlie z nieukrywanym zadowoleniem.
— Jak rozumnie postąpiła pani, zaoszczędzając pieniądze, miss Lucie — rzekła — a ja głupia wyrzuciłam dwa franki na bukiet kwiatów cieplarnianych — dodała, pokazując z dumą wspaniałą istotnie wiązankę swoją.
Ale oto: pst! — krok: jego krok. Pośpieszny, jak zwykle, tym razem wszakże, jak wyobrażaliśmy sobie, pośpiechem, wywołanym innymi uczuciami, aniżeli stały jego niepokój nerwowy i gwałtowność jego temperamentu. Wydało nam się, że, wyrażając się romantycznie, w sposobie kroczenia naszego profesora, rozbrzmiewała dzisiejszego rana przyjazna zapowiedź — jak też było w istocie.
Wszedł w nastroju rozpromienienia, które złociło dodatkowym blaskiem rozjaśnioną i bez tego salę. Dobrotliwe powitanie zebranych, okraszone życzliwym uśmiechem Monsieur Paula, rozsłoneczniło bardziej jeszcze panującą w tym dniu atmosferę powszechnego rozanielenia. Jako prawdziwy Francuz (nie wiem, co prawda, dlaczego nazywam go tak, nie był bowiem z pochodzenia ani Francuzem, ani Labassecourejczykiem) przystroił się ze względu na wyjatkową okazję i „sytuację“. Zwykłe, ponure, o charakterze stroju spiskowca raczej, fałdy jego opończy w odcieniu sadzy nie przyćmiewały zarysów jego sylwetki: wprost przeciwnie, postać jego, korzystnie uwydatniona krojem ubrania i jasną jedwabną kamizelką, sprawiała prawdziwie przyjemne wrażenie. Znikł pogański, wyzywający bonnet—grec — solenizant wszedł z obnażoną głową, trzymając w urękawiczkowanej dłoni normalny kapelusz. Mały człowieczek wyglądał dobrze, wyjątkowo dobrze: niebieskie jego oczy jaśniały dobrotliwością, smagłe policzki były zarumienione, nadając mu pozór piękna nieomal. Można było śmiało nie zwracać uwagi na to, że jego nos, bynajmniej nie małych rozmiarów, nie odznaczał się osobliwą kształtnością; nie raziła również chudość jego policzków, ani też jego usta dalekie barwą i wykrojem od różanego pączka. Przyjmowało go się chętnie takim jakim był, czując, że ma się w każdym razie przed sobą osobistość nieprzeciętną.
Podszedł do katedry, na której pulpicie umieścił swój kapelusz i rękawiczki.
Bon jour, mes amies — rzekł tonem usprawiedliwienia się niejako wobec niektórych spośród nas za niejedną surową burę, czy opryskliwe warknięcie: nie był to wesoły, urwisowsko-koleżeński ton, ani tym mniej namaszczony akcent kapłański, ale jego własny głos, używany jednak wówczas tylko, kiedy serce jego dyktowało słowa ustom. Bowiem serce to przemawiało czasem: organ ten, mimo że łatwo ulegający podraźnieniu, nie był skostniały; w jego ośrodku było miejsce tkliwe niemęską tkliwością, umożliwiającą mu zniżanie się do poziomu małych dzieci, wiążące go z dziewczętami i kobietami, z którymi, mimo że buntował się przeciwko temu, nie mógł wyrzec się bliskiej pokrewności, ani też zaprzeczyć, że na ogół łatwiej trafiał do ich serc i umysłów niż do przedstawicieli własnej płci.
— Życzymy panu wszystkie dobrego dnia i składamy panu powinszowania w dniu pańskich imienin — wyrecytowała Mademoiselle Zèlie, występując w roli orędowniczki całego zgromadzenia i równocześnie, podchodząc ku niemu ruchem pełnym afektacji, jaka stale cechowała jej chód, złożyła przed nim kosztowny swój bukiet.
Za nią nastąpił cały szereg darów: wszystkie uczennice, prześlizgując się posuwiście tanecznym krokiem, charakterystycznym dla cudzoziemek, pozostawiały na stole przed solenizantem swoje dary. Każda z dziewcząt tak zręcznie umieszczała swój kwiatowy hołd, że kiedy ostatnia wiązanka złożona została na stole, stanowiła ona szczyt kwietnej piramidy, piętrzącej się z takim przepychem że sam bohater znikł zupełnie poza nią. Po dopełnieniu tej ceremonii usiadłyśmy wszystkie na naszych miejscach, oczekując w niemym milczeniu na przemówienie solenizanta.
Upłynęło, jak przypuszczam, pięć minut, nic jednak nie przerywało martwej ciszy; potem jeszcze pięć — i wciąż ani dźwięku.
Niejedna z obecnych zaczynała już niewątpliwie dziwić się na co też Monsieur Paul może czekać. On wszelako, niemy, nieporuszony, nie znajdujący słowa, stał na swoim miejscu, poza spiętrzoną piramidą kwiatów.
W końcu rozległ się głos, głęboki, jak gdyby wychodzący z próżni:
Est-ce là tout?[46]
Mademoiselle Zélie rozejrzała się.
— Czy wszystkie złożyłyście wasze dary? — zwróciła się do uczennic.
Tak, wszystkie złożyły swoje wiązanki, od najstarszej do najmłodszej, od najwyższej wzrostem do najdrobniejszej. Główna nauczycielka stwierdziła to z naciskiem.
— Est-ce là tout? — powtórzył solenizant tonem, głębszym jeszcze niż poprzednio, zdającym się brzmieć o jeszcze kilka tonów niżej.
— Monsieur — rzekła Mademoiselle St. Pierre, podnosząc się i tym razem przybierając zwykły swój słodki uśmiech. — Mam zaszczyt oświadczyć panu, że my wszystkie obecne tutaj, z jedynym wyjątkiem, złożyłyśmy kwietne nasze hołdy. Zechce pan jednak łaskawie wybaczyć Miss Lucie: jako cudzoziemka nie zna prawdopodobnie naszych zwyczajów, albo może nie docenia jak należy ich znaczenia. Miss Lucie uważa widocznie obchód imieninowy za nazbyt małego znaczenia, aby miała zaszczycić go swoim dostosowaniem się do niego.
— Brawo! — mruknęłam przez zęby — nie jest pani Mademoiselle Zèlie, złym mówcą z chwilą gdy podejmuje się pani obowiązku przemawiania.
Odpowiedź udzielona Mademoiselle St. Pierre z wysokości katedry, ograniczyła się do gestu ręką spoza piramidy. Gest ten zdawał się zażegnywać słowa, nakazywać milczenie.
Za ręką ukazała się po chwili cała postać. Monsieur wyłonił się spoza zasłaniających go kwiatów i, wystąpiwszy na front estrady, wpatrzony tępo przed siebie w wielką „mappe-monde“ (mapę obu półkuli), pokrywającą całą przeciwległą ścianę, zapytał po raz trzeci, tym razem tragicznym już tonem:
— Est-ce là tout?
Mogłabym uratować sytuację, gdybym w tym momencie wystąpiła naprzód i wsunęła mu do ręki małe kolorowe wysadzane muszelkami pudełeczko, które trzymałam mocno zaciśnięte w ręce. Zamierzałam pierwotnie postąpić tak, przede wszystkim jednak pokusił mnie komizm zachowania się Monsieur do poniechania tego zamiaru, teraz zaś wywołało mój opór faryzeuszowsko opiekuńcze wtrącenie się Mademoiselle St. Pierre. Czytelnik, który nie miał dotychczas żadnego powodu przypisywania charakterowi miss Snowe najdalszych pretensyi do doskonałości, nie będzie chyba zdziwiony, dowiadując się, że wrodzona przekora nie pozwoliła jej bronić się przeciwko rzekomym przewinieniom, jakimi podobało się Paryżance obarczyć ją. W dodatku Monsieur Paul brał całą sprawę tak poważnie i miał minę tak tragiczną, z zasługiwał na podroczenie się z nim. Powściągnęłam też pierwotny mój odruch, ścisnęłam jeszcze mocniej w ręku pudełko i siedziałam w dalszym ciągu obojętna i nieczuła jak kamień.
— Dobrze więc! — padło wreszcie oświadczenie z ust Monsieur Paula. Równocześnie z wypowiedzeniem tych słów czoło jego omroczył cień nadchodzącej wielkiej burzy — zarysowała się na nim groźna bruzda gniewu, szyderstwa i ostatecznej decyzji; takim samym wyrazem odęły się jego usta i ściągnęły się jego policzki. Przełknąwszy wszelki dalszy komentarz, rozpoczął swój zwykły „discours“.
Nie przypominam sobie jego treści: nie słuchałam go wcale: proces przełknięcia dalszych komentarzy, nagłe bohaterskie opanowanie przez Monsieur Paula osobistej urazy i żalu natchnęły mnie uczuciem, które w połowie co najmniej równoważyło komiczny efekt powtarzania:
Est-ce là tout?
Ku końcowi przemówienia wydarzyło się zabawne intermezzo, które w przyjemny sposób przykuło znów moją uwagę.
Wskutek nieostrożnego przypadkowego — jak mi się wydaje — ruchu upuściłam na podłogę mój naparstek i, pochyliwszy się, aby go podnieść, uderzyłam się czubkiem głowy o ostry kant mojego pulpitu. Drobny ten wypadek wywołał oczywiście lekkie zamieszanie, Monsieur Paul zirytował się i, niezdolny zachować dłużej udawanej zimnej krwi, dał za wygranę trosce o godność własną i o pozory opanowania, którymi nigdy zresztą nie usiłował zaprzątać sobie głowy na dłuższą metę, i swobodnie już puścił wodze swojemu roznamiętnieniu.
Nie umiałabym powiedzieć jaką drogą w przebiegu swojego „discours“ dostał się na drugą stronę Kanału i wylądował na gruncie brytyjskim, fakt jednak, że tam właśnie zastałam go, kiedy zaczęłam słuchać jego mowy.
Ogarnąwszy szybkim krytycznym spojrzeniem cały pokój — spojrzeniem, które przebijało na wskroś, albo też miało przebić na wskroś, kiedy padło na mnie — rzucił się z furią na „les Anglaises“ (Angielki)
Nie słyszałam nigdy kobiet angielskich potraktowanych w taki sposób, w jaki potraktował je tego rana Monsieur Paul: nie oszczędził nic i nikogo — ani ich umysłowości, i ich etyki, ani ich manier i wyglądu zewnętrznego. Szczególnie utkwiło mi w pamięci wyszydzenie przez niego ich wysokiego wzrostu, ich długich szyi, ich chudych ramion, ich niedbałego stroju, pedanterii ich wykształcenia, ich bluźnierczego sceptycyzmu (!), ich nieznośnej dumy, ich udawanej cnotliwości. W tym miejscu zgrzytnął zębami z gniewu, sprawiając wrażenie, że gdyby tylko zdobył się na odwagę, mógłby powiedzieć wiele na ten temat. O, był szyderczy, cierpki, rozgoryczony i w naturalnym tego wyniku, brzydki, odrażający.
Mały, zły, zjadliwy człowieczku! — pomyślałam. — Czy warto dręczyć się obawą ściągnięcia na siebie twojego gniewu, czy zranienia twoich uczuć? Nie, zaprawdę nie! Będziesz mi obojętny, tak samo obojętny jak najnędzniejsza z wiązanek w twojej piramidzie.
Przykro mi wyznać, że nie byłam w stanie urzeczywistnić w pełni tego postanowienia. Przez jakiś czas to miotanie przez niego obelg na Anglię i Anglików, zwłaszcza na Angielki, obijało się bezskutecznie o pancerz mojej nieczułości. Znosiłam te napaści z prawdziwym stoicyzmem w ciągu jakiegoś kwadransa co najmniej, znać jednak postanowił syczący bazyliszek ukłuć mnie do żywego, zaczął bowiem obrzucać takiego rodzaju zniewagami nie tylko nasze kobiety, ale największe nasze sławy narodowe, najlepszych naszych ludzi, plwać na nasz sztandar i tarzać w błocie flagę angielską, że wreszcie dopiął swego — ukłuł mnie. Ze złośliwym upodobaniem zaczął odgrzebywać najbardziej pieprzne kontynentalne fałsze historyczne, — po nad które nie istnieje nic dotkliwiej urażającego. Zèlie i cała klasa uśmiechały się wszystkie bez wyjątku z jednako mściwą rozkoszą. Ciekawe było dla mnie przy tym wykrycie do jakiego stopnia te błaźnice Labassecouryjskie nienawidzą Anglii. Przebrała się wszakże miarka. Uderzywszy z całych sił pięścią w mój pulpit, otworzyłam usta i krzyknęłam głośno:
Vive l‘Angleterre, l‘Histoire et les Héros! — A bas la France, la Fiction et les Faquins![47]
Klasa oniemiała. Przypuszczano prawdopodobnie, że oszalałam. Profesor zasłonił usta chustką od nosa, aby ukryć w jej fałdach złośliwy swój uśmiech. Potwór! Wyobrażał sobie na pewno, że, zdoławszy doprowadzić mnie do wybuchu oburzenia, odniósł ostateczne nade mną zwycięstwo. W jednej chwili odzyskał dobry humor. Z wielką swadą oratorską i zręcznością powrócił do otrzymanych tego dnia kwiatów, rozwodząc się poetycko i symboliczenie nad ich czarem, nad balsamicznym ich zapachem, nad ich niepokalaną czystością: przeprowadzał typowo francuskie porównania pomiędzy „jeunes filles“ — młodymi dziewczętami — i czarownymi kwiatami, jakimi był otoczony; złożył Mademoiselle St. Pierre wielce wytworny komplement z racji szczególnej wspaniałości jej bukietu i wreszcie zakończył oznajmieniem, że najbliższego prawdziwie pogodnego ranka wiosennego zabierze całą klasę na śniadanie za miasto.
— Te przynajmniej spośród uczennic — dodał z naciskiem — które wolno mi zaliczyć do grona prawdziwych moich przyjaciółek.
Donc je n‘y serai pas[48] — oznajmiłam, nie namyślając się.
Soit![49] — rzucił za całą odpowiedź i, zebrawszy w jedną naręcz wszystkie kwiaty, wyskoczył jak oparzony z klasy.
I ja także, pozostawiwszy w moim pulpicie robotę, nożyczki, naparstek i zapomniane nieszczęsne, wysadzane muszelkami pudełko, uciekłam na górę. Nie wiem do jakiego stopnia Monsieur Paul był zły i rozgorączkowany, szczerze wyznaję jednak, że ja byłam i zła i rozgorączkowana.
A jednak, przejęta niezwykłym, acz przemijającym gniewem, przesiedziałam na krawędzi mojego łóżka nie dłużej niż godzinę, mając wciąż w pamięci złe spojrzenie Monsieur, jego słowa i minę, gdy już gniew mój rozwiał się i mogłam uśmiechnąć się do całej tej wizji. Trochę żal mi było, że nie wręczyłam mojego pudełeczka. Zamierzałam sprawić solenizantowi przyjemność. Los chciał inaczej.
W godzinach popołudniowych, przypomniawszy sobie, że pulpity w klasie nie są bynajmniej schowaniem nietykalnym, pomyślałam, że należałoby zabrać pudełeczko ze względu na inicjały, wyryte na wewnętrznej stronie wieczka. Inicjały te były: P. C. D. E. — Paul, Carl (czy Carlos) David Emanuel — tak brzmiały pełne imiona i nazwisko — cudzoziemcy muszą mieć zawsze cały szereg imion. Nie ociągając się, zeszłam do klasy.
Panowała tu cisza świąteczna. Uczennice przychodnie porozchodziły się wszystkie do swoich domów; stałe pensjonarki były na spacerze; nauczycielki, z wyjątkiem dyżurnej surveillante, były w mieście, składały wizyty lub robiły zakupy w sklepach: klasy były puste i tak samo pusta była wielka sala z olbrzymim swoim zapalanym w szczególne uroczystości świecznikiem, zwisającym z samego środka sufitu, oraz z dwoma bocznymi wieloramiennymi kandelabrami i z zamkniętym długim fortepianem. Nad wszystkim tym zaległa niczym niezmącona cisza dnia półświątecznego. Zdziwiona byłam, dostrzegłszy uchylone drzwi, wiodące do pierwszej klasy. Pokój ten bywał stale zamykany po opróżnieniu go z uczennic; nikt nie miał wstępu do niego poza Madame Beck i mną, w której posiadaniu pozostawał klucz zapasowy. Bardziej jeszcze zdziwił mnie, kiedy podeszłam bliżej, cichy dochodzący stamtąd szelest, niewyraźne odgłosy życia — krok, posunięcie krzesła, lekki trzask jak gdyby otwieranego pulpitu.
To niewątpliwie Madame Beck na obchodzie inspekcyjnym — przyszło mi na myśl w pierwszej chwili. Uchylone drzwi pozwoliły mi przekonać się, czy przypuszczenia moje są słuszne. Zajrzałam. O, nie, to nie sylwetka szperającej czujnie Madame, jej szal i czyściutki czepeczek, ale surdut i przystrzyżona krótko ciemna głowa mężczyzny. Zajmował on moje krzesło; jego smagła, prawie oliwkowej barwy ręka otwierała mój pulpit; nos jego był niewidoczny; tkwił głęboko w moich papierach. Cała postać zwrócona była do mnie plecami, tożsamość jej nie mogła jednak ulegać żadnej wątpliwości. Monsieur Paul — był to on oczywiście — uwolnił się już od stroju świątecznego i powrócił do ukochanego swojego wyplamionego atramentem surduta; pogański bonnet grec leżał na podłodze, jak gdyby wypadł przed chwilą z przestępczo zajętej teraz ręki.
Nie było dla mnie bynajmniej nowiną, że ręka ta pozostawała w nader intymnych stosunkach z moim biurkiem: mogłoby ono zdradzić niejedną jej tajemnicę. Sprowokowana tą obecnością, zarazem zadowolona, że mogłam go przyłapać, — doświadczyłam uczucia gospodyni, wykrywającej wreszcie, który to ze sprzymierzonych duszków domowych zakrada się do mleczarni i uwija się przy maślnicy. Cichutko wślizgnęłam się do klasy i stanęłam tuż za Monsieur Paulem, pochylona ostrożnie nad jego plecami.
Serce żywiej zabiło w mojej piersi na widok przyniesionych mi przez niego — po wrogości tego rana, wywołanej rzekomym moim przewinieniem, po okrutnym jakoby zranieniu przeze mnie jego uczuć — kilku ładnie oprawnych nowych tomów, których tytuły i nazwiska autorów były wystarczającą rękojmią ich wartości. Gotów był więc zapomnieć i przebaczyć! W tej chwili, pochylony nad moim biurkiem odwracał do góry dnem całą jego zawartość, bardzo ostrożnie jednak i starannie, aby nie uszkodzić nic i nie zrobić nieporządku. Jego wyraźna życzliwość dla mnie, dbałość o niewyrządzenie mi żadnej krzywdy, rozproszyły rychło mój gniew. W tej chwili nie żywiłam dla profesora Emanuela żadnych wrogich uczuć.
Przypuszczam, że czujne jego ucho podchwyciło szmer mojego oddechu, odwrócił się bowiem nagle. Pomimo swojej nerwowości, nie wzdrygał się nigdy, zaskoczony niespodzianie, i rzadko rumienił się. Była w nim niezwykła jakaś prostolinijność i nieugiętość.
— Myślałem, że poszła pani do miasta z innymi nauczycielkami — rzekł, usiłując nie zatracać zwykłego opanowania, co jednak nie zbyt udało mu się. — Wszystko jedno zresztą. Wyobraża sobie pani, że robię coś z przychwycenia mnie przez panią? Nic a nic. Często przeglądam biurko pani.
— Wiem o tym.
— Tak, bo znajduje pani od czasu do czasu książkę jakąś, albo broszurę, ale nie czyta ich pani prawdopodobnie dlatego, że cuchną cygarami.
— Tak, rażą mnie tym właśnie, czytam je wszelako.
— Bez przyjemności?.
— Nie śmiem przeczyć temu, co mówi Monsieur.
— Podobają się pani? A przynajmniej niektóre z nich?
— Monsieur widywał mnie czytającą je setki razy, a wiadomo mu wszak, że nie mam tylu przyjemności, abym mogła nie doceniać tych, które zawdzięczam panu.
— Mam w stosunku do pani najlepsze chęci, o ile też spotykają się one z uznaniem ze strony pani, są usiłowania moje wynagrodzone. Dlaczego jednak me możemy być przyjaciołami?
— Fatalista odpowiedziałby: dlatego że nie możemy.
— Dzisiejszego rana — mówił dalej — obudziłem się w jak najlepszym usposobieniu i poszedłem do klasy, czując się szczęśliwym; pani zepsuła mi cały dzień.
— Nie — odparła, — tylko dwie czy trzy ranne godziny, a i to nie rozmyślnie.
— Nie rozmyślnie?! Nie. Był to dzień moich imienin; wszyscy, z wyjątkiem pani jedynie, złożyli mi życzenia szczęścia. Małe dziewczynki z najniższej klasy zdobyły się na dary dla mnie; każda przyniosła po bukieciku fijołków, każda wyszczebiotała swoje powinszowanie, a pani nic. Czy można więc twierdzić, że nie było to uczynione rozmyślnie?
— Nie miałam zamiaru wyrządzać Monsieur krzywdy.
— Czyżby pani naprawdę nie znała naszych zwyczajów? Nie była pani przygotowana? Chętnie wydałaby pani parę centymów na kupno kwiatów, aby sprawić mi przyjemność, gdyby pani mogła przypuszczać, że będę liczył na to ze strony pani? Niech pani powie, że tak było, a wszystko będzie zapomniane i przykrość jakiej doznałem, uśmierzona.
— Owszem: wiedziałam, że Monsieur spodziewa się tego po mnie; byłam przygotowana, nie wydałam jednak ani centyma na kwiaty.
— Dobrze pani robi, że szczerze i uczciwie przyznaje się pani do tego. Wstręt wzbudziłoby we mnie kłamstwo z ust pani. Wolę już, aby pani oświadczyła wręcz:
Paul Carl Emanuel, je te déteste, mon garçon[50] aniżeli, aby pani miała udawać zainteresowanie i sztucznie uśmiechać się, będąc zimną i obłudną w głębi duszy. Nie sądzę, aby pani była zimna i obłudna; wierzę jednak, że popełniła pani wielki błąd i źle pokierowała pani swoim życiem. Przypuszczam, że sąd pani jest wypaczony — że jest pani obojętna tam, gdzie powinna pani być wdzięczna, oddana, natomiast, a może nawet rozkochana tam, gdzie powinna pani być zimna, jak nazwisko, jakie pani nosi![51] Niech pani nie sądzi, że chciałbym widzieć ją rozkochaną we mnie, Mademoiselle. Dieu vous en garde![52] Dlaczego pani wzdryga się tak? Dlatego, że mówiłem o rozkochaniu? Mówię raz jeszcze o tym. Istnieje taki wyraz i istnieje takie uczucie, jakkolwiek, chwała Bogu nie w obrębie tych murów. Nie jest już pani dzieckiem, aby nie wolno było mówić w obecności pani o tym, co istnieje: Ja jednak wymieniłem wyraz tylko, uczucie samo — mogę panią zapewnić o tym — jest obce całemu mojemu życiu i poglądom. Zamarło ono w przeszłości — obecnie leży pogrzebane — mogiła jego jest wyryta głęboko, a na niej usypany wysoki kurhan od wielu zim już. W przyszłości nastąpi zmartwychwstanie; chcę wierzyć w to na pocieszenie własnej duszy; wówczas wszelako zmieni się wszystko — forma i uczucie, śmiertelny zyska nieśmiertelność, odrodzi się nie dla ziemi, ale dla nieba. Wszystko, co mogę powiedzieć pani, miss Lucy Snowe, to jedynie, że powinna pani traktować profesora Paula Emanuela przyzwoicie.
Nie mogłam i nie chciałam przeczyć zasadności podobnego przeświadczenia.
— Niech mi pani powie, — dodał — kiedy są pani imieniny, a na pewno nie poskąpię kilku centymów na drobny dar.
— Zrobi pan to samo tylko co ja zrobiłam, Monsieur. Kosztowało to więcej niż kilka centymów, których nie poskąpiłam jednak.
Mówiąc to, wyjęłam z biurka małe pudełeczko i podałam mu je.
— Miałam je gotowe w ręku dzisiejszego rana — dodałam — i gdyby Monsieur miał nieco więcej cierpliwości, a Mademoiselle St. Pierre nie wtrąciła się zgoła niepotrzebnie, a może także — zmuszona jestem zaznaczyć — może gdybym i ja sama była bardziej opanowana i rozsądniejsza, wręczyłabym je panu we właściwej chwili.
Spojrzał na pudełeczko: widziałam, że podobała mu się jasna, ciepła jego barwa i lazurowy wianuszek. Poprosiłam go, aby je otworzył.
— Moje inicjały! — zawołał, wskazując na litery na wewnętrznej stronie wieczka. Od kogo dowiedziała się pani, że na imię mi Karol Dawid?
— Od małego ptaszka, Monsieur.
— Czy leci on ode mnie do pani? Mógłbym więc w razie potrzeby przywiązać mu pod skrzydełko wieść do przesłania.
Wyjął z pudełeczka łańcuszek — drobiazg oczywiście ze względu na jego wartość pieniężną, ale ładnie połyskujący jedwabiem kordonka, mile iskrzący się perełkami. Podobał mu się wyraźnie, zachwycał się nim z bezpośredniością dziecięcą nieledwie.
— To dla mnie?
— Tak, dla pana.
— Nad tym właśnie pracowała pani wczoraj wieczorem?
— Nad tym.
— Skończyła pani to dzisiaj rano?
— Nie wcześniej.
— I zabrała się pani do tej roboty z intencją ofiarowania jej mnie?
— Oczywiście!
— Aby ofiarować mi łańcuszek w dniu moich imienin?
— Tak.
— I nie zmieniła pani swojego zamiaru przez cały czas pracy nad nim?
I na to pytanie dałam twierdzącą odpowiedź.
— Nie mam potrzeby więc odcinać żadnego jego kawałka — mówiąc, że ta część jest moja, a ta nie moja: że ten kawałek łańcuszka był robiony z myślą o kim innym i służyć miał ku ozdobie kogo innego?
— Bynajmniej. Nie byłoby to ani potrzebne, ani słuszne.
— Zatem cały łańcuszek należy do mnie?
— Tak, całkowicie do pana.
Zdecydowanym ruchem rozpiął Monsieur swój surdut, wspaniale ułożył łańcuszek na swojej piersi, starając się uwydatnić z jego całości jak tylko dało się najwięcej i ukryć jak tylko dało się najmniej: nie umiał ukrywać tego, czym się zachwycał i co uważał za osobliwe ozdobne i dekoracyjne. Co się tyczy samego pudełeczka, wyraził się o nim, że jest prawdziwą bonboniereczką — nawiasem powiedziawszy bardzo lubił bonbons — cukierki, — że zaś lubił zawsze dzielić się z innymi tym, co sprawiało przyjemność jemu samemu i co mu się podobało, rozdawał swoje dragées — pastylki — równie szczodrze jak swoje książki. Pośród darów przyjaznego duszka, pozostawianych w moim pulpicie zapomniałam wyliczyć niejeden rulonik nadziewanych czekoladek. Jego gusty na tym punkcie były typowymi gustami południowca, dziecięcymi w naszym pojęciu. Jego drugie śniadanie składało się przeważnie z „brioche“ — ciastka drożdżowego, — które często dzielił z jednym z dzieci najmłodszego oddziału.
A présent c‘est un fait accompli[53] — rzekł, zapinając ponownie swój surdut. Nie było już więcej mowy o tym pomiędzy nami.
Przerzuciwszy jeszcze obie przyniesione książki i wyciąwszy z nich scyzorykiem swoim kilka kartek (stale przeglądał książki i usuwał z nich to, co uważał za wskazane, zanim je pożyczał, zwłaszcza o ile były to powieści; nie raz gniewała mnie surowość jego cenzury: wycięte kartki psuły niejednokrotnie tok opowiadania) — wstał, grzecznie dotknął dwoma palcami swego bonnet grec i gestem tym pożegnał mnie.
— Jesteśmy przyjaciółmi teraz — pomyślałam — aż do następnej naszej kłótni.
Omal nie pokłóciliśmy się tegoż wieczora jeszcze, ale — rzecz nadzwyczajna! — tym razem nie wykorzystaliśmy okazji po temu.
Wbrew wszelkim przewidywaniom przybył w porze wieczornego przygotowywania lekcyj. Mając go pośród nas przez cały ranek, nie spodziewałyśmy się jego przybycia wieczorem. Zaledwie jednak zasiadłyśmy do pracy, zjawił się niespodziewanie. Przyznaję, że rada mu byłam, tak bardzo rada, że mimo woli przywitałam go uśmiechem, a kiedy skierował się ku temu samemu miejscu, które stało się wczoraj powodem tak poważnego naszego starcia, baczyłam pilnie, aby nie odsuwać się od niego zbytnio. Widziałam, że spogląda podejrzliwie spod oka, czy nie cofam się za daleko, nie uczyniłam tego jednak, mimo że ławka była dość natłoczona.
Przestało zależeć mi na odsuwaniu się od Monsieur Paula. Przywykłam już do jego surduta i do bonnet grec i dlatego sąsiedztwo ich nie wydawało mi się ani tak bardzo nieprzyjemne, ani przerażające. Nie siedziałam obok niego zduszona „asphyxiée“ (jak zwykł wyrażać się): poruszałam się, kiedy chciałam poruszyć się, nie krępowałam się odkaszlnąć, o ile miałam ochotę po temu, a nawet ziewnąć, o ile byłam zmęczona — słowem robiłam co mi się podobało, ślepo ufna w jego pobłażliwość. Śmiałość moja nie ściągnęła na mnie — tego wieczora przynajmniej, kary, na jaką zasłużyłam może: Monsieur Paul był nie tylko wyrozumiały, ale dobrze usposobiony; ani razu nie rzuciły jego oczy gniewnego spojrzenia, ani jedno popędliwe słowo nie zerwało się z jego ust. Aż do końca wieczora nie zwrócił się bezpośrednio do mnie ani razu, czułam jednak, że usposobiony jest dla mnie prawdziwie przyjacielsko. Milczenie bywa różnego rodzaju i odmienne miewa znaczenie: żadne słowa nie mogłyby wyrazić milszej treści, aniżeli wyrażała bezsłowna obecność Monsieur Paula. Kiedy wniesiono tacę z mlekiem i bułkami i zapanował gwar, towarzyszący zazwyczaj spożywaniu wieczerzy, powiedział tylko, odchodząc, że życzy mi dobrej nocy i przyjemnych snów. Po tym pożegnaniu spędziłam dobrą noc i miałam przyjemne sny.




ROZDZIAŁ XXX
MONSIEUR PAUL

Radzę jednak czytelnikowi, aby nie spieszył się z formułowaniem dodatnich wniosków, czy z wyobrażeniem sobie — z nazbyt pochopną sympatią dla właściwej natury ludzkiej — że od tego dnia charakter Monsieur Paula zmienił się z gruntu, że stał się on łatwy we współżyciu z nim, że przestał zagrażać w każdej chwili sianiem zamętu i niepokoju w promieniu swojej osoby.
Nie. Był w dalszym ciągu i pozostał małym człowieczkiem, ulegającym nieprzewidzianym, nieuzasadnionym kaprysom i nastrojom. Ilekroć bywał przepracowany, co zdarzało mu się często, wpadał w stan ostrego podraźnienia; w żyłach jego krążyła żywa belladonna, płynąca z zatrutego źródła zazdrości. Nie mam na myśli dyktowanej przez uczucie, tkliwej zazdrości serca ale owo niepomiernie surowsze, ciaśniejsze uczucie, którego siedliska szukać należy w mózgu raczej.
Ilekroć przyglądałam się Monsieur Paulowi, marszczącemu groźnie brwi, czy wysuwającemu dolną szczękę przy korygowaniu którego z moich wypracowań, nie zawierających tylu błędów, ilu życzyłby ich sobie (lubił stwierdzać moje błędy: szereg użytych mylnych wyrażeń był mu równie miły, jak garść smacznych orzechów), przychodziło mi na myśl, że zachodzi pewne podobieństwo pomiędzy nim a Napoleonem Bonaparte. Żywię to przekonanie do dnia dzisiejszego.
Podobny był do wielkiego Cesarza bezwstydnym nieuznawaniem wielkoduszności. Tak samo jak Napoleon gotów był wykłócać się z dziesiątkami wykształconych kobiet i uprawiać bez zarumienienia się system drobnych swad, waśni i wzajemnych oskarżeń, podsuwanych mu przez liczne, wzajem zwalczające się, kopiące pod sobą dołki koterie, jakimi zwykł otaczać się, nie dbając, że dzieje się to z ujmą dla jego godności osobistej. Bez wahania skazałby na wygnanie pięćdziesiąt pań de Staël, o ile odważyłyby się urazić go czym, współzawodniczyć z nim na jakimkolwiek punkcie, czy bodaj nawet przeciwstawić mu się.
Żywo zapamiętałam jedną z gorętszych jego utarczek z niejaką Madame Panache — niewiastą, zatrudnioną chwilowo przez Madame Beck, na której pensji udzielała lekcyj historii. Była to osoba wykształcona, to znaczy posiadająca wiele wiadomości i, co ważniejsze, sztukę umiejętnego szermowania nimi. Umiała doskonale wysławiać się i miała bezgraniczną wiarę w samą siebie, w swoją nieomylność. Jej powierzchowność nie była również pozbawiona stron dodatnich. Przypuszczam nawet, że wielu uznałoby ją za „piękną kobietę“, mimo to jednak istniały pewne cechy jej dojrzałych, obfitych wdzięków, zarówno jak jej głośnej, rzucającej się w oczy osobowości, z którymi nie mógł pogodzić się wysubtelniony, kapryśny gust Monsieur Paula. Już samo brzmienie jej głosu, rozlegającego się w carré, działało na niego ni to zacięcie ostrogą; jej długie, zamaszyste kroki na korytarzu doprowadzały go do takiej pasji, że chwytał z katedry wszystkie swoje książki i papiery, i znikał momentalnie.
Odważywszy się pewnego dnia z wyraźnie złośliwą intencją wpaść do klasy podczas jej wykładu, błyskawicznie, ze zwykłą swoją bystrością i przenikliwością przejrzał na wskroś jej metodę nauczania, biegunowo różną od umiłowanego własnego jego systemu. Ani myśląc ceremoniować się, ani zachować kardynalnych wymogów najpospolitszej grzeczności, brutalnie wykazał jej rzekome błędy, jakie popełniała, a raczej to, co w jego pojęciu było błędne w jej wykładzie. Nie wiem na co liczył: na jej ukorzenie się, przed jego autorytetem, czy chociażby na uważne wysłuchanie przez nią jego zarzutów, spotkał się wszakże z zaciętym oporem, wyrażonym w postaci ostrego zgromienia go za jego nie dające się istotnie niczym usprawiedliwić wtrącanie się do nie swoich rzeczy.
Zamiast wycofać się z godnością, jak mógłby jeszcze uczynić, rzucił jej bez namysłu rękawicę do boju. Madame Panache, wojownicza niczym Penthesilea, podniosła ją odważnie i z najwyższym zlekceważeniem wścibskiego przeciwnika obrzuciła go stekiem słów obelżywych. Monsieur Emanuel był wymowny, ale Madame Panache przewyższała go stokrotnie obrotnością swojego języka. Pomiędzy nimi obojgiem zawrzała niepohamowana walka na słowa. Zamiast wesoło podrwiwać z urodziwej przeciwniczki, z chorobliwej jej miłości własnej i z nieukrywanej jej pewności siebie, zionął Monsieur Paul najgłębszą nienawiścią dla niej, czyniąc jej zaszczyt poważnego wściekania się na nią, mściwego, nieubłaganego prześladowania jej, i dopóty nie zaznał snu ani odpoczynku, nie miał należytych korzyści z odżywiania się, a nawet nie czuł właściwego smaku w zaciąganiu się cygarem, dopóki nie wygryzł jej ostatecznie z murów szkolnych. Profesor zwyciężył, nie mogę jednak powiedzieć, aby laury zwycięstwa wdzięcznie przyozdobić miały jego skronie. Pozwoliłam sobie kiedyś nawet na odnośną uwagę. Ku wielkiemu mojemu zdumieniu przyznał, że mogę mieć słuszność, zarazem jednak zaznaczył, że ilekroć zdarza mu się zetknąć z kobietą czy mężczyzną o naturze prostaczej, zadowolonej z siebie, słowem typu, jaki uosabia w całej pełni Madame Panache, nie jest w stanie zapanować nad uczuciem wstrętu, jaki go ogarnia, wstrętu niewypowiedzianego, domagającego się ujawnienia go czynem, prowadzącego do wytaczania wojny na śmierć i życie.
W trzy miesiące później, dowiedziawszy się, że pokonana przez niego przeciwniczka znalazła się w złych warunkach z powodu braku zajęcia, zapomniał o swojej nienawiści i, jednako czynny w złym i dobrym, poruszył niebo i ziemię, aby wystarać się dla niej o posadę, aż wreszcie dopiął celu. Kiedy jednak przyszła, aby ostatecznie przekreślić dawne nieporozumienia i podziękować mu za okazane jej ostatnio względy, jej głos — zbyt donośny — jej butny, nieco narzucający się sposób bycia, tak na niego podziałały, że po dziesięciu minutach zerwał się i z ukłonem pożegnalnym zmusił ją — a raczej siebie — do opuszczenia pokoju w przystępie najwyższego rozdraźnienia nerwowego.
Jako dopełnienie śmiałego porównania Monsieur Paula z wielkim cesarzem Francuzów zaznaczyć muszę, że i na punkcie dążenia do zagarnięcia władzy, a, po jej osiągnięciu, utrzymania jej żelazną ręką, był Monsieur Paul podobny do Napoleona. Był człowiekiem, któremu nie zawsze należało ulegać. Czasem niezbędne było okazanie wobec niego oporu, odważne postawienie mu się sztorcem, nieustraszone spojrzenie mu wprost w oczy i wyjawienie szczerze i otwarcie, że jego wymagania przekraczają granice zdrowego rozsądku, że jego absolutyzm równa się już tyranii nieledwie.
Zapowiedzi i pierwsze przebłyski wyjątkowych uzdolnień, na jakie natrafiał w swojej karierze nauczycielskiej i jakie zaczynały rozwijać się pomyślnie pod jego kierunkiem, w dziwny sposób podniecały, a nawet niepokoiły go. Niechętnie na pozór obserwował ich wywalczanie sobie prawa do życia, nie podając obdarzonym nimi pomocnej ręki i zdając się mówić: „Utorujcie sobie drogę, jeśli czujecie się na siłach“ — sam jednak nie czynił nic, aby przyśpieszyć ich wyklucie się w pełni.
A i wówczas nawet, kiedy trudności i niebezpieczeństwa pierwszego, najtrudniejszego stadium walki były szczęśliwie pokonane, kiedy zaczerpnięty został oddech życia i kiedy widział sam, że płuca działać zaczynają sprawnie, a serce bić normalnie, kiedy rozpoznawał w oczach błysk ożywiającej je energii — i wówczas jeszcze nie spieszył z zaofiarowaniem swojego poparcia.
— Musicie dać dowód waszej istotności, zanim wezmę was pod moją opiekę — brzmiał jego nakaz. A jakimi trudnościami obwarowywał danie tego dowodu! Jakie ciernie i kolce, jakie krzemienie ciskał pod stopy, nie nawykłe jeszcze do uciążliwej drogi! Pilnował czujnie i nieubłaganie należytego, nieulękłego wykonania zadań, jakie narzucał. Szedł za śladami stóp, znaczonymi często krwią w miarę zbliżania się do celu — szedł za nimi ponuro, dzierżąc straż najczujniejszą nad przynaglanym przez ból pielgrzymem. A kiedy wreszcie użyczał mu chwili odpoczynku, zanim jeszcze sen zmrużyć zdołał zmęczone powieki, rozwierał je szeroko nieubłaganym nie znającym litości palcem, zapuszczając wzrok po przez źrenice i tęczówki aż do dna mózgu, do dna serca, aby zbadać czy nie znajdzie tam przyczajonych w najtajniejszych kryjówkach śladów próżności, dumy czy fałszu.
A kiedy pozwalał ciężko wypróbowywanemu nowicjuszowi zasnąć wreszcie użyczał mu dobrodziejstwa snu na chwilę tylko, po czym budził go nagle, aby poddać go nowym sprawdzianom: wysyłał go w trudnych przykrych misjach, mimo że biedak upadał ze znużenia; poddawał próbom jego temperament, sprawność jego zmysłów wytrzymałość jego zdrowia, i dopiero po przeprowadzeniu go przez najściślejszy probierz najsurowszych doświadczeń, kiedy użyte już były i zastosowane najbardziej żrące płyny, które nie przyćmiły jednak przyrodzonego blasku jego talentu, wówczas dopiero uznawał talent ten za samorodny i, nie przerywając wciąż jeszcze chmurnego milczenia, decydował się przyłożyć ważką pieczęć swojej aprobaty.
Mówię o tych jego ujemnych rysach, opierając się na zaznanym doświadczeniu osobistym.
Aż do momentu, w którym kończy się ostatni rozdział tych wspomnień, nie był Monsieur Paul moim profesorem — nie udzielał mi lekcyj. W owym czasie jednak, będąc przypadkowo świadkiem wykazania przeze mnie nie tylko nieznajomości pewnego działu wykształcenia (zdaje mi się, że była to arytmetyka) ale tak wielkiej na tym polu ignorancji, że — jak trafnie zauważył — powstydziłby się jej uczeń utrzymywanej kosztem dobroczynności szkółki elementarnej, wziął mnie pod swoją opiekę. Wyegzaminowawszy mnie przede wszystkim, stwierdził — zbyteczne chyba zaznaczać — kolosalne moje braki, wskazał mi odpowiednie podręczniki i wyznaczył szereg zadań do przerobienia.
Czynił to zrazu z przyjemnością, a nawet z nieukrywanym zadowoleniem, przyznając łaskawie, że, uważa mnie za „bonne et pas trop faible“ — dobrą i nie zbyt słabą — to znaczy dość chętną i nie zupełnie pozbawioną zdolności, jednakże — wskutek, jak przypuszczał, niesprzyjających warunków jak dotychczas, w stanie fatalnie upośledzonego rozwoju.
Początkowe stadium wszelkiego wysiłku zaznaczało się u mnie zawsze stanem niezwykłego otępienia. Nie umiałam nigdy, nawet zawiązując zwykłą znajomość, dawać dowodów przeciętnej bystrości umysłu. Trudne, gnębiące przejście poprzedzało odwrócenie każdej nowej karty mojego życia.
Dopóki też trwał ten stan przejściowy, był Monsieur Paul prawdziwie dobry i wyrozumiały dla mnie; widział jak bardzo cierpię i litował się nade mną, rozumiejąc jak bardzo muszę czuć się upokorzona własną nieudolnością. Nie mam też słów na opisanie jego życzliwej gotowości udzielania mi pomocy. Oczy jego zachodziły mgłą wzruszenia, ilekroć łzy wstydu z powodu daremności wysiłku zbierały się pod moimi powiekami. Mimo że i bez tego przeciążony był pracą, urywał połowę godzin wolnych, aby móc poświęcać je na udzielanie mi wskazówek.
Ale, o dziwo! — z chwilą, kiedy to z trudem przedzierające się przez chmury świtanie zaczynało wreszcie ustępować pełni światła dziennego, kiedy moje władze umysłowe zaczynały wyzwalać się ze spowijającego je mroku i kiedy wybiła i dla mnie wreszcie godzina energii i spełnienia się zapowiedzi; kiedy dobrowolnie podwajałam, potrajałam, czterokrotnie nawet mnożyłam zadania, jakie polecał mi odrobić, (sądziłam, że sprawię mu tym przyjemność) przeistoczyła się jego pierwotna dobroć w niesłychaną surowość, światło w jego oczach — z promienności w słabą iskierkę zaledwie; niecierpliwił się, zrzędził, władczo nakładał hamulec na mój zapał. Im solidniej pracowałam, na im większy wysiłek zdobywałam się, tym mniej zdawał się zadowolony ze mnie. Sarkastyczne uwagi, których surowość płoszyła mnie i zdumiewała, sypały się nieustannie na moją głowę, za nimi następowały pełne rozgoryczenia napaści na „dumę intelektu“. Wysłuchiwać musiałam dziwnie mętnych gróźb Bóg wie jakiego oczekującego mnie losu, o ile poważę się przekroczyć granice, jakie przystoją mojej płci i ośmielę się żywić niedozwolone dążenia do niekobiecej wiedzy. Niestety! Nie miałam bynajmniej podobnych dążeń. Nie żałowałam wysiłków, aby osiągnąć to co lubiłam, szlachetny wszelako głód wiedzy abstrakcyjnej — boskie pragnienie dokonywania odkryć samorzutnych — podniosłe uczucia te znane mi było z nader przelotnych przebłysków zaledwie.
A jednak, właśnie te nieubłagane szyderstwa Monsieur Paula sprawiły, że zapragnęłam rozwinąć moje zdolności w pełni; jego niesprawiedliwość pobudzała mnie do rojenia ambitnych dążeń, była dla mnie najskuteczniejszym bodźcem, przypinała skrzydła moim pragnieniom.
Zrazu, zanim jeszcze zdołałam wniknąć w kierujące nim pobudki, cierpiałam srodze z powodu tych niepojętych dla mnie szyderstw jego, stopniowo wszakże jęły one rozgrzewać krew w moich żyłach i podniecać ją do szybszego krążenia. Bez względu na to jakimi władzami umysłowymi — kobiecymi czy niekobiecymi — podobało się Bogu obdarzyć mnie, postanowiłam nie wstydzić się żadnych z nich.
Walka, jaka rozgorzała pomiędzy mną a Monsieur Paulem, była bardzo zacięta przez czas jakiś. Wydawało się, że zupełnie utraciłam życzliwość jego: traktował mnie dziwnie. W momentach największej swojej niesprawiedliwości dowodził, jakobym oszukała go, udając „faible“ — jak to nazywał — tępą; to znów utrzymywał, jakobym wprowadzała go w błąd, symulując fałszywe zdolności. Jeszcze kiedy indziej ostro napadał na mnie i oskarżał o najdalej idące naśladownictwo, a nawet o niemożliwe plagiaty; twierdził, jakobym posuwała się do wyciągania rdzenia z książek, o których w rzeczywistości nie słyszałam nawet i których odczytywanie pogrążyłoby mnie nieuchronnie w sen jak najgłębszy.
Pewnego razu, kiedy rzucił mi w twarz podobne oskarżenie, nie wytrzymałam i ostro przeciwstawiłam mu się. Zebrawszy naręcz książek z mojego biurka, zapełniłam nimi mój fartuch, aby cały ten balast cisnąć Monsieur pod nogi.
— Niech pan je zabierze, Monsieur — rzekłam — i niech pan przestanie uczyć mnie. Nie prosiłam pana nigdy o zrobienie ze mnie uczonej a pan czyni co może, aby kazać mi odczuć do głębi, że zdobywanie wiedzy nie jest szczęściem.
Powróciwszy do mojego biurka, oparłam głowę na ramieniu, zamilkłam i w ciągu dwóch dni po tej rozmowie nie odzywałam się do profesora ani słowem. Widziałam, że boli go to, a i ja byłam szczerze zmartwiona. Jego przyjazny stosunek do mnie był mi bardzo miły i drogi — przyjemność nowa dla mnie i nie dająca porównać się z niczym. Teraz, kiedy pozbawił mnie jej, nie dbałam już o jego lekcje.
Książki nie zostały jednak zabrane, odłożył je starannie na poprzednie ich miejsce i przyszedł jak zwykle na lekcję ze mną. Nastąpiło pogodzenie się — może uległam zbyt pośpiesznie; powinna byłam wytrzymać dłużej sytuację, kiedy jednak spojrzał na mnie takimi dobrymi, poczciwymi oczami, i wyciągnął do mnie rękę gestem przyjacielskim, nie była w stanie pamięć moja zachować z należną siłą chwil przecierpianej z jego powodu udręki. A zresztą, pogodzenie się bywa zawsze tak bardzo miłe!
Pewnego rana przyszło zaproszenie od mojej chrzestnej matki, abym wraz z nią wysłuchała ciekawego odczytu, jaki miał być wygłoszony w opisanej już poprzednio auli publicznej. Doktór John przyniósł to zaproszenie osobiście i przekazał je ustnie Rozynie, która nie zawahała się pójść za Monsieur Emanuelem, przechodzącym w owej chwili do najwyższego oddziału, w jego obecności stanęła „carrément“ — śmiało — przed moim biurkiem i, wsunąwszy obie ręce w kieszonki zgrabnego fartuszka, powtórzyła głośno polecenie doktora Johna, dodając poufnie:
Qu‘il est vraiment beau, mademoiselle, ce jeune docteur! Quels yeux, quel regard! Tenez! J‘en ai le coeur tout ému![54]
Po jej odejściu zapytał mnie profesor dlaczego pozwalam, aby „cette filie effrontée, cette créature sans pudeur[55] zwracała się do mnie w takich słowach.
Nie mogłam odpowiedzieć mu na to w sposób uspokajający. Słowa, użyte przez Rozynę, były tego rodzaju, jakimi zwykła stale posługiwać się młoda osoba jej typu, pod której czaszką nie było zbyt wiele miejsca na narządy szacunku i powściągliwości. A zresztą, to co powiedziała o młodym doktorze, odpowiadało w zupełności istocie rzeczy. Graham był przystojny, miał piękne oczy i przenikające na wskroś spojrzenie. Z ust moich zerwała się stwierdzająca to uwaga.
Elle ne dit que la vérité[56] — rzekłam.
Ah! vous trouvez?[57]
Mais, sans doute![58]
Lekcja, jaka przypadła tego dnia, odbyła się w ten sposób, że byłyśmy szczerze rade, kiedy skończyła się wreszcie. Po jej przeminięciu wybiegły uczennice pędem, zadowolone, ale wciąż jeszcze drżące. I ja także zamierzałam wyjść. Zatrzymał mnie wszelako rozkaz pozostania. Bąknęłam, że chciałabym zaczerpnąć świeżego powietrza — piec był rozpalony, klasa niemożliwie przegrzana. Nieubłaganie surowy głos kazał mi zamilknąć. Salamandra ta, dla której nie było nigdy zbyt gorąco w pokoju, usiadła pomiędzy moim biurkiem, a piecem, — dziwię się, że nie upiekła się żywcem — i zaczęła od uraczenia mnie grecką jakąś cytatą!
W duszy Monsieur Emanuela czaiło się stałe podejrzenie, że znam zarówno grekę, jak łacinę. Podobnie jak o małpach utrzymuje się, jakoby posiadały zdolność mówienia, nie korzystały z niej jednak, ukrywając ją przez obawę, że mogłaby być wyzyskana na ich niekorzyść, tak samo i mnie przypisywany był zasób wiedzy, występnie i umiejętnie przeze mnie tajony. Posądzano mnie o zaznanie przywilejów „klasycznego wykształcenia“, o raczenie się miodem z góry Hymettus, o przechowywanie nagromadzonej w mojej pamięci szczerozłotej tej skarbnicy i kontynuowanie obecnie w milczeniu moich usiłowań potajemnego ćwiczenia mojego umysłu.
Setki wybiegów stosował Monsieur Paul, aby podpatrzeć mój sekret, aby groźbą, czy zaskoczeniem niespodzianym wymusić ze mnie przyznanie się. Kładł czasem przede mną greckie i łacińskie książki; a potem czujnie obserwował mnie, podobnie jak dozorcy więzienni kusili Joannę d‘Arc rozłożonym przed nią ubiorem wojownika i czekali co z tego wyniknie. Innym razem znów cytował nie wiem jakich autorów i nie mam pojęcia jakie poetyckie ustępy i podczas wypowiadania dźwięcznych, mile wpadających w ucho wierszy (dźwięki klasyczne harmonijnie wychodziły z jego ust; miał piękny głos, osobliwie nadający się do rozpiętości, modulowania i niezrównanej siły wyrazu) nie spuszczał ze mnie wnikliwego, przewiercającego na wskroś i często złośliwego wzroku. Wyraźne było, że liczył na rewelacyjne wyniki mojego sposobu reagowania na te zasadzki, oczekiwania jego nigdy wszakże nie urzeczywistniały się — nie rozumiejąc deklamacji, nie mogłam być oczywiście ani oczarowana nią, ani znudzona.
Stropiony — zły nieledwie — nie wyzbywał się jednak swojej myśli prześladowczej; moja wrażliwość uznana została za kamienną nieczułość, twarz moja za maskę. Nie był w stanie uwierzyć w istotną prawdę i brać mnie za tę, jaką byłam w istocie: mężczyźni, a i kobiety także, muszą mieć jakieś ułudy, o ile zaś nie mają gotowych pod ręką, uroją sobie coś wyimaginowanego na własny użytek.
Bywały chwile, kiedy życzyłam sobie, aby podejrzenia jego były naprawdę uzasadnione, kiedy dałabym odrąbać sobie prawą rękę za posiadanie w rzeczywistości skarbów wiedzy, jakie mi przypisywał. Zasługiwał na należytą karę za podstępne zastawianie na mnie sideł. Mogłabym triumfować, wykazując mu, że urzeczywistnione są w sposób zdumiewający jego najgorsze obawy. Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła narzucić się jego wizji, stanąć wobec jego przeklętych „lunettes“ i olśnić go moimi wiadomościami. O, dlaczego nie dbał nikt o rozjaśnianie mojego umysłu i wzbogacanie mnie w wiedzę, kiedy byłam odpowiednio młodym dzieckiem, aby z łatwością ją nabywać?! Dlaczego nie postarano się wspaniała taką, nadludzką rewelacją umożliwić mi odniesienia w jednym, nagłym momencie wielkiego, okrutnego, miażdżącego triumfu, który na wieki pognębiłby szyderczego ducha Paula Karola Dawida Emanuela?!
Niestety! zdobycie się na wyczyn podobny nie było w mojej mocy. Cytaty jego tak samo nie odniosły skutku dzisiaj, jak nie odnosiły go nigdy. Rychło też ustąpił z placu.
„Kobiety intelektualistki“ — było następnym z kolei jego tematem, szczególnie mu bliskim. „Kobieta intelektualistka“, jak się okazało, była w jego pojęciu rodzajem „lusus naturae“ — wybryku natury — nieszczęśliwym wydarzeniem — stworzeniem, dla którego nie ma ani miejsca, ani zastosowania na świecie, istotą niepotrzebną nikomu ani na żonę ani na pracownika. W pierwszym wypadku miało wyższość nad nią piękno fizyczne. Wierzył w głębi duszy, że miła, nieuczona, bierna przeciętność kobieca jest jedyną poduszką, na której praca myślowa i rozum mężczyzny mogą znaleźć ukojenie i odpoczynek dla obolałych skroni. Co się zaś tyczy walorów pracownika, jedynie męski umysł może pracować z prawdziwie praktycznym wynikiem, hein?
To „hein? (i cóż) w tonie pytającym miało na celu pobudzenie mnie do zaprzeczenia czy przeciwstawienia się. Odpowiedziałam jednak tylko:
Cela ne me regarde pas: je ne m‘en soucie pas[59] a potem dodałam: — Czy mogę iść Monsieur? Dzwoniono już na „second déjeuner“ — na drugie śniadanie.
— I cóż z tego? Nie jest pani głodna??
Byłam głodna, odparłam też: — Nie jadłam nic od rannego śniadania i nie dostanę nic do obiadu, o ile spóźnię się teraz na lunch.
— I ja także jestem w tym samym położeniu, myślę jednak, że mogłaby pani podzielić mój los.
Rzekłszy to, przełamał na dwie połowy swojąbrioche“, która miała być jego śniadaniem i oddał mi jedną połowę. Słowa jego były naprawdę gorsze od jego czynów — prawdziwie groźny atak miał jednak nastąpić dopiero. Jedząc ofiarowane mi ciastko, nie mogłam powstrzymać się od dania wyrazu tajonej chęci dowiedzenia się wszystkiego o co mnie oskarża.
— Czy naprawdę czuje się pani ignorantką? — zapytał nieco łagodniejszym tonem.
Gdybym potulnie odpowiedziała twierdząco, przypuszczam — pewna nawet jestem — że wyciągnąłby do mnie rękę i od razu zawarlibyśmy pakt przyjaźni. Zamiast tego jednak odpowiedziałam:
— Nie zupełnie. Jestem ignorantką na punkcie posiadania wiadomości, jakie mi pan przypisuje, czasem jednak, nie zawsze, czuję, że posiadam trochę wiedzy własnej.
— Nie rozumiem pani. Co ma pani na myśli? — zagadnął mnie ostro.
Niezdolna odpowiedzieć jednym tchem na to pytanie, ominęłam je, zmieniwszy temat. Monsieur Paul dokończył tymczasem jedzenia połowy swojej brioszki: rozumiejąc, że nie może on nasycić takim drobiazgiem swojego apetytu, tak samo jak ja nie nasyciłam nim mojego, czując nadto zalatujący z refektarza ponętny zapach smażonych jabłek, pozwoliłam sobie zapytać czy i on także czuje miły ten aromat. Przyznał, że czuje. Podsunęłam mu myśl, że gdyby wypuścił mnie drzwiami od ogrodu, i pozwolił mi pobiec przez dziedziniec, przyniosłabym mu pełen talerz pożądanego przysmaku. Dodałam, że wiem jaki jest pyszny, bowiem Goton ma doskonały sposób pieczenia jabłek, a raczej duszenia ich w cukrze, zaprawionym szklaneczką, czy dwiema szklaneczkami vin blanc — białego wina. — Czy mam pobiec?
Petite gourmande — mały łakomczuchu — uśmiechnął się. — Nie zapomniałem jaką uciechę sprawiały pani pâtés a la crême, którymi uraczyłem panią kiedyś; dobrze też pani wiadomo, że przyniesienie dla mnie teraz smażonych jabłek będzie zarazem przyniesieniem ich dla pani. Niech pani idzie więc i powróci prędko.
Uwolnił mnie wreszcie pod warunkiem rychłego powrotu. Zamierzałam rzeczywiście pobiec i, powróciwszy jak najśpieszniej, postawić talerz z jabłkami przy drzwiach i zniknąć potem, nie zatrzymawszy się i odłożywszy na później jego rozprawienie się ze mną za to podejście.
Wiedziony jednak niezrównanym instynktem, przeczuł znać mój zamiar: wyszedł mi na przeciw na próg, wciągnął mnie do pokoju i przemocą zatrzymał na poprzednim moim miejscu. Wziąwszy z moich rąk talerz z jabłkami, podzielił pomiędzy nas oboje porcję, przyniesioną w rzeczywistości dla niego wyłącznie i nakazał mi, abym zjadła moją. Usłuchałam niechętnie. Podraźniony znać moim ociąganiem się, skierował przeciwko mnie zamaskowany, niebezpieczny atak. Wszystko, co dotychczas powiedział, mogłam uważać za czcze wybuchy wściekłości, nie mające właściwie znaczenia: obecna napaść była jednak innego rodzaju.
Polegała ona na nierozsądnej propozycji, jaką narzucał mi parokrotnie już poprzednio, mianowicie, abym przy najbliższym egzaminie publicznym zajęła, jako cudzoziemka, miejsce pośród uczennic najwyższej klasy i wraz z nimi zaimprowizowała francuskie wypracowanie na dowolny temat podyktowany przez kogokolwiek z obecnych. Oczywiście nie będzie mi wolno posiłkować się przy tym ani słownikiem, ani podręcznikiem gramatyki.
Wiedziałam, jaki musiałby być wynik podobnej próby. Ja, której natura poskąpiła zdolności improwizacyjnych, ja, która przy występach publicznych byłam okrągłym zerem; ja, której porą pracy umysłowej nie było południe, ale której potrzebna była świeżość i cisza poranka lub samotny spokój wieczora, aby uzyskać od własnego popędu twórczego skromny bodaj dowód jego istnienia, jego siły; ja, u której popęd ten podlegał największym kaprysom, najtrudniejszy był do ujarzmienia, był doprowadzającym do największego szału panem — bóstwem, które czasem, w pewnych warunkach pozornie najbardziej sprzyjających, nie zgadzało się ani odpowiadać na wezwanie, ani słuchać wezwania, ani znajdować się, kiedy go szukałam, i stało zimne, nieczułe, jak granit, jak ciemny Baal z pociętymi wargami, z pustymi oczodołami i z piersiami ni to kamienna płyta mogilna... I nagle, w pewnym momencie, pod wrażeniem jakiegoś odgłosu: przeciągłego, drżącego jęku wiatru, otarcia się o niewidzialny prąd magnetyczny — nieobliczalny ten demon budził się samorzutnie, zeskakiwał ze swojego piedestału niby zaniepokojony Dagon, wzywający czcicieli swoich do składania krwawych ofiar — niezależnie od pory dnia i od okoliczności — budzący kapłanów, zdradziecko zapowiadający proroctwa, może nawet wypełniający świątynię swoją dziwnymi głosami przepowiedni, stale wszelako gotowy przypisywać połowę znaczenia nieprzyjaznym wiatrom i nie użyczający zrozpaczonemu słuchaczowi nędznej pozostałej reszty, — ustępujący mu jej niechętnie, jak gdyby słowo każde było kroplą nieśmiertelnej posoki, sączonej z własnych ciemnych żył...
I tego oto tyrana miałam ujarzmić, skrępować więzami niewoli i zmusić do improwizowania na zadany temat, zajmując miejsce na estradzie szkolnej, pomiędzy panną Matyldą a panną Koralią, pod czujnym okiem Madame Beck, dla przyjemności i pod dyktando którego z Labasscouryjskich bourgeois?!...
Niejednokrotnie staczałam w tej sprawie walki z Monsieur Paulem — walki gwałtowne, zaznaczane skłóconymi odgłosami żądań i odmowy, wymagań i odtrącań.
Tego dnia wskutek odmownej mojej odpowiedzi, spadła na moją głowę napaść osobliwie gwałtowna.
— Upór całej mojej płci jest, jak się zdaje, skoncentrowany we mnie; mam „un orgeuil de diable“ (diabelską dumę). Obawiam się niepowodzenia?! Jakie może mieć znaczenie, czy powiedzie mi się, czy nie? Kim jestem, że nie wolno mi narazić się na niepowodzenie, na równi z wszystkimi innymi? Przydałoby mi się, gdyby naprawdę nie poszło mi dobrze. Pragnie właśnie widzieć mnie upokorzoną (nie wątpiłam, że tak jest). Przerwał w końcu na chwilę, aby zaczerpnąć oddechu.
— Może wpłyną na mnie uczuciowe pobudki? Ustąpię?
— Nigdy nie ustąpię na tym punkcie. Prawo nawet nie mogłoby mnie zmusić do tego. Raczej gotowa byłabym zapłacić karę, narazić się na wtrącenie mnie do więzienia, aniżeli zgodzić się pisać na popis, czy na rozkaz, zasiadając na estradzie.
— Może wpłyną na mnie uczuciowe pobudki? Ustąpiłabym może w imię przyjaźni?
— Ani na jotę, ani na włos. Żadna przyjaźń pod słońcem nie może rościć sobie prawa wymagania ode mnie podobnych ustępstw. Żadna prawdziwa przyjaźń nie dręczyłaby mnie w taki sposób.
Szyderczo wyraził wówczas przypuszczenie (Monsieur Paul umiał klasycznie zaznaczać szyderstwo wysunięciem naprzód dolnej wargi, rozdęciem nozdrzy i zmrużeniem powiek) że istnieje jedno tylko wezwanie, którego usłuchałabym, nie jego jednak jest rzeczą użyć tego sposobu.
— Pod wpływem namowy z pewnej strony, je vous vois d‘ici — widzę panią — rzekł — skwapliwie zgadzającą się na poniesienie tej ofiary, naprężającą wszystkie swoje siły, aby spełnić godnie zadanie.
— Zrobienia ze siebie głuptasa, służenia jako przestroga i przykład wobec stu pięćdziesięciu ojców i matek z Villette? — dokończyłam.
Straciwszy wreszcie cierpliwość, zawołałam ponownie, że muszę być uwolniona, że muszę wydostać się na świeże powietrze — krzyczałam jak w gorączce.
Chut! — uciszył mnie nieubłagany mój prześladowca — to tylko pretekst do ucieczki. Jemu nie jest wcale gorąco, mimo że opiera się plecami o piec; jakże więc mogę narzekać na żar, korzystając z osłony, jaką jest dla mnie jego osoba?
— Nie mogę zrozumieć pańskiego organizmu, Monsieur — rzekłam. — Nie znam się na ustroju salamandry. Co się mnie tyczy, jestem zimnokrwistą wyspiarką i siedzenie w rozprażonym piecu nie odpowiada mi ani trochę. Może pozwoli mi pan przynajmniej pójść do studni, i wypić szklankę zimnej wody. Pić mi się chce po tych słodkich i tłustych jabłkach.
— O ile na tym pani tylko zależy, mogę zastąpić panią i przynieść szklankę wody.
Zrobił to. Poszedł po wodę. Oczywiście wobec drzwi zamkniętych tylko na zasuwkę nie zaniedbałam okazji. Zanim zdążył powrócić, umknęła jego doprowadzona nieomal do ostateczności ofiara.




ROZDZIAŁ XXXI
NIMFA LEŚNA

Wiosna nadchodziła w pełni i powietrze ociepliło się nagle. Ta zmiana temperatury wywołała u mnie, jak prawdopodobnie u wielu innych także, chwilowy upadek sił. Byle żywszy ruch powodował w owym czasie niewspółmiernie wielkie moje zmęczenie; po bezsennych nocach następowały dni dziwnej omdlałości.
Pewnego popołudnia niedzielnego, po odbyciu półmilowej drogi do kościoła protestanckiego, powróciłam znużona i wyczerpana, rada że mogę schronić się w zwykłym samotnym moim sanktuarium, w sali pierwszej klasy, gdzie usiadłam, oparłszy ramiona i głowę, niby na poduszce, na pulpicie mojego biurka.
Przez chwilę jeszcze wsłuchiwałam się w brzękliwy szmer pszczół, krążących wśród ukwiecionego berceau i przyglądałam się, poprzez oszklone jego drzwi i świeżo rozwinięte, blado-zielone ulistwienie wiosenne, Madame Beck i wesołej gromadzie jej gości. Podejmowani przez nią tego dnia śniadaniem po mszy rannej, przechadzali się po głównej alei owocowego sadu pod gałęziami drzew, strojnych o tej porze roku w pęki kwiecia o barwie czystej i ciepłej ni to śnieg górski o wschodzie słońca.
Przypominam sobie, że pośród rozbawionej tej grupy przyciągała uwagę moją jedna postać głównie — przystojnej młodej dziewczyny, którą widywałam poprzednio już w domu Madame Beck i o której mówiono mi, że jest „la filleule“ — córką chrzestną — Monsieur Emanuela i że jej matkę, czy ciotkę, czy kogoś innego z jej bliskich kobiecych krewnych, łączyły z profesorem węzły osobliwie zażyłej dawnej przyjaźni.
Monsieur nie należał tej niedzieli do świątecznego grona, dostrzegłam jednak na chwilę przed tym, młodą dziewczynę w jego towarzystwie, o ile też mogłam wnioskować na podstawie przelotnego obserwowania jej z dość znacznej odległości, zdawała się zachowywać w stosunku do niego z naturalną swobodą wychowanki wobec wyrozumiałego opiekuna. Ujrzawszy go z daleka, podbiegła ku niemu, i poufale wsunęła swoją rękę pod jego ramię, na którym pieszczotliwie oparła się. Doznałam w tym momencie dziwnego uczucia — dość przykrego muszę przyznać — przypuszczam, że musiało to być coś z rodzaju przeczuwań, nie chciałam jednak ani analizować go, ani bliżej nad nim zastanawiać się. Przyglądając się młodej dziewczynie, której nazwisko brzmiało: Mademoiselle Sauveur, i śledząc migotliwe połyski jej jasnej jedwabnej sukni pośród biało-różowych kwiatów i jasnoszmaragdowych liści sadu, (była zawsze bogato ubrana, jako osoba bardzo zamożna podobno) poczułam nagle ciężar znużenia, padający mi na oczy, które przymknęły się niebawem. Moje wyczerpanie, ciepło dnia wiosennego, jednostajne brzęczenie pszczół i poćwierkiwanie ptaków ukołysały mnie na dobre. Zasnęłam.
Dwie godziny minęły niepostrzeżenie dla mnie. Zanim obudziłam się, znikła tarcza słoneczna poza spiętrzonymi dachami domów; ogród i pokój klasowy poszarzały; pszczoły i ptaki zamilkły, a kwiaty postulały swoje płatki. Rozpierzchła się także gromada gości; wszystkie aleje i ścieżki ogrodowe były puste.
Obudziłam się z miłym uczuciem wypoczęcia — niezziębnięta, jak należało przypuszczać po dwóch godzinach siedzenia bez ruchu, ani też nie były policzki moje i ramiona zesztywniałe z opierania się o twardy pulpit. Nic dziwnego. Zamiast gołego drzewa, z którego zrobiłam dla siebie poduszkę, znalazłam gruby, starannie złożony szal, podsunięty mi pod głowę oraz inny, podobny, ciepło otulający mnie całą (oba wzięte z korytarza, gdzie zawsze wisiały wszelkie tego rodzaju okrycia).
Kto zrobił to? Kto okazał się tak dalece przyjazną dla mnie duszą? Która z nauczycielek? A może z uczennic? Nie miałam spośród nich ani jednej — z wyjątkiem jedynej Mademoiselle St. Pierre — wyraźnie wrogo dla mnie usposobionej; kto jednak spośród nich wszystkich zdobył się na tyle subtelnej uwagi, na tak tkliwy poryw serca? Która z nich poruszała się tak lekko, miała taki cichy chód i tak przedziwnie delikatne dotknięcie, że mogłam nie słyszeć jej kroków, ani nie czuć jej manipulującej przy mnie ręki, podczas uśpienia mojego, wśród białego dnia.
Co się tyczy Ginevry Fanshave, tej olśniewającej młodej istoty, nie odznaczała się ona bynajmniej łagodnością ruchów ani gestów i na pewno ściągnęłaby mnie raczej z krzesła, na którym spałam, gdyby to ona właśnie była owym opiekuńczym dla mnie duchem. Powiedziałam sobie wreszcie: — „To robota Madame Beck.“ Weszła do pierwszej klasy i, zastawszy mnie śpiącą, zaniepokoiła się że mogłoby mi to zaszkodzić, że mogłabym przeziębić się. Uważa mnie za pożyteczną dla siebie siłę, za sprawną maszynę, odpowiadającą celowi, dla którego zostałam przyjęta i dlatego niepotrzebne moje narażanie się nie było w jej interesie.
— A teraz — postanowiłam — przejdę się trochę, wieczór jest mile przewiewny, ale nie chłodny.
Otworzyłam oszklone drzwi i weszłam do berceau, skąd udałam się wprost do mojej „allée défendue“. Gdyby było zupełnie ciemno, a nawet gdyby zapadł już zmrok, nie odważyłabym się na to — nie zapomniałam szczególnej owej wizji ułudnej (o ile była ona ułudna), jaka nawiedziła mnie na tym miejscu przed kilkoma miesiącami. Wciąż jednak jeszcze różowiły ostatnie promienie zachodzącego słońca kopułę kościoła Świętego Jana Chrzciciela, nie zamilkły też jeszcze wszystkie ptaki w ogrodzie i nie utuliły się w swoich gniazdach pośród gąszczu drzew, krzewów i splątanych, obrastających mury bluszczów. Przechadzałam się tedy po mojej alei tam i z powrotem, roztrząsając w myśli te same mniej więcej sprawy, nad jakimi zastanawiałam się owej nocy, kiedy zagrzebałam mój szklany słój: jak powinnam postąpić, aby zapewnić trwalsze podstawy własnej niezależności i wyrobić sobie zupełnie samodzielne stanowisko. Tematu tego, którego nie poruszałam ostatnio w głębi własnego myślenia, nie poniechałam nigdy jednak całkowicie; ilekroć też pewne osobliwe oko odwrócone było ode mnie i dziwaczne zachowanie się pewnego osobnika szczególnie dokuczyło mi swoją opryskliwością, a zwłaszcza kapryśną swoją niesprawiedliwością, szukałam instynktownie ulgi w kierowaniu myśli mojej ku tym właśnie sprawom, i w ten sposób ułożyłam sobie stopniowo cały plan na przyszłość.
— Utrzymanie — rozumowałam — kosztuje niewiele w oszczędnym, skromnym Villette, którego ludność jest rozsądniejsza, jak mi się wydaje, aniżeli ludność starej kochanej Anglii — nieskończenie mniej troszczy się o zewnętrzne pozory i mniej dąży do popisywania się. Tutaj, w Villette, nikt ani trochę nie wstydzi się żyć na tak skromną i oszczędną skalę, jak uważa to za odpowiednie i za wskazane dla siebie. Opłata za najem lokalu w przezornie obranej dzielnicy nie bywa tu z zasady wygórowana, jak tylko więc uda mi się zaoszczędzić tysiąc franków chociażby, wynajmę dla siebie pomieszczenie, składające się z jednego obszernego pokoju i dwóch lub trzech mniejszych, umebluję największy kilkoma ławkami i pulpitami, wstawię czarną tablicę, katedrę dla mnie samej, na niej krzesło i stół, kupię gąbkę i kilka kawałków białej kredy i, przyjmując zrazu uczennice przychodnie tylko, rozpocznę moje pięcie się wzwyż po szczeblach kariery właścicielki i kierowniczki szkoły. Początki Madame Beck, jak sama niejednokrotnie opowiadała mi, były równie skromne, a do czego doszła teraz? Cały ten obszar gruntu, dom i ogród stanowią jej własność, nabytą za własne jej pieniądze; ma już bardzo przyzwoitą rentę, zabezpieczającą jej stare lata, a także prowadzony pod jej kierunkiem świetnie prosperujący zakład naukowy, który zapewni karierę jej córkom, gdy dorosną.
— Odwagi, Lucy Snowe! Oszczędnością i wyrzeczeniem się na razie wielu osobistych wygód, a także usilnym napięciem woli osiągniesz cel, jaki sobie nakreśliłaś. Nie próbuj tylko utyskiwać wobec samej siebie, jakoby tego rodzaju cel był zbyt ciasny i egoistyczny; jakoby brak mu było głębszego zainteresowania: powiedz sobie, że pracujesz w imię uniezależnienia się i zadowolnij się tym, dopóki osiągnięciem twego zamierzenia, nie złożysz dowodu, że posiadasz prawo do nakreślenia sobie celów wyższych. Ale potem, po dokonaniu tego, czy nie istnieje dla mnie nic więcej w życiu? — Czy nie istnieje możliwość stworzenia sobie prawdziwego ogniska rodzinnego, zdobycia czegoś takiego, co byłoby droższe dla mnie, ode mnie samej i tą właśnie wyższą swoją cennością zdolne byłoby wydostać ze mnie głębsze talenty, aniżeli te, na jakich pielęgnowaniu mogłoby mi zależeć, ze względu na mnie samą jedynie? Czy nie istnieje dla mnie żaden ołtarz, u którego stóp chętnie gotowa byłabym złożyć całą wagę samolubstwa ludzkiego, aby podjąć szczytniejsze zadanie poświęcenia się pracy i życiu dla innych? Przypuszczam, moja Lucy, że orbicie twojego życia nie jest sądzone zaokrąglić się i zamknąć w ten sposób: musi ci wystarczyć półksiężyc jedynie. Niech i tak będzie. Bodaj, że tak być powinno. Widzę teraz liczne zastępy moich bliźnich, nie znajdujących się w lepszych niż ja warunkach. Widzę, że znaczny zastęp mężczyzn i jeszcze znaczniejszy kobiet zmuszony jest zamknąć cały bieg swojego życia w ciasnych ramach wyrzekania się wielu rzeczy i znoszenia wszelkiego rodzaju braków. Nie znajduję powodu, dla którego miałabym należeć do nielicznych, uprzywilejowanych. Wierzę w źdźbło nadziei i blasku słonecznego, wystarczające do osłodzenia najcięższego nawet losu. Wierzę, że życie na tej ziemi nie jest wszystkim: ani początkiem, ani końcem. Wierzę, drżąc; ufam, płacząc.
Tak więc skończyłam z tą sprawą. Należy odważnie podsumować od czasu do czasu obrachunek swojego życia i uczciwie ustalić swój budżet. Nędznym oszukiwaniem się jest okłamywanie samego siebie przy stwierdzaniu ostatecznego wyniku i wypisywaniu — w nagłówku poszczególnych pozycyj — szczęścia tam, gdzie w rzeczywistośtości jest nędza. Nazywaj śmiało i odważnie udrękę — udręką, a rozpacz — rozpaczą; wypisz jedno i drugie wielkimi, wyraźnymi zgłoskami zamaszyście i energicznie: w ten tylko sposób spłacisz dług swój Przeznaczeniu. Jeśli zaś zechcesz fałszować prawdę i wpiszesz „korzyść“ tam gdzie powinna figurować „strata“, przekonasz się, że potężny twój wierzyciel pozwoli oszustwu temu przejść gładko, lub, co gorsze, rozmyślnie przyjmie za dobrą monetę to, czym chciałeś go podejść. Sprobuj zaofiarować najsilniejszemu — zarazem najciemniejszemu z zastępów bożych — wodę, kiedy żądał od ciebie krwi, a przekonasz się czy ją przyjmie. Nie weźmie całego bladego, bezbarwnego morza w zamian za jedną czerwoną kroplę. Ja osobiście inny zestawiłam obrachunek.
Zatrzymawszy się przed Metuzalemem — olbrzymim patriarchą owocowego sadu, oparłszy czoło o sękaty jego pień, i postawiwszy nogę na kamieniu przypieczętowującym małą mogiłkę, wyrytą tuż przy jego korzeniach, wskrzesiłam w pamięci mojej pogrzebane w niej uczucia. Przypomniałam sobie doktora Johna, serdeczne moje przywiązanie do niego; moją wiarę w jego doskonałość; moje rozkoszowanie się jego łaskawością dla mnie. Co się stało z ciekawą tą jednostronną przyjaźnią, która była na wpół wykutym w marmurze tworem fantazji i na wpół życiem? Prawdą z jednej tylko strony, a z drugiej żartem jedynie może?
Czy uczucie to zamarło już? Nie wiem. Było w każdym razie pogrzebane. Wydawało mi się czasem, że w grobie jego porusza się coś niespokojnie; śniły mi się sny osobliwe o rozkopanej ziemi, o włosach, wciąż jeszcze złotych i żywych, wysuwających się poprzez szczeliny trumny.
Czy nazbyt pośpieszyłam się? Zadawałam sobie wielokrotnie to pytanie, narzucające mi się ze szczególną ostrością po każdym przypadkowym przelotnym spotkaniu z doktorem Johnem. Tak przyjazny był wciąż jeszcze wyraz jego twarzy, tak ciepły uścisk jego ręki; imię moje tak mile brzmiało w jego ustach — nie sprawiało mi ono nigdy równie wielkiej przyjemności, jak wówczas, kiedy wymawiane było przez niego. W porę wszelako przekonałam się, że ta dobrotliwość, ta serdeczność, ta muzyka, nie miały ani trochę na względzie własnej mojej osoby; nie były niczym z nią związane: były nieodłączną częścią składową jego samego, były miodem jego usposobienia, balsamem tkliwego jego nastroju; udzielał ich, jak dojrzały owoc poi swoją słodyczą pszczołę, która ją z niego wysysa; rozsiewał je dokoła siebie, jak pachnące rośliny rozsiewają dokoła balsamiczne swoje wonie. Czy miodnik kocha pszczołę i ptaka, których żywi? Czy róża polna rozkochana jest w powietrzu?
— Dobranoc, doktorze Johnie; jesteś dobry, jesteś piękny, nie jesteś jednak mój. Nie należysz do mnie. Dobranoc i niech cię Bóg błogosławi!
Tak zakończyłam moje rozpamiętywanie.
— Dobranoc! — uleciało dźwiękiem bezgłośnym z moich ust; usłyszałam echo tego wyrazu, wypowiedzianego głośno już, tuż obok mnie.
— Dobranoc, mademoiselle, a raczej dobry wieczór; słońce zaledwie zdążyło zajść; mam nadzieję, że dobrze się pani spało.
Wzdrygnęłam się, zatraciwszy równowagę na jedną jednak chwilę tylko. — Znałam głos i wiedziałam z czyich wychodzi ust.
— Czy dobrze mi się spało, monsieur? Kiedy? Gdzie?
— Słusznie pyta pani kiedy i gdzie. Jak się wydaje, przeistacza pani dzień w noc i obiera pani pulpit za poduszkę — przyznać trzeba, twardą nieco.
— Zmiękczono ją dla mnie podczas mojego snu. Niewidzialny ów duszek, nawiedzający moje biurko, przypomniał sobie o mnie. Nie wiem w jaki sposób zasnęłam, mniejsza o to zresztą; fakt, że obudziłam się ciepło otulona i z miękkim podesłaniem pod głową.
— Czy szale zabezpieczyły panią od chłodu?
— W zupełności. Żąda pan podziękowania za to ode mnie?
— Nie. Była pani blada we śnie; może tęskni pani za domem?
— Aby tęsknić za domem, trzeba posiadać ten dom, co nie jest moim udziałem.
— Tym bardziej więc potrzebny pani jest prawdziwie dbający o nią przyjaciel. Nie wydaje mi się, miss Lucy, abym znał kogokolwiek, komu bardziej bezwzględnie potrzebna byłaby przyjacielska opieka, aniżeli pani; same już braki pani domagają się tego kategorycznie. Potrzebne jest pani tak bardzo powstrzymywanie jej, powściąganie i kierowanie panią.
Konieczność powściągania i powstrzymywania była stałym, nieodłącznym hasłem monsieur Paula. Najbardziej bezwzględne ujarzmienie nie byłoby zdolne, o ile miało mnie na celu, wyperswadować mu tej konieczności. Mniejsza z tym jednak. Jakie mogło to mieć znaczenie? Słuchałam jego słów, ani myśląc być zbyt uległą; utraciłby cel w życiu, gdybym nie pozostawiła mu nic do „powściągania“.
— Tak, niezbędna jest dla pani nieustająca czujna opieka, nieustanny surowy nadzór — dodał — szczęściem też dla pani zdaję sobie z tego sprawę i usiłuję sprostać temu zadaniu. Obserwuję panią i innych bardzo starannie i stale, bardziej czujnie i częściej, aniżeli pani sama, czy owi inni mogą domyślać się tego. Widzi pani to oświetlone okno? — zapytał, wskazując kratę w jednym z pensjonatowych pomieszczeń kolegium dla chłopców.
— Pokój ten wynająłem, rzekomo dla studiów — faktycznie jako punkt obserwacyjny. Przesiaduję w nim i czytuję godzinami; czytuję na swój sposób, zgodnie z moim upodobaniem. Księgą, z której czytam, jest ten ogród; jej treścią jest natura ludzka. Znam was wszystkie na wylot. O! Znam was dobrze — St. Pierre, Paryżankę i samą maitresse-femme — także — tego zucha kobietę, moją kuzynką Beckowę.
— Wcale się panu nie chwali takie szpiegowanie, monsieur. Nie jest słuszne.
Comment? — Jakto? Dlaczego?! — Nie jest słuszne? Na mocy artykułów czyjej wiary? Może potępia to który z kanonów Lutra czy Kalwina? A cóż mnie to może obchodzić? Nie jestem Protestantem. Mój bogaty ojciec (jakkolwiek bowiem zaznałem osobiście biedy i przez cały rok głodziłem się na nędznym poddaszu w Rzymie — umierałem nieomal z głodu, często zaledwie raz na dzień mając coś włożyć do ust, a czasem nie mając i tego nawet — urodziłem się jednak w bogactwie) — otóż mój bogaty ojciec był dobrym Katolikiem, dał mi też ojca jezuitę za duchowego przewodnika i wychowawcę. Nie zapominam nauk, jakie mi on dawał. O, do jakich odkryć doprowadzają mnie one! Grand Dieu — wielki Boże — do jakich odkryć!
— Odkrycia osiągnięte systemem podkradania się, podpatrywania i podsłuchiwania, wydają mi się odkryciami hańbiącymi.
— I ja nie wątpię o tym, purytanko! Przyjrzyj się jednak, jak działa ten mój jezuicki system. Zna pani St. Pierre?
— Po części.
Roześmiał się. — Słusznie mówi pani „po części“ — gdy tymczasem ja znam ją na wylot! Na tym właśnie polega cała różnica. Udawała poprzednio słodką i przyjacielską; wyciągała do mnie — sa patte de velours — aksamitną swoją łapkę — pochlebiała mi, łasiła się, przymilała. Otóż, przyznać muszę się do grzechu — jestem wrażliwy na kobiece pochlebstwa — wrażliwy wbrew własnemu rozumowi. Mimo, że nie była nigdy ładna, kiedy jednak poznałem ją po raz pierwszy, była młoda, albo przynajmniej umiała wydawać się młodą. Jak wszystkie jej rodaczki, posiada talent umiejętnego ubierania się — cechował ją pewien rodzaj chłodnej łatwości towarzyskiej, którą niejednokrotnie umiała zaoszczędzać mi zakłopotania...
— Nie było to chyba potrzebne, monsieur. Nigdy w życiu nie byłam świadkiem pańskiego zakłopotania.
— Mało zna mnie pani, mademoiselle. Potrafię być zakłopotany, jak pensjonarka; właściwą treścią mojej natury jest nieśmiałość i nieufność.
— Nie dostrzegłam tego nigdy, monsieur.
— A jednak jest tak, mademoiselle. Powinna pani była dostrzec to.
— Obserwowałam pana, występującego publicznie, monsieur — na estradach, na trybunie, wobec ludzi utytułowanych, a nawet wobec ukoronowanych głów, i podziwiałam zawsze swobodę, z jaką pan zachowywał się. Był pan niezmiennie taki sam i tak samo swobodny, jaki pan bywa w naszym trzecim oddziele.
— O, mademoiselle, ani tytuły, ani głowy ukoronowane, nie są nigdy zdolne narazić na szwank mojej skromności, a występowanie publiczne jest właściwym moim żywiołem. Lubię je i obracam się w tej atmosferze zupełnie swobodnie, ale... tutaj... tutaj... słowem, w danym wypadku działa czynnik uczuciowy, jakkolwiek gardzę nim zazwyczaj i nie pozwalam sobie powodować się nim. Gdybym był mężczyzną, dążącym do małżeństwa (co w danym razie nie wchodzi zupełnie w rachubę, może też pani zaoszczędzić sobie wszelkich szyderczych uwag na tę myśl) i gdybym uważał za potrzebne zwrócić się do jakiej niewiasty z zapytaniem czy może rozważyć moją kandydaturę na przyszłego jej męża, pokazałoby się wówczas, że jestem skromny i nieśmiały, jak rzekłem.
W zupełności uwierzyłam mu, a, wiedząc, poczułam dla niego szczery szacunek, który przeszył bólem moje serce.
— Co się tyczy panny St. Pierre — mówił w dalszym ciągu — wyraźnie usiłując opanować się, co zdradzało z lekka zmienione brzmienie jego głosu — zamierzała ona niegdyś stać się panią Emanuelową, nie wiem też dokąd zaprowadziłby mnie jej zamiar, gdyby nie to zakratowane, oświetlone małe okienko. O, czarodziejska krato! Jakie cuda zdziałałaś! Ile odkryłaś mi tajemnic! Tak — dodał po chwili — ta mała czarodziejska krata ujawniła mi złość i zawziętość panny St. Pierre, jej próżność i płochość, nie tylko tutaj, ale i przy innych okazjach. Dzięki zbawczej mojej kracie byłem świadkiem rzeczy, które najskuteczniej opancerzyły mnie przeciwko sztuce uwodzenia, jaką w tak wysokim stopniu posiada mademoiselle St. Pierre. Dzięki mojej kracie jestem zabezpieczony przeciwko wszelkim zakusom biednej Zélie.
— A moje uczennice — zaczął znów po chwili — te blondes jeunes filles — jasnowłose młode dziewczęta — takie łagodne i potulne — widywałem najbardziej powściągliwe spośród nich, rozłobuzowane jak chłopaki, najpotulniejsze, obrywające kiście winogron z muru, strząsające gruszki z drzew. Kiedy przybyła tu nauczycielka angielskiego, zauważyłem od razu jej upodobanie do pewnej szczególnej alejki, dostrzegłem jej szukanie samotności, obserwowałem ją bacznie na długo przed tym jeszcze, kiedy zaczęliśmy przestawać i rozmawiać z sobą wzajem. Przypomina sobie pani może moje podejście do pani niegdyś cichaczem i zaofiarowanie jej bukiecika białych fijołków, kiedy byliśmy dla siebie wzajem zupełnie obcy jeszcze?
— Pamiętam. Zasuszyłam fijołki, zachowałam je i mam je dotychczas.
— Podobało mi się, że pani przyjęła je spokojnie, bez wahania i fałszywej pruderii — którą zawsze śmiertelnie obawiam się wywołać, której żywiołowo nie znoszę i na którą reaguję z całą mściwością, o ile zwłaszcza ujawnia się ona w spojrzeniu czy w gestach. Powróćmy wszelako do naszej sprawy. Nie tylko ja obserwowałem i śledziłem panią, ale często — osobliwie w porze wieczornej — inny jeszcze anioł opiekuńczy bezszelestnie krążył w pobliżu pani. Co wieczór kuzynka moja, madame Beck, przekradała się cichaczem ku owej alejce, idąc trop w trop za panią, kiedy pani nie widziała jej.
— Ależ nie mógł pan przecież, monsieur, widzieć z tej odległości, po nocy w dodatku, co się dzieje w ogrodzie?
— Mogłem; przy świetle księżyca; przez lornetkę — posługuję się zwykle lornetką — tutaj jednak nie mam potrzeby uciekać się do tego sposobu. Sam ogród bezpośrednio otwarty jest dla mnie o każdej porze. W szopie, na jego końcu, są drzwiczki, które prowadzą na podwórze, sąsiadujące z kolegium. Posiadam klucz od nich, dzięki czemu mogę przychodzić i wychodzić kiedykolwiek mi się podoba. Wszedłem tędy właśnie dzisiaj po południu i zastałem panią śpiącą w klasie. Wieczorem ponownie skorzystałem z tego samego wejścia.
Nie mogłam powstrzymać się od powiedzenia:
— Gdyby pan był niegodziwcem, żywiącym złe, podstępne zamiary, jakże straszne byłoby to wszystko.
Ten sposób zapatrywania się na rzeczy nie był zdolny trafić mu do przekonania; zapalił cygaro, i, kiedy pykał z niego spokojnie, oparty o pień drzewa, spoglądając na mnie chłodnym, rozbawionym wzrokiem, jakim zwykł patrzeć, będąc w pogodnym humorze, uważałam za właściwe wystosować do niego dłuższe kazanie. On sam często godzinami miewał do mnie tego rodzaju przemówienia, nie uważałam więc dlaczego i ja także z kolei nie miałabym raz jeden chociażby wypowiedzieć się w stosunku do niego zupełnie szczerze. Wyjawiłam mu też bez ogródek pogląd mój na stosowanie tego rodzaju jezuickiego systemu.
— Wiadomości, jakie daje ono panu, okupione są zbyt wysoką ceną; to przychodzenie i wychodzenie ukradkiem, drogą podstępną, przynosi ujmę własnej pańskiej godności.
— Mojej godności własnej?! — zawołał ze śmiechem — Kiedy to widziała mnie pani kłopocącego się o moją godność własną? To pani, miss Lucy, jest „digne“ — osobą godną. Jak często w obecności wyspiarskiej dostojności pani robiłem sobie przyjemność z deptania nogami tego, co podoba się pani nazywać „moją godnością“, z darcia jej na strzępy i rozrzucania na wszystkie cztery wiatry podczas tych moich napadów opętańczych, którym pani przygląda się z taką wyniosłością i które, jak wiem, uważa pani za nieopanowany szał trzeciorzędnego aktora londyńskiego.
— Powtarzam panu raz jeszcze, monsieur, że każde spojrzenie, jakie rzuca pan spoza tej kraty, jest krzywdą, wyrządzoną lepszej stronie natury pańskiej. Studiowanie tą drogą serc ludzkich jest tajemnym i świętokradczym raczeniem się jabłkiem Ewy. Szkoda wielka, że nie jest pan Protestantem.
Przyjmując obojętnie ten wyrażony przeze mnie żal, palił z niezmąconym w dalszym ciągu spokojem swoje cygaro. Po chwili milczenia z uśmiechem na twarzy odezwał się nagle:
— Widywałem inne jeszcze rzeczy.
— Jakie inne rzeczy?
Wyjął cygaro z ust i rzucił resztkę jego w zarośla, gdzie żarzyło się ono czas jakiś jeszcze w mroku.
— Niech pani spojrzy — rzekł — czy iskrzący się koniec ten, nie sprawia na pani wrażenia oka, śledzącego, czujnie mnie i panią?
Skierował się ścieżką naprzód, zawróciwszy wszakże po chwili, mówił w dalszym ciągu:
— Widziałem, proszę pani, rzeczy, z których nie jestem w stanie zdać sobie sprawy i które zniewalały mnie do czuwania przez całą noc, aby doczekać się rozwiązania ich, nie doczekałem się jednak, dotychczas przynajmniej.
Powiedział to tonem tak dziwnym, że po plecach moich przebiegł dreszcz. Dostrzegł to.
— Przeraziłem panią, miss Lucy? Czy dreszcz ten wywołały moje słowa, czy też to zazdrosne czerwone oko, żarzące się jeszcze w trawie?
— Ani jedno, ani drugie: zimno mi się zrobiło, późno już jest, i coraz ciemnej, ochłodziło się znacznie. Najwyższy czas na mnie wrócić do domu.
— Zaledwie minęła ósma; powróci pani niebawem; musi pani tylko odpowiedzieć mi na to jedno jeszcze pytanie.
Zanim jednak zadał mi je, zatrzymał się na chwilę. Ściemniło się rzeczywiście w ogrodzie; zmierzch zapadł nagle wraz z zachmurzeniem się nieba; krople deszczu zaczęły skapywać poprzez ulistwienie drzew. Miałam nadzieję, że i monsieur Paul także odczuje tę zmianę, na razie wszelako wydawał się zbyt pogrążony w myślach, aby być wrażliwym na cośkolwiek.
— Proszę mi powiedzieć, mademoiselle, czy wy, Protestanci, wierzycie w zjawiska nadnaturalne?
— Zachodzi co do tego pewna różnica pomiędzy teorią i wiarą, zarówno wśród Protestantów, jak i pośród innych sekt — odparłam. — Dlaczego pyta pan o to, monsieur?
— Dlaczego pani wzdryga się i odpowiada mi takim słabym głosem? Jest pani przesądna?
— Jestem z natury nieco nerwowa. Nie lubię poruszania tego rodzaju tematów i dyskutowania o nich. Tym bardziej ich nie lubię, że...
— Wierzy pani?
— Nie. Zdarzyło mi się wszakże doznać czegoś takiego...
— Po przyjeździe pani tutaj?
— Tak. Przed paroma miesiącami.
— Tutaj? W tym domu?
— Tak.
Bon! — Dobrze! — Jestem temu rad. Wiedziałem o tym zresztą, zanim pani mi powiedziała. Czułem, że zachodzi jakiś związek pomiędzy mną a panią. Pani jest łagodna i cierpliwa, a ja mam naturę wybuchową; pani jest cicha i blada, moja skóra jest smagła i ogorzała, a temperament mam ognisty; pani jest surową Protestantką, a ja jestem rodzajem świeckiego Jezuity. Mimo te wszystkie jednak zasadnicze różnice jesteśmy podobni do siebie wzajem; pomiędzy nami obojgiem zachodzi wyraźna pokrewność. Czy dostrzega to pani, mademoiselle, przyglądając się sobie w lustrze? Czy zauważyła pani, że czoło jej jest tak samo ukształtowane jak moje, że oczy pani mają wykrój podobny do wykroju moich? Czy uzmysłowiła sobie pani, że głos jej ma niektóre tony zbliżone do tych, jakie brzmią i w moim głosie także? Czy wie pani o tym, że miewa pani często mój sposób patrzenia i przyglądania się? Stwierdzam to wszystko i wierzę, że urodzona pani jest pod moją gwiazdą. Tak, pod moją gwiazdą! Zadrżeć winna pani na tę wieść, gdziekolwiek bowiem zachodzi pokrewność taka pomiędzy dwojgiem śmiertelnych, są nici ich żywotów tak wzajem z sobą splątane, że trudność wielką sprawia rozwikłanie ich. Powstają supły i zadzierzgnięcia, których nagłe zerwanie pozostawia uszkodzenia w osnowie tkaniny. Powracając wszakże do tych wrażeń — czy „doznań“, jak wyraża się pani z typowo angielską oględnością — otóż i ja również doznałem tego samego.
— Proszę, niech mi pan o nich opowie.
— Nie pragnę niczego bardziej i nie zamierzam bynajmniej wyrzec się tego. Znana jest pani legenda, związana z tym domem i z tym ogrodem?
— Owszem, znam ją. Opowiadano mi, jakoby przed wiekami zakonnica jakaś została zamurowana żywcem pod ziemią, u stóp tego właśnie drzewa, w tym samym miejscu, na którym stoimy teraz oboje.
— Czy mówiono pani, że w dawnych czasach zjawa owej zakonnicy zwykła nawiedzać ten dom i ogród?
— A gdyby nawet tak być miało, to i cóż z tego, proszę pana?
— Coś krąży tu wciąż jeszcze: zjawa jakaś snuje się po tym domu nocą. Ma ona wygląd zgoła odmienny od wszystkiego, co pojawia się tutaj za dnia. Ja sam niewątpliwie widywałem coś podobnego niejednokrotnie. Klasztorne zawoje tajemniczej tej postaci były dla mnie czymś dziwnym, przemawiały też do mnie bardziej, niż do wszystkich innych żyjących istot. Zakonnica!
— I ja również widziałam ją, monsieur.
— Przypuszczałem, że tak być musiało. Zagadnienie, czy zakonnica ta jest istotą z ciała i krwi, czy też czymś takim, co pozostaje, kiedy krew zastyga i krzepnie, a ciało rozpada się, interesuje prawdopodobnie w tej samej mierze panią, co mnie. Otóż, postanowiłem dotrzeć do jądra tej sprawy; jak dotychczas jestem jedynie oszołomiony wizją, muszę jednak zbadać jej tajemnicę. Zamierzam...
Zamiast powiedzieć mi, co zamierza zrobić, podniósł nagle głowę. W tej samej chwili zrobiłam i ja także identyczny ruch, oboje spojrzeliśmy w jednym kierunku — ku wysokiemu drzewu, ocieniającemu berceau i opierającemu się częścią swoich gałęzi o dach ponad pierwszą klasą budynku szkolnego. Uszu naszych doleciał stamtąd dziwny, niczym nie dający wytłomaczyć się odgłos, jak gdyby konary potężnego drzewa zakołysały się samoistnie, a cały ciężar ich ulistwienia otarł się z rozmachem o potężny jego pień. Tak. Powietrze było nieomal nieporuszone, nie powiał najsłabszy wietrzyk nawet, a mimo to masywne drzewo zatrzęsło się, gdy lekkie podobne do piórek krzewy ani drgnęły nawet. Parę minut jeszcze trwało to niesamowite trzeszczenie i skrzypienie drzewa. Ściemniło się już zupełnie, wydało mi się jednak, że coś bardziej solidnego, aniżeli zwykły cień nocy, czy cień gałęzi, czerniał tuż przy pniu. Walka ustała wreszcie. Co miało narodzić się z niej? Jaka nimfa leśna miała wyłonić się z męki tych bólów porodowych? Obserwowaliśmy czujnie. Nagle przeszył powietrze dźwięk dzwonka, dolatujący z wnętrza domu — był to dzwonek, który wzywał na modlitwę wieczorną. W tym samym momencie wysunęła się spoza berceau, ku naszej alejce czarno-biała postać. Z rodzajem gniewnego pośpiechu przemknęła tuż mimo nas zjawa ZAKONNICY! Nigdy dotychczas nie widziałam jej tak wyraźnie. Wydawała się bardzo wysoka, a ruchy jej dziwnie zamaszyste. Przemknięciu jej towarzyszył głośniejszy świst i jęk wiatru; mroźny deszcz lunął gwałtownie — jak gdyby noc cała odczuć miała jej obecność.




ROZDZIAŁ XXXII
PIERWSZY LIST

Czas już dowiedzieć się, gdzie podziała się Paulina Maria. Jak ukształtowały się moje tak mile zapoczątkowane stosunki z wspaniałym Hôtel Crécy? Otóż bywanie moje w nim uległo przez czas jakiś zawieszeniu z powodu nieobecności pana i panny de Bassompierre. Podróżowali oni, spędzając kilka tygodni w stolicy Francji i na francuskiej prowincji. Przypadek poinformował mnie o ich powrocie bardzo rychło po nastąpieniu tego faktu.
Pewnego spokojnego popołudnia, snując dość miłe rojenia, przechadzałam się wolnym krokiem po jednym z cichych bulwarów, korzystając z dobroczynnego słońca kwietniowego, kiedy nagle dostrzegłam przed sobą grupę jeźdźców konnych, którzy zatrzymali się, jak gdyby w tej chwili właśnie spotkali się i wymieniali powitania w środku szerokiej, gładkiej, obrzeżonej lipami alei. W grupie tej wyróżniłam z jednej strony wytwornego pana w średnim wieku oraz młodziutką amazonkę, a z drugiej, młodego, dorodnego mężczyznę. Twarz i cała postać młodej damy tchnęła przedziwnym urokiem, jej strój był umiejętnie wyszukany, a ona sama sprawiała wrażenie istoty kruchej i wiotkiej, zarazem jednak z pańska dostojnej i imponującej. Kiedy wszakże przyjrzałam się całej grupie bliżej, poczułam, że wszyscy troje są mi dobrze znani, przysunąwszy się też nieco, poznałam wszystkich: hrabiego Home‘a de Bassompierre, jego córkę i doktora Grahama Brettona.
Jaka ożywiona była twarz Grahama! Jaką szczerą, serdeczną wyrażała radość! Sytuacja, wywołana dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności a zarazem szczególnemu splotowi warunków, wpłynęła na doktora Johna podniecająco i przykuwająco. Perła, którą podziwiał, posiadała sama przez się wysoką wartość; była prawdziwie cenna i nieskazitelnie czysta, nie należał on wszelako do typu ludzi, którzy, oceniając należycie klejnot, potrafiliby nie brać pod uwagę jego oprawy. Gdyby spotkał Paulinę, tak samo czarowną powabem młodości, urody i wdzięku, ale idącą pieszo, samą, nie strzeżoną przez nikogo i skromnie ubraną, występującą w roli zależnej pracownicy, czy czegoś w rodzaju gryzetki, wydałaby mu się ładniutkim, miłym stworzonkiem, i niczym więcej. Czegoś innego wszakże niż te skromne walory potrzeba było, aby podbić go i zdobyć jego serce, jak było ono zdobyte teraz; aby zwycięsko ujarzmić go, bez ujmy, a nawet z korzyścią dla męskiego jego honoru, jak to wyraźnie działo się obecnie. Zasadniczym rysem charakteru doktora Johna była wybitnie wyrażona światowość. Nie wystarczało mu zadowolenie i uznanie własne — świat musiał pochwalić jego wybór, musiał zachwycać się tym właśnie i podziwiać to, co wywoływało jego własny podziw i zachwyt — w przeciwnym razie uważałby przedsięwzięcie swoje za fałszywe, a w każdym razie, niecelowe. W osobie zwycięzczyni swojej, szukał tego, co w danym wypadku rzucało się w oczy tak przemożnie — wybitnych cech wysokiej kultury, roztoczenia starannej i zdolnej nakazać posłuch opieki, zewnętrznych ozdób i dodatków, narzuconych przez modę, zdobywanych przez majątek i umiejętnie przystosowanych przez dobry smak. Tych warunków wymagał podświadomie, zanim oddał się całkowicie we władzę zasadniczego uroku samej wybranej. Tutaj, w osobie hrabianki de Bassompierre, znajdował je w najwyższym stopniu i w nieskazitelnej pełni, dlatego też dumny, porwany, a zarazem trwożliwie niepewny, składał hołd Paulinie, jako swojej władczyni. Co się jej tyczy, tkliwy uśmiech odczuwania raczej, aniżeli świadomej potęgi, czaił się miękko w jej oczach.
Rozstali się. Doktór John przejechał mimo mnie pędem, nie czując nieomal ziemi, której powierzchnię zaledwie muskały kopyta jego wierzchowca i nie widząc nic i nikogo dokoła siebie. Wyglądał wyjątkowo dorodnie; strona jego uczuciowa i trzeźwa świadomość własnych celów jednako były podniecone i ożywione.
— Ojczulku, patrz, to Lucy! — zawołał dźwięczny, przyjazny głosik — Lucy, droga kochana Lucy, chodź do nas! Proszę cię, chodź!
Pospieszyłam na jej wezwanie. Odrzuciła wual, osłaniający jej twarz i przechyliła się na siodle, aby mnie uściskać.
— Miałam przyjść przywitać się z tobą jutro — rzekła — teraz wszakże, wobec szczęśliwego naszego spotkania, ty przyjdziesz do nas jutro, prawda?
Wymieniła godzinę, a ja przyobiecałam stawić się.
Nazajutrz wieczorem byłam u niej. Zamknęłyśmy się obie w jej pokoju. Nie widziałam Pauliny od owego dnia, kiedy jej prawa, zestawione z prawami, jakie rościła sobie Ginevra Fanshave, zyskały tak wybitną nad tamtymi przewagę. Miała mi wiele do opowiedzenia o odbytej w międzyczasie swojej podróży. Podczas podobnych tête a tête — sam na sam — była nader ożywioną i wymowną narratorką, umiejącą barwnie opisywać przeżywania swoje i doznania, nigdy wszelako, dzięki niesłychanej prostocie i naturalności dykcji i czystemu, łagodnemu głosowi, nie zdawała się mówić ani zbyt szybko ani zbyt wiele. Uwaga moja nie osłabłaby na pewno, ona sama wszakże zapragnęła widocznie zmiany tematu, pospieszyła bowiem zakończyć jak najrychlej swoje opowiadanie. Nie od razu jednak jasnym dla mnie się stało dlaczego tak nagle urwała swoje sprawozdanie z odbytej podróży. Nastąpiła dłuższa chwila milczenia, zdradzającego wszelako wyraźne oznaki niepokoju i głębokiej zadumy. Wreszcie zwróciła się do mnie nieufnym, na wpół błagalnym tonem:
— Lucy...
— Jestem przecież przy tobie.
— Czy moja kuzynka Ginevra pozostaje wciąż jeszcze u Madame Beck?
— Tak. Tęsknisz prawdopodobnie za nią? Chciałabyś ją zobaczyć?
— Nie, niebardzo.
Chciałabyś zaprosić ją znów na wieczór?
— N... nie... Przypuszczam, że wciąż jeszcze mówi o swoim zamążpójściu?
— Za nikogo takiego w każdym razie, na kim mogłoby ci zależeć.
— Ale myśli naturalnie wciąż jeszcze o doktorze Brettonie? Nie mogła przecież zmienić swojej decyzji na tym punkcie. Wszystko było już wszak ułożone przed dwoma miesiącami.
— Bynajmniej. Wiesz najlepiej jak rzeczy stoją. Byłaś świadkiem ich wzajemnego stosunku.
— Tak. Było pomiędzy nimi jakieś nieporozumienie owego wieczora. Nie ulega wątpliwości. Czy Ginevra sprawia wrażenie nieszczęśliwej?
— O, nie. Nie pokaże się to po niej. Powiedz mi lepiej, czy przez cały czas od twojego wyjazdu nie widywałaś doktora Grahama, ani też nie miałaś od niego wiadomości?
— Ojczulek otrzymywał od niego listy — raz czy dwa, w interesie, o ile mi wiadomo. Doktór Bretton zajął się jakimiś jego sprawami, które wymagały dopilnowania podczas naszej nieobecności. Zdaje się mieć dużo szacunku dla ojczulka i z przyjemnością wyświadczać mu przysługi.
— Tak. Spotkałaś się z nim wczoraj na bulwarze; przekonałaś się chyba, sądząc z jego wyglądu, że przyjaciele jego mogą nie trwożyć się o jego zdrowie?
— Ojczulek zdaje się być tego samego zdania co ty, Lucy. — Uśmiechnęłam się mimo woli na to powiedzenie. — Bo mój papuś nie jest szczególnie spostrzegawczy: jak ci wiadomo, myśli jego zaprzątnięte są czym innym poza tym co ma przed oczami. Powiedział jednak po pokłusowaniu doktora Brettona w drogę powrotną: „Prawdziwie przyjemność sprawia obserwowanie energii i ducha przedsiębiorczości tego chłopca.“ — Nazwał doktora Brettona „chłopcem“; przypuszczam, że uważa go rzeczywiście za chłopca jeszcze, tak samo jak mnie wciąż w dalszym ciągu za małą dziewczynkę. Nie mówił właściwie do mnie. Rzucił tę swoją uwagę mimochodem, jak gdyby myśląc głośno. Lucy...
I znów zabrzmiał ten sam błagalny ton. Równocześnie podniosła się ze swojego krzesła i podbiegła ku mnie, aby usiąść na małym stołeczku przy moich nogach.
Polubiłam ją. Nie często w toku tego opowiadania wyjawiałam podobne uczucia w stosunku do moich znajomych, dlatego też zechce łaskawy czytelnik nie brać mi mojego wynurzenia za złe na ten jeden raz tylko. Poufne obcowanie, bliższa obserwacja ujawniły mi całą subtelność, inteligencję, szczerość i prostotę Pauliny, potęgując tym samym i pogłębiając mój szacunek dla niej i moje przywiązanie do dziewczątka. Zachwyt bardziej powierzchowny byłby może bardziej demonstracyjny, mój wszakże był spokojny w swoim ujawnianiu się.
— O co chcesz zapytać się mnie, dziecko? — rzekłam. — Odważnie, wypowiedz się otwarcie.
Nie było jednak odwagi w jej oku: spojrzenie jej, spotkawszy się z moim, przyćmiło się; policzki jej utraciły zwykły swój chłód, okrywszy się rumieńcem wewnętrznego podniecenia, które ożywiło ich barwę i podniosło ich temperaturę.
— Lucy, chciałabym bardzo wiedzieć jakie jest zdanie twoje o doktorze Brettonie. Proszę cię, powiedz szczerze co o nim myślisz: o jego charakterze, o jego usposobieniu.
— Charakter jego w zupełności zasługuje na wysokie uznanie.
— A jego usposobienie? Powiedz mi coś bliższego o tym — nalegała. — Znasz go przecież dobrze.
— Tak. Znam go dość dobrze.
— Znasz go takim, jakim jest u siebie w domu. Widujesz go w towarzystwie jego matki; opowiedz mi wszystko co ci wiadomo o nim, jako o synu.
— Jest idealnym synem, największą pociechą i całą nadzieją swojej matki, jej dumą i rozkoszą.
Trzymała moją rękę w obu swoich dłoniach i przy każdym przychylnym, wychwalającym słowie głaskała ją pieszczotliwie.
— A pod jakim innym jeszcze względem jest on dobry, droga Lucy?
— Doktór Bretton jest bardzo ludzki, serdecznie, a w każdym razie prawdziwie życzliwie usposobiony dla wszystkich bliźnich. Jestem pewna, że byłby nim względem najbardziej nieokrzesanych dzikusów, bodaj nawet względem najgorszych zbrodniarzy.
— Tak, słyszałam kilku panów spośród przyjaciół ojczulka, wyrażających się o doktorze Brettonie w taki sam sposób. Mówili oni, że wielu biedaków pacjentów jego w szpitalu, trzęsących się ze strachu przed nieznającymi litości, obojętnie samolubnymi chirurgami, wita go z radosnym uśmiechem i błogosławi, jako swojego zbawcę.
— Mają zupełną słuszność. Ja sama byłam świadkiem takiego ich ustosunkowania się do niego. Widziałam, jak go przyjmowali — przyjaciele ojca twojego mają słuszność.
Tkliwa wdzięczność zaszkliła się w jej oku, kiedy podniosła je na chwilę i skierowała na mnie. Miała więcej jeszcze do powiedzenia, zdawała się jednak taić jakieś wątpliwości, a może wahać się czy czas i miejsce nadają się na tego rodzaju zwierzenia. Zaczął zapadać zmierzch; ogień na kominku jej bawialni rzucał czerwone błyski, wydawało mi się wszelako, że czekała na zupełne ściemnienie się w pokoju.
— Jakie uczucie bezpiecznej ciszy i odgrodzenia się od wszystkiego daje nam w tej chwili twoja bawialnia — zauważyłam, aby ją uspokoić.
— Czujesz to naprawdę?... Tak, wieczór jest osobliwie cichy, nie będę też wezwana na dół na herbatę; ojczulek obiaduje na mieście.
Trzymając wciąż rękę moją, bawiła się, bezwiednie może, moimi palcami, wkładając na nie własne pierścionki, to znów owiązując dokoła nich pasemka pięknych swych włosów; przykładając chłodne moje dłonie do rozgrzanych swoich policzków i wreszcie, odchrząknąwszy, odezwała się zwykłym głosem, dźwięcznym, ni to trele skowronka:
— Wydaje ci się dziwne na pewno, że mówię tak wiele o doktorze Brettonie, że zadaję takie mnóstwo pytań, które go dotyczą, że zdradzam tak żywe zainteresowanie jego osobą... Ale...
— Wcale nie wydaje mi się to dziwne; przeciwnie, uważam to za najzupełniej naturalne — lubisz go przecież.
— A gdybym nawet lubiła go — przerwała mi dość porywczo — czy starczy to za powód mojego mówienia tyle o nim? Przypuszczam, że uważasz mnie za istotę tak samo słabą jak moja kuzynka Ginevra.
— Gdybym uważała cię za podobną w najmniejszej mierze bodaj do panny Ginevry, nie siedziałabym tutaj, czekając na to co masz mi do powiedzenia. Wstałabym, przechadzałabym się swobodnie po pokoju i uprzedziłabym wszystko, co miałabyś mi do powiedzenia porządnym zmyciem ci głowy. Nie dopuściłabym cię do słowa. Ale teraz, mów dalej, dziecko.
— Chcę mówić dalej — odparła. — Cóż miałabym robić innego? Jak ci się wydaje? — Rozejrzała się i zaczęła mówić, przy czym wyraz jej twarzy i głos jej upodobniały ją do dawnej małej Polly z Bretton. — Gdybym — oświadczyła z naciskiem — gdybym nawet lubiła go tak, że gotowa byłabym umrzeć za niego, i to jeszcze nie upoważniałoby mnie do zachowania się inaczej, aniżeli milcząco, jak grób, nieomal jak ty, droga Lucy Snowe. Wiesz o tym najlepiej, i wiesz o tym również, że pogardzałabyś mną, gdybym nie była zdolna zapanować nad sobą i sentymentalizowała z powodu pensjonarskiego zadurzenia się, jednostronnego tylko.
— Prawda, że niewielki żywię szacunek dla kobiet i dziewcząt, zbyt wylewnych bądź w popisywaniu się swoimi triumfami, bądź w utyskiwaniu na zawody miłosne. Co się jednak ciebie tyczy, Paulino, mów proszę, zapewniam cię serio zupełnie, że pragnę wysłuchać tego, co masz mi do powiedzenia. Powiedz mi wszystko, co może sprawić ci przyjemność lub ulgę — o to tylko proszę cię, tego tylko pragnę dla ciebie.
— Lubisz mnie choć troszkę, Lucy?
— Tak, Polly, lubię cię szczerze.
— A ja kocham ciebie. Szczególnego rodzaju przyjemność sprawiało mi przebywanie z tobą wówczas, kiedy byłam małą, krnąbrną, sprawiającą dużo kłopotu dziewczynką: rozkoszowałam się możnością robienia z Lucy ofiary mojej niegrzeczności i moich kaprysów. Teraz stała się Lucy dla mnie powiernicą i miłą towarzyszką, z którą lubię rozmawiać i której ufam bezwzględnie. Chciej więc wysłuchać mnie co powiem, moja Lucy:
Przykucnęła u moich stóp, opierając się na moim ramieniu, ale opierając się łagodnie i nie ciążąc mi całą wagą swojego ciała, jak panna Fanshave.
— Przed paroma minutami, kiedy zapytałaś mnie czy miałam wiadomości od Grahama podczas naszej podróży, odpowiedziałam, że nadeszły od niego dwa listy do ojczulka w sprawach handlowych. Była to prawda, nie wyjawiłam ci jednak wszystkiego.
— Zataiłaś więc coś przede mną?
— Nie, nie tyle zataiłam, ile nie odpowiedziałam, aby uniknąć szczerego całkowitego wyznania. Teraz wszelako postanowiłam powiedzieć wszystko: ściemniło się mogę więc mówić z większą swobodą. Otóż ojczulek pozwala mi często otwierać pocztę i podawać mu nadchodzącą korespondencję. Pewnego rana, przed trzema tygodniami mniej więcej, nie umiem wcale powiedzieć jak bardzo zdziwiłam się, znalazłszy, pośród tuzina listów, adresowanych do pana de Bassompierre liścik, zaadresowany do panny de Bassompierre. Wykryłam go od razu pośród góry innych; charakter pisma na kopercie nie był mi obcy; pociągnął mnie też od razu. Już miałam powiedzieć: — „Ojczulku, jest tu jeszcze jeden list od pana doktora Brettona, zamknął mi wszelako usta wyraz „Miss“ w adresie. Nigdy jeszcze dotychczas nie otrzymałam listu od obcego mężczyzny. Czy powinna byłam pokazać pismo ojczulkowi przede wszystkim, pozwalając mu aby on pierwszy otworzył je i odczytał? Nie mogłam jednak, nie byłam zdolna zrobić tego, nie byłam w stanie, za nic na świecie. Zbyt dobrze znam pojęcie ojczulka o mnie. Zapomina on zupełnie o moim wieku, uważa mnie wciąż jeszcze za pensjonarkę; nie zdaje sobie sprawy, że inni ludzie widzą we mnie dorosłą dziewczynę, która nie ma już nawet szans urosnąć, osiągnęła bowiem przeznaczony jej wzrost. Z tak dziwnie skłóconymi uczuciami, — zarazem wyrzutów sumienia i zadowolonej miłości własnej — że nie potrafię wcale opisać ich — oddałam ojczulkowi jego parę tuzinów listów i zachowałam dla siebie mój jedyny, moje jedyne białe jagniątko. Leżało ono na moich kolanach przez cały czas śniadania, spoglądając na mnie w sposób niewyjaśniony, nasuwając mi poczucie prowadzenia podwójnej egzystencji: dziecka w stosunku do drogiego mojego ojczulka, wcale już jednak nie dziecka w stosunku do siebie samej. Po śniadaniu zaniosłam mój list na górę i zabezpieczywszy się zamknięciem na klucz drzwi mojego pokoju, zagłębiłam się przede wszystkim w studiowanie zewnętrznej strony mojego skarbu. Dobrych kilka minut trwało, zanim zdołałam wrazić sobie w świadomość brzmienie adresu i zanim zdobyłam się na złamanie pieczęci: nie bierze się podobnej reduty szturmem; należy usiąść przed nią na chwilę w skupieniu, jak zwykli mówić oblegający. Charakter pisma Grahama jest taki jak on sam i taka jest jego pieczątka — dokładnie zaokrąglona, równa, odciśnięta ręką, nawykłą do śmiałych, energicznych decyzji. Nie widać tu niedbałego, nieporządnego rozchlapania wosku — pełna, solidna ściśle ograniczona kropla, wyraźne mocne odciśnięcie; charakter pisma równy, bez żadnych ostrych zakrętasów, żadnych nagłych odchyleń, niemile draźniących nerw wzrokowy, ale spokojny, gładki, sprawiający przyjemne wrażenie, dziwnie kojący przy odczytywaniu go. Podobny do jego twarzy, do męskiego wyrzeźbienia jego rysów. Czy znasz jego pismo?
— Widziałam je. Ale mów dalej.
— Pieczątka była zbyt piękna, aby móc odważyć się na jej złamanie, wycięłam ją też cienko zaostrzonymi nożyczkami do haftu. Gotowa już wreszcie zabrać się do czytania samego listu, raz jeszcze powstrzymałam się dobrowolnie: zbyt wcześnie było na pociągnięcie czarownego haustu — pieniący się błysk jego w filiżance był tak piękny, że zapragnęłam napatrzeć mu się przez chwilę chociażby. Nagle przypomniałam sobie, że nie odmówiłam jeszcze modlitwy tego rana. Usłyszawszy kroki ojczulka, schodzącego wcześniej niż zazwyczaj na dół na śniadanie, nie chciałam dać mu czekać, pośpieszyłam też do niego jak tylko zdążyłam ubrać się, nie widząc nic złego w odłożeniu na później odmówienia moich pacierzy porannych. Niejeden powiedziałby może, że powinna byłam złożyć przede wszystkim należny hołd Bogu, a potem dopiero przypadającą daninę człowiekowi, nie wydaje mi się jednak, aby niebo mogło być zazdrosne o cośkolwiek z tego co robię dla mojego ojczulka. Możliwe, że jest to przesąd z mojej strony. Głos jakiś zdawał się podszeptywać mi, że wchodzi tu w grę odmiennego rodzaju uczucie, aniżeli przywiązanie córki i że to właśnie szczególne uczucie skłania mnie do pomodlenia się, zanim odważę się odczytać słowa, do których przeczytania tak tęskniłam całą duszą, do odmówienia sobie tej rozkoszy przez chwilę jeszcze i pamiętania nade wszystko o świętym obowiązku, jaki winnam spełnić. Kierowałam się zawsze podobnymi impulsami od czasu jak tylko mogę siebie zapamiętać. Odłożyłam list i odmówiłam pacierze, ślubując po ich ukończeniu surowe postanowienie, że cokolwiek miałoby nastąpić, nie dam się skusić ani doprowadzić do przyczynienia ojczulkowi najmniejszej troski i że nigdy miłość, jaką mogłabym żywić dla kogokolwiek innego, nie pozwoli mi zaniedbywać go. Sama myśl o podobnej możliwości tak boleśnie ścisnęła mnie za serce, że doprowadziła mnie do płaczu. Mimo to jednak czułam, że ojczulek będzie musiał dowiedzieć się prawdy we właściwym czasie, i być zniewolony do wysłuchania rozsądnych perswazji.
— Przeczytałam list. O, Lucy, życie jak utrzymują, ma składać się z samych rozczarowań. Nie wiem, czy słuszna jest ta uwaga, wiem natomiast, że ja nie byłam rozczarowana. Zanim przeczytałam i podczas czytania nie tylko biło serce moje przyspieszonym tętnem, ale drgało przy każdym skurczu ni to gwałtownie dyszące, śmiertelnie spragnione zwierzę, które ułożono przy źródle, aby mogło pić z niego; źródło okazało się cudownie pełne i bosko czyste; bogato wytrysło własną swoją siłą, własnym impulsem. Poprzez ten zdrój, którego nie zmącił żaden owad, ani żadne źdźbło mchu, żaden atom w potrójnie oczyszczonym złocie jego kaskady, ujrzałam słońce.
— Życie, jak utrzymują, jest dla wielu jednym, nieprzerwanym pasmem cierpień. Czytałam życiorysy, których bohaterzy zdawali się przechodzić bezpośrednio od jednego cierpienia do następnego. Nadzieja szybko od nich odlatywała, mknąc przed nimi w dal i nigdy nie zatrzymując się tak blisko nich, ani też nie zwalniając swojego pędu o tyle, aby raz jeden bodaj skutecznie wyciągnąć do nich pomocną dłoń. Czytałam o tych, którzy sieli we łzach i których żniwo, dalekie od zbierania go w radości, zmarnowała przedwcześnie padła na nie śnieć lub też zniszczył huraganowy wicher. Niektórych spośród nich zaskoczyła zima przy pustych spichrzach, wymarli też z głodu i braków, z nędzy wśród najciemniejszej i najsurowszej pory roku.
— Czy było to ich winą, Paulino, że ci, o których mówisz, powymierali w ten sposób?
— Nie zawsze ich winą. Niektórzy z nich byli dobrymi, zabiegliwymi ludźmi. Ja sama nie jestem ani zabiegliwa, ani dobra, Pan Bóg sprawił jednak, że wyrosłam w słońcu i w dostatecznym zapasie ożywczej wilgoci, bezpieczna pod tkliwą opieką, otoczona staraniami, rozwijana i kształcona przez drogiego mojego ojczulka, a teraz... teraz... przychodzi inny. Graham kocha mnie.
W ciągu parominutowego milczenia jakie nastąpiło po jej oświadczeniu, porałyśmy się, ona i ja, z tym głęboko przełomowym momentem dla nas obu.
— Czy ojciec twój wie? — zapytałam przyciszonym głosem.
— Graham pisał w tym liście z wielkim szacunkiem o ojczulku, zaznaczył jednak, że nie śmie jeszcze wyjawić mu swoich uczuć; musi przede wszystkim udowodnić mu swoją wartość; dodał również, że musi upewnić się co do mnie i mojego ustosunkowania się do tej sprawy, co do uczuć moich, zanim odważy się zwrócić w sposób decydujący do mojego ojca.
— Co na to odpowiedziałaś?
— Odpowiedziałam krótko, ale nie odtrąciłam go. Zarazem drżałam nieomal, z obawy, aby odpowiedź moja nie brzmiała zbyt serdecznie. Graham ma taki wybredny gust. Pisałam ten list trzykrotnie, osłabiając i łagodząc każde nieomal wyrażenie aż wreszcie, po urobieniu zdań w ten sposób, że list wydał mi się podobny do kawałka lodu, ocukrzonego odrobiną owocowego zapachu i słodyczy, odważyłam się zapieczętować go i wysłać.
— Doskonale Paulino! Kierowałaś się cudownie wysubtelnioną intuicją — zdajesz się rozumieć i wyczuwać doktora Brettona na wskroś.
— Jak jednak mam postąpić wobec ojczulka? Wciąż nad tym przemyśliwam i nie wiem jak sobie poradzić.
— Nie radź sobie wcale. Czekaj. To jedyne, co masz na razie do zrobienia. Nie podtrzymuj tylko dalszej korespondencji, dopóki ojciec twój nie dowie się o wszystkim i nie da ci na to swojego przyzwolenia.
— Czy da je kiedykolwiek?
— Czas pokaże to. Czekaj cierpliwie.
— Doktór Bretton napisał jeszcze jeden list, wyrażając mi głęboką swoją wdzięczność za mój krótki, utrzymany w spokojnym tonie bilecik, wyprzedziłam wszelako radę twoją, droga moja Lucy, napisałam mu bowiem zaraz w pierwszym owym krótkim liściku, że, mimo niezmienności i nadal także uczuć moich, nie będę mogła bez wiedzy ojczulka podtrzymywać w dalszym ciągu korespondencji z nim.
— Postąpiłaś jak powinna byłaś postąpić. Doktor Bretton odczuje to na pewno w ten sposób i nie inaczej; spotęguje to tylko jego dumę z ciebie i jego miłość, o ile oba te uczucia mogą u niego być spotęgowane jeszcze. Rozumna ta ochronna powłoka szronu, jaką opancerzyłaś tak czysty, tak jasny płomień twojej miłości, jest bezcennym przywilejem natury.
— Wyczuwam — tak mi się przynajmniej wydaje — usposobienie Grahama — rzekła — Rozumiem, że nie istnieje w jego pojęciu dostatecznie subtelna ostrożność w traktowaniu spraw takich jak nasze.
— Dajesz bezsprzeczny dowód, że rozumiesz go i oceniasz najtrafniej. Chociażby jednak miał doktór Bretton zapatrywać się na to inaczej, chociażby nawet miał spodziewać się gorętszego odzewu z twojej strony — postąpiłaś w każdym razie uczciwie, szczerze i z należnym córce uczuciem względem ojca.
— Nie wątpię, że zawsze będę postępowała w ten sposób. Możesz mi zaufać pod tym względem, droga Lucy. O, wiem i tak że sprawię ojczulkowi ból wyrwaniem go z jego ułud i uświadomieniem mu, że przestałam już być małą dziewczynką.
— Nie spiesz się też z tym, Paulino. Pozostaw rozwiązanie spraw Czasowi i przyjaznym losom. Stwierdziłam życzliwą ich opiekę nad tobą: możesz być pewna, ze wpłyną one na jak najkorzystniejsze ułożenie się dla ciebie okoliczności i same obiorą moment dla ciebie najodpowiedniejszy. Rozmyślałam o biegu twojego życia, tak samo jak i ty niewątpliwie rozmyślałaś o nim; i ja także przeprowadziłam porównania podobne do tych, jakie wysunęłaś i ty sama. Nie wiemy co nam gotuje przyszłość, przeszłość była wszakże pomyślna. Kiedy byłaś dzieckiem, obawiałam się o ciebie; nie spotykałam nigdy natury bardziej wraźliwej, niż twoja w dziecięctwie: stosowana względem ciebie szorstkość czy zaniedbanie nie pozwoliłyby ci rozwinąć się i dojrzeć zarówno duchowo, jak fizycznie i stać się taką, jaką jesteś teraz. Głębsze troski, obawy, konieczność uciążliwych walk wpłynęłyby na zniekształcenie regularności rysów twojej twarzy, na wynaturzenie twojego charakteru i na zmianę kierunku twojego myślenia, poszarpałyby twoje nerwy, doprowadzając je do stanu stałego podraźnienia; zatraciłabyś zdrowie i humor, wdzięk i słodycz. Szczęśliwie dla ciebie czuwała nad tobą Opatrzność, przyczyniając się do urobienia cię w sposób najbardziej pożądany nie tylko ze względu na własne twoje dobro, ale, jak mniemam, i na dobro Grahama również. I on także urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, do pełnego wszakże rozwoju wszystkich najbardziej dodatnich cech jego natury potrzebna mu jest towarzyszka życia taka właśnie jak ty — i, oto, zjawiłaś się gotowa spełnić to zadanie. Musicie być połączeni. Wiedziałam o tym zaraz od pierwszego dnia, kiedy ujrzałam was oboje razem w La Terrasse. We wszystkim, co dotyczy wzajem ciebie i Grahama, widzę najlepsze zapowiedzi przyszłości, mądrą celowość i harmonię. Nie wydaje mi się, aby słoneczna młodość was obojga miała być dla was zwiastunką burzliwej starości. Wierzę, że w wyrokach Opatrzności zapisane jest, abyście oboje po społu wiedli spokojny, szczęśliwy żywot — nie tak doskonale szczęśliwy, jaki wiodą aniołowie, ale jaki dane jest wieść niewielu spośród śmiertelnych. Niektóre żywoty są błogosławione w ten sposób z woli Najwyższego, stanowiąc oczywiste świadectwo i wyraźny dowód możliwości istnienia Raju. Są znów inne, skazane od samego zarania na odmienne ukształtowanie się ich losów. Jednym spośród wędrowców towarzyszą stale na ich drodze wiatry przyjazne, innym, przeciwnie, burze i słoty; jedni kroczą stale w słońcu, innych od kolebki nieomal zaskakuje zimowa noc. Ani jedno, ani drugie nie dzieje się bez sankcji Najwyższego. Wiem, że w nieskończonym, nie znającym granic szeregu działań Opatrzności kryje się gdzieś tajemnica ostatecznych wyroków; wiem, że skarbnica boża zawiera zarówno dowody, jak zapowiedzi ich sprawiedliwości i miłosierdzia.




ROZDZIAŁ XXXIII
MONSIEUR PAUL DOTRZYMUJE PRZYRZECZENIA

Na dzień pierwszy maja otrzymałyśmy wszystkie — to znaczy dwadzieścia stałych pensjonarek i cztery nauczycielki — nakaz zerwania się o piątej z rana, aby o szóstej być gotowymi do wyruszenia pod przewodem profesora Emanuela, który miał wyprowadzić nas z Villette, spełniając obietnicę urządzenia dla nas śniadania na łonie natury. O ile łaskawy czytelnik przypomina sobie może, nie miałam zaszczytu zostania zaproszoną w momencie pierwotnego projektowania wycieczki — wprost przeciwnie, wyraźnie byłam z niej wykluczona. Kiedy jednak wspomniałam o tym obecnie, chcąc dowiedzieć się, jak mam postąpić, zostałam zamiast odpowiedzi, mocno pociągnięta za ucho, bojąc się więc narazić drugie ucho na takie same potraktowanie, nie stawiałam już więcej pytań, ani też nie wysuwałam żadnych dalszych trudności.
Je vous conseille de vous faire prier![60] — ostrzegł mnie Monsieur Emanuel, zagrażając władczym gestem całości drugiego ucha. — Jeden napoleoński poczęstunek wystarczał mi jednak w zupełności, od razu też zdecydowałam się na wzięcie udziału w wycieczce.
Ranek był ciepły i pogodny, niczym letni, ożywiony trelami ptasimi, rozbrzmiewającymi w ogrodzie. Zwiewne welony mgły, unoszącej się sponad sperlonej rosą ziemi i trawy, zapowiadały upał. Wszystkie orzekłyśmy, że będzie gorąco, z przyjemnością też odrzuciłyśmy cięższe wełny, strojąc się zamiast nich w suknie, odpowiednie na słoneczną pogodę. Czyste, świeże wzorzyste perkaliki sukien, lekkie słomki kapeluszy, uplecione tak zręcznie, jak tylko upleść je potrafią francuskie robotnice, łącząc krańcową prostotę i skromność z nadzwyczajną twarzowością — oto hasło stroju naszego na ten dzień. Żadnej z nas nie przyszło na myśl paradować w zeszłosezonowych wypłowiałych jedwabiach, żadna nie wyciągnęła znoszonego, przyblakłego, ongiś eleganckiego kapelusza.
O szóstej rozbrzmiał wesoły dzwonek, zbiegłyśmy więc hurmem ze schodów, przez carré, wzdłuż korytarza do przedsionka. Stał już tam nasz profesor, odziany nie jak zwykle w zbójecką fałdzistą pelerynę i w odwieczny bonnet grec, ale strojny w młodzieńczą bluzę sportową z paskiem i nieco zawadiacki słomkowy kapelusz. Przywitał nas wszystkie najuprzejmiejszym „dzień dobry“, na co większość odpowiedziała uśmiechem dziękczynienia. Uszeregowane przez niego parami, ruszyłyśmy wnet w drogę.
Ulice były jeszcze zupełnie spokojne, bulwary świeżością swoją i panującym na nich spokojem sprawiały wrażenie łąk i pól. Czułyśmy się prawdziwie szczęśliwe, maszerując dziarsko i zamaszyście. Nasz przewodnik posiadał dar pobudzania do wesołości, o ile pozwalał na to własny jego humor, gdy w przypadku odwrotnym, mógł przyprawić o zgnębienie i wzbudzić paniczny lęk.
Nie prowadził nas, ani też nie szedł za nami, ale wzdłuż naszych szeregów, zwracając się z kolei do każdej z nas z osobna, wyróżniając przy tym swoje faworytki, nie zaniedbując jednak całkowicie tych nawet, których wyraźnie nie lubił. Miałam specjalny powód trzymania się możliwie z dala, aby wystawiać się jak można najmniej na pozycje czołowe; że zaś zostałam uszeregowana w jednej parze z Ginevrą Fanshave, starałam się wykorzystać ten traf, używając jej jako ekranu, który miał odgradzać mnie od monsieur Paula, i zmieniając miejsce w zależności od tego, czy widziałam go zbliżającego się ku nam z prawej czy z lewej strony. Wzamian za tę, nieświadomie dla niej samej wyświadczaną mi przez pannę Fanshave przysługę, musiałam z dobrą miną znosić na moim ramieniu ucisk bynajmniej nie znikomego ciężaru górnej kończyny anielskiej tej istoty (będąc w doskonałym stanie zdrowia, nabierała stale ciała, mogę też zapewnić czytelnika, że nie było bagatelą dźwigać ciężar jej wdzięków: niejednokrotnie w ciągu upalnego tego przedpołudnia wzdychałam do Opatrzności, aby użyczyła jej mniej czarujących tych zaokrągleń) Osobliwym ukrytym powodem takiego manewrowania przeze mnie był różowy kolor wzorzystej mojej nowej perkalikowej sukni, zatem — fakt, który w obecnych okolicznościach budził we mnie takie same mniej więcej uczucie, jakiego doznawałam niegdyś, przechodząc w szalu z szerokim pąsowym obrzeżeniem łąką, na której pasł się okazały byk.
Przez czas jakiś ten system przebiegania to na prawą, to na lewą stronę a także udrapowania na sobie czarnej koronkowej narzutki, okazywał się celowy, stopniowo wszakże połapał się monsieur Paul, że, bez względu na to, czy podchodzi do naszej pary z prawej czy z lewej strony, zawsze natrafia na pannę Fanshave, jako na bezpośrednią swoją sąsiadkę. Stosunek towarzyski wzajemny ich dwojga: jego i Ginevry, nie przebiegał nigdy tak gładko, aby pobudliwy jego temperament nie kazał mu wzdrygać się niecierpliwie, ilekroć o uszy jego obijał się angielski jej akcent: pod każdym względem tak zasadniczo różnili się oboje wzajem, że nie potrafili nigdy godzić się z sobą; stale dochodziło pomiędzy nimi do scysji: on uważał ją za próżną i afektowaną, jej zaś nie przestawała razić jego niedźwiedziowatość i jego wtrącanie się nie do swoich rzeczy; był jej wstrętny wręcz.
Kiedy wreszcie po raz szósty zmienił miejsce, zawsze z tym samym ujemnym wynikiem — szarpnął się naprzód, wpił groźnie oczy we mnie i zawołał zniecierpliwiony:
Qu‘est-ce que c‘est? Vous me jouez des tours?[61]
Zanim jeszcze zdążyły słowa te zerwać się z jego ust, już ze zwykłą swoją bystrością dotarł do sedna rzeczy: daremnie usiłowałam rozpostrzeć szeroką frendzlę i brzeg mojej koronkowej zarzutki. — „Ah... ah!... C‘est la robe rose![62] — wrzasnął głosem tak ostrym, że wywarł na mnie nieledwie wrażenie ryku rozjuszonego władcy łąki.
— To perkalik tylko! bawełna! — pośpieszyłam usprawiedliwić się — tańszy i lepiej pierze się, a co główne, nie pełznie na słońcu, jak inne kolory.
Et Mademoiselle Lucie est coquette comme dix Parisiennes — odparł. — A-t-on jamais vu une Anglaise pareille? Regardez plutôt son chapeau, et ses gants, et ses brodequins![63] — Wymienione artykuły toaletowe były zupełnie takie same, jak noszone przez moje towarzyszki — może nawet skromniejsze jeszcze niż większości spośród nich — monsieur wpadł wszelako w zwykłą swoją wenę, byłam już więc przygotowana na wysłuchanie potężnego kazania. Okazało się ono jednak tak łagodne, jak zapowiedź groźnej burzy która kończy się czasem w dzień letni na lekkim, przemijającym deszczyku. Ugodził we mnie jeden tylko jowiszowy grom w postaci szyderczego błysku jego oczu i równie szyderczego uśmiechu, złagodzonego wnet jednek powiedzeniem:
Courage! — à vrai dire je ne suis pas fâché!, peut être même suis — je content qu‘on s‘est fait si belle pour ma petite fête.[64]
Mais ma robe n‘est pas belle, Monsieur — elle n‘est que propre.[65]
J‘aime la propreté[66] — rzekł. — Nie był, słowem, wyprowadzony z równowagi. Słońce dobrego humoru miało jaśnieć, niezmiennie zwycięskie, pomyślnego dnia tego; stale udawało mu się rozpędzać chmury, zanim jeszcze zdołały one zaciemnić widnokrąg.
Dostałyśmy się wreszcie na prawdziwą wieś, pośród, jak nazywano to tutaj „les bois et les petits sentiers“. — lasów i małych ścieżek. — W miesiąc później mało zachęcałyby te lasy i te łąki, wyłysiałe z trawy i poszarzałe z kurzu, teraz wszakże w majowej zielonej swojej krasie i świeżości porannej wyglądały bardzo pociągająco.
Znalazłyśmy się przy źródle, dokoła którego obyczajem Labassecour zasadzono lipy. Przodownik nasz dał tutaj hasło spoczynku na otaczającej źródło zielonej murawie, na której porozsiadałyśmy się, skupione dokoła niego. Te, które bardziej lubiły go aniżeli się go bały, usiadły bliżej, zaś te, w których budził on więcej strachu, niż uczuć cieplejszych, trzymały się nieco z dala; były to przeważnie dziewczątka najmłodsze; te, których głębsze przywiązanie nadawało resztkom lęku nawet przyjemny posmak, trzymały się w największej odległości.
Monsieur Paul zaczął opowiadać nam zajmującą historię. Celował w tym: miał dykcję, jaką dzieci osobliwie lubią i jaka pobudza wykształconych ludzi dorosłych do współzawodniczenia z nim w tym kunszcie. Prostota jej była jej siłą i największym powabem. W opowieści, wysnutej przez niego tego dnia z własnej wyobraźni znalazły się ustępy prawdziwie piękne, głęboko odczute, a także inne, wabiące obrazowością. Podczas mojego słuchania ich, zapadły mi one w pamięć i wryły się w nią, pozostając w niej trwale, niezatarte nigdy już. Opisał on między innymi scenę zapadania zmroku — mam ją jeszcze przed sobą — nigdy nie oglądałam odtworzonej równie plastycznie pędzlem malarza.
Wspomniałam już kiedyś, że ja sama nie posiadam i nigdy nie posiadałam daru improwizacji. Możliwe, że świadomość tego właśnie braku mojego potęgowała jeszcze zdumienie moje i zachwyt przy zetknięciu z człowiekiem, który dar ten posiadał w stopniu doskonałym. Monsieur Emanuel nie należał do typu ludzi, celujących w słowie pisanym, niejednokrotnie, natomiast, bywałam świadkiem rozrzucania przez niego z hojną, niedbałą, bodaj nawet bezwiedną szczodrością takich skarbów duchowych, jakimi rzadko mogą pochlubić się książki. Jego umysł służył mi najczęściej za bibliotekę, ilekroć też otwierała się ona przede mną, dorywałam się do niej uszczęśliwiona. Intelektualne braki moje nie pozwalały mi czytać wiele. Nieliczne były drukowane i oprawne tomy, które nie nużyłyby mnie, których przeglądanie nie zamraczałoby mnie i nie oślepiało — tomy myśli monsieur Paula, natomiast, były balsamem dla oczu mego ducha; ich zawartość uprzystępniała, rozjaśniała i wzmagała moją pracę myślową. Wyobrażałam sobie często jaką rozkoszą byłoby dla człowieka, który kochał go bardziej, aniżeli on sam kochał siebie, zbierać i gromadzić te garści złotego pyłu, tak niedbale rozsiewanego na wiatry beztroskie.
Po ukończeniu swej opowieści podszedł do małego pagórka, na którym ja i Ginevra usiadłyśmy z dala nieco od reszty. Ze stałą swoją pochopnością żądania sądu, a raczej pochwały, (nie był w stanie powściągnąć swojej żądzy usłyszenia jej i zaczekania, aż udzielona mu ona zostanie dobrowolnie), zapytał:
— Były panie zainteresowane?
W zwykły mój mało demonstracyjny sposób, odpowiedziałam:
— Tak.
— Czy opowieść moja była dobra?
— Bardzo dobra.
— Nie potrafiłbym jednak napisać jej — rzekł.
— Dlaczego nie mógłby pan, monsieur?
— Nienawidzę mechanicznego procesu pisania; wstręt we mnie budzi ślęczenie z piórem w ręku nad arkuszem papieru. Mógłbym jednak podyktować ją z przyjemnością kopiście, który odpowiadałby moim wymaganiom. Czy mademoiselle Lucy zgodziłaby się napisać ją dla mnie, gdybym chciał?
— Monsieur dyktowałby zbyt śpiesznie, popędzałby mnie i gniewałby się, że moje pióro nie dotrzymuje kroku jego ustom.
— Niech pani sprobuje kiedyś; przekonamy się jakim potworem potrafię być w pewnych warunkach. W tej chwili wszakże nie ma mowy o dyktowaniu; zamierzam wykorzystać pomoc pani w innej roli. Widzi paru ten dom folwarczny, położony tam, za tymi wzgórzami.
— W wianku drzew? Widzę.
— Zjemy tam śniadanie i podczas kiedy zacna fermière — żona właściciela tego folwarczku — przygotuje nam w wielkim saganie kawę z mlekiem, pani wraz z pięcioma towarzyszkami, które pani sama sobie dobierze, nasmaruje masłem pół setki bułek.
Uszeregowawszy ponownie małą swoją armię, powędrował na jej czele ku domkowi folwarcznemu, który na widok naszej liczebności poddał się bez sprzeciwu.
Czyste noże i talerze oraz świeże masło zostały nam dostarczone niebawem, wnet też pół tuzina nas, wybranych przez profesora wzięło się do pracy pod jego kierunkiem, aby napełnić wielki kosz przekrajanymi na pół i nasmarowanymi bułkami, których przywiezienie w porę na folwark zostało poruczone zamieszkałemu w pobliżu piekarzowi. Kawa i czekolada parowały już w dzbanach, śmietanka i świeżo zniesione i ugotowane jajka uzupełniały jadłospis. Monsieur Emanuel, hojny jak zwykle, gotów był wspaniałomyślnie wydać dyspozycje, dotyczące „jambon“ — szynki i — i „confitures“ — konfitur — gdyby nie sprzeciw niektórych spośród nas, wmawiających sobie posiadanie jakiegoś wpływu na niego i zapewniających go, że byłoby to najnierozsądniejszym trwonieniem artykułów spożywczych. Drwił z naszej oszczędności, nazywając nas „des menagères avares“ — skąpymi gospodyniami — pozwoliłyśmy mu wszelako urągać nam i przeprowadziłyśmy wedle własnej woli nakazaną przez rozsądek oszczędność.
Z jak miłym zadowoleniem stał w kuchni folwarcznej, przyglądając się przygotowaniom! Jak promieniał na widok naszego ożywienia! Należał do typu ludzi, których uszczęśliwia uszczęśliwianie innych: lubił widzieć dokoła siebie ruch, wesołe podniecenie, dostatek i zabawę. Na nasze zapytanie, gdzie usiądzie, odpowiedział, że, jak dobrze nam wiadomo, jest dzisiaj naszym niewolnikiem, a my jego tyrankami, nie śmiałby więc, nieupoważniony przez nas, obrać dla siebie krzesła. Wobec tego postawiłyśmy dla niego wielki fotel farmera przy stole i usadowiłyśmy go na honorowym tym miejscu.
Szczerze lubiłyśmy go, ilekroć bywał w tak dobrotliwym, łagodnym usposobieniu jak obecnie; chętnie zapominałyśmy wówczas o burzliwych jego wybuchach i ciskanych przez niego tak często piorunach. Wiedziałyśmy w istocie, że w najgorszych nawet momentach przypisywać należało winę tych jego wybuchów jedynie pobudliwości jego nerwów, bynajmniej zaś z gruntu złemu jego charakterowi. Kto umiał właściwie zabrać się do niego, łagodzić go, uspokajać i koić, robił z niego niewinnego baranka, niezdolnego ukrzywdzić muchy nawet. Jedynie wobec zupełnie tępych, głupich, przewrotnych, czy egoistycznie obojętnych stawał się on chwilowo niebezpieczny — i to w stopniu jak najsłabszym.
Pamiętny zawsze wymogów pobożności, kazał najmłodszym uczestniczkom wycieczki odmówić modlitwę przed przystąpieniem do spożycia śniadania, przy czym przeżegnał się z żarliwością starej dewotki. Nigdy przed tym nie widziałam go modlącego się ani też żegnającego się znakiem krzyża, czynił to wszelako z tak dziecięcą prostotą i wiarą, że nie mogłam powściągnąć uśmiechu zadowolenia na jego widok; dostrzegłszy mój uśmiech, wyciągnął do mnie rękę, i rzekł:
Donnez-moi la main! — Niech mi pani poda rękę. — Widzę, że wielbimy tego samego Boga, w tym samym duchu, mimo że wedle odmiennego obrządku.
Większość kolegów monsieur Emanuela, profesorów, jak on sam, należała do typu wyzwolonych wolnomyślicieli, niewierzących, ateistów, wielu też z nich wiodło żywot, który nie zniósłby ściślejszego wglądu w ich poczynania, zaś on sam był raczej rodzajem dawanego rycerza, głęboko religijnego, o opinii nieposzlakowanej. Niewinna dziatwa i czysta myślą, piękna młodzież mogły mu być powierzono jednako bezpiecznie. Cechowały go żywe namiętności i ogniste porywy, jego nieskalane wszelako poczucie honoru i jego dziecięco naiwna pobożność były niepokonanymi czarami, jakimi potrafił ujarzmić przyczajonego, czy uśpionego lwa.
Śniadanie na folwarku było arcywesołym posiłkiem, a panujące wśród wszystkich nas szczere rozbawienie nie było pustym brzękiem jedynie. Monsieur Paul występował w roli inicjatora i przywódcy; był duchem ożywiającym zabawę; jego towarzyski, pełen zapału temperament znajdował tu swobodne, niczym nieskrępowane ujście; w otoczeniu kobiet jedynie i dzieci nie zdołało nie drażnić go i krzyżować jego zamierzeń: postępował jak uważał za właściwe, po swojemu, robił co chciał, był więc miły i uprzedzający nad wyraz.
Po zjedzeniu śniadania mogło całe nasze towarzystwo bawić się i hasać do woli na łące; parę spośród nas pozostało w kuchni, aby pomóc żonie fermera przy uprzątnięciu, zmyciu i odstawieniu do kredensu fajansowych filiżanek i talerzy. Należałam do tej małej grupki, ale monsieur Paul odwołał mnie prosząc, abym usiadła z nim pod drzewem (obrał to miejsce, z którego mógł dawać łatwo baczenie na rozbawioną swoją, hasającą po rozległym pastwisku gromadkę) — i abym czytała mu, a on przez ten czas wypali cygaro. Usiadł na wyciosanej z gruba wiejskiej ławce, a ja wprost na trawie, oparta o szeroki pień. Wybrał dla mnie do czytania tomik kieszonkowego wydania klasyków francuskich — Corneille‘a — którego nie lubiłam, on jednak znajdował w nim piękno, którego, przyznaję, nie umiałam nigdy dopatrzeć się. Podczas mojego czytania słuchał ze spokojem i wyrozumiałością, tym bardziej zdumiewającą wobec zwykłej drażliwości jego natury. Niebieskie jego oczy promieniały głębokim uczuciem szczęścia, pod którego wpływem wygładzały się zmarszczki, zasępiające zazwyczaj jego czoło. I ja także byłam szczęśliwa, zadowolona z pięknego dnia, bardziej jeszcze zadowolona z obecności monsieur Paula i najbardziej zadowolona z jego życzliwego nastroju.
Po chwili zapytał mnie, czy nie wolałabym raczej przyłączyć się do moich towarzyszek, aniżeli siedzieć tutaj? Odpowiedziałam, że nie i że zadowalnia mnie w zupełności miejsce, jakie zajmuję obecnie. Wobec oświadczenia mojego zapytał, czy, gdybym była jego siostrą, rada byłabym przestawać stale z bratem takim jak on. Odpowiedziałam i na to pytanie potakująco, i w rzeczywistości czułam, że byłabym rada. Po chwili zapytał znów, czy byłoby mi przykro, gdyby zmuszony był opuścić Villette i odjechać daleko. Tom Corneille‘a wypadł mi z ręki. Nie odpowiedziałam nic.
Petite soeur — siostrzyczko — rzekł. — Jak długo zachowałaby pani mnie w pamięci, gdybyśmy byli rozdzieleni?
— Tego nie umiałabym powiedzieć, bo nie wiem przecież, jak długo będzie trwało, zanim przestanę pamiętać o wszystkim ziemskim.
— Gdybym miał odjechać za morza na dwa, czy trzy lata, cieszyłaby się pani mną po powrocie?
— O, Monsieur, jak mogłabym żyć w międzyczasie?
Pourtant j‘ai été pour vous bien dur, bien exigeant[67].
Ukryłam poza książką twarz moją, aby nie zdradzić płynących po niej łez. Zapytałam go dlaczego o tym mówi, na co odpowiedział, że nie poruszy już więcej tej sprawy, zmienił też w istocie temat, usiłując rozweselić mnie i podnieść na duchu najżyczliwszą zachętą. Łagodność i serdeczność, z jaką przemawiał do mnie przez całą resztę tego dnia, wzruszyły mnie głęboko. Był zbyt tkliwy. Zarazem jednak budził we mnie dziwnie żałosne uczucie. Wolałabym już, aby był po swojemu szorstki i gwałtowny, kapryśny i łatwo unoszący się gniewem, jak to było jego zwyczajem.
Kiedy nastąpiło upalne południe — dzień, jak przewidziałyśmy, okazał się iście czerwcowy — zgromadził nasz pasterz swoją owczarnię, ściągnąwszy ją z miejsca jej zabawy na pastwisku i przygotował się do zabrania nas w drogę powrotną. Miałyśmy całą milę do odrobienia — francuską, nie angielską milę — tyle bowiem wynosiła odległość folwarku od Villette; mniejsze dzieci zwłaszcza znużone były zabawą, a i większości starszych nie uśmiechała się bynajmniej konieczność odbycia w samo rozprażone południe długiego marszu po żwirze i piachu nieocienionej drzewami szosy. Okazało się wszelako, że monsieur Paul przewidział ten stan rzeczy i z góry już zapobiegł mu. Tuż za obejściem gospodarskim folwarku ujrzałyśmy dwa obszerne pojazdy, które przybyły, aby nas zabrać — wielkie omnibusy, wynajmowane zazwyczaj specjalnie na potrzeby wycieczek szkolnych; po krótkiej chwili zamętu znalazło się we wnętrzu wehikułów miejsce dla wszystkich i po upływie godziny niespełna bezpiecznie dowiózł monsieur Paul powierzoną jego opiece gromadkę na Rue Fossette. Spędziłyśmy mile dzień. Byłby on dla mnie cudowny, gdyby nie tchnienie melancholii, które przyćmiło mi przez chwilę jasność słońca.
Ponowiło się to raz jeszcze tego samego wieczora.
W porze zachodu dostrzegłam Monsieur Emanuela, wychodzącego drzwiami frontowymi w towarzystwie Madame Beck. W ciągu godziny nieomal przechadzali się oboje tam i z powrotem po środkowej alei, zajęci, jak widać było, bardzo poważną rozmową; on miał minę zasępioną, nieomal ponurą, ona — zdziwioną, niezadowoloną i podnieconą.
Ciekawa byłam jaki mógł być temat tak żywo prowadzonej przez oboje dyskusji i, na widok Madame, która weszła ponownie do domu, z powodu zupełnego ściemnienia się i pozostawiła kuzyna swojego w ogrodzie, pomyślałam:
— Nazwał innie „petite soeur“ tego rana. Gdyby był naprawdę moim bratem, jak chętnie podeszłabym teraz do niego i zapytała co go tak gnębi. Stał oparty o drzewo, skrzyżowawszy ręce na piersiach i smutnie pochyliwszy głowę. Czułam, że potrzebne mu jest pocieszenie, którego Madame nie mogła mu dać — umiała ona tylko prawić kazania. O, ale co to?...
Otrząsnąwszy się z bezruchu zgnębienia, podążył nasz profesor wielkimi pośpiesznymi krokami przez ogród w kierunku domu. Drzwi carré były jeszcze otwarte; przypuszczałam, że zamierza prawdopodobnie, jak to bywało jego zwyczajem, podlać rosnące w wielkich kubłach drzewa pomarańczowe. Skręcił wszakże raptownie i zawrócił ku berceau, a stąd już przeszedł oszklonymi drzwiami do pierwszej klasy. Tutaj właśnie, w tej pierwszej klasie, siedziałam i stąd obserwowałam go; nie miałam jednak odwagi czekać tutaj na jego przyjście. Zawrócił tak nagle, szedł tak szybko i wyglądał tak dziwnie! Odezwała się we mnie tchórzowska moja natura, nie czekająca na przemówienie jej do rozumu: zbladłam, cofnęłam się i kiedy usłyszałam tuż blisko szelest potrącanych gałęzi i chrzęst żwiru pod nogami, zwiastujące jego zbliżanie się, umknęłam jak na skrzydłach, gnana strachem panicznym.
Nie zatrzymałam się, dopóki nie znalazłam bezpiecznego schronienia w pustej w tej chwili kaplicy. Wsłuchując się tutaj z bijącym gwałtownie sercem i niedającym się usprawiedliwić lękiem, śledziłam słuchem jego przebieganie przez wszystkie pokoje klasowe, niecierpliwe zatrzaskiwanie za sobą drzwi, potem wpadnięcie do sali refektarzowej, gdzie odbywała się, jak zwykle o tej porze „lecture pieuse“ i wreszcie głośne jego wołanie:
Ou est Mademoiselle Lucie? — Gdzie jest panna Lucy?
I w chwili właśnie, kiedy, zdobywszy się na odwagę, zamierzałam zejść na dół, aby uczynić to, czego najbardziej pragnęłam w danym momencie, to znaczy zobaczyć się z nim, odpowiedział twardy głos Mademoiselle St. Pierre fałszywie, bez zająknienia: — „Elle est au lit“ — Leży w łóżku. — Usłyszawszy to oświadczenie, tupnął obcasem ze zniecierpliwieniem i wpadł na korytarz. Tutaj wszakże natknął się na Madame Beck, która zatrzymała go, odprowadziła do drzwi wyjściowych i wreszcie pożegnała się z nim.
Kiedy te drzwi zamknęły się za nim, doznałam uczucia nagłego osłupienia na myśl o przewrotnej mojej naturze. Czułam wszak od pierwszej chwili, że ja właśnie byłam tą, której szukał z takim zniecierpliwieniem i która była mu potrzebna — a czyż i on sam nie był potrzebny i mnie również? Co więc skłoniło mnie do trzymania się z daleka? Co kazało mi ukryć się poza strefą jego dosięgalności? Miał mi coś do powiedzenia; zamierzał właśnie powiedzieć mi to: ucho moje napięte było do usłyszenia jego wyznania i ja sama uniemożliwiłam mu uczynienie go... Pragnęłam przecież wysłuchać go i pocieszyć wówczas, kiedy sądziłam, że nie mam żadnej nadziei wysłuchania go i rozstrzygnięcia jego wątpliwości, zaledwie jednak nastręczyła się pełna po temu sposobność, pospieszyłam umknąć przed nią, jak umknęłabym przed wymierzonym w moją stronę ciosem zabójczym.
Oto więc jak pomszczona zostałam za obłędną niestałość moich doznań! Zamiast pociechy i niewątpliwego zadowolenia, jakie byłoby moim udziałem, gdybym potrafiła stłumić w sobie niewytłomaczony lęk i zaczekać spokojnie parę minut — miałam dokoła siebie niemą pustkę, pozostawiona byłam na łup zwątpień i niepewności co dalej nastąpi.
Zabrałam zapłatę moją do nieodmiennej powiernicy trosk moich i smutków — do mojej poduszki — i noc całą spędziłam na rozmyślaniu o tym, co dobrowolnie na siebie ściągnęłam.




ROZDZIAŁ XXXIV
DUCHY NIEPRZYJAZNE

Madame Beck wezwała mnie w czwartek po południu, pytając, czy mam jakieś zajęcie, które przeszkodziłoby mi pójść do miasta, aby załatwić dla niej pewne drobne sprawunki w sklepach.
Będąc wolną, powiedziałam, że może rozporządzać mną i moim czasem, otrzymałam też od niej listę włóczek, jedwabi, bawełny do haftu i t.d., potrzebnych dla uczennic na lekcjach robót ręcznych. Ubrałam się w sposób odpowiedni wobec pochmurnego, posępnego dnia i odsunęłam już rygiel drzwi wyjściowych, zamierzając wyjść, kiedy głos Madame wezwał mnie raz jeszcze do salle à manger.
Pardon, miss Lucie! — przepraszam, miss Lucie! — zawołała z pozornym pośpiechem nagłej myśli, która jakoby w tej ostatniej chwili dopiero wpadła jej do głowy — przypomniałam sobie o jeszcze jednym poleceniu dla pani, o ile dobre serce nie pozwoli jej buntować się przeciwko temu przeciążeniu.
Zapewniłam oczywiście, że nie może być mowy o żadnym przeciążeniu i że jestem najchętniej do jej usług, wobec czego Madame pobiegła do saloniku, skąd przyniosła śliczny koszyczek wypełniony najprzedniejszymi owocami cieplarnianymi, różowymi, bez cienia plamki, niezmiernie pociągająco, a nawet artystycznie ułożonymi pośród ciemno-zielonych, błyszczących, jak gdyby utoczonych z wosku liści i blado-żółtych gwiazd nie wiem doprawdy jakiej rośliny egzotycznej.
— Powierzam pani ten koszyczek; nie jest ciężki i nie zawstydzi skromnego, ale starannego, jak zawsze stroju pani, jak mógłby zawstydzić go zwykły kosz na zakupy, używany przez służące. Proszę, niech pani zechce wyświadczyć mi przysługę doręczenia tego koszyczka pani Walravens osobiście wraz z najserdeczniejszymi życzeniami w moim imieniu z okazji dnia jej patronki. Mieszka ona w starej dzielnicy miasta, pod numerem 3 Rue des Mages. Obawiam się, że wyda się to pani nieco daleko, ma pani jednak przed sobą całe popołudnie, nie widzę też powodu do pośpiechu. O ile nie zdąży pani powrócić w porę na obiad wieczorny, każę pozostawić pani jej porcję, a Goton, której jest pani ulubienicą, obmyśli na pewno dla pani jakiś specjalny przysmak. Nie zapomnimy o pani, ma bonne Miss.. O, ale niech pani tylko nie zapomni — dodała, wzywając mnie raz jeszcze — że zależy mi szczególnie na tym, aby pani wręczyła koszyk samej pani Walravens, do jej własnych rąk. Tak bardzo obawiam się, aby nie zaszła jaka pomyłka, jest to osoba wielce wymagająca. Adieu! Au revoir! — Do widzenia!
Wydostałam się wreszcie. Sprawunki w sklepach zajęły mi sporo czasu. Dobieranie włóczek i jedwabi bywa zawsze dość nudną i mozolną rzeczą, w końcu jednak uporałam się szczęśliwie ze wszystkim. Wzory haftu na pantofle, na taśmy do dzwonków, na ręczne woreczki zostały obrane — dostosowane do nich także zapinki i chwasty — słowem cały „tripotage“ — mieszanina — zbyty z głowy; nie pozostało już nic poza oddaniem koszyczka z owocami wraz z powinszowaniami i życzeniami imieninowymi.
Byłam dość zadowolona z dalekiej przechadzki, z konieczności zapuszczenia się w głąb starej i ponurej Basse-Ville (Dolnego Miasta). Byłam tym bardziej zadowolona, że niebo wieczorne, rozpostarte ponad miastem, przybierało barwę i konsystencję ciemno-granatowego metalu, rozgrzanego na krawędzi i rozpłomieniającego się zwolna w ciężki szkarłat.
Boję się silnych wichrów; burza wymaga wysiłku i wzmożonej zdolności opierania się jej, czemu z wielką trudnością jedynie potrafię podołać. Ulewa jednak i zawieja śnieżna, czy nagły spadek temperatury, nie wymagają niczego poza biernym poddaniem się im, poza wystawieniem ubrania swojego i własnej osoby na doszczętne przemoknięcie, czy przemarznięcie. W zamian zmiatają ulewne deszcze i obmywają w oczach naszych jezdnie i chodniki ulic stołecznych, umożliwiając tym samym swobodne chodzenie po ich wygodnych wspaniałych flizach i brukach; powodują, niby czarami wschodnimi, skamienienie i zamarcie tętniącego życiem miasta; przeistaczają stolicę taką jak Villette w Tadmor chociażby. Niech więc deszcz leje jak z cebra, niech strumienie i potoki wody zalewają ulice — bylebym przed tym jeszcze pozbyła się tego koszyka z owocami.
Nieznany zegar na nieznanej wieży (kościół Świętego Jana Chrzciciela był w tej chwili zbyt daleko ode mnie, abym mogła słyszeć bicie jego zegara) wybił trzeci kwadrans po piątej, kiedy wreszcie dotarłam do wskazanej mi przez Madame Beck ulicy i do domu przy niej, oznaczonego trzecim numerem. Nie była to właściwie ulica, wydawała się raczej częścią skweru; była cicha i pustynna; trawa wyrastała pomiędzy szerokimi płytami kamiennymi; domy były wysokie i sprawiały wrażenie bardzo starych — na tyłach ich widoczne były szeroko rozpostarte konary drzew, pozwalając domyślać się ogrodów w głębi. Tchnęło tu wszystko starożytnością, wszelki ruch handlowy zdawał się wymieciony stąd doszczętnie. Niegdyś byli posiadaczami domów tej dzielnicy ludzie bogaci, dostojność rodów miała tu ongi swoje siedziby. Ów kościół, którego ciemne, poczerniałe na wpół zmurszałe wieżyczki górowały nad skwerem, był dawniej czczoną i bogatą ongi świątynią Magów. Od dawna wszelako wielkość i bogactwo rozpostarły złocone swoje skrzydła i uleciały stąd, opuściwszy rodzime gniazda i pozostawiwszy je skazane na niedostatek, na chłód i pustkę, na kruszenie się i walenie w gruzy w przebiegu zim z powodu braku lokatorów, którym zależałoby na utrzymaniu domów w możliwie mieszkalnym stanie.
Przechodząc na przełaj to opustoszałe miejsce, na którego bruku ciemniały powoli krople wielkości monety pięciofrankowej, nie dostrzegłam na całym jego obszarze żadnego znaku, ani świadectwa życia, z wyjątkiem ułomnego starego księdza, przechodzącego mimo, zgiętego w pół i ciężko opartego na kiju — symbolu starości i zamierania.
Wyszedł z tego właśnie domu, ku któremu kierowałam moje kroki, a kiedy zatrzymałam się przed drzwiami tylko co zamkniętymi za nim i pociągnęłam za dzwonek, odwrócił się, aby spojrzeć na mnie. Nie oderwał też rychło oczu od mojej osoby: uważał może mnie i mój koszyk z owocami, a także mój brak dostojeństwa, użyczonego przez wiek, za całość niedostosowaną do takiego środowiska. Wiem, że gdyby na dzwonek mój otworzyła drzwi młoda, hoża, ogorzała bonne — służąca — uważałabym tego rodzaju typ za bardzo mało harmonizujący z otoczeniem; kiedy wszakże stanęłam oko w oko z bardzo starą, zgrzybiałą nieledwie kobietą w odwiecznym stroju chłopskim, w czepku również ohydnym, jak kosztownym, z długimi powiewającymi końcami z koronki miejscowego wyrobu, w sukiennej spódnicy i kaftanie, w sabotach, bardziej przypominających czółna niż obuwie, wydało mi się to zupełnie w porządku, i podziałało prawdziwie kojąco swoim charakterem i stylowością.
Wyraz jej twarzy, natomiast, nie był taki uspokajający, jak krój i rodzaj jej stroju — rzadko zdarzało mi się widzieć coś równie wrogiego. Na moje zapytanie o Madame Walravens bąknęła półgębkiem jakąś niezrozumiałą odpowiedź; jestem pewna, że wyrwałaby mi przemocą z ręki mój koszyk owoców, gdyby nie przeszkodził jej w tym stary ksiądz, który przydreptał w ślad za nią, aby osobiście wysłuchać z czym przychodzę.
Jego głuchota utrudniła mi wyjaśnienie mu, że muszę widzieć się z samą Madame Walravens i oddać przysłane owoce do jej własnych rąk. W końcu jednak zrozumiał, że otrzymałam wyraźne takie polecenie, jest więc obowiązkiem moim wykonać je skrupulatnie. Zwróciwszy się do starej bonne, nie po francusku jednak ale w miejscowym narzeczu labassecouryjskim, przekonał ją wreszcie, że musi pozwolić mi przekroczyć niegościnny próg, po czym osobiście wskazał mi drogę na górne piętro, gdzie zostałam wprowadzona do rodzaju salonu i pozostawiona w nim zupełnie sama.
Pokój był obszerny i miał piękny staroświecki sufit z kolorowego szkła; był wszelako opuszczony i w cieniu nadchodzącej burzy sprawiał wrażenie dziwnie przytłaczająco niskiego. W głębi otwarte były drzwi na mniejszy pokój, w którym jednak zamknięta była okiennica jedynego okna; poprzez panujący tu głęboki półmrok zaledwie rozróżnić mogłam zarysy kilku sztuk mebli. W braku innego zajęcia urządziłam sobie zabawę z wpatrywania się w nie i odgadywania tą drogą czym one właściwie mogły być. Uwagę moją przykuł zwłaszcza wiszący na ścianie obraz.
Po chwili wszakże zdawał się obraz ten ustępować: ku mojemu osłupieniu zadygotał on, opuścił się w dół, po czym odsunął się, jak gdyby rozwiany w nicość. Jego zniknięcie pozostawiło wolny otwór sklepionego kurytarza z tajemniczo krętymi schodami. Zarówno kurytarz, jak schody, były kamienne, nie pokryte żadnym chodnikiem, ani dywanem i nie malowane. Po schodach tych, sprawiających wrażenie więziennych, rozległ się stuk — tap, tap — jak gdyby obijanego o stopnie kija; niebawem padł na te stopnie cień i wreszcie zdałam sobie sprawę z obecności żywej, materialnej jakiejś istoty.
Czy jednak ta zbliżająca się ku mnie postać była w istocie stworem z ciała i kości? Czy owo coś, częściowo zaciemniające łukowaty otwór, było naprawdę żywą materią?
Dziwna postać podeszła bliżej, dzięki czemu mogłam przyjrzeć się jej dokładniej. Zaczęłam rozumieć gdzie się znajduję. Nie dawno bodaj nosił ten stary plac nazwę dzielnicy Magów, a trzy górujące nad nim wieże miały za ojców chrzestnych trzech mitycznych mędrców dawno zamarłego, zamierzchłego okresu. Otaczała mnie tutaj na każdym kroku patyna starości i czar tajemnicy legendarnej — otwarła się przede mną kraina duchów. Ten pokój, przypominający celę klasztorną, ten niknący nagle obraz, to sklepienie i to wąskie przejście, te schody kamienne — wszystko to było częścią składową zaczarowanej krainy. Wyraźniej jeszcze, aniżeli wszystkie te szczegóły sceniczne, odcinała się główna postać: Kunegunda, czarownica! Malevola — zła wróżka. Jak wyglądała ona?
Mogła mierzyć trzy stopy wysokości, nie miała jednak wyraźnych kształtów; jej chude ręce — właściwie obciągnięte skórą cienkie kości — złożone były jedna na drugiej, przyciskając złotą gałkę czegoś w rodzaju laski ze słoniowej kości. Jej twarz była szeroka, osadzona nie na barkach, ale przed jej piersią; zdawała się być pozbawiona szyi; mogłabym powiedzieć, że rysy jej sprawiały wrażenie rysów staruszki stuletniej, a oczy jej istoty może jeszcze bardziej zgrzybiałej. Złe, nieżyczliwe oczy, patrzące ponuro spod krzaczastych siwych brwi i przejrzystych nieomal, bezbarwnych powiek. Jak surowo patrzyły one na mnie z rodzajem tępego, ponurego niezadowolenia!
Ta niesamowita istota odziana była w brokatelową szatę, jaskrawo błękitnej barwy kwiatu goryczki i pokrytą atłasowymi liśćmi, tworzącymi szeroko zakreślony deseń; na suknię narzucony był kosztowny szal z wspaniałymi końcami, tak obszerny na nią, że jego różnobarwne frendzle zamiatały podłogę. Głównym wszakże jej strojem były jej klejnoty: miała długie, olśniewające tak świetnymi ogniami zausznice, że ich blask nie mógł być zapożyczony ani fałszywy; miała pierścionki na swoich wyschłych jak u szkieletu palcach; z przegubów jej rąk zwisały grube złote koła bransolet, usianych purpurowymi, zielonymi i krwistoczerwonymi drogimi kamieniami. Cała jej garbata, skarłowaciała, zniekształcona postać ustrojona była niczym królowa barbarzyńska.
Que me voulez-vous? — czego pani ode mnie chce? — zapytała szorstkim, ochrypłym głosem, raczej zgrzybiałego starca mężczyzny, aniżeli zgrzybiałej kobiety; dla dopełnienia cech męskich jeżył się na jej podbródku szczeciniasty srebrny zarost brody.
Wręczyłam jej koszyk z owocami i powtórzyłam przesłane jej przez Madame Beck powinszowania i życzenia.
— Czy to wszystko? — zapytała.
— To wszystko — odparłam.
— Bardzo było warte zachodu — rzuciła szyderczo. — Proszę iść z powrotem do Madame Beck i powiedzieć jej, że sama mogę kupić sobie owoce, kiedykolwiek będzie mi ich potrzeba, et quànt a ses félicitations, je m‘en moque — a co się tyczy jej powinszowań, kpię sobie z nich!
To rzekłszy, odwróciła się do mnie uprzejma niewiasta plecami.
W chwili jej zawrócenia huknął grzmot i równocześnie nieomal rozjarzyła błyskawica oślepiającym blaskiem cały salon i przyległy buduar. Opowieść o ciemnych jakowychś czarach zdawała się stwierdzona odpowiednim akompaniamentem rozszalałych żywiołów. Uszy przybysza, zwabionego do zaczarowanych tych komnat, ogłuszały potęgujące się z każdą chwilą ryki burzy, rozsrożonej na zewnątrz.
Co miałam wobec tego wszystkiego sądzić o Madame Beck? Przyznać należy, że osobliwe miała znajomości: przesyłała dary i wyrazy hołdu pod adresem kapłanki jedynej w swoim rodzaju świątyni; złowróżbnym wydawało się zachowanie tej niesamowitej istoty, dla której miała tyle względów. Z pokoju wychodziła ponura Sydonia, trzęsąca się i chwiejąca na starczych nogach, jak gdyby w ataku padaczki, postukując po mozajce posadzki swoim koszturem ze słoniowej kości i nie przestając zjadliwie mamrotać w miarę oddalania się.
Deszcz lał potokami, strop nieba leżał nisko nad ziemią; chmury, rdzawe przed chwilą jeszcze, teraz, po przez atramentową swoją czarność, zbladły śmiertelnie, jak gdyby przerażone wściekłym szałem żywiołu. Bez względu na moje niedawne chełpienie się, jakobym nie bała się ulewy, niewielką miałam odwagę wyjść na ulicę podczas podobnego potopu. W dodatku były błyskawice oślepiające wręcz, pioruny biły raz po raz, jeden z nich padł tuż blisko: burza rozszalała bezpośrednio ponad Villette; ulewa zdawała się osiągać szczyt swojego nasilenia; parła naprzód ukośnymi smugami; rozwidlone groty burzy przebijały poprzeczne i pionowe potoki deszczu; szkarłatne zygzaki przenizywały ich spadek, zblichowane ni to biały metal — wszystko to waliło się z nieprzeniknienie czarnego nieba w potężnie nabrzmiałej obfitości i grozie.
Opuściwszy niegościnny salon Madame Walravens, skierowałam się ku jej zimnej klatce schodowej; stała tam na podeście kanapka, na której usiadłam w oczekiwaniu na uciszenie się burzy. Rozległo się szuranie nogami: ktoś nadchodził wzdłuż galerii tuż ponad podestem — był to stary ksiądz.
— Nie, mademoiselle nie może siedzieć tutaj — rzekł. — Przykrość sprawiłoby naszemu dobroczyńcy, gdyby wiedział, że ktoś został potraktowany w podobny sposób w tym domu.
Tak poważnie prosił mnie, abym powróciła do salonu, że nie mogłam, nie chcąc okazać się niegrzeczną, nie przychylić się do jego prośby. Mniejszy pokój był lepiej umeblowany i miał charakter bardziej mieszkalny, aniżeli ów większy salon; do tego mniejszego właśnie wprowadził mnie ksiądz. Rozsunąwszy częściowo okiennicę, odsłonił to, co okazało się raczej kaplicą niż buduarem, bardzo uroczystą małą komnatą, wyglądającą tak, jak gdyby przeznaczeniem jej było służenie raczej za miejsce przechowywania relikwii i wspomnień, aniżeli na wygodne pomieszczenie dla ludzi żyjących.
Zacny padre usiadł, widocznie aby dotrzymać mi towarzystwa, zamiast jednak wszcząć ze mną rozmowę, wyjął brewiarz, przywarł oczami do jednej z jego kartek i zaczął szeptem odmawiać coś brzmiącego jak modlitwa czy litania. Żółte światło lampy, padające na niego z góry, złociło łysą jego czaszkę; cała jego postać pozostawała w cieniu — głębokim i purpurowym; siedział nieporuszony ni to rzeźba, tak pogrążony w modlitwie, że zdawał się zapominać zupełnie o mojej obecności; od czasu do czasu tylko podnosił oczy, ilekroć gwałtowniejszy, bliżej rozlegający się huk grzmotu zapowiadał bezpośrednie niebezpieczeństwo, i wówczas jednak nawet nie zdawało się budzić to w nim osobliwego strachu. Raczej podziw dla potęgi żywiołu. I ja także byłam przejęta grozą; nie podlegając wszakże wpływowi oszałamiającego, niewolniczego lęku, mogłam snuć swobodnie myśli i rozważania.
Jeśli mam wyznać prawdę, zaczęłam wyobrażać sobie, że stary ksiądz dziwnie przypominał mi owego Père Silas‘a, przed którego konfesjonałem klęczałam w kościele Béguinage. Myśl ta zarysowała się w mózgu moim mgliście zrazu, widziałam bowiem mojego spowiednika w mroku i z profilu jedynie, mimo to zdawało mi się, że rozpoznaję pewne podobieństwo rysów, a także brzmienia głosu. Podczas wnikliwego mojego wpatrywania się w niego zdradził jednym przelotnym spojrzeniem, że czuje skierowany na siebie badawczy mój wzrok. Wobec tego odwróciłam głowę i zaczęłam rozglądać się po pokoju, który zaciekawiał mnie również w sposób tajemniczy.
Obok krzyża z wyrzeźbionej w niezwykły sposób starej, mocno pożółkłej kości słoniowej, wiszącego ponad obitym ciemno-pąsowym aksamitem prie Dieu — klęcznikiem, zaopatrzonym w bogato zdobny mszał i różaniec z hebanu — wisiał obraz, którego niewyraźne zarysy przykuły poprzednio już moją uwagę — obraz ów, ruchomy, zapadał się w ścianę i znikał widmowo, niby zjawa. Z razu, niezdolna rozróżnić dokładnie co przedstawiał wzięłam go za wizerunek Madonny; przy jaśniejszym świetle okazał się on portretem kobiety w stroju mniszki. Twarz, mimo że nie odznaczająca się szczególnym pięknem rysów, była pociągająca: blada, młoda i omroczona mgłą smutku, czy cierpienia. Powtarzam raz jeszcze, że nie była piękna; nie zdradzała nawet wyjątkowego uduchowienia; jej powab był raczej powabem, wynikającym z wątłości i kruchości postaci, bierności usposobienia, i nieśmiałej ustępliwości, aniżeli z istotnej urody, mimo to wpatrywałam się długo w ten wizerunek, nie mogąc oderwać od niego oczu.
Stary ksiądz, który wydał mi się pierwotnie głuchym, niedołężnym kaleką, zachował jednak widocznie sprawność we wcale niezłym jeszcze stopniu: wbrew pozornemu pogrążeniu w odczytywaniu modlitw ze swojego brewiarza i nie podnoszeniu ani na chwilę oczu od jego kart, ani też nie odwracaniu głowy, dostrzegł widocznie punkt, na który zwrócona była moja uwaga, bowiem wolnym, przeciągłym głosem rzucił kilka urywanych, dotyczących portretu uwag:
— Była bardzo kochana...
— Oddała się Bogu...
— Umarła młodo...
— Wciąż jeszcze jest wielbiona, wciąż jeszcze opłakiwana...
— Przez tę wiekową damę, panią Walravens? — zapytałam, wyobrażając sobie, że w bezmiernym tym smutku odnalazłam klucz do zrozumienia cierpkości zgrzybiałej niewiasty.
Ale padre potrząsnął głową z półuśmiechem.
— Nie — rzekł — miłość wielkiej damy dla córki jej córki może być wielka, a ból po jej utracie żywy, jedynie wszelako związany z nią ślubami narzeczony, którego Los, Wiara i Śmierć potrójnie pozbawiły błogosławieństwa związku małżeńskiego, tak szczerze i niezmiernie opłakuje tę, którą utracił, jak wciąż jeszcze opłakiwana jest Justyna-Maria.
Wydało mi się, że padre czeka tylko na zadawanie mu przeze mnie dalszych pytań i dlatego pozwoliłam sobie zagadnąć go kim jest ten który utracił „Justynę-Marię“ i który wciąż jeszcze boleje nad jej utratą. W odpowiedzi usłyszałam nader romantyczną opowieść podaną mi w sposób wcale obrazowy przy wtórze przycichającej już teraz burzy. Przyznać muszę, że opowiadanie mogłoby mieć akcenty silniej dramatyczne, gdyby było w nim mniej francuzczyzny, mniej sentymentalizmu à la Rousseau i mniej nazbyt wyraźnego naciągania, a w zamian więcej prostoty i niedbania o ogólny efekt. Zacny kapłan był jednak widocznie typowym Francuzem z urodzenia i wychowania (coraz bardziej przekonywało mnie jego podobieństwo do mojego spowiednika) — zarazem jednak był wiernym synem Rzymu. Kiedy podniósł oczy, spojrzał na mnie ich kącikami bardziej badawczo i wnikliwie, aniżeli można by posądzać o to steranego wiekiem i przeżyciami siedemdziesięcioletniego starca. Wydaje nu się jednak, że był to dobry, poczciwy staruszek.
Bohaterem jego opowieści był jeden z dawniejszych jego wychowanków, którego obecnie nazywał swoim dobroczyńcą, i który, jak się okazuje, kochał tę bladą Justynę Marię, córkę zamożnych rodziców. Pokochał ją w czasie, kiedy własne jego sperandy majątkowe usprawiedliwiały w zupełności sięganie po rękę posażnej panny. W trakcie konkurów tych ojciec wychowanka starego padre — niegdyś bogaty bankier — zbankrutował i rychło potem umarł, pozostawiwszy zamiast majątku długi. Synowi wzbroniono wówczas myśleć nadal o Marii; sprzeciwiła się zwłaszcza ich związkowi ta sama stara czarownica, wielka dama, którą widziałam przed chwilą, babka młodej dziewczyny, Madame Walravens. Gwałtowność jej oporu miała charakter demoniczny nieledwie, wywołany rozgoryczeniem, o jakie ją przyprawia własna ułomność. Potulna Maria nie posiadała ani dość obłudy i zdradliwości aby być fałszywą, ani też dość siły, aby przeciwstawić się otwarcie i dotrzymać wierności swojemu narzeczonemu, pod presją, wywieraną na nią przez babkę, zgodziła się zerwać z nim, nie chcąc wszakże przyjąć starań następnego konkurenta, posiadacza suciej wypchanej sakiewki, schroniła się do klasztoru i tam umarła, zanim skończył się jej nowicjat.
Nieprzemijający ból opanował, jak widać, wiernie wielbiące ją serce. Siła i prawdziwość tej miłości i tego smutku zobrazowana była przez starego padre w sposób, który szczerze wzruszył mnie podczas słuchania jego opowieści.
W kilka lat po śmierci Justyny Marii dotknęła ruina majątkowa i jej dom rodzinny także. Ojciec jej, z zawodu jubiler, uprawiający jednak zarazem w znacznym stopniu grę giełdową, uwikłał się w jakąś fatalną aferę finansową, której wynikiem było pociągnięcie go do odpowiedzialności i skazanie na rujnującą karę. Umarł, nie zdolny przeżyć utraty majątku i hańby niesławy. Jego stara garbata matka i opłakująca go, nieszczęśliwa żona pozostały bez środków do życia i zginęłyby również z nędzy, gdyby nie to, że wzgardzony niegdyś przez nie, ale niezmiennie wierny narzeczony Justyny Marii, dowiedziawszy się o złych warunkach materialnych obu pań, pośpieszył dopomóc im ze szczególną skwapliwością i szczerym oddaniem. Zrewanżował się za ich zuchwałą pychę świadczeniem im największych dobrodziejstw, dał im dach nad głową w domu, jaki pozostał mu jeszcze po ojcu, dbając o nie i opiekując się nimi pod każdym względem tak ofiarnie i tkliwie, że syn rodzony nie mógłby uczynić tego lepiej, ani w sposób bardziej celowy. Matka — na ogół kobieta dobra — umarła, błogosławiając go; dziwaczka babka, bezbożna, wyzbyta wszelkich uczuć, nienawidząca ludzi, żyje w dalszym ciągu, całkowicie utrzymywana przez ofiarnego tego człowieka. Ona, która była zgubą jego życia, która unicestwiła wszystkie jego nadzieje, która pozbawiła go miłości i szczęścia domowego ogniska, skazując go w zamian na dożywotną żałobę i bolesną, posępną samotność, jest teraz traktowana przez niego z szacunkiem, na jaki tylko kochający syn może zdobyć się w stosunku do najczulszej matki. Sprowadził ją do tego domu, w którym — dodał kapłan ze łzami w oczach — daje schronienie i mnie również, jego dawnemu duchowemu przewodnikowi i wychowawcy, a także Agnieszce, zgrzybiałej już obecnie dawnej służącej rodziny swego ojca. Wiem, że poświęca na nasze utrzymanie, a także na inne ofiary dobroczynne, trzy czwarte dochodu ze swojej pracy nauczycielskiej, zatrzymując czwartą część jedynie na własne najskromniejsze potrzeby: zadawalnia się chlebem i najbardziej prymitywnymi wygodami. Pokierowaniem w ten sposób własnym życiem uniemożliwił sobie ożenienie się: ofiarował się Bogu i przebywającej wśród aniołów oblubienicy swojej, jak gdyby był kapłanem, jak ja.
Przy tych ostatnich słowach otarł zacny padre łzy z oczu, które na jedną chwilę skierował na mnie. Podchwyciłam to spojrzenie i szczególny błysk jego; pomimo rozmyślnie przezornego przyćmienia, zdradził nagły ten błysk znaczenie, które olśniło mnie w sposób przerażający.
Dziwne istoty z tych papistów! Rzymskiego obrządku kapłan, którego znamy nie lepiej, niż ostatniego ze szczepu Inkasów z Peru, czy też pierwszego Cesarza Chińskiego — wie o nas wszystko, dokładnie poinformowany jest o wszystkim co nas dotyczy. Ilekroć słyszymy z jego ust coś takiego, co, jak nam się wydaje, zerwało się z nich zupełnie przypadkowo, pod wpływem impulsu chwili, było w rzeczywistości powiedziane po dojrzałej rozwadze, z powodów jemu samemu jedynie wiadomych. Z góry uplanował sobie zniewolenie cię, abyś stawiła się tego a tego dnia, na takie a takie miejsce, w takich a takich okolicznościach, gdy ty tymczasem wyobrażałaś sobie, że stało się to jedynie wskutek szczególnego trafu, wyjątkowego zbiegu warunków, czy też było wynikiem nieuniknionej konieczności. Nagłe przypomnienie sobie przez Madame Beck o obowiązku przesłania powinszowań, życzeń i prezentu, wysłanie mnie przez nią na Rue des Mages, rzekomo przypadkowe wyjście starego księdza z domu i przechodzenie jego na przełaj przez plac w momencie mojego znalezienia się tam, jego stanięcie w mojej obronie wobec nieprzystępności starej służącej, która nie chciała wcale wpuścić mnie, ponowne jego ukazanie się na klatce schodowej, wprowadzenie mnie do tego pokoju, portret, opowiadanie i wyznanie, uczynione tak ochoczo w stosunku do osoby zupełnie obcej mu — wszystkie te drobne wydarzenia, wzięte poszczególnie, w miarę jak następowały po sobie, zdawały się, każde z osobna, niezależne od swojego poprzednika, jak również od swego następcy — ot, zwyczajnie garścią luźnych paciorków, nanizane wszelako łącznie nagłym owym błyskiem oka Jezuity, utworzyły jeden długi sznurek, ni to ów różaniec na prie-Dieu. Gdzie szukać klamry, spajającej mnisi ten różaniec? Dostrzegłam, a bodaj tylko wyczułam łączność, nie byłam jednak zdolna znaleźć miejsca, ani też wykryć sposobu połączenia.
Możliwe, że zaduma, w jaką wpadłam, rozmyślając nad tym zagadnieniem, wydała się nieco podejrzaną swoim oderwaniem od otaczającej mnie rzeczywistości, po chwili bowiem wyrwał mnie z niej padre łagodnie:
— Mademoiselle — zapytał — mam nadzieję, że nie będzie pani zmuszona iść daleko przez te zalane powodzią ulice?
— Z górą pół mili dzieli mnie od domu.
— Mieszka pani...?
— Przy Rue Fossette.
— Chyba nie (dodał z nagłym ożywieniem) na pensji Madame Beck?
— Tam właśnie.
— Donc — rzekł, klasnąwszy w dłonie — donc vous devez connaître mon noble élève, monsieur Paul?[68]
— Czy monsieur Paula Emmanuela, profesora literatury?
— Tak, jego i nikogo innego.
Zapadła krótka chwila milczenia. Sprężyna łączącego zamka wydała mi się nagle wyczuwalna: doznałam wyraźnego wrażenia, że ustępuje on pod naciskiem.
— Zatem owym dobroczyńcą, o którym mówił pan, jest Monsieur Paul? — wykrztusiłam z siebie wreszcie. — Czy to on jest pańskim wychowankiem i dobroczyńcą Madame Walravens?
— Tak, i Agnieszki także, starej służącej. A nadto (podkreślił z szczególnym naciskiem) był i jest wiernym, stałym i niezmiennym oblubieńcem owej świętej w niebie: Justyny Marii.
— A kim pan jest, ojcze? — dodałam, jakkolwiek też zaakcentowałam mocniej to pytanie, stało się już ono zbędne właściwie: byłam z góry najzupełniej przygotowana na odpowiedź, jaką w istocie otrzymałam.
— Ja, moja córko, jestem Ojcem-Silasem, niegodnym synem Świętego Kościoła, spowiednikiem, którego zaszczyciłaś niegdyś szlachetnym i wzruszającym zwierzeniem, odsłaniającym najtajniejszą głębię serca, wewnętrzny ołtarz ducha. Kierowaniem tym duchem, jeśli mam wyznać prawdę, zająłbym się chętnie na chwałę jedynej prawdziwej wiary. Nie spuściłem cię już od tego dnia ani na chwilę z oczu, ani na godzinę nie przestałem głęboko interesować się tobą. Wyćwiczony w dyscyplinie Rzymu, urobiony przez wzniosłe jego wyszkolenie, mając wszczepione w siebie zbawcze jego nauki, natchniony gorliwością, do jakiej on jeden tylko zdolny jest urobić — zdaję sobie sprawę z duchowego twojego poziomu, z istotnej twojej wartości, zazdroszczę też Herezji jej zdobyczy.
Słowa jego uderzyły mnie, ujawniając osobliwy stan rzeczy — byłam bliska wyobrażenia sobie własnej osoby w takich samych warunkach: wyćwiczonej w surowej dyscyplinie, urabianej odpowiednio, mającej wszczepiane w krew osobliwe doktryny i tym podobne. — Nie, nie byłoby to możliwe — pomyślałam, nie byłam jednak zdolna potępiać, siedziałam też w dalszym ciągu dość spokojnie.
— Przypuszczam, że Monsieur Paul nie mieszka tutaj? — zapytałam, powracając do poprzedniego tematu, którego poruszenie uważałam za bardziej celowe, aniżeli snucie bezsensownych przypuszczeń odszczepieńczych.
— Nie, przychodzi tu tylko od czasu do czasu składać hołd na ołtarzu wielbionej swojej świętej, wyspowiadać się przede mną i odwiedzać tę, którą z niezmiennym szacunkiem nazywa matką. Jego własne mieszkanie składa się z dwóch pokojów tylko, nie trzyma służącej, nie chce jednak pozwolić, aby Madame Walravens wyzbyła się wspaniałych klejnotów, w jakie widziałaś ją ustrojoną, córko moja, i jakimi pyszni się po dziecięcemu, widząc w nich ozdoby z czasów swojej młodości i ostatnie resztki wielkiego niegdyś majątku syna swojego, jubilera.
— Jak często — szepnęłam sama do siebie — zdawał się ten człowiek, ten Monsieur Emanuel, grzeszyć brakiem wspaniałomyślności w drobiazgach, a jak wzniosły i szczodry jest w rzeczach wielkich.
Przyznaję, że nie zaliczałam do dowodów jego wielkości ani jego ponawianego wciąż aktu spowiadania się, ani też wielbienia świętej.
— Jak dawno już umarła ona? — zagadnęłam, patrząc na portret Justyny Marii.
— Przed dwudziestu laty. Była nieco starsza od Monsieur Emanuela, bardzo młodego jeszcze w owym czasie, i teraz bowiem nie o wiele przekroczył czterdziestkę.
— Czy wciąż jeszcze ją opłakuje.?
— W głębi serca będzie ją zawsze opłakiwał: jądrem natury Emanuela jest wierność.
Powiedziane to było z szczególnym naciskiem.
Blade, jak gdyby rozwodnione słońce przedarło się nareszcie po przez chmury, wciąż jednak jeszcze padał deszcz, burza jedynie przycichła już: rozprażony firmament rozszczepił się i wyrzucił z siebie wszystkie swoje błyskawice. Dłuższe ociąganie się z ruszeniem w drogę powrotną naraziłoby mnie na odbycie jej nie po dniu już, wstałam więc, podziękowałam uprzejmie padre za jego gościnność i za jego informacje na co otrzymałam w odpowiedzi dobrotliwe „pax vobiscum“, przyjęte przeze mnie z wdzięcznością. Wydało mi się, że wypowiedział je z szczerą przyjaźnią. Mniej, natomiast przypadło mi do gustu sybilińskie zdanie, jakie towarzyszyło pobożnemu temu życzeniu:
— Córko moja, będziesz tym, czym być powinnaś! — Wzruszyłam tylko ramionami na tę przepowiednię, rada, że mogłam zrobić to bezpiecznie, znalazłszy się wreszcie poza drzwiami. Niewielu z nas wie z całą pewnością w jakim kierunku potoczą się jego drogi, mimo wszystko wszakże, co wydarzyło się do owego czasu, w moim życiu, mogłam mieć uzasadnioną nadzieję, że będę żyła w dalszym ciągu i umrę, jako trzeźwo myśląca protestantka: pustka wewnętrzna i gloria, otaczająca „Święty Kościół“ na zewnątrz, pociągała mnie nader umiarkowanie. Skierowałam się w drogę powrotną, rozmyślając o wielu rzeczach. Niezależnie od tego — rozważałam — czym może być sam papizm, nie ulega wątpliwości, że istnieją prawdziwie dobrzy i zacni papiści, a ten człowiek, Monsieur Emanuel, zdaje się należeć do najlepszych spośród nich. Nie wolny od przesądów, pozostający pod wpływem kleru, ale jakże godny podziwu za swoją wzruszającą wierność w miłości, za szczerą pobożność, za ofiarność swoją, za bezgraniczne miłosierdzie, jakie uprawiał. Należało tylko jeszcze przekonać się w jaki sposób — za pośrednictwem podwładnych mu czynników — ustosunkowuje się Rzym do cnót podobnych: czy umie on ocenić je ze względu na nie same i na ich zbożność, czy też wykorzystując je, ciągnie z nich zyski na rzecz własnych tylko interesów!
Rozmyślając tak, dostałam się na Rue Fossette już o zachodzie słońca. Goton życzliwie pozostawiła mi moją porcję obiadową, której bardzo już łaknęłam. Zawołała mnie, celem spożycia jadła do małego gabinetu, gdzie niebawem zjawiła się Madame Beck, przynosząc mi własnoręcznie kieliszek wina.
— I cóż — zaczęła chichotliwie — jak przyjęła panią Madame Walravens? Elle est drôle, nest-ce pas?[69]
Opowiedziałam jej jak spełniłam poruczoną mi przez nią misję, powtórzywszy dosłownie otrzymaną odpowiedź i polecenie, jakim zostałam obarczona.
Oh, la singulière petite bossue! — roześmiała się. — Et figurez-vous, qu‘elle me déteste, parcequ‘elle me croit amoureuse de mon cousin Paul; ce petit devot, qui n‘ose pas bouger, à moins que son confesseur ne lui donnę sa permission. — Au reste! — dodała — gdyby naprawdę tak bardzo chciał poślubić kogoś — soit moi, soit une autre[70] nie mógłby tego zrobić; ma już i tak zbyt liczną rodzinę na swoich barkach: Mère Walravens, Père Silas, jejmościankę Agnieszkę i cały jeszcze zastęp bezimiennych biedaków. Nie istniał nigdy chyba człowiek podobny do niego w obarczaniu się ciężarami większymi, aniżeli zdoła je udźwignąć, w dobrowolnym braniu na siebie zbędnej zgoła odpowiedzialności. Poza tym nie rozstaje się wciąż jeszcze z romantyczną mrzonką o pewnej bladolicej Marii Justine — personnage assez niais à ce que je pense[71] — dodała lekceważąco — o istocie, która pełni od dwudziestu lat już funkcję anioła w niebie. Z aniołem tym zamierza on połączyć się, wolny od wszelkich więzów, czysty comme un lis à ce qu‘il dit[72]. O, uśmiałaby się pani, gdyby pani mogła poznać połowę bodaj dziwactw i przesądów Monsieur Emanuela! Przeszkadzam jednak pani w nasyceniu jej głodu, ma bonne Miss, a na pewno bardzo pani tego potrzeba. Proszę, niech pani zje na zdrowie swoją wieczerzę, napije się wina, oubliez les anges, les bossues, et surtout les Professeurs — et bon soir![73]




ROZDZIAŁ XXXV
BRATERSTWO

Oubliez les Professeurs!“ — Tak powiedziała Madame Beck. Madame Beck, jako kobieta prawdziwie mądra, nie powinna była wypowiedzieć tych słów. Pobłądziła stanowczo, czyniąc tak. Tego wieczora należało pozostawić mnie w spokoju, a nie podniecać, pozostawić mnie obojętną, nie zainteresowaną, stojącą na uboczu, we własnym moim szacowaniu siebie i w opinii innych — niezwiązaną, myślą nawet, z ową osobistością, o której winna była zapomnieć.
Zapomnieć o nim? O! przemyślny ukartowali plan, aby zniewolić mnie do zapomnienia o nim — mądre głowy! Pokazali mi jaki dobry jest; uczynili w moim pojęciu z kochanego małego człowieczka małego bohatera bez zmazy. A potem wyszydzili jego sposób kochania, jego nerwowość. Jaką miałam do owego dnia możność ocenienia czy potrafi on w ogóle kochać, czy też nie jest zdolny wcale do głębszych uczuć?
Poznałam jego zazdrość, jego podejrzliwość, dostrzegłam w nim ukryte momenty tkliwości, nagłe przebłyski humoru, pewną miękkość, która promieniowała z niego chwilami, ni to tchnienie ciepłego powietrza wiosennego, okruchy współczucia, które zanikało i rozwiewało się, jak rosa poranna, wysychająca w żarze jego łatwych podraźnień — to było wszystko, co zdołałam dostrzec w nim. A oto oni, Père-Silas i Modesta Maria Beck (nie wątpiłam że oboje działali w zmowie) otworzyli przede mną najtajniejsze skrytki jego serca, ukazali mi w nim jedną wielką miłość, zrodzoną w dniach młodości tego południowca, tak silną i nieskazitelną, że urągała Śmierci nawet, zdolnej porazić materię jedynie i uniemożliwić zetknięcie z nią, zmuszonej wszelako pozostawić mu ducha nieśmiertelnego, któremu dochował wierność niezłomną, czuwając zwycięsko nad mogiłą w ciągu dwudziestu lat.
Nie było to zrobione nadaremnie: nie było też jedynie bezcelowym i bezpłodnym uleganiem porywowi uczucia; dowiódł wierności swojej poświęceniem najlepszych swoich wysiłków i możliwości na rzecz celów nieegoistycznych, zaświadczając ją bezgraniczną ofiarności swoją, poświęcał się dla tych, którzy byli drodzy niegdyś jego ukochanej, nie myślał o zemście i dźwignął dobrowolnie ciężki swój krzyż.
Co się tyczy Marii Justyny, znałam ją tak dobrze i tak dobrze wiedziałam kim była, jak gdybym poznała ją osobiście. Wiedziałam, że była bogata — tak wiele było na pensji Madame Beck dziewcząt do niej podobnych — flegmatycznych, bladych, pozbawionych wszelkiej inicjatywy, ale poczciwego serca, niezdolnych do popełnienia niczego złego, zarazem jednak nie umiejących wznieść się na wyżyny dobrego.
Jeśli miała skrzydła anielskie, wiem jakiego poety wyobraźnia ustroiła ją w nie. Jeśli czoło jej opromieniała świetlana aureola, wiem w błysku czyjej tęczówki zrodziła się ta otaczająca ją gloria świętego płomienia.
Miałażbym ulęknąć się Justyny-Marii? Czyżby obraz bladej, zmarłej mniszki wznieść miał zaporę nie do obalenia? Cóż przeszkadzały mi uczynki miłosierne, pochłaniające ziemskie jego dobra? Co obchodzić mnie mogły śluby dziewiczości, jakie złożyło jego serce?
O, Madame Beck, o, Ojcze Silasie, błędem było z waszej strony podsunięcie mi tego rodzaju zagadnień. Były one zarazem najgłębszą zagadką, najsilniejszą przeszkodą, i najostrzejszym biczem podniety, jakim zacięto mnie kiedykolwiek. W ciągu tygodnia zasypiałam i budziłam się, roztrząsając w myśli nieustannie te sprawy. Na całym świecie nie było jednak dla mnie odpowiedzi na nie, z wyjątkiem miejsca, na którym stał czy siedział, chodził, czy wygłaszał przemówienia, mały smagły człowieczek, którego głowę okrywał bandycki bonnet grec, a ciało — marny, wyplamiony atramentem i poszarzały od kurzu surducina.
Po owej bytności na Rue des Mages pragnęłam widywać go jak najczęściej. Czułam, że, wiedząc o tym, o czym wiedziałam teraz, potrafię z łatwością wyczytywać z jego zachowania rzeczy bardziej interesujące mnie w nim, niż kiedykolwiek: odczuwałam tęsknotę za doszukaniem się w tych przejawach naiwnej pobożności i na wpół heroicznej, na wpół świątobliwej rycerskości, którą opowieść Jezuity przypisała jego naturze. Stał się moim bohaterem chrześcijaństwa i w tym właśnie charakterze pragnęłam widzieć go.
Sposobność po temu niedługo dała mi czekać na siebie: moim nowym wrażeniom sądzone było przejść zaraz nazajutrz przez decydującą próbę. Tak. Los udzielił mi możności dokonania wywiadu z moim „bohaterem chrystianizmu“, wywiadu niezbyt heroicznego, ani sentymentalnego, ani biblijnego nawet, dość żywego wszelako w swoim rodzaju.
Około trzeciej po południu, kiedy cisza w pierwszej klasie zapewniona była nienaruszalnie, jak się zdawało, pod pogodnym okiem Madame Beck, która we własnej osobie udzielała jednego ze zwykłych swoich pożytecznych wykładów — cisza ta została nagle zakłócona gwałtownym wtargnięciem znanej mi rozwiewającej się, bandyckiej peleryny.
Nikt w danym momencie nie czuł się spokojniejszy ode mnie. Uwolniona od odpowiedzialności, dzięki obecnej na miejscu Madame Beck, pogodnie nastrojona jednostajnym brzmieniem jej głosu; zadowolona i zbudowana jasnością i przejrzystością jej wykładu (umiała w istocie dobrze wykładać), siedziałam pochylona nad moim biurkiem, rysując, to znaczy kopiując kunsztownie wypracowany, złożony z drobniuchnych kreseczek wzór; naśladując go mozolnie, w najdrobniejszych szczegółach — na tym w owym czasie streszczało się moje pojęcie o oddawaniu się o sztuce. Wydać się to może dziwne, znajdowałam jednak nadzwyczajną przyjemność w tej pracy, polegającej na produkowaniu ciekawie, po chińsku wiernych naśladownictw stalorytów i miedziorytów — rzeczy takiej samej mniej więcej wartości, jak tyle rozmaitego rodzaju kanwowych ręcznych robótek, które uważałam wówczas za arcydzieła nieomal.
Co się nagle stało? Mój rysunek, moje ołówki, mój cenny wzór — zmięte i pochwycone w jedną garść, znikły sprzed moich oczu; ja sama energicznie potrząśnięta, zerwana zostałam z mojego krzesła, jak pojedyńcza przywiędła gałka muszkatołowa wyrywana bywa przez rozzłoszczoną kucharkę z pudełka na korzenie. Krzesło to i pulpit mój, porwane przez właściciela bandyckiej peleryny i wsunięte każde pod jedną pachę, uniesione zostały daleko; w następnej sekundzie poszłam i ja w ślad za tymi sztukami umeblowania; po dwóch minutach one i ja umieszczone zostałyśmy w pośrodku grande salle — obszernego sąsiedniego pokoju, rzadko używanego, chyba tylko na tańce oraz na lekcje śpiewu chóralnego — i umieszczone w sposób tak władczo nakazujący, że zdawał on się nie dopuszczać cienia nadziei, aby wolno nam było ruszyć się stąd kiedykolwiek.
Kiedy wreszcie częściowo przynajmniej oprzytomniałam z mojego oszołomienia niesłychaną nagłością całej tej sceny, ujrzałam przed sobą dwóch mężczyzn — przypuszczam, że powinnabym nazwać ich raczej panami — jednego smagłego, drugiego jasnowłosego i o jasnej cerze — jednego, sprawiającego wrażenie na wpół wojskowe, dziwnie sztywne, spotęgowane szamerowanym ubraniem, jakie miał na sobie, gdy drugi zdradzał zachowaniem się i odzieniem należenie do klasy studiujących sztukę: obaj imponować mogli wspaniałością wąsów, bokobrodów i cesarskiej muszki na podbródku.
Monsieur Emanuel stał nieco z dala od nich: wygląd jego, oczy zwłaszcza, ujawniały stan gwałtownego podniecenia: wyciągnął rękę zwykłym swoim gestem trybuna ludowego i oznajmił:
— Mademoiselle, musi pani udowodnić tym panom, że nie jestem kłamcą. Ma pani odpowiadać, najtrafniej jak pani jest zdolna na wszystkie pytania, jakie zechcą pani zadać. Będzie pani także pisała na temat dowolnie przez nich obrany. Mają mnie, jak się okazuje, za oszusta, wyzbytego wszelkich podstaw moralnych. Jestem oskarżony o pisywanie szkiców, które z rozmyślnym fałszowaniem prawdy podpisuję nazwiskiem moich uczennic, chełpiąc się tymi elaboratami, jako samodzielną ich pracą. Pani rzeczą będzie wykazać i udowodnić niesłuszność tego oskarżenia.
Grand Ciel! — wielkie nieba! — Znalazłam się więc wobec tak wytrwale przeze mnie unikanej konieczności publicznego popisu, która spadła teraz na mnie nagle niczym burza gradowa. Ci dwaj eleganccy, wyszamerowani wąsaci, wyraźnie szyderczo nastawieni jegomoście nie byli nikim innym, jeno dwoma eleganckimi profesorami kolegium — Messieurs Boissac i Rochemorte — parą zimnych fanfaronów, pedantycznych, sceptycznie usposobionych szyderców. Jak się okazało, Monsieur Paul wystawił nieopatrznie na pokaz coś z rzeczy napisanych przeze mnie, z rzeczy, których nie pochwalił nigdy i o których nie wspomniał nigdy ani jednym słówkiem w mojej obecności, sądziłam więc, że zupełnie o nich zapomniał. Szkic ten nie wyróżniał się bynajmniej niczym szczególnym; może tylko wydawał się wyróżniający w porównaniu z przeciętnymi tego rodzaju produkcjami uczennic szkół dla cudzoziemek. W szkole angielskiej przeszedłby bez zwrócenia na siebie szczególnej uwagi. Messieurs Boissec i Rochemorte uważali jednak za właściwe zakwestionować autentyczność danego szkicu, pomawiając tym samym profesora o rozmyślny podstęp, o oszustwo. Otóż zadaniem moim było teraz dowieść prawdy, tym samym być poddaną torturze publicznego wyegzaminowania mnie przez tych panów.
Rozegrała się scena pamiętna.
Rozpoczęli od klasyków. Śmiertelna pustka. Spróbowali z kolei przejść do historii Francji. Zaledwie zdolna byłam odróżnić Merowiga od Pharamonda. Wypróbowywali wiedzę moją w najrozmaitszych dziedzinach, nie otrzymując w odpowiedzi nic poza bezradnym potrząsaniem głową wraz z niezmiennym: „Je n‘en sais rien“. — Nic mi o tym nie wiadomo.
Po wymownej pauzie sprobowali przejść do spraw, związanych z ogólnymi pojęciami, poruszywszy kilka tematów, które znałam bardzo dobrze i nad którymi często rozmyślałam. Monsieur Emmanuel, który stał dotychczas ponury, niczym zimowe przesilenie dnia z nocą, rozpogodził się nieco. Przypuszczał, że teraz wreszcie dowiodę, iż nie jestem zupełną kretynką.
Rychło przekonać się miał w jak wielkim jest błędzie. Mimo że odpowiedzi na zadawane mi pytania budziły się w moim umyśle szybko, wypełniając go ni to tryskające z głębi źródło, nie potrafiłam jednak ująć ich w formę słowną. Nie wiem, czy nie mogłam, czy też nie chciałam przemówić: myślę, że winne temu były po części rozklekotane moje nerwy, po części zaś zirytowanie moje tym egzaminem, które wprawiło mnie w zły humor.
Usłyszałam, jak jeden z egzaminatorów moich — ów z szamerowaniem — szepnął do swojego kolegi: — „Est-elle donc idiote?“ — Czy jest idiotką?
— Tak — pomyślałam — jest i będzie zawsze idiotką dla takich jak wy obaj.
Cierpiałam — cierpiałam okrutnie; dostrzegłam pot, występujący kroplami na czole Monsieur Paula, gdy oczy jego ciskały mi spojrzenia wściekłe, zarazem pełne bolesnego wyrzutu. Nie chciał wierzyć w mój zupełny brak zwykłego rozsądku: był pewien, że mogłabym zdobyć się na więcej sprytu, gdybym tylko chciała.
Wreszcie, pragnąc uwolnić od bezpłodnej tej męki obu profesorów, Monsieur Paula i siebie samą, wyjąkałam:
— Pozwólcie mi panowie odejść; nic i tak ze mnie nie wydobędziecie; sami przecież uznaliście, że jestem idiotką.
Żałuję, że nie mogłam zachować spokoju i godności przy wypowiedzeniu tych słów, a raczej żałuję, że rozsądek nie zmusił mnie do trzymania języka za zębami: zdrajca ten potykał się skołowaciały. Dostrzegłszy triumfujące spojrzenie rzucone przez obu panów na Monsieur Paula, usłyszawszy drżenie mojego własnego głosu, wybuchłam zapierającym mi oddech łkaniem. Łzy moje wywołane były o wiele bardziej gniewem, niż zmartwieniem. Gdybym była mężczyzną i posiadała odpowiednie siły, zdolna byłabym od razu na miejscu wyzwać obu na pojedynek. Wstrząśnięta do głębi, za żadną cenę nie dopuściłabym do okazania mojego wzruszenia.
O, nieudolni! Powinni byli przecież na pierwszy rzut oka poznać surowy niezdarny styl nowicjuszki w tym opracowaniu, które nazwali fałszerstwem. Temat był klasyczny. Kiedy Monsieur Paul podyktował dany ustęp, który miał posłużyć za podstawę opracowania, usłyszałam o tym temacie po raz pierwszy w życiu. Przedmiot był dla mnie zupełnie nowy; brakło mi więc zupełnie materiału, na którym mogłabym oprzeć się. Poszukałam jednak odpowiednich książek, z których zaczerpnęłam niezbędne fakty, z wysiłkiem zbudowałam z nich suchy kościec, poczem dopiero przybrałam go w szatę zewnętrzną i sprobowałam tchnąć w niego życie, co sprawiło mi najwięcej przyjemności. Dopóki jednak podstawowe fakty nie zostały odszukane, dobrane i we właściwy sposób skojarzone, przeszłam okres nader trudny i pełen wielkiego niepokoju. Nie zaznałam też spoczynku i nie dałam za wygranę usiłowaniom i poszukiwaniom, dopóki mnie samej nie zadowolniła dokładność i ścisłość dokonanej anatomii. Siła wrodzonego mojego wstrętu do wszelkich braków i niedociągnięć, a nade wszystko do popełniania fałszów, umożliwiała mi czasem unikania grubych, zasadniczych błędów. Prawdziwej wiedzy nie było jednak w mojej głowie, nie było gotowych sądów i wniosków. Nie była wiedza ta posiana wiosną, nie wyrosła w lecie, nie dojrzała i nie została zebrana jesienią i przechowana bezpiecznie na zimę. Czegokolwiek było mi potrzeba, musiałam wyruszać na świeżo na zebranie pełnych naręczy zielonej niedojrzałej jeszcze trawy, którą w tym surowym stanie zmuszona byłam kłaść do garnka. Ale Messieurs Boissec i Rochemorte nie umieli tego dostrzec. Popełnili błąd kapitalny, biorąc skoncypowaną przeze mnie w ten sposób niedojrzałą pracę za dzieło dojrzałego umysłu, za pracę uczonego.
Nie pozwolili mi jednak jeszcze odejść: kazali mi usiąść i pisać w ich obecności. Kiedy trzęsącą się ręką zanurzyłam pióro w atramencie, i na wpół oślepionymi wilgocią oczami przyjrzałam się białej ćwiartce papieru, zaczął jeden z moich sędziów przesadnie usprawiedliwiać się za takie dręczenie mnie:
Nous agissons dans l‘intéret de la verité. Nous ne voulons pas vous blesser[74] — rzekł.
Pogarda dodała mi odwagi. Za całą odpowiedz rzuciłam tylko:
— Niech pan mi dyktuje, Monsieur.
Rochemorte podyktował temat: „Ludzka sprawiedliwość“.
„Ludzka sprawiedliwość!“ Co miałam napisać o tym? Zimna, czcza abstrakcja, nie nasuwająca mi ani jednej zapładniającej myśli! Miałam jednak przed sobą Monsieur Emanuela, smutnego jak Saul i ponurego jak Hiob, a obok niego triumfujących jego oskarżycieli.
Przyjrzałam się im obu. Zbierałam się już na odwagę oświadczenia im, że nie mam zamiaru napisać, ani powiedzieć ani jednego słowa więcej, aby uczynić im zadość, gdyż nie odpowiada mi temat dany mi przez nich, a ich obecność, nie daje mi natchnienia do pracy. — Pomimo to, ktokolwiek poważa się wystąpić z cieniem zwątpienia o nieskazitelności honoru profesora Emanuela, znieważa prawdę, której mianuję się głosicielem. Chciałam właśnie powiedzieć to wszystko, kiedy nagła błyskawica rozświetliła mroczne zakamarki mojej pamięci.
Te dwie twarze, spoglądające na mnie spośród gąszczu długich włosów, wąsów i bokobrodów — te dwie zimne, a równocześnie tak zuchwałe, niewzbudzające ufności, mimo to pewne siebie, aroganckie twarze — były te same właśnie, na które padło niegdyś pełne światło ulicznej latarni w momencie ich wynurzenia się spoza kolumn portyku i które śmiertelnie przeraziły mnie pierwszego wieczora po smutnym, beznadziejnym, jak mi się wydało, przybyciu moim do Villette. Byłam teraz moralnie przeświadczona, że oni to byli owymi bohaterami, którzy zmusili samotną cudzoziemkę do uciekania przed nimi bez tchu przez całą nieznaną jej dzielnicę obcego dla niej miasta.
— Obłudni kłamcy! — pomyślałam. — Piękni z was przewodnicy młodzieży! O ile „Sprawiedliwość ludzka“ miałaby być w samej rzeczy tym, czym być powinna, nie utrzymywalibyście się bodaj na zajmowanych przez was obecnie stanowiskach, ani też nie cieszylibyście się niezasłużonym przez was uznaniem.
Wpadłszy szczęśliwie na pomysł, zabrałam się gorliwie do pracy... „Sprawiedliwość ludzka“. — Widziałam słowa te wypisane przede mną w nowej postaci czerwonej jędzy, podpartej pod boki grubymi rękami. Widziałam ją w jej domu: odmawiającą rady i pomocy służbie, która ich u niej szukała, nie zwracającą żadnej uwagi na żebraków, ginących z głodu i daremnie czekających przed jej drzwiami na jałmużnę; mrowie dziatwy, chorej i swarliwej, plątało się dokoła jej nóg, błagając z wrzaskliwym zawodzeniem o zmiłowanie, o udzielenie opieki lekarskiej, o możliwy przyodziewek, o naprawienie wyrządzonych krzywd. Zacna niewiasta nie dbała wszakże o nic podobnego. Zajęła na własny użytek wyłącznie ciepłe miejsce przy ogniu kominkowym, napawała się do syta pykaniem z krótkiej czarnej fajeczki i rozkoszowała się pociąganiem z butelki kojącego syropu pani Sweeny; paliła, popijała i zażywała w pełni tego raju, ilekroć zaś okrzyk cierpienia i bólu udręczonych dusz odzywał się zbyt donośnym echem w jej uszach — chwytała dziarska dama pogrzebacz z paleniska kominkowego, porażając nim śmiałka, o ile okazywał się zbyt słaby; o ile zaś był silny i gwałtowny, straszyła go tylko, po czym zanurzała rękę w głębokie swoje sakwy i rzucała mu na odczepne garść najdrobniejszej, prawie bezwartościowej monety.
Taka była mniej więcej szkicowa notatka na temat „Sprawiedliwości ludzkiej“, nagryzmolona przeze mnie pospiesznie i przedstawiona na użytek panów Boissec i Rochemorte. Monsieur Emanuel odczytał ją, pochylony nade mną. Nie czekając na niczyje komentarze, złożyłam niski ukłon przed całą trójką i wycofałam się co rychlej z pokoju.
Po ukończeniu zajęć szkolnych tego dnia, zetknęłam się ponownie z Monsieur Paulem. Zetknięcie to nie przeszło oczywiście, gładko zrazu; nie obyło się naturalnie bez drobnej utarczki; nie tak łatwo mogłam przetrawić ten przymusowy egzamin. Nieco cierpki dialog, jaki zawiązał się pomiędzy nami, skończył się nazwaniem mnie „une petite moqueuse et sans-coeur[75] i chwilowym wyjściem Monsieur Paula z pokoju.
Nie chciałam, aby odszedł na dobre, a tylko pragnęłam dać mu odczuć, że podobny wybuch, na jaki pozwolił sobie tego dnia, nie może być tolerowany bezkarnie, i dlatego też, nie bez przyjemności, ujrzałam go wkrótce potem, zajętego podlewaniem roślin w berceau. Na mój widok podszedł do oszklonych drzwi, do których zbliżyłam się i ja także. Zaczęliśmy rozmowę o rosnących dokoła altany kwitnących krzewach. W miarę przedłużania się tej pogawędki, odkładał Monsieur stopniowo swoje narzędzia ogrodnicze, przechodząc z kolei na inne tematy, aż wreszcie poruszył sprawę najbardziej interesującą.
Czując, że jego zachowanie się tego dnia zasługiwało co najmniej na miano niedopuszczalnego wyskoku, zaczął z lekka usprawiedliwiać się: wyraził nawet coś w rodzaju skruchy z powodu napadających go chwil złego humoru, zaznaczył jednak, że należą mu się pewne względy, dodając przy tym:
— Nie mogę, oczywiście, spodziewać się ich z pani strony, miss Lucy — za mało zna pani mnie, moje dzieje i moje położenie.
Jego dzieje. Podchwyciłam ten wyraz, zaczepiwszy dalszą rozmowę o dany temat.
— Nie, Monsieur — odparłam. — Oczywiście, jak pan mówi, nie znam ani pańskich dziejów, ani pańskiego położenia, ani ofiar, jakie pan ponosi, ani także żadnej z pańskich trosk, żadnego z pańskich przeżyć, żadnego z wiernych pańskich uczuć i przywiązań. O, tak, nie wiadomo mi nic o panu; jest pan dla mnie człowiekiem zupełnie obcym.
Hein?! — mruknął, marszcząc i równocześnie podnosząc brwi gestem zdumienia.
— Widuję pana przecież w klasie tylko — poważnego, zaaferowanego, zajętego wykładanym przedmiotem, despotycznego, władczego. W mieście słyszę o panu, jako o człowieku wielce czynnym, nader przedsiębiorczym, dość kapryśnym, pochopnym do kierowania, ale z trudnością ulegającym perswazji i nie dającym się ugiąć niczyjej obcej woli. Człowiek taki, jak pan, niezwiązany z nikim, nie może mieć żadnych przywiązań: nie obarczony rodziną, nie może mieć żadnych obowiązków. My wszyscy, z którymi wchodzi pan w zetknięcie, jesteśmy maszynami, którymi pan kieruje do woli w tę czy w ową[76] swoich szuka pan w miejscach zebrań publicznych, przy świetle kandelabrów wieczornych: warsztatami pańskimi są: szkoła nasza i położone w sąsiednim gmachu męskie kolegium, a fabrykatami pańskimi uczniowie, a także pańskie uczennice. Nie wiem nawet gdzie pan mieszka; przypuścić muszę z natury rzeczy, że nie posiada pan ogniska domowego, ani też nie jest ono panu potrzebne.
— Jestem osądzony więc — rzekł. — Zdanie pani o mnie jest takie, jakie przewidywałem z góry, że będzie. W oczach jej nie jestem ani człowiekiem, ani chrześcijaninem. Uważa mnie pani za pozbawionego wszelkich przywiązań, nie związanego z nikim węzłami przyjaźni, czy stosunkami rodzinnymi, nie kierującego się żadnymi zasadami moralnymi, żadnymi doktrynami wiary. Zupełnie słusznie sądzi pani, mademoiselle; taka spotyka nas nagroda w życiu.
— Jest pan filozofem, monsieur; filozofem — cynikiem (rzuciłam przy tych słowach okiem na jego surdut, którego wyrudziały rękaw gładził ręką) mającym w pogardzie słabostki ludzkie — wyższym nad nie, nad potrzebę dogadzania sobie — lekceważącym wygody życiowe, o jakie zwykła dbać ludzkość.
Et vous, mademoiselle, vous êtes proprette et douillette et affreusement insensible par-dessus le marché.[77]
— Zastanawiając się jednak bliżej nad tą sprawą, wnioskuję, że musi pan przecież mieszkać gdzieś. Proszę, niech mi pan powie gdzie i jaką ma pan służbę dokoła siebie?
Groźnie wysunąwszy dolną wargę gestem najwyraźniejszej wzgardy, wybuchnął:
Je vis dans un trou! — mieszkam w norze — w dziurze — łaskawa pani, do której nie chciałaby pani wsunąć wrażliwego swojego noska. Kiedyś, wstydząc się niegodnie przyznać do szczerej prawdy, wspomniałem o moim „gabinecie do pracy“ w sąsiednim kolegium: otóż oznajmiani teraz pani, że ów „gabinet do pracy“ jest moim jedynym miejscem zamieszkania: zarazem moim salonem i moją sypialnią. A co się tyczy mojej „służby“ — dodał, naśladując mój głos — mam jej dziesięcioro: les voilà! — oto one!
Mówiąc to, podsunął mi pod sam nos wszystkie dziesięć rozpostartych swoich palców.
— Szuwaksuję sobie obuwie — dodał z goryczą — czyszczę sobie ubranie.
— Nie, monsieur, to byłoby zbyt pospolite i przyziemne, nie robi pan tego — wtrąciłam.
Je fais mon lit et mon ménage:[78] przynoszę sobie obiad z jadłodajni; moja wieczerza robi się sama; spędzam pracowite, samotne dni i noce długie i smutne; jestem dziki, brodaty, wiodę żywot mnisi; nikt z ludzi żywych nie kocha mnie, z wyjątkiem paru starych, zasuszonych serc, jak moje własne i paru istot zbiedniałych, cierpiących, ubogich sakiewką i duchem, których wypierają się królestwa tego świata, ale którym wola i testament nie do obalenia przekazały królestwo niebieskie.
— O, monsieur! Wiem, wiem o wszystkim!
— O czym wie pani? Wiadome pani są różne rzeczy, wiele rzeczy, nie wątpię wcale, nie wie pani jednak nic o mnie, Lucy!
— Wiem, że jest pan posiadaczem ładnego starego domu, położonego na miłym starym placyku w Basse-Ville — dlaczego więc nie mieszka pan tam?
Hein?! — mruknął ponownie.
— Podobał mi się bardzo ten dom, monsieur, podobały mi się schodki, prowadzące do jego drzwi wejściowych, szare flizy kamienne przed nim, widzialne od tyłu drzewa, kiwające swoimi koronami — prawdziwe wielkie drzewa, nie krzewy jeno — ciemne, wysokie, stare, odwieczne drzewa. A buduar — kaplica? Powinien pan obrócić pokój ten na pański gabinet do pracy: taki jest cichy i taka uroczysta panuje w nim atmosfera.
Przyjrzał mi się badawczo, na wpół uśmiechający się, na wpół spłoszony, zarumieniony z podniecenia.
— Skąd pani wie o tym wszystkim? Gdzie dowiedziała się pani tego? Kto powiedział pani?
— Nikt mi nie powiedział. A może przypuszcza pan, że przyśniło mi się tylko to wszystko?
— Jakże mogę odgadnąć senne wizje pani? Czy zdolny jestem przeniknąć myśli kobiece, snute na jawie, a tym bardziej kobiece rojenia senne?
— Jeśli śniłam o tym, widziałam we śnie równie wyraźnie istoty ludzkie, jak dom. Widziałam starego księdza, pochylonego ciężarem lat, posiwiałego; widziałam także starą służącę, wyglądającą bardzo charakterystycznie i malowniczo; widziałam starą damę, olśniewającą, ale dziwaczną; nie sięgnęłaby mi może głową do łokcia, ale za strojące ją wspaniałe klejnoty możnaby nabyć księstwo. Miała na sobie szatę jaśniejącą jak lapis lazuli, szal wartości jakich tysiąca franków; była cała obwieszona drogocennymi kamieniami, tak oślepiającego blasku, ze nigdy w życiu nie widziałam rzucających podobnie jarzące się ognie, ale postać jej sprawiała wrażenie przełamanej na dwoje; zdawało się też, że przeżyła ponad miarę sądzonych przeciętnemu człowiekowi lat i osiągnęła kres, wypełniony już tylko ciężką troską i cierpieniami. Stała się posępną, złą czarownicą niejako, a jednak ktoś, jak się okazuje, dba o nią w jej ułomnościach i kalectwach — ktoś taki, kto wybaczył jej wszystkie jej przewiny, mając nadzieję, że będą mu w zamian wybaczone i jego przewinienia również. Te wszystkie trzy osoby: pani, kapelan i służąca — mieszkają po społu; wszyscy starzy, wszyscy słabi, wszyscy utuleni pod jednym życzliwym, ciepłym, opiekuńczym skrzydłem.
Przykrył dłonią górną część twarzy, nie ukrył wszelako ust, w których zarysie dostrzegłam wyraz, jaki tak bardzo lubiłam.
— Widzę, że pani przeniknęła moją tajemnicę — rzekł — ale w jaki stało się to sposób?
Opowiedziałam mu w jaki stało się to sposób; opowiedziałam o poruczonej mi przez Madame Beck misji, o burzy, jaka mnie zaskoczyła, o przykrym, opryskliwym przyjęciu mnie przez starą damę, o uprzejmości kapłana.
— Père—Silas skrócił mi czas mojego czekania na ustanie deszczu opowiedzeniem ciekawej historii.
— Historii?! Jakiej historii?! — Silas nie jest romansopisarzem.
— Czy mam ją panu opowiedzieć?
— Tak. Niech pani rozpocznie od początku. Chciałbym wysłuchać francusczyzny Miss Lucy — najlepszej, czy najgorszej — wszystko mi jedno zresztą jakiej. Gotów jestem przełknąć przy tym porządną porcję barbaryzmów językowych i nie mniej obfitą dawkę akcentu wyspiarskiego.
— Niech pan nie ostrzy sobie z góry zębów nadzieją usłyszenia opowieści o imponujących rozmiarach i oglądania budującego widoku narratorki, która utkwi rychło w środku opowiadania. Nade wszystko jednak podam panu tytuł opowieści: — „Wychowanek księdza“.
— Ba! — bąknął, przy czym fala ciemnej krwi zalała ponownie smagłe jego policzki. — Zacny stary padre nie mógł obrać gorszego tematu: to jego słaba strona. Wracając jednak do „Wychowanka księdza“, jakże tam z tym było?
— O, różnie!
— Mogłaby pani bliżej określić jak mianowicie. Chciałbym dowiedzieć się.
— Było dziecięctwo wychowanka; był jego wiek młodzieńczy; potem męski; jego skąpstwo; jego niewdzięczność; jego nieubłagana bezlitosność; jego niestałość. Taki niegodziwy typ wychowanka, monsieur! O tak zimnym, nieczułym sercu, o takim braku rycerskości, o takiej niezdolności zapominania uraz i wybaczenia ich!
Et puis? — a co potem? — zapytał, wyjmując cygaro.
Et puis — powtórzyłam — spadły na niego klęski, nad którymi nikt nie litował się, które znosił w sposób, nie wzbudzający niczyjego podziwu, ani niczyjego współczucia, nie znajdował ich też nigdzie i wreszcie zemścił się nie po chrześcijańsku gromadzeniem płonących zarzewi nad głową swojego przeciwnika.
— Nie opowiedziała mi pani wszystkiego, mademoiselle — rzekł.
— Prawie wszystko, jak sądzę: wymieniłam nagłówki rozdziałów księżej opowieści.
— Zapomniała pani o jednym — o tym, który dotyczył braku przywiązania wychowanka, jego nieczułego, zimnego, mnisiego serca.
— Słusznie; przypominam sobie teraz; Père-Silas opowiedział mi istotnie, że nastawienie wychowanka, jego właściwe powołanie kierowało go w stronę zostania księdzem — że jego życie uważane było za poświęcone temu.
— Na mocy jakich więzów czy obowiązków?
— Na mocy ciążących na nim więzów przeszłości i świadczonych przez niego obecnie dobrodziejstw.
— Zna więc pani cały stan rzeczy?
— Powtórzyłam panu już teraz wszystko, co zostało mi opowiedziane.
Upłynęło kilka minut poważnej zadumy.
— A teraz, Miss Lucy, niech pani spojrzy mi w oczy i ze zwykłą swoją prawdomównością, której świadomie nigdy pani nie gwałci, niech mi pani odpowie na jedno zapytania: Proszę podnieść oczy i utkwić je we mnie: niech pani nie obawia się zaufać mi. Jestem człowiekiem, któremu można zaufać.
Podniosłam oczy.
— Teraz, kiedy poznała mnie pani na wskroś, wszystkie moje przeżycia, moje obowiązki i ciążącą na mnie odpowiedzialność, kiedy pani zapoznała się od dawna z moimi wadami — jak sądzi pani, czy my oboje, ja i pani, możemy być przyjaciołmi?
— Jeśli pan chce mieć przyjaciółkę we mnie, rada będę znaleźć w panu przyjaciela.
— Mówię jednak o serdecznej przyjaźni — szczerej i prawdziwej — o bliskości na każdym punkcie, o złączeniu się wszelkimi węzłami, z wyjątkiem węzłów krwi. Czy Miss Lucy zechce być siostrą człowieka bardzo biednego, obciążonego mnóstwem obowiązków, człowieka o bardzo ograniczonych możliwościach?
Nie byłam w stanie odpowiedzieć mu słowami, a jednak, przypuszczam, że musiałam w jakiś sposób odpowiedzieć mu, ujął bowiem moją rękę, która odczuła pociechę i ulgę w tym uścisku. Jego przyjaźń nie była wątpliwym, chwiejnym darem — zimną daleką nadzieją — uczuciem tak kruchym, że nie było zdolne znieść wagi dotknięcia palcem: poczułam od razu (albo też zdawało mi się, że poczułam) niezachwianie mocne oparcie w nim, niby o skałę niezłomną.
— Mówiąc o przyjaźni, mam na myśli prawdziwą przyjaźń — powtórzył z naciskiem, a ja nie mogłam nieledwie uwierzyć, aby słowa tak ważkie wypowiedziane zostały jako błogosławieństwo dla moich uszu; nie mogłam nieledwie uwierzyć w istotność jego ciepłego, serdecznego, pełnego niepokoju spojrzenia. Jeśli rzeczywiście pragnął znaleźć we mnie rozumiejącą go przyjaciółkę i powiernicę i zamierzał rzeczywiście darzyć mnie zaufaniem i przyjaźnią — o, wydało mi się w tej chwili, że nic lepszego ponad to nie może już spotkać mnie w życiu! Gdyby naprawdę ziścić się to miało, stałabym się silną i bogatą: jedna ta chwila uczyniłaby mnie prawdziwie szczęśliwą. Aby upewnić się czy stoję naprawdę w obliczu faktu i przypieczętować go, zapytałam:
— Czy monsieur mówi to zupełnie na serio? Czy naprawdę sądzi pan, że jestem mu potrzebna, że mogłabym przydać mu się jako siostra?
— Oczywiście, oczywiście — zapewnił mnie — człowiek samotny taki jak ja, nie posiadający siostry, musi z konieczności być nad miarę szczęśliwy, znalazłszy w sercu kobiecym uczucie siostrzane.
— A czy mogę polegać na względach monsieur? Czy będę miała prawo zwracać się do pana, ilekroć poczuję się usposobiona do tego?
— Moja mała siostrzyczka, musi sama przekonać się o tym — rzekł. — Nie chcę jej nic przyobiecywać. Musi sama karcić i naprowadzać na właściwą drogę błądzącego swojego brata, aż wreszcie stanie się takim, jakim pragnie go ona widzieć. Nie będzie on na pewno materiałem nieustępliwym w prawdziwie powołanych rękach.
Kiedy słuchałam tych słów, brzmienie jego głosu, błysk przyjaznego w tej chwili jego spojrzenia, sprawiały mi taką radość, jakiej nie odczuwałam nigdy na pewno. Nie zazdrościłam żadnej z młodych dziewcząt jej wielbiciela, żadnej oblubienicy jej oblubieńca, żadnej żonie jej męża. Zadowalniało mnie w zupełności znalezienie dobrowolnie zaofiarowującego mi swoją przyjaźń przyjaciela. Jeśli okaże się godzien zaufania, a wyglądał na godnego zaufania; czegoż, poza jego przyjaźnią, pragnąć mogłam jeszcze kiedykolwiek? Gdyby jednak wszystko miało rozwiać się jak sen ułudny, jak to zdarzyło się już raz poprzednio...?
Qu‘est-ce donc? — Co to takiego? Co się stało? — rzekł w momencie, kiedy myśl ta padła mi ciężarem na serce, omraczając twarz moją. Powiedziałam mu i, po chwilowej pauzie, — opromieniony pełnym zadumy uśmiechem, wyznał mi, że taka sama obawa, czy nie będę rychło miała go dość z jego trudnym, podlegającym tylu kaprysom, usposobieniem — nie daje mu spokoju od wielu dni, od wielu miesięcy nawet.
Upragnione te słowa jego natchnęły mnie spokojem i odwagą, podniosły mnie i skrzepiły na duchu. Powiedziałam mu i ja także z kolei kilka słów uspokajających. Nie tylko przyjął je, ale domagał się ich powtórzenia. Czułam się najdoskonalej szczęśliwa — dziwnie szczęśliwa — tym, że mogłam stwierdzeniem swoim zapewnić mu spokój, zadowolenie i bezpieczeństwo. Jeszcze dnia poprzedniego nie byłabym zdolna uwierzyć, że mogą istnieć podobne momenty na świecie i że życie może dostarczyć momentów, podobnych do tych, jakie przeżywałam teraz. Niezliczone razy bywało przeznaczeniem moim obserwować z drżeniem serca coraz groźniejsze zgęszczanie się na moim widnokręgu ciemnej chmury trosk i zmartwień. Nowym, natomiast, nieoczekiwanym dla mnie przeżyciem było coraz wyraźniejsze ziszczanie się zgoła niespodziewanego szczęścia.
— Lucy — zapytał Monsieur Paul przyciszonym głosem, trzymając wciąż moją rękę — widziała pani obraz w buduarze?
— Widziałam. Obraz, malowany na tafli ściennej?
— Portret mniszki?
— Tak.
— Zna pani jej dzieje?
— Tak.
— Pamięta pani tę zjawę, którą widzieliśmy owej nocy w berceau?
— Nigdy jej nie zapomnę.
— Nie powiązała pani chyba tych dwóch pojęć? Byłoby to szaleństwem.
— Przyznaję, że, ujrzawszy portret, pomyślałam o owej zjawie — odparłam, chcąc być w zgodzie z prawdą.
— Nie wyobraża sobie pani przecież — dodał — aby święta w niebie miała zaprzątać sobie głowę szukaniem współzawodnictwa na ziemi? Protestanci rzadko bywają przesądni, mam więc nadzieję, że te chorobliwe urojenia nie znajdą przystępu do pani, Miss Lucy.
— Nie wiem co mam myśleć o tej sprawę, przypuszczam jednak, że prędzej czy później znajdzie się naturalne wyjaśnienie tajemnicy.
— Niewątpliwie, niewątpliwie. A zresztą, żadna prawdziwie zacna, dobra kobieta — a tym bardziej żaden czysty, szczęśliwy duch — nie chciałby zakłócić przyjaźni takiej jak nasza — n‘est-il pas vrai? — nieprawda?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, wpadła Fifinka, wołając, że jestem potrzebna. Matka jej wychodzi na miasto, aby odwiedzić jakąś angielską rodzinę, która zażądała od niej prospektu; niezbędna jest moja pomoc jako tłomaczki. Przeszkoda, stworzona w ten sposób, nie była tak bardzo nie w porę: porcja zła jest zawsze wystarczająca na jeden dzień; na tę godzinę wystarczało zaznane dobro. Żałowałam jednak, że nie zdążyłam już zapytać Monsieur Paula, czy owe „chorobliwe urojenia“, przed którymi ostrzegał mnie, nie powstały i w jego własnej głowie także.




ROZDZIAŁ XXXVI
KOŚĆ NIEZGODY

Poza matką Fifinki Beck, inna jeszcze siła miała coś do powiedzenia w sprawie dotyczącej mnie i Monsieur Paula zanim potwierdzone zostało zawarte pomiędzy nami przymierze przyjaźni. Pozostawaliśmy pod czujnym, nieznającym snu okiem: Rzym czuwał zazdrośnie nad synem swoim poprzez tajemniczą ową kratę, przy której klęczałam niegdyś i do której nieprzeparcie ciągnęło Monsieur Emanuela co miesiąc: poprzez zasuwane drzwi konfesjonału.
— Dlaczego taka rada byłaś z zawarcia przyjaźni z Monsieur Paulem? — gotów zapytać czytelnik. — Czyż nie był on od dawna już twoim przyjacielem? Czy nie dawał ci niezliczonych dowodów pewnego dość stronniczego wyróżniania cię?
Owszem, dawał, mimo to jednak sprawiało mi przyjemność słuchanie jego mówienia tak bardzo poważnie o tym, że jest prawdziwym, wiernym, serdecznym przyjacielem moim. Podobały mi się jego świadczące o niesłychanej skromności zastrzeżenia i pełne szacunku względy dla osób trzecich, jakimi powodował się — owa ufność jego, którą pragnął umocnić, szczerze też byłam mu wdzięczna za wskazanie mi w jaki sposób i czym mogę uspokoić go i zadowolnić. Nazwał mnie „siostrą“. Tak było dobrze. Mógłby nazywać mnie jak sam chciał, byle tylko ufał mi i wierzył w moją przyjaźń. Zgadzałam się chętnie na to, aby być jego siostrą, pod warunkiem, że nie będzie żądał ode mnie rozciągania mojego stosunku siostrzanego na ewentualną przyszłą jego żonę. Że jednak złożył cichy ślub celibatu, nie zachodziła na tym punkcie żadna obawa.
Większą część nocy, jaka nastąpiła po owym dniu, spędziłam na rozmyślaniu o ostatniej mojej rozmowie z nim. Pragnęłam, aby jak najprędzej nastąpił już ranek, czekałam na pierwsze rozbrzmienie dzwonu, po czym, wstawszy i ubrawszy się, odmówiłam modlitwy i spożyłam powoli śniadanie, ociągając się z dokonywaniem wszystkich czynności, aż wreszcie doczekałam się godziny, wyznaczonej na lekcję literatury. Pragnęłam zyskać dokładniejszą świadomość, na czym miał polegać ów sojusz braterstwa; przekonać się, ile zdradzi Monsieur Paul zachowaniem swoim uczuć brata przy ponownym naszym spotkaniu, a także ile okaże się uczuć siostrzanych we własnym moim sercu; uświadomić sobie, czy zdobędziemy się oboje na dostateczną odwagę szczerości wzajemnej, ja — siostry, on — brata.
Przyszedł. Życie tak się układa, że fakty nie są nigdy, nie mogą być nigdy tym, czego się po nich spodziewamy. Nie są do tego dostosowane. Przez cały ten dzień nie zbliżył się Monsieur Paul ani razu do mnie. Wykład jego odbył się spokojniej bodaj niż zazwyczaj, wypowiedziany łagodniej, zarazem też poważniej. Profesor był bardziej ojcowski w stosunku do swoich słuchaczek, nie był wszelako braterski w stosunku do mnie. Oczekiwałam jeśli nie słowa, zwróconego bezpośrednio do mnie, to przynajmniej skierowanego w moją stronę uśmiechu, zanim wyjdzie z klasy — nie nastąpiło nic podobnego. Pożegnał mnie pospiesznym, jak gdyby onieśmielonym skinieniem głowy.
Przypuszczałam, że ta powściągliwość była przypadkowa, bezwiedna; uważałam, że muszę uzbroić się w cierpliwość, a minie ona. Nie minęła; trwała w ciągu szeregu dni; wzmogła się nawet. Pokonałam moje zdziwienie, usiłując uporać się z innymi uczuciami, jakie zaczynały budzić się we mnie.
Pytałam go, co prawda, w chwili, kiedy zapewniał mnie o swoich uczuciach braterskich, czy będę mogła polegać na nim, on jednak, znając niewątpliwie dobrze samego siebie, powstrzymał się od dania mi jakichkolwiek zobowiązań, radząc mi, natomiast, abym polegała raczej na samej sobie i starała się naprowadzać go na właściwą drogę i odpowiednio urabiać go. Daremne pouczenie! Przywilej nominalny jedynie i niedostępny. Znalazłyby się może kobiety, zdolne korzystać z niego i umiejętnie posługiwać się nim. Moje własne możliwości i własny mój instynkt nie pozwalały mi zaliczać się do ich grona. Pozostawiona samej sobie, byłam zupełnie bierna; odsunięta — wycofywałam się; zapomniana — nie zdobywałam się na przypomnienie o sobie ani słowem, ani spojrzeniem. Wydało mi się, że popełniłam widocznie błąd jakiś w moich obliczeniach, cierpliwie czekałam też, aby czas przyniósł mi ujawnienie tego błędu i dał możność naprawienia go czy wyrównania.
Nadszedł tymczasem dzień, w którym, jak zazwyczaj, miał profesor odbyć ze mną lekcję. Od dawna już wspaniałomyślnie ofiarowywał mi jeden wieczór w tygodniu, poświęcając go na egzaminowanie mnie z postępów, poczynionych przeze mnie w ciągu całego minionego tygodnia oraz na wskazanie mi zadań i prac, jakich miałam dokonać w ciągu następnego. Przy podobnych okazjach urządzaliśmy sobie pokój szkolny byle gdzie, gdziekolwiek znajdowały się przypadkowo o tej porze uczennice i inne nauczycielki, albo też w najbliższym ich sąsiedztwie; bardzo często w obszernym drugim oddziale, gdzie łatwo było obrać spokojny kąt w nieobecności zapełniających klasę uczennic przychodnich. Nieliczne pensjonarki stałe gromadziły się zazwyczaj dokoła katedry surveillante.
W zwykłym dniu, i o zwykłej godzinie przeznaczonej na lekcję Monsieur Paula ze mną, usłyszawszy znany mi dobrze dzwonek, zabrałam wszystkie moje książki i kajety, pióro i atrament i skierowałam się ku owemu obszernemu oddziałowi.
Nie było tam nikogo; klasa pogrążona była w chłodnym, głębokim cieniu; poprzez podwójne oszklone drzwi widoczne było carré jasne w tej chwili i pełne uczennic; zachodzące słońce wyzłacało łuną cały hall i zgromadzone w nim postaci. Barwa tej łuny była tak żywa i ciepła, że ściany i ubrania kobiece zdawały się tonąć w wesołym, rumiano-złocistym świetle. Dziewczęta siedziały, ucząc się i pracując; w pośrodku ich kręgu stał Monsieur Emanuel, zajęty pogodną rozmową z jedną z nauczycielek. Jego ciemny surdut i krucze jego włosy płonęły szkarłatnymi odbłyskami, rzucanymi przez zachodzącą kulę słoneczną; jego hiszpańska twarz w chwili, kiedy odwrócił ją ku oknu, odpowiedziała uśmiechem pełnym ożywienia na ciepły pocałunek słońca. Zajęłam miejsce przy biurku.
Drzewa pomarańczowe oraz inne egzotyczne rośliny w pełni ukwiecenia pławiły się również w szczodrobliwej łaskawości blasków słonecznych; korzystały z niej przez cały dzień i teraz prosiły się wyraźnie o trochę wody. Monsieur Emanuel miał osobliwe upodobanie do zajmowania się ogrodnictwem; lubił hodować i pielęgnować rośliny zarówno doniczkowe jak rosnące swobodnie w ogrodzie. Wydawało mi się zawsze, że praca przy okopywaniu ich, oczyszczaniu z suchych liści i podlewaniu wpływała kojąco na jego nerwy, była dla niego w każdym razie rozrywką, z której starał się często korzystać. I w owej chwili także uwijał się dokoła drzew pomarańczowych, geranij pąsowych, białych i różowych i wspaniałych okazów kaktusów, darząc je wszystkie, jedne po drugich, ożywczymi strumieniami i bryzgami wody ze swojej polewaczki. Pomiędzy wargami trzymał równocześnie cenne swoje cygaro, które było dla niego najnieodzowniejszą potrzebą życia, jedynym zbytkiem, na jaki sobie pozwalał. Sinawe wstęgi dymu wabnie snuły się i kłębiły pośród kwiatów, prześwietlone rumianymi promieniami zachodu. Nie rozmawiał już ani z uczennicami, ani z nauczycielkami, rzucając tylko raz w raz pieszczotliwe słowa maleńkiej suczce, będącej nominalnie własnością domu Madame Beck, faktycznie jednak uważającej Monsieur Paula za swojego jedynego pana i nieskończenie bardziej przywiązanej do niego, aniżeli do wszystkich innych. Była to delikatna, o jedwabistej sierści, dająca się lubić psina, nie odchodząca od niego ani na krok, idąca wszędzie jego śladem, wpatrzona chcącymi przemówić nieledwie, wiernymi oczami w jego twarz. Ilekroć upadał mu na ziemię czy na posadzkę jego bonnet grec, czy jego chustka do nosa, co często zdarzało się wobec stałego jego zwyczaju bawienia się tymi przedmiotami, układała się suczka obok nich, warując z groźną miną miniaturowego lewka, leżącego wiernie na straży sztandaru królestwa.
Było wiele roślin, że zaś ogrodnik-amator własnoręcznie czerpał wodę ze znajdującej się na dziedzińcu studni, przeciągało się podlewanie dość długo. Wskazówki wielkiego ściennego zegara klasowego posuwały się naprzód, minęła godzina. Carré i młodociana grupa przygasły, utraciwszy odblask złocisty, w jaki stroił je zachód. Dzień miał się ku schyłkowi. Zdałam sobie sprawę, że moja lekcja tego wieczora może już tylko być bardzo krótka. Drzewa pomarańczowe, geranje i kaktusy otrzymały wystarczającą na ich potrzeby porcję wody. Czy miała wreszcie nastąpić moja kolej?
Niestety! Okazało się, że w ogrodzie było więcej jeszcze roślin, wymagających troskliwej opieki Monsieur Paula — jego ulubione krzewy różane, niektóre rzadkie okazy kwiatów. Wesołe szczekanie maleńkiej Sylwii (jak wabił się piesek) rozlegało się wzdłuż alejek ogrodowych trop w trop za posuwającym się po nich ciemnym długopołym surdutem, jaki nosił stale pod peleryną. Odłożyłam pewną część książek, wiedząc już teraz, ze nie będą mi potrzebne; siedziałam, rozmyślałam i czekałam, bezwiednie zanosząc modły do zmierzchu, aby powstrzymał się jeszcze z zapadnięciem.
Radośnie wymachująca ogonkiem Sylwia wyłoniła się na widowni raz jeszcze, zapowiadając swoim zjawieniem się powrót rozwianego surduta; polewaczka została odstawiona na zwykłe jej miejsce przy studni, jako że spełniła już na ten dzień swoje zadanie. Jak bardzo rada temu byłam! Monsieur umył ręce w małej stągiewce kamiennej. Nie było już teraz czasu na lekcję; za chwilę rozbrzmieć miał dzwonek, wzywający na modlitwę wieczorną, mimo to spotkamy się przecież; przemówi do mnie, nastręczając mi sposobność wyczytania mu z oczu zagadki jego nagłej powściągliwości czy onieśmielenia. Po dokonaniu ablucji stał, zwolna wkładając z powrotem mankiety, wpatrując się w sierp wypływającego na pobladłe niebo księżyca, rzucającego migotliwe srebrne błyski na wykusze kościoła Świętego Jana Chrzciciela. Mała Sylwia przyglądała się ze zdziwieniem kontemplacyjnemu temu nastrojowi; draźniło ją niezwykłe milczenie jej pana, skowyczała też i wierciła się, aby je przerwać. Monsieur spojrzał na wierną psinę.
Petite exigeante — wymagająca bestyjko — rzekł. — Jak widzę, nie wolno zapominać o tobie ani na chwilę.
Pochylił się, wziął psinę na ręce, przeszedł z nią wolnym krokiem na przełaj przez dziedziniec w odległości metra mniej więcej od okien, przy jednym z których siedziałam: szedł, ociągając się, pieszcząc i tuląc suczkę do swojego łona, tkliwie do niej przemawiając i nadając jej najzabawniej pieszczotliwe nazwy. Doszedłszy do frontowych schodów wejściowych, odwrócił się, jeszcze raz spojrzał w górę na księżyc, na osrebrzoną jego blaskiem szarą katedrę, na ostatnią, najwyższą jej, ostro zakończoną wieżyczkę i na dachy domów, tonące w sinawym oceanie mgły nocnej; wciągnął z lubością w nozdrza upojne zapachy, płynące z ogrodu i, dostrzegłszy stulające się w nim kielichy kwiatów, rozejrzał się nagle dokoła i ogarnął ożywionym wzrokiem białą fasadę pokojów szkolnych, prześlizgując się wzdłuż ich okien. Miałam wrażenie, że ukłonił się, a przynajmniej skinął głową; o ile jednak było tak nawet, nie miałam czasu odwzajemnić tej uprzejmości. W następnej chwili znikł. Skąpany w świetle księżycowym próg domu jaśniał blady i nierzucający cienia przed zamkniętymi drzwiami frontowymi.
Zebrawszy wszystko, co było rozłożone na biurku przede mną, odniosłam niepotrzebną, nietkniętą plikę na jej zwykłe miejsce w trzeciej klasie. Zadźwięczał dzwon na modlitwę; poszłam za jego wezwaniem.
Nazajutrz nie miał Monsieur Paul przyjść na Rue Fossette: dzień ten poświęcony był wyłącznie męskiemu kolegium. Odbyłam zwykłe moje wykłady języka angielskiego; żółwim krokiem przesunęły się dla mnie godziny wolne od nauczania i wreszcie doczekałam się zapadnięcia wieczora, usiłując uzbroić się do cierpliwego zniesienia przytłaczającej jego nudy. Nie zastanawiałam się co będzie gorsze: pozostać wśród moich towarzyszek, czy siedzieć samotnie; obrałam jednak instynktownie to drugie wyjście. O ile jeszcze istniała dla mnie jakaś nadzieja znalezienia pociechy, nie mogłam szukać jej w sercu, ani w myślach żadnej żywej istoty w tym domu. Jedyną drogę jakiego takiego ukojenia znaleźć mogłam pod wiekiem mojego pulpitu, gdzie czekały na mnie ulubione książki, których kartki mogłam przerzucać, ołówki, piórka i buteleczka tuszu, które posłużyć mi mogły do wykonania nimi jakiegoś rysunku. Z ciężkim sercem po niosłam wieko pulpitu; ociężałą ręką przerzucać zaczęłam jego zawartość.
Jedną po drugiej wyjmowałam i odkładałam z powrotem na miejsce tylokrotnie przeczytane książki, tomiki oprawne w aż nadto dobrze mi znane płótno; nie miały one dla mnie dzisiaj zwykłego uroku; niezdolne były darzyć mnie pociechą. Ale co to? Czy to coś nowego, ta liliowo oprawna broszurka? Nie widziałam jej poprzednio, a przecież nie dalej niż tego samego popołudnia porządkowałam w moim biurku: traktacik musiał być włożony w ostatniej chwili, podczas naszego obiadu.
Otworzyłam broszurkę. Jaka jest jej treść? Co zawiera ona? Co mi powie?
Nie była ani opowiadaniem, ani poematem, ani także szkicem literackim czy historycznym; nie była ani pieśnią, ani opowieścią, ani dyskusją. Była to rozprawka teologiczna; rodzaj kazania, nauki moralnej czy perswazji.
Zagłębiłam się od razu w jej treść, mimo bowiem, że tak drobnych rozmiarów, posiadała dla mnie urok swoisty, z miejsca też przykuła do siebie moją uwagę. Usiłowała nawracać na katolicyzm, przekonywała o konieczności nawrócenia się. Przemawiała miodowym głosem; jej akcenty tchnęły namaszczeniem i balsamem. Nie huczały w niej gromy rzymskie, nie rozlegały się pioruny klątw, rzucanych na tych, którzy ściągali je na siebie przeciwstawianiem się Rzymowi. Protestantka miała stać się papistką, nie tyle ze względu na lęk przed piekłem, czekającym heretyków, ile ze względu na ukojenie, na tkliwe przygarnięcie jej do swojego łona, jakie przyobiecuje nawróconym jedyna prawdziwa wiara, daleka od grożenia, czy zniewalania. Jej dążeniem było kierować i zdobywać. Ona miałaby prześladować?! O, nie, zaprawdę nie! Za żadną cenę!
Potulny ten tomik nie był przeznaczony dla zatwardziałych grzeszników, ani dla światowców, nie przemawiał nawet dość mocno do umysłów silnych; był mlekiem dla niemowląt; łagodnym głosem kochającego serca matczynego, tkliwie tulącego do piersi najmłodsze i najbardziej bezbronne swoje małe; przeznaczony był całkowicie i wyłącznie dla tych, do których intelektu prowadziła droga przez serce jedynie. Nie zwracał się do rozumu; usiłował zdobyć uczuciowców, działając na ich sentyment; zjednywał sympatyków wzbudzaniem ich sympatii: Święty Wincenty à Paulo, gromadzący dokoła sobie sierotki, nie przemawiał nigdy w sposób łagodniejszy i czulszy.
Jedna ważka zachęta do odstępstwa polegała, jak sobie przypominam, na wykazaniu, że katolicy, którzy przez śmierć utracili drogie ich sercu istoty, mogą zaznać nieopisanej ulgi wybawianiem modlitwą dusz ich z mąk czyśćcowych. Autor pominął przy tym całkowicie sprawę nieskończenie pewniejszego spokoju tych, których wiara uwalnia od myśli o jakichkolwiek czyśćcach z tej prostej przyczyny, że nie mieści ona wcale podobnego pojęcia; ja, natomiast, brałam pod uwagę tę różnicę, bardziej też przemawiała do mnie ostatnia doktryna, jako niezawodniej pocieszająca.
Mała książeczka zabawiła mnie, nie urażając zbyt dotkliwie moich uczuć. Na ogół była to broszurka obłudnie sentymentalna i płytka, coś w niej jednak rozpogodziło posępny mój nastrój i wywołało uśmiech na moich ustach: bawiła mnie dość przejrzysta gra tego nieobliczalnego wilczątka, zamaskowanego runem i naśladującego pobekiwanie niewinnego jagnięcia. Niektóre ustępy broszury przypominały mi traktaciki pewnego Wexleyańskiego Metodysty, które czytałam niegdyś, będąc dzieckiem jeszcze; były one zaprawione tym samym pikantnym sosikiem podniecania do fanatyzmu. Ten, który to napisał, nie był złym człowiekiem i, mimo że zdradzał w każdym słowie wyćwiczenie w przebiegłości — dwutorowość swojego systemu — namyśliłabym się przed pomawianiem go o nieszczerość. Jego rozumowaniu wszakże brakło solidnych, nieodpartych podstaw: było nazbyt chwiejne.
Uśmiech wywołała na moich ustach dawka macierzyńskiej tkliwości, wychodzącej z wilczego gardła, a także własna moja niechęć, a może właściwie nieudolność moja do odzewu na czułe te zabiegi. Rzuciwszy okiem na kartę tytułową, odnalazłam na niej imię Pére-Silasa. Na oddzielnej, dołączonej do broszurki kartce wypisane było drobnym, ale czytelnym i znanym mi maczkiem: „Od P. C. D. dla L..y“. Przeczytawszy to, uśmiechnęłam się ponownie: inaczej jednak niż poprzednio — odżyłam.
Ustąpiło nagle przytępiające myśl moją zgnębienie: rozwiązana została dla mnie sfinksowa zagadka. Połączenie obu tych imion: Pére-Silas i Paul Emanuel — dało mi klucz do niej. Kający się grzesznik był u duchowego swojego przewodnika, który nie pozwolił mu nic ukrywać, nakazując, aby żaden kącik jego serca nie pozostał świątynią niedostępną dla jego Boga i dla jego spowiednika. Wydostał z penitenta tą drogą dokładne powtórzenie całego przebiegu ostatniej naszej rozmowy, przyznanie się do zawartego przez nas braterskiego przymierza, wspominanie o mnie, jako o przybranej siostrze swojej. Jakże mogło przymierze podobne, podobne zaadoptowanie, być przyjęte przez Kościół? Braterskie obcowanie z heretyczką? Wydawało mi się, że słyszę Ojca Silasa, przekreślającego, unicestwiającego zawarty przez nas pakt i ostrzegającego wychowanka o zgubnych skutkach, o niebezpieczeństwie takiego skojarzenia, nakazującego mu powściągnięcie się od dalszego tkwienia w błędzie, zaklinającego niebacznego grzesznika mocą święcenia swojego kapłańskiego i zalecającego mu w imię i przez pamięć wszystkiego, co było Paulowi Emanuelowi drogie i święte, stosowanie nowego tego systemu, którego lodowaty chłód zmroził mnie do szpiku kości.
Przypuszczenie takie może nie wydać się zbyt przyjemne, uchwyciłam się go jednak, jako nieporównanie bardziej pożądanego dla mnie. Wizja upiornego mąciciela, czającego się na tylnym planie i działającego z zaplecza, była niczym w porównaniu z obawą przed nagłą zmianą, jaka mogła dokonać się w sercu i umyśle samego Monsieur Paula.
Dzisiaj, z tak wielkiego oddalenia czasu, nie mogę twierdzić z całą pewnością, w jakim stopniu były te przypuszczenia moje wynikiem autosuggestii jeno, czy też w jakiej mierze zawdzięczałam ich powstanie i potwierdzenie innemu źródłu. Nie brakło na pewno pomocników.
Tego dnia nie było olśniewającego zachodu słońca: jedna nieprzerwana chmura zasnuła wschodnią i zachodnią połać nieba; nie łagodziły ostrości dalekich zarysów welony mgły letniej, sinawej, prześwietlonej jednak różowo; gęsta lepka mgła, płynąca sponad trzęsawisk, zasnuwała nieprzeniknioną szarzyzną swoją całą okolicę Villette. Polewaczka mogła tego wieczora spoczywać spokojnie na zwykłym swoim miejscu przy studni: drobny deszczyk mżył przez całe popołudnie i wciąż jeszcze nie przestawał mżyć spokojnie i jednostajnie. Przy takiej pogodzie nie można było krążyć po przemokłych alejach ogrodowych pod ociekającymi deszczem drzewami, wzdrygnęłam się też, usłyszawszy dochodzące z ogrodu nagłe powitalne szczeknięcie Sylwii. Nie oznajmiało ono chyba obecności umiłowanego jej pana, a jednak to radosne brzmienie głosu psiny zwykło rozlegać się jedynie w hołdzie dla Monsieur Paula.
Przez oszklone drzwi i sklepione łukowato berceau ogarnąć mogłam okiem całą allée défendue: stamtąd właśnie wybiegła pędem maleńka Sylwia, połyskując poprzez mrok niby kula buldeneży. Biegała to tu, to tam, kręcąc się, warując, poszczekując, wypłaszając maleńkie ptaszyny spośród gąszczu krzewów. Obserwowałam ją przez jakie pięć minut, nie doczekałam się jednak spełnienia zapowiedzi jej radosnego szczekania. Powróciłam do moich książek: szczekanie Sylwii ustało nagle. Podniosłam ponownie głowę i wyjrzałam przez oszklone drzwi berceau. Psina stała co najwyżej o parę metrów ode mnie, wymachując białym swoim rozstrzępionym ogonkiem w tak przyśpieszonym tempie, jak tylko mogły na to pozwolić słabe jej mięśnie i z napięciem śledząc zagłębianie szpadla w przemokłą ziemię, dokonywane nie mniej pośpiesznie ręką nie znającą znużenia. Tuż obok stał Monsieur Emanuel, pochylony nad szpadlem i okopujący rozmiękłą ziemię dokoła mokrych, ociekających wodą deszczową krzewów, pracując tak ciężko, jak gdyby zmuszony był w pocie czoła znoić się na kęs chleba dla siebie.
Poznałam z tego samego już tylko, że profesor musi być w fatalnym humorze. Zdarzało mu się kopać w ten sposób, przebijając zmarzniętą skorupę śnieżną w najmroźniejszy dzień zimowy, o ile bolesne jakieś przeżycie, czy głębokie przejście moralne i wywołane nim podniecenie nerwowe lub też smutne samodręczycielskie myśli zmuszały go do szukania ujścia w pracy fizycznej. Godzinami wówczas potrafił kopać zawzięcie ze ściągniętymi brwiami i zaciśniętymi zębami, nie podnosząc ani na chwilę głowy, nie mówiąc ani słowa.
Sylwia stała przy nim i przyglądała mu się, w końcu jednak znużyło ją to widocznie. Chcąc rozerwać się nieco, zaczęła biegać i węszyć dokoła, aż wreszcie wykryła obecność moją w klasie. Natychmiast, szczekając radośnie, podbiegła ku szybom okiennym, jak gdyby zamierzając skłonić mnie do wzięcia udziału w pracy jej pana, a przynajmniej do asystowania mu przy tym. Suczka widywała mnie często przechadzającą się po tej alejce z Monsieur Paulem, nie wątpię też, że uważała za mój obowiązek wyjść do niego teraz pomimo wilgoci i słoty.
Narobiła tyle wrzawy, że Monsieur Paul podniósł wreszcie głowę i, oczywiście, zrozumiał od razu na kogo i dlaczego psina tak zajadle szczeka. Gwizdnął, aby przywołać ją z powrotem, ona jednak w odpowiedzi na to zaszczekała jeszcze donośniej. Zdawało się, że nie ustąpi, dopóki nie otworzę oszklonych drzwi. Zirytowany i znudzony, jak przypuszczam, jej natarczywością, rzucił Monsieur na ziemię szpadel, podszedł i uchylił drzwi. Sylwia wpadła z impetem, wskoczyła mi na kolana, oparła obie swoje łapki na mojej szyi i zaczęła zawzięcie oblizywać mi twarz, usta i oczy, zamiatając równocześnie puszystym ogonkiem moje biurko, rozsypując na nim bezlitośnie wszystkie książki i papiery.
Monsieur Emanuel podszedł, aby ją uspokoić i naprawić wyrządzone przez nią krzywdy. Po doprowadzeniu książek i papierów do porządku schwycił Sylwię i wpakował ją sobie pod pachę surduta, gdzie przytuliła się cicho jak myszka, wysunąwszy tylko kudłaty łepek na zewnątrz. Była bardzo drobna i miała najładniejszą w świecie mordkę, najbardziej jedwabiste długie uszy, najcudowniejsze ciemne ślepki. Ilekroć patrzyłam na nią, mimo woli przychodziła mi na myśl Paulina de Bassompierre: daruj mi, łaskawy czytelniku niedorzeczną tę asocjację myśli — było tak jednak.
Monsieur Paul pieścił suczkę i głaskał ją, trudno też było dziwić się karesom, jakimi ją darzył: jej uroda i żywość napraszały się wręcz na okazywanie jej szczególnego przywiązania.
Pieszcząc psinę, rozglądał się równocześnie po ułożonych przed chwilą w porządku książkach. Dostrzegłszy traktacik religijny, zatrzymał na nim wzrok. Wargi jego poruszyły się; zdławił wszelako chęć przemówienia. Czyżby miał ślubować, że nie odezwie się nigdy więcej do mnie? O ile tak było, uznała widocznie lepsza jego właściwa natura, że złamanie uczynionego ślubu będzie zaszczytniejsze, aniżeli dotrzymanie go, wnet bowiem, zdobywszy się na ponowy wysiłek, rzekł:
— Nie przeczytała pani jeszcze broszurki, jak przypuszczam? Nie jest dostatecznie pociągająca?
Odpowiedziałam, że przeczytałam ją.
Milczał przez chwilę, jak gdyby czekał, abym ja sama, nie zapytana, wyraziła mój sąd o niej. Nie kwapiłam się jednak z udzielaniem tego rodzaju informacji, niezagadnięta o nią wprost. Była to przecież sprawa wielce potulnego, posłusznego wychowanka Père-Silasa, nie moja. Oko jego utkwiło w mojej twarzy z wyrazem niezwykłej łagodności: w błękitnym jego promieniu jaśniała w tej chwili tkliwość — wyraźne było zatroskanie, wzruszający odcień patosu; widniały w nim skłócone uczucia: wyrzutu i żalu zarazem. Byłby niewątpliwie rad, gdyby w tym momencie mógł podchwycić wzruszenie i w moim oku także. Nie okazałam, nie mogłam okazać go jednak. W następnej chwili zdradziłabym niewątpliwie spłoszenie, gdyby nie przyszło mi szczęśliwie na myśl wyjąć z mojego biurka kilka gęsich piór, które zaczęłam najspokojniej temperować.
Wiedziałam, że czynność ta wywoła zmianę jego nastroju. Niechętnie patrzył zawsze na temperowanie przeze mnie piór: mój scyzoryk bywał stale tępy a ręka moja mało sprawna, wskutek czego temperowałam nierówno z mnóstwem niepotrzebnych zadraśnięć i zadarć. Tym razem zacięłam się we własny palec — na wpół rozmyślnie. Chciałam przywrócić profesora do normalnego jego stanu, podraźnić go, doprowadzić do zwykłego urągania na moją niezręczność.
Maladroite! — niezdara! — syknął wreszcie — odrąbie sobie jeszcze kiedy palce.
Spuścił Sylwię na podłogę, położył ją obok mojego bonnet-grec i wyrwawszy mi z pod ręki pióra i scyzoryk, zaczął przycinać ostrza z dokładnością i szybkością maszyny.
— Czy podobała mi się ta książeczka? — zapytał.
Powstrzymując ziewnięcie, odpowiedziałam, że sama doprawdy nie wiem.
— Czy wzruszyła mnie?
— Powiem prawdę, że zachciało mi się spać przy jej czytaniu.
(Po dłuższej pauzie) — Allons donc! — Gadanina! — Nie ma celu przybieranie podobnego tonu w rozmowie z nim. Mimo że mam tak wiele wad — przykro byłoby mu wymienić je wszystkie jednym tchem. — Stwórca i natura obdarzyły mnie „trop de sensibilité et de sympathie“ — zbyt wielką wrażliwością i zdolnością współczuwania, aby nie miał przemówić do mnie tak szczerze wzruszający apel.
— Myli się pan! — odparłam, odzyskując szybko równowagę. — Nie byłam ani trochę wzruszona nim, ani odrobinę!
Na dowód wyjęłam z kieszeni chusteczkę zupełnie czystą i suchą.
W odpowiedzi posypał się na mnie szereg najostrzejszych zarzutów, bardziej dosadnych, niż grzecznych. Słuchałam skwapliwie. Po dwóch dniach nienaturalnego milczenia prawdziwie miłe było mi to urąganie Monsieur Paula, przemawiającego dawnym swoim stylem, milsze niż muzyka najpiękniejsza. Słuchałam, racząc od czasu do czasu siebie i Sylwię zawartością bombonierki, którą Monsieur Paul stałym swoim zwyczajem obdarowywania mnie hojnie zaopatrywał stale w czekoladki. Przyjemność sprawiał mu zawsze widok należytego oceniania przeze mnie najdrobniejszego nawet jego daru. Z wyraźnym wzruszeniem spoglądał na mnie i na psinę podczas naszego dzielenia się słodyczami po bratersku. Odłożywszy scyzoryk i dotknąwszy mojej ręki wiązką świeżo zatemperowanych piór, rzekł:
Dites donc, ma petite soeur — powiedz, mała siostrzyczko — co myślała pani o mnie przez te ostatnie dwa dni?
Gdyby nie to bezpośrednie zapytanie, udałabym w dalszym ciągu obojętną na jego zwrócenie się do mnie. Słowa jego napędziły mi łzy do oczu. Milczałam, nie przestając pieścić Sylwii. Monsieur Paul, oparty o biurko, przechylił się ku mnie:
— Nazwałem się bratem pani — rzekł — sam jednak nie wiem i nie umiałbym powiedzieć kim jestem: bratem... przyjacielem... Wiem, że myślę o pani — czuję, że życzę pani jak najlepiej, muszę jednak powstrzymać się; nakazano mi obawiać się pani. Moi najlepsi przyjaciele ostrzegają mnie przed zagrażającym mi z pani strony niebezpieczeństwem i podszeptują, że muszę być ostrożny.
— Słusznie pan czyni, słuchając swoich przyjaciół. Radzę panu być w każdym razie ostrożnym.
— To wyznanie pani, ta dziwna, skłaniająca panią do polegania nade wszystko na samej sobie, nieprzystępna na żadne wymierzone przeciwko pani pociski wiara jej zdaje się opancerzać panią sam doprawdy nie wiem jaką przeklętą zbroją. Jest pani dobra — Père-Silas nazywa panią dobrą i kocha panią — ale straszliwy, dumny, brany przez panią tak bardzo na serio protestantyzm jej — na nim właśnie polega niebezpieczeństwo... Ujawnia się ono często w spojrzeniu pani; nadaje głosowi pani szczególne brzmienie, każe pani dokonywać pewnych gestów, wobec których skóra cierpnie na mnie z przerażenia. Nie należy pani do osób, zwykłych popisywać się swoimi uczuciami, ani nawet ujawniać je, a jednak, przed chwilą właśnie, kiedy mówiła pani o tym traktaciku, wydało mi się — o, mój Boże! — że widzę na ustach pani uśmiech samego Lucypera.
— Oczywiście, że nie żywię żadnego szacunku dla tego traktaciku — cóż z tego jednak?
— Nie żywi pani szacunku dla tego traktaciku? Ależ to najczystsza treść wiary, miłości, miłosierdzia! Byłem pewien, że wzruszy on panią, że przemówi łagodnością swoją do serca pani! Wierzyłem, ufałem, że nie może nie wzruszyć pani! Włożyłem go do pulpitu pani z modlitwą. Wielkim jednak widocznie jestem grzesznikiem: Niebo nie chce wysłuchać najgorętszych próśb, płynących z głębi mojego serca. A pani wyszydza skromną moją ofiarę. Oh, que cela me fait mal! — O, jak to mnie boli!
Myli się pan, Monsieur, nie wyszydzam jej bynajmniej — a w każdym razie nie jako dar pański. Proszę, niech pan usiądzie i wysłucha mnie. Nie jestem poganką, nie jestem nieczułego serca, jestem chrześcijanką, nie stanowię niebezpieczeństwa dla nikogo wbrew zapewnieniom pańskich przyjaciół; nie zmąciłabym wiary pańskiej: wierzy pan w Boga, w Chrystusa, w Biblię, i w to samo wierzę i ja także.
— Czy naprawdę wierzy pani w Biblię? Czy wierzy pani w Objawienie? Jakie są granice dzikich, nieliczących się z niczym zuchwalstw kraju pani i sekty? Père-Silas wspominał mi coś o tym, w sposób ogólnikowy zresztą.
Zmusiłam go jednak perswazją do bliższego określenia tych napomknień Père-Silasa. Sprowadzały się one do podstępnych oszczerstw typowo jezuickich. Tego wieczora rozmawialiśmy oboje, Monsieur Paul i ja, poważnie i serdecznie. Przekonywał mnie, argumentował. Co się mnie tyczy, nie byłam zdolna argumentować — szczęśliwa nieudolność: wystarczyłoby logiczne zwycięskie przeciwstawienie się, aby osiągnąć wszystko, co duchowy jego przewodnik pragnął osiągnąć; umiałam jednak dowodzić na swój sposób — do którego Monsieur był przyzwyczajony, którego okrężnymi drogami umiał chodzić, zdolny wypełnić je właściwym znaczeniem, wybaczając nawet nieobce mu cudzoziemskie wyjąkiwanie słów dobieranych wciąż jeszcze z pewną trudnością. Nie krępując się wobec niego, umiałam bronić moich wierzeń i mojego wyznania: udało mi się nawet do pewnego stopnia rozwiać jego uprzedzenia. Mimo to nie był zadowolony odchodząc; bodaj nawet nie był w zupełności uspokojony. Bądź co bądź jednak wykazałam mu niezbicie, że Protestanci nie są z natury rzeczy bezbożnymi poganami, jak chciał wmówić mu jego duchowy przewodnik; zrozumiał dzięki mnie coś niecoś ze sposobu czczenia przez nich Światła, Życia, Słowa; umożliwiałam mu, po części przynajmniej, zdanie sobie sprawy z tego, że, jakkolwiek ich wielbienie rzeczy godnych wielbienia nie jest zupełnie takie same, jak uprawiane w jego Kościele, posiada ono własną swoją, głębszą bodaj siłę — własną swoją bardziej uroczystą formę kultu.
Przekonałam się, że Père-Silas (który, powtarzam, nie był złym człowiekiem) bronił tylko złej sprawy, potępiając w czambuł wszystkich Protestantów, a tym samym i mnie także, przypisując nam najdziwaczniejsze „izmy“, przezywając nas najdzikszymi nazwami. Monsieur Emanuel ujawnił mi to wszystko ze zwykłą swoją szczerością, niezdolną do utrzymania czegokolwiek w tajemnicy, i przez cały czas czynienia mi tych rewelacji wpatrywał się we mnie z poważnym lękiem, dygocąc nieledwie ze strachu, czy aby w oskarżeniach tych nie ma naprawdę pewnej dozy słuszności. Jak się okazało, śledził mnie Père-Silas wytrwale, stwierdził, że chodzę do wszystkich trzech protestanckich kościołów, jakie znajdowały się w Villette: do francuskiego, do niemieckiego i do angielskiego — to znaczy: Presbyteriańskiego, Luterańskiego i Episkopalnego. — Taka dowolność i tolerancja, były w oczach zacnego padra dowodem głębokiego indyferentyzmu: kto toleruje wszystkie kościoły i wszystkie wyznania — rozumował — nie jest przywiązany do żadnego. Otóż mnie osobiście, dziwiły nieraz w głębi duszy drobne i małoważne różnice, zachodzące pomiędzy trzema tymi sektami, które łączyła jednolitość i tożsamość podstawkowych ich doktryn. Nie widziałam też żadnych przeszkód, jakie mogłyby stać na drodze zlania się ich kiedyś w jedno wielkie Święte Przymierze. Szanowałam je wszystkie, mimo że dostrzegałam w każdym z nich pewne błędy form zewnętrznych: braki i drobiazgi bez znaczenia. Wszystkimi tymi moimi uwagami i spostrzeżeniami podzieliłam się z Monsieur Paulem i wyjaśniłam mu, że moją ostatnią, najwyższą ucieczką, przewodnikiem, i nauczycielem do którego zwracam się zawsze i nieodmiennie, jest, była i będzie Biblia raczej, aniżeli jakakolwiek sekta, nazwa czy narodowość.
Opuścił mnie ukojony, wciąż jednak jeszcze poważnie zatroskany, zanosząc z głębi duszy modły najgorętsze, aby o ile nie mam słuszności, Niebo zechciało oświecić mnie i naprowadzić na właściwą drogę. Usłyszałam, szeptane przez niego na progu jeszcze słowa żarliwych modłów do „Marie, Reine du Ciel“ — Marii, Królowej Niebios — aby jego nadzieje i wierzenia mogły jednak stać się i moimi także.
Dziwne! Ja sama nie pragnęłam wcale tak żarliwie odciągnąć go od wiary jego ojców. Dopatrywałam się błędów w niej, uważałam ją za wielki obraz zrobiony z mięszaniny złota i gliny, wydawało mi się wszelako, że ten papista wyznaje w niewinności swojego serca, najczyściejsze zasady wiary, która musi podobać się Bogu.
Opisana poprzednio rozmowa odbyła się pomiędzy ósmą a dziewiątą wieczorem w jednej z klas na cichej Rue Fossette, której okna wychodziły na zamknięty ogród. O tej samej prawdopodobnie, albo też o nieco późniejszej godzinie, następnego wieczora, echa tej rozmowy, zapamiętanej na mocy nakazanego przez Kościół posłuszeństwa, wyszeptane zostały dosłownie do nastawionego z uwagą ucha przy kracie konfesjonału, w starym kościele Magów. W wyniku tej spowiedzi przyszedł Père-Silas w odwiedziny do Madame Beck i, wysunąwszy nie wiem jakie motywy, przekonał ją, że powinna pozwolić mu podjąć się przez pewien czas misji roztoczenia duchowego przewodnictwa nad Angielką.
Wskutek tej rozmowy wysłuchać musiałam całego szeregu wykładów i przeczytać szereg książek, a właściwe rzucić okiem na łaskawie użyczone mi książki: zbyt mało odpowiadały mi, abym miała przeczytać je dokładnie i zapamiętać, czy bodaj przetrawić duchowo. Miałam zresztą na górze u siebie, pod moją poduszką, książkę, której pewne rozdziały zadawalniały moje potrzeby duchowe, znajdowałam w nich bowiem takie nauki i przykłady, ponad które — czułam najgłębiej sercem, — nie istnieją, istnieć nie mogą lepsze.
Potem wskazał mi Père-Silas piękne strony Rzymskiego kościoła, jego wzniosłe dzieła i kazał mi sądzić drzewo po jego owocach.
Odpowiedziałam na to, że dzieła te nie są owocem Rzymu, ale jego obfitym, bujnym kwieciem, piękną zapowiedzią jeno, ukazywaną przezeń światu. Kwiecie to, kiedy opadnie, i zawiąże się w owoc, nie ma posmaku miłosierdzia; jabłkiem w zupełności z niego ukształtowanym, jest ciemnota, poniżenie i bigoteria. Z trosk, smutków i przywiązań ludzi wykuwa on więzy ich niewoli. Żywi, odziewa biedaków i daje im dach nad głową po to, aby skrępować ich zobowiązaniami „wobec Kościoła“; wychowuje i kształci sieroty aby wyrastały „na łonie Kościoła“. Przeciąża pracą mężczyzn, poświęca w sposób niesłychanie morderczy kobiety i wszystko na tym świecie, który Bóg w swojej łaskawości uczynił miłym dla dobra stworzonych przez Siebie istot, każe im dźwigać Krzyż o potwornym, zabójczym ciężarze, aby mogli służyć rzymskiemu kościołowi, przekonywać o jego świętości, stwierdzać jego potęgę i szerzyć królestwo tyrańskiego swojego „Kościoła“.
Dla dobra człowieka mało się czyni, na chwałę Boga jeszcze mniej. Tysiące dróg otwieranych jest w największym znoju krwawiącymi dłońmi, w pocie czoła, z nazbyt szczodrym szafowaniem życiem ludzkim; drążone są i prześwidrowywane góry poprzez środek ich łon, skały rozłupywane są aż do samych ich podstaw — a wszystko to w jakim celu? Aby duchowieństwo mogło bez przeszkód kroczyć po nich naprzód, i wspinać się wzwyż, dążąc do wybicia się ponad wszystkich i ponad wszystko i stanięcia na górującym nad światem szczycie, z którego będzie mogło wreszcie roztoczyć wszechwładnie berło swojego Molocha — „Kościoła“
Tak jednak nie będzie. Bóg nie stoi po stronie Rzymu, a gdyby Syn Boży miał w dalszym ciągu cierpieć za wszystkie bóle i smutki ludzkie, czy nie bolałby nad okrucieństwem i nad ambitnymi dążeniami Rzymu, jak niegdyś bolał nad zbrodniami i klęskami skazanej na zagładę Jerozolimy?
O, czciciele potęgi! O, strojni w infuły, ubiegający się o królowanie nad światem! Wybije godzina i dla was nawet, kiedy szczęśliwie będzie dla serc waszych — omdlewających przy każdym słabym, urywanym uderzeniu — że istnieje Miłosierdzie, przekraczające granice współczucia ludzkiego i Miłość silniejsza, aniżeli mocarna śmierć, wobec której i wy nawet zmuszeni będziecie stanąć i paść pokonani przez nią; Miłosierdzie, górujące potęgą swoją ponad grzech wszelki, ponad wasze grzechy nawet; Litość, która zbawia światy — nie, która rozgrzesza Kapłanów.
Po raz trzeci usiłowano skusić mnie wystawnością Rzymu — glorią jego królestwa. Prowadzono mnie do kościołów na uroczyste obchody — w dni fête — świąt zarówno kościelnych, jak państwowych; pokazano mi cały rytuał i ceremoniał papiestwa.
Wielu ludzi — mężczyzn i kobiet — niewątpliwie przerastających mnie o wiele pod tysiącem względów, uległo olśnieniu tym roztoczonym przed nimi przepychem, oświadczając, że jakkolwiek Rozum ich protestuje przeciwko temu, wyobraźnia ich wszakże jest — olśniona i pobita. O sobie wszelako nie mogę powiedzieć tego samego. Ani okazałe gromadne procesje, ani wielkie Msze, ani jarzące mnóstwa świec, ani ślące ku niebu swoje dymy wonne, potrząsane przez cały czas kadzielnice, ani przepych strojów kapłańskich i różnorodność nakryć głów księżych, ani przytłaczające bogactwo drogich kamieni na ich szatach, nie działały absolutnie na moją wyobraźnię. To, co widziałam, uderzyło mnie jako pstrokacizna, ale nie jako wielkość, jako gruby materializm, a nie jako uduchowienie poetyckie.
Nie wyznałam tego wszystkiego ojcu Silasowi: był stary; sprawiał wrażenie czcigodnego kapłana; poprzez wszystkie też bezowocne próby, mimo wszystkie powtarzające się doznawane z mojego powodu rozczarowania, pozostawał osobiście prawdziwie życzliwy mi, wzdrygałam się też na myśl zranienia jego uczuć. Pewnego wieczora jednak, kiedy pokazano mi z balkonu okazałego domu wielką gromadną procesję przedstawicieli kościoła i armii po społu — księży niosących relikwie i żołnierzy w pełnym uzbrojeniu, otyłego, sędziwego arcybiskupa, odzianego w koronki i batysty, wyglądającego jak szary gołąb, strojny w pióra rajskiego ptaka, i gromadę młodych dziewic w fantastycznych, zdobnych w girlandy sukniach — otwarcie powiedziałam Monsieur Paulowi co o tym myślę.
— Nie podobało mi się to — przyznałam — nie mogę wykrzesać z siebie uczucia szacunku dla tego rodzaju ceremonii; nie chcę już więcej patrzeć na nie.
Ulżywszy tym oświadczeniem mojemu sumieniu, mogłam już mówić śmielej i swobodniej, aniżeli było moim zwyczajem i wykazać mu, że ani myślę odstępować od moich wierzeń kościoła reformowanego i że, im bliżej stykam się z papizmem, tym mocniej tkwię przy protestantyzmie. Niewątpliwie dopatrzeć się można błędów w każdym Kościele, teraz wszakże siłą kontrastu przekonywam się, jak nienagannie czysty jest mój własny w porównaniu z tym, którego pstra, nazbyt ozdobna strona zewnętrzna została mi odsłonięta, aby wzbudzić mój zachwyt dla niej. Powiedziałam mu, że my, protestanci, zachowujemy mniej form w stosunkach naszych z Bogiem, utrzymując w istocie nie więcej ich aniżeli wymaga tego natura ludzi wziętych w masie, aby zapewnić im niezbędne podstawy obrządkowości. Powiedziałam mu, że nie mogę patrzeć na te wszystkie kwiaty, na świece woskowe, na cały ten szych i blichtr, na hafty i koronki w czasie, miejscu i okolicznościach, poświęcanych na podnoszenia wzroku ku Temu, którego siedzibą jest Nieskończoność, a Jego istnienie Wiecznością. Mówiłam w dalszym ciągu, że, myśląc o grzechu i smutku, o zepsuciu i zdeprawowaniu moralnym, jakie panuje na ziemi, o ciężkich klęskach i niedolach doczesnych — nie mogę zachwycać się intonującymi pieśni religijne księżmi, czy mamroczącą je służbą kościelną. A kiedy patrzeć jestem zmuszona na udręki bytu i grozę rozwiązłości, — kiedy narzuca mi się przemożnie potęga nadziei i bezmiar zwątpienia w przyszłość — o, wówczas wszelkie uczone wywody, czy modlitwy w języku narzuconym i martwym, są dokuczliwą przeszkodą dla serca, które pragnie jedynie wołać:
— Boże, bądź miłościw dla mnie grzesznej!
Kiedy dałam w ten sposób wyraz słowny moim wierzeniom i tak zdecydowanie odcięłam się od jego wiary, doczekałam się wreszcie zgodnie nastrojonego tonu, wtóru sympatii, niezmąconej harmonii, łączącej w jeden akord zgodny dwa pozostające w konflikcie wzajemnym umysły.
— Bez względu na to, co mówią księża czy ich oponenci, — mruknął Monsieur Emanuel — Bóg Najwyższy jest dobry i kocha wszystko co szczere. Może więc pani wierzyć w co pani chce i potrafi, może pani wierzyć jak pani dyktuje jej przekonanie: jedną przynajmniej modlitwę zanosimy wspólną. I ja także wołam: — O, Dieu, soit appaisé envers moi, qui suis pêcheur!“ — O, Boże, bądź miłościw dla mnie, który jestem grzesznikiem.
Oparł się o grzbiet mojego krzesła. Po chwili milczenia zaczął mówić ponownie:
— Czym w oczach Tego, którego dziełem są wszystkie firmamenty, który tchnął życie we wszystko co istnieje na ziemi i pośród gwiazd tam w górze, wydają się różnice, dzielące ludzi? Tak samo jednak, jak nie istnieje dla Stwórcy Czas, nie istnieje dla Niego i Miara również, ani Porównanie. Poniżamy się w naszej małości i słusznie tak czynimy, możliwe wszelako, że stałość jednego serca, wierność bodaj jednego umysłu dla światła, jakie wskazał mu On, mają dla Niego takie same znaczenie, jak odpowiednie krążenie satelitów dokoła ich planet, planet dokoła ich słońca, a słońca z kolei dokoła potężnego, niewidzialnego owego ośrodka, niepojętego nieziszczalnego, zaledwie możliwego do odgadywania, i to z wielkim wysiłkiem i naprężeniem umysłu.
Niech Bóg Wszechmocny prowadzi nas wszystkich! Niech Bóg Wszechmocny pobłogosławi pani, Lucy!




ROZDZIAŁ XXXV
JASNOŚĆ SŁOŃCA

Paulina zrzekła się wprawdzie dalszej wymiany listów z Grahamem dopóki nie uzyska zezwolenia ojca swojego na tę korespondencję, ale doktór Bretton nie mógł przebywać o milę od „Hôtel Crécy“, nie urządzając się tak, aby móc często odwiedzać jego mieszkańców. Oboje zakochani mieli zrazu, jak przypuszczam, szczery zamiar trzymać się wzajem zdala od siebie; wierni też byli tym zamierzeniom, o ile dotyczyły one wyraźnych konkurów, uczucia wszakże, jakie żywili wzajem dla siebie, zbliżały ich coraz bardziej.
Wszystko, co było najlepsze w Grahamie, porywało go ku Paulinie; wszystko co miał w swojej naturze wzniosłego i szlachetnego, wyzwalało się w nim i potęgowało w jej obecności. Intelekt jego brał, jak sądzę, słaby udział w poprzednim jego adorowaniu Miss Fanshave, teraz wszakże wchodziły w grę wszystkie jego władze umysłowe, najwyższe umiłowania i wzloty jego ducha. Wszystkie one, podobnie jak wszystkie jego uzdolnienia, pożądały dla siebie odżywki, wdzięczne za jej znalezienie, ilekroć to się wydarzało.
Nie powiem, aby Paulina rozmyślnie naprowadzała Grahama na rozmowy o książkach, albo też postanowiła sobie pobudzać go do rozważań na ich temat, czy do zastanawiania się nad rozmaitymi sprawami, a tym bardziej, aby miała specjalnie na względzie kształcenie i rozwijanie jego umysłu: nie wyobrażała sobie wcale, aby umysł jego mógł być w jakimkolwiek kierunku doskonalony jeszcze i rozwijany. Uważała doktora Johna za skończoną doskonałość. On sam, przypadkiem, w początku swojego częstszego bywania w Hôtel Crécy, wspomniał o jakiejś książce, którą czytał właśnie, a kiedy w odpowiedzi spotkał się z tak miłą dla niego zgodnością sądów i upodobań ich obojga zachęciło go to do coraz obszerniejszego poruszania podobnych zagadnień, o których mówił więcej i lepiej, niż zdarzało mu się mówić kiedykolwiek. Paulina słuchała go z rozkoszą i odpowiadała mu z ożywieniem. Każda jej odpowiedź była dla Grahama muzyką, przemawiającą coraz subtelniej do jego uczucia; w każdej z nich znajdował akcent sugestywny, przekonywujący, otwierający przed nim jak gdyby zaklęciem czarodziejskim zaledwie przeczuwaną przez niego skarbnicę jej ducha, wykazujący mu zarazem niepodejrzewane wcale potęgi własnego jego umysłu i, co ważniejsze, drzemiące skarby uczuć we własnym jego sercu. Każde z nich obojga zachwycało się sposobem mówienia i ujmowania rzeczy przez drugie; podobała się im wzajem ich dykcja, sposób wyrażania się; każde z nich rozkoszowało się sprytem i dowcipem rozmówcy; porozumiewali się wzajem z sobą, podchwytując znaczenie wypowiadanych sądów z niesłychaną łatwością i szybkością. Ich myśli dopasowywały się wzajem, ni to starannie dobierane cenne perły. Graham posiadał w naturze swojej nieustannie tryskające źródło szczerego humoru, jakiego pozbawiona była, w takim stopniu przynajmniej, Paulina. O ile nie była pobudzona czymś osobliwie, skłonna była raczej do wpadania w zadumę i medytację — teraz wszakże zdawała się wesolutka jak skowronek; w obecności ukochanego promieniała łagodnym, ale radosnym światłem. Trudno opowiedzieć jak piękną uczyniło ją szczęście. Nie mogłam dość napatrzeć się jej. Gdzie się podziała ta, cienka zresztą, lodowa powłoka rezerwy, na której pomoc liczyła z taką pewnością? O, Graham nie zniósłby jej na dłuższą metę! Pod jego wpływem roztajała, a wraz z tym znikło onieśmielenie, znikła powściągliwość, jaką narzuciła sobie rozmyślnie.
Z kolei przeszli na inny temat rozmowy: na dawne czasy spędzone po społu w Bretton; zrazu poruszali je urywkowo tylko z rodzajem żartobliwego przekomarzania się, powoli jednak z coraz bardziej wzrastającą wzajemną ufnością. Graham znalazł dla siebie lepszą sposobność, aniżeli pragnął znaleźć za moim pośrednictwem: uniezależnił się od postronnej pomocy, której odmówiła mu ta nieuczynna Lucy; wszystkie wspomnienia jego o „małej Polly“ zostały wypowiedziane w sposób właściwy i najmilszy dla niej: jego własnymi ślicznie wykrojonymi ustami. O ile lepiej uczynił to, aniżeli korzystając z mojej pomocy!
Niejednokrotnie, kiedy byłyśmy same, powtarzała mi Paulina jak cudownie bezcennym dla niej odkryciem było przekonywanie się o zasięgu ścisłości jego pamięci w tych rzeczach. W chwili, kiedy patrzył na nią, bezwiednie wyczarowywał umysł jego tysiączne drobne wspomnienia. Odtworzył między innymi scenę, kiedy to malutka Polly objęła pewnego dnia głowę chłopca obu swoimi ramionkami pieszcząc lwią jego grzywę i wołając: — „Kocham cię, Grahamie, naprawdę cię kocham“. Z kolei ten duży, ten wielki Graham przypomniał jej, że zwykła stawiać swój stołeczek u jego nóg i po stołeczku tym wdrapywać się na jego kolana. Utrzymywał, że do dzisiejszego dnia pamięta wrażenie dotyku jej maleńkich rączek, głaszczących pieszczotliwie jego policzki, lub tonących w gąszczu jego włosów.
Pamiętał dotknięcie jej wskazującego paluszka, który wkładała na wpół drżąca i onieśmielona, zarazem jednak zaciekawiona, w poprzeczne wgłębienie na jego podbródku, jej sepleniący głosik i wyraz jej twarzyczki przy nazywaniu tego wgłębienia „ślicznym małym dołeczkiem“, poczem patrzyła mu w oczy i pytała dlaczego „prześwidrowuje“ ją nimi tak aż „do dna“, mówiąc zarazem, ze ma „ładną, dziwną twarz: o wiele ładniejszą i o wiele dziwniejszą niż twarz jego mamy, czy Lucy Snowe“.
— Byłam takim małym dzieciakiem jeszcze — zauważyła Paulina, powtarzając mi tę rozmowę — że mogę tylko dziwić się własnej śmiałości. Wydaje mi się on teraz i wszystko w nim świętością nieomal, nietykalną świętością; lęk nieledwie odczuwam, patrząc na jego energiczny, jak gdyby z marmuru wykuty podbródek, na jego wyrzeźbione greckie rysy. Nazywamy kobiety pięknymi: Graham nie ma w sobie przecież nic kobiecego i dlatego, jak przypuszczam, nie można nazwać go pięknym; jaki więc jest w takim razie? Czy i inni ludzie także patrzą na niego moimi oczami? Czy i pani również zachwyca się nim? Czy i pani podziwia go tak samo, jak ja?
— Powiem ci co robię — brzmiała pewnego razu moja odpowiedź na jedno z jej zapytań tego rodzaju. — Nie widzę go nigdy. — Przyjrzałam mu się parę razy przed rokiem mniej więcej, zanim jeszcze poznał we mnie dawną Lucy Snowe, potem zamknęłam oczy. Gdyby postać jego miała dwanaście razy przesunąć się przez ich gałkę pomiędzy wschodem a zachodem słońca, nie wiedziałabym — chyba że podsunęłaby mi to moja pamięć, kto przeszedł w tej chwili przede mną.
— Co chce pani powiedzieć przez to, Lucy? — zapytała szeptem.
— Chcę powiedzieć, że oceniam wartość jego widoku i boję się zostać oślepiona nim. — Należało dać jej odrazu surową odprawę, aby położyć tym kres czułym namiętnym zwierzeniom, płynącym z jej ust ze słodyczą miodu, a jednak często wpadającym w moje uszy z żarem i wagą roztopionego ołowiu. Osiągnęłam zamierzony cel: Nigdy już odtąd nie unosiła się w rozmowie ze mną zachwytem nad urodą ukochanego.
Nie przestała jednak mówić o nim; czasem nieśmiało, cichymi, krótkimi zdaniami, a czasem znów z tkliwością rytmu i muzyką głosu, które same przez się pieściły czarem niepowszednim. Mnie wszakże draźniły one nieraz niepomiernie, i wówczas, wiem, że patrzyłam na nią i przemawiałam do niej surowo, na co nie reagowała wszelako: niezmącone najlżejszą chmurką szczęście znieczuliło jej wrodzoną wrażliwość, co najwyżej więc uważać mogła Lucy Snowe za istotę, podlegającą niewytłomaczonym nastrojom i kaprysom.
— Spartanko! Dumna, nieprzystępna Lucy! — mówiła w takich razach, uśmiechając się do mnie — Graham mówi, że jest pani najdziwniejszą, najbardziej nieobliczalną kobietą, jaką zna. Jest pani jednak samą doskonałością. Oboje tak myślimy.
— Oboje myślicie sami nie wiecie co — zgromiłam ją — Bądźcie tak dobrzy i zechciejcie czynić mnie możliwie rzadko objektem waszych rozmów i myśli. Mam mój własny rodzaj życia, odrębny od waszego.
— Ale nasz rodzaj życia jest piękny, a raczej będzie piękny, droga Lucy, a pani będzie brała w nim udział wraz z nami.
— Nie będę brała udziału w życiu żadnej kobiety, ani żadnego mężczyzny na tym świecie w tym pojęciu, jak wy to rozumiecie. Wydaje mi się, że mam jedynego tylko osobistego przyjaciela, nie jestem jednak tego pewna: dopóki nie zdobędę tej pewności, żyję i żyć będę samotnie.
— Ależ samotność jest rzeczą smutną.
— Tak. Prawda. Jest smutna. Życie wszelako darzy nas gorszymi jeszcze rzeczami niż samotność. Czymś stokroć gorszym i sięgającym głębiej niż melancholia jest złamane serce.
— Wie pani, Lucy, zadaję sobie nieraz pytanie czy znajdzie się kiedykolwiek ktoś taki, kto zdolny będzie w ogóle zrozumieć panią.
Zakochanych cechuje osobliwe zaślepienie egoistyczne: chcą mieć świadka swojego szczęścia, chociażby miało go to kosztować Bóg wie ile. Paulina wzbroniła Grahamowi pisania listów, pisywał je on w dalszym ciągu jednak, postanowiła, że nie będą korespondowali, odpowiadała mu wszelako chociażby po to jedynie, aby karcić go za pisanie. Pokazywała mi te listy; z kapryśnością psutego nad miarę dziecka i władczą zaborczością bogatej jedynaczki zmuszała mnie do czytania ich. Ponieważ czytałam również listy Grahama, nie dziwiłam się tak bardzo temu jej zmuszaniu mnie i rozumiałam jej usprawiedliwioną dumę: były to piękne listy, i czułe zarazem — skromne i rycerskie. Jej odpowiedzi musiały wydać się mu piękne. Nie były pisane w celu wykazania jej uzdolnień w tym kierunku, tym mniej, sądzę, w celu wyrażenia całej głębi jej miłości. Mogło wydawać się wprost przeciwnie, że postawiła sobie za zadanie kryć się z tym uczuciem, a zarazem nałożyć hamulec na żar zapałów miłosnych Grahama. Czy mogły jednak takie listy służyć podobnemu celowi? Graham stał się jej drogi na równi z jej własnym życiem, przyciągał ją do siebie z siłą magnesu potężnego. Znajdowała czar i wpływ nieodparty we wszystkim co mówił, pisał, myślał, na czym spoczęły jego oczy. Listy jej przepojone były tym niewyznanym wyznaniem: każdy ich wyraz, zacząwszy od nagłówka i skończywszy na podpisie, jarzył się nim wręcz.
— Chciałabym, żeby ojczulek dowiedział się!... O, tak bardzo chciałabym, aby dowiedział się! — zaczęła teraz wzdychać niespokojnie coraz częściej. — Chciałabym i zarazem boję się! Z trudnością zdolna jestem powstrzymać Grahama od powiedzenia mu o wszystkim. Niczego nie pragnę goręcej, aniżeli ujawnienia i ustalenia tej sprawy: możności mówienia o niej otwarcie — równocześnie jednak obawiam się tego momentu przełomowego. Wiem, jestem pewna, że ojczulek będzie bardzo rozgniewany zrazu; obawiam się, że będzie oburzony na mnie, że straci dla mnie serce, wyda mu się to może czarną niewdzięcznością z mojej strony; będzie dla niego bolesną niespodzianką, ciosem, wstrząsem; nie jestem zdolna przewidzieć w jaki sposób wpłynie na niego ta wiadomość. Jak ją przyjmie!
Faktem było, że jej ojciec, nie podejrzewający przez długi czas, nic zgoła, zaczął zdradzać ostatnio pewien niepokój. On, tak długo zaślepiony na tym jednym punkcie, zaczął miewać chwile nagłych, na razie przelotnych tylko olśnień.
Córce nie powiedział nic o tych swoich podejrzeniach, w momentach wszakże, kiedy nie patrzyła na niego, a może nie myślała o nim, dostrzegłam, że przypatruje się jej badawczo, rozważając coś w duchu.
Pewnego wieczora — Paulina zajęta była, jak przypuszczałam w swoim pokoju pisaniem listu do Grahama, pozostawiwszy mnie przy czytaniu — wszedł do biblioteki gdzie siedziałam, pan de Bassompierre. Usiadł, a ja w tej samej chwili chciałam wycofać się. Dostrzegłszy mój ruch, poprosił mnie uprzejmie, abym pozostała, czyniąc to w sposób, w którym wyczułam odrazu rodzaj nakazu niejako. Zająwszy miejsce przy oknie, w pewnym oddaleniu ode mnie, otworzył biurko i wyjął z niego coś, co wyglądało jak notatnik, na którego jednej ze stronic spoczęło jego oko przez pewien czas.
— Miss Snowe — rzekł, odkładając notatnik — czy wiadomo pani w jakim wieku jest moja córka?
— Ma około osiemnastu lat; czy tak, proszę pana?
— Tak się zdaje. Ten stary notatnik podaje wyraźnie, że urodziła się 5-go maja w roku 18.... przed osiemnastu laty. Może to wydać się dość dziwnym, fakt jednak, że zatraciłem zupełnie rachubę jej lat. Wciąż w dalszym ciągu nie przestałem myśleć o niej, jako o dziecku dwunasto- czy czternastoletnim — jako o dziewczynce nieokreślonego dokładniej wieku; wydawała się jednak dzieckiem.
— Tak, ma około osiemnastu lat — powtórzyłam. — Jest dorosła, mimo że taka drobna. Nie będzie już większa.
— Moja kruszyna! Mój klejnocik! — szepnął pan de Bassompierre tonem przenikającym w głąb serca, tym samym, jaki dźwięczał nieraz w słowach jego córki.
Siedział pogrążony w myślach.
— Niech się pan nie martwi — rzekłam, — domyślając się co czuje w tej chwili, jakkolwiek nie zdradził tych uczuć swoich ani jednym wypowiedzianym słowem.
— Polly jest jedynym skarbem, jaki posiadam — jęknął — a teraz inni wykryją, jak czystą i cenną perłą jest moja dzieweczka; będą pożądali jej, wyciągną po nią ręce.
Nie dałam na to żadnej odpowiedzi. Graham Bretton obiadował w Hôtel Crécy tego dnia, bardziej niż kiedykolwiek olśniewając zarówno urodą, jak sposobem prowadzenia rozmowy. Nie wiem jaki tajny rozkwit upiększał tym razem jego powierzchowność i wpływał czarownie na wzniosłe uduchowienie wypowiadanych przez niego uwag. Szczytna nadzieja, czy inna tego rodzaju szlachetna pobudka wpłynęła ostatnio w ogóle na całe jego zachowanie w sposób ściągający powszechną uwagę. Myślę, że tego dnia właśnie zamierzał ujawnić motywy swoich usiłowań i cel ambitnych swoich dążeń. Pan de Bassompierre zniewolony był niejako dostrzec kierunek jego myśli i charakter niewypowiadanych wyraźnie, ale wyraźnie zaznaczanych wynurzeń. Nierychliwy w postrzeganiu, był wszelako ściśle logiczny w rozumowaniu: pochwyciwszy wątek, szedł za nim, jako za nicią niezawodną, wiodącą go poprzez długi labirynt mroku.
— Gdzie podziewa się Polly?
— Jest na górze, u siebie.
— Co robi?
— Pisze.
— Pisze? Co pisze? Czy otrzymuje listy?
— Żadnych innych poza takimi, które może śmiało pokazać mi. I... od dawna już zamierzają oboje zwrócić się do pana.
— Gadanie!... Nie myślą wcale o mnie! O starym ojcu! Jestem im tylko na zawadzie!...
— O, proszę pana... Nie w ten sposób!... Tak nie wolno rozumować! Paulina musi sama przemówić w swojej obronie. A i doktór Bretton także musi osobiście bronić swojej sprawy.
— Nieco za późno. Sprawa zaszła już za daleko, jak widzę.
— O, nie, dopóki nie zyskają pańskiej aprobaty, nic jeszcze nie zostało postanowione, ani ustalone — poza tym jedynie, że kochają się wzajem.
— Jedynie?... — powtórzył z goryczą.
Wobec narzuconej mi przez los roli powiernicy i pośredniczki zmuszona byłam brnąć dalej.
— Setki razy był doktór Bretton bliski zwrócenia się do pana, pomimo niepospolitej jednak odwagi, jaką zwykł wykazywać, boi się pana śmiertelnie.
— Ma słuszność, że się mnie boi. Ma najzupełniejszą słuszność. Śmiał sięgnąć zuchwale po najcenniejsze moje dobro. Gdyby nie zmącił spokoju ducha Polly, pozostałaby przez długie lata jeszcze dzieckiem, jakim była dotychczas.... Czy są zaręczeni?
— Nie mogliby zaręczyć się, nie otrzymawszy na to pańskiego zezwolenia.
— Łatwo pani, miss Snowe, mówić i myśleć w sposób nieposzlakowanie rozsądny i prawy, jaki stale i we wszystkim panią cechuje. Niech pani zrozumie jednak, że dla mnie wiadomość ta jest ciosem: moja mała dzieweczka była wszystkim, co posiadałem; nie mam więcej córek, ani synów, pan doktór Bretton mógł zwrócić swoje zapały ku komu innemu. Istnieją dziesiątki bogatych i ładnych kobiet, które przyjęłyby go bardzo chętnie, nie wątpię o tym, jest bardzo przystojny, dobrze ułożony, ma stosunki. Czy nie mógł znaleźć sobie nikogo innego poza moją Polly?
— Gdyby nie spotkał na swojej drodze pańskiej „Polly“ mogłyby — i na pewno podobałyby mu się — inne. Siostrzenica pańska, Miss Fanshave, chociażby.
— O, oddałbym mu Ginevrę z całej duszy; ale Polly!... Nie mogę dać mu Polly!... Nie, nie mogę! Nie jest jej równy — zaznaczył z naciskiem. — Czym, proszę mi powiedzieć, dorównywa jej? Mówią wiele o moim majątku. Nie jestem ani skąpcem, ani człowiekiem dbającym nade wszystko o swój interes, świat myśli jednak o takich rzeczach i dba o nie w pierwszej linii — a Polly będzie bogata.
— Tak, to rzecz wiadoma. Całe Villette zna ją jako bogatą spadkobierczynię.
— Czy w ten sposób mówią o mojej małej dzieweczce?
— Tak, panie hrabio.
Zamyślił się głęboko. Pozwoliłam sobie zagadnąć go:
— Czy uważałby pan kogokolwiek w ogóle za godnego Polly? Czy wolałby pan kogo innego dla niej, aniżeli doktora Brettona? Czy sądzi pan, że wyższe stanowiska społeczne, czy większy majątek wpłynęłyby na zmianę pańskich uczuć dla przyszłego pańskiego zięcia?
— O, tą drogą chce mnie pani wziąć?
— Niech pan rozejrzy się po arystokracji Villette — podobałby się panu ktoś spośród niej na męża dla Polly?
— Nie, nigdy! — Żaden książę, ani baron, czy vicomte z całej tej gromady pustaków.
— O ile słyszę, wielu z tych panów interesuje się nią — dodałam nabierając otuchy: widziałam, że spotykam się z uważnym raczej wysłuchaniem moich uwag, aniżeli z oburzeniem na mnie! — O ile doktór Bretton — dodałam — odejdzie wzgardzony, przyjdą na jego miejsce inni starający się o rękę pańskiej córki. Dokądkolwiek pojedzie pan z nią, nie brak będzie jej, jak przypuszczam, poważnych konkurentów. Niezależnie od bogatego wiana, jakie ją czeka, wydaje mi się, że Paulina oczarowuje swoją osobą większość tych, którzy ją poznają.
— Czyżby? Czy to możliwe? Moja mała dzieweczka nie jest przecież zaliczana do piękności!
— O, myli się pan, sir, panna de Bassompierre jest piękna.
— Nic podobnego! Daruje pani, Miss Snowe, wydaje mi się jednak, że sądzi ją pani zbyt stronniczo, zbyt pobłażliwie. Mnie osobiście podoba się Polly, podoba mi się jej uroda, jej cały sposób bycia, ale ja przecież jestem jej ojcem! A jednak i ja nawet nie uważałem jej nigdy za piękność. Jest powabna, interesująca, ma w sobie coś z czaru rusałki leśnej, bierze tym mnie: — i niewątpliwie innych także — myli się pani jednak, mówiąc o niej jako o piękności.
— Pociąga ludzi ku sobie, pociągałaby ich nawet bez upiększających ram majątku pańskiego i pańskiej pozycji towarzyskiej.
— Majątku mojego i mojej pozycji towarzyskiej?! Czy one to są przynętą dla Grahama? Gdybym tak przypuszczał...
— Doktór Bretton zna dobrze te walory, jak pan nie wątpi oczywiście, panie de Bassompierre, ocenia je też tak, jak oceniałby je każdy gentelman, jak pan sam oceniłby je w podobnych warunkach — nie one jednak były przynętą dla Grahama. Kocha on prawdziwie pańską córkę, widzi w niej najpiękniejsze, najwznioślejsze jej zalety, i umie należycie je ocenić.
— Jakto? Czyżby małe moje ukochanie miało posiadać naprawdę „najpiękniejsze, najwznioślejsze zalety?“
— O, sir, czy przyjrzał jej się pan owego wieczora, kiedy tylu wybitnych luminarzy wiedzy, tyle znakomitości ze świata nauki obiadowało tutaj?
— Byłem istotnie zdumiony i zaskoczony jej zachowaniem się owego wieczora; jej maniery dojrzałej kobiety wywołały uśmiech na moich ustach.
— A czy dostrzegł pan, jak ci wszyscy najwybitniejsi Francuzi skupili się dokoła niej w salonie?
— Tak, dostrzegłem, sądziłem jednak, że szukają odprężenia niejako, że bawią się nią, jak bawiliby się ładnym dzieckiem.
— O, sir, Paulina zachowywała się z niepospolitym urokiem i dystynkcją, słyszałam też, jak ci francuscy panowie, mówiąc o niej, nazywali ją „pétrie d‘esprit et de grace“ — pełną rozumu i wdzięku. — Doktór Bretton był o niej tego samego zdania.
— Jest dobrym kochanym dzieckiem — nie ulega wątpliwości, przyznaję też w istocie, że posiada dużą siłę charakteru. Przypominam sobie teraz, że pielęgnowała mnie pieczołowicie, kiedy byłem chory w pewnym okresie mojego życia; przypuszczano, że umrę; pamiętam, że w miarę pogarszania się stanu mojego zdrowia przybywało jej sił i tkliwości zarazem. A kiedy nastąpiła wreszcie rekonwalescencja, jakim promieniem słońca była ta dziecina w pokoju chorego! Krążyła dokoła mojego fotela bezszelestnie i była promienna jak mały duszek świetlny. A teraz przychodzi ktoś i pragnie pojąć ją za żonę! Nie chcę, nie zgadzam się rozstać z nią! — zakończył z jękiem.
— Zna pan panią Bretton i jej syna od tak dawna — próbowałam podsunąć mu nową myśl — wydanie Polly za niego byłoby w mniejszym stopniu rozstaniem się z nią, aniżeli wydanie jej za kogokolwiek innego.
Zamyślił się ponuro.
— Słusznie. Znam od dawna Luizę Bretton — szepnął. — Ona i ja jesteśmy w istocie bardzo starymi serdecznymi przyjaciółmi; była za swoich młodych lat miłą, kochaną dziewczyną. Mówi pani o piękności, Miss Snowe — ona właśnie była prawdziwą pięknością. Dorodna, słusznego wzrostu, zgrabna, kształtna, kwitnąca — nie jak ta moja mała rusałeczka, Polly. Luiza Bretton, mając osiemnaście lat, miała postawę i ruchy monarchini. Teraz już jest tylko przystojną, zacną starszą kobietą. Chłopak wrodził się w nią — zawsze byłem o nim tego zdania, miałem dla niego szczególne względy; życzyłem mu jak najlepiej. A teraz odwdzięcza mi się za to chęcią wydarcia mi mojego skarbu! Moja mała pociecha kochała zawsze szczerze i wiernie swojego starego ojca. Teraz już skończyło się z tym niewątpliwie — jestem na jej drodze zawadą tylko!
Drzwi otworzyły się; jego „mała pociecha“ weszła do pokoju. Stroił ją, jeśli można tak wyrazić się, urok wieczorny: promieniała ożywieniem, jakie przynosi czasem z sobą schyłek dnia; oczy jej i policzki płonęły ciepłym blaskiem, cerę jej różowiła łuna letniego zachodu; jej loki opadały swobodnie na wydłużoną szyjkę białości lilii; jej biała suknia odpowiednia była na żar czerwcowy. Przypuszczając, że zastanie mnie w bibliotece samą, przyniosła i trzymała w ręku list, który tylko co napisała — list był włożony do koperty, rozmyślnie jednak nie zaklejonej jeszcze. Chciała przeczytać mi co napisała. Na widok ojca zatrzymała się na chwilę, jej drobny krok zachwiał się nieco, rumieniec, skupiony na jej policzkach wyłącznie, oblał całą jej twarz.
— Polly — odezwał się do niej pan de Bassompierre — rumienisz się na widok twojego ojca? To coś nowego. Nie było tego nigdy jeszcze.
— Nie rumienię się — nigdy się nie rumienię — zapewniła, słowom jej zadała wszelako kłam nowa fala szkarłatnej krwi, która, płynąc z serca, zabarwiła żywiej jeszcze jej twarzyczkę. — Myślałam, że jesteś w jadalni. Szukałam Lucy.
— Myślałaś, że jestem z Johnem Grahamem Brettonem, przypuszczam? Odwołano go przed chwilą, ale powróci wkrótce, moja Polly. Będzie mógł wrzucić twój list do skrzynki: zaoszczędzi to Mateuszowi sa course“ — jak nazywa konieczność odbycia drogi.
— Nie wysyłam żadnych listów — rzekła nieco podraźniona.
— Cóż więc robisz z nimi w takim razie? — chodź tutaj i opowiedz mi.
Zdawała się wahać na chwilę — widać to było z wyrazu jej twarzy i z gestu, jak gdyby chciała powiedzieć: „Czy mam podejść naprawdę?“ — podeszła jednak.
— Od kiedy to moja córeczka stała się korespondentką, pisującą listy? — Wydaje mi się, że wczoraj jeszcze usadzałaś na papierze twoje kulfoniki, smarując po nim zawzięcie piórem, podtrzymywanym obu rączkami.
— Ojczulku, to nie są listy do wysyłania pocztą, jak twoje, to tylko notatki, które wręczam komuś od czasu do czasu, ot tak, dla przyjemności.
— Tym kimś jest naturalnie Miss Snowe?
— Nie, ojczulku, nie Lucy.
— Któż więc w takim razie? Może pani Bretton?
— Nie, ojczulku, nie pani Bretton.
— Któż to więc taki, córeczko? Powiedz prawdę twojemu ojczulkowi.
— O, ojczulku! — zawołała, zbrojąc się w odwagę. — Powiem... powiem ci prawdę — całą prawdę; jestem rada, że mogę wreszcie wyjawić ci ją, mimo że drżę z lęku.
Dygotała w istocie, dreszczem przejmowało ją wzrastające podniecenie, opanowujące ją uczucie i zdobywanie się na odwagę wyjawienia prawdy.
— Czuję wstręt do ukrywania przed tobą moich postępków, ojczulku. Boję się ciebie i kocham cię ponad wszystkich i ponad wszystko, z wyjątkiem Boga jedynie. Przeczytaj list, spójrz na adres.
Położyła list na kolanach ojca. Wziął go, wyjął z koperty i przeczytał cały, do końca: ręka jego trzęsła się, oczy zachodziły wilgotną mgłą.
Złożył list i wsunął go z powrotem do koperty, wpatrzony z dziwnym wyrazem tkliwego, żałosnego zdziwienia w istotę, której pismo to było dziełem.
— Czy to ona zdolna była napisać te słowa?... Mała dziewczynka, która wczoraj dopiero stała przy moich kolanach? Czy może ona naprawdę odczuwać w ten sposób?
— Ojczulku, powiedz, czy popełniłam coś złego. Czy sprawia ci to przykrość?
— Nie ma w tym nic złego, niewinna moja dziecino, boli mnie jednak.
— Ależ ojczulku, wysłuchaj mnie! Nie będziesz odczuwał bólu z mojego powodu. Wyrzeknę się raczej wszystkiego — prawie wszystkiego (poprawiła się) — wolałabym umrzeć raczej, aniżeli unieszczęśliwić cię; byłoby to zbyt wielką niegodziwością z mojej strony!
Wzdrygnęła się.
— Czy list ten nie podoba ci się? Czy nie powinnam wręczyć go? Czy mam go podrzeć? Podrę go, o ile każesz, o ile zażądasz. Zrobię to dla ciebie.
— Nie każę nic. Nie żądam niczego.
— Żądaj ode mnie wszystkiego, czego tylko chcesz! Nakaż mi coś! Wyjaw twoje życzenie; nie urażaj tylko Grahama, nie krzywdź go. Kocham cię, ojczulku, ale kocham i Grahama także, bo... bo... nie mogę go nie kochać.
— Ten twój wspaniały Graham jest młodym nicponiem, moja Polly — takie jest teraz moje zdanie o nim. Zdziwi cię, że słyszysz to z moich ust, faktem jest jednak, że nie mam już dla niego ani krzty dawnego przyjaznego uczucia. O, dawniej dopatrywałem się czegoś w oku tego chłopca, którego nie potrafiłem jednak nigdy przejrzeć do dna. Jest w nim coś takiego, czego nie ma w jego matce; utajona jakaś treść, ostrzegająca człowieka, aby nie zapuszczał się zbyt daleko w jej głębię, a teraz, nagle, wpadłem w nią, zanurzyłem się powyżej głowy.
— Ojczulku, nie masz racji, nie wpadłeś; pozostaniesz w dalszym ciągu bezpiecznie na brzegu; możesz postąpić jak zechcesz; posiadasz nade mną nieograniczoną, despotyczną władzę. Możesz zaniknąć mnie jutro w klasztorze i złamać serce Grahamowi, o ile zechcesz być tak okrutny. Władco mój nieograniczony, autokrato, carze, czy zrobisz to?
— Precz z nim w głąb tajg Sybiru, wraz z jego czerwonymi bokobrodami; powtarzam, że nie lubię go, dziwię się też, że ty możesz go lubić, Polly.
— Ojczulku, wiesz, że jesteś bardzo niedobry? Nie widziałam cię nigdy jeszcze tak niemiłym, tak mściwym nieledwie. Na twarzy twojej dostrzegam jakiś obcy, nie twój wyraz.
— Precz z nim! — powtórzył pan Home z miną naprawdę gniewną i zatroskaną, a w każdym razie szczerze rozgoryczoną. — Przypuszczam — dodał z wyrzutem — że gdyby odjechał, zapakowałaby Polly w tłomoczek swoje rzeczy i uciekłaby za nim; zdobył on jej serce, z którego wyparł starego jej ojca. Odłączył cię ode mnie.
— Jesteś naprawdę niedobry, ojczulku, mówiąc w ten sposób. Stanowczo niesłusznie czynisz. Nie wypierał cię nikt z mojego serca; nie możesz być z niego wyparty! Żadna istota ludzka, niczyja siła i niczyje wpływy nie byłyby zdolne odłączyć mnie od ciebie.
— Dobrze, wyjdź za mąż, Polly! Możesz poślubić rude bokobrody. Przestań być córką, bądź odtąd żoną tylko!
— Rude bokobrody?! Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć, ojczulku. Powinieneś unikać niesprawiedliwego uprzedzania się. Utrzymywałeś... często, że wszyscy Szkoci, ziomkowie twoi, są ofiarami niedorzecznych uprzedzeń. Dajesz tego dowód teraz ty sam, nie umiejąc odróżnić koloru czerwonego od ciemno-kasztanowatego.
— Daj spokój, starym skłonnym do uprzedzania się Szkotom, idź sobie!
Stała, wpatrzona w niego przez chwilę. Chciała okazać swoją stanowczość, wyższość swoją ponad szyderstwo i niezasłużone wyrzuty: znając charakter ojca, wyczuwając nieliczne słabe jego strony, była przygotowana na scenę, jaka rozegrała się teraz. Nie zaskoczyła jej też ona, jako niespodzianka; pragnęła jedynie, licząc się z możliwością gwałtownej reakcji ze strony ojca, aby nie narażona była przy tym na szwank godność żadnego z nich trojga. Jej własne poczucie godności nie przydało jej się jednak na nic. Załamał się nagle cały z wysiłkiem zdobyty hart jej duszy, oczy zaszkliły się łzami; rzuciła się ojcu na szyję.
— Nie opuszczę cię, ojczulku! — zawołała ze łkaniem. — Nigdy cię nie opuszczę! Nie sprawię ci nigdy bólu!
— Jagniątko moje! Mój skarbie! — szeptał kochający, a mimo to twardy, uparty, nieubłagany ojciec. Nie powiedział nic więcej na razie, a i te nawet dwa wyrazy brzmiały dziwnie ochryple.
W pokoju ściemniło się już. Usłyszałam kroki za drzwiami. Przypuszczając, że może to być służący wchodzący z zapalonymi świecami, otworzyłam, aby uniknąć nagłego jego wejścia. Nie było jednak w przedpokoju żadnego służącego: wysoki mężczyzna umieszczał swój kapelusz na stole, ściągając zwolna z rąk rękawiczki. Miałam wrażenie, że ociąga się z wejściem do pokoju bibliotecznego. Nie wezwał mnie ani znakiem, ani głosem, wyczytałam jednak wyraźnie w jego oczach:
— Niech pani przyjdzie tu, Lucy.
Podeszłam do niego.
Po twarzy jego przemknął uśmiech, kiedy spojrzał na mnie: niczyje usposobienie z wyjątkiem jego własnego jedynie, nie byłoby zdolne uśmiechem wyrazić gwałtownego wzruszenia, jakie miotało nim w tej chwili.
— Pan de Bassompierre jest tutaj? — zapytał wskazując oczami pokój biblioteczny.
— Tak.
— Zauważył moje podniecenie przy obiedzie? Zrozumiał mnie?
— Tak, panie Grahamie.
— Czeka mnie więc usłyszenie wyroku! A ona?
— Pan Home (nie przestawaliśmy mówić o nim często jako o panu Homie) rozmawia ze swoją córką.
— O! To ciężka chwila, droga Lucy!
Był wyraźnie poruszony do głębi; jego młoda, mocarna ręka dygotała; żywe (chciałam napisać śmiertelne napięcie wyrazu tego wszelako nie podobna użyć w zastosowaniu do człowieka, tak jak on kipiącego pełnią sił żywotnych) żywe napięcie przyśpieszało teraz gwałtownie jego oddech; pomimo jednak całego podniecenia jego i niepokoju nie przygasł ani na chwilę uśmiech na jego twarzy.
— Bardzo rozgniewany, jak pani sądzi, Lucy?
Ona dzielnie dochowuje panu wiary, Grahamie.
— Jaki będzie mój los?
— Urodził się pan znać pod szczęśliwą gwiazdą.
— Naprawdę? Dobra, kochana Sybilo! Dodała mi pani tyle otuchy, że musiałbym być prawdziwie zajęczego serca, aby tchórzyć teraz jeszcze. Wydaje mi się, że wszystkie kobiety są dobre i uczciwie dochowują wierności, Lucy kochana. Czuję, że powinienem je kochać i kocham je w istocie. Moja matka jest dobra; ona jest boska, a pani, droga Lucy, ma serce wierne niczym złoto. Może nie mam słuszności?
— Tak, Grahamie, ma pan słuszność.
— Podaj mi zatym dłoń twoją, kochana mała chrzestna siostrzyczko: życzliwa to dla mnie dłoń i zawsze nią była. A teraz ruszajmy na wielki bój! Oby Najwyższy stanął po stronie sprawiedliwego! Powiedz! „Amen“! Lucy.
Odwrócił się w moją stronę i czekał dopóki nie powiem: „Amen!“ Wskrzesł na chwilę dla mnie dawny czar bezwzględnego podporządkowywania się jego woli. Życzyłam mu powodzenia; wiedziałam, że będzie ono jego udziałem. Urodził się zwycięzcą, tak samo zupełnie jak są ludzie, którzy rodzą się zwyciężonymi.
— Niech pani idzie za mną, Lucy! — rzekł. — Poszłam za nim, aby stanąć z nim po społu przed obliczem pana Home‘a.
— Sir — zagadnął go Graham od razu na wstępie — jaki jest wydany na mnie wyrok?
Ojciec Pauliny spojrzał na niego: córka zasłoniła twarz rękami.
— I cóż, doktorze Brettonie, spotkała mnie z pańskiej strony zwykła zapłata za gościnność?!... Przyjmowałem pana z otwartym sercem, a pan pozbawił mnie najdroższego mojego skarbu. Zawsze rad widziałem pana w moim domu, a pan przychodził tutaj po to, aby wydrzeć mi jedyny bezcenny dla mnie klejnot. Przemawiał pan do mnie głosem człowieka poczciwego i równocześnie — nie chcę powiedzieć, że ograbił mnie pan, jestem jednak ograbiony, a to co ja utraciłem, pan zdobył jak się zdaje.
— Wyznać muszę, sir, że nie czuję wyrzutów sumienia.
— Wyrzutów sumienia?! O, nie należy pan do tych, którzy zdolni są je odczuwać... Triumfuje pan niewątpliwie, Grahamie; jest pan w pewnej mierze przynajmniej potomkiem wodza szczepu Highlanderów szkockich, w całym też pańskim wyglądzie, we wszystkim co pan mówi i w pańskim nastawieniu myślowym widoczne są ślady pochodzenia Celtyckiego. Posiada pan celtycką przebiegłość i zarazem celtycki urok. Rude... (niech będzie po twojemu, Polly, kasztanowate) włosy, chytrze podstępną mowę, rozum przebiegły — wszystko to odziedziczył pan po swoich przodkach, doktorze Brettonie.
— Czuję, że jestem uczciwy, sir — rzekł Graham, przy czym typowo angielski rumieniec oblał jego twarz, jako żywe, ciepłe świadectwo szczerości jego wyznania. — A jednak pod pewnym względem nie myślę przeczyć, że oskarża mnie pan słusznie. Będąc w towarzystwie pańskim, taiłem zawsze wobec pana myśl, której nie śmiałem ujawnić. Patrzyłem na pana w istocie jako na posiadacza skarbu najcenniejszego dla mnie na świecie. Pragnąłem go. Czyniłem co było w mojej mocy, aby go zyskać. Proszę teraz, niech mi wolno będzie nazwać go moim, sir!
— Wiele żądasz pan, Johnie.
— Bardzo wiele, sir. Musi to jednak być ofiarowane mi przez pana wspaniałomyślnie, jako dar; sprawiedliwie, jako nagroda. Nie mógłbym nigdy zdobyć jej w inny sposób.
— O, posłuchajcie tego tonu Highlanderów! — rzucił pan Home ironicznie, Spójrz na niego, Polly! Podnieś oczy! Odpowiedz śmiałkowi. Każ mu iść precz!
Podniosła posłusznie oczy, spoglądając nieśmiało na pięknego swojego wielbiciela i czule równocześnie na chmurnego, nasępionego swojego „Starszego Pana“.
— Ojczulku, kocham was obu — szepnęła — mogłabym mieć staranie o jednym i drugim. Nie mam potrzeby odsyłać Grahama — może mieszkać tutaj: nie będzie stał nikomu na przeszkodzie — broniła się z prostotą wysłowienia, która zwykła budzić uśmiech na twarzy zarówno ojca jej jak Grahama. Uśmiechnęli się obaj i teraz także.
— Będzie ogromną przeszkodą dla mnie — upierał się w dalszym ciągu pan Home. — Nie chcę go tutaj, Polly. Jest za wysoki, przeszkadza mi. Każ mu odejść!
— Przyzwyczaisz się do niego, ojczulku. Przekonasz się, że przywykniesz. I mnie także wydawał się z początku niepomiernie wysoki, jak wieża, ile razy musiałam zadzierać głowę do góry, żeby spojrzeć na niego; na ogół jednak, nie chciałabym wcale, żeby był inny.
— A ja nie zgadzam się na niego pod żadnym względem, Polly; mogę doskonale obejść się bez zięcia. Nie pragnąłbym nigdy, aby najlepszy nawet człowiek w całym kraju związany miał być ze mną podobnego rodzaju węzłami rodzinnymi. Każ temu panu odejść.
— Zna cię przecież już od tak dawna, ojczulku i tak dobrze umie dostosować się do ciebie. Tak odpowiadało ci zawsze jego towarzystwo...
— Komu odpowiadało? Mnie?!... Przenigdy! Tak, udawał, że zgadza się ze mną we wszystkim. Udawał, ze podziela wszystkie moje sądy i upodobania. Ustępował mi, mając po temu aż nadto ważkie własne swoje powody. Myślę, moja Polly, że czas już najwyższy, abyśmy oboje, ty i ja, pożegnali raz na zawsze tego pana.
— Nie na zawsze, tylko do jutra. Podaj rękę Grahamowi, ojczulku.
— Ani myślę! Nie jestem jego przyjacielem. Nie mam wcale zamiaru wciskać się pomiędzy was oboje, przymilać się wam obojgu.
— Wiem na pewno, z całą pewnością, że jesteście sobie wzajem przyjaciółmi. Grahamie, wyciągnij do ojczulka twoją prawą rękę. Ojczulku, wyciągnij i ty swoją. A teraz każcie obu waszym rękom zetknąć się z sobą wzajemnie... Ojczulku, nie stój sztywno, jak drąg. Zamknij swoje palce: bądź posłuszny! Tak! Ależ to nie jest uścisk, to chwyt jak w pasji. Ojczulku, wpijasz się w rękę Grahama jak śruba. Miażdżysz ją do kości; sprawiasz mu ból.
Musiał mu istotnie sprawić ból, Graham nosił na palcu masywny pierścień, wysadzany brylantami, których ostre kanty werżnęły się w ciało Grahama, raniąc je do krwi, ból wszelako tak samo wywołał uśmiech na jego ustach, jak poprzednio wywołał go miotający nim niepokój.
— Niech pan wejdzie ze mną do mojego gabinetu — zwrócił się wreszcie pan Home do młodego lekarza. Poszli obaj. Ich rozmowa nie trwała długo, jak przypuszczam jednak była decydująca widocznie. Konkurent został poddany ścisłemu badaniu i musiał dawać wyczerpujące odpowiedzi na cały szereg pytań co do przeróżnych spraw. Niezależnie od tego, czy doktór Bretton był, czy nie był chwilami podstępny w mowie i w spojrzeniu, taił się w głębi jego duszy zdrowy, szczery podkład. Jego odpowiedzi, o czym dowiedziałam się w następstwie, wykazały zarówno poważną znajomość rzeczy, jak nieskazitelną uczciwość. Bardzo dobrze pokierował swoimi sprawami. Wywalczył sobie zwycięsko drogę po przez gąszcz powikłań i trudności; był bliski już odzyskania utraconego, odziedziczonego po ojcu majątku; dowiódł panu Brettonowi, że jest w stanie, nie licząc na niczyją pomoc, stworzyć własny dom, ożenić się.
Ojciec i konkurent zjawili się ponownie w pokoju bibliotecznym. Pan de Bassompierre zamknął drzwi i wskazał na swoją córkę.
— Bierz ją — rzekł — bierz ją, Johnie Brettonie, i niech Bóg, nasz Sędzia Najwyższy, tak postąpi z tobą, jak ty postąpisz z nią!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Niezadługo potem, po upływie dwóch tygodni może, ujrzałam trzy osoby: hrabiego de Bassompierre, jego córkę i doktora Grahama Brettona, siedzących po społu na ławce pod rozłożystym, dającym miły cień drzewem, rosnącym na gruntach pałacu w Bois l‘Etang. Przybyli tutaj, aby zażyć świeżości wieczoru letniego; na zewnątrz wspaniałych wrót oczekiwał na nich powóz, który miał zabrać ich do domu; zielone obszary murawy słały się miękko zamglone dokoła nich, w oddali wznosił się pałac biały, jak stroma skała na Pentelikonie; ponad ich głowami jaśniała gwiazda wieczorna; gaj kwitnących krzewów owiewał balsamem powietrze uroczego zakątka; pora była cicha i łagodna; poza grupką ich trojga nie było tutaj nikogo.
Paulina siedziała pomiędzy obu panami: przy słuchaniu ich rozmowy, wprawiała w ruch drobne rączki, zajętą misterną jakąś robotą. Sądziłam zrazu, że wiąże bukiet, ale nie: maleńkimi nożyczkami, połyskującymi na jej kolanach, odcięła po pasemku z każdej męskiej pochylonej w jej stronę głowy, a teraz splatała razem siwe włosy ze złocistymi. Po upleceniu z nich cieniuchnego warkoczyka — nie mając pod ręką jedwabnej nitki do jego związania, użyła włosa z własnej głowy do tego celu, umocniwszy go supełkiem i zamknąwszy całość w medalioniku, schowała go na swoim sercu.
— Mam teraz — rzekła — niezawodny amulet, posiadający dar czarodziejski umocnienia na wieki przyjaźni pomiędzy wami obydwoma. Dopóki będę go nosiła na moim sercu, nie może poróżnić was spór żaden, najdrobniejsza sprzeczka nawet.
Spleciony został w istocie drobnymi jej paluszkami amulet i zaklęty w niego czar, który uniemożliwiał wszelką pomiędzy obu najdroższymi jej istotami wrogość. Paulina stała się węzłem trwale je łączącym, wywierającym na nie wpływ magiczny, zadzierzgującym trwałą pomiędzy nimi zgodę i duchową spójnię. Z nich obu czerpała swoje szczęście, a wszystko, co brała od nich, oddawała im z sutą nawiązką.
Czy może naprawdę istnieć podobnie niezmącone szczęście na ziemi? — zadawałam sobie pytanie, obserwując tę trójkę: ojca, córkę i przyszłego jej męża — już teraz zjednoczonych, błogosławionych i błogosławiących.
Tak. Istnieje. Bez wszelkiego zabarwienia romantycznego, bez przesady, czy fantazjowania. Niektóre żywoty ziemskie zaznają w istocie — wciągu pewnego szeregu dni czy lat — szczęścia rajskiego, mam też głęboką wiarę, że o ile szczęście takie staje się raz w życiu bodaj udziałem ludzi dobrych (źli nie zaznają go nigdy), nie zatracają się w zupełności ślady dobroczynnego wpływu, jaki wywarło ono na nich. W jakikolwiek sposób miałby ich w następstwie doświadczyć los, jakiekolwiek miałyby czekać ich przejścia, choroby czy utraty istot najbliższych, prześwietla najcięższe dla nich chwile niezagasły blask dawnego szczęścia, darzący ich pociechą w najgłębszych ich smutkach, przejaśniający najczarniejsze, zgromadzone nad ich głowami chmury.
Powiem więcej nawet. Wierzę naprawdę w znajdowanie się na ziemi istot ludzkich, urodzonych pod tak szczęśliwą gwiazdą, wychowanych w tak korzystnych warunkach, kierowanych, strzeżonych i ochranianych tak miłośnie od miękkiej kołyski aż do późnego, cichego grobu, że nie przenika do ich życia żadne cierpienie nadmierne, żadna chmura burzowa nie rzuca cienia mrocznego na drogę ich wędrówki doczesnej. Co ciekawsze, nie bywają to często spieszczone przez los, samolubne natury, ale jej najszczytniejsi, najlepsi wybrańcy: mężczyźni i kobiety, siejący naokół swój wpływ dobroczynny, błogosławione czynniki, niosące ludziom błogosławione dary boże.
Nie zwlekajmy wszelako z opisem przykładu prawdziwego takiego szczęścia. Graham Bretton i Paulina de Bassompierre zostali połączeni węzłem małżeńskim. Doktór Bretton okazał się takim właśnie błogosławionym czynnikiem, takim nieustannym źródłem i siewcą łask. Czas nie przyniósł u niego najsłabszych oznak zwyrodnienia, wprost przeciwnie, pewne drobne jego wady zatarły się, cnoty jego natomiast, dojrzały i utrwaliły się. Jego władze duchowe rozwijały się coraz subtelniej, zyskiwał coraz bardziej na sile moralnej, która w zamian darzyła go korzyściami moralnymi; odpłynęły gdzieś bezpowrotnie wszelkie męty zanieczyszczające, pozostało czyste, niezmącone żadnymi naleciałościami wino szlachetne. Świetlany był również los jego żony. Utrzymała w pełni miłość swojego męża, przyczyniała się do nieustannego uszlachetniania jego natury, była niezachwianą podstawą i racją jego istnienia.
Szczęśliwe to było w istocie stadło: wraz z latami, które przyniosły im obojgu wielkie powodzenie materialne, wzrastała ich dobroć także: szczodrze, z otwartymi rękami, przezornie wszelako i rozumnie, dzielili się z innymi dobrami tego świata, które tak obficie przypadły im samym w udziale. I oni także, niewątpliwie, zaznali rozczarowań, trudności i smutków, i na nich także spadały ciosy, umieli jednak znosić wszystko mężnie i z poddaniem. Niejednokrotnie także stawał na ich drodze Ten, którego oblicze jest niewidzialne dla śmiertelnych, kiedy jednak znajdą się z Nim oko w oko, staje się dla nich życie niemożliwością: i oni oboje także zmuszeni byli spłacić dług Władcy Grozy. W pełni sił jeszcze zeszedł z tego świata pan de Bassompierre; Luiza Bretton rozstała się z życiem doczesnym w wieku sędziwym. Raz jeden także rozległ się w siedzibie młodej pary jęk rozpaczny Racheli, opłakującej swoje dzieci, inne wszakże biegały zdrowe i kwitnące, aby zastąpić utracone. Doktór Bretton odrodził się w synu, który odziedziczył po nim jego urodę i jego pogodne usposobienie; miał także piękne jak on sam, córki; dzieci te wychowywał kochającą, ale stanowczą ręką, wyrosły też zgodnie z zapowiedziami, do jakich upoważniały cechy, odziedziczone po rodzicach oraz staranne wychowanie i wykształcenie, jakie zawdzięczały im również.
Słowem, pozostaję w najściślejszej zgodzie z prawdą, twierdząc, że oba te żywoty, Pauliny i Grahama, były błogosławione, na podobieństwo żywota ulubionego syna Jakóbowego „błogosławieństwem, jakim darzyły ich Niebiosa w górze ponad nimi i błogosławieństwem głębin, leżących pod ich stopami“.
Było tak, albowiem Bóg Najwyższy widział, że tak będzie dobrze.




ROZDZIAŁ XXXIII
CHMURY

Nie było tak jednakże dla wszystkich. I cóż z tego? Niech się stanie wedle woli Jego, jak na pewno stanie się, niezależnie od tego, czy przyjmiemy wyroki Jego z rezygnacją i pokorą, czy nie. Ten stan rzeczy jest wynikiem impulsu twórczego; siła potęg widzialnych czy niewidzialnych, poruczone ma sobie spełnienie tego zadania. Musi być dany wzór życia, jakie ma nastąpić. Próba ta wypisana być musi, o ile zajdzie tego potrzeba, krwią i ogniowymi zgłoskami. Ogniem i krwią kreślimy kronikę dziejów poprzez wszechświat cały. Ogniem i krwią znaczone są ich ślady we własnym naszym życiu. Człowieku cierpiący, nie przerażaj się nadmiernie grozą palącej tej oczywistości. Znużony wędrowcze, opasz mocniej twoje biodra, ufnie skieruj wzrok swój ku górze i maszeruj odważnie przed siebie w dalszym ciągu. Pielgrzymi i bracia żałobnicy, złączcie się w zespół przyjacielski. Ciemne dla większości spośród nas ścielą się drogi nasze poprzez dzikie pustkowie tego świata: oby kroczenie nasze po nich było równe i stanowcze. Niech krzyż, jaki dźwigamy, służy nam za sztandar; za kij pielgrzymi, jako za podporę naszą, mamy obietnicę Tego, którego „słowo jest wypróbowane, którego drogi i sposoby są doskonałe“; naszą obecną nadzieją jest przezorność Tego, „kto darzy nas tarczą zbawienia, Tego, czyja dobroć czyni ludzi wielkimi; ostateczną siedzibą naszą łono Tego, który przebywa na wyżynie niebios“; nagrodą, wieńczącą — gloria wiekuista i bezmierna. Wiedźmy żywot nasz tak, abyśmy mogli uzyskać ją: znośmy trudy i przeciwności, jako dobrzy żołnierze, dokończmy naszego biegu i zachowajmy wiarę, że w ostatecznym wyniku wyjdziemy z tych zapasów czymś więcej jeszcze niż zwycięzcami. „NIE UMRZEMY!“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pewnego poranka czerwcowego byłyśmy wszystkie zgromadzone w klasie w oczekiwaniu na wykład literatury. Wybiła godzina, spodziewałyśmy się przyjścia profesora.
Uczennice pierwszego oddziału siedziały wyjątkowo spokojnie i cicho; przepisane na czysto i przygotowane na lekcję wypracowania leżały w pogotowiu przed nimi, starannie przewiązane wstążeczkami, aby profesor, przebiegając pośpiesznie od pulpitu do pulpitu, mógł od razu pozbierać wszystkie. Był już lipiec, poranek wyjątkowo piękny, oszklone, szeroko otwarte drzwi dawały wolny przystęp rzeźwiącemu wietrzykowi, pod którego tchnieniem kołysały się rosnące przy oknach rośliny, pochylając główki, zaglądając do wnętrza, zdając się naszeptywać jakieś wieści.
Monsieur Emanuel nie zawsze bywał ściśle punktualny, nie dziwiłyśmy się też jego opóźnieniu, zaskoczone, natomiast, byłyśmy, kiedy drzwi z kurytarza otworzyły się wreszcie i, zamiast niego, wbiegającego, jak zwykle, pośpiesznym, ożywionym krokiem, weszła spokojna, opanowana Madame Beck.
Podszedłszy do katedry, zajmowanej zazwyczaj przez Monsieur Paula, stanęła przed nią, opięła się szczelniej lekkim, okrywającym jej ramiona szalem i, utkwiwszy wzrok w klasę, zaczęła mówić przyciszonym, zupełnie jednak zrównoważonym głosem;
— Dzisiejszego rana nie odbędzie się wykład literatury.
Po dwuminutowej przerwie nastąpiła druga część przemówienia:
— Wykłady te będą prawdopodobnie zawieszone na przeciąg tygodnia. Tyle czasu co najmniej będę zmuszona poświęcić na wyszukanie odpowiedniego zastępcy Monsieur Emanuela. Na razie będzie zadaniem naszym zająć w sposób pożyteczny te niewypełnione godziny.
— Profesor wasz, moje panie — dodała — zamierza w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób pożegnać się z wami. W tej chwili nie ma czasu na to. Przygotowuje się do dalekiej, długotrwałej podróży. Nagły, nader ważny obowiązek powołuje go na miejsce bardzo odległe od Labassecour. Postanowił opuścić Europę na czas nieokreślony. On sam zresztą, zechce na pewno opowiedzieć wam o tym coś więcej. Zamiast wysłuchania wykładu profesora Emanuela, poświęcicie, moje panienki, tę godzinę na czytanie po angielsku pod kierunkiem Mademoiselle Lucy.
Skłoniła głowę w dostojnym ukłonie, otuliła się szczelniej fałdami swojego szala i wyszła z pokoju szkolnego.
Zapadło głębokie milczenie. Po chwili przyciszony szept i niezwykły odgłos pochlipywania rozległ się w klasie. Wyraźne dla mnie było, że niektóre z uczennic płaczą...
Minęło kilka minut. Wzmogły się szmery, szepty, tu i owdzie odgłosy łkań. Uświadomiłam sobie nagle, że jest to niedopuszczalne rozluźnienie dyscypliny, rodzaj wzrastającego bezładu, jak gdyby dziewczęta poczuły brak kierowniczej żelaznej ręki, brak zwykłej surveillance. Przyzwyczajenie i stałe wdrażanie do obowiązku nakazały mi opanować szybko sytuację, przybrać zwykły surowy ton i dzięki temu doprowadzić klasę do normalnego stanu, przywrócić ład i ciszę. Na lekturę angielską obrałam ustęp dość długi i wymagający poważniejszego skupienia. Czytanie zajęło dziewczętom cały ranek. Przypominam sobie, że wyraźnie zniecierpliwiły mnie te spośród uczennic, które łkaniem przyjęły wiadomość o wyjeździe Monsieur Emanuela. Wiedziałam, że ich wzruszenie nie miało głębszego źródła ani znaczenia: było raczej wybuchem histerycznym. Powiedziałam im to bez ogródek, nie szczędząc ich bynajmniej. Nieomal wyśmiałam je. Byłam surowa i bezwzględna. W rzeczywistości nie byłam w stanie znieść ich łez, ani odgłosu ich łkania. Jedna zwłaszcza z dość ograniczonych, nieomal zupełnie tępych dziewcząt nie przestawała szlochać, kiedy inne uspokoiły się już od dawna. Nieuchronna konieczność dopomogła mi, każąc zwrócić się do niej w taki sposób, aby nie śmiała już dłużej pozwalać sobie na nieopanowane demonstrowanie swoich uczuć i musiała pokonać za wszelką cenę wstrząs, jakiego doznała.
Miałaby ona najzupełniejsze prawo i słuszność nienawidzieć mnie, gdyby nie to, że, po skończonej lekcji, w momencie, kiedy wszystkie uczennice wychodziły z klasy, kazałam jej pozostać, a po ich odejściu, zrobiłam to, czego nie robiłam dotychczas nigdy i wobec nikogo: przytuliłam dziewczątko do mojego serca i ucałowałam je w oba policzki. Uległszy jednak nagłemu temu popędowi, wysunęłam ją pośpiesznie na kurytarz, zwłaszcza, że po dokonanym wysiłku uspokojenia się, rozczulona moim upieszczeniem jej, rozszlochała się jeszcze rozpaczliwiej niż poprzednio.
Starałam się mieć wypełnioną obowiązkami każdą minutę tego dnia, chętnie też przesiedziałabym przy pracy do rana, gdyby wolno było mieć zapalone światło. Noc przyniosła mi w istocie ciężkie chwile, które pozostawiły na mojej twarzy aż nadto wyraźne ślady, źle oczywiście uzbrajające mnie do znalezienia się nazajutrz wobec nieznośnej paplaniny uczennic i nauczycielek. Jak należało spodziewać się, krążyły wszystkie rozmowy dokoła niezwykłej nowiny. Pierwszej chwili zaskoczenia towarzyszyło jeszcze zachowanie pewnej powściągliwości: rychło jednak uporały się dziewczęta z chwilowym wzruszeniem; wszystkie usta otworzyły się, obrotne języki zostały puszczone w ruch; nauczycielki, uczennice, służące nawet, wymieniały raz w raz imię Monsieur Emanuela. Jakto, on, którego związek ze szkołą datował od pierwszej chwili jej powstania, miałby nagle wycofać się z niej zupełnie?! Dziwne! Niepojęte! Nikt nie był w stanie zrozumieć tego.
Tyle, tak namiętnie, tak długo i tak często wałkowały tę sprawę na wszystkie strony i sposoby, że z całej tej niepowstrzymanej lawiny ich słów zaczęły wreszcie wyłaniać się pewne bliższe szczegóły. Trzeciego dnia mniej więcej usłyszałam, że ma on odpłynąć za tydzień jakoby, a nadto, że celem jego podróży są Indie Zachodnie. Spojrzałam na twarz i oczy Madame Beck, szukając w nich zaprzeczenia, lub przeciwnie, potwierdzenia tej wiadomości; usiłowałam wyczytać z jej twarzy, z jej rysów właściwą prawdę, nie uchyliła mi jednak ani rąbka jej poza tym, co było w danym wypadku banalne bez znaczenia. — Rozstanie się z nim — deklamowała patetycznie — jest dla niej olbrzymią stratą. Nie ma pojęcia w jaki sposób wypełni tę dotkliwą lukę. Tak jest zżyta ze swoim krewniakiem, który stał się jej prawą ręką! Jak poradzi sobie bez niego? Była zrazu bardzo przeciwna jego wyjazdowi, Monsieur Paul przekonał ją jednak, że wzywa go obowiązek, wobec czego zmuszona jest poddać się nieubłaganej konieczności.
Powiedziała to wszystko publicznie, w klasie, a potem powtórzyła przy obiedzie, mówiąc o tym głośno z Zélie St. Pierre.
— Dlaczego miałoby to być jego obowiązkiem? — mogłam ją zapytać. Miałam szczerą ochotę, a nawet zamiar przyłapać ją nagle, w momencie, kiedy spokojnie przechodziła obok mnie w klasie, wyciągnąć ku niej rękę, przytrzymać ją i rzec: — „Niech pani powie nam dlaczego obowiązkiem jego jest iść na wygnanie?“ — Ale Madame zwracała się do coraz innej nauczycielki, nie spojrzawszy ani razu na mnie, jak gdyby nie przypuszczała wcale, aby rzecz ta mogła obchodzić i mnie także.
Dni mijały. Nie mówiono już nic o przyjściu Monsieur Emanuela, aby pożegnać się z nami; nikt zresztą nie pytał o to, czy przyjdzie czy nie, nikt nie zdradzał zaniepokojenia, ani zgnębienia, że mógłby odjechać, nie przemówiwszy do nas, nie zobaczywszy się raz jeszcze z nami; przez cały czas nieustannej paplaniny na jego temat, nie potrącono ani razu o ten najżywotniejszy punkt. Co się tyczy Madame, miała ona oczywiście możliwość widywania go i mówienia mu wszystkiego, co miała mu do powiedzenia. Cóż więc mogło obchodzić, czy ukaże się on raz jeszcze wśród nas, w klasie?
Tydzień miał się ku końcowi. Oznajmiono nam, że data wyjazdu profesora ustalona jest na ten a ten dzień, że celem jego podróży jest „Gwadelupa“, a właściwie połączona z nią wąskim przesmykiem „Basse-Terre“. Na te dalekie wyspy, powoływać go miały rzekomo sprawy jego przyjaciół; nie jego własne. O tym byłam i ja najmocniej przekonana.
„Basse-Terre i Gwadelupa“. Mało sypiałam w tym okresie, a ilekroć zdrzemnęłam się, budziło mnie wnet nagłe wzdrygnięcie się, wydawało mi się bowiem, że słowa „Basse-Terre“ i „Gwadelupa“ zostały przez kogoś głośno wypowiedziane tuż nad moją poduszką, lub też przebiegały poprzez ciemność przede mną i dokoła mnie czerwonymi fioletowymi skrętami świetlnymi.
Wiedziałam, że nie ma żadnej rady ani pomocy na to co czułam, czy mogłam jednak nie odczuwać? Monsieur Emanuel był bardzo serdeczny dla mnie ostatnio; z każdą godziną stawał się lepszy i serdeczniejszy. Miesiąc już upłynął od owego dnia porozumienia się naszego na punkcie odrębności naszych zapatrywań na kwestie teologiczne i przez cały ten czas nie było pomiędzy nami żadnych tarć ani sporów. Ani też nie był spokój, jaki pomiędzy nami zapanował, zimnym wynikiem rozejścia się naszych dróg. Przychodził częściej i rozmawiał ze mną dłużej i obszerniej, aniżeli przed tym; spędzał ze mną całe godziny w nastroju łagodnie ukojonym, z pogodą w oku i miłym zrównoważeniem w sposobie bycia. Zaczęliśmy poruszać w rozmowach naszych miłe tematy: wypytywał mnie o plany moje i zamierzenia na przyszłość, a ja zwierzałam mu się z wszystkiego. Musiałam na jego żądanie powtarzać mu niejednokrotnie jakie mam zamiary, mimo że nazywał je rojeniami Alnasara. Nie było już pomiędzy nami żadnych zgrzytów; wzajemne nasze porozumienie zostało ustalone i pogłębione; serca nasze wypełniały uczucia zespolenia się i nadziei; wzajemne przywiązanie, głęboki szacunek i wzrastająca ufność umocniły zadzierzgnięte pomiędzy nami obojgiem więzy łączności.
Jaki spokój niezmącony panował na wykładach, których udzielał mi w dalszym ciągu. Nie było już szydzenia z mojego „intelektu“, nie było gróźb wystawiania mnie na publiczny egzamin; milczące uznanie, życzliwy kierunek, światła, wyrozumiała pomoc i łagodne wybaczanie — przy powstrzymywaniu się od głośnych pochwał — mile zastąpiły dawne zawistne szyderstwa i jeszcze bardziej zawistne namiętne zachwyty. Długie chwile przesiadywał czasem bez słowa, a kiedy zapadający zmierzch czy inne obowiązki zmuszały nas do rozstania, odchodził, szepcąc: — „Il est doux le répos! Il est précieux, le calme bonheur!“[79]
Pewnego wieczora, nie dalej niż przed dziesięcioma dniami, kiedy przechadzałam się po mojej alejce, podszedł do mnie i ujął mnie za rękę. Podniosłam oczy, aby spojrzeć na niego, sądziłam bowiem, że chce zwrócić na coś moją uwagę.
Bonne petite amie! — rzekł łagodnie — douce consolatrice![80] — Ale pod wpływem dotknięcia jego ręki i słów jego, zrodziło się w moim sercu nowe uczucie, powstała dziwna myśl. Czy możliwe, aby stawał się on dla mnie czymś więcej, aniżeli przyjacielem, tylko, niż bratem? Czy wyraz jego twarzy zdradza uczucie silniejsze niż braterstwo i przyjaźń?
Jego wymowne spojrzenie zdradziło coś więcej jeszcze, jego ręka pociągnęła mnie ku sobie, wargi jego, mające wypowiedzieć myśl jego, poruszyły się. Nie, nie teraz. W mrok alejki wdarła się przeszkoda: podwójna i podwójnie złowroga — przed nami, jak gdyby spod ziemi, wyrosły dwie postaci — kobiety i księdza: Madame Beck i Père-Silasa.
Nie zapomnę nigdy wyglądu Ojca-Silasa. Pierwszym jego odruchem na widok pochwyconego na gorącym uczynku przejawu żywszego uczucia, było dziwne Jean Jacques‘owskie podniecenie, wnet potem wszakże przyćmiła je śledziennicza zazdrość księża. Przemówił do mnie z namaszczeniem. Na wychowanka swojego rzucił spojrzenie surowe. Co się tyczy Madame Beck, nie dostrzegła oczywiście, — nic-nic, mimo że kuzyn jej nie wypuszczał w jej obecności z uścisku ręki heretyckiej cudzoziemki, nie pozwalając jej wycofać się i, wręcz przeciwnie, przytrzymując ją mocniej jeszcze.
Nagłe oznajmienie o wyjeździe, jakie nastąpiło po wszystkich tych wydarzeniach, uderzyło mnie zrazu jako rzecz nieprawdopodobna. Trzeba było dopiero częstego powtarzania tej wiadomości i uwierzenia w nią stu pięćdziesięciu osób dokoła mnie, aby zmusić i mnie wreszcie do uwierzenia w nią. Tydzień daremnego wyczekiwania wypełniony pustką spopielałych do cna dni, podczas których nie otrzymałam od niego ani jednego słowa wyjaśnienia, jakże pamiętny mi pozostał, mimo że nie byłabym zdolna opisać jego przebiegu.
Nadszedł dzień ostatni. Teraz chyba przyjdzie do nas. Przyjdzie i pożegna się z nami, niepodobna bowiem przecież, aby tak bez słowa zniknął z naszego życia i nie był nigdy więcej tutaj oglądany.
Z myślą podobną nie mogłaby pogodzić się ani jedna z przebywających w obrębie szkoły istot. Wstałyśmy wszystkie o zwykłej godzinie; zjadłyśmy, jak zwykle, śniadanie i, nie wspomniawszy ani jednym słowem, nie pomyślawszy na pozór wcale o odjeżdżającym profesorze, zabrałyśmy się do zwykłych naszych czynności. W całym domu panowało takie zapomnienie o wszystkim, poza obowiązkami szkolnymi, ich zwykły tryb tak niezmiennie był ustalony, rozkład dnia tak niezachwianie przestrzegany, tak zupełnie nie było w nim miejsca na żadne niespodzianki, że nie wiedziałam nieomal jak mam oddychać w martwej tej, nieporuszonej najlżejszym drgnieniem atmosferze. Czy nikt nie zwróci się do mnie z zapytaniem? Nikt nie wypowie prośby, którą mogłabym spełnić? Nie zażąda czegoś takiego, na co mogłabym pozwolić?
Pensjonarki i uczennice przychodnie bywały tylokrotnie jednogłośne i jednomyślne w domaganiu się najzwyklejszych drobiazgów — rozrywki jakiejś, zwolnienia od zajęć, odłożenia lekcji — teraz wszakże nie przychodzi im na myśl osaczyć gromadnie Madame Beck, nalegając, aby umożliwiła im widzenie się i pożegnanie po raz ostatni z profesorem, niewątpliwie lubianym przez wszystkie, a przynajmniej, przez niektóre, kochanym tak, jak mogły i umiały one kochać. Czym jest jednak miłość ogółu?!
Wiedziałam gdzie mieszka, wiedziałam, gdzie mogę dowiedzieć się czegoś o nim, czy skomunikować się z nim, gdyby jednak było to w sąsiednim pokoju nawet, nie byłabym zdolna, niewezwana, skorzystać z takiej możliwości. Iść za kimś, przypominać o sobie, szukać — nie umiałabym zdobyć się na tego rodzaju rzeczy.
Monsieur Emanuel mógł przejść tak blisko mnie, że mogłabym dosięgnąć go wyciągniętą ku niemu ręką, gdyby jednak przeszedł obok mnie w milczeniu, bez zwrócenia na mnie uwagi, pozwoliłabym mu przejść i milczałabym również, nieporuszona.
Ranek był zmarnowany. Nastąpiło popołudnie; przypuszczałam, że wszystko już przepadło, serce moje dygotało w piersi, krew zmącona była i zahamowana w swoim obiegu. Czułam się chora i złamana, gdy dokoła mnie cały młody światek obojętnie uwijał się w dalszym ciągu; wydawał się wesoły, beztroski, niezaprzątnięty żadną myślą poważniejszą: te same uczennice, które przed tygodniem zaledwie łkały histerycznie przy usłyszeniu poruszającej je wszystkie nowiny, zdawały się nie pamiętać już wcale o niej, o jej doniosłości i o swoim wzruszeniu.
Na krótko przed piątą po południu, przed godziną rozejścia się półpensjonarek, przysłała Madame Beck po mnie, żądając, abym zjawiła się w jej pokoju celem przeczytania jej i przełożenia na francuski otrzymanego przez nią angielskiego listu, na który miałam także dać odpowiedź. Zanim zabrałam się do poruczonego mi zadania, zdołałam dostrzec, że Madame zamknęła cichutko jedne i drugie drzwi swojego pokoju, a nawet zamknęła i założyła na antaby obie połowy okien, mimo, że dzień był upalny, a zazwyczaj uważała za nieodzowne umożliwianie jak najswobodniejszego dopływu powietrza. W jakim celu ta przezorność? Pytanie to nasunęło mi się pod wpływem nagle zrodzonego w umyśle moim podejrzenia. Czy chciała zapobiec w ten sposób dojściu do moich uszu pewnego odgłosu? Odgłosu czego?
Nadsłuchiwałam z tak czujnym naprężeniem, jak nigdy w życiu, nadsłuchiwałam, jak wilk w zimie wietrzy z nadejściem wieczora śnieg, jak wypatruje i nadsłuchuje obecność łupu, zdolny słyszeć dalekie kroki wędrowca, czy uderzenia kopyt jego konia. Byłam zdolna jednak równocześnie słuchać i pisać. Doszedłszy mniej więcej do połowy pisania po angielsku dyktowanej mi przez Madame Beck po francusku odpowiedzi na list, usłyszałam coś, co powstrzymało moje pióro — kroki w przedsionku. Nie słychać było dzwonka przy drzwiach wejściowych; najwidoczniej Rozyna, stosując się do wydanego jej niewątpliwie rozkazu, uprzedziła podobną reveillée — hałaśliwe dzwonienie — Madame spostrzegła moje zatrzymanie się. Zakasłała, żywo poruszyła się i zaczęła dyktować głośniej. Kroki skierowały się ku klasie.
— Niech pani pisze dalej — rozkazała Madame, ręka moja była jak spętana wszelako, ucho nieczułe na żadne inne dźwięki, poza odgłosem owych kroków, myśl wypełniona odmienną zupełnie treścią.
Klasy mieściły się w oddzielnym budynku: hall — tak zwane carré — odgraniczał je od domu mieszkalnego: mimo jednak odległości i odgrodzenia usłyszałam nagłe poruszenie w jednej z klas, wyraźne podniecenie licznego oddziału szkolnego.
— Odkładają widocznie swoje roboty — zauważyła Madame.
Była to w istocie godzina odkładania roboty, dlaczego jednak to wielkie poruszenie — ten powstały tak nagle hałas i zamęt?
— Proszę, zechce pani zaczekać na mnie. Pójdę zobaczyć co się stało — rzekłam.
Nie dodawszy ani słowa, odłożyłam pióro i opuściłam ją. Opuściłam ją? Nie. Nie należała do tych, które się opuszcza: nie mogąc przeszkodzić mojemu wyjściu, nie mając władzy zatrzymania mnie, wstała i poszła w ślad za mną, jak cień. Na ostatnim stopniu schodów odwróciłam się.
— Czy i pani idzie także, Madame?
— Tak — rzekła, patrząc mi w oczy ze szczególnym wyrazem: chmurnym, ale stanowczym. Poszłyśmy więc, nie po społu jednak; Madame szła tuż za mną, krok w krok.
Był na miejscu. Wszedłszy do pierwszej klasy, ujrzałam go. Raz jeszcze stanęła przede mną tak dobrze znana, tak bliska mi postać. Nie wątpię, że uczyniono wszystko, aby powstrzymać go od przyjścia tutaj, przyszedł jednak.
Dziewczęta otoczyły go półkolem, a on obchodził je, jedną po drugiej, żegnając się z nimi, ściskając je za ręce, dotykając ustami policzka każdej. Obyczaj cudzoziemski pozwala na to przy podobnej ceremonii uroczystego pożegnania, rozłąki na tak bardzo długo.
Dręczyło mnie najciężej poczucie, że mam nieustannie na karku idącą tuż za mną Madame Beck; szyja moja i plecy wzdrygały się gorączkowo pod owiewającym je oddechem jej; byłam straszliwie podniecona.
Zbliżał się, obszedł już prawie całe półkole dziewcząt, podchodził do ostatniej i wreszcie zawrócił. Ale Madame zdążyła wysunąć się przede mną, pierwsza, zdając się powielać swoje rozmiary, poszerzać, rozpościerać i pogrubiać fałdy okrywającego ją szala; zasłoniła mnie w zupełności, byłam całkowicie ukryta przed wzrokiem tego, kto niewątpliwie szukał mnie nim. Znała moją słabość, moją niezdarność w wywalczaniu czegokolwiek dla siebie przebojem; umiała obrachować stopień mojej bezradności, mojego moralnego bezwładu i zupełnego mojego braku zdolności samoobrony, jakie paraliżowały mnie w momentach przełomowych. Pośpieszyła ku swemu krewniakowi, zalewając go od razu potokiem wymowy, ściągając na siebie całą jego uwagę, przepychając go przemocą nieomal ku oszklonym drzwiom, wychodzącym na ogród. Miałam wrażenie, że rozejrzał się dokoła; gdybym mogła ściągnąć na siebie jego wzrok, zdobyłabym się, sądzę, na odwagę wystąpienia i może nawet odbicia jeńca, którego tak wyłącznie zawładnęła Madame; w pokoju klasowym zapanował już jednak chaotyczny zamęt, półkole rozpadło się na pojedyńcze grupki, a moja postać utonęła pośród trzydziestu innych, bardziej rzucających się w oczy. Madame dokonała, jak zwykle, tego, czego chciała dokonać. Tak, udało jej się uprowadzić go, zanim zdołał mnie dostrzec. Pewien był oczywiście, że nie ma mnie wcale pośród obecnych. Wybiła piąta: rozbrzmiał dzwonek, oznajmiający ukończenie dnia szkolnego, półpensjonarki odłączyły się od stałych uczennic, pokój opróżnił się.
W pamięci mojej pozostało wrażenie głębokiego mroku kilkunastu minut, jakie przeżyłam, pozostawszy zupełnie sama — oddana na łup niewypowiedzianego zgnębienia i oderwania od otaczającej mnie rzeczywistości w ciągu kilku minut z powodu utraty, która wydała mi się niemożliwa do przeżycia. Co należało przedsięwziąć? O, co pozostało mi do zrobienia? Co począć teraz, kiedy jedyna nadzieja mojego istnienia wydarta została doszczętnie z mojego śmiertelnie zranionego serca?
Nie wiem na co ważyłabym się w bezbrzeżnej mojej rozpaczy, gdyby w tym właśnie momencie najmłodsza dziewczyneczka w naszej szkole nie nadbiegła, wpadając z całą naiwnością i prostotą dziecięcą w sam ośrodek szalejącego w duszy mojej z siłą żywiołową, mimo że bezsłownego konfliktu.
— Mademoiselle — wyseplenił cienki głosik — mam to oddać pani. Monsieur Paul nakazał mi, żebym poszukała panią w całym domu, od grenier — strychu — do cave — piwnicy — a jak panią znajdę, żebym pani to oddała.
Z tymi słowami wręczyła mi dziewczynka kartkę: ni to mała biała gołębica sfrunęła na moje kolana wyrwana z notatnika gałązka oliwna. Nie było na kartce ani adresu, ani nazwiska, jedynie tylko następujące słowa:
„Nie miałem zamiaru pożegnać się i z panią także, kiedy żegnałem się z wszystkimi innymi, miałem jednak nadzieję, że zobaczę panią w klasie. Spotkało mnie przykre rozczarowanie. Widzenie się nasze musiało wobec tego zostać odroczone. Zanim odpłynę, musimy raz jeszcze widzieć się przez dłuższy czas, wystarczający do swobodnego szczegółowego rozmówienia się naszego. Niech pani będzie gotowa; godziny mojego pozostawania jeszcze tutaj są policzone, i w tej chwili właśnie objęte w wyłączne posiadanie. Poza tym mam jeszcze do załatwienia pewną prywatną sprawę, której nie chce poruszyć, ani też zaufać nikomu — nawet pani — Paul.“
„Niech pani będzie gotowa“. — A zatem nastąpi to dzisiaj wieczorem; ma wszak odpłynąć jutro. Tak, tego byłam pewna. Widziałam ogłoszoną w dzienniku miejscowym datę odpłynięcia jego parowca. O, stawię się gotowa na zew. Czy jednak to upragnione spotkanie będzie naprawdę mogło dojść do skutku? Tak mało pozostaje czasu! Ci, których dziełem była piekielna intryga, roztoczyli tak niesłychanie czujny nadzór, są tacy niezmordowanie czynni, tak wrogo usposobieni! Droga dostania się jego do mnie wydała mi się nieprzebyta jak przepaść, głęboka jak otchłań. — Appollyon osadzony okrakiem ponad przepaścią, zionący ogniem. Czy mój rycerz wzniosłego serca będzie zdolny przebyć taką drogę? Czy duchowy mój przewodnik będzie w stanie dotrzeć do mnie?
Kto zdolny jest to przepowiedzieć? Zaczęłam jednak nabierać nieco otuchy, spłynęło na mnie źdźbło pociechy; wydało mi się, że czuję tętno jego serca, bijącego wiernie w dalszym ciągu do wtóru z moim.
Czekałam na mojego mistrza. Appollyon przybywał ciągnąc za sobą swoje czeluści piekielne. Myślę, że gdyby Wieczność mieściła w sobie udrękę serca, jej postacią nie byłby stos ognisty, ani pień ofiarny, ani też istotą jej nie byłaby rozpacz. Myślę, że pewnego dnia, jednego spośród tych dni, które nigdy nie zaznały wschodu, i nigdy także nie zaznają zachodu, zstąpił anioł do Hadesu — stanął tam, jaśniejący, uśmiechnięty i obwieścił zapowiedź możliwości wybawienia, wzniecił złudę nadziei przyszłego szczęścia, które ma nastąpić nie teraz, ale o nieprzewidzianej godzinie nie dającego się przewidzieć dnia, urzeczywistniając w całej rozciągłości i wielkości wspaniałą swoją zapowiedź — a po tym oświadczeniu, wzbiwszy się na skrzydłach na wyżyny, stał się gwiazdą i znikł w rodzimych swoich niebiosach. Tym, co pozostawił po sobie, byłaby niepewność i zawieszenie, gorsze niż rozpacz.
Cały ten wieczór spędzałam na wyczekiwaniu, ufna w zesłaną przez gołębicę gałązkę oliwną, mimo ufności tej jednak przejęta straszliwą obawą. Strach też ciążył mi okrutnie. Znałam ten zimny, osobliwy ciężar, towarzyszący uzasadnionym przeważnie przeczuciom. Pierwsze godziny wydawały się długie i przebiegały wolno: następne ulatywały tak szybko, że myślałam już tylko w jaki sposób móc je zatrzymać. Przeminęły z chyżością pędzącej i znikającej chmury — ni to obłok odlatujący przed burzą.
Minęły. Rozproszył się żar letniego dnia, jak rozsypuje się na popiół kłoda drzewna spalana na Boże Narodzenie; zbladł szkarłat łuny zachodu; pozostałam pochylona pośród chłodnych, sinych cieni ponad bladym barwy popiołu lśnieniem nocy.
Zakończone były wieczorne modlitwy, nadszedł czas udania się na spoczynek: moje współtowarzyszki sypialni poszły na górne piętro. Ja jedna wciąż jeszcze pozostawałam w cichym, mrocznym pokoju klasowym, zapominając, a w każdym razie lekceważąc przepisy domowe, o których nigdy dotychczas nie zapominałam i których nigdy dawniej nie lekceważyłam.
Nie umiałabym powiedzieć jak długo przemierzałam klasę tam i z powrotem. Chodziłam tak w ciągu wielu godzin; automatycznie poodsuwałam wszystkie stojące mi w drodze ławki i pulpity, oczyściwszy dla siebie w ten sposób wolne przejście wzdłuż nich. Chodziłam tam i z powrotem i kiedy nareszcie mogłam być pewna, że wszyscy domownicy pogrążeni są we śnie i nie mogą mnie słyszeć, pozwoliłam sobie wreszcie dać wolny upust dławiącym mnie łzom. Polegając na tajemnicy nocy, ufając samotności, nie trzymałam już dłużej na uwięzi łkań, rozsadzających mi pierś, nie zaciskałam kurczowo powiek, nie pozwalając wytrysnąć skupionym pod nim łzom. Ciążyły mi one, tłocząc rozpalonym ołowiem moje serce i wreszcie, wyzwolone, przedarły się na zewnątrz. Jaki smutek mógł być jednak uświęcony w tym domu?
W kilka minut po jedenastej, zatem o niezwykle późnej godzinie jak na obyczaje Rue Fossette, otworzyły się drzwi, ostrożnie, ale nie ukradkiem. W świetle lampy zatonęła poświata księżyca; weszła Madame Beck ze zwykłym spokojem, jak gdyby zjawiła się o zwykłej porze i w zwykłej sprawie. Zamiast zwrócić się wprost do mnie, podeszła do swojego biurka i wzięła leżące na nim klucze, zdając się szukać czegoś w szufladzie i udając ociąganie się długie, nazbyt długie, ze znalezieniem tego, czego rzekomo szukała. Zachowała swój zwykły, może tylko nieco nadmierny spokój. Nie byłam w stanie znieść tej komedii. Dwie godziny, spędzone na samotnym, daremnym oczekiwaniu wyprowadziły mnie zupełnie z równowagi, każąc zapomnieć o lęku, szacunku i uległości, jakie cechowały stale mój stosunek do przełożonej. W normalnych warunkach prowadzona na pasku słowem i gestem,, nie byłam już teraz zdolna znosić dłużej jarzma, nie mogłam zmusić się do ulegania przemocy.
— Najwyższy czas, aby pani udała się na spoczynek — rzekła Madame — od zbyt dawna już przekroczone zostały przez panią przepisy naszego domu.
Ku wielkiemu swemu zdumieniu nie otrzymała Madame odpowiedzi, ani natychmiastowego posłuchu na swoje słowa; nie zaprzestałam ani na chwilę przemierzania pokoju tam i z powrotem, a kiedy stanęła mi w drodze, usunęłam ją bez ceremonii.
— Niech pani posłucha mnie i uspokoi się, Miss Lucy; pozwoli pani, że odprowadzę panią do jej pokoju — rzekła, usiłując przemawiać do mnie łagodnie, jak do dziecka.
— Nie — odparłam — ani pani, ani nikomu innemu nie pozwolę uspokajać się, ani wyprowadzać mnie stąd.
— Każę wygrzać dobrze łóżko pani. Goton nie śpi jeszcze. Ona sama dopilnuje, aby urządzić pani wygodne posłanie i da pani jakiś środek uspokojający.
— Madame — wybuchłam — jest pani sensualistką. Przy całej pozornej wzniosłości, przy całym dbaniu swoim o dostojność zachowania, jest pani bezsprzeczną sensualistką — istnieją dla pani uciechy i wymogi zmysłów jedynie. Może pani dowoli wygrzewać i miękko uściełać własne łóżko, brać środki uspokajające, raczyć się, ile dusza zapragnie, mięsiwami, korzennymi przyprawami, napojami i słodyczami. O ile doświadcza pani jakichś smutków i rozczarowań — przeżywa je pani może — nie! — wiem, że je pani przeżywa — wolno pani szukać dla siebie własnych środków zapobiegawczych, jakie pani dyktuje jej upodobanie. Mnie jednak, niech pani da spokój, słyszy pani?! Niech mi pani da spokój!
— Muszę przysłać kogoś innego do pilnowania pani. Przyślę pani Gotton.
— Zabraniam tego. Proszę pozostawić mnie w spokoju. Proszę mnie nie dotykać i nie interesować się ani mną, ani moim życiem, ani moimi troskami. O, Madame, ręce pani niosą chłód i truciznę! Zatruwa pani i obezwładnia.
— Co uczyniłam pani złego, Miss Lucy? Nie wolno pani poślubić Paula. Nie może on się żenić. Nie ma prawa.
— Pies pilnujący stogu siana! — rzuciłam jej. Wiedziałam, że ona sama, mimo że ukrywa się z tym, chce, zawsze chciała wyjść za niego za mąż. Nazywała go „insupportable“ — nieznośnym — drwiła z niego, że jest „dévôt“ — pobożnisiem — nie kochała go, ale chciała mieć w nim męża, aby związać go jeszcze bardziej nierozerwalnie ze swoim zakładem wychowawczym. Przeniknęłam niektóre tajemnice Madame — nie wiem w jaki sposób: czy intuicyjnie, wiedziona natchnieniem? — nie umiałabym tego powiedzieć. W dłuższym współżyciu z nią przekonałam się, że o ile nie ma do czynienia z kimś niższym od siebie, musi zawsze być współzawodniczką, zwycięską przeważnie. Była moją współzawodniczką, wypowiedziała mi walkę na śmierć i życie, trzymała to jednak w najściślejszej tajemnicy, ukrywała pod maską największej słodyczy. Nikt, prócz mnie tylko i — oczywiście jej samej, nie wiedział co kryje się pod tym najłagodniejszym, najniewinniejszym pozorem.
Dwie minuty stałam nad Madame, czując, że ta kobieta nieugięta jest w tej chwili w mojej władzy; w pewnych warunkach — zależnych od mojego nastroju — takiego jak ten obecny — jej ukrywanie się, jej maska i jej domino były dla mnie ni to zwykła siatka, przetkana dziurami, poprzez które w całej pełni obnażała się przed moimi oczami istota bez serca, samolubna, myśląca jedynie o dogadzaniu samej sobie, niecnie przyziemna. Cofnęła się spokojnie; łagodna na pozór i bardzo opanowana, rzekła: — „Skoro pani nie życzy sobie, abym nakłoniła panią do udania się na spoczynek, zmuszona jestem, acz niechętnie, pozostawić panią jej własnemu losowi“. Rzekłszy to, wyszła z pokoju, nie ociągając się już, bardziej może nawet rada z możności wydostania się, aniżeli ja z jej odejścia i zniknięcia sprzed moich oczu.
Było to jedyne, wydobywające na zewnątrz błysk prawdy starcie, jakie nastąpiło kiedykolwiek pomiędzy mną a Madame Beck: ta krótka scena nocna nie powtórzyła się nigdy. Madame nie zmieniła ani o krztę stosunku swojego do mnie. Nie wiem nawet, czy pomściła na mnie doznaną zniewagę; nie umiałabym także powiedzieć, czy, bardziej jeszcze niż dotychczas, znienawidziła mnie za moją zabójczą szczerość. Mam wrażenie, że opancerzyła się uprawianą tajemnie filozofią, jaką zdołał wyrobić sobie jej mocny, trzeźwy umysł; postanowiła zapomnieć o tym, o czym niechętnie przypominała sobie. Wiem to jedynie, że do końca naszych wzajemnych stosunków nie nastąpiło ani razu powtórzenie podobnej sceny, ani nawet nie padło pomiędzy nami nigdy napomknienie o burzliwym tym przejściu.
Osobliwa noc ta minęła: wszystkie noce — nawet bezgwiezdna przed końcem ostatecznym — muszą przemijać. Około szóstej, o godzinie, wzywającej domowników do wstania, wyszłam na dziedziniec i obmyłam twarz zimną, świeżą wodą studzienną. W momencie przechodzenia przez carré ujrzałam w lustrze dębowej szafy odbicie mojej twarzy. Uderzyła mnie zmiana, jaka zaszła w niej: moje policzki i wargi były papierowo-białe, oczy zaszklone, powieki opuchnięte i sino-szkarłatne.
Kiedy znalazłam się wobec moich towarzyszek, wiedziałam, że spojrzały na mnie wszystkie z zaciekawieniem — moje serce zdawało się obnażać przed nimi: byłam pewna, że w tej chwili zdradziłam moją tajemnicę wobec nich. Najpotworniejsza była dla mnie myśl, że najmłodsze dziewczynki w szkole domyślają się bez wątpienia dlaczego i ze względu na kogo tak straszliwie rozpaczam.
Izabella, dziecko, które niegdyś pielęgnowałam w chorobie, podeszła do mnie. Czy i ona także wyszydzi mnie?
Que vous êtes pâle! Vous êtes donc bien malade, mademoiselle?[81] — rzekła, wkładając palec do ust, wpatrzona we mnie z tępą bezmyślnością, która w tej chwili wydała mi się szczytniejsza od przejawów najbystrzejszego rozumu.
Izabella nie pozostała odosobniona w błogosławionej swojej niewiedzy: zanim jeszcze dzień ten ukończył się, miałam dostateczne powody wdzięczności względem wszystkich domowników, którzy, podobnie jak ona, nie wiedzieli o niczym. Ogół ma co innego do roboty, niż odczytywanie cudzych serc, wyławianie mętnych pogłosek i usiłowanie wyjaśniania ich sobie. Kto chce, może zachować własne swoje sprawy w tajemnicy i być jedynym jej panem. W przebiegu tego dnia zyskiwałam jeden dowód po drugim nie tylko tego, że większość nie domyśla się powodu mojego obecnego strapienia, ale że całe moje życie wewnętrzne z ostatniego półrocza jest wciąż w dalszym ciągu ukryte niedostępnie przed wszystkimi poza mną samą jedynie. Nikt nic o niczym nie wiedział, nikt nie zauważył, że jedna poszczególna istota i życie jej mają dla mnie wyjątkowe znaczenie spośród wszystkich innych istot i ich żywotów. Plotka nie wciągnęła mojej osoby w plugawą swoją orbitę; ciekawość przeoczyła mnie i moje sprawy: czający się zawsze w pobliżu zjadliwy wpływ ich obu nie ześrodkował się nigdy na mnie. Istnieją organizmy, zdolne przebywać w szpitalach przepełnionych chorymi tyfusowymi i uniknąć zakażenia. Monsieur Emanuel przychodził i odchodził; udzielał wykładów i szukał mnie; w porę i nie w porę wzywał mnie do siebie, a ja szłam zawsze za jego wezwaniem: — „Miss Lucy jest potrzebna Monsieur Paulowi“. — „Miss Lucy jest na wykładzie Monsieur Paula“ — tak brzmiało stałe sprawozdanie, którego nikt nie komentował w sposób dwuznaczny, a tym bardziej nie potępiał. Nikt nie wspominał o tym, nikomu nie wpadło na myśl podkpiwać z tego. Jedyna Madame Beck odgadła zagadkę, której nie rozwiązał nikt inny. Moje obecne cierpienie zostało ochrzczone silnym napadem migreny — nie zaprotestowałam przeciwko takiemu zamianowaniu go.
Jakaż jednak choroba ciała mogła dorównać temu cierpieniu duszy? Pewność, że odjechał bez pożegnania się ze mną — okrutne przeświadczenie, że los i prześladujące mnie furie — zazdrość kobiety i bigoteria księdza — nie pozwoliły mi widzieć go raz jeszcze ,były udręką nie do zniesienia. Cóż dziwnego, że drugi z kolei wieczór zastał mnie taką samą jak pierwszy — niepocieszoną, zranioną do głębi w sposób niewypowiedzianie okrutny, ponownie przemierzającą tam i z powrotem samotny pokój w nieukojonej pasji bezsłownej rozpaczy.
Madame Beck nie potrudziła się tej nocy osobiście, aby wezwać mnie do udania się na spoczynek — nie zjawiła się wcale. Chcąc uniknąć zetknięcia ze mną, przysłała Ginevrę Fanshave — nie mogła użyć odpowiedniejszego i zręczniejszego pośrednika do wykonania danego jej polecenia. Pierwsze słowa Ginevry: — „Czy migrena jeszcze tak bardzo dokucza pani dzisiaj?“ (Ginevra, tak samo jak wszyscy inni, była pewna, że mam migrenę, która spowodowała niezmierną bladość mojej twarzy i dziwny niepokój całego ciała, niepozwalający mi usiedzieć na chwilę) — jej pierwsze słowa wzbudziły we mnie chęć ucieczki bądź dokąd, byle nie znajdować się w obrębie jej dosięgalności. Rychło też uskarżania się jej, jakie nie omieszkały nastąpić, na dolegający jej samej ból głowy, dopełniły reszty.
Dobrowolnie poszłam na górę do sypialni. Leżałam już w łóżku, na nędznym moim posłaniu, wydana na łup wwiercających się w mój mózg skorpionów, leżałam nie dłużej, niż pięć minut, kiedy przybył inny jeszcze poseł: Goton, która przyniosła mi jakiś napój... Paliło mnie pragnienie — wchłonęłam też podany mi płyn duszkiem: było to coś słodkiego, wyczułam jednak ostry smak i zapach lekarstwa.
— Madame mówi, że zaśnie pani pod wpływem tego napoju, chou-chou — rzekła Goton, odbierając mi opróżnioną do dna filiżankę.
Wlano więc we mnie jednak środek uspokajający! Dano mi w istocie silnie działający narkotyk, który miał unieruchomić mnie i obezwładnić na jedną noc.
Wszyscy domownicy pokładli się spać, zapalono nocne światełko; w sypialni zapanowała cisza. Sen ogarnął rychło moje współmieszkanki. Do tych wszystkich wezgłowi miał sen łatwy dostęp, był panem i władcą głów i serc, których nie objęły w posiadaniu ból i troska, omijał, natomiast, niepokojących się, stroskanych i cierpiących, nie zatrzymując się przy nich wcale. Wiedział, że dobroczynna władza jego nie znajdzie tu zastosowania.
Środek zaczął działać. Nie wiem czy Madame zaaplikowała nadmierną, czy niedostateczną dawkę: faktem jest, że wynik nie odpowiedział jej zamierzeniom. Zamiast odrętwienia wywołał podniecenie. Ogarnął mnie nowego zupełnie rodzaju nastrój — podniecenie o charakterze wielce osobliwym. Jak gdyby nagły zew potężny powołał do życia wszystkie moje władze duchowe, które rozbrzmiały hasłem czynu płodnego, wzywającym mnie dźwiękiem trąb swoich o tak niewczesnej porze. Wyobraźnia moja, znieczulona od dłuższego czasu, ocknęła się nagle, zrywając się do lotu z niesłychanym impetem. Z pogardą spojrzała na ciało moje — swoją towarzyszkę.
— Zbudź się! Do działania! — ofuknęła mnie. — Leniwcze! Tej nocy ja obejmuję rządy; kierować będzie tobą moja wola; ty sama nic nie będziesz miała tutaj do powiedzenia.
— Wyjrzyj na świat boży i spójrz jak wygląda spowity mrokiem! — rozkazała, a kiedy podniosłam ciężką zasłonę z najbliższego otworu okiennego, wskazała mi gestem królewskim księżyc wysoko na niebie, płynący pośród głębokiego, wspaniałego żywiołu.
Sprawiła nade wszystko, że moje zbudzone do nowego, pełnego życia zmysły nie były już w stanie znieść dłużej ciasnoty, przytłaczającego rozprażenia i mroku sypialni, rozjaśnionego jedynie pełgającym światełkiem nocnej lampki. Skusiła mnie do opuszczenia tej nory i pójścia za nią do królestwa rosy, chłodu i świetlanej promienności.
Ukazała mi osobliwą wizję Villette o porze północnej. Ukazała mi zwłaszcza park latem, z jego długimi, samotnymi, cichymi, mimo to zupełnie bezpiecznymi alejami; pośród nich spoczywała ujęta w kamienne ocembrowanie sadzawka — znałam ją; stawałam często obok niej, ukrytej głęboko w cieniu drzew, pełnej po brzegi chłodnej wody, przejrzystej na zielonym, omszałym, porosłym sitowiem podłożu. Co to ma wszystko znaczyć? Wrota parku były zamknięte, czuwała przy nich straż nocna; nie podobna było dostać się do wnętrza.
Czy naprawdę nie podobna było dostać się? Rzecz warta namysłu. Podczas rozważania jej zaczęłam automatycznie zupełnie ubierać się. Bezwzględnie niezdolna ani zasnąć, ani uleżeć spokojnie, drgająca wszystkimi fibrami ciała, od stóp do głowy — cóż mogłam zrobić lepszego, niż ubrać się?
Wrota były zamknięte, straż ustawiona przed nimi: czyżby naprawdę nie było dostępu do parku?
Parę dni przed tym, przechodząc obok jego sztachet, zauważyłam otwór w nich, jeden z kołków był wyłamany: przypomniał mi się on w tej chwili właśnie; — widziałam otwór przed sobą zupełnie wyraźnie — wąski, nieregularny, widoczny pomiędzy pniami lip, posadzonych szeregiem w regularnych odstępach, ni to zielona kolumnada. Dorosły mężczyzna nie mógłby przedostać się tędy, ani też kobieta korpulentna, może nawet nie Madame Beck, przypuszczałam wszelako, że ja mogłabym: przyszło mi na myśl, że mogłabym spróbować, a gdy już dostanę się, będzie o tej godzinie cały park moją własnością — cały, oblany światłem księżyca park o północy!
W jak mocnym, zdrowym, głębokim śnie pogrążone były wszystkie mieszkanki sypialni! Jak spokojnie oddychały! Jaka martwa cisza panowała w całym wielkim domu! Która mogła być godzina? Czułam, że nie uspokoję się, dopóki nie dowiem się tego. W klasie na dole był zegar: co mogło mi przeszkodzić zejść na dół, aby spojrzeć na jego tarczę? Przy tak jasnym świetle księżyca będzie na pewno wyraźnie widoczna biała, wielka tarcza oraz rozmieszczenie na niej obu czarnych wskazówek — długiej i krótkiej — i czarnych kolejnych cyfr.
Jedyną przeszkodą mogłyby być skrzypiące przy ich otwieraniu drzwi, czy zgrzytnięcie zamka, gdyby nie to, że w takie rozprażone noce lipcowe niepodobieństwem byłoby oddychać w zamkniętym pomieszczeniu i dlatego drzwi sypialni pozostawiano przez całą noc szeroko otwarte. Czy jednak deski podłogi sypialnianej wytrzymają ciężar mojego ciała, nie trzeszcząc zdradziecko? Znałam na szczęście, miejsca, w których deski były obluźnione, będę więc mogła uniknąć stąpnięcia na nie... Stopnie dębowych schodów skrzypią nieco przy moim schodzeniu po nich, niebardzo jednak: jestem już w carré.
Wielkie drzwi klasowych pokojów są zamknięte, zaryglowane nawet. Wejście na korytarz stoi wszelako otworem. Klasy wydają się teraz wielkimi, ponurymi lochami więziennymi, zagrzebanymi hen, daleko, poza szlakami życia, dla mnie osobiście pełnymi upiornych, nie do zniesienia bolesnych wspomnień, ukrytych pomiędzy ogniwami ich kajdanów i wiązkami nędznej słomy. Korytarz przedstawia widok weselszy, prowadząc do sklepionego, obszernego przedsionka, z którego wyjście prowadzi wprost na ulicę.
Tss! — Bije zegar. Mimo upiornej ciszy, jaka panuje w tym klasztorze, wybiła dopiero jedenasta. Kiedy ucho moje wsłuchane jest w przebrzmiewające ostatnie uderzenie zegara, słabo podchwytuję z dobudowanego kapitelu dźwięk podobny do dzwonów, czy do orkiestry — dźwięk, w którym zlały się w jedno: upojna słodycz, triumf zwycięstwa i smutek żałobnego opłakiwania. O, gdyby można było usłyszeć muzykę tę bardziej z bliska, wsłuchiwać się w nią, siedząc samotnie przy obrośniętej sitowiem sadzawce! Pójdę!... Tak, pójdę tam! Co może stanąć mi na zawadzie? Czy istnieją przeszkody, jakich nie przezwycięży wolność?.
Tam, w korytarzu, wisi mój strój ogrodowy, moja wielka słomkowa pastera i mój szal. Ciężka, wielka porte-cochère — brama — nie posiada zamka: zamyka się na rodzaj zasuwy na sprężynie, której nie podobna otworzyć z zewnątrz; od wewnątrz, natomiast, może być odsunięta bezszelestnie. Czy potrafię poradzić sobie z nią? O, ustępuje pod naciśnięciem ręką, ustępuje z rozbrajającą łatwością. Jestem zdumiona bezpośrednim po tym odsunięciu otworzeniem się bramy — zdumiona jestem, że udaje mi się przekroczyć próg domu i wyjść od razu na bruk uliczny, oszołomiona jestem niepojętą łatwością, z jaką wyzwoliłam się z mojego więzienia. Jak gdyby moc jakaś niewidzialna kierowała moimi krokami, idąc przede mną: ja sama nie byłam zmuszona użyć prawie żadnego wysiłku.
Cicha Rue Fossette! Odnajduję na jej bruku ową upragnioną przez wędrowca, sprzyjającą mu noc letnią, o jakiej marzyłam; czuję jej rosę w powietrzu; widzę księżyc nad moją głową. Nie mogę tu wszakże pozostać; jestem wciąż jeszcze zbyt blisko miejsc, prześladujących mnie dawnymi wspomnieniami, tak blisko mojego lochu więziennego, że słyszeć mogę stąd jęki zamkniętych w nim więźniów. Ta uroczysta cisza nie jest tym, czego szukam; nie jest tym, co jestem w stanie znieść; dla mnie oblicze tego nieba ma pozór zagłady świata. I park także będzie cichy — wiem o tym, śmiertelna cisza panuje wszędzie — chcę jednak pójść do parku.
Obrałam dobrze mi znaną drogę i skierowałam się ku pałacowej i królewskiej części — Haute Ville. Stamtąd na pewno płynęły dźwięki podchwyconej przeze mnie dalekiej muzyki; przycichła teraz, mogła jednak ozwać się ponownie. Szłam dalej, nie słyszałam wszakże ani dźwięków orkiestry, ani bicia dzwonów; zastąpił je inny odgłos, podobny do huku morza w porze przypływu, do łoskotu wielkiej, potężnej fali, wzrastającego w miarę mojego zbliżania się ku tej stronie. Mnożyły się światła, ruch potęgował się, coraz rozgłośniej rozbrzmiewały dzwony — ku czemu szłam? Dotarłszy do Grande Place, znalazłam się nagle, przeniesiona niepojętą siłą czarodziejską, w samym ośrodku wesołego, ożywionego, radosnego tłumu.
Całe Villette było jednym płomiennym morzem świateł; cały świat wydawał się poza jego granicami; niebo i światło księżyca wyparte; skazane na banicję miasto przy świetle własnej iluminacji ogląda własną wspaniałość — jasne, świetne stroje, pyszne pojazdy, piękne wierzchowce i rycerskie postaci jeźdźców tłumnie zapełniają oświetlone rzęsiście ulice. Widzę nawet dziesiątki masek. Niesamowita jest ta scena, bardziej niesamowita niż marzenia senne. Gdzie jednak podział się park? O ile mi się zdawało, powinna byłam znajdować się w jego pobliżu. Wśród oślepiającej tej wszelako powodzi świateł musi park tonąć w ciszy i cieniu — tam chyba nie będzie płonących pochodni, pozapalanych latarni, ani rozbawionego tłumu?
Zadałam sobie to pytanie w momencie, kiedy przejeżdżał mimo mnie otwarty powóz, w którym dostrzegłam znajome twarze. Poprzez zwartą ciżbę mógł on toczyć się bardzo wolno zaledwie; rącze konie z trudnością dawały powstrzymać się w swoim rozpędzie. Mogłam dobrze rozróżnić twarze siedzących w powozie, którzy nie mogli jednak mnie widzieć, a w każdym razie poznać, tak mocno byłam okutana w swój szal i tak szczelnie osłonięta wielką moją pasterą (w pstrym tym tłumie nie raził żaden strój i nie wydawał się dziwaczny). Dostrzegłam hrabiego de Bassompierre, moją matkę chrzestną, pięknie ustrojoną, dostojną i pogodną; dostrzegłam także Paulinę de Bassompierre, promieniejącą potrójną aureolą: urody, młodości i szczęścia. Patrząc na rozradowaną jej twarz, na oczy błyszczące zadowoleniem, trudno było zwrócić uwagę na odświętną wytworność zdobiącej ją toalety; wiem tylko, że opływające ją draperie sukni były śnieżnie białe, niczym ślubna szata oblubienicy. Naprzeciwko niej siedział Graham Bretton; blask twarzy i całej postaci Pauliny wywołany był wpatrywaniem się jej w niego — promienność jej oczu czerpała światło z jego źrenic, w których rozpalało się ono nasampierw.
Osobliwą przyjemność sprawiało mi przyglądanie się przyjaciołom moim, nie będąc przez nich widzianą; śledziłam ich też wzrokiem aż do wrót parku, jak sądziłam. Obserwowałam ich wysiadających (pojazdy nie były wpuszczane) pośród nowych, zgoła nieprzewidzianych wspaniałości. Patrzcie, oto wrota żelazne, pomiędzy dwiema kamiennymi kolumnami, spiętymi klamrą ognistego łuku, utworzonego z nagromadzonych gęstym szeregiem gwiazd świetlnych. Posuwałam się w ślad za przyjaciółmi moimi ostrożnie pod tym łukiem. Gdzie znaleźli się oni, i gdzie znalazłam się ja?
W krainie zaczarowanej, w najprzepyszniejszym ogrodzie, na polanie usianej barwnymi meteorami, w lesie skrzącym się purpurowymi, rubinowymi i złotymi ogniami, niby klejnotami pstrzącymi ulistwienie. Była to kraina, utworzona nie z drzew i cienia, ale z najdziwaczniejszego bogactwa architektoniki — z ołtarzy i świątyń, z obelisków, piramid i sfinksów; trudne do wiary, aby symbole i cuda Egiptu mogły być wyczarowane w tak wielce różnorodnej obfitości w parku Villette.
Mniejsza o to, że po upływie pięciu minut posiadałam tajemnicę — znalazłam klucz do jej odgadnienia, a stworzona dzięki niej ułuda została dla mnie rozwiana. Bez znaczenia też był fakt, że rozpoznałam wnet materiał, z jakiego powstały te imponujące dostojnością swoją fragmenty: drzewo, malaturę i tekturę — nieuniknione odkrycie to nie było zdolne zniweczyć w zupełności czaru, ani osłabić cudowności tej nocy. Nic to, że znalazłam wreszcie wyjaśnienie niezwykłej uroczystości, której posmaku nawet nie zakosztował klasztorny zakład wychowawczy na Rue Fossette, mimo że otworzył swoje podwoje, jak zazwyczaj, od świtu tego dnia i pozostawał w pełni czynności do północy nieledwie.
W czasach minionych, wydarzył się — jak podają dzieje — w losach Labassecour fatalny moment przełomowy, narażający na nie wiem jakie już niebezpieczeństwa prawa i swobodę rycerskich obywateli tego kraju. Zagrażała mu wojna domowa, o ile nawet nie doszło do niej w rzeczywistości; były walki na ulicach — zamęt — bieganie w różne strony, wznoszenie barykad, tumulty i ruchawki, urządzone przez część Bürgers, wzywania oddziałów wojsk, wzajemne obrzucanie się kawałami wyszarpywanych z murów cegieł, nie obeszło się nawet tu i ówdzie bez strzelaniny.
Wedle tradycji paść miało wielu patriotów; w starym Basse-Ville pokazywano ogrodzenie uroczyście zamurowane i pozostawione w odłączeniu od reszty budynków. Na tym uświęconym tradycja miejscu spoczywać mają jakoby kości męczenników. Ile tkwi w tej legendzie niezafałszowanej prawdy, trudno dzisiaj dociec, faktem jest wszelako, że pewien określony dzień w roku święcony bywa jako uroczystość na cześć owych poległych patriotów i męczenników apokryficznej bodaj pamięci. Z rana odprawiane jest uroczyste Te Deum w kościele Świętego Jana Chrzciciela, wieczorem urządzane są publiczne widowiska, a także wspaniale dekorowane jest i oświetlane miasto, czego właśnie teraz byłam świadkiem.
Przyglądając się z zaciekawieniem umieszczonemu na wysokiej kolumnie białemu ibisowi, i zapuszczając wzrok w głąb długiej, oświetlonej pochodniami perspektywy jednej z avenues — alei, na której końcu jaśniał olbrzymi sfinks — straciłam z oczu towarzystwo, którego śladami nie przestawałam kroczyć od środka wielkiego placu. Znikło ono z pola mojego widzenia niczym zjawa senna. Cała scena miała w ogóle charakter sennego widzenia raczej. Zarysy każdej postaci były zamglone, chwiejne, ruchy każdej dziwnie falujące, głosy ni to echo, na wpół szydercze i na wpół niepewne. Po zniknięciu Pauliny i jej najbliższych nie potrafiłabym twierdzić nawet z całą pewnością, że naprawdę widziałam ich wszystkich. Nie brakło mi ich, jako przewodników poprzez chaos, tym mniej jeszcze żałowałam ich utraty, jako opiekunów pośród mroku.
Tej nocy uroczystej dziecko nawet czułoby się i byłoby w istocie zupełnie bezpieczne. Połowa ludności wiejskiej z bliższych i dalszych okolic Villette przybyła do miasta, a solidni Bürger zgromadzeni byli w komplecie, strojni w najlepsze, odświętne swoje odzienie. Moja słomiana pastera uszła pośród czapek i kaftanów, krótkich wełniastych spódnic i długich peleryn z kretonu czy satyny, nie zwróciwszy może nawet na siebie niczyjej uwagi; przezornie tylko związałam wstążką oba szerokie skrzydła kapelusza, jak to czynią cyganki, i w ten sposób czułam się bezpiecznie ukryta pod nimi, jak gdyby zamaskowana.
Bezpieczna, nienagabywana przez nikogo przeszłam wzdłuż licznych avenues — i tak samo bezpiecznie wdzierałam się w tłum gdzie był on najbardziej zwarty. Nie było w mocy mojej stać bez ruchu i spokojnie obserwować. Napawałam się rozgrywanym przede mną widowiskiem, upajałam się krzepiącym powietrzem nocy, wchłaniałam w siebie bogactwo dźwięków i nie wiadomo skąd lejących się świateł, chwilami rozbłyskujących mocniej, a chwilami ponownie przygasających. Zetknęłam się bezpośrednio ze Szczęściem i z Nadzieją, szydziłam z Rozpaczy. Przestała istnieć dla mnie.
Podświadomie kryjącym się w głębi moich zakamarków mózgowych celem mojego parcia naprzód było odnalezienie ujętej w kamienne ocembrowanie sadzawki z jej przejrzystą, chłodną taflą wodną i zielonym obrzeżeniem z sitowia; myślałam o tym chłodzie i o tej zieleni z nienasyconym pragnieniem spalającej mnie gorączki. Pośród bijącej łuną ognistą powodzi świateł, pośród ogólnego wiru zabawy, pośród tumultu odświętnego upojenia tęskniłam w głębi duszy nade wszystko za znalezieniem się przy okrągłym tym zwierciadle kryształowym, aby przychwycić księżyc, odbijający w nim perłową swoją tarczę.
Znałam dobrze drogę, wydawało mi się jednak, ze znajduję coraz nowe przeszkody w bezpośrednim dotarciu do celu: odciągał mnie co chwilę to dźwięk jakiś, to znów jakiś widok, kusząc do zapuszczania się to w tę, to w inną aleję. Dostrzegałam już gąszcz drzew, obrastających rozedrganą taflę przejrzystą, kiedy nagle, rozbrzmiewając od strony położonej na prawo polany, rozległy się dźwięki, które mogłyby, jak mi się wydało, być usłyszane, gdyby otwarły się niebiosa — dźwięki, jakim równe słyszane były może ponad równiną Bethleemską w noc obwieszczenia radosnej nowiny.
Pieśń o donośnych, przepojonych dziwną słodyczą tonach rozbrzmiewała z dala, płynęła wszakże z taką chyżością na szybkonośnych skrzydłach wiatru, że wzrosła, przelatując poprzez mroczne cienie, do potęgi harmonii, która zwaliłaby mnie z nóg przejmującą siłą swoją gdybym szczęśliwie nie znalazła się w pobliżu drzewa, darzącego mnie podporą swojego pnia. W dźwiękach tych brzmiały, jak mi się wydało, niezliczone głosy, najróżnorodniejsze instrumenty, których było bez liku, a z których rozpoznałam jedynie odgłosy trąb i rogów. Efekt ogólny podobny był do morza rozhukanego, rozedrganego wszystkimi swoimi falami.
Wezbrana, rozlewająca się fala dźwięków dotarła aż do miejsca, na którym stałam, a potem cofnęła się, a ja poszłam jej śladem. Poprowadził on mnie do budynku w stylu bizantyjskim, podobnego do czegoś w rodzaju kiosku i wzniesionego w pobliżu samego środka parku. Był to kiosk muzyczny. Dokoła niego tłoczyły się tysiące ludzi, zgromadzonych celem wysłuchania wielkiego koncertu na otwartym powietrzu. To, co usłyszałam, było, jak gdyby potężnym chórem myśliwskim: noc, tło sceny, wolna, otwarta przestrzeń i mój własny nastrój przyczyniły się do uwielokrotnienia siły dźwięków i spotęgowania wrażenia, jakie one na mnie wywarły.
Zgromadzone tu były wytworne damy, którym niezwykłe oświetlenie użyczało niepospolitego piękna; suknie niektórych spośród nich były lekkie, powiewne, tiulowe, czy gazowe, innych lśniły połyskliwością ciężkiego jedwabiu i atłasu; kwiaty i koronki trzepotały na wietrze, woale falowały dokoła strojnych kapeluszy, wprawiane w drganie falami dźwiękowymi śpiewu chóralnego i muzyki instrumentów dętych. Większość dam obsiadła krzesła w zalanej światłem części parku, obok nich zaś i poza nimi stali panowie jako ich straż przyboczna. Ostatnie, mieszczące się najbardziej na zewnątrz szeregi tłumu tworzyli mieszczanie, lud i policja.
W tym plebejuszowskim, najdalszym od ośrodka szeregu stanęłam i ja także. Rada byłam, że cicha, nikomu nieznana, a tym samym nienagabywana przez nikogo, mogę zająć miejsce w najbliższym sąsiedztwie krótkich, wełniastych spódnic i sabotów, z daleka tylko przypatrując się jedwabnym i atłasowym sukniom, aksamitnym okryciom i przybranym strusimi piórami kapeluszom. Pośród całego radosnego tego ożywienia najbardziej odpowiadała mi rola samotnej obserwatorki. Nie pragnąc, ani też nie mogąc przedostać się przez tłoczną ciżbę, obrałam miejsce na najdalszym krańcu, gdzie mogłam słyszeć wszystko, widzieć wszelako niewiele.
— Mademoiselle niedobrze stoi — odezwał się głos jakiś tuż przy mnie. Kto śmiał zwrócić się do mnie, tak mało usposobionej do rozmowy towarzyskiej? Odwróciłam się, nie w celu dania odpowiedzi, ale wprost przeciwnie, zniechęcenia do odzywania się do mnie. Stanęłam oko w oko z mężczyzną, Bürgerem, zupełnie mi obcym, jak wydało mi się w pierwszej chwili, w następnej wszakże poznałam w nim kupca, mającego sklep z książkami i materiałami piśmiennymi, w które stale zaopatrywał pensjonat Madame Beck. Znałyśmy go wszystkie jako człowieka bezwzględnie uczciwego, nader nierównego temperamentu wszelako, czasem burkliwego i opryskliwego, nawet w stosunku do nas, jego głównych klientek. Ja osobiście lubiłam go zawsze, widząc w nim człowieka kulturalnego, często nawet uprzejmego i uczynnego: pewnego razu oddał mi prawdziwą przysługę, dopomógłszy mi przy dość kłopotliwej dla mnie wymianie pieniędzy cudzoziemskich. Był człowiekiem inteligentnym, zdawał się też — pomimo szorstkich pozorów — posiadać w rzeczywistości dobre, współczujące serce: przychodziło mi czasem na myśl, że pewną stronę jego charakteru cechuje wyraźna pokrewność z odpowiednią stroną charakteru Monsieur Emanuela (którego znał dobrze i którego często widywałam przesiadującego w sklepie Monsieur Mireta, aby przeglądać wydawnictwa ostatniego miesiąca): tą właśnie pokrewnością tłumaczyłam sobie moje życzliwe nastawienie dla starego księgarza.
Dziwne wydało mi się, że poznał mnie pod tak całkowicie osłaniającą moją twarz słomkową wielką pasterą i pod szczelnie opinającym moją figurę, grubo złożonym szalem, mimo też, że wymawiałam się, jak mogłam, dołożył możliwych starań, aby utorować mi drogę poprzez tłum i wynaleźć dla mnie lepsze miejsce. Posunął dalej jeszcze bezinteresowną swoją uprzejmość, przytaszczywszy z nieznanego jakiegoś źródła krzesło, abym mogła wygodnie siedzieć. Raz jeszcze przy tej sposobności przekonałam się, że osobniki o najbardziej szorstkich pozorach zewnętrznych, ludzie, zajmujący najskromniejsze stanowiska społeczne nie są najmniej subtelni w sposobie odczuwania i reagowania na bodźce psychiczne. Monsieur Miret, powodowany niewątpliwie życzliwością, nie widział nic dziwnego w moim znajdowaniu się tutaj bez niczyjej asysty, dopatrując się jedynie dla samego siebie w tym fakcie obowiązku możliwego rozciągnięcia nade mną dyskretnej, ale skutecznej opieki. Wystarawszy się dla mnie o miejsce i krzesło, wycofał się bez zadawania mi jakichkolwiek pytań, bez dodania zbytecznego słowa. Nic dziwnego, że profesor Emanuel lubił wypalić swoje cygaro, wypocząć i przeczytać gazetę w księgarni tak dyskretnie nienarzucającego się Monsieur Mireta — obaj oni doskonale byli do siebie wzajem dopasowani.
Zaledwie zdążyłam usiąść na moim nowym miejscu, a od razu zorientowałam się, że przypadek — przy życzliwym współdziałaniu godnego mojego przyjaciela — dopomógł mi ponownie do znalezienia się w pobliżu znanej mi dobrze grupy. Wprost przede mną siedzieli matka i syn Brettonowie oraz ojciec i córka de Bassompierre‘owie. Gdybym chciała wyciągnąć rękę, mogłabym dosięgnąć nią drobnej figurki, sprawiającej wrażenie królowej elfów. Strój jej zapożyczył uroczej swojej świetności od kwiatów i liści lilii wodnej; cokolwiek nie było w jej ubraniu śnieżnie białe, było zielone barwy zielonego lasu wczesną wiosną. I moja chrzestna matka również siedziała tak blisko, że gdybym przechyliła się nieco naprzód, mógłby oddech mój poruszyć wstążki jej kapelusza. Siedzieli zbyt blisko mnie; wobec tego, że przed chwilą zostałam poznana przez człowieka stosunkowo obcego, zaniepokoiło mnie to nazbyt bliskie sąsiedztwo ludzi, znających mnie tak dobrze.
Wzdrygnęłam się też, kiedy pani Bretton, zwróciwszy się do pana Home‘a, rzekła, jak gdyby pod wpływem nagłego serdecznego impulsu:
— Ciekawa jestem, co powiedziałaby poważna moja mała Lucy, gdyby znalazła się tutaj. Żałuję, że nie sprowadziliśmy jej z sobą; podobałoby się jej bardzo to wszystko.
— O, tak, na pewno, oczywiście, zachwycona byłaby w swój poważny, rozsądny sposób; szkoda wielka, że nie zaprosiliśmy jej — potwierdził uprzejmy, jak zawsze, pan Bassompierre, dodając: — Lubię obserwować jej pełne spokoju i umiaru odczuwanie i wyrażanie zadowolenia; wydaje się tak mało poruszona, a jednak umie tak prawdziwie cieszyć się doznawaną przyjemnością.
O, jacy drodzy byli mi oboje! Jak drogimi pozostali dotychczas we wdzięcznej mojej o nich pamięci. Nie zapomnę im nigdy ich zacnej życzliwości dla mnie. Niewiele wiedzieli o strapieniu, jakie przyprawiło tę ich Lucy o gorączkę nieledwie, doprowadzając ją, bezradną i bezbronną, na krawędź rozpaczy. Bliska byłam prawie przechylenia się naprzód ku tym drogim moim przyjaciołom i odpowiedzenia na ich dobroć wyrazem wdzięczności w oczach. Pan de Bassompierre nie znał mnie tak dobrze, ja za to znałam go, czciłam i podziwiałam jego szlachetną, szczerą, pełną prostoty naturę, ceniłam go za jego serdeczność i za nieostygły zapał młodzieńczy, jaki ożywiał go i jakim wciąż jeszcze powodował się we wszystkich swoich poczynaniach. Kto wie nawet, czy nie przemówiłabym w istocie, gdyby w tej samej chwili Graham nie odwrócił się znanym mi tak dobrze dostojnie imponującym ruchem, tak odmiennym od ostrych, kanciatych ruchów mężczyzn niskiego wzrostu. Poza nim stał zwarty tłum, stłoczony setkami szeregów; były tysiące ludzi, na których paść mogło jego spojrzenie i zatrzymać się na nich badawczo — dlaczego więc skupił on całą siłę swojego wzroku na mnie, przytłaczając mnie miażdżącą potęgą błękitnej swojej źrenicy, którą wpił we mnie tak przenikliwie? Dlaczego, gdy już skierował wzrok w moją stronę, nie zadowolniło go rzucenie jednego spojrzenia przelotnego? Dlaczego odwrócił się na krześle, jakie zajmował, oparty ręką o jego grzbiet i przyglądał mi się tak bacznie? Nie mógł widzieć mojej twarzy, którą trzymałam rozmyślnie pochyloną; nie ulega wątpliwości, że nie mógł mnie poznać: byłam odwrócona, nie chciałam być poznana. Podniósł się, w jakiś sposób udało mu się zbliżyć, w ciągu dwóch minut bez wątpienia przeniknąłby moją tajemnicę: stwierdzenie mojej identyczności dokonane zostałoby jednym ruchem jego rąk, nigdy despotycznych, ale zawsze władczych. Pozostawała jedyna tylko droga uniknięcia tej ewentualności: zaszachowanie go daniem mu do poznania błagalnym gestem, że pragnę jednego tylko, modlę się o jedno tylko, aby pozostawiono mnie w spokoju. Gdyby i po tym jednak chciał trwać w swoim zamiarze, byłby świadkiem wybuchu gniewu Lucy i nic z tego wszystkiego, co było w nim wielkie, dobre i życzliwe (a Lucy świadoma była pełnej wartości tego wszystkiego) nie byłoby w stanie ułagodzić jej, ani przebłagać, i uczynić po dawnemu bezwolną wobec niego jak cień. Patrzył w dalszym ciągu, poniechał jednak dalszych prób. Potrząsnął piękną swoją głową, milczał wszelako. Zajął ponownie swoje krzesło, nie odwracając już więcej głowy, nie niepokojąc mnie już dłużej spoglądaniem na mnie z wyjątkiem może jednego jedynego momentu, kiedy rzucił ukradkiem w moją stronę spojrzenie bardziej zatroskane, aniżeli zaciekawione. Spojrzenie to wyrażało coś takiego, co dziwnie ukoiło moje serce „ni to wiatr południowy, kojący ziemię“. Tak więc, jak okazało się ostatecznie, nie myślał o mnie Graham z zupełnie lodowatą obojętnością. Wierzę, że w tym przybytku dobroci i uczuć przyjaznych — w sercu swoim — zachował maleńki kącik wysoko pod powałą, w którym Lucy liczyć mogła zawsze na serdeczne przyjęcie, o ile chciałaby tu zapukać. Nie był on tak wspaniały i piękny, jak komnaty, w których gościł męskich swoich przyjaciół, nie był także podobny do przedsionka, w którym uprawiał filantropię, ani też do biblioteki, gdzie zbierał skarby swojej wiedzy; tym mniej oczywiście podobny był do pawilonu, w którym miała odbyć się wspaniała jego uczta weselna, a jednak stałą niezmienną swoją życzliwością dla mnie dał mi dowód właściciel tego serca, że wciąż jeszcze wiernie przechowuje w nim jedną małą skrytkę, na której drzwiach wypisane jest wyraźnie: „Miejsce Lucy“. I ja także zachowałam dla niego miejsce, którego doniosłości, ani rozciągłości nie wymierzałam, ani stale, ani w ciągu krótkiego przeciągu czasu — myślę, że musiało ono być czymś w rodzaju namiotu Peri-Banou. Przez całe moje życie trzymałam je złożone i zamknięte w zagłębieniu mojej dłoni — nie wiem jednak, czy uwolnione z tego zamknięcia nie wyolbrzymiłoby się — dzięki wrodzonej swojej zdolności do ekspansji — do rozmiarów przybytku, zdolnego pomieścić zastępy.
Bez względu na wyrozumiałość, czy ustępliwość, jaką okazał mi Graham tego wieczora, nie mogłam pozostawać nadal tak blisko jego osoby: musiałam wyrzec się łaskawie ofiarowanego mi miejsca i krzesła. Skorzystawszy tedy z pierwszej nadarzającej się sposobności, wstałam i wykradłam się. Mógł przypuszczać, mógł nawet wierzyć, że pod fałdami grubo złożonego szala, w cieniu szerokoskrzydłego kapelusza ukrywa się Lucy, nie mógł jednak mieć pewności: ani przez jeden ułamek sekundy nie widział wyraźnie mojej twarzy.
Moje podniecenie i potrzeba nieustannego ruchu zdążyły się już chyba uspokoić? Czyżbym nie miała dość już przygód? Czy nie zaczęłam już słabnąć, upadać na duchu i dążyć do znalezienia się bezpiecznie pod dachem? Nie, nie jeszcze. Wciąż jeszcze wstręt czułam do mojego łóżka w sypialni szkolnej, wstręt większy, aniżeli da się wyrazić słowami: wciąż jeszcze kurczowo czepiałam się wszystkiego, co mogło oderwać od tego myśl moją. Czułam, że nocny dramat zaledwie się rozpoczął, że zaledwie wypowiedziany został prolog. Na tej utworzonej z drzew i murawy scenie panował jakiś cień tajemniczości, występowali tu aktorzy i rozgrywały się wydarzenia nieprzewidziane, jak gdyby przyczajone za sceną. Tak mi się wydawało: mówiło mi to przeczucie.
Idąc przed siebie na los trafu, potrącana i popychana na wszystkie strony, dostałam się na jakieś miejsce, gdzie drzewa rosnące kępami, czy strzelające pojedynczo w górę przełamywały zwarte szeregi tłumu, nadając mu charakter bardziej rozsiany. Daleko tu było od muzyki, a nawet poniekąd od światła latarni, to wszakże, co dochodziło tu z dźwięków, wystarczało do wywierania przez nie kojącego wpływu, a przy pełnym świetle księżyca nie były właściwie potrzebne latarnie. W tej części parku obrały miejsce grupy rodzinne, zażywni Bürger, wielu, pomimo późnej pory, w otoczeniu drobnych dzieci, z którymi nie uważali za bezpieczne wciskać się pośród gęściejszy tłum.
Trzy piękne wysokie drzewa, rosnące bardzo blisko siebie wzajem, i nieomal zespolone w jedną całość pniami, tworzyły nieprzenikniony baldachim cienisty ponad zielonym pagórkiem, na którego szczycie stała ławka. Dość obszerna, aby móc pomieścić kilku członków grupy, obejmującej ją w chwilowe posiadanie, wydawała się zajęta przez jednego tylko spośród nich — właściwie jedną — gdy reszta stała jak gdyby na straży dokoła; w gronie tego otoczenia znajdowała się jakaś dama, trzymająca za rękę małą dziewczynkę.
Dziewczynka zachowywała się dziwnie niesfornie: wierciła się, wykręcała się na pięcie, wyrywała się z rąk swojej opiekunki, rzucała się z boku na bok, wykonywując przy tym niesamowite, bezcelowe, nieomal konwulsyjne ruchy. To jej dzikie miotanie się, szarpanie, i obracanie się w kółko uderzyło mnie, jako coś dobrze mi znanego. Przyjrzawszy się jej bliżej, rozpoznałam również, jako coś nie mniej mi znajomego, ubranie dziewczynki: okrycie z fioletowego jedwabiu, niewielkie boa z łabędziego puszku, biały kapturek — cały ten galowy strój dziecięcy żywcem przypominał mi sposób ubierania małej, przewrotnej, jędzowatej Desirée Beck. Była to rzeczywiście Desirée Beck; ona lub też psotny, złośliwy chochlik w jej postaci.
Odkrycie to mogłoby uderzyć mnie jak grom, ale przesada taka byłaby przedwczesna; za tym odkryciem miało nastąpić inneż porażające mnie z większą jeszcze siłą gromu.
Trzymana czyją dłonią mogła miła Desirée wiercić się i wydzierać tak krnąbrnie? Czyją rękawiczkę mogła szarpać tak niebacznie? Czyje ramię wydzierać tak bezkarnie? Sięgające ziemi fałdy czyjej sukni deptać tak zuchwale, jeśli nie rękę, rękawiczkę, ramię i suknię swojej matki? Tak, tą damą w kaszmirowym szalu i związanym pod brodą kapeluszu — kapotce z blado-zielonej krepy, tą dostojną, mile uśmiechniętą damą była Madame Beck we własnej osobie.
Dziwne! Byłam przekonana, że o tej północnej porze Madame Beck spoczywa w swoim łóżku, a Desirée w swoim łóżeczku, obie śpiące snem sprawiedliwego pośród głębokiego klasztornego zamknięcia zakładu wychowawczego przy Rue Fossette. Nie ulega również wątpliwości, że i żadnej z nich nie przyszłoby ani na jedną chwilę na myśl przypuszczać, aby „Miss Lucy“ mogła znajdować się gdzie indziej niż w swojej sypialni, a tymczasem, oto, jesteśmy tutaj wszystkie trzy, prenant leurs ébats — rozswywolone — pośród drzew jarząco iluminowanego parku o północy.
Faktem było, że Madame Beck postąpiła i tym razem tak, jak postępować było stałym jej, zupełnie usprawiedliwionym w jej pojęciu zwyczajem. Przypomniałam sobie, co o tym mówiły nauczycielki, a co w swoim czasie puściłam mimo uszu, uważając ich opowiadanie za niegodne plotki. Otóż często, kiedy byłyśmy przekonane, że Madame Beck śpi spokojnie w swojej sypialni, przebywała ona w rzeczywistości poza domem, udawszy się w pełnej gali na operę, do teatru komediowego, czy na zebranie towarzyskie. Madame nie miała upodobania do życia klasztornego, dbała też w znacznej mierze — czyniąc to z całą ostrożnością oczywiście, zawsze w ukryciu — o należyte uprzyjemnianie sobie egzystencji miłymi rozrywkami światowymi.
Otaczało ją jakie pół tuzina jej krewnych i przyjaciół, samych mężczyzn. Pośród nich rozpoznałam rychło dwóch czy trzech. Był tu jej brat, pan Wiktor Kint. Był inny jeszcze, wąsaty, długowłosy mężczyzna o posępnej twarzy, którego rysy zdradzały bezsprzeczne, poruszające mnie do głębi podobieństwo. Pomimo niewątpliwych kontrastów charakteru, pomimo usposobienia bardziej flegmatycznego i powściągliwego, było coś w jego powierzchowności, co nazbyt żywo przypomniało mi inne oblicze — ruchliwe, ożywione, ulegające tak łatwo zmianom, bądź omroczone gniewem czy zgnębieniem, bądź rozjaśnione promiennie — twarz, wykreśloną z mojego świata, utraconą dla moich oczu, ale wypełniającą najlepsze wiosenne dni mojego życia smutkiem i radością, cieniem i światłem; twarz, na której dostrzegałam często znamiona geniuszu... Tak, ten sobowtór jej nieomal, stojący o parę kroków przede mną, był to Monsieur Joseph Emanuel, zarazem tak bardzo podobny i tak zupełnie niepodobny do brata swojego, Monsieur Paula.
Poza Messieurs Victor i Joseph znałam jeszcze jedną postać mężczyzny należącego do tej samej grupy. Ten trzeci, stojący w tyle za nimi, w głębszym jeszcze cieniu, był pochylony, ale strój jego i biała, łysa czaszka czyniły go najbardziej rzucającą się w oczy postacią spośród wszystkich. Był to ksiądz — Père Silas. Nie przypuszczaj, czytelniku, aby obecność jego na fēte miała być dowodem niestałości jego przekonań. Owa fēte nie mogła być zaliczona do rzędu zwykłych popisów Targowicy Próżności, stanowiąc jedynie święcenie pamięci ofiary patriotycznej. Kościół patronował temu obchodowi, czyniąc to z wyraźną ostentacją nawet. Dlatego też mnóstwo księży snuło się tej nocy po odświętnie iluminowanych alejach parku.
Père Silas pochylony był nad ławką, a raczej nad jedyną zajmującą miejsce na niej osobą: dziwnie bezkształtną, pokraczną, mimo to wspaniale olśniewającą. Widać było twarz i poszczególne jej rysy, o tak trupiej wszelako masce, i tak osobliwie umieszczoną, że można było nieledwie wyobrazić sobie całą głowę jako odciętą od tułowia i osadzoną na nagromadzonych bogatych strojach. Promienie światła stojącej z dala latarni odbijały się w olśniewających drogich kamieniach zausznic i szerokich, ciężkich pierścieni; ani srebrzystość blasków księżycowych, ani dalekie światła płonących pochodni nie były w stanie zaćmić kolorystycznej jaskrawości wspaniałych szat. Witaj na tym miejscu, Madame Walravens! Wydaje mi się, że miała pani tej nocy wyraźniejszy pozór wiedźmy niż kiedykolwiek. Na razie jednak godna ta dama dała dowód, że nie jest ani trupem, ani zjawą upiorną, ale surową, despotyczną starą kobietą: w odpowiedzi na głośniejsze i bardziej natarczywe domaganie się Desirée Beck, aby wolno jej było pobiec do kiosku i kupić tam trochę łakoci, schwyciła nagle laskę swoją o złotej gałce i zdzieliła nią małą tak zdrowo, że uderzenie to rozległo się echem głośnym.
Byli tu więc wszyscy: Madame Walravens, Madame Beck, Père-Silas — cała trójka sprzysiężonych, junta tajemna. Widok ich, zgromadzonych wszystkich po społu, wpłynął na mnie dodatnio. Nie mogę powiedzieć, abym czuła się słaba wobec nich, stropiona czy wylękniona. Wzięli nade mną górę, stratowali mnie, leżałam zmasakrowana pod ich stopami, jako ofiara przewrotnych ich machinacji; jak dotychczas jednak, żyłam jeszcze.




ROZDZIAŁ XXXIX
DAWNI I NOWI ZNAJOMI

Przykuta do miejsca, jak gdyby zaczarował mnie widok trójgłowego bazyliszka, nie byłam w stanie oddalić się od tej grupy. Ziemia, na której stali, zdawała się trzymać mnie na uwięzi. Baldachim zrośniętych z sobą drzew pogrążał cały krąg w cieniu; noc użyczała dobrodziejstwa swojej opieki i ochrony, a dodatkowa, nie paląca się stale latarnia rzucała jeden pojedyńczy promień, który wskazał mi dobrze osłoniętą, bezpieczną ławeczkę, i zgasł wnet potem.
Pozwolisz, czytelniku, że opowiem ci teraz po krótce, co — na podstawie rozmów, jakim przysłuchiwałam się w ciągu ostatnich dwóch tygodni — wywnioskować mogłam w sprawie powodu i celu wyjazdu Monsieur Paula. Opowieść moja będzie krótka i nie nowa, jej alfą jest Mamona, a jej omegą — Interes.
Madame Walravens, odrażająco potworna, niczym bożek hinduski, zdawała się posiadać również w pojęciu swoich czcicieli cechy nieodłączne od charakteru bożka. Była ona niegdyś w istocie bogata, bardzo bogata, jakkolwiek też na razie nie posiadała żadnych rozporządzalnych pieniędzy, było nader prawdopodobne, że będzie kiedyś ponownie bardzo bogata. W Basseterre — Gwadelupie posiadała obszerne włości, otrzymane przez nią w wianie, kiedy wychodziła za mąż przed sześćdziesięciu laty. Włości te zostały zasekwestrowane wskutek ogłoszenia jej mężowi bankructwa; obecnie jednak, jak się zdaje, wolne już były od wszelkich ciążących na nich zobowiązań i roszczonych do nich pretensji, o ile też odpowiednio obrotny i bezwzględnie uczciwy pełnomocnik zająłby się ofiarnie i umiejętnie tą sprawą, była wszelka nadzieja, że w ciągu paru lat okażą się rzeczone włości wielce rentowne.
Père-Silas żywo zainteresowany był ze względu na dobro religii i Kościoła, którego Madame Walravens wierną i oddaną była córką, pomyślnym przeprowadzeniem odpowiednich kroków. Madame Beck, daleka krewna zgrzybiałej garbuski, która, jak dobrze było jej wiadomo, nie posiadała własnej rodziny, rozważała z macierzyńską zapobiegliwością możliwość w dalszej perspektywie pożądanych dla siebie wyników tranzakcji, mimo więc, że traktowana wielce opryskliwie przez Madame Walravens, nie przestawała nigdy, działając oczywiście we własnym dobrze zrozumianym interesie, okazywać jej jak największych atencji. Tak więc kwestie pieniężne sprawiły, że Madame Beck i ksiądz jednako szczerze i gorąco popierali sprawę należytego dopilnowania rewindykacji włości w Indiach Wschodnich.
Odległość była jednak wielka, a klimat nader ryzykownie niesprzyjający zdrowiu. Odpowiednio uzdolniony i nieskazitelnie uczciwy pośrednik musiałby być człowiekiem prawdziwie ofiarnym i oddanym. Takiego właśnie człowieka miała Madame Walravens w ciągu dwudziestu lat do swojego rozporządzenia, człowieka, któremu zrujnowała życie, a który w zamian przez cały ten czas całkowicie ją utrzymywał. Bez skrupułu wyciągała z niego niczym grzyb, wszystkie soki żywotne. Takiego oto człowieka urobił i wyszkolił Père-Silas, przykuwszy go do siebie więzami wdzięczności, nawyku i wiary. Takiego człowieka znała Madame Beck, zdolna w pewnej mierze wywierać wpływ swój na nim.
— O ile wychowanek mój pozostanie w Europie — twierdził Père-Silas — zagraża mu niebezpieczeństwo odstępstwa od zasad naszej wiary: związał się z heretyczką.
Madame Beck powodowały nadto względy czysto osobiste, które kazały jej w skrytości ducha pragnąć opuszczenia kraju przez Monsieur Paula. O ile nie mogła sama posiąść czegoś, nie była zdolna znieść myśli, aby posiadł to ktoś inny: wolała raczej narazić przedmiot swojego pożądania na możliwość, a nawet wielkie prawdopodobieństwo zagłady. Co się tyczy Madame Walravens, chciała ona nade wszystko odzyskać swoje pieniądze i swoją ziemię, wiedziała zaś, że o ile Mr. Emanuel zgodzi się pojechać, będzie najlepszym i najwierniejszym jej pełnomocnikiem. Takie były motywy, które skłoniły tych troje zainteresowanych samolubów do wywarcia presji na jednym bezinteresownie niesamolubnym. Perswadowali mu, prosili go, błagali; odwoływali się do jego serca, w ręce jego składali ufnie swoje sprawy. Prosili go o poświęcenie im tylko dwóch czy trzech lat — po których upływie będzie mógł żyć dla siebie, jak tylko sam zechce. Nie było wykluczone, że jedno z tych trojga nie miałoby nic przeciwko temu, a bodaj nawet życzyłoby sobie, aby umarł w międzyczasie, oczywiście już po załatwieniu poruczonej mu misji.
Nie zdarzyło się, aby żywa jakaś istota ufnie i potulnie złożyła swoje sprawy w ręce Monsieur Emanuela, prosząc go o zajęcie się nimi, a on odrzucił taką prośbę, czy zlekceważył pokładaną w nim ufność. Nikt nie pytał, ani nie interesował się, nikt też nie wiedział jak dalece bolesnym przeżyciem osobistym była dla niego konieczność opuszczenia Europy. Obojętną było dla nich sprawą, czy i jakie roił dla siebie plany przyszłości. I ja również nie miałam o tym pojęcia; i dla mnie było to księgą zamkniętą na siedem pieczęci. Mogłam domyślać się treści rozmów, jakie prowadził z nim jego spowiednik; mogłam odgadywać jaką rolę w perswazjach, mających na celu skłonienie go do spełnienia prośby, odgrywały względy religii i obowiązku. O tym mogłam wnioskować jedynie na podstawie uczynionych mi przez niego samego zwierzeń. Nic bliższego, ani pewnego nie było mi o tym wiadomo. Wyjechał i nie dał znaku życia. Kładło to kres ostateczny moim próbom i usiłowaniom dotarcia do prawdy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Z pochyloną głową i czołem opartym na dłoniach siedziałam ukryta pośród splecionych w jedną łączną grupę trzech pni drzewnych i gąszczu niższych krzewów. Z tego miejsca słyszeć mogłam wyraźnie, o ile chciałam, każde słowo, wypowiadane przez panią Walravens i jej otoczenie, tak blisko nich siedziałam. Przez jakiś czas jednak nie mówili o niczym takim, co mogłoby usprawiedliwić moje wsłuchiwanie się w ich słowa. Rozmowy krążyły dokoła strojów, muzyki, iluminacji, pięknej nocy. Czekałam na to tylko, aby bodaj jedno z nich wspomniało: „Powietrze jest spokojne, wiatr pomyślny sprzyja jego podróży. Antigua (jego okręt) odpłynie w dobrą chwilę“. Z niczyich ust nie padła jednak taka uwaga. Ani Antigua, ani jej kurs, ani też jej pasażer, nie zostali wspomnieni ani jednym słówkiem przez nikogo.
Możliwe, że lekka, pusta pogawędka równie mało jak mnie interesowała i Madame Walravens także. Zdradzała ona pewien niepokój, odwracała głowę to w jedną, to w drugą stronę i ciekawie zapuszczała raz w raz wzrok poprzez drzewa i zgromadzony tłum, jak gdyby wyczekiwała kogoś i niecierpliwiło ją opóźnianie się owego spodziewanego osobnika czy osobników.
Óu sont — ils? Pourquoi ne viennent — ils pas?[82] — usłyszałam ją, pomrukującą kilkakrotnie, i wreszcie, jak gdyby zdecydowana była otrzymać odpowiedź na swoje pytanie — które, jak dotychczas nie zdawało się interesować nikogo — wypowiedziała głośno zdanie dość krótkie i proste, na którego dźwięk wzdrygnęłam się jednak gwałtownie:
Messieurs et Mesdames — rzekła — ou donc est Justine-Marie?[83]
Justine-Marie?... Co to znaczy?... Justine-Marie — zmarła zakonnica?!... Gdzież ona jest? Jakto?! Pani, Madame Walravens, wie wszak najlepiej, że Justyna-Maria spoczywa od dwudziestu lat w grobie, czegoż więc jeszcze może pani żądać od niej? Pani będzie musiała pójść do niej, ona wszakże nie będzie mogła przyjść do pani.
Tak powinna byłabym odpowiedzieć, o ile moją rzeczą byłoby udzielenie odpowiedzi na natarczywe pytanie Madame Walravens, nikt wszelako nie zdawał się zapatrywać tak jak ja, nikt nie zdawał się zdumiony, ani zaskoczony, nikt nie zdradzał wahania co ma odpowiedzieć. Osobliwe, dziwaczne, oszałamiające, zagadkowe pytanie, zadane przez Madame Walravens spotkało się z najzwyklejszą, najpospolitszą odpowiedzią:
— Justyna Maria — rzekła jedna z otaczających ją osób — przyjdzie niebawem; jest w kiosku. Będzie tutaj za chwilę.
Po tym pytaniu i po tej odpowiedzi zmienił się nieco nastrój i ton pogawędki, która pozostała jednak w dalszym ciągu równie swobodna, lekka, powierzchowna, nieco bezładna i przeplatana drobnymi ploteczkami, jak poprzednio. Słyszeć się jedynie dawały nowe nie zaznaczone dotychczas wzmianki, aluzje, komentarze, docinki, wszystkie wszakże były tak niejasne i urywane, tak ściśle dotyczyły osób niewymienianych z imienia ani nazwiska, czy okoliczności bliżej nieokreślanych, że mimo starannego wsłuchiwania się — a rozmyślnie wsłuchiwałam się z taką uwagą, jak gdyby od tego co usłyszę zależały własne moje losy — nie mogłam wyciągnąć z wysłuchanych słów nic więcej ponad to, że projektowany był jakiś plan, dotyczący upiornej owej Justyny Marii martwej, czy żywej. Rodzinna junta zdawała się planować jakiś zamach na nią z niewiadomego mi, ale im wszystkim bardzo leżącego na sercu powodu. O ile się zdawało, była mowa o małżeństwie, o majątku — nie mogłam jednak domyśleć się dla kogo — może dla Wiktora Kinta, a może dla Monsieur Josepha Emanuela, jako że obaj oni byli bezżenni. Wydało mi się nawet w pewnej chwili, że wzmianki owe, docinki i żarciki miały na względzie młodego jasnowłosego cudzoziemca, należącego do tego samego towarzystwa, które, mówiąc do niego i o nim, nazywało go „Heinrich Müller“. Do całej tej beztroskiej paplaniny natrętnie od czasu do czasu dorzucała Madame Walravens swoim ochrypłym, skrzekliwym głosem dziwaczne jakieś, nie wiążące się z sobą wzajem zdania; niecierpliwość jej znajdowała chwilami jedyne oderwanie w nieubłaganym pilnowaniu Desirée, której nie wolno było zrobić kroku, ani poruszyć się, aby stara wiedźma nie pogroziła jej swoją laską.
La voilà — oto ona! — zawołał nagle jeden z panów — voilà Justine-Marie qui arrive![84]
Chwila ta była dla mnie osobliwa. Pamięć moja wyczarowała przed oczami mojej duszy, wpuszczony w ścianę, portret zakonnicy, przynosząc mi zarazem echo smutnych dziejów miłosnych; wskrzesiła wizję poddasza, alei, berceau. Miałam przeczucie rozwiązania wreszcie zagadki, niezłomne przeświadczenie, że wyjaśni się ona w następnym momencie. Z chwilą, gdy pozwalamy sobie puścić wodze fantazji, gdzie zatrzyma się ona? Czy istnieje tak nagie drzewo zimowe, tak pokorne, trzymające się z dala od drogi, obrywające korę z żywopłotów bydlątko, aby fantazja, przepływający obłok, czy przedzierający się przez chmury promień księżyca nie nadały jednemu i drugiemu cech zjawy nadziemskiej?
Niezwykłym ciężarem legło mi na serce uroczyste wyczekiwanie wyjaśnienia tajemnicy: dotychczas oglądałam zjawę mniszki mętnie jedynie, z oddalenia; teraz stanąć miałam twarzą w twarz z nią w pełni oświetlenia. Przechyliłam się naprzód i wpiłam oczy w drogę.
— Idzie! — zawołał Monsieur Joseph Emanuel.
Koło otworzyło się, jak gdyby na przyjęcie nowego, upragnionego członka. W tym samym momencie przeszedł ktoś przypadkowo z płonącą pochodnią w ręku; jej blask uzupełnił blade światło księżyca, wyraźnie uwypuklając łącznym wysiłkiem bliski już moment dénouement — rozwiązania. Niepodobna, aby tym, którzy stali tak blisko mnie, nie udzielił się w drobnej części bodaj niepokój, jaki mną miotał w stopniu tak niebywałym. Najchłodniejszy z grupy musiał niewątpliwie powstrzymać oddech na chwilę. Co się mnie tyczy, krew zakrzepła we mnie, życie moje pozostało w zawieszeniu.
Po wszystkim. Chwila i mniszka nadeszła. Rewelacyjny moment przełomowy minął.
Blask pochodni, trzymanej wciąż jeszcze w pobliżu przez jednego z dozorców parku, rzuca w dalszym ciągu łunę świetlną muska nieomal twarz wyczekiwanej w sposób, czyni ją dla mnie najdoskonalej widzialną. Jak wygląda? Jaki ma na sobie strój? Kim jest?
Snuje się tego wieczora wiele masek po alejach parku, że zaś pora jest późna, tak dziwnie wszechwładnie panować zaczyna poczucie tajemniczości i zjawowej upiorności, że gotów byłbyś chyba uwierzyć mi, czytelniku, gdybym ci powiedziała, iż wydała mi się ona podobna do zakonnicy z poddasza, obleczona jak tamta w czarno-białe szaty, w biały zawój na głowie, że wygląda jak zmartwychwstała Justyna-Maria, że jest jej powstałym z grobu duchem.
Wszystko to fałsz, zmyślenie! Nie będziemy się w nie bawili! Bądźmy uczciwi i trzymajmy się, jak to czyniliśmy dotychczas, ścisłej, niezafałszowanej prawdy. Prostej, zwykłej, może nie ponętnej, ale niewątpliwej prawdy.
Prostej, zwykłej, nieponętnej?! — Źle w danym wypadku dobrane określenia. Ta, którą mam przed sobą, nie jest w ścisłym znaczeniu tego wyrazu ani prosta, ani zwykła, ani tym mniej nieponętna. Stoi tu młode dziewczątko z Villette — świeżo po ukończeniu pensjonatu. Jest bardzo ładna, urodą typowo tubylczą. Wydaje się dobrze odżywiona, jasna, o wybitnie zaokrąglonych kształtach. Pulchniutka. Ma pełne policzki, poczciwy wyraz oczu, bujne włosy. Jest ładnie ubrana. Nie przyszła sama. Eskorta jej składa się z trzech osób: dwóch starszych, które nazywa: „Mon oncle“ — mój wuj — i „ma tante“ — moja ciocia. — Śmieje się, szczebiocze, wesoła, żwawa, kwitnąca. Typowa belle bourgeoise — piękna mieszczka. Pod każdym względem.
Tyle o „Justynie-Marii“; tyle o duchach i tajemnicach. Nie znaczy to, aby ta, która szczególnie mnie interesowała, została wyjaśniona: dziewczątko, które mam przed sobą, nie jest na pewno moją mniszką; zjawa, oglądana przeze mnie na poddaszu i w ogrodzie, była o wiele wyższa.
Przyjrzałam się dokładnie pięknej mieszczce z Villette, ogarnęłam gniewnym wzrokiem jej godnych „oncle“ i „tante“. Czy zdołałam rzucić jeszcze przelotne chociażby spojrzenie na trzeciego jej towarzysza? Czy mogłam poświęcić mu źdźbło uwagi bodaj? Powinna byłam, mój czytelniku, rozpoznać go od razu, na pierwszy rzut oka; miał niezaprzeczone prawo do tego. Należy mu się, abym go rozpoznała. Nie spotykamy się po raz pierwszy. Zacisnęłam dłonie aż do bólu, wciągnęłam w płuca głęboki haust powietrza: powstrzymałam okrzyk, przełknęłam cisnący mi się na usta wyraz zdumienia, nie pozwoliłam sobie na wzdrygnięcie się nawet, byłam nieporuszona i niema jak kamień. A przecież wiedziałam, na kogo patrzyły moje oczy: poznałam go poprzez ich zamglenie, jakie pozostawiły im przepłakane noce. Miał odpłynąć na pokładzie okrętu „Antigua“. Tak powiedziała Madame Beck. Skłamała, albo też powiedziała to, co było pierwotnie prawdą i czego nie sprostowała, kiedy okazało się fałszem. „Antigua“ odpłynęła, a tu, o parę kroków przede mną, stał Paul Emanuel.
Czy byłam rada? Olbrzymi ciężar spadł z mojego serca. Czy ten nieulegający kwestii fakt był dla mnie zapowiedzią radosną? Nie wiem. Należałoby zbadać jakim okolicznościom zawdzięczałam opóźnienie jego wyjazdu. W jakim stopniu pozostawało ono w związku z moją osobą? Czy nie istnieli tacy, których sprawa ta dotyczyła bliżej, znacznie bliżej, aniżeli mnie?
Kim mogła ostatecznie być ta młoda dziewczyna, ta Justine-Marie? Nie była dla mnie osobistością zupełnie obcą, mój czytelniku: odwiedzała często pensjonat na Rue Fossette; bywała stale na niedzielnych zebraniach prywatnych u Madame Beck. Jest krewną zarówno Becków jak Walrevensów: nadano jej imię chrzestne od czczonej owej zakonnicy, która, gdyby żyła w dobie narodzin dziewczątka, byłaby jego ciotką. Nazwisko obecnej Justyny-Marii brzmi Sauveur; jest spadkobierczynią znacznej fortuny i sierotą; Monsieur Emanuel pełni obowiązki jej opiekuna; jest, jak mówią niektórzy, jej ojcem chrzestnym. Junta rodzinna pragnie, aby Justyna-Maria poślubiła jednego z otaczającej ją grupy młodych panów — który z nich ma być tym wybranym? Najważniejsza, rozstrzygająca dla mnie kwestia: który z nich?
Byłam bardzo rada, że lek, jakim napoiła mnie Madame Beck, natchnął mnie uczuciem niepokonanego wstrętu do pozostawania w sypialni pensjonatowej i w moim łóżku. Zawsze, przez całe moje życie, lubiłam i usiłowałam docierać do rdzenia prawdy, zwykłam szukać bóstwa w jego świątyni, unosić zasłonę kryjącą właściwe jądro rzeczy, narażać się bodaj na grozę wyjawienia. O, Tytanko pośród bogiń! Zamglone zasłoną zarysy twojej postaci stają się jeszcze bardziej dokuczliwie niewyraźne z powodu niepewności swojej, uwydatniają się, natomiast, z całą wyrazistością, uwypuklają wszystkie swoje linie, o ile zastosujemy przy ich badaniu okrutną, bezlitosną, nie uznającą żadnych kompromisów, bezpośredniość i szczerość. To, co ujrzymy, może zaprzeć nam dech z niewypowiedzianego przerażenia, zarazem jednak wchłaniamy w siebie w tym momencie tchnienie boskości. Serce nasze dygoce i prądy jego falują jak rzeki, podniesione z łożysk wstrząsem, jakiemu uległa ziemia, zarazem jednak wchłonęliśmy w siebie siłę. Widzieć i wiedzieć najgorsze — to pozbawić Lęk jego głównej przewagi, największego jego atutu.
Powiększone w ten sposób o trzy osoby towarzystwo pani Walravens ożywiło się i rozweseliło. Panowie przynieśli łakocie i napoje z kiosku; wszyscy rozsiedli się na murawie pod drzewami; pili i wygłaszali toasty, śmieli się, dowcipkowali. Monsieur Emanuel stał się przedmiotem żartów i drwinek na wpół niewinnych i, jak mi się wydało, na wpół złośliwych, o ile zwłaszcza wychodziły z ust Madame Beck. Wywnioskowałam z nich w każdym razie, że jego podróż została chwilowo odroczona na jego własne żądanie, wbrew życzeniom jego przyjaciół, a nawet wbrew ich naleganiom i radom. Pozwolił statkowi „Antigua“ odpłynąć i zamówił kajutę na pokładzie „Pawła i Wirginii“, który miał wyruszyć w podróż o dwa tygodnie później. Droczono się z nim na temat powodów, jakie skłoniły go do tej zwłoki, domagając się, aby je ujawnił. On wszelako niewyraźnie jedynie wzmiankował, że musi przed tym jeszcze załatwić pewną ściśle prywatną swoją sprawę, na której pomyślnym przeprowadzeniu osobliwie mu zależy. Jaka mogła to być sprawa? Nikt nie wiedział. A właściwie był ktoś, częściowo przynajmniej wtajemniczony w jego zamiary: podchwyciłam porozumiewawcze spojrzenie, jakie zamienili z sobą — on i Justyna-Maria.
La petite va m‘aider, n‘est — ce pas?[85] — zapytał.
Mais oui, je vous aiderai de tout mon coeur. Vous ferez de moi tout ce que vous voudrez, mon parrain[86]
Drogi „parrain“ — ojciec chrzestny — ujął jej rączkę i podniósł ją gestem pełnym wdzięczności do swoich ust. Dostrzegłam, że jasnowłosy i różowolicy młody Teutończyk, Heinrich Müller, wzdrygnął się na widok takiej demonstracji uczuć, która najwidoczniej nie zyskała jego uznania. Pozwolił sobie nawet mruknąć parę gniewnych słów, na co Monsieur Paul roześmiał się tylko i z niezachwianą pewnością siebie zdobywcy przyciągnął młodą wychowankę bliżej jeszcze ku sobie.
Monsieur Paul był w istocie bardzo wesoły tego wieczora, a raczej tej nocy. Był duszą całej gromadki; nieco despotyczny może, dążący, jak zawsze, do przewodzenia i w zabawie także, jak bywał w pracy, z każdą chwilą też bardziej uwydatniał górującą, kierowniczą swoją rolę. Z jego ust wychodziły najprzednejsze dowcipy, najweselsze anegdoty, najszczerszy śmiech. Niezmordowanie czynny swoim zwyczajem, rozrywał się formalnie, aby zabawić wszystkich, aby wszystkich zadowolnić, widziałam jednak, aż nadto dobrze widziałam kto jest jego faworytką. Widziałam u czyich stóp leżał na murawie, kogo osłaniał pieczołowicie przed nocnym chłodem, kim opiekował się czule i kogo strzegł czujnie jak oka w głowie.
Żartobliwe wzmianki i docinki sypały się w dalszym ciągu jak z rogu obfitości. Łatwo było mi zrozumieć z nich, że wszyscy obecni uspokajali Monsieur Paula zapewnianiem go, iż przez cały czas jego nieobecności będą przez wdzięczność, świadomi ile mu są winni, strzegli dla niego skarbu, jaki pozostawi w Europie. Niech tylko przywiezie im z Indii Zachodnich wielką fortunę, a dadzą mu w zamian młodą oblubienicę, która wniesie mu sute wiano. Puścili znać całkowicie w niepamięć uczyniony przez niego ślub wierności: kwitnąca, czarująca Teraźniejszość kazała zapomnieć o upiornej Przeszłości, odnosząc łatwą nad nią przewagę. Jego zmarła mniszka została więc nareszcie pogrzebana na dobre.
Musiało być tak w istocie. Przyszło zatem objawienie. Moje przeczucia nie omyliły mnie; istnieje rodzaj przeczuć, które nigdy nie mylą; to ja sama tylko źle obliczyłam się na razie, nie dostrzegłszy właściwego znaczenia wyroczni, sądząc że ma ona na względzie wizję, majaki fantazji jedynie; gdy, wręcz przeciwnie, orzeczenie jej dotyczyło tętniącej życiem rzeczywistości.
Powinna byłam zatrzymać dłużej uwagę moją na tym, co widziałam; rozpatrzeć dokładnie stan rzeczy, zanim wyciągnęłam wnioski. Znaleźliby się może tacy, którzy uważaliby podstawy wnioskowania mojego za nazbyt kruche dowody — za niewystarczające; sceptycy zbadaliby nieufnie wszystkie dane, zanim zdobyliby się w ostatecznym wyniku na przypuszczenie możliwości projektów połączenia węzłem małżeńskim biednego i wyzbytego cienia samolubstwa mężczyzny czterdziestoletniego z jego bogatą osiemnastoletnią wychowanką i córką chrzestną; dalekie było jednak ode mnie podobne usiłowanie złagodzenia zabójczego ciosu, dalekie podobnie tchórzliwe uciekanie od rzeczywistości, podobna niechęć spojrzenia faktom, chociażby najokrutniejszym, prosto w oczy, dalekie wyłamywanie się z obowiązku bezwzględnego hołdowania jedynej władczyni, kroczącej stale w zwycięskim pochodzie naprzód — PRAWDZIE.
Nie. Wszystko to było dalekie ode mnie, jak najdalsze. Pośpieszyłam też przyjąć cały plan za rzecz faktyczną, uznać go za nieulegający wątpliwości. Wraz z nim przyjęłam za fakt i wszystko inne także. Usiłowałam skupić wszystko dokoła siebie, z rodzajem gorączkowego pośpiechu, jak chorąży, padający na polu bitwy, zbiera dokoła siebie fałdy swojego sztandaru. Błagałam Przeświadczenie, aby wbiło we mnie głęboko gwoździe niezłomnej pewności, nienawidzonej przeze mnie w momencie przyjmowania jej, mimo to przyjmowanej, aby trwale umocowało je najmocniejszymi uderzeniami, na jakie mogło zdobyć się, a kiedy żelazo wbiło się głęboko w moją duszę, podniosłam się, odrodzona, jak mi się wydało.
W ekstatycznym upojeniu zawołałam; — „Jesteś dobrą panią, o, Prawdo, dla wiernych sług twoich!“ Kiedy tłoczyło mnie Kłamstwo, jakże cierpiałam okrutnie! Mimo że Fałsz był słodki, złudnie kołyszący wyobraźnię i rozgrzewający serce, dręczył mnie nieustannie. Przeświadczenie o zyskanym przywiązaniu nie było ani na chwilę wolne od obawy, że przy następnym obrocie koła fortuny może łatwo być utracone. Prawda usunęła bezpowrotnie Fałsz, nie ugruntowane na niczym próżne Wmawianie sobie i nieuzasadnioną Nadzieję — i, oto, stoję wolna!
Nie pozostało mi już nic innego, jeno powrócić z tym moim uczuciem wyzwolenia do mojego pokoju, zabrać je z sobą do mojego łóżka i przekonać się jak sobie z nim poradzę. Gra nie była jednak jeszcze całkowicie rozegrana. Powinna byłam zaczekać jeszcze i dłużej przyglądać się tej scenie miłosnej pod drzewami, tej sielance leśnej. Gdyby nawet w przejawach tych nie było cienia prawdziwej miłości, była jednak wyobraźnia moja wówczas tak szczodra i taka twórcza, że mogłaby sama wymodelować najbardziej znamienne jej rysy i nadać im największą siłę życia, najżywsze zabarwienie uczucia. Nie chciałam jednak patrzeć; zdobyłam się na uczynienie nieodwołalnego postanowienia, nie mogłam wszelako gwałcić mojej natury. A zresztą, coś tak straszliwie szarpało mnie pod moim szalem, coś tak świdrująco wwiercało mi się w bok — sęp o tak ostrych szponach i tak okrutnym dziobie — że musiałam być sama, aby dać sobie z tym radę. Zdaje mi się, że nigdy do tej chwili nie odczuwałam zazdrości. Nie było to podobne do mojego reagowania na widok uczuciowego stosunku doktora Johna i Pauliny, na którego objawy zamknęłam oczy i uszy, a chociaż nie chciałam o nich myśleć, musiało jednak moje poczucie harmonii przyznać im ich czar niewątpliwy. Nie dla mnie była miłość zrodzona z piękna, oparta na urodzie; nie miałam z nią nic wspólnego: nie mogłam pokusić się o nią. Inna wszelako miłość, nieufnie torująca sobie drogę poprzez długą znajomość, wypróbowana w ogniu cierpienia, nacechowana stałością, umocniona domieszką trwałego, czystego przywiązania, poddana przez rozum intelektualnemu tyglowi probierczemu, ukształtowana własną zasługą i doprowadzona do stanu doskonałego — tak Miłość, nie znająca namiętnych, ale nazbyt szybko wybuchających zapałów i równie szybkiego i namiętnego ich wygasania, pochłonęła najgłębsze moje zainteresowanie, oddane całkowicie w jej władzę. Cokolwiek też przyczyniało się bądź do jej podtrzymania i rozwoju, bądź też do jej zaniku, nie mogło być traktowane przeze mnie bez głębokiego przejęcia się.
Zawróciłam i odeszłam od „wesołego towarzystwa“ pod drzewami. Było już dawno po północy; koncert był skończony tłumy zaczęły rozchodzić się. Poszłam i ja także za tą odpływającą falą. Opuściwszy jaśniejący wciąż jeszcze mnóstwem świateł park i suto oświetlone ulice Haute-Ville (latarnie paliły się przez całą noc; miała to być, jak się zdaje, „une nuit blanche“ — biała noc w Villette) skierowałam się ku mrocznej dolnej części miasta.
Niesłusznie właściwie nazywam ją mroczną, bowiem piękno poświaty księżycowej, które poszło w zapomnienie w parku, dało tutaj ponownie znać o sobie, ujawniając się nieco mgliście. Księżyc płynął wysoko na niebie, oblewając równym, nieskazitelnym swoim światłem ziemię i wszystko co było na niej. Muzyka i wesołość wielkiej Fête, jasne światła pochodni i sutej iluminacji zaćmiły je i wyparły na godzinę, teraz wszelako triumfowała srebrzysta jego wspaniałość, jego niezmącona cisza. Współzawodniczące ze światłem księżycowym latarnie dogasały, ale księżyc płynął i świecił w dalszym ciągu, ni to białe przeznaczenie. Rogi i surmy wyładowały ze siebie góry dźwięków i zostały zapomniane, księżyc natomiast, nieprzerwanie promieniami swoimi kreślił na niebie i na ziemi karty wiecznie trwałych archiwów. On i gwiazdy wydali mi się nagle głoskami i świadkami wszechwładnej prawdy. Nocne niebo znaczyło poświatą swoją granice jej królestwa: jego zwolna toczące się posuwanie ustalało jego zwycięstwo — ów prący naprzód ruch, który powtarzał się, powtarza się i będzie powtarzał się poprzez wieczność.
Migotliwie oświetlone naftowymi latarniami ulice są bardzo ciche: lubię je za to, że są takie miłe i że tchną takim spokojem. Śpieszący do domów swoich Bürger mijają mnie od czasu do czasu, wszyscy oni wszakże idą pieszo, mało robią hałasu i szybko znikają. Tak bardzo podoba mi się obecny wygląd Villette, że nie powróciłabym dobrowolnie pod dach, zmuszona jednak jestem, chcąc szczęśliwie zakończyć osobliwą moją przygodę, znaleźć się ponownie w moim łóżku w sypialni, zanim Madame Beck powróci do domu.
Od Rue Foseette dzieli mnie jedna już tylko ulica; w momencie wkroczenia mojego w jej obręb, zamąca po raz pierwszy głęboką ciszę dzielnicy turkot kół powozowych. Zbliża się ku mnie, zbliża się bardzo szybko. Jak rażąco głośno rozlega się wskutek wyboistego bruku! Ulica jest wąska, a ja trzymam się przezornie chodnika. Powóz przemyka z hukiem. Co jednak widzę, albo też co wyobrażam sobie, że widzę w momencie jego przejeżdżania pędem? Nie, wydaje mi się. Nie ulega wątpliwości, że coś białego wionęło z okna powozu — ręka czyjaś dała znak chusteczką. Czy ten sygnał miał mnie na względzie? Komu jestem znana? Kto mógł poznać mnie o tej porze? Nie był to powóz pana de Bassompierre, ani pani Bretton; a zresztą ani Hôtel Crécy, ani La Terrasse nie są położone w tej okolicy, ani też nie prowadzi tędy droga do nich. Nie mam zresztą czasu na snucie domysłów — muszę śpieszyć do domu.
Kiedy wreszcie dotarłam do pensjonatu, panowała tu cisza bezwzględna. Żaden powóz, ani żadna dorożka nie przywiozły jeszcze Madame Beck i Desirée z powrotem. Pozostawiłam wielkie frontowe drzwi uchylone; czy znajdę je w tym samym stanie? Wiatr, czy inny przypadek, mógł spowodować zatrzaśnięcie się ich sprężyny. Gdyby miało stać się tak, beznadziejne byłoby moje usiłowanie dostania się do wnętrza: moja awanturnicza przygoda musiałaby mieć katastrofalne skutki. Nacisnęłam ciężką zasuwę — czy podda się? Czy ustąpi pod naciśnięciem?
Tak. Ustąpiła tak bezszelestnie, tak bez oporu, jak gdyby dobry jakiś ukryty w przedsionku duszek sprawował tutaj czary sezamowe. Wchodząc z zapartym oddechem, cichuteńko, po zdjęciu obuwia, wspinając się po schodach, namacałam drzwi sypialni, wślizgnęłam się do niej i podeszłam do mojego łóżka.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

O! Podeszłam i odetchnęłam z ulgą. Już w następnej chwili wszakże omal nie krzyknęłam. Omal. Nie krzyknęłam jednak dzięki Niebu.
W całej sypialni, w całym domu panowała o tej porze cisza grobowa. Wszyscy spali, tak cicho, jak gdyby nikomu nic nie śniło się nawet. Na dziewiętnastu łóżkach leżało wyciągniętych bez ruchu w całej długości dziewiętnaście postaci. Na moim — dwudziestym — nie powinno było nic leżeć: pozostawiłam je puste, powinna więc byłam zastać je tak samo niezajęte przez nikogo. Co jednak dostrzegam spoza na wpół zaciągniętych zasłon? Jaki ciemny, bezprawnie zajmujący to miejsce, wyciągnięty wzdłuż, dziwny kształt? Czyżby to był rabuś-włamywacz, który dostał się tutaj przez uchylone drzwi wejściowe i leży na moim łóżku w oczekiwaniu chwili odpowiedniej? Osobliwie czarno wygląda, jak gdyby nie był żywym człowiekiem. A może to jakiś bezpański, wałęsający się pies wsunął się tutaj z ulicy i przyczaił się na moim posłaniu? Czy nie wskoczy i nie rzuci się na mnie w chwili gdy odważę się podejść? Muszę jednak zbliżyć się. Odwagi! Jeden krok...
Zakręciło mi się w głowie. Przy mdłym, pełgającym świetle lampki nocnej ujrzałam wyciągniętą na moim łóżku dawną zjawę — ZAKONNICĘ.
Wydanie okrzyku w tym momencie zgubiłoby mnie niechybnie. Bez względu na straszliwy, upiorny widok nie mogłam pozwolić sobie ani na głośny okrzyk przerażenia, ani na zemdlenie. Nie byłam zresztą przewrażliwiona. Moje nerwy, zahartowane ostatnimi wypadkami, nie znały histerii. Ożywiona i rozgrzana tysiącami świateł iluminacji, muzyką, widokiem rozbawionych tłumów, ochłostana biczem nowej klęski, nie ulękłam się zjawy. Nie wydawszy dźwięku, rzuciłam się bez namysłu ku mojemu nieszczęsnemu, nawiedzonemu przez niewczesnego intruza posłaniu; nic nie poruszyło się, nic nie skoczyło na mnie. Czułam instynktownie, że ja jedna tylko jestem tu żywą istotą, ja jedna zdolna jestem poruszyć się, ja jedna jestem rzeczywistością, materią, siłą. Ściągnęłam z łóżka zmorę! Podniosłam zjawę wysoko w górę i potrząsnęłam nią z rozmachem. Szarpnęłam i potrząsnęłam z całych sił — tajemnicę! Rymnęła na podłogę, rozlatując się dokoła mnie w strzępy, rozpadając się na kawałki, które potratowałam nogami.
I oto znów ogołocone z liści i gałęzi drzewa zimowe, nieosiodłany Rosynant, który wyrwał się ze stajni; welon chmur; migotanie światła księżycowego. Wysoka zakonnica okazała się długą deską drewnianą, ustrojoną w długą czarną szatę i kunsztownie owiniętą białym welonem. Ubranie jej, jakkolwiek może wydać się to dziwne, było naprawdę ubraniem zakonnicy, zręczną czyjąś ręką nałożone do złudzenia wiernie na gołą deskę. Skąd wziął się ten strój? Kto obmyślił podobną maskaradę? W jakim celu? Na wszystkie te pytania nie znalazłam jeszcze odpowiedzi. Do zawoju zakonnicy przypięty był szpilką skrawek papieru, na którym nagryzmolone były na prędce ołówkiem zagadkowe słowa szydercze:
„Mniszka z poddasza przekazuje Lucy Snowe swoją garderobę. Nie będzie już więcej oglądana na Rue Fossette.“
Co to było, czy kto to był? Kto nawiedzał mnie? A raczej co? Widziałam zjawę trzykrotnie. Ani jedna ze znanych mi kobiet nie posiadała jej wzrostu. Nie był to w ogóle wzrost kobiety. Żadnemu zaś z mężczyzn, jakich znałam, nie mogłam ani na chwilę przypisać zdolności zdobycia się na podobne wyczyny.
Wciąż jeszcze stojąc wobec nierozwiązanej i nierozwiązalnej zagadki, równie jednak całkowicie, jak nagle, uwolniona od wszelkiego poczucia zjaw nieziemskich, upiornych, ani myśląc zresztą zaprzątać sobie dłużej głowy usiłowaniem zbadania tajemnicy, pozbawionej dla mnie głębszego znaczenia, zwinęłam w jedną małą paczkę szatę, zasłonę i zawoje, wsunęłam ją sobie pod poduszkę i położyłam się, nadsłuchując, dopóki nie doleciał do moich uszu stuk kół dorożki, która przywiozła Madame Beck z powrotem do domu. Usłyszawszy ten odgłos, odwróciłam się i, wyczerpana czuwaniem w ciągu szeregu nocy, może także rozmarzona zaczynającym wreszcie właściwie działać narkotykiem, usnęłam głęboko.




ROZDZIAŁ XL
SZCZĘŚLIWE STADŁO

Dzień, który nastąpił po owej znamiennej nocy letniej, okazał się dniem niezwykłym. Nie znaczy to, aby ujawniły się znaki szczególne na niebie czy na ziemi, ani też nie mam na myśli osobliwych zjawisk meteorologicznych — burz, potopów, czy wichrów zawrotnych. Wprost przeciwnie; słońce wstało nazajutrz wesołe, o świetnej glorii lipcowej. Poranek okrył jej piękno blaskiem rubinów i tak wypełnił ją promiennością różaną, że lała się z niej na ziemię potokiem, rumieniąc jej drogę: godziny rodziły się hoze jak nimfy i, pozostawiwszy na wzgórzach całe swoje zapasy mgieł, wynurzały się wolne od nich: lazurowe, olśniewające, bez śladu cienia, wiodły one rumaki słoneczne w ich obieg prażący, nieskażony plamką chmurki najlżejszej.
Słowem, był to najpiękniejszy z dni, jakimi może poszczycić się najpiękniejsze lato; wątpię wszelako, czy znalazła się poza mną jeszcze jedna mieszkanka pensjonatu przy Rue Fossette, która zwróciła uwagę na ten miły fakt, lub zdołała zapamiętać go. Inna myśl zaprzątała wszystkie głowy: myśl, której i ja poświęciłam nieco rozważań. Wzgląd ten wszakże, który dla mnie specjalnie nie posiadał uroku tak oszałamiającej niespodzianki, który nie zaskoczył mnie nagle w sposób tak zgoła nieoczekiwany, a nade wszystko nie był dla mnie owiany równie nieprzeniknioną tajemniczością i zagadkowością jak dla współtowarzyszek moich, umożliwił mi — z większą swobodą niż im wszystkim — czynienie uwag osobistych i zdobycie się na bardziej objektywną ocenę doznanych wrażeń.
Mimo to, przechadzając się po ogrodzie, wygrzewając się z lubością na słońcu i obserwując rozwój i rozkwit roślin, myślałam o tym samym przedmiocie, który był treścią rozmów wszystkich domowników.
O jakim przedmiocie?
Otóż o tym jedynie: Podczas odmawiania modlitw porannych uderzyło wszystkich puste miejsce w pierwszym szeregu stałych pensjonarek. Przy podaniu śniadania nie upomniano się o jeszcze jedną filiżankę kawy. Służąca, która przyszła zasłać łóżka, znalazła w jednym z nich deskę, położoną wzdłuż posłania i przystrojoną w koszulę nocną i w nocny czepeczek; a kiedy nauczycielka muzyki panny Ginevry Fanshave przyszła o wczesnej porze, jak zwykle, aby udzielić jej lekcji porannej, nie mogła dowołać się tej utalentowanej i wiele obiecującej młodej uczennicy swojej.
Szukano Miss Fanshave wszędzie od strychu do piwnic; przetrząśnięto dom cały wszerz i wzdłuż — nadaremnie. Żadnego śladu, żadnej wskazówki, ani skrawka papieru nawet, jako wyniku mozolnych poszukiwań: nimfa znikła, pochłonięta niedosięgalnie, ni to spadająca, zagasła w mrokach nocy, gwiazda.
Głębokie przerażenie ogarnęło personel nauczycielski i wychowawczy, który miał sobie poruczoną surveillance, głębsze jeszcze najbardziej odpowiedzialną i poczuwającą się do winy przełożoną. Nigdy dotychczas nie widziałam Madame Beck tak bladej i zgnębionej. Cios ugodził w najczulsze jej miejsce, w najsłabszy jej punkt: jej interesy materialne były nie tylko zagrożone, ale poniosły faktyczny poważny uszczerbek. W jaki sposób mogło wydarzyć się coś podobnie niepojętego, coś tak niesłychanego, opacznego? Pod czyje skrzydła opiekuńcze schronił się zbieg? Jaką drogą mogło nastąpić porwanie? Ani jedno okno nie było otwarte, czy niezahaczone, ani jedna szyba wybita, wszystkie drzwi wyjściowe należycie zaryglowane. Nigdy, do dnia dzisiejszego, nie udało się Madame Beck zaspokoić swojej ciekawości na tym punkcie, tak samo, jak nikt inny z zainteresowanych, z wyjątkiem jednej jedynej Lucy Snowe, która nie mogła zapomnieć, że, celem ułatwienia niezwykłej eskapady, zasuwa wielkich drzwi frontowych została leciutko pchnięta, a same drzwi zamknięte wprawdzie, ale nie zatarasowane należycie i nie zabezpieczone. Lucy przypomniała sobie także uwożący młodą parę powóz, który przejechał pędem z grzmiącym turkotem kół po nierównym bruku, jak również zagadkową sygnalizację powiewaniem z okna powozu białą chusteczką.
Na podstawie tych danych oraz paru jeszcze innych niedostępnych dla nikogo prócz mnie jednej tylko, mogłam wyciągnąć decydujący wniosek: był to niewątpliwy wypadek potrwania. Przeświadczona moralnie o niezbitej prawdzie tego faktu, uważałam za właściwe, widząc głębokie stropienie i szczerą udrękę Madame Beck, podzielić się z nią moim przekonaniem. Wspomniawszy o zalotach pana de Hamala, stwierdziłam, będąc zresztą z góry pewną tego, że Madame była w zupełności au fait — świadoma — całej sprawy i że dawno już przeprowadziła długą, szczegółową dyskusję na ten temat z panią Cholmondeley, złożywszy na barki godnej damy całą odpowiedzialność co do niemiłej tej afery. I teraz też zwróciła się nade wszystko do niej i do pana de Bassompierre, jako do finansującego pobyt Ginevry na pensji.
Jak się okazało, był Hôtel Crécy powiadomiony o tym, co zaszło. Ginevra napisała do kuzynki swojej, Pauliny, wzmiankując niewyraźnie o swoim zamiarze zamążpójścia; podobnie brzmiące zawiadomienia nadeszły również od rodziny pana de Hamala. Pan de Bassompierre był już na tropie uciekinierów. Przychwycił ich jednak za późno.
Tego samego tygodnia jeszcze przyniosła mi poczta list. Sądzę, że najlepiej zrobię, przytaczając dosłownie jego treść, jako że zawiera on wyjaśnienia niejednego ciemnego dotychczas punktu:

„Drogi mój stary Tymie (skrót Tymona). Znikłam, jak widzi pani, i nie ma po mnie śladu. Zamiarem Alfreda i moim od samego początku było pobrać się w ten sposób. Nie chcieliśmy nigdy połączyć się węzłem małżeńskim przy stałym, utartym ceremoniale, jak czynić to zwykli wszyscy inni. — Dieu merci! — chwała Bogu! — Wie pani, że Alfred, który z początku nazywał panią „smokiem“, tylokrotnie widywał panią w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, że zaczyna doświadczać zupełnie przyjaznych uczuć dla pani. Ma nadzieję, że nie będzie pani odczuwała braku jego osoby — a raczej jego aparycji — teraz, kiedy znikł z pola widzenia pani, prosi mnie też, abym usprawiedliwiła go przed panią za wszelkie drobne przykrości, jakie zdarzyło mu się wyrządzić; obawia się, że nieprzyjemnie zaskoczył panią, ukazawszy się pani pewnego razu na poddaszu w chwili, kiedy nasz kochany stary Tym pogrążony był w odczytywanie listu, jak mu się wydało, tak osobliwie dla dawnego „smoka“ interesującego, że nie mógł oprzeć się pokusie przestraszenia go: bardzo porwany wydawał się swoją korespondencją. En revanche — w zamian — opowiada, że innym razem pani znów przeraziła go, wpadając na poddasze po jakiś szal, czy inne okrycie, w momencie, kiedy potarł zapałkę, aby spokojnie wypalić cygaro podczas czekania na mnie.
„Czy zrozumiała pani wreszcie, że to pan de Hamal był ową zjawą mniszki, ukazującą się na poddaszu, dokąd przychodził celem widzenia się z pokorną służką łaskawej pani? Wyjaśnię pani w jaki sposób radził sobie. Otóż, wiadomo pani, że miał wolne — entrée — wstęp — do Athenée, którego wychowankami są dwaj czy trzej jego siostrzeńcy, synowie siostry jego, Madame de Meley. Wie pani na pewno, że dziedziniec kolegium mieści się po drugiej stronie wysokiego muru, okalającego ogród od strony ulubionej pani allée défendue. Alfred umie równie zręcznie wspinać się na najwyższe mury, jak tańczyć, czy fechtować się; bawiło go dostawanie się do naszego pensjonatu drogą wdrapywania się nasamprzód po murze, a potem korzystania z pomocy wysokiego drzewa, rozpościerającego się ponad berceau i opierającego część swoich gałęzi o dach niższego budynku naszej siedziby. Tą drogą dostawał się do pierwszej klasy i do grande salle. Pewnej nocy, notabene, spadł z tego drzewa, odłamawszy ciężarem swoim niektóre gałęzie jego. Omal nie skręcił przy tym karku, nade wszystko jednak straszliwie przeraził się, o mały włos bowiem nie został przyłapany przez dwoje ludzi: przez Madame Beck i Monsieur Emanuela, jak mu się wydało, którzy przechadzali się o tej porze po alei. Z grande salle nietrudno jest przedostać się do najwyższego gmachu mieszkalnego, zakończonego obszernym poddaszem. Okienko w dachu pozostaje, jak pani wiadomo, otwarte do połowy dniem i nocą dla umożliwienia dostępu powietrza; tym właśnie okienkiem dostał się na poddasze. Przed rokiem mniej więcej powtórzyłam mu przy jakiejś okazji krążącą tutaj legendę o mniszce, i to właśnie nasunęło mu romantyczną myśl przebrania się za jej widmo. Przyzna pani chyba, że nader sprytnie zaaranżował całą rzecz i umiejętnie ją przeprowadzał.
Gdyby nie ta czarna szata mniszki i biały jej welon byłby niechybnie przyłapany nie dziś to jutro przez panią i przez tego tygrysa-jezuitę, Monsieur Paula. Uważał was oboje, jego i panią, za zdolnych uwierzyć w duchy i zjawy, wędrujące po ziemi, zarazem jednak za ludzi bardzo odważnych. Co się mnie tyczy, bardziej podziwiam zdolność pani dochowania tajemnicy, aniżeli odwagę pani. Jak była pani w stanie znieść nawiedzanie pani co pewien czas przez wysokiego upiora, nie krzyknąwszy nawet, nie opowiedziawszy każdemu napotkanemu o swojej przygodzie i nie poruszywszy tą wieścią całego domu wraz z najbliższym sąsiedztwem?
„O, a jak podobała się pani zakonnica jako towarzyszka, dzieląca z panią jej łóżko? To ja ustroiłam tak tę kukłę — prawda, że wcale zręcznie udało mi się? Ciekawa jestem, czy pani wrzasnęła, zobaczywszy ją? Ja na pani miejscu oszalałabym chyba z przestrachu. Ale pani ma nerwy prawdziwie jak ze stali. Albo może jak postronki. Myślę, że pani nie potrafi nic odczuwać. A w każdym razie pozbawiona jest pani wrażliwości, jaką posiada osoba taka jak ja. Wydaje mi się pani nieczułą zarówno na ból, jak na strach, czy smutek. Jest pani prawdziwym starym Diogenesem z beczki.
„I cóż, droga prababuniu, bardzo jest pani zła na mnie za moją ucieczkę w noc księżycową i na moje małżeństwo przez porwanie? Zapewniam panią, że to świetna zabawa; po części zrobiłam to na przekór tej woskowej lali, Paulinie, i temu niedźwiedziowi, doktorowi Johnowi: ażeby im dać dowód, tym nadętym pyszałkom, że tak samo łatwo mogę wyjść za mąż, jak ona. Pan de Bassompierre był z początku dziwnie rozwścieczony na Alfreda, zagroził mu nawet pociągnięciem go do odpowiedzialności sądowej za „detournement de mineure“ — uwiedzenie nieletniej — i Bóg wie czym jeszcze; zachowywał się tak wstrętnie, że byłam zmuszona odegrać małą scenkę melodramatyczną: paść przed nim na kolana, płakać, łkać, przemoczyć łzami trzy chusteczki do nosa. „Mon oncle“ ustąpił wnet, rozumie się. Jaki był właściwie cel robienia takiego hałasu? Jestem zamężna i na tym koniec. Nie da się to odrobić. Utrzymuje on wprawdzie wciąż jeszcze, że nasze małżeństwo nie jest legalne, jako że nie jestem pełnoletnia. Też mi gadanie! Jak gdyby na tym miała polegać cała różnica! Jestem zupełnie w takim samym stopniu mężatką, jak gdybym miała sto lat. Musimy jednak, jak się okazuje, zawrzeć wkrótce powtórny ślub. Nie mam nic przeciwko temu, bo dostanę wyprawę, której sporządzeniem zajmie się pani Cholmondeley. Istnieje nawet nadzieja, że pan de Bassompierre nie poskąpi mi przyzwoitego posagu, co bardzo nam się przyda; biedny Alfred nie posiada nic prócz swojego klejnotu szlacheckiego, z którym przyszedł na świat, odziedziczywszy go po swoich przodkach, a także prócz swojej gaży oficerskiej. Żałuję tylko, że wuj nie okazał się prawdziwym gentlemanem i nie potrafi szeroko, bez żadnych zastrzeżeń i warunków, otworzyć swojej kieszeni. Niestety, okazał się tak dalece przykry, że uzależnił danie mi posagu od złożenia przez Alfreda zobowiązania na piśmie, że nigdy więcej, od dnia, kiedy posag będzie mu wypłacony, nie weźmie do ręki kart, ani kości do gry. Pomawiają mojego anioła o skłonność do gry hazardowej: nic mi o tym nie wiadomo, wiem, natomiast z całą pewnością, że jest on najukochańszą, najdroższą, czarującą istotą.
„Brak mi słów na dostateczne wychwalanie geniusza, z jakim de Hamal urządził naszą ucieczkę. Jak mądrym krokiem było z jego strony obranie w tym celu nocy fête, kiedy Madame (której obyczaje zna dobrze, jak zapewnia) wydali się z domu, aby być obecną na koncercie w parku. Przypuszczam, że i pani musiała pojechać razem z nią. Widziałam panią wstającą i wychodzącą z sypialni około jedenastej w nocy. Jak to się jednak stało, że pani powróciła sama i pieszo, nie mogę zupełnie zrozumieć. Bo przecież na pewno pani była tą osobą, którą widzieliśmy w starej wąskiej uliczce Świętego Jana? Czy zauważyła pani moje powiewanie w pani stronę chusteczką z okna powozu?
„Adieu! Niech się pani cieszy moim szczęściem: niech mi pani powinszuje losu, jaki mnie spotkał i niech pani, drogi mój cyniku i mizantropie, przyjmie, będąc w najlepszym zdrowiu i usposobieniu, zapewnienia mojej przyjaźni i oddania,

z jakim pozostaje GINEVRA LAURA DE HAMAL
née — urodzona — FANSHAVE.“

P. S. Niech pani pamięta, że jestem hrabiną teraz. Mój ojciec, moja matka i dziewczęta w domu będą zachwyceni, gdy się o tym dowiedzą. „Moja córka, hrabina!“... „Moja siostra, hrabina!“ Brawo! Lepiej to brzmi, aniżeli „Pani doktorowa Johnowa Bretton“... Jak się pani wydaje, co?...“
Wnioskując na podstawie tego listu oraz tego, co sam wie o pannie Fanshave i o jej wielbicielu, będzie czytelnik niewątpliwie spodziewał się usłyszeć rychło o gorzkim żałowaniu przez nią młodzieńczej jej płochości. Nie ulega oczywiście kwestii, że czekało ją w życiu wiele jeszcze cierpień i trosk. Na razie jednak wyglądało wszystko bardzo różowo.
Parę słów wystarczy, aby zdać sprawę z tego, co wiadomo mi o dalszych jej losach.
Widziałam ją ku końcowi miodowego jej miesiąca. Złożyła wizytę Madame Beck i posłała po mnie, abym przyszła do niej do salonu. Zaraz na wstępie rzuciła się, roześmiana, w moje objęcia. Wyglądała kwitnąco i bardzo pięknie: loki jej były dłuższe, policzki bardziej zaróżowione niż kiedykolwiek: jej biały kapelusz i wual z brabanckich koronek, przybrane bukiecikami kwiatu pomarańczowego składały się na jej strój oblubienicy, w którym było jej prześlicznie.
— Dostałam posag! — oznajmiła mi przede wszystkim (jak zawsze dbała najbardziej o stronę materialną; uważałam, że tkwi w niej dużo z kupcowej, mimo całej pogardy jej dla burżuazji). — Wuj de Bassompierre jest prawie zupełnie pogodzony — dodała. — Niewiele sobie robię z jego nazywania Alfreda „durniem“ — to tylko jego zwykła szorstkość szkocka i szkocki brak wychowania. Myślę nawet, czy Paulina nie żałuje w głębi duszy, że nie jest na moim miejscu, a doktór John wścieka się z zazdrości, jestem tego pewna. Gotów pęknąć z niej!... Taka jestem szczęśliwa! Nie wyobrażam sobie, abym mogła życzyć sobie jeszcze czegoś więcej — chyba tylko powozu i własnego pałacu, i... ale muszę przedstawić pani, Miss Lucy, „mon mari“ — mojego męża! Alfredzie, chodź tutaj do nas!
Alfred zjawił się, przyszedłszy z wewnętrznego salonu, gdzie rozmawiał z Madame Beck, przyjmując tyleż powinszowania ile łajania godnej przełożonej. Przedstawiona zostałam panu hrabiemu pod rozmaitymi moimi nazwami: Smoka, Diogenesa i Tymona. Piękny pułkownik był uprzedzająco grzeczny. W nader zręcznej formie usprawiedliwił się przede mną, prosząc o wybaczenie mu wizyt zjawy zakonnicy i zakończył przeprosiny swoje słowami: „najlepsze i wystarczające chyba usprawiedliwienie wszystkich popełnionych przeze mnie niegodziwości stoi tutaj przed nami!“, — przy czym wskazał na młodziutką swoją żonę.
Odesłała go ona niebawem z powrotem do Madame Beck, objąwszy mnie w wyłączne posiadanie, aby oszołomić mnie do reszty swoim nieposkromionym temperamentem, swoim beztroskim, prawdziwie pensjonarskim humorem. Nie przestawała z wyrazem dziecięcego triumfu popisywać się swoją obrączką, nazywać siebie samą „Madame la Comtesse de Hamal“, pytając mnie za każdym razem jak to brzmi. Prawie nic nie odpowiadałam jej, nie mając zamiaru wyjawiać co o tym wszystkim w duszy myślę. Nie płoszyło jej to bynajmniej. Nie spodziewała się po mnie niczego lepszego: znała mnie zbyt dobrze, aby łudzić się nadzieją usłyszenia z moich ust komplementów — suche moje zbywanie jej lakonicznymi odpowiedziami, a raczej monosylabami, zupełnie jej wystarczało, im sztywniej też i obojętniej zachowywałam się, tym weselej śmiała się i dowcipkowała.
Wkrótce po ślubie zdołano przekonać pana de Hamala, że winien wystąpić z wojska, jeśli chce znaleźć najskuteczniejszy sposób uwolnienia się od pewnych niepożądanych, niekorzystnie wpływających na niego towarzyszy i zerwać raz na zawsze ze złymi nawykami. Wystarano się dla niego o stanowisko attaché przy jednym z poselstw, wskutek czego on i jego młoda żona przenieśli się na stałe za granicę. Przypuszczałam, że Ginevra zapomni o naszej znajomości, omyliłam się jednak. W ciągu wielu lat podtrzymywała nieregularną wprawdzie, dorywczą korespondencję ze mną, bądź co bądź jednak pisywała od czasu do czasu. W pierwszym roku pisała wyłącznie o sobie i o Alfredzie; stopniowo zaczęła osoba i imię Alfreda powtarzać się coraz rzadziej w jej listach; była już w nich przeważnie mowa o niej samej tylko oraz o nowym przybytku. Alfred Fanshave de Bassompierre de Hamal zapanował w jej sercu wszechwładnie, zająwszy miejsce, niegdyś należne tu jego ojcu. Unosiła się zachwytami nad nowym tym osobnikiem, przytaczała, wyraźnie przesadzone, opisy cudów jego przedwczesnego rozwoju, do których dołączała wyrazy najgwałtowniejszego oburzenia na okazywane przeze mnie niedowiarstwo na tym punkcie. Wymawiała mi, że nie mam pojęcia co to jest „być matką“, że jestem nieczuła jak głaz, że uczucia macierzyńskie są mi równie obce, jak język grecki i hebrajski, i tak dalej i tym podobne. We właściwym czasie przechodził młody gentleman ząbkowanie, odrę, koklusz — były to straszne okresy dla mnie: listy młodej mamusi stawały się nieustannym krzykiem rozpaczy; nie było na świecie kobiety, dotkniętej cięższymi klęskami; żadna istota ludzka nie zasługiwała w takim jak ona stopniu na okazywanie jej współczucia. Z razu byłam przerażona, odpisywałam jej też czule, z prawdziwym wzruszeniem, przekonawszy się jednak rychło, że więcej było w tym wszystkim z jej strony krzyku niż bólu, powróciłam do dawnego obojętnego tonu. Co się tyczy samego młodego cierpiętnika, wychodził on ze wszystkich opałów zwycięsko, jak prawdziwy bohater. Znalazłszy się pięciokrotnie „in articulo morti“, zmartwychwstawał cudownie pięć razy.
W następnych latach zaczęły w listach Ginevry pojawiać się złowrogie wzmianki o Alfredzie Pierwszym: zaszła konieczność zwrócenia się do pana de Bassompierre z prośbą o pospłacanie długów pięknego dyplomaty, a zwłaszcza długów o brzydkim posmaku, tak zwanych długów honorowych, nie zasługujących zresztą bynajmniej na takie miano. Mnożyły się coraz bardziej nieprzynoszące zaszczytu panu hrabiemu skargi i powikłania. Każda chmura, bez względu na jej rodzaj, przysłaniająca horyzont Ginevry, wywoływała z jej strony niepowstrzymywane utyskiwania na los, żądania współczucia i pomocy. Nie przychodziło jej nigdy na myśl, że można i należy samej brać się za bary z życiem i jego trudnościami. Była zawsze pewna, że z jakiejś strony i w jakiejś formie przyjdzie pomoc i ratunek, że sprawy ułożą się wedle jej chęci i woli i dlatego w dalszym ciągu prowadziła walkę z życiem za pośrednictwem trzecich osób, zaś ona sama cierpiała przy tym na ogół mniej, niż ktokolwiek z ludzi, jakich miałam sposobność znać kiedykolwiek.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



ROZDZIAŁ XLI
FAUBOURG CLOTILDE

Czy muszę koniecznie, zanim skończę moją opowieść, zdać jeszcze sprawę z owej Wolności i Odrodzenia, jakie zdobyłam w noc uroczystego święta? Czy muszę opowiedzieć, w jaki sposób ja i tych dwoje dzielnych moich towarzyszy, których sprowadziłam z sobą z jarząco iluminowanego parku, wytrzymaliśmy próbę bliższego wzajemnego zetknięcia się, poufniejszej znajomości wzajemnej?
Poddałam ich oboje próbie zaraz nazajutrz. Przechwalali się głośno swoją siłą, próbując perswazją wyzwolić mnie z więzów miłości i jej niewoli, gdy wszakże zażądałam czynów, a nie słów tylko, jakiegoś dowodu skuteczniejszej pociechy, zaznania prawdziwie wyzwolonego życia — usprawiedliwiła się chwilowo wolność, że, zubożała, nie jest na razie w możności dopomóc mi. Odrodzenie nie dało żadnej odpowiedzi; zamarło nagle tej samej nocy.
Nic mi więc nie pozostało — o ile zdolna być miałam do zniesienia gnębiących chwil przypominania sobie o wynaturzającym i zniekształcającym wpływie zazdrości — jak tylko ufać w głębi duszy, że wyciągnęłam wnioski nazbyt pośpiesznie i że zaprowadziły one mnie nazbyt daleko. Po krótkiej i daremnej walce przekonałam się, że ponownie pozostaję w dawnych pętach zawieszenia i niepewności, skrępowana nimi na nowo i wydana na łup nowych nadziei i zawodów.
Czy zobaczę go przed jego odjazdem? Czy zachowa mnie w pamięci? Czy zamierza przyjść? Czy ten dzień, czy następna godzina, sprowadzi go do mnie? Czy też w dalszym ciągu znosić będę musiała trawiącą mękę daremnego wyczekiwania; długie powolne konanie przed ostatecznym momentem zerwania; nieme, znoszone bez słowa skargi, zabójcze chwile załamywania się wewnętrznego pomiędzy wybłyskującą chwilowo iskierką nadziei, a omraczającymi ją ponownie wątpliwościami.
Nadszedł dzień 15 sierpnia, obchodzony w katolickiej Belgii, jako Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny. Tego dnia nie było oczywiście szkoły. Pensjonarki i nauczycielki poszły po mszy porannej na daleki spacer na wieś, aby spożyć swój gouter — podwieczorek — na jednej z ferm okolicznych. Nie poszłam z nimi. Pozostawały już teraz dwa dni tylko do odpłynięcia „Pawła i Wirginii“, czepiałam się też wciąż jeszcze ostatniej słomki nadziei, jak jedyny, pozostały przy życiu po rozbiciu okrętu marynarz kurczowo czepia się wciąż jeszcze do ostatka resztek strzaskanego masztu czy porwanej liny.
W pierwszej klasie była do wykonania jakaś robota stolarska czy ciesielska, jakaś uszkodzona ławka czy tablica, którą należało doprowadzić do porządku — święta bywały często obracane na dokonywanie takich drobnych naprawek, niemożliwych do uskutecznienia, kiedy pokoje pełne były uczennic. Siedząc samotnie w pierwszej klasie i zamierzając udać się do ogrodu, aby opróżnić miejsce i nie krępować ludzi przy ich pracy, zbyt bezwolna jednak, aby wprowadzić zamierzenie moje w czyn, usłyszałam kroki nadchodzących robotników.
Zagraniczni rzemieślnicy i najemnicy zwykli robić wszystko we dwoje. Wkładając na głowę ogrodową moją pasterkę, którą dotychczas trzymałam zawieszoną bezczynnie na ręku, usłyszałam niewyraźnie, z pewnym zdziwieniem poniekąd, krok jeszcze jednego „ouvrier“ — robotnika.
Zauważywszy, ni to więzień w lochu, mający czas skrzętnie notować najbłahsze drobiazgi — że człowiek ten nie miał na nogach sabotów, ale buty, wywnioskowałam, że musi to być sam majster ciesielski, który przyszedł dozorować swoich najemników. Zarzuciłam na siebie szal gazowy. Kroki zbliżały się, otworzono drzwi, do których odwrócona byłam plecami — poczułam jakiś lekki dreszczyk — dziwne wrażenie, zbyt szybkie jednak i przelotne, abym zdolna była analizować je. Odwróciłam się, chcąc stanąć wobec przypuszczalnego majstra: spojrzawszy w kierunku drzwi, ujrzałam w nich dobrze znaną postać, oczy moje odbiły na mózgu obraz Monsieur Paula.
Setki modłów, jakimi zanudzamy niebiosa, nie darzą błagających spełnieniem się. Raz jeden trafem szczególnym spada nam dar złoty wprost na kolana — jedno dobrodziejstwo pełne i jasne, zesłane nam zostaje z mennicy twórczej w stanie doskonałym, gotowe do skorzystania z niego.
Monsieur Emanuel miał na sobie ubranie, w którym zamierzał prawdopodobnie odbyć podróż — zwierzchnie okrycie z aksamitnym kołnierzem — mogłabym też przypuszczać, że przygotowany jest do niezwłocznego wyruszenia w drogę, o ile jednak wyrozumować mogłam z tego, co doszło do moich uszu, dwa dni oddzielały go jeszcze o