Lutnia. Piosennik polski. Zbiór drugi/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Lutnia. Piosennik polski. Zbiór drugi
Wydawca F. A. Brockhaus
Data wydania 1865
Druk F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


LUTNIA.


PIOSENNIK POLSKI.


ZBIÓR DRUGI.
F. A. Brockhaus Lipsk logo.jpg



LIPSK:
F. A. BROCKHAUS.

1865.

Drukiem F. A. Brockhausa w Lipsku.





PODŹWIĘK.

I powstałeś ludu Piasta! —
Krwią pociekły wsie i miasta
Z krwi twej pieśni zwój!
Twoja lutnia złoto-krwawa
Z nowej śmierci i ran łzawa,
Śpiew pogrobny twój!

Uderz w lutnię krwawą ręką
Niech zawyje twoją męką
Niby w sądu róg —
Niech kraj, wyciem tem owiany,
Wstrząśnie nowe swe kajdany —
A struchleje wróg!

Nie wygnałeś tego wroga —
W grobie Polski wolność błoga
W grobie orzeł biał!

Lecz on w grobie nie na wieki!
Czas ożycia nie daleki
Szczęściem będzie wiał!

Bo powstaniesz ludu Piasta!
Krwią pocieką wsie i miasta —
Walką pieśni zwój.
Zabrzmi lutnia złoto-krwawa:
«Synu Piasta! sława, sława!
Górą orzeł twój!»

E. K.





BÓG WZIĄŁ, BÓG DA.


WSTĘP.

(POWITANIE.)

Witam was, bracia, a witam boleścią:
Cień matki naszej w pośrodek nas wkroczył
I tchnienie grobu dokoła roztoczył.
Ta cisza jędzy[1] jej cierpień powieścią.
W tym blasku dniowym widzę jasność smętną:
Jak jasność lampy co oświeca groby,
Na wszystkich duszach widzę kir żałoby,
Na wszystkich ciałach męczenników piętno.
A dalej, dalej, jak za bożym światem,
Rodzinna ziemia biedna, opuszczona,
Nurza się, tonie w krwi własnego łona,
Drga w każdym członku pod zbestwionym katem.

A my, do losu naszego przykuci,
Musimy słuchać i patrzeć bezwładnie,
Aż jęk ostatni z jej piersi wypadnie —
Aż wysileniem ostatniem się rzuci,
Aż pieśń zwycięzką jej zbójca zanuci!
Wszystko to widzieć musimy i słyszeć,
I tylko zemstą tak niepewną dyszeć;
Jak my bezsilni, losem naszym skuci!
Ciężka to boleść, o! nad biady biada!
W obliczu złego tak zostać bez mocy,
Bez żadnej gwiazdy zostać w takiej nocy! —
Tu upaść duszy — a jednak nie pada —
My mamy serca, a w nich miłość mamy.
Dopóki tu drga, dopóki tu gore,
Tę śmierć narodu miejmy za snu zmorę,
A te ciemności za dnia jego plamy.
Tu życie nasze. Jak w boskiej iskierce
Słońca bez liku leżą w swem nasieniu,
Tak leżą w naszej miłości płomieniu
Ziarna przyszłości: żyjem dziś przez serce.
Tu apostolstwo, tutaj język ludu:
Przezeń jest mędrcem najmniej umiejętny;
Pojmie go każdy, choć najmniej pojętny,
A słowo serca stanie zamiast cudu.
Tu siła nasza: w serca-to przybytku
Bóstwo odprawia tajnie poświęcenia —

Tylko moc serca w roskosze zamienia
Straty i bóle dla bliźnich pożytku.
Tu wszystko nasze. Ah, żywny święcie
Te narodowej miłości zarzewia;
Niech je bez przerwy śród piersi rozkrzewia
Ofiara z tego co jest im na wstręcie:
A żar ten czasem w płomień się wzmoże,
Zbliżonych piersi zapory obali,
Serc miliony w jeden stos rozpali,
Powionie przez świat jako tchnienie boże —
Ognistych deszczów przechyli się czarą,
Zasypie wroga zniszczenia persyną;
I stanie słońcem nad Polski dziedziną! —
Żegnam nam was, bracia, miłością i wiarą.

S. Goszczyński.





BOŻE!

„C’est lui, c’est le jour!
C’est lui, c’est la vie!
C’est lui, c’est l’amour!“
Lamartine.

Gdy boleść wstrząsa
Piersią wzburzoną,
Ja, wielki Panie,
Klękam w pokorze,
I drżącą dłonią
Przyciskam łono —
I wołam smutno:
Odpuść mi Boże!

I słyszę z nieba
Natchnione głosy —
Przed Twą potęgą
Dumę swą korzę —

Myśli i czucia
Biją w niebiosy...
Ja szepczę z cicha:
Pociesz mnie Boże!

Pociesz strapionych
Braci mej ziemi,
Co w obcych krajach
Walczą w pokorze —
Niech gwiazda szczęścia
Błyśnie nad niemi —
Niech w swej ojczyznie
Modlą się, Boże!

Pociesz te dusze
Które znękane —
Łzami śmiertelne
Zlewają łoże —
Wlej w pierś ich wiarę —
I zagój ranę —
Oto cię błagam
Wszechmocny Boże!

A tym, co tylko
Miłością żyją —
Wspomnij że szczęście
Skończyć się może —

Że i słodycze
Truciznę kryją —
O to Cię błagam
Wszechmocny Boże!


Kamieniec Podolski.
18 Września 1859. „Z wiosny.“




DO BOGA.
(Na nótę: O Boże dobry, usłysz nasze modły.)

Z gruzów więzienia wołamy do Ciebie:
Wróć nam Ojczyznę, o Boże na niebie,
Bez której równie, jak bez Ciebie, Boże!
Nikt żyć nie może.

Ojcowie nasi twierdz żadnych nie znali.
W piaskach, na skałach kościoły stawiali,
Tobie się dali — Ty miałeś być mężnym
Marsem potężnym,

Gdy Twój przyjęli zakon uświęcony,
Miecza dobyli dla jego obrony,
Dziesięć go wieków, dopóki nie padli,
W pochwy nie kładli.


Tobie zdobycze, Tobie wszystkie trudy,
Tobie okolne hołdowały ludy.
I gołą piersią od pogańskiej stali
Resztę zbawiali.

Ani ich zmogły pogańskie napady,
Ani zakonnych odstępców Twych zdrady;
Za to od Ciebie mieli sobie daną
Wolność kochaną.

Wiara i wolność to były ich hasła!
Aż wiara — wolność, w ich sercach wygasła;
Tyś twarz odwrócił, a oni spętani
Obcym poddani.

Ze snu gnuśnego dzisiaj ocuceni,
O Boże Ojców, biegniem do Twej sieni
Powróć już wolność na Sarmacką ziemię,
Dźwignij jej plemię.

K. Brodziński.





HYMN DO MATKI BOSKIEJ.

Na początku było słowo,
A słowo idące z Boga —
W czystość ciała lilijową,
Przyjęła panna uboga
Przez świętego ducha wiew —
Gdy nad schyloną w pokorze
Brzmiały wszystkie chóry Boże,
Wszech-pochwalny Panu śpiew.
Niebo całe, ziemia cała,
W jedną wielką pieśń się zlała,
Drżeniem twory przebiegł cud;
Przez to jedno Boże tchnienie
Rozjaśniło się stworzenie
Na wschodzącej prawdy wschód.
I co dla świata było tajemnicą,
Aniołom pieśnią, a szatanom trwogą,
Tobie się stało pod strzechą ubogą,
O przenajświętsza Dziewico!
Tobie klęczącej w obliczu obłoka,
Przepowiedzianej proroctwem proroka,
Poczętej w Bogu gdy poczynał świat;
Której oblicze rozjaśnił w jutrzence,

Na ziemi rozwił twe kształty panięce
W srebrzystej lilii kwiat.
O Panno! Panno, jakoś wielce zbożna!
Przez twe poczęcie, przez niepokalane,
Nie racz spoglądać na Polskę jak zdrożna,
Ale racz spojrzeć na ranę
Jakże głęboka, otwarta szeroko,
Jak z niej ostatnie włókna krwi się wloką,
Ostatni z piersi dobywa się dech;
Ludy bez serca i króle kamienie,
Pamięć stracona, zatyłe sumienie,
Niemiłosierdzie i śmiech.
0! Panno, Panno, jakoś łaski pełna,
Spójrz jak baranka potargana wełna,
Żałoby, jęki i rzeź;
W obliczu nieba zagniewanej twarzy,
Nad strasznie smętną krainą smętarzy
Oczy błagalne wznieś.
Spraw, niechaj Panno, jako w wieków dali
Na poświęconej blask nosimy stali
Przed nadchodzącą nieszczęść nawałnicą —
I niechaj kościół, gdy świat się zachwieje,
Z bark twej skrzydlatej wiary promienieje,
Boga Rodzico!

T. Lenartowicz.






MODLITWA.

Wielki Boże! wszak w Twej mocy
Wznieść skrzywdzonych, pysznych zgnieść.
Tobie wierny lud sierocy
Za swe męki składa cześć.
Zsyłaj męki! Ile siły
Podźwigniemy krwawy krzyż —
Jeno Panie, nad mogiły...
Zmartwychstania jutrznię zniż!
Bo snać my trwożni w naszej boleści,
Snać jeszcze wielki kala nas grzech,
Gdy wróg świątynie Twoje bezcześci,
Gdy znosim jego bluźnierczy śmiech.

Z jasnej góry Panno święta!
Niewiast jęk, dzieciątek płacz —
Usłysz, Matko Wniebowzięta,
I przebłagać Pana racz!
By nam wskazał nasze winy,
Wśród pokuty strasznych dróg;
Wszystkie córy, wszystkie syny
Ziemi naszej — zbratał Bóg!

Wszakże za jednym zamachem łamie
Głazy i drzewa ognisty grom —
Obyśmy wszyscy, jak jedno ramię,
Mogli z ciemięzców oczyścić dom!

Syn Twój, wśród męczeństwa chwały,
Wzywał z krzyża łaski Twej.
Z krzyża wzywa Cię lud cały,
Jego próśb wysłuchać chciej
Zbawca nasz w Twej łaski cudzie
Przelał za nas świętą krew —
Panie! myśmy tylko ludzie.
Wiec dla grzesznych skróć Twój gniew!
Bo Ty choć karzesz, ale i słyszysz
Jęki — i krzywdę niewinnych znasz.
Łzy nam ukoisz, jęki uciszysz,
Boś Ty nasz Ojciec, o Panie nasz!

Z pohańcami nie pierwszyzna
Na tej ziemi walczyć nam,
Dawny sztandar: Bóg, ojczyzna,
Wolność — u nas tenże sam.
Jak u ojców był na przedzie
W tylu bojach za cześć Twą
Tak i synów dziś powiedzie,
Co z pohańcem walczyć chcą.

Dłoń Twa wszystko dokonać może,
Światy z niczego, z męczeństwa cud.
Ach ojców naszych wszechmocny Boże!
Błaga Cię kornie sierocy lud.


1861 r. Wł. Wolski.





MODLITWA CODZIENNA.
(Na nutę: Kiedy ranne witają zorze.)

Boże Ojcze! Twoje dzieci
Płaczą, żebrzą lepszej doli;
Rok po roku marnie leci,
My w niewoli, my w niewoli!

Słowa Twoje nas stworzyły;
Każdy włos nasz policzony —
Boże! policz te mogiły,
Te płaczące matki, żony.

My już tyle krwi przelali,
Że nią zmyte ojców grzechy,
My już tyle łez wylali,
Że nie stanie łez pociechy. —


Boże! padłszy na kolana
Ścielem Ci się dziś w pokorze;
Polska łzami, krwią zalana —
Krwią i łzami wskrześ ją Boże!






MODLITWA POWSTAŃCÓW.

Na pobojowisku, pośród bratnich trupów,
Trzymając w swych dłoniach krwią zbroczone noże,
Krwi tyranów łaknąc, łaknąc nowych łupów,
Modlimy się dzisiaj krwią i łzami, Boże!

Zdala chat ojczystych — od matek daleko,
Od sióstr, których nigdy nie zobaczym może,
My z ojczystej trumny odrywamy wieko —
Modlim się do Ciebie krwią i łzami, Boże!

Już tysiące braci kryje Matka-Ziemia —
Innych żywych czeka w kazamatach łoże —
Ale nas nie straszą więzy ni podziemia,
Bo krwi liczysz krople i łzy nasze, Boże!


My pójdziemy znowu, kędy śmierć nas czeka!
Polak dzisiaj szablą przyszły zagon orze —
A na tym zagonie sztandar praw człowieka
Rozwiniemy wolni, z Twoją wolą, Boże!

O, bo żyć nie możem pod knutami wroga!
Nam więzienne kraty zaciemniają zorzę;
Pod naszemi stopy ginie ziemia droga —
Więc błagamy Ciebie: wróć nam Polskę, Boże!

Zgniotą nas tyrany — powstaniem na nowo!
I naostrzym znowu zardzewiałe noże —
I ginąc za ciebie, Wolności-Królowo,
Znów modlić się będziem krwią i łzami, Boże!

1. Września 1863. „Z wiosny.“





MODLITWA PRZED BITWĄ.
(Podług Körnera.)

Ojcze! ja wzywam Cię
W koło mnie warczą piorunne dział grzmoty,
Rażą mnie błysków szalone przeloty!
Bojów zarządco! ja wzywam Cię!


Ojcze! Ty prowadź mię —
Nie o bogactwa, o wolność to boje;
Bronim spraw naszych, tu ramię grzmi Twoje,
Śmierć, czy zwycięztwo, ja wielbię —
Ojcze uwielbiam Cię!

Ojcze! zasłaniaj mię,
Jeżeli grom śmierci mym oczom zabłyśnie
I dla Ojczyzny krew z żył mych wytryśnie:
Tobie o Boże oddaję się,
Ojcze błogosław mię! Amen.






MODLITWA SIEROT.[2]

Panno święta, my sieroty
Przychodzimy z wielkim płaczem,
Przed niebieskie twoje wroty,
Czy cię matko nie zobaczym.
I wołamy, matko droga,
Zapłacz ty naszemi łzami,
Proś za nami Pana Boga —
Panno! zlituj się za nami!

Łaskawemi rzuć oczyma
Nad nieszczęsną swą gromadką,
Dla nas nigdzie wsparcia nie ma —
Matko boża bądź nam matką!
Bez schronienia, bez okrycia,
Nieświadomi ludzkiej drogi,
Ach! my już ostatkiem życia
Upadamy przed twe nogi.
Ty wiesz panno nad pannami,
Jak to trudno żal wysłowić,
To powiemyć wszystko łzami —
Krwią i łzami będziem mówić.
Pani świata, Matko Boża,
Na leżące spojrzyj w prochu,
Słyszysz Ty o gwiazdo morza,
Pękającą pierś od szlochu?
Widzisz Ty o rajska różo,
Przyodziana w zorzę jasną,
Jak się nam niebiosa chmurzą,
Jak od płaczu oczy gasną?
Macierzyńskie Twoje czucie
Czyż nie wzruszą dzieci łkania?
Czyż nie słyszysz w naszej nucie
Że to straszny jęk konania?
Od tak dawna pieśń tęż samą
I te same wtórzym słowa,

Otwórz się o rajska bramo,
Jasna wieżo Dawidowa.
Liljo! rozwiej czucia wonie,
Różo! liść twój roztocz zloty,
Panno! ściągnij swoje dłonie,
Matko! okryj swe sieroty
Na wzburzonych wód otchłani,
W cieniach tracąc sił ostatki,
Niech nie błądzą jak bez Pani,
Niech nie giną jak bez Matki — —

T. Lenartowicz.





PIEŚŃ DLA LUDU, ŚPIEWANA PO
KOŚCIOŁACH W LUBELSKIEM
WOJEWÓDZTWIE.

Wielki Boże, przed Twym tronem
Zgromadzony lud twój staje,
I z czołem w ziemię schylonem
Głęboką cześć Ci oddaje.
Już nasze i ojców winy
Obmyte płaczem rzewliwym;

Myśmy Piasta Twego syny;
Bądź nam Ojcem litościwym!

Racz wspomnieć na Mieczysława!
On fałszywe stłukł bałwany,
I z zchylonemi kolany
Święte twoje przyjął prawa.
Wnukowie jego o Panie,
Potężnym krajem władali!
Tyś ich rozwiódł panowanie
Od brzegów Dniepru do Sali.

Tobie pierwszy z Jagielony
W skruszonego serca darze
Bratnie Litwy miliony
Przed święte przywiódł ołtarze.
Nad Dnieprem, Donem, przy Dźwinie
Świątynie Pańskie powstały,
Powiewał wspólnej rodzinie
Przy Pogoni Orzeł biały.

Błogosławiłeś im Panie;
Lecz gdyś odwrócił oblicze
Poszło nasze panowanie
Na obcych ludów zdobycze,

Zniósł z pokorą umysł męski,
Co tylko człowiek znieść może —
Wstrzymaj, wstrzymaj dalsze klęski
O Ty wielowładny Boże!

Już złożonym w ciemnym grobie
Powróciłeś iskrę życia —
Daj dzisiaj w całej ozdobie
Ujrzeć blask dawnego bycia.
Błogosław Boże krajowi,
Panom w radzie, wojsku w boju,
Dozwól twojemu ludowi
W pożądanym żyć pokoju.

Mnóż nasze żniwa i trzody,
Spuszczaj rosy pożądane,
Chowaj od wszelkiej przygody
Dzieci nasze ukochane.
Niech te słabe niemowlęta,
Co się kwilą w matek łonie,
Pokrzepia dobroć Twa święta
Ku twej chwale i obronie.

Trudy, znoje w skwarnym lecie
Daj nam ponosić cierpliwie,

Pewnym, że Ty w lepszym święcie
Nagrodzisz je litościwie,
A z smutnej chwili zbliżeniem
Niechaj wierni w Twym zakonie
Z czystem sercem i sumieniem
Usypiamy na Twem łonie.

J. U. Niemcewicz.





PIEŚŃ DO MATKI BOSKIEJ,
którą śpiewano w kongresowej Polsce podczas majowego
nabożeństwa w roku 1861.

Matko Chrystusa, Najświętsza Maryo!
Z jękiem przychodziła do twego ołtarza;
Lud Twój bezbronny dziki wróg zabija,
Rąbiąc krzyż Pański — Twój obraz znieważa!
Twojej litości błagamy ze łzami,
O Matko nasza, ujmij się za nami!

Na Jasnej Górze ukoronowana,
Królowa Polska, zwróć na nas Twe oczy;
Za nasze grzechy przebłagaj gniew Pana,
Ofiaruj krew tę, która wróg się broczy.

Twojej litości błagamy ze Izami,
O Matko nasza, ujmij się nad nami!

Choć srogie jarzmo zgniotło karki nasze,
W sercach jest miłość, nadzieja i wiara:
Odkryjem piersi na strzały, pałasze,
Niech nam Ojczyznę odkupi ofiara.
Twojej litości błagamy ze łzami,
O Matko nasza, ujmij się za nami!

Tyś w Częstochowie, święta nasza Pani,
Broniła Lud Twój od potęgi Szweda;
Dziś, gdy nas gnębią moskiewscy tyrani,
Niechże Twe ramie upaść Polsce nie da.
Twojej litości błagamy ze łzami,
O Matko nasza, ujmij się za nami!

W Bogu nadzieja nasza i obrona,
I w Twej przeważnej Maryo przyczynie!
Przy Twej pomocy, jeden stu pokona,
Ustąpią wrogi, Polska nie zaginie.
Twojej litości błagamy ze łzami,
O Matko nasza, ujmij się za nami!

W innych narodach, którym wolność świeci,
Obudź współczucie nad nieszczęsnym ludem:

O Matko! Matko! wysłuchaj Twe dzieci,
Wskrześ nam Ojczyznę jakimkolwiek cudem!
Twojej litości błagamy ze łzami,
O Matko nasza, ujmij się za nami!

Gdy Pan Zastępów tarczą nas zasłoni,
Powstanie nasza Ojczyzna kochana,
Dźwignie się silna, z nieszczęść swoich toni,
I będzie chwała imieniowi Pana.
Twojej litości błagamy ze łzami,
O Matko nasza, ujmij się za nami!

Wtedy w świątyniach, zkąd żałosne pienia,
Ze łzami dzisiaj wznoszą się do Ciebie;
Zabrzmią radosne hymny dziękczynienia,
A nasi święci powtórzą je w niebie.
Twojej litości błagamy ze łzami,
O Matko nasza, ujmij się za nami!

Cześć chwała Bogu w Trójcy jedynemu,
Ojcu, Synowi, Duchowi świętemu;
Sława Maryi, bo dla Jej przyczyny,
Bóg miłosierny odpuści nam winy.
Twojej litości błagamy ze łzami,
O Matko nasza, ujmij się za nami!






PIEŚŃ DO PANA JEZUSA.
(Na nutę: „Z dymem pożarów.“)

Z tej naszej nędzą ściśnionej ziemi
W niebo się wznosi błagalny jęk.
O! nie gardź Panie, modły naszemi,
Przyjmij łaskawie tej pieśni dźwięk:
Bo tylko w Tobie nam biednym lśni
Promień nadziei w te smutne dni.
Serce Jezusa, błagamy Ciebie,
Zlituj się, zlituj i Polskę zbaw!

Niech się Twe serce wzruszy, o Panie!
Wstrzymaj, ach! wstrzymaj dalsze karanie,
Widokiem tylu bolesnych ran —
Tyś taki dobry Ojciec i Pan!
O! nie odrzucaj modlitwy tej,
Bo miłosierdzia wołamy w niej.
Serce Jezusa, błagamy Ciebie,
Zlituj się, zlituj i Polskę zbaw!

To prawda Panie, żeśmy grzeszyli,
Ze winy nasze bez liczby są,
My na Twą litość nie zasłużyli,
Lecz Ty nie gardzisz pokuty łzą.

A my ze łzami łączymy krew,
Aby Twój boski przejednać gniew.
Serce Jezusa, błagamy Ciebie,
Zlituj się, zlituj i Polskę zbaw!

Dzisiaj w żałobę naród przybrany,
Korzy się, Panie, u Twoich stóp.
O Jezu! widzisz łzy, krew, kajdany,
I świeży jeszcze męczeński grób.
O, my tak długo cierpiemy już!
Niewoli naszej okowy skrusz!
Serce Jezusa, błagamy Ciebie,
Zlituj się, zlituj i Polskę zbaw!

Panie! my zemsty wcale nie chcemy,
Za wrogów naszych błagamy Cię,
My tylko jarzmo zrzucić pragniemy,
Pod którem serce tak krwawi się —
O dobry Jezu błogosław im!
Ale walcz za nas orężem Twym.
Serce Jezusa błagamy Ciebie,
Zlituj się, zlituj i Polskę zbaw!

Maryo, królowo Polskiej korony,
O patrz jak cierpi Twój biedny lud,

Jak rzewnie Twojej wzywa obrony, —
Ach miłosierdzia uproś nam cud!
Przez czyste serce tej matki Twej,
Przez miecz co duszę przeszywał Jej,
Serce Jezusa, błagamy Ciebie,
Zlituj się, zlituj i Polskę zbaw!






PIEŚŃ ŻOŁNIERSKA W BOJU.

Boże potężny, daj poledz od razu,
Niech się wróg z więzów mych nie naigrywa.
Ani daj jego pastwić się żelazu,
Niechaj śmiertelna kula mię przeszywa.

Wszak wolno prosić, wielki niebios Panie!
A jakie Twoje nastały wyroki,
Niech się tak święta wola Twoja stanie —
Tylko za grzechy przyjmij żal głęboki.

Gdy już ustawać będzie serca bicie,
Ogień śmiertelny pocznie piersi trawić;
O! usta moje, wy jeszcze pomnijcie
Boga naszego imię błogosławić.


Starych przestrogę słyszałem żołnierzy,
Gdy w czyje piersi zgubny grot uderzy,
Niech rzec pospiesza „Bądź litościw Panie!“
To zaraz lekkie nastąpi skonanie. —






PIOŁUNOWY HYMN.

Po gromach burzy, po nocach zwątpienia,
Wstajesz o jutrznio w ciszy majestacie,
I nad sennemi głowy pokolenia
Ciskasz grom wiary w szkieletów postacie.
Panie! o Panie! zbudź nadzieje w niebie,
Ciśnij grom ducha ponad śpiącem ciałem!
Krzykiem narodu głos woła do Ciebie —
Po strunach arfy zgrzytnąłem kindżałem —
Panie, o Panie, wołam Ciebie zrana
Krzykiem mej duszy, młodości zapałem,
Jam lud mój kochał piersią pelikana,
Więc jady żmii z nóg jego wyssałem! —
O! ssałem matki przygwożdżone stopy,
Ręką szatana przykute okropnie,
Krew jej rzucając w oczy Europy —
Lud mózgiem ducha mąk swych znaczył stopnie!

Pojrzałem w górę, a niebo tak czarne,
I tylko jedna — jedna nocy chmura,
A na jej łonie straszydła poczwarne
Apokalipsy bestya mórz ponura —
Wtedym się porwał potężny boleścią,
Co po mych strunach uderzyła knutem,
I gwóźdź wydarłem z nóg jej, a z bezcześcią,
Stałem nad świata spruchniałym Mamutem!
W obszarach świata wyła dzika burza,
Jak dęby rosły, padały narody —
Ale się we krwi zbroczonej świat nurza,
Tocząc na Baala babilońskie gody.
Ach! a na imię i krew Zbawiciela
Takiego ludu, jak mój tu, nie było!
Głosy Hellady — Romy — Izraela
Przebrzmiały w wiekach gdzie tylko „Ja“ żyło.
Lecz lud mój duszą — cierpieniem wszech ludów
Nim nie zachwycić się?... do jego cudów
Miłością nie oszaleć?... gdy anioły
Tam na sąd, z urny płyną przez żywioły —!
I każdy anioł kładł przed oczy Pana
Tę popielnicę jasną świętych kośćmi,
A lud mój duchem był ziemi kapłana
Uniesion w ogniach po nad świata złośćmi —
Co nie zapieją jeno jak przysięgli,
Acz mrą codziennie w nędzy i rozpaczy;

Bo z swego łona świt ducha wylęgli —
Grom odkupienia upadl w jego łono.
On porwał kulę tej ziemi w ramiona,
On ją przycisnął do wieszczego łona
I rozgrzał — piersią na krzyżu skrwawioną!
O duchu święty! iskro zmartwychwstania,
Spłyń! o spłyń skrzydły orlicy białemi,
W gromów odgłosach — w pośród ziemi drgania
O! boś ty orłem białym naszej ziemi!
Ernest Buława.





PROŚBA.

Błogosław Boże rolnika dłoni,
Nie dopuść nigdy nań głodu.
Gdy sieje, niech mu skowronek dzwoni,
Gdy zbiera, użycz mu chłodu.

Błogosław ludziom, którzy twą wolę
Spełniają w bratniej miłości.
Jasną im ciszą opromień dolę;
Twój anioł niech u nich gości.


Nam budzicieli wielkich, o! Panie,
Harfiarzy daj miłujących
A kiedy naród zbudzon powstanie,
Daj wodzów w naród wierzących!


1859. M. Romanowski.




PSALM DAWIDOWY.

Nad wodami Babilonu
Siedliśmy tułacze,
Opłakany los Syonu
Nasze wzmagał płacze.

Nasze lutnie na gałęzi
Wisiały przy fali,
Zdziwił się ten, co nas więzi,
Żeśmy nie śpiewali.

Woła hymnów czerń pogańska,
Co? my, Boże słudzy,
Dopuścimyż, by pieśń Pańska
Brzmiała w ziemi cudzej?


Jeźli stracę cię z pamięci,
O święty Syonie!
Niechaj śpiew mię już nie nęci,
Niech uschną me dłonie —

Niechaj język mi strętwieje
Wiecznie oniemiały,
Gdyby w Tobie me nadzieje
Mych łez nic przetrwały.

Wiesz, o Panie, co zły Edom
Rzekł sercem zawziętem:
„Przydawajmy biedy biedom,
Niech ginę ze szczętem“.

Ale chwila nie daleka,
Babilońska córo!
O, i ciebie odwet czeka
Pod Syońską górą.

Na wiek wieków temu błogo,
Kto twe dzieci małe
W dłoń pochwyci, pomstą srogą,
I strzaska o skałę!

Wiktor z Baworowa.





SALVE REGINA.

Bądź pozdrowiona bez zmazy poczęta,
W której przedwieczne zamieszkało słowo,
Bądź pozdrowiona o Maryo święta —
Bądź pozdrowiona Królowo!

Bądź pozdrowiona stroskanych nadziejo;
Uproś nam Pani długich cierpień kres;
Jakież bo łzy się i poty nie leją.
Na tym padole łez?

W życiu wygnańczem, w cierpieniu obfitem,
Byśmy szatańską ominęli sieć,
Twojego płaszcza okryj nas błękitem,
W żywota nocy świeć.

A po wygnaniu nam sierotom Ewy,
Synaczka swego na niebiosach wskaż;
Niechaj anielskie zawiodą nam śpiewy:
Oto Zbawiciel wasz! —

O! litościwa, łaskawa, o! słodka,
Niech głosy nasze do Ciebie się wzbiją,

Niech nas już nowa niedola nie spotka,
Matko Maryo!

Taka bo nędza że serce rozsadza,
Taka bo susza że nikt się nie modli,
Taka bezbożność że piekło sprowadza,
I codzień podlej. —

Zacz nam wypadło po tej grobu stronie,
Zanim nas przepaść wieczności otoczy,
Czoło w płomieni już nosić koronie.
I widzieć duchy cielesnemi oczy?
Ach i przeczuwać zatracenia mękę,
Dla naszych ojców i dla naszych win?
O! Pani świata, ściągnij ku tym rękę,
Za które skonał Twój Syn.
Lilja co w niebo czystością wybuja,
Wesel się gwiazdo niebios — Alleluja.

Święta, pogodna, w łonie nosić godna
Tego, co z piekłem wieczny zrobił przedział —
I z martwych powstał jako był powiedział —
Alleluja.

Módl się za nami grzesznymi,
Synami ziemi — Alleluja.

R. 1856. T. Lenartowicz.





ŚPIEW DO BOGA.

Boże Ojcze! Twoje dzieci
Płaczą żebrzą lepszej doli;
Rok po roku marnie leci,
My w niewoli, my w niewoli!

Słowa Twoje nas uczyły
Każdy włos nasz policzony —
Boże, policz te mogiły,
Te płaczące matki, żony —

My już tyle krwi przelali,
Że nią zmyte ojców grzechy —
My już tyle lat płakali,
Że nie stanie łez pociechy.

Boże patrz — my na kolana,
Ścielem Ci się dziś w pokorze —
Polska łzami, krwią zalana,
Krwią i łzami wskrześ ją Boże!

A gdy będzie już swobodna,
Gdy nam łzy przestana płynąć —

Tobie chwała Boże godna —
Żeś nam nie dał marnie zginać!

Że tak będzie, serce czuje,
Dusza myślą w niebo wzlata.
Polskę naszą Bóg miłuje —
I wskrzesi ją w krótkie lata. Amen.






STABAT MATER.

Wiatr w przelocie skonał hyżym,
Przeniknęła ziemię zgroza,
Krzyż na skale, a pod krzyżem,
Stabat mater dolorosa.

Żadnych słów i żadnych głosów —
Krew z korony Bożej spływa;
W obec Boga i niebiosów,
Stała matka boleściwa.

Na konania patrząc bole,
Rany, pręgi od powroza,
Na łzy oczu, cierń na czole,
Stabat mater dolorosa.


Konająca od współmęki,
Przyjmująca śmierć za żywa,
Cierń i gwoździe Bożej ręki,
Stała Matka boleściwa.

Jak raniona szybkim strzałem,
Deszczem łzy wylewa brzoza,
Z takiem sercem przebolałem,
Stabat Mater dolorosa.

Czując męki w piersi wzdętej,
Jak się życie w łzy rozpływa,
Łza przepada w uśmiech święty,
Stała Matka boleściwa.

Jak świat wielki opuszczona,
Gdy ją zdjęła życia zgroza,
Przerażona, że Bóg kona,
Stabat mater dolorosa.

Z wysokości więc boleści,
Która ludzkie gładzi grzechy,
Na jęk trwogi, żal niewieści,
Jeszcze promień spadł pociechy.


„Nie zostawię cię sierotą,
Ukochana do ostatka,
O! niewiasto, Syn Twój oto,
Janie! oto Twoja Matka!“

O! pociecho jakżeś sroga,
O radości z sercem sprzeczne!
Za człowieka oddać Boga,
Za doczesne oddać wieczne.

O! Maryo nie gardź nami,
Patrząc na łzę co nam ścieka,
Że częstokroć mniej kochamy
Stwórcę Boga niż człowieka.

Oczyść nas Twej szaty płótnem,
Jednym wiewem złotej poły,
Niech się kocham w życiu smutnem,
I w wieczności Twej wesołej.

A w dzień zgonu bolejąca,
Nim do wiecznych zejdę mroków,
Niech mi żal nie będzie słońca,
I powietrza i obłoków!

T. Lenartowicz.





W CZASIE WOJNY.

Boże łaskawy, przyjmij płacz krwawy
Upadających ludzi:
Sercem wzdychamy, łzy wylewamy,
Niech prośba łaskę wzbudzi.

Polska korona, wielce strapiona,
Żebrze Twojej litości:
Jednejże matki, niezgodne dziatki,
Szarpają jej wnętrzności.

A nieprzyjaciel, wziął sobie na cel,
Ach nieszczęśliwa dola!
Z tak znamienitej Rzeczypospolitej,
Uczynił dzikie pola.

Już nie masz dawnych, rycerzów sławnych,
Ręka się Turków wznosi:
Młódź się została, i to niecała,
Śmierć ranne żniwo kosi.

Gdzież są rycerze, bitni żołnierze,
Gdzie ich męztwo ich siła:

Z niemi pospołu, poszła do dołu,
W grobie się położyła.

Ani gromada, ni ludzka rada,
Plac wygrywa w potrzebie:
Szabla tępieje, serce truchleje,
Gdy Boże nie masz Ciebie.

Nic nie pomoże, ach mocny Boże!
Żadna nasza potęga:
Gdy Twój żarliwy, gniew sprawiedliwy,
Za grzechy nas dosięga.

Najwyższy Panie, mocny hetmanie,
Dobądź oręża twego:
Uśmierz pogany, ulecz nam rany,
W sławie Imienia twego.

Bądź tarczą mocną, dzienną i nocną,
Załóż granice złemu:
Rozprosz tyrany, daj pożądany,
Pokój dziedzictwu twemu.






W PRZYGODZIE.

Częstochowska Pani, o nasza!
Z nieba mię wpomódz racz,
Ot biednam dziecina lasza,
Zawodzę cichy płacz.

Kiedy kościoł duszy, co widny
Jak źródło do dna, w głąb,
Zamąci brzydki, ohydny
Pocisków chciwych ząb;

O to ciszy trzeba — Anielska —
W laskę mię swoją tul,
Abym jak w grzyby i w zielska,
Nie porósł w własny ból.

O mam ja moc! ciężar na ramię
Ogromny nałóż mi;
Lecz niech mię tylko nie łamie
Ta gorycz cichej łzy.


Częstochowska Pani, o nasza!
Od smutku Ty mnie chroń:
Bo mnie do kosy, pałasza
Potrzebna jasna skroń!


Warszawa, 1863. A. S....




„DO PRACY!“


PRZEDŚPIEW.

Daremnie bredzą czcze ogólniki,
Że gdy czyn mówi, umilka śpiew.
Wojsku do boju trzeba muzyki,
Wichru dla spiekłych od suszy drzew,
Ziemi do plonu ziarna potrzeba,
A ludziom zawsze westchnąć do nieba.

Wśród broni szczęku, wśród krwi rozlewu,
Na wielki obrzęd wolności dni,
Musi zadźwięczyć srebrny dzwon śpiewu,
Jeżeli serce prawdą w niem brzmi.
I jak dziś — jednym powietrza drganiem
Woła do wszystkich, że zmartwychwstaniem!

A więc spojrzyjmy, bracia śpiewacy,
Na polskiej ziemi, po stronach wszech,

Do naszej broni, do naszej pracy
Bieżmy od komnat do kurnych strzech!
Tam — jeszcze przesąd obelgi miota,
Tu — stara nędza, stara ciemnota.

A chytry potwór pomiędzy niemi
Pełza, rozbratu rozlewa jad;
Gdziebądź podpełznie kłęby ślizkiemi,
Tam swój plugawy zaciera ślad.
I są, co widzą żądło potworu,
Podli — i nie chcą zakończyć sporu.

Stańmy u matki zabitej grobu,
Co wychyliła świętą twarz swą,
Stańmy ze śpiewem do braci obu —
Godźmy, co jedną Bóg zgodził krwią.
Z przesądem walka — a dla ciemnoty
Cierpliwa litość — więc do roboty!

Stańmy u grobu drzwi odemkniętych,
We krwi, co broczy próg w chwili tej
I z matką chlubmy się z jej ran świętych,
Bo wróg je zadał, nie dzieci jej.
Wróg pierzchnie, ona przy strzałów chórze,
Wyszła już z grobu w męczeństw purpurze.


Nad hełmem orzeł biały wzlatuje,
Niezwyciężony w dłoni jej miecz,
Jako psy wściekle — zawyły zbóje,
Kąsają oślep — i pójdą precz.
I męczennica w imię swobody
Staje znów — jasna — między narody.

Lecz aby przed nią horda mongoła
Prędzej pierzchnęła w jej mroźny wschód,
Matka nam każe i do nas woła:
Garńcie, podnoście siermiężny lud!
A kogóż święty głos jej nie skłoni?
Bracia śpiewacy — do naszej broni!

Wł. Wolski.





AUDACES JUVAT FORTUNA.

Komu to duszno? Kto tu znużony
Walką, w zwycięztwo nie wierzy?
Czy się wyrzekły duchów miljony
Krwi swych słonecznych szermierzy?
Czy do poświęceń nie ma nikogo?
Czy natchnień pękła już struna?
Precz! małoduszni z twarzą złowrogą —
Audaces juvat fortuna!

Żyzna ta ziemia w krew i w nieszczęście,
Kochanka śmierci aniołów:
Lecz się jak Fenix w orężów chrzęście
Do życia budzi z popiołów.
Krwią się nasz zasiew krzewi i pleni —
Z pod grobowego całuna
Wstańmy, i wzlećmy życiem płomieni! —
Audaces juvat fortuna!

Ho ho! nie straszcie wy nas grobami,
My znamy czarne ich wnętrza.
A czem gorętszy piorun nad nami,
Tem nasza miłość gorętsza.

Ręka do ręki na uścisk bratni!
Nam śmierć na polach — nie truna;
Upadnie pierwszy, stanie ostatni —
Audaces juvat fortuna!

A czy zwycieżym? Któż ptaków pyta,
Czyli przelecą przez morza?
Dla płochej rzeczy droga ubita,
Na mężnych leży moc boża.
Skłońmy się Bogu i Pannie świętej
O oręż, o moc pioruna.
A kto raz zadrży, trzykroć przeklęty —!
Audaces juvat fortuna.


1860. M. Romanowski.




BACZNOŚĆ.
I.

Bracia, dni parę, a światło świata
Zaćmi się, zniknie, jak dzień ulata,
Słońce pokoju zakryje chmurą
Płodną w pioruny, śmiercią ponurą!

Miliony życia ta śmierć ostudzi,
Miljony uczuć we krwi obudzi,
Łuną pożaru serca zagrzeje,
Ludom ożywi nowe nadzieje. —
Niejedne więzy pękną szczęśliwie
Skruszone męztwem z cnotą w ogniwie —
Niejedno życie zniknie z błękitu,
Co w męce brata łakło zaszczytu.
Aż gdy upłynie złego czyszczenie,
Słońce wolności ześle promienie.
Baczności, bracia! oto dla nas chwila!
W ramie broń, na pierś krzyż i orzeł biały —
Niechaj się miłość, odwaga wysila —
Wrogom — krew za krew — oto zawód cały!


II.

Bracia! dni parę, a spadną pęta,
Zawionie Polski chorągiew święta —
Pod onej cieniem jej krew popłynie —
Tylko z odwagą w blizkiej godzinie
Chwyćmy za oręż bez polityki,
Zruciwszy ludzkiej złości płaszczyki!
Niechaj zaginą w miłości na dnie
Zwady — różnica stanów przepadnie

I jako jeden mąż wiarą silny,
Powstańmy razem — bój nieomylny!
Wschodu, Zachodu, Południa, Nocy —
Zbudzą się ludy ze snu przemocy,
Podadzą wzajem przyjazne dłonie,
A świat zbiedniały krwią wroga spłonie.
Baczności, bracia! żegnajmy rodzinę.
W pierwszy znak naprzód! uderzmy na wroga!
I choć z nas wielu cień śmierci nie minie,
Polsce duch za duch — wszak dla niej śmierć błoga!


III.

Bracia! dni parę, orzeł dwugłowy
Rozpocznie znowu na wolność łowy;
Niedźwiedź północy — zbój naszej wiary,
Na zbójców chrześcian znów pragnie kary.
Czarny przedrzeźniacz orła naszego,
Chwyta się chętnie związku podłego;
I po staremu w krwawej jedności,
Pogonią razem na żer wolności!
Bracia! choćby my szczęściem dychali,
Powinność nasza wydobyć stali
Na pomoc braciom każdego nieba! —
Przemoce wszędzie zwalczać potrzeba.

Ręczę — chwyceni szczytnym przykładem,
I inne ludy mkną naszym śladem.
Baczności bracia! W bliźniego miłości
Rzućmy dom i w bój — cnej pracy nagrodą,
Choćbyśmy wszyscy legli dla wolności —
To z kości naszych wstanie Polska młoda!


IV.

Bracia! dni parę — — tak mało czasu!
Sposóbmy lud nasz i bez hałasu,
By wróg nie cofnął swojego kroku,
Niech słabość naszą ma wciąż na oku.
Cicho — zamknąwszy w sercu zamiary,
Szerzmy otuchę wolności wiary,
Gromadząc zemstę i męztwo w duchu —
A pewna siła walki wybuchu!
Niech wróg otwarcie do boju stanie —
My mu tył weźmiem — wraz — niespodzianie —
Padnie moc czarta — niecnej podniety —
I zanim tyran zajdzie do mety,
Sam się li ujrzy w mścicieli gronie —!
Wojsko — lud jak my — na naszej stronie!
Baczności! bracia! spiesznie a spokojnie,
Zbrójmy lud — bratni, z prostotą sposobu;

Nam raz ostatni wybić się w tej wojnie —
Nam dziś lub nigdy dźwignąć Polskę z grobu!


Lipsk, 1859. E. K.




BALET DE FACTO.

Lejcie się rymy strugą, kataraktą,
Albo jak Wulkan ziejcie ogniem, dymem,
Bo po jarmarku mam opiewać rymem
Balet de facto!

A więc mnie natchnij Praniewiczu boski!
A czego z pieśni twojej nie dosłyszę,
To mi podpowiedz co tam o tem pisze
Miller Kossowski.

«Mgła wież i kaplic wierzchołki przykryła,
«Sekwana Wyspę swym głuszy łoskotem.
«A miedź na miedzi, nót, miedzianym młotem
«Dziesięć wybiła.»[3]


Ryknęły trąby, zjechały się goście
Przed pałac krzywy, brudny i wielebny
Jak stary żebrak, a przytem potrzebny
Jak dziura w moście.

Wiekom go Matka-Narodu[4] wyrwała,
A myszom, szczurów wandalicznym hordom —
Pieśni, kurzawie, wilgoci — majordom
Albert Grzymała[5].

Pruchno, nie pruchno, Jowisze, Amory,
Nimfy, Bachusy, Satyry, Dryady,
Sfinxe Lebruno, Leswera Szkarady,
Lwy, Terpsychory —

Wsio pozłocona! A już mniejsza o te,
Lecz i Minerwę i Minerwy sowę; — —
Aż też i orłom wsadzono na głowę
Korony złote!


Nie wszystko złoto co świeci; więc tak to
Złoto jest złotem, o to się założę,
Jak krupa jagłą, a państwem być może
Państwo de facto.

A ta pozłota na gruchotach grodu
Co ledwie stoi — tak się właśnie darzy
Jak bal na grobie, a jak róż na twarzy
Matki Narodu.

Lecz o tem potem; teraz nadstaw ucha —
Na każdym paziu wystąpiły poty,
Bo trąb chrapanie i strunowe grzmoty
Tak łechcą ducha.

Że jak kamienie od Orfejskiej lutni,
Co tylko żywe do tańca się kopie,
Aż gruchot jęczy jak młóty cyklopie
W etnejskiej hutni.

A że przed smyczkiem równiśmy i bracia,
Mikołaj pęknie z zazdrości i żalu,
A Pszonka zmyty, rzec musi o balu,
To Demokracia!


Bo tu bezstronność zwabiła niewieścia
Wszystkie stronnictwa i wszystkie odcienia,
Nawet Moskala, co ma do stracenia
Franków dwadzieścia.

Nie ma więc w tańcu ni góry, ni dołu:
Żak hasa z Księżną, a Królowa z Żakiem,
Lokaj z Frejliną, marchew z pasternakiem:
Wszystko pospołu.

I gmach, i belki, i krzesła, i ściana,
I wszystkie piętra, i niżej, i w górze,
I cały Olymp w malowanej chmurze,
Ćwiczą kankana.

Wtem do mnie szepce Hrabicz-patryota,
Widząc żem nie rad tej żebrackiej hecy:
«Odwróć się twarzą, gdzie masz teraz plecy,
Tam to Golgota.»

Patrzę, aż w głębi ponurej komnaty,
Leży, wśród frejlin, na łożu Królowa,
Płacze jak strumień, jak bóbr, jak niemowa,
Aż kapie z szaty.


Z de facto, mniejsza, czy z de jury fantów,
Baldachin sobie uszyła Nijoba;
Płacze, a biedną pokrywa żałoba
Z samych brylantów.

I drżąc czekałem, aż mi Francuz powie:
«Talarów łaknie ta królewska bieda?
«Zamiast brać nasze, czemuż tych nie sprzeda
«Co ma na głowie?»

Bo też w brylantach, co zdobią twój wieniec,
W złocie, co każdą tutaj śniedzi fraszkę,
Miałaś czem sobie oszczędzić baraszkę,
A nam rumieniec.

A gdybyś mogła te talary zebrać,
Któreś w ten gruchot darmo zagrzebała,
Tobyś dziś, Pani, nie potrzebowała
Przy trąbach żebrać.

Więc się już w kwaśnym wynoszę humorze,
Gdy wtem wrzask srogi zrywa się za nami,
A tłum wiruje i bije falami,
Jak gniewne morze.


Pożar? emeuta? czyli wód wezbranie? —
Każda się dama do pazia przytula,
A blade pazie wołają na Króla:
Ratuj nas, panie!

Ale nim świadki struchlałe odgadły,
Jakie tej trwogi okrutnej przyczyny,
Króla, Królowę, pazie i frejliny,
Szczury obsiadły.

Tym lecą w pomoc myszy okoliczne,
I wszystkie hordy, które stąd wygnano,
Wracają razem odbierać swe miano,
A takie liczne —

Jak w niebie gwiazdy, a jak w morzu krople —
Nie mam odwagi dokończyć tych wierszy;
Dość że tak zginął, o Adamie Pierwszy,
Popiel na Gople!

„Z Pszonki.“





BĄDŹMY GOTOWI.
(Pieśń koleżeńska.)

We dnie i w nocy, sami czy w rodzinie
Bądźmy gotowi!

O dobie smutku, w roskoszy godzinie
Bądźmy gotowi!

Czy porwać broń i — urra! na bagnety
Bądźmy gotowi!

Czy w noc kopalni do śmiertelnej mety
Bądźmy gotowi!

Czy wrócić z chwałą i pobitym wrogiem
Bądźmy gotowi!

Czy duchem stanąć — w tej chwili przed Bogiem
Bądźmy gotowi!

Ernest Buława.

Stanin, 1863.




BĘDZIEMY PANAMI.

Hejże, hejże sromota,
Cierpi Polska i cnota!
A patrzajcie wy młodzi —
A czy tak się wam godzi!? —
A dalejże chłopacy,
Trzeba się wziąść do pracy:
Póki Moskal w krainie,
Dotąd złe nam nie minie.
Żeby pozbyć się knuta,
Nie dawajmy rekruta,
Nie dawajmy podatku,
Wypędźmy go w ostatku.
A wypędźmy my sami,
To będziemy panami.
Po co prosić Francuza,
Kiedy boi się guza,
Po co prosić Anglika,
Kiedy się nam wymyka;
Po co prosić i Turka,
Co ma cudze podwórka;
Po co prosić i Szweda,
Kiedy skłonić się nie da.

Węgier i Włoch czekają,
Rady sobie nie dają! —
Chodźmy lepiej do Boga,
Że o wiarę jest trwoga.
A najlepsze jest Boże,
Kiedy pan Bóg pomoże.
Z nieba zjedzie nam zgoda,
Wiara, jedność, swoboda —
I braterstwo przyjedzie,
Co nas na bój powiedzie!
Wypędzimy my sami,
I będziemy panami —

M. Gralewski.





„BUNTOWNIKI, CZYLI STRONNICTWO
WYROKU.“
I.

Oni nie przyszli tu po łup bojowy,
Niemowlęta biorąc na piki
Ożałobione, tłukąc kolbą wdowy:
To — buntowniki!


II.

Oni sprawują rząd, bez-osobiście,
Miastem nieraz władna młodziki — !
A tłum, groźny, ich słucha uroczyście!
To — buntowniki — !


III.

Na cherubinach Bóg, już zbliża — zbliża
Ezechjelowe tór kwadryki;
Tam i owdzie grzmi, wielkie znamię krzyża;
To — buntowniki!


IV.

Czemuż raczej nie wierzą kancelarji,
Ojczyznę woląc, niż rubryki —
A ufać śmią w Jezusa moc i Marji:
Te, buntowniki!? —

1863. C. Norwid.





CHŁOPEK.

Rycerz to nie wielki
Ojczyznie ubliża

Który nad stan wszelki
Rolnika poniża.

Z wołkiem on w pokoju
Uprawia nam błonie,
Na koniku w boju
Pospiesza w obronie.

Jego to ciężarem
Pan skarby dziedziczy,
Na to on pod skwarem
Ziarnka w dłoni liczy.

W pomoc kraju bieżał
Za pańskiemi syny,
Wszędzie on należał
Prócz zysku i winy.






CZTERY WIWATY.

Hej Polacy! hej Rodacy!
W tak szczęśliwej dobie
Stańmy w koło, i wesoło,
Zaśpiewajmy sobie!


Przeszły chwile, w których tyle
Cierpieliśmy razem,
Dziś uderzmy, i odbierzmy,
Ojczyznę żelazem.

Niech wróg hardy, godne wzgardy,
Ciągnie tłuszcze mnogie —
Pójdziem śmiało, walczyć z chwałą,
Za swobody drogie.

Szczerbcem błyśniem, kulą świśniem,
Działami zaryczem,
Pierwej mieczem w pień wysieczem;
Potem wrogów zliczem.

Wszak wśród świata, nasz Sarmata,
W męztwie nie zadrzymał;
Nikt mu w bitwach, ni w gonitwach,
Placu nie dotrzymał.

My przykładów, z naszych dziadów,
Dosyć w dziejach mamy;
Wieść nie brednia, co do Wiednia,
I Kijowskiej bramy.


Ojców godne, nieodrodne,
Wolnych przodków plemię,
Głupiej dumie, bić nie umie,
Czołem własną ziemię.

Gdy stal szczęknie, wróg zajęknie,
Warkną śmierci groty —
W duchu bratnim trzy łby płatniom!
Niech giną despoty!

Dziś w pokoju, nim do boju,
Polecim na blizny;
Kielich w górę, odgłos w chmurę;
«Za wolność Ojczyzny!»

Teraz w kolej, wina dolej.
Zagrzmi pieśń wesoła:
«Niechaj żyje, z nami pije,
«Podchorążych szkoła!»

Toast trzeci: «za was leci
«Cni Akademicy!
«Coście żwawo, z chlubą z sławą,
«Bronili stolicy!»


Kielich czwarty któż uparty,
Nie wychyli duszkiem
«Wam cześć chwała, wdzięczność cała
«Dwernicki z Kościuszkiem!»

Teraz basta, wnuki Piasta —
Skończone wiwaty:
Pić nie wiele, walczyć śmiele,
To cnota Sarmaty. —






CZY WIOSNA.

Skąd lecą ptacy? lecą z daleka,
W powietrzu gwarzą radośnie.
Czy to już wiosna? Serce jej czeka,
Śnie nieustannie o wiośnie.

Czy już zielone pola, dąbrowy?
Czy czas wyruszać na boje?
Jeszcze na błoniach lśni puch śniegowy —
O! ucisz serce sny twoje.


I ty mój koniu czekaj spokojny,
Masz siano wonne we brogu —
Ale się z wiosną gotuj do wojny!
Z orężem czekaj nas wrogu!


1862. M. Romanowski.




DALEJ BRACIA!

Dalej bracia w las!
Czekać już nie czas.
Wszak jużeśmy dość czekali.
I śpiewali i płakali —
Knutowano nas.

Dobra leśna straż
Dobry podjazd nasz.
Moskalowi dziś za knuty,
Uszyjemy tęgie buty,
Kosa luniem w twarz.

Dalej bracia w las!
Gadać już nie czas.

Będziem później znów gadali
O paniczach, co się bali
O los mitr i kas.

Grają trąbki w bój,
Niczem głód i znój.
Będzie zbierał kto posieje,
Tak się w świecie zawsze dzieje,
A więc pal i kłuj!

Rzeką, śniegiem w bród
Pójdzie wnet i lud —
Naprzód z ziemi tej krakowskiej,
W Imię naszej Częstochowskiej
Zwyciężym za trud. —






DO BRACI.
(Improwizacya.)

Hej w Polskę lećmy, lotem sokoła,
Sercem tam zdążać i duszą,
Przed sercem pierzchnąć drobnostki muszą,
A dusza zapał wywoła —

Sprosność poziomą co nas zbyt szpeci,
Duchową owiońmy władzą;
Wyżej z nas każdy duchem uleci
A chęci owoc wydadzą —

Lecz póki miłość nas nie owionie,
Póki będziemy wzajemnie sobie
Cierniami drogi zastawiać —
Dopótąd myśleć będziem o skonie,
Dopótąd myśleć będziem o sobie,
Myśląc że chcemy kraj zbawiać.

O wielem przeszedł krain i włości,
I wielem dziwów widział na świecie,
Wielem zbrodniczych widział wściekłości —
A jeszczem ludzi nie zbrzydził przecie!
Czemu? bom widział i ludzi serca,
Których pomysły ująłem,
Których uczucia memi ścisnąłem,
I zlały się nasze serca.

O jak żyć miło w takiej jedności,
Co gra harmonią świata!
Co płynie z wielkiej świętej miłości,
Co duszę w łańcuch ogólny wplata.

Ten łańcuch mocny siłują złamać —
Próżno siłują — nie zmogą!
Sto dróg zawalą — świat będzie kłamać,
A swoją pobieży drogą! —

Zdaje się ciemno — światło zagasło —
Zdaje się cicho — stłumione hasło!
Zdaje się pokój panuje —
W budowie świata coś się roztrzasło —
Powszechność z trudów omdlała,
Zda się w letargu zaspała!

Zdaje się pokój panuje —
Nikt nie pomyśli o boju —
O nie! — myśl nie śpi w takim pokoju!
W kończynie wieków poczęta,
Myśl jedną drogą wciąż idzie święta,
Choć niby zwolna szczebluje.

Napróżno łańcuch siłują złamać,
Próżno siłują — nie zmogą!
Sto dróg zawalą — świat będzie kłamać,
A swoją pobieży drogą! —

Walkę śmierć z życiem ciągle prowadzą —
Kto w końcu z dwojga przeważy,

Komu zwyciętwa palmę oddadzą,
Nie trafunek ślepy zdarzy.

Jest wielka księga w natury łonie,
W niej są spisane przeznaczeń dzieje —
Kto czytać umie — wyczyta!
A kto wyczyta, ten nie truchleje,
Ten świat żegnając — nowych powita
Dniem lepszym w lepszej przyszłości.

Lecz są nieszczęśni którym odjęto
Ostatni żywioł: nadzieję świętą —
Dla tych nie można być i prorokiem;
Bo oni własnym widzieć chcą okiem,
Choć im wyraźnie oczy wyjęto.
Ci chyba przejrzą po skonie!!!

Hej! lećmy w Polskę lotem sokoła,
Sercem tam dążmy i duszą;
Przed sercem pierzchnąć drobnostki muszą,
A dusza zapał wywoła —

Nasz łańcuch mocny siłują złamać —
Próżno siłują nie zmogą!
Sto dróg zawalą — świat będzie kłamać,
A swoją pobieży drogą! —

J. J.





DO BRONI!
(Na nutę Marsylianki.)

Do broni! minął dzień przemocy,
Zajaśniał nam zbawienia raj!
Jak długo dziki syn Północy
Ciemiężyć ma ten wolny kraj?
Słyszycie tam, na waszej roli,
Gdzie wszędzie dziś pożoga, mord,
Zabójczy krzyk tysiąca hord,
Rozpaczy jęk i płacz niewoli?
Pochwyćmy zemsty broń!
Podnieśmy zemsty śpiew!
Na koń! na koń! niech Moskwy krew
Wytoczy polska dłoń!

Do broni! czego wy tu chcecie,
Wy których gna dwugłowny kruk?
Dla kogo więzy te niesiecie,
Zerwane z rąk tatarskich sług?
Dla nas, dla ciebie, o Warszawo!
Gdzie Moskwy car był więźniem wprzód;
Dziś gnębi nas ten obcy ród,
I własną hańbi cię niesławą!
Pochwyćmy zemsty broń! i t. d.


Do broni! podli ci służalce
Panować chcą wśród naszych miast!
Wytępić lud w okropnej walce!
Tam Moskwa dziś gdzie rządził Piast!
O wielki Boże! dzicz ta wściekła
Zbroczyła krwią modlitwy dom!
Czy z ręki twej nie błyśnie grom,
By wtrącić ją w otchłanie piekła?
Pochwyćmy zemsty broń! i t. d.

Do broni! — drżyjcie, wy niegodni,
Wy coście trzej rozdarli nas!
Już dość ucisku, klątw i zbrodni;
I dla was przyjdzie zemsty czas!
Choć ziemię wciąż trupami ściele
Tajemnych zdrad potrójny cios,
I z ziemi na ojczyzny głos
Powstaną z kości jej mściciele!
Pochwyćmy zemsty broń! i t. d.

Do broni! w Moskwę gdy wstąpiemy
Gdzie wiedzie nas pradziadów tór,
Ich święte prochy tam znajdziemy,
I polskich cnót rycerski wzór!
Podobnie chcąc odwagą słynąc
Lub godnie zejść w ojczysty grób,

Uczyńmy wraz niezłomny ślub
Za przodków zemścić się lub zginąć!
Pochwyćmy zemsty broń! i t. d.

Do broni! droga nam ojczyzno,
Spotęguj siłę dusz i rąk!
Wolności! twą wszechmocą żyzną,
Ogarnij cały świata krąg!
Niech z nieba zeszłe nam zwycięztwo —
On ojciec nasz ludzkości Bóg;
I niech z rozpaczy skona wróg
Na tryumf twój przez nasze męztwo!
Pochwyćmy zemsty broń! i t. d.

Do broni! żyj, o Polska święta,
Masz wieczną w sercach ludów cześć;
Daj synom wzór jak zrywać pęta,
Jak sławę swą pod nieba wznieść!
Jednością ducha i wytrwaniem,
Gdy łez i krwi zatrzemy ślad,
Swobodą gdy zakwitnie świat —
Dopiero śpiewać mu przestaniem:
„Pochwyćmy zemsty broń!
Podnieśmy zemsty śpiew!

Na koń! na koń! niech Moskwy krew
Wytoczy polska dłoń!

15 Stycznia 1835. K. Ostrowski.





DO KONI!
ŚPIEW NARODOWY.

Do koni, bracia do koni!
Niech każdy zbroję przymierza,
Niech gotuje ostrze broni,
Jak przystoi na rycerza —
Dzień świętej walki nadchodzi,
Wkrótce Polska się odrodzi.

Ojczyzna z grobu powstaje,
Czarna krew ciecze z jej czoła,
W was synów swoich poznaje,
I do was o pomstę woła!
Woła pomsty za zniewagi,
Za rzeź i morderstwa Pragi.

Napróżno Sybirskie hordy,
Odległe rzuciwszy lody,

Nowemi nam grożą mordy —
Nowe powstały narody.
Spojrzawszy kto na ich czele,
Drżyjcie przywłaszczyciele!

Słyszę cię trąbo chrapliwa!
Kotłów wrzawo, wodzów krzyki,
Król i ojczyzna nas wzywa,
Walczą bratnie Gallów szyki —
Niechaj więc rycerz ochoczy
W krwi najezdców miecz swój broczy.

Zhańbione Litwy pogonie!
Rodak pod obcemi pany
Do was wyciąga swe dłonie,
Pokruszcie jego kajdany.
Długą rozdzieleni dobą,
Niech się bracia łączą z sobą.

Czy wiecie jakie to tłumy?
Naprzeciw nas się zebrały,
Te, wściekłością swojej dumy
Ziemię naszą rozszarpały,
Przysięgli w ślepym zapędzie,
Że Polski nigdy nie będzie.


Będzie wyrokiem przedwiecznym!
Bóg wam ojczyznę przyrzeka:
Już czyni naród bezpiecznym,
Przytomność wielkiego człeka.
Dozna przywłaszczyciel śmiały
Że nie zginał orzeł biały.

Chożych Polek śnieżne dłonie,
Zsiwiałe w bojach młodzieńce,
Gotują na wasze skronie
Uplecione z lauru wieńce.
Lubem spojrzeniem dowiodą,
Że piękność męztwa nagrodą.

Z radością w kresie zawodu
Wznieśmy hymny dziękczynienia,
Wskrzesicielowi narodu,
I straconego Imienia,
Głosząc: «pewna twej opieki
Niech żyje Polska na wieki!»






DO WISŁY.

Na powierzchni twej przezroczej
Jaskółeczka skrzydła moczy,
A w noc białą topielice,
Przeglądają zziembłe lice,
Przecierają ciemne oczy,
Przez które się piasek toczy —
Wisło! moja Wisło!

Na twym brzegu dziewczę młode,
Mąci nóżką czystą wodę,
Czapla stara patrzy zdradnie,
Jak prędko jej rybka wpadnie,
Wisło! moja Wisło!

Kiedy znikną lody, śniegi,
Niesiesz pełne w świat komiegi,
Gdzieś zamorskie żywić Niemce,
Żywić Niemce cudzoziemce,
Wisło! moja Wisło!

Na dnie twojem co nie leży?
Krom czerwonej czerskiej wieży;

W całych zbrojach leżą Szwedy,
Potopione Bóg wie kiedy —
Ach i polskich broń żołnierzy —
Na dnie twojem co nie leży,
Wisło! moja Wisło!

Wykołysz mi proszę żywo,
Taką rybę, morskie dziwo,
Coby z głębi twoich fali,
Wychodziła na Moskali,
Z jaszczurową szablą krzywą!
Wykołysz mi takie dziwo,
Wisło! moja Wisło!

A ja za to w szczęsnej dobie,
Na fujarze zagram tobie,
Aż poleci na wsze strony,
Przez bór ciemny, gaj zielony,
Wisło! moja Wisło!

T. Lenartowicz.





DO WROGA,
PIEŚŃ.
I.

Ty! prawd pomienie wziąwszy za sztylety,
Śmiesz jeszcze mniemać żeś wódz — żeś jenerał;
O! niewolniku — stój — cofaj bagnety —
Dopókiż będę za ciebie umierał? —


II.

Czyż myśli każdej — każdej myśli prawie
Uczyć się trzeba ciągłemi ofiary:
Patryotyzmu, na bruku w Warszawie —
A chrześcijaństwa u krwawych wrót Fary — ?


III.

Czyż nigdy z siebie ty nic, własną siłą
Nie poczniesz nigdy: boś wszystko zabierał —
Cofnij się! wołam, głucha lodu bryło:
Dopókiż będę pod tobą umierał — ?


IV.

Toć groszem twoim tuczne pułkowniki
Własnych się uczę mordować proroków:
A wy nas wodzić śmiecie — niewolniki! —
Nie widząc Boga ręki u obłoków.


V.

Niechże wam szron raz roztaje u powiek,
Niech rozniewoli się ta ciemna góra;
Wrogi! — do nogi broń! — kto jeszcze człowiek
A bryłę lodu na kosy! — i hura! —

1863. C. Norwid.





DUMKA.

Pod mogiłę długie noce
Duma z wichrem młodę Lasze,
A gdy w słuchu załopoce,
Zważa czy nie jego ptasze,
Czy nie orle to klekoce?
Czy mogiła to nie jękła?
Czy nie szabla brzękła?


Ziemia Lacka nie zapości,
My jej zawsze krwi ucedzim,
Krwią częstujem lichych gości:
Hej! a komu na kark wjedziem
Niech naszego kruka pyta
O swe ślepie, o jelita,
A wichrów o kości!

A wy! a wy! kości nasze!
Co to w stepie was wykładło?
Orli rodzie! plemię Lasze!
Co ci to tak ciężko padło?
Dzieci! dzieci! smutna sława,
Dola krwawa i pieśń łzawa
Oto dzieje wasze.

W. Pol.





DWUSTU POD WĘGROWEM.

Wzleciał sokół nad szerokie pole
Krąży w górze nad czołem wędrowca.
Co tak krążysz sokole, sokole,
Nad charymi wzgórkami Węgrowca?

«Dwustu braci miałem z jednej kniei
Na najwyższych wylęgłych opokach.
Dwustu braci krążyło w obłokach,
Wszystkich dwustu znikło bez nadziei.

Dwustu było: na wichry, na słoty,
Ostre szpony, nakowane dzioby —
Jako strzały mieli wartkie loty,
Nimi z grobów latali na groby.
Góry, skały, szumiały ich krzykiem,
Wietrzyk igrał z piórmi ich zdobyczy.
Dziś im skała echem nie odkrzyczy,
Nie odpowie sokolim językiem.

Przyszła burza, od północy burza,
Czarne niebo a ciężkie jak ołów.
Od tej nocy wzbijam się na wzgórza,
Latam, szukam braci mej, sokołów.
Sosny szumią trzęsąc igieł deszcze,
Pod mogiłą kwiat życia się grzebie!
A wędrowca zimne ziębią dreszcze:

Powstał, włosy odrzucił od czoła,
Jedną rękę oparł na kosturze,
Drugą rękę wyciągnął ku górze
I zawołał na brata sokoła.

Dwustu synów Polska tu wydała,
Razem rośli, razem na bój biegli,
Ludzi takich ziemia nie widziała,
Odkąd wielcy olbrzymi polegli.

Czoło w czoło, pierś w pierś z jednej bryły,
Wielkie męże, wielkich bojów chciwe —
Ognie święte serca im paliły,
Męzkie serca bojów niecierpliwe.
Przyszedł Moskal, przyciągnął swe działa,
Nadto podły by wręcz się śmiał mierzyć,
I bombami rozkazał uderzyć
W niezwalczone fortece, ich ciała.

Toż rycerze ci nadzy się zbliżą,
Którzy śmiercią się wolnych nie straszą,
I nad działa ramiona rozszerzą
I krwią swoją ich lonty pogaszą.
A konając do braci zwycięzkiej:
Nie żałujcie, wołali, tych kości,
Naszej śmierci i naszej dziś klęski —
Cały świat wam o bracia zazdrości!

Zmilkły działa, powstańcze oddziały
Zasłonięte rycerzy swych zgonem,

Wpośród lasów gdy księżyc lśnił biały,
Jako drzewa stojące pod szronem.
Z szumem wichrów podniosły ku niebu
Jednym chórem, jęk tęskny, żałosny,
I śpiewały pieśń wielka pogrzebu,
A wtórzyły szumiące im sosny.

A na pieśń tę z chat polskich i dworów,
Jak na hasło młódź wyszła do borów,
Co upadnie, wychodzi młódź nowa -
Chciwa śmierci braci z pod Węgrowa.
Skończył. Kroki pociągnął drżącemi,
Jasne słonce nad polem się wzbiło,
Krąży sokół nad lasy ciemnemi,
Dusza krąży nad wolnych mogiłą.






DZIEŃ SWOBODY.

Wspomnienia dziecinne, igraszki niewinne
Przeszłości, ty bywaj mi zdrowa!
Żegnajcie marzenia, miłośne westchnienia,
Na polu grzmi trąba bojowa.


Minęło co było, jak gdyby się śniło.
Dziś nowe się życie poczyna,
Hej przodem z narodem, hej krwawym pochodem,
Swobody wybiła godzina!

Piosnki wy moje, na krwawe na boje
Wylećcie, wylećcie orłami!
Wesoło, radośnie, o nowej tej wiośnie
Grzmiać będę narodu pieśniami.

Wy łąki i gaje, szemrzące ruczaje,
Ty domku mój biały w zieleni —
Pożegnam westchnieniem, pogwarze z wspomnieniem,
Do innej ulecę przestrzeni.

Ty serce me młode marzyłoś swobodę
Marzące, zranione, a rzewne —
O serce ty moje, hej wyleć na boje,
Na boje te krwawe a śpiewne.

Nad polskim tym szlakiem, hej lotem hej ptakiem
Pobujać tak słodko i miło:
Dzień przyszedł swobody, leć orle ty młody,
Wypełnić co duszy się śniło!


Źrenica pogodna, i dusza swobodna,
i piosnka w mej piersi wesoła;
Minęło co było, jak gdyby się śniło,
I pierzchła mi troska z nad czoła!

Dziś słońce pogody, dziś tęcza swobody,
Na moim mi zeszła błękicie,
Ojczyzny ty synu, do dzieła, do czynu
Nie pójdzie tak marnie to życie!

Lwów, dnia 18 marca 1863. A. Żmienkowski.





DZIEWCZYNA I KRAKUS.

Targa swój wianeczek
W rzewnych łzach dziewczyna,
Że jej kochaneczek,
Idzie do Lublina.
Bo w Lublinie są Krakusy
Żwawe chłopcy i wiarusy.

«Nie idź, nie idź Janku,
Śmierć tam grozi tobie;
Czyż ja bez ustanku
Płakać mam w żałobie?»

«Uśmierz dziewczę twe katusze
Ja Ojczyznie służyć muszę.»

«Ostre tam szabelki,
Kulki ołowiane;
Pójdziesz na bój wielki
A ja żyć przestanę.»
«Utul dziewczę troski twoje
Będziemy żyć wraz oboje.»

«Jak Cię Moskal srogi,
Zrani lub zabije,
Jak wrócisz bez nogi,
Tego nie przeżyję.» —
«Choć poniosę śmierć, lub bliznę
Lecz poratuje Ojczyznę.»

«A wiec z tobą razem,
Zabierz twą dziewczynę,
Jak zginiesz żelazem,
I ja z tobą zginę.»
«Siedź, siedź, dla mnie cię Bóg chowa,
Daj buziaka, bywaj zdrowa!»






FACECJA HISTORYCZNA.
I.

Hej tam beczkę wina wnoście!
Zakrakały wrony,
Będą widać jacyś goście:
Ale z której strony?

Czy od Moskwy, czy od Turka,
Czy od Wołoszyna,
Czy od Niemca, czy od Szweda,
Czyli od Węgrzyna?

Jeźli Moskal, albo Prusak,
Lub Wołoszyn lisi,
Jeść, pić podać i wypędzić,
Niech się tu nie bisi.

A jeźli zaś Szwed lub Turek,
Lub gość zakarpacki;
To mi dać znać, sam prowadzę,
Będzie bankiet chwacki.


Turka lubię, choć poganin,
Bo się tęgo bije —
Madziar, ba! serdecznie kocha
A serdeczniej pije.

Mam ja wprawdzie coś z dawnieńka
Na piwko ze Szwedem;
Lecz to pójdzie — uzna sądzę
Polskę swym haeredem.


II.

Cóż mi to jest za figura
Co żąda gościny,
A rozpoznać go nie mogę
Z miny ni z czupryny?

Zkądże mi ten raptem spada
Honor i decorum,
Jakżeż witać mi wypada?
«Sum gente Francorum».

Hm! po polsku choć nie umie,
I tak coś nie głupi;
Lecz i człek nie w ciemię bity,
Przecież się nie kupi.


Bardzo wielki dla mnie zaszczyt,
Czemże służyć mogę?
A on na to «Moskwę zgniotę,
A tobie pomogę.»

W lot mnie tem za serce chwycił,
Krótko, węzłowato;
I nuż weźmie rozkazywać
Z wojskiem i z armatą.

I zanim na Moskwę ruszył
Pierw mnie zawojował,
Wziął mi rozum, wziął i wolę,
Jak panum służbował —

Wreszcie poszedł — buzia burka!
Prawda — tęgo wali.
Pod ten czas prefekty jego
Mnie rozkazowali —

Ciągną z człeka do ostatka,
Aże kiszki mruczą:
Lecz się nie żal, bo armaty
Na zwycięztwa huczą.


Aż tu pewnego poranku
Donoszą mi żydki,
Że mój Francuz na łeb wraca
A z drżącemi łydki.

I nie długo było czekać:
Przybiega zmarznięty,
Nic nie mówi, i coś goły
Jak turecki święty.

Bierze co jeszcze zostało,
W nogi, choć o głodzie;
A ty miły więc Polaku
Zostałeś na lodzie.

W domu ładu, ani składu!
W całem gospodarstwie
Nie ma i psa do posługi
Po francuzkiem carstwie.

Więc też Moskal rozjuszony
Bez pardonu wpadnie;
I jak nigdy przedtem nie śmiał,
Morduje i kradnie.


III.

Ha! odkądem jest na święcie
I łeb noszę twardy,
To mnie jeszcze nie spotkały,
Tak srogie hazardy!

Odtąd Francuzom nie wierzę,
A i wy nie wierzcie —
Przyjdzie, huknie, zawojuje,
I ucieknie wreszcie.

Zamknie Turka i Węgrzyna,
Zamknie nawet Szweda —
Choć o własną idzie skórę
Odezwać się nie da.

A jak mu się noga potknie,
To drała za morze —
I nie ma już, kto ci wtedy
Polaku pomoże.

I nimeś się raz obejrzał,
Co zacz to za licho —
Zinąd ci gość nie proszony
Wlezie na kark cicho.


A bodajże go paraluż —
Jak tu ten wstyd przeżyć;
O bodaj to Moskwę kropić,
Francuzom nie wierzyć!

A. S.





GŁOS BARTŁOMIEJA.
(Z podsłuchanej rozmowy.)
Chociaż my tu dziś w niewoli,
My dożyjem lepszej doli.

Toż widzicie bracia chłopy,
Jak te wrogi naszych meczą,
Czy to pany z nami chłopy
Swego życia nie poświęcą!

Wolność świętą naszej wiary,
Depczą, niszczą, znieważają,
Oj dość tego te psiewiary,
Naszą rękę wnet poznają.


Przeć nam Bóg nasz dopomoże,
Jeno w zgodzie, bracia w zgodzie,
Kiej raz zacząć to i szczerze,
W dobrym duchu, w dobrej wierze.

Polska wiara, Polska mowa,
Hej za hasło nam posłuży —
Polskie serca, polskie słowa,
Podłych wrogów się wykurzy.

Dalej chłopy ruchajta się,
Polska ziemia z martwych wstaje,
Wrogom zagrajem na basie,
Bóg sam ducha nam dodaje.

J. Andrzejewski.





HYMN MŁODZIEŃCA.
Ostatnie mieciąc pioruny o chmury,
Podnoszę do was tę rękę w łańcuchu.
Słowacki.

Młodzieńcy ognistych serc,
Piorunnych myśli i woli,

Przysiężcie tyranom śmierć,
Haniebnej dumie, — swywoli!

W górę wytężcie wasz wzrok,
Duchowe rozwińcie skrzydła,
I gruby rozmiećcie mrok,
Poczwarne świata mamidła!

Robiącą rozdmijcie pierś,
Jak orły wzbijcie się w górę,
Piorunny śpiewając wiersz,
Razem uderzcie w tę chmurę!

Choć burza cofnie was w tył,
Wy ostrza pochwyćcie w dłoń,
I rąbcie skały na pył,
I bronią odbijcie broń!

Światła — wolności blask,
To hasła — Niebios skinienia,
Jutrzni ponury brzask,
To słońca jaskrawe drgnienia.

Młodzieńcy! w górę-że, w lot,
Zakrążcie nad martwą bryłą,

A wszystkich rozumów siłą
Uderzcie w kolosu grot!

Groby porosłe mchem
Pękną na grzmiący głos —
Wy je natchnijcie tchem,
Błogi przyśpieszcie los!

Młodzieńcy ognistych serc,
Robiącą nastrójcie pierś,
Wojenny śpiewając wiersz,
Przysiężcie tyranom śmierć!

J. Andrzejewski.





HYMN POLSKI.

Ojczyźnie naszej Polsce bądźmy wierni,
Pokąd tchu w łonie.
Stójmy wytrwali, gdy wieńce nam z cierni
Kładą na skronie.
Nieszczęścia i klęski niech miłość połamie.
Ozy dźwiga nas dola, czy chytrze nam kłamie,
Ojczyźnie tej życie, krew nasza i ramię,
I chwała w zgonie.


Tu nam w kolebce dał Bóg światło dzienne,
Tu żywot w znoju.
Konając, głowy tu pochylim senne
W chatach lub boju.
Tu bracia mrą nasi od ciosów tyrana,
I świadczą, że ta nam od Boga wybrana
Ojczyzna — ta Polska codziennie kąpana
W łez i krwi zdroju.

Tu groby ojców sława opromienia,
Tu śpią ich kości.
Tu nam się dobie po dniach utrapienia
Świętej wolności.
Tu przetrwać nam klęski i szarpać kajdany —
Tu rodzą nas Sawy, Puławscy, Rejtany,
I „hetman w sukmanie“, co kochał sukmany —
Tu żyć w miłości.

O! Święta, patrzaj: w twoją krew czerwoną
Maczamy dłonie.
Pokąd ty w grobie, potąd żadne łono
Szczęściem nie spłonie.
Niech ostrzy wróg miecze, niech w ludach duch stygnie,
Synowska dłoń ciebie z przepaści podźwignie,
I będzie Bóg poczczon, a szatan się wzdrygnie
I car w koronie!


Stójmyż gotowi jak straż czuwająca,
Bo nikt nie powie
W który dzień trąba zawezwie nas grzmiąca
Matce nieść zdrowie.
A w on czas jak piorun, co kruszy i pali
W bój lećmy zwyciężać z nadzieją na stali,
Lub gińmy szlachetni jak ojce konali,
Polski synowie.

1860. M. Romanowski.





HYMN POLSKI.

Chwała bądź Panu! sława a sława!
W dziękczynne zabrzmieć czas hymny,
Lepszaż bo stokroć jutrznia, choć krwawa,
Od nocy ciemnej a zimnej.

Za ciężkie grzechy, ciężka pokuta,
To boże prawo na świecie.
W carskie kajdany Polska okuta,
Za co okuta, wy wiecie.

A dzisiaj każdy Pana niech sławi,
Męk już nam chwile nie długie!

Kto się poprawi, tego Bóg zbawi,
To prawo na świecie drugie.

I oto wielkie łask swych dowody,
Bóg już nad nami okazał:
Grzech nasz najstarszy, grzech ów niezgody
Ze serc skruczonych wymazał.

Republikanin lub monarchista,
Ledwie gdzieś błąka się z rzadka,
Jedyna prawda wszem oczywista:
Że jedna wszystkim nam matka.

Arystokratów i demokratów
Nazwiska poszły dziś na nic,
Polak nie obcych gdzieś systematów,
Lecz bada ziemi swej granic.

Ziemi swej granic i tych przesławnych
Cnót przodków, sercem dziś szuka,
A jako grzechów pozbyć się dawnych,
To cała polska nauka.

Zmieńmyż cnotami w potworze liche
Odwieczne zarzuty świata:

Zrzućmy lenistwo i serca pychę
Co się wynosi nad brata.

Precz więc nadętość! marne przechwalstwo,
Z zasługi przodków nie własnej;
Polski bez polskich cnót bałwochwalstwo,
To patryotyzm za ciasny.

Precz ze serc naszych głupia obczyzna,
Lub obcych pogarda głupia —
Swojski niech zwyczaj chowa ojczyzna,
Co dobre zewsząd niech skupia.

Jak dzisiaj, wiecznie w niebo niech pnie się
Korna jej modła do Boga.
Miłość dla wszystkich ludów niech niesie,
A przebaczenie dla wroga!

Wszak to ma ona na boży rozkaz,
Tak swe uświęcić jestestwo,
By głosić ludom jako drogoskaz,
Kędy jest Boże królestwo.

Świecić, jak dziś jej samej przyświeca —
Ten ołtarz narodu wiary,

Serce narodu, kraju stolica
Krwawemi jasna ofiary.

Więc na tej drodze dalej mój ludu,
Patrz, jak się krwawi Warszawa!
Innego z nieba nie czekaj cudu,
A Bogu chwała i sława!

1862. A...





IMPROWIZACYA.

Ptakiemby z nas każdy lotnym,
Bystrym orłem chciał dziś być,
By się w błękit niebios wzbić —
Potem z góry pierzem zwrotnem
Ku ojczyźnie, Polsce zlecieć,
I powszechnem życiem świecić
Tam gdzie światło czucia zdali
Tylko lekko serca pali —

Jest, kto nie ma takiej woli?
Ten nie polskiej dziecko ziemi;
Bo z czujących Polski dzieci,
Każde ku niej duchem leci;

Bo jej synów serce boli
Żyć w rozdziale ze swojemi —
Z nami tylko są tyrani
Bratnim węzłem niezwiązani! —

O uczucie! nasza wiara,
Świeci światłem niezgaszonem —
Odgłos jęków niewolnika,
Nasze serca tak przenika,
Żeśmy niszcząc króli, cara,
Zginąć zdolni jednym skonem —
Zginąć dla nas jest rzecz mała,
Byle Polska była cała

Jak pamiątka naszych czynów,
Pozostała choć dla synów.
Mniejsza że my wyginiemy;
Myśl ta nas nie zraża wcale,
Bo my życie pojmujemy,
Życie wielkie — w czci i chwale!






JASEŁKA.

Oto Czartoryski książe
Co Moskwę z Polską wiąże,
A dzisiaj na tron się wali,
Odstawcie, niech was nie pali.

Oto pan Zamojski staje
Co wszystkim ręce podaje,
I Trzecim-Majem hetmani,
I demokracyi nie gani.

Oto i Olizar hrabia
Co fircyków do się zwabia
Na herbatę i kankana[6],
Aby uczcić króla — pana.

A Platery za nim sadzą,
Jezuici z nimi radzą,

Choć poganie, Rzymu sługi
Chcą chrzcić Polskę po raz drugi.

I ot Jełowicki czmycha
Do infuły w Polsce wzdycha;
Niegdyś sława jego taka
Że najzgrabniej ciął kozaka.

Teraz Pan Czajkowski leci
Co duby smalone kleci —
Kto snu nie ma, nich je czyta,
I kwita.


Chór chłopiąt.

A nakoniec idą Czyńscy,
Bystronowscy, Omiecińscy,
Gapiszewscy, Woronicze,
I podobni im panicze,
Co pracują dla korony —
Mówić o nich czas stracony.

„Z Pszonki.“





JEDNA ZWROTKA.

Nasze życie to ballada,
Z kilku strof złożona.
Młodość świetna, gallopada
Roskoszna — szalona.
Starość — zimna, łzawa, biedna,
Tęskna bakarola
Ale zwrotka zawsze jedna:
Niedola! niedola! —

Muzy pieszczę oblubieńca —
Stroję arfy tony —
Z nieśmiertelnej sławy wieńca
Plota mu korony.
Miłość tuli go pieszczotka —
Złota jego dola
Ale zawsze wraca zwrotka:
Niedola! niedola!

Hymen wiąże dwie istoty
Świętością pierścionka.
Ona ideałem cnoty
On wzorem małżonka.

Przeniewierza się — to plotka!
Złych ludzi swawola —
Jednak — zawsze wraca zwrotka
Niedola! niedola!

Bóg im daje zdrowe dziatki;
A świat szepcze w złości:
«Jak podobne są do matki
Do ojca, do — gości» —
Jaka praca, taka płaca,
Ciężka dzieci dola;
Smutna zwrotka zawsze wraca —
Niedola! niedola!

Ale chociaż bieda gniecie,
Chłopiec ojcu chlubą —
Dzielnie walczy w życia kwiecie,
Za ojczyznę lubą! —
Tylko czasem wzrok odwraca
Gdzie ojczysta rola —
Ach, i znowu zwrotka wraca —
Niedola! niedola!

Naród wieńczy bohatyra
Oklaski i łzami —

Głos ogółu — wieszczów lira
Brzmi sławy pieśniami —
Ale wolność nie powraca —
Gniecie lud niewola,
Zawsze zwrotka jedna wraca —
Niedola! niedola!

Trumnę męża stara wdowa
Uwieńcza co wiosnę —
I jak kwiaty w sercu chowa
Wspominki miłosne —
Lecz choć żyje — martwa biedna,
Ciężka wdowia dola!
Ach i dla niej zawsze jedna
Niedola! niedola!

Życie nasze to ballada —
W strofy się ulatnia:
Pierwsza się z kołyski składa,
Z mogiły ostatnia.
Niczem cnoty i zalety —
Niczem rozum, wola —
Wieczną zwrotką ach, niestety,
Niedola! niedola! —


Wrocław. 30 Maja 1863 r. „Z wiosny.“




JENIEC
W OBOZIE NIEPRZYJACIELSKIM.

Chmury wieczorne szarzą Moskiewskie namioty;
Kinie szalony przegraną żołdak wyuzdany;
Wtem wjeżdża Doniec prochem i brudem miedziany,
Wiodąc rannego jeńca między gniewne roty —

Pławi się we krwi młodzian, bo miecze, pik groty
W liczniejsze go nad lata przystroiły rany;
Osłab z cierpień — a horda wrzeszczy: «Lach pijany.»
Plwa, depce go nogami, bluźni bez sromoty —

«Ostatni z zwierząt, rzecze, nikt z was czuć nie może,
«Co czuje lew drażniony w żelaznej komorze,
«Gdy się miota, i ryczy, i zieje pian morze?»

Dźwiga się aby pomścić, lecz ręka nie włada,
I zabić się czym nie ma — rozpacz go obsiada,
Bluźni niebu i piekłu, i bez zmysłów pada.

H. Kajsiewicz.





JEŃCY.
Można gnębić niewinność, okować w kajdany;
Lecz kto pewny w sumieniu, w cnocie niezachwiany,
Ten łańcuchem obciążon potrafi być sobą:
Pęta ciężą na zbrodni, cnocie są ozdobą.
K. Brodziński.

Po nad drogą Irpiń płynie,
Za Irpiniem wał wzniesiony,
A za wałem oko ginie,
I Kijowskie słychać dzwony —

Hej! jak wał ten, jak mogiła,
Jak się ciągną tamte lasy,
Polska niegdyś słupy biła —
Lepsze były tamte czasy!

Wówczas była cześć i sława!
Każdy stary człek to powie —
Hetmańszczyzna miała prawa,
A Król polski żył w Krakowie.

Bogdaj przepadł kto lud mnogi
Oddał Moskwie na pstre kwitki!

Gdzie krzyż dawniej, dziś ostrogi,
A z więźniami mkną kibitki.

Dziś tu jadąc Moskal śpiewa,
Za nim ciągnie lud nawałem;
Pędzą jeńców do Kijewa,
I wstrzymali tuż za wałem —

A z Kijewa jedzie pani,
I spojrzała i pobladła!
«Ach! to nasi pokowani!»
Zawołała i wysiadła.

«Cóż ja biedna pocznę z wami?
O mój Boże! Boże miły!
Wykupiła bym was łzami,
Gdyby moje łzy płaciły!»

«Nie płacz pani!» jeniec rzecze
«Chociaż my tu dziś w niewoli,
Błyszczą jeszcze polskie miecze,
I dożyjem lepszej doli.

Jak nas trzystu — chciej zapytać —
Wszyscy ranni do jednego;

Bo Polaka wolno schwytać
Tylko na wpół umarłego.

A kto wszystko za kraj stracił,
Kto ojczyznie służył szczerze,
Ten spokojny i w Sybirze;
Bo część długu już odpłacił!».

W. Pol.





KIRASIERY.

O! ze wszystkich bohaterów,
Co do boju konno biegą,
Nie ma jak pułk kirasjerów,
Księcia Alberta Pruskiego.

On w zareńskich okolicach,
Łatwych zwycięstw zbierał plony;
I za meztwo, na przyłbicach,
Napis miał: niezwyciężony!

Dotąd nikt go nic zwyciężył,
Bo też z nikim nie miał sprawy;

Dziś go diable nadwerężył,
Biały Ułan, dziarski, żwawy.

Czoło Moskwy, tłum olbrzymów,
Bardzo ślicznie się odznaczył;
Bo miecz polski wśród dział dymów,
Ledwo kilku minąć raczył.

Hulaj Moskwo! wiesz dokładnie,
Z jakim Polak tnie zapałem —
Tak postąpi jak wypadnie,
Z kirasjerów Pryncypałem.

Więc ze wszystkich bohaterów,
Co do boju konno biegą,
Nie masz jak pułk Kirasjerów,
Księcia Alberta Pruskiego.






KMIEĆ POLSKI.

Już za nasze ojcowizny,
Ni darmochy ni pańszczyzny.
Sam ksiądz pleban tak powiedział,
Że nie bajki, przecież wiedział.


Zewsząd słychać o braterce —
Jedna dusza, jedno serce,
I otucha w Bogu wspólna!
Że ojczyzna będzie wolna.

Za twe gruszki na wierzbinie,
Bies cię spiekaj Moskwicinie.
Człeka zwodzić to nie sztuka,
Pana Boga nie oszuka.

W imię Boga dalej chłopcy
Brać za kosy, precz z tąd obcy.
Imać każdy za co kto ma,
Na tych naprzód co są doma.

Gdy się dosyć będą mieli,
Stukniem i do cytadeli:
Niech się moskal dowie wreście,
Żeśmy ludzie, choć nie w mieście.

St. Bratkowski.





KOSA POLSKA.
WIERSZ JÓZEFA PIERRI, FLORENCKIEGO POETY.

Kiedy na wojnę z Moskwą zawołano
Rzuciłem spokój cichego poddasza,
A nie mający fuzji ni pałasza,
Chwyciłem kosę, com nią kosił siano.
I pod Dubienką zaraz pierwszą razą
Pobiło Moskwę poczciwe żelazo,
I nauczyło Moskwę chłopstwo bose
Co to szanować tę potężną kosę!
Kozacką cała zbroczona posoką,
Jeszcześ się koso moja nie rdzewiła,
Jeszcze te ręce na bój cię wywloką,
Koso krakowska, koso moja miła!
Wierna Polakom, których zbroisz ramię,
Przed tobą koso kozak karki łamie.
Do onej sprawy tyś człeku stateczna,
Koso krakowska, koląca i sieczna!
Kiedy cię biorę, gdy już idziesz ze mną,
Wiedzą moskale że nie nadaremno —
Żadna broń inna tobie niewyrówna,

Koso krakowska, koso ty szacowna!
Bij koso moja, a do nogi pobij,
Niech cary widzą jak się wojna robi;
Kiedy ty błyśniesz, niech się Moskal wierci,
Koso krakowska, koso nagłej śmierci!
Kiedy się bijem za wolność ojczyzny,
Ty się nie zlękniesz moskiewskiej wścieklizny,
Lecz pójdziesz górą jak chodziłaś z dawna,
Koso krakowska, koso wielce sławna!
Srogiego wroga bądźże mi postrachem;
Aż cię zawieszę pod ojczystym dachem!
Jakci go zniszczę, dopiero cię złożę,
Koso krakowska, ty żelazo boże!
T. L.





KRAKOWIAK.

Granatowy mundur, kieszenie u boku,
Wypędzimy wrogów może tego roku,
Nie płaczmy Polacy, choć żyjem w niedoli
Jak wybijem wrogów, wyjdziem z tej niewoli.

Biorą nam pieniądze i wioski sprzedają
Żyd z Niemcem je grabi, za to się kochają.

Taka to jest korzyść mieć w swem kraju Niemca —
Bierzmy się Polacy zgnębić cudzoziemca.

Wtedy będą czasy jak dawniej bywały,
Kiedy polskie baty Niemców okładały.
Uciekaj więc Niemcze uciekaj czemprędzej
Dla łatwej ucieczki nie bierz nam pieniędzy.

Idź do kraju twego flancować tabakę,
Worek z kartoflami zarzuć na swą barkę;
Pchaj taczkę przed sobą do własnego kraju
Boś potrzebny nie był wcale tu mazgaju.

Dalej chłopy dalej, chciejcie się z tym wsławić
Zgnębić szelmę wroga, nic mu nie zostawić —
Po czerwonym polu, lata Orzeł biały,
To rzecz niepodobna by Niemce zostały.

Nie masz nic milszego jak nasz Orzeł biały —
Nim to tchną Polacy, z nim to duch jest śmiały.
Wzbijaj się więc w górę ukochany ptaku,
Niech się łamie zbroja na każdym Prusaku.

Zginął Książe Józef, pamiątkę zostawił,
Ostry oręż w ręku by się Polak wsławił.

Bijmy więc Polacy, bijmy tylko szczerze
A zerwiem moskiewskie i pruskie przymierze.

Na Czerwonem polu dwa orły latały
Ostremi szponami mocno się trzymały,
Stało się że biały czarnego zwyciężył,
Biały się wzbił w górę, a czarny się zniżył.

Bierzcie przykład wrogi z drapieżnego ptaka,
Że was jeszcze hańba czeka od Polaka.
Polacy! przysięga niechaj będzie z nami:
Żyjmy z sobą w zgodzie, a wzgardźmy wrogami.






KRAKOWIAK.

Albo my to jacy, tacy,
Chłopcy krakowiacy!
Czerwona czapeczka,
Na cal podkóweczka.
Niebieska sukmana,
Dana, moja dana!

Karazyja wyszywana,
Cecioć jakoś wyszywana,

Pętliczkami, sznureczkami,
Troistemi klapeczkami,
Dokolusieneczka, moja kochaneczka!

Mam i pasik z białej skóry,
Tak i owak wyszywany,
Przeplatany rzemyczkami,
Wybijany gwoździkami,
Złocistemi sprzążeczkami
Dokolusieneczka, moja kochaneczka!

I koziczek wyostrzony,
W cudną kaletę włożony:
Przy nim fajka i krzesiwko,
Na to dobre przyodziewko —
Kochajże mnie moja dziewko,
Dokolusieneczka, moja kochaneczka!

I koszulka z kołnierzykiem,
Z paciórkami, faworkami,
Z obszewkami z przyramkami;
I bóciki wywracane,
Podkóweczki nitowane,
I przy skroju przeszywane,
Z uszeczkami, z przywiązkami,
Dokolusieneczka, moja kochaneczka!


I pieniądze za obsiewki!
Kochajcież mnie moje dziewki:
A która mnie będzie chciała,
To — to wszystko będzie miała:
Rańtuch biały, okolisty,
Gorset czysty i złocisty,
Sznurek koralów stracisty!
Dokolusienieczka, moja kochaneczka!






KRAKOWIAK
PANNIE JADWIDZE STRASZEWSKIEJ.

Nutę mamy smutną,
Tańców zapomnieli,
Od kiedy niewola,
Wszystko d..... wzięli.

Jakże mamy tańczyć,
Kiedy serce boli,
Iluż braci legło,
Tysiące w niewoli.

Już drugi rok mija,
Jak w krwawych zapasach,

Na zimnie o głodzie,
Wskróś walczą po lasach.

Mąż żegna swą żonę,
Błogosławi dzieci,
Bóg woła w tę stronę:
Zkąd błysk broni świeci.

Narzeczony tocząc
W duszy walkę srogą,
Na odgłos wystrzałów,
Rzuca sercu drogą.

Spieszy do powstania,
Żegna swą jedynę,
A ta tłumi łkania
W stanowczą godzinę.

I nie zatrzymując,
Kochanka pociesza,
Z szyi swej zdejmując
Medalik mu wiesza:

«Niech cię Matka Boska
Ma pod swą opieką,

Ja na wieki twoją,
Choć będziesz daleko.“

Matka syna płacze,
Co legł w boju śmiało,
Bogu oddał ducha —
Moskal zrąbał ciało.

Lecz choć w boju zginie,
Śnieg pokryje kości;
W pamięci wypłynie,
Bo bronił wolności.

Tylko wiary w Boga,
Tylko męztwa w duszy,
Niewola się skończy,
I wróg nas nie skruszy.

„Z Przeszłości.“





KRAKOWIAK
(zaśpiewany towarzyszom podróży na Dunajcu 1857 r.[7])

Śliczna nasza Polska!
Co za kawał lądu,
Od sinego Dniepru,
Do Dunajcu prądu!

Na tej naszej ziemi
Ludzie dobrzy wcale,
Choć ich gnębią Niemcy
I dręczą Moskale.

Choć gnębią, choć dręczą,
Nic to nie pomoże,
Gdy ty się zlitujesz
Miłosierny Boże!

Po tych dniach ucisku
Nastąpią dni krwawe,

I my strząśniem z siebie
Robactwo plugawe.

Lecz by na tę łaskę
Zasłużyć u Nieba,
Znać się nam, o bracia,
I kochać potrzeba.

Bo i cóż osłodzi
Życie w troskach, w trudzie,
Jak nie święta miłość
Do Boga i ludzi.

Chociaż teraźniejszość
Jest tak dziś ponura,
Miłość i nadzieje
Budzi tu natura.

Więc niech żyje kątek
Ten w świecie jedyny,
Nasz bystry Dunajec
I pyszne Pieniny.

„Z Przeszłości.“





KRAKOWIANKA.

Piękna jak jagoda,
Krakowianka młoda
Pójdzie, choć z podwórza
Zajrzeć na podgórza
Na podgórzu stoją
Powrócić się boję
Krakowiacy mili
Co Moskali bili.

Więc piękna jak zorza
Pójdzie do podgórza,
Łzy z oczu ociera,
I tak sobie śpiewa.
«Mój Boże kochany,
Żeby nie te pany,
Jakżeby nam było,
Żyć na świecie miło.

Miotano jak kłosy,
Krakowskiemi kosy.
Nie przyśliby wcale,
Do Polski Moskale,

Wtenczas ja i dziewki,
Szyłam chorągiewki
Zaostrzałam piki,
Poiłam koniki!

Gdy dwóch braci kmieci,
I kochanek trzeci
Szli na krwawe boje
Pomną boleść moją.
Dziś nad braci grobem,
Kruk potrząsa dziobem
A kochanek Zosi
Chleba obcych prosi.

Panowie, panowie!
Coście to zrobili
Nas żeście zdradzili,
Sami się schańbili.
Niech wam Bóg zapłaci!
Za krew naszych braci —
Będą przez wiek cały
Polki przeklinały.»






KRAKUSY.

Co za śmiałość, co za siła,
Zazdrość widzieć tych wiarusów;
Gdybym chłopcem się rodziła,
Tobym poszła do Krakusów:
Bo to chłopcy choć malować,
Bo to usta choć całować.

Takbym biegła na koniku,
I szabelką wywijała;
Bom z żołnierzy, co bez liku,
Nad Krakusów nie widziała,
Widząc szereg ich ochoczy,
Mało dusza nie wyskoczy.

Ja się kocham w tych Krakusach,
Choć Antolka mi zabrali
I pobiegli na biegusach,
Tam na wojnę na Moskali!
Niech go biorą, niechaj biegną.
Szkoda tylko jak polegną.

Bo Krakusy są bez trwogi,
I walecznie i ochoczo

Z dzielnym wodzem, na swe wrogi
Za Ojczyznę w ogień wskoczą —
Ale oni wrogów skrócą,
I pobiją i powrócą.

Skruszy się ich złość wzgardzona,
O Krakusów hufiec bratni.
I Ojczyzna — nie, nie skona,
Aż gdy padnie z nich ostatni.
Niech mój Antek męztwem pała,
Jeźli chce, bym go kochała.

Jeśli wróci, tom szczęśliwa:
Zginie, płakać będę skrycie;
Lecz mnie radość przejmie żywa,
Że Ojczyźnie dał swe życie.
Lecz gdy hańbą się okryje,
To go nie chcę póki żyję.






LUBIĘ ŚPIEWAĆ.
Poscimur!
Hor.

Lubię śpiewać, ale tak,
By śpiewaka nie znał świat —
Śpiewać jak radosny ptak,
Co w wyżynie
W chmurach płynie,
Rad z wolności, z życia rad.

Lubię śpiewać — piosnka ma,
Choć z nieznanych spływa stron,
Choć jej źródło kryje mgła —
Niech świat grzeje
I nadzieję
Wlewa, gdzie nadziei skon! —

Lubię śpiewać dawnych lat
Te spominki, który w nas
Nikt nie zatrze, ani świat,
Ni niedola,
Ni niewola,
Ani moskal — ani czas!


Lubię śpiewać matki śpiew
Co wraz z mlekiem karmił nas,
Co dolata z lepszych stref —
I co w duszy
Łzy osuszy —
Co do zwycięztw wiedzie nas!

Lubię śpiewać — ale tak
By śpiewaka nie znał świat —
Śpiewać pieśni, jak ten ptak
Do kwiateczka
Aniołeczka,
Lub do spomnień dawnych lat. —


2 Marca 1858. „Z wiosny.“





LUDWIK NARBUTT.
I.

Piękna, czarowna Dubicz okolica,
Świeża jak wszystkie litewskie dziedziny,
W okół zbóż łany i borów gęstwiny,
Dalej jeziora srebrzystego lica.


A jako chmura śród nieba błękitu,
Pośród jeziora wyspa, kryta lasem.
Do niej rybacy przybijają czasem,
By słuchać ptasząt, co nucą od świtu.

Lecz dziś spłoszone nie śpiewają ptaki,
Dzisiaj na wyspie dosłyszysz szczek broni,
Czasem urwane krzepkie rżenie koni,
Czasem gwar ludzki doleci przez krzaki.

Cóż to za rzesza zwija się w czacharze?
Jedni, broń w ręku, rzędami się snują —
Drudzy broń ostrzą, ładują, próbują;
Śmiałe ich czoła, ogorzałe twarze.

A pośród wszystkich, jakby matka roju,
Mąż — w jego oczach skry ognia migają —
A skinień jego wnet wszyscy słuchają —
Postać rycerska i w rycerskim stroju.

To nie na łowy zbiera się wyprawa,
Dzisiaj, gdy w kraju od końca do końca
Wojny pochodnia płonie blaskiem słońca,
Wolności święta roztrzyga się sprawa.


Biada wam wrogi, to oddział Narbutta,
Pogromcy Moskwy pod Olkienikami
I Kowalkami i pod Rudnikami —
Lwie serce jego, dłoń jak z stali kuta.

Narbutt najpierwszy pomiędzy Litwiny,
Wspomniawszy dawne Olgierdowe czasy,
Jak Litwa wolna z wrogiem szła w zapasy,
Dobył miecz dziadów, i odbiegł rodziny.

A jak za sobą dwieście rzek do koła
Na bory, niwy ciągnie Niemen stary,
Tak za Narbuttem na lasy i jary
Ruszyły miasta i dwory i sioła.

Na jego imię drżą moskale bladzi —
A on stępiwszy na ich łbach szablice,
Straciwszy wielu, uszedł w okolice,
Gdzie pewny w skryciu znów siły gromadzi.


II.

Na wyspie, niby w Perkuna świątyni
Duchy Algisów, majaczą postacie,
Zewsząd lud śpieszy w uroczystej szacie
I pełnem sercem ofiarę im czyni.


Tu kmiotek wiedzie wołu ostatniego,
Ten niesie chleby, ten wypróżnia ule,
Ten przygarbiony dźwiga broń i kule,
A ten oddaje syna jedynego.

Cieszą się wszyscy, widząc roty własne,
Ze łzami w oczach życzą dobrej doli,
A śród nich Narbutt, jak w domu, powoli
Zapomniał wrogów, zwolnił straże ciasne.

Nie ufaj Moskwie! bo zwierz ten posiada
Szpony niedźwiedzia a chytrość szakala —
Kto się mu w boju złowić nie dozwala,
Temu on we śnie oddechy przyjada.

Płyną, pływają łodzie po jeziorze,
Na wyspie ludzi widać w każdej porze;
Nie każda łódka przynosi rybaka,
Nie każden rybak chce łowić szczupaka.


III.

Cisza — gdzieniegdzie ledwie zadrgnie ziele,
Bo kurek dzisiaj trzciną nie kołysze,
Schował się na dnie — a lubując ciszę,
Słońce wygładza jeziora topiele.


Cisza, gdzieniegdzie ledwie zadrgnie ziele —
Nagle zaszumią w okół oczerety,
Hukną wystrzały, zabłysną bagnety,
I w koło bure ukażą szynele.

«Do broni! zdrada! krzyknie Narbutt swoim,
Bracia do broni! wszak nas tu okryto,
Objęto w koło, już przejścia zdobyto,
Hej bracia, naprzód za przykładem moim!»

Chwycą za bronie, wnet zagrzmią janczarki —
Już szable brzękły, tu krew tryska z gardła,
Tu ręka zwisła, tam pierś się rozwarła,
Tam bez głów krwawe rumienią się karki.

Wre walka — kipi! Z bałwochwalczą tłuszczą
Rozpaczne serca mężnie ją stoczyły;
Lecz trudno walczyć, gdy nie starczą siły,
Źle jeleniowi, gdy psiarnię nań puszczą.

Narbutt, jak lwica, co swych dzieci broni,
Gdzie ręką sięgnie, gdzie okiem zamierzy,
Tam bezduch pewnie carski sługa leży!
Szalę zwycięztwa w swojej trzyma dłoni.


«Zwyciężym! naprzód!» — w tem kula zdradliwa
Łamie mu nogę — on wstrzymał się, pada —
Strwożona w ręce chwyta go gromada,
Okrywa wodza i tuli troskliwa.

Lecz on nie ujdzie losów przeznaczeniu —
Tu kul dokoła tysiące latają,
I wszystkie piersi szlachetnej szukają —
Już ją znalazły, grązną w jej sklepieniu.

«O bracia, bracia, tej nie zgoję blizny!
Już tu mię złóżcie — tam w pomoc biegnijcie,
Mnie raz ostatni jeszcze dłoń ściśnijcie —
O jakże słodko umrzeć dla ojczyzny!»

Skończył bohater, z nim walka skończona
Jak gdy runęła kolumna Samsona —
A stosy trupów, to do nieba stopnie —
Tymofiew tylko zaśmiał się okropnie.


IV.

Dubicz kościołek pośród gaju leży:
Po nad dach szumią mu dęby wspaniałe,
Z tej strony smętarz, na nim brzoze białe,
Z tamtej dwa dzwony u drewnianej wieży.


Czemuż te dzwony tak tęskno dziś biją?
Zkąd tyle ludu dzisiaj u kościoła,
Czemuż ku ziemi smutne chylą czoła,
A wszyscy milczą i w oczach łzy kryją?

W środku kościoła, jakby ołtarz Abla,
Ze samych trumien stos wielki złożony,
Na każdej wianek z dębu przyczepiony,
A na ostatniej krzyż, wieniec i szabla.

Msza wyszła — z piersi jęk się dobył w koło,
I znowu cisza, lud klęczy schylony,
Tylko szlochania słychać głos stłumiony.
I tylko dzwonek jęczy nie wesoło.

I świętą wodą skropił pleban stary.
Długi rząd trumien zniesiono do ziemi,
A ziemia dudniąc zwarła się nad niemi.
O Boże, Boże, przyjmij te ofiary!

I długo w Wilnie nie chciał lud uwierzyć,
Żeby bohater, wódz Litwy miał nie żyć.
I długo, leżąc w krzyż u Ostrej Bramy,
Pytał swej Matki, gdzie Narbutt kochany?


Dnia 8 lipca 1863. J. T.




MAJ W LISTOPADZIE.

W całej Polsce i w Warszawie,
Brzmią radością wszystkie kąty,
Uroczystej cnej zabawie,
Czczą dzień dwudziesty dziewiąty.
Wesół kraj, szczęsny kraj,
Nam Listopad jako Maj.

Błyszczy dla nas zorza błoga,
Gdy oręża Polak dopadł,
Naszą krew z ssącego wroga,
Z grona wygnał przez Listopad.
Boże daj, Boże daj,
By Listopad był jak Maj.

Już nam wolno działań mężnie,
Wolno iść Czarneckich śladem,
Wolno walczyć i potężnie
Grozić Moskwie Listopadem.
Co za kraj, co za kraj!
Dla nich jesień, dla nas Maj.


Już Ojczyzna żyć zaczyna,
Już stargane są jej pęta,
Gońmy, sieczmy Moskwicina,
Niech Listopad popamięta.
Co za kraj, co za kraj,
Gdzie Listopad wspomniał Maj.

Świetne błyszczą nam nadzieje,
Gdyśmy klęsk rozbili chmurę,
Podłe szpiegi i złodzieje,
W Listopadzie wzięły w skórę.
Boże daj, Boże daj,
By Listopad był, co Maj.

Już się wykluł orzeł biały,
Nic mu nie jest na zawadzie;
Pomnij rodzie Lecha cały,
Żeś się wykluł w Listopadzie.
Boże daj, by nasz kraj,
W Listopadzie widział Maj.






MARSZ KOSIARZY.
(Na nutę: «Albośmy to nie Krakusy,
Albośmy to jacy»?)

Dobry karabin, bagnety,
Sztucery, pałasze,
By zaś moskwie sprawić wety —
Inot kosy nasze.
Siecz sołdata, kol psubrata,
Tę nierogaciznę —
Stłuczeni, zdławim — i wybawim
Naszą krwią ojczyznę.

Znana kosiarzy w Narodzie
Ich uczciwość taka,
Że się na mróz i o głodzie
Bili na bosaka.
Choć człek bosy, niechno kosy
Uczciwie zabrzękły,
W butach wrogi, hura w nogi!
Tak im rury miękły.

Kosami nasz lud się wsławił,
Znów go kosy wzniosą

Toć to jeden wojak prawił:
Śmierć nie darmo z kosą.
Więc moskala co podpala.
Pastwi się z ukazu
Nad rannymi, bezbronnymi
Tnij — jak śmierć — od razu!

Służba nasza boć żołnierska,
Bez próżnej gawędy,
Jeno z kosiarzem z braterska,
A dzielnej komendy!
Toć to kupa miejsc, gdzie trupa
Słało się kosami —
Pod Wąchockiem, pod Otwockiem,
Pod Siemiatyczami.

Najwięcej nas u kosiarzy
Wiejskiej, dziarskiej wiary.
Zsiadłej w barach, smagłej w twarzy,
Z dłońmi jak kafary.
Bój z tym człekiem już przed wiekiem
Nie był faramuszką —
A Głowacki, a Świstacki,
Co ich czcił Kościuszko?


Nie ugręźniem w wrogów siatki,
Bo prócz serc prostoty,
W spadku jest od ojca, matki
Łeb nie do pozłoty.
Z nami szczerze, w bratniej wierze,
Szczerze a goręcej,
Toć wieśniaków, cnych wojaków.
Dzień w dzień będzie więcej.

Z miast i ze wsi, z szlachty, z kmieci
Każdy dziś już wierzy,
Żeśmy przecie jedne dzieci
Od Polski macierzy.
Więc ni zwady ni też zdrady
Dziś się nie boimy,
Bo o zgodę i swobodę
Dla wszystkich walczymy.

Hej kosiarzu! rzuć zagrodę,
Hura do szeregu!
Stryjek już zapuścił brodę,
Nie ugręźniem w śniegu.
Wkrąg zielono, a to pono
Barwa jest nadziei —
Ostrzmy kosy na bigosy
Z tych zbójów, złodziei!


Jeno w szeregu czuj ducha,
Swornie, a w te pędy!
Kto zwyciężyć chce, wprzód słucha
Jak trusia — komendy.
Siecz sołdata, kol psubrata —
Tę nierogaciznę
Stłuczem, zdławim — i wybawim
Nasza krwią ojczyznę.

W. Wolski.





MARSZ POLSKI.

W górę serca i czoła! noc się szara rozsłania,
Z bożej dłoni co wskrzesza idą blaski zarania,
I ta Święta, o którą moc szatańska się starła
Drgnęła w grobie i mówi: «Spałam tylko, nie zmarła!»
Razem, razem, odrzućmy grobnych głazów ostatki,
Precz, precz! Ach, widne już oblicze tej matki!

Wstaje ze snu strasznego a chwiejąca i blada,
Niby spojrzeć się boi a uśmiecha się rada.

Jakże wiele jej obce! I nie wszystko poznaje —
Te dwa morza to twoje i te grudy i kraje!
Prędzej, prędzej! niech biedna o swych dzieciach się dowie,
Krew! krew! Z żył wszystkich na jej i świętości zdrowie!

Wiele było goryczy między braćmi rodnymi,
Spór my wiedli o ziemię, spadkobiercy bez ziemi.
Najprzód ziemię odzyszczem, potem stanie zagroda,
A w zagrodzie swoboda — gdzie swoboda tam zgoda!
Ramię w ramię, ty Lachu, ty Rusinie serdeczny
W bój! w bój! A błyskaj jak miecz jeden dwusieczny.

To na stany, na wiarę nasz bezwładniał ład stary:
Kto dziś w Polskę nie wierzy, ten bez stanu i wiary!
Nas niewola zrównała, a nadzieją my spólni,
Nazywano nas różnie — my nazwiemy się: «<Wolni!»
Ramię w ramię, herbowni, izraelscy, siermiężni,
W bój, w bój! My jedni, jeźli zacni i mężni,

Z potępionych przez naród dziś nie jeden rozpacza
W górę serca i czoła! Polska wszystkim przebacza,

Do nas bracia zbłąkani, do naszego tu łona,
Na czas smutku i grzechów niech zapada zasłona!
Przodem, przodem na sławę rwij się dziatwo niesławy,
W bój, w bój! Tam zmyje plamy wasze chrzest krwawy!

W polskiej wierze kto wytrwa, ten zwyciężył i dopiął,
Co nam stanie zawadą, w gruz niech idzie i popiół
Miłość naszym orężem, lecz gdzie zdrada lub opór,
Tam nam miłość w jad przejdzie, oręż zmieni się w topór!
W pochód, w pochód, a wszystko co dziś stanie przed nami,
W proch, w proch się zetrze pod milionów nogami!

O Ty Polsko, o nasza! przez pokutę natchniona!
My na tarczach cię wzniesiem, krzycząc światu: to Ona!
To zwiastunka miłości, gwiazda szczęścia dla ludów.
To królowa bez koron, wiecznych ofiar i trudów.
Naprzód, naprzód anielska, nasza apostolska,
Bóg! Bóg! Bóg z nami, tam gdzie walczy Polska!

K. Ujejski.





MARSZ POWSTAŃCÓW.

Za ojców, braci kości bielejące
W Sybiru śniegach, wśród Kaukazu skał,
Sióstr, żon i matek naszych łzy gorące,
Со wróg im hańbę w żywe oczy plwał.
Za plemion całych zmarnowane lata,
Со im w zepsuciu truło myśl i cześć,
Za niecne jarzmo, cośmy w obec świata,
Jęcząc i drzemiąc, mogli dotąd znieść.
Na bój, Polacy, na święty bój!
Wolności duch — to Boga miecz.
Na bój, na bój! Nikczemny zbój,
Jak zwierz spłoszony, pierzchnie precz.

Za męczenników naszych krwawe płacze,
Odbite głucho о więzienny sklep,
Wygnańców naszych cierpienia tułacze,
Ich gorzki, bo z rąk obcych brany chleb.
Za chytre prawa dla rodowej dumy,
Gdy lud i pracę hańbił prawem car,
Jak bydło kazał smagać, bo te tłumy
Nie ludzie jeszcze, według carskich kar.
Na bój, Polacy, na święty bój — itd.


Za niecne pysznych panów z wrogiem zmowy,
Od Targowicy aż do naszych lat,
Za podstęp piekła, którym lud wioskowy
W oprawców próżno chciał zamienić kat.
Za bezczeszczone przez pogan kościoły,
Za poniżenie wiary naszej sług,
Miast i wsi tylu dymiące popioły,
Gdy na ich zgliszczu dziko śmiał się wróg.
Na bój, Polacy, na święty bój — itd.

Za rzeź bezbronnych, klęczących w ulicach,
Z modlitwą jeszcze za ciemięzców swych;
Za tych szlachetnych, со na szubienicach,
Jakby złoczyńców, drgały ciała ich!
Za bohaterów, których rozstrzelano,
Gdy im szyderstwem wróg — oprawca truł
Ofiarę, jak łza matek, nieskalaną,
Półżywych potem zakopywał w dół.
Na bój, Polacy, itd.

Za jęki rannych, zwolna dobijanych,
Co im wprzód sołdat odzież z ciałem zwlekł,
Za męki rannych, słomą obwijanych,
Których powoli ludożerca piekł.
Za błagań tyle, co chorzy i stary
Żebrali z łóżek — a zgłuszył je mord,

Za trupy dziewic, z krwią przyschłą na twarzy:
Ślad sprośny kąsań hulających hord.
Na bój, Polacy! itd.

Za te krwi zdroje, со ich już nie zetrze,
Во z nich w narodzie wiecznie krwawa łza.
Za ziemię, wodę, ogień i powietrze,
Do życia prawo, jakie każdy ma.
Za cześć dla chwili, w której naród dzielny
Zbudził się, poczuł, że za długo śni —
I że powinien swój bój nieśmiertelny
W odwiecznych wrogów swoich obmyć krwi.
Na bój, Polacy! itd.

Za wolność, hasło jedynego celu,
Wy z miast, od rzemiosł, coście wszędzie wprzód,
Młodzieży Polska, polski Izraelu,
Do chat, do ludu, budźcie wiejski lud!
On wam uwierzy, bo wy w nim braterską
Uczcicie pracę, proste serce, krew —
A z ludem młoda Polska bohaterska,
Wymiecie wrogów, jakby kupę plew.
Na bój, Polacy! itd.

Za wszystkie męki Polski, męki Litwy,
W imieniu wszystkich naszej Rusi mąk,

Do bitwy, bracia, do wytrwałej bitwy!
Zwyciężym — jeśli nie opuścim rąk.
Во biały orzeł i pogoń z aniołem,
Opromieniony musi lot swój wznieść;
Cześć tym, со umią z ludem walczyć społem!
Im Naród cały powie kiedyś: cześć!
Na bój, Polacy! itd.




MARSZ SZPIEGÓW NA SZUBIENICĘ.

Wielkie wasze przeznaczenie,
Arcyprzezacni szpiegowie!
Wszystkich jest jedno życzenie,
Widzieć stryk na waszej głowie.

Witaj Rożniesiu łaskawy!
Choć nam miłe twe oblicze;
Ty jesteś jeszcze dość żwawy —
Dalejże na szubienicę.

Szymanosiu, cny człowieku,
Coś wszystkie zwiedzał ulice,
Jeszcze jesteś w sile wieku,
Żwawo marsz na szubienicę.


Jurgaszko, ty mężu dzielny!
Znany od całej stolicy,
Chociaż będziesz nieśmiertelny,
Marsz — spoczniesz na szubienicy.

Makrosiu, duszo poczciwa!
Z ciebie jeszcze człowiek młody,
Ojciec się do ciebie wzywa —
Marsz na szubieniczne gody.

Wy! których tysiące mamy,
Co pełno zasług liczycie,
Dobrze sprawki wasze znamy:
Na szubienicy skończycie.

Taka śmierć godna żywota,
Podłych niechaj zdrajców dusi —
Tak ginie każdy niecnota,
Co przedajno służył Rusi.

Teraz marsz w piekielne kraje,
Macie tam swoje nagrody;
Mężnie marsz szpiegowskie zgraje,
Użyjecie tam swobody.


Wesoło was powitają
Dawni panowie,
Marsz, bo tam na was czekają,
Dawni szpiegowie.




MARSZ ŻUAWÓW.

Nie masz to wiary, jak w naszym znaku!
Na bakier fezy, do góry wąsy —
Śmiech — i manierek brzęk na biwaku,
W marszu się idzie, ja gdyby w pląsy.
Lecz gdy bój zawre, to nie na żarty
Znak i karabin do ręki bierzem.
A Polak, w boju kiedy uparty,
Stanie od razu starym żołnierzem.
Marsz, marsz Żuawy!
Na bój, na krwawy,
Święty a prawy — marsz!

Pamięta moskwa, co Żuaw znaczy!
Drżąc sołdat jego wspomina imię —
Sporo bo nakłuł carskich siepaczy
Brat nasz, francuzki Żuawek w Krymie.

Miechów, Sosnówkę, Chrobrz, Grochowiska
Dzwoniąc też w zęby wspomni zbój cara —
Krwią garstka doszła mężnych nazwiska,
Garstka się biła jak stara wiara.
Marsz, marsz Żuawy! itd.

Kiedy rozsypiem się w tyraljery,
Zabawnie pełzać z bronią, jak krety:
Lecz lepszy ogień — gęsty a szczery,
I lepszy rozkaz: marsz na bagnety!
Bo to sam bagnet w ręku aż rośnie,
Jak wzrasta zapał w dzielnym ataku:
Hura! i hura! huczy radośnie,
Górą krzyż biały na czarnym znaku!
Marsz, marsz Żuawy! itd.

W śniegu i błocie mokre noclegi —
Choć się zasypia przy sosen szumie,
W ogniu rzednieją djablo szeregi,
Chociaż się zaraz szlusować umie.
A braciom ległym na polu chwały
Mówimy: wkrótce nas zobaczycie!
Pierw za jednego z was pluton cały
Zbójców, nam odda marne swe życie.
Marsz, marsz Żuawy! itd.


Po boju spoczniem na wsi czy w mieście,
Cóż to za słodka dla nas podzięka,
Gdy spojrzy mile oko niewieście,
Twarz zapłoniona błyśnie z okienka!
Bo serce Polek, bo ich urodę
Żuaw czci z serca, jak żołnierz prawy,
I choćby za tę jedną nagrodę,
Winien być pierwszy wśród boju wrzawy.
Marsz, marsz Żuawy! itd.

Nie lubim spierać się o czcze kwestje,
Ale na marne carskie dekrety:
Jakieś koncesje, jakieś amnestje,
Jedna odpowiedź: marsz na bagnety!
By ta odpowiedź była dobitną,
Wystósowaną zdrowo a celnie,
Niech ją Żuawy najpierwsi wytną —
Bagnety nasze piszą czytelnie.
Marsz, marsz Żuawy! itd.

Słońce lśni jasno albo z za chmury:
Różne są losy nierównej wojny.
Żuaw ma zawsze uszy do góry,
Z bronią u boku zawsze spokojny.
Kiedyśmy mogli z dłońmi gołemi
Oprzeć się dzikiej hordzie żołnierzy,

To z bronią wyprzem ich z polskiej ziemi —
Nie do Żuawów — kto w to nie wierzy!
Marsz, marsz Żuawy! itd.

W. Wolski.





MAZUREK.

Pogardziwszy nową modą,
Ojców idźmy torem,
Pogardzajmy czczą urodą,
A cnót bądźmy wzorem.
A takie plemię,
Gdy zamieszka ziemię,
Polska kwitnąć będzie,
W pierwszych królestw rzędzie.

Szczerość w sercu, szczerość w mowie,
Mówił to, co wiedział,
Tacy to byli przodkowie,
Jak tam ktoś powiedział.
A takie plemię, itd.


Gdy kto obcy w dom zawitał,
Biedny lecz cnotliwy,
Dobrze każdy tam przywitał,
Człeka człek poczciwy.
A takie plemię, itd.

Tam nie było wykwintności,
Przepysznego grodu;
Rzekł gospodarz «Szczęść Waszmości»
Dał szklenicę miodu.
A takie plemię, itd.

Ale kiedy nie potrzebny,
Gość w ich kraj zawitał,
Polak dzielny, nie pochlebny,
Wygnał, ani pytał.
A takie plemię, itd.

Znały polskiej ręki siłę
Pograniczne ludy,
Im wolności miłe imię
Dla niej słodkie trudy.
A takie plemię, itd.

Równie mężom i kobiety
Znały co ojczyzna;

Męztwo, cnota, to zalety,
Wdziękiem u nich blizna.
A takie plemię, itd.

Dawniej dzielne nasze matki
Polskie rozmawiały:
Kochać naród, swoje dziatki,
Kochać nauczały.
A takie plemię, itd.

Gdy na wojnę szły synalki,
Matki nie szlochały,
Dając tarcze rzekły: z walki
Na niej, albo cały.
A takie plemię, itd.

Niech się teraz Lech odrodzi,
Dawne wrócą cnoty;
Niechaj dziadów torem chodzi
Niech zna co obroty.
A takie plemię, itd.






MAZUR POBRATYMCZY.

Czy się cieszę, czy się smucę
Flet mi towarzyszy,
Choć w pustyni pieśń zanucę,
Brat ją mój usłyszy. —

Zanucę ją, brat zawoła
«Witaj pieśni znana,
Bądź posępna, bądź wesoła,
Zawsze pożądana.»

Pożądana bo jednakiem,
Brzmi czuciem i echem,
Bo ją pojmie Czech z Polakiem,
Pojmie Polak z Czechem.

Czy nam płyną dni pogodne
Czy nas zmory straszą;
Pobratymcze pieśni zgodne,
Wy pociechą naszą!

Bo czyż to nie jedne chęci,
Władną Słowian dziatwą:

A lud godzien żyć w pamięci,
Nie zaginie łatwo.

Pojmie każdy kto Słowaków,
Pobratymiec rodem,
Czy mu gniazdem szczyt Krępaków,
Czy Dniestr lśniący lodem.






MOGIŁA.

Jest dotąd na błoniu
Samotna mogiła,
Tam jeździec na koniu
Gdy noc się zciemniła

Przy blasku księżyca
Spływa na obłoku,
Blade ma on lica
I łzę w czarnem oku.

I patrzy przed siebie
W zadumie głębokiej,
Wzrok błądzi po niebie,
Po ziemi szerokiej


A niebo i ziemia
Jednako zamknięte —
Od smutnego cienia
Uciekł pokój święty.

I gdy kraj się krwawi
Krew płynie niewinna,
Gdy bratnią krwią pławi
Lud rękę zbył winną,

To cień wtedy płacze
I jęczy rozgłośnie,
I w życie tułacze
Znów wraca żałośnie.

I błądzić tak będzie
Po stepu przestrzeni,
Aż oświecon w błędzie
Lud serce odmieni.

Co zrobił, odrobi,
Duch Matki, przejedna,
I ojczyzna z grobu
Podźwignie się biedna.


I winę Kaina
Zetrze z swego czoła,
I z miłością syna
Do Matki zawoła:

«Niech złączy nas braci
Miłość i ofiara,
Niech jedna zaświeci
Nam wolność i wiara!»

A wtedy duch owy
Odpocznie w mogile,
Pod darń schyli głowę
I będzie śnić mile.


Ems, dnia 12 Czerwca 1862 r. Julian z Poradowa.





MORITURIS!
«Przyjdź królestwo Twoje.»
Ojcze nasz.

Młodzieńcza piersi! lampo marmurowa,
Co płoniesz wiecznym ogniem do skonania;
Młodzieńcza piersi! łzawnico grobowa!
Popiół twój święty znakiem zmartwychwstania


Młodzieńcza piersi! wulkanie wszech-świata!
Co zbawiasz piekła piorunem miłości,
Choć czołu dano by piętno warjata;
O! bądź pancerna prawdą — w tej nagości!

Młodzieńcza piersi! ludzkości skarbono,
Co skarb oddajesz dopiero z pęknięciem —
O! bądź do końca w miłość przepełnioną,
Jak puchar życia, wieczności zaklęciem —

Młodzieńcza piersi! lwi murze narodu!
Choć świat cię łuską okajdanił wężą,
Wolności zorzą bądź w bolach porodu
A bramy piekła cię nie przezwyciężą. —

Młodzieńcza piersi! tarczo polskiej ziemi!
Rany twe świecą gwiazdami ludzkości,
Wielkaś ty jak Bóg — co cię tchy swojemi
Sobie podobną utworzył w miłości!

Jak w przenajświętszej hostji sakramencie
Jest całe bóstwo światów i wieczności,
Jak w jednem sercu polskiem jest zaklęcie
Polski całego życia — i świętości —


I jak się imię Cezara przed wieki
Godłem cesarstwa nazwało u ludów —
Miano Polaka będzie mianem cudów,
Ludzi cnotliwej woli i opieki!

O hekatombo z najmilszych złożona!
Abla ty słupem z niebem połącz ziemię,
Ojczyzno! zginąć mające dziś plemię
Ciebie pozdrawia — o Bogiem sławiona!

Młodzieńcza piersi! arfo Jehowiczna,
Po której zagrał gromami Jehowa,
Tyś krwawą rolą, gdzie ewanieliczna
Roślina schodzi wielka — miljonowa!

Młodzieńcza piersi! naprzód! za świat cały —
Rany twe — gwiazdy na dziejów błękicie!
One nie bolą! spędzą noc w blask chwały —
Gińże! by zabić śmierć - a zdobyć życie!

Młodzieńcza piersi! tyś ducha świętego
Gniazdem! — nim wzięci w przestrzenie ludzkości
Kiedyż narodów rodzina w przyszłości
Palcem Tomasza nie tknie boku twego!


Lecz bądź pokorna, jak łan, co się chyli
Harmonią kłosów w brylantach młodości,
A ziemia, którą ojcowie zdobyli,
Zadrga ku tobie stosami swych kości! —

O naprzód! naprzód! młode pokolenia!
Tam nowej ery pioruny zagrzmiały —
Polak dziś ziarnem przyszłości nasienia,
Zrodzon w kajdanach — lecz wie, że do chwały!


Warszawa 1863. „Dziennik literacki.”


NA BAGNETY.
(Pieśń spiskowa i oboźna.)

Ryknęła pieśń spiżowych dział
Na naszą pierś, na Polski wał,
A tu przed nami potężny — wróg!
Ale nad nami w niebiesiech Bóg! —
Urra! bracia! wraz przez Boga!
Na bagnety, na bagnety! —

O tchnienie me ostatnich tchnień!
Rzuć iskrę choć w tej nocy cień,

A z morza krwi — ho! z łona burz
Wstaj tęczo ty! Polsko wśród zórz!
Urra bracia! itd.

Hej! kto w rozpaczy pchnięty toń,
Zwątpił już w Boga, w kraj i w broń,
O, choćby Bóstwa nie było,
Męczeństwo by się stworzyło
Z krwi naszej! — a więc na wroga!
W imię Polski! w imię Boga!
Na bagnety, na bagnety!

O! i nie zemsty woła nas szał —
Nasz święty zapał murem dla dział,
Nie mścić się, nie! uwolnić my,
Idziem was wrogi, z tych kajdan rdzy!
W imię Polski, w imię Boga
Urra bracia! itd.

Naprzód, naprzód, hej, do dzieła!
Jeszcze Polska nie zginęła!
Naszą śmiercią z martwych wstaje!
I nią życie drugim daje!

Więc na działa w imię Boga!
Na kolumny, wraz na wroga —
Na bagnety, na bagnety!

1863. Ernest Buława.


NAD BRZEGIEM WISŁY.
(Widmo przeszłości.)

Była wiosna — sam siedziałem
Nad wybrzeżem Wisły —
Długo, długo tak dumałem,
Aż gwiazdy zabłysły.

I zasnąłem ze znużenia
I śniłem — lecz o czem?
Czy o ziemi łez, cierpienia?
O niebie uroczem?

Czy o Polsce? o mogile?
O aniołach może?
Nie wiem — bo już odtąd tyle
Miałem snów, mój Boże! —


Pomnę tylko, że z wód łona
Jakiś Duch-Dziewica,
Cała rojem gwiazd olśniona,
Smętna, blado-lica,

Z łzami w oku — krwią zbroczona —
Z mieczem w białej dłoni —
Z krzyżem u śnieżnego łona
Wypłynęła z toni —

«Ja twą matką, moje dziecię,
I twych braci matką,
Co łzy leją gdzieś po świecie
Za rodzinną chatką —

A jam, wdowa, łez już tyle
Za nimi przelała,
Że na ojców ich mogile
Wisła z łez powstała.» —

Znikło widmo — lecz dziś jeszcze
Nad Wisły wybrzeżem,
Coś w około mnie szeleszcze,
Niby łza z pacierzem — —


Warszawa, 18 Marca 1863. „Z wiosny.“




NAD KURHANEM PRZESZŁOŚCI.
«Jeźli chcesz śpiewać pieśni dla narodu
Wtedy się przesuń jako cień przez wieki,
Zamknij przed słońcem bezsenne powieki,
Weź serce trupa do twego zawodu —
I odczuj sercem z jednej szczypty błota
Wielkie poloty wielkiego żywota.»

Resztki po ojcu, po matce, po miłej
Nie rzucisz z wzgardą lecz zbierzesz je skrzętnie
By je na smętarz zanieść do mogiły,
By je tam krzyżem oznaczyć pamiętnie.
Toć i przeszłości powietrzałe szczątki
Nie pozostawisz bez krzyża, mogiły,
Uczcisz je znakiem dla długiej pamiątki
By i twe dzieci nad kurhan trafiły —
I nad kurhanem w przyszłości dalekiej,
Zdołały w dumach dawne zakląć wieki.
Polsko i Litwo! dwa bratnie narody
Coście się z dawna w jeden naród zlały!
Stańcie nad kurhan wzniesion na przeszłości —
Z niego was powiew zawionie swobody,
Z niego wspomnienia zawieją was chwały,
Z zbielałych życie wypłynie wam kości.

Polsko i Litwo! każde z waszych dzieci
Po nad ten kurhan co na wiekach leży
Po radę w serca niemocy niech bieży —
Z tamtąd mu jasność promienna zaświeci,
Co mu rozwidni wszystkie życia drogi,
Że w nich nie stanie przelękły od trwogi.
Polsko i Litwo! nad ten kurhan dążcie
Co przeszłość waszą posągiem przygniata!
Niechaj się nad nim dłoń do dłoni wplata,
Nad nim się bratnim uściskiem powiążcie;
Z niego wam tyle musi trysnąć mocy,
Że nie padnięcie złamani z przemocy.
Nad kurhan razem! tam pod nim — nie kości,
Tam pod nim leży przeszłość jasna, żywa:
My życie czerpać musimy z przeszłości,
Ona nas jedna do lotu porywa,
Ona świecąca w jutrzennej jasności
Wskazuje drogę i do czynu wzywa.
Kiedy nas także przysypią mogiły,
Za naszą kością będą grzebać wnuki,
Będą nas sądzić dla wnuków nauki.
Niechby się kości w grobie nie ruszyły —
Jeźli z nas jasność żadna nic zaświeci
Nasze popioły w grobie przeklną dzieci! —

A. G.





NASZA PIEŚŃ.

Gdy kord z omdlałej wypadnie dłoni,
Gdy w żyłach stara zastygnie krew;
Jak kwiecie smętnej, bojowej błoni
Z serc naszych jasny wytryska śpiew.

I duch Kościuszki i duch Zawiszy,
Z stali w słowiczy przechodzą głos,
Ziarno w podziemnej skryte zaciszy,
W złoty i srebrny stroi się włos.

I kwitnie kwiecie i dźwięczy piosnka,
Choć ja wrzask wrażych przygłasza hord,
Aż dojdzie owoc z kwiatka, pierwiosnka,
Aż z pieśni twardy wyrośnie kord.

„Dziennik literacki.“





NOCNA PARADA.
I.

Północ blizka — dobosz zmarły,
Budzi się i rzuca grób;
Trzy mogiły się rozwarły,
A nad każdą bębni trup.

Pałki brzęczą — drga bez przerwy
Kość opadłych z ciała rąk;
To pobudka — z nią najpierwej
Apel zmarłych tętni w krąg.

Bęben znowu bić przestaje;
Echa dziwny wtórzą grzmot.
Wśród parowu zmartwychwstałe
Sto poległych strzelców rot.

Ci co leżą pod biegunem,
Gdzie ich skrył Kremlinu śnieg,
Wstają, wstają! a całunem
Trzęsą aż po Wisły brzeg.


Ci co pod Arabji piaskiem,
Których grzebie Nilu muł,
Wszyscy w marsz; pod nocnym brzaskiem,
Z chorągwiami lecą współ!

Rzym, Neapol, Somo-Sierra,
Waterlo, paryzka błoń,
Wschód i Zachód tam się zbiera,
Każdy lud i każda broń!

Przy rumaku trębacz zmarły
Budzi się i rzuca grób;
Trzy mogiły się rozwarły,
A nad każdą trąbi trup.

Miedź ryknęła — dmie bez przerwy
Wśród obszaru łąk i pól;
Na koń! na koń! przed rezerwy
Staje wódz, italski król!


II.

Północ rychło — już na koniach
Rój szkieletów pędzi w czwał;
Orły wiją się po błoniach,
Kości trzask i turkot dział!


Czaszki trupie pod szyszakiem,
W ręku grot lub ostry miecz;
Ci na polu znak za znakiem,
Ci powietrzem lecą precz!

Patrzcie! patrzcie! — tam, na grobie
Cesarz, ten co Moskwę bił;
Świetny orszak ma przy sobie,
Idzie z wolna, z ręka w tył.

Niski kołpak ma na skroni,
Bystry wzrok i prosty strój;
O bok lewy szabla dzwoni,
Co w trzech światach wiodła bój.

Księżyc lśni z przywartych powiek
W sinem świetle duchów ćma;
O kołpaku niskim człowiek
Rewję tu przeglądać ma.

Błyszczą przed nim pułków krocie:
«Broń na ramię — celuj — pal!»
Wojska ciągną w bębnów grzmocie,
Jak miljony morskich fal!


«Niechaj każdy hasła słucha!»
W koło niego tłum się zbiegł;
Najbliższemu wódz do ucha
Jedno słowo z cicha rzekł.

Wszyscy pułkom zdają hasło:
«Polska hasłem naszych rot!»
«Polska —!» tysiąc głosów wrzasło;
«Polska!» zdala wtórzy grzmot!


III.

Północ bije — cud się zjawia:
Cichym szmerem z martwych płuc
Tak do swoich wojsk przemawia,
Dawny Franków cesarz-wódz:

«Patrzcie, tam! gdzie wschodzi zorze,
Gdzie Kościuszki sterczy grób,
To moskiewskie błyszczą noże,
To pożaru krwawy słup!»

«Tam, do Polski wszyscy lećmy,
Gdzie łupiestwo, rzeź i mord;
Tam się pastwi wróg nad dziećmi,
Niszczy kraj tysiącem hord!»


«Niewdzięcznością za żywota
Jam zapłacił za jej krew;
Mnie zamknięte niebios wrota,
Mnie dziś karze boski gniew!»

«Za to błądzę z umarłymi;
I nie wstąpię w rajski próg,
Aż nie zejdzie z polskiej ziemi
Barbarzyński dziki wróg!»

«Za mną przeto broń podnieście!
Gdyż odrodny Franków lud,
Leje tylko łzy niewieście,
I zapomniał, czem był wprzód!»

«Marsz, do Polski!» — Wszyscy lecą,
Wrą potoki zbrojnych mar;
Miecze jak pioruny świecą,
Już na tronie zadrżał car!

Lecą, gromią — między niemi
Biały orzeł, czarny kruk;
Niebo schyla się do ziemi,
I szatanów strąca Bóg.


W grudniu, 1830 r. K. Ostrowski.





NOWOROCZNY BAL WARSZAWSKI.
«Same maski! tylko maski!»
(Wiersz à la Béranger: On n’entrera qu’en masque.)

Niesie to przypowieść stara:
«Grecka wiara — żadna wiara!»
Podejrzane ruskie łaski!
Bo to maski, same maski!!

Słuszna więc że kniaź warszawski,
Gdy upływa roku miara,
Chce, by martwej Polski mara
W masce szła oglądać maski!

Otóż idą, jadą, wchodzą,
Pod ułudy walną wodzą,
Na znak marszałkowskiej łaski —
Tylko maski, same maski!

Strojne w złoto i atłasy,
Piękności mongolskiej rasy,
Z talji istne dynie, faski —
Szczęściem że przywdziały maski.


Tuż junaki i magnaty,
Szlachta starej, nowej daty
Tamten wzdęty, a ten płaski
Dobrze, że to tylko maski!

Tu plac bierze matron statek:
Córki — godne swoich matek,
Wianki dziewic, ksień przepaski!
Jaka szkoda, że to maski!

Wreszcie Kurjer w rogu sali
Dumający, jak pochwali
Dam, klejnotów, oczu blaski —
A on wie, co to są maski!

Lecz ja się pod maską nudzę,
I dość stałem na wysłudze,
A sprzykszywszy piski, wrzaski,
I nie widząc nic jak maski!

Szukam płaszcza, może w mieście
Spokój, prawdę znajdę wreszcie —
Spokój? — tak! ucichły wrzaski —
Prawdę? — nie! i tutaj maski!


Mur przy murze, obok muru
Chodnik wije się z marmuru.
Znam już skądsiś te opaski!
Tu nasz bulwark! — palcie maski!

Co za fronton i kolumny!
Teatr wielki! tytuł szumny!
Wywołania i oklaski! —
Więc to nie żart? — tylko maski!

Trzeba było temi słowy
Zatrzeć: Teatr Narodowy!
Wznieść miast smaku, koncept płaski —
Balet; miast Sofoklów — maski!

Tu się róg w półkole zwija;
Kruszec w papier bank przebija,
Ludziom w oczy sypie piaski,
Póki mu nie zdejmą maski!

Dalej pnie się pałac nowy,
Tuż się gnieździ sęp dwugłowy,
Cóż tu stało? Pałac saski!
A! gmach królów — trzeba maski!


Wprost za rzeką, po za Pragą,
O sromoto! o zniewago!
Sypie Moskwa szaniec praski,
Na cześć zdrajcy! hydne maski!

To już nadto, i wy chcecie
Zwać się wielkim ludem w świecie,
Miłość jednać przez niemaski —
Nędzni! zrzućcie wprzódy maski!

Bo stać będzie prawda stara:
«Grecka wiara — żadna wiara!»
I marnemi wasze wrzaski —
Bo to maski! tylko maski!

„Z Pszonki.“





NOWY TRZECI MAJ.

Choć już wojsko rozproszone,
Choć nam wrogi kraj nękają,
Serca polskie niezgłębione
Sto lat wolność przechowają;
Męże Lechy krzykną: «Maj»
I odbierą własny kraj.


Polak pełen czci i chwały —
Nagrodą jego są blizny;
Niech się uczy wróg zuchwały
Co to jest miłość Ojczyzny!
Miło śpiewać: «luby Maj»
Kto walczy za własny kraj.

Moskal puszy po Warszawie
I pieniędzmi krwi bój toczy
I pobłaża zdrajców sprawie;
Jeszcze on w niej zamknie oczy.
Przyjdzie jeszcze trzeci Maj,
Wróg ucieknie — Boże daj!

Łaskami swemi obdarzać:
Kto do niego prośby nosi,
Kto do stóp jego ołtarza
Fałszywe wieści donosi.
Niemiec pan! i żyd pan!
Polak prawa ma poddan?

Niech żyją jeszcze Krakusy!
W ich sercach nie brak ochoty,
Na ich odgłos zadrżą Rusy
I uciekną jakby koty.

Wtenczas krzykniem «luby Maj!
Precz z tąd wrogu to nasz kraj!»

Nie dziwota, że Warszawa —
Warszawa naród zdradziła,
Wszak to kruka zdrajcy sprawa
Co ziemia nasza ożywia.
Przyjdzie jeszcze trzeci Maj
Będziem wieszać — Boże daj!

Choć nam wrogi broń zabrały,
Że więcej nie powstaniemy,
Ale pieści nam zostały:
Któremi ich wypędziemy.
Przyjdzie czas, krzykniem wraz!
«Bijmy wrogów, gdyby głaz!» —

Pragniesz Polski zatrzeć imię
Że ci dała się we znak?
Nie zrobi tego twe plemię
Polska zostanie się, tak:
Przyjdzie jeszcze trzeci Maj,
Nasza Polska będzie Raj.






OBÓZ MOSKIEWSKI
POD KOWNEM.

Teraz na świat wylewam ten kielich trucizny,
Żrąca jest i paląca mojej gorycz mowy,
Gorycz wyssana ze krwi i z łez mej Ojczyzny,
Niech źre i pali, nie was, lecz wasze okowy.
Adam Mickiewicz.

O ojczyznie i o sławie
Nóci młodzież po Warszawie,
A pod Kownem gwar:
«W pochód! w pochód! nuż rabiata!
Na podbicie reszty świata
Śle nas Bóg i Car!»

Jak daleko wzrok zasięże,
Błyszczą ognie i oręże
Pośród nocnej mgły:
A w pałatkach światła gorą,
I starszyzna nocną porą
Zasiadła do gry.

Szumią, dymią samowary,
Ruble sypią się bez miary,

Żwawo idzie gra!
A przy grze brzmi pieśń ponura:
«Hej, rabiata ura! ura!
Polszcza złota da!»

«Kto w Warszawie był, panowie,
Przyzna że tam — jako zdrowie —
Dziewcząt co nie miar.
My miatieże uśmierzymy —
A Poleczki obejmiemy,
Ura! ura! Car!»

«Na Warszawie zrośnie trawa,
Głośno gruchnie carska sława
A nam zejdzie plon:
Nam to lica krasawicy,
A wam Sybir buntownicy;
Ura Polszczy skon!»

«Dosyć tego już panowie!»
Rotmistrz Doniec w gniewie powie,
«Nie piję na skon!
Im tak miła z Wisły woda
Jak nam z Donu! — Niech swoboda,
Niechaj żyje Don!»


«Nikt nie powstał? Co — nikt?» wrzasnął,
I puharem o ziem trzasnął
Na podleców zgon.
«Oj! nie winem dziś panowie
Trzaby wypić Donu zdrowie,
I biesiady wron!»

Rzekł — nim od gry jeszcze wstali
Słychać było dzwonek w dali!
W Sybir poszedł chwat! —
A Kozacy z cicha rzekli:
«Szkoda, w Sybir go powlekli!
Szkoda, to nasz brat!»


W. Pol.



ODA
NA CZEŚĆ ŻUAWÓW NIEŚMIERTELNYCH.

Hej! zadrżyj ziemio! grzmijcie pioruny!
To Żuawów śmierci kolumna,
Zastęp szturmowców, to dzieci łuny,
Dłoń męztwa piorunem dumna!

Na działo grzmiące, jako w objęcie
Kochanki, pędzą weseli,
Z krzyżem na piersiach jak wniebowzięcie
Śmierć za ojczyznę pojęli.
Przed nimi podła Mogołów chmara,
Jak mur człowieczej niewoli,
Którą zhańbiła piekielność cara,
Co z trupem Polski swawoli!
Hej! Urra! Naprzód! jak jeden człowiek
Żuawy piorunem pomknęli,
Każdy wzniósł w słońce blask orlich powiek,
I śmierć na świadka — zaklęli —
Jako pantera wściekle się rzuca
Żuaw polski, gdzie wroga czuje;
On woń kurhanów wciągnął w serc płuca
I Polskę — krwią swą miłuje! —
On z Somosierry rodowód wiedzie
Ussarskich skrzydeł sierota;
Słowo «ojczyzna» jemu na przedzie
Szturmem serc jego Golgota!
On ssał pierś śmierci z dziką swawolą,
I życia wyssał pogardę —
Rany ojczyzny tylko go bolą
A czoło śmiercią ma harde!
Pola Grochowisk, Miechowa mury
O! niechaj wiekom śpiewają!

Los męczenników walki ponurej,
Z przeliczną hydry swej zgrają.
Kto kijem w ręku wydzierał wrogom
Broń, którą potem ich gromił,
Żuaw, co zemsty poślubił Bogom
Co w krwawy puchar łzę ronił —
Kto lwem się ciskał na wroga chmurę,
I pierś miał w rany gwieździstą
Choć lica zawsze smętne, ponure —
Żuaw polski, z duszą ognistą!
Toć kiedyś w wolnej ojczyznie stanie,
Jako dąb wielka i dumna
Na pobojowisk ojczystych łanie,
Śmiertelnych Żuawów kolumna!
Gdy księżyc zejdzie nad jej marmurem,
To łzą jej łono popłynie.
Lecz gdy grom zagrzmi głosem ponurym,
Kolumna zadrga w swojej posadzie
I z grobów zerwie się biała —
I jak duch burzy w blasków gromadzie
Będzie do rana szalała!
Bo na głos grzmotów Żuawów siła
W żołnierza przepiorunuje,
Że będzie chmurom burz przewodziła
Jak Żuaw co w grobie nocuje!

A Żuawom będzie się w grobie śniło
Że walczą, Polski obrońce
Aż zejdzie ranek nad ich mogiłą
Gdzie czekał orzeł na słońce!

Ernest Buława.


OFIARY POLKI.

Miałam srebrne schowadełko,
W nim złote szydełko,
I naparstek szczerozłoty
Przedziwnej roboty.

Kiedy przyszło dawać składki,
Dla braci na życie,
Schowadełko ze szufladki
Wydobyłam skrycie.

I oddałam w ręce człeka
Co te składki zbierał;
Brodę miał białości mleka
Kijem się podpierał.


Bóg ci zapłać gołąbeczko —
Rzecze dziadek rzewnie —
A ja trzymam za słóweczko,
Bóg zapłaci pewnie.

Miałam perły od babuni
Cztery białe sznurki,
Dla dziewuni dla Ewuni,
Dla maminej córki.

Alem się w nie nie stroiła,
Nie miałam na sobie,
Odkąd matka mi mówiła:
Że ojczyzna w grobie.

I że Polsce nie przystoi
Taki strój bogaty,
Pokąd kraj się nie przystroi
W narodowe szaty.

Przyszła potem druga składka —
Znów dziadek w podwórko —
Zawołała na mnie matka:
A ty co dasz córko?

A ja dziewczę jasnowłose,
Moje perły niosę.

Bóg ci zapłać gołąbeczko,
Rzecze dziadek rzewnie,
A ja trzymam za słóweczko,
Bóg zapłaci pewnie.

Miałam suknię atłasową,
Nie tykaną nową,
Suknię białą, szal pąsowy,
Nie tykany nowy.

Przyszła wieść że Polska wstaje,
Sztandar bierze w rękę;
Jaka taka wszystko daje —
Poprułam sukienkę.

Moja suknia z moim szalem,
Zszyta we dwa bryty,
To ten sztandar przed Moskalem
Na polu rozwity.

Srebrny orzeł, z srebrnej lamy,
Com miała od mamy.
Matkęm Boską haftowała,
Jak mogła, umiała.


Całą nockę z matką szyję,
Śpiewając piosenkę:
Jak Ojczyzna się wybije,
Pan Bóg da sukienkę.

Pokochałam Jasia wcześnie
Jeszcze jak był mały,
I marzyłam o nim we śnie,
Marzyłam dzień cały.

Przyszli nasi, zawołali:
Jasiu na Moskali!
I poleciał jakby ptasze,
Na te pola nasze.

Poszedł drogą jak ta rzeka,
Jak ten las się chmurzy;
Ewcia czeka, nie narzeka,
Bo Jaś Polsce służy.

Jak się skończy wojna krwawa,
Za roczek daj Boże,
Wszystkim Pan Bóg pooddawa —
I mnie odda może.

T. Lenartowicz.





O KRAJU.

Oj, przy zdrowiu szczęścia nieco,
A do szczęścia wieleż trzeba?
Kraju, gdzie łuczywem świecą,
Gdzie się w niecce człek koleba;
Gdzie zawłóczy myślą pole,
Na mogiłkach pieśni śpiewa,
Całe życie łzy zasiewa,
A zbiera niedolę?

Prawdać jest i tęsknić za czem,
Suszyć duszę jakby trzaskę,
I wypłakać duszę płaczem,
A jeszcze za jaką łaskę —
Za te śniegi, co cię mrożą,
Za te głody, co cię głodzą,
Za te nędze, co się mnożą,
Co się same rodzą.

O jest za co miły druhu,
Za to, co ci do ostatka
Dzwoni wciąż, a dzwoni w uchu,
Matka, matka, matka!

Choćby nie wiem jaką była,
Ona ciebie porodziła —
To choć w łachman przyodziana,
Choć się łaty na niej trzęsą,
I mówisz kochana!

Choć jej ręce pokostniały,
Co cię dzieckiem kołysały,
Przecież jest potęsknić za czem,
I obrócić się do kogo —
I wypłakać duszę płaczem,
Ach i umrzeć błogo.

T. Lenartowicz.





O, NIE PŁACZ!

O, nie płacz, nie
Po złotym śnie,
Po dni majowych ranku,
Powrócą ci,
Jak dusza śni
Uśpiona w marzeń wianku.


Po biegu lat
Nadziei kwiat,
Choć odkwitł — kwitnąć będzie;
I ujrzysz znów,
Obudzon z snów,
Że słońce zeszło wszędzie.

W ojczyźnie raz,
Och, przyjdzie czas!
Rozwidni, jak przed laty;
Swobody dzień
Rozwieje cień,
Powrócą z wygnań braty.

I wrócisz ty,
I oschną łzy,
Nastąpią wieki złote;
W swobodzie znów,
Co słowem słów,
Słowianie przyjmą cnotę.

O, nie płacz, nie,
Po złotym śnie,

Po dni majowych ranku,
Powrócą ci,
Jak dusza śni
W słowiańskich ludów wianku!

S. T. K.





OSTATNI ŚPIEW.
„Adieu, chansons!“
Beranger.

Ostatnie wam śpiewam — ostatnie już pieśni,
Bo czuję, jak głos mój zamiera;
Jak serce zastyga, o życiu już nie śni —
Jak grób sic przedemną otwiera!

I nie żal mi życia — bo żyć jako jeniec
Z łańcuchem na sercu i dłoni —
I z łez splatać życie, a z kajdan dni wieniec?
Oj lepiej w podziemnej ustroni!

Ty ziemio ojczysta! Ty wiesz jak serdecznie
Kochałem zorane twe lica —
Pod twoją osłoną niech zasnę bezpiecznie,
Utuli mnie matka-ziemica!


Pod twoją opieką — pod twoją osłoną
Położę me kości znikome —
Tam znajdę łzy moje, co wsiąkły w twe łono —
To dawne, oj dawne znajome!

Powitam je szczerze — pogwarzę o życiu
O latach, gdym płakać mógł jeszcze —
Gdym w ducha świątyni i w uczuć ukryciu
Czuł skrzydła pół-boże, pół wieszcze —

Oj łzy moje drogie! wy kilku lat świadki,
Przy cichej się zbierzcie mogile —
Na wiosnę z was wzrosną niebieskie bławatki,
Tak wątłe jak dni moich chwile! —


Warszawa, 6 Lutego 1863 r. „Z wiosny.“





OTUCHA.
U kogo w sercu żyje wiara szczera,
Temu każda ofiara bez żalu pochodzi.
Faust Getego.

Smutno — smutno — jakby w grobie,
Wiatr szeleści po mogiłach,

Czarno — sępno w całym globie.
Dreszcz przeszywa — rwie po żyłach.

Ciężka doba — ciężkie losy;
Świat się okrył kiru wiekiem,
Coraz sroższe biją ciosy,
Krew się toczy zdrajców stekiem.

Strome drogi — kręte ścieżki,
Przejść potrzeba, by nie zginąć —
Duch potężny, mocen, rześki,
On do portu zdoła wpłynąć!

Pocóż płacze, pocóż żale,
Gdy znów rączo w bój iść trzeba,
Walczyć na śmierć w wielkiej chwale,
Tam dobijać się do Nieba!

Łzy, męczarnie — łzą zakropmy,
Idźmy śmiało w przeznaczenie;
W jedno czucie myśli stopmy,
Rozniecajmy skry w płomienie!

Czarne chmury burzą rykły,
Krwi potoki we świat żygły,

Lecz nam serca nie zastygły,
Nowem życiem ducha migły.

Pochwyć płomyk, iskrę słońca,
I płoń ogniem, piekieł żarem,
A łza rzewna — krew gorąca
Wnet zakipi zemsty warem!

Taka wola — ludów siła
Rozdmie burzę, ducha czasu,
Czy kajdany — czy mogiła,
Zbrójże piersi w stal zawczasu!

Ha tyrany! — znacie serce,
Pełne ognia i piorunów,
Los je rzuca w poniewierce,
Ono stworzy miljon gromów.

Miljon gromów — co w tę ciszę
Miotać będzie, huczyć, szaleć,
Wszystko burzyć — wszystko walić,
By położyć koniec pysze.

Dalej razem w wielkiej wierze,
Twórzmy życie — cudy z siebie,

Bo kto święci się w ofierze,
Ten najwyżej mieszka w niebie!

J. Andrzejewski.





PACHOLĘ.

Hola: bracia! hej! hola!
Lecę sobie przez pola,
Przez doliny i góry,
Bom ustrojon dziś w pióry,
Co w brylantach się roszą,
I ku niebu unoszą —
Śpiewam piosnki pastusze,
A choć nie chcę, to muszę
Nie każdemu przyklasnąć,
Nie jednego zadrasnąć.

Kto na piszczałkę dał,
Będzie na niej grał.

Hej! tu do mnie, wy młodzi!
Goście z świata powodzi
Wypłynęli statecznie na duchu —
Nie zważajcie nic na tych,

Na paniczów bogatych,
Co w roskosznym utonęli puchu.

Wam się szczera dziś chwała
Od mej piosnki dostała —
Wam się chwała dostanie od świata —
A wy — inni, pochmurni,
I zmarznięci i durni,
Wy — nie macie piosenki od brata!

Jeźli chcecie piosenki,
A urocze jej dźwięki,
To się bracia nie dajcie czartowi —
Dziś was jeszcze ominę,
Ale w lepszą godzinę,
To się przyjaźń znów nasza odnowi —

Kto na piszczałkę dał,
Będzie na niej grał.

I tak leci i śpiewa,
Aż się serce rozrywa,
Przez doliny i góry,
Piękne chłopię — natury.

Hej! hej: dalej a raźno,
Ręka w rękę przyjaźną,
Niech się silnie — i zbrata i sprzęga,
Czy pieśnią, czy żelazem,
Zawsze lepiej, gdy razem —
Zawsze lepsza urośnie potęga.

Kto na piszczałkę dał,
Będzie na niej grał.

Jest tam przecie moc boska,
Królowa Częstochowska,
Toć się garnąć pod święte puklerze —
Ja zaśpiewam od ucha
Temu, kto mię posłucha,
I do serca piosenkę mą bierze.

Kto na piszczałkę dał,
Będzie na niej grał.

Leci, leci pacholę,
A ma gwiazdę na czole,
Co mu świeci natchnieniem, zapałem —
Na piszczałce przygrywa —

I — braciszków przyzywa —
A ja — piszę, co w pieśni słyszałem.

Tur...



PIEŚŃ.

A kto chce roskoszy użyć,
Niech idzie w wojence służyć!
Na wojence tak to ładnie,
Kiedy ułan z konia spadnie,
Koledzy go nie żałują,
Jeszcze końmi przytratują;
Rotmistrz z listy go wymaże,
Kapitan trumnę zbić każe,
A za jego trud i prace
Hejnał zagrają trębacze.
Tylko grudy zaburczały,
Chorągiewki zafurczały,
Śpij kolego — twarde łoże:
Obaczym się jutro może —
Dalej, naprzód! Cary z drogi!
W piekło zbiry! z drogi wrogi!
Śpij kolego, a w twym grobie,
Niech się Polska przyśni tobie —

Więc kto chce roskoszy użyć,
Niech idzie w wojence służyć.

Ernest Buława.


PIEŚŃ.

W śród trzasku gromów
Pożaru domów,
W blasku północnych łun
Powstań do czynu!
O, polski synu
Karmiony — mlekiem dum!
Zerwij się dumny
Bolem rozumny,
I wstrzęśnij matki grób
O, ludzie zbudzony!
Lwie skajdaniony.
To próba piekła prób!
Męczeństwem biały,
Zrodzon do chwały
W pętach — wznieś wolną dłoń —
Hańbę kajdanów
O twych tyranów
Miedzianą strzaskaj skroń.

Patrz na nas Boże
Niech to krwi morze
Zrumieni twoją twarz —
Masz serc ofiary
Masz twe sztandary,
I orły swoje masz!
Z ćwiertowanego,
Trupa każdego
Podartych ciała szmat,
Niech mściciel wzrośnie
O gromów wiośnie —
Niechaj przepadnie świat.
Pokoleń głosy
Biją w niebiosy
Stólecia dymi krew —
To purpur zorza
Z niewoli morza
O! to wolności siew!
W twoim żywocie
Jak na Golgocie
O Matko! opłacz płód —
I zródź do chwały,
Gdzie orzeł biały
Powiedzie jego ród.
Słyszycie ludy
Wśród kłamstw obłudy,

O, to męczeństwa dzwon —
Drga ziemia cała!
Chwała, o chwała!
Hozanna, zagrzmiał on!
Choć na kamieniu
Kamień w zniszczeniu
Nie będzie w szerz ni wzdłuż;
Walczmy do końca
Choćby twarz słońca,
Runęła w odmęt burz —
Nagą, zburzoną,
Pustą, skrwawioną,
Lecz wolną Polskę już —
Zdobądźmy bitnie,
A znów zakwitnie
Krwi naszej kwiatem róż.
A Bóg unosić
Się będzie, głosić
Gromy nad kurhan nasz.
Niech świat przepadnie,
Piekło przepadnie
Nie przejdziesz kraju nasz!
Już dzwon męczeństwa
Grzmi: grom przekleństwa
Piekłem — pod stropy gwiazd!
Tyś ludów ludem,

Tyś cudów cudem,
Ty bożych orłem gwiazd.

Kraków 1863. Ernest Buława.


PIEŚŃ LUDU Z ROKU 1795.

Nasz Kościuszko dobry był
Bo Moskali dobrze bił;
Już Kościuszki nie mamy,
Rady sobie nie damy.

Płaczą panny niebogi
Bo to teraz chleb drogi:
Gospodarze hołdują
I po wartach biedują.

Jedni drzewo rąbali,
Drudzy koniom dawali,
Trzeci konie poili,
Aby wrogów nie bili.

Sierakowski w paradzie
Był pod Pruszczem na zdradzie,

Kosy, piki, pozbierał,
Bo się wrogów spodziewał.

Madaliński kieruje,
Bo go Pan Bóg ratuje,
Swoje wojsko utracił;
Bodaj mu Bóg zapłacił —

A Zajączek sławny pan,
Od wrogów przekup wzian
Skoro Pragi dobyli,
Wielkie zboje robili.

Dzieci na piki brali
A przed króla rzucali;
Ci co nami rządzili,
Wrogów w Polskę wpuścili.






PIEŚŃ NARODOWA.

Wstań Biały Orle, wstań!
Czarne pióra z siebie zrzuć,
Nie daj gniazda swego psuć,
Ale się zemścij zań.


Wzleć Biały Orle, wzleć —
Zagroź siłą dzielnych szpon,
Zemstą za twej matki zgon
I twych wrogów zgnieć.

Zwróć Biały Orle, zwróć
Twoich skrzydeł dumny lot,
Tam gdzie władcy płatnych rot,
Śmią kajdany kuć.

Zdław Biały Orle, zdław
Opiekunów wszystkich trzech —
By odzyskał dawny Lech
Świętość swoich praw.

Krąż Biały Orle, krąż
Do północy śnieżnych skał,
Za któremi niegdyś drżał
Jadowity wąż.

Goń Biały Orle, goń
Do ostatnich krańców wód
Gdzie żywiła obcy głód,
Twojej matki dłoń.


Spłócz Biały Orle, spłócz
Krew bolesnych Twoich ran,
Wód ci starczą Dniestr i San,
Wisła, Bug i Słucz.

Tak Biały Orle, tak,
Jednym lotem przebież wskroś,
Litwę, Polskę, nasza Ruś,
I daj boju znak.

Pchnij Biały Orle, pchnij,
Martwe koło w silny ruch,
Niechaj z kości wstanie duch
Na zagładę żmij.

Zwal Biały Orle, zwal
W swoim gnieździć obcy gmach —
Niech rozniesie wszędzie strach,
Zardzewiała stal.

Złam Biały Orle, złam
Twoich wrogów twardy miecz,
Potem ich do piekła wlecz:
Niechaj jęczą tam.


Zrób Biały orle, zrób,
W koło gniazda silny wał,
I znów w przodków znaczny dział,
Wbij żelazny słup.

Wznieś twe skrzydła, wznieś
Aż do chwały szczytnych nieb,
Podłej hydrze utnij łeb
A Twą Matkę wskrześ! —






PIEŚŃ GRECKA.

Krzep się nadzieją, ziemio znękana!
Chociaż cię smutku obleka kir,
Choć codzień świeża krwawi cię rana,
Powróci szczęście, powróci mir.

Krzep się nadzieją w rozpacznym boju,
Łzami twych dzieci, świadectwem krwi;
Policzy walki dawca pokoju,
Wróci mir boży — mir błogich dni.

Policzy walki, policzy klęski,
Z niemocy dźwignie na nowy bój,

I oręż jego, oręż zwycięzki,
Błyśnie przymierzem, gdzie błyśnie twój.

Krzep się nadzieją, ziemio Dziewicy!
Cudowna wiary bezśmiertną czcią!
Troista pani świętej stolicy,
Tylekroć własną ochrzczonej krwią!

Ufaj i pogardź jadem niewiary,
Którą jak mieczem zagraża wróg —
I twój miecz rdzawy i sztandar stary,
Kiedyś ci podnieść dozwoli Bóg!

O! cierp i ufaj! Nic jeden łzawy
Może cię jeszcze pognębi los;
Lecz wrócą, wrócą dnie świetnej sławy,
I z modłów zabrzmi tryumfu głos.

Krzep się nadzieją, ziemio niewoli!
Nad tobą wiecznych zastępów Król —
Przyjdą dnie szczęściu po dniach złej doli,
Przeminie smutek, przeminie ból!

„Dziennik literacki.“





PIEŚŃ.
LEGJONISTÓW LITEWSKO WOŁYŃSKICH.

Hej Wołyńce, Ukraińce,
Dalej na koń wszyscy!
Żwawo żywo, nie leniwo,
Bracia nasi bliscy!
Kto w lenistwie żyje, tego we dwa kije
Łupu cupu, cupu łupu, tego we dwa kije.

Wy Litwini i Żmudzini,
Łączcie się w gromady,
Dalej w szyki, łap za piki,
Marsz za nami w ślady —
Kto jak baba gnije, tego we dwa kije —
Łupu cupu, cupu łupu, tego we dwa kije.

Podolacy, jacy tacy,
Dalej do pałasza.
Niech biegusy ruszą w kłusy,
Tam gdzie ziemia nasza.
Kto się przed nią kryje, tego we dwa kije —
Łupu cupu, cupu łupu, tego we dwa kije.


Marsz do Słucka, Mińska, Łucka,
Wilna i Kamieńca!
Na swej grzędzie bijmy wszędzie,
Wroga odszczepieńca.
Kto go nie pobije, tego we dwa kije —
Łupu cupu, cupu łupu, tego we dwa kije.

W tamtym kraju, gdyby w raju,
Wolność nam zabłyśnie.
Tam dziewczyna, jak malina,
Słodko nas uściśnie.
A kto bez niej żyje, tego we dwa kije —
Łupu cupu, cupu łupu, tego we dwa kije.

Gdy Ojczyzna, piękna, żyzna,
Zyska swe granice,
Wtedy z koni, szabla z dłoni —
I łap za szklanice.
A kto teraz pije, tego we dwa kije —
Łupu cupu, cupu łupu, tego we dwa kije.






PIEŚŃ MŁODEJ WIARY.
(Na nutę pieśni Żyrondistów.)

W górę serca! świat się pali,
Sądy boże głosi dzwon —
Pruchno zbrodni w gruz się wali,
W gruz przemocy leci tron.
Dość już kajdan, łez i kłamstwa dróg!
W piersiach ludów zmartwychwstaje Bóg.
Cary — zbiry, z drogi, precz!
Z narodami Bóg i miecz.
Bóg nad nami
Z piorunami —
Cary, zbiry z drogi, precz.

W górę serca! Polska wstaje,
Krwią obmyta z krwawych plam.
Uścisnęła ludy, kraje —
Ludom rzekła: «pokój wam!«
Chwała Panu! sługom czarta zgon!
Święta nasza idzie zasiąść tron!
Z drogi cary! zbiry precz!
Z polskim ludem Bóg i miecz.
Bóg nad nami

Z piorunami —
Z drogi cary! zbiry precz!

Ze sztandaru orzeł biały,
Biały anioł z błoni róż,
Wieje skrzydłem w pola chwały,
W pola zwycięstw, śmierci, burz.
Za nim! za nim kędy zwróci lot,
Nagie piersi nieśmy w bitew grzmot!
Z drogi cary! zbiry precz!
Z polskim ludem Bóg i miecz —
Bóg nad nami
Z piorunami —
Z drogi cary! zbiry precz!

Gdzie najgęściej śmierć powiewa
Z piersi naszych zróbmy wał.
Umierając Polak śpiewa —
Pocałunkiem jemu strzał.
Ty nam Święta, żyj po wieków wiek —
Od mórz dawnych — aż do dawnych rzek!
Z drogi cary! zbiry precz!
Z polskim ludem Bóg i miecz.
Bóg nad nami
Z piorunami —
Z drogi cary — zbiry precz!


Kto polegnie, temu sława
Za spełniony syna ślub.
Kto się zlęknie — hańba krwawa,
Hańba i bezczesny grób.
Idźmy! — za nas tam przed Boga tron
Lecą modły matek, sióstr i żon.
W piekło cary! zbiry precz!
Z polskim ludem Bóg i miecz.
Bóg nad nami
Z piorunami —
W piekło cary! zbiry precz!

1861. M. Romanowski.





PIEŚŃ O MOSKWIE.
(Wolny przekład z czeskiego, Hawliczka.)

Gdzie ojczyzna ma?
Gdzie zamieć mroźna wiecznie dmie,
Gdzie szakal wyje, niedźwiedź mruczy,
Gdzie tchórz i kuna w śnieżnej mgle
Obchodzą gody, a wiatr im huczy
Pieśń, co odgłosem w stepie gra —
Tam kraj moskiewski, ojczyzna ma.


Gdzie ojczyzna ma?
Gdzie niewolnikiem cały lud —
Gdzie kozak z spisą stróżem prawa,
Gdzie godłem władzy mongolski knut,
Gdzie ukaz pisze nahajka krwawa —
Tam moi mili, tam druhów ćma —
Tam kraj moskiewski, ojczyzna ma.

Gdzie ojczyzna ma?
Gdzie za myśl wolną, wolny śpiew,
Kopalnia czeka lub Kamczatka;
Gdzie nie dochodzi swobody wiew,
Gdzie rajem jest sybirska chatka,
Gdzie dłoń żelazna wstecz ziemię pcha —
Tam kraj niewoli, ojczyzna ma.

Gdzie ojczyzna ma?
Gdzie każdy wzniosły, szlachetny czyn
W samym zarodku niszczy władza,
Gdzie w ciemne nocy pogrążon gmin —
Gdzie doli, światła skarb nie osładza,
Gdzie państwo nocy od wieków trwa —
Tam kraj moskiewski, ojczyzna ma!

Józef Sęp.





PIEŚŃ ORACZA.

Błysła jutrznią na tle nieba,
Więc do pługa wziąść się trzeba,
Ziemi orać łan;
Orać zagon lepszej doli,
Bo tej pracy koło roli
Błogosławi Pan.

Nasza ziemia ukochana
Ręką synów zaorana,
Bujny wyda plon —
Naszych jęczmion i pszenicy
Pozazdroszczą nam rolnicy
Wszystkich świata stron.

A gdy staniem z rydlem w ręku,
Wśród żelaznych płużyc brzęku
Wspomnim przeszły czas:
Gdy zbiorami bogatemi
Na praojców naszych ziemi
Pan Bóg darzył nas.


Wspomnim przeszłe nieszczęść lata;
Gdy samotny pośród świata
Jęczał biedny lud —
A nikt nie dał ręki bratniej,
Nikt nie otarł łzy ostatniej —
Z serc wiał straszny chłód.

Wspomnim sobie, że to plemię
Miało kiedyś własną ziemię,
Własną księgę praw;
Że składało dziękczynienia,
Wznosząc Bogu dźwięczne pienia
W pośród własnych naw.

Wspomnim, żeśmy przed wiekami
Byli także oraczami,
Nad-jordańskich stref.
Każdy orał i zasiewał,
Potem Bogu psalmy śpiewał
Za pomyślny siew.

A gdy karząc nas za grzechy,
Rzucić drogie ojców strzechy
Rozkazał nam Pan —

Wtenczas dawny ród oraczy,
Wziąwszy w rękę kij tułaczy,
Orał świata łan.

W tej pielgrzymce bez wytchnienia,
Próżno szukał ocalenia
Przez tysiące lat —
Bo go ludzie nie przyjęli,
Od swych pługów odepchnęli —
Szedł więc dalej w świat.

Szedł przez morza, góry, lasy,
Wspominając dawne czasy,
Gdy swą ziemię miał;
I wśród srogich wichrów wiewu,
Jeśli nie miał ziarn posiewu,
Łzy cierpienia siał —

Ulitował się Bóg w niebie;
Dał mu osiąść w żyznej glebie
Nadwiślańskich stron —
I rozkazał orać śmiało,
Aby ziarno plon wydało,
Bujny, piękny plon —


Więc rękoma rolniczemi
Rzucim ziarno w łono ziemi,
Jak rozkazał Bóg;
I pieśń wznosząc na zagonie,
W namulane weźmiem dłonie
Ojców naszych pług,

Al. Kraushar.





PIEŚŃ
OSTATNICH DNI LISTOPADA 1830.

Dalej Bracia do bułata!
Wszak nam dzisiaj tylko żyć. —
Pokażemy, że Sarmata,
Jeszcze wolnym umie być.

O wolności wielka, święta!
Długo Orzeł Biały spał
Lecz się wzbudził — i pamięta
Że On kiedyś Ciebie miał.

Śmiałem skrzydłem on poleci
Przez szczęk mieczów i kul grad,

Za nim! za nim! Polskie dzieci
Tylko w zgodzie za nim w ślad.

Będziem rąbać będziem siekać,
Jak nam miły Bóg i kraj
Dalej Bracia! i nie zwlekać.
Z naszej Polski zrobim raj.

Już złodzieje i tyrany
Na piekielny poszli brzeg,
I Moskalom zaprzedany
Gryzie ziemię zdrajca szpieg.

W szlachetnej młodości żyle,
Staropolska płynie krew —
Ufność bracia w naszej sile,
Bo wolności wzrośnie krzew.

Wiwat Gwardya Honorowa!
Wojsko Polskie, Tobie cześć,
Bądź gotowe, bądź gotowa,
Za ojczyznę życie nieść!

Dalej Bracia do bułata,
Wszak mam dzisiaj tylko żyć,
Pokażemy że Sarmata:
Jeszcze wolnym umie być!






PIEŚŃ POLSKICH WOJOWNIKÓW.

Jeszcze Polska nie zginęła,
Kiedy krew jej płynie,
Chociaż morza przepłynęła,
Przesiąkła pustynie.
Marsz, marsz do boju, grzmi nam dawne hasło,
Jeszcze czucie bratnie w sercach nie wygasło.

Do was Bracia, Warszawianie
Do was, przez namysły —
Niech się wola Boska stanie,
Do was dzieci Wisły!
Co nam po ziemi, po lubej dziedzinie?
Jeźli to nie Polskie, niech wszystko zaginie.

Bóg, Ojczyzna, dobra sprawa,
Oto wiara nasza.
Wiecznie żyją ludów prawa —
Dalej do pałasza.
Witaj Warszawo! zobaczysz się z nami
Ujrzysz wiernych Braci pod twemi murami.


Dalej do Sarmackiej kordy
Szlachetni młodzieńce!
Przebijajcie się przez hordy,
Po wolności wieńce.
Co nam się pytać, jak tam wrogów wiele,
Z nami jest Chłopicki! — są Wilhelmy Tele.

Bądźcie zdrowe siostry, matki,
Za was idziem w pole:
Nauczajcie drobne dziatki
Jak kruszyć niewolę.
Bądźcie nam zdrowe! ale nie ze łzami;
Witać was będziemy, lecz tylko Polkami.

Dalej Bracia w Imię Boga
Jego świętej wierze —
Jedna tylko dla nas droga,
Do broni Rycerze!
Świat patrzy na nas, Bóg sprzyja Warszawie,
Błogosław Boże naszej świętej sprawie.






PIEŚŃ UŁANÓW KALISKICH.

Walczmy Bracia, tylko śmiało,
Dopókiśmy zdolni,
Poginiemy wszyscy z chwałą,
Lub będziem żyć wolni.
Marsz, marsz Ułany,
Gdzie powinność każe,
Dłuski z męstwa znany,
Tor sławy nam wskaże.

Wszakże mamy dobrą sprawę:
Wzywa nas Ojczyzna —
Głośne imię, wielką sławę,
Świat nam potem przyzna.
Marsz, marsz, i t. d.

Walczmy orężem, nie słowy,
Połączmy dłoń bratnią,
Niech każdy będzie gotowy
Przelać krew ostatnią.
Marsz, marsz, i t. d.

Ocalimy ziemię naszą.
Ustalim swobody,

Od sławy nas nie odstraszą
Znoje, niewygody.
Marsz, marsz, i t. d.

Bądźmy mężni, bądźmy stali,
Ufajmy wodzowi —
To szczęście nasze utrwali
To zaszczyt stanowi.
Marsz, marsz, i t. d.

Poświęćmy zapal młodzieńczy!
Dobra nasza sprawa,
A dzieło nasze uwieńczy
Opatrzność łaskawa.
Marsz, marsz, i t. d.






PIOSNKA OBOZOWA.

Jak nie mamy być weseli?
W ręku pełna czasza tkwi,
Od mogiły chwilka dzieli —
Wróg się pieni, wściekły, zły.
Wrogu drżyj! próżny gniew,
Śmierć za śmierć, krew za krew.


W walce śmiało z piosnką żwawą
Błyśnie polski jasny miecz,
I odpłacim zemstą krwawą:
Podły wrogu, pójdziesz precz.
Wrogu drżyj, próżny gniew,
Śmierć za śmierć, krew za krew!

Szumią w koło nasze lasy,
Wróg płoszony drży jak liść;
Ciemna dzicz mongolskiej rasy
Na bagnety nie śmie iść.
Wrogu drżyj, próżny gniew,
Śmierć za śmierć, krew za krew.

Jakże szybko czas ubiega,
Szabla brzęczy, konik rży;
Echo w lasach się rozlega,
Lecą ognisk jasne skry.
Wrogu drżyj, próżny gniew,
Śmierć za śmierć, krew za krew!

Wkrótce zagrzmią wraże działa,
W oczy sypnie się grad kul;
Garstka naszych pójdzie śmiała,
Ginąć śród ojczystych pól.

Wrogu drzyj, próżny gniew,
Śmierć za śmierć, krew za krew.

A więc bracia, póki pora,
Trzeba toast spełnić wraz;
Bo gdy spoczniem znów z wieczora,
Nie jednego braknie z nas.
Wrogu drżyj, próżny gniew,
Śmierć za śmierć, krew za krew!

Wódka jeszcze jest w manierce
Trza ją wypić aż do dna;
Może kula trafi w serce,
Pożegnalne wypić trza.
Wrogu drżyj, próżny gniew,
Śmierć za śmierć, krew za krew!

Chociaż śmierć zagląda w oczy,
Trza jej widok mężnie znieść;
Tyle wspomnień duszę tłoczy,
Więc wspomnieniom naszym cześć!
Wrogu drżyj, próżny gniew,
Śmierć na śmierć, krew na krew!

Słychać sygnał, snać wedety
Gdzieś spostrzegły wroga już;

Wiara! prosto na bagnety,
Nie dostoi Moskal, tchórz!
Wrogu drżyj, próżny gniew,
Śmierć za śmierć, krew za krew!

Towarzysze: do widzenia!
W tyraljerkę trzeba biedz;
Niech się spełnią przeznaczenia,
Trza zwyciężyć, albo ledz!
Wrogu drżyj, próżny gniew,
Śmierć za śmierć, krew za krew!

E. S.





POD BUDĄ ZABOROWSKĄ.

Kilka gwiazdek zaświeciło,
Plac nam boju odsłoniło. —
Kilkadziesiąt trupów leży
Każden ciepły — każden świeży.

Syny polskiej to ziemicy,
Posiekani — od konnicy;
Od tej Moskwy! od tej dziczy,
Zrabowani — dla zdobyczy.


Wyszli, wyszli — dzisiaj rano,
«Jeszcze Polska» zaśpiewano —
«Dla Ojczyzny lepiej zginiem
Albo wroga my pobijem!»

Ledwie uszli milę drogi,
Usłyszeli krzyki trwogi —
«Moskwa, Moskwa już czwałuje,
Porąbie was — potratuje!» —

I walczyli — jak rycerze,
I zginęli — wierni wierze!
Aż dziesięciu każden zrąbał,
Ale żaden się nie poddał!

Moskwa wściekła — gdy ginęła,
Armatami aż ryknęła.
Kartaczami obsypała
Grób, któren im wykopała!

A gdy wszyscy już polegli,
Więc Moskale wnet się zbiegli. —
Broń i swoich pozbierano
I daleko — zakopano.


Bo się bali, by po zgonie
Nasi wzięli znów za bronie. —
I dla tego się pastwiono
Zmarłych jeszcze poraniono!

A za niemi i Kozacy,
Co się zbiegli — jako ptacy,
Co to zdala żer już czują —
Tak i oni wraz rabują. —

Zrabowanych i odartych
Trupów martwych,
Nagich — w polu zostawili
Gdy się krwią ich napoili.

A z Warszawy idą tłumnie
Chociaż łzawo — ale dumnie.
Idą Polki nasze biedne,
Sercem w świecie tylko jedne. —

Choć ból każdej pierś rozrywa
To bielizną swą nakrywa —
Trupów braci pogonionych
Ręką wroga — oszpeconych.


Niejedna brata poznała,
Zwłoki syna uściskała. —
Jedna tylko — jękła, zbladła,
I na trupa martwa padła!

Trup ten cały krwią zalany,
Piką skłuty — stratowany —
Jedna tylko ręka biała
Krzyż na piersi mu wciskała.

Krzyż ten dany mu na drogę,
Przez zmartwiałą tę niebogę — !

Ksawery Saryusz.





PODZWONNE.

Jak wam dobrze, o ojcowie!
W marmurowych waszych trumnach,
Gdy pokoleń karle mrowie
Po grobowców tam kolumnach
Pełznie małe, słabe, trupie,
I rozumem cudzym — głupie!


Jak wam dobrze, o ojcowie!
Śnić tak cicho po smętarzach,
Gdy wróg trując matki zdrowie
Po najświętszych jej ołtarzach,
Ofiar podłych kłamne dymy
Pali cielcom — wraz z Kaimy! —

O! jak dobrze wam ojcowie,
Śnić snem twardym po mogiłach!
Kiedy dzieci cudzej mowie,
Przewidniają krew w swych żyłach.
Kiedy kupców naśladują,
Albo katom nadskakują! —

O, jak błogo wam ojcowie
Śnić snem wielkim w waszych trumnach?
Gdy pokoleń plemię wdowie
Na grobów waszych kolumnach,
Wśród rozpaczy trzaska czoła
I o pomstę dziko woła!

Ha! jak dobrze wam ojcowie
Na tych zasług spać wawrzynach —
Gdy z wulkanem w sercu, głowie
Duch sierocy śni o czynach

I na matki strasznym grobie
Sam się szarpie w swej żałobie! —

O, jak święcie wam ojcowie! —
Lecz za waszą przeszłość całą,
Z bohaterstwa dumną chwałą,
Którą ledwie pieśń wypowie,
Garstka nasza, w męk przestrzeni
Swego dzisiaj nie zamieni!

W pętach czuwać tu orlemi
Ziemi swojej Tytanami,
Matki cierpiąc boleściami,
Zmartwychwstając kość w swej ziemi!
Lwy, w lwiej jamie wymordować
I świat w mękach umiłować? —

A więc śpijcie, o ojcowie!
Pokolenia kołysane
Łaską gromu, krwią posiane,
Mają — co się już nie zowie —
Lecz co, pokąd pozostanie
Choćby jeden — zmartwychwstanie!


Sambor 1857. Ernest Buława.





POGRZEB HENRYKA DEMBIŃSKIEGO
(W PARYŻU, 1864 R.)

W biednym, drewnianym kościołku stolicy,
Tułacze, których nędza przeznaczeniem,
I w skromnych bluzach zacni robotnicy,
Czyjeż to zwłoki chcą uczcić wspomnieniem?
Skromny katafalk kilka świec otacza;
A na nim trumna z dębowego drzewa —
Prosta, jak trumna każdego tułacza —
Nad którą sztandar powstańczy powiewa!
Zakrystjan stary pieśń smętną powtarza,
Przy dźwiękach głuchej, jednostajnej nuty;
Niby jęk rzewny gdzieś z głębi smętarza,
Płynący z głosem smutku i pokuty.
W biednym kościołku jakoś tak boleśnie —
Zda się, że cienie walki narodowej,
Powstały z grobów i snują się we śnie,
Po krwawej stypie — po stypie ludowej!
Przy zmarłym, dwoje pozostałych dzieci,
Dwóch świadków losu zmiennego igrzyska;
«Zasług wojskowych» znak zaszczytny świeci
«I honorowej legji» krzyż połyska —

W gronie młodzieży wzrok jeszcze spostrzega
Sędziwych starców wymowne oblicza:
To weterani których świat obiega,
Lecz którym sława promieni użycza!
Wolność i nędza, albo zapomnienie —
Oto nagroda mężów, co w spuściznie
Chcąc pozostawić światu wyzwolenie,
Zginęli marnie w niewdzięcznej obczyznie!
Któż jest ów zmarły? Czyj pogrzeb tak skromny
Uczcili tylko nieliczni ziomkowie?
— To dwóch narodów sztandar wiekopomny:
— Ten zmarły tułacz — Dembińskm się zowie!
Młodzian, już męztwa wiedziony zapałem,
Pamięci wielkich przodków nie ubliża;
Pierś nastawiając przed wrogów nawałem,
Broni honoru Francji i Paryża!
I Paryż dzisiaj hojnie mu odpłaca!
Przyjaciel wierny życzliwych Polaków,
Ku cieniom męża wzrok współczucia zwraca,
W osobie kilku, zaledwo, żołdaków!
A gdzież są jego współbracia po broni?
Jenerałowie francuskiej drużyny?
Czyliż się wstydzą orła i pogoni,
Z któremi niegdyś zbierali wawrzyny?
Ach! nasza przeszłość dzisiaj w zapomnieniu,
Wielkie imiona mężów w poniewierce!

Świat karłowaty w sennem odrętwieniu
Nie chce, nie może zajrzeć w wielkie serce!
Lecz gdy tak ludzie niewdzięczni i mali,
Niebo tułacza przyjmuje z zachwytem;
Tam wszyscy nasi obrońcy powstali —
Kościuszko, z mężów gronem znakomitem!
Pomordowanych cienie męczenników,
Matki pomarłe z ciemięzców wyroku,
Hufy powstańcze nowych ochotników
Witają wodza z trzydziestego roku!
I gdy źrenica męża jaśniejąca
W pośród wybrańców swych braci poznaje,
Polska ludowa, Polska wojująca,
Obywatelską godność Mu przyznaje!

S...





POGRZEB I NABOŻEŃSTWO
DNIA 9 MARCA 1861.

Zwolna przeciągnął milczący lud,
Choć tłumy jego rosły w tysiące —
Kirem żałoby okrył się gród,
Wtorując z cicha modły gorące.

I spojrzał z niebios wysoki Pan
Na te pięć trumien z cierni godłami,
Co na wzór pięciu Chrystusa ran
Poniosły niebu prośbę za nami.
Nakształt tej rosy co zwilża świat,
Gdy błyśnie pierwsze słońce majowe,
Lud rosił łzami pochodu ślad,
Ujrzawszy z palmą wieńce cierniowe.
Anioł jedności wyciągnął dłoń,
Objął uściskiem wspólnym narody —
Godłem braterstwa uwieńczył skroń,
I zabrzmiał ludu hymn świętej zgody.
Dziś gdy pięć trumien zamyka grób,
A domy boże znów brzmią modłami,
Złóżmy swą prośbę u Maryi stóp,
Wołając sercem «módl się za nami.»






POLA GROCHOWSKIE.

Świadek morderczej rozprawy,
Będę ci śpiewał kolego,
Dzień świetny dla naszej sprawy,
Dwudziesty piąty Lutego.

W tym to dniu wojny los,
Krwawy wrogom zadał cios.

Przestrzeń opodal Grochowa,
Gdzie poległych są mogiły,
Wieczną pamięć nam dochowa,
Żeś nas wspierał Boże miły.
Twój to cud, wielki cud,
Żeś ocalił wolny lud.

Tam waleczne polskie syny,
Gromiły najezdców tłumy,
Tam na lewo wśród olszyny,
Na wzgardę zbójeckiej dumy.
Każdy z nas umrzeć rad,
Nie uważał na kul grad.

Większy smętarz od Powązek,
Przedstawia lasek choć mały;
Są tam drzewa bez gałązek —
Ścięły je kartaczów strzały.
Naprzód szedł Polak zuch,
Krzepił go wolności duch.

Dzień cały trwał bój uparty,
Krwi strumień płynął niestety!

Mężnie nacierał pułk czwarty,
I ostremi kłuł bagnety.
Zdumiał wróg, pierzchnął wróg,
Bo przy naszej sprawie Bóg.

Smutne konających głosy,
Echo z jękiem powtarzało,
Polak deptał trupów stosy —
I może powiedzieć z chwałą,
«Każdy z nas, każdy tu,
Miał przed sobą wrogów stu.»

Wolne od zatrudnień chwile,
Spędź kolego wśród olszyny;
I na braci swych mogile,
Mirtowe zawieś wawrzyny:
Pamięć ich w sercu noś,
Ich popioły łzami zroś.






POLAK BEZ RĘKI.

Pomoc dajcie mi rodacy,
Gdyż ogromny los mnie nęka,
Muszę żebrać — bo do pracy
Jedna mi została ręka

Ziomek nędzarz, bogacz bliźni
Głos błagalny do was wznosi,
Żołnierz wierny dla Ojczyzny
O jałmużnę ziomków prosi.

Porzuciłem Ojca! Matkę,
Porzuciłem żonę lubą,
Porzuciłem dzieci, chatkę,
Pogardziłem śmierci zgubą —
Biegłem, kędy bój wrzał krwawy,
Walczyć pod Ojczyzny znakiem;
Krew przelałem w polu sławy,
A dziś muszę być żebrakiem!

Zabrał sąsiad zły dostatki,
Wiatry z ogniem dom rozwiały:
Nie mam żony, brata, matki
W grób przed nędzą się schowały.
Mnie zawistny los tu gniecie,
Znoszę nędzę, urągania
I nic nie mam na tym świecie —
Prócz tej ręki do żebrania.

Bez nadziei, bez pociechy,
Tak pędzę życie tułacze,

Wzdycham do rodzinnej strzechy,
Lecz jej pewnie nie zobaczę!
Za mną w rodzinnem ustroniu
Może kto tam tęskni przecie,
Może kto i łzę uroni,
Smutne myśli śląc po świecie.

Kiedy wrzała wojna mściwa,
Kiedym z wrogiem staczał boje,
Czemuż kula litościwa
Nie trafiła w serce moje!
Byłbym zginął z bronią w dłoni,
Padł jak wolnym paść przystoi,
Dziś tułacza smutek goni —
Na ten sztylet nie mam zbroi.







Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Najprawdopodobniej błąd w druku; prawidłowym słowem wydaje się być jęczy.
  2. Modlitwa tu w ostatnich czasach śpiewaną była w kościele Bernardynów w Warszawie. Przyp. Wyd.
  3. Repetycya z Trzeciego Maja.
  4. Imć Królowę de facto, Trzeci. Maj, jak wiadomo, lubi przezywać Matką-Narodu (Babińskiego).
  5. Nie zawadzi wiedzieć, że w wydziale ministeryów Królestwa de facto, panu Albertowi Grzymale dostała się Intendentura listy cywilnej — z zupełnem wykluczeniem go od spraw politycznych.
  6. Kankan, wyraz ten nie znajduje się w żadnym z polskich słowników; jest to taniec tak bezecny i sprośny, że policya paryska, nawet po szynkach tańcować go zabrania. Tańczyli go za to na wieczorach u Hrabiego Olizara, naczelnego wydawcy Trzeciego-Maja.
  7. W liczbie ich był i nieodżałowany ś. p. Kazimierz Straszewski, co walecznie zginał z kosą w ręku pod Miechowem w 1863 r.


Znak domeny publicznej
Tekst lub tłumaczenie polskie jest własnością publiczną (public domain), ponieważ prawa autorskie do niego wygasły (expired copyright).