W krainie Taru/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł W krainie Taru
Podtytuł Powieść Wschodnia
Wydawca Wy­dawnictwo „Powieści Karola Maya“
Data wydania 1932
Druk „Editor“ Sp. z o.o.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
KAROL MAY
W krainie Taru
Powieść Wschodnia
W krainie Taru page 003.png
POWIEŚCI KAROLA MAYA
WARSZAWA — KRAKÓW — LWÓW
1932

Z tłoczni „Pol“, Warszawa, czcionkami „Editora“,
Sp. z ogr. odp. w Warszawie, Trębacka 5.
Okładkę projektował Igo Kron
Photo Fox-Film Corp.
Nakładca „Editor“ Sp. z ogr. odp. w Warszawie.
Copyright 1932 by Powieści Karola Maya Warsaw.
Printed in Poland.


Podróżowałem z dzielnym swym towarzyszem Hadżi Halefem Omarem konno przez „Państwo Srebrnego Lwa“ (Persja). Przebyliśmy właśnie granicę persko-turecką, znużeni ogromnie kilkomiesięczną podróżą wśród zbójeckich szczepów kurdyjskich, i zatrzymaliśmy się w niedużej osadzie Khoi, ażeby dać koniom wypoczynek.
W owym czasie miałem nieocenionego rumaka Rih, którego później pode mną zastrzelono. Towarzysz mój nie posiadał tak szlachetnego wierzchowca. Jakkolwiek i jego koń był czystej krwi arabem, nie dorównywał mojemu, zwłaszcza w tak uciążliwej podróży, i musieliśmy, chcąc niechcąc, zatrzymać się na parę dni, mimo że miejscowość bynajmniej nie budziła w nas zachwytu.
Skoro tylko ukazaliśmy się we wsi, powstało wnet istne zbiegowisko: starzy, młodzi, nawet dzieci — wszystko biegło za nami aż do nędznego domu zajezdnego, gdzieśmy się postanowili zatrzymać, a nieocenione moje prześliczne zwierzę było przedmiotem ogólnego podziwu. Zwracał ponadto uwagę wszystkich kosztowny i wspaniały rzęd; otrzymałem go w podarunku od pewnego Persa za wyświadczoną przysługę. Koń mój razem z rzędem przedstawiał, wedle oszacowania tutejszych mieszkańców, olbrzymi majątek, nie dziw więc, że towarzyszyło nam tak niezwykłe zbiegowisko gapiów.
Khan (dom zajezdny) zbudowany był z kamienia ciosowego i oblepiony surową gliną. Okna miał tak maleńkie, że ledwie promyk światła dziennego mógł wtargnąć przez nie do wnętrza. Jeżeli jednak użyłem tu określenia „okienka“, to nie znaczy jeszcze, jakobym miał na myśli szyby szklane; były to najzwyklejsze w świecie otwory w ścianie, przez które wiatr mógł sobie gwizdać na nutę, jaka mu się podobała, i równocześnie igrać z dymem, dobywającym się z wnętrza przez owe otwory, gdyż komina w domu nie było. Nawet brama, prowadząca na dziedziniec, była zwykłym wylotem w murze, bez ruchomych drzwi. Dziedziniec zaś czynił wrażenie, jakby od lat niepamiętnych gromadzono tu nieczystości wszystkich dzikich i oswojonych zwierząt Kurdystanu.
Odpowiednio do tego otoczenia wyglądał również i gospodarz, który stanął u wejścia, aby nas powitać na sposób wschodni głębokiemi ukłonami i przemową o nader kwiecistym stylu. A zwrócił się nie do Halefa Omara, lecz do mnie, gdyż, posiadając lepszego konia, odrazu uznany zostałem przez sprytnego oberżystę za rozkazodawcę.
— Witaj, — rzekł — o panie, w domu moim, który z rozkoszą otwiera przed tobą bram dwanaście! Allah niechaj rozsypie nad twoją głową tysiąc błogosławieństw, a drugi tysiąc niech ci podściele pod nogi, niby najwspanialszy dywan; albowiem nie zdarzyło mi się jeszcze w życiu przyjmować tak szlachetnego i dostojnego gościa, któremu też cały ofiarowuję się do usług. Powiedz tylko, czego dusza twoja pragnie, a uczynię wszystko natychmiast. Oblicze moje promienieje radością, jak słońce raju; postać moja wre gotowością służenia tobie; ręce drżą od żądzy wypełniania twoich rozkazów; nogi moje, jak skrzydła sokole, będą spełniały w okamgnieniu wszelkie zlecenia, a dusza, mieszkająca w mem ciele, musi...
— Daj jej spokój... niech sobie tam siedzi spokojnie! — przerwałem mu. — Nie lubię gadaniny!... Masz porządne mieszkanie dla nas?
Az kolame ta! — Jestem twoim sługą! Będziecie mieszkali u mnie tk wygodnie, jak mieszkają oblubienice proroka w raju.
— A wikt?
Bu kalmeta ta ssiu taksir nakem! — Ażeby ci usłużyć, niczego nie zaniedbam. Jestem gotów wszystkie moje trzody oddać na rzeź dla was!
— Ależ niech sobie żyją! My nie przybywamy tutaj, aby pożreć twoje trzody; idzie nam głównie o to, aby nasze konie znalazły dobre pomieszczenie.
O chodih (pan)! Znajdzie się dla nich kwatera, wobec której niczem są pałace Mekki.
— Dobrze, pokaż nam tę kwaterę.
— Pójdź więc w moje ślady, a zobaczysz, że będziesz zadowolony ze mnie, najpowolniejszego ze wszystkich sług twoich!...
Zsiedliśmy z koni, a „najpowolniejszy ze wszystkich sług“ moich postąpił ku bramie dziedzińca. Głowa jego nakryta była chustą, a właściwie brudną porwaną siatką nicianą. Miał na sobie spodnie, które jednak... spodniami już wcale nie były; wstydliwa ta część garderoby składała się z samych strzępów, niesięgających nawet kolan, na łydkach zaś (tak się nam zdawało na pierwszy rzut oka) świeciło coś w rodzaju trykotów; po bliższem jednak przyjrzeniu się przekonaliśmy się, iż takie wrażenie czyniła własna jego skóra. Plecy zacnego Kurda pokrywał częściowo żakiet o jednym tylko rękawie, mówię — częściowo, gdyż podziurawiony był, jak rzeszoto; przodu żakiet ten nie posiadał: tam, gdzie są zazwyczaj klapy i poły, a więc na piersiach, miał nasz oberżysta coś, co Turek określiłby nazwą gömlek (koszula); ja jednak nie umiałem wynaleźć właściwego wyrazu na tę część jego ubrania.
W człowieku owym, oprócz duszy, którą przed chwilą ofiarował na moje usługi, mieszkał niezawodnie jakiś dziwny duch, podtrzymujący w nim nędzne bydlęce życie wśród warunków takich, jakie dla zwykłego śmiertelnika byłyby nie do zniesienia...
Poprowadziliśmy za nim przez dziedziniec konie. Znajdowała się tu niedaleko od wejścia głęboka gnojówka, którą gospodarz chciał zręcznie wyminąć, ale może właśnie dlatego, że chciał ją wyminąć, runął w nią, jak długi. Wyciągnąłem rękę, by go z tej pachnącej sytuacji wyratować, ale nie przyjął ofiarowanej pomocy i wydobył się sam, widocznie posiadając już w tem należytą wprawę.
— Nie fatyguj się; zbyteczna jest względem mnie grzeczność twoja! — rzekł, śmiejąc się.
I nie zrobił mu ten wypadek istotnie żadnej różnicy, bo po wydobyciu się z gnojówki nie wyglądał wcale gorzej, niż przedtem.
— Sihdi, — rzekł Halef w jednem z arabskich narzeczy, którego gospodarz z wszelką pewnością nie rozumiał, — ten drab to istny abu kull‘ chanazir, ojciec wszystkich świń, u którego bezwarunkowo zamieszkać nie możemy. Trzeba szukać kwatery gdzie indziej.
— Ba! Jego khan jest jedyny w całej wsi, mój Halefie!
— W takim razie lepiej będzie pod gołem niebem...
— Niemożliwe! Okolica wszak słynie z najbezczelniejszych koniokradów, a wiesz przecież, jak drogi mi jest mój Rih. Zamiast odpoczynku, musielibyśmy czuwać całą noc.
— Niestety, prawdę mówisz, effendi. Musimy mieć dach nad głową, a i konie należy zamknąć, aby nam ich złodzieje nie ukradli. Sami również zabezpieczyć się musimy, aby nas nie pomordowano. Może uda się nam tu znaleźć jakiś kącik, wolny od gnoju i brudu, jak również i od tego cuchnącego gidd el wazach (praojciec brudu)... Widziałem już wielu ludzi niechlujnych, ale takiego wieprza mam zaszczyt oglądać po raz pierwszy w życiu!
Pijany „wieprz“ przeszedł niepewnemi krokami przez dziedziniec ku drugiemu otworowi w murze i, trzymając się mocno ściany, rzekł:
— Oto jest miejsce dla twoich rumaków; tu będzie im, jak w raju. Wprowadźcie je do środka! Zaraz przyniosę obroku.
Zajrzałem do wnętrza owego „raju“. Panowała tam zupełna ciemność, i dopiero, gdy się z nią oko oswoiło, ujrzałem tyle gnoju i błota, że aż mi się na wymioty zbierać zaczęło.
— Czyś zwarjował? — zawołałem. — Toż w gnoju tym konie potopić się mogą! Gospodarz popatrzył na mnie bezmyślnie wielkiemi zdziwionemi oczyma, i odrzekł:
— Brud? U mnie?... Czegoś podobnego nie zarzucił mi jeszcze żaden gość! To obraza, która domaga się missajefet (pojedynek).
Groźba ta wydała mi się tak zabawna, że wybuchnąłem serdecznym śmiechem. Halef natomiast stracił cierpliwość i ozwał się z wyrazem tajonego gniewu:
— Co? Ty śmiesz mówić o missajefet? A wiesz, kim jest ten wielki pan, do którego zwracasz się z tak zuchwałemi słowami?
— Nie wiem — odparł naiwnie gospodarz.
— No, to wiedz, że jest to sławny Emir Hadżi Kara Ben Nemzi effendi, z Frankistanu!
— Nie słyszałem o takim. A ty kto jesteś?
— Jam jest równie sławny Hadżi Halef Omar Ben Hadżi Abul Abbas Ibn Hadżi Dawud el Gossarah. Gdyby który z nas palcem tylko skinął, padłbyś trupem z trwogi!
— Och! Nie myśl sobie, iż należę do guranów (niezdolny do wojska); umiem obchodzić się z bronią, i niema takiego stracha, któryby mię zdołał wyprowadzić z równowagi.
— A mimo to widzę, że nie możesz się utrzymać w równowadze, i zataczasz na wszystkie strony!
— O, to nie ze strachu; to... to... od... od...
— Od raki (wódka) — dokończył Halef.
— Raki? Nie wypiłem dziś nawet jednej kropli!... Uważam, że chcesz mię obrazić przypuszczeniem, jakobym był sekran (pijanica)...
— Tak jest, o to właśnie cię posądzam!
— Mylisz się!
— Daj mi dowód, że się omyliłem! Prawy wyznawca proroka nie powinien nigdy się upijać, a jeżeli się już upił, wówczas każdy uczciwy muzułmanin obowiązany jest święcie zażądać od niego odmówienia sury I‘imtihan (sura egzaminowa). No, jakże? Wypowiesz ją z pamięci?
— Nie!
— Więc podpowiem ci szybko, a ty mów ją za mną! No, uważaj!
Sura, o której mowa, umieszczona jest w koranie pod numerem 109-ym. Każą ją zazwyczaj odmawiać podejrzanym o pijaństwo, gdyż trudna jest do wypowiedzenia.
Próba „sury“ z oberżystą wypadła na jego niekorzyść, bo ciągle się mylił, zaczynając od początku, i wreszcie nie skończył.
— Przyznaj się więc, — rzekł Halef — iż jesteś pijany! Oj, będziesz pokutował kiedyś w dżehennie (piekło), będziesz!
— Ja? Nie mam wcale ochoty odwiedzać dżebenny! Jestem trochę podchmielony, to prawda, ale gdy wejdziecie do izby, tam dopiero zobaczycie człowieka, który nietylko na nogach utrzymać się nie może, ale nawet oczu otworzyć nie jest w stanie.
— A więc dom twój to moghare el redila, jaskinia grzeszników, i niech go Allah do cna zburzy! Pewnie i w izbie jest tyle brudu i smrodu, co tutaj, w twojej stajni! Czy nie masz lepszego pomieszczenia dla naszych koni?
— Lepszego? Może ci się zachciało siódmego nieba Mahometa dla umieszczenia swych zwierząt, — ale go na ziemi nie znajdziesz. Stajnia moja jest wcale porządnem pomieszczeniem, i mogę cię zapewnić, że stokroć tu przyzwoiciej, niźli w drugiej, gdzie trzymam własny dobytek. To wspaniałe pomieszczenie przeznaczone jest wyłącznie dla koni bardzo zamożnych podróżnych, a więc będzie najodpowiedniejsze i dla waszych rumaków.
— Naprawdę nie wiem, jak postąpić... Sihdi, może ty co poradzisz?...
— Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak tylko kazać tę stajnię gruntownie oczyścić, — odrzekłem. — A tymczasem popatrzmy, czy znajdzie się dla nas jaki kąt w zajeździe. Czy masz osobny pokoik? — dodałem, zwracając się do gospodarza.
— Nie. Wobec Allaha wszyscy ludzie są sobie równi, a więc zamożnym i dostojnym wcale to nie ubliża, gdy przebywają z biedakami i upośledzonymi pod jednym dachem.
— Chcesz przez to powiedzieć, że musimy zamieszkać w tej izbie, gdzie siedzi ów pijak, o którym wspomniałeś?
— Tak.
— No, zobaczymy...
Uwiązaliśmy konie na dziedzińcu i poszliśmy za gospodarzem do izby. Była niska, ale dość obszerna, i zajmowała całą szerokość domu. Ściany miała wylepione gliną. Pod jedną z nieb, na wbitych w ziemię palach, przymocowane były zwykłe proste deski — i to się nazywało stołem. Tak samo urządzone były ławki przy owym stole. Przy tylnej ścianie stało kilka opartych o nią szerokich płotów z wikliny. Płoty takie w Kurdystanie używane bywają jako ruchome ściany, służące do przedzielania wnętrza domu na mniejsze lub większe ubikacje.
W izbie był jeden tylko gość. Siedział z opartemi na stole łokciami i ujętą w dłonie głową; prawdopodobnie spał lub przynajmniej drzemał. Tuż przed nim stała gliniana butelka i dwa również gliniane kubki. Z tych to naczyń gość i gospodarz pili jeszcze przed chwilą raki, i to właśnie było powodem, że oberżysta zrobił na nas wrażenie człowieka, którego należało poddać próbie 109-ej sury.
Według mniemania gospodarza, gość jego był bardziej od niego pijany. Gdyśmy weszli, śpiący podniósł nieco głowę i popatrzył na nas. Spojrzawszy mu bystro w oczy, przyszedłem do wniosku, że jednak nie jest pijany; przynajmniej z wejrzenia nie można go było o to posądzić. Myliłem się ja, czy też mylił się gospodarz? A może nasz nieznajomy maskował się zręcznie? W takim razie musiał mieć w tem jakiś interes? Nikt się nie zdziwi, że wydało mi się to podejrzane, gdy weźmie się pod uwagę, ile przygód i niebezpieczeństw przeszedłem w ciągu wieloletnich swych podróży. W takich okolicznościach wyrabia się w człowieku pewnego rodzaju instynkt i niezwykła wrażliwość na wszelkie choćby najbardziej błahe zjawiska. I dzięki właśnie temu instynktowi, jako też owej wrażliwości, żyję dziś jeszcze, mimo że na całem ciele mam liczne blizny od zadanych mi ran.
Ów drzemiący, zagadkowy dla mnie człowiek, ubrany był po kurdyjsku. Na głowie miał skórzaną czapkę, której krysy były tak powyginane w kilku miejscach ku dołowi nakształt dziobów, że czapka owa przypominała polipa morskiego, wyciągającego ku dołowi oślizgłe swe macki. Ubranie wrzekomego Kurda składało się ze skórzanych spodni i bluzy głęboko na piersiach wyciętej, z krótkiemi po łokcie rękawami, z pod których wysuwały się żylaste ręce. Na nogach miał obuwie, podobne do tego, jakie noszą turyści w górach. Czy miał ów obcy jaką broń za pasem, nie mogłem narazie zauważyć, bo siedział za stołem; obok tylko leżała długa prymitywna flinta. Sądząc z siwych zupełnie włosów, mógł liczyć około lat sześćdziesięciu, ale był dosyć jeszcze krzepkiej okazałej budowy, świadczącej o doskonałem zahartowaniu i sile organizmu.
Halef wcale nie zwracał uwagi na tego gościa, bo zajęty był inną sprawą; spostrzegł mianowicie na kominie ognisko, z którego dym unosił się pod sufit i wychodził powoli otworami okiennemi.
— Wiesz co, effendi? — zagadnął mię nagle. — Czyby się nie dało utworzyć z tych ruchomych ścian osobnego przedziału dla nas? Jak sądzisz?
— Wcale niezła myśl.
— A może i drugi projekt ci się spodoba... Moglibyśmy tu również pomieścić i konie nasze. Byłyby blisko nas i wygodniejby miały, aniżeli tam, wśród gnoju.
— Co takiego? — przerwał gospodarz. — Konie? Tu, w izbie? Allah dał wam widocznie bardzo mądre głowy, jeśli się w nich mogą rodzić podobne pomysły! Ależ to chyba kpiny?... Najpiękniejszą izbę mego domu, chlubę całej wsi i całej okolicy, zamienić mam na stajnię?... To już wyraźne żarty z mojej osoby!... To...
— Zapłacimy — przerwał mu Halef.
— Nie trzeba mi waszych pieniędzy, bo mam ich więcej, niż obaj jesteście warci.
— O, czyżbyś był aż do tego stopnia bogaty?
— No, bogaty... nie, bo pieniądze należą do rządu paszy. Ściągnąłem je jako haradżi (haracz) od mieszkańców tutejszego okręgu; będzie przeszło dziesięć tysięcy piastrów... Pewnie, że nie posiadacie takiej sumy...
— Głupcze! — odburknął Halef. — Jesteśmy bogatsi, niż ten twój pasza, a to, co posiadamy, jest naszą własnością, podczas gdy z pieniędzy, które ty masz u siebie, nie wolno ci wziąć ani piastra. Ile żądasz za to, iż urządzimy tu dla siebie odpowiedni przedział?
— A długo chcecie zabawić?
— Cztery dni.
— Dacie po dziesięć piastrów dziennie. A za wikt...
— Już my sobie wikt sporządzimy sami! — przerwał Halef. — Chodzi nam teraz głównie o konie. Jeżeli się zgodzisz, abyśmy je tutaj wprowadzili, dostaniesz razem po dwadzieścia piastrów za dzień. Zgódź się bez zbytnich ceremonij, bo zapewne nie miałeś jeszcze gościa, któryby ci płacił tak suto.
Oberżysta zgodził się oczywiście na warunki, mimo pozornego sprzeciwu, okazanego z początku, a towarzysz jego od butelki, ów gość podejrzany, dał się nam uprosić do pomocy w ustawieniu ścian, poczem Halef wprowadził konie, a umieściwszy je odpowiednio, kupił za dwa piastry kurę, zabił ją, oskubał, nadział na rożen i począł piec na ogniu Ja tymczasem na jednej z wolnych ścian ruchomych, ułożonej na ziemi, rozesłałem koc i, położywszy się, patrzyłem przez szparę na ludzi, którzy tu przychodzili podziwiać tak dostojnych gości, co mogli sobie pozwolić na kosztowny zbytek umieszczenia koni w izbie mieszkalnej. Zwracali się też z zapytaniami w tej sprawie do Halefa, który odpowiadał niechętnie a pogardliwie i z wielką przesadą. Gdy zaś wypowiedział moje nazwisko, ów gość w skórzanej czapce podniósł się nagle i zapytał:
— Czy to istotnie Emir Kara Ben Nemzi, effendi, który ongi uwolnił od nieprzyjaciół cały szczep Haddedihnów?
— Tak jest! To ten sam nieporównany wojownik, którego dotychczas nie zmógł żaden wróg, i który sam jeden, wpośród ciemnej nocy, wyśledziwszy lwa, zabił go celnym strzałem w oko.
— I za to otrzymał od Mohammeda Emina, szeika Haddedihnów, tego wspaniałego wierzchowca w podarunku?
— Tak jest.
— Czy to właśnie ten rumak znajduje się tutaj za ścianą?
— Ten sam. Ale dlaczego pytasz?
— Bo słyszałem bardzo wiele o tem szlachetnem zwierzęciu i o jego panu.
Po tych słowach położył znowu głowę na rękach, opartych o stół, i w tej pozycji pozostał przez dłuższy czas. Wreszcie podniósł się i powoli, krokami niepewnemi, wyszedł z izby.
W dziesięć minut później weszła do pokoju kobieta, która, jak się domyśliłem, była żoną gospodarza.
— Gość nasz odjechał w tej chwili. Czy wiesz o tem? — spytała żywo męża.
— Jakże mógł odjechać, skoro nie miał konia?
— Pojechał na naszym koniu...
— No, nie obawiaj się... Widocznie miał jakiś pilny interes do załatwienia i powróci wkrótce. Wiem, że ma tu zabawić kilka tygodni. Zresztą, zostawił flintę na stole.
Tak zapatrywał się na sprawę odjazdu gościa nasz gospodarz. Ja jednak byłem innego zdania. Obcy ów człowiek rozmawiał z Halefem zupełnie przytomnie; w ten sposób nie mówiłby człowiek pijany, lub nawet choćby trochę podchmielony. Dlaczego więc, wychodząc, udawał pijanego?
Zadawszy sobie to ciekawe pytanie, pomyślałem jednak, iż mało mię to obchodzić powinno, tem bardziej że sam gospodarz niewiele się tem interesował. Zresztą Halef, ukończywszy swoje zajęcie przy kominku, przyniósł właśnie wcale nieźle przyrządzoną kurę, i zabraliśmy się do jej spożycia z takim apetytem, że wkrótce zapomniałem o obcym.
Pod wieczór wyszliśmy na przechadzkę. Wróciwszy o zmierzchu, zastaliśmy gospodarza znowu przy kubku raki. Widocznie hołdował zasadzie, że Mahomet zabronił wyznawcom jedynie wina, raki zaś wolno pić każdemu, ile zechce. Goście jego również widać byli tego samego zdania, bo razem z nim wypróżniali kubek za kubkiem, dopóki na nogach utrzymać się mogli, gdy zaś nie starczyło już trunku, rozeszli się do domów, jak który mógł, przeważnie jednak na czworakach. Wyszedł też i sam gospodarz na dziedziniec.
Po paru minutach usłyszałem tak przeraźliwy ryk oberżysty, jakby mu kto rozpalone żelazo do pięty przyłożył. Wybiegliśmy, ciekawi, co się stało. Gospodarz wbił palce obu rąk we włosy i wrzeszczał na całe gardło, klnąc żonę i czeladź, która, przestraszona, zbiegła się ze wszystkich kątów na dziedziniec zajazdu.
Należy zaznaczyć, że ten przed paroma jeszcze minutami nietrzeźwy człowiek odzyskał nagle przytomność. Prawdopodobnie więc zdarzyło się jakieś wielkie nieszczęście, pod którego wpływem pijanica otrzeźwiał. I istotnie, ze słów jego dowiedzieliśmy się niebawem przyczyny niezwykłego alarmu: skradziono mu dziesięć tysięcy piastrów. W rozpaczy, nie wiedząc sam, co robi, chwycił bat i począł bić żonę oraz czeladź, posądzając ich o kradzież.
Poskoczyłem ku niemu, a odebrawszy bat, krzyknąłem:
— Zwarjowałeś?! Bijesz własną żonę i czeladź, jakby kto z nich winien był kradzieży!
— A tak! Któreś ukradło z pewnością!...
— A ja cię zapewniam, że się mylisz! Lepiejbyś zrobił, gdybyś samemu sobie kazał wymierzyć z kilkanaście batów!
— Ja?... Sobie?... Za co?!
— Za to, żeś okradł samego siebie, tylko, oczywista, nie własnemi, lecz obcemi rękoma.
— Głupstwa pleciesz! Jakżebym to mógł okraść sam siebie?
— W bardzo prosty sposób: dałeś złodziejowi możność okradzenia cię. Zapewne miałeś piastry dobrze ukryte?
— Tak.
— Czy żona wiedziała, gdzieś je schował?
— Nie.
— I nikomu z czeladzi również nie było wiadome to miejsce?
— Nie.
— No, to bardzo lekkomyślny człek z ciebie, bo przy szklance raki jesteś w stanie wygadać wszystko, o co cię tylko kto zapyta...
— Ja się z niczego nie wygadałem...
— Tak? A któż to wobec nas, zupełnie ci obcych ludzi, wspomniał, że ma dziesięć tysięcy piastrów w domu?
— Przecież nie wskazałem wam, gdzie są schowane!
— Nam tego nie powiedziałeś, ale tajemnicę tę wydobył z ciebie prawdopodobnie ktoś inny... może ten, który uciekł stąd na twoim własnym koniu... Czy znasz go?
— Coprawda, nie widziałem go dotąd nigdy w życiu, ale zapewniał mię, że jest bardzo bogatym przedsiębiorcą z Serdacz i że przybył tu na kilka tygodni celem zakupienia galasówek dla jakiegoś kupca z dalekich stron.
— Jesteś łatwowierny aż do głupoty, — odrzekłem — bo czyż obecnie pora na zbiór galasówek?
Nic nie odpowiedział. Poczuwał się widocznie do zarzucanej mu przeze mnie lekkomyślności i głupoty.
— Ale zobacz-no, może gość wrócił już na twoim koniu, jak tego zgóry byłeś pewny? — dodałem.
— Nie, dotychczas go niema...
— Oczywiście koń przepadł i... pieniądze również...
— Pie... pie... pieniądze?... Czyżby je ukradł?...
— Tak przypuszczam.
— Dlaczego? Z czego wnioskujesz, że on je ukradł?
— Udawał pijanego, będąc zupełnie trzeźwym, i w ten sposób chciał uśpić twoją czujność. Czy przypominasz sobie, o czem z nim mówiłeś?
— Niebardzo.
— Ale wspominałeś mu o pieniądzach?
— Tak, bo on sam jest bardzo bogaty i opowiadał mi, w jaki sposób przechowuje pieniądze.
— Więc i ty jemu powiedziałeś, jak i gdzie je przechowujesz?
— No, tak...
— Wiedział zatem, gdzie były schowane?
— Dokładnie nie; mówiłem o kilku schówkach.
— Widocznie przeszukał je wszystkie i... nie bez skutku. Znalazł piastry, zagarnął je i, wsiadłszy na twoją w dodatku szkapę, uciekł, aby nigdy już nie wrócić.
— Nie przestraszaj mię, effendi! Przecież zostawił swoją strzelbę...
— Oj głupcze naiwny! Toż umyślnie pozostawił ten kawałek bezwartościowego żelaza, aby narazie przynajmniej odwrócić od siebie wszelkie podejrzenia. Zresztą, gdy ktoś kradnie dziesięć tysięcy piastrów i konia w dodatku, to może z lekkiem sercem zostawić wzamian okradzionemu flintę wartości paru piastrów.
Gospodarz pod wpływem nieszczęścia otrzeźwiał wprawdzie, a właściwe odzyskał, władzę w członkach, ale umysł jego był zamroczony jeszcze od tego stopnia, że nie mógł narazie pojąć mego rozumowania. Po dłuższej dopiero chwili zapytał:
— Effendi, przyszła mi do głowy pewna myśl. Koło jamy, z której złodziej wygrzebał pieniądze, leży jakiś nóż... Cóż powiesz na to?
— Obejrzałeś ten nóż?
— Nie.
— Och, człowieku, jakiż z ciebie dureń! Toż złodziej właśnie tym nożem odgrzebywał ziemię, i jeżeli rozpoznasz, do kogo należy nóż, będziesz miał pewność, kto to jest sprawcą kradzieży. Zaprowadź mię tam, niech go obejrzę!
— O nie! Żaden człowiek nie powinien wiedzieć o mojej skrytce. Sam ci przyniosę ten nóż.
Nie miałem nic oczywiście przeciwko temu, choć śmieszny był ze swoją spóźnioną ostrożnością.
Pobiegł po nóż, my zaś weszliśmy do izby, ubawieni naiwnością nieboraka.
Po pewnym czasie przybiegł do nas zziajany, zdala już wykrzykując:
— Masz słuszność, effendi; nóż należy do zbiegłego draba! Przypominam sobie teraz, że pokazywał mi, popijając raki, starą i bardzo kunsztowną robotę perską na rękojeści tego noża. Sere men! — Na moją głowę! Tak, to on ukradł mi pieniądze! O Allah! O proroku! O wszyscy prorocy!... Jestem zgubiony, zrujnowany! A to łotr nad łotrami! Obdarł mię ze skóry i znikł zbrodniarz... i już go pewnie nie zobaczę, ani też złota, które muszę przecież złożyć do kasy paszy!... Ale skąd je wziąć? Chyba sprzedam wszystko, co mam, i zostanę żebrakiem... Co tu począć, effendi?! Poradź mi!...
— Hm! Żona twoja zauważyła, w którym kierunku złodziej umknął. Gdyby nie noc, możnaby go ścigać. Dognałbym go na swoim koniu, aczkolwiek spory już kawał złodziej zdołał ujechać...
— Zrób więc to, effendi! Proszę cię!
— Radbym uczynić ci tę przysługę, ale jest przecież zupełnie ciemno i nie zobaczę śladów. Trzeba zaczekać do rana, a przez ten czas będziemy mogli namyślić się, co czynić należy.
— Namyślić się? Co też ty mówisz? Toż drab tymczasem ucieknie jeszcze dalej! Nie! Ani jednej chwili nie stracę! Muszę odzyskać pieniądze! Muszę... Za wszelką cenę! Choć wiem już, jak mam postąpić... Tak, tak będzie najlepiej. Pobiegnę do nezanuma (naczelnik gminy) i opowiem mu wszystko; to mądry, doświadczony człowiek, i sprytniejszy nietylko od ciebie, ale od nas obu razem. On natychmiast dopomoże mi do odzyskania pieniędzy. Idę do niego... idę zaraz!...
I, rozgorączkowany, wybiegł z izby, a Halef wybuchnął za nim niepowstrzymanym śmiechem.
— Słyszałeś, sihdi, jakie pojęcie ma o tobie gospodarz? Czy wpadłbyś na myśl żądania pomocy od zwierzchnika gminy Khoi, który przewyższa cię mądrością o całe niebo? No, no! Niech im Allah dopomoże szczęśliwie, ale mnie się zdaje, że pieniądze przepadły i szukać ich — to szukać ziarnka piasku, rzuconego w jezioro.
Pomimo, że głupiec nie miał do mnie zaufania, żal mi go było, tem bardziej, że w danej chwili nie mogłem mu nic poradzić. Ze spokojnem jednak sumieniem człowieka, mającego dobre zamiary, położyłem się za przegrodą i oczekiwałem powrotu gospodarza.
Po upływie godziny posłyszeliśmy parskanie koni na dworze. Halef wyjrzał i, powróciwszy po chwili, rzekł:
— Nasze usługi uznane zostały za zbyteczne, sihdi. Nezanum z gospodarzem i kilkoma innymi ludźmi pojechali na wschód, bo w tym kierunku podobno złodziej umknął. Życzę im wszystkim szczęśliwej podróży... Przypominam sobie, że ziemia jest kulistą bryłą; otóż, chcąc się dowiedzieć, czy ścigający złapali złodzieja, musielibyśmy tu pozostać aż do chwili, gdy powrócą, ale od zachodu, gdy kulę ziemską objadą już naokoło...
Ponieważ nie spodziewaliśmy się dzisiaj powrotu gospodarza, a nie było nic lepszego do roboty, więc urządziliśmy sobie posłania i daliśmy znak koniom, aby się również pokładły. Zwierzęta nasze, doskonale wytresowane, ułożyły się natychmiast; my jednak musieliśmy narazie skwitować ze snu, bo przybył jakiś nowy gość, który, wołając w dziedzińcu na gospodarza dość długo a bez skutku, wpadł do izby z hałasem i wymyślaniem, że niema komu obsłużyć go należycie. Potok słów i złorzeczeń przybysza wysechł dopiero na widok ogniska w izbie. Nie zastawszy jednak i tu żywej duszy, zajrzał do nas, a nie mogąc nic dostrzec w ciemności, zapytał:
— Jest tu kto w tej norze?
— Jest nas dwóch — odrzekł Halef.
— No, to czemu nie wstajecie, próżniaki! Nie mam czasu ani ochoty czekać, aż będziecie łaskawi wstać i obsłużyć mię, jak należy! Znałem dobrze Halefa i wiedziałem zgóry, jak się zachowa wobec tego grubjaństwa. Posiadał mój mały bardzo szeroko rozwinięte poczucie honoru i nie dał sobie nigdy i nikomu grać na nosie. Teraz milczał, jak mur.
— No! Jak długo mam czekać? — krzyczał obcy. — Jeżeli w tej sekundzie nie wyleziecie z nory, wypędzę was stąd batogiem!
Halef milczał uparcie, a i ja nie odezwałem się ni słowem.
Obcy podszedł kilka kroków bliżej i, spełniając swą obietnicę, począł śmigać batem w powietrzu. Ze szmeru wpobliżu mnie wywnioskowałem, że w odpowiedzi na to Halef zerwał się z posłania. Wzrostem nie sięgał obcemu nawet do ramion, ale był tak zwinny, że mógł niejednego drągala, chełpiącego się siłą fizyczną, do nóg sobie rzucić. W walce otwartej umiał też Halef znakomicie władać bronią, ale dla tych, którzy go obrażali, miał specjalną broń, a mianowicie batog ze skóry hipopotama. Nie czekałem długo, gdy dały się słyszeć szybko po sobie następujące razy owego hipopotamowego batoga, tak że ich zliczyć nawet nie mogłem. Równocześnie zaś hałaśliwy przybysz począł wyć wniebogłosy:
Allah! Il‘ Allah! Kto się waży tknąć mię?... Co za śmiałość!... El wail lak, meded aman, meded Allah, ej wah o jazyk!... — Och, ratunku!.. Biada ci!... O Allah, zamorduję cię!...
Z tych okrzyków w ciemności zaiste trudno było wnioskować, kto bił, a kto brał cięgi po grzbiecie. Co do mnie atoli, wiedziałem, że to mały lecz dzielny Halef ćwiczył grubjanina. Ciekawa była ta okoliczność, że Halef sypał razy, jak z rękawa„ a nie odzywał się podczas tej operacji ani słowem, przybysz natomiast krzyczał różnemi językami — to po arabsku, to po turecku, z czego wywnioskowałem, że nie był Kurdem.
Poczuwszy wreszcie, że dalszych cięgów jut nie wytrzyma, rozejrzał się, kędy uciekać i, oszołomiony i skatowany, drapnął z naszej przegrody do izby. Rzecz prosta — Halef wcale mu w tem nie przeszkadzał.
Dopiero gdy awanturnik znalazł się poza naszą ścianą, gospodyni z kilkoma ludźmi z czeladzi, zwabiona krzykiem o ratunek, weszła nareszcie do izby.
— Ktoś ty? — wołał obcy. — Może żona gospodarza?
— Tak, jestem jego żoną.
— Gdzie twój mąż? Przywołaj mi go tu, a żywo!
— Niema go w domu.
— To poślij w tej chwili po nezanuma. Muszę się z nim natychmiast rozmówić!<be> — I jego również niema w domu.
— Co mię to obchodzi? Musi być w domu, skoro ja go potrzebuję! Obito mię tutaj, i żądam, aby złoczyńcy, którzy się tego dopuścili, byli jak najsurowiej ukarani.
— Któż cię tutaj mógł obić?
— Psy, które sterczą tam, za tą przegrodą. Jesteś gospodynią, więc możesz im rozkazać, aby powyłazili stamtąd.
— Wątpię bardzo, aby mię usłuchali, — rzekła z zakłopotaniem. — Nie należą oni do tego domu; Są to obcy, którzy zamieszkali u nas czasowo tylko.
— Obcy? Tem gorzej! Od kogoś z miejscowych ludzi zniósłbym może tego rodzaju zniewagę, ale od jakichś przybłędów — przenigdy! Co to za jedni?
— Jeden z nich jest emirem z Zachodu, a drugi hadżim. Nazwisko jego jest bardzo długie.
— A niechże sobie będzie jeszcze tysiąc razy dłuższe, to mi wszystko jedno... Łajdacy muszą być przykładnie ukarani! Każdy zwykły śmiertelnik wie, że zniewagę czynną można tylko krwią zmazać; ja zaś, człowiek wyższy ponad szary tłum ludzki, ulubieniec Allaha, potomek proroka i badacz drogi, wiodącej do nieba, tem bardziej muszę mieć za zniewagę zadośćuczynienie. Wywołaj więc natychmiast tych łotrów, abym mógł ich ukarać...
— Poprosić mogę, ale nie wiem, czy się to na co przyda, — rzekła kobieta, zbliżając się do przegrody.
Zbyteczne jednak było wzywać nas, bo Halef wyskoczył na środek izby z batogiem w ręku i, stanąwszy tuż przed obcym, rzekł:
— Oto jestem, ja, hadżi z długiem nazwiskiem. Jeżeli żądasz zadośćuczynienia, jestem gotów dać ci je, ale tylko w taki sposób, jak to czynię w podobnych wypadkach, co może być dla ciebie bardzo nieprzyjemne... Poznałeś zresztą przed chwilą dokładnie moją metodę zadośćuczynienia...
„Ulubieniec Allaha“ był to młody, mniej więcej trzydziestoletni mężczyzna o długiej brodzie, o wyglądzie ascetycznym i pięknych rysach twarzy. Mogłem go dobrze obserwować, bo stał w świetle padającem z kominka. Oczy jego, nieco zezowate, psuły jednak harmonję rysów. Wzrostem przewyższał Halefa o całą głowę. Z barwy turbanu można było wnioskować, że zalicza się do następców proroka. Z za pasa sterczały mu noże i pistolety.
Mimo tak doskonałego uzbrojenia, człowiek ten, jak widzieliśmy, wcale nie po męsku zachował się względem Halefa, gdy ten począł go okładać swym batogiem; widocznie słabego był ducha. Teraz obrzucił Halefa groźnem od stóp do głowy spojrzeniem i rzekł:
— Widzę w twej ręce bat. Czyżbyś ty był tym śmiałkiem, który odważył się bić mię?
— No, bić biłem, ale o odważeniu się i mowy być nie może...
— Milcz, psie! Chcesz mię obrazić po raz wtóry? — krzyknął „ulubieniec Allaha“, postępując parę kroków ku Halefowi.
Ale mały człowieczek podniósł groźnie batog do góry i rzekł:
— Jeżeli jeszcze raz usłyszę z ust twoich słowo „pies“, skierowane do mnie, otrzymasz tym oto rzemieniem ze skóry hipopotama taką pręgę przez gębę, że dziesięć lat nie będziesz się mógł pokazywać między ludźmi! Bo, proszę, coś ty za jeden, że uważasz za odpowiednie w ten sposób mię traktować? Jak się nazywasz? Jak brzmi imię twojego ojca, twoich obu dziadków i wszystkich czterech pradziadków twoich?
— Dowiesz się o tem natychmiast! Nazywam się Sali Ben Akwil. Jam sławny głosiciel prawdziwej wiary, która nam zwiastuje zmartwychwstanie i powrót na ziemię proroka.
— Więc uważasz się za sławnego? — zaśmiał się Halef.— No, no! Zwiedziłem już wiele krajów od wschodu do zachodu słońca, ale z imieniem „Pobożny Syn Przenikliwości“ (Sali Ben Akwil), mimo że brzmi tak pobożnie i pięknie, nie spotkałem się nigdy... Moje zaś imię brzmi: Hadżi Halef Omar Ben Hadżi Abul Abbas Ibn Hadżi Dawud al Gossarah!
Wędrowny kaznodzieja, słysząc to kilometrowe nazwisko, cofnął się krok w tył, zrobił minę wielce zdziwionego i zapytał:
— Hadżi Halef Omar? Więc należysz do szczepu Haddedihnów?
— Tak.
— Ty więc jesteś owym zuchem, który podróżował z pewnym niewiernym effendim, co zwyciężył w „Dolinie Stopni“ wszystkie ludy, nastające na Haddedihnów? Nieprawdaż?
— Tak jest.
— I wiesz zapewne, gdzie się znajduje obecnie ów chrześcijanin?
— Wiem.
— Gdzież go więc szukać?
— Tam, za przegrodą.
Sali Ben Akwil cofnął się jeszcze krok w tył, podniósł ręce w górę z wielkiego zdziwienia, i omal nie uwierzyłem, iż zdziwienie to jest wyrazem przyjaźni dla mnie.
— Jak się ten effendi nazywa? — zapytał.
— Jest to sławny i niezwyciężony Emir Hadżi Kara Ben Nemzi effendi.
Sahi, sahi!... — Istotnie, istotnie! Słyszałem to imię!...
Chciał coś mówić jeszcze, ale połknął słowa, będące już, jak to mówią, na końcu języka, i począł chodzić po izbie od kąta do kąta, jakby namyślając się nad czemś. Otrzymana o mnie wiadomość poruszyła go widać do głębi, wywołując jakieś postanowienie, bo robił wrażenie silnie podnieconego. Niebawem zwrócił się znowu do Halefa, ale w innym już niż dotychczas tonie:
— Słuchaj, Hadżi Halefie Omarze! Obiłeś mię, a więc wyrządziłeś zniewagę, która jedynie śmiercią mogłaby być okupiona. Mimo to radbym ci przebaczyć, gdyż ja pierwszy porwałem się do bitki. Słyszałem o czynach twoich i twego chrześcijańskiego emira i podziwiam was tak bardzo, że wdzięczny byłbym serdecznie emirowi, gdyby zechciał pomówić ze mną. Proszę cię więc, idź do niego i powtórz mu moje słowa, a może skłoni się udzielić mi trochę czasu. Czy uczynisz to dla mnie?
Nie podobał mi się, mówiąc nawiasem, ten apostoł islamu. Uprzejme słowa, na które zdobył się tak nagle, zastanowiły mię i kazały strzec się tego człowieka. Przysiągłbym, że pod maską owej uprzejmości kryje się jakiś podstęp.
Mój dzielny Halef nie znał się jednak na ludziach, a serce miał bardzo wrażliwe na wszelkie pochlebstwa, zwłaszcza jeżeli połechtano go pochwałą „sławnych czynów“. Doświadczył u mego boku wielu przygód, a sprawował się zawsze jak najwzorowiej; gdy się zaś zważy niski stopień jego kultury i obyczaje wschodnie, nie można się temu dziwić, iż człowieczek uważał się za coś więcej, niż był w rzeczywistości, i łatwo dał się brać na słodki lep pochlebstwa. Podziałało ono widocznie na Halefa i teraz, bo odrzekł bez namysłu:
— Dobrze, uczynię zadość twojej prośbie i zawezwę tutaj effendiego.
— Czy tylko zechce przychylić się do twego życzenia?
— Jestem tego pewny. Nie uczyniłby mi tej przykrości, aby odmówić, co komu obiecałem.
Ano, nie pozostało mi nic innego, jak tylko wyjść z za przegrody dla zobaczenia się z „ulubieńcem Allaha“, pomimo że byłem najmocniej przekonany o wrogiem jego dla nas usposobieniu. Nie ulegało wątpliwości, że knuł jakieś nieprzyjazne zamiary i chciał je nieznacznie w czyn wprowadzić. Korciło mię przejrzeć te plany, więc też sam, uprzedzając prośbę Halefa, wyszedłem z poza przegrody.
Sali Ben Akwil, ujrzawszy mię, skrzyżował ręce na piersiach, skłonił się głęboko i rzekł:
— Niech cię w zdrowiu zachowa i błogosławi Allah, emirze! Nawet w godzinę śmierci nie zapomnę owej chwili, w której miałem zaszczyt ujrzeć cię po raz pierwszy, a która chwila zaliczać się będzie do najpiękniejszych w mem życiu.
Stał w pochylonej postawie, oczekując mej odpowiedzi. Wiedział, iż jestem chrześcijaninem i że jemu, jako muzułmaninowi, nie wolno było pozdrawiać mię w ten sposób. A przecież był nietylko muzułmaninem, ale nawet chatibem (kaznodzieja), więc tem bardziej powinien był wstrzymać się od takiej formy powitania. Zastanowiło mię to poważnie, choć nie dałem tego poznać po sobie, i odrzekłem:
— Podnieś głowę! Mężczyźni mogą rozmawiać, patrząc sobie prosto w oczy.
— Tyś sławniejszy ode mnie! — odparł, wyprostowując się zwolna, a w oczach jego przebijała niezwykła pokora.
— Co według twego pojęcia jest sławą? Jedna tylko istota na świecie jest sławna: Bóg, gdyż imię Jego rozbrzmiewa po wszystkich krajach, a chwała sięga do wszystkich słońc i wszystkich gwiazd poprzez wieczność. Jeżeli jakiś człowiek więcej zdziałał, niż drugi, to nie ma jeszcze powodu do chełpienia się tem, gdyż czyni to z woli Boga, z Jego pomocą i łaską.
— Ze słów twoich przebija mądrość i pokora zarazem. A mimo to wiem, o ile wyższy jesteś ode mnie. Czy mi przebaczysz, że przeszkodziłem wam w zasłużonym wypoczynku?
— Co do przeszkadzania w spoczynku, to stało się to wśród niezwykłych okoliczności... Ale nie chcę w to wchodzić, tem bardziej, że porozumiałeś się już w tej sprawie z Hadżi Halefem Omarem. Twój bat zaczął, jego odpowiedział, no, i... nie mówmy o tem więcej.
— Słyszałem, — mówił dalej z udaną grzecznością, rzucając ku mnie przelotne a wielce wymowne spojrzenie, — że masz zamiar pozostać tu dłużej, effendi, wobec czego możesz sobie rano wynagrodzić czas stracony z winy mojej spóźnionej rozmowy. Pozwól więc, że cię poproszę, abyś uważał się przy wieczerzy za miłego mi gościa.
— Myśmy już wieczerzę swoją spożyli... — wymawiałem się.
— Rozumiem cię, emirze, — odparł, rozglądając się po brudnej i niechlujnej izbie. — Moje sakwy u siodła są wszakże o tyle schludne, że możesz śmiało zdecydować się na skromny wspólny posiłek. Pozwól, że przyniosę zapasy, a zarazem umówię się z tą kobietą co do mego pozostania w zajeździe.
Wyszedł, dając znak gospodyni, aby udała się za nim. Gdyśmy pozostali sami w izbie, Halef zapytał:
— Czy spodziewałeś się, sihdi, aby tak grubjański i bezwzględny ben el waswahka (syn bata) przemienił się tak nagle w oddanego i życzliwego nam sibd el adaba(wnuk uprzejmości)?
— Owszem, wziąłem to pod uwagę i przypuszczam, że musi mieć ku temu specjalne powody. Ty, kochany Halefie, byłeś natomiast synem i wnukiem nieprzezorności, gdy przyrzekałeś, że przywołasz mię do niego. Człowiek ten bowiem żywi względem nas jakieś podejrzane zamiary.
— Wszak życzył ci błogosławieństwa Allaha...
— Apostoł islamu życzy błogosławieństwa chrześcijaninowi! Pomyśl nad tem, Halefie!
Kull‘ szejetin! — Wszyscy djabli! A ja z uciechy, że się tak przyjaźnie względem nas zachował, nie zauważyłem tego! Cóż jednak złego może nam uczynić? Nie znamy go... niczem go nie obraziliśmy...
— Ale on nas zna. Zważ, że my, pomagając Haddedihnom do zwycięstwa, usposobiliśmy wrogo względem siebie wszystkich pokonanych ich nieprzyjaciół, i że nieraz już w ciągu podróży musieliśmy się strzec tych zdecydowanych wrogów na szych. A nie jest wykluczone, że ów Sali Ben Akwil należy właśnie do naszych przeciwników.
— Ty zawsze masz słuszność, sihdi. Jak wobec tego uczynimy? Czyby nie było dobrze udać się na spoczynek i zachować się wogóle tak, jakby ów „ulubieniec Allaha“ wcale się tu nie pojawiał?
— O, nie! To byłoby najgorsze. Sam przecież fakt, żeś go haniebnie oćwiczył, wystarcza, aby zapragnął zemścić się na nas. A dodaj jeszcze obrazę nieprzyjęcia zaproszenia do wspólnej wieczerzy; wszak to samo wpłynęłoby już niedodatnio na jego względem nas usposobienie. Wogóle po tym fanatycznym wyznawcy islamu możemy się spodziewać najgorszych rzeczy. Postaram się go wybadać zręcznie i przejrzeć. Musi nabrać przekonania, że wierzymy mu zupełnie i ufamy; należy więc skorzystać z jego zaproszenia do wieczerzy. Pamiętaj jednak, że ja jedynie będę z nim mówił; ty masz, o ile możności, nie odzywać się wcale.
Wiedziałem, że milczenie było dla Halefa, przyzwyczajonego do ciągłego mówienia, zbyt wielką ofiarą, to też życzenie moje wypowiedziałem w tak stanowczym tonie, że biedak nie zdobył się ani na jedno słowo protestu. Porozumieliśmy się w samą porę, bo w tej chwili wszedł właśnie do izby Sali Ben Akwil w towarzystwie chadima (służący) niosącego wypełnione sakwy.
— Przyniosłem asza (wieczerza), emirze, którą możemy śmiało i bez wstrętu spożyć... — rzekł — bo i ja jestem przyjacielem schludności, a nauczyłem się tego po wielkich miastach, gdzie gościom nie psuje się apetytu niechlujstwem, lecz właśnie zachęca się ich do jedzenia czystością i starannem przyrządzaniem posiłku.
Odebrał torby i, odprawiwszy służącego, wyłożył na stół placki, mięsiwo i owoce. Wyglądało to istotnie tak czysto i zachęcająco, że Halef, przysiadłszy się natychmiast, dobył noża, a i ja poszedłem za jego przykładem. Jedząc, zagadnąłem obcego:
— Powiadasz, że bywałeś w wielkich miastach? Czy nie mógłbyś mi powiedzieć, w jakich mianowicie?
— Zwiedziłem wszystkie kraje padyszacha i nawet całą Persję, gdyż wędruję od miasta do miasta, oznajmiając wiernym, że bliski już jest czas przyjścia „obiecanego“ (Mahdi).
— A skąd-że ty wiesz o tem?
— Mówi mi to we dnie i w nocy mój własny głos wewnętrzny. Ale ty, jako chrześcijanin, nie możesz tego zrozumieć ani pojąć. Powiem wam raczej o miastach, w których przebywałem przez czas dłuższy, oddając się studjom nad koranem.
— W których-że to miastach przebywałeś?
— Z początku byłem w Persji, bo kraj ten leży w sąsiedztwie mojej ojczyzny. Uczyłem się w Teheranie i Ispahanie, ale ze względu na „psy“, to jest szyitów, których niechaj Allah wytępi, musiałem już po upływie zaledwie roku powędrować do Stambułu. Tam znalazłem bardzo mądrych i pobożnych nauczycieli, ale i oni nie byli tymi, jakich poszukiwałem, więc przedsięwziąłem stąd podróż z wielką hadż (karawana pielgrzymów) do świętych miast Mekki i Medyny. W Mekce nabyłem hamail (poświęcony koran), który noszę na piersi, jak to czyni każdy hadżi. W Medynie pozostawałem czas dłuższy, ucząc się u sławnego muderriego (profesor); wykłady jego umiem prawie na pamięć.
Tu Halef nie wytrzymał już dłużej i ozwał się:
— Taki sam hamail, jaki nabyłeś w Mekce, ma również mój...
Chciał powiedzieć, że ja również posiadam hamail, który mogłem oczywiście nabyć jedynie w Mekce, — wiadomo zaś, że tam, według praw mahometańskich, nie wolno stanąć nogą żadnemu chrześcijaninowi. Nie chciałem, aby „ulubieniec Allaha“ wiedział o przekroczeniu przeze mnie tego prawa, przerwałem więc szybko Halefowi, rzucając pytanie:
— Czy nie byłbyś tak łaskaw pokazać mi swego hamail? Sali odwiązał książkę i, wręczając mi ją, rzekł:
— Właściwie tej świętej księgi nie powinny dotykać ręce niewiernego, i jeżeli prośbie twej nie odmawiam, masz dowód, jak wysoko cię cenię.
Koran znam tak samo dobrze, jak naszą biblję. Prosząc o pokazanie egzemplarza, nie czyniłem tego dla zobaczenia, jak wogóle koran wygląda, lecz z innego powodu, a mianowicie — chciałem się przekonać, czy Sali był istotnie szeryfem (wysłaniec Mahometa). Nie znalazłszy w książce odpowiedniej uwagi, ani też pieczęci, zapytałem:
— Czy wiesz o tem, że spisy z nazwiskami wszystkich szeryfów muszą być odsyłane co roku z wielką hadż do Mekki?
— Wiem.
— I wiesz zapewne, że nazwisko każdego szeryfa, który uzyska hamail, musi być urzędownie w tej księdze uwidocznione?
— Oczywista, że wiem, skoro jestem szeryfem.
— A dlaczego w księdze niema twego nazwiska?
Teraz dopiero spostrzegł, do czego zmierzam, i odpowiedział, ukrywając zręcznie zakłopotanie:
— Zapomniałem zaopatrzyć ją podpisem wielkiego szeryfa i pieczęciami. Ukończywszy naukę u muderriego w Medynie, udałem się do Kahiry (Kair), do najsłynniejszego na świecie uniwersytetu przy meczecie Azhara. Było tam przeszło osiem tysięcy laleba (uczniowie), a między nimi wielu, którzy oddawali się naukom z niezwykłym zapałem. Ci zaprowadzili mię do pewnego muderriego, który głosił naukę o Mahdim. Zostałem więc jego uczniem i jemu też zawdzięczam, że mogę dziś głosić po wszystkich krajach przyjście „obiecanego“.
Mówił z taką zarozumiałością, że nie mogłem się powstrzymać od dania pyszałkowi małej nauczki.
— Widzę teraz, — rzekłem — jak sławny jesteś i dostojny w hierarchji mahometańskiej. Czy nie mógłbyś mi objaśnić, która okolica i wogóle miejscowość wsławiła się twem urodzeniem i ma zaszczyt być ci ojczyzną?
Pytanie to nie było mu na rękę. Chwilę rozważał, zanim wycedził niepewnym głosem:
— Urodziłem się w El Damijeh, w Egipcie.
— Szczególne! A ja byłbym się założył, że należysz do Kurdów.
— Dlaczego?
— Przedewszystkiem wskazuje na to twój sposób mówienia przez gardło, co zauważyć można jedynie u Kurdów, a ponadto sam wspomniałeś przedtęm, że Kurdystan jest twoją ojczyzną.
— Ja wspomniałem? Kiedy? — pytał, bardziej zakłopotany, aniżeli zdziwiony.
— Mówiłeś, że Persja jest najbliższym krajem twojej ojczyzny, a wszak najbliżej sąsiaduje z Kurdystanem.
— Któżby brał słowa moje tak ściśle! Przecie to nie koran, emirze! Pochodzę naprawdę z el Drunijeh, a przez Kurdystan wędrowałem jedynie kilka razy. Nie jestem tu tak znany, jak ty naprzykład...
— Hm, tak sądzisz?
— Oczywiście, jeżeli wszędzie opowiadają o twoich przygodach...
— O jakich?
— O wszystkich... że wymienię li tylko walkę z Kurdami Bebbej.
— O, to największe łotry pod słońcem!
Użyłem tych dosadnych słów umyślnie, aby zobaczyć, jakie wrażenie wywołają na Salim. I istotnie, fala krwi uderzyła mu do twarzy.
Spostrzegłszy moje badawcze spojrzenie, spytał szybko dla odwrócenia uwagi:
— Znałeś ich szeika?
— Gasala Gaboya?
— Tak.
— Owszem, znałem go. Był to najnędzniejszy z łotrów.
Widziałem, że Sali z trudnością powściąga w sobie gniew; w głosie jego można było dosłyszeć ton wzburzenia wewnętrznego, gdy pytał dalej:
— Czy przypadkiem nie z twojej zginął ręki?
— Z mojej nie, bo nie miał odwagi stanąć ze mną do walki. Padł od kuli jednego z moich towarzyszów.
Zamilczałem, że towarzyszem owym był Hadżi Halef Omar. Dowiedziawszy się tego, co mi było potrzebne, uważałem za zbyteczne dalsze wywnętrzanie się. Sali Ben Akwil był bez zaprzeczenia apostołem muzułmańskim i pod tym względem nie okłamał nas; zataił natomiast przed nami swoje pochodzenie. Byłem atoli najmocniej przekonany, że należy do jednego z plemion kurdyjskich ze szczepu Bebbej, a nawet prawdopodobnie jest krewnym poległego Gasala Gaboya.
Wobec tego postanowiłem mieć się przed nim na baczności, bo „zemsta krwi“ nigdzie tak surorowo nie jest przestrzegana, jak właśnie u tych półdzikich szczepów kurdyjskich.
Sali jakgdyby odgadł moje myśli, bo bezpośrednio po moich słowach rzekł:
— Szeik szczepu Bebbej padł jednak w walce z tobą, a obojętne jest, czy od twojej kuli, czy też od kuli któregokolwiek z twoich podkomendnych. Tym sposobem naraziłeś się na zemstę krwi, i dziwię się, że ważyłeś się teraz powrócić w te okolice.
— Byłem tu już od tego czasu parę razy.
— Naprawdę? No, no! Że nie jesteś lekkomyślny, wiem o tem; ale zdobyć się na coś podobnego... Muszę przyznać, że posiadasz szaloną odwagę. Dziękuj Allahowi, że cię uchronił od straszliwej tar (zemsta krwi), i proś go, aby ustrzegł cię na przyszłość. Gdyby bowiem który z krewnych Gasala Gaboya zetknął się z tobą, byłbyś w poważnem niebezpieczeństwie.
— No, tak; jeden z nas dwóch musiałby zginąć: ja albo on.
— Ty, tybyś zginął, emirze, — nie on! Jesteś tu obcy, i źle czynisz, nie biorąc tej okoliczności pod uwagę. Ba, nietylko jesteś obcy; zważ, żeś przytem chrześcijanin. A wiemy bardzo dobrze, że chrześcijanie uważają się za coś po każdym względem lepszego, coś wyższego, od wyznawców innej wiary, że tylko swoją wiarę mają za prawdziwą, i swoje jedynie obyczaje za dobre i szlachetne. Ty sam, aczkolwiek nie potwierdziłbyś tego w tej chwili słowami, zdradzasz to zachowaniem się swojem. Wy, chrześcijanie, jesteście uczuciowi, litościwi, ludzcy, ale też i nazbyt ufni w swoje siły i we własne szczęście. Co innego muzułmanin. Rdzenny syn Afryki czy Azji wie, co to zemsta krwi, i dlatego, gdyby popełnił coś takiego jak ty tutaj, noga jego nie postałaby już więcej w tym kraju. Jako chrześcijanin, nie znasz koranu, ani praw, wedle których rządzi się ludność miejscowa. Tobie się zdaje, żeś niepokonany, że zabezpieczony jesteś przed nożem lub kulą, jak skóra smoka z bajki; ba, w zaślepieniu chrześcijanina sądzisz nawet, że żaden Kurd nie śmiałby podnieść na ciebie ręki, gdyż pozostajesz pod ochroną waszych kanasil (konsul), którzy obowiązani są czuwać nad wami, jak nad dziećmi. Ale cała twoja pewność siebie zniknie natychmiast, skoro staniesz oko w oko z wykonawcą prawa „zemsty krwi“. Wówczas nie będzie już dla ciebie ratunku i nie będzie wątpliwości, który z was dwóch zginie, — zginiesz jedynie tym sam. Wówczas i twój Bóg ci nie dopomoże. Ziemia rozstąpi się pod tobą i zapadniesz się żywcem na dno dżehenny, gdzie wszyscy chrześcijanie i inni niewierni cierpią męki przez wieki wieków. A tam my, wierni proroka, będziemy panowali nad wami, jako sędziowie nad niebem i piekłem, nad życiem i śmiercią, i nie wzruszy nas wasz jęk i skargi i wasz żal, jako-żeście byli tak ciemni, iż nie uwierzyliście w boskie posłannictwo Mahometa i żeście się nie wyrzekli kłamliwej nauki chrześcijańskiej dla islamu, który doskonałością swoją sięga niebiosów.
Mówił z początku łagodnie, a potem, stopniując siłę mowy coraz bardziej, wpadł wreszcie w fanatyczny niemal zapał, który promieniował z jego twarzy, a oczy błyszczały mu jak ogniki.
Przyznałem w duchu, że posiadał wszelkie warunki na wędrownego kaznodzieję islamu: zdolność przekonywania, dar pięknej wymowy i fantazję — ale też zarazem mierne wykształcenie, brak logiki i zupełną nieznajomość zasad innych religij.
Nie otrzymawszy ode mnie odpowiedzi, dodał po chwili:
— Milczysz?... Przytłoczyła cię prawda słów moich!... Istotnie, święty islam jest słońcem, wobec którego gasną wszystkie szemat ed duhun (świeczka łojowa) innych religij, niknąc, jak błędne jakie ogniki nad bagnem. Traktowany jesteś tutaj jako sławny emir i wielce uczony effendi z Zachodu, i dlatego nosisz głowę wysoko i dumnie; ale czem-że jest cała twoja sława i uczoność wobec argumentów mojej mowy! Tak samo, gdyby tutaj, do Kurdystanu, przyszły z Zachodu walczyć z nami uzbrojone ludy twoje, wszak padłyby w proch, błagając o łaskę i zmiłowanie!... Po naszej stronie stanęłaby silna niewzruszona prawdziwa wiara!...
Nie miałem zamiaru dysputować z nim na temat islamu, gdyż szło mi o co innego, a mianowicie o dowiedzenie się od niego rzeczy, które dotyczyły mnie osobiście. Gdy jednak z powodu mego milczenia oświadczył, że uważa mię za pokonanego, musiałem zabrać głos, aby go wyprowadzić z błędu:
— Czcigodny Sali Ben Akwil! Zaczynam wątpić, czy masz zmysły w porządku, skoro przypuszczasz, że milczenie moje spowodowane zostało twoją gadaniną. Znane ci jest zapewne przysłowie: Se dere‘ i karwan dibehure“ — „Pies szczeka, a karawana kroczy dalej“?
— Znam je — odrzekł, nie przeczuwając, do czego zmierzam.
— A to drugie: — Ei ku tif beke ber ba‘i, tif dike ru‘i chu“ — „Kto pluje przeciw wiatrowi, pluje zazwyczaj sobie samemu w twarz“?
— I to znam również.
— A więc dowodzi to, że znasz doskonale język kurdyjski, pomimo że utrzymywałeś przed chwilą, jakobyś się urodził w El Damijeh! Zdaje ci się, że mowa twoja przygniotła mię do ziemi; ale zapewniam cię, iż karawana mimo psiego szczekania poszła spokojnie dalej. Plułeś ku mnie, a ślina na twojej została twarzy.
— Licz się ze słowami, emirze, i nie mów tak do mnie, gdyż znam wszystkie nauki i prawa islamu!
— Daj pokój! — odrzekłem, machnąwszy lekceważąco ręką. — Powiem ci, że znasz jedynie naukę koranu, i to ledwie powierzchownie... poza tem nic, zupełnie nic! Wywnioskowałem to właśnie z twojej mowy, która mię tak bardzo... „przytłoczyła“, iż wiem już teraz, co sądzić o twojej znajomości nauk. Bardzo mi się nieszczególnie to twoje znawstwo przedstawia... Bo co się tyczy tutejszych obyczajów i praw, to znam je lepiej, niż ty. Twierdzisz, że chrześcijanie udają się, jak dzieci, pod opiekę konsulów. Jeżeli to ma być prawdą, to wskaż mi choć jeden wypadek, w którymbym ja uciekał się pod opiekuńcze skrzydła konsula? Albo dowiedż mi, iż okazałem kiedykolwiek, bodaj raz w życiu, słabość i nieporadność dziecka?... Ja ci natomiast mogę udowodnić, że wielu, bardzo wielu muzułmanów nie byłoby dziś pośród żyjących, gdyby nie moja dla nich pomoc, a więc pomoc chrześcijanina. Weźmy choćby takich Kurdów ze szczepu Bebbej! oni wiedzą najlepiej, czy jestem słaby, tchórzliwy i nieporadny. Idź do nich, a powiedzą ci, jak wielką trwogą przejmuje ich samo moje nazwisko... Są między nimi...
— Kłamiesz! — przerwał mi gniewnie. — Bebbejowie są bohaterami, którym obca jest trwoga, a zwłaszcza trwoga przed tobą...
— Ani słowa więcej! — krzyknąłem tonem gromkiego rozkazu. — Należysz zapewne do nich, skoro z takiem zacietrzewieniem stajesz w ich obronie... Zdradza cię to dostatecznie... Nie pochodzisz z Egiptu, ale jesteś tutejszy. Przekonałeś mię już o tem, i ostrzegam cię, abyś mi nie dał sposobności do dalszego rozpoznawania twoich skrytych myśli, gdyż mogłoby się to skończyć bardzo źle dla ciebie. A co się zaś tyczy twojej naiwnej gadaniny i jeszcze naiwniejszych twierdzeń, to szkoda czasu zastanawiać się nawet nad niemi. Abyś jednak wartość ich ocenił sam, przypomnę ci pewne szczegóły.
Tu powtórzyłem jego dowodzenia punkt za punktem, wykazując ich niedorzeczność i bezsensowność. A skutek był taki, że „przytłaczający“ krasomówca umilkł, nie znajdując nic na swoją obronę.
Wówczas zwrócił się do mnie mały Halef:
— Ano, sihdi, zdarzyło znowu się to samo, co ongi mnie, i zresztą wszystkim, którzy mieli odwagę wszcząć z tobą dysputę religijną. Ale czy pamiętasz, kochany effendi, ile zadałem sobie trudu w początkach naszej znajomości, a nawet i później, chcąc cię nawrócić na wiarę mahometańską?
— Pamiętam — odrzekłem, śmiejąc się.
— Widzę i czytam w twoich oczach, że drwisz sobie ze mnie w duchu. I masz zupełną słuszność... Ktoby cię chciał odwieść od twojej wiary, ten byłby podobny do himara(osioł), usiłującego przekonać nizra (orzeł), że lepiej jest mieszkać w cuchnącej stajni, niż na wyżynach górskich, w wolnem czystem powietrzu, kędy złoto promieni słonecznych roztapia się co rana i wieczora w królewską purpurę!
— Człowieku, — przerwał mu ostro kaznodzieja czyżbyś miał chęć porównać mię z osłem?
— A! To o tobie mówiłem? — odparł spokojnie Halef. — Mnie się zdawało, że miałem na myśli tylko tych, którzy, posiadając zaledwie odrobinę oświaty, usiłowali uczyć mego effendiego, umiejącego na pamięć wszystkie księgi religij całego świata. Jeżeli słowa moje dały ci wrażenie, że mówiłem o tobie, nie moja w tem wina.
— Jesteś muzułmaninem?
— Oczywiście.
— A mimo to przemawiasz w obronie chrześcijanina...
— Allah! Ja w jego obronie nietylko-że sam mówiłbym dzień i noc, ale z rozkoszą kazałbym mówić także memu koniowi, mojej flincie... On jest tym orłem, który nauczył mię szybować popod obłoki, i z tem mi jest dobrze. A jeżeli komuś wygodniej siedzieć w błocie, to nie myślę sprzeciwiać się temu... nie chcę tylko, aby mi kalał czyste po wietrze!... Nie ścierpię tego!...
Słowa te brzmiały jak groźba. A przyznać trzeba, że mały zuch umiał znakomicie ironizować i wydrwiwać przeciwnika. Spostrzegł to Sali i po stanowił zakończyć dysputę, nie wdając się z nami w dalsze rozprawy teologiczne. Widoczne to było, że nie chciał do reszty stracić opinji w naszych oczach.
— Ależ mnie ani się śniło napadać na twego effendiego! — rzekł. — Może sobie pozostać chrześcijaninem; mnie nic do tego. Ja mam swoją religję i wierzę w proroka, którego Allah wyniósł nad wszystkie nieba.
— Ba, ale mówiłeś nam nietylko o religji; przypomnij sobie, żeś nam groził zemstą krwi...
— Ja? Nieprawda! Ja czczę effendiego i podziwiam go dla jego wielkich czynów, i z tych właśnie pobudek pozwoliłem sobie ostrzec go przed niebezpieczeństwem. Trudno nie przyznać mi w tym wypadku dobrego serca...
— Możliwe... Lecz pamiętaj na przyszłość, że kto ma dobre serce, a złośliwy język, z tym niewarta się wdawać. Zaprosiłeś nas do wieczerzy, jesteśmy więc twoimi gośćmi; a z gośćmi przecież postępuje się inaczej...
— Słusznie mówisz! Nie miałem najmniejszego zamiaru sprawienia wam jakiejkolwiek przykrości, i jeżeli powiedziałem niechcący ostre słowo, które was dotknąć mogło, to przepraszam za nie jak najserdeczniej. Jestem tak wyczerpany długą podróżą, że istotnie nie wiem czasem, co mówię. Przebaczcie mi!
Słowa te brzmiały tak szczerze, iż naprawdę można im było w zupełności zawierzyć. Mimo to nie dałem się wziąć na ich lep. Człowiek, który z fanatycznej gwałtownej ekstazy wpada odrazu w stan jagnięcej niemal łagodności i prosi w pokorze o przebaczenie, należy do tych, co umieją nad sobą panować; a z takimi liczyć się trzeba i mieć na baczności.
Wobec zmiany frontu ze strony Salego i ja również stałem się dla niego uprzejmy, przynajmniej powierzchownie, a niebawem, korzystając z jego wzmianki o zmęczeniu, podziękowaliśmy mu za gościnność i cofnęliśmy się za ścianę na swoje legowiska. Sali wyszedł na chwilę do stajni sprawdzić, czy koń jego dostatecznie jest zaopatrzony, a powróciwszy, wziął z kominka palącą się głownię i wszedł z nią do naszej przegrody, gdzieśmy się już pokładli do snu.
— Wybaczcie, że przeszkadzam jeszcze, — rzekł, usprawiedliwiając się, — ale zapomniałem powiedzieć wam belletak za‘ide (dobranoc), jak to nakazuje obyczaj. Fi aman Allah! — Niechaj Bóg ma w swojej opiece i użyczy wam długiego spokojnego snu!
Ma ssah Allah kan mamah lam jassab lam jekun. — Stać się tylko to może, co Bóg chce, a co nie jest Jego wolą, to się nie stanie, — odrzekłem.
Skłonił się i, puszczając mimo uszu ostatnie moje słowa, wyszedł do izby. Widziałem przez szparę, jak usłał sobie niedaleko kominka legowisko i wyciągnął się na niem.
Zapytywałem siebie, poco właściwie odwiedził nas przed chwilą, i to ze światłem. Rzecz prosta — nie powodowała nim uprzejmość, lecz inne jakieś pobudki. Może chciał zobaczyć, w którem miejscu leżymy, i jeżeli to było istotnym powodem jego odwiedzin, mogliśmy się spodziewać w nocy jakiegoś wypadku. Jakby to przeczuwając, rzuciłem mu nawet parę owych znaczących słów, na które jednak, jak się zdawało, nie zwrócił uwagi, lub też ich nie zrozumiał.
Nie chciałem dzielić się swemi przypuszczeniami z Halefem, bo biedak bardziej ode mnie potrzebował wypoczynku, i postanowiłem, nie przeszkadzając mu, czuwać sam do rana. Hadżi leżał bliżej ściany, i dlatego nie groziło mu niebezpieczeństwo w tym stopniu, co mnie.
Niebawem Halef począł chrapać, ja zaś wysunąłem się pocichu z pościeli ku szparze między ruchomemi ścianami. Widziałem stąd dobrze, sam nie mogąc być dojrzanym, dogasające w izbie ognisko, a poniżej kupę trzciny na podpałkę, kilka polan drzewa i legowisko Salego, który, wyciągnąwszy z pod koców ramiona, uniósł właśnie głowę i począł nasłuchiwać, czyśmy już posnęli. To ostatecznie utwierdziło mię w przekonaniu, że drab knuje przeciw nam zbrodnicze jakieś zamiary.
Ogień wkrótce wygasł zupełnie, i w izbie zapanowała ciemność. Od tej chwili mogłem liczyć li tylko na zmysł słuchu, który niezwykle miałem „Wysubtelniony wśród ustawicznych niebezpieczeństw podczas moich podróży.
W podobnych okolicznościach chwile wloką się powolnie, minuty wydają się godzinami. Nie niecierpliwiłem się jednak, czuwając niemal z zapartym oddechem, oczekując urzeczywistnienia moich domysłów. I oto nareszcie doczekałem się!...
Jak to już zauważyłem, słuch mój był do tego stopnia zaostrzony, że byłem w stanie rozróżnić i najlżejsze szmery; nawet kocie stąpania w ciemności nie mogły ujść mojej uwagi. Jakoż istotnie posłyszałem wkrótce, że Sali wstał cichutko ze swego posłania i na czworakach począł się czołgać w kierunku naszych legowisk.
Niepłonne więc były moje domysły, że Sali był Kurdem z plemienia Bebbej i że przybył za nami w celu dokonania zemsty krwi. Co za sława, co za cześć i honory spotkałyby go, gdyby oznajmił swoim ziomkom, że mnie i małego Halefa zgładził ze świata! Czyn podobny, w pojęciu tych ludzi, licował zupełnie z powołaniem duchownego.
Posłyszawszy szmer, usunąłem się z posłania ku lewej stronie, tak że złoczyńca, przyczołgawszy się do naszego przedziału, musiał przesunąć się tuż koło mnie. Słyszałem, jak trzeszczały mu w stawach ręce, co mię przekonywało, że nie z przywidzeniem, lecz z rzeczywistością mam do czynienia, — i przyszło mi na myśl, jak kruche jest życie ludzkie, zawisłe niekiedy od dosłyszenia lub niedosłyszenia drobnego szmeru wśród ciemności nocnych...
Gdy Sali wczołgał się do naszego przedziału, posunąłem się za nim na kolanach, opierając się na lewym łokciu; prawą ręką badałem przed sobą w przestrzeni. Jakoż po chwili natrafiłem na stopę Salego, a następnie uchwyciłem koniec jego haika. Gdy złoczyńca dotarł do naszego posłania, wstał z czworaków. W tej chwili podniosłem się i ja błyskawicznie, i chwyciłem go jedną ręką za prawe ramię, a drugą za gardło. Napadnięty znienacka, krzyknął przeraźliwie, o ile mu na to pozwalała zduszona przeze mnie krtań, a ja w mgnieniu oka ścisnąłem go teraz obiema rękoma za szyję tak silnie, że ramiona opadły mu bezwładnie, i byłby runął na ziemię, gdybym go nie podtrzymał.
W tej chwili, zbudzony krzykiem, Halef porwał się na równe nogi, dobył pistoletu, a odwiódłszy z trzaskiem kurek, krzyknął:
— Kto tu? Sihdi, gdzie jesteś?
— Tu! — odrzekłem. — Uspokój się! Gdzie podziałeś kibritat (zapałki)?
— Mam w kieszeni.
— Weź je i roznieć szybko ogień na kominie.
— Poco? Gdzie Sali Ben Akwil?
— Trzymam go tutaj. Chciał nas pomordować!
— Allah! Czy aby nie wyrwie ci się?
— Nie troszcz się o to, a roznieć jeno szybko ogień!
— Zaraz! Idę już! W tej chwili będzie jasno... A łotr! Zbrodniarz! Chciał nas zamordować!... Nas!... Poślemy go za to na samo dno piekła! Ale najpierw otrzyma ode mnie sto cięgów w... najczulsze miejsce! Całe sto...
Mały, klnąc i wygrażając we właściwy sobie sposób, zapalił szybko trzcinę, a płomień, buchnąwszy wysoko, oświetlił całą izbę. Przez otwory w plecionej ścianie rozjaśniło się za naszą przegrodą tak, że mogłem spostrzec nóż, który wypadł na ziemię z rąk Salego. A więc zamierzał nas porżnąć jak barany.
W tej chwili doprowadzony do wściekłości Kurd szarpnął się, chcąc się wydrzeć z mych objęć, wobec czego zmuszony byłem obezwładnić go na swój sposób; zapoznał się z potężnem uderzeniem pięścią w skroń, dzięki któremu stracił odrazu przytomność. Podjąłem następnie leżący na ziemi nóż, schowałem go za pas i wywlokłem obezwładnionego draba z naszej przegrody przed kominek, gdzie drewna zajęły się już jasnym płomieniem. Tu związaliśmy Salemu ręce i nogi, a podczas tej operacji zagadnął Halef:
— Czy to możliwe, sihdi, ażeby ten człowiek godził na nasze życie, skorośmy byli jego gośćmi? Cośmy mu zawinili?
— Mnie się zdaje, że to jednak Kurd ze szczepu Bebbej!
Maszallah! Bebbej! Więc miała to być zemsta krwi! A jednak polecał nas opiece Allaha, gdyśmy się kładli na spoczynek?
— Aby nas tem łatwiej podejść. Życzył nam długiego snu i zapewne miał na myśli... sen najdłuższy, bo wieczny...
Lil ‘an dakno! — Niechaj będzie przeklęta jego broda! Toż ja, kładąc się, ani zamarzyłem o tem, aby zbudzić się na innym świecie!... Ciekaw jestem, w jaki sposób potrafiłeś zapobiec zbrodni?
— Czuwałem, będąc pewnym, że drab żywi względem nas zbrodnicze zamiary.
— Dlaczegoś mi o tem nic nie powiedział, sihdi? Byłbym czuwał wraz z tobą.
— Widziałem, żeś był bardzo wyczerpany i senny. Mieliśmy wszak uciążliwą drogę.
— O, jakże dobre masz serce, effendi! Umiesz być surowym, stanowczym i dumnym, jak władca nad władcami z Istambul (Konstantynopol), a jednak jesteś dobry, przyjacielski i łagodny, jakby w twej piersi kobiece biło serce! Mam wszelako nadzieję, że dobroć ta nie znajdzie w twem sercu miejsca, gdy przyjdzie chwila ukarania tego mordercy?
— Nie nazywaj go mordercą, bo nim jeszcze nie został.
— Tak, zgóry przeczuwałem, co mi odpowiesz, i znowu poznaję w tobie chrześcijanina... Kto godzi na twe życie, ten jest w twojem pojęciu człowiekiem nieskazitelnym i, aby zasłużyć u ciebie na miano mordercy, musiałby co najmniej z dziesięć razy cię zastrzelić, a i wówczas jeszcze przebaczyłbyś mu, bo twój Ingil (Nowy Testament) nakazuje ci okazywać miłość nieprzyjaciołom. Patrz, łotr otworzył już oczy, i miałbym wielką chęć wypłacić mu za jego dobre chęci sto piastrów... nie w srebrze jednak, ani w złocie, lecz wykrojonych ze skóry hipopotama. Znając cię jednak dobrze, muszę się zgóry wyrzec tej przyjemności. Bo skoro, twojem zdaniem, nie wytoczył jeszcze krwi z ciebie, nic się zatem złego nie stało. Allah! Jacyż z was, chrześcijan, dziwni i niepojęci ludzie! Jak boleję nad tobą, mój sihdi!...
Halef nie mówił tego z wiarą w sprawiedliwość czynionych mi wyrzutów. Narzekając na chrześcijanizm, był jednak z przekonań sam chrześcijaninem, a owe westchnienia co do ukarania Kurda były jedynie swoistem preludjum do prośby o darowanie mu winy.
Gdy Sali oprzytomniawszy, uświadomił sobie, iż zamiary jego spełzły na niczem i że został ujęty na gorącym uczynku, westchnął ciężko, a krew mu do głowy uderzyła, naprężając żyły na czole. Nie wyrzekł jednak ni słowa; zaciął się i leżał nieruchomo, rzucając ku nam złośliwe, pełne nienawiści spojrzenia. Po dłuższej chwili zapytałem go:
— Czy i teraz obstajesz przy tem, że urodziłeś się w Damijeh?
— Roztropność nakazywała mi nie mówić prawdy — wycedził przez zęby po namyśle. — Ale nie przypuszczaj, abym teraz z trwogi przed tobą kłamał dalej. Zdawało mi się, że Allah oddał cię w moje ręce... Zawiodłem się...
— O, nie pierwszy to raz zawiodłeś się na łasce Allaha. Jesteś Kurdem, nieprawdaż?
— Tak.
— Szeik Gasal Gaboya był twoim krewnym?
— Był moim wujem.
— Rozumiem. Dowiedziałeś się tutaj, cośmy za jedni, i zemsta krwi popchnęła cię do zamiarów zbrodniczych.
— Tak samo jak ciebie teraz popchnie do odebrania mi życia.
— Jestem chrześcijaninem i nie uczynię tego.
— „Zemsta krwi“ jest prawem naszem; być może, wy jej nie uznajecie; ale przecież zwykłe pobudki ludzkie nakazują w takich razach zemstę, a od pobudek tych nie jesteś chyba wolny?
— Mylisz się w swych poglądach. Bóg rozsądza najlepiej i karze wszystko, co złe i niegodne. Jemu pozostawiam karę.
— Czyżby chrześcijanom nie było wolno nastawać na życie swoich wrogów? — zapytał z najwyższem zdumieniem.
— Nie wolno — odrzekłem. — Człowiek, godzący na życie drugiego, nie jest chrześcijaninem, chociażby się sam do godności chrześcijanina przyznawał. Nasza kitab el mukad‘das (biblja) nakazuje nam: „Nie zabijaj!“, a prawy i godny chrześcijanin stosuje się ściśle do tego przykazania. Kto jednak przelewa krew ludzką, podlega wśród nas karze zwierzchności, która ma ku temu władzę od Boga.
— Więc oddacie mię w ręce sędziów? — zapytał, a w oczach jego wyczytałem promyk nadziei.
— Nie mam takiego zamiaru.
Na te słowa oblicze jego, rozjaśnione już przed chwilą, przybrało na nowo wyraz ponury.
— Osądźcie mię zatem sami! Proszę was tylko o jedno: nie zwlekajcie zbyt długo! Podniosłeś mój nóż i masz go za pasem; dobądź go i pchnij mię odrazu!
— Nie zrozumiałeś mię, Sali, — odrzekłem, zaprzeczając ruchem głowy. — Zemsta jest mi zabroniona; wiara moja nakazuje kochać nieprzyjaciół, jak siebie samego. Nie zabiję cię więc, ani też nie oddam w ręce władzy...
Na twarzy jego odmalował się znowu wyraz zdumienia, ustępując kolejno uczuciom nadziei, zwątpienia, obawy i rezygnacji zarazem. Wnet jednak owładnęła Salim tkwiąca głęboko w naturze jego nienawiść, i rzekł z odcieniem jej w głosie:
— Drwisz ze mnie! Choćby nawet wiara wasza nakazywała kochać nieprzyjaciół, to czyż znalazłby się człowiek, któryby potrafił dostosować się do tego nakazu? Niedorzeczne są prawa wiary waszej, wymagające od ludzi czegoś podobnego, zabraniające wam bo.go, od czego żaden człowiek powstrzymać się nie jest w możności, od radości zadośćuczynienia!...
— Mówisz to, jako muzułmanin, bo obcą ci jest miłość taka, jaką my, chrześcijanie, uznajemy i w jakiej ćwiczyć się ustawicznie jesteśmy obowiązani. I teraz naprzykład mam sposobność do spełnienia czynu takiej miłości. Chciałeś mi odebrać życie, ale ci się nie udało; zato ja ci je daruję, choć mógłbym bez przeszkody cię zabić.
Mówiąc to, dobyłem noża, rozciąłem jeńcowi więzy i rzekłem:
— To żelazo miało przebić moje serce, ale Bóg zrządził inaczej. Weź je sobie!
Sali zerwał się na równe nogi, otworzył ustaz wyrazem zdziwienia, podniósł dłonie do góry — nie w tym jednak celu, aby uchwycić podany mu nóż, i rzekł dziwnym głosem:
Allah ja‘lam el geb... — Bogu wiadome są wszelkie tajemnice, ja jednak nie wiem, co mam myśleć o tem wszystkiem... Czyżbyś ciągle drwił jeszcze ze mnie?... Powiedz, effendi!
— Bynajmniej nie drwię z nikogo.
— Chyba przysięgniesz, że tak jest w istocie...
— Chrystus zakazał nam przysięgi w błahych wypadkach; chrześcijanin obowiązany jest zawsze mówić prawdę, wobec czego nie masz potrzeby żądać ode mnie przysięgi na dowód prawdy.
— Istotnie zatem darowujesz mi życie?
— Istotnie.
— Nawet, gdybym ci oznajmił, że nie wyrzekam się myśli o zemście?
— Bóg nas ustrzeże, jak i ustrzegł tym razem. Wyraziłeś się tam, przy stole, że ani sobie sam nie pomogę, ani też Bóg mię nie uratuje, a jednak masz teraz dowód, że mię uratował. Na Niego też zdam się w przyszłości, i jestem pewien, że się nie zawiodę. Jesteś wolny i możesz myśleć o swojej zemście, jak ci się żywnie podoba!
Sali stał przede mną chwilę nieruchomo, patrząc to na mnie, to na Halefa wzrokiem nieufnym. Nagle wyrwał mi nóż z ręki, cofnął się o parę kroków w tył i rzekł pół-drwiąco, a napoły wzruszony:
— Dziękuję ci, effendi! Bardzo ci dziękuję! Jeżeli postępek twój płynie istotnie ze szczerego serca, to alboś stracił nagle rozum, albo... religja chrześcijańska jest o wiele szlachetniejsza, niż o tem miałem pojęcie. Ja jednak jestem człowiekiem przezornym i nie wierzę ani tobie, ani twojej religji... Oddalę się więc stąd natychmiast, nie czekając, aż odzyskasz rozum na nowo... Jeżeli go zaś nie odzyskasz, to niechaj Allah wynagrodzi ci stratę rozumu błogosławieństwem.
Porwał swój koc i wybiegł z izby, a po paru minutach odjechał, nie zapłaciwszy za nocleg, jak się o tem później dowiedziałem. Gdy odgłosy kopyt końskich ucichły, ozwał się Halef:
— Ano, pojechał! Jak przypuszczałem, tak się stało! Pojechał, nie otrzymawszy nawet zasłużonych cięgów... Ba, co gorsze, nie wie nawet, czy postąpiłeś z nim, będąc przy zdrowych zmysłach, czy też w obłąkaniu lub żartem... O sihdi, sihdil Co ja muszę przejść w twojem przezacnem towarzystwie! Miłosierdziem sprawiasz radość wrogom swoim, a przyjacielowi odmawiasz przyjemności zrobienia właściwego użytku z batoga. Byłbym bardzo chętnie wyliczył mu ze sto... Effendi, jeżeli zechcesz dalej postępować w ten sposób ze swoimi wrogami, to każdy rozsądny człowiek będzie wolał zostać twoim przeciwnikiem, niż przyjacielem! Ja pierwszy!...
— No, no! Rezonuj dalej! A jednak wiem, kochany Halefie, że i ty w duszy życzyłeś sobie, abym tak właśnie, a nie inaczej z Salim postąpił... Ongi byłeś wielkim zwolennikiem kary, teraz jednak nie miałbyś sumienia rozdeptać marnego robaka...
Mój mały hadżi pokiwał głową i odparł dopiero po pewnym czasie:
— Masz słuszność, effendi, niestety, masz wielką słuszność... Im większy robak, tem bardziej mi go żal, a skoro jest w postaci ludzkiej, to zapominam wówczas o islamie, o kalifach, o ich nauce, i ty mi przychodzisz na myśl... Ty, którego istotnie chciałem niegdyś nawrócić na islam. Teraz widzę, że jeżeli mi Allah pozwoli nadal być świadkiem twoich czynów i twoim towarzyszem, skończy się na tem, że zawezwę któregoś dnia waszego kapłana, aby mi udzielił ma‘mudija (chrzest)... — Po chwili zaś dodał: — Chodźmy spać. Może nikt nam już nie przeszkodzi, a Sali Ben Akwil nie wróci tu chyba za żadną cenę, bo się dostatecznie przekonał, iż spełnić na nas prawo zemsty krwi trudniej jest nieco, niż zaprosić gościnnie do wspólnej wieczerzy... Jeżeli kiedyś zdoła się wymknąć z rąk anioła śmierci, tak jak uszedł naszej sprawiedliwości, niewątpliwie w nagrodę swoich dobrych chęci dostanie się do siódmego nieba Mahometa. Niechaj Allah ma go w Swojej opiece!

Dorzuciwszy kilka polan do ognia, położyliśmy się, spać, i żywa dusza w domu tym nie wiedziała, że przed chwilą pod dachem jego śmierć zastawiała sidła.

Przeciętny śmiertelnik nie ma pojęcia, z jaką obojętnością przyjmuje się takiego gościa, gdy się już raz popadło w wir niebezpieczeństw i przygód. Ale właśnie ta obojętność, ten spokój umysłu i zimna krew są najlepszą pomocą w pokonaniu piętrzących się na drodze przeciwności i niebezpieczeństw. — —

∗                              ∗


Halef mylił się, twierdząc, że już nic nam we śnie spokoju nie naruszy. We dwie godziny bowiem po zaśnięciu obudził nas niezwykły zgiełk na dworze. Krzyczało naraz wielu ludzi, a wśród tej ogólnej wrzawy zrozumieliśmy jedynie wyrazy Ia harik, ia harik!“ — Pali się, pali się — A więc paliło się gdzieś we wsi. Pomimo że nas to bardzo mało mogło obchodzić, wybiegliśmy zobaczyć, co się właściwie pali.
Okazało się jednak, iż pożar był wcale poważny, więc, nie namyślając się, pobiegliśmy w kierunku ognia. Kto widział kiedy w małem, brudnem, drewnianemi domkami gęsto zabudowanem miasteczku pożar w nocy, zwłaszcza w owych czasach, kiedy jeszcze nie znano straży ogniowej, ten może mieć bodaj w przybliżeniu pojęcie, jakich scen byliśmy tu świadkami. Paliło się na drugim końcu osady. Ludzie jednak biegali po całej wsi, roztrącając się wzajemnie i krzycząc w niebogłosy. Gdzie się pali i co, w popłochu nikt dokładnie nie wiedział, a i nam zwarta ciżba przeszkadzała do stać się na miejsce ognia — nie mogliśmy się wśród tłumu przecisnąć.
Nagle przypomniałem sobie, że konie nasze pozostały w zajeździe bez żadnego dozoru, — i aż mi się nogi ugięły z obawy, aby ich nie ukradziono. A może już stało się im co złego? Widziano przecież wczoraj we wsi mojego Riha i podziwiano. go — a przyszła mi na pamięć głośna opinja, że w tej okolicy co człowiek, to koniokrad. Z obaw swoich zwierzyłem się Halefowi i postanowiliśmy wydostać się natychmiast z tłumu. Wszelkie jednak wysiłki w celu utorowania sobie drogi powrotnej okazały się narazie bezskutecznemi, i omalże nam wśród ścisku nie połamano kości.
Po niejakimś dopiero czasie ułatwiła nam przejście tulumba.
Cóż to jest „tulumba“? Oczywista, jest to przedmiot niezbędny przy każdym pożarze, a mianowicie sikawka. Sikawka! Czy możliwe, ażeby w zapadłej wioszczynie Kurdystanu znalazł się podobny wymysł cywilizacji? Tak! Proszę mi wierzyć, że była to sikawka, i jeszcze jaka! Widziałem podobną w Turcji, w Persji, w Kairze. W tem ostatniem mieście była mi nawet powodem wypadku, a mianowicie obaliła mię wraz z osłem, na którym jechałem, przyczem ja znalazłem się na spodzie, a osioł na wierzchu! O, tulumbo! Od chwili owej katastrofy ciarki mię przechodzą na samo wspomnienie twej nazwy! Byłem pewny, że nigdy w życiu już się z tobą nie spotkam, a jednak... widzę cię tutaj, w Khoi, być może — tę samą, tylko zamaskowaną... czy może tylko przywidzenie mój wzrok w błąd wprowadza?... Jednak nie! Choć takiego systemu sikawki nie widziałem jeszcze nigdy dotąd w życiu!
Są ludzie, którzy mimowolnie mieszają pojęcia. Dla takich cel a środek, uboczna okoliczność sprzyjająca a przeszkoda — to wszystko jedno. Ktoby wątpił w możliwość pomieszania tak różnych między sobą pojęć, niech jedzie do Khoi i każe sobie pokazać tulumbę. Ażeby mieć o niej pojęcie, proszę sobie pomyśleć... albo może lepiej nie myśleć, tylko uważnie przeczytać mój opis, który da dostateczne wyobrażenie o tym przedmiocie.
Otóż ja i Halef, jak to wyżej wspomniałem, usiłowaliśmy bez skutku wydostać się z pośród bezmyślnego tłumu, lecz rozhukana fala ludzka unosiła nas wciąż naprzód, coraz dalej od domu, w kierunku pożaru, aż wreszcie rozdzielono nas o tyle, że Halef pozostał poza mną o parę osób. Nie chcąc stracić go z oczu, obracałem się ciągle ku niemu i dawałem ręką znaki, — bo wśród ogłuszającego zgiełku słowa moje nie mogły być dosłyszane — aby się do mnie na nowo przybliżyć postarał. Zgiełk ów i hałas był tak nieznośny, że, dłuższy czas przebywając w tej ciżbie, przy najchłodniejszem nawet usposobieniu i zimnej krwi, możnaby było stracić równowagę umysłu. Charakterystyczne było, że mieszały się tu cztery języki: kurdyjski, turecki, arabski i perski, tworząc razem coś podobnego do ryku fal morskich podczas burzy.
Nagle ryk ten wzmógł się za mną jeszcze bardziej. Obejrzałem się i zobaczyłem rzecz całkiem nieoczekiwaną...
Niejeden z czytelników widział zapewne pług śniegowy, odgarniający śnieg na drodze w ten sposób, że bryły jego rozskakują się przed nim na prawo, lewo, i wgórę. Owóż podobna maszyna wjechała teraz w ciżbę i torowała sobie drogę, wyrzucając napotkanych ludzi na jedną i drugą stronę, a przedewszystkiem wgórę.
Okoliczność ta wzmogła jeszcze bardziej wrzawę pomieszanych głosów ludzkich, i w żaden sposób nie mogłem się dopytać, co to za potwór czyni takie spustoszenia. Dopiero, gdy ów potwór znalazł się tuż niedaleko, spostrzegłem wśród wylatujących w powietrze ludzi i mojego Halefa, który, w kilku koziołkach wystrzeliwszy wgórę, zawisł po chwili na rozłożystej gałęzi przydrożnej topoli. Oczywista, i on wraz z innymi ryczał ze strachu, ale głosu jego nie mogłem rozróżnić. Widziałem tylko, jak trzymał się wyprężonemi rękoma gałęzi, a nogami przebierał w powietrzu, nie znajdując jednak dla nich oparcia.
Należało co prędzej pośpieszyć biedakowi z pomocą. Ale jak się wydostać z tej ciżby?
W tej chwili błysnęła mi myśl zbawienna. Otóż wyciągnąłem ramiona ku górze, a oparłszy je o barki najbliższych moich sąsiadów z tłumu i odbiwszy się nogami silnie od ziemi, wydostałem się na powierzchnię morza głów ludzkich i, oczywiście na czworakach, popełzłem w kierunku topoli po głowach i barkach tłumu, nie robiąc sobie zresztą z tego najmniejszych szkopułów. Niebardzo to się podobało tłumowi, alem się koniec-końców wydostał w ten sposób z ruchomej jego masy i, w opłakanem coprawda nad wszelki wyraz ubraniu, z którego już nie łachmany, ale strzępy na mnie zostały, skierowałem się przedewszystkiem ku zawieszonemu na drzewie i wierzgającemu nogami Halefowi. Aby mię jednak tutaj, u samego już celu, nie porwała na nowo fala ludzka, uczepiłem się najbliższej gałęzi i ze zwinnością wiewiórki wdrapałem się po niej na grubszy konar topoli. Teraz dopiero, nabrawszy tchu po zbytnim wysiłku, byłem w możności rozejrzeć się wokoło.
O kilka kroków od drzewa pracowała z całym rozmachem owa straszliwa maszyna, miotająca w różnych kierunkach ciałami ludzkiemi, nie troszcząc się bynajmniej o całość ich kości. Maszyna ta była właśnie ową tulumbą!
Z początku, patrząc na smutne skutki, jakie sprawiało zbliżenie się do tego potworu, patrzyłem nań z prawdziwym respektem. Atoli niebawem, przyjrzawszy się bliżej machinie, wybuchnąłem serdecznym śmiechem, a wraz ze mną śmiał się i Halef, pomimo że wisiał w niezbyt wygodnej pozycji.
Zazwyczaj w razie powstania pożaru na wsi gasi się go wodą, i to jest rzecz zupełnie naturalna i usprawiedliwiona. Ale równocześnie z wybuchnięciem pożaru powstaje we wsi zamęt — ludzie tłoczą się w najciaśniejszych przejściach oraz uliczkach, jak rozhukane fale morza, — i to stanowi następstwo drugie, również naturalne i usprawiedliwione, jako przesłanka do urobienia sobie pojęcia o następstwie trzeciem. Nasz europejski majster nie zdołałby rozwiązać należycie tego zadania; mistrz przedewszystkiem starałby się skonstruować przyrząd do gaszenia ognia — i jego zdaniem sprawa byłaby skończona. Inny problemat jednak, bardziej złożony, miał przed sobą wynalazca tulumby. Dla większego skupienia myśli w pomysłowej swej głowie wetknął zapewne palec w dziurkę od nosa i rozumował: — „Naco się przyda sikawka, przy pomocy której puszcza się na ogień strumienie wody, jeżeli z powodu ciżby ludzkiej nie można sikawki tej dostawić na miejsce pożaru?“ — I dla tej przyczyny wynalazca tulumby przy budowie jej wziął pod uwagę przedewszystkiem umożliwienie jej translokacji, a następnie dopiero sprawność w tłoczeniu wody, i skonstruował machinę, jego zdaniem, doskonałą, odpowiadającą jednocześnie obu tym celom. Wynalazca ów, jako majster zawodowy, słyszał prawdopodobnie o sześciu najprostszych częściach składowych maszyn, któremi są: dźwignia, rozpędówka, koło, równia pochyła, klin i śruba, i szczególniejszą uwagę poświęcił klinowi, skonstruowawszy w kształcie jego swą tulumbę, a zaopatrzywszy ją zprzodu w potężną dźwignię, przeznaczoną specjalnie do wyrzucania w powietrze każdego gapia, któryby nie chciał ustąpić z drogi, nie myślał już o tem w swej radosnej twórczości, jak się będzie czuł taki gap w następstwie swej przymusowej wędrówki podniebnej.
Nie znając się na mechanice, nie czuję się tutaj na siłach opisywać dokładnie konstrukcji tulumby, zwłaszcza, że wśród moich czytelników 1 znajdzie się zapewne niejeden znawca lub wytwórca sikawek ogniowych. Gdyby jednakże ktoś koniecznie pragnął zaspokoić swoją ciekawość i poznać przynajmniej kształt tulumby z Khoi, niechaj mu służy podany tu rysunek schematyczny owej osobliwej sikawki i niech świadczy zarazem o talencie rysownika w dziedzinie geometrji.

W krainie Taru page 067.png

Owóż AB oznacza oś, na której w punkcie A i B obracają się dwa o wielkiej średnicy koła. Koła te podtrzymuje zrobiona z mocnego drzewa nasada CADB, którą wzmacnia belka CD. Całość tworzy dwukołowy wóz z dwoma ostrymi trójkątami, utrzymującymi się w równowadze. W chwili przeważenia wdół jednego z trójkątów drugi wylatuje wgórę, jak dźwignia, której punktem oparcia jest oś. Ludzie, obsługujący machinę, znajdują się wewnątrz trójkąta tylnego. Jedni z nich, a było ich dwudziestu, pchają wóz naprzód, drudzy zaś utrzymują w ruchu dźwignię, która przednim końcem wciska się w tłum i wyrzuca wgórę każdego stojącego jej na przeszkodzie obywatela ze środowiska szanownej P.T. Publiczności, podczas gdy klinowaty dziób rozpycha tę publiczność z należytą sprawnością na prawo i lewo.
Łatwo sobie wyobrazić popłoch wśród wspomnianych „obywateli“, gdy wpakował się między nich ów olbrzymi ruchomy klin.
Na taki wynalazek mógł się zdobyć jedynie ktoś, znający dobrze ludność kurdyjską, no i posiadający w swej czaszce... mózg kurdyjski.
Sikawka taka posuwa się naprzód wśród tłumu oczywiście bardzo powoli, gdyż zazwyczaj tłum ten rzuca się na nią z wściekłością, jak na największego swego wroga. Wskutek tego tulumba przybywa zazwyczaj na miejsce pożaru wówczas, gdy z budynków pozostały już tylko stosy popiołu.
Wynalazca jednak był za mało przewidujący i względem swego wynalazku usposobiony bardzo optymistycznie; sądził na pewno, że sikawka, pomimo wszelkich przeszkód, dotrze szczęśliwie na miejsce pożaru, — bo gdyby wątpił o tem, nie był by umieszczał w punkcie E... beczki i kilku wiader na wodę.
Jednem słowem tulumba z Kboi stanowiła rzecz tak charakterystyczną, że od chwili poznania tej maszyny zawsze przychodzi mi ona na myśl, ile razy wypadnie ilustrować stosunki społeczne na Wschodzie.
Nadmieniam tu nawiasem, iż kurdyjskiej Khoi nie należy mieszać z perskiem miastem tej samej nazwy, które leży w prowincji Azerbeidżan, na drodze karawanowej z Erzerum do Tebriz, i liczy przeszło trzydzieści tysięcy mieszkańców.
Dopomogłem Halefowi do wwindowania się na gruby konar topoli, i dopiero wówczas zleźliśmy powoli nadół. Tulumba była już daleko, i tłum mocno się przerzedził.
Znalazłszy się na ziemi, odczułem dopiero szturchańce na całem ciele, a i Halef obmacywał się, jęcząc napoły serjo, a napoły żartobliwie:
— Sihdi, jeżeli ogień tam przy pożarze tak mocno grzeje, jak te uderzenia i szturchańce, to trudno go będzie ugasić, tem bardziej że w beczce tulumby niema wcale wody.
— Skąd wiesz o tem?
— A no, bo jednemu ze strażników wypadł z ust cybuszek, a on go podjął i schował następnie do beczki razem z fajką. Gdyby tam była woda, toby przecież tego nie uczynił...
Ubawiło mię to naprawdę, bo czyż nie śmieszny jest strażak ogniowy, który wybiera się na miejsce pożaru z fajką w zębach? I cóżto za sikawka ogniowa, w której niema wody? Halef śmiał się również, ciągnąc dalej:
— Zapewne najstarszy z szejatinów (szatan) poddał wynalazcy myśl skonstruowania tulumby. Niech-że za to posiedzi na samym dnie piekła, gdzie z pewnością niema sikawek do gaszenia ognia! Och, — stękał z zabawną miną — ciało mam tak wymiętoszone, jak stara derka pod siodłem wielbląda... Szczęściem, Allah był tak mądry i dobrotliwy, że właśnie w tem miejscu posadził hor et talis (zbawcza topola), która mię uratowała. Pomimo wszystko, omal nie pękłem ze śmiechu, patrząc, jak wędrowałeś po głowach kurdyjskich obywateli! Byłeś tak majestatyczny w ruchach, jak szach perski, gdy udziela audjencji, i gdyby nie troska o nasze konie... Och, effendi! Nasze konie!... Cobyśmy poczęli, gdyby je nam tak skradziono?
— Powędrowalibyśmy dalej pieszo, mój Halefie! Lecz żarty na boki... Wracajmy natychmiast do zajazdu, bo, istotnie, mam niemiłe jakieś przeczucie.
To mówiąc, puściłem się w kierunku zajezdnego domu tak szybkim krokiem, że Halef na swych krótkich nogach ledwie mógł mi nadążyć. O pożarze i tulumbie zapomnieliśmy też zaraz, myśląc jedynie o koniach, które pozostawione były przez nas lekkomyślnie bez żadnej opieki. Głos wewnętrzny mówił mi, że niechybnie coś złego stać się z niemi musiało.
Niestety, głos ten istotnie był proroczy. W dziedzińcu, jako i w izbie naszej, nie było żywej duszy; wszyscy pobiegli na miejsce pożaru. Ogień na kominku wygasł zupełnie. Nie czekając, aż Halef zaświeci, zawołałem po imieniu na konia swego, który parskał zazwyczaj, ilekroć poczuł mię wpobliżu lub posłyszał wymówione swe imię. Nie było odpowiedzi.
— Niema koni naszych! — krzyknąłem do Halefa. — Rih nie odezwał się...
Halef na tę wiadomość zdrętwiał. Aczkolwiek odznaczał się niesłychaną odwagą i brawurą w niebezpieczeństwie, zła nowina tak go „z nóg ścięła“, że ledwie zdołał wykrztusić:
Allah muawin! — Niech nas Bóg ratuje! Bez koni w tej okolicy będziemy, jak ryby wyrzucone na suchy brzeg! Ze zmartwienia nie czuję nóg pod sobą i tylko się pocieszam, że ty nie tracisz jakoś na minie, effendi...
W przegrodzie naszej istotnie nie znalazłem koni. W tej chwili przyszły mi na myśl nasze karabiny, i jeszcze większa obawa napełniła mi serce. Postawiłem strzelby wieczorem w kącie i rzuciłem na nie koc. Teraz począłem ich gorączkowym ruchem szukać poomacku i — chwała Bogu, znalazłem, prawdziwy skarb, bez którego ruszyćbyśmy się tutaj nie mogli.
— Więc konie nasze przepadły? — pytał Halef trwożnie.
— Przepadły!
— A niech-że szatan upiecze złodziejów na węgiel, tak, żeby ich babki nie miały z nich ani jednego kęsa! Poczekaj, muszę się osobiście przekonać...
I począł wyciągniętemi rękami macać wśród przegrody. Nagle krzyknął:
— Allah! Nastąpiłem na kogoś... Sihdi, chodź tutaj, a prędko! Ktoś leży na ziemi bezwładnie... skrępowany... Zdaje mi się, że kobieta... Zakneblowane ma usta... Widocznie uczynili to złodzieje, bo zwykły śmiertelnik nie byłby względem seidy (dama) tak niegrzeczny... Wszak obyczaj tutejszy nie pozwala na takie barbarzyństwo...
Mały urwisz nawet w tak przykrej chwili nie tracił swego humoru.
Nie w głowie mi jednak były żarty Halefa na temat uprzejmości względem niewiast, bo zaniepokoiłem się naprawdę poważnie, co też w gospodzie stać się mogło w czasie naszej nieobecności. Zapaliłem więc świeczkę łojową, którą znalazłem na stole, i przy jej świetle spostrzegłem na ziemi gospodynię, skrępowaną powrozami tak, że ruszyć się nie mogła, a ponadto miała zakneblowane fartuchem usta. Gdyśmy ją rozwiązali i usunęli knebel, odetchnęła głęboko kilka razy i ozwała się:
— Ja nic nie winna, emirze!... Nie czyń mi nic złego...
— Wierzę ci, żeś niewinna, — odrzekłem — i nie zamierzam uczynić ci nic złego. Usiądź przy stole i opowiadaj, co się stało podczas naszej nieobecności.
Wynieśliśmy ją i ułożyli na ławie, bo sama nie mogła utrzymać się na nogach, i dopiero po upływie dobrej chwili poczęła opowiadać:
— Gdy ludzie biegli do ognia, chciałam i ja przyłączyć się do nich, alem się rozmyśliła, że domu nie można zostawiać bez opieki. Na dworze bałam się pozostać, więc weszłam do izby. Ale ledwiem usiadła, wtargnęło tu kilkunastu drabów, uzbrojonych jak zbójcy. Powalili mię na ziemię, a związawszy, pytali o was, czy istotnie nazywacie się Kara Ben Nemzi i Hadżi Halef Omar. Musiałam powiedzieć prawdę, bo dowódca bandy trzymał mi nóż przy piersiach, grożąc przebiciem, w razie gdybym się wahała z odpowiedzią. Mam nadzieję, że nie ukarzesz mię za to, emirze! Szło tu wszak o moje życie...
— Bądź spokojna, nie ukarzę cię. A czy nie wydali ci się znajomi ci łotrzy?
— Nie widziałam ich nigdy przedtem. Ale herszt, odchodząc, kazał wam powiedzieć, kim jest.
— Mów! To rzecz ogromnie ważna! Choć najpewniej nie powiedział ci prawdy, aby nas w ten sposób w błąd wprowadzić na wypadek pościgu. Mów, jak się nazwał?...
— O nie, effendi! On nie kłamał! Widziałam szeroką bliznę na jego prawym policzku, a ty wiesz, że bliznę tę posiada Szir Samurek, jako pamiątkę walki z tobą.
— Ach, Szir Samurek, szeik Kurdów ze szczepu Kelurów?
— Tak jest, effendi. Wszyscy Kelurowie są rozbójnikami. Postanowili też uprowadzić wasze konie. Twój rumak, gdy się wzięli do niego, tak ich kąsał i kopał, że rady sobie z nim dać nie mogli, i dopiero z wielkim wysiłkiem udało im się wyprowadzić go na dwór. Drugi koń nie stawiał żadnego oporu. Szeik bardzo się cieszył, że dostał w swe ręce twego wspaniałego wierzchowca, i kazał nawet ci powiedzieć, w jaki sposób ułożył sobie plan tej kradzieży. Mówił, że jesteś głupcem, jak każdy wogóle chrześcijanin, i że dałeś się podejść bardzo łatwo.
— Doskonale! Zobaczymy niebawem, kto jest głupcem i kto dał się podejść. Coprawda, jego banda będzie w pierwszej chwili dumna z posiadania tak szlachetnego zwierzęcia, ale duma ta niedługo potrwa. W jaki sposób się dowiedział, iż mieszkam w twoim domu?
— Zdziwisz się, emirze, gdy ci powiem. Bo czy wiesz, kto był ów przybysz, który ukradł nasze pieniądze, odwdzięczając się tak podle za naszą gościnność?
— Nie wiem.
— Otóż wśród Bebbejów jest pewien człowiek, którego nieprzyjaciele bardzo się boją, a przyjaciele nienawidzą... oczywiście przyjaciele tylko z imienia. Jest chytry, niczem abu hossein (lis), gwałtowny, jak assad (lew), a krwiożerczy, jak parsa (pantera) w czarnej skórze. Nie bierze nigdy udziału w walkach po stronie swego szczepu, lecz w czasie, gdy Bebbejowie żyją z innemi aszair (szczepy) w pokoju, wybiera się w świat i rabuje oraz kradnie na własną rękę. Nazywa się Akwil i jest wujem szeika Ahmeda Azada i Nizara Hareda, synów byłego szeika Gasala Gaboya.
Kull ru‘ud!... — Wszystkie pioruny! — wyrwało mi się z ust, na co sobie rzadko pozwalałem. — O tym człowieku nie słyszałem jeszcze nigdy. Więc nazywa się Akwil? Wiesz to z pewnością?
— Tak, effendi; nie mylę się, gdyż właśnie tutaj, w naszej okolicy, mówią bardzo wiele o jego czynach.
— A ten gość, z którym dopiero co jedliśmy razem, nazywał się Sali Ben Akwili Wypierał się wprawdzie, jakoby był Kurdem, lecz nie wierzyłem mu. Miałżeby zatem być synem tego Akwila, o którym mówisz?
— Tak jest, emirze.
— Wiedziałaś o tem, a jednak wpuściłaś go do domu?!
— Nie wiedziałam; dopiero oświadczył mi to Szir Samurek; kazał mi to powiedzieć, abyś pękł ze złości; to były jego własne słowa.
— Dobrze! A teraz powiedz mi, czy obecność Salego Ben Akwila ma związek z bytnością jego ojca?
— Nie; syn nie wiedział, że jego ojciec był przed nim w gospodzie. I o tem dowiedziałam się od szeika Kelurów. Jednak muszę ci zakomunikować coś najważniejszego. Oto między Kelurami a Bebbejami trwa obecnie zatarg, a powodem niezgody jest to, że Akwil zabił przed dwoma laty jednego Kelura. Kelurowie wymagali za to okupu, ale Akwil nie mógł się na to zdobyć, i dopiero obecnie nadarzyła mu się ku temu sposobność. Wyszukał więc Kelurów, którzy niedaleko stąd obozują, i...
— Wiem, co chcesz dalej powiedzieć... Mój wierzchowiec ma służyć za okup.
— Tak jest. Ani mąż, ani ja nie mieliśmy pojęcia, co to za człowiek gości u nas. Wtem nadjechaliście wy. Dowiedział się, kim jesteście, i obejrzał wasze konie, które bardzo mu się podobały... A co do pieniędzy, to jeszcze przedtem postanowił je ukraść. Gdy mu się to udało, wsiadł na naszego konia i pojechał do Kelurów ugodzić się z nimi co do okupu, to znaczy, iż ofiarował im twego wspaniałego wierzchowca jako wyrównanie zemsty krwi.
— To jednak świadczy o wielkiej odwadze z jego strony! Widocznie postanowił ukraść konia jeszcze tej nocy, lub też dostać go w jakiś sposób później. Ale powinien był przewidzieć, że Kelurowie przedewszystkiem zatrzymają go i zmuszą do wyznania, gdzie znajduje się mój koń.
— Tak się też i stało, emirze. Uwięzili go natychmiast i katowali tak długo, aż im powiedział, że zamieszkaliście czasowo u nas. Dobrze mu tak! Otrzymał sprawiedliwą zapłatę za swoje podłe sprawki, a ponadto życiem teraz opłaci cenę krwi, pominąwszy to, że i pieniądze mu odebrano i wysłano bandę tutaj po konia. Po drodze Kelurowie schwytali również i jego syna, który zgubiony jest tak samo, jak jego ojciec. O, effendi, Allah na nas wszystkich nie był łaskaw, gdyż i pieniądze przepadły i przepadł też bezpowrotnie twój nieoceniony wierzchowiec. Kelurowie są znani z tego, że co raz wpadnie w ich ręce, tego im sam djabeł już nawet nie wydrze!
— O, nikt łotrom nie zabroni trzymać w pazurach swojej własności. Ale ja również mam prawo do mojej własności, i nie dam jej sobie wydrzeć. Mam taką naturę, że gdy mię kto okradnie, nie spocznę tak długo, aż skradzioną rzecz odzyskam. Taki już jest mój zwyczaj...
— Przypuszczasz więc, że uda ci się odbić swego konia od Kelurów?
— Niezawodnie.
— Będziesz ich śledził?
— Tak.
— Ale nie wiesz wszak nawet, w którą stronę pojechali!
— Nic nie szkodzi; już ich odnajdę.
— Allah! Jesteś chyba wszechwiedzący!
— Tylko Allah posiada ten przymiot, ale w Swojej dobroci nie szczędził też i nam pewnego rozumu, przy którego pomocy możemy dokonać wielu trudnych przedsięwzięć.
— Ależ, effendi, jak widzę, nie wiesz, co to znaczy zadrzeć z Kelurami! Gdybyś się dostał w ich łapy, czekałaby cię niechybna śmierć.
— Ech, śmierć! Owszem, spotka ona niezawodnie Kelurów, jeżeli dobrowolnie nie zechcą mi zwrócić mojej własności.
Kobieta cofnęła się w tył, jakby w przypuszczeniu, że nagle dostałem pomieszania zmysłów. Nie spostrzegłszy jednak w moich oczach właściwego warjatom wyrazu, uspokoiła się i mówiła dalej:
— Słyszałam, effendi, że wy, chrześcijanie, myślicie i czynicie wszystko inaczej, niż my, i dlatego być może, że uda ci się to, co nie udałoby się nigdy wiernemu muzułmaninowi. Dokonałeś już zresztą razem ze swoim Halefem takich czynów, że wierzyć się, pomimo namacalnych dowodów, nie chce w ich prawdziwość. Być zatem może, że cię, i nadzieja odzyskania koni nie zawiedzie.
— Mam nietylko nadzieję, ale pewność.
— Allah! Jeżeli potrafisz doprowadzić do tego, że Kelurowie będą zmuszeni zwrócić ci twoją własność, to może by tak i nasze pieniądze zwrócili...
— Owszem, i ja tak myślę...
— Tylko, że żaden z mieszkańców Khoi nie odważyłby się pójść do nich i zażądać zwrotu pieniędzy!
Umilkła zakłopotana, a po chwili zapytała:
— Emirze, wszak nie możesz się uskarżać na brak gościnności w naszym domu, nieprawdaż?
Wiedziałem dobrze, do czego zmierza ten nagły zwrot w jej słowach, i zresztą wcale mię to nie zdziwiło. Odrzekłem więc z uśmiechem:
— Ależ wiem, wiem bardzo dobrze, jaką wdzięczność jestem wam winien.
— A może nauka Chrystusa nie pozwala wam być wdzięcznymi?
— O, nie; wdzięczność jest jedną z największych cnót chrześcijańskich.
— Jeżeli tak, effendi, to śmiem cię prosić, abyś był jak najlepszym chrześcijaninem i stosował się do przykazań swojej wiary, zwłaszcza w sprawie wydobycia naszych pieniędzy...
— Ba, ale czy będę mógł uczynić to dla was?
— Czemużby nie? Wszak nie wątpię, że udasz się w pościg za Kelurami, aby odebrać im swoje konie. A skoro ci się to uda, niebezpieczeństwo przecież wcale się nie zwiększy, gdy odbierzecie zarazem i nasze pieniądze...
Halef zaśmiał się na te słowa, lecz ja odrzekłem zupełnie poważnie:
— Masz słuszność; mógłbym wyświadczyć wam te przysługę, ale pod warunkiem, że i ty mi w tem dopomożesz.
— Ja? A to w jaki sposób? — zapytała szczerze zdziwiona.
Byłem zdecydowany nie zawahać się przed niczem, byle tylko odzyskać konie. Przedewszystkiem należało się udać w pogoń za złodziejami, ale w tej chwili nanicby się to nie zdało ze względu na nocną porę, — bo jakże w ciemności odnaleźć ślady zbiegów? Trzeba więc było odłożyć pościg aż do rana; do tego zaś czasu Kelurowie oddalą się spory kawał drogi, i będzie możliwe dogonić ich, jedynie posiadając doborowe konie, a tych nie mieliśmy. Postanowiłem więc dowiedzieć się od gospodyni, czy nie moglibyśmy bodaj wypożyczyć skądsiś dwu wierzchowców, i dlatego zagadnąłem:
— Potrzebne są nam koniecznie konie do pościgu za złodziejami. Czy nie moglibyśmy ich dostać w Khoi?
— Wątpię. Handlarza we wsi niema.
— Możeby je nam kto wypożyczył?
— Również wątpię, czy znajdzie się tutaj ktoś do tego stopnia lekkomyślny.
— Wobec tego trudno myśleć o pościgu; nie posiadając koni, nie dogonimy łotrów i musimy się wyrzec odzyskania naszej własności, zarówno, jak i ty swoich pieniędzy...
— Effendi, ależ my mamy parę koni w stajni, i mogę ci je pożyczyć!
— Czy dobre pod wierzch?
— No, niebardzo, bo liczą już po dwadzieścia lat. Najlepszego ukradł nam Akwil, a na drugim pojechał mój mąż.
— A więc niema rady, bo stare szkapy nie przydadzą się nam na nic; nie miałbym nawet chęci próbować ich w pościgu, bo zgóry wiem, iż wysiłek nasz byłby daremny. Musisz zatem wyrzec się swoich pieniędzy...
— Allah, to okropne!...
— Ha, trudno!... Może jednak w sąsiedztwie ma kto dobre konie?
— Owszem, znalazłyby się u jednego z sąsiadów, ale wątpię, czy zechciałby je wypożyczyć.
— A gdyby wiedział, że tu idzie o pieniądze twego męża?...
— Tem bardziej nie wypożyczyłby, bo jest względem nas wrogo usposobiony.
— Tak? Cóżto za jeden?
— Jest to zamożny mieszczanin. Przybył tu z Kelkuk. Z początku był małym baijah (kramarz), potem został tabbach el adwija (aptekarz) i dorobił się poważnego grosza. Opowiadają, że zdobył majątek w nieuczciwy sposób, i dlatego podobno musiał się wynieść z Kerkuk. Tutaj, w Khoi, jest to najbogatszy ze wszystkich mieszkańców i występuje, jak jaki pasza. Posiada bardzo cenne wielbłądy i pięć wspaniałych koni, z których dwa kupił niedawno. Te ostatnie nie są wcale ujeżdżone i nawet nie przywykły jeszcze do stajni.
— Powiadasz, że nie przywykły do stajni, z czego wnoszę, że trzyma je na dworzu?...
— Tak jest.
— Gdzież mianowicie?
— W ogrodzie.
— I nie obawia się pozostawiać je bez nadzoru?
— Nie ma się czego obawiać, bo sam nocuje przy nich w budzie i ma przy sobie dwu parobków do pomocy...
— A z której strony Khoi znajduje się ten jego ogród? Może wpobliżu miejsca, gdzie wszczął się pożar?
— Nie, bardziej ku północy. Ale dlaczego o to pytasz, effendi?
— Mogę ci powiedzieć, bo ufam, że przed nikim nie zdradzisz mojego planu, od wykonania którego zależeć będzie odzyskanie naszych koni, jak również i twoich pieniędzy.
— Och! Jeżeli tylko chodzi o odzyskanie naszych pieniędzy, to bądź pewny, że ani słówka nie pisnę nikomu! Jesteś o wiele mądrzejszy od mojego męża i pana, który pojechał w pogoń za złodziejami w innym kierunku, aniżeli należało, i dlatego pieniądze dostały się w ręce Kelurów. Aha! Nie powiedziałam ci jeszcze, w jaki sposób wszczął się pożar. Wzniecili go umyślnie Kelurowie, przewidując, że pobiegniesz do ognia na ratunek, pozostawiając konie bez dozoru... no, i tak się też stało. A teraz powiedz mi, co zamierzasz uczynić? Mów bez obawy, a ja święcie dotrzymam tajemnicy.
— Dobrze. Chcąc dogonić Kelurów, muszę mieć ku temu konie, a że ich nie mogę kupić, ani też pożyczyć, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wziąć je bez wiedzy właściciela. Rozumiesz?
Oberżystka, nie w ciemię bita, zrozumiała mię odrazu i, skinąwszy głową potakująco, spytała teraz:
— Ale je potem zwrócisz właścicielowi, nieprawdaż, effendi?...
— Oczywista! Nie jesteśmy przecież złodziejami.
— Chcesz więc poprostu pożyczyć u aptekarza bez jego wiedzy dwa niedawno kupione przez niego konie?
— Tak jest.
— I dobrze uczynisz! To podobno najlepsze w całej wsi rumaki.
— Ba, ale nie wiem dokładnie, gdzie znajduje się ogród, w którym owe konie stoją.
Kobieta pomyślała chwilę i, nie odpowiadając wprost na pytanie, rzekła:
— Hm... poradzę ci coś... Wszak potrzebne wam są również dwa siodła?
— Nie, niepotrzebne. Głupi Kelurowie nie skradli siodeł moich; leżą za przegrodą.
— Dobrze więc! Zaczekajcie tu parę minut, a następnie zabierzcie siodła ze sobą i idźcie drogą ku północy. U końca tej drogi ujrzycie kobietę, za którą postępujcie powoli, nie zaczepiając jej jednak. Na końcu wsi wskaże wam ona wrota do ogrodu i oddali się. Czy zgadzacie się na to?
— Ależ rozumie się.
— Niech-że więc Allah wam poszczęści, dopomagając i mnie tym sposobem do odebrania skradzionych pieniędzy. Gdybyśmy ich nie odzyskali, mój mąż i pan zmuszony byłby sprzedać wszystko, co ma, i zostać żebrakiem.
— Wyszła z izby, a Halef uśmiechnął się tajemniczo i zapytał:
— Czy ty naprawdę chcesz... ukraść konie, mój kochany sihdi?
— Pożyczyć tylko, Halefie. Przecież nie mamy innego wyjścia...
— Ależ owszem! Mnie się to nawet bardzo a bardzo podoba i chętnie się na to zgadzam. Ale co myślisz, sihdi, o naszej gospodyni?
— Że to bardzo mądra kobieta.
— Och, prawda! Mądrzejsza o wiele od swego męża. Ale, co to za kobieta, za którą mamy postępować?
— Ona sama.
— I ja tak myślę... Bardzo często głowa mężczyzny niewiele się różni od próżnej butelki, podczas gdy w głowie kobiety można zawsze znaleźć bodaj piastra, a choć się owego piastra wyjmie z tej dziwnej skarbony, jednak pozostanie tam zawsze jeszcze jeden piaster w zapasie. Niebawem zacznie świtać, a musimy do tej pory mieć konie, nie traćmy zatem czasu, effendi, i chodźmy!
Zabraliśmy karabiny, siodła i koce i wyruszyliśmy. Mieszkańcy miasteczka jeszcze zajęci byli koło pożaru, więc przedostaliśmy się niepostrzeżenie aż na koniec wsi, gdzie dostrzegliśmy czekającą na nas kobietę z zasłoniętą do połowy twarzą, z kijem w ręku. Była to oczywiście nasza gospodyni (choć później za nic przyznać się do tego nie chciała). Ujrzawszy nas, ruszyła przodem, a my za nią.
Pożar roztaczał naokół takie światło, że i tu widno było jak o świcie.
Niebawem znaleźliśmy się wpobliżu wysokiego płotu, obłożonego u góry tarniną, w pośrodku którego znajdowała się uchylona furtka. Widocznie aptekarz tak się śpieszył do ognia, iż zapomniał furtkę ową przymknąć.
Kobieta, wskazawszy ją nam, szybko zniknęła między chatami, my zaś odeszliśmy nieco w pole, a ułożywszy tam na kupie kamieni nasze siodła i karabiny, zawróciliśmy. Przedostawszy się przez furtkę do ogrodu, nasłuchiwaliśmy przez chwilę, czy jest kto w budzie. Ale widocznie i parobcy pobiegli do ognia, bo cicho tu było i spokojnie. Opodal stały dwa siwosze, uwiązane u palika. Mimo swej „dzikości“, o której zapewniała nas gospodyni, dały się odwiązać, poklepać po szyi i wyprowadzić bez oporu aż do kupy kamieni, gdzie osiodłaliśmy je bez najmniejszej trudności.
— Allahowi cześć! — ozwał się Halef, siedząc już w siodle. — Mamy konie, i to w samą porę, bo właśnie na wschodzie już świtać zaczyna. Te siwosze są nienajpośledniejszego gatunku i nie zawiodą pokładanych w nich nadziei. Ale pytanie, w którą stronę teraz zwrócić się nam należy? Jak sądzisz, sihdi?
— W każdym razie nie do miejsca pożaru, bo Kelurowie umyślnie wzniecili ogień w tamtej stronie, aby tam właśnie zwabić mieszkańców Khoi, przez co zyskali z tej strony wsi wolną przestrzeń i zapewne uciekli w tym kierunku.
— Prawda! Nie pomyślałem o tem.
— Otóż my znajdujemy się obecnie w przeciwnej od pożaru stronie i w tym też kierunku pojedziemy. Niebawem zacznie świtać, i łatwo rozpoznam ślady rabusiów... Jazda zatem!
Gdyśmy ruszyli z miejsca, okazało się już w pierwszych kilku minutach, że wierzchowce posiadały nielada temperament. Ale zdołaliśmy utrzymać je w cuglach. Widząc, że nam nie poradzą, dały się opanować i przez całą drogę nie mieliśmy z niemi kłopotu.
Ujechawszy kawał drogi, spostrzegliśmy tuż przy drodze zabitego konia. Zeskoczywszy z siodła, aby mu się bliżej przypatrzyć, doszedłem do wniosku, że zabito go dopiero tej nocy, gdyż krew w kałuży, w której leżał, nie ze wszystkiem jeszcze była zakrzepła.
— Halefie, jesteśmy już na tropie, — ozwałem się do towarzysza — i to dzięki memu Rihowi.
— Skąd-że to wnosisz, sihdi?
— Patrz, są tu ludzkie i końskie ślady.
— A cóżto ma do rzeczy?
— Świadczy to, że tędy właśnie jechali Kelurowie, nie zaś kto inny. Mój Rih nie dał nikomu wsiąść na siebie, wierzgając na wszystkie strony, aż ostatecznie roztrzaskał nogę idącemu obok koniowi, i dlatego właśnie zastrzelono okaleczałe zwierzę.
— To zupełnie możliwe, sihdi, i teraz nie wątpię, że, mając przed sobą tropy złodziei, odzyskamy wkrótce poczciwego Riha. Jak daleko, twojem zdaniem, mogą Kelurowie być od nas?
— Czas ich odjazdu można obliczyć z łatwością, bo właśnie wówczas wszczął się pożar. Ale jak daleko ujechali, trudno to określić dokładnie. Można przypuszczać, że złodzieje śpieszyli się, ale Rih, rozumiejąc doskonale, że go ukradziono, broni się zapewne wszelkiemi siłami i utrudnia w ten sposób ucieczkę. Jeżeli go będą bili, tem gorzej dla nich, bo wówczas zwierzę nie ruszy się z miejsca. Sądzę, że gdy się dobrze rozwidni, poznam po śladach, jak daleko nas wyprzedzili.
Ślady były tak wyraźne, że, mimo panującego jeszcze zmroku, można je było rozpoznać. Jechaliśmy ku północy i widzieliśmy ze śladów, że Kelurowie zachowywali w ucieczce wszelkie możliwe środki ostrożności, omijając skrupulatnie utarte drogi i ścieżki. Nie uszło to uwagi Halefa, i musiałem mu tłumaczyć:
— Złodzieje dobrze wiedzą, z kim mają do czynienia. Szeik trochę za wiele powiedział gospodyni. Jest zresztą pewien, że będziemy go ścigali dla odzyskania za wszelką cenę mego drogocennego rumaka. Gdyby miał poza sobą ludzi tutejszych, drwiłby sobie z ich pościgu, ale przed nami czuje obawę, i stąd ta jego wielka ostrożność. No, ale mam nadzieję, że pomimo znacznej liczby drabów, których ma przy sobie, nie ujdzie nam bezkarnie.
— Jak ty ślicznie rozumujesz, kochany effendi! — rzekł Halef. — Nie darmo uczyłeś się w Bilad Amirika (Ameryka) czytać ze śladów. Widzę teraz całą użyteczność tej sztuki, i wdzięczny ci jestem, żeś mnie jej nauczył. Pomimo że jest nas tylko dwu, jestem pewny powodzenia naszej sprawy i odzyskania koni, tem bardziej, że ów szeik Kelurów nie jest bynajmniej mędrcem, czego dał dzisiaj dostateczne dowody.
— Jakież to dowody?
— A no, nie zabrał nam karabinów i siodeł. Toż sam twój reszma to wszak majątek. Draby widocznie poślepli, skoro przeoczyli tak świetną zdobycz.
— Trzeba wziąć pod uwagę i to, z jakim pośpiechem działać musieli. Wszak każdej chwili mogliśmy powrócić i zastać ich w izbie. Z drugiej strony celem ich była przecież tylko kradzież Riha, i skoro dorwali są do niego, nie obchodziło ich już nic więcej. Ponadto za przegrodą panowała ciemność, więc niedziwota, iż nie dostrzegli przedmiotów, leżących w kącie. Zresztą, prawdopodobnie Akwil zapomniał im zwrócić uwagę na kosztowność naszej broni i rzędów.
— A bodajby jeździli łajdacy po piekle na ognistych siodłach, pokrytych skórą djabęlskich kanafid (jeż)! — —

Tropy prowadziły nas przez teren trawiasty, na którym perliła się w świetle wschodzącego słońca rzęsna rosa. Trawa na śladach jeszcze się nie podniosła, i sądząc z tego, tudzież z kierunku wiatru, rodzaju gruntu, oraz innych okoliczności, wywnioskowałem, że Kelurowie nie byli od nas oddaleni więcej nad dwie godziny drogi. Zestawiwszy tę przestrzeń z czasem, jaki upłynął od ich wyjazdu z Khoi, mogłem przypuszczać, że uciekali nie bardzo szybko, co, oczywista, należało zawdzięczać tylko memu Rihowi.
Podług tego obliczenia, mogliśmy dogonić Kelurów bez zbytnich wysiłków z naszej strony już za trzy godziny. Mimo to popędzaliśmy konie, zmuszając je do tęgiego kłusa. Halef był jak najlepszej myśli i tylko niecierpliwił się, pragnąc przyśpieszyć chwilę rozprawy ze złodziejami, wobec czego zapytałem go:
— Jak sądzisz? Ilu jeźdźców mamy przed sobą?
— Niestety, nie mogę tego określić z taką dokładnością, jak ty, sihdi, tem bardziej, iż jadą nie w ordynku, lecz w rozsypkę. Ze śladów jednak wnosząc, sądzę, że może ich być ze trzydziestu.
— A ja ich obliczam co najmniej na czterdziestu.
— Dziesięciu mniej lub więcej, to nic nie znaczy! Tak czy owak, konie odebrać musimy!
— Niech ci się jednak nie zdaje, mój Halefie, że będzie to takie łatwe... W tej chwili może ich być ze stu albo i więcej...
— Co mówisz, sihdi?! Przecież Kelurowie to nie namuza (muchy), które mnożą się w powietrzu! Skądby się ich tylu naraz wzięło?
— Przedewszystkiem muchy nie mnożą się w powietrzu, a po wtóre Kelurowie, którzy nas okradli, byli najprawdopodobniej tylko częścią jakiegoś większego oddziału.
— Z czego to wnosisz, effendi?
— Z różnych okoliczności. Wiesz przecież, iż Akwil, chcąc dobić targu z Kelurami, nie szukał ich długo; wiedział zatem zgóry, gdzie się znajdują. A nie przyszłoby mu to łatwo, gdyby stanowili gromadę, złożoną zaledwie z czterdziestu jeźdźców, gdyż bandy takie są bardzo ruchliwe i w krótkim czasie przerzucają się z miejsca na miejsce, tak że nigdy nie można wiedzieć na pewno, gdzie obozują w danej chwili. Że zaś Akwil znał dokładnie miejsce pobytu Kelurów, przypuszczać trzeba, iż jest to większy oddział, niezdolny do zbyt szybkiego ruchu. Zdaje mi się, że potwierdzisz to moje zapatrywanie?
— Ależ oczywiście, effendi! Lecz jeżeli sprawa przedstawia się w ten sposób, to nie pójdzie nam tak gładko, jak przypuszczałem... Byłem tej myśli, iż, skoro dopędzimy złodziejów, zaczniemy strzelać i rozbijemy całą bandę w jednej chwili.
— Co mówisz! Tego nawet nie uczynilibyśmy, gdyby ich było tylko czterdziestu, — bo coby nam z tego przyszło, gdybyśmy przypadkiem zastrzelili Riha?
— No, przecież nie każda kula trafia...
— To prawda. Ale zachodzi tu druga okoliczność; mianowicie, gdyby wystrzelono do nas z czterdziestu odrazu karabinów, to bardzo jest możliwe, że bodaj dwa strzały byłyby celne. Wiem, żeś dzielny wojownik i że zdolny jesteś sam jeden iść na stu nieprzyjaciół; ale dzielność a zuchwałość to dwie odrębne rzeczy. Prawdziwa dzielność i odwaga posługują się przedewszystkiem przezornością i rozwagą!
— Słusznie, sihdi! Bardzo słusznie! Wiem zgóry, co zamyślasz... Znowu chytrość... Zachwycasz mię, i nigdy nie zapomnę, jak to w ciemną noc, że oko wykol, ocierałeś się niemal o grzywę lwa, lub zakradałeś do środka obozu między tysiące wrogo dla ciebie usposobionych Beduinów. W takich okolicznościach zawsze wiernie stałem u twego boku, a serce mi się rwało, duma zaś rozsadzała niejako piersi, gdyśmy wracali jako zwycięzcy, triumfalnie witani przez naszych. Pamiętam, jak spotykano nas z muzyką: i kamandszat (skrzypce) i wielka tarabukka (bęben) i małe nakkara (mały bęben) i potężne anfar (trąba), wszystko to brzmiało na naszą cześć. Inni wojownicy zazdrościli nam sławy, a kobiety i dziewczęta tańczyły naokoło nas. Przypominam sobie, jak Hanneh, żona moja, najlepsza i najpiękniejsza z kobiet na ziemi, najwonniejsza z kwiatów łąk, pól i ogrodów, zarzucała mi ramiona na szyję i, płacząc łzami radości, nazywała swym najukochańszym wśród ludzi, jedynem pragnieniem swego serca, władcą swej duszy i słońcem swego szczęścia!...
Poczciwy Halef kochał swą żonę ogromnie. Teraz, wspomniawszy o niej, milczał czas jakiś, wywołując w swej pamięci bogate wspomnienia. Chętnie zazwyczaj opowiadając o tem, co przeszedł, mówił w sposób iście wschodni, z niesłychaną przesadą, a podnosząc moje zasługi, myślał oczywiście i o sobie i starał się zawsze przypisać sobie część zdobytej przeze mnie sławy. Oczywista, nie przeszkadzałem mu w tem, gdyż istotnie przebył ze mną tyle niebezpieczeństw, iż nawet obyci z niemi Beduini podziwiali jego niezwykłą odwagę, która mieszkała w tak nikłem stosunkowo ciele.
Po chwili milczenia ciągnął dalej:
— Tyle już razy widziałem cię walczącego i podziwiałem zawsze. Ale najbardziej imponowałeś mi wówczas, gdy, odrzuciwszy broń, posługiwałeś się podstępem i chytrością. Czemże jest wojowniczość i siła Kurdów, gdy wobec nich chwycimy pistolety rozumu, karabiny podstępu i noże chytrości! Gdy jesteśmy tak uzbrojeni, niechby się z nami zmierzyli najsławniejsi wojownicy państwa ottomańskiego, a nie wątpię, że nosy wydłużyłyby się im aż do Mekki i Teheranu!
— No, tak znowu źle nie byłoby, Halefie! — zaśmiałem się szczerze.
— Źle nie, ale właśnie... wspaniale! Przypomnij sobie tylko, ile to razy zdołaliśmy osiągnąć chytrością to, czego nie zdobylibyśmy, mając nawet sto armat! Nieraz czułem już nad sobą zimny powiew śmierci, który mi do szpiku kości przenikał, i zdawało się, że żadnego już zgoła ratunku dla nas niema... Aż nagle jedna myśl twoja wyrywała nas z morza zwątpienia, rzucając na brzeg nadziei. Ileż to razy wrogowie nasi mieli już nas w swem ręku i byli pewni, że niema sposobu, abyśmy się im z mocnych kleszczów wymknęli. Aż oto, ku niesłychanemu swemu zdziwieniu, przekonywali się wkońcu, że owa moc ich kleszczów to złudzenie tylko, bo, jak czarnoksiężnicy z fantastycznej baśni, nie znaliśmy żadnych zapór, żadnych przeszkód czy więzów! W sidłach nieraz już będąc, że tylko zacisnąć je nieco, a z przed nosa potężnych wrogów wyfruwaliśmy najniespodziewaniej z nagha el masgara (drwiący szczebiot), a prześladowcy nasi zgrzytali zębami z wściekłości!
Kwieciste wynurzenia złotoustego Halefa przyjmowałem zrazu z całą powagą i widziałem, że to podnieca go jeszcze bardziej w krasomówczym zapale. Gdy jednak wspomniał o „drwiącym szczebiocie“, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Halef zaś popatrzył na mnie z ukosa i zapytał gniewnie:
— Z czego tu się śmiać, effendi?! Czyż możliwość skręcenia ci karku uważasz za rzecz, nadającą się do żartów?
— No, nie mam w tej chwili na myśli skręcenia karku, ale ów... „szczebiot“.
— Nie drwij! Allah, zamiast ust ludzkich, dał ci wróbli dzióbek, i to ci wystarcza! Ja zaś, jeżeli w rozmowie z tobą posługuję się wytwornym stylem, czynię to jedynie z poszanowania dla twej uczoności, i nie powinieneś wyśmiewać mię z tego powodu. Jesteś wprawdzie niezwykle odważny i bardzo pomysłowy w fortelach, ale przecież zdarza ci się popełniać od czasu do czasu błędy. To też winieneś wdzięczność Allahowi, że w wielkiej swej łasce dał ci mnie za towarzysza i opiekuna, który ci nieraz bywa pomocą. A błogosławioną jest owa chwila, gdyś mię poznał, nietylko dla ciebie, lecz i dla mnie, gdyż przymioty moje wynoszą mię ponad wszystkie puste głowy zwykłych śmiertelników, a nawet ponad twoją.
Mały hadżi był bardzo obraźliwy i w razie zadraśnięcia go czemkolwiek nie darowywał nikomu, nawet mnie. Gdy się czem uczuł dotknięty i począł perorować, przyjmowałem to zazwyczaj milczeniem, i gniew jego ulatniał się zarówno prędko, jak się pojawiał; dobre jego serce i przywiązanie do mnie nie dozwalały mu dąsać się zbyt długo...
Tak było i teraz. Po chwili zupełnego milczenia, jakie nastąpiło po wybuchu, popatrzył mi badawczo w twarz i zapytał tonem zakłopotania:
— Co ci się stało, sihdi? Milczysz, jakby cię mowa moja nie interesowała... A przecież płynęliśmy już pełnemi żaglami po wartkich nurtach dysputy... Czy może obraziłem cię niebacznem jakiem słowem?
— Nie, Halefie; myślałem tylko o owych zdolnościach, które cię tak znacznie wynoszą nade mnie...
— Nad ciebie? Ależ ja wcale nie miałem tego na myśli! Jeżeli mówiłem o swoich przymiotach, to tak samo, jakbym mówił o twoich, bo przecież tyś je we mnie rozbudził i udoskonalił. Dziękuję też codzień Allahowi we wszystkich pięciu modlitwach, że dał mi poznać cię na pustyni... No! Czy będziesz się jeszcze gniewał na mnie?
— Ależ nie mam żalu do ciebie i nigdy go nie miałem.
— Słowa te orzezwiają moje serce i radością niewymowną napełniają mi duszę aż do najgłębszego jej zakątka. Bo widzisz... mnie się bardzo często zdaje, że ty nie jesteś ze mnie zadowolony. I wówczas w serce moje wbija się dziesięć tysięcy debabis (szpilka), i mam wrażenie, jakoby jądro miłości, jaką ku tobie żywię, płonęło stoma tysiącami kibritat frengija (zapałki). I póty nie mogę się uspokoić, aż dopóki na ustach twoich nie ujrzę znowu uśmiechu.
Porównawczy zwrot ze szpilkami i zapałkami był znowuż nienajgorszy, jednak tym razem wstrzymałem się od śmiechu.
— Ale odbiegliśmy od przedmiotu — ciągnął dalej. — Owóż wspomniałeś, iż zaatakujemy nieprzyjaciół nie otwarcie, lecz podstępem. Czy obmyśliłeś już plan jaki?
Jeszcze nie.
— A jednak dobry wódz powinien wcześnie mieć plan obmyślony i dobrze się rozejrzeć, w jaki sposób go wykonać!
— Przedewszystkiem nie jestem wodzem; ale gdybym nawet nim był, nie powziąłbym planu, dopókibym nie zobaczył nieprzyjaciela i nie poznał wszystkich okoliczności. Czyż naprzykład, chcąc kupić konia, możesz ofiarować zań cenę, nie widząc go jeszcze?
— Oczywiście, że nie!
— Tak samo i my nie możemy obecnie wiedzieć, w jaki sposób wypadnie nam rozprawić się z Kelurami. Zresztą, dajmy już temu spokój! Teraz należy zwrócić szczególniejszą uwagę na tropy.
Kelurowie, jak to zauważyłem, czmychali dotychczas mało uczęszczanemi drogami, a właściwie po bezdrożach, bo dróg tu już nie było wcale. Jechaliśmy za nimi wciąż przez teren trawiasty, następnie przez rzadki nieduży las, aż wreszcie znaleźliśmy się przed skalistem zboczem płaskowzgórza, na którem nikły już zupełnie ślady kopyt końskich, i tylko bardzo wprawne oko mogło tu rozpoznać pewne znaki, świadczące o przejściu koni.
Owo omijanie przez Kelurów miejsc ludniejszych zdawało się świadczyć o ostrożności uciekających. Ale w mojem pojęciu dowódca bandy nie zyskiwał uznania, gdyż, jadąc po uczęszczanych drogach, łatwiej jest wprowadzić w błąd ścigających, niż na terenie dzikim, i gdybym ja był na miejscu moich wrogów, uciekałbym właśnie drogą utartą, która przecież w wielu miejscach się rozgałęzia i ślady na niej mieszają się ze śladami stałych mieszkańców okolicy, a więc ścigający mogą tu łatwo zejść na manowce. Szir Samurek jednak chciał być mądrzejszym, ale mu się to bynajmniej nie udało.
Wjechawszy na wzgórze, ujrzeliśmy przed sobą rozległe pastwisko, na którego krańcach woddali rosły zrzadka karłowate sosny. Od tego miejsca ślady rozbiegały się w różnych kierunkach, oczywiście za wyjątkiem kierunku wstecznego.
— Allah, — krzyknął Halef — toż dla nas rzecz bardzo niepomyślna!...
— Dlaczego?
— Czyż nie widzisz, iż Kelurowie rozdzielili się z rozmysłem, aby nas wprowadzić w błąd? Ów Szir Samurek nie jest tak głupi, jakby się wydawało...
— Przeciwnie, mój Halefie, daleko głupszy jest, niż myślałem.
— Z czego tak sądzisz, sihdi? Nie rozumiem, co myślisz.
— Rzecz całkiem prosta. Kelurowie rozdzielili się tutaj, aby rozbieżnością swoich śladów zmylić pościg. Ale to im nic nie pomoże, bo przecież dowódca niezawodnie wyznaczył im wszystkim punkt zborny.
— Teraz pojmuję... Wystarczy zatem trzymać się nam któregokolwiek tropu, a dotrzemy do owego punktu zbornego.
— Oczywiście! Wybieg Kelurów jest tak bezmyślny, że powstydziłby się go nawet najgłupszy indjanin. Wybierzemy, rzecz prosta, trop najwyraźniejszy... Ale patrz!... Jak tutaj grunt zorany kopytami! Jeden z koni nie chciał dać się prowadzić dalej, i kto wie, czy nie był to właśnie Rih. — Jazda!
Zadaliśmy koniom ostrogi i popędziliśmy żwawym galopem. Siwosze były młode i nieujeżdżone, ale pod naszem umiejętnem kierownictwem biegły znakomicie.
Po kwadransie znaleźliśmy się na rozległej, piasczystej dolinie, tu i ówdzie pokrytej nędznemi krzakami i kępami szczecinowatej trawy. Jadąc dalej, dotarliśmy w jakieś pół godziny do miejsca, gdzie ze śledzonym przez nas tropem zbiegały się wszystkie inne ślady rozdzielonej bandy.
— Miałeś słuszność, sihdi, — rzekł Halef. — Kelurowie, którzy się tam na wzgórzu rozpierzchli, złączyli się tutaj znowu w jeden oddział. Skoro tylko dostaniemy ich w swe ręce, powiem wodzowi, że niewiele jest mędrszy od niezgrabnej grubej batta (kaczka), która miała ochotę zadziwić świat swym śpiewem, współzawodnicząc z belabilem (słowik) z siódmego nieba.
Tu znowu omal nie parsknąłem śmiechem, lecz nie z porównania kaczki ze słowikiem, ale z owej pewności Halefa i jego zarozumialstwa, z jakiem utrzymywał, że my dwaj, szukający wiatru w polu ludzie przeciętnej miary, nie posiadający władzy czynienia cudów, owładniemy niechybnie czterdziestu Kelurami i weźmiemy do niewoli ich szeika.
Nie była jednak czemś dziwnem taka pewność małego pyszałka, bo we wszystkich dotychczasowych naszych przedsięwzięciach szczęście dopisywało nam wiernie, i nigdyśmy nie wpadli w pułapkę, ani też nie dali się zwyciężyć. To stałe powodzenie było przyczyną, że i w tym wypadku Halef nie myślał jedynie o odzyskaniu koni, ale i o wzięciu kilkudziesięciu ludzi wraz z ich szeikiem do niewoli.
Nie chciałem mu psuć humoru i odbierać wiary w siebie, gdyż właśnie ta pewność we własne siły i wiara w powodzenie czyniła go bardzo pożytecznym towarzyszem w najbardziej krytycznych nawet okolicznościach. Odrzekłem więc wymijająco:
— Jeżeli nie zdołamy odebrać koni wprost, to trzeba będzie uciec się do sposobów, a mianowicie porwać bądź szeika, bądź jakiego innego znakomitszego wśród Kelurów wartogłowa i zażądać od nich wymiany na nasze konie. Zresztą, niema sobie nad czem łamać zbytnio głowy, mój kochany Halefie, bo niebawem sprawa sama się wyjaśni. Jeżeli kismet przeznaczył cię do odegrania dziś roli bohatera, to kurtyna podniesie się w bardzo krótkim czasie.
— Tak sądzisz? — zapytał uradowany z pochlebstwa Halef. — Więc jak kismet zechce, niechaj się tak stanie. Jako batal (bohater) uczynię wszystko, abyś był ze mnie zadowolony. Ale skąd wnosisz, że kurtyna już w tak krótkim czasie pójdzie w górę?
— Na takie przypuszczenie naprowadza mię wybieg szeika. Bo dlaczego nie rozdzielił swej bandy zaraz za wsią, lecz aż tutaj? Widocznie niedaleko stąd znajduje się obóz. Ale uważaj! Zdaje się, że nie będzie można jechać dalej!
Dolina, którą przebywaliśmy, skręcała tutaj na lewo, tworząc kąt ostry. Ślady Kelurów jednak nie szły w tym kierunku, lecz prowadziły prosto na przełaj w górę. Halef chciał popędzić w owe tropy, lecz go powstrzymałem:
— Ani kroku dalej! Jeżeli istotnie jesteśmy w pobliżu obozu, to na górze ustawione są niezawodnie widety, i dlatego musimy być ostrożni. Zostaniesz tutaj i potrzymasz mego konia, a ja podejdę pieszo na pagórek zobaczyć, czy możemy puścić się dalej bez przeszkody. Pamiętaj jednak, że nie wolno ci się stąd ruszyć, dopóki nie dam ci znaku!
Zsiadłem z konia, oddałem cugle Halefowi i wdrapałem się na pagórek, gdzie rosły liczne, lecz niewysokie sosny i dęby. Tropy Kelurów prowadziły teraz w dół pomiędzy zrzadka rosnącemi drzewami. Już chciałem zawrócić, gdy wtem spostrzegłem na szczycie wzgórza wyniosłość skalną, niby ruiny jakiejś baszty. Skierowałem się tam i, dostawszy na wierzchołek skały, stwierdziłem, że las kończył się niedaleko, a poza nim leżała szeroka dolina, przerznięta niedużym potokiem.
Nad brzegami tego to potoku spostrzegłem rozległy obóz Kelurów, a właściwie już tylko szczątki obozu, gdyż oddział gotował się właśnie do wymarszu. Kobiet wśród Kelurów nie było; nie mieli też z sobą trzody, a zamiast namiotów, stały w obozowisku budy z gałęzi. Z tego wyprowadziłem wniosek, że celem wyprawy Kelurów nie było polowanie. Narazie nie miałem pojęcia, w jakim celu wyruszyli ze swych siedzib, i dopiero później dowiedziałem się, że była to wyprawa rabunkowa nad granicę Persji.
Sądząc na oko, mogło tu być co najmniej trzystu ludzi, którzy, oprócz koni wierzchowych, prowadzili około pięćdziesięciu jucznych mułów. Ludzie ci mieli na głowach białe o półmetrowej średnicy turbany, co robiło wrażenie, jakby dźwigali na głowach wielkie kosze.
Wytężyłem wzrok, czy nie dostrzegę swego konia, ale napróżno. Niebardzo zadowolouy, wróciłem po Halefa.
— No i cóż? Natknąłeś się na wartę? — — zapytał mały Hadżi, oddając mi konia.
— Nie.
— To może spostrzegłeś obóz?
— Tak. — Co za lekkomyślna nieostrożność ze strony szeika! Przecież mógł być pewien, że go będziemy ścigali, i nawet warty nie ustawił!
— To było zbyteczne, bo obóz już zwinięto.
— Co? Ruszyli dalej?
— Tak jest. Zdaje mi się, że szeik wydał ku temu rozkaz zaraz po przybyciu na miejsce.
— Dokąd się skierowali?
— Nie wiem, ale sądzę, że się wkrótce dowiemy. Nie spuścimy ich z oka tak długo, dopóki nie odbierzemy naszych koni.
— Mam nadzieję, że na ich szczęście stanie się to dzisiaj jeszcze, gdyż wcale nie mam ochoty wlec się za nimi dłużej i, skoro tylko stracę cierpliwość, wystrzelam ich co do nogi! Jeżeli chcą kraść konie, to nic przeciw temu nie mam, gdyż kradzież taka uchodzi w tym kraju za czyn heroiczny i chwalebny, ale że pokusili się właśnie o nasze konie, mając ich miljony do skradzenia na kuli ziemskiej, — no w tym wypadku nie mogę być na to obojętny i pokażę im, jak złe skutki pociąga za sobą taka okoliczność, iż dzięki im zmuszony jestem dyrdać się na grzbiecie pierwszej lepszej at el attar (szkapa aptekarza).
— Dziękuj Allahowi, że mamy choć takie szkapy, bo mogło być jeszcze gorzej.
— Tak dalece niema za co dziękować. Wszak to nie nasze własne; pożyczyliśmy je tylko, nie zaś ukradli, i zanim je oddamy fabrykantowi trucizny, czuję się niejako smarkatym wyrostkiem, co płata niebezpieczne figle... A wszystko przez tych huncwotów Kelurów, którzy powinni siedzieć w piekle i być właścicielami całego tabunu szkap djabelskich; niechby je tam im po dziesięć razy na dzień kradziono, a nie oddano ani razu!

Podjechaliśmy wzgórzem aż do skał, skąd przedtem obserwowałem wyruszających w drogę Kelurów, a uwiązawszy konie do krzaków, wleźliśmy na wierzchołek pagórka. Kelurowie wyciągnęli się już w dolinie długim sznurem, który, jak wąż ogromny, wił się wśród pokrytego zielenią terenu.
— Uciekają łotry, gałgany, — mruczał gniewnie Halef — a my stoimy tutaj, mlaskatjąc językami, jak pies jaki, gdy mu ucieknie żywa pieczeń z przed nosa! Ale poczekajcie! Dogonimy was i rzucimy się na wasze ścierwo, jak rozjuszone lwy... nogi wam z pośladków powyrywamy i porozrzucamy po polu! Jestem człek litościwy, a tak dobry, że nawet koniokradów uważam za ludzi; ale to jeszcze nie racja, ażeby mnie samego okradać! Właśnie ta moja łagodność i dobroć powinna powstrzymywać łotrów od targania się na moje mienie! Ale gałgany nie znają się na tem... Patrz, sihdi! Najspokojniej, jak ze swoją własnością, jadą sobie, uprowadzając nasze ukochane zwierzęta. Ciekawym, jaki łajdak siedzi na grzbiecie mego ulubieńca! Ty chociaż możesz być spokojny, że na twego Riha nikt z żyjących nie posadzi swego ogona w postaci ostatnich kręgów pacierzowych, boby te kręgi rozleciały mu się po drodze, jak korale po rozcięciu sznurka... Lecz co tu wiele gadać! Gdy dostanę w swe ręce draba, który siedział na grzbiecie mego rumaka, rozetnę go wzdłuż z góry do dołu tak, że już nigdy na żadnego konia nie wsiądzie, bo się na nim nie utrzyma... Przysięgam na proroka, że zrobię to bez skrupułu! Z całą pewnością to zrobię!...
Rozjątrzenie Halefa i zabawna jego gadanina budziły we mnie śmiech, od którego musiałem się z trudem powstrzymywać, czego nawet się nie domyślał, sądząc, że podzielam jego poglądy i groźby w zupełności. Zresztą, lubiłem go właśnie dla jego humoru i oryginalnych zapatrywań na różne sprawy. Są bowiem i na Wschodzie pewne indywidua, które na otoczenie wywierają głębsze wrażenie, niż setki innych przeciętnych ludzi. — —

Postanowiłem zbadać skrupulatnie obozowisko Kelurów, ale możliwe to było dopiero wówczas, gdy się oddalą o tyle, że nas już spostrzec nie będą mogli; a że ciągnęli w kierunku południowowschodnim, więc liczyłem że, jadąc w ich ślady, musimy kiedyś znaleźć się nad tą samą rzeką, która z gór płynie ku wsi Khoi, i, oczywista, tyle drogi nałożyć niepotrzebnie. Już to samo usposabiało mię względem Kelurów nie najlepiej, pominąwszy oczywiście sprawę główną t. j. kwestję kradzieży koni.
Niebawem ostatni jeźdźcy z oddziału zniknęli, i mogliśmy się już swobodnie poruszać. Zjeżdżając ze wzgórza ku dolinie, mieliśmy drogę utrudnioną, bo piętrzyły się tu odłamy skalne, a gdzie niegdzie trafiliśmy na wielkie kałuże i miejsca bagniste. Wreszcie, z trudem wydostawszy się na suchy grunt, popędziliśmy wzdłuż strumienia ku opuszczonemu przez Kelurów obozowisku.
Halef poszedł napoić w — potoku konie, a ja tymczasem rozglądałem się szczegółowo po obozie w nadziei odkrycia czegokolwiek, coby nam mogło być pomocne w obmyśleniu planu dalszego działania. Niestety, ze swych badań wywnioskowałem tylko tyle, że Kelurowie siedzieli tu nie dłużej nad tydzień. Rzecz prosta — nie miało to dla nas żadnego znaczenia. Natomiast ważniejszy był szczegół inny. Rozpoznałem, że niektóre z namiotów urządzone były dopiero wczoraj, a więc Kelurowie wczoraj jeszcze nie mieli zamiaru oddalić się stąd tak prędko, bo nie byliby zadawali sobie trudu ustawiania tych szałasów. Dlaczego więc oddalili się tak nagle? Nasunęło mi się na myśl przypuszczenie, iż Akwil przybył do nich prawdopodobnie około wieczora; schwytali go, jak również następnie jego syna Salego, i tym sposobem dowiedzieli się o naszych koniach, stojących w Khoi. Ci jeńcy, ojciec z synem, muszą opłacić dług krwi własnem życiem, i być może — z takiej to przyczyny Kelurowie wyruszyli stąd tak prędko.
A może obawiali się pościgu? I to było zupełnie możliwe!
Tu znowuż zapewne ktoś ukuje przeciw mnie zarzut, jakobym plótł niestworzone rzeczy, skoro utrzymuję, że trzystu Kelurów liczyło się ze mną jedynym, a właściwie ze mną i z Halefem. Ale na Wschodzie bardzo często mucha staje się wielbłądem, a nawet, bez żadnego udziału z jej strony, czemś więcej, bo słoniem, lwem czy tygrysem!...
Co do mnie zaś — zaznaczam znowu, że miałem poza sobą sławę człowieka, który z każdego przykrego położenia umie wyjść obronną ręką. Ba, wiedziano też o tem, że, jeśli powezmę jaki plan, choćby najniebezpieczniejszy, potrafię go przeprowadzić i przejechać się na karkach najmożniejszych wrogów swoich. Zresztą, każdy inteligentny Europejczyk, zasobny w niezbędne wiadomości i wzbogacony doświadczeniem, nabytem w krajach nieucywilizowanych, może dokonać bardzo wiele i stać się wkrótce legendarnym bohaterem na szerokich przestrzeniach ziemi. Wiadomość bowiem o tym lub owym śmiałym czynie przechodzi z ust do ust i zatacza coraz to szersze kręgi, aż wreszcie wzrasta do rozmiarów fantastycznej baśni, uchodzącej na odpowiednim gruncie za szczerą prawdę.
W ten sposób rozszerzyła się szybko po całym niemal Wschodzie moja i Halefa sława. A sławniejsze były jeszcze ode mnie dwa moje karabiny. O jednym z nich mówiono, że trafia bez celowania i że kula przebija najgrubsze nawet mury, a o dwudziestopięciostrzałowym sztućcu systemu Henry’ego utrzymywano, że można z niego strzelać bez końca i że go wcale nie trzeba naładowywać. Do tego dodajmy moją umiejętność jazdy na koniu na sposób Indjan amerykańskich oraz zdolności moje w kierunku wywiadowczym, na które Azjata wcale zdobyć się nie umie, — a nie wyda się już nikomu dziwne, że opowiadano o mnie cuda i że w obecnym wypadku Kelurowie mogli czuć przede mną obawę, aczkolwiek liczba ich wynosiła trzysta ludzi. Być może, szeik ich, pomyślawszy nieco, już teraz żałował, że udzielił pewnych wskazówek naszej gospodyni w Khoi. Nie było więc przesadą przypuszczenie, iż Kelurowie boją się mojej pogoni.
Oczywista, należało puścić się ich śladami. Ale na to mieliśmy jeszcze dosyć czasu, gdyż obserwować ich, nie będąc przez nich zauważonymi, mogliśmy tylko w nocy, że zaś teraz był ranek, puściliśmy zatem konie na trawę i, przeczekawszy czas jakiś, wyruszyliśmy w drogę dopiero przed południem. Nie było obawy, aby nieprzyjaciel nam uszedł, bo, po pierwsze — był to zbyt wielki oddział, a po wtóre — uważał już za zbyteczne zacieranie po sobie śladów.
W południe znaleźliśmy się na terenie górzystym, pokrytym tu i ówdzie lasem dębowym, z którego pochodzą światowej sławy galasówki. Tu udało mi się upolować młodego dzika. Upiekliśmy go naprędce, a pożywiwszy się, zabraliśmy resztę do toreb, bo trzeba było pamiętać, że jak długo następować będziemy na pięty Kelurom, nie upolujemy nic, gdyż strzały zdradzićby mogły naszą w ich pobliżu obecność.
Dla Halefa, jako muzułmanina, wieprzowe mięso było przysmakiem zakazanym, ale w towarzystwie mojem stał się nieco... postępowym i nabrał wybrednych wymagań pod względem pożywienia. Zlekceważywszy więc przepisy proroka i jego kalifów-nieboszczyków, jadł dziczyznę, aż mu się broda trzęsła; zresztą, sam zachęcałem go do tego, biorąc grzech jego na swoje sumienie.
Po posiłku i wypoczynku puściliśmy się w dalszą drogę i w ciągu kilku godzin przybyliśmy nad południowe ramię rzeki Zab, mając je po lewej, a lesisty, stromy grzbiet górski po prawej stronie. Odtąd ślady prowadziły nas łożyskiem górskiego potoku, który prawdopodobnie wzbierał szeroko na wiosnę; a obecnie był leniwie sączącym się wśród żwiru i głazów strumykiem. Utrudniały nam tutaj w znacznym stopniu jazdę liczne korzenie i krzaki, po obydwóch jego brzegach sterczące.
— Sam djabeł chyba wytknął tędy drogę Kelurom! — narzekał Halef. — Zapewne wygodniejszą jest ścieżka od bram śmierci na miejsce wiecznego potępienia, bo przynajmniej prowadzi wdół, a ta pod górę!
— I ja również nie mogę pojąć, dlaczego obrali tak niewygodną drogę.
— No, nareszcie znalazło się coś, czego nie rozumiesz, sihdi! — przerwał mi żywo Halef, uśmiechając się.
— Nie troszcz się! Zrozumiem to w swoim czasie — gdy zajdzie potrzeba.
— Dokąd właściwie Kelurowie dążą? Przecież tu niema żadnej przełęczy w łańcuchu górskim!
— Jeśli się nie mylę, masz słuszność. Przypominasz sobie zapewne z ostatniej naszej podróży przez tę okolicę dwie góry, mianowicie: z lewej strony Mekwilik, a z prawej o fantastycznych kształtach Nekul. Między temi górami niema żadnego przejścia, i Szir Samurek ma zapewne cel, do którego dąży, po tej stronie grzbietu, nie zaś po tamtej.
— Allah! Czyżby to była okolica, w której znajduje się Muzallah el Amwat (Kaplica Śmierci)?
— Nie słyszałem nigdy takiej nazwy. Cóż ona oznacza?
— Ach, co oznacza! Otóż ni mniej, ni więcej, tylko jest to miejscowość, którą omija każdy człowiek, bez względu na to, czy jest sunnitą, szyitą, chrześcijaninem czy żydem. Przypominasz sobie zapewne, że w czasie naszej bytności w Khoi rozmawiałem z kilkoma mazydżilar (zbieracze galasówek) i dowiedziałem się od nich wiele ciekawych rzeczy. Mówili mi, iż w tej okolicy jest niezmierna ilość galasówek, tak że brodzić można wśród nieb po kolana, ale nikt się nie odważa przychodzić po nie w obawie przed błądzącemi tu całą chmarą duchami ludzi zmarłych. Podobno przed paruset laty przybyli w te strony chrześcijanie i zbudowali sobie kaplicę, aby w niej chwalić Boga na swój sposób. Byli to ludzie uczciwi i dobrzy, i nikomu w drogę nie wchodzili. Ale szyici napadli na nich i wyrżnęli co do nogi właśnie koło owej kaplicy. Ostatni zginął ich kapłan. Modlił się jeszcze w chwili konania za nieprzyjaciół, gdy nagle zbóje wyrwali krzyż z kaplicy i w dzikiem rozpasaniu wrzucili go w ogień. Umierający kapłan, widząc to, rzucił na nich klątwę, wskutek której nietylko pomarli sami natychmiast, ale i ich siedziby oraz dobytek zniknęły z powierzchni ziemi. Od tego czasu nieszczęście spotyka każdego, kto się przybliży do muzallah. Mimo to niektórzy mazydżilar, jako że biedni są, a uśmiechał im się dobry zysk z galasówek, odważyli się niedawno na wyprawę w te strony. Kiedy jednak przyszli pod kaplicę, wybiegł z niej duch kapłana w postaci niedźwiedzia i byłby ich wszystkich na pewno pożarł, gdyby się nie oddali w opiekę Allaha, który im dopomógł do ucieczki. Przysięgali potem przede mną, że nigdy już nie zapuszczą się w tę okolicę... Co o tem sądzisz, effendi?
— Sądzę, że to nie był żaden duch, ale najzwyklejszy w świecie niedźwiedź. Przecież każdy wie, iż w górach okolicznych dosyć jest tych dzikich zwierząt.
— Wiem o tem i ja, ale przecież niedźwiedzie nie są tak olbrzymiego wzrostu, jak ów duch.
— Strach ma wielkie oczy — to znaczy: z wielkiej trwogi mógł się ludziom ów niedźwiedź wydać dwa razy większy, niż jest w istocie.
— Mówisz tak, bo nie wierzysz w duchy...
— Ależ przeciwnie, jestem przekonany, że duchy gdzieś istnieją; w widziadła jednak w postaci niedźwiedzi istotnie nie wierzę.
— No, ty na miejscu tych ludzi nie byłbyś uciekał, ale poszedłbyś naprzeciw potwora śmiało i odważnie, bo się niczego nie boisz. Ja jednak, daruj, sihdi, nie miałbym ochoty przekonywać się osobiście, czy mam do czynienia z duchem, czy też z niedźwiedziem. Coprawda, myśmy obaj ubili podobną bestję w wąwozach Bałkanu. Ale tam nie było wcale Muzallah el Amwat, tutaj zaś wisi w powietrzu nad całą okolicą klątwa kapłana... Nie chcę więc mieć do czynienia z potworem, bez względu na to, coby to było za licho!...
— Czy wiesz chociaż, w którem miejscu znajduje się owa muzallah?
— Jak mi określali mazydżilar, zbudowano ją między Nekulem a Mekwilikiem. Idzie się tam kamienistem korytem między dwoma stromemi brzegami...
Tu urwał nagle, spojrzał mi znacząco w oczy i po chwili krzyknął:
Allah akbar! — Bóg jest wielki! Toż to się zupełnie zgadza... Jesteśmy właśnie na drodze do muzallah...
— Prawdopodobnie...
— Nekul i Mekwilik to dwa szczyty, między któremi znajduje się ta kaplica umarłych... Maszallah!... Toż to stąd niedaleko!...
— Bardzo możliwe... ale radzę ci zamknąć gębę, bo... może wypaść niedźwiedź i wskoczyć ci do niej... Zbyt szeroko ją otwierasz...
— Nie żartuj, sihdi! Mam już takie przyzwyczajenie, że, skoro jestem zdziwiony, gęba mi się sama otwiera, a gdy zdziwienie przejdzie, to i ona sama się zamknie. A bodaj to!... Nic innego, jak tylko nasz kismet, nasze fatum sprowadziło tutaj mnie i ciebie! Gdybym chociaż wiedział, co nas tam w górze czeka...
— Pytasz jeszcze o to?
— Oczywiście!... A ty wiesz może?
— Wiem.
— No, powiedz... proszę cię...
— Czeka nas duch, którego obedrzemy ze skóry niedźwiedziej...
— No, effendi! To lekkomyślne zuchwalstwo! Żartujesz sobie ze wszystkiego, a moja dusza siedzi już na ramieniu, i doprawdy nie wiem, co mi czynić wypadnie, gdy duch się istotnie ukaże: uciekać, czy też strzelać... Bo jeżeli to będzie prawdziwy niedźwiedź, a ja ucieknę, wyśmiejesz mię niemiłosiernie, i rzeczywiście miałbym się wówczas czego wstydzić aż do samej śmierci. Jeżeli jednak ukaże się duch, a ja do niego strzelę, to kula przeleci przez jego ciało, nic mu złego nie czyniąc, lecz co się wówczas stanie ze mną, Allah jeden raczy wiedzieć?!...
— Oj, Halefie, Halefie! Jeżeli strzelisz do ducha, to kula przeleci przez jego... ciało! No, proszę, gdzież tu sens? Czyż napróżno uczyłem cię tak długo? Czyż niczego z tej nauki nie skorzystałeś? Widać, że tkwi w tobie jeszcze głęboko zabobon człowieka pierwotnego... Powiedz mi przynajmniej, za kogo zginął ów kapłan?
— Za swego Boga i za swą wiarę, sihdi!
— Jak nazywamy takich ludzi?
Szahidami (męczennik).
— Co mówi o nich koran?
— Że po śmierci idą prosto do nieba.
— Otóż posłuchaj! Nawet wedle pojęć muzułmańskich każdy szahid idzie po śmierci do nieba i otrzymuje tam nagrodę za cierpienia i śmierć, którą poniósł. Czyż wobec tego ów pobożny kapłan, poniósłszy śmierć męczeńską za wiarę w swego Boga, zamiast nagrody, miałby być skazany na karę przebywania w odludnej kaplicy; i to jeszcze w skórze niedźwiedzia? Czyżby to nie było dla niego raczej piekło, niż nagroda? Powiedz sam!
Halef otworzył znowu usta i patrzył na mnie ze zdziwieniem.
— Znowu otworzyłeś gębę — zaśmiałem się.
— Tak jest, sihdi, dziwię się znowu.
— A cóż to takiego może być w moich słowach dziwnego?
— A no, żeś taki mądry i że umiesz na wszystko znaleźć odpowiedź. Allah inzaf albo Allah el adala!... Bóg jest sprawiedliwością!...
— Ba, ale w tym wypadku coby to była za sprawiedliwość?
— Allah nie byłby sprawiedliwy, gdyby ducha uczynił niedźwiedziem. Że jednak Allah bez zaprzeczenia jest sprawiedliwy, więc... więc...
— No, więc...
— ...więc duch nie może być niedźwiedziem, ani niedźwiedź duchem.
— Rozumie się! Ale ponieważ tak łatwo zgadzasz się na wszystko, więc, gdybym ci powiedział, że wewnątrz twojej głowy siedzi zwierz dziki, zapewne uwierzyłbyś i w to również?
— Uwierzyłbym, bo ty, effendi, jak we wszystkiem, tak i w regułach mantik (logika) jesteś niedościgniony. Zresztą, niechaj się ów potwór pojawi, gdzie chce, ja go zastrzelę i kwita!
— Co do strzelania, możebyś to lepiej mnie pozostawił. Niedźwiedzie kurdyjskie nie są tak niebezpieczne, jak naprzykład z gór Hauran lub Libanon. Nikt tu ich nie ściga, ani nie poluje na nie, więc mają czas wyhodować się i zestarzeć nawet. Zresztą, zbieracze galasówek mówili ci, iż ów niedźwiedź z kaplicy jest bardzo wielki, a zatem kula twego karabinu nie uśmierciłaby go, a tylko mogłaby zranić i rozdrażnić. Ponadto zaś musisz wziąć pod uwagę, że nam obecnie nie wolno strzelać ze względu na Kelurów. A poza tem niema się na razie o co troszczyć, bo wcale jeszcze nie wiemy, czy jesteśmy rzeczywiście na drodze do kaplicy. Chwilowo szło mi o to, ażebyś przestał wierzyć, jakoby duch był zdolny ubierać się w futro niedźwiedzia.
— Ani nawet w kożuch barani, nietylko w futro, effendi! Przekonałeś mię, iż duch nie może zmieniać się w zwierzę i że go nie można ani widzieć, ani też w garść uchwycić. Gdyby więc duch okrył się skórą niedźwiedzią, to po zdjęciu jej nie pozostałoby nic, a że w skórze zawsze jest coś, więc niedźwiedź nie może być duchem.
— Bardzo pięknie rozumujesz — zaśmiałem się — i pod względem logiki wyprzedziłeś mię już znacznie. Ale mniejsza o to! Cieszy mię przedewszystkiem, że sprawa z duchem i niedźwiedziem skończona...
Miałem coś jeszcze powiedzieć, gdy nagle Halef, jadący obok mnie, uchwycił cugle mego konia i zatrzymał go na miejscu.
— Co się stało? — spytałem.
— Tam, pod drzewem, coś jest! — odrzekł szeptem. — Poruszyło się coś... Nie wiem tylko, czy to człowiek, czy też zwierzę...
— Cofnijmy się pod drzewa! — odrzekłem, pociągając towarzysza w gąszcz.
Tu zsiadłszy, kazałem mu zatrzymać swego konia i ostrzegłem, aby zachowywał się spokojnie.
— Tylko uważaj, sihdi, bo możliwe, że to niedźwiedź, albo który z Kelurów!— przestrzegł mnie Halef.
— Nie bój się! — odparłem i, wziąwszy nóż do ręki, począłem skradać się pocichu ku owemu miejscu, gdzie istotnie był jakiś człowiek.
Stał pod rozłożystym bukiem z wyciągniętemi wgórę ramionami; w jakim celu to czynił, nie mogłem narazie odgadnąć. Choć odwrócony był ode mnie twarzą, wydał mi się znajomym. Postać tę, a zwłaszcza brudne nogi i strzępiaste spodnie oraz połowę żakietu miałem zaszczyt już kiedyś... Czyżby mię wzrok mylił? Miałżeby to być istotnie nasz gospodarz z Khoi? Coby tu robił sam jeden w tak odludnej okolicy?
W tej chwili oberżysta odwrócił się, wspiął na palcach i pociągnął za koniec powroza, przymocowanego do gałęzi... Do licha! Chciał się najwidoczniej powiesić!
Katera Chodeh! — Na miłość Boską! — krzyknąłem, biegnąc co tchu ku niemu. — Zaczekaj-no! Chcesz się życia pozbawić? Będziesz miał jeszcze dosyć na to czasu później!...
Wybałuszył na mnie zdziwione oczy i po chwili odrzekł, jakby ze snu zbudzony:
— Życia pozbawić?... Nie, tylko się powiesić!...
— No to przecież na jedno wychodzi! Lecz co cię skłoniło do popełnienia tak strasznej zbrodni?
— Co skłoniło? A tobie co do tego? Kim jesteś, że śmiesz mi przeszkadzać?!...
Mówiąc to, uczynił na mnie wrażenie całkiem nieprzytomnego.
— Znasz mnie przecież, przyjacielu, — odparłem łagodnie. — Nazywam się Kara Ben Nemzi Effendi i mieszkam u ciebie w Khoi.
Słowa te obudziły go z osłupienia. Oczy jego nabrały wyrazu, ale głos, przytłumiony, brzmiał jeszcze jakby z pod ziemi:
— Muszę się powiesić, effendi, bo... bo.. nie odzyskam już moich pieniędzy!...
— Skąd masz tę pewność?
— Powiedział mi to Szir Samurek.
— Jakto? On sam? Osobiście? Mówiłeś z nim? Kiedy?
— Przed godziną.
— Gdzie?
— Tam, wgórze, koło Muzallah el Amwat.
— Więc kaplica znajduje się stąd niedaleko... Czy Kelurowie rozłożyli się tam obozem?
— Tak.
— A tutaj nie pozostał kto wpobliżu? Czy można mówić swobodnie?
— Niema tu nikogo. Wypędzili mię od siebie batogami i powrócili na miejsce.
Wspomnienie batów otrzeźwiło go do reszty. Padł na ziemię, a ukrywszy twarz w dłoniach, począł płakać. Łzy bywają nieraz balsamem kojącym, jeżeli kto może płakać; pozwoliłem mu zatem wypłakać się dowoli, przywołując tymczasem Halefa, który, uwiązawszy konie, usiadł razem ze mną koło gospodarza. Gdy stary wypłakał się już dostatecznie, podniosłem mu zwieszoną na piersi głowę i rzekłem:
— Samobójstwo jest największą zbrodnią na świecie, gdyż nie można jej nigdy naprawić, ani się przez pokutę z niej oczyścić; a najmniej zaś człowiek ma prawo potępiać swą duszę dla marnych pieniędzy. Zresztą, twoje piastry nie przepadły jeszcze!
— A jakże nie?... Szir Samurek odebrał je od Akwila i nie odda za nic w świecie!
— Musi oddać! Przyrzekam ci, że go zmuszę do tego...
Na te słowa oczy jego nabrały blasku. Zerwawszy się na równe nogi, zapytał:
— Nie żartujesz, emirze?
— Nie! — odrzekłem. — Nie czynię nigdy obietnic na żarty.
— Niech-że więc będą dzięki Allahowi i cześć tobie! Jestem uratowany! Wiem o tem, że co Emir Hadżi Kara Ben Nemzi przyrzeknie, tego dotrzyma, chociażby łotr Szir Samurek na głowie stawał.
— Czy może, gdyś był u niego teraz, drwił sobie ze mnie? Powiedz! Opowiedz mi szczegółowo, w jaki sposób spotkałeś się z nim i co mówiliście... Ale mów wszystko jak najdokładniej, bo od tego wiele zależy... Zależy od tego życie lub śmierć wielu ludzi, no... i odzyskanie twoich pieniędzy.
— Och, emirze, jeżeli mam przez to odzyskać pieniądze, to powtórzę ci wszystko co do słowa. Absolutnie wszystko.
— Ale mów krótko, bo szkoda czasu; być może, iż każda minuta ma swoją cenę.
— Dobrze, panie. Jak wiesz, wyjechałem z Khoi razem z nezanumem i kilku innymi ludźmi, ażeby dogonić Akwila i odebrać mu pieniądze. Nie znalazłszy jednak śladów, postanowiłem zwrócić się ku granicy perskiej w przypuszczeniu, że złodziej tylko tam mógł uciec. Pojechaliśmy zatem w tym kierunku, pytając po drodze ludzi, czy nie zauważyli zbiega, lecz okazało się, że nikt go nie widział. Około południa spostrzegłem, iżeśmy zbłądzili; trzeba więc było zawracać i szukać drogi do Rowandis i Lahijan. W tym też celu skierowaliśmy się na północ i, na szczęście, czy na nieszczęście moje, spotkaliśmy się z tymi djabłami, którzy otoczyli nas wokoło i przyprowadzili aż tutaj.
— Zdziwiłeś się zapewne, widząc wśród nich złodzieja?
— O, tak! Tem bardziej, że i on był ich jeńcem i jego syn również. Obaj mają być straceni dzisiejszej nocy... I dobrze im tak! Zasłużyli na to!
— Czyż śmierć ich Kelurowie postanowili nieodwołalnie?
— Tak, i to nie byle jaką! Mają być rzuceni niedźwiedziom na pożarcie!...
— Podły to okrutnik z tego szeika! — rzekłem. — Ale skąd mu przyszło do głowy podobne barbarzyństwo? Czy są tu istotnie niedźwiedzie?
— Są! Szeik obmyślił wszystko zawczasu i dlatego też wyłącznie przybył aż tutaj, aby obu jeńców rzucić na pastwę niedźwiedziom. Jego wojownicy polowali niedawno w tym lesie i wykryli jaskinię niedźwiedzi tuż koło muzallah. Znaleźli też w okolicy, w dziupli jednego z drzew, rój pszczół. Otóż, o ile dobrze zrozumiałem to, co mówiono w obozie, szeik wysłał dziesięciu Kelurów po miód, ażeby, wysmarowawszy nim obnażone ciała obu skazańców, powiązać ich i zawlec do wspomnianej kaplicy; aby zaś zwabić do niej niedźwiedzia, pokładą na wabika na drodze z muzallah do jaskini plastry miodu, no i w ten sposób bestje trafią na przeznaczone dla siebie ofiary...
— Allah! — westchnął Halef. — Ci Kelurowie to skończone łotry! Jak myślisz, sihdi? Czyżby nie należało nam ratować nieszczęśliwych skazańców, nie zważając już na to, że są naszymi śmiertelnymi wrogami?...
Za te słowa miałem ochotę uścisnąć małego zucha. Ratować Akwila, który podszczuł przeciw nam Kelurów, i ratować jego syna, który tak niedawno zawinił względem nas jeszcze bardziej, bo urządził zamach na nasze życie!... Tak! Mój poczciwy towarzysz był tylko z tytułu muzułmaninem, ale w sercu posiadał więcej szlachetnych uczuć, niż tysiące moich europejskich współwyznawców!
Z dalszego opowiadania oberżysty dowiedziałem się, co następuje:
Kelurowie zwinęli rano obóz z obawy przede mną; okoliczność zaś, że dostali w swe ręce obu Bebbejów, zmusiła ich do tem szybszego marszu Chcieli jak najprędzej załatwić się z jeńcami i sprawić im oddawna już obmyśloną śmierć. Czekali na: tę zabawę z wielkiem upragnieniem wszyscy Kelurowie, ilu ich tylko było w obozie. Obecnie wpobliżu kaplicy odbywają właśnie sąd nad znienawidzonymi jeńcami, którzy krwią swoją mają odpowiedzieć za cały swój szczep. Szir Samurek poprzysiągł, że nic i nikt ich już od śmierci nie uratuje. Sali Ben Akwil wobec tego zwątpił ostatecznie aby się mógł z rąk Kelurów wydostać, i tylko tli w nim jeszcze iskierka nadziei, iż może go jedynie ocalić przybycie moje, gdyż jest pewny, że przyjdę tu celem odebrania swych koni, i przy tej sposobności uratuję tak ojca, jak i syna.
— Nie ciesz się zbytnio! — mówił do szeika. — Jeszcześ mnie nie pozbawił życia. Kara Ben Nemzi przybędzie tutaj niezawodnie i uwolni nas z twych rąk szatańskich!
— Jakto? Uwolni śmiertelnych swoich wrogów? — drwił szeik. — Ależ ten pies raczej poprosi mię, abym wam dodał jeszcze męczarni.
— Tego nie uczyni, bo jest prawym chrześcijaninem.
— Każdy chrześcijanin to pies, a każdy pies lubuje się w zapachu krwi. Te psy, co człowieka z Nazireh (Nazaret) nazywają swoim Bogiem, nie pełnią jego przykazania, aby kochać swoich wrogów, i, choć głoszą je na wszystkie strony, jednak, gdzie się tylko zdarzy, okradają się wzajemnie i oszukują, a obcych podbijają i uciskają. Skądżeby zatem mieli lepiej być usposobieni dla swoich śmiertelnych wrogów? Nie łudź się więc, aby ów Kara Ben Nemzi zechciał ująć się za wami!
— Wszystko, coś powiedział, skłamałeś! To prawdziwy chrześcijanin i wielu już swoim wrogom wyświadczał dobrodziejstwa.
— Więc wezwij go, niechaj przybędzie tutaj, a zobaczymy, czy istotnie spełni przykazanie swego fałszywego proroka z Nazireh.
— Tak! Będę go wołał, ale nie wprost, lecz przez Allaha, który wskaże mu drogę w te strony.
— Ja ci użyczę lepszej rady — zaśmiał się Szir Samurek. — Kara Ben Nemzi, jako chrześcijanin, nie może się niczego spodziewać od naszego Allaha. Jeżeli tedy chcesz być wysłuchany, musisz się modlić do jego ukrzyżowanego Boga! Ten cię na pewno ocali.
W ten sposób szydził dalej, a potem dodał:
— Dowiedz się, że mam za nic tego psa chrześcijańskiego, a ile go sobie lekceważę, najlepszym dowodem jest to, iż kazałem mu powiedzieć, u kogo są jego konie, zachęcając go niejako w ten sposób do ścigania mnie. Jeżeli tedy trafi na nasze ślady, a będzie miał odwagę zapuścić się aż tutaj, to warta moja schwyta go i przyprowadzi do mnie, abym mu zgotował taki sam los, jaki was obydwu z mej ręki czeka. Możesz więc teraz modlić się do Allaha, czy do el Mesiaha (Mesjasz), ale zapewniam cię, że to się na nic nie zda; błagania twoje pójdą, tak czy owak, na wiatr! Co do innych jeńców, to Kelurowie postanowili wypuścić ich za okupem dwudziestu tysięcy piastrów, oberżystę zaś oćwiczyli hojnie i wysłali do wsi, aby się o te pieniądze wystarał i przyniósł je, — gdyby zaś nie wrócił do trzech dni lub podstępnie sprowadził zbrojną pogoń, wówczas Kelurowie mieli wszystkich jeńców pomordować.
Nic więc dziwnego, iż nieszczęsny oberżysta wpadł w nieopisaną rozpacz. Nietylko, że stracił swoje dziesięć tysięcy, ale jeszcze w dodatku kazano mu zapłacić przypadającą nań część okupu, to zaś przechodziło już wszelką jego możność materjalną. I oto, widząc się doszczętnie zrujnowanym, a znikąd nie spodziewając się ratunku, chwycił za stryczek, chcąc się powiesić.
— To już wszystko, emirze, — dodał — co miałem do powiedzenia. Cóż ty na to? Czy i teraz odzyskanie moich pieniędzy uważasz dalej za rzecz możliwą?
— Przedewszyslkiem sądzę, że raki posiada w sobie zarodek wszelkich nieszczęść ludzkich...
— Raki? Skąd ci to do głowy przychodzi, mój emirze?
— Bo jedynie wódka jest przyczyną, żeś wpadł w takie nieszczęście.
— Ale cóż ma wspólnego raki z szeikiem Kelurów? Nie rozumiem...
— Nie udawaj głupiego! Gdybyś się wczoraj nie upił, nie wypaplałbyś przed Akwilem, iż masz schowane pieniądze, i nie byłby ci ich ukradł. Wódka też winna, że dostałeś się w ręce szeika i że następnie chciałeś się powiesić. Nie możesz mi przecież teraz zaprzeczyć temu, iż wódka doprowadziła cię do samobójstwa?
Milczał, nie mogąc na to nic odpowiedzieć, ja zaś ciągnąłem dalej:
— Jeżeli nie wyrzekniesz się raki, to czeka cię jeszcze niejedno nieszczęście, które zepchnie twą duszę na samo dno nędzy. Gdy zaś przestaniesz pić raz na zawsze, życie twoje upłynie ci spokojnie i szczęśliwie, a wkońcu, po najdłuższych dniach pobytu na tej ziemi, przejdziesz bez zachwiania przez es siret, most śmierci, do krain wiecznej szczęśliwości. A most ten wcale nie jest szeroki i według Mahometa podobny jest do ostrza szabli. Czyż więc możliwe, ażeby człowiek pijany, nie mogący się utrzymać na nogach, przeszedł przez ten most i nie stoczył się do otchłani piekielnej? Wedle pojęć europejskich, argumentacja moja była bardzo prymitywna i mogła się wydać śmieszną. Dzięki jednak tej właśnie prostocie słów moich, wywarły one pożądane wrażenie, bo gospodarz odpowiedział, mocno zmieszany:
— O, nie mów tak, effondi! Nie mów, bo to dla mnie bardzo przykre...
— Jeszcze bardziej przykro ci będzie, gdy wyjaśnię, jak straszne skutki byłaby pociągnęła za sobą zbrodnia samobójstwa! Ze stryczkiem na szyi szedłbyś przez most śmierci, a wszyscy umarli znajomi twoi patrzyliby na ciebie ze wstrętem i odwracali oczy. Wkońcu straciłbyś równowagę i, zatoczywszy się po pijanemu, runąłbyś na samo dno dżehenny...
— Emirze, to straszne! — przerwał mi, kryjąc twarz w dłoniach.
— Radzę ci więc, porzuć na zawsze ten przeklęty nałóg...
— Ależ bezwzględnie! Od tej chwili... przyrzekam ci panie...
— Oho! Nie tak to łatwo wyzbyć się nałogu, jak ci się zdaje... Kogo raz duch wódki uchwycił w swoje szpony, tego mocno już za łeb trzyma, i trzeba stoczyć walkę z nim nielada, aby się od niego raz na zawsze uwolnić. Czy masz ochotę podjąć tę walkę?
— Przyrzekam ci, effendi, że będę walczył.
— Dobrze, przyjmuję do wiadomości to oświadczenie. Przedewszystkiem jednak powinieneś się dobrze przyjrzeć, jak to pijak przedstawia się w oczach człowieka trzeźwego; bo choć widziałeś sam wielu opilców, jednak nie potrafiłeś ocenić ich należycie. Otóż sukri (pijaczyna) jest nietyle człowiekiem, ile beczką, do której wciąż dolewa się raki, aż póki owa raki nie przeżre jej klepek. I ciebie raki zżarła już do połowy, a niebawem klepki twoje rozsypałyby się, gdybyś je nadal wódką zamiast wodą traktował. Przypatrz się dobrze pijakowi, gdy wstaje rano. Głowa go boli, ręce i nogi drżą, twarz ma obrzmiałą, wykrzywioną i wstrętne oczy, bez blasku, jak brudne szkła. Żona i dzieci unikają go, gardzą nim, bo wiedzą, że ich nie kocha, że u niego więcej znaczy wódka, niż ich szczęście i dobrobyt. Przyjaciół prawdziwych pijak zazwyczaj niema... bo znajomi, z którymi razem pije, nie są mu przyjaciółmi, lecz tak samo, jak on, pustemi beczkami, bez serca i bez duszy. Krewni nienawidzą go, a sąsiedzi wyśmiewają... Pustka więc roztacza się naokoło niego i pustka panuje też w nim samym. Pijanica nie myśli o Allahu, zaniedbuje modlitwy i nie spełnia swoich obowiązków. W żołądku czuje ciągle piekącą smołę, a w gardle suchość nieznośną. Już od rana czuje pociąg do djabelskiego trunku, ale skoro go się tylko napije, staje się tak ociężałym, jakby wlał roztopionego ołowiu w swoje członki... — traci rozum, pamięć i władzę w całem ciele... i porusza się jak ślepe szczenię, nieraz wywracając się do błota, a skoro się podniesie i chce coś mówić, nie może, bo język mu skołowaciał... Żona zaś stoi w kącie i płacze... i wstydzi się męża-wieprza, tarzającego się w błocie... i boi się go, aby nie chwycił jakiego narzędzia i nie zabił jej lub którego z dzieci... bo przecież po pijanemu nie wie, co robi, nie ma rozumu ani pamięci. Czeladź tymczasem śmieje się ze swego gospodarza, swego pana, zamiast go czcić i być mu posłuszną... a zwierzchność, która go przedtem, gdy się jeszcze nie upijał, szanowała, teraz nie ufa mu, uważa go za nic, bo wie, że duch raki nie da mu wypełnić należycie obowiązków i może nawet popchnie go do zbrodni! Tak więc...
— Effendi, przestań! Mówisz tak, jakbyś mię znał od bardzo dawna i wiedział o każdym moim kroku, o wszystkich mych stosunkach... Zeszłego tygodnia doszła mię pogłoska, że nie będę już haradżim, bo rząd niepewny jest pieniędzy, które ściągam jako podatek. Dlatego to ogarnęła mię taka rozpacz z powodu dokonanej kradzieży...
— Widzisz więc, co narobiła raki... Jestem chrześcijaninem i mam obowiązek nawet innej wiary człowieka, jeżeli błądzi, naprowadzić na dobrą drogę, a dlatego nie waham się i tobie podać pomocnej ręki. Chcesz się poprawić, masz ochotę wyrzec się wódki? Dobrze, nie zginiesz zatem. Ponadto przyrzekam ci, że uczynię wszystko, co będzie w mojej mocy, aby wydostać z rąk opryszków skradzione ci pieniądze.
Gospodarz zerwał się, wyciągnął ku mnie obie ręce i rzekł:
— Dziękuję ci, emirze! Dziękuję, żeś mi otworzył oczy i wskazał drogę poprawy! Wyrzekam się od tej chwili raki i przysięgam...
— Tylko bez przysiąg!... — przerwałem mu. — Jestem zwykłym śmiertelnikiem, takim samym, jak i ty, nie mogę więc żądać od ciebie przysięgi. Wystarczy mi twoja obietnica.
— Dobrze, przyrzekam ci na moją duszę, na nietykalną brodę proroka i jego następców, że począwszy od dzisiejszego dnia nie będę już nigdy pił raki. Allah to słyszy i przekona się, że dotrzymam słowa. Daję ci na to rękę. Zawierz mi!
Uścisnąłem podaną mi brudną dłoń za moim przykładem poszedł i Halef, również mową moją bardzo przejęty, poczem rzekł do oberżysty:
— Niechaj Allah będzie z tobą, synu pijaństwa, wchodzący na drogę poprawy! Wyrzuć przeklętą raki z domu i nie wpuszczaj jej więcej zpowrotem; a uważaj, aby nie wlazła oknami, bo to ogromnie natrętna bestja, i gdy się kogo raz uczepi, nie chce go puścić za nic w świecie. Skoro jednak raz zdobędziesz się na opór przeciw niej, zobaczysz niebawem, jak wyglądać będzie twój dom i całe twe obejście, gdzie dzisiaj gnój i błoto po kolana i gdzie ty sam, wśród tego gnoju brodząc, wyglądałeś jak dabb sakran (pijana jaszczurka) w łożu królowej Sabby... A teraz umyj się przedewszystkiem, przebierz w czyste szaty, każ oczyścić dom i podwórze, a zobaczysz, że pozbędziesz się dżerab (parch) i innych amrad el gild (choroby skórne).
Gospodarz nie czuł się wcale obrażony dość drastycznemi wyrażeniami małego Hadżi — przeciwnie, przyjął je z wdzięcznością, zapewniając, że stanowczo się poprawi.
— Ale co ja widzę? — zapytał wkońcu. — Dotychczas nie miałem czasu popatrzyć na wasze konie i dopiero teraz... Czyżby to były siwosze aptekarza?
— Tak, zgadłeś. — Dziwię się, że wam je pożyczył, bo to człowiek ogromnie nieużyty!
— Wcaleśmy go o to nie prosili; zabraliśmy je bez jego pozwolenia, bo nie było czasu na zbytnie ceremonje, targi i prośby. Zmartwił się zapewne, spostrzegłszy stratę, i tem większa będzie jego uciecha teraz, gdy mu je zwrócisz...
— Ja?
— Tak ty. Wsiądziesz na jednego, a drugiego poprowadzisz luzem aż do Khoi.
— Z przyjemnością, emirze; będę bardzo rad czmychnąć jak najprędzej i jak najdalej od tych łotrów, co mię ograbili. Ale jakże wy sobie poradzicie bez koni?
— Bądź o nas spokojny! Nie ruszymy się stąd, dopóki nie odzyskamy naszych własnych wierzchowców.
— Ależ to rzecz bardzo niebezpieczna!...
— Więcej niebezpieczną rzeczą będzie wydostanie twoich dziesięciu tysięcy piastrów, a jednak i to, mam nadzieję, udać się nam również musi. A jeżeli się uda, spodziewać się nas możesz już jutro w Khoi, dokąd przybędziemy na własnych koniach z twoimi pieniędzmi w torbie. Jeżeli jednak nie wrócimy do pojutrzejszego wieczora, ani też żadnej nie otrzymasz od nas wiadomości, to w takim razie będziesz miał pewność, że nie żyjemy!
— Niechaj was Allah od tego ustrzeże! — wtrącił szczerze zatrwożony oberżysta.
— Nie miałem zamiaru przerażać cię — uspokoiłem go. — Ale przecież trzeba być zawsze przygotowanym na wszystko najgorsze, a mimo to, nie tracić nadziei w dobre powodzenie sprawy. Mniejsza zresztą o to... Zanim cośkolwiek nastąpi, czy nie mógłbyś mi udzielić wskazówek co do rozmieszczenia obozu Kelurów?
— Owszem. Zbocza górskie, wśród których potok przepływa, wznoszą się od tego miejsca coraz bardziej stromo, aż wreszcie niedaleko stąd łożysko dzieli się na dwa ramiona, z których prawe wije się w licznych zakrętach i jest coraz węższe, aż wreszcie przechodzi w niewielką polankę, otoczoną z trzech stron gęstym lasem, a z czwartej strony zagrodzoną prawie prostopadle wznoszącą się skałą, z której spada niewielki szellal (wodospad). Stąd widać w górze Muzallah el Amwat, w której mieszkają duchy i w której Akwil ze swoim synem dzisiejszej nocy znaleźć mają śmierć straszliwą. Poza kaplicą, nieco wyżej, jest druga ściana skalna ze zwaliskami, wśród których znajduje się legowisko niedźwiedzi.
— Niedźwiedzi? Więc tam nie jeden tylko niedźwiedź, lecz jest ich więcej?
— O, tak!
— Hm! Przypuszczałem, że w jaskini tej mieszka tylko niedźwiedzica z małemi, bo czas parowania dawno już minął, a stary niedźwiedź, ojciec rodziny, ma ten brzydki zwyczaj, iż pożera swoje młode, więc niedźwiedzica dla zabezpieczenia potomstwa przed zbrodniczemi popędami swego małżonka wypędza go zawczasu.
— Nie wiem o tem, ale dubb, którego tutaj nledawno widziano, to z wszelką pewnością ten sam dubb el chulud (niedźwiedź nieśmiertelny), co zamieszkuje w tej okolicy od czasu wymordowania chrześcijan, i jest duchem ich kapłana. Podobno przewyższa swem cielskiem dwa razy człowieka, a że tak długo już żyje, więc ze starości posiwiał. Żołądek ma tak wielki, iż łatwo pomieszczą się w nim Akwil ze swoim synem. Bądź więc ostrożny, effendi, przez wzgląd na tego potwora i miej na uwadze, że serce moje przepełnione jest pragnieniem zobaczenia cię w Khoi, co byłoby niemożliwe, gdybyś zajął miejsce obok dwu nieszczęsnych jeńców szeika!
— Ech, nie obawiaj się o to! Jestem tak potężnym i twardym kęsem, że nawet ów potwór nie mógłby mię połknąć tak łatwo, tem bardziej iż przedtem będzie miał do pożarcia dwie wcale przyzwoite porcje z owych przedstawicieli rodu Bebbejów. Wiem również, co myśleć o nieśmiertelności potwora, i możesz mi o nim już więcej nie mówić! Wolałbym natomiast, ażebyś mi ściśle określił, gdzie mianowicie obozują Kelurowie. Czy może na tej polanie, o której wspomniałeś?
— Nie; tam jest grunt bagnisty nie nadający się na obóz. Ale umieścili się niedaleko stamtąd. Z polanki owej prowadzi na prawo jar, skąd wypływa niewielki strumień. Gdy pójdziesz tym jarem nieco pod górę, zobaczysz niebawem drugą, mniejszą polanę, pośrodku której znajduje się mały birka (staw), stanowiący źródło owego strumyka. Otóż naokoło owego birka obozują właśnie Kelurowie.
— Czy las tam jest gęsty?
— O, bardzo.
— A między birka i lasem czy dosyć jest przestrzeni?
— Przeciwnie, tak mało tam miejsca, iż Kelurowie rozmieścili się tuż nad wodą, a konie uwiązali już na skraju lasu.
— Dziękuję ci. Więcej wyjaśnień mi nie trzeba. Wsiądziesz teraz na konia, ale bez siodła i uzdy, bo te rzeczy będą nam samym potrzebne.
— Co? Zostawiłbyś tutaj kosztowne reszma? A jeżeli ci je Kelurowie ukradną? Sądzę, iż lepiej będzie, jeśli je zabiorę do Khoi.
— Nie obawiaj się! Prędzejby je tam skradziono, niż tutaj... No, siadaj zaraz na oklep i jazda!
Rozsiodławszy konie, wyprawiliśmy z nimi gospodarza, który na odjezdnem życzył nam kilkadziesiąt razy szczęścia i powodzenia, a zwłaszcza, aby się nam udało wydostać jego pieniądze.
Po odjeździe nawróconego pijaka znaleźliśmy wpośród skał niezły schowek, gdzie umieściliśmy siodła. Następnie poszliśmy wedle wskazówek oberżysty pod górę za śladami Kelurów, ale tylko do miejsca, gdzie się dzieliło łożysko potoku. Można było bowiem przypuszczać, iż dalej szeik niezawodnie porozstawiał warty, które mogłyby nam być przeszkodą. Z tego też względu postanowiłem podejść do obozu inną drogą, ku czemu wystarczyły mi wskazówki, udzielone przez gospodarza, oraz przelotne rozejrzenie się wokoło.
Szeik niewątpliwie uważał nasze przybycie za możliwe i przypuszczał, że, w razie gdybyśmy go ścigali, trzymać się będziemy ściśle jego tropów aż do końca. Dlatego najprawdopodobniej skierował całą swą uwagę w tę stronę, nie troszcząc się zresztą o nic więcej.
Domyślając się tego, postanowiliśmy zbliżyć się doń ze strony przeciwnej, a więc z góry. Opuściliśmy zatem łożysko i po godzinnem prawie wspinaniu się po stromych skałach pod górę, dostaliśmy się wreszcie na szczyt, z którego widać było po przeciwnej stronie na tejże samej wysokości słynną chrześcijańską muzallah.
Widok stąd przedstawiał się wspaniały. Przed nami u podnóża skał wielką przestrzeń zajmowało istne morze leśnej zieleni o ciemniejszych lub jaśniejszych plamach, zależnie od rodzaju drzew — iglastych lub liściastych. Na prawo i lewo piętrzyły się fantastyczne wprost skaliste zbocza. Podobnie czarownego widoku nie zdarzyło mi się oglądać ani w Sudetach, ani w Karkonoszach, ani nawet w Alpach czy Pirenejach. Oczywista, nie mam tu na myśli wysokości i wogóle ogromu kształtów górskich, bo góry wokoło muzallah wcale do wysokich nie należały, — ale zachwytem mię przejął niesłychanie malowniczy i charakterystyczny ich obraz. Kontury i postacie postrzępionych dzikich fantastycznych skal przywiodły mi na pamięć charakter tutejszych równie dzikich i nieokiełznanych plemion. Zresztą, wiadomą jest rzeczą, że czy to na Północy, czy na Południu, w górach, czy na równinie, człowiek jest nieodrodnem dzieckiem otaczającej go przyrody, z którą się zżył i do której charakter jego dostosował się ściśle. Jest to pewnik niezaprzeczalny.
Niemniej malowniczy i równie przedziwny przedstawiały widok przeciwległe skały, gdzie zbudowana była „kaplica umarłych“. Zakątek ten, oddzielony od świata, był jakby stworzony na schronisko dla chrześcijańskich bojowników wiary. Kaplica ich wznosiła się na wyżynie skalnej, jak ołtarz, a cała dolina stanowiła jakoby nawę olbrzymiego tumu, którego sklepieniem były niebiosa. Bór odwieczny zaś szumiał tu pieśnią przedziwną, jakby jakieś tajemnicze organy.
I oto fanatyczni a żądni krwi szyici wytropili tu spokojnych i dobrotliwych wyznawców Chrystusa, którym jedyna droga do ucieczki pozostała... ku niebiosom!
Kaplica, której ruiny mieliśmy przed sobą, musiała być imponującą budowlą i, pomimo że już teraz nie można było odróżnić ani jej stylu, ani kształtów, widok szczątków budził w duszy podniosłe uczucie... Zdawało się, że ponad szczyty skalne unosi się głos Boży, który zamarł, jak echo, a który brzmiał ongi: ...„A kto wytrwa aż do śmierci, zbawion będzie!“
Ściany kaplicy zbudowane były z surowego, nieciosanego kamienia, a odrzwia stanowiły trzy wielkie monolity. Dwa duże otwory okienne, pozbawione już dziś kształtów wskutek nieustannego wietrzenia, patrzyły w dal, jak oczodoły Samsona. Sklepienie tworzyła olbrzymia płyta, ciężka i przygniatająca, jak owa klątwa kapłana-męczennika!
W najbliższem otoczeniu kaplicy nie było ani drzew, ani krzewów, i nawet zdawało się, że mech nie imał się tych świętych głazów. Dopiero powyżej, wśród rumowisk skalnych, sterczał tu i ówdzie krzak dzikiej róży, głogu lub kosodrzewiny, oplatającej skałę i przewijającej się przez załomy i szczeliny, niby sploty wężów, — dalej zaś wychylały się z pośród chwastów liljowe dzwonki, dzikie gwiaździste rumianki i inne kwiaty skalne, poza któremi piętrzył się pas tarniny.
Tam właśnie, wpośród tych zwałów i gruzów, znajdowało się według mego mniemania legowisko niedźwiedzicy.
Halef widać przypuszczał toż samo, gdyż w tej chwili rzekł do mnie:
— Sihdi, tam, wgórze, gdzie te wielkie labhata el higara (zwał kamieni) mieszka niezawodnie dubb el chulud. Jeżeli mamy przekonać go, iż mimo swej nazwy jest śmiertelny, musimy się tam dostać i przeciąć nić jego żywota, zanim jeszcze zdoła połknąć obu Bebbejów, tak smakowicie obsmarowanych miodem.
— Niestety, musimy tego zaniechać, bo z powodu zbyt otwartej miejscowości Kelurowie zobaczyliby nas natychmiast.
— A więc dopuścisz do tego, aby Akwil z synem znaleźli się we wnętrznościach potwora?
— Nie, nie dopuszczę.
— Ba, ale jakże temu zapobiegniesz, nie wyszukawszy wprzódy niedźwiedzia?
— On sam przyjdzie do nas, i zbyteczne byłoby z naszej strony składać mu wizytę.
— No, no! W takim razie ten huncwot jest uprzejmiejszy i lepiej wychowany od nas! Nie gniewaj się, sihdi, za ten zarzut, bo widać tak jest istotnie. A czy, zdaniem twojem, niedźwiedź naprawdę jest tak wielki, jak go opisywał gospodarz?
— No, takich niedźwiedzi, jak opisywał oberżysta, niema wcale na świecie.
— I mnie się zdaje, że to nieprawda... Gdyby chciał zjeść obu Bebbejów, a potem ciebie, musiałby mieć żołądek tak wielki, jak namiot niewieści. Przytem ma być całkiem biały, jak śnieg. Czy są na świecie niedźwiedzie takiej maści?
— O, są, ale na Oceanie Lodowatym, i to od urodzenia białe. Bajką zaś jest, aby niedźwiedź kurdyjski na starość siwiał.
— A czyż niedźwiedź może w tak podeszłym wieku mieć dzieci?
— Owszem. Niedźwiedź tutejszy żyje do lat mniej więcej pięćdziesięciu, i były przykłady, że niedźwiedzica w trzydziestce jeszcze wychowywała niedźwiedzięta. Zatem w opowiadaniu gospodarza jest część prawdy.
— No tak! A w jakiż sposób zamyślasz ratować skazańców, skoro nie zamierzasz zgładzić przedtem niedźwiedzia?
— Jeszcze nie wiem, pierwej bowiem muszę się dostać do Kelurów.
— Chcesz zapewne przedewszystkiem podpatrzyć ich i podsłuchać? Weź mnie ze sobą, sihdi! Wiesz przecież, jak chętnie i odważnie idę naprzeciw niebezpieczeństwu!...
— Będziesz miał ku temu sposobność dzisiaj jeszcze, ale trochę później. Teraz zaś muszę sam dobrze poznać stanowisko Kelurów, a może przy okazji i coś ważniejszego uda mi się podsłuchać. Zawadzałbyś mi tylko, podczas gdy, zostawszy tutaj, będziesz daleko użyteczniejszy w naszej sprawie.
— W jakiż to sposób, sihdi?
— A w taki, iż oddam ci pod opiekę moje karabiny, których nie chciałbym brać ze sobą, abym ich przypadkiem nie został pozbawiony. W razie jakiegoś nieszczęścia, ty, mając karabiny, możesz osiągnąć przewagę nad Kelurami i tem samem mi dopomóc. Widzisz więc, jak ważną oddasz mi przysługę, gdy je zatrzymasz w swoich pewnych rękach.
Miałem uzasadnione powody do tak dobrego o nim mniemania. Halef znakomicie był wyuczony przeze mnie nawet w tak trudnej sprawie, jak skradanie się do nieprzyjaciela, i nie brakło mu w tym kierunku pewnych zdolności. Ale w wypadkach ważniejszych wolałem nie narażać go na niespodziewane próby, jakie mogłyby przechodzić jego sprawność. Naprzykład, mimo znacznej siły fizycznej, nie mógłby on zbyt długo utrzymać się na palcach; nie umiał też opanować się, gdy szło o milczenie, zwłaszcza przez czas dłuższy. W podobnych okolicznościach niejednego już strzelił bąka, narażając mię na niepowodzenia. Dziś tem bardziej nie chciałem go mieć przy sobie tam, pod obozem Kelurów, gdyż sam, pomimo niezwykłego doświadczenia i wyrobienia w sztuce wywiadowczej, odczuwałem rodzaj lęku przed tą wyprawą. Sprawa była bardzo trudna i połączona z niebezpieczeństwem, jak rzadko kiedy. Aby jednak Halef nie czuł się dotkniętym z racji pozostawienia go w tem przedsięwzięciu na stronie, poruczyłem mu „ważne“ wrzekomo do spełnienia zadanie, czyli poprostu ocukrzyłem mu gorzką pigułkę, aby ją tem łatwiej i bez szemrania mógł przełknąć. A poczciwiec nie domyślił się mego wybiegu, gdyż zauważył dumnie:
— Bardzo słusznie czynisz, sihdi, powierzając mi tak drogocenne rzeczy! Gdyby się okazała potrzeba, będę ich bronił do ostatniej kropli krwi. A i ciebie w razie czego z rąk Kelurów odbiję!
— Do tego, mam nadzieję, nie dojdzie, i z pewnością nie zjawi się nikt, ktoby ci chciał karabiny odebrać. Wystarczy, gdy schowasz się tak, aby cię nie spostrzeżono, gdyby wbrew memu przewidywaniu zbłądził kto w te strony. Nie wolno ci się też ruszać z miejsca, dopóki cię nie zawołam.
— Dobrze, ale kiedyż zatem mam się spodziewać twego powrotu?
— Nie wiem jeszcze; możliwe, że dopiero po upływie trzech-czterech godzin.
— Allah! Godziny te będą dla mnie wiecznością, a myśl o twem niebezpieczeństwie nie da mi ani chwili spokoju; gdyby zaś wypadło ci zabawić tam dłużej, będę w śmiertelnej o ciebie obawie i nie ręczę, czy dusza nie wyleci ze mnie z niecierpliwości. Nie mogę nawet pomyśleć o tem, aby cię spotkało nieszczęście w mojej nieobecności! Czy mógłbyś, sihdi, ponieść śmierć beze mnie?
— Śmierci nikt jeszcze nie pokonał, a więc i ja nie mógłbym jej przemóc. Gdyby mię jednak zabito, wówczas byłoby mi obojętne, czy ty byłbyś przy tem obecny, czy też nie.
— Ależ ja nie chcę umierać w inny sposób, jak tylko razem z tobą!...
— Nie pomogłoby mi nic a nic twoje towarzystwo w drodze na tamten świat, podczas gdy, zostawszy przy życiu, mógłbyś mię przynajmniej pomścić należycie.
— O, co do pomszczenia cię — to ja jeden tylko na świecie miałbym prawo! Bądź spokojny, sihdi! Zaczekam tutaj cierpliwie do twego powrotu. Gdybyś jednak nie przybył, wówczas biada Kelurom! W niedługim czasie ani jeden z nich nie zaliczałby się do ludzi, bo wszystkichbym powystrzelał i posłał do piekła, aby tam zostali djabłami. Ja ci to mówię, sihdl, a co ja postanowię, musi się stać nieodzownie! Więc idź w imię Allaha!.... Twój wierny przyjaciel i mściciel już siedzi w ukryciu i czeka albo twego powrotu, albo wielkiego czynu zemsty!
Śmiać mi się chciało, tak zabawnie poważną miał minę przy tych słowach. Alem się powstrzymał nawet od uśmiechu, ażeby wiernego towarzysza nie urazić. Wręczyłem mu karabiny, uścisnąłem dłoń i, raz jeszcze przestrzegłszy, aby się dobrze ukrył, poszedłem w kierunku obozu nieprzyjacielskiego.

∗                              ∗


Wedle moich obliczeń mogłem się tam dostać w zwykłych warunkach po upływie mniej więcej kwadransa — ale ze względu na konieczność zachowania wielkiej ostrożności czas ten mógł się przedłużyć bardzo znacznie. Na moje szczęście, zbocze góry nie było tu zbyt obfite w kamienie, które, osuwając się przy lada potrąceniu nogą, mogłyby czynić łoskot, drzewa zaś dawały możność każdej chwili ukrycia się za ich grubemi pniami celem nasłuchiwania.
Na wywiady wpobliżu nieprzyjaciela idzie się zazwyczaj etapami od drzewa do drzewa. Wywiadowca, ukrywszy się za pniem, nasłuchuje czas jakiś i rozgląda się na wsze strony, a gdy się przekona, że niema niebezpieczeństwa, posuwa się ostrożnie a szybko do następnego drzewa, by znowu ze słuchu i wzroku zrobić użytek, — i tak postępuje w dalszym ciągu aż do samego celu. Wymaga to wiele czasu, ale zato w poważnej mierze zapewnia bezpieczeństwo.
Po półgodzinnem posuwaniu się w ten sposób naprzód zbliżyłem się o tyle do celu swojej wycieczki, iż mogłem już słyszeć głosy ludzkie, które najprawdopodobniej pochodziły z obozu. Nie omyliło mię więc moje obliczenie, pomimo że miejscowość nie była mi znana i pierwszy raz zdarzyło mi się w te strony zabłądzić, nie mając pojęcia o właściwościach terenu i odległościach. A wiadomo, że w górzystych stronach odległości nieraz łudzą oko, i gdy przedmiot jakiś zdaje się bliskim na kilometr, w istocie odległy jest od patrzącego parokroć dalej.
Z dobiegających mego ucha głosów sądząc, nieprzyjaciel znajdował się w niewielkiej ode mnie odległości. Nigdy nie przypuszczałem, iż tak łatwo uda mi się tu dostać. Zszedłem teraz ostrożnie w głębokie nakształt rowu wgłębienie gruntu, obficie zacienione po brzegach wysoką paprocią, a przypadłszy do ziemi, na czworakach, jak jaszczurka, popełzłem wdół i o kilkanaście metrów poniżej dotarłem do ostro ściętej krawędzi skalnej. Wysunąłem głowę naprzód... O kilkanaście metrów pode mną znajdował się obóz Kelurów.
Kryjówka moja była znakomita. Osłaniały mię paprocie, a nade mną wysokopienne drzewa tworzyły gęste sklepienie. Wgłębienie, w którem leżałem, wyżłobiła prawdopodobnie niegdyś woda strumienia, którego źródło znajdowało się powyżej, a który następnie przeniósł swoje łożysko gazie indziej. Pod skalną więc ścianą na dole było zupełnie sucho, i tam obrał sobie legowisko sam szeik, biorąc widać pod uwagę, że tu ani deszcz, ani wiatr nie przeszkodzi mu w spoczynku, a pokryte mchem podłoże będzie wygodną pościelą.
Wpobliżu szeika leżeli skrępowani jeńcy, pilnowani przez jednego z Kelurów, który niezbyt trudne miał zadanie i wcale niepotrzebnie dźwigał karabin. Byli to Akwil, syn jego, nezanum, oraz paru jeszcze innych obywateli z Khoi. Szeik, siedząc tuż pod skałą, rozmawiał z nimi tak głośno, iż mogłem dokładnie słyszeć każde słowo. Widocznie znajdował wielką przyjemność w dręczeniu nieszczęśliwych złośliwemi i obrażającemi wyrazami, które szczególniej drażniły Salego Ben Akwila, bo odcinał się z nietajoną nienawiścią:
— Gdybym nie wiedział, że szatani zamieszkują piekło, sądziłbym, iż dusza twoja jest ich gniazdem, albo raczej, że ty sam jesteś patrjarchą wszystkich szatanów.
— Ech, co znaczy szatan w porównaniu ze mną, gdy idzie o zemstę krwi! — szydził szeik. — Szejtan z pewnością wstydziłby się wobec mnie, bo gdyby mu wypadło was ukarać, nie potrafiłby wymyślić odpowiedniejszej śmierci, niż ja to uczyniłem. Zobaczysz się z nim niebawem, możesz go tedy zapytać, czy byłby w stanie coś dowcipniejszego obmyślić. Spójrz! W tym oto koszyku są plastry świeżego miodu. Za pół godziny najdalej zaczną cię nim smarować, ażebyś... no, ażebyś miał słodką śmierć!... Jestem więc dość względny dla nauczyciela i kaznodziei, zwiastującego przyjście Mahdiego, nieprawdaż? A jeżeli nie lubisz słodyczy i wolisz raczej gorzkie życie, niż słodką śmierć, to módl się do Allaha, do proroka i do Mahdiego... niechaj cię z mych rąk uwolnią!...
— Modliłem się i mam tę pewność, że szczera z głębokiej wiary płynąca modlitwa wysłuchana być musi, — odrzekł Sali. — Jest ona, według słów koranu, jak ten ogień, który nawet najtwardszą rudę przetapia na metal!
— Głupiś! — drwił szeik.— Żaden Bóg, żaden prorok me może być w sprzeczności z własnemi przykazaniami. Wszak sam Allah nakazał zemstę w słowach: — „Oko za oko, życie za życie!“ — I prorok nie byłby dzisiaj prorokiem, gdyby mieczem nie utorował drogi swojej nauce! Widzisz zatem, iż postępuję według przykazań Allaha i proroka, i że stoją oni prawami swemi po mojej stronie, gdy przy tobie pozostaje jedynie szejtan.
— Znam pewną naukę, która uczy wręcz czegoś przeciwnego, a która zabrania zupełnie zemsty.
— Masz na myśli zapewne naukę chrześcijańską. Ale wraz z nią jesteś głupi! Trzeba mieć przewrócone w głowie, aby coś podobnego postanawiać i głosić. Życie wykazuje najlepiej, iż nauka ta nie ma sensu, i że wyznawcy nie mogą się dzisiaj stosować do niedorzecznych jej przykazań. Chrześcijanie wolą raczej kłamstwo, niż prawdę, karę, niż przebaczenie, wojnę, aniżeli pokój... A ten twój Kara Ben Nemzi nie lepszy jest wcale od innych swoich współwyznawców.
— A jednak ja mu wierzę, gdyż mówi zawsze to, co myśli.
Allah w‘ Allah! Muzułmanin wierzy chrześcijaninowi! Naprawdę oszalałeś i masz nadzieję, że ten parszywy szakal uwolni cię z pazurów niedźwiedzia?!
— Tak, Szir Samurek! Co myślę o nim, myślę na pewnej podstawie. Emir z Frankistanu to syn szczęścia i ulubieniec dobrach dżinnów (duchy), które otaczają tron Allaha w niebie. Dokonał on już wielu trudniejszych rzeczy, niż uwolnienie kogoś od śmierci.
— A jednak, sam widzisz, nie ma odwagi ścigać mię, i uważam go raczej za trwożliwą hienę, niż za bohatera... Albo też jest ślepym psem i nie zdołał wpaść na moje tropy, gdyż inaczej dawno już byłby tutaj!
— Jeszcze czas — może się go i doczekasz... prędzej niż się spodziewasz...
— Jeżeli go się doczekam, to tem lepiej! Wpadnie w ręce moje, no i... zginie razem z wami. Dobrzeby się to nawet złożyło, bo, jako chrześcijaninowi, należy mu się, aby go zjadł zaklęty duch chrześcijańskiego kapłana.
— Allah daje życie i Allah śmierć sprawia... Nie umrę i ja jeszcze, bom nie spełnił zadania, jakie mi jest przeznaczone, i dlatego pewny jestem ratunku. Mów, co chcesz!
— Naigrawasz się ze mnie, psie jakiś, ale już niedługo ci na to pozwolę. Tymczasem, póki nie zdechniesz, możesz sobie wyglądać pomocy od półksiężyca, czy krzyża, wszystko mi jedno... i tak na nic ci się to jednak nie przyda!
— Mylisz się! Jeżeli muzułmański półksiężyc nie będzie miał nade mną litości, znajdę ją niezawodnie w krzyżu.
— Który szyici strącili z kaplicy i wrzucili w ogień... Spalił się już i pomóc ci nie może! Ha, ha, ha!
— Ale wiara weń pozostała i moc jego trwa do tej chwili...
Na te słowa zerwał się szeik, jak wściekły, i począł wrzeszczeć:
— Psie parszywy! Przestań szczekać i uporu swego mi nie okazuj! Raczej zapamiętaj sobie, co ci powiem: tam, na górze, stoi Muzallah el Amwat, gdzie wkrótce pożre was zaklęty niedźwiedź. Ty jednak powiadasz, że krzyż was uratuje? Dobrze! Gdyby u wejścia do kaplicy stanął z krzyżem w łapach ów niedźwiedź zaklęty, uwierzyłbym wówczas, iż jakiś tam Kara Ben Nemzi, przyjaciel twój, a właściwie pies chrześcijański, mocen jest wyratować was od śmierci. Słyszałeś? Zdaje mi się, iż skory byłbyś uwierzyć i w to, że się tak stać może?
— Jeżeli Bóg łaskaw i tak zechce, stać się to musi!
Słowa te rozdrażniły szeika do reszty, bo zwrócił się do swoich podwładnych i począł wołać:
— Słuchajcie, wierni! Ten zwarjowany syn psa i suki z plemienia Bebbejów wierzy, że duch zabitego kapłana chrześcijańskiego w postaci niedźwiedzia ukaże się we drzwiach kaplicy z krzyżem w łapach na znak, iż obaj przeklęci jeńcy z pomocą dwakroć przeklętego psa Kara Ben Nemzi mają być uwolnieni od śmierci, którą im przeznaczyłem. Idźcie i popatrzcie, jak wygląda warjat, co w podobne brednie wierzy, a pozwalam wam uśmiać się przy tej sposobności!
Na tę łaskawą zachętę szeika rozległ się śmiech ogólny, a echo odbiło go o skały i mury kaplicy, jakgdyby istotnie chciało wywołać z niej zaklętego ducha.
Spojrzałem odruchowo w tamtą stronę, a pewna myśl, niestety niepodobna do wykonania i zbyt fantastyczna, zanurtowała w mej głowie.
Gdy śmiech ucichł, szeik ozwał się ponownie do jeńców, zajmując miejsce obok nich na ziemi:
— No, i cóż? Widzieliście ducha?... Niestety, zawiódł wasze nadzieje. Ale za to słyszeliście śmiech z waszej bezdennej głupoty, zaś jutro o tej porze taki sam śmiech obije się o wasze uszy na dnie piekła i huczeć w nich będzie bezustannie, na wieczność! Zwodniczą jest wasza nadzieja, a wiara, z którą się liczycie, fałszywą! Grzeszycie śmiertelnie wobec Allaha oraz proroka, zdając się na pomoc innego Boga, i tem większą będzie wasza kara na tamtym świecie, gdyż Allah całkiem się od was odwróci!
Na to ozwał się stary Akwil, który aż do tego czasu milczał uparcie:
— A niech-że się odwraca! Jeżeli on i prorok jego nie mają dla nas litości, to co nam po nich? Czyż zresztą grzechem jest lekceważyć sobie taką wiarę, która nie uznaje zmiłowania, oddając wyznawców swoich w ręce wroga na zemstę i na pastwę jego? Co się zaś tyczy kłamstwa i oszukaństwa, to niema na świecie gorszego pod tym względem człowieka, niż ty! Kiedy bowiem przybyłem wczoraj do ciebie, aby się umówić co do okupu, przyrzekłeś, że nie uczynisz mi nic złego, a jednak, dowiedziawszy się później, iż nadarza się sposobność ukradzenia konia obcemu effendiemu, uwięziłeś mię, zrabowałeś pieniądze i następnie schwytałeś nawet mego syna! Nie jest-że to podłe oszustwo, kłamstwo i zbrodnia? Czyż wobec tego możesz się dziwić, że, oszukani tak sromotnie przez ciebie, współwyznawcę naszego, pokładamy nadzieję w człowieku godnym i uczciwym, aczkolwiek jest wyznawcą innej, obcej nam wiary?
— A możecie sobie mieć nadzieję w tym psie... nic mnie to nie obchodzi! Ty, nie kto inny, dałeś mi sposobność ukradzenia mu konia, a syn twój przecież chciał nawet zamordować tego psa chrześcijańskiego. Pomyślcie teraz, czy pies ów naraziłby swe życie dla was? Jeżeli się okaże, że byłby zdolny do tego, to przysięgam na Allaha, że porzucę islam, a przyjmę jego wiarę i uwierzę w ukrzyżowanego Boga z Nazaretu!
— Przygotuj się zawczasu ku temu, bo Kara Ben Nemzi pojawi się lada chwila, i wtedy biada wam!
— Allah! Nas jest trzystu przeciw niemu!
— Czy słyszałeś kiedy, aby rachował się z liczbą nieprzyjaciół? Chyba po ich pokonaniu!
— Dosyć już, psie! Przestań bezczelnie wychwalać go i wywyższać ponad Allaha, królującego wśród siedmiu rajów! Żałuję teraz, żem wam wogóle pozwolił szczekać i obrażać tem sromotnie uszy moje! Niebawem zapadnie zmrok, a wówczas przekonacie się na sobie, kto z nas miał słuszność! A teraz!...
Tu zwrócił się do swoich ludzi z jakimś rozkazem. Natychmiast powstało około dziesięciu Kelurów, biorąc długie rzemienie i ostro zakończone koły, które powbijali w ziemię we wskazanem przez szeika miejscu. Domyśliłem się, że były to przygotowania do wstępnej operacji nad skazanymi, a mianowicie — wysmarowania ich miodem.
Niewiele już mając czasu, a chcąc jeszcze zbadać miejsce około kaplicy, cofnąłem się ostrożnie wgórę. Powrotna jednak droga okazała się o wiele niebezpieczniejsza, bo natknąłem się na niespodziewaną przeszkodę, i jedynie dzięki niezwykłej przytomności umysłu uszedłem szczęśliwie niebezpieczeństwu.
Wedle opisu gospodarza, dolna polana, znajdująca się poniżej kaplicy, miała być okrągła — w rzeczywistości jednak okazało się, że w jednem miejscu wciskała się ona klinem głęboko w las. Nie wiedząc o tem, omal że nie polazłem niebacznie w to miejsce obozowiska. Pasło się tu około trzydziestu koni, a nieco na uboczu siedziała grupa Kelurów. Spostrzegłem ich, będąc w odległości zaledwie kilkunastu kroków. Natychmiast też rzuciłem się na ziemię, a po dobrej chwili posunąłem się ku nim na czworakach o tyle, iż mogłem dokładnie się rozejrzeć, ukryty za grubym pniem drzewa.
Jakże dziwne ogarnęło mię uczucie, gdy zobaczyłem odosobnionego od reszty mego drogiego Riha! Rumak mój, będąc zwierzęciem szlachetnem i dumnem, nie lubił obok siebie towarzystwa; dlatego to, w obawie, aby nie pokaleczył innych koni, uwiązano go na osobności. Wyglądał teraz biedaczysko bardzo marnie. Zmęczyła go już dość podróż przez Persję, a ponadto odebrało mu całkowicie humor złe obchodzenie się z nim w ostatniej dobie, gdyż, nie chcąc iść dobrowolnie za złodziejami, dręczony był niemiłosiernie i zapewne bity. Stał teraz ze zwieszoną smętnie głową i przymkniętemi oczyma. Zauważyłem nawet, że wspaniała barwa jego sierści straciła swój połysk. Pomimo że trawy było poddostatkiem, a nawet położono przed nim sporą jej wiązkę, nie tknął jej, choć byłem pewien, że jest głodny; wody nie pił również. Najwidoczniej dławiło go cierpienie i tęsknota za mną!
Może mię kto wyśmieje, a jednak przyznam się, że na widok mego ulubieńca zrobiło mi się ogromnie ciężko na sercu... tak ciężko, jakgdybym patrzył na niedolę bliskiego mi i drogiego człowieka. Kochałem szlachetnego rumaka, więc przykre jego położenie budziło we mnie niewymowny żal, i nawet popchnęło mię do bardzo ryzykownego kroku.
Konie arabskie szlachetniejszych gatunków bardzo szybko dają się tresować i z łatwością przyzwyczajają się do pewnych znaków lub wyrazów, przez swego pana używanych, tak, że go w zupełności rozumieją. Owóż i ja wytresowałem Riha do tego stopnia, że rozumiał kilkadziesiąt znaków i wyrazów. Do takich należało między innemi słowo kol“, co znaczy „jedz“. Byłem pewny, że mój wierzchowiec, usłyszawszy ten wyraz, natychmiast mię zrozumie. Jednakże zachodziła obawa, aby siedzący wpobliżu Kelurowie nie usłyszeli obcego głosu. Wybrawszy więc taką chwilę, gdy głośno rozmawiali między sobą, prawdopodobnie o nieśmiertelnym niedźwiedziu, krzyknąłem krótko: „Kol!“. Kelurowie istotnie nie zauważyli tego; natomiast Rih, posiadający wyborny słuch, podniósł głowę i zwrócił ją ku mnie, strzygąc uszyma, przyczem oczy rozwarł szeroko, ścięgna mu się naprężyły, a ogon wzniósł się w piękny łuk u nasady. Wówczas wysunąłem się tak, aby mię zobaczył, i następnie rzuciłem się szybko na ziemię. Inny koń parsknąłby z radości i zarżał; Rih jednak był znakomicie przyuczony i wiedział, jak zachować się w takich razach. Chwilę strzygł uszyma, poczem opuścił głowę i... począł jeść. Cel mój więc został osiągnięty!...
Pozostałem jeszcze z minutę w miejscu, poczem, okrążywszy klin polany, trafiłem niebawem na wygodniejszą ścieżkę, która prowadziła pod górę ku kaplicy. Po pewnym czasie zboczyłem stąd, ażeby uwolnić z ukrycia Halefa.
Hamdulillah! — zawołał uradowany mały. — Cześć i sława Allahowi, żeś wrócił nareszcie! Brała mię już ochota wykonać to, co zamierzałem jeszcze wczoraj, a mianowicie chciałem pójść i uśmiercić tego łotra razem z jego bandą! Najlepiej jednak byłoby, gdybym im zgotował taką śmierć, jaką oni obmyślili Bebbejom. No, ale mów, sihdi, jak się udała wycieczka? Czy widziałeś obóz? Czyś podsłuchał, co zamierzają? A nie dostrzegłeś gdzie czasem Riha?
— Bądź cierpliwy! Ni e mamy teraz czasu; dowiesz się zatem o wszystkiem później. Chodźmy! Przewiesiłem karabiny przez plecy i poszliśmy z Halefem wdół.
Należało teraz wyszukać sobie takie stanowisko, z którego możnaby obserwować Kelurów, gdy będą nieśli skazańców do kaplicy, — a ku temu nadawały się znakomicie krzaki koło wspomnianej poprzednio ścieżki. Zanim jednak doszliśmy do niej, natrafiliśmy na ogromne ślady niedźwiedzie. Czyżby to był stary samiec? Ślady istotnie zadziwiały swemi rozmiarami, a po bliższem ich rozpatrzeniu przekonałem się, że osobnik ów posiadał bardzo krótkie i tępe pazury, co kazało przypuszczać, że jest już w sędziwym wieku. W niewielkiej odległości zauważyłem mniejsze ślady, może zacnej małżonki starego mieszkańca skał. Niestety, nie mogłem im się przypatrzeć bliżej, bo właśnie miejsce to było odsłonięte i łatwo mogli nas z dołu zauważyć.
Wyszukaliśmy odpowiednią kryjówkę w krzakach i, usadowiwszy się w niej jeden obok drugiego, oczekiwaliśmy z wielką niecierpliwością wypadków.
Słońce dawno już było za górami, gdy zobaczyliśmy nareszcie zbliżających się Kelurów. Oczywista, przyszli tu nie wszyscy; było ich zaledwie dwudziestu. Kilku z nich niosło skazanych na śmierć Bebbejów, reszta zaś stanowiła straż, trzymając karabiny wpogotowiu; widocznie obawiali się, aby zaklęty niedźwiedź nie zabiegł im niespodzianie drogi. Skazańcy przywiązani byli plecami do palów tak mocno, że starego amatora słodyczy czekała niemała robota, zanimby ich dosięgnął. A byli tak miodem wysmarowani, że aż z nich ciekło. Kilku Kelurów niosło zapasowe jeszcze plastry, a w jakim to celu, dowiedzieliśmy się niebawem.
Zachowując wszelkie środki ostrożności, postępowaliśmy za dziwnym tym orszakiem, dopóki nie zniknął we wnętrzu ruin kaplicy. Po dziesięciu może minutach Kelurowie wyszli zpowrotem. Trzej z nich, biegnąc jakby z jakiemś bardzo ważnem poselstwem, przemknęli tuż koło naszej kryjówki; inni szli pomału, podczas gdy reszta pozostała koło muzallah, to spoglądając na skalne urwiska, to od czasu do czasu pochylając się ku ziemi.
— Domyślasz się, co ci ludzie tam czynią, sihdi? — zapytał Halef.
— To rzecz łatwa do wyjaśnienia. Widziałeś przecież, że jeden z nich niósł w koszyku plastry miodu. Służyć one mają jako przynęta dla niedźwiedzi, i właśnie, patrz, układają te plastry na przestrzeni od muzallah aż do gniazda, aby w ten sposób wskazać bestii drogę do niecodziennej zdobyczy.
Maszallah! Istnieją na świecie ludzie, którzy w rzeczywistości ludźmi nie są! Jeżeli już dzika „zemsta krwi“ musi w tym kraju istnieć, to niechby wróg wroga uśmiercał, strzelając mu w łeb; ale męczyć go w ten sposób, oddając na poszarpanie dzikim zwierzętom, to już pomysł iście szatański, przynoszący hańbę człowiekowi!
— Tak, to nieludzkie... Lecz któż wie, za jakie okrucieństwo ściągnęli Bebbejowie na siebie zemstę tego rodzaju; nam oni tego nie powiedzą... Ale patrz, Halefie! Oto powracają trzej Kelurowie; zapewne jeszcze coś przynieśli!
I istotnie, przynieśli ze sobą wiązkę suchego sitowia, kilka kawałków łoju oraz pustą ładownicę.
— Na co im potrzebna ta ładownica? — zauważył Halef.
— Jak sądzę, zechcą z niej zrobić lampę.
— Lampę? Z czego?
— Rdzeń sitowia zastąpi knot, a łój oliwę.
— Tak, ale na co. lampa? Do czego im ona potrzebna? Czyżby chcieli podarować niedźwiedzicy w dniu urodzin, aby mogła ją zawiesić w swym pokoju sypialnym?
— Wątpię, czy taki mają cel na myśli, Halefie. Zechcą zapewne oświetlić kaplicę, aby niedźwiedź łatwiej znalazł swą zdobycz.
— Allah! Toż to znowu iście piekielny pomysł! Jabym ich...
— A udręczenie, które nietylko się czuje, lecz i widzi, podwaja zwykle męczarnię...
— Ci zbrodniarze postępują z tak wyszukaną złośliwością, że za ich okrucieństwo rzuciłbym ze spokojnem sumieniem, a nawet rozkoszą, ich samych, zamiast Bebbejów, na pastwę niedźwiedzi!
Widzieliśmy następnie, jak zaniesiono do wnętrza kaplicy owe przybory do oświetlenia. Poczyniwszy również pośpiesznie szereg innych przygotowań, banda owych katów skierowała się ku obozowi zpowrotem. Zachowywali się przy tem wszystkiem milcząco, i wytężony nasz słuch nie przyniósł nam nic ciekawego.
Halef, w mniemaniu, że nadszedł wreszcie czas, abym mu opowiedział szczegółowo o rezultacie mojej wyprawy, zapytał:
— Czy mogę już teraz mówić z tobą, kochany sihdi?
— Możesz.
— Domyślasz się zapewne, czego chciałbym od ciebie się dowiedzieć!
— Domyślam się, ale muszę przedewszystkiem porozumieć się z tobą co do niektórych rzeczy. Jak myślisz, czy, oprócz odzyskania naszych koni i pieniędzy gospodarza, nie wartoby ocalić także i Bebbejów?
— O, tak, effendi; musimy to uczynić! Gdybyśmy pozwolili Bebbejom umrzeć w tak straszny sposób, to kto wie, czy i któryś z nas kiedyś nie poczułby we własnem ciele ostrych niedźwiedzich pazurów.
— Usiłując jednak ocalić Bebbejów, tem bardziej narazimy własne życie. Czy miałbyś na to ochotę?
— Zbytecznie mię o to pytasz! Czyżbyś chciał mnie, twego wiernego Hadżi Halefa Omara, znowu obrazić?
— Ależ uchowaj Boże! Pytam dlatego tylko, że idzie tu o niebezpieczeństwo, w jakiem dotychczas nie znajdowałeś się jeszcze.
— Naprawdę?
— Zaraz ci to objaśnię. Kelurowie nie powinni jeszcze teraz wiedzieć, iż jesteśmy tutaj, nie możemy więc strzelać, a mimo to musimy pozabijać niedźwiedzie.
— Więc je zabijemy! — odpowiedział mały zuch bez namysłu.
— Ale w jaki sposób?
— To już twoja rzecz, effendi!
— Możemy je tylko albo zakłuć nożami, albo pozabijać kolbami naszych karabinów.
— Dobrze, zgadzam się.
— Ależ, Halefie, najpierw trzeba to rozważyć, następnie postanowić, a dopiero naostatek wykonać! Czyś miał już kiedy do czynienia w taki sposób z niedźwiedziem?
— Jeszcze nigdy, i dlatego cieszę się niezmiernie, że dziś przytrafia mi się taka niecodzienna okazja.
— Kochany Halefie, zwracam ci uwagę, iż wielka jest różnica między chceniem a wykonaniem czegoś. Idzie tu o starą ogromną niedźwiedzicę; aby ją nożem uśmiercić, potrzeba olbrzymiej siły fizycznej, której ty nie posiadasz, albo też kolby, któraby się nie rozleciała w kawałki od silnego uderzenia.
— Taką kolbę ma twój karabin, można więc nasze role dobrze rozdzielić: ty niedźwiedzia poczęstujesz kolbą, a ja nożem... wszystko mi jedno, czy wcześniej, czy później.
— Powoli, powoli! Przedewszystkiem, czy wiesz, gdzie nóż powinien być wbity dla dobrego skutku, mianowicie, pomiędzy które żebra? — Tego nie wiem. Zresztą, czyż niedźwiedzica będzie stała na tyle spokojnie, ażebym miał czas żebra jej policzyć, effendi?
— Rzecz prosta, że nie będzie tu czasu na rozpatrywanie się, ale wprawnemu myśliwemu wystarczy jedno spojrzenie. Nóż należy wbić za jednym zamachem aż po sam trzonek, a może nawet nie wystarczy jedno pchnięcie i trzeba będzie je powtórzyć. Niedźwiedź bowiem tylko powierzchownie wydaje się niezgrabnym, i to, gdy nie jest rozdrażniony; ale gdy się go zrani, staje się zwinnym i obrotnym, i wystarcza zająć względem niego nieodpowiednią pozycję lub przeliczyć się w ruchu choćby tylko o mgnienie oka, aby zginąć w jego pazurach, zanim się jeszcze nóż wyjmie. I pamiętaj: biada ci, gdy ostrze twego noża ześlizgnie się mu po grubej skórze! Biada ci również, gdyby...
— Och, effendi, — przerwał Halef — już wiem, co chcesz powiedzieć... Ty chciałbyś sam niedźwiedzicę potraktować i kolbą i nożem!
— Czy się ją przebije nożem, czy uśmierci uderzeniem kolby, zależeć to będzie od okoliczności danej chwili, a ja zaś naprawdę jestem zdecydowany podjąć się sam zarówno jednego jak i drugiego.
— Nie chcesz mię więc dopuścić do wzięcia udziału w karkołomnej wyprawie dzisiejszej? Czyżbyś chciał skazać mię na to, abym, powróciwszy do swego plemienia, miał opowiadać ciekawym wojownikom, jak to patrzyłem z założonemi rękoma, niby stara niezdarna baba, na twoje czyny i na grożące ci niebezpieczeństwo? Cóż powie na to moja ukochana Hanneh, ów najśliczniejszy pączek między wszystkiemi kwiatami całej ziemi? Czyż skrycie nie pomyśli sobie, iż duch waleczności odstąpił ode mnie i że równam się już li tylko młynkowi do kawy, którego korba gdzieś się zapodziała?
— Uspokój się, kochany Halefie! W żadnym razie nie będziesz siedział bezczynnie, jak ci się to wydaje. Jeżeli bowiem ja podejmuję się zabić niedźwiedzicę, to tobie przypadną wszak w udziale młode niedźwiedziątka.
— Czyż z takiego podziału pracy byłby zadowolony jakikolwiek wojownik? Cóż za bohaterstwo jednemu lub dwom młodym niedźwiadkom karki poskręcać? Taką sztukę lada chłopiec wykona! Jak możesz, sihdi...
— Mylisz się, Halefie, bo sądzisz, że młody niedźwiedź jest małem, bezsilnem stworzeniem.
— No, zapewne nie jest większy od kota!
— Otóż, że jest o wiele większy! Te mtode niedźwiedzie, z któremi będziesz miał do czynienia, liczą teraz około sześciu miesięcy i są już zapewne tak duże, iż będziesz miał z niemi dosyć roboty. Jeden młody, półroczny niedźwiadek, który się urodził w puszczy, nie w niewoli, może stawić skuteczny opór silnemu mężczyźnie. A my tu mamy do czynienia nie z jednym, lecz z kilkoma młodymi.
Postanowiłem załatwić się sam ze starą niedźwiedzicą dlatego, że Halef, nie mając najmniejszego o tych zwierzętach pojęcia, mógł nietylko siebie, ale i mnie przyprawić o niebezpieczeństwo, a nawet zniweczyć zupełnie nasze plany względem Kelurów. Aby się jednak nie czuł upośledzonym, musiałem go przekonać, że rola, która jemu przypadła, wymaga wielkiej odwagi. Ostatnie moje słowa osiągnęły rzeczywiście pożądany skutek, gdyż odezwał się do mnie uspokojony i z pewnem zadowoleniem:
— Myślisz więc, że nie jest rzeczą tak łatwą uśmiercić młode niedźwiedziątka?
— O, wcale nie łatwo! Utrudnia tę sprawę i ta okoliczność, że niedźwiedzica żywi wielką miłość dla swoich młodych, i kto zaatakuje jej dzieci, na tego uderza z wściekłością, niemającą granic, nie zważając nawet na tych, którzy na nią samą napadają. Widzisz więc, iż musisz tu okazać nie mniej odwagi ode mnie, i jest nawet możliwe, że przy napadzie na młode znajdziesz się w większem niż ja niebezpieczeństwie, gdyż najniespodziewaniej możesz wpaść w łapy i zęby starej!
— Czuję się przez to szczęśliwym, effendi, bardzo szczęśliwym! Teraz widzę, że nie uważasz mię za stary tabunet el bunn (młynek do kawy), i chętnie biorę na siebie rolę mordercy synów i córek niedźwiedzicy.
— Doskonale! Nie zapomnij jednak, iż nie wolno nam strzelać!
— O, wystarczy zupełnie, gdy użyję noża, i jestem pewny, że potomstwo nieśmiertelnej niedźwiedzicy będzie pozbawione życia bez żadnego hałasu. Później na pamiątkę dnia dzisiejszego pozwolę sobie zrobić z ich futer zini ed delul (ozdoca wielbłąda) lub miękki zidżdżi es siwan (dywan namiotowy) pod małe miluchne nóżki mojej Hanneh, na które kładzie tak maleńkie pantofelki, że można je dojrzeć zaledwie przez szkła powiększające. Ale patrz, ściemniło się i widać już blask knota z sitowia, oświecający wnętrze muzallah. Czy nie czas nam wybawić biednych skazańców ze śmiertelnej trwogi?
— Jeżeli ci idzie o ich trwogę, to nic im nie zaszkodzi. Główna rzecz, że nieszczęśni ci są ludźmi, więc nie możemy dopuścić, aby zostali pomordowani, tem bardziej zaś, aby zginęli tak straszliwą śmiercią, jaką im obmyślono. Lecz nie są oni przecież lepsi od Kelurów, swoich wrogów; okradli nas i godzili na nasze życie. I kiedy ja, mimo to, decyduję się iść im na ratunek, to niechaj chociaż tyle przecierpią, iż się nałykają zbytecznego strachu; zasłużyli przecież bodaj na taką karę.
— To prawda, sihdi! Strach wcale im nie zaszkodzi. Ale gdy będziemy się jednak zbyt długo ociągać, to mogą nadejść niedźwiedzie i pożreć ich bez naszego udziału...
— Jakto? Naszego udziału w pożarciu?
— Nie żartuj, sihdi! Wszak nie będzie to ratunek, gdy obu Bebbejów wyprujemy z wnętrzności potworów. Musimy ich uwolnić, zanim jeszcze odbędą wędrówkę przez paszcze bestyj, i dlatego radzę, abyśmy zaraz tam poszli. Zresztą, wiesz chyba lepiej, co czynić.
— Zdaje mi się, że dosyć jeszcze mamy czasu, bo niedźwiedzie górskie nie opuszczają swego legowiska natychmiast po zapadnięciu zmroku. Coprawda jednak, zapach miodu może ich wywabić z kryjówki wcześniej, a przytem radbym wiedzieć, co ci nieszczęśliwi mówią ze sobą, znajdując się w tak beznadziejnem położeniu. Chodźmy zatem, a ostrożnie!
— No, kryć się bardzo nie potrzebujemy, bo jest ciemno, i możemy nie obawiać się, aby nas dostrzeżono.
— Tak ci się tylko zdaje! Z obozu Kelurów widać dobrze kaplicę, i niezawodnie w tej chwili oczy wszystkich skierowane są na nią; a że wewnątrz pali się lampa, więc Kelurowie zobaczyliby nas natychmiast, skoro tylko stanęlibyśmy bądź w oświetlonych drzwiach, bądź też w otworach okiennych. Ostro zarysowane na jasnem tle postacie nasze byłyby natychmiast dostrzeżone już zdaleka. Musimy więc podejść bardzo ostrożnie; postępuj zatem tuż za mną i czyń to samo, co ja.
— Ależ rozumie się, sihdi! Należałoby tylko prosić Allaha, aby nam poszczęścił w tak niebezpiecznej wyprawie. Ty wiesz, sihdi, iż ja się niczego nie boję; serce moje w chwili niebezpieczeństwa uderza równie spokojnie, jak zawsze, a ręka trzyma nóż z taką pewnością, jakby miała krajać baraninę, oczywiście upieczoną. Mam więc nadzieję, że powrócimy szczęśliwie, bez przysporzenia sobie nowych dziur w ciele, już i tak dostatecznie podziurawionem. Módlmy się jednak! A‘ udu b‘Illah min esz szejtan er ragim... — Przed złym szatanem szukam ucieczki u Allaha... On mię ochroni i ciebie również, effendi!
Byłem pewny, że mały modlił się nie z pobożności, — a jednak sam westchnąłem również do Boga, gdyż, pomimo całego mego doświadczenia i odwagi, nie lekceważyłem niebezpieczeństwa, jakie w tych niezwykłych warunkach zawisło nad głowami naszemi. Wszak szliśmy nie na zabawę, lecz przeciw potężnemu przedstawicielowi zwierząt drapieżnych, a niedźwiedź kurdyjski pod względem zajadłości nie ustępuje w niczem amerykańskiemu grizzly z gór Skalistych, co, wobec niemożności użycia karabinów, nie było dla nas okolicznością do zlekceważenia...

Poznawszy dokładnie jeszcze za dnia miejscowość wpobliżu kaplicy, nie miałem trudności w dotarciu do jej ruin potajemnie, to znaczy poza linją, która optycznie łączyła obóz Kelurów ze światłem, wydostającem się z wejściowych i okiennych otworów muzallah. Przezorność nakazywała nam zbliżyć się do kaplicy nie od frontu, lecz ze strony przeciwnej t. j. od ściany skalnej, gdzie na nasze szczęście było dosyć miejsca dla usadowienia się.
W tylnej nawie kaplicy był również otwór okienny, ale tak wyszczerbiony, że kształtem nie przypominał żadnej bliżej określonej figury geometrycznej. W tym tedy zakątku, poza kaplicą, wśród stosów kamieni pokładliśmy się w ten sposób, aby przez wspomniany otwór widzieć wnętrze muzallah, której gruzy wśród odłamów kamiennych i żwiru nie przypominały dziś już nawet, iż kiedyś, przed wiekami, miejsce to było Bogu poświęconą świątynią. Jedynym śladem tego był mocno już za tarty napis, wyryty na płycie kamiennej, wmurowanej w tylną ścianę budowy. O ile mogłem w niepewnem świetle dostrzec, było to pismem kufijskiem wyryte słowo Kyrie“. A więc Kyrje elejson! — Panie, zmiłuj się nad nami! Napis ten dziwnie odpowiadał miejscu, w którem umęczono wiernych chrześcijan i w którem my dzisiaj narażaliśmy się na niebezpieczeństwo podobnej śmierci męczeńskiej...
Kelurowie umieścili skazańców w ten sposób, że poprzywiązywali ich mocno do belek, które jednym końcem wkopali w ziemię, a drugim oparli o ruiny ścian kaplicy, przywalając wierzchołki belek dla pewniejszego umocowania kamieniami. Skazańcy więc nie mogli wykonać ani jednego ruchu, tem bardziej, iż skrępowano ich umyślnie jak mumje, ażeby niedźwiedzie miały więcej do roboty i aby przez to zgroza i męczarnia skazańców trwała jak najdłużej. Nieszczęśliwi byli tak oblepieni miodem, że aż ściekał im z twarzy i z całego ciała.
Przypomniałem sobie w tej chwili, jak to Indjanie ze szczepu Pueblo chowają swoich umarłych... Przywiązują oni zwłoki do grubego pala, który wbijają w ziemię, zazwyczaj na górze. Zgroza przejmuje podróżnego na widok takich zwłok, sterczących gdzieś nad skałami. Całe stada gawronów obsiadują je i rozszarpują!... A tu, w muzallah, nie martwe zwłoki, lecz żywe ciała miały uledz temu samemu...

Obaj Bebbejowie, przekonawszy się, że nie zdołają własnemi siłami wydostać się z okropnego położenia, wpadli w apatję, i tylko od czasu do czasu wzdychał głęboko jeden lub drugi. Dopiero po niejakimś czasie stary Akwil zaklął tak okropnie, iż słowa te nie nadają się nawet do powtórzenia.
— Nie potępiaj Kelurów, lecz raczej samego siebie! — rzekł mu na to syn. — Oni przecież wykonywują tylko zemstę, do której ty ich zmusiłeś.
— Ba, ale czemu mszczą się w tak okrutny sposób? Czyżby rozstrzelanie nas nie było dla nich dostatecznem zadośćuczynieniem?
— O nie! Bo przypomnij sobie: czy byłeś wobec nich przed dwoma laty względniejszy? Zamiast zastrzelić pojmanego Kelura, zakopałeś go żywcem do jamy, aby tam zginął śmiercią głodową. Jeżeli dziś mamy zginąć śmiercią jeszcze straszniejszą, to Szir Samurek postąpił sobie zupełnie mądrze i sprawiedliwie... oczywiście, w stosunku do ciebie tylko, bo ja nic mu nie zawiniłem; wówczas, gdy zgładziłeś w jamie owego człowieka, przebywałem w Kahirze, a więc nie było mnie nawet w Kurdystanie, i doprawdy nie wiem, jak Allah mógł dopuścić do tego, aby syn odpowiadał tak srodze za głupotę ojca swego!
— Prawo zemsty krwi przechodzi z pokolenia na pokolenie; jest ono prawem Allaha, i nie powinieneś szemrać przeciw temu!
— Nie mówiłem tu przecież o zemście krwi, lecz o głupocie twojej...
— Więc syn śmie własnemu rodzicowi zarzucać głupotę?
— I ma prawo tak czynić, jeżeli są słuszne ku temu powody... Bo czyż nie było głupotą z twojej strony leźć samemu w pazury tych, z których rąk przecież groziła ci zemsta krwi, i ofiarowywać im konia, który wcale twoją własnością nie był, i którego nawet nie miałeś jeszcze w rękach? Przytem, zaiste, zbyt pewny byłeś, iż ci się go uda ukraść tak łatwo! Wszak przez ciebie to, jedynie przez ciebie wpadłem i ja w ręce wrogów, a teraz muszę ginąć z twojej przyczyny śmiercią tak okropną!
— Czynisz mi wyrzuty i zarzucasz wszelką winę, a zapominasz o swoich własnych niedorzecznościach, — odrzekł ojciec, westchnąwszy głęboko. — Przecież i ty popełniłeś również ogromny błąd...
— Jaki?
— Jakto, czyżbyś zapomniał o nim? Czy nie usiłowałeś zamordować obcego effendiego i jego sługę? Mimo wielkiej dla nich nienawiści przyznać muszę, iż są to dzielni i nieustraszeni ludzie; że zaś effendi ów poniósł tak wielką stratę w postaci swego rumaka nieocenionej wprost wartości, poprzysiągłbym na Allaha i jego proroka, że w tej chwili ściga właśnie Kelurów i może nawet krąży gdzieś wpobliżu, a w takim razie widzi, co się tu dzieje.
— I ja myślałem już o tem — potwierdził Sali. — Może nawet wie, że my, wrogowie jego, znajdujemy się tutaj, w muzallah, skazani na okropną śmierć. Liczę też na to i w nim pokładam ostatnią swoją nadzieję.
— Czyż nie jest ona jednak tak samo zwodniczą, jak zwodniczem okazało się aż do chwili, gdy Kelurowie nas tu przynieśli, moje przypuszczenie, iż jednak nie postąpią z nami tak okrutnie, lub że zdołamy choć wydrzeć się z ich rąk! Niestety, zawiodłem się sromotnie, bo oto położenie nasze jest w tej chwili bez wyjścia; musimy zginąć śmiercią męczeńską...
— A moja nadzieja zgaśnie dopiero z chwilą, gdy poczuję pazury bestyj w samem sercu. Coś we mnie ciągle mówi, że jednak Kara Ben Nemzi przybędzie tutaj, a może nawet jest już gdzieś blisko. A on się ulituje nad nami, gdy dowie się o przeznaczonych nam męczarniach, i uratuje nas najniezawodniej.
— A ja ci mówię, że płonna okaże się ta twoja nadzieja!
— Dlaczego?
— Dlatego, że, po pierwsze, nie dalej jak wczoraj usiłowałeś go zamordować, a po wtóre, nie zechce narażać własnego życia dla swego zawziętego wroga.
— O, nie przypuszczaj, aby się czegokolwiek obawiał ten człowiek! Jeżeli tylko przebaczy tobie, żeś się przyczynił do skradzenia mu konia, to moją względem niego przewinę darował mi już. Zważ, iż, gdy schwytał mię w chwili zamierzonego zamachu na swoje życie, oddał mi nóż, mówiąc: — „Chrześcijanin nie zna zemsty, bo sędzią człowieka może być tylko sam Bóg.“ — Wobec takich jego pojęć nie wątpię, że wybawi nas; tak mu wszak nakazuje jego religja, a jest prawym wyznawcą Chrystusa.
— Allah! Synu mój! Dziwię się, iż wierzysz jego słowom i serce masz przepełnione zachwytem dla niego! Wszak jesteś dumnym kaznodzieją islamu i, jako taki, powinieneś mieć dla chrześcijanina jedynie tylko słowa pogardy i przekleństwa, a jednak odzywasz się z uwielbieniem o Franku i pokładasz nadzieję właśnie w tym przeklętym wyznawcy krzyża z Idżodżudżula (Golgota).
— Nie myśl tak o nim i nie nazywaj go przeklętym! Ten effendi wiary swojej nie nosi li tylko na języku; mieszka ona w jego sercu, wisi na rękojeści jego noża i przemawia z luf jego karabinów. Jeżeli Allah sprowadzi go tutaj, to przysięgam na proroka i na...
— Milcz! Zapomniałeś, co nam powiedział z szyderstwem Szir Samurek: — „Kto oczekuje pomocy ze strony chrześcijanina, ten nie powinien jej żądać od Allaha“. Jeżeli Kara Ben Nemzi przyjdzie nam z pomocą, to sprowadzi go jedynie Iza Ben Marryam. Do niego się więc nam zwrócić należy!...
Nie mogłem odgadnąć, czy Akwil mówił to z przekonania, czy też li drwił tylko. Syn jego wziął jednak te słowa poważnie i odrzekł:
— Niedźwiedzi jeszcze niema; przybędą dopiero, jak sądzę, późną nocą, a do tego czasu może nam jeszcze Mahomet zesłać jakiś ratunek... Bóg chrześcijan pozostaje nam na chwilę ostateczną...
Rozumowanie takie w niesłychanie ciężkiem położeniu skazańców zbudziło we mnie politowanie nad ich naiwnością. Halef odczuł to samo i szepnął mi do ucha:
— Gdyby tu nie szło o życie lub śmierć istot ludzkich, sihdi, śmiałbym się do rozpuku z ich rozumu. Wszak nie mam wątpliwości, kto potężniejszy: Chrystus, czy Mahomet. Może tak wartoby nam było postarać się, aby ci Bebbejowie przekonali się o tem na własnej skórze?
— Stanie się to i bez naszych starań — odrzekłem również szeptem. — Zaczekajmy tylko trochę, a bądź cicho, bo chcę słyszeć ich rozmowę.
Nic nowego jednak dalsze ich słowa nam nie przyniosły, i nie miały żadnego dla sprawy znaczenia. Wzdychali, czynili sobie nawzajem wyrzuty, modlili się do Allaha, Mahometa i wszystkich jego następców, co mię wreszcie tak znużyło, że już-już miałem chęć wleźć przez otwór i przerwać to wyrzekanie, uwalniając Bebbejów z niewygodnej bardzo pozycji, gdy nagle usłyszałem trwożny okrzyk Akwila:
— Allah, zlituj się! Niedźwiedź we drzwiach!
— Istotnie! — odparł Sali. — To młody niedźwiedź. O Allah, o proroku, o Mekko i święta Kaabo! Ratujcie nas od srogiej śmierci!...
We drzwiach kaplicy ukazał się młody, ale wcale pokaźny niedźwiadek, sięgający wzrostem co najmniej siedmiu piędzi. Odstawiony już oddawna od piersi, żywił się zapewne nietylko owocami, ale i dziczyzną, dostarczaną mu przez matkę, nie wyglądał bowiem na wygłodzonego.
— Och, sihdi! — szepnął Halef. — Niedźwiedź! Tęgi niedźwiedź! Nie sądziłem, aby dziateczki starej mamusi były tak wielkie. No, ale jak sądzisz, sihdi? Pójść do niego i powiedzieć mu, że potrzebna mi jest jego skóra na dywan pod nóżki mojej Hanneh?
— Ani kroku! Spłoszyłoby to starą, która zapewne idzie za nim w niewielkiej odległości. Zresztą, nie wolno ci się stąd ruszyć, dopóki nie dam znaku!
W czasie, gdyśmy ze sobą szeptali, niedźwiedź zajadał znaleziony plaster miodu, który Kelurowie położyli na wabika tuż koło progu kaplicy. Pociesznie wyglądał figlarny miś, gdy, ująwszy plaster miodu w przednie łapy, zasiadł wygodnie, by spożyć go z zadowoleniem wytrawnego smakosza.
Bebbejowie przez pewien czas zachowywali się jak niemi; potem usłyszałem, iż się modlili, ale pocichu, aby snadź nie ściągnąć na siebie uwagi niedźwiedzia, który wszedł dalej do środka i zabrał się już do drugiego plastra. Wkrótce potem nadszedł za nim drugi niedźwiadek, a później trzeci. Teraz skazańcy, nie licząc się już z niczem, poczęli krzyczeć coraz rozpaczliwiej, a tymczasem trzej młodociani smakosze, wylizawszy po drodze rozlany miód, przystąpili do Bebbejów i poczęli się rozkoszować słodyczą, która ściekała z ich ciał na ziemię; wylizywali miód radośnie, mlaskając językami. Miałem wrażenie, jakbym patrzył na gości, spożywających w jadłodajni zajazdu gorącą a smacznie przyrządzoną zupę. Niedźwiedź jednak zawsze jest niedźwiedziem, czy to w górach Kurdystanu, czy też w table d‘ hote w Cannes lub Baden-Baden...
Dwa pierwsze niedźwiadki załatwiły się szybko z patoką u nóg skazańców, a następnie, zmiarkowawszy, iż słodycz cieknie z góry, oparły się łapami o łydki Akwila, który nie krzyczał już, lecz.. wył przeraźliwie.
— Effendi! Drogi effendi! Czas na nas, bo inaczej będą zgubieni! — błagał szeptem Halef i porwał się biec.
Wstrzymałem go jednak:
— Zostań! Nie wiemy, gdzie jest stara. Mogłaby zaskoczyć nas od tyłu.
Poza rozpaczliwym wrzaskiem Bebbejów, który zapewne aż w obozie Kelurów echem się odbijał, nie mogliśmy nic innego dosłyszeć. Zastanowiło mię, że młode niedźwiedzie przyszły tu bez matki, która zazwyczaj nie wypuszcza „dziatek“ bez swojej opieki i czuwa nad niemi na każdym kroku. Czyżby natrafiła na nasze ślady i węszy je teraz rozważnie? Albo może zainteresowały ją tropy Kelurów?
— Schowaj się dobrze, — szepnąłem do Halefa — bo stara może się tutaj zjawić lada chwila.
Chwyciłem w obie ręce karabin za lufę, aby być gotowym do uderzenia w każdej sekundzie.
Obawy moje okazały się całkowicie uzasadnione, bo w tej samej prawie chwili z ciemności nocnych wyłoniła się olbrzymia postać niedźwiedzicy i minęła wejście do kaplicy, podążając w naszą stronę. Już myślałem, że nadeszła stanowcza chwila rozstrzygnięcia śmiertelnego pojedynku na życie i śmierć pomiędzy mną a potworem, gdy nagle w kaplicy rozległ się przeciągły jęk ludzki, a zwierzę, kierując się tym głosem, zawróciło ku wejściu kaplicznemu i stanęło w jego otworze. Jedno spojrzenie do wnętrza muzallah przekonało mię, o co idzie. Oto dwaj rozłakomieni braciszkowie pokłócili się snać ze sobą przy uczcie i poczęli się zbyt energicznie głaskać łapami tuż u nóg Akwila, przyczem zapewne i jemu coś się z tych karesów oberwało, i dlatego tak okropnie zajęczał. Niedźwiedzica zaś, która nas zwietrzyła i już ku nam chciała się posunąć, zaniechała tego, powodowana troską o własne dzieci, i dlatego też zwróciła się ku wejściu do muzallah.
Gdyby miała więcej podłużną głowę i bardziej śpiczasty pysk, możnaby ją wziąć za niedźwiedzicę polarną, gdyż była prawie biała i mogła mieć na długość co najmniej dwa metry, — była więc niezwykle wielka, a co za tem idzie, silna. Zauważyłem, że brakowało jej jednego ucha, które prawdopodobnie postradała w walce ze swoim panem małżonkiem lub jakim innym, wcale nie po dżentelmeńsku usposobionym rycerzem niedźwiedziego rodu. Przez chwilę stała w drzwiach kaplicy spokojnie, i miałem możność obejrzeć ją dobrze. Zdaje mi się — wystarczyłoby jedno jej uderzenie przednią łapą, a padłby od niego najsilniejszy mężczyzna! Widok potwora wprawił obu nieszczęśliwych Bebbejów w niewypowiedzianą trwogę.
— Allah! — krzyczał Akwil. — Ratunku! Śmierć się zbliża! Litości! O Allah!...
Równocześnie zaś jęczał jego syn:
— Duch kapłana zbliża się, aby zemścić się na tobie! O, wybaw nas, Allah! O proroku wszystkich wiernych, ratuj nas!
— Milcz! — zgromił go stary. — Potęga proroka skończyła się... Przypomnij sobie...
Nie słuchałem dalej, gdyż zbliżyła się dla mnie chwila działania.
— Zostaniesz tutaj! — rzekłem do Halefa i, opuściwszy sztuciec, wziąłem natomiast w zęby nóż, a w ręce karabin, aby móc przedewszystkiem ogłuszyć bestję uderzeniem kolby, a następnie przebić ją silnym ciosem noża, przewidując, iż uda mi się to wykonać, gdy potwór zajmie się młodemi. I rzeczywiście, niedźwiedzica pogodziła kłótliwych synów, uderzając jednego i drugiego niezbyt silnie przednią łapą, poczem zbliżyła się do Akwila.
— Ratuj, Boże chrześcijan! Ratuj, Iza Ben Maryam, skoro prorok pomóc nam nie chce! Ratuj nas!
— Ratuj nas, Ukrzyżowany, bo niema ponad Ciebie większej potęgi na ziemi, ani na niebie!... Ześlij zbawienie!
Nie słyszałem więcej. W mgnieniu oka wskoczyłem do wnętrza przez tylny otwór kaplicy i uderzyłem kolbą niedźwiedzicę między przednie łapy z taką siłą, że aż jej żebra zatrzeszczały i powaliła się na bok, zwracając ku mnie swą straszliwą paszczę. Tego tylko czekałem. Błyskawicznym ruchem podniosłem karabin w górę i z ogromnym rozmachem uderzyłem potwora nie w czaszkę, gdyż byłby to cios bez skutku, lecz w pysk, co starą odrazu oszołomiło. Nie trwał jednak długo ten bezwład jej, i z doświadczenia przygotowany byłem na to. Odrzuciwszy więc karabin, wyjąłem z zębów nóż i zadałem bestji trzy gwałtowne pchnięcia między żebra, poczem odskoczyłem nagle wbok, gdzie stał jeden z niedźwiadków, dzikim pomrukiem objawiając swe niezadowolenie, iż mu się przerwało słodką ucztę. Jednocześnie Halef tuż koło broczącej krwią starej niedźwiedzicy borykał się bezskutecznie z drugim niedźwiadkiem, który ostremi pazurami atakować go poczynał. Spostrzegłszy to, zląkłem się poważnie o mego niedoświadczonego towarzysza, tem bardziej że nie byłem pewny, czy trafiłem starą w serce i czy nie rzuci się czasem niespodzianie na Halefa w obronie swego dziecka. Doskoczywszy więc w tę stronę, wziąłem przemocą mego śmiałka nabok i wskazałem mu pełnym obawy ruchem niedźwiedzicę. Ale mały zuch popatrzył na mnie, jak człowiek, któremu ktoś śmie przeszkadzać w spełnieniu obowiązku, i ozwał się:
— Cóżto? Żartujesz chyba! Nóż twój chybić nie mógł. Patrz zresztą, jak z niej krew bucha strumieniem; to są ostatnie jej podrygi. Pożycz mi, effendi, swego karabinu, abym tak samo, jak ty, naprzód tych młodzieńców ogłuszył uderzeniem, a następnie dobił, bo mają czelność opierać się...
Gdy mówił tak do mnie, nie spuszczałem z oka starej, spodziewając się, iż lada chwila zerwie się z ziemi. Obawa ta jednak okazała się zbyteczna; nóż mój przebił jej serce nawylot, i w moich oczach, rzężąc straszliwie, wydała ostatnie tchnienie.
Podałem Halefowi swój karabin, którym natychmiast powalił na ziemię obydwóch niedźwiadków i następnie zakłuł ich energicznemi pchnięciami noża. Z trzecim niedźwiadkiem, który też nadszedł niebawem, uporaliśmy się również w taki sam sposób.
Wszystko to było dziełem kilku zaledwie minut, i z ulgą stwierdziłem nareszcie, iż mamy przed sobą cztery trupy niedźwiedzie, i że w walce dość niebezpiecmej ani nam włos z głowy nie spadł.
Gdyśmy się następnie zwrócili ku Bebbejom, mieli oczy zamknięte i jakby im oddech zamarł w piersiach. Najwidoczniej straszna trwoga wprawiła ich w omdlenie. Oburzyło to mego Halefa, który się spodziewał, że zwrócą się natychmiast ku nam z podziękowaniami.
— A otwórzcież oczy, bohaterowie! Czyżby się wam zdawało, żeście już poszli tą samą drogą, co nieczyste duchy zabitych przez nas potworów? Przecież, gdyby tak było, uczulibyście przedtem ostrza naszych nożów!
— Kara Ben Nemzi!... — jęknął Akwil, otwierając nagle oczy.
— Taki On we własnej swojej osobie... Hadżi Emir Kara Ben Nemzi effendi — dodał Sali. — A tutaj, obok niego, dzielny Hadżi Halef Omar... Czy widzę was w istocie, czy też to tylko mara pośmiertna?...
Maszallah! Czyż można marzyć po śmierci? — śmiał się Halef. — Zapewniam, że widzicie nas na jawie, i wcale nie mamy ochoty być sennemi widziadłami.
— A więc istotnie wy to jesteście? W jakiż zatem sposób dostaliście się tutaj do Muzallah el Amwat?
— W taki właśnie sposób, jak się tego spodziewałeś. Przybyliśmy wślad za Kelurami, aby odebrać im konie nasze i uwolnić was z ich, rąk drapieżnych.
— Nas uwolnić? — zapytał niedowierzająco. — Czy tylko nie żartujesz, Hadżi Halefie Omarze?
— Że nie żartuję, najlepszem są świadectwem leżące tu cztery skóry niedźwiedzie, padłem wypchane. Zbyt niebezpieczne byłyby to dla nas żarty, abyśmy bez powodu mieli sobie na nie pozwalać.
Allah l‘ Allah! Czyżbyście istotnie przyszli tutaj do muzallah, aby nas ratować?
— Tak, to było naszym celem.
— A więc sprawiła to jedynie modlitwa do Ukrzyżowanego, i pozostaje nam błagać was teraz, abyście nam winy nasze przebaczyli. Wyrządziliśmy wam krzywdę, dając Kelurom sposobność do ukradzenia koni, godziliśmy na wasze życie, i teraz trudno nam uwierzyć, abyście za wyrządzone zło odpłacić nam mogli dobrocią. Zresztą, nie jesteśmy jeszcze wolni...
— Uwolnimy was, ale pod warunkiem, iż nie postawicie nam potem żądań, z którychbyśmy nie byli zadowoleni!
— Jakich to żądań?
— A no — odrzekł wesoło Halef, skory do dowcipkowania w najgorszej nawet sytuacji, — moglibyście naprzykład zażądać od nas, abyśmy ten miód z was zlizali. Nasz kismet nic nam o tem nie mówi, abyśmy mieli kończyć zaczętą przez niedźwiedzi robotę!
Sali nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Tak on, jak i ojciec jego, mieli tak beznadziejne miny, że postanowiłem uwolnić ich natychmiast z okropnego położenia. Dobyłem więc noża, i w parę minut obaj byli wolni, choć z powodu odrętwienia bardzo niepewnie stali na nogach.
I oto teraz stało się coś, czego nigdy przypuścićbym nie mógł: Akwil, stary rabuś, morderca, człowiek, zdawało się, wyzuty zupełnie z sumienia i wszelkich pojęć o uczciwości, padł teraz przede mną na ziemię i począł łkać, jak dziecko, a Sali uchwycił mię za obie ręce i na klęczkach mówił drżącym ze wzruszenia głosem:
— Zwyciężyłeś, effendi, jak zresztą zawsze zwyciężasz!... Ale zwycięstwa tego nie poniosłeś dla własnej sławy, lecz dla kogoś, kto wysoko króluje ponad tobą... — „Bóg jest miłością“ — rzekłeś, a ja nie wierzyłem temu, bom miał łuskę na oczach, bo błądziłem poomacku. Teraz jednak wierzę... Wyrwałeś nas ze szpon śmierci, jesteśmy więc twoją własnością i losy nasze składamy w twoje ręce... Postąp z nami, jak uznasz za stosowne!...
— Powstań! Nie klękaj przed człowiekiem! — odrzekłem, podnosząc go. — Tylko przed Bogiem i jego zastępcami należy klękać; jam zaś tak samo grzeszna istota, jak i ty. Czyż naprawdę gotowi jesteście powierzyć swe losy w moje ręce?
— Tak. Uczyń z nami, co ci się podoba! Wierzymy bowiem, iż nie wydasz nas Kelurom, effendi!
— Nie obawiajcie się o to. Jesteście wolni!
— Allah! Przedziwnym jesteś człowiekiem! Czyżbyś nawet nie zamierzał oddać mego ojca w ręce władzy w Khoi, aby tam został ukarany za kradzież dziesięciu tysięcy piastrów?
— Nie jestem policjantem z Khoi. To, co zawiniliście wobec mnie, przebaczyłem wam, a rachunki wasze z innymi ludźmi nic mię nie obchodzą, i nie mam prawa czynić nad wami sprawiedliwości. Allah najlepszym jest sędzią... Jesteście wolni i moglibyście już teraz pójść, dokąd się wam podoba. Jednak poproszę was, abyście zostali z nami do rana, bo w razie waszego odejścia doznalibyśmy prawdopodobnie przeszkody w zamierzonem przez nas przedsięwzięciu.
— Emirze, nie powinieneś prosić, lecz rozkazywać nami Serca nasze przepełnione są wdzięcznością dla ciebie, a nienawiść, którą przedtem do ciebie żywiliśmy, rozwiała się jak mgła w słońcu. Żądaj więc, co chcesz, a wszystko uczynimy chętnie.
— Owóż poproszę was jedynie o to, abyście, będąc z nami do rana, zachowywali się jak najspokojniej. Zamierzam bowiem jeszcze dzisiejszej nocy odebrać od Kelurów swoje konie i wziąć szeika ich Szir Samureka do niewoli. Skoro mi się to uda, będziecie mogli odejść.
— Co mówisz, effendi? Zabrać im konie i uprowadzić szeika? Konie, jakkolwiek bardzo trudna i niebezpieczna będzie z nimi sprawa, może ci się uda wydostać. Co się jednak tyczy ujęcia szeika, to wątpię, czy podołasz temu zadaniu.
— Skąd-że to nabrałeś śmiałości mówić w ten sposób do mego effendiego? — oburzył się Halef. — On zawsze dokona tego, co przedsięweźmie, a co inni uważają za niemożliwe. Jeżeli więc sihdi mój zamierza uprowadzić Szir Samureka, to go uprowadzi, — możesz być tego pewny. A zresztą, czy nie widzisz, że i ja jestem przy nim, ja, który dopomogłem mu w tylu już heroicznych czynach? Co my we dwóch przedsięweźmiemy, to i wykonamy... a czy on jest ze mną, czy też ja z nim, to nie ma nic do rzeczy. Przed chwilą zresztą sami widzieliście, żeśmy obaj dokonali tu czynu o wiele niebezpieczniejszego, aniżeli wzięcie szeika do niewoli.
— Co do mnie, — rzekł Akwil — jedno i drugie przechodzi moje siły, wam atoli udać się może... Czy jednak możesz mi powiedzieć, w jakim celu chcesz więzić Szir Samureka?
— Aby w ten sposób wymóc na Kelurach zwrot pieniędzy, będących własnością oberżysty z Khoi.
— Odstawicie go zapewne do Khoi, aby go ukarano za podpalenie wsi?
— Nie. Powiedziałem ci już, że nie jestem policjantem. Skoro tylko osiągnę swój cel, puszczę go na wolność.
— Na wolność, effendi? Tego zbrodniarza i złodzieja, który rzucił nas tutaj na pastwę dzikich zwierząt, który ukradł wam konie i który, gdybyście wpadli w jego ręce, postąpiłby z wami tak samo, jak z nami?... Nie, effendi! Ty go nie puścisz bezkarnie! Pomyśl tylko, ile zbrodni popełnić jeszcze może przez resztę swego życia! A wszystkie zaciążą na twojem sumieniu. Czyżbyś nie zawahał się wziąć na siebie takiej odpowiedzialności?
— Nie zawaham się.
— W takim razie nie pojmuję cię wcale!
— Przed chwilą właśnie wziąłem na swoje sumienie podobną odpowiedzialność.
— Nie rozumiem?...
— Posłuchaj! Szir Samurek jest zbójem i zbrodniarzem, to prawda. Ale czem-że byliście wy, zanim wam przebaczyłem? On miał zamiar pozbawić mię życia, i wy zamierzaliście to samo. Odpłaciłem wam za to nie zemstą, lecz przebaczeniem, i mam prawo postąpić tak samo z szeikiem Kelurów.
— Kelurowie są naszymi wrogami i między nami a nimi toczy się krwawy spór!
— Mnie to nic nie obchodzi! Czyż do tej chwili i wy nie nazywaliście nas swymi wrogami? A jednak, jak sądzę, nie jesteście już nimi teraz. Przed chwilą zresztą mówiłeś tak pięknie o miłości, a teraz obstajesz przy zemście względem swych wrogów... Czy myślisz, że miłość, jakiej wymaga od nas Bóg, dopuszcza, aby tak postępować? Czyż sądzisz, iż jest zasługą kochać jedynie tych, którzy ciebie również kochają? Kto poznał, jak wygląda prawdziwa miłość, ten powinien wytężyć wszystkie swoje siły, aby się mógł sam na nią zdobyć, aby się w niej zaprawdę doskonalił. Proś zatem Allaha, aby ci w tem dopomógł, bo, wierzaj mi, niema większego szczęścia na ziemi, jak żyć w miłości i umrzeć pod opiekuńczemi jej skrzydłami. Ale nie możemy teraz zbytnio rozwodzić się nad tem, gdyż niewiele już mamy czasu. Czy przypominasz sobie, co ci odpowiedział Szir Samurek, gdy twierdziłeś, że was uratuję?
— Nie wiem, o co pytasz...
— Przypomnij sobie słowa szeika, które ci rzekł tam, w obozie: — „Przysięgam na Allaha i na moją duszę, że skoro on was uratuje, to ja sam porzucę islam i zwrócę się do Boga, który umarł na krzyżu za grzechy ludzkie.“
Maszallahl Skąd-że ci znane są tak dokładnie słowa, wypowiedziane do mnie przez szeika? Czyżbyś był wszystkowiedzącym, effendi?
— A przypominasz sobie, co ci jeszcze mówił o krzyżu i o niedźwiedziu?
— Tak, przypominam sobie...
— Otóż trzeba, abyś nam pomógł słowa jego urzeczywistnić. Jeżeli miłość, jaką żywię w swem sercu, a której godłem jest krzyż, uratowała was od śmierci, to powinna także przekonać Kelurów, iż nienawiść i zemsta rodzą tylko nienawiść i zemstę, podczas gdy miłość jest matką odkupienia i szczęśliwości ludzkiej.
— Ba, ale w jaki sposób my możemy ci być w tem pomocni, effendi?
— Zaraz się o tem dowiesz! Skoro szeik obudzi się jutro rano i zwróci oczy ku muzallah, musi spostrzec, że to, z czego drwił niedawno, stało się rzeczywistością. Niedźwiedź musi trzymać w łapach krzyż u wejścia do muzallah!...
Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym zdumienia i rzekł:
— Co za myśl! Effendi, rozumiem już teraz, gdzie źródło twego powodzenia! Ty nie postępujesz bezmyślnie według przykazań kismetu, lecz w każdej okoliczności torujesz sobie drogę sam, wedle własnej woli...
— I ty także możesz zdobyć się na to. I to bardzo łatwo.
— O, nie! Ani mnie, ani żadnemu innemu człowiekowi udać się to nie może, bo nie mamy ku temu siły. Radbym tylko wiedzieć, kto udzielił jej tobie?
— Sprawiła to miłość. Powiedziałem ci już, iż jest ona matką zbawienia i szczęśliwości. Twój kismet jest tyranem, pod którego nogami tarzasz się jak robak marny, w obawie, aby cię nie roztratował. Wpił się bowiem w szpik twoich kości i owinął o twoją duszę jak wąż. Ogłusza cię i oślepia, ażebyś nie miał pojęcia o kajdanach, w które cię zakuwa. Wsącza swe okrutne prawa w krew twoją i wydaje ci rozkazy za pośrednictwem twoich namiętności. Opanowany przezeń, nie masz własnej mocy, ani woli, ani nadziei, bo kismet wszystko zgóry już oznaczył. Berłem jego gwałt, a islam nauką, którą głosi. Bo godło waszej wiary, kumara w kształcie półksiężyca, jest jakby znakiem zakrwawionej krzywej szabli Mahometa, zapomocą której ugruntował prorok swą religję wśród ciemnych i fanatycznych ludów! Nad wyschłą studnią kismetu zmarniała wasza miłość i jesteście wcieleniem nienawiści, zemsty oraz zbrodni, pomimo że uważacie się za wybranych ulubieńców Allaha. Kismet odebrał wam wolność i uzdolnienie do czynów, do życia, do szukania dróg ku światłu. A skoro poznacie chrześcijanina, który uzbroił się w miłość i cnoty, nakazane mu przez Boga, i dokonywa cudów, wówczas wołacie ze zdziwieniem maszallah“ i nie możecie pojąć, jak można dokonać czegoś, co wydaje się wam niemożliwością. Kismet kazał szeikowi ukraść mi konie, ale ja drwię sobie z kismetu i odbiorę je; kazał mu rzucić was niedźwiedziom na pożarcie, a ja, jako człowiek wolny i samodzielny, przeszkodziłem temu. Tak samo nie będę się pytał kismetu, czy mi pozwoli wywlec szeika z pośród trzystu jego wojowników. To go może opamięta i wywrze niezawodnie zmianę w dalszem jego życiu.
Sali słuchał tych słów z wielkiem przejęciem, nie przerywając ani słowem. Teraz dopiero ujął moją rękę i rzekł:
— Dziękuję ci, effendi! Przez całe życie pragnąłem znaleźć drogę do światła, a mimo to błądziłem zawsze w ciemnościach. Słów twoich nie mogę jeszcze pojąć należycie, tak, jakbym tego pragnął, ale wsiąkły mi one w duszę, i mam nadzieję, że zapalą tam iskry, które później wybuchną jasnym płomieniem. Jestem siewcą islamu, a jednak byłem skory do zbrodni; ty zaś, nie będąc nauczycielem swej wiary, czynisz dobrze nieprzyjaciołom swoim. Pomyślę nad tem, i będę odtąd czynił to, co Allahowi jest miłe.
— Ba, ale skąd się dowiesz, co się może Allahowi podobać?
— Powie mi to głos własnego mego serca. Powie z pewnością.
— Czy może ten głos, który ci oznajmił przyjście Mahdiego?
— Ten sam głos wewnętrzny.
— No, to bądź wobec takich głosów ostrożny! Pewien mędrzec powiedział, iż serce dopóty nie może znaleźć spokoju, dopóki nie spocznie w Bogu. Owóż spowiń swe serce w promienie miłości i prawdy, a żaden Mahdi nie będzie ci potrzebny!
— I nad tem pomyślę, effendi... Poznałeś mię wczoraj jako gorliwego wyznawcę islamu, a dzisiaj nietylko że słucham twoich słów z rozkoszą, ale przyrzekam, iż, bez względu na swoją wiarę, pomogę ci chętnie w urządzeniu znaku krzyża na postrach Kelurom. Czy cię to narazie zadawalnia?
— Byłżebyś naprawdę gotów pomóc mi, Sali Ben Akwil?
— Pomogę, i jeżeli się to prorokowi nie spodoba, to mam nadzieję, że gniew jego nie będzie trwał na wieki.
— No, ja na twojem miejscu liczyłbym się z gniewem Mahometa o tyle, o ile on troszczył się o was, gdyście się znaleźli wobec otwartej paszczy i pazurów potwora.
Wtem ozwał się Akwil, który, leżąc wciąż jeszcze na ziemi, aż do tego czasu nie mieszał się wcale do rozmowy:
— Bluźnierstwa twe obrażają moje uszy! W innych warunkach naplułbym ci w twarz z pogardą. Bezcześcisz proroka, effendi, i czeka cię za to wielka kara!
— Taka sama zresztą, jak i was, gdyby wogóle było to możliwe, aby Muhammed miał jakąkolwiek moc karania.
— Nas? A za co?
— Czyż, jako wierni muzułmanie, nie popełniliście bluźnierstwa, wzywając w ostatecznem nieszczęściu Boga chrześcijan na pomoc? Przecież obaj modliliście się do Iza Ben Maryam... A gdym twierdził, iż Mahomet wogóle nic dla was dotychczas nie uczynił, uznaliście, że nie ma on mocy ku temu. Nie jest-że to bluźnierstwo z waszej strony?
— Zamilcz, effendi! Człowiek w nieszczęściu nie wie sam, co mówi. Ocalenie nasze jest istotnie cudem, który się stał właśnie w chwili, gdy szukaliśmy ucieczki w Bogu chrześcijan. Że zaś Mahomet nie pomógł nam, stąd wniosek, iż twój Iza Ben Maryam bez zaprzeczenia jest potężniejszy od niego. A skoro mój syn, znający koran i naukę islamu, jak nikt inny, nie waha się współdziałać w ustawieniu krzyża, to tem bardziej ja, nie będąc alim, uczynię, czego żądasz, bez względu na to, czy się prorokowi postępek nasz spodoba, czy też nie.
Jak z ich słów wynika, obaj Bebbejowie od wczoraj zmienili się pod względem swoich przekonań religijnych do niepoznania, i mogłem żywić nadzieję, że zmiana ta nie będzie przemijającym tylko objawem stanu ich dusz.
Zabraliśmy się raźnie do roboty, gasząc przedewszystkiem światło, ażeby Kelurowie nie spostrzegli naszych cieni. Zniknięcie światła nie powinno ich było zadziwić, bo przecież mógł je zagasić przypadkowo który z niedźwiedzi. Następnie, wywlókłszy zabitą niedźwiedzicę i umieściwszy ją przy pomocy powrozów w stojącej pozycji na stosie kamiennym w wejściowym otworze muzallah, umocowaliśmy jej w łapach przednich wielki krzyż, zrobiony, rozumie się, z tych samych belek, do których przytwierdzeni byli niedawno skazańcy. Trzy młode niedźwiedzie ułożyliśmy następnie na kupę w kącie muzallah i śpiesznie opuściliśmy miejsce, które mogło stać się widownią nietylko śmierci męczeńskiej Bebbejów, ale i naszej, gdyby się nam wyprawa nie powiodła.
Miejsce, gdzie wczoraj podczas mojej wycieczki do Kelurów ukrywał się Halef, uznałem za najodpowiedniejszy punkt schronienia dla Bebbejów, i teraz skierowaliśmy się ku niemu, zachowując całkowitą ostrożność w obawie natknięcia się na Kelurów, którzy wszak mogli jednak wysłać ku ruinom muzallah oddział ludzi celem przekonania się, co było istotną przyczyną zagaśnięcia światła. Na szczęście, nie spotkaliśmy po drodze nikogo.
Przedostawszy się do rzeczonej kryjówki, kazałem Bebbejom położyć się, a Halefowi zabroniłem odzywać się do nich, powierzając mu niby to nadzór nad nimi i zostawiając pod jego opieką karabiny.
Miałem teraz przed sobą bardzo trudne a podwójne zadanie: po pierwsze — trzeba było uprowadzić Kelurom nasze konie, po wtóre — schwytać ich szeika. Nie mógł mi w tem pomóc ani Halef, ani też Bebbejowie, którym zresztą, nawiasem mówiąc, niebardzo jak dotąd ufałem.
Wyprawa moja była o wiele uciążliwsza od poprzedniej, a nieprzebite ciemności nie pozwalały nic dostrzec już na krok odległości, nie mogłem więc posługiwać się wzrokiem, lecz musiał mi go zastąpić zmysł słuchu i czucia. Zestępowałem zatem po pochyłości na czworakach tyłem, jak po drabinie, zamierzając dostać się najpierw ku owemu zrębowi skalnemu nad obozem Kelurów, by móc się przedewszystkiem rozejrzeć i zobaczyć, gdzie jest Szir Samurek i co porabia.
Z trudem ogromnym dostałem się nareszcie ku owemu zrębowi i wytężyłem wzrok i słuch. W obozie nie było ogni, a ciemność nie dozwalała nic dojrzeć; pod skałą, gdzie wśród drzew było legowisko szeika, tem bardziej nic widać nie było. Gdzie mógł być w tej chwili Szir Samurek? Przysiągłbym, że właśnie spoczywał sobie tutaj, na miękkiem podścielisku z mchu i suchych liści; zresztą, w całym obozie nie było dla tak dostojnej osoby wygodniejszego nad to miejsca. W danym razie interesowało mię najbardziej, czy ulokował się tu sam, czy też śpi w towarzystwie któregoś z przybocznych swych wojowników. — Na drugim końcu obozu słychać było wśród Kelurów przyciszone głosy. Nie spali jeszcze, rozprawiając widocznie o dzisiejszych zdarzeniach. Starałem się uchwycić uchem jakikolwiek dźwięk od podnóża skały, gdzie we dług mego mniemania powinien był znajdować się szeik, — ale napróżno: panowała tam zupełna cisza. Nie namyślając się zatem długo, zlazłem wdół, co mogło pociągnąć za sobą smutne dla mnie skutki, gdybym się natknął przypadkowo w ciemności na którego z Kelurów. W ciemności nie mogłem, oczywista, dojrzeć niczego i musiałem się zdać jedynie na inne zmysły: słuchu, dotyku i... węchu. Co do tego ostatniego — mogłoby się wydać dziwnem, co tu powiedziałem, a jednak istotnie węch nie był w danym razie bez znaczenia ze względu na to, iż Kelurowie, którzy nie mają zwyczaju noszenia bielizny, ubranie swoje zmieniają najwyżej dwa razy do roku, z początkiem lata, a potem na zimę, i cuchną zatem jak gnojówka. Powiedziałem, zmieniają dwa razy rocznie, ale nie jest to zasada ogólna, gdyż wielu z nich nosi ubranie latami całemi, bez względu na porę roku, a mydło dla Kurda jest takim zbytkiem, jak naprzykład dla naszego dróżnika kolejowego ostryga, — można zatem wyobrazić sobie smród, jaki bije już zdaleka od takiego gatunku ludzi...
Dostawszy się szczęśliwie na upatrzone miejsce, usłyszałem głęboki, miarowy oddech śpiącego człowieka. Nie mógł to być w mojem mniemaniu nikt inny, jak tylko Szir Samurek w swojej własnej dostojnej osobie. Wnioskowałem to stąd, iż dygnitarz ów, jako człowiek zamożniejszy, posiadał lepsze od innych i świeższe ubranie, nie cuchnął przeto tak, jak jego podwładni. Posunąłem się teraz na brzuchu aż do jego legowiska, macając przed sobą, i przekonałem się, że jest sam... Sprzyjał mi więc kismet, mimo że tak niedawno naigrawałem się z niego.
Nie było, oczywista, zbyt wiele czasu do namysłu... Jako wytrawny „mistrz“ w obezwładnianiu przeciwników, wykonałem w mig swoją sztukę. Silny chwyt za krtań, dwa uderzenia w skronie... i sprawa była skończona. Wziąłem omdlałego zbója na barki, powstałem — i marsz zpowrotem! Nie troszczyłem się już o to, aby mię nie usłyszano, bo trudno mi było teraz zachować taką, jak uprzednio ostrożność, dźwigając pod górę wśród ciemności ciężkiego drągala. Wywiązałem się jednak z zadania szczęśliwie, aczkolwiek pot kroplami spływał mi po twarzy.
— Czyś ty to, sihdi? — zapytał Halef, gdy nareszcie dotarłem do naszej kryjówki.
— Ja!
— I udało się?
— Znakomicie! Dźwigam na sobie samego Szir Samureka.
— Naprawdę? Effendi, to znowu mistrzowska twoja sztuczka, której nawet ja nie potrafiłbym dokonać.
— Och, tak! Przydźwigać pod górę i pociemku takiego drągala — to nielada fatyga. Spociłem się też cały.
— Dźwigać, to jeszcze nic nadzwyczajnego, ale wykraść wodza z pośród setek wojowników — to mi sztuka! Co z nim teraz zrobimy, sihdi?
— Zwiążemy go i zakneblujemy mu gębę, a następnie przejdę się do obozu jeszcze raz po nasze konie. Wy zaś podczas mojej nieobecności musicie go dobrze pilnować, i, gdyby usiłował krzyczeć, to zaraz zagroźcie mu nożem.
— Daj mi nóż, effendi! — prosił Akwil. — Już ja się o to postaram, ażeby ten pies nie otworzył pyska; za to, że rzucił nas, jak sztuki mięsa, niedźwiedziom na pożarcie, odpłacę mu tysiąckrotnie, choćbym miał żyć potem tylko dwa dni jeszcze!
— Nóż mnie samemu jest potrzebny — odrzekłem. — A zresztą, Hadżi Halef Omar postąpi tak, jak będą tego wymagały okoliczności. Wam obecnie nic do szeika, i gdybyście więc próbowali mścić się na nim, ukarałbym was bardzo surowo. Pamiętajcie, że to mój wyłącznie jeniec... i obym nie potrzebował żałować, żem was wydarł z pazurów niedźwiedzich!
Musiałem użyć tak surowych słów, ażeby odebrać Bebbejom chęć wykonania zemsty na szeiku, — postanowiłem bowiem oszczędzić go, ażeby po rozstaniu się ze mną mógł rzec swoim współziomkom, jak tylu innych już oświadczyło: — „On jest chrześcijaninem i dlatego serce jego pełne jest dobroci...“
To też Halef po moich słowach, zwróconych ku Bebbejom, odgadując moją intencję, rzekł z zadowoleniem:
— Możesz być spokojny, effendil Twój Halef postara się już o to, aby stało się wszystko wedle twojej woli. Ktoby choć palcem ruszył przeciw szeikowi, poczuje natychmiast ostrze mego noża we własnej piersi!
Po takiem zapewnieniu Halefa mogłem pod jego opieką zostawić jeńca bez najmniejszej obawy, aby mu się cośkolwiek złego podczas mej nieobecności nie przytrafiło, i oddaliłem się bezzwłocznie w kierunku tego miejsca obozu Kelurów, gdzie powinien był znajdować się mój Rih.
Byłbym się założył, że Rih, zobaczywszy mię wczorajszego popołudnia wpobliżu obozowiska, nie dał się wyprowadzić z tego miejsca, gdzie mię spostrzegł, dlatego też cichutko, na czworakach, po czołgałem się w tamtą stronę. Nikt mię tu spostrzec nie mógł, gdyż nie pozwalały na to ciemności, a zresztą, Kelurowie najspokojniej spali.
Zbliżywszy się ku owemu miejscu, usłyszałem chrapnięcie nozdrzami, co mię upewniło, iż Rih zwietrzył mię zdaleka. Inny koń w takich okolicznościach rżałby zapewne i parskał niecierpliwie — mój jednak ulubieniec zachował się tak spokojnie, jak gdyby był obdarzony ludzkim rozumem.
Niebawem znalazłem się tuż przy nim i uczułem pod dłońmi, że trawa była tu spasiona, a grunt mocno stratowany, z czego przyszedł mi na myśl wniosek, iż chciano go stąd zabrać, lecz bronił się uparcie. Wałach Halefa leżał tuż obok. Pogłaskałem mego czworonożnego druha, on zaś, jakby w odpowiedzi, począł lizać mi ręce, chrapiąc przytem nozdrzami, ale tak cicho, że tylko ja byłem w stanie dosłyszeć. Dziwiło mię bardzo, iż pozostawiono go bez dozorującego wartownika. Widocznie Kelurowie nie spodziewali się, aby ktoś obcy wtargnął z tej strony do obozu, i ustawili warty nieco dalej, w dole, u wejścia na polanę.
Wyciągnąłem z ziemi palik, do którego Rih był uwiązany, poczem dałem znak koniowi, aby powstał. Rih zrozumiał. Nie potrzebując go prowadzić, gdyż przyzwyczajony był chodzić za mną, jak pies, ująłem natomiast za uzdę wałacha Halefa, i wyszedłem z końmi z niebezpiecznego bądź co bądź miejsca. Ze względu na zarośla nie było to łatwe zadanie, ale się jakoś udało, tem bardziej, iż konie widzą w nocy lepiej, niż człowiek. Obydwa wierzchowce wspinały się po pochyłościach z zadziwiającą zręcznością, wymijając pnie i krzaki. W zwykłych warunkach na przebycie tej krótkiej przestrzeni, jaka dzieliła obóz od naszej kryjówki, potrzebowałbym najwyżej kilkunastu minut, wobec jednak ciemności przemykałem się z końmi całą godzinę.
Hamdulillah! — zdziwił się Halef. — Powracasz szczęśliwie, i zdaje mi się, nie sam... Prowadzisz konie?
— Tak. Nasze konie!
Allah akbar! — Bóg jest wielki! Ale mój zachwyt dla ciebie jeszcze większy! Czy nie złamał który nogi lub nie skaleczył się przypadkiem w wędrówce po tak dzikich manowcach?
— Nie, są zupełnie zdrowe, tylko stęsknione do swoich panów.
— To cud prawdziwy! O, podziw mój dla ciebie, effendi, rośnie naprawdę aż pod obłoki, i życzył bym sobie, aby moja mała i niepokaźna postać osiągnęła choć miljonową część tej wysokości. Mam też nieprzepartą ochotę ucałować twego Riha, a i mój stary tejs (cap) wart, aby go popieścić. Powrót naszych ukochanych zwierząt napawa mię taką radością, jakoby moja najukochańsza Hanneh, najwonniejsza pod słońcem różyczka, przyszła pozdrowić mię tutaj.
To mówiąc, przystąpił do koni i począł je obsypywać pieszczotami.
— Jakże tutaj? — zapytałem. — Wszystko w porządku?
— W jak najlepszym.
— Rozmawialiście z jeńcem?
— Tylko parę słów, bo zabroniłem tego Bebbejom surowo. Odzyskawszy przytomność, zachowywał się przez jakiś czas spokojnie, wnet jednak począł się tak miotać, iż byłem zmuszony błysnąć mu nożem przed oczyma. Powiedziałem mu przy tej sposobności, że, jeśli nie będzie leżał tak spokojnie, jak barania pieczeń w pilawie (ryż) z pieprzem i rodzynkami, to dusza jego natychmiast powędruje na tamten świat. I słowa te poskutkowały.
— Czy wie już, w czyich to znajduje się rękach?
— Nie powiedziałem mu tego, ale przypuszczam, że się domyśla.
— A nasi Bebbejowie? Jakże się zachowywali?
— Żaden z nich nie wyrzekł ni słowa. Leżeli tak cicho, jakby ich wcale tutaj nie było.
Rozmawialiśmy z Halefem, oczywista, pocichu. Potem jednak ozwałem się głośno:
— Zostaw konie na trawie, niechaj się pasą, my zaś na zmianę powinniśmy się trochę przespać; jeden z nas będzie czuwał: najpierw ty, potem ja.
Położyłem się obok Bebbejów i szepnąłem im do ucha, ażeby spali spokojnie, nie rozmawiając ze sobą. Szir Samurek ani się domyślał, że są żywi i znajdują się tutaj; w ciemnościach nie widział ich dotąd, ani też nie słyszał ich głosów, bo mój nakaz milczenia zachowywali ściśle. Postanowiłem zatem utrzymać go w tej nieświadomości aż do rana.
Będąc bardzo zmęczonym, położyłem się spać pierwszy, a Halef zaś czuwał; zbudził mię dopiero w godzinę po północy. Bebbejowie również posnęli i poczęli chrapać tak głośno, jakby tutaj chodziło o konkurs w chrapaniu. Oddechu szeika natomiast nie było słychać wcale, z czego wnosiłem, iż nie śpi. Ciekawy byłem, o czem mógł myśleć w tej chwili? Może rozpamiętywał swe słowa lekceważące, jakie wyrzekł o mnie i o Halefie? Przed paroma jeszcze godzinami był tak pewny siebie, a oto leży teraz związany, jak baran, i oddany na łaskę lub niełaskę „psa chrześcijańskiego“, z którego tak niedawno jeszcze drwił, obiecując mu bezwzględną zagładę...
Pod wrażeniem przebytej doby począłem rozpamiętywać, ile to już się przeżyło chwil podobnych w ciągu długiej tułaczki po obcych krajach! Ile to nocy spędziło się na czuwaniu wśród niebezpieczeństw, czy to w prerjach Ameryki, czy to w dżunglach indyjskich, czy też bagnistych okolicach nad górny m Nilem! A żaden z tych dni, żadna z nocy nie były podobne do drugich, i jedyną pomiędzy niemi wspólność stanowiła wiążąca cały łańcuch zdarzeń wśród rozmaitych okoliczności pewna zasadnicza nuta, z niewielkiemi różnicami w tonacji, ale zawsze ta sama — to uczucie, że jest się blisko Boga, który stanowi najwyższą potęgę wszechświata, a zawsze jaśnieje najpiękniejszą ku nam miłością i w nieprzebranej dobroci Swojej prowadzi człowieka po wszystkich drogach ziemskich! Jakże znikomym wobec Niego prochem jest człowiek, któremu dobry Bóg jednak daje Swą łaskę i w chwilach niebezpieczeństw okazuje mu Swą ojcowską opiekę!
A jednak człowiek, robak ów marny, śmie nieraz wątpić w istnienie tego Ojca ludzkości, rozsądza Jego zarządzenia, usiłuje obalić Jego świątynie i ołtarze, a siebie wynieść ponad wszystko, — analizuje materję, rozkładając ją na molekuły i atomy, i usiłuje stworzyć dla siebie nowe światy, aby przekonać się wkońcu, iż jest jedynie marnym konstruktorem i że usiłowania jego rozwiewają się w nicość.
A iluż to jest na ziemi podobnie nieszczęśliwych zarozumialców i głupców, pragnących zdystansować Stwórcę Swojego!... Liczą się oni na miljony!
Inaczej od nich czuje się człowiek wiary, żyjący miłością Boga! Niechaj szaleją wokoło niego burze, niechaj biją pioruny, niechaj góry się walą — on patrzy przed siebie spokojnie i z niezachwianą odwagą, wiedząc, że bez woli Bożej i włos z głowy mu nie spadnie! Pod obcem niebem, wśród dzikiej puszczy, wobec groźnych nieprzyjaciół, — budzą się w nim myśli, sięgające ponad gwiazdy, a wszędzie widzi on tę Odwieczną Jasność, od której spływa mu w duszę otucha i pewność tego, iż ustanowione przed wiekami prawa są dobre i niezachwiane. Rozpatrując się wśród wszechświata, człowiek wierzący przekonywa się, iż dusza ludzka nie składa się z atomów, które, zdaniem przeczących odwiecznej prawdzie mędrców, rozpływają się w nicości, skoro tylko przebrzmią dzwony pogrzebowe. Nie! Dusza ludzka dąży ku Swemu Stwórcy, aby znaleźć w Nim wieczną szczęśliwość!
Takie myśli snuły się w ciszy nocnej po mojej głowie. Z doliny szedł chłodny powiew i od czasu do czasu muskał mię po twarzy, jak watwata (nietoperz), który przed chwilą przeleciał mi nad głową. Stąd i zowąd dochodziły lekkie szmery wśród gałęzi, poruszanych przez żerującego a nienasyconego zingaba (polatucha); tu i ówdzie kwiliły w trawach zurzury (świerszcz); a woddali ponad kaplicą dał się słyszeć tępy głos bujkusza (puhacz). Wszędzie gonitwa za zdobyczą, za żeremi Tak dzień, jak i noc, nie są wolne od rabunku i krwi rozlewu — nietylko wśród dzikich zwierząt, ale wśród ludzi!

W obozie Kelurów interesowano się zapewne tem, co się dzieje w muzallah. Myśli tych barbarzyńców — rzecz prosta — nie biegły tam ze współczucia dla nieszczęśliwych, lecz przeciwnie, rozkoszowały się nadzieją zobaczenia krwi, rozlanej na gruzach dawnej świątyni. Czy jednak można było tych półdzikich ludzi uważać jedynie za rabusiów i zbójów? Czyżby naprawdę wśród tych istot ludzkich nie było współczucia i litości? Wierzyłem, iż tak nie jest. Nie wątpiłem, że, oświeciwszy ich w prawdziwej wierze, znalazłoby się na dnie ich dusz też i pierwiastki szlachetne...

Rozmyślając na ten temat, posłyszałem nagle, iż wpobliżu mnie zatrzeszczały suche patyki, i coś, jakby ciężki jakiś przedmiot, posunęło się wśród trawy. Wyciągnąłem rękę w kierunku, gdzie leżał Szir Samurek, i chwyciłem... próżnię. Gdzie szeik? Czyżby próbował umknąć? Szukałem go dalej na ziemi i przytrzymałem o kilka kroków od nas. Najwidoczniej, pomimo skrępowania, łudził się nadzieją ucieczki, a gdym położył na nim swą rękę, począł wierzgać wyciągniętemi nogami, aż zmuszony byłem zagrozić mu pocichu, nie chcąc budzić śpiących, iż go uspokoję nożem w razie jakiegokolwiek oporu. Groźba poskutkowała: jeniec zrozumiał, że pewniej będzie leżeć spokojnie, niż próbować ucieczki, oczywista, bez przewidywanego dobrego rezultatu. Zaciągnąłem go na poprzednie miejsce i, ulokowawszy się tuż obok, aby go mieć ciągle pod ręką, przesiedziałem spokojnie aż do świtu.
Gdy pierzaste zwiastuny dnia, pobudziwszy się w lesie, rozpoczęły poranne swe pieśni, Halef i obaj Bebbejowie zerwali się również ze snu.
Zaledwie Hadżi przetarł oczy, zapytał mię pocichu:
— Mogę już teraz mówić, czy też jeszcze należy milczeć?
— Lepiej, ażebyś milczał, — odrzekłem — bo zresztą nie masz nic ważnego do powiedzenia, a o wiele korzystniej dla nas będzie, jeżeli zwrócimy całą uwagę na szeika. Obrócę go tak, aby narazie przynajmniej nie dostrzegł Bebbejów.
Przesunąwszy Szir Samureka nieco dalej, dobyłem noża i, przykładając ostrze do jego piersi, rzekłem:
— Do tej chwili miałeś zamknięte kneblem usta, ale teraz ci je uwolnię, abyś mógł snadniej oddychać. Pozwalam ci również mówić ze mną, ale tak pocichu, abym ja jeden mógł tylko cię słyszeć. Gdybyś zbytnio podniósł głos lub zawołał o pomoc, wówczas krzyk ten byłby ostatnim w twojem życiu, bo w tej samej chwili koniec mego noża zanurzyłby się w twojem sercu.
Szeik po odjęciu mu knebla odetchnął kilka razy głęboko, poczem rzekł cicho i z pewną trudnością:
Suker chodeh! — Dzięki Bogu! Omal nie zdrętwiałem na drewno! Powiedz mi, gdzie się znajduję?
— Przekonasz się o tem wkrótce sam na własne oczy.
— Może przynajmniej objaśniłbyś mię, kim jesteś?
— I tego ci nie powiem. W krótkim czasie domyślisz się sam, w czyje to się ręce tak pięknie dostałeś.
— Już teraz mam wrażenie, że jesteś djabłem, bo oto, pozbawiony w nagły sposób życia, ocknąłem się ze śmierci i widzę, iż jestem skrępowany i że znajduję się w nieznanem mi zupełnie miejscu, zamiast w zbrojnym swym obozie. Człowiek uczynić tego nie mógł, tylko szejtan...
— Za pozwoleniem! I szejtan nie uczynił tego, gdyż w takim wypadku obudziłbyś się nie tutaj, lecz w piekle. Zresztą, rozejrzyj się! Ułożyłem ci głowę wysoko i tak, abyś wnet spostrzegł, gdzie się znajdujesz. Tylko pamiętaj, nie lekceważ sobie mego ostrzeżenia: jeden głośniejszy okrzyk, a będzie to wyrok śmierci na ciebie. Zaznaczam znowu, iż żądam bezwzględnie, abyś wogóle milczał.
Szeik począł się rozglądać wokoło.
Niebo na wschodzie rozjaśniać się zaczęło, i niebawem szczyty gór zarysowały się na widnokręgu. Dolina tylko spowita była jeszcze w półmroku i mgle. Wilgotne opary, których źródłem był płynący środkiem doliny potok, pokrywały obozowisko Kelurów na całej przestrzeni nieprzeniknionym całunem. Z miejsca jednak kryjówki naszej w rozjaśniającym się świcie wszystkie szczegóły okolicy stawały się coraz wyraźniejszemi.
Szir Samurek, rozpatrując się wokoło, zatrzymał wzrok na ruinach muzallah, i oczy rozwarły mu się najwyższem zdumieniem, i zaraz też zauważyłem w zdziwionej jego twarzy wyraz niewypowiedzianego lęku. Widocznie spostrzegł w wejściowym otworze kaplicy olbrzymiego niedźwiedzia, trzymającego w łapach ogromny krzyż...
W obawie, aby przerażony szeik nie wydał z siebie głośniejszego okrzyku, ostrzegłem go ponownie, grożąc nożem. Napełniło go to jeszcze większą trwogą, i patrzył na zjawisko w jakiemś osłupieniu. Teraz dopiero potrząsnąłem jego ramieniem i wyszeptałem mu na ucho jego własne tak niedawno wypowiedziane do Bebbejów słowa:
— „Gdyby u wejścia do kaplicy stanął z krzyżem w łapach ów niedźwiedź zaklęty, uwierzyłbym wówczas, iż jakiś tam Kara Ben Nemzi, przyjaciel wasz, a właściwie pies chrześcijański, mocen jest wyratować was od śmierci. Zdaje mi się, iż skory byłbyś uwierzyć i w to, że się tak stać może...“
Szeik zbladł i przymknął powieki, a twarz przeciągnęła mu się, jak u trupa; oddychał przytem ciężko i jęczał stłumionym głosem, jak człowiek mocno cierpiący. Ja zaś milczałem czas jakiś, aby powtórzone mu jego własne słowa tem głębsze wywarły na nim wrażenie. Po chwili milczenia zwrócił twarz ku mnie, otworzył przerażone oczy i rzekł:
— A może to ty jesteś owym chrześcijaninem?
— Tak, ja nim jestem.
— Kara Ben Nemzi effendi?
— Tak.
— Allah! Allah! Allah! — westchnął i umilkł.
Dopiero po dłuższej chwili zapytał znowu:
— Niedźwiedź się nie porusza... może nieżywy?
— Tak, nieżywy.
— Padł sam, czy też go zabito?
— Został zakłuty.
— Przez kogo?
— Ja go zabiłem.
Maszallah! Ale przedtem bestje rozszarpały Bebbejów?
— Nie.
Wstrząsnął się cały na tę wiadomość zapytał z trwogą w głosie:
— A więc żyją?
— Żyją.
— I nic im się nie stało?
— Ani włos nie spadł im z głowy.
— Nie wierzę... bo zresztą niktby w to nie uwierzył... Kłamiesz... kłamiesz...
— Przeciwnie, mówię prawdę, i będziesz miał możność przekonania się, iż nigdy nie kłamię.
— Owszem, daj mi dowód! Uwierzę w ich ocalenie, gdy ujrzę ich na własne oczy.
— A więc obejrzyj się poza siebie!
I obróciłem go na drugi bok tak, aby mógł zobaczyć Akwila i jego syna.
Na widok Bebbejów odmalowało się w jego oczach jeszcze większe przerażenie, niż przed chwilą wobec zjawiska w drzwiach kaplicy. Zawył głucho i zamknął powieki, przyczem blizna na twarzy zaszła mu krwią, a żyły na czole nabrzmiały jak postronki. Po chwili wyraz twarzy zmienił się i stał się strasznym, jakby w chwili konania, i szeik, charcząc, ledwie wykrztusił sinemi usty:
— Bebbejowie żywi!... Uratował ich chrześcijanin!... W muzallah niedźwiedź trzyma zelib (krzyż) w łapach... Rozumiem...
Po tych słowach umilkł i leżał już nieruchomo, jak trup. Nie dałem mu jednak spokoju, powtarzając znowu z naciskiem jego własne słowa:
— „Na Allaha i na duszę własną przysięgam, że, jeżeli się okaże, iż chrześcijanin ów byłby zdolny uczynić coś podobnego, porzucę islam, a uwierzę w ukrzyżowanego Boga, który miał umrzeć męczeńską śmiercią dla odkupienia ludzkich grzechów i zbawienia tych, co na potępienie zasłużyli...“
Na te słowa Szir Samurek wyprężył się, o ile mu na to dozwalały powrozy, a spojrzawszy na mnie nabiegłemi krwią oczami, w których dotychczas jeszcze widać było przerażenie, rzekł:
— Powtórzyłeś mi przed chwilą moje własne słowa, i teraz znowu czynisz to samo! Jeżeli więc nie jesteś szatanem, to widocznie Allah dał ci łaskę wszechwiedzy, ażebyś mógł odgadnąć myśli moje, jakoteż udaremnić usiłowania i zamiary. Ty więc wyniosłeś mię z obozu z pośród kilkuset moich wojowników, ty zabiłeś niedźwiedzia, ty wreszcie uwolniłeś Bebbejów, no, i nie dziwiłbym się, gdybyś również uprowadził z obozu zabrane ci konie...
— Rozumie się, żem uprowadził! — odparłem z uśmiechem i obróciłem go znowu na drugą stronę. — Spójrz na prawo...
Popatrzył, a krew nową falą napłynęła mu do twarzy.
Dachel Allah! — Na miłość Allaha! Więc i to potrafiłeś uczynić!... Jeśli mię Allah w tej chwili nie wesprze, postradam zmysły, effendi...
— Pragnę i ja, aby ci Allah dopomógł, bo właśnie teraz musisz zebrać całą siłę swej woli i rozumu, jeżeli nie chcesz zginąć marnie razem ze swoimi wojownikami.
— Nie rozumiem...
— Ludzie twoi spostrzegą niebawem niedźwiedzia, a zauważywszy, iż ciebie niema w obozie, potracą głowy i w popłochu nie będą wiedzieli, co począć. Wówczas mój baruda es sir (czarodziejski karabin) nie spocznie tak długo, aż z całej twej bandy ani jeden drab nie pozostanie przy życiu.
Tu gadatliwy Halef nie mógł już dłużej wytrzymać i dodał do mojej groźby:
— A i ja pomogę effendiemu podziurawić twoich Kelurów kulami tak, że ciała ich będą, jak garabil (przetak) do przecierania migdałów. Okradliście, a następnie, szydząc, groziliście wrzuceniem nas między niedźwiedzie, oczywista, gdybyśmy się w wasze ręce dostali. Nie udałoby się to wam jednak nawet wówczas, gdybyście tysiąc ludzi postawili na warcie. Teraz zginą wszyscy twoi, a przedewszystkiem zginiesz ty sam, jeżeli stracisz resztę rozumu, który, jak to słusznie zauważył effendi, tak ci jest potrzebny w tej chwili, jak nigdy jeszcze w życiu.
— A coś ty za jeden?... Może Hadżi Halef Omar, towarzysz effendiego? — spytał szeik, prawie nieprzytomny ze wzruszenia.
W odpowiedzi na to Halef położył rękę na piersi i odrzekł wyniośle:
— Nie nazywaj mię tak krótko! Godność moja jest o wiele dłuższa, aniżeli ci się wydaje. Wszyscy bowiem, którzy mię znają i którzy tylko o mnie słyszeli, wiedzą, iż nazywam się Hadżi Halef Omar Ben Hadżi Abul Abbas Ibn Hadżi Dawud al Gossarah! Zapamiętaj to sobie raz na zawsze, albo przynajmniej aż do chwili, gdy kula mego karabinu zaniesie cię w najciaśniejszy kąt piekła!
Szeik przyjął te słowa bez zbytniego dla nich respektu, gdyż, jako mieszkaniec Wschodu, był przyzwyczajony do wyszukanych słów i przesady w groźbach. Nie odpowiadając więc Halefowi, zwrócił się do mnie z oświadczeniem:
— Wiem już, co mam uczynić i jak postąpić. Pytam cię tylko, emirze, czy wiadomo ci, co zawinili przeciw tobie obaj Bebbejowie?
— Owszem, wiem o wszystkiem.
— Wiesz zatem, że w zrabowaniu ci koni zawinił stary Akwil?
— Wiem.
— I że Sali, syn jego, zamierzał odebrać ci życie?
— Również wiem o tem.
— A pomimo to walczyłeś z niedźwiedziem, aby tych łotrów oswobodzić?
— Walczyłem z obowiązku, gdyż jestem chrześcijaninem.
— I co zamierzasz uczynić z nimi? Wrogami staliście się sobie wzajem i zawieszone jest nad wami prawo zemsty krwi. Czyżbyś uwolnił ich od straszliwej śmierci po to, aby zgładzić ich kulami twego karabinu?
— Nie! Jako chrześcijanin hołduję tylko zasadzie przebaczania, ale nie zemsty. Darowałem im wolność, i mogą sobie iść, dokąd im się spodoba, oczywista, dopiero wówczas, gdy zmuszę cię do oddania im zwierząt ich i broni.
— Czyżbyś to mówił serjo, emirze? — zapytał zdziwiony, a twarz jego omal nie wykrzywiła się w znak zapytania.
— Najzupełniej poważnie.
— Wobec tego muszę przyznać, iż jestem świadkiem wielkiego niepojętego cudu! Prawdą więc jest to wszystko, co mi opowiadano o tobie: nieprzyjaciołom swoim i wrogom śmiertelnym wyświadczasz łaski, gdyż tak pono nakazuje wam Ukrzyżowany. Czy wiesz jednak, że między wami a mną zawisła również zemsta krwi?
— Powiedziałem ci już, iż nigdy zemstą się nie powoduję.
— Ba, ale przecież jestem w twojej mocy, ja, który nosiłem się z zamiarem zamordowania was! Cóżeś o mnie postanowił?
— Jeżeli postąpisz wedle mojej woli, zwrócę ci wolność i będę cię uważał za swego przyjaciela.
— Czy mogę wiedzieć, czego zatem wymagasz ode mnie?
— Przedewszystkiem, musisz oddać Bebbejom ich konie i broń, następnie, wypuścisz na wolność jeńców z Khoi, oddawszy im wszystko, co jest ich własnością, a wreszcie — oddasz dziesięć tysięcy piastrów, które zabrałeś od Akwila, a które są własnością oberżysty z Khoi.
— No, a dla siebie czego żądasz? Co ci przyjdzie z tego, iż jesteś tak wspaniałomyślny dla tych obcych ci ludzi?
— O, przyjdzie mi z tego bardzo wiele! Świadomość, że postąpiłem w myśl przykazań mojej wiary, jest dla mnie stokroć większą nagrodą, niż to wszystko, czegobym mógł zażądać od ciebie. Iza Ben Maryam, Ukrzyżowany, nakazał: „Kochajcie swoich nieprzyjaciół, błogosławcie tych, którzy was przeklinają, i czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą, a będziecie godnemi dziećmi Ojca, mieszkającego w niebiosach!“ Owóż ja mocno pragnę należeć do liczby owych dzieci, i myśl, że najdobrotliwszy Ojciec niebieski jest dzisiaj zadowolony ze mnie, czyni mię szczęśliwszym, niżbym się czuł, posiadając bogactwa całej ziemi.
Szir Samurek, słuchając słów moich, namyślał się nad czemś i przygryzał wargi prawie-że do krwi. Najwidoczniej nurtowało mu w duszy jakieś ważne postanowienie.
— Effendi, — ozwał się wreszcie — zwyciężyłeś mię dwukrotnie: przedewszystkiem swoją chytrością i zuchwalstwem, a następnie słowami, które trafiły mi do serca. Mimo to, nie powiem ci jeszcze, co postanowiłem, a tylko pozwól, iż doświadczę cię teraz, zanosząc do ciebie prośbę: uwolnij mi ręce, emirze, abym je mógł złożyć do modlitwy!
Czy był to podstęp z jego strony? Jeden rzut. oka na jego twarz wystarczył, abym się przekonał, że był szczery i nie żywił względem mnie zbrodniczych zamiarów. Rozciąłem mu więc więzy, mówiąc przytem:
— Przekonaj się, jak zwykł postępować w takich wypadkach chrześcijanin, podczas gdy wyznawca proroka wyśmiałby cię i wydrwił. Rozwiążę ci całkowicie nietylko ręce, ale i nogi, i daję ci wolność zupełną. Będziesz mógł pójść, dokąd ci się spodoba, oczywista, jeżeli godność twoja i honor pozwolą ci na to, abyś poszedł sobie, nie spełniwszy moich żądań, a więc oszukał podstępnie człowieka, który obdarzył cię wiarą i zaufaniem. Jeżeli istotnie tkwi w tobie podobna myśl, to również nie wzbraniam ci iść i chełpić się przed swoimi, żeś mię oszukał!...
W tym wypadku ryzykowałem bardzo wiele. A jednak nie zawiodłem się na tego rodzaju praktyce: skutek mojej wspaniałomyślności nastąpił prędzej nawet, niż go oczekiwałem. Akwil i Sali pokrzykiwali natomiast z podziwu, a nawet Halef rozkrzyżował ręce i biadał:
— Sihdi, co ty robisz? Bądź posłuszny swej wierze, i owszem; ale tego, to już chyba za wiele! Wszak to zupełna lekkomyślność!
Szir Samurek po uwolnieniu go z więzów wstał i, wyprostowując omdlałe członki, mówił z radością:
— A więc jestem wolny, zupełnie wolny! Przed chwilą śmierć zaglądała mi w oczy, a teraz oto znowu życie przede mną... Effendi, dokonałeś zwycięstwa w zupełności! Słuchaj i patrz! Wyciągam ramiona: lewe ku Mekce, dokąd każdy muzułmanin, modląc się, twarz swoją obraca, a prawe ku Bait el Makdis (Jeruzalem), gdzie umarł twój Ukrzyżowany. Nie zwracam się jednak na lewo, lecz na prawo, ażeby Iza Ben Maryam słyszał, co ci przyrzekam. Nie zapomnę nigdy, do samej śmierci nie zapomnę dzisiejszego poranku! Nie zapomnę tej chwili, w której poznałem nauczyciela niezgłębionej miłości i miłosierdzia. Nigdy już w mem sercu nie znajdzie miejsca zemsta, a każdy chrześcijanin w moim namiocie będzie gościem tak miłym i serdecznie witanym, jakby był bratem moim lub ojcem. Ażebyście się zaś przekonali naocznie, jak szczerą jest ta przysięga, dam wam w tej chwili jej dowód.
Podszedł do Bebbejów, ujął ich za ręce i ciągnął dalej:
— Między szczepami naszemi zaprzysiężona była zemsta krwi, którą wywołałeś ty, Akwilu. Okoliczności sprawiły, iż wreszcie wpadłeś w nasze ręce. Rzuciłem was niedźwiedziom na pożarcie, i Mahomet nie mógł was wybawić. Ale oto Bóg miłosierdzia i łaski zmiłował się nad wami, uwalniając was przez ręce tego oto chrześcijańskiego emira, który właściwie i was powinien był nienawidzieć. Czyżby tedy chrześcijanin miał zawstydzić muzułmanina? O, nie! Doznawszy tyle łaski i dobroci z jego ręki, nie mamy prawa w jego obliczu myśleć więcej o zemście. Przebaczmy sobie wzajemnie i pogódźmy się na zawsze! Od tej chwili niechaj będzie między Bebbejami a Kelurami przyjaźń, a nie zemsta. Wszystko, co napełniało nas żalem wzajemnym do siebie, niechaj idzie w zapomnienie. Starzy niech się kochają, jak bracia, młodzi, jak ich dzieci. — Czy zgadzacie się na to, ty, Akwilu, i ty, Sali?
Trzymał ich ręce w serdecznym uścisku i mówił tak szczerze, że obaj dotychczasowi jego wrogowie oprzeć się tym słowom nie mogli. Znać było po nich silne wzruszenie. Pierwszy przemówił stary Akwil:
— Czuliśmy w swem ciele pazury niedźwiedzie, a zimny oddech śmierci owiewał nam twarze. W takiej strasznej chwili poznaliśmy, iż zemsta jest siostrą ohydnej nienawiści, więc też radzi zwracamy się ku jasnym promieniom miłości, i niechaj się stanie, jak powiedziałeś. Niech przyjaźn i miłość między twoim szczepem a naszym zakwitnie na nowo, i niech wasi wrogowie będą zarazem wrogami naszymi, a przyjaciele wasi i naszymi przyjaciółmi. Ale największymi przyjaciółmi dla obu szczepów niechaj będą po wsze czasy Hadżi Kara Ben Nemzi effendi i Hadżi Halef Omar, który dłuższem jeszcze szczyci się nazwiskiem, ale...
W tej chwili Halef poskoczył ku niemu, a ująwszy go za ręce, krzyknął:
— Nazwisko moje jest długie, zbyt długie, abyście je mogli zapamiętać i bez zająknienia wygłosić, bo liczba moich ojców, dziadów, pradziadów i prapradziadów sięga aż do owych czasów, kiedy po ziemi chadzał pierwszy człowiek. To też z powodu tych trudności przyjaciele moi mogą mię nazywać krótko: Hadżi Halef; a że wy właśnie jesteście nimi w tej chwili, pozwalam wam zatem opuszczać imiona przesławnych moich przodków. I bez tego Allah widzi szczery nasz związek, który sobie obecnie wzajem ślubujemy. Pójdź, sihdi, uczcić wraz z nami tę uroczystość, która zaczęła się od miodu, a nie powinna się skończyć, chociażby groziła wyginięciem w dziuplach drzew wszystkich pszczół i wszystkich niedźwiedzi na świecie! Górą miłosierdzie!
Musiałem oczywiście usłuchać jego miodowego wezwania i, gdy sam wyrażałem w krótkich słowach swą radość z takiego obrotu sprawy, usłyszeliśmy nagle od strony obozu pełne trwogi okrzyki. Przyczyną popłochu wśród Kelurów, jak się domyślałem, był niedźwiedź z krzyżem w łapach, stojący w wejściu do muzallah, oraz nieobecność ich szeika. Jedno i drugie spostrzegli dopiero teraz, gdy rozwiały się mgły nocne, pokrywające swemi muślinami całą dolinę. Popłoch ten łatwy był do wytłumaczenia, gdyż ubiegłego wieczora wszyscy prawie wojownicy Szir Samureka słyszeli szydercze odgrażanie się jego i sami nawet śmieli się z niemądrych jego dowcipów.
— Moja nieobecność w obozie jest przyczyną ich trwogi — ozwał się do mnie Szir Samurek. — Szukają mię niezawodnie i przedrą się zapewne aż tutaj. Chciałbym zapobiec temu, aby, w nieświadomości o zawarciu naszej przyjaźni, nie pokwapili się strzelać do was. Pozwól mi więc, effendi, zejść do nich i opowiedzieć im o wszystkiem, co zaszło. Czy możesz mi aż na tyle zaufać? Przyjaźń nasza trwa zaledwie od paru minut, i nie miałem czasu okazać ci czemkolwiek, że nie żywię względem ciebie żadnych ukrytych myśli; dlatego też, choć stawiam ci tę propozycję, jednak uczynię tak, jak będziesz uważał za stosowne.
Zbyteczne mi są jakiekolwiek z twej strony dowody, gdyż wierzę ci w zupełności, — odrzekłem na szczere jego słowa. — Sądzę zresztą, iż nie zdziwi cię i to, że po daleko idącem zaufaniu, które ci przed chwilą okazałem, nie obrażę cię choćby nawet cieniem podejrzenia, co zresztą zniszczyłoby nasz związek już w samym zarodku. Idź więc i opowiedz swoim wojownikom, co zaszło, a my zaś zaczekamy tutaj na ciebie.
— Jest to nowy dowód twojej szlachetności, — odparł, ściskając mi ręce, — i naprawdę wczoraj jeszcze, gdyby mi to kto przepowiedział, nie byłbym temu uwierzył. Otóż słuchaj, pójdę do moich Kelurów i wrócę prędzej, niż się spodziewasz, a wrócę, aby cię przekonać, że nie posiadam dwu języków, z których jeden umie mówić prawdę, a drugi kłamstwo. Oczekujcie mię tutaj za chwilę!
Bebbejowie, pomimo tego, co zaszło przed chwilą, po oddaleniu się szeika uczuli obawę, a i Halef ostrzegał mię:
— Sihdi, puszczasz się za daleko! Dlaczego to dzisiaj właśnie jesteś mniej przezorny, niż kiedykolwiek indziej?
— Bo nie chcę burzyć tego, co się tak świetnie zbudowało. Przezorności nie zaniedbam jednak i pójdę za nim zdaleka, aby go śledzić; ale on nie powinien wiedzieć o tem. Zostańcie tutaj! W każdym razie nie będziecie na mnie długo czekali, bo wrócę prędzej, niż on.
Zszedłem nadół w las. Z obozu Kelurów dochodziły jeszcze mych uszu okrzyki i nawoływania, ale wnet uciszyło się. Szeik, znalazłszy się wśród swoich wojowników, począł im opowiadać o wszystkiem, co zaszło. Bez trudności dotarłem aż pod obóz i z ukrycia mogłem dokładnie słyszeć słowa Szir Samureka. Już pierwsze dosłyszane przeze mnie zdania, wygłoszone tonem mówcy wiecowego, przekonały mię, iż nie był względem nas obłudny. Zaczekałem jednak aż do końca przemowy, gdy zalecał podwładnym jak największy spokój. Oczywista, co było do przewidzenia, spotkał się z pewnym oporem ze strony niektórych starszych Kelurów, gdyż ludzie ci, przejęci do szpiku kości chęcią zemsty, nie przeżyli tak okropnej chwili, jak on, i niełatwo ich było namówić do zgody. Mimo to, udało mu się wkrótce przekonać wszystkich.
Wróciwszy na górę do swoich, kilka minut zaledwie czekałem na Szir Samureka, który z przyjazną miną zbliżył się do nas bez żadnego orszaku.
— Powinieneś być ze mnie zadowolony, effendi, — rzekł wesoło. — Moi wojownicy przyjęli wiadomość o uwolnieniu Bebbejów z wielkiem zdziwieniem. Dowiedziawszy się jednak, iż ty właśnie uratowałeś im życie i że uprowadziłeś mię, a następnie zwróciłeś mi wolność, zapragnęli zobaczyć cię na własne oczy wpośród siebie, i to jako przyjaciela oraz gościa. Przyjmą cię więc i Halefa Omara jak najżyczliwiej. Aby cię jednak przekonać, że niema w tem żadnego podstępu, przybyłem tu sam i bez broni; weźcie mię miedzy siebie do środka i idźcie wdół. Moi wojownicy odłożyli strzelby i noże na jedną stronę obozu, a na drugą przenieśli się sami, mógłbyś więc wśród nich sam jeden tylko skorzystać ze swojej czarodziejskiej flinty, gdyby ci się wydało cośkolwiek podejrzane, a byłaby to już dostateczna broń, aby utrzymać moich w szachu.
— Zarządzenie to jest ponownem świadectwem twego honoru, dla nas jednak jest ono zbyteczne, gdyż w zupełności ci wierzymy, iż nie zamyślasz podejść nas podstępnie. Zgadzasz się więc na spełnienie warunków, które ci poprzednio postawiłem?
— Tak, ale mam jedną jeszcze prośbę do ciebie, effendi!
— Radbym wiedzieć...
— Gdybyś mi tak podarował skórę niedźwiedzia, któregoś ubił, byłaby to nietylko dla mnie, ale dla naszego całego szczepu drogocenna pamiątka po sławnym Karze Ben Nemzi...
— Daruję ci chętnie skórę niedźwiedzicy, ale futra z trzech młodych niedźwiadków należą do Hadži Halefa Omara; zabierze je do Haddedihnów również na pamiątkę.
— Co mówisz? Niedźwiedzica miała więc aż troje młodych?
— I to nie byle jakich.
— No, to jesteście prawdziwymi bohaterami, gdyż uśmiercić aż cztery bestje bez strzału, bo go nie słyszeliśmy w naszym obozie, — to istotnie żaden myśliwy takiej sztuki dokonać nie potrafi!... – Dowiesz się potem, jak to było. Mój kochany mały Hadżi Halef Omar jest nielada mistrzem w opowiadaniu, i dowiecie się wszyscy od niego całej historji od dnia przybycia naszego do Khoi aż do chwili obecnej.
Tych kilka życzliwych słów uradowało Halefa niezmiernie, jak niemniej ucieszył się, że będzie miał sposobność popisać się swym talentem krasomówczym.
— O, tak! — odrzekł połechtany mile. — Allah obdarzył mię szczególną zdolnością do wygłaszania mów i ciekawych a zajmujących opowiadań, tak, że kiedy zacznę mówić, milkną nietylko ludzie, ale i konie, a nawet wielbłądy. Opowiem wam, w jaki sposób odnaleźliśmy was, jak mój sihdi wyniósł cię na plecach z obozu i wyprowadził potem konie, a przedewszystkiem dowiecie się, z jaką odwagą stanął do pojedynku z „nieśmiertelną“ bestją z muzallah. Nie tylko podziw was ogarnie, gdy się dowiecie szczegółów tej szalonej rozprawy, ale uśmiejecie się przytem z różnych zabawnych zajść i wypadków. Szkoda wielka, — dodał po chwili — że zbyt mało zabraliśmy z Khoi daktylów, i to robaczywych w dodatku, że jeść ich nie można bez wstrętu. Mamy jednak nadzieję, iż u was znajdą się lepsze. Rih, nasz szlachetny rumak, przywykł do tych owoców, a że obchodziliście się z nim wczoraj wcale nie troskliwie, winniście mu to zatem dzisiaj wynagrodzić...
Mały zuch wykorzystał sposobność, aby połączyć pożyteczne z przyjemnem. Niebardzo byłem zadowolony, że tak bez ceremonji upomina się o gościnność, ale szeik przyjął przymówkę Halefa z dobrą miną, obiecując uczynić wszystko, co tylko leży w jego mocy, abyśmy byli radzi z gościny u niego.
I któżby się był spodziewał, że ten zbójca i rabuś, nie uznający żadnego prawa, oprócz przemocy i zemsty, zmieni się w tak krótkim czasie nie do poznania! Dziś jeszcze dziwię się, że on, który mego Riha cenił, jak najkosztowniejszy klejnot, ani jednem słowem nie zdradził się z tem, że mu żal wypuścić go z rąk swoich. A nie trwoga przed śmiercią zmieniła go tak radykalnie, lecz moje z nim postępowanie, pełne godności ludzkiej i oparte na miłości bliźniego, która silniejsza jest, niż niebo i ziemia, i która — zdaniem wielkiego apostoła — górę na górę przenosi.
Ująwszy konie nasze za uzdy, zeszliśmy za szeikiem nadół do obozu, gdzie zastaliśmy wszystko tak, jak mówił. Po prawej stronie leżała broń, a z lewej, od stawu, siedzieli Kelurowie. Przywitali mnie i Halefa z wielkiem uwielbieniem, na Bebbejów zaś wcale nie zwracali uwagi. Najserdeczniej powitał nas nezanum i jego towarzysze, którzy zawdzięczali nam w tej chwili swą wolność i odpuszczenie żądanego okupu.
Gościnność Kelurów polegała na tem, iż, zwyczajem wszystkich półdzikich ludów, urządzono dla nas wspaniałą ucztę, tem bardziej że nastręczała ku temu wyborną sposobność zdobycz pasza w muzallah. Kelurowie udali się tam wraz z nami, wszelako nie bez trwogi, choć niebezpieczeństwa żadnego już nie było, a gdyśmy przybyli na miejsce, szeik, wskazując niedźwiedzicę, rzekł do mnie:
— Nie dotknę jej prędzej, effendi, aż się przekonam, iż istotnie już nie żyje, i dopóki będzie miała krzyż w łapach... Bo nie wiem naprawdę, co może być dla mnie niebezpieczniejsze: stanąć przed krzyżem chrześcijańskim, czy też dostać się w pazury potwora.
— Jeżeli idzie o to, aby cię uspokoić co do niedźwiedzicy, to ja sam zajmę się nią zaraz, — odrzekłem — i przekonam cię, że nie żyje. Ale musisz mi zato dopomóc w ustawieniu innego, okazalszego krzyża na ruinach muzallah.
— Dobrze, uczynię to chętnie. Niektórzy z wojowników moich mają kadadim (siekiery), potrzebne zazwyczaj przy urządzaniu obozu, mianowicie do wyrąbywania żerdzi na namioty oraz gałęzi na ogniska. Zetniemy potrzebne drzewo, i wedle twoich wzkazówek sporządzimy krzyż.
Słysząc to, Sali Ben Akwil przecisnął się ku mnie i zapytał:
— Pozwolisz i mnie, effendi, być wam pomocnym przy tej czynności?
— I owszem. Ale ty przecież jesteś nauczycielem i kaznodzieja islamu, wiec być może, że praca około ozdobienia kaplicy chrześcijańskiej godłem wiary, którą wy wszyscy potępiacie, niezgodna będzie z twem powołaniem i przekonaniami?
Obecni przy tej rozmowie wojownicy Szir Samureka byli wszyscy wyznawcami islamu, a jednak Sali odrzekł tak, aby słowa jego były przez nich słyszane:
— Mówiłeś nam przecież niedawno, iż półksiężyc ma kształt zakrzywionego miecza morderczego, a krzyż jest znakiem miłości Boga, który nas za twem pośrednictwem wybawił od śmierci. Otóż, jeżeli się ma wybierać między życiem a śmiercią, nie powinno się wątpić i stać chwiejnie w wierze. Czyż zresztą śmierć wszystkich Kelurów nie tkwiła w lufie twego czarodziejskiego karabinu? Czyż zatem okazanie twemu Bogu wdzięczności za ratunek dowodzi wyparcia się islamu? Jestem wyznawcą proroka i głoszę przyjście Mahdiego, to prawda; ale czyż może to być przeszkodą przyjaznych mych uczuć dla ciebie, i przez to samo szacunku dla wiary, którą wyznajesz? Wszak Abraham był najpierw poganinem, a potem wyznawcą jedynego Boga; tak samo i Mahomet był muzułmaninem nie od urodzenia; także i wasz Jezus Chrystus, zanim ogłosił nową wiarę, również był wyznawcą Mojżesza. Stąd wynika, że i Mahdi, którego szukam po świecie, niekoniecznie musi być wyznawcą islamu, i kto wie, czy również nie był dotychczas chrześcijaninem. — Możesz nie zgadzać się ze mną na punkcie wiary, ale nie wzbraniaj wykonać tego, co nakazuje mi obowiązek wdzięczności.
— Ależ ja wcale nie mam zamiaru sprzeczać się z tobą co do religji, gdyż jestem przekonany, że, skoro tylko zajmiesz się gorliwie poszukiwaniem prawdy, to ją znajdziesz. Dotychczas błądziłeś poomacku, ale kto wie, czy dziś, jutro, nie zajaśnieje ona nad tobą, jak owa gwiazda, która trzech mędrców do Bait Lam (Betleem) zawiodła, i czy wkońcu nie wskaże ci drogi do prawdziwego „Mahdiego“, którego głos do dziś jeszcze brzmi przez wszystkie ziemie: „Jam jest prawda i żywot, i nikt beze mnie nie trafi do Ojca, który jest w niebiesiech.“ Szukaj więc gorliwie tej prawdy, tej drogi, ale nie z uprzodzeniem, nie z zaślepieniem dotychczasowem, a znajdziesz ją niezawodnie.
— Effendi, uczynię wszystko, aby dojść tam, dokąd mi drogę wskazujesz, — odrzekł, ściskając mi ręce. — Pozwól teraz, iż pomogę ci usunąć na bok potwora, bo nam zagradza wejście do środka.
— Łapy dla mnie i effendiego, — zastrzegł się przezorny Halef — reszta mięsa dla was, tak z niedźwiedzicy, jak i z młodych.
— Tylko wątrobę trzeba koniecznie wyrzucić, bo u tego gatunku niezdatna jest do użytku i można się nią zatruć, – dodałem ostrzegawczo.
Usunąwszy zabitą niedźwiedzicę z wejścia do muzallah, zdjęliśmy z niej skórę, co przyszło nam niełatwo wskutek jej ostygnięcia i stężenia. Skórę otrzymał ode mnie w podarunku szeik, futerka zaś młodych niedźwiedziąt zabrał Halef, i natychmiast wziął się do ich wysmarowywania od strony wewnętrznej mózgiem, w czem mu dopomagali Kelurowie. Tymczasem zaś Akwil z synem poszli obmyć się z miodu, który do tej pory błyszczał, jak lakier, na ich ciałach i twarzach.
Po upieczeniu niedźwiedzicy rozpoczęła się w obozie uczta, w czasie której utwierdzona została między Bebbejami i Kelurami, jak również, oczywista, między nami i niedawnymi naszymi wrogami z obu szczepów, przyjaźń na całe wieki. Rozumie się — wiedziałem dobrze, co jest warte takie zaprzysiężenie zgody i przyjaźni; znane są podobne sojusze dyplomatom wszystkich krajów, a zapewne i półdzikim Kurdom.
Łapy niedźwiedzie smakowały mnie i Halefowi przewybornie, innych jednak części niedźwiedzicy nie próbowaliśmy nawet, i nie poważyłbym się ich nawet wziąć do ust, chyba pod groźbą śmierci głodowej, gdyż twarde były i żylaste, jak podeszwa. Kelurowie natomiast nie mogli się jej nachwalić i jednogłośnie oświadczyli, że takiego wspaniałego lukmat esz szuret (sławna potrawa) nigdy jeszcze dotychczas nie jedli. Widocznie okoliczność, że było to mięso ze sławnego w okolicy potwora, uważanego dotychczas za ducha kapłana chrześcijańskiego, dodawała im apetytu i napełniała ich niejako dumą.
Po posiłku sporządziliśmy wspólnemi siłami olbrzymi krzyż z twardego drzewa i ustawiliśmy go wśród niemałych trudności na szczycie ruin kaplicy.
Po skończeniu tej roboty zapytał mię Ben Akwil:
— W podróżach moich, effendi, miałem sposobność poznać wiele zwyczajów europejskich i wiem, że w okolicznościach takich, jak właśnie obecna, urządza się uroczyste takdis (poświęcenie). Otóż jak myślisz? Czy nie możnaby i tutaj urządzić czegoś podobnego?
Słowa te napełniły mię zdumieniem. Prawdziwą zaś już niespodzianką było to dla mnie, iż muzułmanin, i to nawet apostoł islamu, poddaje mi myśl poświęcenia godła wiary chrześcijańskiej. Zgodziłem się oczywiście na to, ale z wielką przezornością, bo należało, bądź co bądź, pamiętać o tem, aby nie obrazić czemkolwiek przy tej sposobności religijnych uczuć Kurdów, i nie zaprzepaścić nasienia zgody, które, dziś dopiero rzucone w glebę, tak pięknie odrazu zakiełkowało.
— Dobrze, — odrzekłem – poświęcę krzyż na tę intencję, ażeby w tych górach, gdzie dotychczas mieszkała nienawiść, stał się ten krzyż widomym znakiem miłości i pokoju. Czy zgadzacie się na to?
Sto głosów odezwało się potakująco, a ja zaś mówiłem dalej:
— Może kto z was zna pieśń, ułożoną przez Fileh el Mafileh? Poprosiłbym go, aby mi powiedział słowa początkowe tej pieśni.
W odpowiedzi na to szeik Kelurów począł recytować:
Gaza, nikma, bugda, tar... — Kara, odwet, nienawiść, zemsta...
— Dosyć; więcej mi nie trzeba! — przerwałem. — Te cztery słowa świadczą wymownie, jak ciemne chmury przewalały się ponad górami i dolinami tego kraju w ciągu całych stuleci, aż wreszcie rozdarło je słońce miłości i dobroci, i promieniami tych cnót ziemię tę oświeciło. Gdyby który z was miał przy sobie farbę, napisałbym na tym krzyżu inną muwal (pieśń), a napełniałaby ona prawdą i błogosławieństwem każdego, ktoby ją przeczytał, zabłądziwszy przypadkowo w te strony.
— Effendi, ja jestem z zawodu szahbarem (farbiarz) i mam przy sobie nila (indygo) — zgłosił się jeden z Kelurów.
Bardzo mię to ucieszyło. Nie mając pod ręką pendzla, sporządziłem prowizoryczny z patyka, a wdrapawszy się na szczyt ruin przy pomocy dwóch Kelurów, którzy mię podtrzymywali, abym nie spadł, wypisałem owym rozstrzępionym na końcu patykiem na przecznicy krzyża następujące słowa w języku arabskim:

„KOCHAJ BLIŹNIEGO, A BÓG OBDARZY CIĘ DOCZESNĄ I WIECZNĄ SZCZĘŚLIWOŚCIĄ!“

Gdy, skończywszy pisanie, zeszedłem nadół, Sali głośno odczytał ów napis zebranym, a ci, kiwając głowami i potakując, uznali trafność wypisanej maksymy. Miałem następnie krótką przemowę do Kelurów, poczem ukląkłem i odmówiłem „Ojcze nasz“, po którem wszyscy, również klęcząc, odpowiedzieli chórem: Amin“.
Zaznaczam tutaj, iż my obaj tylko i Sali rozumieliśmy dobrze, jak wielkiego sprzeniewierzenia swej wierze dopuścili się w tej chwili ci ludzie.
Po uroczystości poświęcenia krzyża wróciliśmy co obozu, pozostając tam jeszcze dzień i noc. Rozumie się, iż mały Halef wykorzystał znakomicie nadarzoną sposobność, aby się dostatecznie nagadać, i opowiadał zdumionym Kelurom o wszystkich naszych czynach i dziwnych przygodach. Poszedłem wkońcu i ja za jego przykładem, opowiadając również, — ale treść słów moich była inna. Mianowicie, korzystając z dobrej sposobności, postanowiłem zasiać w te dzikie, ale w gruncie rzeczy dobre dusze to, coby je mogło uszlachetnić i oświecić w prawdziwej wierze. A wiedziałem i czułem to, że nasiona Boże padną na grunt odpowiedni. Opowiadałem więc zdarzenia i proroctwa ze Starego Zakonu, dotyczące przyjścia Zbawiciela, następnie Jego narodzenia, życia, cudów, męki, śmierci, zmartwychwstania i wniebowstąpienia, wplatając w swą opowieść zręcznie wszystko to, coby mogło dać pojęcie Kelurom o zasadach wiary chrześcijańskiej.
Słuchano mię z wielkiem skupieniem i z niebywałem zajęciem, aż wreszcie Szir Samurek zauważył:
— Ależ, effendi, myśmy dotychczas o tem wszystkiem nie słyszeli!
— Wiem o tem; wyznało mi to już wielu muzułmanów, którzy, nie słysząc ani słowa z nauki Chrystusa, gardzili nią, dopóki o niej pojęcia nie nabrali. Czyż więc nie jest największą głupotą potępiać to, czego się wcale nie zna?
— Masz słuszność... Ale mówiłeś nam, że Iza Ben Maryam czynił cuda. Czy to jest dowiedzione, co nam o nich opowiadałeś?
— Tak, jest to najistotniejsza prawda.
— A dlaczego zatem i obecnie nie dzieją się wśród was żadne cuda?
— O, właśnie że się dzieją.
— Wśród was?
— I wśród nas i wśród was.
— Nigdy jeszcze nic takiego nie widziałem!
— Bo masz oczy zamknięte. Otwórz je tylko, a ujrzysz cuda wszędzie. Krótkowidz i niedowiarek w takich okolicznościach dopatruje się tylko przypadku, a nie cudu.
— Chciałeś przez to powiedzieć, że arid (przypadek) nie istnieje wcale?
— Tak twierdzę.
— Otóż w tem właśnie pomyliłeś się, effendi! Przypadki istnieją, i ja sam przeżyłem ich bardzo wiele.
— Mylisz się! Chrześcijanie wierzą, iż ręka Boga prowadzi człowieka od kolebki do grobu, i to, co się dzieje, dzieje się li tylko z woli Boskiej. Kto jednak uchyla się od praw Bożych i wyznacza sobie sam złą drogę w życiu, ten, oczywista, czyniąc wszystko wedle swojej woli, ponosić potem musi skutki tej samowoli. Przypadek więc, jak w jednym, tak i w drugim wypadku, jest wykluczony, bo albo Stwórca układa człowiekowi koleje jego życia, albo układa je on sam sobie. Zresztą, i wasz islam uczy, że wszystko, co się dzieje, jest postanowione zgóry, i uniknąć tego nie można. Czyż więc przypadek nie jest i u was wykluczony?
— Prawda, islam tak naucza! Przyznaję ci słuszność, choć do tej chwili nie umiałem tego stwierdzić. Ale powiedz mi, jak się rzecz ma z cudami?
— Owóż, jeżeli człowiek sprzeciwia się woli Bożej i czyni tak, jak mu się podoba, a nie jak Bóg przykazał, wówczas Stwórca roztacza nad nim szczególniejszą łaskę, aby go nawrócić ze złej drogi, i to właśnie, co Pan Bóg czyni dla niego, jest najoczywistszym cudem.
— Nie przypominam sobie, aby cud tego rodzaju wydarzył mi się w życiu.
— A jednak zdarzył ci się, tylko nie zastanawiałeś się nad tem.
Maszallah! Podaj mi choć jeden fakt z mego życia, a uwierzę!
— Niedługo trzeba szukać takiego faktu. Hadżi Halef Omar opowiadał wam niedawno, w jaki sposób podszedłem was i podsłuchałem. Przypomnij teraz sobie, jak zachęcałeś swoich wojowników, aby wyśmieli twierdzenia Ben Akwila i jego ojca, a potem... przypomnij sobie swoje własne słowa: — „Jutro o tym czasie usłyszycie podobny śmiech szyderstwa wśród djabłów w piekle. Wasze nadzieje są płonne, dowodzenia niedorzeczne, a wiara oszukańcza. Allah, ani prorok, ani nawet Bóg niewiernych nie wydrze was z rąk moich i nie zapobiegnie okropnej śmierci...“ — Mówiłeś tak nieprawdaż? I czy bodaj przez myśl ci przeszło wtedy, że się stanie zupełnie inaczej? A jednak patrz: Bebbejowie odzyskali wolność, a ty natomiast dostałeś się do niewoli, i gdybyś był natrafił na ludzi podobnych sobie, byłbyś niezawodnie sam dziś usłyszał w piekle śmiech szatanów, którymi ich straszyłeś. Otóż ta okoliczność, że żyjesz jeszcze, jest cudem, dokonanym z woli tego samego Boga, który również cudownie uratował obydwóch skazanych na śmierć Bebbejów, jest więc cudem, dokonanym za pośrednictwem mnie i Halefa, za pośrednictwem dwóch słabych i ułomnych śmiertelników. Czy zaprzeczysz temu?
— Nie wiem, co na to odrzec, effendi...
— Przeciwnie, wiesz dobrze, ale wahasz się i ociągasz z wyznaniem swych myśli! A jednak z tym cudem wiąże się jeszcze drugi, może nawet większy. Sali Ben Akwil i ojciec jego byli waszymi wrogami, a oto teraz siedzą koło was, jako serdeczni przyjaciele, choć nie opłacili wam żądanej ceny krwi. Jeżeli i to byłoby tylko przypadkiem, to wkońcu gotów byłbym i ja uwierzyć, iż cuda nie dzieją się na świecie!
Teraz Szir Samurek zerwał się na równe nogi i wykrzyknął z zapałem:
— Teraz, teraz właśnie trafiłeś najmocniej do mego przekonania, effendi, zwyciężając mię ostatecznie! Jeszcze wczoraj nie byłby przewidział tego, co się przydarzyło, żaden człowiek na świecie. Otóż przyznaję teraz, iż zdarzają się na ziemi cuda i że sprawia je potęga owej miłości, którą głosisz nietylko słowem, ale i czynem. Wszak i dusza moja przeistoczyła się od wczoraj do tego stopnia, że sam siebie nie poznaje. I gdybym cię nie doświadczył dobrze, gdybyś mię czynami swemi nie przekonał o tem naocznie, uważałbym cię za podstępnego misjonarza, który zapomocą obrotnego języka stara się nawrócić moich współwyznawców na wiarę chrześcijańską. Twoje to czyny i dobroć twoja sprawiły, że wierzę ci teraz najzupełniej, i gdy będziesz się z nami rozstawał, poproszę cię, abyś nam pozostawił na pamiątkę dnia dzisiejszego mah et takid (woda świętych przekonań), któraby przez długie czasy orzeźwiała nasze serca miłością ku tobie i radością... Czy zamierzasz odwiedzić jeszcze kiedy ponownie krainę Kurdów?
— Bóg raczy to wiedzieć... Jak On zechce, tak się stanie.
— O, mam nadzieję, że dobry Bóg ci pozwoli przybyć do nas jeszcze! A wówczas przyjmiemy cię jak przyjaciela, jak brata... — Teraz pragnąłbym dowiedzieć się czegoś jeszcze od ciebie o Ukrzyżowanym i jego dwunastu hawarijun (Apostołowie). Szkoda, że tak prędko chcesz nas pożegnać...
Uczyniłem zadość żądaniu Szir Samureka, opowiadając rozmaite zdarzenia z biblji i uzupełniając je przykładami z własnego życia. A miałem w tem pewien cel uboczny. Oto, jak wiedzą już czytelnicy z poprzedniej treści opowiadania, Kelurowie wybierali się na rabunek nad granicę perską. Postanowiłem tedy odwieść ich od tego zamiaru przez rozmaite zręcznie dostosowane ostrzeżenia, tak, że nikt, oprócz Ben Akwila, nie zrozumiał mego celu. Doprowadziłem też do tego, iż Szir Samurek sam wkońcu zwrócił się do mnie z zapytaniem:
— W takim razie i nasza wyprawa na granicę Persji byłaby zbrodnią... Jak myślisz, emirze?
Rozmyślnie nie odpowiedziałem wprost na to zapytanie, udając, że nie miałem tego na myśli, i tylko niby mimochodem zaznaczyłem, że tego rodzaju napady są istotnie zbrodnicze i potępienia godne. Wywiązała się nad tem żywa dyskusja między nim a jego wojownikami, przywykłymi do zbójeckiego rzemiosła i uważającymi rabunek za czyn honorowy i rycerski. Pokusa była wielka, bo szło przecież o znaczne zdobycze, a przytem zawrócenie z przedsięwziętej wyprawy do domu w połowie drogi tak sobie, bez ważnej przyczyny, uważali Kelurowie za coś hańbiącego, równającego się tchórzostwu. Zadanie więc moje było trudne, dało się jednak przeprowadzić właśnie dlatego, że postępowałem umiejętnie, niemal chytrze i powoli, z pozorną obojętnością. I oto wkońcu Kelurowie zgodzili się wreszcie na zaniechanie rabunkowej wyprawy, a natomiast postanowili urządzić wielkie polowanie.
Jeden tylko Sali poznał się na moich tajemnych zamiarach, i przy sposobności wziął mię pod ramię, a odprowadziwszy na bok, rzekł:
— Jesteś bardzo niebezpieczny, effendi, bo umiesz kierować ludźmi, jako sam zechcesz, nawet wbrew ich woli. Szczęście, że nie ku złemu, lecz ku dobremu zmierzają wszystkie twoje czyny; w przeciwnym razie byłbyś najszkodliwszym człowiekiem pod słońcem!...

Późna noc była, gdyśmy się udali na spoczynek.

Nazajutrz Kelurowie zwinęli obóz już o świcie i wybrali się w drogę. Postanowiłem towarzyszyć im tylko do końca doliny, a potem jechać wprost do Khoi. Szir Samurek ostatni dosiadł konia, przedtem jednak wręczył mi pieniądze oberżysty, mówiąc:
— Podziwiam cię, effendi, że aż do tej chwili nie upominałeś się o pieniądze. Oto je masz! Oddając ci je, dopełniam ostatniego z warunków, jakie mi postawiłeś.
I ruszył na samym końcu swego oddziału, a za nim podążył nezanum z ludźmi z Khoi, którzy otrzymali napowrót swoje rzeczy.

Ja z Halefem udałem się jeszcze do kaplicy, aby tam bodaj przez chwilę podumać nad wypadkami, których byłem świadkiem i sprawcą. Przyłączyli się do nas obaj Bebbejowie.
Gdyśmy wracali, Ben Akwil rzekł do mnie:
— Pożegnamy cię tutaj, effendi, bo drogi nasze w przeciwnych rozchodzą się kierunkach. Pamiętaj jednak, iż czyny twoje i słowa utkwiły w duszach naszych na wieki. Za twojem pośrednictwem doznaliśmy wielkiej łaski niebios, i dlatego serca nasze przepełnione są dla ciebie niewymowną wdzięcznością. Jeżeli Allah spełni moją prośbę, to spotkamy się z sobą jeszcze w życiu, a spotkamy się jako przyjaciele, bez względu na to, czy znajdę Mahdiego, czy też ową gwiazdę promienną, którą ty mi przepowiedziałeś. Niechże tedy aż do chwili ponownego naszego spotkania i na zawsze towarzyszy ci błogosławieństwo Allaha!

Dopędziliśmy wkrótce Kelurów i pożegnaliśmy się z nimi, oczywiście na sposób wschodni, więc obsypując się wzajemnie mnóstwem pięknych słów, tym jednak razem naprawdę szczerych i serdecznych. Byliśmy wszak przyjaciółmi...

Potem, gdyśmy wraz z resztą ludzi, wypuszczonych przez szeika z niewoli, znaleźli się na drodze do Khoi, zaczął Halef:
— Wiesz, sihdi, że pożegnanie nie należy do rzeczy bardzo wesołych, skoro w kącikach oczu pojawiają się krople łez... No, ale pocieszam się tem, iż czyny, przez nas tutaj dokonane, będą w naszem życiu jaśniały jak perły drogocenne. Nieprzyjaciele nasi stali się nam przyjaciółmi, a skóry z trzech młodych niedźwiedzi będą najlepszym dowodem naszego bohaterstwa i odwagi. Co do mnie, teraz, po tem wszystkiem, czuje się o wiele lepiej, niż w owej chwili, gdy wisiałem na gałęzi topoli, wyrzucony przez zawadjacką tulumbę. A niechże tę sikawkę obsiędą wszyscy djabli na podobieństwo roju pszczół i zjedzą ją, jakeśmy zjedli cztery sztuki niedźwiedzi!
Powracający z nami obywatele Khoi silili się na okazanie nam wdzięczności za doznane od nas dobrodziejstwa, aleśmy się trzymali od nich zdaleka, gdyż nawet najprzedniejszy z nich dygnitarz, nezanum, którego mądrość, wedle pojęcia oberżysty, była o wiele większa od mojej, nie budził we mnie zbytniego zachwytu i nie było się z kim zaprzyjaźniać. — —

Przybycie nasze do Khoi wywołało w miasteczku niesłychane zbiegowisko. Przed gospodą zgromadziły się całe tłumy ciekawych, a Halef miał znowu sposobność popisywania się swoim talentem oratorskim.
W siódmem zaś niebie uczuł się nasz oberżysta, otrzymawszy napowrót zabrane sobie pieniądze, a jego żona ze łzami w oczach wyznała mi, iż mąż jej, wyrzekłszy się raz na zawsze trunków, dotrzymuje słowa i nie oddaje się już pijaństwu. — —

Pozostaliśmy w Khoi pięć dni, w ciągu których mieszkańcy miasteczka nie szczędzili nam dowodów życzliwości. Jeden tylko aptekarz wrogo był dla nas usposobiony i chciał nas nawet zaskarżyć o kradzież jego koni, ale zaniechał tego zamiaru, żądając wzamian odszkodowania. Gdy się zjawił u nas w izbie z tem żądaniem, Halef oświadczył gotowość wypłacenia mu pewnej sumy, ale nie w złocie, lecz w uderzeniach swego batoga ze skóry hipopotama. Przestraszony tą propozycją aptekarz uciekł, dając za wygranę, i tylko, gdyśmy odjeżdżali, patrzył za nami wzrokiem pełnym nienawiści.
Rzecz prosta — niewieleśmy sobie z tego robili...

Koniec



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.