Strona:PL Bronte - Villette.djvu/645

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dopełnienia cech męskich jeżył się na jej podbródku szczeciniasty srebrny zarost brody.
    Wręczyłam jej koszyk z owocami i powtórzyłam przesłane jej przez Madame Beck powinszowania i życzenia.
    — Czy to wszystko? — zapytała.
    — To wszystko — odparłam.
    — Bardzo było warte zachodu rzuciła szyderczo. — Proszę iść z powrotem do Madame Beck i powiedzieć jej, że sama mogę kupić sobie owoce, kiedykolwiek będzie mi ich potrzeba, et quànt a ses félicitations, je m‘en moque — a co się tyczy jej powinszowań, kpię sobie z nich!
    To rzekłszy, odwróciła się do mnie uprzejma niewiasta plecami.
    W chwili jej zawrócenia huknął grzmot i równocześnie nieomal rozjarzyła błyskawica oślepiającym blaskiem cały salon i przyległy buduar. Opowieść o ciemnych jakowychś czarach zdawała się stwierdzona odpowiednim akompaniamentem rozszalałych żywiołów. Uszy przybysza, zwabionego do zaczarowanych tych komnat, ogłuszały potęgujące się z każdą chwilą ryki burzy, rozsrożonej na zewnątrz.
    Co miałam wobec tego wszystkiego sądzić o Madame Beck? Przyznać należy, że osobliwe miała znajomości: przesyłała dary i wyrazy hołdu pod adresem kapłanki jedynej w swoim rodzaju świątyni; złowróżbnym wydawało się zachowanie tej niesamowitej istoty, dla której miała tyle względów. Z pokoju wychodziła ponura Sydonia, trzęsąca się i chwiejąca na starczych nogach, jak gdyby w ataku padaczki, postukując po mozajce posadzki swoim koszturem ze słoniowej kości i nie przestając zjadliwie mamrotać w miarę oddalania się.
    Deszcz lał potokami, strop nieba leżał nisko nad ziemią; chmury, rdzawe przed chwilą jeszcze, teraz, po przez atramentową swoją czarność, zbladły śmiertelnie, jak gdyby przerażone wściekłym szałem żywiołu. Bez względu na moje niedawne chełpienie się, jakobym nie bała się ulewy, niewielką miałam odwagę wyjść na ulicę

    257