Strona:PL Bronte - Villette.djvu/447

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czył się jednak jeszcze dla mnie: inne momenty miały zostać wpisane na jego karcie zgłoskami niezatartymi.
Około północy, kiedy coraz głębsza tragedia znalazła najposępniejszy swój moment końcowy w scenie śmierci i cała widownia wsłuchana była i wpatrzona z zapartym oddechem — doktór John nawet zagryzł dolną wargę i zmarszczył czoło, siedząc w ponurym, skupionym milczeniu — kiedy teatr cały zaległa cisza niezmącona; kiedy oczy wszystkich wpiły się w jeden punkt; kiedy uszy wszystkich szły w jednym kierunku; kiedy nikt nie widział nic poza białą postacią opadłą na łoże, staczającą ostatnią walkę z najzawziętszym, najbardziej znienawidzonym jej wrogiem; kiedy nikt nie słyszał nic poza jej jękami, jej ciężkim oddechem buntu, jej wyzywającym wciąż jeszcze szamotaniem się; kiedy niepokonana, jak się zdawało, wola, nie pozwalająca ugiąć się wstrząsanemu drgawkami przedśmiertnymi ciału, wciąż jeszcze podtrzymywała walkę z przeznaczeniem i śmiercią, broniąc rozpaczliwie każdego cala ciała, przelewając kroplę po kropli krew do ostatka, z całych sił, aż do końca opierając się traceniu wszystkich władz, wciąż jeszcze z napięciem najwyższym usiłując widzieć, słyszeć, czuć, oddychać, żyć — aż do nieubłaganego momentu, kiedy śmierć kładzie kres wszelkiemu poczuciu i wszelkiemu istnieniu, mówiąc:
— Dotąd i ani kroku dalej!
W tej samej właśnie chwili poruszenie złowrożbne powstało poza sceną: rozległ się tupot biegnących w różne strony nóg, doleciał szmer skłóconych głosów. — Co się stało? — wołała zaniepokojona widownia. Odpowiedzią były wyraźne języczki płomieni, odór spalenizny i dymu.
— Pali się! — rozbrzmiało z galerii — Pali się! — powtarzało zewsząd, z miejsca na miejsce, groźne, wystraszone echo, i równocześnie nieomal, szybciej, aniżeli zdolne jest opisać to pióro, wybuchła panika, obłędna, tratująca — ślepy, bezmyślny, samolubny, okrutny, wywołany bezmiernym strachem zamęt.