Strona:PL Bronte - Villette.djvu/409

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — A co się stało potem?
    — Potem, kiedy przyjechałyśmy nareszcie do domu? O, nie da się wcale opisać scena, jaka nastąpiła.
    — Niech mi ją pani opisze! To takie zabawne!
    — Zabawne dla pani, panno Fanshave, ale — dodałam, marszcząc surowo brew — wiadomo pani wszak, że to co dla jednego jest zabawą, może być śmiercią dla innego.
    — Dalei, dalej, niech pani opowie co było dalej, droga, najdroższa Timonko!
    — Nie, doprawdy nie mogę, chyba że da mi pani dowód posiadania chociażby odrobiny serca.
    — Może pani być pewna, że posiadam go nie tylko odrobinę, ale olbrzymią moc! Nie wiedziała pani o tym?
    — Dobrze. W takim razie będzie pani w stanie wyobrazić sobie doktora Brettona, odsuwającego przede wszystkim gwałtownym gestem swoją wieczerzę — zimne kurczę, i mleczko cielęce, jego ulubione, specjalnie przygotowane dla niego potrawy pozostały na stole nietknięte. Potem — ale w jakim celu miałabym rozwodzić się nad upiornymi tymi szczegółami? Niech pani wystarczy fakt, że nigdy, w najbardziej burzliwych momentach jego dziecięctwa, nie miała matka jego tyle pracy przy ułożeniu go do łóżka i utuleniu go do snu, jak tego wieczora.
    — Nie mógł uleżeć spokojnie?
    — Nie, nie mógł uleżeć spokojnie. Trzeba było przytrzymywać go siłą.
    — A co mówił przy tym?
    — Domyśla się pani chyba rozpaczliwego jego wzywania boskiej swojej Ginevry, miotającego najstraszliwsze klątwy na tego szatana, de Hamala, bredzącego o złotych lokach, o błękitnych oczach, białych ramionach i lśniących bransoletach...
    — Naprawdę?! Widział więc bransoletę?!
    — Czy ją widział? Miał tak samo wyraźną jej wizję, jak ja widzę ją w tej chwili, i może po raz pierwszy dostrzegł piętno, jakie odcisnęła ona na pani ramieniu, pan-

    21