Strona:PL Bronte - Villette.djvu/410

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    no Ginevro... Ale teraz, dość tego — dodałam surowym, mentorskim tonem, podnosząc się równocześnie. — Proszę iść do swojego fortepianu! — nakazałam, otwierając przed nią drzwi.
    — Nie opowiedziała mi pani wszystkiego.
    — Radzę nie czekać lepiej na moje opowiedzenie pani wszystkiego. Tego rodzaju zbędna zupełnie szczerość nie mogłaby sprawić pani przyjemności. Proszę iść!
    — Zła, niegodziwa istoto! — burknęła, usłuchała mnie jednak. Pierwsza klasa stanowiła terytorium, podlegające mojej bezpośredniej władzy, wobec czego była Ginevra zmuszona podporządkować się wydanemu jej nakazowi opuszczenia go.
    O ile mam jednak wyznać prawdę, nie byłam nigdy mniej niezadowolona z niej, aniżeli tego dnia. Przyjemnie było myśleć o kontraście, jaki zachodził pomiędzy rzeczywistością, a moim opisem, przypominać sobie pogodny, radosny nieomal nastrój doktora Jobna podczas jazdy powrotnej, wyborny apetyt, z jakim spożywał swoją wieczerzę i chrześcijańską rezygnację, z jaką udał się na spoczynek. Wówczas jedynie, kiedy widziałam go prawdziwie nieszczęśliwym, odczuwałam żal głęboki do zwiewnej, tak anielsko wyglądającej sprawczyni jego cierpień.

    . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

    Minęły dwa tygodnie Wprzęgłam się ponownie w jarzmo szkolne, dzięki czemu gwałtowny ból zmiany ustąpił miejsca tępemu cierpieniu nawyku. Pewnego popołudnia, przechodząc przez carré po drodze do pierwszej klasy, gdzie miałam być obecna przy wykładzie „literatury i stylistyki“, ujrzałam odźwierną, Rozynę, stojącą przy jednym z wysokich, wielkich okien. Postawa jej była, jak zwykle, niedbała: jedną rękę trzymała w kieszeni fartuszka, drugą podnosiła w tej chwili do oczu list, którego kopertę z wypisanym na niej adresem i odciśniętą pieczątką usiłowała widocznie odcyfrować.
    List! Wizja listu, podobnego do tego nie odstępowa-

    22