Strona:PL Bronte - Villette.djvu/449

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    głowa młodej dziewczyny i długie jej włosy opadły na ramię Grahama — zdawała się zemdlona.
    — Może pan powierzyć mi ją z zupełnym spokojem: jestem lekarzem — rzekł doktór John.
    — O ile pan sam nie jest w towarzystwie kobiecym, bardzo chętnie — brzmiała odpowiedź. — Niech pan trzyma moją córkę, a ja utoruję przemocą przejście: musimy wyprowadzić ją na powietrze.
    — Jestem w towarzystwie kobiety — rzekł Graham — nie będzie ona nam jednak ani przeszkodą, ani utrudnieniem.
    Dał mi znak oczami — nie mógł inaczej, byliśmy rozdzieleni. Zdecydowana wszelako dostać się do niego, przecisnęłam się przez żywą zaporę, przeczołgując się pod nią, o ile nie mogłam przepchnąć się pomiędzy nią czy obok niej.
    — Niech pani mocno trzyma się mnie, Lucy, i nie przestaje torować sobie drogi na przód — rozkazał. Byłam mu posłuszna.
    Nasz siwowłosy pionier okazał się silny i sprawny; wbił się klinem w zwarty tłum, cierpliwym wysiłkiem przepchnął się przez spiętrzoną masę rozgrzanych ciał, tłoczących i duszących się wzajem, i wyprowadził nas na świeże, mroźne powietrze nocy.
    — Jest pan Anglikiem? — zwrócił się do doktora Brettona, kiedy nareszcie wydostaliśmy się z teatru na ulicę.
    — Tak. Jestem Anglikiem. I mówię z rodakiem? — zapytał Graham z kolei.
    — Oczywiście. Proszę, niech pan będzie łaskaw zatrzymać się tutaj parę minut, dopóki nie odszukam mojego powozu.
    — Ojczulku, nic mi się nie stało — odezwał się dziewczęcy głosik — jesteś przy mnie, ojczulku?
    — Jest przy pani przyjaciel, a ojciec pani jest także tutaj, w pobliżu.
    — Niech mu pan powie, że nic mi się nie stało — boli mnie tylko ramię. O, moje ramię! Stratowano je!

    61