Wicehrabia de Bragelonne/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


ALEKSANDER DUMAS
(OJCIEC)
WICEHRABIA
DE
BRAGELONNE
POWIEŚĆ
TOM I
Bibljoteka Rodzinna logo.jpg
WARSZAWA
NAKŁADEM BIBLJOTEKI RODZINNEJ
1929

Drukarnia Literacka, Warszawa, N.-Świat 22. tel. 281-88




Tom I
ROZDZIAŁ I.
LIST.

W połowie miesiąca maja, roku 1660, o godzinie dziewiątej zrana, gdy słońce osuszyło już rosę na trawnikach, otaczających zamek Blois, mały orszak, złożony z trzech osób i dwóch paziów, wjeżdżał przez most do miasta.
Nieliczni przechodnie nie zwracali nań uwagi, każdy tylko skłaniał lekko głowę na znak powitania i szeptał zcicha:
— Acha!... to książę pan wraca z polowania.
I nic więcej.
Dopiero gdy konie weszły na drogę, prowadzącą po stromym pagórku od rzeki do zamku, kilku krępych sklepikarzy zbliżyło się do ostatniego z jeźdźców i przyglądało się różnego rodzaju ptakom, zawieszonym za dzioby u łęku siodła.
Zaspokoiwszy ciekawość, wzruszali ramionami, objawiając w sposób szczery, prawdziwie wieśniaczy, lekceważenie dla tak nędznego rezultatu łowów i powracali do swych zajęć.
Książę tymczasem jechał dalej z miną melancholijną, a zarazem tak majestatyczną, że byłby stanowczo wzbudził podziw wśród widzów, gdyby ich miał tylko.
Lecz mieszczanie Blois nie mogli nigdy wybaczyć księciu, że wybrał sobie ich wesołe miasto, aby tu nudzić się dowoli, i za każdym razem, gdy tylko go ujrzeli, umykali, poziewając, lub wsuwali głowy w okna swych pomieszczeń, aby uniknąć wpływu usypiającego, jaki wywierała ta twarz długa, blada, te oczy zamglone i wogóle cała ta postać omdlała.
Co prawda, widoczny ów brak uszanowania ze strony mieszkańców Blois, był karygodnym, bo ten, kogo mieszkańcy Blois zwali Księciem Panem, był po królu, a może nawet i przed królem, największym magnatem królestwa. Jeżeli bowiem Ludwik XIV-ty, podówczas panujący, miał szczęście być synem Ludwika XIII-go, to „Książę Pan“ miał za to zaszczyt być synem Henryka IV-go.
To też mieszkańcy Blois byli, a właściwie powinni byli być dumnymi z tego odznaczenia, jakie ich spotkało. Książę Gaston Orleański wybrał to miasto na swą siedzibę i otoczył się dworem na starodawnym zamku.
Widocznie jednak było przeznaczeniem tego wielkiego księcia, że nigdzie i nigdy nie wzbudzał większego zainteresowania ani podziwu, występując publicznie. Zdaje się, że nawet przyzwyczajony był do tego.
Niewesoło też upływało mu życie.
Po małem polowaniu na brzegach rzeczki Beuvron, albo w lasach Chiverny, książę pan przebywał Loarę, siadał do śniadania w Chambord z apetytem, lub bez apetytu, i znów miasto Blois nie słyszało aż do przyszłego polowania o swym panu i władcy.
Tak się przedstawiała nuda extra muros. Jeśli zaś czytelnik chce poznać, w jaki sposób nudzono się wewnątrz, to może osiągnąć o tem niejakie pojęcie, gdy zechce pofatygować się za orszakiem aż do samych przedsionków wspaniałego zamku.
Książe pan dosiadł konia płowego, niezbyt wysokiej miary, przybranego w siodło z czerwonego aksamitu flandryjskiego ze strzemionami, mającemi kształt sabotów. Kaftan szkarłatny niknął pod płaszczem tejże samej barwy, co uprząż konia, i jedynie po tym kolorze czerwonym odróżnić można było księcia od dwóch jego towarzyszy, z których jeden ubrany był fjoletowo a drugi zielono. Towarzysz z prawej strony, ubrany fjoletowo, był koniuszym; z lewej, zielony, to wielki łowczy.
Jeden z paziów trzymał dwa sokoły na dużem kółku, drugi miał w ręku róg myśliwski, na którym właśnie zatrąbił niedbale, gdy orszak zbliżył się na dwadzieścia kroków do zamku. Całe otoczenie zaniedbanego księcia robiło wszystko, co miało do roboty, niedbale.
Na odgłos rogu myśliwskiego, ośmiu strażników, spacerujących niedbale w blasku słonecznym po kwadratowym dziedzińcu, pochwyciło prędko za halabardy i uszykowało się w przedsionku, a książę pan odbył uroczysty wjazd do zamku.
Książę pan zsiadł z konia, nie mówiąc ani słowa, przeszedł do pokoi, gdzie służący czekał nań ze świeżem ubraniem, a ponieważ księżna pani nie przysłała jeszcze wezwania na śniadanie, wyciągnął się w fotelu i zasnął w najlepsze, jak gdyby to była jedenasta w nocy.
Ośmiu strażników, wiedząc, że służba ich na cały dzień już się skończyła, porozkładało się w słońcu na kamiennych ławkach; masztalerze poznikali wraz z końmi w stajniach. Gdyby nie kilka ptaków, wesoło szczebioczących w krzaczkach lewkonij, możnaby sądzić, iż wszystko, co żyło, zasnęło w zamku za przykładem pańskim.
Nagle wśród tej słodkiej ciszy rozległ się śmiech głośny, nerwowy i zbudził kilku halabardników, pogrążonych w spoczynku.
Śmiech ten pochodził z okienka, umieszczonego na drugiem piętrze a oświetlonego w tej chwili promieniami słońca, które rzucało na ścianę długi cień od komina, łączący się z oknem i niknący aż przy samej ziemi.
Dokoła okienka biegł balkonik wąziuchny, otoczony żelazną barjerą. Na balkoniku tym stało kilka wazoników z lewkonją, pierwiosnkiem i wczesną różą, co nie zdążyła jeszcze rozwinąć kwiatów, lecz już była pokryta mnóstwem pączków.
W pokoju, oświetlonym promieniami słońca, wpadającemi przez okno, skromnie umeblowanym, przy stole, pokrytym serwetą, w kwiaty haftowaną, siedziały dwie dziewczęta.
Obie wyglądały na pensjonarki, które dopiero co zdołały wymknąć się z klasztoru. Jedna z nich, oparłszy łokcie na stole, trzymała pióro w ręce i kreśliła litery na pięknym papierze holenderskim. Druga, ukląkłszy na krześle z przeciwnej strony stołu, przyglądała się z góry temu, co pisała, a właściwie, co zamierzała pisać, jej towarzyszka.
Skoro jesteśmy już w pokoju, musimy przyjrzeć się bliżej dziewczętom. Pierwsza, ta, co klęczała na krześle, wesoła, śmiejąca się, była dziewczyną piękną, mogącą mieć lat dziewiętnaście do dwudziestu, smagła, brunetka, odznaczająca się cudownie pięknemi, żywemi oczyma, błyskającemi z pod brwi, śmiało zarysowanych, oraz zębami białemi jak perły, kryjącemi się pod wargami, jakby utoczonemi z koralu.
W każdym jej ruchu zdradzało się usposobienie ruchliwe; mówiąc, śmiejąc się, nie siedziała, a właściwie nie klęczała spokojnie, lecz wiła się, wyginała, jakby przy grze w piłkę.
Druga, zajęta pasaniem, spoglądała na swą burzliwą towarzyszkę oczyma niebieskiemi, czystemi, jasnemi jak niebo. Włosy jej koloru blond popielatego spadały w jedwabistych splotach na ramiona i na policzki, zabarwione jak wnętrze muszli perłowej. Ręka jej, spoczywająca na papierze, delikatna, lecz drobna, zdradzała wiek młody. Za każdym wybuchem śmiechu swej przyjaciółki wzruszała, niby nieco zagniewana, ramionami białemi, kształtnemi, którym jednak brakowało jeszcze owej siły, owego wykończenia, jakieby chętnie chciało ujrzeć oko znawcy.
— Montalais, Montalais — odezwała się nareszcie głosem dźwięcznym, śpiewnym — śmiejesz się za głośno... i nie dosłyszysz dzwonka księżnej pani, gdy wezwie cię do siebie.
Młoda dziewczyna, którą nazwano Montalais, nie wzięła sobie widocznie do serca owej admonicji, bo wybuchnęła jeszcze głośniejszym śmiechem i jeszcze żywiej się poruszała i wyginała. Uspokoiwszy się nareszcie, odrzekła:
— Ludwiko... nie mówisz, moja droga, tego, co myślisz... a właściwie myślisz inaczej, niż mówisz. Wiesz dobrze, że dzwonek księżnej pani słychać doskonale nawet na moście w Blois, a więc tembardziej usłyszę go tu, w tym pokoju, gdy mnie księżna pani przywoła. Nie trudno to jednak zgadnąć, o co ci idzie... Gniewasz się, że ja śmiechem moim przeszkadzam ci w pisaniu... Boisz się, aby tu nie przybiegła pani de Saint-Remy, matka twoja... aby nas nie przyłapała na gorącym uczynku, aby nie ujrzała tego olbrzymiego arkusza papieru, na którym od kwadransa zdążyłaś zaledwie napisać: „Panie Raulu!“. I aby nie wystąpiła natychmiast z całym za pasem swych gromów i błyskawic. No?... powiedz sama... czy nie mam racji?...
I Montalais rozpoczęła na nowo, a nawet bardziej jeszcze śmiać się i swawolić.
Blondynka nadąsała się na dobre. Schwyciła arkusz papieru, na którym istotnie wypisane były tylko pięknemi literami wyrazy „Panie Raulu!“, rozdarła go i wyrzuciła przez okno.
— No! no!... patrzcie... — odezwała się Montalais — nasz baranek, nasz jezusek, nasza gołąbka, rozgniewała się naprawdę!... Nie bój się, Ludwiko, pani de Saint-Remy nie przyjdzie tutaj, a gdyby zresztą szła, uprzedziłabym cię o tem, wiesz bowiem, że mam słuch dobry. Zresztą przecież to nic złego pisać do starego przyjaciela, do znajomego od lat dwunastu, zwłaszcza, gdy list zaczyna się od słów „Drogi Raulu!...“
— Mniejsza o to, i tak już pisać nie będę — odrzekła druga.
— A!... patrzajże!... toś dopiero ukarała tę biedną Montalais — wykrzyknęła, śmiejąc się ciągle, wesoła brunetka. — Cóż znowu... to niema sensu!... prędzej... bierz drugi arkusz papieru i pisz dalej ten list nieszczęsny... Na!... masz!... teraz znowu księżna pani dzwoni... doskonałą sobie porę wybrała!... Ha!... tem gorzej dla niej... Księżna pani albo poczeka, albo też zmuszoną będzie wyrzec się na dziś widoku swej pierwszej panny honorowej.
W istocie głośny dźwięk dzwonu rozlegał się po całym zamku. Oznaczało to, iż księżna jest już ubrana i oczekuje małżonka, który na znak ten przychodził do salonu, podawał jej ramię i prowadził do jadalni.
Po dokonaniu tej formalności zasiadali do śniadania, po spożyciu którego rozchodzili się i nie spotykali się już, aż przy obiedzie, którego pora raz na zawsze naznaczoną była na drugą godzinę.
Na odgłos dzwonu otwarły się drzwi oficyny, stojącej po prawej stronie podwórza, i ukazali się w nich paź i dwóch marszałków, za którymi szło ośmiu kuchcików, niosących na dużych tacach potrawy, przykryte srebrnemi pokrywami. Orszak ten przeszedł przez całe podwórze, a strażnicy wstawali i przed jedzeniem broń prezentowali.
Panna Montalais i jej towarzyszka zajęły się znów zaczętym listem.
— No, dalej, zabieraj się do roboty... wołała wesoło Montalais. Pisz jeszcze raz owe piękne „Panie Raulu“, co już raz błyszczało na nagłówku podartego listu.
I, śmiejąc się, włożyła jej pióro w rękę.
— A teraz?... — zapytała młodsza.
— Teraz, Ludwiko, pisz, co myślisz — odrzekła Montalais.
— Czyś pewną, że myślę o czemś?
— Myślisz o kimś, a to na jedno wyjdzie... a nawet to podobno gorzej.
— A wiec skoro umiesz czytać w mych myślach, powiedz mi, co ja myślę, Montalais?...
— Przedewszystkiem nie myślisz wcale: „Panie Raulu!“, ale masz na myśli: „Kochany Raulu!“
— O!...
— Nie potrzebujesz się rumienić o taka drobnostkę... A zatem dalej: „kochany Raulu!... Prosisz mnie, abym pisała do Paryża, do ciebie, któremu służba nie pozwala ruszyć się z miejsca. Musisz się bardzo nudzić, jeśli rozrywki szukasz we wspomnieniach wieśniaczki...
Ludwika podniosła się nagle.
— Nie, Montalais — rzekła — nie!... ani jednego słowa nie myślę z tego, coś powiedziała... Chcesz wiedzieć, co naprawdę myślę?... patrz!
I, ująwszy śmiało za pióro, wprawną ręką nakreśliła następujące słowa.
„Czułabym się bardzo nieszczęśliwą, gdyby prośba pańska o jakąkolwiek pamiątkę chwil minionych znalazła mniejszy oddźwięk w mem sercu, niż go znalazła istotnie. Wszystko tutaj szepcze mi o pierwszych latach naszych, co tak szybko upłynęły, tak słodko minęły, zostawiając jednak ślad czarowny, którego nic zetrzeć nie zdoła“.
Montalais śledziła szybkie poruszenia pióra i czytała z odwrotnej strony to, co pisała Ludwika. Naraz przerwała jej, klasnąwszy w dłonie.
— O!... to rozumiem!... to się nazywa prawdziwa szczerość... to serce... to styl... Tak... tak!.. pokażmy tym paryżanom, że tu, w Blois, umiemy się wyrażać jak należy... niech nie myślą, że Blois to niby nic...
— O!... wie on dobrze — odrzekła młodsza — że Blois było dla mnie rajem.
— To... to... to!... Właśnie to chciałam powiedzieć... Ah!... moja złota... jak ty to ładnie umiesz nazwać... wyrażasz się jak anioł.
— Pozwól Montalais... niech skończę.
I pisała dalej:
— „Piszesz, panie Raulu, iż myślisz ciągle o mnie!.. Dziękuję za tę pamięć, lecz nie dziwi ona mnie wcale... mnie, która wiem, ile razy serca nasze biły jedno obok drugiego...“
— O!.. o!.. — zauważyła Montalais — uważaj, moja kochana... czy to nie za śmiało...
Ludwika już miała odpowiedzieć, gdy nagle do uszu ich doleciał odgłos kopyt końskich, rozlegających się pod sklepieniem przedsieni.
— A to kto?... — zapytała Montalais, podbiegłszy do okna — śliczny kawaler, słowo daję!...
— Raul!... — wykrzyknęła Ludwika, która także zaciekawiona przybyciem nieoczekiwanego gościa, spojrzała przez okno. Ujrzawszy jeźdźca zbladła, i drżąca, bezsilna, usiadła na krześle tuż obok niedokończonego listu.
— To kochanek jak należy — zawołała Montalais — w najodpowiedniejszej chwili przybywa.
— Odejdź... odejdź... od okna... proszę cię — błagała Ludwika głosem stłumionym.
— Dlaczego?... przecież on mnie nie zna!... Pozwól, moja drogo, niech się dowiem, po co on tu przyjechał!...




ROZDZIAŁ II.
POSŁANIEC.

Panna de Motalais miała zupełną słuszność. Warto było popatrzeć na młodego kawalera.
Mógł on liczyć lat dwadzieścia cztery do pięciu, smukły, dobrze zbudowany, ubrany zgrabnie w mundur wojskowy ówczesnej mody.
Jedną ręką powstrzymał zgrabnie konia na środku podwórza, a drugą zdjął kapelusz, przybrany długiemi piórami, odsłaniając w ten sposób twarz poważną i równocześnie prawie dziecięcą.
Strażnicy, zbudzeni hałasem, zerwali się na nogi.
Jeden z nich podszedł ku jeźdźcowi, a młodzieniec, przechylając się, rzekł głosem dźwięcznym, wyraźnie dolatującym do okna, gdzie ukryte były dziewczęta:
— Posłaniec do Jego królewskiej wysokości!...
— Przepraszam... jak godność pańska?...
— Wicehrabia de Bragelonne, wysłany od Jego wysokości księcia Kondeusza.
Żołnierz oddał ukłon głęboki, i, jak gdyby nazwisko zwycięzcy z pod Rocroy i Lens skrzydeł mu dodało, pomknął żywo przez trawnik, aby jak najprędzej dostać się na przedpokoje.
Pan de Bragelonne nie zdążył jeszcze przywiązać konia swego do sztachet, okalających trawnik, gdy nadbiegł marszałek dworu, pan de Saint-Remy, zadyszany, podtrzymując jedną ręką tłusty brzuch, a drugą przecinając powietrze, tak, jak rybak przecina wiosłem fale wody.
— Pan wiechrabia!... w Blois!... — zawołał — ależ to cud prawdziwy!... Dzień dobry, panie Raulu, dzień dobry!...
— Moje uszanowanie, panie de Saint-Remy.
— Jakże się ucieszy pani de la Vall... to jest, chciałem powiedzieć pani de Saint-Remy, gdy pana ujrzy. Ale chodź pan. Jego królewska wysokość siedzi właśnie przy śniadaniu... Może należy go zaraz zawiadomić; czy sprawa bardzo ważna?...
— Tak i nie, panie de Saint-Remy; w każdym razie opóźnienie sprawiłoby, jak sadzę, przykrość Jego królewskiej wysokości.
— W takim razie chodźmy prędko, bardzo prędko — zawołał poczciwiec i puścił się przodem.
Raul szedł za nim z kapeluszem w reku, przestraszony nieco odgłosem, jaki wydawały jego ostrogi na posadzkach tych olbrzymich sal.
Odgłos kroków przyśpieszonych, zapach wina i mięsa, dźwięk kryształów i talerzy uprzedził go, iż wkrótce znajdzie się u celu swej podróży.
Paziowie, lokaje i oficerowie, zgromadzeni w pokoju, poprzedzającym jadalnię, przyjęli nowoprzybyłego z grzecznością, przysłowiową w tym kraju. Niektórzy znali Raula osobiście, wszyscy zaś wiedzieli, iż przybywa z Paryża. Zdawałoby się, że przybycie jego powstrzymało na chwile zwykły bieg służby.
Jeden z paziów, który właśnie napełniał winem kielich Jego królewskiej wysokości, z dziecięcą ciekawością odwrócił się, nie przestając jednak wcale nalewać dalej wina, nie do kielicha wprawdzie, lecz na obrus.
Księżna pani, nie będąc tak zajętą, jak jej dostojny małżonek, dostrzegła roztargnienie pazia.
— Co tam?... — spytała.
— Co tam?... — powtórzył książę — co się stało?...
Pan de Saint-Remy, wsunąwszy głowę przez drzwi, uważał za stosowne skorzystać z tej chwili.
— Ośmielam się niepokoić Waszą wysokość.
— Dlaczego?... — zapytał książę Gaston, nakładając sobie na talerz kawałek łososia.
— Przybył posłaniec z Paryża; ale może poczekać, aż Wasza wysokość skończy śniadanie.
— Z Paryża — wykrzyknął książę, a widelec wypadł mu z ręki. — Posłaniec z Paryża, powiadasz, a od kogo przybywa?
— Od księcia Kondeusza — pośpieszył z odpowiedzią Marszałek.
— Od księcia?... — powtórzył Gaston, z zaniepokojeniem zbyt widocznem, aby ujść miało uwagi obecnych. Zdwoiło ono jeszcze ogólną ciekawość.
Książę Gaston odsunął żywo talerz z przed siebie.
— Czy ma zaczekać?... — zapytał pan de Saint-Remy.
— Nie... nie!... niech wejdzie natychmiast. A kto to taki?
— Szlachcic z tych okolic, pan wicehrabia de Bragelonne.
— Tak?... doskonale... Wprowadź go zaraz, de Saint-Remy, wprowadź go natychmiast.
Wyrzekłszy te słowa z powagą mu właściwą, książę przypatrywał się, jak cała służba, paziowie, oficerowie, koniuszy i wszyscy inni, odsunąwszy talerze, noże i kubki, wynosili się do drugiej izby szybko i bezładnie.
Mała ta armja ustawiła się w dwa szeregi, w chwili, gdy Raul de Bragelonne, wszedł do jadalni, poprzedzony przez pana de Saint-Remy.
Książę Gaston skorzystał z krótkiej chwili i przybrał minę dyplomaty. Nie odwracał się wcale, aż marszałek dworu przyprowadził posłańca przed jego oblicze.
Raul zatrzymał się przy końcu stołu, tak, aby mógł się znaleźć pomiędzy księciem i księżną. Stąd złożył głęboki ukłon Ich wysokościom i czekał, aż książę raczy się odezwać.
Książę zaś czekał, aż drzwi zostaną szczelnie zamknięte. Nie chciał się obrócić, aby się o tem przekonać, bo to ubliżałoby jego godności, ale słuchał zatrzaśnięcia klamki, co obiecywało przynajmniej utrzymać pozór tajemnicy.
Gdy drzwi się zamknęły, książę podniósł oczy na wicehrabiego i rzekł:
— Zdaje się, że pan przybyłeś z Paryża?
— Przed chwilą, Wasza wysokość.
— Jakże się król miewa?
— Jego królewska mość cieszy się najlepszem zdrowiem.
— A moja bratowa?
— Jej królewska mość królowa matka skarży się ciągle na ból w piersiach. W każdym razie od miesiąca znacznie się jej polepszyło.
— Mówiono mi, że pan przebywasz od księcia Kondeusza. Zapewne się omylono?
— Nie omylono się wcale. Książę polecił mi doręczyć Waszej wysokości ten oto list, na który mam oczekiwać odpowiedzi.
Raula wzruszyło cokolwiek to przyjęcie zimne, prawie bojaźliwe. Głos jego pomimowoli spadł do diapazonu niespokojnej mowy księcia, tak, że obaj prawie szeptem mówili.
Książę nie zwrócił uwagi na to, iż sam wywołał ten tajemniczy chłód i zaczął się nie na żarty trwożyć.
Spojrzał ponuro na list księcia Kondeusza, odpieczętował go w sposób, w jaki zwykle rozpieczętowuje się listy podejrzane i, aby nikt nie mógł dostrzec wyrazu jego twarzy w czasie czytania, odwrócił się.
Księżna pani, strwożona równie jak i książę, ścigała wzrokiem każdy ruch dostojnego swego małżonka.
Raul, stropiony podobnem przyjęciem, spoglądał, nie ruszając się z miejsca w okno, poza którem widać było ogród, przyozdobiony licznemi posągami.
— Ależ!... — zawołał nagle książę, uśmiechając się rozkosznie — ależ to przyjemna niespodzianka... Bardzo miły... bardzo miły jest ten list księcia Kondeusza. Służę ci, księżno.
Stół był za szeroki, aby książę mógł sięgnąć aż do wyciągniętej ręki swej małżonki.
Raul pośpieszył z pomocą i podał list księżnej tak zręcznie, iż zjednał sobie jako podziękowanie skinienie głową i łaskawy uśmiech.
— Treść listu jest panu znaną zapewne — rzekł Gaston do Raula.
— Istotnie. Książę pierwotnie chciał, ażebym ustnie załatwił me posłannictwo, dopiero później uznał za właściwe list ten napisać.
— Śliczne pismo, ale nie mogę odczytać — odezwała się księżna.
— Czy nie byłbyś łaskaw odczytać tego listu księżnej pani, panie wicehrabio de Bragelonne?
— O tak, przeczytaj pan, proszę.
Raul zabrał się do czytania, a książę jeszcze raz skupił całą swa uwagę.
List zawierał następujące słowa:

„Wasza Wysokość!

Król wyjeżdża zagranicę. Zapewne wiadomo Waszej wysokości, iż małżeństwo Jego królewskiej mości jest już postanowione. Król zrobił mi zaszczyt, mianując mnie marszałkiem-kwatermistrzem w czasie tej podróży; ponieważ zaś jestem przekonany, iż Jego królewska mość spędziłby z przyjemnością dzień jeden w Blois, udaję się więc do Waszej wysokości z prośbą o pozwolenie wyznaczenia tej miejscowości, jako punktu wypoczynku w drodze. Gdyby propozycja moja narażać miała Waszą wysokość na jakiekolwiek trudy lub przykrości, natenczas proszę udzielić odpowiedzi oddawcy niniejszego listu, panu wicehrabiemu de Bragelonne, należącemu do mojego orszaku. Oznaczenie dalszego kierunku podróży zależy od woli Waszej wysokości i zamiast zwrócić się na Blois, wskazałbym Vendome lub Romorantin. Ośmielam się cieszyć nadzieją, iż Wasza wysokość przyjmie propozycję moją, jako wyraz bezgranicznego przywiązania, i usłużności“.

— A! jakie to dla nas przyjemne — odezwała się księżna, która w ciągu odczytywania listu kilkakrotnie porozumiewała się wzrokiem z dostojnym swym małżonkiem. — Król tutaj!.. — zawołała głośniej nieco, niżby tego wymagało utrzymanie tajemnicy.
— Wicehrabio,.. — zabrał głos książę Gaston — podziękujesz księciu Kondeuszowi i wyrazisz mu słowa wdzięczności za przyjemność, jaką mi sprawia.
Raul skłonił się głową.
— Którego dnia Jego królewska mość ma zamiar przybyć?... — mówił dalej książę.
— Według wszelkiego prawdopodobieństwa, król stanie tu dziś wieczorem.
— W jakiż więc sposób otrzymanoby moją odpowiedź, gdyby ta była odmowną?
— Miałem polecenie powrócić jak najśpieszniej do Beaugency i doręczyć tam rozkaz kurjerowi, któryby zawiózł go lotem strzały do księcia.
— Więc Jego królewska mość znajduje się w Orleanie?
— Bliżej... Wasza wysokość!... Jego królewska mość powinienby przybyć w tej chwili do Meung.
— Czy dwór mu towarzyszy?
— Tak.
— A!.. a propos... Zapomniałem zapytać się o pana kardynała.
— Jego Eminencja wygląda doskonale.
— Siostrzenice pewno mu towarzyszą?...
— Nie, Wasza wysokość, Jego Eminencja rozkazał pannom Mancini wyjechać do Brouage. Jadą lewym brzegiem Loary, gdy tymczasem dwór posuwa się prawym.
— Co?... I panna Marja Mancini także dwór opuszcza?... — zapytał książę, pozbywając się powoli ospałości i powagi.
— Panna Marja Mancini przedewszytkiem — odparł Raul dyskretnie.
Przelotny uśmiech, zaledwie dostrzegalny ślad chętki do zawikłanych intryg, jakie książę Gaston dawniej z zamiłowaniem uprawiał, przemknął się po jego ustach.
— Dziękuję; panie de Bragelonne!... — odrzekł książę — nie przyjąłbyś zapewne polecenia, jakiembym cię chętnie obdarzył, a mianowicie, abyś wyraził księciu Kondeuszowi, iż posłaniec jego bardzo mi się podoba... ale ja mu to powiem osobiście.
Raul podziękował głębokim ukłonem za zaszczyt, jaki go spotkał.
Książę dał znak księżnej, a ta ujęła za dzwonek, stojący obok na stole.
W tej chwili pojawił się pan de Saint-Remy, a za nim wkrótce cały pokój zapełnił się mieszkańcami zamku.
— Panowie!... — rzekł książę — Jego królewska mość uczynił mi ten zaszczyt, iż raczy spędzić dzień jeden w Blois. Mam nadzieję, iż król, mój bratanek, nie będzie żałował łaski, którą mi wyświadcza.
— Niech żyje król!.... — zawołał z frenetycznym entuzjazmem cały tłum z panem de Saint Remy na czele.
Księżna pierwsza pomyślała o zajęciu się niezbędnemi przygotowaniami i wezwała pana de Saint-Remy.
— Nie czas na gawędy, ale na robotę — odezwała się tonem zagniewanej gospodyni.
— Spodziewam się, że szlachcic ten nie poskarży się na niewygodę — dodała, zwracając się do pana Saint-Remy.
Poczciwiec pobiegł natychmiast za Raulem.
— Księżna pani włożyła na nas obowiązek starania się, aby pan wicehrabia odpoczął u nas jak należy. Apartament dla pana jest przygotowany w zamku.
— Dziękuję, panie Saint-Remy — odrzekł Bragelonne. — Pojmujesz zapewne jak mi śpieszno zobaczyć czemprędzej ojca mego.
— To prawda... to prawda... panie Raulu... proszę mu złożyć przy tej sposobności wyrazy mego uszanowania.
Raul pozbył się nareszcie starego szlachcica i, ująwszy konia za uzdę, wyszedł z zamku.
Właśnie przechodził pod sklepieniem przedsionka, gdy naraz do uszu jego dobiegi z głębi ciemnej alei głosik dźwięczny.
— Panie Raulu!...
Raul odwrócił się zdumiony i ujrzał młodą brunetkę, która, palec przyłożywszy do ust, nakazywała mu milczenie, a równocześnie wyciągnęła drugą rękę na powitanie.
Nie znał jej wcale.




ROZDZIAŁ III.
ROZMOWA.

Raul postąpił kilka kroków ku dziewczęciu, przywołującemu go w tak dziwny sposób.
— Ależ, mój koń, panienko — oderwał się zaambarasowany.
— Masz się pan czem kłopotać!... W pierwszem podwórzu jest stajnia; przywiąż tam pan swojego konia i chodź pan, tylko prędko...
— Jestem posłuszny, panienko.
W kilku chwilach załatwił to, czego od niego żądano, i powrócił do małych drzwi, gdzie spostrzegł w pół-cieniu swoją przewodniczkę na pierwszym stopniu kręconych schodów.
— Czy masz pan dość odwagi, aby pójść za mną, mości kawalerze błędny? — odezwało się dziewczę, widząc wahanie Raula.
Zamiast odpowiedzi Raul puścił się po ciemnych schodach. Przebyli trzy piętra, ona pierwsza, on za nią, dotykając ręką co chwila jedwabnej sukienki, gdy po ciemku szukał poręczy.
Za każdem głośniejszem stąpnięciem, lub krokiem, fałszywie postawionym, przewodniczka jego wołała cichutko:
— Psst!...
I podawała mu rękę drobną, aksamitną, wonną.
— Możnaby dojść w ten sposób aż na sam szczyt wieży zamkowej, nie czując zmęczenia — szepnął Raul.
— To niby znaczy, żeś pan strasznie zmęczony, strasznie ciekawy i strasznie niespokojny. Ale uspokój się pan... jesteśmy już na miejscu.
Dziewczę otworzyło drzwi, wiodące wprost do pokoju, z którego wydobywający się snop światła dziennego oświetlił sień dosyć długą, na końcu której stał Raul, trzymając się ręką poręczy.
Brunetka szła ciągle, on postępował za nią. Wkrótce weszli do pokoju.
Zaledwie znalazł się tam, usłyszał okrzyk, odwrócił się i ujrzał o dwa kroki od siebie młodziutką, śliczną blondynkę z włosami jasno-płowemi, oczyma niebieskimi, ramionami białemi, która, złożywszy ręce i przymknąwszy powieki, zakończone długiemi ciemnemi rzęsami, wykrzyknęła tylko:
— Raul!?...
W okrzyku tym tyle kryło się miłości, przymknięte oczy tyle wyrażały szczęścia, że Raul, pociągnięty mimo woli tym urokiem, upadł na kolana na środku izby i szeptał imię Ludwiki.
— No... — odezwała się Montalais — Ludwika nie ma, do mnie żalu, że pana tu sprowadziłam; proszę też pana, abyś się na mnie nie gniewał, żeś musiał iść za mną, by ją zobaczyć... tak... a teraz skoro pokój już zawarty, mówmy jak starzy przyjaciele. — Ludwiko, proszę cię przedstaw mnie panu de Bragelonne.
— Panie wicehrabio — odezwała się Ludwika z wdziękiem poważnym i skromnym uśmieszkiem — mam zaszczyt przedstawić ci pannę Aurorę de Montalais, młodziutką damę dworu Jej królewskiej wysokości księżnej pani, a moją przyjaciółkę, moją serdeczną przyjaciółkę.
Raul skłonił się ceremonialnie.
— A mnie, Ludwiko — odezwał się — nie przedstawisz pannie do Montalais?...
— O!... ona wie, kto jesteś... ona wie wszystko!....
To naiwne „wszystko“ wywołało uśmiech na usta Montalais, a westchnienie, wyrażające szczęście, z piersi Raula; w owem słowie zrozumiał on: całą miłość.
— Grzeczności zostały już wymienione, panie wicehrabio — odezwała się Montalais — więc oto fotel, siadaj pan i opowiadaj nowiny, z jakiemi tu przybyłeś.
— O!... niema już w tem żadnej tajemnicy. Król, jadąc do Poitiers, zatrzyma się w Blois, gdyż chce odwiedzić Jego królewską wysokość stryja swego.
— Król tutaj?... — zawołała Motalais, uderzając rekami. — Ujrzymy dwór!... Pojmujesz ty to, Ludwiko?... Dwór!... prawdziwy dwór paryski!... Mój Boże!... ale kiedy?... kiedy?...
— Być może, dziś wieczorem, a najdalej jutro zrana.
— I panny Mancini tu będą?
— Nie, napewno nie!...
— Ależ powiadają, że król nawet na chwile nie może się wyrzec towarzystwa panny Marji.
— Będzie się musiał wyrzec... Pan kardynał tego chce... Wygnał swoją siostrzenicę do Brouage.
— On?.. hipokryta!..
— Ba.. — szepnęła Ludwika, przykładając palec do różowych ust.
— Psst... przecież tu mnie nikt słyszeć nie może... Mowie, że stary Mazarino Mazarini jest hipokrytą... aż ginie z chęci ujrzenia swej siostrzenicy na tronie francuskim.
— Ależ przeciwnie... Pan kardynał pragnie koniecznie, aby Jego królewska mość poślubił infantkę Marję-Teresę... To już dawny jego projekt.
Montalais spojrzała w oczy Raulowi.
— I pan wierzysz w te bajki?.. pan? paryżanin!.. no, to my tu, w Blois, jesteśmy dowcipniejsi.
— Jeżeli król przejeżdża przez Poitiers, udając się do Hiszpanji, jeżeli warunki kontraktu ślubnego już zostały ułożone pomiędzy don Ludwikiem de Haro i Jego Eminencją, wiec chyba pani zgodzisz się, iż nie są to igraszki dziecinne.
— Tak... ale król jest królem, przypuszczam...
— Bez wątpienia, ale kardynał jest kardynałem.
— To chyba król nie jest mężczyzną... albo może nie kocha Marji Mancini?..
— Uwielbia ją!..
— A wiec ją poślubi... będziemy mieli wojnę z Hiszpanją, pan Mazarini wyda parę miljonów, które sobie uciułał, nasza szlachta złoży dowody męstwa i powróci przyozdobiona wieńcami wawrzynu, a my w dodatku przyozdobimy niektórych mirtem... i tak się skończy cała sprawa... przynajmniej ja tak rozumiem politykę.
— Ależ zrozumiej, Montalais — dowodziła Ludwika — że królowa matka życzy sobie związku z infantką... czyż król może być nieposłusznym matce, czyż może dawać taki zły przykład... Gdy rodzice zabraniają miłości, należy jej się wyrzec.
Ludwika westchnęła; Raul spuścił oczy z miną wymuszoną. Montalais śmiała się w najlepsze.
— Ja nie mam rodziców — zauważyła.
— Zapewne masz pan wiadomości o zdrowiu hrabiego de La Fere, — rzekła Ludwika, jakby w dalszym ciągu owego westchnienia, kryjącego smutek wewnętrzny.
— Nie, jeszcze go nie widniałem. Właśnie wybierałem się do domu, gdy panna de Montalais mnie zatrzymała. Mam jednak nadzieję, iż zastanę pana hrabiego w dobrem zdrowiu. Nie słychać przynajmniej nic złego, nieprawdaż.
— Nic, panie Raulu, Bogu dzięki.
Przez chwilę panowało milczenie, w którem te dwie dusze doskonale się porozumiewały; nie wzywając nawet wzroku do pomocy.
— A!.. mój Boże!.. ktoś nadchodzi!.. — zawołała nagle Montalais.
— Kto to może być?.. to pewno p. Malicorne... Jeśli to on, nie mamy się czem niepokoić.
Ludwika i Raul pytali wzrokiem, co to za jeden ten pan Malicorne.
Montadais zrozumiała to pytanie.
— O!.. on nie jest zazdrosny.. ale za to bardzo dyskretny...
— Boże!.. — zawołała Ludwika, która tymczasem podsłuchiwała przez drzwi nieco uchylone... — Poznaje chód mojej matki!...
— Pani de Saint-Remy?.. gdzież je się skryję...
— Tak tak... to nasza kochana mama... słyszę odgłos jej pantofli... dodała Montalais, tracąc także głowę. — Panie wicehrabio... żałuję, że okno jest wysokie na pięćdziesiąt stóp, i że wychodzi na podwórze, zabrukowane kamieniami.
Raul bezmyślnie wyjrzał przez okno, jakby się chciał o tem przekonać. Ludwika chwyciła go za ramię.
— Jakaż ja jestem szalona — zawołała nagle Montalais, — przecież jest szafa na suknie.. zupełnie, jakby na to stworzona...
Czas już był najwyższy... Pani de Saint Remy szła prędzej, niż zwykłe. Weszła na górę właśnie w tej chwili, gdy Montalais zamykała drzwi szafy, i w obawie, aby się nie otworzyły oparła się o nie plecami.
— A!... — zawołała pani de Saint-Remy — Jesteś tu, Ludwiko!...
— Tak... jestem — odrzekła bledsza, niżby ja pochwycano na zbrodni.
— Dobrze, dobrze!..
— Może pani będzie łaskawa spocząć — wtrąciła Montalais, podsuwając fotel i, ustawiając go tak, że pani de Saint-Remy musiała usiąść tyłem do szafy.
— Dziękuję, panno Auroro, dziękuję... Chodź prędzej, moja córko...
— Dokąd mam pójść, pani?..
— Do domu, trzeba przecież przygotować ubranie.
— Co?.. — wtrąciła Montalais, udając zdziwienie i nie chcąc dopuścić do słowa Ludwiki, z obawy, aby ta nie powiedziała jakiego głupstwa.
— Jakto?.. więc nic nie wiecie?.. — zapytała pani de Saint-Remy.
— O czem?..
— Nowina!.. wielka nowina!..
— Jakże pani chcesz, abyśmy wiedziały o wielkich nowinach, siedząc w tym gołębniku.
— Co?... nie widziałyście nikogo?...
— Mówi pani zagadkami i każesz nam umierać na wolnym ogniu — zawołała Montalais, która, widząc jak Ludwika blednie coraz bardziej, nie wiedziała któremu świętemu oddać się w opiekę.
Nareszcie dostrzegła spojrzenie swej towarzyszki, spojrzenie tak wymowne, że nawet mur mógłby je zrozumieć. Ludwika wskazywała swej przyjaciółce nieszczęsny kapelusz Raula, leżący na stole wprost przed oczami pani de Saint-Remy.
Montalais poskoczyła i zasłoniła go sobą, wzięła w rękę poza piecami, i, zręcznie manewrując, zdołała nareszcie ukryć go gdzieś w kącie.
— Otóż — mówiła pani de Saint-Remy — przybył właśnie kurjer z zawiadomieniem, iż Jego królewska mość przyjeżdża do naszego zamku. Trzeba się ładnie pokazać, moje panny.
— Nie może być!... — zawołała Montalais — prędzej... prędzej, Ludwiko... śpiesz za panią Saint-Remy... i ja także muszę dla siebie ubranie przygotować.
Ludwika wstała.
Pani de Saint-Remy ujęła ja za rękę i poprowadziła na schody.
— Chodźmy...
Będąc już na schodach, dodała cicho:
— Dlaczego chodzisz do tej Montalais, kiedy ci tego zabroniłam?...
— To moja przyjaciółka, pani... Zresztą dopiero co tam weszłam.
— Nikogo przed tobą nie ukryto?...
— Jakto, pani?...
— Widziałam na stole kapelusz męski... pewnie tego hultaja... nicponia!.. Tego lenia Malicorna!.. fi!.. młoda panienka, dama honorowa, żeby się tak prowadziła... a!.. coś strasznego!..
Głosy ich umilkły wreszcie na niższych schodach.
Montalais słyszała wszystko, bo echo odbijało się głośno wśród okrągłych murów, niby w tubie.
Wzruszyła ramionami i, widząc Raula, który opuściwszy swą kryjówkę, również wszystko słyszał:
— Biedna Montalais — rzekła — ofiara przyjaźni!.. Biedny Malicorne... ofiara miłości.
I już miała roześmiać się głośno, lecz powstrzymała ją od tego tragi-komiczna mina Raula, zagniewanego na siebie, iż w jednym dniu mimowoli podchwycił tyle sekretów...
— Panno Montalais... doprawdy nie wiem, jak odwdzięczyć się za tyle dobroci.
— Przyjdzie czas, że się policzymy, a tymczasem umykaj pan co tchu, panie wicehrabio, bo pani Saint-Remy nie jest wcale pobłażliwa i mogłaby nam tu nasłać kogoś w odwiedziny, niezbyt wesołe dla nas wszystkich... Do widzenia!...
I z temi słowami wypchnęła prawie Raula, który, przekradłszy się nieznacznie przez podwórze, dosiadł konia i popędził tak, jak gdyby miał na karku wszystkich ośmiu strażników księcia pana.




ROZDZIAŁ IV.
OJCIEC I SYN.

Raul jechał drogą, znaną mu dobrze, pamiętną, prowadzącą z Blois do domu hrabiego de la Fere.
Rok już przeszło minął, od kiedy Raul nie widział swego ojca. Przez ten czas pozostawał ciągła u boku księcia Kondeusza.
Kilka listów ukoiło ból tej rozłąki, lecz nie uleczyło go wcale. To też Raul, pędząc na koniu, myślał o spotkaniu z najukochańszym przyjacielem i nie byłby zatrzymał się, choćby nawet zobaczył ramiona Ludwiki, wyciągnięte ku sobie.
Ujrzawszy otwarte wrota ogrodu, puścił się wprost przez aleje, nie zważając, że koń jego tu i owdzie naruszał piękne stokrocie i niezapominajki, nie widząc nawet, jak to zżymał się starzec jakiś białowłosy, któremu zapewne po raz pierwszy zdarzyło się ujrzeć konia, pędzącego po tej pięknej alei wygracowanej i wysypanej żółtym piaskiem.
Ujrzawszy twarz Raula, starzec wyprostował się i popędził ku domowi, wyrażając jakiemś niezrozumiałem mruczeniem szaloną radość.
Raul zajechał do stajni, oddał konia chłopcu, a sam szybko podążył na ganek z radością i żywością, która ucieszyłaby serce rodzica, gdyby to był widział.
Przebył przedpokój, salę jadalną i salon, nie spotkawszy nikogo. Nareszcie doszedł do drzwi gabinetu hrabiego i, zapukawszy, wszedł, nie czekając na słowo „proszę“, wyrzeczone głosem poważnym a pełnym słodyczy.
Hrabia siedział przy stole pokrytym papierami i książkami. Był tak samo piękny, szlachetny, jak i dawniej, lecz czas nadal szlachetności jego cechę dystynkcji i powagi. Czoło białe, bez zmarszczek pod włosami więcej siwemi, niż czarnemi, oczy przenikliwe a niezwykle przyjemne, ocienione rzęsami długiemi, gęstemi, jak u młodzieńca, was delikatny, zlekka tylko siwiejący, otaczający wargi o kształtach jasnych, czystych, jak gdyby nigdy nie wykrzywił ich ból lub namiętność; postawa prosta, ręka bez zarzutu, choć nieco wychudła, oto jak znajdujemy tego, którego sławiło tyle znakomitych ust, nadając mu imię Athosa. Zajęty był poprawianiem zeszytu, zapisanego własny ręką.
Raul pochwycił ojca w swe ramiona i ściskał go, jak mógł, całując tak szybko, tak prędko, tak gwałtownie, że hrabia nie miał ani siły, ani czasu zapanować nad swem wzruszeniem ojcowskiem.
— Ty tutaj?... tutaj? Raulu?... — zawołał — czy to możebne?...
— Tak... to ja... o!... jakżem szczęśliwy, że cię znów ujrzałem, panie hrabio!...
— Nie odpowiadasz mi, wicehrabio?.. Czyś otrzymał urlop na wyjazd do Blois... a może w Paryżu stało się jakie nieszczęście?...
— Nie... nie... Bogu dzięki... — odrzekł Raul, uspakajając się powoli — jak najlepsze nowiny... król żeni się, jak to miałem już zaszczyt napisać w ostatnim liście... i w tym celu wyjeżdża do Hiszpanji. Jego Królewska Mość przejeżdżać będzie przez Blois...
— Chce zapewne odwiedzić księcia stryja?...
— Tak jest, panie hrabio.... To też, bojąc się, aby wizyta nie spadła niespodzianie, czy też chcąc się przypodobać, książę Kondeusz wysłał mnie, bym uprzedził księcia pana o przybyciu Jego Królewskiej Mości.
— Więc widziałeś już księcia pana?...
— Miałem już ten zaszczyt.
— Zapewne widziałeś i kogoś więcej jeszcze w Blois?
— Tak jest, panie hrabio... Widziałem Jej wysokość księżnę panią.
— Bardzo pięknie... ale nie o niej myślałem.
Raul poczerwieniał mocno i nie odpowiedział wcale.
— Nie słyszysz mnie, jak się zdaje, wicehrabio — dodał hrabia de la Fere, nie kładąc większego nacisku na słowa, lecz dodając wyrazom siły spojrzeniem nieco surowszem.
— Owszem... słyszę, panie hrabio — odrzekł Raul — a jeżeli zawahałem się z odpowiedzią, to bynajmniej nie dlatego, abym chciał kłamać.
— Wiem, że nie kłamiesz nigdy, i jestem zdziwiony, iż tyle czasu potrzebujesz na wypowiedzenie „tak“ lub „nie“.
— Nie chciałem odpowiedzieć ci, panie hrabio, odrazu, gdyż, jak sądzę, źle przyjąłbyś pierwsze moje wyrazy; nie spodoba, ci się bezwątpienia, iż widziałem...
— Pannę de la Valliere, czy tak?..
— O niej myślałeś, panie hrabio, wiem dobrze — rzekł Raul z niewysłowioną słodyczą.
— I pytałem, czy ją widziałeś?...
— Panie hrabio, nie wiedziałem, wchodząc do zamku, iż spotkam tam pannę de la Valliere. Po spełnieniu mojego posłannictwa już miałem wsiąść na koń i przyjechać tutaj, gdy przypadek zrządził, iż znalazłem się wobec niej. Złożyłem jej moje uszanowanie.
— Cóż to za przypadek?...
— Panna de Montalais, panie hrabio.
— Panna de Montalais?... kto to taki?...
— Młoda panienka, którą ujrzałem poraz pierwszy w życiu. Jest panną honorową na dworze księżnej pani.
— Wicehrabio, nie chce przedłużać tej rozmowy, która i tak już trwa zadługo. Poleciłem ci, abyś unikał panny de la Valliere, i nie spotykał się z nią bez mojego upoważnienia. Przypominam dawniejsze moje polecenie. Pannie de la Valliere nie mam nic do zarzucenia, Bóg mi świadkiem. Zamiary jednak moje na przyszłość wymagają, abyś nie uczęszczał do jej domu. Jeszcze raz; proszę cię, drogi Raulu, zapamiętaj sobie dobrze moje polecenie.
Jasne spojrzenie Raula zamgliło się na chwile tajemnym smutkiem.
— A teraz, mój przyjacielu — ciągnął dalej hrabia swym zwykłym głosem, z uśmiechem na ustach — mówmy o czem innem. Czy powracasz natychmiast na swe stanowisko?...
— Nie, panie, zostanę tutaj dzień cały; książę sam wydał mi to polecenie, tak zgodne z mojemi życzeniami.




ROZDZIAŁ V.
HOTEL DE MEDICI.

Niezwykły ruch panował w Blois.
Blois, ciche i spokojne jeszcze zrana, obecnie, dowiedziawszy się o przyjeździe Jego królewskiej mości, zawrzało.
Cała służba zamkowa pod dozorem oficerów przybyła do miasta po prowizje, a prócz tego dziesięciu kurjerów konnych pojechało do Chambord po zwierzynę, do rybaków, zamieszkałych nad Beuvron, po ryby, do ogrodników w Chaverny po kwiaty i owoce.
Wyciągano z magazynów meble, lustra, cała armja biedaków zamiatała podwórza lub myła stopnie kamienne przy bramach, a żony ich tymczasem zbierały na łąkach i w lasach sąsiednich kwiaty polne i gałęzie zielone. Całe miasto odświeżało się, używając do pomocy szczotek, mioteł i wody.
W dolnej części miasta, przy ulicy dość ładnej, zwanej wówczas ulicą Starą, a która istotnie starą być musiała, wznosił się poważny budynek z niezmiernie wysokim dachem. Na pierwszem piętrze od ulicy były trzy okna, na drugiem dwa a na trzecim jedno, okrągłe. Dom cały od podstawy do szczytu miał kształt trójkąta.
Z boku tego trójkąta zbudowano świeżo obszerny dom czworoboczny, który frontem występował znacznie na ulicę.
Obiegało podanie, iż w owym domu z frontem w kształcie trójkąta mieszkał za czasów Henryka III-go jakiś radca stanu, do którego przybyła Katarzyna Medici, jak jedni powiadają z wizytą, drudzy zaś — z zamiarem zamordowania go, czego też jakoby dokonała. Tak, czy owak, zawsze podejrzenie jakieś padało na obecność owej damy w tym domu.
Po śmierci radcy, zamordowanego czy też zmarłego w sposób zwykły, mniejsza o to... dom został sprzedany, później opustoszał, wreszcie oddzielony został od innych domostw ulicą.
Dopiero za czasów Ludwika XIII-go Włoch pewien, zwany Cropoli, który uciekł z kuchni marszałka d‘Ancre, osiedlił się w tym domu. Założył tu maleńki zajazd, w którym przyrządzał makaron tak znakomity, że z kilku mil dookoła przychodzono tu kupować ten przysmak włoski, lub raczyć się nim na miejscu.
Sławę domu powiększyła jeszcze królowa Marja Medici, uwięziona, jak wiadomo, w Blois, która raz jeden zażądała owego makaronu.
Z powodu tego podwójnego zaszczytu, jaki członkowie rodziny Medici wyrządzili trójkątnemu domowi, raz przez morderstwo, drugi raz wskutek makaronu, biednemu Cropoli przyszła myśl nadać zajazdowi swojemu jakiejś szumnej nazwy.
Postanowił więc obstalować szyld z portretami Marji i Katarzyny Medici i napisem:

HOTEL DE MEDICI

Nie zdążył tego dokonać, dopiero syn jego wziął się do dzieła, wymarzonego przez ojca.
Przedewszystkiem należało wyszukać malarza, któryby znak nad bramą wymalował.
Malarz znalazł się wkrótce.
Był to stary włoch, nazwiskiem Pittrino.
Jakże wielką była jego radość, gdy wezwany raz przez pana Cropoli, dowiedział się o planie zmarłego Cropoli, i że nań spada zaszczyt wymalowania znaku nad bramą. Z zapałem zabrał się do przetrząśnięcia swej starej skrzynki, w której znalazł pędzle, nadgryzione nieco przez szczury, ale jeszcze możliwe, farby prawie zeschnięte, oliwę w małej buteleczce i paletę. Z zapałem wziął się do pracy i, idąc w ślady Rafaela, wymalował dwie postacie podobniejsze do bogiń, niż do królowych. Dwie dostojne te osoby miały tyle wdzięku i syreniego powabu, że urzędnik miejski, przypuszczony do tajemnicy, oświadczył, iż są za piękne, aby figurować mogły na znaku nad bramą w oczach całego miejskiego pospólstwa.
— Jego królewska wysokość książę pan — rzekł do Pittrina — pogniewałby się, ujrzawszy dostojną matkę swoją tak niedostatecznie ubraną, i wysłałby pana do ciemnicy.
Nie było na to co powiedzieć... należało tylko podziękować urzędnikowi za ostrzeżenie. Tak też Cropol uczynił.
Oblicze Pittrina zasępiło się okropnie. Przeczuwał on, co z tego wyniknie. Zaledwie urzędnik wyszedł z zajazdu, Cropol, skrzyżowawszy ręce odezwał się do Pittrina:
— No?.. i cóż zrobimy mistrzu?..
— A cóż?.. trzeba będzie zamazać napis... mam doskonała czarną farbę, to się zrobi od ręki... a na miejscu „Medici“ napisze się: „Pod syrenami“, albo „Pod nimfami“, stosownie do waszej woli.
— Nie... nie... — odrzekł Cropol — toby się sprzeciwiało woli mojego ojca... Jemu wyraźnie zależało na tym podpisie.
— No.. ale cóż zrobić z temi figurami?.. Zostawić je? — zawołał zrozpaczony Pittrino.
— Ależ ja nie chcę, mój mistrzu, aby ciebie wpakowano do ciemnicy, a mnie do więzienia.
— Wymażmy napis — błagał Pittrino.
— Nie... — odrzekł stanowczo Cropol — A!... mam myśl znakomitą... wszystko da się pogodzić... i twoja praca będzie jaśniała na widocznem miejscu i mój napis pozostanie.
— W jaki sposób!..
— Przecież „Medici“ znaczy po włosku: lekarze?..
— Tak... w liczbie mnogiej...
— A więc postaramy się o nowa blachę... ty namalujesz sześciu lekarzy i podpiszemy pod tem.

HOTEL DE MEDICI.

To będzie zgodnie z wolą ojca a zarazem dowcipnie... uważasz... bo to niby gra słów.
— Sześciu lekarzy?.. ależ to niemożebne!.. a układ, a kompozycja?...
— To już twoja rzecz... tak jednak być musi... ja tak chcę... tak trzeba...
Odpowiedź ta była tak stanowcza, iż Pittrino musiał być posłusznym.
I wymalował sześciu lekarzy, a pod nimi żądany podpis.
Urzędnik miejski ujrzawszy nowy znak, pochwalił kompozycję i dał zezwolenie swoje na umieszczenie go nad bramą domu.




ROZDZIAŁ VI.
NIEZNAJOMY.

Założony w sposób powyżej opisany i polecający się wspaniałym znakiem nad bramą, zajazd pana Cropol rozwijał się pomyślnie.
Cropol chciwy był zysku, więc też wiadomość o przybyciu do Blois Jego królewskiej mości Ludwika XIV-go wzbudziła w nim radość szaloną. On sam, żona jego, Pittrino i dwóch kuchcików, wszyscy zabrali się ostry do pracy.
W zajeździe mieszkał w tej chwili jeden tylko podróżny. Mógł on mieć lat trzydzieści najwyżej, piękny, wysoki, poważny, a raczej melancholijny w każdym ruchu i w każdem spojrzeniu. Ubrany był w kaftan czarny, aksamitny, wyszywany czarnemi paciorkami. Kołnierz biały, gładki, jakiego używali najsurowsi purytanie, okalał szyję białą, zgrabną, pełną siły młodzieńczej. Maleńki, jasny wąsik ledwie zakrywał zgrabną wargę. Rozmawiając, patrzył zawsze prosto w twarz, bez przesady, co prawda, lecz i bez ceremonji, a nieraz jego oczy niebieskie wydawały się tak przenikające, iż niekażdy mógł wytrzymać siłę tego wzroku. W owych czasach, gdy ludzi, równych w obliczu Boga, dzielono na dwie kasty: szlachtę i chłopów, ten, o którym mówimy, na pierwszy rzut oka musiał być zaliczonym do kasty szlacheckiej i to najlepszej. Dość było spojrzeć na jego budowę i sposób trzymania się lub chodzenia. Szlachcic ten przybył sam jeden do zajazdu Cropola. Zajął bez najmniejszego wahania najwspanialszy apartament, jaki mu wskazał Cropol, w chęci jak największego zarobku.
Apartament ów składał się z salonu o dwóch oknach na pierwszem piętrze, z pokoju tuż obok i drugiego, ztyłu domu pomieszczonego. Rozgościwszy się, przybysz zaledwie dotknął kolacii, jaką kazał zastawić Cropol, i w kilku słowach objaśnił, że wkrótce przybędzie tu podróżny, nazwiskiem Parry, którego należy wpuścić natychmiast.
W dniu, w którym historia nasza się zaczyna, szlachcic ów zbudził się zrana i ubrawszy się śpiesznie, usiadł przy oknie, wyglądając nieustannie na ulicę, zapewne w oczekiwaniu przybycia owego podróżnego, o którym wczoraj wspominał. Siedząc tak ciągle, widział mały orszak księcia pana, powracający z polowania, poczem pogrążył się w bezmyślnem oczekiwaniu.
Nagle zadziwił go gwałtowny ruch, jaki ni stad ni zowąd powstał w mieście. Zamiatacze porządkowali ulice, posłańcy piesi i konni przebiegali w różne strony, słowem ruch i wrzawa niezwykła.
Nieznajomy wstał od okna, chcąc zapytać o powód tego nagłego ruchu, gdy nagle drzwi się otworzyły; przypuszczał, że przyprowadzają podróżnego, na którego z takiem upragnieniem oczekiwał. Postąpił kilka kroków na spotkanie, lecz zamiast postaci, jaką miał nadzieje zobaczyć, ujrzał w otwartych drzwiach pana Cropol, a za nim małżonkę jego, która, korzystając z chwili, chciała choć w przelocie przyjrzeć się twarzy nieznajomego, którego dotychczas nie widziała. Cropol zbliżył się z uśmiechem na ustach i z czapką w reku.
— Przyszedłem prosić pana... nie wiem jak... jak mam nazywać... pana hrabiego... czy pana margrabiego...
— Proszę mówić bez tytułów a prędko — odrzekł nieznajomy tonem wyniosłym, niedozwalającym ani dysputy ani na niepotrzebne słowa.
— Przyszedłem zapytać się... jak pan spędził noc dzisiejszą i czy pan nadal zatrzymuje to mieszkanie?
— Tak.
— Doskonale!.. ale czy pan zatrzyma całe mieszkanie?..
— Nie rozumiem!.. Dlaczego miałbym dziś mieć mniejsze mieszkanie, niż wczoraj?..
— Ponieważ... pan pozwoli sobie powiedzieć... że wczoraj, kiedy pan wybrał to mieszkanie, ja nie oznaczałem żadnej ceny... nie chcąc budzić podejrzenia, iż nie dowierzam... to jest właściwie... że przesądzam dochody pańskie... gdy tymczasem dziś... dowiedziawszy się, że przybywa do Blois król...
Nieznajomy pokraśniał. Z niezbyt jasnych słów właściciela zajazdu pojmował to tylko, iż ten go uważa za ubogiego. Wydało mu się to obrażającem.
— Co to wszystko znaczy? Pytam!
— Pan chyba jest wyrozumiałym, aby pojąć, iż nasze miasteczko małe, szczupłe, zalane zostanie przez dwór królewski.
Ludzie tłoczyć się będą w domach... no i co za tem idzie, ceny mieszkań znacznie się podwyższą.
Nieznajomy poczerwieniał jeszcze bardziej.
— Podaj pan swoje warunki... — rzekł. — Ile należy się za wczoraj?
— Jednego luidora z jedzeniem i utrzymaniem konia.
— Dobrze... a dziś?...
— O... właśnie... w tem cała trudność. Dziś to jest dzień przybycia króla... Jeżeli dwór przyjedzie, chociażby nawet w nocy... to już za dzień dzisiejszy, muszę liczyć inaczej... to jest niby właśnie... trzy pokoje po dwa luidory to razem sześć luidorów. Dwa luidory to niewielka suma, ale sześć, to już są pieniądze!
Nieznajomy z brawurą wyciągnął z kieszeni haftowaną sakiewkę. Herb wyszyty z jednej strony ukrył starannie. Sakiewka była niezbyt wypełniona, co nie uszło uwagi pana Cropol. Nieznajomy wypróżnił zawartość całej sakiewki. Zawierała ona trzy podwójne luidory, właśnie tyle żądał właściciel zajazdu. Ale to jeszcze nie wszystko. Cropolowi należało się wraz z opłatą za dzień ubiegły siedem luidorów. Patrzył wiec na nieznajomego wzrokiem, w którym wyraźnie można było wyczytać:
— A reszta?..
— Należy się jeszcze jeden luidor, nieprawdaż, panie gospodarzu?..
— Tak, panie, lecz...
Nieznajomy przetrząsnął kieszeń od spodni i wyjął z niej wszystko. Był tam maleńki notatnik, zloty kluczyk i nieco drobnej monety. Z całej tej monety złożył się zaledwie jeden luidor.
— Dziękuje panu — rzekł Cropol. — Teraz idzie tylko o to, czy pan i na jutro jeszcze zatrzyma to pomieszkanie, bo jeżeli nie, w takim razie przyrzekłbym je ludziom Jego Królewskiej Mości, którzy tu lada chwila mogą nadjechać.
— Słusznie — odrzekł nieznajomy po dosyć długiem milczeniu — ale ponieważ nie mam więcej pieniędzy, jak pan to mogłeś zauważyć, a z drugiej strony, ponieważ pragnę mieszkanie to zatrzymać i na dzień jutrzejszy, potrzeba więc koniecznie, ażebyś pan sprzedał lub zastawił ten oto djament.
Cropol przyglądał się bacznie pierścieniowi, jaki nieznajomy, mówiąc powyższe słowa, zdjął z palca.
— Wolałbym — dodał szybko nieznajomy — abyś pan pierścień ten sprzedał. Wart on jest trzysta pistolów. Żyd jaki — zapewne jest jaki żyd w Blois — da panu może dwieście, może sto pięćdziesiąt; bierz pan, co panu da, choćby dawał tyle, ile wynosiła cena pańskiego mieszkania.
— O!.. panie — odpowiedział Cropol, zawstydzony tą bezinteresownością i cierpliwem zachowaniem się, pomimo wszelkich przykrych podejrzeń, — o!.. panie mam nadzieję, że w Blois nikt nie zechce pańskiej szkody i krzywdy, choćby się panu tak miało zdawać... a ponieważ djament wart tyle, ile pan mówisz...
Nieznajomy raz jeszcze rzucił na Cropola piorunujące spojrzenie.
— Ja się na tem nie znam... panie... proszę mi wierzyć — tłomaczył się gospodarz.
— Ale jubilerzy się znają... niech się pan ich zapyta — odparł nieznajomy. — A teraz zdaje mi się, mój panie, że rachunki nasze już zostały załatwione... nieprawdaż?...
— Tak jest, proszę pana... czego nawet mi żal niewymownie... gdyż obawiam się, że pana obraziłem...
— O nie!... bynajmniej — odrzekł nieznajomy tonem poważnym i niezwykle wyniosłym.
Cropol skłonił się głęboko i odszedł zmieszany.




ROZDZIAŁ VII.
PARRY.

Wkrótce do pokoju nieznajomego znów zapukał Cropol. Zbliżył się do swego gościa i tajemniczo szepnął mu do ucha:
— Diament został oszacowany.
— Tak?.. a więc...
— A wiec... proszę pana, jubiler Jego wysokości księcia pana daje zań dwieście osiemdziesiąt pistolów.
— Masz je pan?..
— Uważałem za stosowne zgodzić się na te cenę; chociaż postawiłem warunek, że, gdyby pan chciał djament swój odebrać, w razie otrzymania pieniędzy z majątków swoich...
— To zbyteczne... powiedziałem, żebyś go pan sprzedał.
— W takim razie stało się to, czego pan żąda... nie sprzedawszy ostatecznie, wziąłem ofiarowana sumę.
— Niechaj pan sobie potrąci, co się panu należy.
— Ha!.. jeśli pan koniecznie chce tego...
Na smutnych ustach szlachcica zjawił się przelotny uśmiech.
— A resztę połóż pan tam na kominku — i odwrócił głowę, jakby go to nic nie obchodziło.
Cropol złożył na wskazanem miejscu dosyć duży worek, z którego wyjął kilka sztuk złota, należnych mu za mieszkanie.
— A teraz — rzekł — pan nie wyrządzi mi chyba tej przykrości, odmawiając wieczerzy... Już i tak pan nie jadł obiadu. To obrażające dla hotelu de Medici. Proszę pana!.. o.. stół już nakryty i ośmielę się dodać, iż wcale dobrze wygląda.
Nieznajomy poprosił o szklankę wina, ułamał kawałek chleba i nie ruszył się od okna.
Wkrótce na ulicach rozległ się odgłos fanfar i trąbek. Wrzawa niewyraźna dochodziła do uszu nieznajomego z dolnych uliczek miasta.
Za chwilę słychać było tętent kopyt końskich, zbliżających się ku miastu.
— Król!.. król!.. wołał tłum, gromadząc się coraz liczniej na ulicach.
— Król!.. — powtarzał Cropol, porzuciwszy swego gościa i pojęcia o delikatności, zadawalając jedynie swa ciekawość.
Orszak zbliżał się powoli, oświetlony tysiącami pochodni i świateł z ulicy i okien. Za oddziałem muszkieterów i skupioną garstką szlachty postępowała lektyka pana kardynała Mazariniego, zaprzężona jak kareta w cztery czarne konie. Paziowie i służba kardynała szli ztyłu. Następnie jechała kareta królowej matki z pannami honorowemi u drzwiczek, otoczona licznym pocztem szlachty na koniach.
Za tem wszystkiem ukazał się król na pięknym koniu saksońskim o długiej grzywie.
Młody monarcha kłaniał się głowa ku oknom, z których dolatywały gromkie okrzyki, przyczem twarz jego, oświetlona pochodniami paziów, wyglądała szlachetnie i sympatycznie. U boku króla, o dwa kroki z tyłu jechał książę Kondeusz; za nim pan Dangean i ze dwudziestu dworzan z licznym pocztem służby zamykało pochód prawdziwie triumfalny. Cały orszak wyglądał zbrojnie, wojskowo. Zaledwie kilku dworzan ubranych było w suknie podróżne; zresztą wszędzie prawie widać było same mundury; wielu nawet miało wysokie kołnierze, lub kryzy, jak za czasów Henryka IV-go, lub Ludwika XIII-go. Gdy król przechodził przed hotelem de Medici, nieznajomy wychylił się nieco, aby go lepiej zobaczyć, lecz ukrył twarz w dłoniach, oparłszy się łokciami o okno. Czuł, jak mu serce biło, jak w piersiach budziło się bolesne uczucie. Odgłos trąbek odurzał go, okrzyki tłumów myśl mu mieszały.
— On jest królem... on!... — szepnął tonem rozpaczy i męczarni, który pobiegł w przestworza i chyba oparł się aż o stopnie tronu Przedwiecznego.
Gdy obudził się z ponurego marzenia, cały ten hałas, cała ta świetność, okazałość, zniknęły z przed jego oczów. Tylko tłum pospólstwa zalegał ulicę. Nagle młodzieniec zauważył, jak jakiś starzec, idący pieszo, lecz prowadzący za uzdę małego irlandzkiego konia starał się przecisnąć przez tłum, zgromadzony przed bramą hotelu de Medici.
W tejże chwili nieznajomy odezwał się głośno z okna na pierwszem piętrze.
— Gospodarzu!... zrób no cośkolwiek, aby się można było dostać do twego domu.
Crapol odwrócił się i teraz dopiero dostrzegł starca. Tłum ustąpił miejsca przybyłemu.
Okno na piętrze zamknęło się tymczasem.
Nieznajomy oczekiwał starca na schodach, otworzył ramiona, uścisnął go z synowskiem przywiązaniem, wprowadził do pokoju i podsunął mu krzesło.
Starzec nie chciał jednak usiąść i stał, w milczeniu patrząc na młodzieńca.
— A więc... — mówił nieznajomy — nie ukrywaj nic przede mną... Cóż się stało?
— Opowiadanie moje krótkie... ale, milordzie... na miłość boską... proszę tak nie drżeć...
— To z niecierpliwości, Parry... a więc cóż powiedział generał?...
Najpierw nie chciał mnie przyjąć.
— Podejrzewał zapewne, że jesteś szpiegiem?
— Tak, milordzie, lecz napisałem do niego list.
— I cóż?...
— Odebrał go... przeczytał, milordzie...
— W liście tym wyraziłeś moje życzenia, opisałeś moje położenie?...
— O tak... odrzekł Parry gorzko — odmalowałem wiernie myśli twoje, milordzie.
— Cóż on na to?...
— Generał zwrócił mi list mój przez adiutanta, z zawiadomieniem, że, jeśli znajdę się nazajutrz w obwodzie jego dowództwa, każe mnie zaaresztować...
— Zaaresztować!... ciebie!... najwierniejszego mego sługę!...
— Tak, milordzie.
— Na liście podpisałeś się wyraźnie „Parry“?
— Wszystkiemi literami, milordzie! zresztą adjutant znał mnie dobrze dawniej w Saint-James... — dorzucił starzec z westchnieniem... — znał mnie i w White-Hall!...
Nieznajomy pochylił głowę pochmurny, zadumany.
— I cóż więcej?... — zapytał po chwili.
— Niestety, milordzie, przysłano czterech jeźdźców; ci dali mi konia, na którym przyjechałem. Jeźdźcy odprowadzili mnie w największym pędzie do portu Tenby, wrzucili mnie na statek, płynący do Bretanji i oto jestem...
— O!... — westchnął nieznajomy, ściskając ręką drżącą konwulsyjnie gardło, aby powstrzymać dobywające się łkanie — Parry!... czy to już wszystko?... zupełnie wszystko?
— Tak, milordzie, to wszystko!
Po tej krótkiej odpowiedzi Parryego nastąpiła długa chwila milczenia.




ROZDZIAŁ VIII.
CZEM BYŁ LUDWIK XIV W DWUDZIESTYM DRUGIM ROKU ŻYCIA.

Znamy już z opowiadania wjazd Ludwika XIV do miasta Blois. Wjazd ten wypadł świetnie, wspaniale. To też młody monarcha wydawał się zupełnie zadowolony.
Pod sklepieniem przedsieni król spotkał stryja swego, księcia Gastona Orleańskiego, którego postać, zawsze majestatyczna, dziś stosownie do okoliczności jeszcze bardziej była uroczysta. Księżna pani, przybrana w suknię, ceremonialną, oczekiwała swego bratanka na jednym z balkonów wewnętrznych. Wszystkie okna całego zamku, posępne i puste zazwyczaj, dziś pełne były świateł i głów ludzkich.
Król, królowa oraz kardynał Mazarini, zostali wprowadzeni do pokojów. Kolejno przedstawiono Ich królewskim mościom i panu kardynałowi zebrana szlachtę i damy.
Król zauważył, że ani on, ani matka jego, nie znali nikogo z osób przedstawionych im, gdy tymczasem kardynał wspomniał każdemu to o dobrach jego, to o przodkach, to znów o dzieciach. których nawet imiona wymieniał, tak dobrą miał pamięć. Zachwycało to poczciwą szlachtę i wpajało w nią przekonanie, że ten jest jedynym i prawdziwym królem, kto zna swoich poddanych, tak samo jak słońce nie ma rywala, bo ono jedno tylko ogrzewa i oświeca.
Podano kolację. Król, nie Śmiejąc dopytywać się o nią, oddawna już jej oczekiwał.. Tym razem nie minęły go honory, należne nie tyle jego stanowisku, ile apetytowi. Kardynał ledwie dotknął ustami buljonu, podanego w złotej filiżance; wszechmocny minister, zabrawszy królowi rządy i blask królewski nie mógł zabrać dobrego apetytu. Anna Austrjacka, cierpiąca już wówczas na raka, na którego w sześć czy osiem lat pózniej umarła, jadła prawie tyle, co i kardynał. Co do księcia pana, ten, wzburzony jeszcze niezwykłym wypadkiem, jaki go niespodzianie spotkał w tem ustroniu, nie jadł zupełnie. Jedna tylko księżna pani, jako pochodząca z Lotaryngji, dotrzymywała towarzystwa Jego Królewskiej Mości, za co też Ludwik XIV bardzo jej był wdzięcznym, inaczej musiałby jeść sam, lub też z jednym tylko panem de Saint-Remy, marszałkiem dworu, który wcale nie pogardzał jedzeniem. Po skończonej kolacji król, na znak pana kardynała, powstał od stołu, a na zaproszenie ciotki raczył uczynić przegląd zgromadzonych osób.
Ludwik XIV-sty odbył już większą część przeglądu, gdy naraz do uszu jego dobiegł wyraz, wymówiony przez Jego Eminencję pana kardynała, który na boku rozmawiał z księciem Gastonem. Wyrazem tym było imię kobiety. Usłyszawszy ów wyraz, król nie słyszał a właściwie nie słuchał już niczego więcej lecz szybko załatwił się z resztą obecnych, przechodząc tylko i witając skinieniem głowy.
Książę Gaston, doskonały i wprawny dworak, pytał Jego Eminencję o zdrowie jego siostrzenic. Rzeczywiście pięć czy sześć lat temu przybyły do kardynała z Włoch trzy jego siostrzenice. Były to panny; Hortensja, Olimpja i Marja Mancini.
— Panny Mancini — odpowiedział kardynał — muszą jeszcze ukończyć edukację i nauki. Pobyt na dworze młodym, świetnym, zanadto odrywa ich umysł od obowiązków.
— Spodziewam się jednak — mówił książę Gaston — że Wasza Eminencja nie ma zamiaru zamknąć ich w klasztorze, lub skazać na życie mieszczańskie?...
— O... bynajmniej — odrzekł kardynał wymuszonym tonem — bynajmniej!... chciałbym z całej duszy wydać je za mąż, i to jak będę mógł najlepiej.
— Sadzę, że im partyj dobrych nie zabraknie — odrzekł książę pan z dobrodusznością kupca, który życzy powodzenia swemu koledze.
— I ja mam tę błogą nadzieję, tembardziej że Bóg je obdarzył hojnie wdziękami, rozumem i pięknością.
W czasie tej rozmowy, król Ludwik w towarzystwie księżnej-ciotki, jak to już mówiliśmy, dopełniał przeglądu obecnych, nadsłuchując zresztą ciągle, co mówią pan Mazarini i książę Gaston.
— Proszę cię, ciotko — rzekł wreszcie, śmiejąc się — mój nauczyciel geografji nigdy mnie nie objaśniał, że Blois tak szalenie daleko leży od Paryża.
— Jakto. Najjaśniejszy panie?... — zapytała księżna.
— Zdaje się, iż potrzeba kilku lat, aby moda mogła przebyć tę przestrzeń. Spojrzyj, proszę, na te panny.
— Znam je dobrze...
— Niektóre z nich wcale ładne...
— O!... nie mów tego, Najjaśniejszy Panie, głośno, bo gotowe oszaleć z radości.
— Zaraz, zaraz, moja ciotko — mówił król dalej, śmiejąc się — bo druga część zdania nie będzie dla nich tak pochlebna... Otóż, moja ciotko, wyglądają jak stare lub brzydkie, a to dzięki modzie, wyszłej przed dziesięciu laty z użycia.
— A jednak Blois odległem jest od Paryża tylko o pięć dni drogi.
— A... właśnie... moda więc tu spóźnia się o dwa lata na dzień.
— Ale czy naprawdę tak sądzisz, Najjaśniejszy Panie, bo co do mnie nie zauważyłam tego...
— Przypatrz się sama, moja ciotko — mówił Ludwik XIV, zbliżając się do Mazariniego, pod pozorem, że szuka najlepszego punktu, z którego mógłby się przypatrzeć — spojrzyj, jak obok tych starych fioków, tych pretensjonalnych koafiur, wygląda owa skromna biała sukienka. Prawdopodobnie jest to któraś z panien honorowych mojej matki. Chociaż jej nie znam, a jednak poznałem odrazu. Spojrzyj, jaka naturalna postawa, jaki niewymuszony wdzięk. To rozumiem... to jest przynajmniej kobieta, gdy cała tamta reszta to tylko wystrojone lalki.
— Ależ, kochany mój siostrzeńcze, pozwól sobie powiedzieć — odrzekła księżna pani, śmiejąc się — że tym razem twoja umiejętność odgadywania znajduje się na mylnej drodze. Osoba, którą tak wychwalasz, nie jest wcale paryżanką, pochodzi ona z Blois.
— O... moja ciotko!... — rzekł król z miną powątpiewającą.
— Ludwiko!.. zbliż się — zawołała księżna pani.
Młoda dziewczyna, którą poznaliśmy już pod tem imieniem, zbliżyła się strwożona, zarumieniona, i prawie ugięta pod spojrzeniem królewskiem.
— Panna Ludwika Franciszka de la Baume-Leblanc, córka margrabiego de la Valliere — przedstawiła ceremonjalnie księżna pani.
Młoda dziewczyna skłoniła się z takim wdziękiem, pomimo bojaźliwości, jaką natchnęła ją obecność króla, że ten, spoglądając na nią, stracił kilka słów z rozmowy, prowadzonej pomiędzy księciem Gastonem a panem kardynałem.
— Wychowanica — ciągnęła dalej księżna pani — pana de Saint-Remy, marszałka mojego dworu, który prezydował przy spożyciu tej wybornej indyczki z truflami, tak wielce wychwalanej przez Waszą królewską mość.
Żaden wdzięk, piękność, młodość nie mogłyby wytrzymać podobnej prezentacji.
Król uśmiechnął się.
Czy księżna pani rzuciła owe słowa, jako żart, czy też w naiwności ducha je wypowiedziała, dość, że było to pogrzebaniem wszystkiego, co król Ludwik znalazł miłem i poetycznem w młodem dziewczęciu.
Panna de la Valliere była chwilowo dla księżnej pani, a tem samem i dla króla, niczem więcej, jak tylko wychowanicą człowieka objawiającego znakomity talent w spożywaniu indyczek z truflami.
Na szczęście, Ludwika była tak zgięta w ukłonie, że nie słyszała słów księżnej pani i nie widziała uśmiechu króla. Król zaś, mając już dosyć prezentacji, zbliżył się do kardynała i księcia pana, aby usłyszeć zakończenie interesującej go rozmowy.
— Maria tak samo jak i jej siostry, jedzie w tej chwili do Brouage. Kazałem im jechać drugą stroną Loary i, jeżeli dobrze obliczyłem wydane rozkazy, jutro zrana będą koło mostu Blois.
Słowa te wypowiedziane były z tą miarą, pewnością siebie, wyrazistością, jakie czyniły z siniora Giulio Mazarini najpierwszego komedjanta na ziemi. Zdawało się, iż po wysłuchaniu powyższych słów, serce królewskie dotknął pocisk zatruty. Nie mógł już ustać na miejscu, kręcił się tu i owdzie, rzucając spojrzenia niepewne, gasnące po całem zgromadzeniu. Zapytywał po dwadzieścia razy wzrokiem królowę matkę, czyby nie czas było udać się na spoczynek. Królowa jednak zatopiona w rozmowie z księżną panią, a zarazem powstrzymana skinieniem pana kardynała, udawała, iż nie rozumie tych błagalnych spojrzeń swego syna. Zacząwszy od tej chwili, muzyka, kwiaty, światła, piękne kobiety, wszystko to stało się dla Ludwika XIV-go przykre, prawie wstrętne.
Wysławszy raz jeszcze błagalne spojrzenie ku matce i kardynałowi i przekonawszy się, że to nic nie pomoże, zwrócił wzrok swój ku drzwiom, niby ku miejscu, gdzie była jego wolność. Wzrok monarchy padł przedewszystkiem na postać człowieka, opartego o ramę rzeźbionych drzwi.
Człowiek ten był prawdziwym typem żołnierza i to żołnierza pięknego a doświadczonego. Budowa, zdradzająca siłę, twarz smagła, wyrazista, nos orli, wzrok surowy, a błyszczący, siwiejące długie włosy, czarny wąs, prawdziwa piękność męska. Kołnierz jego munduru, złotem haftowany, błyszczał jak lustro, przyjmował promienie świateł, licznie porozrzucanych po sali, i odbijał je z powrotem. Oficer ten miał na głowie pilśniowy kapelusz, szary, z długiem czerwonem piórem. Dowód to, iż znajdował się tu na służbie a nie dla przyjemności.
Stał właśnie, jak to już mówiliśmy, oparty o rzeźbioną ramę drzwi, gdy wzrok króla, smutny i znudzony, spotkał się przypadkowo z jego spojrzeniem. Nie po raz pierwszy, jak się zdaje, oficer ów spotykał się ze spojrzeniem królewskiem, i umiał czytać w niem aż do głębi, bo, rzuciwszy tylko okiem na twarz Ludwika XIV, zrozumiał wszystko, co się dzieje w głębi jego serca, zrozumiał to znudzenie, tę chęć pożegnania obecnych, którą jednak młody monarcha bał się głośno wypowiedzieć; zrozumiał, iż należy królowi oddać przysługę, choć jej nie żądał, oddać mu ją nawet pomimo jego woli. To też, nie wahając się długo, zawołał donośnym głosem:
— Służba królewska!...
Słowa te wywarły wrażenie grzmotu, zagłuszającego dźwięki muzyczne, śpiew, gwar uliczny. Kardynał i królowa matka patrzyli z zadziwieniem na Jego Królewską Mość.
Ludwik XIV, blady, lecz zdecydowany i podtrzymywany śmiałością oficera, który tak łatwo odgadł jego myśli, powstał z fotelu, na którym w ciągu kilku ostatnich chwil siedział i postąpił ku drzwiom.
— Odchodzisz, mój synu?... — odezwała się królowa, gdy tymczasem Mazarini zadowolnił się zapytaniem, wyrażonem w spojrzeniu, które mogłoby uchodzić za łagodne, gdyby nie było przenikliwe.
— Tak jest — odrzekł król — czuję się nadzwyczaj znużonym, a chciałbym jeszcze dziś kilka listów napisać.
Król skłonił się wszystkim głową, przeszedł salę i zbliżył się do drzwi. We drzwiach podwójny szereg, utworzony z dwudziestu muszkieterów, oczekiwał na Jego Królewską Mość. Na końcu szeregu stał oficer, z obnażoną szpadą w ręce. Król przeszedł pomiędzy muszkieterami, a cały tłum dworzan i szlachty, stojący poza szeregiem, wspinał się na palce, aby raz jeszcze ujrzeć oblicze monarchy.
Książę Gaston na czele dworu odprowadził króla do jego apartamentów.
Przybywszy do pokoi, przeznaczonych na pobyt monarchy, które łączyły się z zamkiem za pomocą szerokich schodów, książę Gaston odezwał się:
— Racz, Najjaśniejszy panie, rozgościć się w tych pokojach, jakkolwiek nie są one odpowiednie dla tak dostojnego gościa.
— Dziękuje ci, stryju — odrzekł młody monarcha — za serdeczną gościnność, jaką tu spotykam.
Książę Gaston skłonił się bratankowi, który go na dobranoc uścisnął, i wyszedł.
Z dwudziestu muszkieterów, towarzyszących królowi, dziesięciu powróciło z księciem-stryjem, odprowadzając go aż do sali przyjęć, która dotychczas jeszcze się nie opróżniła, pomimo iż monarcha dawno ja opuścił.
Dziesięciu innym oficer kazał zająć stanowiska, zbadawszy w ciągu pięciu minut małą miejscowość, spojrzeniem spokojnem, zimnem, doświadczonem.
Rozstawiwszy swych ludzi, obrał dla siebie główną kwaterę w przedpokoju, w którym znalazł wygodny fotel, a na stole butelkę wina, dzbanek wody i parę sucharków.
Napełnił szklankę winem, wychylił ją do połowy, skrzywił usta w uśmiechu, pełnym znaczenia, ulokował się wygodnie w fotelu, z widocznym zamiarem spędzenia w ten sposób całej nocy.




ROZDZIAŁ IX.
NIEZNAJOMY Z HOTELU DE MEDICI TRACI SWE INCOGNITO.

Na poruczniku owym, śpiącym, czy też pragnącym zasnąć, pomimo całego jego spokoju, ciężyła wielka odpowiedzialność. Jako porucznik muszkieterów królewskich, miał on pod rozkazami swemi całą kompanję, przybyłą z Paryża, a liczącą stu dwudziestu ludzi. Z wyjątkiem jednak dwudziestu, o których wspominaliśmy, wszyscy pozostawali na usługach królowej matki, a przedewszystkiem pana kardynała. Monsignor Giulio Mazarini oszczędzał na kosztach utrzymania swej gwardji w czasie podróży, dlatego więc korzystał z usług muszkieterów i to korzystał w całem tego słowa znaczeniu, bo wziął ich dla siebie aż pięćdziesięciu, gdy król zadawalniać się musiał dwudziestoma.
Dwudziestu ludzi pełniło służbę u królowej matki, trzydziestu zaś wypoczywało, mając nazajutrz zastąpić w służbie swych towarzyszy.
W stronie pokojów królewskich panowała ciemność, cisza i pustka. Gdy drzwi zamknęły się za Ludwikiem XIV, znikł wszelki nawet pozór królewskości. Cała służba też niknęła powoli.
O tej porze, młodzieniec, którego widzieliśmy w hotelu de Medici, śpieszył do zamku, otuliwszy się czarnym płaszczem.
Przybywszy tu, kręcił się dokoła pałacu, a widząc, że nikt nie strzeże głównej bramy, ani przedsieni, zwłaszcza, że żołnierze królewscy prędko pobratali się przy butelce wina z żołnierzami księcia pana, nieznajomy przecisnął się przez tłumy służby, przybył przed dwór i wszedł aż na schody, prowadzące do pokojów kardynała.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa, ruch licznej służby i paziów oraz mnóstwo świateł, błyszczących w oknach, sprowadziły go tutaj.
Na pierwszym zaraz stopniu zatrzymał go głos muszkietera, stojącego na straży.
— Hej!... dokądże to, przyjacielu?
— Do króla — odrzekł nieznajomy dumnie i spokojnie.
Muszkieter przywołał jednego z oficerów Jego Eminencji, który tonem, używanym przez urzędników biurowych, względem ludzi, zgłaszających się z prośbami, raczył wyrzec słowa:
— Drugie schody, naprzeciwko.
I, nie zajmując się więcej nieznajomym, dalej prowadził przerwaną na chwilę pogadankę z kolegami. Nieznajomy, nie odpowiadając nic, skierował się ku wskazanym schodom. Po tej stronie nie było ani wrzawy, ani świateł. W ciemności dostrzec można było żołnierza na straży, przesuwającego się jak cień, powoli i spokojnie.
Panowała tu taka cisza, iż można było słyszeć wyraźnie jego kroki, oraz odgłos ostróg, szczekających na posadzce, ułożonej z tafli kamiennych. Żołnierzem tym był jeden z owych dwudziestu muszkieterów, pełniących służbę przy królu.
— Kto idzie?... — zawołał muszkieter.
— Przyjaciel — odrzekł nieznajomy.
— Czego żąda?...
— Widzieć się z królem.
— Król się już spać położył.
— Nic nie szkodzi, muszę z nim mówić!...
— A ja powiadam, że to niemożebne.
Muszkieter poparł słowa swoje groźnem dobyciem szpady: nieznajomy jednak nie ruszył się z miejsca, jakby mu nogi wrosły w ziemię.
— Panie muszkieterze... — rzekł — jesteś szlachcicem?...
— Mam ten zaszczyt.
— A więc... i ja nim jestem... Pomiędzy szlachtą powinny być pewne względy zachowane.
Szyldwach opuścił broń, zwyciężony godnością, z jaka słowa powyższe zostały wypowiedziane.
— Proszę.. mów pan — odrzekł — jeśli pan żądasz czegoś, co będzie w mej mocy...
— Dziękuję. Musi tu być zapewne jakiś oficer, nieprawdaż?...
— Nasz porucznik... tak, panie.
— Chciałbym z nim pomówić.
— A!... to co innego... proszę, wejdź pan.
Nieznajomy skłonił się szyldwachowi wyniośle i wszedł na schody, poprzedzony wołaniem: „poruczniku, wizyta“!... przebiegającem od straży do straży, i niedającem usnąć oficerowi, który już zamknął oczy.
Zerwawszy się z fotelu i przetarłszy oczy, porucznik postąpił trzy kroki naprzeciw nieznajomemu.
— Czem panu mogę służyć?...
— Pan jesteś oficerem służbowym, porucznikiem muszkieterów?...
— Tak, panie — odrzekł oficer.
— Panie, muszę koniecznie widzieć się z królem.
Porucznik przyjrzał się bacznie nieznajomemu, i jednym rzutem oka, chociaż bardzo krótkim, ocenił to, co chciał ocenić, a mianowicie, iż nowo-przybyły był człowiekiem niezmiernie wyróżniającym się dystynkcją i obejściem, ukrywającem się pod skromnem, zwyczajnem ubraniem.
— Nie przypuszczam, abyś pan był szalonym, a jednak podobna myśl nasunąćby mi się łatwo mogła. Czy pan nie wiesz, iż do króla nie wchodzi się, póki on na to nie zezwoli?
— Zezwoli... panie!
— Pozwoli pan, iż będę przeciwnego zdania. Król powrócił przed kwadransem i zapewne w tej chwili już się rozbiera. Zresztą otrzymałem rozkaz nie wpuszczać nikogo.
— Gdy dowie się, kto pragnie z nim mówić — rzekł nieznajomy, podnosząc głowę — odwoła ten rozkaz.
Nowoprzybyły coraz bardziej zadziwiał porucznika, lecz zarazem coraz więcej zjednywał sobie jego życzliwość.
— Jeśli przychylę się do pańskiego życzenia, czy mogę przynajmniej wiedzieć, kogo mam zaanonsować?
— Zaanonsujesz pan Jego Królewską Mość Karola II-go, króla Anglji, Szkocji i Irlandji!...
Oficer krzyknął zadziwiony, a na twarzy jego, nagie pobladłej, wyryło się wrażenie, którego nigdy nie stara się ukryć mężczyzna prawdziwie odważny.
— O!... tak... istotnie... Najjaśniejszy Panie — rzekł — powinienem był cię poznać natychmiast.
— Widziałeś więc mój portret?...
— Nie... Najjaśniejszy panie.
— A więc mnie samego widziałeś dawniej, nim mnie wygnano z Francji.
— I to jeszcze nie... Najjaśniejszy panie!...
— Jakże więc mógłbyś mnie poznać, nie widząc nigdy ani mnie samego, ani mojego portretu?
— Najjaśniejszy panie... widziałem Jego Królewską Mość Waszego ojca w chwili najstraszniejszej...
— W dniu...
— Tak...
Cień smutku zasępił wzrok nieszczęśliwego monarchy. Po chwili milczenia, ocierając czoło, jak gdyby chciał odpędzić przykrą myśl.
— I cóż — rzekł — czy jeszcze masz pan co do powiedzenia przeciwko mojemu widzeniu się z królem Ludwikiem XIV-ym?
— Najjaśniejszy panie, przebacz mi — odrzekł oficer — lecz nie mogłem odgadnąć króla pod tem skromnem przebraniem. A jednak, jak to już miałem zaszczyt powiedzieć Waszej królewskiej mości, widziałem króla Karola I-go... Lecz przepraszam... biegnę uprzedzić monarchę.
I porucznik podbiegi do drzwi, które mu otworzył pokojowiec królewski.
— Jego Królewska Mość król Anglji — zawołał oficer.
— Jego Królewska Mość król Anglji — powtórzył pokojowiec.
Na te słowa jeden z dworzan otworzył na oścież oba skrzydła drzwi, prowadzących do pokoju króla.
Ludwik XIV-ty bez kapelusza i szpady, w kaftanie rozpiętym postępował naprzeciw przybywającemu, nie ukrywając wcale zdziwienia.
— Ty?... mój bracie... ty tutaj?... w Blois?... — zawołał, dając znak dworzaninowi i pokojowcowi, aby przeszli do sąsiedniej izby.
— Tak jest, Najjaśniejszy panie... jechałem do Paryża w nadziei, że cię tam zobaczę. Dowiedziawszy się jednak o przybyciu twem do Blois, zatrzymałem się tu, chcąc pomówić z tobą o rzeczach szczególnej dla mnie wagi.
— Czy możemy tu mówić, mój bracie?
— Doskonale... zdaje mi się bowiem, że nikt nie będzie nas podsłuchiwać.
— A więc, mów, mój bracie, słucham.
— Zaczynam i proszę Waszą Królewska Mość o zlitowanie się nad nieszczęściami, dotykającemi naszą rodzinę.
Król Francji poczerwieniał i przysunął swe krzesło do krzesła, na którem usiadł król angielski.
— Najjaśniejszy Panie, nie mam chyba potrzeby pytać, czy Wasza królewska mość zna szczegóły mojej smutnej historji...
Ludwik XIV-ty poczerwieniał jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem, poczem, ujmując rękę króla Anglji, rzekł:
— Mój bracie, wstyd mi doprawdy powiedzieć, lecz pan kardynał tak rzadko rozmawia ze mną o polityce. Co więcej nawet... dawniej Laporte, mój pokojowiec, odczytywał mi wypadki historyczne, lecz pan kardynał zabronił tych wykładów i zabrał mi Laporta. A zatem, mój bracie, proszę cię, mów tak, jak gdybyś mówił do kogoś, co o tych rzeczach najmniejszego niema pojęcia.
— A więc, Najjaśniejszy panie, tem lepiej, bo zaczynając od dawniejszych nieco czasów, mogę mieć nadzieję, iż więcej wzruszę twe serce.
— Mów, mój bracie, mów!...
— Wiadomo ci, Najjaśniejszy panie, iż wezwany w roku 1650-ym do Edynburga, w czasie wyprawy Kromwela do Irlandji, zostałem koronowany w Stone. W rok później Kromwel, zraniony w jednej z prowincji, zabranych samowolnie, powrócił do Anglji. Spotkać się z nim było moim celem, opuścić Szkocję, było mojem marzeniem.
— A przecież — wtrącił Ludwik — Szkocja jest jakby rodzinnym twoim krajem, mój bracie.
— Tak... lecz Szkoci strasznymi dla mnie okazali się rodakami!... zmusili mnie do wyrzeczenia się religji ojców moich; powiesili najwierniejszego sługę mego, lorda Montrose, dlatego, że nie zgadzał się z rozkazami konwentu. Biedny męczennik!... Śmiałym marszem przebiłem się przez armję Kromwela i dostałem się do Anglji. Protektor zaczął ścigać mnie w tej dziwnej pogoni, której celem była korona. Gdybym był pierwej, niż on, przybył do Londynu, wygrana byłaby po mojej stronie. Niestety, doścignął mnie pod Worcester. Genjusz Anglji był nie przy nas, lecz przy nim. W rocznicę walki pod Dunber, tak fatalnej dla Szkotów, dnia 3-go września 1651 roku zostałem zwyciężony. Dwa tysiące ludzi padło dokoła mnie, zanim pomyślałem o odwrocie. W końcu nie było innej rady... należało uciekać. Od tej chwili historja moja zaczyna snuć się jakby w jakim romansie. Ścigany z zaciekłością, ostrzygłem włosy, przebrałem się za drwala. Jeden dzień cały spędzić musiałem na gałęziach dębu, który od tego czasu zowią dębem królewskim. Wypadki moje w hrabstwie Stafford, skąd umknąłem, niosąc na grzbiecie córkę mojego gospodarza, są obecnie treścią opowiadań wieczornych przy ogniskach rodzinnych, a kiedyś bezwątpienia przyjmą formę ballady. Opiszę to wszystko ku nauce królów, braci moich.
— Lecz powiedz mi, proszę, mój bracie — zapytał Ludwik — jakim sposobem, będąc tak okrutnie przyjmowany w Anglji, możesz jeszcze mieć jakiekolwiek nadzieje względem tego nieszczęśliwego kraju i tego ludu zbuntowanego?
— O!... Najjaśniejszy panie!... Od czasu bitwy pod Worcester wszystko się tam zmieniło. Kromwel umarł, podpisawszy traktat z Francją, w którym nazwisko swe umieścił nad twojem imieniem. Umarł 3-go września 1658 roku, w nową rocznicę bitew pod Warcester i Dunbar.
— Syn po nim nastąpił.
— Są ludzie, Najjaśniejszy panie, mający rodzinę, a nie mający wcale spadkobierców. Spadek Oliviera zbyt ciężkim był dla Ryszarda. Ryszard zrzekł się protektoratu 22-go kwietnia 1659-go roku. Rok prawie dobiega, Najjaśniejszy panie, od tego czasu. Dziś Anglja jest niby stołem, na którym każdy gra w kości o koronę ojca mojego. Najzacieklejszymi graczami są Lambert i Monk... A więc, Najjaśniejszy panie, i ja chciałbym się przyłączyć do gry, w której stawka jest rzucona na mój płaszcz królewski. Dziś potrzebuję miljona, aby przekupić któregokolwiek z graczy i zrobić sobie zeń sprzymierzeńca, lub też dwustu szlachty, na której czele wygnałbym, ich z mego pałacu White-Hall, jak Chrystus wygnał kupczących ze świątyni...
— Przychodzisz więc — przerwał Ludwik — prosić mnie...
— O pomoc... proszę o nią nietylko jako król, wzywający pomocy innego króla, ale jako chrześcijanin, szukający poparcia u chrześcijanina... Pomocy błagam w pieniądzach lub ludziach. Pomocy żebrzę, Najjaśniejszy Panie, a za miesiąc odzyskam dziedzictwo ojcowskie.
— Bracie mój — odrzekł Ludwik — prosisz mnie o miljon!... mnie!... ależ ja nie mam czwartej części tej sumy, ja nic nie mam. Jestem takim samym królem Francji, jak ty Anglji... Jestem imieniem, cyfrą monarszą, przybraną w strój aksamitny... Oto wszystko... Siedzę na tronie widzialnym... to cała różnica pomiędzy mną a Waszą Królewska Mością... Ja nic nie mam, ja nic zrobić nie mogę...
— Czyż to możebne?... — zawołał Karol II-gi.
— Słuchaj mnie, bracie — mówił Ludwik, zniżając głos — znosiłem nędzę, jakiej nie doświadczył najuboższy z mojej szlachty!... Gdyby mój biedny Laporte był tutaj, onby ci opowiedział, jak łóżko moje zaścielano prześcieradłem, w którem były takie dziury, iż nogi mi przez nie wychodziły... Powiedziałby ci, że później, kiedy zażądałem karety, sprowadzono mi powóz na pół przez szczury zjedzony... powiedziałby ci, iż, gdy prosiłem, aby mi dano co do zjedzenia, udawano się do kuchni kardynała z zapytaniem: „czy zostało tam co na obiad dla króla?“... A dziś jeszcze... dziś, gdy mam już lat dwadzieścia dwa, dziś gdy dobiegam lat pełnoletności królewskiej, dziś, gdy ode mnie powinien zależeć kierunek polityki, ostatnie słowo w sprawach wojny i pokoju, spojrzyj tylko dokoła mnie... Przypatrz się, co mi zostawiają, na co mi pozwalają... Zobacz tę pustkę, tę ciszę, tę pogardę... gdy tam... o!... spojrzyj tylko przez okno... tam ruch... tam światła... tam hołdy!... Tam... tam jest prawdziwy król Francji, mój bracie!
— Kardynał?...
— Kardynał... tak.
— A wiec jestem potępiony!...
Ludwik XIV nic nie odpowiedział.
— A wiec — mówił dalej król Anglji — ten biedny Karol II-gi, zarówno jak i ty, Najjaśniejszy panie, wnuk Henryka IV, ten nędzarz, nie mając parlamentu ani kardynała de Reta, umrze z głodu, jak to się omal nie stało z jego matką i siostrą.
Ludwik zmarszczył brwi i szarpnął gwałtownie koronki u rękawów kaftana.
Ta niemoc, ta pozorna nieruchomość, mająca służyć za maskę wrażeniu zbyt widocznemu, nie uszły uwagi króla Karola. Ujął za rękę monarchę Francji.
— Dziękuję ci — rzekł — bracie!.. współczujesz mej niedoli... oto wszystko, czego mógłbym wymagać od ciebie w położeniu, w jakiem się sam znajdujesz.
— Najjaśniejszy panie — odezwał się nagle Ludwik XIV podnosząc dumnie głowę — więc potrzeba ci miljona lub dwustu szlachty?..
— Miljon mi wystarczy.
— Nie jest to zbyt wiele.
— Jak dla jednego człowieka to dużo. Wiem, że nieraz taniej... o wiele taniej płacono za zmianę przekonań. Ja będę miał do czynienia tylko ze sprzedajnością.
— Dwustu szlachty!.. także niewiele!.. zaledwie cokolwiek więcej niż jedna kompania.
— Najjaśniejszy panie!.. W naszym rodzie przechowuje się pewna tradycja, a mianowicie, iż czterech szlachciców francuskich, oddanych mojemu ojcu, omal go nie ocaliło, pomimo iż skazany był przez parlament, strzeżony przez armję, otoczony niechętnym narodem.
— A więc, gdybym ci dostarczył miljon liwrów lub dwustu szlachty, byłbyś zadowolony i uważałbyś mnie za dobrego brata?..
— Uważałbym cię za zbawcę!.. a jeżeli kiedykolwiek wstąpię na tron ojca mojego, Anglja będzie, przynajmniej tak długo, jak długo ja będę panował, siostrą Francji, tak jak ty mi jesteś bratem.
— A zatem, mój bracie — rzekł Ludwik, wstając z krzesła — o co ty wahasz się prosić, o to ja poproszę... tak... ja... Czego nie chciałem nigdy zrobić dla siebie, zrobię dla ciebie. Idę do króla Francji, drugiego, bogatego, potężnego, i będę prosił, błagał... tak... ja... aby mi dał albo miljon, albo dwustu szlachty. Zobaczymy!..
— O!.. — wykrzyknął Karol. — Jesteś najszlachetniejszym przyjacielem, Najjaśniejszy panie... Ty mnie uratujesz... a gdyby kiedy potrzeba było, abym życie moje oddał za ciebie, zażądaj tylko...
— Ciszej, mój bracie, ciszej — rzekł prawie szeptem Ludwik — uważaj by nas nie podsłuchano... Nie jesteśmy jeszcze u celu!.. Prosić Mazariniego o pieniądze to gorzej i trudniej, niż przejść przez zaczarowany las, w którym każde drzewo kryje przeistoczonego djabła... to trudniej, niż wybrać się na podbój całego świata. Lecz mimo to — będę się starał ubłagać go. Idę do pana kardynała. Za chwilę wrócę. Poczekaj na mnie mój bracie!




ROZDZIAŁ X.
ARYTMETYKA PANA MAZARINIEGO.

W chwili gdy król w towarzystwie jednego tylko pokojowca kierował szybko swoje kroki ku skrzydłu zamkowemu, gdzie mieszkał chwilowo kardynał, z małego gabinetu, o którym wspominaliśmy, wychodził porucznik muszkieterów, oddychając głęboko, jak człowiek, co długo musiał powstrzymywać oddech. Gabinet ten dawniej stanowił widocznie jednę całość z pokojem, zajętym przez króla, bo oddzielony był tylko cieniuchną przegrodą z desek. Z tego też powodu przegroda owa, istniejąca jedynie dla oczu, pozwalała uchu najmniej nawet niedyskretnemu słyszeć wszystko, co się działo w pokoju.
Nie ulega też najmniejszej wątpliwości, iż porucznik muszkieterów słyszał całą rozmowę pomiędzy królami Francji i Anglji.
Uprzedzony ostatniemi słowami Ludwika XIV, zdążył wyjść na czas, skłonić się w przejściu monarsze i towarzyszyć mu wzrokiem, aż do chwili, gdy zniknął w głębi korytarza.
Potem zaś, potrząsnąwszy głową w sposób, jemu tylko właściwy, odezwał się głosem, w którym pomimo lat czterdziestu, spędzonych za granicami Gaskonji, przebijał zawsze akcent gaskoński:
— Smutna służba!.. — rzekł — pan także niewesoły.
Ciekawa scena także rozegrała się w tym czasie u p. Mazariniego.
Jego Eminencja położył się do łóżka, zmęczony małym atakiem podagry. Ponieważ jednak nie odstępował on nigdy od raz wyznaczonego porządku, choćby mu to przykroić lub ból sprawiać miało, kazał wiec Bernouinowi, pokojowcowi swojemu przynieść mały pulpit podróżny, aby mógł pisać leżąc. Podagra jednak nie jest przeciwnikiem łatwym do pokonania. Za każdem poruszeniem ból, głuchy dotychczas, stawał się zaraz dotkliwym.
— Czy jest Brienne?.. — zapytał Bernouina.
— Niema go, monsignorze — odrzekł pokojowiec. — Pan de Brienne, zwolniony przez Waszą Eminencję poszedł spać. Jeżeli jednak Wasza Eminencja życzy sobie, można go obudzić.
— Nie... warto... a!.. — syknął z bólu — przeklęte cyfry!..
I kardynał zamyślił się, licząc coś na palcach.
— Cyfry!.. ładna historja — odezwał się Bernouin. — Jeżeli Wasza Eminencja nie przestanie zagłębiać się w tych rachunkach, mogę mu na jutro przepowiedzieć piękną migrenę. A na dobitek złego brak nam pana Guenaud.
— Masz słuszność, Bernouin... A więc mi zastąpisz Brienna, mój przyjacielu... Co prawda, powinienem był wziąć ze sobą p. Colberta. Ten młodzieniec podoba mi się bardzo... Chodzący porządek... nieprawdaż, Bernouin?..
— Nie wiem — odrzekł pokojowiec — ale mnie jakoś nie podoba się wcale jego postać...
— Dobrze już... dobrze, Bernouin!.. Twoje zdanie jest najzupełniej zbyteczne... siadaj tam, bierz pióro i pisz.
— Już siedzę, monsiniorze... a co mam pisać?..
— Ot tu — rzekł Mazarini, podając mu arkusz papieru — w dalszym ciągu tych dwóch linij, już zapisanych. To rachunek pieniędzy królewskich.
— Rozumiem.
— Pisz. Siedemset sześćdziesiąt tysięcy liwrów...
— Już.
— Lyon...
Kardynał widocznie się zawahał.
— Lyon... — powtórzył Bernouin.
— Trzy miljony dziewięćset tysięcy.
— Dobrze... monsiniorze.
— Bordeaux siedem miljonów.
— Dochody główne siedem miljonów... Nieruchomości dziewięć miljonów... tak... napisałeś już, Bernouin?..
— Już, monsiniorze.
— W gotówce sześćset tysięcy liwrów... wartości rozmaite dwa miljony... a!... zapomniałem, ruchomości rozmaitych zamków...
— Zamków... czy dodać koronnych?.. — zapytał Bernouin.
— Nie trzeba... to się samo przez się rozumie. Napisałeś już, Bernouin?..
— Już, monsiniorze.
— No a cyfry?..
— Podpisane jedna pod druga.
— Dobrze. Teraz dodaj je razem...
— Nie, monsiniorze, brak jeszcze siedmiuset czterdziestu tysięcy liwrów.
— A!.. — zawołał Mazarini ze źle ukryta złością. — Niema jeszcze czterdziestu miljonów?..
Bernouin raz jeszcze przerachował cyfry.
— Nie, monsiniorze, brak jeszcze siedmiuset czterdziestu tysięcy!..
Mararini kazał podać sobie rachunek i przeglądał go uważnie.
— Wszystko jedno — wtrącił Bernouin — trzydzieści dziewięć miljonów, dwieście sześćdziesiąt tysięcy liwrów... zawsze to ładny grosz!..
— Ah, Bernouin... chciałbym to widzieć w szkatule królewskiej..
— Wasza Eminencja mówił przecież przed chwila, iż pieniądze te należą do króla...
— No, naturalnie... to przecież jasne... to oczywiste... ale te trzydzieści dziewięć miljonów mają już swoje przeznaczenie, nawet brak nam jeszcze dużo!..
Bernouin uśmiechnął się po swojemu, to jest jak ten, kto wierzy w to tylko, w co chce wierzyć, i zajął się przyrządzaniem napoju na noc dla kardynała, poczem poprawił jeszcze poduszkę i wyszedł.
— O! źle!.. zawołał kardynał sam do siebie — źle!.. a jednak muszę mieć całe czterdzieści pięć... tyle sobie oznaczyłem i ani na grosz odstąpić nie mogę... Ale kto wie, czy mi starczy czasu... Pochylam się coraz bardziej ku ziemi... a jak raz odejdę, to już nie powrócę... A może jeszcze uda mi się wyciągnąć jakie dwa lub trzy miljoniki z kieszeni tych kochanych Hiszpanów... Cóż u djabła?.. odkryli przecież Peru... musiało im tam coś pozostać.
Gdy tak sam ze sobą rozmawiał, zajęty rachunkiem do tego stopnia, iż nie czuł nawet ataków podagry, nagle do pokoju wpadł Bernouin, niezwykle pomieszany.
— No?.. — odezwał się kardynał — co tam takiego?..
— Król!.. monsiniorze — król!..
— Jakto król?.. — zapytał, chowając szybko pod poduszkę zapisany papier — król tu?.. król o tej godzinie?.. myślałem, że już śpi oddawna... Cóż się to mogło stać?...
Ludwik XIV wszedł na te ostatnie słowa, i zauważył nawet, jak kardynał ukrył coś koło siebie, a następnie wyprostował się na łóżku.
— Nic... nic... panie kardynale... a przynajmniej nic takiego, coby pana miało zatrważać. Wiadomość ważna, której chciałem udzielić Waszej Eminencji jeszcze dziś wieczorem, oto i wszystko.
Mazariniemu przyszło zaraz na myśl zaniepokojenie króla, wywołane wzmianką, uczynioną w czasie prezentacji o pannie Mancini, i zdawało mu się, iż owa ważna wiadomość z tego właśnie pochodzi źródła. Zaraz też twarz jego wypogodziła się, tak, że król wyczytał z niej radość najwyższą.
Gdy Ludwik usiadł na krześle koło łóżka, kardynał odezwał się pierwszy:
Najjaśniejszy Panie, powinienbym wysłuchać Waszej Królewskiej Mości, stojąc... lecz ból gwałtowny...
— Etykieta zupełnie jest zbyteczną pomiędzy nami, kochany kardynale — odparł Ludwik XIV uprzejmie — jestem twym uczniem a nie królem, wiesz o tem dobrze, tembardziej zaś dziś, gdy przychodzę do ciebie z prośbą, a chciałbym, aby prośba ta została wysłuchaną.
Mazarini, ujrzawszy rumieniec monarchy, utrwalił się w przekonaniu, iż pod wszystkiemi temi słówkami kryje się sprawa miłosna. A jednak tym razem omylił się, jakkolwiek biegłym był politykiem. Rumieńca tego nie wywołało wstydliwe uniesienie młodzieńczej namiętności, lecz bolesne stłumienie dumy królewskiej. Jako dobry wuj, dbający o swe siostrzenice, Mazarini starał się ułatwić monarsze wyznanie.
— Proszę mówić, Najjaśniejszy Panie — rzekł — a ponieważ Wasza Królewska Mość raczył łaskawie zapomnieć, że jestem jego poddanym, a nazwał mnie swym nauczycielem, swym mistrzem, ja też z mej strony składam Waszej Królewskiej Mości zapewnienie najgłębszego mego przywiązania.
— Dziękuję, panie kardynale — odrzekł król. — Zresztą to, czego chcę żądać, nie jest znów tak wielką rzeczą...
— Tem gorzej... tem gorzej, Najjaśniejszy Panie. Chciałbym, aby Wasza Królewska Mość zażądał czegoś wielkiego, choćby nawet ofiary, poświęcenia z mej strony. Bądź cobądź, chociaż nie wiem, o co idzie, gotów jednak jestem zgóry przyzwolić, aby tylko ukoić troskę Waszej Królewskiej Mości.
— A więc posłuchaj, panie kardynale, o co chodzi — odezwał się król, a serce biło mu tak silnie, iż chyba tylko serce kardynała w tej chwili równie silnie bić mogło. — Przed chwilą odwiedził mnie mój brat, król Anglji.
Mazarini podskoczył na łóżku, jak gdyby dotknął butelki lejdejskiej, lub stosu Volty.
Równocześnie na twarzy jego odbiło się takie zdziwienie, a właściwie takie rozczarowanie, iż Ludwik XIV-sty, jakkolwiek niezbyt biegły dyplomata, poznał jednak w tej chwili, iż kardynał co innego spodziewał się usłyszeć.
— Karol II-gi!.. — zawołał głosem ostrym i, wydymając pogardliwie wargi — Waszą Królewską Mość odwiedził Karol II-gi!..
— Król Karol II-gi — powtórzył Ludwik, kładąc nacisk na tytuł należny wnukowi Henryka IV-go, o którym Mazarini zapomniał. — Tak, panie kardynale; nieszczęśliwy ten monarcha wzruszył bardzo serce moje, opowiadając o swych nieszczęściach. Upadek jego jest wielki, a ja to dobrze rozumiem, ja, któremu także omal nie zaprzeczono praw do tronu, ja, który musiałem w czasie rozruchów porzucić stolicę i szukać schronienia w Saint-Germain, ja wreszcie, który pojmuję dobrze obowiązki względem brata wydziedziczonego i wygnańca.
— Dlaczegóż niema on obok siebie Juljusza Mazarini?... Korona jego byłaby cała i nienaruszona.
— Wiem dobrze, ile rodzina moja winna Waszej Eminencji — odparł król dumnie — i wierz mi, panie kardynale, że nigdy o tem nie zapomnę. Właśnie zaś dlatego, że brat mój, król Anglji, nie ma u boku genjusza, który mnie ocalił, właśnie dlatego, powiadam, chciałbym mu zjednać pomoc tegoż samego genjusza, i prosić, aby twoje ramię, panie kardynale, rozciągnęło się nad jego głową; przekonany bowiem jestem, że ręka twoja, dotykając go tylko, potrafi przyozdobić jego głowę koroną, spadłą u stóp szafotu, na którym zginął jego ojciec.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł Mazarini — dziękuję za dobrą o mnie opinję... ale... my tam nie mamy nic do roboty... Tam są szaleńcy jacyś wściekli, co zaprzeczają istnieniu Boga i ucinają głowy swym królom. Niebezpiecznie ich nawet dotknąć, tak są zbrukani krwią monarszą... Ta polityka angielska nigdy mi się nie podobała i ze wstrętem ją odrzucam.
— Właśnie też mógłbyś, panie kardynale, pomóc do wprowadzenia innej.
— Jakiej?...
— Jakiej?... Chociażby przywrócenia Karola II-go na tron ojcowski.
— O!... mój Boże — zawołał Mazarini — czyżby biedny Karol marzył jeszcze, że to się da zrobić?...
— Ależ tak... naturalnie — odparł król, przestraszony trudnościami, jakie w tej sprawie dostrzegało wprawne oko ministra. — Nie żąda więcej na ten cel, jak tylko miljona.
— Tylko tyle?... miliona?... maleńkiego miljonika!... No, no... proszę — rzekł Mazarini ironicznie, nie mogąc tym razem ukryć włoskiego akcentu mowy, który uwidoczniał się zawsze w chwilach, gdy kardynał wpadał w złość. — Daj bracie miljonik... maleńki miljonik!... oh!... rodzina żebraków!... — dodał z wyrazem najgłębszej pogardy.
— Kardynale — ozwał się Ludwik, podnosząc głowę — ta rodzina żebraków jest gałęzią mej rodziny!...
— Czy Wasza Królewska mość jest dość bogatym, aby mógł rozdawać miljony?... Czy masz, Najjaśniejszy Panie, ów żądany miljon do rozporządzenia?
— O!... — odrzekł Ludwik z odcieniem najwyższej boleści, którą jednak siłą woli stłumił w głębi swego serca. — O!... tak, panie kardynale, wiem, że jestem biednym... ale korona Francji warta przecie miljon... na wykonanie zaś dobrego uczynku zastawiłbym w razie potrzeby moją koronę... Przypuszczam, że znajdą się żydzi, co dadzą na nią miljon.
— Wiec powiadasz, Najjaśniejszy Panie, iż ci potrzeba miliona?... — zapytał Mazarini.
— Tak, panie, powiedziałem to.
— A jednak myli się Wasza Królewska Mość bardzo... nie miljona nam potrzeba, ale więcej... dużo więcej!... Bernouin!... Zobaczysz, Najjaśniejszy Panie, ile nam naprawdę potrzeba... Bernouin!..
— Jakto, kardynale, czyżbyś chciał zasięgać w tych sprawach rady lokaja?...
— Beruouin!.. — wołał kardynał, nie zwracając uwagi na upokorzenie młodego monarchy — zbliż się i wymień mi sumę, o jakiej przed chwilą mówiliśmy...
— Kardynale!... kardynale!... nie zrozumiałeś mnie widocznie — przerwał Ludwik, blady z oburzenia.
— Najjaśniejszy Panie, proszę się nie gniewać, ja otwarcie prowadzę interesy Waszej Królewskiej Mości. Cała Francja, cały świat zna je dobrze. Książki i rachunki moje otwarte są dla wszystkich. Bernouin!... czego to ja od ciebie żądałem przed chwilą?
— Wasza Ekscelencja kazał mi robić dodawanie.
— I zrobiłeś?... co?...
— Tak, monsiniorze.
— Aby obliczyć sumę, jakiej Jego Królewska Mość potrzebuje w tej chwili. Czy ci tego nie mówiłem?... No?... bądź otwartym, przyjacielu.
— Tak jest. Wasza Eminencja raczył mi to powiedzieć.
— A wiec, jakaż to była suma?... ile, mówiłem, potrzeba Najjaśniejszemu Panu?...
— Czterdzieści pięć miljonów.
— A ile znalazło się na to, gdyśmy dodali dochody ze wszystkich możliwych źródeł?...
— Trzydzieści dziewięć miljonów, dwieście sześćdziesiąt tysięcy franków.
— Dobrze, mój Bernouin, właśnie to chciałem wiedzieć. Zostaw nas teraz, proszę cię — dodał kardynał, wpatrując się w młodego monarchę, oniemiałego ze zdziwienia.
— A!... Wasza Królewska Mość jeszcze wątpi?... oto dowód tego, co mówiłem.
I wyciągnął z pod poduszki papier, zapisany liczbami, podał go królowi, lecz ten odwrócił głowę, nie chcąc zdradzić się z boleścią, wyraźnie malującą się na jego twarzy.
— Ponieważ zatem Wasza Królewska Mość potrzebuje koniecznie miljona, który tu jeszcze nie został wciągnięty, a wiec razem będziemy mieli czterdzieści sześć miljonów... Takiej sumy nie da nam żaden żyd na świecie, nawet na koronę Francji.
Król, zaciskając kurczowo ręce, ukryte w szerokich mankietach, powstał i odepchnął fotel.
— A wiec — rzekł — mój brat, król Anglji, umrze z głodu!...
— Najjaśniejszy Panie — odpowiedział kardynał tym samym tonem — proszę zapamiętać sobie przysłowie, będące wyrazem najzdrowszej polityki: „Gdyś biedny, pocieszaj się myślą, że twój sąsiad także jest biedny“.
Ludwik zamyślił się na chwilę, rzucając ciekawe spojrzenia na papier, którego jeden różek wyglądał z pod poduszki.
— A więc — rzekł nareszcie — nie możesz — panie kardynale, w żaden sposób uczynić zadość mej prośbie?...
— W żaden sposób, Najjaśniejszy Panie.
— Pomyśl, że będę miał w Karolu wroga, gdy wstąpi na tron, słusznie mu przynależny.
— O!... jeżeli Wasza Królewska Mość o to tylko się obawia — zawołał żywo Mazarini — to proszę się uspokoić. Z tej strony nie zagraża nam najmniejsze niebezpieczeństwo.
— Ha!... więc nie nalegam już więcej — rzekł Ludwik XIV.
— Czy przynajmniej przekonałem Waszą Królewską Mość?.. zapytał Mazarini, kładąc rękę na dłoń monarchy.
— Najzupełniej.
— Zażądaj czego innego, Najjaśniejszy Panie, a szczęśliwym będę, mogąc wynagrodzić tę moją odmowę. Wszystko, czego Wasza Królewska Mość żąda... byle nie miljona...
— Wszystko?... panie kardynale.
— Naturalnie!... Czyż nie jestem duszą i ciałem oddany na usługi Waszej Królewskiej Mości?.. Hola!.. Bernouin, pochodnie!... Straże dla Najjaśniejszego Pana!.. Jego Królewska Mość powraca na swe pokoje.
— Nie jeszcze, panie kardynale, a ponieważ oświadczyłeś się, monsiniorze, z dobremi chęciami, a więc chce z nich skorzystać.
— Dla siebie?.. — zapytał kardynał, uradowany nadzieja, iż nareszcie król poruszy sprawę panny Marcini.
— Nie, monsiniorze, nie dla mnie... jeszcze dla mojego brata Karola.
Twarz Mazariniego znów się zasępiła.
Mruknął zcicha coś, czego król nie dosłyszał.




ROZDZIAŁ XI.
POLITYKA MAZARINIEGO.

Zamiast wahania, z jakiem król przed kwadransem przedstawił prośbę swą kardynałowi, obecnie w oczach monarchy można było wyczytać silną wolę, przeciwko której można walczyć, którą można nawet złamać, lecz która w głębi serca zachowa na zawsze wspomnienie poniesionej porażki.
— Tym razem, panie kardynale, rozchodzi się o rzecz o wiele łatwiejszą, niż o miljon.
— Tak sądzisz. Najjaśniejszy Panie — rzekł Mazarini, spoglądając na króla wzrokiem chytrym, przenikliwym, czytającym w głębi duszy.
— Tak sądzę, i gdy poznasz, kardynale, przedmiot mej prośby...
— I myślisz, Najjaśniejszy Panie, że jej nie znam?..
— Jakto?.. wiesz, o co chcę prosić?
— Jeśli Wasza Królewska Mość pozwoli, mogę powtórzyć własne słowa króla Karola.
— Słucham.
— Gdyby zaś ten Włoch, ten tchórz, ten sknera...
— O!.. panie kardynale.
— Jeżeli nie powiedział stów takich, miał je pewno na myśli... zresztą... Boże kochany... nie mam do niego najmniejszej urazy... Każdy patrzy oczyma własnych namiętności... A więc mówił on: „gdyby ten sknera odmówił miljona, jakiego żądamy, Najjaśniejszy Panie, gdybyśmy z powodu braku pieniędzy, musieli wyrzec się sposobów dyplomatycznych, w takim razie poprosimy go o pięciuset szlachty“.
Król zadrżał. Kardynał omylił się tylko co do liczby.
— Nieprawdaż, Najjaśniejszy Panie, że tak mówił?.. — zawołał minister z miną triumfatora — później zaś przybrał to wszystko w pięknie brzmiące słówka: „mam przyjaciół po drugiej stronie cieśniny, przyjaciołom tym brak tylko wodza i chorągwi. Gdy mnie ujrzą, gdy ujrzą chorągiew Francji, połączą się ze mną, gdyż przekonani będą, iż mam wasza pomoc za sobą. Barwy mundurów francuskich warte będą w mem otoczeniu przynajmniej tyle, co milion, którego pan Mazarini z pewnością nam odmówi... wiedział on bowiem zgóry, że odmówię owego miljona... Z owymi pięciuset szlachty zwyciężę, a zaszczyt tego zwycięstwa na ciebie spadnie, Najjaśnieiszy Panie...“ Oto co powiedział król Karol, lub w każdym razie coś bardzo podobnego... nieprawdaż?.. Być może. iż przyozdobił swa mowę wspaniałemi przenośniami, świetnem obrazowaniem... o!.. bo oni lubią gadać... lubią!.. Ojciec gadał nawet na szafocie.
Czoło Ludwika zrosiło się gęstemi kroplami potu. Czuł, że godność jego nie pozwala mu słuchać podobnych obelg, miotanych przeciwko krewnemu. Nie wiedział jednak jak postąpić sobie z tym, przed którym wszystko się uginało, nawet królowa matka.
Nareszcie zdobył się na wysiłek.
— Ależ, panie kardynale... nie o pięciuset szlachty się rozchodzi, ale o dwustu...
— Więc widzisz Najjaśniejszy Panie, że zgadłem, czego żądał.
— Nie zaprzeczam ci, panie kardynale, przenikliwości... i właśnie dlatego myślałem, iż nie odmówisz bratu memu Karolowi rzeczy tak prostej, tak łatwej do spełnienia, o którą proszę w jego imieniu a raczej we własnem.
— Najjaśniejszy Panie — odrzekł Mazarini — oto trzydzieści lat upływa, jak zajmuję się polityką... Z początku pracowałem z panem kardynałem Richeulieu, później sam... Polityka moja nie zawsze była zbyt uczciwa... trzeba to przyznać... lecz nigdy nie była niezręczna. Ta zaś, jaka mi Wasza Królewska Mość proponuje, jest nieuczciwa i niezręczna równocześnie.
— Nieuczciwa?.. jakto?...
— Najjaśniejszy Panie... wszakże zawarłeś traktat z Kromwellem.
— Tak jest... nawet na traktacie tym Kromwell podpisał się nade mną.
— Ha... dlaczegóż Najjaśniejszy Pan podpisywał tak nisko?... Pan Kromwell znalazł dobre dla siebie miejsce, zabrał je, jak swoje... To już taki jego zwyczaj. Powracam więc do Kromwella. Zawarłeś, Najjaśniejszy Panie, traktat z nim, to jest z Anglią; bo w chwili podpisywania traktatu, pan Kromwell reprezentował Anglję.
— Kromwell umarł.
— Czy naprawdę?...
— Bezwątpienia... przecież nastąpił po nim syn jego, Ryszard... a nawet i ten już abdykował.
— Właśnie!... Ryszard dziedziczył po śmierci Kromwella, Anglia po abdykacji Ryszarda. Traktat jest częścią spadku, bez względu na to, czy spadek ów znajduje się w rękach Ryszarda czy Anglji... i wartość zawsze ma jednakową, tak dobrą dziś jak i dawniej... Pocóż go łamać?... Czy się dzisiaj co zmieniło?... Jesteś, Najjaśniejszy Panie, sprzymierzeńcem Anglji, a nie Karola... Być może, iż z punktu widzenia rodzinnego nie było to bardzo uczciwe sprzymierzać się z ludźmi, co ścięli głowę wujowi Waszej Królewskiej Mości, ale było to bardzo zręczne, bo nas uwolniło od kłopotów wojny zewnętrznej, która w czasie frondy byłaby bardzo niepożądana. Dziś, wysyłając posiłki, narazilibyśmy się także najniepotrzebniej, zawikłalibyśmy się tylko... i dlatego to nazywam zmianę obecnego naszego trzymania się na uboczu niezręczną i nieuczciwą.
— Nie mogę przecież zabronić szlachcie mojej, aby udała się do Anglji, gdy taka będzie jej wola!..
— Przeciwnie!... należy zabronić... a przynajmniej zastrzec się, iż podobny wypadek stał się pomimo woli, a nawet wbrew woli twojej, Najjaśniejszy Panie!...
— Ależ wreszcie... panie kardynale... ty, genjusz tak wielki, mógłbyś znaleźć sposób dopomożenia biednemu Karolowi, nie kompromitując się otwarcie.
— Ależ właśnie... ja tego nie chcę, Najjaśniejszy Panie... Pomagać Karolowi?... po co?... W Anglji dzieje się teraz wszystko jak najlepiej dla nas... Pod rządem obecnym jest ona dla Europy gniazdem wszelkich rozterek... a tego nam właśnie potrzeba!... Holandja proteguje Karola. Owszem!... niech go proteguje. Pogniewają się... pobiją... Doskonale!... To jedyne dwie potęgi morskie. Niechaj sobie wzajemnie zniszczą całą marynarkę... my ze szczątków, pozostałych po ich okrętach, zbudujemy naszą własną, i to kosztem kupienia gwoździ na zbicie desek, rozrzuconych po morzu.
— Jakież to wszystko niskie i podłe, panie kardynale!...
— Być może!... ale za to jakie prawdziwe!... Idźmy dalej... Przypuszczam, że słowo i traktat zostały złamane... Trafia się to często, iż wypada złamać dane stówo i traktat podpisany, należy to jednak robić wówczas, gdy ma się jakiś świetny interes na widoku, lub gdy się ma traktat, zanadto krępujący... Przypuszczam tedy, iż Najjaśniejszy Pan zgodzisz się na żądanie Karola II-go... Francja, czy tam jej chorągiew w otoczeniu kilkuset lub kilkunastu ludzi, bo to zresztą wszystko jedno... Francja więc przekracza granicę i bije się... no i Francja zostaje zwyciężoną!...
— Dlaczego?...
— Dlaczego?.. Znakomity dowódca... ten Karol II-gi... a bitwa pod Worcester także daje nam wyborną gwarancję!..
— Ale zabraknie też i Kromwella, panie kardynale...
— Tak... lecz za to będzie Monk, a ten jest jeszcze niebezpieczniejszy, choć w innym rodzaju. To nie jest wódz, to nieprzenikniony polityk. Od lat dziesięciu ma on oczy zwrócone na jeden cel, a nikt nie może odgadnąć, na jaki. A gdy plan swój, powoli obmyślony i dojrzały należycie, rozwinie, może być najpewniejszy zwycięstwa. Wasza Królewska Mość oświadczył sam, iż oddałem pewne przysługi koronie francuskiej; otóż oświadczam, że gdybym na drodze mej spotkał był Monka zamiast panów, de Beaufort, de Retz lub Kondeusza, bylibyśmy zgubieni i nie pomogłyby moje zdolności, zręczność lub spryt, o których to przymiotach tak wiele opowiadają. Monk to głowa, przed którą ja się chylę, Najjaśniejszy Panie.
— Cóż powinienem — według pana, panie kardynale — odpowiedzieć memu bratu, Karolowi II?
— Jedno tylko, Najjaśniejszy Panie, że traktatem zobowiązaliśmy się nie dozwolić mu pobytu we Francji.
— Dosyć, panie kardynale — rzekł Ludwik, podnosząc się z krzesła. — Gdy odmawiasz miljona, masz prawo... sprawy skarbowe do ciebie należą. Odmawiasz mi dwustu szlachty... jeszcze masz prawo, bo jesteś pierwszym ministrem, i w oczach Francji jesteś odpowiedzialny za pokój i wojnę. Ale zabraniać mnie, królowi, bym udzielił gościnności wnukowi Henryka IV-go, mojemu krewnemu, towarzyszowi mych zabaw dziecięcych... daruj pan... tu już kończy się twoja władza... tu się zaczyna wola moja!...
— Najjaśniejszy Panie — odparł minister, zachwycony, że pozbędzie się Ludwika tak tanim kosztem, — przed wolą króla mojego zawsze chylę głowę. Niech Wasza Królewska Mość zatrzyma w którym z zamków króla Anglji... Mazarini może o tem wiedzieć, lecz niechże się nigdy nie dowie minister.
— Dobranoc, monsiniorze; odchodzę zrozpaczony...
— Ale przekonany, a o to mi tylko chodziło.
Król nic nie odrzekł i wyszedł zamyślony, przekonany nie o tem, czego mu dowodził Mazarini, lecz o tem, czego sam strzegł się powiedzieć, a mianowicie, iż należy mu pilniej badać sprawy własne i Europy, bo dokoła widzi tylko ciemności i trudności. Ludwik XIV zastał króla Anglji na tem samem miejscu, gdzie go pozostawił.
Spostrzegłszy Ludwika, Karol podniósł się i jednem rzutem oka odczytał wyrok na siebie, ponurami literami wypisany na czole kuzyna.
Aby ułatwić mu smutne wyznanie, odezwał się pierwszy:
— Cokolwiek bądź się stanie, nie zapomnę nigdy dobroci twojej, Najjaśniejszy Panie, życzliwości, jaka względem mnie okazałeś.
— Niestety — odrzekł głucho Ludwik — nie na wiele zda się dobra wola, mój bracie.
Karol II-gi pobladł nadzwyczajnie, otarł zimna ręką spotniałe czoło i z wyraźnym wysiłkiem odrzekł:
— Serdeczne dzięki składam ci, Najjaśniejszy Panie. Prosiłem daremnie o pomoc największego z królów ziemi, teraz będę prosił Boga, aby raczył zlitować się nade mna.
I, nie chcąc słyszeć więcej, wyszedł, z czołem dumnie wzniesionem, z ręka drżącą, a na jego bladej twarzy malowała się rozpacz.
Oficer muszkieterów, ujrzawszy te bladość, skłonił mu się, przyklękając prawie na kolano.
Wziął następnie pochodnie, przywołał dwóch muszkieterów i sprowadził nieszczęśliwego monarchę ze schodów, trzymając w prawem ręku kapelusz, którego pióro wlokło się po kamiennych stopniach.
Przybywszy do bramy, oficer spytał króla, w którą stronę udaje się, aby mógł tam wysłać przodem muszkieterów.
— Panie — odrzekł Karol II-gi półgłosem — ty, co znałeś mojego ojca, może czasem modliłeś się za niego. Jeżeli tak, nie zapomnij i o mnie w swych modlitwach. Obecnie idę sam i proszę, aby mi nie towarzyszono.
Oficer skłonił się i odesłał muszkieterów do pałacu.
Sam jednak pozostał jeszcze przez chwilę pod sklepieniem przedsieni, dopóki Karol II-gi nie zniknął mu z oczu na zakręcie ulicy.
— Do tego, tak samo jak dawniej do jego ojca — mruknął — Athos, gdyby tu był, odezwałby się słusznie: „Cześć upadłemu majestatowi!“
Później zaś, idąc po schodach:
— A!... podła służba — powtarzał na każdym stopniu. — Znikła już wspaniałomyślność, niema energji!... Mordioux!...
już tego nie wytrzymam!... No!... — mówił dalej, wchodząc do przedpokoju. — Czegóż się tak na mnie gapicie?... zagaście pochodnie... zajmijcie swe stanowiska!... Niech się dzieje, co chce!... jutro rzucam mój mundur pomiędzy pokrzywy — zakończył cicho.
Potem, jakby ożywiając się:
— Nie!... — dodał. — Jeszcze nie!... jeszcze zrobię jednę próbę... ale ta będzie ostatnia... Mordioux!...
Jeszcze nie skończył tych słów, gdy z pokoju królewskiego głos się odezwał:
— Panie poruczniku!...
— Jestem.
— Król chce z panem pomówić.
— Służę. — I dodał pocichu: — Czyżby odgadł moje myśli?... kto wie?...
I wszedł do króla.




ROZDZIAŁ XII.
KRÓL I PORUCZNIK.

Gdy król ujrzał wchodzącego porucznika, skinieniem głowy pożegnał pokojowca.
— Kto będzie jutro rano na służbie?... — zapytał.
Porucznik skłonił się po żołniersku i odrzekł:
— Ja, Najjaśniejszy Panie.
— Jakto?.. jeszcze pan?
— Zawsze ja.
— Jakimże to się dzieje sposobem?...
— Najjaśniejszy Panie... w czasie podróży muszkieterowie zajmują wszystkie stanowiska służbowe około Waszej Królewskiej Mości.
— A zastępstwa?...
— Niema zastępstwa, Najjaśniejszy Panie. Na stu dwudziestu muszkieterów odpoczywa trzydziestu. W Luwrze co innego... gdybym był w Luwrze, mógłbym zdać służbę na mego brygadiera... ale w drodze, Najjaśniejszy Panie, niewiadomo, co się stać może... dlatego też wolę sam pełnić służbę.
— W takim razie jesteś pan na straży po całych dniach.
— I po całych nocach, Najjaśniejszy Panie!...
— Nie mogę na to pozwolić, chcę, abyś pan cokolwiek odpoczął.
— Bardzo dobrze... ale ja nie chcę, Najjaśniejszy Panie...
— Co?... — zawołał król, nie mogąc zrozumieć oporu muszkietera.
— Mówią, Najjaśniejszy Panie, iż nie chcę narażać się na jakikolwiek wypadek. Gdyby djabeł chciał mi wyplatać figla, to, wiedząc, z kim ma do czynienia, wyszukałby naumyślnie chwili, gdy mnie nie będzie. Służba moja przedewszystkiem zadawalnia moje własne sumienie.
— Ależ w takim razie ta służba pana zabije.
— Najjaśniejszy Panie, od lat trzydziestu pięciu pełnię służbę i jestem najzdrowszym człowiekiem we Francji i Nawarze. Zresztą proszę, Najjaśniejszy Panie, nie kłopotać się o mnie. Wydałoby mi się to dziwnem, tem bardziej, iż nie jestem do tego przyzwyczajony.
Król przerwał rozmowę innem pytaniem.
— Więc jutro rano będziesz pan także na służbie?... — zapytał.
— Tak samo, jak i teraz, Najjaśniejszy Panie.
Król kilka razy przeszedł się po pokoju. Łatwo można było dostrzec, iż chciał koniecznie coś powiedzieć, a jednak powstrzymywała go jakaś niewytłomaczona obawa.
Porucznik stał nieruchomy z kapeluszem w jednej ręce, drugą oparłszy na biodrze, przyglądał się tym wszystkim obrotom monarchy i pomrukiwał, przygryzając wąsa.
— Nawet za pół pistola niema w nim stanowczości!... doprawdy, do rozpaczy może człowieka doprowadzić... Słowo honoru... Gotówbym się założyć, że nie przemówi ani słowa.
Król chodził wciąż, rzucając od czasu do czasu spojrzenie na porucznika.
— Ojciec!... wykapany ojciec!... — monologował dalej porucznik tajemniczo — i dumny... i skąpy... i bojaźliwy... wszystko razem... Powiesić się chyba przy takim panu!...
Ludwik zatrzymał się.
— Poruczniku!...
— Do usług Waszej Królewskiej Mości.
— Dlaczego dziś wieczorem zawołałeś: „Służba Jego Królewskiej Mości!...“?
— Dlatego, że Najjaśniejszy Pan dał mi taki rozkaz.
— Ja?
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie.
— O ile sobie przypominam, nic podobnego nie mówiłem.
— Najjaśniejszy Panie... rozkazy wydaje się tak samo znakiem, ruchem, skinieniem, mrugnięciem oka, jak i słowami, pomimo to niemniej są jasne i zrozumiałe. Nietęgi to byłby służący, któryby jedynie uchem słuchać umiał rozkazów.
Król odwrócił się, chcąc ukryć uśmiech, mimowolnie cisnący się na usta.
Po chwili skierował wzrok swój na te twarz tak śmiałą, tak inteligentną, a tak zarazem stanowczą.
— Dobrze już, dobrze!... — odezwał się po chwili milczenia, w czasie której usiłował nadaremnie zmusić oficera do spuszczenia oczu, wpatrując się w niego uporczywie.
Porucznik, widząc, że król nic więcej nie mówi, wykręcił się po żołniersku na pięcie i cofnął się ku drzwiom trzy kroki mrucząc:
— Nie powie nic... mordioux!... nic nie powie!...
— Dziękuję — dorzucił król raz jeszcze.
Oficer, skłoniwszy się monarsze, zwrócił się ku drzwiom.
Stanąwszy jednak na progu, uczuł, że wzrok Ludwika ściga go, że król chciałby, aby się zatrzymał.
Odwrócił się więc raz jeszcze.
— Czy Wasza Królewska Mość wszystko już mi powiedział?... — zapytał tonem trudnym do określenia, bo, nie wdzierając się w granice poufałości, ton ów brzmiał tak szczerze, tak serdecznie, że król odrzekł natychmiast:
— Istotnie... nie wszystko jeszcze... Zbliż się, poruczniku.
— No... nareszcie — mruknął oficer.
— Proszę słuchać uważnie.
— Nie tracę ani słowa, Najjaśniejszy Panie.
— Jutro koło piątej zrana siądziesz na koń, poruczniku i każesz osiodłać dla mnie wierzchowca.
— Ze stajni Waszej Królewskiej Mości?...
— Nie... muszkieterskiego.
— Dobrze, Najjaśniejszy Panie... Czy to już wszystko?
— Będziesz mi towarzyszył.
— Sam?
— Sam.
— Czy mam przyjść po Najjaśniejszego Pana, czy zaczekać?
— Zaczekasz na mnie, poruczniku.
— Gdzie, Najjaśniejszy Panie?
— Przy małej furtce w parku.
Porucznik skłonił się, zrozumiawszy, iż król powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia.
Ludwik XIV-ty pożegnał go uprzejmym ruchem reki.
Oficer opuścił pokój królewski i zasiadł znów w swoim fotelu.




ROZDZIAŁ XIII.
MARJA MANCINI.

Słońce oświetlało zaledwie pierwszemi promieniami wielkie drzewa w parku i wysokie wieżyczki zamkowe, gdy młody król, zbudziwszy się już przed dwiema godzinami, miłość bowiem spać mu nie pozwalała, otworzył sam okiennice i rzucił ciekawe spojrzenie na podwórze zamku, pogrążonego we śnie. Widział, że nadchodzi godzina umówiona. Wielki zegar zamkowy wskazywał kwadrans na piątą. Nie wezwał wcale pokojowca, śpiącego smacznie w pobliżu, ubrał się sam.
Następnie zszedł małemi schodkami, potem przez bramę boczną i spostrzegł pod murem parkowym jeźdźca na koniu, trzymającego drugiego konia za cugle. Jeźdźca nie można było poznać, tak zawinął się w płaszcz i przysłonił twarz kapeluszem. Co do konia, osiodłanego na sposób mieszczański, ten nie przedstawiał nic szczególnego dla oka znawcy. Ludwik ujął konia za cugle; oficer przytrzymał mu strzemiona, nie zsiadając wcale z konia, a następnie przyciszonym głosem spytał o rozkazy Jego Królewskiej Mości.
— Proszę za mną — odparł Ludwik XIV-ty.
Oficer puścił konia truchtem za koniem swego pana i w ten sposób zbliżali się do mostu.
Gdy znaleźli się już po drugiej stronie Loary. —
— Poruczniku — rzekł król — bądź łaskaw puścić się przodem i jechać tak długo, dopóki nie dostrzeżesz karety. Potem powrócisz i uprzedzisz mnie o tem. Ja tutaj zaczekam.
— Wasza Królewska Mość raczy dać mi bliższe jakieś szczegóły co do owej karety, którą mam spotkać.
— Będą w niej siedziały dwie kobiety... prawdopodobnie druga kareta ze służbą znajdzie się w tyle.
— Najjaśniejszy panie... nie chciałbym się pomylić!... Czy Wasza Królewska Mość nie mógłby mi dać jeszcze jakiego wyraźniejszego znaku?
— Być może, iż na karecie będą herby pana kardynała.
— Dobrze, Najjaśniejszy Panie — odrzekł oficer, należycie już objaśniony.
Puścił konia krótkim galopem i jechał drogą, wskazaną przez króla.
Nie ujechał nawet pięciuset kroków, gdy ujrzał tuż za pagórkiem karetę, zaprzężony w cztery muły. Za tą karetą szła druga.
Jednym rzutem oka przekonał się, iż były to właśnie powozy, których szukał.
Zawrócił i pędem podjechał do monarchy.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł — karety nadjeżdżają. W pierwszej istotnie siedzą dwie panie z pokojowemi. Druga mieści służących i kufry podróżne.
— Dobrze... dobrze — odrzekł król, głosem bardzo wzruszonym. — A więc, poruczniku, proszę cię, oświadcz tym paniom, iż ktoś z dworu pragnie im złożyć swe hołdy, ale im tylko samym.
Oficer popędził galopem.
— Mordioux... — mówił jadąc. — Mam więc nowe stanowisko!... i zaszczytne!... skarżyłem się, iż jestem niczem, a otóż zostałem powiernikiem królewskim... Muszkieter!... A doprawdy, możnaby umrzeć z radości i dumy!...
Zbliżył się do karety i wywiązał się z polecenia, jak posłaniec elegancki i sprytny.
W karecie siedziały dwie kobiety, z których jedna bardzo ładna, chociaż troszkę za szczupła, druga zaś obdarzona mniej hojnie od natury, lecz za to żywa i zgrabna.
Do tej drugiej właśnie zwrócił się d‘Artagnan i nie omylił się wcale, chociaż, jak to już powiedzieliśmy, pierwsza była o wiele piękniejszą.
— Pani — rzekł — jestem porucznikiem muszkieterów. Tam na drodze oczekuje młodzieniec, należący do dworu, a pragnący złożyć paniom swe hołdy.
Na te słowa dama z czarnemi oczami wydała okrzyk radości, wychyliła się przez drzwiczki i, widząc młodzieńca nadbiegającego, wyciągnęła ku niemu ramiona, wołając:
— A!... najdroższy!...
I łzy wytrysnęły z jej oczu.
Woźnica zatrzymał konie, pokojowe cofnęły się w głąb karety, a druga z dam złożyła przybyłemu ukłon pełen szacunku, uśmiechając się przytem ironicznie, w oczach jej błyszczał płomień zazdrości.
— Marjo!... najdroższa Marjo!... — zawołał król, chwytając w swe dłonie obie ręce damy z czarnemi oczami.
I, otworzywszy drzwiczki karety, pochwycił ją w ramiona lekko, zgrabnie i zatrzymał przez chwile w swem objęciu.
Porucznik stał po drugiej stronie karety, i niedostrzeżony przez nikogo, widział i słyszał wszystko, co się działo.
Król ofiarował ramie swoje pannie Mancini i dał znak woźnicy i lokajom, aby zwolna jechali dalej.
Powietrze poranne było świeże, przyjemne. Na gałęziach i liściach drzew błyszczały krople rosy, niby drobne djamenty, mieniące się w promieniach wschodzącego słońca. Trawy i kwiaty polne rozkwitały po bokach drogi. Jaskółki, przybyłe przed kilkoma dniami, zakreślały wdzięczne koła pomiędzy niebem a ziemią. Lekki wietrzyk niósł balsamiczną woń z pobliskich lasów i muskał delikatnie gładką powierzchnie rzeki, płynącej wolno. Wszystkie te piękności dnia, te zapachy roślin, te westchnienia ziemi, wysyłane ku niebu, upajały dwoje zakochanych, idących obok siebie, ręka w rękę, patrzących sobie w oczy i milczących, choć tyle mieli sobie do powiedzenia.
Porucznik dostrzegł, że koń, swobodnie puszczony, błąkał się tu i owdzie i nabawiał strachu pannę Mancini. Skorzystał tedy ze sposobności, podszedł do konia, pochwycił go za uzdę i, postępując pieszo pomiędzy dwoma rumakami, nie stracił ani jednego słowa z rozmowy dwojga młodych.
Panna Mancini pierwsza się odezwała:
— Najdroższy!... naujkochańszy!... więc mnie nie opuszczasz?...
— Nie... — odrzekł król — widzisz to sama przecież, Marjo.
— A jednak tyle mi nagadano, że, gdy tylko się rozłączymy, już nie pomyślisz o mnie.
— Droga Marjo, czyż to dziś dopiero zauważyłaś, iż jesteśmy otoczeni ludźmi, którym zależy na tem, aby nas okłamywać...
— Ależ ta podróż... to przymierze z Hiszpanią... Mają cię ożenić?
Ludwik pochylił głowę.
Równocześnie porucznik dostrzegł błyszczące, przelotne spojrzenie Marji.
— I nic nie uczyniłeś dla naszej miłości?... — zapytała Marja po krótkiej chwili milczenia.
— Czyż możesz w to uwierzyć?... Rzuciłem się na kolana przed matką moją, prosiłem, błagałem, powiedziałem, że tylko przy tobie mogę być szczęśliwy... posunąłem się nawet do groźby...
— No i co?... — zawołała żywo Marja.
— Królowa-matka napisała w tej chwili do Rzymu, i odpowiedziano jej, że małżeństwo nasze, zawarte wbrew jej woli, nie miałoby znaczenia i zostałoby unieważnione przez Ojca Świętego. Widząc nareszcie, że nie pozostaje nam już żadna nadzieja, prosiłem, aby odłożono małżeństwo moje z infantką.
— Co jednak nie przeszkadza, iż teraz właśnie jedziesz do niej.
— Cóż chcesz, na moje prośby, na me błagania, na łzy moje, odpowiedziano mi względami na dobro kraju.
— A więc?
— A więc... cóż miałem robić, skoro tyle sił jednoczy się przeciwko mnie jednemu.
Tym razem Marja spuściła głowę.
— Więc trzeba nam się nazawsze pożegnać!... — rzekła. — Wiesz przecie, iż mnie wypędzają, skazują na wygnanie, żywcem wtrącają mnie do grobu... wiesz, że gorzej nawet ze mną postępują, bo i mnie chcą wydać zamąż... tak jest... i mnie także!...
Ludwik pobladł i przycisnął rękę do serca.
— Gdyby to chodziło tylko o moje życie... o!... i ja byłam bardzo prześladowana... tak bardzo, iż byłabym ustąpiła... ale udawało mi się, że tu rozchodzi się o ciebie... walczyłam więc do ostatka, myśląc, że czynię to dla twojego dobra.
— O tak!... skarbie mój najdroższy!... — dziękował król grzecznie raczej, niż namiętnie.
— Kardynał byłby ustąpił, gdybyś był zwrócił się do niego, gdybyś nastawał koniecznie. Rozumiesz przecie... jakiżby to był zaszczyt dla niego, gdyby króla Francji mógł nazwać swym synowcem... Co onby dał za to... gotówby nawet prowadzić wojnę. Mając pewność, iż będzie mógł rządzić sam, pod podwójnym pretekstem, bo wychował króla i dał mu za żonę swą siostrzenicę, zwyciężyłby on wszystkich, zniósłby wszelkie przeszkody... O!... jestem tego najpewniejszą... Jestem kobietą, widzę jasno wszystko, co dotyczy miłości.
Słowa te wywarły na królu dziwne wrażenie. Zamiast ożywić go, zdawało się, iż, mroziły jego namiętność. Zwolnił kroku, milczał przez chwilę i wreszcie odezwał się szybko, jakby zdeterminowany:
— Ha!... cóż robić... próbowałem wszystkich środków...
— Prócz woli stanowczej... nieprawdaż?...
— Niestety — odparł król, rumieniąc się — czyż ja mam wolę?
— O!... — westchnęła Marja, którą boleśnie dotknęły te słowa.
— Król może mieć taką tylko wolę, jaką dyktuje mu polityka, jaką narzuca mu dobro państwa.
— To znaczy, Najjaśniejszy Panie, iż mnie nie kochasz... o!... nie tłomacz się... gdybyś mnie kochał, zdobyłbyś się na krok stanowczy.
Mówiąc te słowa, Marja podniosła wzrok na swego kochanka, i ujrzała twarz jego bladą, znękaną, jak twarz wygnańca, który na wieki żegna swój kraj rodzinny.
— Oskarżaj mnie — odrzekł król pocichu — lecz nie mów, iż cię nie kocham.
— Nie chcę nawet przypuścić — odezwała się panna Mancini, czyniąc ostatni wysiłek — iż jutro lub pojutrze nie ujrzę cię już więcej, że nie ujrzę cię nigdy. Nie mogę pomyśleć, że spędzać mam dni moje w smutku, zdala od Paryża, że wargi jakiegoś starca, jakiegoś nieznajomego dotykać będą ręki, którą trzymasz w twej dłoni... nie... nie... nie chce myśleć o tem wszystkiem, bo czuję, że serce pękłoby mi z rozpaczy.
Istotnie Marja Mancini zalała się łzami.
I król także otarł łzy chustką i stłumił łkanie, gwałtownie dobywające się z piersi.
— Widzisz — rzekła — powozy zatrzymały się, siostra czeka na mnie... już czas najwyższy... To, co postanowisz teraz, postanowisz na całe życie... O!... Najjaśniejszy Panie, czyż chcesz, Ludwiku, aby ta, do której tyle razy mówiłeś: „kocham cię“, należała do innego., nie do swego króla, do swego pana, do swego kochanka?... Odwagi!... Ludwiku, słowo!... przemów tylko jedno słowo!... Powiedz tylko „chcę“, a całe życie moje przykutem zostanie na zawsze do twego, całe serce moje należeć będzie do ciebie na zawsze.
Król nic nie odpowiedział.
— Żegnaj wiec — rzekła Marja — żegnaj mi, życie!... żegnaj miłości!... żegnaj mi niebo moje!...
I postąpiła krok, oddalając się. Król ją zatrzymał, pochwycił ją za rękę, przycisnął do ust, i jak gdyby rozpacz brała górę nad postanowieniem powziętem w myśli, z oczu jego pociekła na rękę Marji łza gorąca.
Panna Mancini zadrżała, jak gdyby istotnie łza ta ją sparzyła. Widziała wilgotne oczy króla, widziała czoło jego blade, wargi konwulsyjnie wykrzywione i zawołała głosom, którego żadne pióro nie byłoby w stanie opisać:
— O!... Najjaśniejszy Panie!... Tyś królem... płaczesz... a ja odjeżdżam!...
Król za całą odpowiedź ukrył twarz w chustce. Porucznik mruknął coś tak głośno, że nawet konie się przestraszyły.
Panna Mancini opuściła króla, wskoczyła szybko do karety i krzyknęła na woźnicę:
— Jedź!... jedź prędzej!...




ROZDZIAŁ XIV.
KRÓL I PORUCZNIK SKŁADAJĄ DOWODY PAMIĘCI.

Ludwik XIV-ty, jak wszyscy zakochani, wpatrywał się długo i uważnie, dopóki kareta, unosząca jego ukochaną, nie zniknęła mu z widnokręgu, wreszcie, uspokoiwszy nieco przyśpieszony bieg swych myśli i bicie serca, przypomniał sobie, że nie jest sam tutaj.
Porucznik trzymał konia za uzdę i ciągle cieszył się nadzieją, iż król zmieni swoje postanowienie.
— Jeszcze ma czas wsiąść na konia i popędzić za karetą... — myślał — nic nie straci na tem opóźnieniu.
Wyobraźnia porucznika, za bogata i za jaskrawa, wyprzedziła o wiele wyobraźnię monarchy, który nie chciał sobie pozwolić na podobny zbytek.
Poprzestał tylko na zbliżeniu się do porucznika i na słowach:
— No, już się skończyło!... jedźmy.
Porucznik przybrał tę samą minę powolną, smutną, co i monarcha. Powoli poprawił siodła, z westchnieniem podtrzymał strzemię monarsze i sam siadł na konia z wyrazem najgłębszego smutku na twarzy. Król ruszył pierwszy, porucznik podążył za nim.
Ludwik wjechał w ulicę, prowadzącą do zamku, i właśnie siódma biła na wieży zamkowej, gdy wchodził do swego pokoju.
W chwili właśnie, kiedy król wchodził do siebie, porucznik dojrzał, bo on wszystko dojrzeć musiał, jak w rogu okna kardynalskiego uniosła się na chwilę firanka.
Ludwik westchnął głęboko, jak człowiek, któremu zdjęto krepujące go więzy i rzekł do siebie półgłosem:
— Tymczasem chyba już skończone.
Po chwili przywołał pokojowca.
— Nie wpuszczać nikogo, aż za dwie godziny.
— Najjaśniejszy Panie — odrzekł pokojowiec — właśnie jest ktoś, co prosi o pozwolenie wejścia.
— Kto taki?...
— Porucznik muszkieterów.
— Ten, który mi towarzyszył?...
— Tak, Najjaśniejszy Panie!...
— A... on?... Niech wejdzie.
Porucznik wszedł.
Król dał znak ręką, pokojowiec ukłonił się i wyszedł.
Ludwik XIV-ty powiódł za nim wzrokiem, dopóki nie zniknął za drzwiami, a gdy już portjery zapadły, odwrócił się i rzekł do porucznika:
— Obecnością swoją przypominasz; mi pan, iż nie poleciłem ci zachowania najściślejszej tajemnicy o tem, co się dziś stało.
— O!... Najjaśniejszy Pan zbytecznie trudzi się podobnem przypomnieniem. Zaraz widać, że Wasza Królewska Mość mnie nie zna.
— Tak, to prawda — odparł król — wiem, że pan jesteś dyskretny, ale ponieważ nie żądałem tajemnicy...
Porucznik skłonił się głęboko.
— Czy Wasza Królewska Mość nie ma nic więcej do powiedzenia?... — zapytał.
— Nie, panie, możesz odejść.
— A czy mogę prosić Waszą Królewską Mość o łaskawe pozwolenie wypowiedzenia słów kilku.
— Cóż to takiego?... — proszę się wytłomaczyć.
— Najjaśniejszy Panie, rzecz bardzo małej wagi dla Waszej Królewskiej Mości, mnie jednak obchodząca do najwyższego stopnia. Dlatego też proszę Waszą Królewską Mość, o wybaczenie mi, iż śmiem trudzić cię, Najjaśniejszy Panie. Gdyby to nie była rzecz nagła, konieczna, nie ośmieliłbym się nigdy i zniknąłbym, niemy, mały, taki, jaki zawsze byłem.
— Co?... zniknął?... nie rozumiem cię, poruczniku.
— Krótko mówiąc, przychodzę prosić o zwolnienie mnie, Najjaśniejszy Panie!...
Król poruszył się gwałtownie, nie mogąc ukryć zdziwienia; porucznik stał, jak posąg kamienny.
— Zwolnienie?... ciebie?... A na jak długo, proszę?...
— Na zawsze, Najjaśniejszy panie.
— Co?... co?... Chcesz opuścić służbę, poruczniku?... — zawołał król z ruchem znaczącym więcej nieco niż zdziwienie.
— Niestety, Najjaśniejszy Panie.
— Niemożliwe!...
— Najjaśniejszy Panie... starzeję się, trzydzieści cztery, czy trzydzieści pięć lat noszę zbroję... moje biedne ramiona już się zmęczyły... Czuję, iż trzeba ustąpić miejsca młodszym. Nie z tego ja wieku jestem, Najjaśniejszy Panie... jedną nogą stoję w ubiegłym... dlatego też wszystko oczom moim wydaje się dziwne... wszystko sprawia mi zawrót głowy... Krótko i węzłowato, mam zaszczyt prosić Waszą Królewską Mość o zwolnienie mnie ze służby.
— Poruczniku... — odezwał się król, spoglądając na oficera, na którym mundur leżał tak zgrabnie, tak swobodnie, że mógłby mu tego pozazdrościć niejeden młodzik — jesteś zdrów, silny, silniejszy ode mnie nawet...
— O! — odrzekł porucznik z uśmiechem fałszywej skromności — Wasza Królewska Mość mówi mi to, ponieważ oko mam jeszcze dość wprawne, nogę dość pewną, ponieważ nieźle jakoś trzymam się na siodle, a i wąs mam jeszcze czarny... Ale, Najjaśniejszy Panie!... wszystko to marność nad marnościami... złudzenie... pozór... dym... Najjaśniejszy Panie. Wyglądam dość młodo, to prawda, ale w głębi jestem stary... a za jakie sześć miesięcy, jestem tego najpewniejszy, będę już złamany, bezsilny, do niczego... a więc, Najjaśniejszy Panie...
— Poruczniku — przerwał król — proszę przypomnieć sobie swe własne słowa, wczoraj wypowiedziane... mówiłeś mi tu, w tem miejscu, żeś jest najzdrowszym człowiekiem w całej Francji, że zmęczenie jest ci obcem, że najmniejszej różnicy nie robi ci spędzanie całych dni i nocy na służbie... Czyś mi to mówił, poruczniku?... proszę sobie przypomnieć.
Porucznik westchnął.
— Najjaśniejszy Panie, starość lubi przechwałki... proszę wybaczyć starcowi, gdy sam się chwali, kiedy nikt go już chwalić nie chce. Mówiłem... to prawda... faktem jednak jest, iż czuję się bardzo zmęczonym i proszę o dymisję.
— Panie — rzekł król, postępując majestatycznie ku oficerowi — nie podajesz mi przyczyny właściwej. Chcesz opuścić mą służbę, to prawda, lecz ukrywasz przede mną prawdziwy powód tego żądania.
— Najjaśniejszy Panie, proszę mi wierzyć...
— Wierzę temu, co widzę, poruczniku! Widzę przed sobą człowieka energicznego, silnego, bystrego, może nawet najlepszego żołnierza w całej Francji, a to wszystko w żaden sposób nie tłomaczy potrzeby spoczynku.
— A!... Najjaśniejszy Panie — odrzekł porucznik z goryczą — cóż za pochwały!... Wasza Królewska Mość zawstydza mnie, doprawdy!... Silny, dzielny, bystry, najlepszy żołnierz w armji... Ależ Wasza Królewska Mość przechwala tę trochę moich przymiotów... i to do tego stopnia, że jakkolwiek sam niezła o sobie mam opinię, a jednak gotów jestem się nie poznać... Gdybym był próżnym i uwierzył w połowę pochwał Waszej Królewskiej Mości, uważałbym się za człowieka nieocenionego, bez którego obejść się nie można... powiedziałbym sobie, że człowiek, łączący w sobie tyle przymiotów, to skarb chyba... Niestety, Najjaśniejszy Panie!... przez całe życie moje z wyjątkiem chwili obecnej, byłem zawsze oceniany, według mojego przynajmniej zdania, o wiele... wiele niżej, aniżeli istotnie wart jestem... Powtarzam jednak, że Wasza Królewska Mość przesadza.
Król zmarszczył brwi, czuł bowiem, że w słowach porucznika ukrywa się jakieś gorzkie szyderstwo.
— Poruczniku — rzekł — poruszmy sprawę otwarcie. Czy służba przy mnie nie podoba ci się może?.. proszę powiedzieć.. No... bez ogródek, śmiało, otwarcie... chce tego.
Porucznik, który od kilku chwil widocznie zakłopotany, miał w ręku swój pilśniowy kapelusz, podniósł głowę na te słowa.
— O!.. Najjaśniejszy Panie... otóż to mi się podoba!.. to mnie ośmiela przed Waszą Królewską Mością... Na pytanie tak otwarcie postawione i ja odpowiem otwarcie. Powiedzieć prawdę to dobra rzecz... człowiek ma przyjemność, że może ulżyć trochę sercu, a zresztą to się tak rzadko zdarza. Powiem więc prawdę mojemu panu, prosząc go zgóry, aby wybaczył otwartość staremu wojakowi.
Ludwik spoglądał na porucznika z zaniepokojeniem, objawiającem się żywością ruchów.
— A więc... — rzekł — proszę mówić... z niecierpliwością oczekuję owej prawdy, jaką mam usłyszeć.
Porucznik rzucił kapelusz swój na stół, a twarz jego, zawsze inteligentna i marsowa, przybrała teraz wyraz wielkości i powagi.
— Najjaśniejszy Panie — przemówił — porzucam służbę, gdyż jestem niezadowolony. Służący może zbliżyć się z uszanowaniem do swego pana, jak ja to czynię w tej chwili, zdać mu wydział swej pracy, zwrócić narzędzia, zdać rachunek z funduszów, jakie mu zostały powierzone i powiedzieć: „Panie, mój dzień się skończył, proszę mi zapłacić i pożegnajmy się!“
— Panie! Panie!... — zawołał król, czerwony z gniewu.
— O!.. Najjaśniejszy Panie — odrzekł porucznik, uginając na chwilę kolano — nigdy służący nie znajdował się wobec pana z większym szacunkiem, niż ja to czynię wobec Waszej Królewskiej Mości... Ale sam, Najjaśniejszy Panie, kazałeś mi mówić prawdę. Teraz, kiedym już zaczął, prawda cała musi być wypowiedzianą, choćby mi nawet Wasza Królewska Mość nakazał milczenie.
I umilkł na chwilę.
Na marsowej twarzy oficera widać było taką stanowczość, iż Ludwik XIV nie miał potrzeby nakazywać mu, aby mówił dalej. Król spoglądał nań tylko z wyrazem zaciekawienia i podziwu.
— Najjaśniejszy Panie!.. Oto trzydzieści pięć lat, jak to już mówiłem, dobiega od czasu, gdy wstąpiłem do służby królewskiej. Mało ludzi zużyło w służbie tej tyle szpad co ja... a dobre to były szpady, Najjaśniejszy Panie. Byłem dzieckiem... nic za mną jeszcze nie przemawiało, prócz odwagi a ojciec Waszej Królewskiej Mości odgadł we mnie mężczyznę. Byłem mężczyzną, Najjaśniejszy Panie, gdy kardynał de Richelieu, który znał się nad tem, odgadł we mnie nieprzyjaciela. Historja tej nieprzyjaźni, to historja lwa i mrówki... Można o niej dowiedzieć się, Najjaśniejszy Panie, z archiwów tajemnych rodziny królewskiej; jest ona tam zapisana od pierwszej chwili do ostatniej. Przez lat pięć byłym bezustannie bohaterem dnia... tak mi przynajmniej mówiły osoby znakomite i zasłużone... To dosyć długo, Najjaśniejszy Panie... pięć lat całych. A jednak wierzę tym, co to mówili, bo byli to ludzie, umiejący oceniać innych; nazywano ich panami: de Richelieu, de Buckingham, de Beaufort, de Retz... Nareszcie król Ludwik XIII, a nawet królowa, dostojna matka Waszej Królewskiej Mości, raczyła mi pewnego dnia powiedzieć „Dzięki!“ Już nawet nie przypominam sobie, jaką to usługę zdarzyło mi się wypełnić. Daruj mi, Najjaśniejszy Panie, że mówię tak śmiało... ale to, co opowiadam, jak to już miałem zaszczyt powiedzieć Waszej Królewskiej Mości, należy do historji.
Król przygryzł wargi i usiadł gwałtownie na fotelu.
— Naprzykrzam się Waszej Królewskiej Mości — rzekł porucznik Tak... tak... Taką jest zawsze prawda, Najjaśniejszy Panie!.. To cierpka towarzyszka... najeżona ostrzami... nieraz rani tego, co jej słucha, czasami też i tego, co ją wypowiada.
— Nie, panie — odparł król — prosiłem cię sam, poruczniku, byś mówił, mów więc dalej.
— Po służbie dla króla-nieboszczyka i kardynała, także nieboszczyka, przyszła służba dla regencji... I wówczas biłem się dobrze podczas frondy... ale już nie tak dobrze, jak za pierwszym razem... Ludzie coś zaczęli być mniejsi... Pomimo to kilkakrotnie dowodziłem muszkieterami Waszej Królewskiej Mości w okazjach niebezpiecznych, zapisanych w rozkazach dziennych. Piękny los był wówczas moim udziałem. Byłem ulubieńcem pana Mazariniego, „Poruczniku, tu! poruczniku tam! poruczniku, na prawo! poruczniku, na lewo! Gdzie tylko rozdawano kułaki, tam zawsze najpokorniejszy sługa Waszej Królewskiej Mości miał polecenie ich rozdawania. Wkrótce jednak panu kardynałowi zamało było mych usług we Francji... posłał mnie do Anglji... na rachunek Kromwella. Jeszcze jeden pan niezbyt czuły, zapewniam Waszą Królewską Mość. Miałem zaszczyt znać go i mogłem ocenić należycie. Obiecano mi dużo za spełnienie tego posłannictwa. A chociaż tam zrobiłem zupełnie co innego, niż mi polecono, zostałem jednak wspaniałomyślnie wynagrodzony, gdyż nareszcie zostałem mianowany kapitanem muszkieterów. Otrzymałem stopień najwyższy na dworze, skąd krok jeden do buławy marszałkowskiej. Stopień najbardziej ceniony i słusznie, bo, gdy ktoś jest kapitanem muszkieterów, tem samem jest kwiatem najpiękniejszym armji, królem najdzielniejszych!...
— Kapitanem?.. pan się mylisz prawdopodobnie... — odezwał się król — chciałeś zapewne powiedzieć: porucznikiem.
— Nie, Najjaśniejszy Panie... ja się nigdy nie mylę... niech Wasza Królewska Mość zda się pod tym względem na mnie... Pan Mazarini wydał mi dyplom na kapitana, dyplom z podpisem królowej-regentki.
— No i...
— I pan Mazarini... Wasza Królewska Mość wie o tem lepiej niż ktokolwiek inny... pan Mazarini bardzo rzadko coś daje, a często nawet to, co już dał, odbiera. Tak się i ze mną stało. Pan Mazarini odebrał mi ten dyplom, gdy zawarto pokój, i gdy mu już byłem zbyteczny. Być może, iż nie byłem godzien zastąpić pana Treville... świetnej pamięci... ale ostatecznie obiecano mi ów dyplom i dano mi go... nie należało więc odbierać rzeczy raz danej.
— Więc z tego jesteś niezadowolony, poruczniku?.. Dobrze, rozpatrzę tę sprawę... Twoja skarga, jakkolwiek złożona po wojskowemu, podoba mi się bardzo.
— O!.. Najjaśniejszy Panie!.. — rzekł oficer — Wasza Królewska Mość mnie nie rozumie!... Ja się na nic nie uskarżam.
— Zbytek delikatności, poruczniku... ja jednak dopilnuje tej sprawy... i później...
— Piękne słowo!... Najjaśniejszy Panie!... „później“! Lat trzydzieści słyszę je wypowiadane przez mnóstwo osób wielkich, znakomitych, a teraz znów pada z ust Waszej Królewskiej Mości!.. Później!.. Oto w jaki sposób otrzymałem dwadzieścia ran i dożyłem pięćdziesiątego czwartego roku, nie mając nigdy luidora w kieszeni, nie znalazłszy na mej drodze obrońcy, choć sam obroniłem tylu ludzi... Później!.. To też dziś zmieniam formułkę i gdy mi kto mówi: „później“, odpowiadam: „natychmiast“. Żądam spoczynku, Najjaśniejszy Panie... Tego można mi udzielić... bo to nikogo nic kosztować nie będzie.
— Nie spodziewałem się usłyszeć podobnej mowy, mój panie, a szczególnie od człowieka, co żył obok wielkich. Zapominasz pan. iż mówisz do króla, do szlachcica tak dobrego rodu, jak i pan, przypuszczam: gdy ja mówię „później“, to można mi wierzyć napewno.
— Nie wątpię o tem, Najjaśniejszy Panie... Lecz oto koniec tej strasznej prawdy, którą chciałem powiedzieć: gdybym ujrzał tu, na tym stole, buławę marszałkowską, szpadę konetabla, a chociażby nawet koronę jakiegokolwiek księstwa, zamiast „później“, przysięgam, Najjaśniejszy Panie, odpowiedziałbym jeszcze raz „natychmiast“!... O! proszę mi wybaczyć!... pochodzę z kraju, z którego pochodził dziad Waszej Królewskiej Mości, król Henryk IV-ty... mówię rzadko, lecz mówię wszystko, gdy raz mówić zacznę!...
— Jak widzę, panowanie moje nie nęci cię, poruczniku... — odezwał się Ludwik wyniośle.
— Zapomnienie!... zapomnienie!... wszędzie zapomnienie!... — zawołał oficer ze szlachetnem oburzeniem. — Pan zapomniał sługi swego, i otóż sługa zmuszony jest zapomnieć pana. Żyję w czasach, nieszczęśliwych, Najjaśniejszy Panie. Przed oczyma mam młodzież pełną zniechęcenia i obawy, widzę ją burzliwą, biedną, gdy powinna być bogatą i potężną. Wczoraj naprzykład, otwieram drzwi króla Francji przed królem Angiji, któremu ja, chudopachołek, omal nie ocaliłem ojca, gdyby Bóg nie wdał się w tę sprawę i nie natchnął wybrańca swego, Kromwela... Otwieram, mówię, drzwi, to jest pałac brata dla brata, i widzę... o! Najjaśniejszy Panie, serce ściska się na to wspomnienie... i widzę, jak minister owego króla wypędza wygnańca koronowanego i upakarza swojego władcę, skazując na cierpienia i nędzę monarchę... wydziedziczonego, lecz zawsze monarchę!... widzę nareszcie, jak pan mój, młody, piękny, dzielny, mający w sercu odwagę, a w oczach błyskawice, drży przed księdzem, śmiejącym się, szydzącym z niego za firankami alkowy, gdzie, leżąc w łóżku, przetrawia złoto całej Francji, jakie zagarnął do swoich skrzyń i kufrów. O!... rozumiem twoje spojrzenie, Najjaśniejszy Panie! śmiałość moja graniczy z szaleństwem... Cóż robić?... jam żołnierz stary i opowiadam królowi mojemu rzeczy, którebym wpakował napowrót w gardło temu, coby odważył się je wobec mnie opowiadać. Zresztą, Najjaśniejszy Panie, kazałeś mi otworzyć przed sobą serce, ja też, korzystając z tego pozwolenia, rozlewam u stóp Waszej Królewskiej Mości całą żółć, jaka się we mnie nagromadziła od lat trzydziestu, tak samo, jak gotów jestem przelać całą krew moją na rozkaz Waszej Królewskiej Mości!...
Ludwik XIV, nie mówiąc ani słowa, ocierał pot zimny, gęstemi kroplami występujący mu na czoło.
Chwila milczenia, jaka nastąpiła po tej gwałtownej przemowie, była wiekiem cierpień zarówno dla tego, co mówił, jak i dla tego, co słuchał.
— Panie — odezwał się król nareszcie — rzuciłeś słowo: „zapomnienie“. Z tego, co mówiłeś, to tylko jedno słowo słyszałem... i na nie chcę odpowiedzieć... Inni, być może... zapominali i zapominają łatwo... ja jednak nie zapominam nigdy! A oto dowód mej pamięci: był dzień rozruchu, dzień, w którym lud rozwścieczony, rozszalały, wyjący jak wzburzone morze, opanował Pałac Królewski... W dniu tym udawałem, iż śpię w łóżku, a jeden jedyny człowiek, ze szpadą obnażoną, kryjąc się u wezgłowia, strzegł mego życia... gotów w każdej chwili narazić swoje, aby tylko moje ocalić, tak je narażał już ze dwadzieścia razy dla dobra mej rodziny. Szlachcie ów, którego wówczas zapytałem o nazwisko, nazywał się d‘Artagnan. Nieprawdaż, panie?...
— Wasza Królewska Mość dobrą ma pamięć — odparł chłodno porucznik.
— A więc, jeżeli tak dobrze pamiętam chwile z moich lat dziecięcych, niemniej też pamiętać będę, co zaszło za lat dojrzałych.
— Nie wątpię, Najjaśniejszy Panie... Bóg hojnie obdarzył cię przymiotami — odrzekł porucznik tym samym tonem.
— Panie d‘Artagnan... czyż więc nie będziesz przynajmniej tak cierpliwym, jak ja... czy nie możesz tego robić, co ja robię?...
— A co Wasza Królewska Mość robi?...
— Czekam!...
— Wasza Królewska Mość może czekać; bo jest młodym... lecz ja, Najjaśniejszy Panie, ja nie mam na to czasu... Starość zagląda już przez uchylone drzwi, a śmierć za nią... i wkrótce wcisną się obie do mego domu. Wasza Królewska Mość rozpoczyna dopiero życie, pełne nadziei... śmiało oczekiwać może dni szczęśliwych, lecz ja, Najjaśniejszy Panie, stoję na drugim krańcu widnokręgu i tak wielka przestrzeń nas od siebie rozdziela, że nigdy nie miałbym czasu doczekać się chwili, w którejby Wasza Królewska Mość doszedł aż do mnie.
Król przeszedł kilka razy po pokoju, ocierając wciąż czoło, zroszone potem, któryby przestraszył lekarzy, gdyby lekarze mogli widzieć monarchę w podobnym stanie.
— Dobrze, panie!... — odezwał się wreszcie krótko. — Żądasz zwolnienia... podajesz się do dymisji ze stopnia porucznika muszkieterów.
— Składam ją najpokorniej u stóp Waszej Królewskiej Mości.
— Dosyć. Każe zaraz wypłacić panu pensję...
— Wielce będę za to obowiązany Waszej Królewskiej Mości.
— Jeszcze słowo, panie — dodał król, zdobywając się na gwałtowny wysiłek — sądzę, że tracisz dobrego pana.
— Jestem tego najpewniejszy, Najjaśniejszy Panie.
— I masz nadzieje znaleźć podobnego?...
— O!... Najjaśniejszy Panie!... wiem, że jesteś jedynym w świecie, dlatego też nie przyjmę służby u żadnego z królów ziemskich... od tej chwili sam sobie będę panem.
— Stanowczo?...
— Przysięgam to Waszej Królewskiej Mości!...
— A ja przyjmuje te przysięgę.
D‘Artagnan skłonił się w milczeniu.
— A wiesz, poruczniku, że dobrą mam pamięć — dodał Ludwik XIV-ty.
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie... A jednak chciałbym, aby pamięć ta zawiodła w tej chwili Waszą Królewską Mość... Chciałbym, abyś, Najjaśniejszy Panie, zapomniał o tym nędznym obrazie, jaki musiałem roztoczyć przed oczyma mojego monarchy. Zresztą, mam nadzieję, iż życzenie moje spełni się. Wasza Królewska Mość za wysoko znajduje się ponad maluczkimi i ubogimi.
— Moja królewska mość, panie, będzie jako słońce, co widzi wszystkich, bogatych i nędzarzy, udzielając blasku jednym, a ciepła drugim, wszystkim zaś razem: życia!... Bądź zdrów, panie d‘Artagnan, bądź zdrów!... Jesteś wolny!...
I król, tłumiąc gwałtowne łkanie, duszące go za gardło, wyszedł szybko do sąsiedniego pokoju.
D‘Artagnan wziął kapelusz ze stołu, gdzie go był rzucił, i wyszedł.




ROZDZIAŁ XV.
WYGNANIE.

D‘Artagnan nie zdążył jeszcze zejść ze schodów, gdy król przywołał dworzanina, będącego na służbie.
— Mam panu coś polecić...
— Jestem na rozkazy Waszej Królewskiej Mości.
— Zaczekaj pan!
I król zasiadł do napisania listu, który kosztował go niejedno westchnienie, chociaż równocześnie wzrok monarchy błyszczał uczuciem zwycięstwa.
List zawierał następujące słowa:

Panie Kardynale!..

Dzięki twym dobrym radom, a przedewszystkiem dzięki twej stanowczości, zdołałem zwyciężyć i ujarzmić słabość, niegodną króla. Zanadto zręcznie kierowałeś mym losem, abym, wywdzięczając ci się, w ostatniej chwili miał zniszczyć całe twoje dzieło. Zrozumiałem nareszcie, iż niesłusznie chciałem zboczyć z drogi, jaką mi nakreśliłeś. Zboczenie to mogłoby ściągnąć nieszczęścia na Francję i na moją rodzinę, gdyby jakiekolwiek nieporozumienie miało wybuchnąć pomiędzy mną a moim ministrem.
A stałoby się to z pewnością, gdybym był pojął za żonę twoją siostrzenicę. Rozumiem to doskonale i odtąd nie uchylam się od spełnienia projektów, przez ciebie, panie kardynale, rozpoczętych. Jestem więc gotów poślubić infantkę Marję-Teresę. Od tej chwili możesz, panie kardynale, rozpocząć stosowne rokowania.

Najżyczliwszy
Ludwik“.

Król odczytał list ten raz jeszcze, poczem własnoręcznie go zapieczętował.
— Proszę to doręczyć panu kardynałowi.
Dworzanin odszedł.
W bramie, prowadzącej do pokojów Mazariniego, spotkał Bernouina, z niepokojem oczekującego już wiadomości od króla.
— No i cóż?... — zapytał pokojowiec ministra.
— Oto list do Jego Eminencji — odrzekł dworzanin.
— List?... he, he... spodziewaliśmy się tego po dzisiejszej rannej wycieczce...
— Jakto?... wiedziano więc, że Jego Królewska Mość...
— Ba!.. obowiązkiem pierwszego ministra jest wiedzieć o wszystkiem... Jego Królewska Mość błaga nas pewno...
— Nie wiem, ale to wiem, że wzdychał, pisząc ten list.
— Tak, tak, wiadomo, co to znaczy... wzdycha się zarówno ze szczęścia, jak i ze zmartwienia.
— A jednak król nie miał wcale miny uszczęśliwionego, gdy powracał.
— Boś pan musiał źle patrzeć. Zresztą widziałeś króla dopiero za powrotem, gdyż Jego Królewska Mość wyjechał tylko w towarzystwie oficera muszkieterów. Ale ja miałem w ręku teleskop Jego Eminencji i przyglądałem się, gdy pan kardynał się zmęczył. Wiem napewno, że oboje płakali!..
— Czy także ze zbytku szczęścia?..
— Nie, ale z miłości, i przysięgali sobie po tysiąc razy. Król przysięgi dotrzyma... Ten list to jego pierwszy krok.
— A cóż Jego Eminencja myśli o tej miłości, która zresztą dla nikogo nie jest tajemnicą?
Bernouin ujął pod ramię dworzanina króla Ludwika i, wchodząc na schody:
— Mówiąc między nami — odrzekł półgłosem — Jego Eminencja ma nadzieje, iż sprawa cała zakończy się doskonale. Wiem dobrze, że będziemy mieli wojnę z Hiszpanją... ale ba!.. wojna zadowoli szlachtę; pan kardynał wyposaży zresztą siostrzenicę swą po królewsku, a może nawet bardziej niż po królewsku... Pieniędzy nam nie zabraknie; potem uroczystości, święta... o! wszyscy będą zadowoleni.
— A mnie się zdaje... — rzekł dworzanin, wstrząsając głową — że ten list jest coś za lekki, za krótki, aby mógł zawierać to wszystko.
— Mój przyjacielu — mówił Bernouin — już my wiemy, co mówimy... Zresztą pan d‘Artagnan przed chwilą wszystko mi opowiedział.
— No?.. cóż takiego?..
— Naumyślnie go zatrzymałem, aby wypytać, co tam słychać z kardynałem... naturalnie nie zdradzając naszych zamiarów i projektów... a pan d‘Artagnan ma węch dobry!
— I cóż powiedział pan d‘Artagnan?
— „Mój kochany panie Bernouin — odpowiedział — król zakochany jest w pannie Mancini do szaleństwa! Oto wszystko, co ci mogę powiedzieć“. — „E?.. zapytałem... czyżby aż do tego stopnia, że byłby zdolny oprzeć się zamiarom Jego Eminencji?..“ — „O!.. nie pytaj pan nic więcej... Mnie się zdaje, że Jego Królewska Mość zdolny jest do wszystkiego. Jeżeli sobie nabił głowę myślą, że musi zaślubić pannę Mancini, to ją zaślubi niezawodnie. To żelazna głowa!... co zechce to zrobi!..“ — I z temi słowami pożegnał mnie, poszedł do stajni, osiodłał sobie konia i popędził gdzieś, jakby go djabli nieśli.
— I zdaje się panu...
— Zdaje mi się, że pan d‘Artagnan wie więcej, niż chciał powiedzieć.
— Podług pańskiego zdania zatem, pan d‘Artagnan...
— Pędzi, według wszelkiego prawdopodobieństwa, za wygnanemi, aby porobić wszelkie kroki, potrzebne do uwieńczenia miłości królewskiej powodzeniem.
Rozmawiając w ten sposób, przybyli obaj do drzwi gabinetu Jego Eminencji.
Panu kardynałowi nie dokuczała jakoś podagra; chodził niespokojnie po pokoju, co chwilę podsłuchując przy drzwiach, lub zaglądając do okien.
Bernouin wszedł, a za nim dworzanin z listem, jaki miał oddać do własnych rąk Jego Eminencji.
Mazarini odebrał pismo, lecz, przed rozpieczętowaniem, przybrał na twarz uśmiech okolicznościowy, niezmiernie wygodny do ukrycia wszelkich wzruszeń. W ten sposób nie było można odgadnąć wrażenia, jakie na nim zrobił list królewski.
— Doskonale!... doskonale!... — odezwał się wreszcie, przeczytawszy dwukrotnie od początku do końca. — Doskonale!.. Panie — dodał do dworzanina — powiedz królowi, iż najwdzięczniejszy mu jestem, za jego posłuszeństwo dla życzeń królowej-matki, i że natychmiast spełnię jego wolę.
Dworzanin wyszedł z tą odpowiedzią.
Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, kardynał, który, wobec Bernouina nie zwykł nosić maski, pozbył się uśmiechu, który przez tak długi czas musiał utrzymywać i ponurym głosem rzekł do pokojowca:
— Proszę przywołać pana Brienne.
Sekretarz powrócił po pięciu minutach.
— Panie — odezwał się Mazarini — oddałem w tej chwili jednę a największych przysług monarchji. Zaniesiesz ten list, który właśnie jest dowodem owej przysługi, do królowej-matki, a gdy ci go zwróci, schowasz go do kartonu B, pełnego dokumentów i spraw, dotyczących mych usług.
Brienne odszedł, a ponieważ list był odpieczętowany, nie omieszkał go przeczytać. Ma się rozumieć, że Bernouin, żyjący w przyjaźni ze wszystkimi, a przytem bardzo ciekawy, pośpieszył za sekretarzem i, ująwszy go pod ramię, również zajrzał do listu.
Wkrótce nowina rozeszła się po zamku z taką szybkością, że Mazarini przeląkł się na chwilę, iż dojdzie ona do uszu Jej Królewskiej Mości, zanim list zostanie jej doręczony. W chwilę potem wydano rozkazy do odjazdu, a książę Kondeusz, przyszedłszy do króla Ludwika powitać go przy wstawaniu, oznajmił, iż najbliższem miejscem odpoczynku w dalszej podróży będzie miasto Poitiers.
W ten sposób rozwiązana została intryga, zajmująca przez długi czas wszystkich dyplomatów Europy. Ostatecznym jej wynikiem, widocznym i dotykalnym, była utrata stopnia i pensji, odebranych biednemu porucznikowi muszkieterów.
Karol II, po wyjściu z zamku, podążył do oberży, gdzie oczekiwał nań wierny Parry. Zmęczony, zrozpaczony rzucił się na łoże, aby we śnie znaleźć chwilę wytchnienia.
O świcie zerwał się, kazał Parry‘emu załatwić rachunki z Cropolem, dosiadł konia, aby opuścić miasto, w którem spotkało go jedno jeszcze upokorzenie, miasto, gdzie stracił ostatnią nadzieję.




ROZDZIAŁ XVI.
REMEMBER.

W pół godziny później wyminął naszych podróżnych jakiś jeździec, pędzący galopem drogą do Blois, i pomimo, że spieszno mu było widocznie, nie omieszkał pozdrowić ich uchyleniem kapelusza. Król Karol nie zwrócił prawie uwagi na owego młodego jeźdźca, ten bowiem, co ich wyminął, był młodzieńcem dwudziesto-cztero lub piecio-letnim.
Odwrócił on się kilkakrotnie i dawał przyjacielskie znaki starcowi, stojącemu przy bramie pięknego domu, białego i czerwonego, zbudowanego z cegły i kamieni, pokrytego łupkowym dachem, a stojącego po prawej stronie drogi, którą jechali podróżni.
Człowiek ów, starzec wysoki, chudy, z białemi włosami — mówimy o tym, który stał przy bramie — odpowiadał również znakami pożegnania, a tak czułemi, tak pełnemi przywiązania, iż możnaby posądzić, że to ojciec żegna się z synem.
Młody jeździec zniknął na pierwszym zakręcie drogi, gęsto wysadzanej drzewami, a starzec już miał wejść do domu, gdy uwagę jego zwrócili dwaj podróżni, zbliżający się po drodze. Król Karol, bardzo przygnębiony, jechał spuściwszy głowę, zdając się na chód, a nawet na kaprysy konia. Parry, chcąc nacieszyć się ciepłemi promieniami słońca, zrzucił kapelusz i rozglądał się po drodze na prawo i na lewo.
Naraz wzrok jego spotkał się ze wzrokiem starca, opartego o bramę, który, jak gdyby uderzony jakimś niezwykłym widokiem, wydał okrzyk i postąpił kilka kroków ku podróżnym.
Z twarzy Parryego spojrzenie starca przeniosło się zaraz na twarz monarchy i zatrzymało się na niej przez chwilę.
Zaledwie poznał młodszego z podróżnych — mówimy, poznał, — gdyż tylko poznanie mogłoby wytłomaczyć jego znalezienie się — zaledwie go więc poznał, złożył ręce z wyrazem najwyższego podziwu, a następnie, zdjąwszy kapelusz, skłonił się z szacunkiem tak nisko, iż możnaby powiedzieć, że przyklęknął na jedno kolano.
Podobny objaw szacunku zwrócił uwagę Karola, jakkolwiek był zamyślony, a raczej głęboko zadumany.
Król Anglji zatrzymał konia i, odwróciwszy się do Parryego, zapytał:
— Mój Boże... Parry... co to za człowiek tak mnie pozdrawia?... Czyżby mnie znał przypadkiem?...
Parry, wzruszony, blady, już pomknął ku bramie.
— Najjaśniejszy Panie — odrzekł, zatrzymując się o pięć czy sześć kroków od klęczącego wciąż starca.. — Najjaśniejszy Panie!... widzisz moje zdziwienie, zdaje mi się bowiem, iż poznaję tego dzielnego człowieka.... Ależ tak! nie mylę się... to on!... Czy Wasza Królewska Mość pozwoli mi, bym do niego przemówił?...
— Naturalnie.
— Czy to ty?... panie Grimaud?... — zapytał Parry.
— Tak, to ja — odrzekł starzec, prostując się, lecz nie tracąc postawy pełnej szacunku.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł wtedy Parry — ten człowiek jest służącym hrabiego de La Fere, a hrabia de La Fere, jest, jeżeli sobie Wasza Królewska Mość przypomina, owym szlachcicem, o którym mówiłem tak często, a którego nazwisko nieraz zapewne dźwięczy w głowie i sercu Waszej Królewskiej Mości.
— To ten, co był obecny przy śmierci mego ojca?... — zapytał Karol.
Król Anglji zadrżał widocznie na to smutne wspomnienie.
— Ten sam, Najjaśniejszy Panie.
— Niestety!... — rzekł Karol.
Potem, zwracając się do Grimauda, którego oczy żywe i inteligentne starały się odgadnąć myśl królewską, zapytał:
— Mój przyjacielu, czy twój pan, hrabia de La Fere, mieszka w tych okolicach?
— Tam — odrzekł Grimaud, wskazując ręką wyciągniętą na dom za bramą....
— A czy pan hrabia jest w tej chwili w domu?...
— W głębi pod kasztanami.
— Parry — rzekł król — nie mogę zaniedbać sposobności, tak dla mnie przyjemnej, i nie podziękować temu szlachcicowi za poświęcenie i wspaniałomyślność, jaką okazał względem mej rodziny. Potrzymaj mi konia, mój przyjacielu!...
I, rzuciwszy cugle do rąk Grimauda, wszedł sam do Athosa, jak równy do równego.
Karol, objaśniony zwięzłą odpowiedzią: „w głębi pod kasztanami“, wyminął dom na lewo i udał się na prawo w wskazaną aleję. Nietrudno mu było zresztą trafić; zdaleka już widniał szczyt drzewa, przewyższającego inne, a okrytego wcześnie rozwiniętem liściem i kwieciem.
Na odgłos jego kroków, hrabia de La Fere odwrócił głowę i, widząc nieznajomego o postawie pięknej i szlachetnej, zbliżającego się ku niemu, zdjął kapelusz z głowy i czekał. O kilka kroków Karol również zdjął kapelusz, poczem, jak gdyby odpowiadając na nieme zapytanie hrabiego, rzekł:
— Panie hrabio, przychodzę spełnić obowiązek mój względem pana. Oddawna już winien jestem złożyć ci wyrazy najgłębszej wdzięczności. Jestem Karol Stuart, syn Karola I-go, który panował nad Anglją i zginął na szafocie.
Na dźwięk tego dostojnego imienia, Athos poczuł jak dreszcz przebiegł mu po żyłach a widok, jak młody monarcha stał przed nim z odkrytą głową i dłoń swą doń wyciągał, wycisnął mu dwie łzy, co na chwilę zmąciły pogodny lazur jego oczu i szybko stoczyły się po policzkach.
Opuścił głowę i skłonił się z szacunkiem.
Młody król ujął go za rękę i rzekł:
— Widzisz jak jestem nieszczęśliwy, panie hrabio... potrzeba było dopiero przypadku, abym mógł zbliżyć się do ciebie!... Niestety... czyż nie powinienem mieć koło siebie ludzi, których kocham i czczę, gdy tymczasem ograniczyć się muszę jedynie na zachowaniu imion oraz ich przysług w sercu mem i pamięci. I oto tak dalece, że gdyby służący twój nie poznał mojego, przejechałbym koło domu tego jak obcy, jak nieznajomy.
— To prawda — odpowiedział Athos głosem na pierwszą część zdania, wypowiedzianego przez Karola, a ukłonem na drugą. — To prawda!.. Wasza Królewska Mość przebył bardzo ciężkie czasy...
— A cięższe może jeszcze niestety... — odparł król — czekają mnie w przyszłości.
— Najjaśniejszy Panie!.. miejmy nadzieję...
— Hrabio!.. Hrabio!.. — mówił dalej Karol, wstrząsając głowa — miałem nadzieję aż do wczorajszego wieczora... a była to nadzieja, jak na dobrego chrześcijanina przystało... przysięgam...
Athos patrzył na króla Anglji, jakby chciał go zapytać o znaczenie tych słów.
— O!.. rzecz łatwa do opowiedzenia — rzekł Karol — wygnany, wydziedziczony, wzgardzony, postanowiłem pomimo wszelkich zawodów jeszcze raz popróbować szczęścia... Czyż nie jest zapisane tam na górze, że dla rodziny naszej wszystkie szczęścia i nieszczęścia pochodzić będą z Francji?.. Wiesz o tem cokolwiek, hrabio, ty, co jesteś jednym z francuzów, których ojciec mój nieszczęśliwy znalazł u stóp szafotu w dniu śmierci, spotkawszy ich pierwej obok siebie w dniu walki.
— Najjaśniejszy Panie — odrzekł Athos skromnie — nie byłem sam, a towarzysze moi i ja spełniliśmy tylko przy tej sposobności obowiązek, jaki szlachcie spełnić najeżało... oto wszystko... Lecz Wasza Królewska Mość raczył mi wspomnieć...
— To prawda... miałem... protekcję... wybacz mi to wahanie, hrabio, lecz ty, co wszystko rozumiesz, zrozumiesz i to, jak ciężko przychodzi Stuartowi wymówić to słowo. Miałem powiadam protekcję kuzyna mojego, stadhoudera Holandji... lecz bez wtrącenia się Francji, albo co najmniej bez upoważnienia z jej strony, stadhouder nie chce zacząć pierwszy... Przybyłem więc prosić o owo upoważnienie króla Francji. Odmówiono mi.
— Król odmówił, Najjaśniejszy Panie?..
— O!.. nie on, trzeba oddać tę sprawiedliwość mojemu bratu Ludwikowi... Odmówił mi pan Mazarini.
Athos przygryzł wargi.
— Powiesz mi może, iż powinienem był spodziewać się tej odmowy?.. — zapytał Karol, widząc ten ruch Athosa.
— Istotnie to miałem na myśli — odrzekł z szacunkiem hrabia. — Znam tego włocha na wylot.
— Postanowiłem tedy doprowadzić rzeczy do ostatka i dowiedzieć się o ostatniem słowie mego przeznaczenia. Powiedziałem bratu memu Ludwikowi, iż, aby nie kompromitować Francji lub Holandji, sam osobiście jeszcze popróbuję szczęścia, jak już próbowałem, na czele dwustu szlachty, gdyby mi ich użyczył, lub za pomocą miljona, gdyby mi go pożyczył...
— I...
— I uczuwam w tej chwili, hrabio, coś dziwnego... jest to zadowolenie rozpaczy. Niektóre dusze, a widzę, że i moja do ich liczby należy, odczuwają pewnego rodzaju prawdziwe zadowolenie, gdy mają już pewność, że wszystko stracone, że nadeszła godzina zupełnego upadku!..
— O!.. mam nadzieję — rzekł Athos — iż Wasza Królewska Mość nie doszedł jeszcze do tej ostateczności.
— Jeżeli tak mówisz, panie hrabio, jeżeli próbujesz w mem sercu obudzić choćby iskrę nadziei, to widocznie nie zrozumiałeś tego, com ci powiedział. Przybyłem do Blois, chcąc wyżebrać u brata mojego Ludwika XIV-go ów miljon, za pomocą którego miałem nadzieję odzyskać tron mój i koronę... mój brat Ludwik odmówił mi. Widzisz więc, że wszystko stracone.
— Czy Wasza Królewska Mość pozwoli mi odpowiedzieć przeciwnem zdaniem?..
— Jakto, hrabio, sądzisz chyba, że jestem tak ograniczony, iż nie umiem sobie zdać sprawy z położenia.
— Najjaśniejszy Panie, daleki jestem od podobnej myśli, lecz widziałem nieraz a nawet prawie zawsze, jak z położenia prawdziwie rozpaczliwego wytryskało nagle wielkie szczęście.
— Dziękuje ci, hrabio!.. Dobrze to jest odnaleźć serce podobne do twego, ufające w pomoc Bożą i nierozpaczające nigdy nad dolą królewską, choćby ona nawet była zupełnie już upadła. Niestety, słowa twoje, kochany hrabio, są zupełnie jak owe lekarstwa, uważane za cudowne, co choć są w stanie uzdrowić bolesna ranę, lecz śmierci się jednak oprzeć nie potrafią. Dziękuję ci za pociechę, jaką pragniesz wlać w serce, dziękuję za życzliwość... lecz wiem, co mam sądzić o sobie samym. Dziś już mnie nic nie zbawi. Jestem tak dalece o tem przekonany, że w drogę na wygnanie wybrałem się ze starym Parrym... Jedziemy rozkoszować się ciągłemi a dotkliwemi przykrościami i nieustannym bólem w maleńkim klasztorze, jaki ofiarowano mi na pobyt w Holandji. Tam, wierz mi, hrabio, tam wszystko wkrótce się skończy, śmierć szybko nadejdzie... przybędzie ona na wezwanie ciała, toczącego duszę, i na wezwanie duszy, wzdychającej ku niebu.
— Wasza Królewska Mość ma przecież matkę, siostrę, braci... Wasza Królewska Mość jest głową rodziny... Należy więc prosić Boga o życie jak najdłuższe, a nie o śmierć szybką. Wasza Królewska Mość jest zbiegiem, jest wygnańcem, lecz ma jednak słuszne prawa... Stawać w obronie tych praw, walczyć, śmiało stawiać czoło niebezpieczeństwom... oto obowiązek Waszej Królewskiej Mości... nie zaś wzdychać o jak najprędszy spoczynek w niebie.
— Hrabio — rzekł Karol z wyrazem smutku nie do opisania — czyś słyszał kiedy, aby król odzyskał swe królestwo przy pomocy sługi, starego jak Parry, i z trzydziestu dukatami, jakie sługa ów ma przy sobie?
— Nie, Najjaśniejszy Panie, czegoś podobnego, co prawda nie słyszałem, lecz za to słyszałem i to nieraz, że król wydziedziczony odzyskiwał tron swój przy woli silnej, wytrwałości, z pomocą przyjaciół i miljona, dobrze użytego.
— Widocznie, hrabio, nie chcesz mnie zrozumieć!... Ależ właśnie o ów miljon prosiłem Ludwika XIV-go a on odmówił mej prośbie!..
— Najjaśniejszy Panie, — rzekł Athos. — Czy Wasza Królewska Mość poświęci mi kilka minut i posłucha tego, co mam do powiedzenia?
Karol wpatrzył się w Athosa.
— Chętnie, hrabio... słucham!..
— W takim razie wskażę drogę Waszej Królewskiej Mości — rzekł Athos, zwracając się ku swemu domowi.
I zaprowadził Karola II-go do swego gabinetu.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł — Wasza Królewska Mość wspomniał przed chwilą, że przy obecnym stanie rzeczy w Anglji miljon wystarczy na odzyskanie tronu.
— Za tę sumę możnaby przynajmniej spróbować coś podobnego, a w razie nieudania się umrzeć po królewsku.
— A więc, Najjaśniejszy Panie, proszę o łaskawe wysłuchanie tego, co powiem.
Karol dał znak przyzwolenia skinieniem głowy.
Athos podszedł do drzwi, zobaczył, czy nikogo niema w drugim pokoju, następnie zamknął je na zasuwkę.
— Wasza Królewska Mość raczył wspomnieć, że byłem w pobliżu szlachetnego, lecz nieszczęśliwego Karola I-go w chwili, gdy kat prowadził go z Saint-James do White-Hall.
— Tego nigdy nie zapomnę.
— Smutna to historja, Najjaśniejszy Panie, dla uszu synowskich, które ją zresztą nieraz słyszały. Raz jeszcze musisz jej wysłuchać, Najjaśniejszy Panie, a to z powodu szczegółów, dotąd ci nieznanych.
— Mów, hrabio, proszę.
— Gdy król, ojciec Waszej Królewskiej Mości, wstąpił na rusztowanie, a właściwie przeszedł z izby na szafot, wzniesiony tuż pod jego oknem, wszystko było przygotowane do jego ucieczki. Kat został usunięty, w podłodze pokoju, w którym król spędził ostatnie chwile, przygotowany już był odpowiedni otwór. Ja sam byłem pod tem strasznem sklepieniem, trzeszczącem nad moją głową.
— Wszystkie te straszne szczegóły już mi Parry opowiadał.
Athos skłonił się i dodał:
— Nie mógł jednak opowiedzieć tego, co zaszło miedzy Bogiem, a ojcem Waszej Królewskiej Mości, i mną, gdyż ja sam nigdy o tem nie wspominałem nawet najbliższym moim przyjaciołom. „Oddal się — rzekł dostojny skazaniec do swego kata, osłoniętego maską — tylko na chwilę... wiesz przecie, że i tak głowa moja do ciebie należy... Pamiętaj jednak nie uderzać wcześniej, aż dam ci znak. Chce tymczasem się swobodnie pomodlić“.
Przepraszam cię, hrabio — rzekł Karol II-gi blednąc — lecz znając wszelkie szczegóły tego strasznego, krwawego wypadku, szczegóły, których nie wyjawiłeś, jak sam powiadasz nikomu, czy wiesz, jak się nazywał ten kat piekielny, ten nędznik, co ukrył swą twarz, aby bezkarnie zabić króla.
Athos pobladł nieznacznie.
— Jego nazwisko?.. — rzekł — tak jest... znam je, lecz nie mogę wyjawić.
— Co się z nim stało, nikt bowiem w Anglji nie wie o jego losie?
— Umarł!..
— Lecz nie umarł na łożu?... nie umarł przecież śmiercią spokojną, słodką, śmiercią ludzi uczciwych?...
— Umarł śmiercią gwałtowną, podczas nocy strasznej, burzliwej, wśród objawów najstraszniejszego gniewu Boga i ludzi!... Ciało jego, przeszyte sztyletem, pochłonęły fale oceanu... Niechaj Bóg wybaczy jego zabójcy.
— Pomińmy to — przerwał Karol, widząc, że hrabia nie chce więcej rozmawiać o tym przedmiocie.
— Król Anglji, przemówiwszy w sposób, jak to już wspomniałem do zamaskowanego kata, dodał: „uderzysz, rozumiesz mnie?... uderzysz, gdy wyciągnę ręce i powiem słowo: REMEMBER“.
— Istotnie... — odrzekł Karol — wiem, że to było ostatnie słowo, wymówione przez mego ojca. Do dziś dnia jednak nie wiem, dlaczego wymówił to słowo, do kogo je zwrócił?
— Do szlachcica francuskiego, znajdującego się wówczas pod szafotem.
— A więc do ciebie, panie hrabio!...
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie, a każde słowo, jakie wówczas usłyszałem przez deski, nakryte czarnem suknem, dźwięczy dotychczas w moich uszach. Król, przyklęknąwszy na jedno kolano, zapytał: „Czy jesteś tam, hrabio de la Fere?...“ — „Jestem, Najjaśniejszy Panie“ — odpowiedziałem. Wówczas król pochylił się ku podłodze.
I Karol również nachylił się, chcąc usłyszeć każde słowo, każdy wyraz, wypowiedziany przez ojca swego w ostatniej chwili życia. Głowa jego dotykała głowy Athosa.
— Król pochylił się ku podłodze, jak gdyby się modlił. „Hrabio de La Fere — rzekł — nie mogłem być uratowany, pomimo twych zabiegów... widocznie nie zasłużyłem na to... Teraz jednak, choćbym miał popełnić świętokradztwo, chcę ci coś powiedzieć... Tak... rozmawiałem już z ludźmi... rozmawiałem już z Bogiem... do ciebie zwracam ostatnie me słowa... Dla podtrzymania sprawy, według mojego pojęcia, świętej, straciłem tron ojców i naraziłem na utratę spadku dzieci moje“.
Karol II-go ukrył twarz w dłoniach, a kilka łez pociekło pomiędzy palce białej, wychudłej ręki.
— „Mam jeszcze miljon w złocie — mówił król dalej. — Miljon ten zakopałem w piwnicy zamku Newcastle, w chwili, gdym opuszczał to miasto“.
Karol podniósł głowę z wyrazem bolesnej radości, która zmusiłaby każdego, znającego dzieje tych strasznych nieszczęść do płaczu.
— Miljon?... — szepnął król Karol.
— „Ty jeden wiesz, gdzie są te pieniądze... Zrób z nich użytek wówczas, gdy zobaczysz, że są koniecznie potrzebne dla mego ukochanego najstarszego syna... A teraz, hrabio de La Fere, pożegnaj mnie!...“ — „Żegnaj!... Żegnaj mi, Najjaśniejszy Panie!...“ — zawołałem.
— Wtenczas to król wymówił słowo:

„REMEMBER“

zwrócone do mnie. Widzisz, Najjaśniejszy Panie, jak dobrze pamiętam ostatnie jego słowa.
Król nie mógł oprzeć się wzruszeniu. Athos widział, jak ramiona jego poruszały się konwulsyjnie. Siła woli tłumił gwałtowne łkanie, wydobywające się z piersi.
Athos umilkł, bo i jego dusiły te wspomnienia gorzkie, których z przykrością dotknąć musiał w obecności Karola II-go.
Król, zdobywszy się na wysiłek, odszedł od okna, połknął łzy, gwałtem cisnące się do oczu, i powrócił do Athosa.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł hrabia de La Fere — do dzisiejszego dnia nie zdawało mi się, aby nadeszła godzina, stosowna na użycie tego ostatniego środka; widziałem jednak, iż godzina ta się zbliża. Jutro właśnie chciałem rozpytać, gdzie Wasza Królewska Mość przebywa, i pójść do ciebie, Najjaśniejszy Panie... Tymczasem dziś Wasza Królewska Mość sam do mnie przybywa; widoczna to wskazówka, iż Bóg jest z nami.
— Panie — rzekł Karol głosem stłumionym jeszcze wskutek — wzruszenia — jesteś dla mnie tem, czem byłby anioł, przez Boga zesłany, jesteś zbawcą mym, wskrzeszonym z grobu ojca mego... wierzaj mi jednak: przez lat dziesięć, ileż to wojen domowych przeszło przez Anglję... prawdopodobnie niema już owego złota we wnętrzu ziemi, jak niema miłości w sercach mych poddanych.
— Najjaśniejszy Panie... miejsce, w którem król Karol I-y zakopał ów miljon, mnie jednemu tylko jest znane, i nikt nie mógł go odkryć, jestem najpewniejszy. Zresztą czyż zamek Newcastle jest zupełnie zniszczony?... Czyż nie zostawiono kamienia na kamieniu, czyż przekopano każdy kawałek ziemi?
— Nie... zamek stoi dotychczas, lecz w tej chwili zajmuje go generał Monk, który tam rozłożył swój obóz. Jedyne miejsce, skądbym mógł mieć pomoc, miejsce, gdzie ostatnie me środki się znajdują, zajęte jest, jak widzisz, przez wrogów moich.
— General Monk, Najjaśniejszy Panie, nie mógł odkryć skarbu, o którym mówię.
— Tak... być może... lecz czyż pójdę tam, czyż oddam się w ręce Monka, aby odzyskać ów skarb?... A!... widzisz, hrabio, że przeznaczenie jest silniejsze... Stawia ono zapory wszędzie, gdzie się ruszę... przybija mnie natychmiast, gdy się podniosę. Cóż zrobię, mając do pomocy Parrego... którego Monk już raz wypędził. Nie... nie... hrabio kochany... to już cios ostatni.
— To, czego Wasza Królewska Mość nie może uczynić, czego Parry nawet próbować nie może, czy sądzisz, Najjaśniejszy Panie, że mógłbym ja wykonać?...
— Jakto, hrabio, ty byś poszedł?...
— Jeżeli Wasza Królewska Mość pozwoli — rzekł Athos, kłaniając się — pójdę, Najjaśniejszy Panie, pójdę...
— Ty, hrabio, tak szczęśliwy tutaj?
— Nigdy nie jestem szczęśliwy, Najjaśniejszy Panie, dopóki mam jakiś obowiązek do spełnienia.... a obowiązek to najszczytniejszy, jaki zostawił mi ojciec Waszej Królewskiej Mości, czuwania nad twym majątkiem, Najjaśniejszy Panie, i użycia go w razie potrzeby.
— Panie hrabio — zawołał król, zapominając o wszelkiej etykiecie i rzucając się na szyję Athosowi — tyś mi dowodem, że jest Bóg w niebie, i że ten Bóg zsyła czasami wysłańców na pociechę nieszczęśliwym, co jęczą na tym padole płaczu.
Athos, wzruszony tym wybuchem, podziękował głębokim ukłonem i przybliżając się do okna, zawołał:
— Grimaud!... konie!...
Po chwili przed gankiem domu stanęły dwa konie osiodłane; trzymał je za cugle Grimaud, również gotowy do podróży.
— Blaisois... ten list prześlesz wicehrabiemu de Bragelonne. Gdyby kto pytał o mnie, powiesz, że wyjechałem do Paryża. Zostawiam dom cały na twojej opiece, Blaisois.
Blaisois skłonił się, uścisnął Grimauda, i zamknął bramę.




ROZDZIAŁ XVII.
ODPOCZYNEK D‘ARTAGNANA.

Gdyby Ludwik XIX wiedział, jak d‘Artagnan skorzystał z otrzymanego zwolnienia, powtórzyłby raz jeszcze, że tłomaczenie się starością i brakiem sił wywołane było tylko chęcią uniknięcia podania rzeczywistych przyczyn prośby o zwolnienie. Boć nie był dowodem braku sił fakt, iż d‘Artagnan popędził co koń wyskoczy do zamku Athosa, a nie zastawszy tam nikogo i nie otrzymawszy informacyj co do miejsca jego pobytu, zawrócił konia i z tym samym pośpiechem udał się do Melun, probostwa Aramisa. I tu jednak spotkał go zawód. Zastał tylko Bazina, Bazina, którego zapewne pamiętają czytelnicy, wiernego sługę, i od niego dowiedział się, iż Aramis otrzymał infułę biskupią i rezyduje w Vannes, w Bretanji. Musiał tedy zrezygnować z prób porozumienia się z tymi dwoma przyjaciółmi, na których początkowo liczył. Pozostawał jeden jeszcze: zacny i kochany Porthos. To też D‘Artagnan powiedział sobie:
— Jedźmy dalej, w Pierrefonds znajdę najlepszego człowieka i najlepiej zaopatrzoną kasę. Niczego innego nie potrzeba mi zresztą... Na dobre pomysły stać mnie samego...
Lecz Porthosa nie było w Pierrefonds. Mousqueton przyjął d‘Artagnana i objaśnił go, iż przed paroma dniami Porthos wyjechał, wezwany listem przez Aramisa.
Melancholja opanowała d‘Artagnana. Był więc sam, więzy dawnej przyjaźni zostały stargane, nie mógł już tak, jak ongi liczyć w każdej sprawie na pomoc trzech ludzi — wiernych, dzielnych i pewnych.
Lecz d‘Artagnan nie należał do ludzi, łatwo się zniechęcających. Widząc, iż dalszy popyt w Pierrefonds do niczego nie prowadzi, na drugi zaraz dzień udał się do Paryża. Po dwóch dniach śpiesznej podróży zsiadł z konia przy ul. Lombardów, przed sklepem pod „Złotym tłuczkiem“.
Człowiek, doskonale wyglądający, przybrany w duży biały fartuch, i gładzący siwy wąs zgrabną, tłustą ręką, krzyknął z radości, ujrzawszy srokatego konia.
— Pan kawaler d‘Artagnan?... — zawołał — to pan?...
— Dzień dobry, kochany Planchet, dzień dobry — odrzekł d‘Artagnan, wchodząc do sklepu z miną wielkopańską.
— Prędzej... prędzej!... — wołał Planchet — niech tam który zajmie się koniem pana d‘Artagnan, inny pokojem, a ty — dodał, zwracając się do najbliższego z chłopców — pobiegnij do kuchni, niech przygotują kolację.
— Dziękuję, Planchet... Jak się macie, chłopcy — rzekł d‘Artagnan do uwijających się na wyścigi.
Sklep był doskonale zaopatrzony. W powietrzu unosiła się silna woń imbiru, cynamonu i pieprzu tłuczonego. D‘Artagnan, nieprzyzwyczajony do tej woni, kichnął kilka razy.
Chłopcy uszczęśliwieni, że znajdują się w obecności tak słynnego rycerza, porucznika muszkieterów, człowieka, który mógł widzieć króla, ile razy mu się podobało, zabrali się do pracy z zapałem, graniczącym z szaleństwem, i usługiwali kupującym z szybkością i wprawą, ale zarazem z pewnego rodzaju wyższością nad całym tym tłumem, przybywającym do sklepu.
Planchet odbierał pieniądze i wydawał rachunki, przerywając pracę swą komplementami, pod adresem dawnego swego pana.
D‘Artagnan skorzystał ze stosownej chwili i przypatrzył się twarzy Plancheta, którego już od roku nie widział. Dawnemu jego służącemu urósł brzuszek, lecz twarz jeszcze nie stłuściała. Wzrok jego błyszczał jak dawniej, bystro i żywo, otyłość, zakrywająca wszelkie wydatności twarzy ludzkiej, nie dotknęła jeszcze jego kości policzkowych, wystających, a będących oznaką chytrości i chciwości, ani też ostro zakończonego podbródka, odradzającego spryt i wytrwałość.
Planchet zachowywał się w sali jadalnej tak samo majestatycznie, jak i w sklepie. Dawnego pana swego poczęstował kolacją skromna, lecz prawdziwie paryską: pieczyste przygotowane było u piekarza, jarzyna, sałata i deser przyniesiony ze sklepu. D‘Artagnan z przyjemnością zauważył, jak Planchet wyciągnął z kąta butelkę wina andegaweńskiego, które od najdawniejszych czasów było najulubieńszym napojem muszkietera.
— Dawniej — odezwał się Planchet z uśmiechem poczciwca — ja pijałem pańskie wino, dziś mam ten zaszczyt, że pan mojego spróbuje.
— Nie tylko spróbuję, mój przyjacielu, lecz zdaje się, że je długo pić będę, bo jestem już zupełnie wolny, swobodny.
— Swobodny?... dostałeś pan urlop?...
— Nieograniczony.
— Jakto?... Porzuciłeś pan służbę?... zapytał Planchet zdumiony.
— Tak jest, chcę trochę odpocząć.
— A król?... — zawołał Planchet, który nie mógł zrozumieć, iż król może obejść się bez usług takiego człowieka, jak d‘Artagnan.
— Król poszuka sobie szczęścia gdzieindziej... No a teraz, kiedyśmy zjedli dobrą kolację, a tobie nie brak jak widzę ochoty, do pogawędki, czem naturalnie i mnie pobudzasz do zwierzeń, otwieraj uszy i słuchaj.
— Otwieram...
I Planchet z uśmiechem, dobrodusznym raczej niż złośliwym, odkorkował butelkę białego wina.
— Tylko ostrożnie z głową...
— O!... zanim pan straci głowę...
— Teraz do mnie ona należy, i bardziej mi o nią chodzi, niż kiedykolwiek. Pomówmy najsamprzód o finansach. Co słychać z mojemi pieniędzmi?...
— Świetnie!... Dwadzieścia tysięcy liwrów, które mi pan dałeś, ciągle są w obrocie i przynoszą dziewięć od sta. Oddaję panu z tego siedem, na czysto więc zarabiam na panu.
— I jesteś zawsze zadowolony?...
— Zachwycony!... Czy pan przynosi więcej?...
— Lepiej jeszcze!... ale czy ci potrzeba?...
— Niebardzo. Dziś każdy chętnieby złożył u mnie swe kapitały. Chociaż niby rozszerzam ciągle interes.
— To był twój dawny projekt.
— Bawię się trochę w bank... Odkupuję towar od moich kolegów, znajdujących się chwilowo w potrzebie... pożyczam pieniędzy tym, co nie mają czem wypłat dopełnić...
— Bez lichwy?...
— O!... proszę pana... w zeszłym tygodniu miałem dwa rendez-vous za to słowo, któreś pan w tej chwili wymówił.
— Jakto?...
— Zaraz to panu opowiem. Chodziło o pożyczkę... Pożyczający daje mi w zastaw cukier nierafinowany, z warunkiem, że będę go mógł sprzedać, jeśli wypłata nie zostanie uskutecznioną w oznaczonym dniu. Pożyczam tysiąc liwrów. On nie płaci, ja melassę sprzedaję za tysiąc trzysta. On dowiaduje się o tem, i żąda zwrotu stu dukatów. Ja naturalnie odmawiam, utrzymując, że mógłbym był sprzedać za dziewięćset. On mi na to powiada, że ja jestem lichwiarzem. Poprosiłem go, żeby mi to powtórzył za bulwarami. On, jako dawny gwardzista, przyszedł... wpakowałem mu pańską szpadę w lewe udo.
— Ładny bank!... niema co mówić!... zauważył d‘Artagnan...
— Ha!... trudno, proszę pana... powyżej trzynastu od sta biję się — odparł Planchet — takie już moje usposobienie.
— Więc bierz tylko dwanaście — rzekł d‘Artagnan — a resztę nazywaj asekuracją i kurtażem.
— I to prawda!... No... ale pański interes?...
— A!... Planchet... kiedy to długie i trudne do powiedzenia.
— W każdym razie niech pan próbuje.
D‘Artagnan pogładził wąsa, jak człowiek, co zwierza, się niechętnie i niezbyt ufa powiernikowi.
— Czy idzie o ulokowanie kapitału?...
— Właśnie.
— Procent dobry?
— Niezły... czterysta od sta.
Planchet uderzył pięścią w stół, tak, że wszystkie butelki zachwiały się.
— Czy możebne?...
— Może i trochę więcej — odrzekł, d‘Artagnan spokojnie — ale ja zawsze wolę jak najmniej rachować.
— O, do djabła!... — rzekł Planchet, zbliżając się do d‘Artagnana. — Ależ to, panie, wspaniały interes!... A dużo można włożyć pieniędzy?...
— Po dwadzieścia tysięcy.
— To cały pański majątek. A na długo?..
— Na miesiąc.
— I to nam przyniesie?...
— Po pięćdziesiąt tysięcy każdemu z nas... porachuj!...
— Pięćdziesiąt tysięcy!... kolosalny interes!... ileż to człowiek musi się natłuc, zanimby doszedł do takiej sumy.
— A i mnie się zdaje, że i w tem trzeba się natłuc — odparł d‘Artagnan z najzimniejszą krwią. — Tym razem jednak, kochany Planchecie, jest nas dwóch, ale tłuc to ja się sam będę.
— O, proszę pana, jabym na to nie pozwolił...
— Nie, nie; ty nie możesz się tam znajdować, musiałbyś porzucić handel...
— A więc interes nie w Paryżu?
— Nie.
— Aha!... za granicą...
— W Anglji.
— W Anglji... tak, tak, to kraj spekulacyj... to prawda — rzekł Planchet. — Ja znam dobrze ten kraj. A co za interes, panie, jeśli ciekawość moja nie jest zbyteczną?
— Idzie o restaurację.
— Jakto?... o taki zakład jadłodajny?...
— Ależ nie!...
— Aha!... już wiem... o restaurację... niby o odnowienie.
— Właśnie.
— Pomnika?...
— Coś podobnego... odnowimy Whitehall.
— To wielki gmach... i pan sądzi, że w przeciągu miesiąca...
— Tak, to moja rzecz... znam się na tem dobrze... chociaż posłucham chętnie i twojej rady.
— O!... proszę pana... za wiele zaszczytu... zresztą ja-bo nie tego znam się na architekturze...
— Planchet!... mylisz się... jesteś doskonałym architektem, a przynajmniej tak dobrym jak i ja... w interesie, o który chodzi.
— Dziękuję panu...
— Miałem zamiar, przyznaje, przedstawić rzecz całą tamtym panom, wiesz... Ale nie znalazłem żadnego. Gniewa mnie to trochę, bo nie znam na świecie ludzi śmielszych, ani zręczniejszych.
— Aha!... rozumiem... będzie prawdopodobnie duża konkurencja... i rozprawy, komu oddać przedsiębiorstwo.
— Tak, tak... Planchecie, tak.
— Nie uwierzy pan, jak jestem zaciekawiony... chciałbym jak najprędzej poznać szczegóły.
— I owszem... mogę ci je opowiedzieć. Zamknij dobrze drzwi.
Planchet pozamykał wszystkie drzwi na klucz.
— Dobrze... a teraz zbliż się do mnie...
— A przedewszystkiem otwórz okna, bo gwar uliczny i turkot powozów zagłuszy naszą rozmowę, gdyby kto chciał nas podsłuchać.
Planchet otworzył okno, jak mu polecono, i wnet niby tuman wrzawy wdarł się do pokoju. Krzyki, turkot kół, szczekanie, odgłos kroków, wszystko to ogłuszyło na chwile nawet d‘Artagnana. Tego sobie jednak właśnie życzył.
Po chwili wypił szklankę wina i zaczął:
— Planchet!... mam myśl!
— Poznaję pana!... — odrzekł kupiec, zaciekawiony i wzruszony.




ROZDZIAŁ XVIII.
O SPÓŁCE, CO UTWORZYŁA SIĘ PRZY ULICY LOMBARDÓW, POD „ZŁOTYM TŁUCZKIEM“, MAJĄCEJ NA CELU EKSPLOATACJĘ POMYSŁU D‘ARTAGNANA.

Po chwili milczenia, podczas którego zdawało się, że d‘Artagnan zbiera nie myśl, lecz wszystkie myśli:
— Musiałeś zapewne — rzekł — słyszeć o Jego Królewskiej Mości Karolu I-ym, królu angielskim.
— Niestety... tak, proszę pana... pan sam przecie wraz z tamtymi panami, opuściliście Francję, chcąc nieść mu pomoc; lecz pomimo tej pomocy, upadł on, i omal was w tym upadku za sobą nie pociągnął.
— Doskonale. Widzę, żet masz wyborną pamięć, kochany Planchecie.
— Bardzo źleby było, proszę pana, gdybym miał stracić pamięć, a przynajmniej w tym wypadku... Grimaud, jak panu wiadomo, nie bardzo lubi opowiadać... a jednak odstąpił od swej reguły i opowiedział nam, jak spadła głowa króla Karola. O!... tej historji nigdy w życiu nie zapomnę!.. A potem, jak pan z tamtymi panami jechaliście przez pół nocy na statku podminowanym... jak ujrzeliście panowie owego Mordaunta, wypływającego z głębi morza, ze sztyletem w piersiach... Tych rzeczy nigdy się nie zapomina...
— A jednak są ludzie, co o tem wszystkiem zapomnieli — przerwał d‘Artagnan z westchnieniem.
— To chyba ci tylko, co tego nie widzieli, lub nie słyszeli opowiadania Grimauda.
— Mniejsza o nich!... Jeżeli wiec pamiętasz to wszystko, tem lepiej, nie potrzebuje bowiem przypominać ci jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie, że król Karol I-szy miał syna.
— Miał nawet dwóch, proszę pana — wtrącił Planchet, zadowolony, iż może popisać się znajomością tych szczegółów.
— Tak, tak, tego drugiego, co go nazywają księciem Yorku, widziałem na własne oczy tu, w Paryżu, w chwili kiedy jechał do Pałacu Królewskiego, i wtenczas to mówiono mi, że to jest młodszy syn nieboszczyka króla angielskiego. Starszego nie miałem zaszczytu widzieć, słyszałem tylko o nim.
— Otóż właśnie chodzi o tamtego, kochany Planchet... o tego pierwszego, który dawniej nosił tytuł księcia Walji, dziś zaś jest królem angielskim i nazywa się Karol II-gi.
— Król bez królestwa!... — zauważył Planchet z melancholijnem westchnieniem.
— Tak... możesz nawet dodać: nieszczęśliwy monarcha!... nieszczęśliwszy, niż ostatni nędzarz, zamieszkały na przedmieściu Paryża.
Planchet uczynił ruch, mający wyrażać politowanie, jakie odczuwa się wobec osób obcych, z któremi nigdy niema się żadnej styczności.
Nie mógł zresztą zrozumieć, co może mieć wspólnego to opowiadanie sentymentalno-polityczne, z interesem handlowym, o którym zaczął mówić d‘Artagnan, a o który Planchetowi najwięcej chodziło. D‘Artagan, umiejący z łatwością czytać w spojrzeniu ludzkiem, zrozumiał te myśl Plancheta.
— Otóż wracam do interesu — rzekł — ten młody książę Walji, król bez królestwa, jak go dobrze nazwałeś, zainteresował mnie niezwykle. Widziałem, jak żebrał poparcia u Mazariniego, który jest sknerą, i pomocy u króla Francji, który jest jeszcze dzieckiem prawie, i wydało mi się, mnie, co dobrze znam się na tem, że w inteligentnem oku upadłego monarchy, w szlachetnej jego postawie, która nie zatarła się pomimo wszelkich nieszczęść, kryje się wielkie i zacne serce człowieka i monarchy.
Planchet milczał, jakby chciał milczeniem tem dać do zrozumienia, iż nie ma nic przeciwko domysłom d‘Artagnana. Pomimo to jednak nie mógł zrozumieć, do czego to wszystko prowadzi.
D‘Artagnan mówił dalej:
— I otóż do jakiego przekonania przyszedłem po długiem zastanowieniu. Słuchaj uważnie, bo zbliżamy się do końca.
— Słucham.
— Królowie nie są zasiani tak gęsto na ziemi, aby ich można było znaleźć wszędzie, gdzie się komu spodoba. Otóż, według mojego zdania, ten król bez królestwa jest ziarnem, które ślicznie może wyróść i zakwitnąć, byleby je zasiała ręka zręczna i silna, wybierając stosowną ziemię i odpowiedni czas.
Planchet ciągle potakiwał głową, co znaczyło najwidoczniej, że nic a nic nie rozumiał.
— Biedne ziarnko królewskie, powiedziałem sobie, i naprawdę się rozczuliłem. Rozczulenie to jednak nasunęło mi myśl, czy czasem nie zamierzam palnąć jakiego głupstwa. Otóż dlatego przyszedłem do ciebie, chcąc zasięgnąć twej rady.
Planchet poczerwieniał z zadowolenia i dumy.
— Biedne ziarnko królewskie!... ja cię podniosę i rzucę cię na ziemię urodzajną.
— O!... — krzyknął Planchet, wpatrując się w d‘Artagnana szeroko otwartemi oczami, jak gdyby zaczął się czegoś domyślać.
— Hę? co?... co ci to?... — zapytał d‘Artagnan.
— Mnie?... nic!...
— Powiedziałeś: O!...
— Tak pan sądzi?
— Ależ na pewno... czyżbyś już zrozumiał?...
— Przyznaję, iż boję się właśnie...
— Czy dobrze zrozumiałeś...
— Tak.
— Że mam zamiar przywrócić na tron Karola II-go, króla bez królestwa?... Czy tak?...
Planchet aż podskoczył na krześle.
— A!... a!... to pan to nazywa restauracja?... — zapytał oszołomiony.
— Tak; przecież tak się ta rzecz nazywa.
— Prawda!... prawda!... Ale czyś się pan dobrze zastanowi!?...
— Nad czem?...
— Nad tem, co się tam dzieje.
— Przedewszystkiem ja pana przepraszam bardzo, że mieszam siej do tego, na czem się nie rozumiem, bo to nie jest sprawa handlowa... ale ponieważ pan sam wystąpił z propozycją... nieprawdaż?... bo pan mi zaproponował interes...
— I to doskonały.
— A więc to mnie niby ma obchodzić... zatem mam prawo dyskusji...
— Owszem... owszem — odparł d‘Artagnan — dyskutujmy... Ścieranie się zdań jest matka światła i jasności.
— A więc, skoro pan pozwala, przypomnę panu, że tam, w Anglji, jest najsamprzód parlament...
— Aha!... najsamprzód... a potem?...
— Armja!...
— Dobrze... może jeszcze co?...
— No, i naród.
— Czy to już wszystko?...
— Naród, który zgodził się na upadek i śmierć nieboszczyka króla... no i... i tego wyprzeć się nie może.
— Planchet, mój przyjacielu — odezwał się d‘Artagnan — rozumujesz, jak ser szwajcarski!... Naród!... Naród już jest zmęczony i ma dosyć tych panów, co noszą jakieś nazwiska barbarzyńskie i śpiewają psalmy. Zresztą, mój kochany, śpiewać, a śpiewać, to wielka różnica. Zauważyłem ja już dobrze, iż lud woli śpiewać fraszki, piosenki ulotne, niż poważne. Przypomnij sobie Frondę... i wówczas śpiewano... nawet wiele... Dobre to były czasy!...
— No!... niebardzo!... o mało mnie nie powieszono!...
— Ale zdaje mi się, że cię nie powieszono?...
— Nie.
— I właśnie wśród tych śpiewaków zacząłeś się dorabiać majątku.
— To prawda.
— A zatem nie masz nic do powiedzenia!... naród nic nam nie przeszkadza.
— Przypuśćmy... ale zostaje jeszcze armja i parlament.
— Pożyczam dwadzieścia tysięcy liwrów od pana Planchet, dodaję do tego moje własne dwadzieścia tysięcy i za czterdzieści tysięcy formuję armję.
— A jak liczna będzie ta armja, proszę pana? — zapytał Planchet.
— Czterdziestu ludzi.
— Czterdziestu. A czy trochę to nie zamało przeciw czterdziestu tysiącom?... Pan sam, panie d‘Artagnan, wart jesteś przynajmniej tyle co tysiąc... wiem o tem dobrze... ale gdzie pan znajdziesz trzydziestu dziewięciu takich, jak pan?... Albo też, jeżeli ich pan nawet znajdzie, kto panu da pieniędzy na opłacenie takich bohaterów?...
— Nieźle!... nieźle, mój kochany Planchet!... Jak widzę, przerobiłeś się na pochlebcę?...
— Nie, proszę pana, mówię tylko to, co myślę... I właśnie boję się, że przy pierwszej walce, jaką pan stoczysz na czele swych czterdziestu...
— Ależ, mój kochany — przerwał Planchet. — Ja wcale nie myślę staczać walk. Mamy przecież przykłady w starożytności, że nieraz najwspanialsza taktyka wojenna ograniczała się na unikaniu nieprzyjaciela, na zręcznem cofaniu się i ukrywaniu. Zresztą, tyś powinien znać ten sposób, z własnego doświadczenia; dowodziłeś przecie licznym oddziałem paryżan, w dniu, gdy mieli się bić z muszkieterami, i tak zręcznie obliczyłeś marsze i przeciw-marsze, że ani na chwilę nie opuściłeś Pałacu królewskiego.
Planchet wybuchnął głośnym śmiechem.
— To prawda — odrzekł. — Jeśli pańscy czterdziestu będą się ciągle ukrywali, a nie zrobią jakiego niezręcznego głupstwa, to mogę mieć nadzieję, iż nigdy nie zostaną pobici. Ale pan przecie chce doprowadzić do jakiegoś rezultatu?...
— Naturalnie!... Chcę za pomocą sposobu przeze mnie obmyślanego, wprowadzić jak najśpieszniej na tron Karola II-go.
— Aha!... doskonale!... — zawołał Planchet, podwajając uwagę. — A jaki to sposób?... Ale przedewszystkiem zdaje mi się, że zapomnieliśmy o jednej rzeczy.
— O czem?...
— Naród już nam nie przeszkadza... to już ułożone... bo naród woli śpiewać fraszki, niż rzeczy poważne... Armja także nam nie przeszkadza, bo się z nią bić nie będziemy... to także ułożone... ale pozostaje parlament, który nie lubi wogóle ani śpiewać, ani bić się.
— Właśnie... ani bić się!... Doprawdy, dziwię ci się, Planchet, jak możesz, ty, człowiek rozumny, kłopotać się garstka ludzi, co nie mają nic lepszego do roboty, jak wrzeszczeć bezustannie?... Parlament nic mnie nie obchodzi!...
— Któż pana obchodzi wreszcie?...
— Jest taki, nazywa się generał Monck. On wkrótce będzie miał pod swą władzą całą Anglję.
— No i co z tym Monckiem?
— Jadę tam, mój kochany, przy pomocy moich czterdziestu ludzi porywam go, pakuję i wywożę do Francji, gdzie oczom moim olśnionym przedstawiają się dwa świetne plany.
— I moim także — zawołał Planchet zachwycony. — Wsadzamy go do klatki i pokazujemy za pieniądze!...
— To już trzeci plan, o którym nie pomyślałem... przyznaję ci patent na ten wynalazek.
— Sądzisz pan, że dobry?...
— Doskonały... ale zdaje mi się, że moje są lepsze.
Zobaczmy.
— Pierwszy: nakładam na niego okup.
— W jakiej sumie?...
— Taki pan wart co najmniej sto tysięcy dukatów...
— Naturalnie.
— A więc, jak widzisz, albo nakładam na niego okup...
— Albo...
— Albo, co jeszcze będzie lepsze, oddaję go królowi Karolowi, a ten, nie nie mając już przeciwko sobie ani zręcznego generała, ani zręcznego dyplomaty, sam upomni się w Anglji o tron, słusznie mu się należący, a gdy go odzyska, wypłaci nam owe sto tysięcy. Oto moja myśl... Cóż ty na to, Planchecie?...
— Wspaniała!... wspaniała... — zawołał Planchet, drżąc ze wzruszenia — i jakim sposobem podobna myśl mogła panu przyjść do głowy.
— Powziąłem ja pewnego ranku, nad brzegiem Loary, w chwili, gdy nasz ukochany król Ludwik XIV-ty zraszał łzami rękę panny Mancini.
— Zaręczam, że myśl jest świetna... ale...
— Jest więc jeszcze ale...
— Pozwoli pan mi je powiedzieć?...
— Słucham.
— Cała ta sprawa, to jak owa skóra na niedźwiedziu... słyszał pan zapewne o niej?... którą sprzedano, lecz trzeba było jeszcze upolować niedźwiedzia... otóż co do upolowania pana Moncka, zdaje mi się, że to będzie trochę trudne...
— No tak... niebardzo łatwo... ale skoro mam armję pod swemi rozkazami...
— Tak... tak... rozumiem o!... zwycięży pan napewno, bo w podobnych awanturach nikt panu nie dorówna...
— To prawda... miałem zawsze szczęście — odparł d‘Artagnan z dumną prostotą... — Pojmujesz, że, gdybym miał obok siebie drogiego Athosa, dzielnego Porthosa i bystrego Aramisa, wszystko byłoby dobrze... ale gdzieś zemknęli, jak się zdaje i nikt nie może ich odszukać... Musze więc działać na własna rękę... No więc, jak ci się ten interes podoba?...
— Cudowny. Tylko trzeba śpieszyć się. Jedź pan... jedź pan!... Im prędzej tem lepiej.
— A pieniądze?
— Jutro otrzymasz je pan ode mnie.




ROZDZIAŁ XIX.
POWRÓT D‘ARTAGNANA.

Upłynął już miesiąc od dnia, kiedy d‘Artagnan wyruszył do Anglji z czterdziestoma tysiącami liwrów. Mimo wiary w powodzenie i spryt d‘Artagnana, biedny Planchet z trwoga liczył dni jego nieobecności. Przedsięwzięcie było śmiałe, tak śmiałe, iż korzennik obawiał się, czy jego kapitał nie został stracony.
Pewnego wieczora, gdy kupiec siedział w swej izdebce i rozmyślał nad ryzykownością tego dziwnego „interesu“, drzwi otworzyły się i d‘Artagnan wstąpił na próg, brzęcząc żelazną ostrogą.
— Ach, mój Boże — zawołał Planchet.
Szanowny kupiec nie mógł nic więcej wymówić, gdy spostrzegł swego wspólnika.
D‘Artagnan wszedł a głowa pochyloną, z ponurem spojrzeniem. Gaskończyk miał pewne zamiary względem Plancheta.
— O Boże... — pomyślał kupiec, spoglądając na podróżnego — on smutny!
Muszkieter usiadł.
— Powróciłeś pan, panie d‘Artagnan — rzekł Planchet z okropnem biciem serca — jakże zdrowie?
— Dość dobrze, mój Planchet, dość dobrze — odpowiedział d‘Artagnan, wzdychając.
— Nie byłeś pan przecież raniony?
— Hm!
— A, domyślam się — mówił dalej Planchet, coraz więcej zatrwożony — wyprawa była przykra i trudna.
— Tak jest — odpowiedział d‘Artagnan.
Dreszcz przebiegł wszystkie członki Plancheta.
— Napiłbym się — rzekł muszkieter, podnosząc głowę.
Planchet pobiegł do szafy i nalał w dużą szklankę wina.
D‘Artagnan spojrzał na butelkę.
— Jakie to wino?.. — zapytał.
— Ach, to wino, które pan najlepiej lubisz — rzekł Planchet — to dobre, stare wino andegaweńskie, za jakie kiedyś o mało cośmy wszyscy zbyt drogo nie zapłacili.
— Aha!... — odpowiedział d‘Artagnan z melancholijnym uśmiechem — a! mój zacny Planchet, czym ja wart jeszcze pić to dobre wino?
— Panie d‘Artagnan, kochany panie — rzekł Planchet, udając spokojność z nadludzkim wysiłkiem, kiedy wszystkie muskuły ściągnięte, bladość i drżenie zdradzały go i okazywały największą trwogę. — I ja byłem żołnierzem, a więc mam odwagę; nie zwłócz pan, powiedz; straciliśmy nasze pieniądze, wszak prawda?
D‘Artagnan przez chwilę nic nie odpowiedział; chwila ta wydawała się wiekiem dla korzennika, chociaż muszkieter przez ten czas tylko się obrócił na krześle.
— A gdyby tak było, — rzekł powoli, kołysząc głową z góry na dół, — cobyś na to powiedział, mój przyjacielu?..
Planchet blady był, teraz stał się żółty.
Zdawało się, że połknął język, tak mu gardło nabrzmiało, a oczy zaczerwieniły się.
— Dwadzieścia tysięcy liwrów!.. — zawołał z rozpaczą, — dwadzieścia tysięcy liwrów!...
D‘Artagnan z głową pochyloną, nogami wyciągniętemi, rękami spuszczonemi, podobny był do posągu trwogi.
Planchet wydobył bolesne westchnienie z najgłębszych komórek swoich piersi.
— Ha!... stało się!... — mówił dalej, — już wiem, co się stało. Skończyło się, wszak prawda?... To jeszcze szczęście, żeś się pan z życiem uratował.
— Zapewne, zapewne, życie to rzecz najważniejsza, ale co mi po życiu, kiedy jestem zniszczony.
— Do tysiąca beczek, jeżeli tak, to niema czego rozpaczać, zostaniesz pan korzennikiem, jak ja, przyjmuję pana do spółki w moim handlu, będziemy się dzielili zyskiem, a kiedy nie będzie już zysku, podzielimy się migdałami, rodzynkami i suszonemi śliwkami, i razem połkniemy ostatni okruch holenderskiego sera.
D’Artagnan nie mógł się dłużej wstrzymać.
— Do kroćset!... — zawołał wzruszony, — jesteś zacnym człowiekiem... Czy tylko nie udawałeś?... Czy nie widziałeś na rogu konia, obładowanego workami?...
— Jaki koń?... jakie worki?... — pytał Planchet, którego serce ściskało się na myśl, że d‘Artagnan oszalał.
— Worki angielskie, do kroćset!... — zawołał d‘Artagnan z największą radością i zupełnie przemieniony.
— A, mój Boże!... — przebąknął Planchet, cofając się, jakby rażony ogniem, padającym z oczu d‘Artagnana.
— Głupcze!... — zawołał d‘Artagnan, — ty myślisz, żem szalony. Do kroćset!... nigdy jeszcze nie miałem tak zdrowej głowy i tak wesołego serca. Idź po worki!... Planchet, przynoś worki!...
— Ależ, przez Boga, jakie worki?...
D‘Artagnan popchnął Plancheta do okna.
— Czy widzisz, tam na rogu konia?...
— Widzę.
— Czy widzisz, jak jest obładowany?...
— Widzę, widzę.
— Czy widzisz, jak chłopiec z twego sklepu rozmawia z pocztyljonem?....
— Widzę... widzę...
— No, przecież wiesz, jak się twój chłopiec nazywa. Zawołaj go.
— Abdon!... Abdon!... — wrzeszczał Planchet przez okno.
— Przyprowadź konia — wołał d‘Artagnan.
— Przyprowadź konia — krzyczał Planchet.
— A teraz, dziesięć liwrów pocztyljonowi — rzekł d‘Artagnan tonem, jakiego zwykł używać na placu musztry — dwóch chłopców do przeniesienia pierwszych worków i dwóch do przeniesienia dwóch drugich worków, a potem ognia, do kroćset!...
Planchet pobiegł po schodach, jakby go djabeł gonił.
W chwilę potem chłopcy wstępowali na schody, uginając się pod ciężarem.
D‘Artagnan odprawił ich, zamknął starannie drzwi i, zwracając się ku Planchetowi, który teraz z kolei oszalał, rzekł.
— Teraz rozprawimy się.
Rozłożył na podłodze szeroką kołdrę i wysypał pierwszy worek.
Planchet tak samo postąpił z drugim, potem d‘Artagnan trzeci nożem wypaproszył.
Kiedy Planchet usłyszał powabny dźwięk złota i srebra, kiedy ujrzał wypadające z worka błyszczące sztuki złota, podskakujące jak ryby, wyrzucone z sieci, kiedy uczuł, że po kostki brodzi we wznoszącem się ciągle bagnie złota, przeraził się, potoczył się, jak człowiek, rażony piorunem, i zwalił się ciężko na ogromną kupę, którą ciężar jego zgruchotał z trzaskiem, niepodobnem do opisania.
Planchet ze zbytku radości stracił przytomność.
D‘Artagnan wylał mu na twarz szklankę białego wina, co mu natychmiast przywróciło zmysły.
— A, mój Boże!... a, mój Boże, a!... — mówił Planchet, obcierając wąsy i brodę.
W owym czasie, tak jak dziś, korzennicy nosili wąsy dawnych francuskich rycerzy i brody dawnych żołnierzy niemieckich; lecz złote kąpiele, bardzo rzadkie i w owym czasie, dziś są prawie nieznane.
— Do kroćset!... — rzekł d‘Artagnan — tu jest dla ciebie sto tysięcy liwrów, panie wspólniku. Weź swoje, a ja wezmę swoje.
— O, piękna część spółki!... piękna część...
— Zróbmy więc zaraz rachunek, — rzekł d‘Artagnan — bo, jak mówią: dobre rachunki robią dobrych przyjaciół.
— Opowiedz mi pan pierwej całą historję, zapewne jest piękniejsza, niż pieniądze.
— Nie przeczę — odpowiedział d‘Artagnan, zakręcając wąsa — i jeżeli kiedy historyk zechce ja opisać, będzie mógł powiedzieć, że z dobrego czerpał źródła. Słuchaj więc, będę ci opowiadał.
— A ja będę układał złoto.
— Zaczynam — rzekł d‘Artagnan, nabierając oddechu.
— Zaczynam — rzekł Planchet, nabierając pierwszą garść złota.




ROZDZIAŁ XX.
OPOWIEŚĆ d‘ARTAGNANA.

— Ciężka to była sprawa — zaczął swa opowieść d‘Artagnan — i łatwo mogła się nie udać. Prawdę mówiąc — była chwila, żem sobie pomyślał — już koniec. A jakem wspomniał, że twoje dwadzieścia tysięcy straciłem (tak mi się wtedy zdawało), tom nie wiedział, jak wracać...
— Zacny, kochany panie! — przerwał rozczulony Planchet — pieniędzy, wiadomo, żal, ale ja dla pana...
Rozczulił się zkolei d‘Artagnan, widząc, że jego dawny pachołek tyle okazuje szlachetności. Upłynęła spora chwila, nim podjął opowieść.
— Aleć, — rzekł — zaczynam od początku. Mówiłem ci tedy wyjeżdżając, że czterdziestu zuchów potrzeba mi do przeprowadzenia owej restauracji. Alem się potem rozmyślił. Czterdziestu chłopa — toć to gromada. Ani myśleć o przedzieraniu się przez kraj nieprzyjazny, chyba żeby oddziały podzielić. A to znów bieda — oddziałom potrzeba dowódców, a tych nie miałem. Więc tylko dziesięciu ludzi wziąłem.
— I pan, na czele tych dziesięciu ludzi, zwyciężyłeś tego tam Moncka? — zapytał naiwnie Planchet.
— Mordioux! Mówiłem przecie, że chodziło o porwanie Moncka! A do tego nietylko nie potrzeba wielu ludzi, ale przeciwnie — im mniejsza garstka, tem łatwiej niepostrzeżenie przekraść się może do obozu. No, a potem potrzeba było już tylko głowy, sprytnej głowy, któraby znalazła sposób złapania Moncka i paru ludzi, coby go zamknęli i przewieźli cichaczem do króla.
— No, ale jak pan mogłeś złapać Moncka?
— Ano, udało się. Prawda, że przypadek pomógł. Ale o tem potem. Dość, że tak się złożyło, iż Monck późno wieczorem przechodził sam koło wybrzeża, gdzie rozłożyliśmy się na noc, ja i moi ludzie.
— A wojsko tak pozwoliło obcym obozować? — przerwał znów Planchet.
— Prawda, jeszczem ci nie powiedział, że przybyliśmy tam na statku rybackim, nibyto sprzedać połów, takeśmy ślicznie wytłomaczyli się, długą opowiedziałem historję, jak nas wiatr zapędził w stronę Anglji, jak tu chcielibyśmy ryby sprzedać i do domu wracać, że uwierzył generał, całkiem uwierzył, pozwolił przenocować w starej chatce nad brzegiem morza, ryby kupił... Tak tedy wieczorem, wypatrzywszy, że Monck sam idzie blisko naszej chatki, przyskoczyłem do niego, usta mu zakryłem i wpakowałem do klatki — d‘Artagnan aż uśmiechnął się na to wspomnienie. — Klatkę tośmy wpierw wyszykowali. Całkiem jak dla dzikiego zwierza. Z kratką w pokrywie, żeby się nie zdusił. Grzecznie mu wytłumaczyłem, żeby milczał, jeśli nie chce narazić się na pchniecie szpadą. Zły był, bo zły. Mało nie kąsał. Ale żeby miał krzyczeć — to nie. Tylko patrzył tak, jakby nas chciał żywcem połknąć. Ano, nie muszkietera tem straszyć. Wpakowaliśmy generała w skrzyni na statek, a że noc była ciemna, bez przeszkód, niezauważeni odbiliśmy od brzegu. Dwa dni i dwie noce jechaliśmy do Scheweningen, gdzie wówczas przebywał Karol II.
Przybyłem tam w nocy. I czas już był, bo Monck ani jeść ani pić nie chciał i tylko oczami łypał, z nienawiścią, chodem mu ciągle tłomaczył, że nic mu się złego nie stanie. Kiedym wreszcie skrzynię z generałem do króla kazał przynieść i generała wypuścić — dowiedziałem się takich rzeczy, że mi włosy dębem na głowie stanęły. Bo oto generał, gdym go przed Jego Królewska Mość Karola II zaprowadził, w te ozwał się słowa „Podeszliście mnie nie jak szlachta, nie jak uczciwi ludzie. Jam przyjął wysłańca króla Karola II z wiarą i zaufaniem, pozwoliłem mu wyjąć z podziemi pieniądze, które — jak sam przyznał — były własnością króla, a on miast na uczciwość uczciwością odpowiedzieć, wydał mnie w ręce swoich wspólników. Niegodne to szlachty. Tyle wam miałem do powiedzenia i już ani słowa więcej nie powiem“. Zapamiętałem ja dobrze, mój drogi Planchet, te słowa generała, bo bardzo mnie one zdumiały i zabolały. Później dopiero, J. K. M. wytłomaczył mi, jak to dziwnie splątały się wypadki. Oto Athos, tegoż dnia, w którym ja przybyłem z zamiarem porwania Moncka, zjawił się u tegoż, jako wysłannik króla i, widząc szlachetną, prawą twarz generała wyznał mu szczerze, iż jest zwolennikiem Karola, a jednocześnie wykonawcą ostatniej woli króla Karola I. Ten Karol I, męczennik ścięty przez kata, powierzył Athosowi tajemnicę. Mianowicie ukrył on w podziemiach zamku Newcastle milion w złocie i polecił milion ten wręczyć Karolowi II, w chwili, kiedy mu będzie niezbędny. Athos święcie dopełnił zlecenia. Monck z podziwem przyjął to śmiałe wyznanie, a nie chcąc się dać prześcignąć w szlachetności, zezwolił Athosowi na zabranie skarbu. Nie chcąc wszakże, aby jego ludzie zwiedzieli się o tem, sam tylko udał się z Athosem do podziemi. Po wydobyciu skarbu Athos udał się na kwaterę, którą mu generał wyznaczył, a Monck wracał właśnie samotny do obozu, gdym ja, o niczem nie wiedząc — porwał go i uwiózł do króla. Mógł tedy łatwo podejrzewać, że byliśmy w zmowie i trudno się dziwić jego oburzeniu.
Planchet już od dobrej chwili przestał liczyć złoto, wpatrzony całkiem w porucznika.
— Tak to, mój drogi Planchet, splątany się działania moje i Athosa. I kiedym to wszystko zrozumiał, myślałem przez chwilę, że nic nie będzie z tego wszystkiego, a w dodatku ty, mój Planchet, stracisz swój kapitał. Ale stało się całkiem inaczej. Oto król, wytłomaczywszy sprawę Monckowi, nie próbował nawet rozmawiać z nim, tylko wyprowadził go z komnaty i rozkazał mi odwieźć generała do Anglji. Wsadziłem go tedy na statek i puściliśmy się w powrotną drogę. Ale Monck wciąż jeszcze był chmurny. Nie wierzył w ten dziwny zbieg okoliczności. Przybiliśmy wreszcie do brzegu. Obóz znaleźliśmy w tem samem miejscu. Jakież jednak było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy, iż jedna z chat stoi w ogniu, a tłum żołnierzy, miast ratować, przygląda się pożarowi, z dziką radością. Prędko nam objaśniono, co się działo. Oto żołnierze, dowiedziawszy się o zniknięciu generała i stwierdziwszy, iż Athos był ostatnim, który mu towarzyszył, doszli do wniosku, że to znikniecie jego było sprawką, lub jego wspólników. I postanowili go ukarać przez spalenie żywcem.
— Jakto — przerwał z oburzeniem Planchet — żywcem spalić pana Athosa? szlachetnego pana Athosa?...
— No, oni przecież Athosa nie znali — tłomaczył d‘Artagnan — a pozory przemawiały przeciw Athosowi, nic więc dziwnego, że chcieli pomścić śmierć generała, myśleli bowiem, że Monck został zamordowany.
— Czy pan pozwoli mi spytać o jedne jeszcze rzecz?
— Pytaj przyjacielu, chętnie odpowiem.
— Otóż pan mówił, jeśli się nie mylę, że wiózł pan generała do króla przez dwa dni i dwie noce, tyleż z powrotem, wiec razem nieobecność generała trwała coś koło czterech dni?
— Słusznie wyliczyłeś. Już rachować to nauczyłeś się dobrze przy handlu.
Planchet podziękował skłonieniem głowy za pochwałę, nie zauważywszy zgoła drwiącego tonu d‘Artagnana.
— Pocóż tedy — mówił dalej — pan Athos te cztery dni spędzał w obozie anglików?
— Słuszne to pytanie, na które chętnie odpowiem! Oto Athos, dowiedziawszy się o zniknięciu generała po wyjściu z zamku, oświadczył oficerom, że — choć narówni z nimi nie wie, co się stać mogło — rozumie dobrze, iż osoba jego może się im wydawać podejrzana. Jednocześnie uważał za punkt honoru pozostać wśród Anglików, póki ta ciemna sprawa się nie wyjaśni. Anglicy, widząc jego postępowanie pełne szlachetności, zadowolnili się przydaniem mu straży. Lecz jeśli oficerowie, którzy mówili z Athosem uspokoili się trochę, to żołnierze, wiedząc tyle tylko, iż natychmiast po wspólnej przechadzce z francuzem generał zniknął, przeczekawszy parę dni i widząc, że nie powraca, postanowili — jak ci już mówiłem — żywcem go spalić! Na szczęście przybyliśmy wczas! Teraz dopiero generał uwierzył, iż Athos nic wspólnego nie miał z moim planem. Zwolnił nas też natychmiast, z Athosem przyjaźnie się pożegnał i dał mu list do wręczenia Karolowi II. Wkrótce dowiedziałem się, jaka była treść tego listu: „Najjaśniejszy Panie — pisał Monck — oczekuję Waszej Królewskiej Mości za sześć tygodni w Duwrze“. I oto w sześć tygodni później Monck na czele swych zwolenników przyjął króla. Cała Anglia poszła wkrótce za jego przykładem. Lud ten, zmęczony wojna wewnętrzną, radośnie przyjął króla.
— A to wszystko dzięki panu i panu Athosowi — zawołał z zachwytem Planchet.
— Dzięki królowi Karolowi II — odparł poważnie d‘Artagnan — my tylko staraliśmy się pomóc nieszczęsnemu wygnańcowi, a całą naszą zasługą było to, iż, pozornie przeszkadzając sobie w działaniach — daliśmy Karolowi możność wykazania szlachetności i wspaniałości iście królewskiej. A Monck — widząc, iż ten wygnaniec ma serce wielkie, wspaniałe — zrozumiał, że dla umęczonego ludu angielskiego monarcha ten będzie dobrym ojcem i opiekunem.
— Ale, proszę pana — zagadnął Planchet — wszystko to piękne jest i ciekawe, tylko jak dotąd, to ani rusz nie widzę, skąd pan wziął to złoto — tu wskazał złoto i srebro, poukładane już w równe gromadki.
— Ano, król Karol II chciał mnie wynagrodzić, mnie i moich ludzi. Najpierw zaproponował mi służbę u siebie, obiecywał honory i zaszczyty; alem mu odpowiedział krótko i węzłowato: „porzucając służbę u króla Francji, obiecałem monarsze, że nie będę służył żadnemu innemu królowi“. Na to nic nie mógł odpowiedzieć. Ale znalazł sposób ofiarowania mi złota w sposób delikatny i szlachetny. Zaczął mianowicie twierdzić, iż generał Monck jest wciąż jeszcze moim jeńcem, a jego szpada moją własnością. No i tytułem zapłaty za zrzeczenie się pretensyj do owej szpady rozkazał wypłacić mi 300.000 liwrów. Ot i masz wyjaśnienie zagadki, mój przyjacielu — zakończył wesoło d‘Artagnan.
— A pan Athos — wypytywał ciekawy Planchet — czy też został wynagrodzony?
— O! i jak jeszcze! Otrzymał Order Złotego Runa! We Francji jeden tylko człowiek go posiada, a mianowicie — król.
— Tedy interes?
— Udał się świetnie, jak widzisz! Wszyscy są zadowoleni. — Tu porucznik spojrzał z lubością na złoto.




ROZDZIAŁ XXI.
GRA MAZARINIEGO.

Tego właśnie wieczora, kiedy d‘Artagnan opowiadał Planchetowi swe przygody, w jednej z obszernych sal Pałacu Królewskiego, powleczonej ciemnym aksamitem, na którym wspaniale odbijały złote ramy znacznej liczby okazałych obrazów, widziano cały dwór, zebrany przed alkową kardynała, który zaprosił króla i królowę na karty.
Mały parawan oddzielał trzy stoły, zastawione w sali. Przy jednym z tych stołów zasiadł król i obie królowe. Ludwik XIV-ty, siedząc naprzeciw młodej królowej, swojej żony, uśmiechał się do niej z wyrazem prawdziwego szczęścia. Anna Austriacka grała przeciw kardynałowi, a synowa dopomagała jej w grze, jeżeli się do męża nie uśmiechała. Kardynał zaś, z twarzą wychudłą i zmęczoną, leżał w krześle, karty jego trzymała hrabina Soissons, a on nie odrywał od nich spojrzenia, pełnego zajęcia i chciwości. Kardynał polecił Bernouinowi, żeby go uróżował, lecz czerwona farba, odbijająca się na policzkach, odznaczana jeszcze wyraźniej chorobliwa bladość reszty twarzy i żółtawość, połyskującą na czole. Tylko oczy nabierały przez uróżowanie żywszego blasku; na te oczy chorego, od czasu do czasu spoglądali z niepokojem król, królowa i dworzanie.
Bo oczy kardynała były to dwie gwiazdy więcej lub mniej błyszczące, z których Francja XVII-go wieku wyczytywała swoje przeznaczenie każdego wieczora i każdego poranku.
Kardynał nie wygrywał ani przegrywał, nie był więc ani wesoły ani smutny. Była to obojętność, w jakiej nie chciała go pozostawić Anna Austrjacka, okazująca mu zawsze wiele współczucia; lecz ażeby wzbudzić uwagę chorego, trzeba było wygrać lub przegrać. Wygrać, było niebezpiecznie, bo Mazarini obojętność zamieniłby na brzydkie wykrzywienie twarzy; przegrać, także było niebezpiecznie, bo trzeba byłoby go oszukać, a infantka, uważając na grę swojej teściowej, niezawodnie oburzyłaby się głośno na taką przychylność jej dla kardynała.
Korzystając z tej spokojności, dworzanie rozmawiali. Jeżeli Mazarini nie był w złym humorze, wówczas okazywał się księciem nader łaskawym i łagodnym, i ten, który nie zabraniał nikomu śpiewać, byle tylko zapłacono, nie był tak okrutnym, ażeby zabronić miał mówić, byle tylko przegrywano.
A więc rozmawiano.
Przy pierwszym stole, Filip, książę andegaweński, młody brat króla, przypatrywał się swej pięknej twarzy w lusterku, które nosił w pudełku.
Ulubieniec jego, kawaler Lotaryński, wsparty na krześle księcia, słuchał z tajemnem zadowoleniem hrabiego de Guiche, drugiego ulubieńca Filipa, opowiadającego w wyszukanych wyrazach rozmaite koleje losu awanturniczego króla Karola II-go.
Opisywał on, jak wypadki bajeczne, całą historję jego pielgrzymki do Szkocji i jego trwogę, kiedy oddziały nieprzyjacielskie w trop za nim podążały; noce, przepędzone na drzewach, dni, ubiegłe w głodzie i na potyczkach.
Los nieszczęśliwego króla coraz bardziej zajmował słuchaczy, a następnie tyle wzbudził zajęcia, że gra osłabła nawet przy stole królewskim, a młody król słuchał zamyślony, udając, że nie uważa na żadne szczegóły tej odyssei, tak malowniczo opowiadanej przez hrabiego de Guiche.
Hrabina de Soissons przerwała mówcy:
— Przyznaj się, hrabio, że trochę dodajesz od siebie.
— Powtarzam, jak papuga, wszystkie wypadki, jakie mi różni Anglicy opowiedzieli. Powiem nawet, ze wstydem zresztą, że jestem dokładny jak kopja.
— Karol II-gi byłby umarł, gdyby to wszystko wycierpiał.
Ludwik XIV-ty podniósł głowę pojętną i dumną.
— Pani — rzekł poważnym głosem, w którym przebijała jeszcze dziecięca nieśmiałość — pan kardynał opowie pani, jak podczas mojej małoletności sprawy Francji wystawione były na niepewne wypadki... i gdybym był starszy i zmuszony wziąć szpadę do ręki, to nieraz byłaby awantura o kolację.
— Dzięki Bogu — odpowiedział kardynał, który od godziny pierwszy raz przemówił. — Wasza Królewska Mość nieco przesadza, bo kolacja była zawsze gotowana z kolacją jego sług.
Król zaczerwienił się.
— O — zawołał Filip od niechcenia, nie poruszając się z miejsca i ciągle się przeglądając, — przypominam sobie, że pewnego razu, w Melun, nikt nie dostał kolacji i że król zjadł trochę chleba, a resztę dla mnie zostawił.
Całe zgromadzenie, spostrzegłszy uśmiech kardynała, śmiać się zaczęło.
Równie pochlebia się królom wspomnieniami minionych przykrości, jak nadzieja przyszłego szczęścia.
— Zawsze jednak korona Francji mocno była obsadzona na głowie królów — dodała pospiesznie Anna Austrjacka — a spadła z głowy króla Anglji; o! jeżeli kiedy wypadkiem ta korona zachwiała się, bo są czasem trzęsienia tronów, równie jak trzęsienia ziemi, jeżeli jej kiedy katastrofa zagrażała, zawsze stanowcze zwycięstwo przywracało spokojność.
— I nowym klejnotem zdobiło koronę — dodał Mazarini.
Hrabia de Guiche zamilkł; król zmarszczył nieco czoło, a Mazarini zamienił spojrzenie z Anną Austrjacką, jakby dziękując jej za pomoc.
— Kuzyn mój, Karol, nie jest piękny, to prawda — rzekł Filip, głaszcząc sobie włosy — ale mężny jest, bije się, jak rajtar, ale jeżeli dłużej tak się bić będzie, niema żadnej wątpliwości, że nie wygra bitwy takiej... jak Rocroy...
— Niema wojska — przerwał kawaler Lotaryński.
— Król Holandji, jego sprzymierzeniec, dostarczy mu żołnierzy. Jabym mu także dał, gdybym był królem Francji.
Ludwik XIV-ty jeszcze raz zaczerwienił się.
Mazarini udawał, że z największa uwaga zastanawia się nad grą.
— W tej chwili — rzekł hrabia de Guiche — los nieszczęśliwego księcia jest rozstrzygnięty. Jeżeli Monckowi udało się go oszukać, zginął. Więzienie, a może śmierć, dokończą tego, co wygnanie, wojna i niedostatek zaczęły.
Mazarini zmarszczył brwi.
— Czy to pewne — rzekł Ludwik XIV — że król Karol II-gi opuścił Hagę?
— Niewątpliwe, Najjaśniejszy panie — odpowiedział młodzieniec. — Ojciec mój otrzymał list, opisujący wszystkie szczegóły; wiadomo nawet, że król wylądował w Duwrze, rybacy widzieli go, wchodzącego do portu; reszta jest jeszcze tajemnicą.
— Chciałbym się dowiedzieć, co się dalej stało — rzekł porywczo Filip... Czy nie wiesz, bracie?...
Ludwik XIV-ty znów się zaczerwienił. Było to już po raz trzeci w przeciągu godziny.
— Zapytaj pana kardynała — odpowiedział tonem, który zdziwił Mazariniego, Annę Austrjacką i całe zgromadzenie.
— To znaczy, mój synu — przerwała z uśmiechem Anna Austrjacka — że król nie lubi, ażeby rozmawiano o sprawach państwa gdzieindziej, tylko na radzie.
Filip przyjął napomnienie i z uśmiechem ukłonił się nisko najprzód królowi, a potem matce. Lecz Mazarini spostrzegł kątem oka, że gromadka osób zebrała się w rogu sali i że książę Orleański z hrabią de Guiche i kawalerem Lotaryńskim, którym nie pozwolono mówić głośno, mogli więcej powiedzieć sobie pocichu, niżby powiedzieć należało. Spoglądał więc na nich zukosa, okiem pełnem nieufności i obawy, i nakłaniał Annę Austrjacką, ażeby nastraszyła to odosobnione zgromadzenie, gdy nagle Bernouin, wszedłszy przez drzwiczki z za łóżka, szepnął do ucha swego pana:
— Posłaniec od Jego Królewskiej Mości króla Anglji.
Mazarini nie mógł ukryć lekkiego wzruszenia, które król dostrzegł. Przez delikatność Ludwik XIV-ty powstał, a zbliżywszy się do kardynała, życzył mu dobrej nocy.
Całe zgromadzenie podniosło się, z hałasem odstawiając krzesła i posuwając stoły.
— Skoro się wszyscy rozejdą — rzekł Mazarini cicho do Ludwika XIV-go — racz mi, Najjaśniejszy Panie, kilka minut poświęcić. Dowiedziałem się o wypadku, o którym pragnę jeszcze dziś wieczór pomówić z Waszą Królewską Mością.
— Czy królowe mają także zostać?... — zapytał Ludwik XIV-ty.
— I książę Andegaweński — rzekł kardynał.
Potem spuścił firanki, zakrywając łóżka, jednak nie stracił z uwagi spiskowych.
— Panie hrabio de Guiche — rzekł rozstrojonym głosem, wdziewając szlafrok, podany przez Bernouina.
— Jestem — odpowiedział młodzieniec, zbliżając się ku firankom.
— Weź moje karty, jesteś szczęśliwy... Wygraj dla mnie cokolwiek pieniędzy od tych panów.
— Dobrze.
Młodzieniec usiadł przy stoliku, od którego król oddalił się dla rozmowy z królowemi.
Zaczęła się gra, dość wysoka, pomiędzy hrabią i bogatymi dworzanami.
Filip rozmawiał o strojach z kawalerem Lotaryńskim, i nie słyszano już z za firanek alkowy szelestu sukni jedwabnej kardynała.
Kardynał odszedł za Bernouinem do gabinetu, przyległego do sypialnego pokoju.




ROZDZIAŁ XXII.
SPRAWY PAŃSTWA.

Kardynał, wchodząc do gabinetu, zastał hrabiego de La Fere, który, czekając, podziwiał obraz Rafaela, zawieszony nad kredensem, zastawionym złotemi naczyniami. Mazarini wszedł powoli, lekki i milczący jak cień, pilnie przypatrując się, jak zwykle, twarzy hrabiego, bo z fizjognomji mającego przemówić chciał zawsze odgadnąć, jaki będzie skutek rozmowy.
Zauważył też zaraz, iż Athos jest bardzo grzeczny, lecz grzecznością zimną, prawie wyniosłą, nie mającą w sobie nic z pokory dworaków.
Ubiór Athosa był czarny ze skromnemi srebrnemi haftami. Ale miał na sobie order ś-go Ducha, Podwiązki i Złotego runa, trzy ordery, tak znakomite, że tylko król lub aktor może je razem nosić.
Mazarini długo szukał w pamięci, nieco już nadwyrężonej, nazwiska tej lodowatej postaci, lecz napróżno, nie mógł go sobie przypomnieć.
— Dowiedziałem się, — rzekł wreszcie, — że przybył do mnie posłaniec z Anglji.
I usiadł, dając znak odejścia Bernouinowi i Briennowi, który, jako sekretarz, przygotowywał się do pisania.
— Tak jest, od Jego Królewskiej Mości, króla Anglji — odpowiedział poseł.
— Jak na Anglika, mówisz pan bardzo czysto po francusku, — rzekł z przymileniem Mazarini, przyglądając się ciągle przez palce Świętemu Duchowi, Podwiązce i Złotemu runu, a nadewszystko twarzy posłańca.
— Nie jestem anglikiem, lecz francuzem — odpowiedział Athos.
— To rzecz szczególna, król Anglji wybiera Francuzów na ambasadorów; dobra to wróżba... Jakże nazwisko pańskie?...
— Hrabia de La Fere, — odpowiedział Athos z lekkim ukłonem, niezgodnym ani z etykietą, ani z dumą wszechwładnego ministra.
Mazarini wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: nie znam tego nazwiska.
Nie widać było, ażeby to obraziło Athosa.
— Przybywasz pan, — mówił dalej Mazarini — ażeby donieść mi...
— Przybywam od Jego Królewskiej Mości króla Wielkiej Brytanji, ażeby donieść królowi Francji...
Mazarini zmarszczył brwi.
— Ażeby donieść królowi Francji, — powtórzył niezrażony Athos, — o szczęśliwym powrocie Jego Królewskiej Mości Karola II-go na tron jego przodków.
— Masz pan zapewne pełnomocnictwo?... — zapytał Mazarini opryskliwie.
— Mam — odpowiedział sucho Athos.
— Jeżeli tak, racz mi je pan pokazać.
Athos wyjął papier z aksamitnego, haftowanego woreczka, jaki nosił na piersiach, pod suknią.
Kardynał wyciągnął rękę.
— Wybacz Wasza Wysokość... — rzekł Athos.
Wyraz „wysokość“ z trudem przedarł się przez jego usta; zdawało się, że język mu się poplątał.
Potem dodał:
— Pismo to jest do króla.
— Ponieważ pan, jesteś francuzem, powinieneś więc wiedzieć, co znaczy pierwszy minister na dworze Francji.
— Był czas — odpowiedział Athos, — kiedy zastanawiałem się nad znaczeniem pierwszych ministrów, i już od wielu lat, skutkiem namysłu, utwierdziłem się w postanowieniu, że listu do króla nie oddam nikomu, tylko królowi.
— Kiedy tak — odpowiedział rozgniewany Mazarini, — nie zobaczysz pan ani ministra, ani króla.
Mazarini powstał.
Athos włożył depeszę do woreczka, skłonił się sztywno i postąpił kilka kroków ku drzwiom.
Ta zimna krew rozjątrzyła kardynała.
— Dziwne postępowanie dyplomatyczne!... — zawołał — czy żyjemy w czasach, kiedy Kromwell wyprawiał do nas siepaczy za swoich pełnomocników?... brakuje panu tylko kaszkietu na głowie i biblji za pasem.
— Panie — odpowiedział zimno Athos, — nie miałem nigdy takiej, jak Wasza Wysokość przyjemności, rozprawiać z Kromwellem, a jego pełnomocników tylko ze szpadą w ręku widziałem; nie wiem więc, jak się rozprawiali z pierwszymi ministrami. Co do króla Anglji, Karola II-go, wiem, że kiedy pisze do Jego Królewskiej Mości króla Ludwika XIV-go, to nie pisze do Jego Wysokości kardynała ministra, a w tem odróżnieniu nie widzę żadnej dyplomacji.
— O!... — zawołał Mazarini, podnosząc wychudłą głowę i uderzając ręką w pożółkłe czoło — teraz sobie przypominam!..
Athos spoglądał na niego zdziwiony.
— Tak, już wiem!... — mówił kardynał, przypatrując się ciągle hrabiemu; — tak, już wiem... poznałem pana, a! diavolo!... już się nie dziwię.
— Lecz ja dziwiłem się — rzekł Athos z uśmiechem, — że Wasza Wysokość, mając tak wyborną pamięć, nie poznałeś mnie.
— Zawsze uparty i zawsze kłótliwy... panie, panie... jakże cię nazywano?... zaraz... nazwisko rzeki... Potamos... nie... nazwisko wyspy... Naxos... nie, e per Jove, nazwisko góry... Athos!... otóż mam!... Cieszę się, że pana widzę i że nie jestem w Reull, gdzie musiałem się okupić panu i jego przeklętym spólnikom... Fronda!... jeszcze Fronda!... przeklęta Fronda jeszcze mi się czuć daje. A panie, dlaczego twoja uraza przeżyła moją?... Jeżeli kto może się żalić, to nie pan zapewne, bo wyszedłeś z tej sprawy nietylko cały, lecz nawet ze wstęgą Świętego Ducha na szyi.
— Panie kardynale, — odpowiedział Athos — racz mi przebaczyć, że pomijam wszelkie wspomnienia przeszłości i nie zastanowię się nad uwagami Waszej Wysokości. Mam do wypełnienia zlecenie... czy Wasza Wysokość raczy ułatwić mi dokonanie mojej misji?...
— Dziwię się — rzekł Mazarini uradowany, że go pamięć nie zdradziła, i gotowy do złośliwych docinków — dziwię się, panie Athos... że taki frondysta przyjął misję do Mazariniego, jak mówiono za dobrych czasów...
I zaczął się śmiać, pomimo dolegliwego kaszlu, który przerywał każdy wyraz i mowę zamieniał w ciągłe łkanie.
— Ja tylko do króla Francji przyjąłem misję, — odparł hrabia, lecz z mniejszą cierpkością, bo sądził, że dość już ma przewagi nad przeciwnikiem i że może okazać się łagodniejszym.
— Dziwny pan jesteś z takim uporem; widać, żeś się ocierał o purytanów. Znam lepiej od pana jego tajemnicę, i powinieneś był mieć wzgląd na człowieka starego i cierpiącego. Nie chcesz pan nic powiedzieć?... dobrze; nie chcesz mi pan powierzyć listu?... i na to się zgadzam; pójdź pan do mego pokoju, będziesz mówił z królem i przed królem... Lecz jeszcze jedno słowo: kto panu dał Złote runo?... Przypominam sobie, żeś pan miał Podwiązkę, ale o Złotem runie nic nie wiedziałem.
— Z powodu małżeństwa Jego Królewskiej Mości Ludwika XIV-go, Hiszpanja przysłała niedawno królowi Karolowi II-mu patent Złotego runa, z miejscem próżnem do zapisania nazwiska; Karol II-gi zaraz mi go oddał, wpisawszy moje nazwisko w próżne miejsce.
Mazarini powstał z krzesła, a wspierając się na ramieniu Bernouina, wchodził do alkowy w chwili, gdy właśnie zapowiadano w sali przybycie księcia Kondeusza, i istotnie książę Kondeusz, książę krwi, zwycięzca z pod Rocroy, Lens i Nordlingen, wszedł do kardynała, otoczony swoimi dworzanami, i już kłaniał się królowi, kiedy pierwszy minister odsunął firankę.
Athos spostrzegł Raula, ściskającego rękę hrabiego de Guiche, i z uśmiechem odpowiedział na jego ukłon, pełen uszanowania.
Spostrzegł także radość kardynała, kiedy tenże zobaczył przed sobą na stole ogromna kupę złota, które hrabia de Guiche wygrał dla niego od czasu, jak kardynał powierzył mu karty. Zapomniał więc o ambasadorze, poselstwie i księciu; wszystkie jego myśli zajęło złoto.
— Jakto!... — zawołał starzec — to wszystko... wygrane?...
Po chwili jednak przypomniał sobie, iż obiecał dopomóc Athosowi w spełnieniu polecenia.
Zwrócił się tedy do króla:
— Najjaśniejszy Panie, mam zaszczyt przedstawić Waszej Królewskiej Mości pana hrabiego de La Fere, ambasadora Jego Królewskiej Mości króla Wielkiej Brytanji. — Sprawy Państwa!... panowie — dodał, żegnając ręka osoby w salonie i wszyscy, z księciem Kondeuszem na czele, znikli za jednem poruszeniem Mazariniego.
Raul rzucił jeszcze jedno spojrzenie na hrabiego de La Fere i wyszedł za Kondeuszem.
Filip Andegaweński i królowa zdawali się naradzać, czy mają wyjść.
— Sprawy familijne — rzekł żywo Mazarini, zatrzymując ich na miejscach. — Ten pan przynosi królowi list, w którym Karol II-gi, przywrócony na tron, żąda związku między księciem bratem króla i księżniczką Henrietą, wnuczką Henryka IV-ego. Panie hrabio, racz złożyć królowi listy wierzytelne.
Athos osłupiał z zadziwienia. Jakim sposobem minister mógł wiedzieć o treści listu, którego nie czytał?...
Uroczyste milczenie zapanowało w pokoju kardynała. Przerywał je tylko głuchy brzęk złota, które Mazarini wychudłą i żółtą ręką zgarniał do szkatułki, kiedy król list czytał.




ROZDZIAŁ XXIII.
OPOWIADANIE.

Złośliwość kardynała nie dozwoliła mu wiele mówić do ambasadora; jednakże wyraz przywrócony, uderzył króla; zwracając się wiec do hrabiego, na którego ciągle miał oczy skierowane, rzekł:
— Racz mi pan udzielić wiadomości o obecnym stanie rzeczy w Anglji. Przybywasz pan stamtąd, jesteś Francuzem, a ordery, które błyszczą na twojej osobie, znamionują człowieka zasłużonego, a zarazem zdolnego.
— Pan ten — rzekł kardynał, odwracając się do królowej — jest dawnym sługą Waszej Królewskiej Mości, pan hrabia de la Fere.
Anna Austrjacka słabą miała pamięć, jak królowa, której, życie było mieszaniną burz i dni pogodnych.
Spoglądała na kardynała, bowiem jego złośliwy uśmiech zapowiadał jakieś szyderstwo; potem, innem spojrzeniem, wezwała Athosa, ażeby jej wytłomaczył słowa Mazariniego.
— Ten pan — mówił dalej kardynał — był muszkieterem Trevilla w służbie zmarłego... króla, zna doskonale Anglję, często tam podróżował w różnych epokach; jest to poddany Waszej Królewskiej Mości, który wielkie położył zasługi.
Te wyrazy nasuwały wspomnienia, jakich Anna Austrjacka zawsze ze drżeniem unikała.
Anglja to była jej nienawiść do Richelieugo, to miłość jej była dla Buckinghama; muszkieter Trevilla to była cała odysea tryumfów, pobudzających bicie serca młodej kobiety, i niebezpieczeństw, które wstrząsnęły tronem młodej królowej.
Wyrazy mówiły wiele, one zamykały usta, a pobudzały ciekawość we wszystkich osobach domu królewskiego, bo te osoby, z różnemi uczuciami, starały się poznać w jednej chwili tajemnicze lata, jakich młodsi nie widzieli, a które starzy uważali za zupełnie zatarte.
— Niech pan mówi — rzekł Ludwik XIV-ty, wychodząc pierwszy z zadziwienia, domysłów i wspomnień.
— Niech pan raczy mówić — dodał Mazarini, któremu złośliwy przytyk dla Anny Austrjackiej przywrócił werwę i wesołość.
— Najjaśniejszy Panie — odezwał się hrabia — cud zmienił przeznaczenie króla Karola II-go. Czego ludzie nie zdołali dotąd uczynić, Bóg spełnić postanowił.
Mazarini kaszlał, wijąc się na łóżku.
— Król Karol II-gi — mówił dalej Athos — wypłynął z Hagi już nie jako tułacz albo zdobywca, lecz jako król samowładny, który po dalekiej podróży wraca do swego kraju pośród błogosławieństwa i powszechnej radości.
— Tak, to cud prawdziwy — odpowiedział król — lecz Bóg, który tyle czyni dla królów, używa jednak rąk ludzkich do spełnienia swych zamiarów. Którym więc ludziom Karol II-gi winien głównie swój powrót?
— Czy Wasza Królewska Mość nie wie — przerwał kardynał, nie troszcząc się wcale o miłość własną króla, — że winien wszystko Monckowi?
— Powinienem o tem wiedzieć — odpowiedział znacząco Ludwik XIV-ty — jednakże pytam pana ambasadora o przyczyny tak nagłej zmiany tego Moncka.
— Wasza Królewska Mość dotyka właśnie głównego przedmiotu — odpowiedział Athos — bo bez cudu, o jakim miałem zaszczyt wspomnieć, Monck pozostałby bezwątpienia nieprzebłaganym nieprzyjacielem króla Karola II-go. Bóg natchnął nadzwyczajną, zuchwałą i skuteczna myślą jednego człowieka, poświęceniem i odwagą przejął umysł drugiego. Połączenie tych dwóch myśli spowodowało taką zmianę w poglądach Moncka, że z zawziętego nieprzyjaciela, stał się przyjacielem strąconego króla.
— O tych właśnie szczegółach chciałem się dowiedzieć — rzekł król. — Któż są ci dwaj ludzie, których Bóg wybrał do spełnienia swego cudu?
— Dwaj francuzi, Najjaśniejszy Panie.
— Cieszę się, bardzo się z tego cieszę.
— A owe dwie myśli?... — zawołał Mazarini — ja ciekawszy jestem dowiedzieć się o pomysłach, niż o ludziach.
— Powiedz, panie hrabio — odezwał się król.
— Myśl drugą, myśl poświęcenia się, odważną, a najmniej mogącą dopomóc, stanowiło wykopanie miljona w złocie, ukrytego przez Karola I-go w Newcastle, i okupienie tym złotem przychylności Moncka.
— O! o!... — zawołał Mazarini, orzeźwiony wyrazem miljon — ...ależ Newcastle zajęty był właśnie przez Moncka.
— Tak jest, i dlatego poważyłem się nazwać tę myśl odważną. Gdyby Monck odrzucił ofiarę pośrednika, należało starać się o wprowadzenie Karola II-go w posiadanie tego miljona, który trzeba było wydrzeć już nie prawości, lecz szlachetności generała Moncka... Tak się też stało, pomimo niektórych trudności; generał był tyle szlachetny, że pozwolił zabrać złoto.
— Zdaje mi się — rzekł król zamyślony i nieśmiały — że Karol II-gi nie wiedział o tym miljonie, podczas swego pobytu w Paryżu?
— A mnie się zdaje — dodał kardynał złośliwie — że Jego Królewska Mość król Wielkiej Brytanji wiedział dokładnie o istnieniu miljona, ale wolał dwa miljony, niż jeden.
— Najjaśniejszy Panie — odpowiedział Athos stanowczym tonem — Jego Królewska Mość król Karol II-gi podczas swego pobytu we Francji był tak ubogi, że nie miał pieniędzy na opłacenie poczty, a tak pozbawiony nadziei, że już tylko o śmierci myślał. Nie wiedział wcale o istnieniu miljona w Newcastle, i gdyby pewien szlachcic, poddany Waszej Królewskiej Mości, moralny depozytariusz miljona, nie był wyjawił tajemnicy Karolowi II-mu, król ten żyłby dotąd w najokropniejszem zapomnieniu.
— Przejdźmy do myśli nadzwyczajnej, zuchwałej i skutecznej — przerwał Mazarini, spostrzegając, że bystrość jego umysłu bliska jest zupełnego mata. — Jakaż była owa myśl?
— A taka: pan Monck stanowił jedyna przeszkodę do przywrócenia upadłego króla; otóż pewien francuz powziął myśl usunięcia tej przeszkody.
— Ho! ho! to jakiś łotr ten francuz — rzekł Mazarini — a myśl tak szczytna mogła wznieść głowę, w której powstała, do szczytu szubienicy na placu, gdzie karzą winowajców z wyroku parlamentu.
— Wasza Wysokość myli się — odpowiedział sucho Athos — ja nie powiedziałem, że ten francuz, o którym mowa, postanowił zabić Moncka, on chciał go tylko usunąć. Używam wyrazów w prostem ich znaczeniu. Zresztą, fortel to wojenny, a kiedy kto służy królowi przeciw jego nieprzyjaciołom, sąd nie do parlamentu należy, bo sam tylko Bóg jest właściwym sędzią. Lecz wracam do rzeczy: ów francuz zamierzył pochwycić osobę Moncka i zamysł ten wykonał.
— Porwał Moncka — rzekł król — ależ Monck był w swoim obozie.
— A jednak to uczynił.
— O! dwa lewki z klatki wypuszczone — mruknął Mazarini.
I z niechęcią, jakiej nie ukrywał, rzekł:
— Nie wiem nic o tych szczegółach. Czy pan ręczysz za ich wiarogodność?
— Z wszelką pewnością, bo sam byłem ich świadkiem.
— Pan?
— Tak jest, ja.
Król zbliżył się mimowolnie do hrabiego, książę andegaweński zwrócił się i naciskał Athosa z drugiej strony.
— Cóż dalej? cóż dalej, panie hrabio?... — obaj zawołali razem.
— Francuz, wziąwszy Moncka, przywiódł go przed Karola II-go do Hagi. Król przywrócił wolność Monckowi, a generał przez wdzięczność wrócił Karolowi II-mu tron Wielkiej Brytanji, za który tylu mężnych ludzi walczyło bez skutku.
Filip uderzył w ręce z zapałem.
Ludwik XIV-ty, więcej rozważny, zwrócił się ku hrabiemu de la Fere.
— Czy te wszystkie szczegóły są prawdziwe?
— Wszystko najczystsza prawda, Najjaśniejszy Panie.
— Jakże się nazywa ten szlachcic?
— Twój poddany, Najjaśniejszy Panie — rzekł skromnie Athos z ukłonem.
Szmer uwielbienia rozradował i duma napełnił serce Athosa.
Nawet Mazarini wzniósł ręce nad poduszki.
— Panie hrabio — rzekł król — będę szukał i będę się starał wynaleźć sposób wynagrodzenia cię...
Athos cofnął się.
— O! nie za twoja uczciwość, taka nagroda byłaby dla ciebie poniżeniem; ale winienem panu hrabiemu wynagrodzenie za jego udział w przywróceniu na tron brata mego, Karola II-go.
— Zapewne — odezwał się Mazarini.
— Ten triumf dobrej sprawy napełnia radością cały dom Francji — rzekła Anna Austriacka.
— Czy rzeczywiście jeden tylko człowiek dostał się do obozu Moncka i porwał go?... — zapytał Ludwik XIV-ty.
— Miał dziesięciu pomocników, wybranych z niższej klasy społeczeństwa.
— Tylko dziesięciu?
— Tylko dziesięciu.
— A jakże się on nazywa?
— D‘Artagnan, dawny porucznik muszkieterów Waszej Królewskiej Mości.
Anna Austrjacka zaczerwieniła się. Mazarini zawstydził się i zbladł; Ludwik XIV-ty zasępił się i kropla potu spadła z jego bladego czoła.
— Mówmy o interesach, Najjaśniejszy Panie — przerwał ogólne milczenie Mazarini.
— Dobrze — odpowiedział Ludwik XIV-ty, a zwracając się do Athosa, rzekł:
— Słucham poselstwa pana ambasadora.
Athos ofiarował uroczyście rękę lady Henriety Sztuart, dla młodego księcia, brata króla.
Narada trwała godzinę, poczem drzwi pokoju otworzyły się, a dworzanie zajęli swoje miejsca, jakgdyby nie było żadnej przerwy w ich zabawie.
Athos znalazł się obok Raula, a ojciec i syn mogli uścisnąć sobie rękę.




ROZDZIAŁ XXIV.
JAK MAZARINI STAJE SIĘ ROZRZUTNYM.

Kiedy Mazarini usiłował zapomnieć o żywej trwodze, jaką uczuł, Athos i Raul, oddaliwszy się w głąb sali, przemówili do siebie kilka słów.
— Wiec jesteś w Paryżu, Raulu?... — rzekł hrabia.
— Tak, panie, od czasu powrotu księcia Kondeusza.
— Nie mogę tu z tobą rozmawiać, gdyż mają nas na oku, ale powracam zaraz do siebie, i oczekuję cię, skoro obowiązki służbowe pozwolą ci przyjść.
Raul skłonił się.
Książę Kondeusz szedł prosto ku nim.
Zaledwie Athos zdołał przypomnieć się Księciu i rzucić z godnością wykwintny komplement, uwagę ich zajęła całkowicie scena, rozgrywająca się w tej chwili między Kardynałem a księciem Filipem.
Kardynał podniósł się, wsparł na łokciu, i kiwnął na młodego brata króla, który się do niego przysunął.
— Każ, proszę, Wasza Książęca Mość, zebrać te wszystkie złote talary, — rzekł kardynał, wskazując ogromną kupę sztuk żółtych i świecących, które hrabia de Guiche potrochu ułożył przed nim, gdyż szczęście mu tego dnia sprzyjało.
— Dla mnie!... — zawołał książę andegaweński.
— Te pięćdziesiąt tysięcy talarów są twoje, mości książę.
— Darujesz mi pan?...
— Grałem dla Waszej Książęcej Mości — odpowiedział kardynał, słabnąc pomału, jakgdyby nadmierny wysiłek, z powodu darowania tych pieniędzy, wyczerpał wszelkie władze fizyczne i moralne.
— Oh!... mój Boże, — szepnął Filip, prawie odurzony radością, — co za piękny dzień!...
I sam zbierał palcami pieniądze i kładł do kieszeni. Nie, zdołał jednakże wszystkiego pomieścić, więcej, niż trzecia część została jeszcze na stole.
— Kawalerze — rzekł Filip do swego ulubieńca, kawalera Lotaryńskiego — chodź tu.
Ulubieniec przybiegł.
— Włóż resztę do kieszeni — odezwał się młody książę.
Ta dziwna scena uważaną była przez obecnych za familijną zabawę.
Kardynał udawał ojca synów Francji, obaj książęta wzrośli pod jego skrzydłem. Nikt wiec tej hojności pierwszego ministra nie przypisał dumie lub nieprzyzwoitości, jakby to za naszych dni uczyniono. Dworzanie tylko zazdrościli. Król odwrócił głowę.
— Nigdy jeszcze nie miałem tyle pieniędzy — rzekł wesoło młody książę, przebiegając pokoje z ulubieńcem i udając się ku swojemu powozowi. — Nie, nigdy... Jaki to ciężar pięćdziesiąt tysięcy talarów.
— Dlaczego pan kardynał daje tyle pieniędzy odrazu?... — zapytał po cichu książę Kondeusz hrabiego de La Fere. — Kochany kardynał musi być bardzo chory?...
— Zapewne, że jest bardzo chory, nawet bardzo źle wygląda, jak to Wasza książęca mość może widzieć.
— Pewno... ale on tego nie przeżyje, pięćdziesiąt tysięcy liwrów!... to nie do uwierzenia. No, hrabio, co to znaczy?... powiedz nam przyczynę.
— Mości książę, bądź cierpliwym, proszę; książę andegaweński zbliża się w tę stronę, rozmawiając z kawalerem Lotaryńskim; niech Wasza książęca mość słucha.
W rzeczy samej kawaler Lotaryński mówił do księcia zcicha:
— Mości książę, to być nie może, aby pan Mazarini dawał Waszej książęcej mości tyle pieniędzy. — Uważaj, mości książę, rozsypujesz je. — Czego żąda od was kardynał, że tak hojny?...
— Czy nie mówiłem?... — szepnął Athos do ucha księcia Kondeusza, — może będzie odpowiedź na zapytanie Waszej książęcej mości.
— Mów więc, mości książę — powtórzył niecierpliwie kawaler Lotaryński.
— To podarunek ślubny, kochany...
— Jak to, podarunek, ślubny!...
— Tak, tak, żenię się!... — odpowiedział książę andegaweński, nie zważając, że właśnie w tej chwili przechodził obok księcia Kondeusza i hrabiego de La Fere, którzy mu się głęboko skłonili.
Kawaler Lotaryński rzucił na młodego księcia spojrzenie tak dziwne, tak nienawistne, że hrabia de La Fere zadrżał.
— Jakto, ty, mości książę, żenisz się, — powtórzył, — to niepodobna, zrobiłbyś tę niedorzeczność!...
— Ba, to nie ja ją zrobię, to inni za mnie ją robią, — odpowiedział książę andegaweński; ale chodź prędko; pójdźmy wydać te pieniądze.
To rzekłszy, znikł z towarzyszem, śmiejąc się i rozmawiając, gdy wszystkie czoła przed nim się schylały.
Wtedy książę Kondeusz rzekł do Athosa:
— Więc to jest owa tajemnica?...
— Nie ja powiedziałem ją Waszej książęcej mości.
— Żeni się z siostrą Karola II-go?...
— Zdaje mi się, że tak.
Książę rozmyślał chwilę potem oko jego żywo zabłysło.
— No, znowu szpady zawieszone, i na długo!... rzekł zwolna, jakgdyby sam do siebie mówił, poczem westchnął.
Tylko Athos zgadł, ile w tem westchnieniu zawierało się pychy, głucho tłumionej, złudzeń zgasłych, zawiedzionych nadziei, gdyż tylko Athos słyszał to westchnienie.
Pomału pokój opróżnił się, a Mazarini został sam, nie starając się już ukrywać gwałtownych cierpień, które go pożerały.
— Bernouin!... Bernouin!... — wołał znękanym głosem.
— Czego żąda Wasza przewielebność?...
— Guenauda!... niech zawołają Guenauda, zdaje mi się, że już umieram.
Bernouin, przelękniony, pobiegł wydać rozkaz, a posłaniec, który biegł po doktora, spotkał powóz królewski na ulicy Ś-go Honorjusza.




ROZDZIAŁ XXV.
GUENAUD.

Rozkaz kardynała był naglący; Guenaud nie dał długo na siebie czekać. Zastał chorego, leżącego na łóżku zsiniałego, nogi spuchnięte, żołądek ściśniony. Mazarini uległ gwałtownemu paroksyzmowi podagry. Cierpiał srodze i niecierpliwie, jako człowiek, nieprzyzwyczajony do cierpliwości.
Skoro Guenaud przybył, kardynał zawołał:
— A!... jestem uratowany!...
Guenaud, przypatrując się choremu z poważną miną, rzekł:
— O!... o!...
— Cóż Guenaud?... jakąż ty masz minę!...
— Taką, jaką mieć potrzeba, aby widzieć chorobę Waszej przewielebności, chorobę bardzo niebezpieczną.
— Podagra... o tak, podagra.
— Z niezwykłemi symptomatami.
Mazarini podniósł się na łokciu, a zapytując spojrzeniem i ruchem, zawołał:
— Co mówisz!... czyż jestem słabszym, niż mi się zdaje?...
— Wasza przewielebność — rzekł Guenaud, siadając przy łóżku — stan jest bardzo poważny.
— No tak, wiem o tem! Ale przecież ja wyzdrowieję, wszystko zrobię, co każesz. Jaką chcesz kurację... Tylko powiedz, że wyzdrowieję.
— Ani wola, ani władza, ani genjusz, ani sztuka oprzeć się nie mogą chorobie, którą Bóg zsyła na ziemię z mocą zabijania ludzi. Kiedy choroba jest śmiertelna, zabija i nic nie pomaga...
— Choroba moja... jest... śmiertelną?... — zapytał Mazarini.
— Tak jest, Wasza przewielebność.
Kardynał pochylił się na chwile, jak nieszczęśliwy, na którego obalił się filar i przygniótł go...
Lecz miał on dusze zahartowana, a raczej umysł niewzruszony.
— Guenaud — rzekł, podnosząc się — czy pozwolisz mi apelować od twojego wyroku? Chce zebrać najuczeńszych ludzi z całej Europy, chce się ich poradzić... może znajdą środek.
— Niech Wasza przewielebność nie sądzi jednak, że ja miałem odwagę sam wyrokować o zbyt drogiem jego życiu; zgromadziłem już najlepszych i najdoświadczeńszych lekarzy Francji i Europy... było ich dwunastu.
— I cóż powiedzieli?...
— Powiedzieli, że Wasza przewielebność dotknięty jest śmiertelną chorobą.
Głębokie milczenie, podczas którego kardynał zebrał zmysły i pokrzepił siły, nastąpiło po wzruszeniu poprzedzających scen.
— Znajdzie się co innego — mruknął Mazarini — prócz lekarzy są szarlatani. W moim kraju ci, których lekarze opuszczają, oddają się w ręce szarlatana, który dziesięć razy zabije, ale sto razy wyleczy.
— Czy Wasza przewielebność nie spostrzega, że od miesiąca dziesięć razy zmieniłem jego leki?
— Tak... No i cóż?
— Wydałem pięćdziesiąt tysięcy liwrów, aby zakupić sekrety tych nikczemników; lista ich wyczerpana, moja kieszeń także. Wasza przewielebność nie jest do wyleczenia, a bez mej sztuki byłbyś już umarł.
— Więc już wszystko skończone — mruknął kardynał — już skończone...
Ponurym wzrokiem spojrzał wkoło siebie.
— Trzeba będzie to wszystko porzucić!... — i westchnął. — Już nie żyję, Guenaud!... jużem umarł!...
— O, jeszcze nie — rzekł lekarz.
Mazarini schwycił go za rękę.
— Jak długo?... — zapytał, wlepiając wielkie nieruchome oczy w twarz niewzruszonego lekarza.
— Tego się nigdy nie mówi, Wasza przewielebność.
— Ludziom pospolitym, być może, ale mnie... mnie, dla którego każda minuta warta skarb, powiedz mi Guenaud, powiedz mi!..
— Nie, nie, Wasza przewielebność.
— Ja chcę, mówię ci. O, daj mi tylko miesiąc, a za każdy z tych trzydziestu dni zapłacę ci sto tysięcy liwrów.
— Bóg — rzekł Guenaud głosem silnym — daje Waszej przewielebności te dni życia, a nie ja. Bóg zatem nie daje mu więcej nad dni piętnaście!...
Kardynał westchnął boleśnie i przewrócił się na poduszkę, pomrukując:
— Dziękuję ci, Guenaud, dziękuję.
Lekarz miał odejść, gdy umierający podniósłszy się, rzekł nawpół błagalnie, nawpół groźnie:
— Milczenie... milczenie...
— Już od dwóch miesięcy znam tę tajemnicę, i widzi Wasza przewielebność, żem ją dobrze dochował.
— Idź, Guenaud, nie zapomnę o tobie; idź i powiedz Briennowi, aby mi tu przysłał urzędnika, którego zowią panem Colbert. Idź.




ROZDZIAŁ XXVI.
COLBERT.

Colbert był człowiekiem, do którego historyk i moralista równe mają prawo. Starszym był o trzynaście lat od Ludwika XIV-go, swego przyszłego pana. Wzrostu miernego, raczej chudy, niż tłusty, oko miał zapadłe, powierzchowność pospolitą; włosy grube, czarne i rzadkie, co było przyczyną, podług biografów jego czasu, iż wcześnie wdział kapłańską czapkę. Spojrzenie tylko miał niepospolite, ostre, przenikliwe, pełne surowości.
Powszechnie chwalono jego wielkie zdolności do rachunków, i szczególny talent, jakim z niczego wyciągał intraty.
Colberta to pomysłem było przymuszenie gubernatorów fortec pogranicznych, aby utrzymywali garnizony bez żołdu, pieniędzmi, zbieranemi z kontrybucyj nadzwyczajnych.
Było to powodem, iż kardynał Mazarini przyjął Colberta na miejsce zmarłego swego intendenta, Jouberta.
Colbert pomału posuwał się u dworu, pomimo niskiego urodzenia, był bowiem synem człowieka, który z początku sprzedawał wino, później sukno, a nareszcie materjały jedwabne.
Colbert, przeznaczony do stanu kupieckiego, najprzód był kupczykiem u kupca w Lyonie, którego porzuciwszy, przyjął miejsce w Paryżu u prokuratora trybunału, nazwiskiem Bitem. Tym sposobem nauczył się sztuki układania rachunków i nieocenionej sztuki: wikłania ich.
Sztywność Colberta bardzo mu posłużyła, co dowodzi, że fortuna ma swe kaprysy i podobna jest do tych kobiet starożytności, których ani fizycznie ani moralnie nic zrazić nie potrafiło.
Colbert, umieszczony u Michała Letellier, sekretarza stanu w 1648 roku, przez swego kuzyna Colberta pana na Saint-Pouange, który miał względy dla niego, razu jednego posłany został ze zleceniem przez ministra do kardynała Mazariniego. Jego przewielebność kardynał cieszył się wówczas kwitnącem zdrowiem. Przebywał wówczas w Sedanie, skłopotany pewną intrygą dworską, w której, jak się zdawało, Anna Austrjacka nie trzymała jego strony. Wszystkie wątki tej intrygi Letellier trzymał w swoich rękach. Odebrał on list, bardzo ważny dla niego, i nader kompromitujący dla Mazariniego, ponieważ odgrywał już podwójną rolę, która mu tak dobrze posłużyła. Otóż oszczędzając zawsze dwóch nieprzyjaciół, aby mógł korzystać z jednego i z drugiego, pojednywając ich, albo więcej rozjątrzając, Michał Letellier chciał posiać kardynałowi list Anny Austriackiej, aby go przeczytał, a przeto był mu zobowiązany za przysługę, tak grzecznie wyświadczoną. Posłać list, było rzeczą łatwą; ale go napowrót po odczytaniu uzyskać, bardzo było trudno. Letellier obejrzał się wkoło siebie, a widząc czarnego i chudego oficjalistę swego, który gryzmolił z namarszczoną brwią w jego biurze, przeniósł go nad najlepszego żandarma dla spełnienia tego zamiaru. Colbert musiał pojechać do Sedanu z rozkazem zakomunikowania owego listu kardynałowi i odwiezienia go napowrót Letellierowi.
Słuchał rozkazu, danego ze skrupulatna uwaga, dwa razy kazał go sobie powtórzyć, a dopytywał się, nalegająco, aby wiedzieć, czy zwrócenie listu było tak ważne, jak oddanie go, na co Letellier mu powiedział:
— Jeszcze ważniejsze.
Wtedy wyjechał, podróżował, jak zwyczajny kurjer, nie dbając o swoje wygody, i oddał kardynałowi najprzód list Letelliera, w którym tenże oznajmiał kardynałowi, iż mu przysyła nieoceniony ów list, a potem dał mu list...
Mazarini mocno się zarumienił, czytając list królowej Anny, uśmiechnął się grzecznie do Colberta i pożegnał go.
— Na kiedy odpowiedź?... — spytał kurjer pokornie.
— Na jutro.
— Jutro rano?...
— Tak jest.
Colbert, wychodząc, spróbował najwspanialszego ukłonu, na jaki umiał się zdobyć.
Nazajutrz o siódmej już był w pogotowiu; Mazarini do dziesiątej kazał mu czekać. Colbert, czekając w przedpokoju, ani zmarszczył brwi; gdy kolej na niego przyszła, wszedł.
Mazarini oddał mu wtedy zapieczętowany pakiet, na którym napisane były te słowa: „Do Pana Michała Letellier i t. d.“
Colbert patrzył z wielką uwagą na pakiet; kardynał spojrzał na niego uprzejmie i popchnął go ku drzwiom.
— A list królowej matki?... — zapytał Colbert.
— Jest w pakiecie z innemi, — rzekł Mazarini.
— A!... to bardzo dobrze, — odpowiedział Colbert, a przytrzymując swój kapelusz kolanami, zaczął odpieczętowywać pakiet.
Mazarini krzyknął.
— Co robisz!... — rzekł grubjańsko.
— Odpieczętowywam pakiet, Wasza przewielebność.
— Czy mi nie ufasz, łotrze, czy kto słyszał o podobnej impertynencji!...
— O!... niech Wasza przewielebność na mnie się nie gniewa; ja nie o słowach Waszej przewielebności powątpiewam... a!... broń mnie Boże!...
— A więc o czemże?...
— O akuratności kancelarii Waszej przewielebności. Ba!... cóż jest list?... świstek papieru, o którym łatwo można zapomnieć. A!.... zobacz Wasza przewielebność, czym nie miał słuszności!... Urzędnicy Waszej przewielebności zapomnieli o świstku; list nie znajduje się w pakiecie.
— Zuchwały jesteś a nie widziałeś nic, — zawołał rozgniewany Mazarini, — wychodź stąd, czekaj na me rozkazy!...
Wyrzekłszy te słowa, z przebiegłością prawdziwie włoską wyrwał z rąk Colberta pakiet i wszedł do swoich pokoi.
Lecz ten gniew nie mógł długo trwać; zastąpiło go rozumowanie.
Mazarini co rano, otwierając drzwi swego gabinetu, znajdował Colberta, stojącego jakby na warcie za ławką, a ta nieprzyjemna osoba domagała się pokornie, ale uporczywie, listu królowej matki.
Mazarini, nie mogąc wytrzymać, zmuszony był wreszcie oddać go. Lecz, zwracając ten list, dał ostrą naganę Colbertowi, podczas której tenże ostatni oglądał pilnie, wąchał nawet odebrany papier, aby się przekonać, że to jest to samo pismo i ten sam podpis, jakby miał do czynienia z ostatnim fałszerzem w królestwie. Mazarini obszedł się z nim jeszcze ostrzej, lecz Colbert niewzruszony, przekonawszy się, że list jest ten sam wyszedł prędko, jakgdyby był głuchy.
Postępek ten miał taki skutek, iż Colbert później otrzymał miejsce Jouberta, gdyż Mazarini, zamiast urazy, podziwiał go i chciał posiadać podobnego służbistę.
Niewiele potrzebował czasu Colbert, aby pozyskał łaski kardynała; stał się dlań nawet niezbędnie potrzebnym. Znał on wszystkie rachunki kardynała, choć mu on o nich nigdy nie wspominał. Ta tajemnica między nimi stanowiła ścisłą łączność, dlatego też, mając stanąć przed Panem innego świata, Mazarini chciał zdecydować coś stanowczego, zasięgnąć dobrej rady, zanimby rozporządził dostatkami, które przymuszony był pozostawić na tym świecie.
Po odwiedzinach Guenauda, przywołał tedy Colberta, kazał mu usiąść i rzekł do niego:
— Pomówmy serjo, panie Colbert, gdyż jestem chory, a może nawet bliski śmierci.
— Człowiek jest śmiertelny — odpowiedział Colbert.
— Pamiętałem zawsze o tem... pracowałem, przewidując tę konieczność... Wiadomo panu, żem uzbierał niejaki majątek.
— Wiem o tem, wielmożny panie.
— Wiele, mniej więcej, szacujesz ten majątek, panie Colbert?...
— Do czterdziestu miijonów, pięćset sześćdziesiąt tysięcy dwieście liwrów, dziewięć soldów i osiem denarów — odpowiedział Colbert.
Kardynał westchną mocno i patrzył na Colberta z podziwem, lecz pozwolił sobie uśmiechnąć się.
— Pieniędzy znanych — dodał Colbert, jakby odpowiadając na ten uśmiech.
Kardynał podskoczył prawie na swem łóżku.
— Co przez to rozumiesz?... — rzekł.
— Rozumiem przez to — rzekł Colbert — że prócz tych czterdziestu miijonów pięćset sześćdziesiąt tysięcy dwieście liwrów, dziewięć soldów i osiem denarów, jest jeszcze trzynaście miijonów, o których nikt nie wie.
— O!... — westchnął Mazarini — co za człowiek!...
W tej chwili głowa Bernouina ukazała się we drzwiach.
— Cóż tam — zapytał Mazarini — dlaczego mi przeszkadzają?...
— Ojciec teatyn, spowiednik Waszej przewielebności, był na dziś wieczór zamówiony, inaczej nie mógłby powrócić aż pojutrze.
Mazarini spojrzał na Colberta, który zaraz wziął za kapelusz, mówiąc:
— Powrócę, Wasza przewielebność.
Mazarini wahał się.
— Nie, nie — rzekł. — Wszakże jesteś także moim spowiednikiem; to, co mówię jednemu, drugi może słyszeć. Zostań tu, Colbercie.
— Lecz czy spowiednik na to zezwoli, ażeby tajemnica pokuty nie była zachowaną.
— Nie turbuj się o to, ukryj się za łóżkiem.
— Mogę wyjść i poczekać w przedpokoju.
— Nie, nie, lepiej, abyś słyszał spowiedź uczciwego człowieka.
Colbert ukłonił się i schował.
— Wprowadź ojca teatyna — rzekł Mazarini, zasuwając firanki od łóżka.




ROZDZIAŁ XXVII.
SPOWIEDŹ UCZCIWEGO CZŁOWIEKA.

Teatyn wszedł krokiem pewnym, nie okazując najmniejszego niepokoju.
— Przybywaj, wielebny ojcze — przemówił Mazarini, rzuciwszy ostatnie wejrzenie na przestrzeń pomiędzy łóżkiem a ścianą — przybywaj i ulżyj mi ciężaru.
— To jest obowiązkiem moim, monsiniorze — odrzekł teatyn.
— Nasamprzódd usiądź wygodnie, gdyż rozpocznę od spowiedzi ogólnej; nie zwlekając, dasz mi zupełne rozgrzeszenie, a będę się czuł spokojniejszym.
— Monsiniorze — przemówił wielebny teatyn — nie jesteś tak bardzo chory, aby spowiedź z całego życia była ci niezbędną... a zważ, iż to będzie strasznie nużące!...
— Przypuszczasz, iż się na długo zaniesie?...
— Jak można sądzić inaczej, gdy ktoś tak wszystko w życiu wyczerpie, jak Wasza eminencja?...
— To prawda!... Tak, opowiadanie może być przydługiem!...
— Wielkiem jest miłosierdzie boskie — wydeklamował przez nos teatyn.
— Doprawdy — rzekł Mazarini — mnie strach zdejmuje samego, gdy pomyślę żem tylu dopuścił się rzeczy, które Zbawiciel mógłby potępić.
— A co?... — zagadnął naiwnie teatyn, odwracając od lampy swoją twarz, przebiegłą i śpiczastą jak u kreta. Wszyscy rybacy, co w mętnej wodzie łowią, są tacy: najprzód niebaczni, a kiedy już za późno, ogarniają ich skrupuły.
— Rybacy?... — zagadnął Mazarini. — Mówiłżebyś tak z drwinami, aby mi przypomnieć owe wywody rodowe, jakie czyniono... jakobym był istotnie synem rybaka?...
— Hm!... chrząknął teatyn.
— Jest to najpierwszym grzechem moim, ojcze wielebny; iż nie sprzeciwiałem się temu, aby ród mój wywodzono od starych rzymskich konsulów, Geganiusa Macerinusa I-go, Macerinusa II-go i Prokulusa Macerinusa III-go, o których niesie kronika Haolandera... Pokrewieństwo Macerinusa z Mazarinim nęcące było. Macerinus, zdrobniale znaczy chudziuteńki. O!... mój ojcze wielebny, dziś Mazarini doskonale to potwierdza chudy bo jest jak Łazarz. Patrzaj!...
I pokazał wyschłe ręce i nogi, strawione gorączką.
— Nic w tem nagannego nie widzę, choćbyś, monsiniorze, i z rybackiej rodziny pochodził — mówił dalej teatyn — gdyż wreszcie Ś-ty Piotr był rybakiem, a jeśli jesteś, eminencjo, książęciem kościoła, to on był przecie jego głową najwyższą. Puśćmy to zatem w niepamięć, co więcej?...
— A to, iż zagroziłem Bastylją niejakiemu Bounet, księdzu z Avinionu, który chciał opublikować zbyt cudowna moje genealogie, pod tytułem „Casa Mazarini“.
— Zbyt cudowną, aby mogła być prawdopodobną?... — odparł teatyn.
— O!... ojcze wielebny, gdybym był w tej myśli działał, byłby to grzech pychy... i znowu grzech.
— Nie, to był tylko wybryk rozumu, czego nigdy nikomu wyrzucać nie można. Idźmy wiec dalej, dalej...
— Otóż, jeszcze co do pychy... Sam widzisz, ojcze wielebny, że chce podzielić wszystko według siedmiu grzechów głównych.
— Lubię dobry podział.
— Cieszy mnie to mocno. Trzeba ci wiedzieć, iż w roku 1630... trzydzieści lat temu!... niestety!...
— Miałeś wtedy dwadzieścia dziewięć, monsiniorze.
— Wiek burzliwy... Udawałem żołnierza, rzucając się pod Casel w ogień rusznic, aby się popisać, iż jak oficer trzymam się na koniu. Przyniosłem tem, co prawda, hiszpanom i francuzom pokój. Odkupuje to grzech mój po części.
— Najmniejszego w tem grzechu nie widzę, aby chcieć się popisać konną jazdą — rzekł teatyn — jest to upodobanie szlachetne, przynoszące zaszczyt sukience naszej. Jako prawdziwy chrześcijanin, pochwalam, żeś nie dopuścił przelewu krwi; a jako duchownego, dumą przejmuje mnie odwaga, jakiej, kolego mój, dałeś dowody.
Mazarini z pokorą pochylił głowę.
— Tak — rzekł — ale następstwa!...
— Jakie następstwa?...
— E!... ten przeklęty grzech pychy zapuszcza tysiączne korzenie... Odkąd bowiem tak się rzuciłem pomiędzy dwie armje, powąchałem prochu, przebiegając przed frontem żołnierstwa, z politowaniem począłem spoglądać na wodzów.
— A!...
— Oto całe złe... do tego stopnia, iż od tego czasu ani jeden z nich mi się nie wydał znośnym.
— Widocznie — rzekł teatyn — wodzowie, jakich mieliśmy, niewiele byli warci.
— O!... — zawołał Mazarini — był wtedy brat królewski... jakżeż ja mu nadokuczałem!...
— Niema co żałować go, dość on chwały i pieniędzy zdobył.
— Pomińmy więc księcia pana; lecz pan de Beaufort, naprzykład... którego tak namęczyłem w wieży Winceńskiej.
— A!... ależ to był buntownik, a spokój państwowy wymagał, abyś, monsiniorze, spełnił to poświęcenie... Co dalej?...
— Zdaje mi się, iż pychę już wyczerpałem. Teraz jest inny grzech, którego lękam się rozbierać...
— To ja go określę... Mów tylko, monsiniorze.
— Wielki grzech, ojcze mój wielebny.
— Zobaczymy.
— Nie bez tego, abyś nie słyszał o niejakich stosunkach, jakie miałem mieć jakoby... z jej wysokością królową matką... Niechętni...
— Niechętni, to głupcy, monsiniorze... Czyż nie było to potrzebne dla dobra narodu i młodego króla, abyś żył w przyjaznych stosunkach z królową?... Idźmy dalej.
— Zaręczam ci — mówił Mazarini — że straszny ciężar z serca mi zdejmujesz.
— Ależ to wszystko drobnostki!... Przypomnij sobie, monsiniorze, coś ważniejszego.
— Dużo wielkich ambitnych dążności, ojcze mój wielebny.
— Jest to popęd do czynów znakomitych, monsiniorze.
— Nawet kuszenie się o tjarę?...
— Być papieżem, to znaczy być najlepszym z chrześcijan... Czemuż nie miałbyś tego pożądać?
— Wydrukowano nawet, że aby tego dostąpić, sprzedałem Cambrais Hiszpanom.
— Być może, iż sam dopuściłeś się winy, nie prześladując dostatecznie pamflecistów?...
— A zatem, ojcze wielebny, mam już zupełnie lekkie serce. Czuję tam tylko grzeszki powszednie.
— Powiedz, eminencjo.
— Upodobanie do gry.
— To troszkę światowe, ale wreszcie byłeś zmuszony, z obowiązku wysokiego stanowiska, prowadząc dom...
— Lubiłem wygrywać...
— Niema gracza, któryby grał, aby przegrywać.
— Oszukiwałem troszeczkę...
— Odzyskiwałeś tylko stracone. Idźmy dalej...
— Teraz już, ojcze wielebny, nie mam nic więcej na sumieniu. Daj mi więc rozgrzeszenie, a dusza moja, skoro Bóg ją powoła, bez żadnej przeszkody będzie mogła stanąć przed Jego tronem.
Teatyn nie poruszył ani ręką ani ustami.
— Czego czekasz, ojcze wielebny?.. — odezwał się Mazarini.
— Czekam końca.
— Jakiego końca?..
— Spowiedzi, monsiniorze.
— Ależ ja skończyłem.
— O!... nie!.. myli się Wasza eminencja.
— Przynajmniej ja nie wiem o tem.
— Przypomnij sobie dobrze.
— Przypomniałem sobie, jak mogłem najlepiej.
— Ja tedy postaram się dopomóc ci, monsiniorze.
— Ciekawy jestem.
Teatyn kilkakrotnie zakaszlał.
— Nic mi nie mówisz o skąpstwie, co także jest grzechem głównym, ani też o twych miljonach, — rzekł.
— O jakich miljonach, mój ojcze wielebny?..
— O tych, co je posiadasz, monsiniorze.
— Mój ojcze, te pieniądze do mnie należą, czemuż mam o nich mówić?
— Bo widzisz, monsiniorze, w tym razie zdania nasze różnią się najzupełniej. Mówisz, że pieniądze te do ciebie należą, a ja znów utrzymuję, że zupełnie do kogo innego.
Mazarini przesunął skostniałą ręką po wilgotnem od potu czole.
— Jakże to?.. — wybełkotał.
— Rzecz tak się ma... Wasza eminencja, dużo mienia zyskałeś w służbie królewskiej...
— Hm!.. dużo... ale to wcale nie zanadto.
— Jakkolwiekbądź, skądże ono pochodzi?...
— Z dóbr państwa.
— Państwo to król.
— Jakiż stąd wniosek wywodzisz, ojcze wielebny?... — zapytał Mazarini, którego drżączka poczęła zdejmować.
— Nie mogę żadnego wyprowadzić wniosku, bez listy dóbr, będących w posiadaniu Waszej eminencji. Policzymy zatem, jeżeli pozwolisz: Biskupstwo Metz do ciebie należy.
— Tak.
— Opactwa Saint-Clemens, Saint-Arnoud i Saint-Vincent, a wszystko to w Metz?..
— Tak.
— We Francji opactwo Saint-Denis, piękny majątek!...
— Tak, mój ojcze wielebny.
— Bogate opactwo Cluny!...
— Tak, moje.
— Świętego Medarda w Soissons, sto tysięcy liwrów dochodu!...
— Nie przeczę.
— Świętego Wiktora w Marsylji najlepsze na całem południu!...
— Tak, mój ojcze.
— Rocznie okrągły miljon. A z pensją kardynała i ministra.. może i całe dwa miljony.
— E!...
— W przeciągu lat dziesięciu zatem, dwadzieścia miljonów.... a dwadzieścia miljonów, umieszczonych na pięć procent, dają. dwadzieścia miljonów więcej w ciągu lat dziesięciu.
— Jak na teatyna, znakomicie rachujesz!...
— Odkąd Wasza eminencja umieściłeś nasz zakon w klasztorze, który zajmujemy w bliskości Saint-Germain des Pres, czyli od 1644 roku, ja prowadzę rachunki zgromadzenia.
— I moje także, jak widzę, mój ojcze wielebny.
— Należy mieć trochę pojęcia o wszystkiem, monsiniorze.
— I jakież wyprowadziłeś wnioski?
— Wnioskuję, iż objętość ładunku za wielka jest, abyś zmieścił się, eminencjo, w wąskich drzwiach, prowadzących do raju..
— Na potępienie będę skazany?...
— Rozumie się, jeżeli nie zwrócisz, co komu należy.
Mazarani wydał okrzyk, pobudzający do litości.
— Zwrócić!... lecz komuż to, dobry Boże?...
— Prawemu właścicielowi tych pieniędzy, królowi!...
— Ależ to ja wszystko od niego dostałem!...
— Chwileczkę!... Król nie podpisuje przekazów do ministra skarbu dla wypłaty.
Westchnienia Mazariniego zamieniły się w jęki.
— Rozgrzeszenia — zawołał.
— Niemożebne, monsiniorze.... Zrzecz się, zwróć — odparł teatyn.
— Wszak odpuszczasz mi wszystkie grzechy, zresztą; dlaczegóż tego nie możesz?
— Bo, odpuszczając go, popełniłbym grzech przeciwko królowi, któryby mi tego nigdy nie przebaczył, monsiniorze.
Z temi słowy spowiednik z miną, pełną namaszczenia, zostawił penitenta swego, wychodząc temi samemi drzwiami, któremi przyszedł.
— Jest tam kto!... Boże mój — jęczał kardynał.... — Chodź-że tu. Colbert, strasznie chory jestem, mój przyjacielu!...




ROZDZIAŁ XXVIII.
DAROWIZNA

Colbert wyszedł z ukrycia.
— Słyszałeś?... — rzekł Mazarini.
— Niestety! słyszałem, monsiniorze.
— Czy on ma słuszność? Czyż wszystkie te pieniądze są źle nabyte?
— Monsioniorze, teatyn złym jest sędzią w kwestjach finansowych — odparł Colbert. — Być może jednak, iż, według poglądów teologicznych jego, Wasza eminencja nie jest bez winy.
— Największą winą, Colbercie, jest ta, że się umiera.
— To prawda, monsiniorze. Względem kogóż to wreszcie winnym cię znalazł teatyn?
— Względem króla.
Mazarini wzruszył ramionami.
— Zupełnie, jakgdybym to nie ja ocalił państwo jego i finanse.
— Rzecz ta nie może być nawet przedmiotem rozpraw, Monsiniorze.
— Czy nie tak? Zatem pomimo opinji spowiednika mojego, najprawniej zarobiłem na wynagrodzenie.
— Bez najmniejszej wątpliwości.
— I mógłbym zachować dla mojej rodziny, tak bardzo potrzebującej, znaczną część... ba! wszystko nawet, co zarobiłem?
— Żadnej przeszkody ku temu nie widzę, monsiniorze.
— Pewny byłem, iż, radząc się ciebie, Colbercie, znajdę mądrą radę — odparł Mazarini, ogromnie rozradowany.
— Monsiniorze — przerwał Colbert — należałoby rozważyć, czy w tem, co mówił teatyn, niema jakiej zasadzki.
— Nie! zasadzki... dlaczego? to człowiek uczciwy.
— Sądził, iż Wasza eminencja stoi nad grobem, skoro Wasza eminencja jego się radziłeś... Czyż nie słyszałem jak mówił: „oddziel to, co król ci dał, od tego, co sam sobie wziąłeś...“ Przypomnij sobie, monsiniorze, czyż nie powiedział tego, wszak są to własne słowa teatyna.
— Być może.
— W takim razie, monsiniorze, uważałbym, że duchowny wezwał cię do uiszczenia się z długu...
— By zwrócić wszystko? Ty tak nie myślisz, nieprawdaż? tylko powtarzasz za spowiednikiem?...
— Oddać nie wszystko, czyli tylko cześć, przynależną Jego Królewskiej Mości, to może być niebezpiecznem. Wasza eminencja zbyt wytrawnym jesteś politykiem, aby o tem nie wiedzieć, iż król nie ma obecnie w swej kasie całych stu pięćdziesięciu tysięcy liwrów.
— To do mnie nie należy — rzekł z triumfem Mazarini — tylko do pana ministra skarbu Fouqueta, którego wszystkie rachunki podałem ci w tym miesiącu do sprawdzenia.
Na samo wspomnienie Fouqueta, Colbert przygryzł wargi.
— Jego królewska Mość — rzekł — nie posiada innych pieniędzy nad te, które zgromadza pan Fouquet; twoje zatem, monsiniorze, będą dla niego smakowitym kąskiem.
— Ostatecznie ja nie jestem ministrem skarbu królewskiego; ja mam swój własny fundusz... Zapewne, mógłbym zrobić dla szczęścia Jego Królewskiej Mości... jakieś zapisy... lecz nie mogę wyzuć mojej rodziny.
— Zapis częściowy ubliżyłby ci, Eminencjo, a króla obraził. Część jakaś przekazana Jego wysokości, byłaby wyznaniem, iż natchnęła cię ona pewną wątpliwością, jako nieprawnie nabyta.
— Panie Colbert!...
— Sądziłem, iż miałem zaszczyt być pytanym o radę.
— Zapewne, lecz nie masz pojęcia o głównych szczegółach tej kwestji.
— Niema rzeczy, o którejbym nie wiedział, monsiniorze; dziesięć lat już się skończyło, jak robię przegląd wszystkich cyfr, jakie we Francji się ustawiają w kolumny, a chociaż z trudem, wbiłem je sobie w głowę, teraz tak silnie w niej utkwiły, że, począwszy od śpiżarni pana Letellier, który jest wstrzemięźliwy, a skończywszy na tajemnej rozrzutności pana Fouquet, odznaczającego się hojnością, mogę cyfra po cyfrze wyliczyć wszystkie pieniądze, które się wydaje na całej przestrzeni od Marsylji aż do Cherbourga.
— Chciałbyś zatem, abym wszystkie moje pieniądze wrzucił do skrzyni królewskiej!... — z goryczą zawołał Mazarini.
— Wasza eminencja nie zrozumiał mnie. Nie obstaję bynajmniej przy tem, aby król wydawał twoje pieniądze, monsiniorze.
— O ile mi się zdaje — powiedziałeś to jak najwyraźniej, radząc, abym mu je oddał.
— A!... — odparł Colbert — dlatego, że Wasza eminencja, zajęty głównie swojem cierpieniem zapominasz zupełnie o charakterze Jego Królewskiej Mości Ludwika XIV-go.
— Jakto?
— Charakter ten, o ile mi się zdaje, a nawet ośmielę się tak wyrazić, jest takim, z jakiego spowiadałeś się przed chwilą teatynowi, monsiniorze.
— Śmiało... to jest?...
— To jest pycha. Wybacz, monsiniorze, chciałem powiedzieć, wyniosłość. Królowie pysze nie podlegają: jest to namiętność ludzka.
— Pycha... tak, masz słuszność. Co dalej?...
— Otóż, monsiniorze, jeżelim słusznie osądził, pozostaje Waszej eminencji, tylko oddać królowi wszystkie swoje pieniądze i to natychmiast.
— Ogołocić ze wszystkiego rodzinę?... — zagadnął Mazarini.
— Jeżeli tylko darowizna uczyniona będzie pod pewną formą, odrzuci ją.
— Dobrzeby było!
— Stanowczo. Człowiek młody, który nic nie zdziałał, palony żądzą zostania znakomitym, żądzą samoistnego panowania, nie przyjmie nic, co jest już zbudowanem, lecz sam będzie chciał budować.
— I dajesz mi pewność, że jeżeli moje czterdzieści miljonów oddam królowi...
— Powiedziawszy mu niektóre rzeczy, zaręczam, że ich nie przyjmie.
— A temi rzeczami... są?
— Napiszę je, jeżeli, monsiniorze, zechcesz mi podyktować.
— Lecz koniec końców, cóż za korzyść w tem dla mnie?
— Ogromna. Nikt już nie poważy się niesłusznie obwiniać Waszej eminencji o skąpstwo, które pamfleciści zarzucali najświetniejszemu umysłowi naszego wieku.
— Masz słuszność, Colbercie, masz słuszność; udaj się w mojem imieniu do króla i zanieś mu mój testament.
— Akt darowizny, monsiniorze.
— A jeżeli przyjmie! jeżeli przyjmie!
— Wtedy dla rodziny Waszej eminencji pozostanie trzynaście miljonów, a i to ładna suma.
— A ty wtedy zostałbyś zdrajcą, albo głupcem.
— Ani jednym ani drugim nie jestem, monsiniorze... Zdaje mi się, jakobyś obawiał się wielce o to, że król przyjmie... O! lękaj się prędzej czy nie odrzuci...
— Bo widzisz, jeżeli odrzuci, chcę mu zapewnić moje trzynaście miljonów zapasowych... tak, ja to zrobię... tak... Lecz otóż i ból się znowu odzywa; znowu zasłabnę... Chory jestem, Colbercie, już bliski mój koniec.
Dreszcz przeszedł po skórze Colberta.
W istocie, kardynał był bardzo chory: pot grubemi kroplami okrywał go na łożu boleści, a zlana nim przerażająco blada twarz sprawiała takie wrażenie, że i w najzatwardzialszym człowieku musiało się odezwać współczucie. Niewątpliwie, Colbert czuł się wzruszony, wyszedł z pokoju, aby przywołać do umierającego Bernouina, a sam pozostał w korytarzu.
Tam począł przechadzać się wzdłuż i wszerz z wyrazem głębokiej zadumy, który wyszlachetnił prawie tę pospolita głowę, z pochylonemi barkami, szyja, podana naprzód rozchylonemi ustami, aby dać ujście urywkom splatanych bezładnie myśli, i umacniał się w śmiałem postanowieniu, które chciał przedsięwziąć, gdy tymczasem, tam za ścianą, o dziesięć kroków, pan jego wił się w boleściach, wyrywających mu z piersi rozpaczliwe okrzyki, niepomny już ani na skarby swoje ani na przyszłe rozkosze raju, lecz tylko na przerażające piekielne męczarnie.
Colbert powrócił do Mazariniego, skoro tylko chory odzyskał przytomność, i nakłonił go, aby podyktował mu akt darowizny treści następującej:
„Bliski stawienia się przed Bogiem, panem wszystkich ludzi, zanoszę prośbę do króla, który na ziemi był panem moim, o odebranie dóbr i majątku, których łaska jego mi udzieliła, a które rodzina moja z rozkoszą ujrzy przechodzące do rąk tak znakomitych.
Szczegółowy spis mienia mego znajdzie się za pierwszem wezwaniem Jego Królewskiej Mości, lub za ostatniem westchnieniem jego wiernego sługi.

„Juljusz, kardynał Mazarini“.

Podpisał kardynał, ciężko wzdychając; Colbert zapieczętował kopertę i nie zwlekając zaniósł do Luwru, gdzie król od niedawna przebywał.
Następnie powrócił do swego mieszkania, zacierając ręce z przeświadczeniem dzielnego robotnika, któremu dzień nie upłynął daremnie.




ROZDZIAŁ XXIX.
JAKO ANNA AUSTRIACKA DAŁA LUDWIKOWI XIV PEWNĄ RADĘ, A PAN FOUQUET WYSTĄPIŁ Z INNĄ ZUPEŁNIE.

Wieść o beznadziejnym stanie kardynała już się rozpowszechniła, przyciągała więc do Luwru tyluż prawie ludzi, co i wiadomość o małżeństwie brata królewskiego, które już ogłoszone zostało jako fakt urzędowy.
Zaledwie powrócił do siebie Ludwik XIV oszołomiony jeszcze tem wszystkiem, co widział i słyszał tego wieczoru, kiedy woźny mu oznajmił, iż te same tłumy dworzan, cisnących się rankiem podczas przebudzenia jego, śpieszą, być obecnemi udaniu się króla na spoczynek, co było wymowną oznaką, gdyż od czasów panowania kardynała, jemu tylko oddawano tę część, nie troszcząc się bynajmniej o niezadowolenie króla.
Lecz pan minister, jak wiemy, cierpiał na poważny atak podagry, zatem przypływ morza pochlebstw do stóp tronu wznosić się poczynał.
Ludwik XIV-ty zrozumiał, iż Jego eminencja kardynał Mazarini chorym jest niebezpiecznie.
Skoro tylko Anna Austrjacka odprowadziła młodą królowę do jej apartamentów, powróciła natychmiast do gabinetu syna, który ze smutnem i zranionem sercem, jakgdyby dla wyćwiczenia swej woli, sam na sobie gniew swój wywierał, gniew głuchy i okrutny, gniew królewski, co, gdy wybuchnie, wywołuje gwałtowne starcia i zmiany, a który u Ludwika XIV-go, dzięki jego niesłychanej władzy nad sobą samym, rozpływał się szybko.
Młody król przeglądając się w lustrze, mówił do siebie:
— O królu!... królu z imienia, nie z czynu;... widmo, widmo znikome!... posągu martwy, nieposiadający innej władzy nad tę, aby wywołać pokłon ze strony dworaków, kiedyż będzie ci dane podnieść to ramię aksamitne, zacisnąć tę dłoń z jedwabiu?.. kiedyż otworzysz usta do czego innego, niż do westchnień i słodkich uśmiechów, gdyż dotąd one skazane są na bezrozumny spokój marmurów zapełniających twoją galerję!...
I, przesunąwszy ręką po czole podszedł ku oknu i ujrzał na dole kilku jeźdźców, prowadzących ze sobą rozmowę, i nieliczne gromadki ludzi, zatrzymanych nieśmiałą ciekawością.
Jeźdźcami tymi był oddział warty, a gromadki stanowili życzliwi z ludu, ci dla których król jest zawsze rzeczą mocno ciekawą, czemś nakształt nosorożca, krokodyla lub jakiego węża.
Uderzył z okrzykiem ręką po czole:
— Król Francji!... jakaż to godność!... Naród francuski!... jakiż to ogrom istot żyjących!... A oto ja powracam do Luwru; konie moje wyprzężone zaledwie, pot na nich jeszcze nie osechł, i obudziłem zajęcie takie tylko, że dwadzieścia osób zaledwie patrzyło, jak przechodziłem... Dwadzieścia... co mówię!... nie nie znajdzie się tylu nawet ciekawych ujrzenia króla Francji. Niema nawet dziesięciu łuczników, aby domu mojego strzegli; łucznicy, lud, straż, wszystko to w Palais-Royale.
Czemuż to, mój Boże?... czyż nie mam prawa żądać tego od Ciebie?...
— Dlatego, — ozwał się w odpowiedzi na te słowa głos z poza portjery gabinetu; — dlatego, że wszystko złoto jest w Palais-Royale, czyli cała władza tego, który chce rządzić.
Ludwik obrócił się. Był to głos Anny Austriackiej. Król zadrżał, a podchodząc do matki:
— Spodziewam się, — rzekł, — że Wasza wysokość nie zwróciła uwagi na deklamacje bez związku, które samotność i zniechęcenie, tak zwykłe u królów, napędzają do głowy najszczęśliwszym nawet usposobieniom.
— Na nic innego nie zwracam uwagi, mój synu, prócz tego, że skarżysz się boleśnie.
— Ja?... wcale nie, — odparł Ludwik XIV — doprawdy nie, mylisz się, pani.
— Cóż to więc było Najjaśniejszy Panie?...
— Zdawało mi się, że jestem trzymany w rygorze profesorskim i rozwijam ćwiczenie szkolne.
— Synu mój, — rzekła Anna Austrjacka, kiwając przecząco głową, — źle czynisz, nie darząc mnie swojem zaufaniem. Nadejdzie dzień, a kto wie, czy on nie bliski, kiedy z potrzeby przypomnisz sobie pewnik: „Złoto jest wszechpotęgą, a ci tylko prawdziwymi są władcami, którzy są wszechpotężni...“
— Mówiąc to, matko, nie miałaś zamiaru potępienia bogaczów naszego czasu?..
— Nie — z żywością odparła Anna, — nie, Najjaśniejszy Panie; ci, co są bogaczami pod twemi rządami, są nimi, bo ty tego chciałeś, i ani urazy, ani zawiści dla nich nie czuję; dobrze służyli widocznie Waszej wysokości, skoro zezwoliłeś, aby sami się za to wynagradzali. Takie znaczenie nadaję moim słowom, które zdajesz się mi wyrzucać.
— Uchowaj Boże, pani, abym kiedykolwiek matce mojej wyrzut miał jaki uczynić!..
— Zresztą, — mówiła dalej Anna Austrjacka, — dobra tego świata chwilowo tylko dane nam są na ziemi; Bóg daje, jako środek, neutralizujący zaszczyty i bogactwa, cierpienia, choroby i śmierć; i, — dodała Anna z bolesnym uśmiechem, dowodzącym, że to ponure prawidło do siebie stosuje, — nikt wielkości swojej i bogactw nie zabiera do grobu. Z tego wynika, iż młodzi zbierają owoce z obfitych zasiewów, jakie starzy im pozostawią.
Ze wzrastającem zajęciem słuchał Ludwik słów, pełnych nacisku, wypowiedzianych przez Annę Austrjacką z widocznym zamiarem przyniesienia mu pociechy.
— Pani, — odezwał się Ludwik XIV-ty, badawczo wpatrując się w matkę — rzecby można, że masz mi coś ważniejszego do zwiastowania?...
— Nie, mój synu; to tylko powiedzieć ci chciałam, że zauważyłeś zapewne dzisiejszego wieczoru, iż pan kardynał jest bardzo chory.
Ludwik patrzył na matkę, szukając w jej głosie wzruszenia, lub oznaki bólu na obliczu... Twarz Anny Austrjackiej lekko była zmieniona, cierpienie to jednak czysto osobistą nosiło cechę.
Kto wie, czy przyczyna tej zmiany nie był rak, co jej łono poczynał toczyć.
— Tak, pani, — odpowiedział król, — tak, pan Mazarini bardzo jest chory.
— A byłaby to wielka strata dla królestwa, gdyby Jego eminencje Bóg miał powołać do siebie. Wszak zgadzasz się ze mną w tym względzie, mój synu?..
— Tak, pani, z pewnością byłaby to ogromna strata dla królestwa, — odparł, czerwieniąc się Ludwik; — lecz, o ile mi się zdaje, niebezpieczeństwo nie jest tak wielkie, a wreszcie pan Mazarini nie jest jeszcze tak stary.
Zaledwie Ludwik słów tych dokończył, gdy woźny, uniósłszy portjerę, stanął z papierem jakimś w ręku, czekając, aby król go pierwszy zapytał.
— Co to takiego?... — przemówił do niego król.
— Pismo od pana kardynała — odparł woźny.
— Daj je — rzekł król.
I, wziąwszy do ręki papier, miał go już otworzyć, gdy naraz w galerii, w przedpokojach i w dziedzińcu powstał szmer i hałas niezwykły.
— O!... o!... — odezwał się Ludwik XIV, który zrozumiał widocznie, skąd to pochodzi — jak mogłem mówić, iż jeden jest tylko król we Francji. Omyliłem się, dwóch ich jest przecie.
— Nie jest on, jak sądzisz mój synu, właściwie królem, — rzekła Anna Austrjacka, — jest tylko człowiekiem zanadto bogatym, nic więcej.
A słowom tym towarzyszył wyraz najwyższej nienawiści; gdy przeciwnie czoło Ludwika, umiejącego panować nad sobą, pozostało pogodne, i nie było na niem ani jednej zmarszczki, którąby zarysowała niechęć.
W tejże chwili drzwi się rozwarły, i minister skarbu, Foquet, stanął przed Ludwikiem XIV-tym.
Jego to przybycie wywołało szmery wśród galerji; jego to służba sprawiła w przedpokojach ten ruch niezwykły, a cugi i powozy ten hałas w dziedzińcu.
Król z całą swobodą powitał Fouqueta skinieniem głowy, rozwijając jednocześnie pismo, doręczone mu przez woźnego.
Dostrzegł Fouquet ten ruch, a z ugrzecznieniem, pełnem swobody i szacunku zarazem, zbliżył się do Anny Austriackiej, ażeby nie przeszkadzać królowi.
Ludwik rozwinął pismo, nie czytał go jednakże. Przysłuchiwał się Fouquetowi, jak zręcznemi słowami wychwalał piękne ramiona i ręce królowej matki. Oblicze Anny wypogodziło się i prawie uśmiech na niem zajaśniał. Minister spostrzegł, że, zamiast czytać, król patrzy na niego i słucha; odwrócił się więc nawpół i, nie przerywając rozmowy z Anną Austrjacką, stanął twarzą do króla.
— Czy wiesz, panie Fouquet, — odezwał się Ludwik — że Jego eminencja jest bardzo chory?..
— Wiem o tem, Najjaśniejszy Panie — rzekł Fouquet; — rzeczywiście, jest bardzo niedobrze. Byłem właśnie w majątku moim de Vaux, gdy wieść ta do mnie dobiegła, i dlatego przybyłem, porzuciwszy tam wszystko.
— Dziś wieczorem wyjechałeś z Vaux, panie Fouquet?...
— Półtorej godziny temu, tak, Najjaśniejszy Panie, — odparł Fouquet, spoglądając na zegarek, diamentami wysadzony.
— Półtorej godziny!... — powtórzył król, siłą powstrzymując gniew, lecz nie będąc już w stanie zapanować nad zdziwieniem.
— Pojmuję zdziwienie twoje, Najjaśniejszy Panie. Wasza wysokość nie daje wiary moim słowom, i słusznie, lecz cudem prawdziwym przybyłem tutaj. Przysłano mi z Anglji trzy pary koni nadzwyczaj rączych, jak mnie zapewniono; rozstawione zostały one co cztery mile, i wypróbowałem ich właśnie dzisiejszego wieczoru. Przestrzeń, dzielącą Vaux od Luwru, przebyły w półtorej godziny, zatem jak się okazuje, nie oszukano mnie bynajmniej.
Królowa matka uśmiechnęła się ze źle tajoną zazdrością.
Fouquet pośpieszył zapobiec nieprzychylnemu wrażeniu, jakie na niej sprawił.
— Właśnie też, pani, konie podobne nie przystoją poddanym, lecz królom jedynie, królowie bowiem nigdy nie powinni nikomu w niczem ustępować.
Król podniósł głowę.
— Jednakże — przerwała mu Anna Austrjacka, — o ile wiem, pan królem nie jesteś, panie Fouquet?...
— Dlatego też konie oczekują tylko skinienia Jego Królewskiej Mości, aby przejść do stajen Luwru; i jeżeli zdobyłem się na śmiałość wypróbowania ich, to jedynie z obawy, aby nie ofiarować królowi czegoś, co nie jest rzeczywiście cudownem.
Twarz królewska krwią nabiegła.
— Wiesz przecie, panie Fouquet, — odezwała się królowa, — że na dworze francuskim niema zwyczaju, aby poddany ofiarowywał cokolwiek bądź swojemu królowi?...
Ludwik poruszył się niecierpliwie.
— Miałem nadzieję, pani — rzekł mocno wzruszony Fouquet — że miłość moja dla Jego Królewskiej Mości, nieustanne pragnienie przypodobania się jemu, posłużą za przeciwwagę tej zasadzie etykiety. Nie jest to zresztą podarkiem, z jakim ośmielam się wystąpić, lecz poprostu daniną, którą składam z pokorą.
— Dziękuję ci, panie Fouquet — rzekł z ugrzecznieniem król — chęci twoje przejmują mnie wdzięcznością, gdyż rzeczywiście lubię dobre konie; ale wiesz o tem, że wcale bogaty nie jestem, wiesz o tem lepiej, niż ktokolwiekbądź, jako mój minister skarbu. Nie mogę więc mieć tych koni, gdybym nawet chciał kupić tak kosztowny zaprzęg.
Fouquet rzucił wyniosłe spojrzenie królowej matce, która cieszyła się widocznie z fałszywej pozycji ministra, odrzekł:
— Przepych jest cnotą królów, Najjaśniejszy Panie; on czyni ich podobnymi Bogu. Król otaczający się blaskiem, żywi i dumą napełnia swoich poddanych. Ożywcze ciepło świetności królów wytwarza dobrobyt jednostek, stający się źródłem bogactwa narodu. Przyjmując dar sześciu niezrównanych koni, Wasza Królewska Mość stałby się bodźcem dla hodowców krajowych z Limoussen, Perch i Normandji; współzawodnictwo takie wszystkimby wyszło na korzyść... Ale król milczy, a zatem jestem potępiony.
W ciągu tej przemowy, Ludwik XIV-ty, dla nadania sobie pewności, składał i rozkładał pismo Mazariniego, na które okiem nawet nie rzucił.
Nakoniec wzrok na niem zatrzymał i przebiegłszy okiem pierwszy wiersz, wydał lekki okrzyk zdziwienia.
— Co tam znowu, mój synu?... — zapytała Anna Austriacka, żywo podchodząc do króla.
— Czyż to od kardynała?... — mówił król, czytając dalej. — Tak, tak, to od niego.
— Miałożby być gorzej?...
— Przeczytaj, matko, — rzekł król, oddając Annie pergamin, jakgdyby w przeświadczeniu, iż tego tylko potrzeba, aby ją przekonać o rzeczy tak zadziwiającej, jak to, co zawierało pismo.
Anna Austriacka poczęła czytać.
Im bliżej była końca, oczy jej promieniały radością, i daremnie usiłowała ją ukryć przed spojrzeniem Fouqueta.
— O!.... darowizna według wszelkich prawideł — rzekła.
— Darowizna?... — powtórzył Fouquet.
— Tak — rzekł król, zwracając się z odpowiedzią do ministra skarbu wyłącznie: — tak, czując się bliskim śmierci, pan kardynał zostawia mi cały swój majątek.
— Czterdzieści miljonów!... — wykrzyknęła królowa. — A!... mój synu, piękny to postępek ze strony pana kardynała, który zaprzeczy wielu nieprzychylnym pogłoskom; czterdzieści miljonów, potrochu składanych, które w całości odrazu powracają do skarbca królewskiego!... tylko wierny poddany i prawdziwy chrześcijanin na coś podobnego zdobyć się może.
I, raz jeszcze zatrzymawszy wzrok na dokumencie, zwróciła go Ludwikowi XIV-mu, w którym wszystkie tętna biły gorączkowo na wieść o przyznaniu mu tak olbrzymiej sumy.
Fouquet cofnął się kilka kroków i milczał.
— Zdaje mi się, mój synu — odezwała się królowa — że w każdym razie należy się spieszne podziękowanie człowiekowi, który cię tak obdarzył.
— Przyjmij więc i podziękuj — nalegała Anna Austriacka.
— A pan Fouquet co na to?... — zagadnął Ludwik XIV-ty.
— Wasza Królewska Mość chce wiedzieć, co o tem myślę?...
— Tak?
— Podziękuj, Najjaśniejszy Panie.
— A!... — wykrzyknęła Anna.
— Ale nie przyjmij — dokończył Fouquet.
— A to dlaczego?... zapytała Anna.
— Własne słowa twoje, Najjaśniejsza Pani, — odparł Fouquet — dlatego, że królowie nie mogą i nie powinni przyjmować darów od swoich poddanych.
Król, wobec tych dwóch przeciwnych sobie poglądów, zachowywał milczenie.
— Lecz to czterdzieści miljonów!... — przeciągle wymówiła Anna.
— Wiem o tem — śmiejąc się, rzekł Fouquet — czterdzieści miljonów to piękna suma, mogłaby nawet królewskie sumienie skusić.
— Słuchaj, mój synu, namyśl się i przyjmij — odezwała się Anna — wyższym jesteś nad plotki i wszelkie niskie pojęcia.
— Nie przyjmuj, Najjaśniejszy Panie — rzekł Fouquet. — Król, dopóki żyje, nie ma innych praw nad sumienie swoje, innego sędziego nad żądzę; lecz po śmierci jego pozostaje potomność, co wielbi go, lub potępia.
— Dziękuję, matko — odezwał się Ludwik, żegnając królowę pełnym szacunku ukłonem. — Dziękuję ci, panie Fouquet — odezwał się uprzejmie do ministra, dając mu poznać, że może się oddalić.
— Przyjmujesz?... — jeszcze raz zapytała Anna.
— Pomyślę nad tem — odparł król, spoglądając na Fouqueta.




ROZDZIAŁ XXX.
OSTATNIE CHWILE.

W dniu, w którym darowizna została przysłana królowi, kardynał rozkazał przenieść się do Vincenes. Podążył za nim i król wraz z całym dworem.
Według przepowiedni Guenauda, choroba przybrała rozmiary zatrważające; był to nietylko napad podagry, lecz atak śmierci niemożliwy do odparcia.
Zwłaszcza, iż jedna jeszcze rzecz była, która śmierć nadchodzącą w dziesięć śmierci zamieniła konającemu: była nią niepewność co do losów darowizny, posłanej królowi, nurtująca umysł jego, a którą, według zapowiedzi Colberta, król winien był nieprzyjętą zwrócić kardynałowi.
Ile razy więc drzwi skrzypnęły, z gorączkowym niepokojem obracał się w tę stronę, sądząc, iż ujrzy nieszczęsną swoją darowiznę powracająca do niego; a zawiedziony w nadziei, z westchnieniem opuszczał głowę na poduszki, doznając dotkliwszych bólów w miarę tego, gdy chwila poprzednia dała mu o nich zapomnieć.
Anna Austriacka również przejęta była stanem kardynała; serce jej, jakkolwiek wystudzone wiekiem, nie mogło nie okazać umierającemu smutku przynależnego od niej, jako od żony, według twierdzenia jednych, a jak inni mówili, jako od władczyni.
Oblicze swoje oblekła żałobą, a dwór cały poszedł za jej przykładem.
Ludwik XIV-ty, aby twarzą nie zdradzić tego, co się działo w duszy jego, trzymał się uporczywie w granicach swoich apartamentów, gdzie jedna tylko jego matka dotrzymywała mu towarzystwa; im więcej czuł zbliżający się kres przymusu, w jakim żył dotąd, tem większy odgrywał spokój i cierpliwość, wchodząc sam w siebie, jak wszyscy ludzie silnego charakteru, mający pewne zamiary, tak, aby to wewnętrzne skupienie nadało mu siłę, gdy przyjdzie stanowcza chwila.
Ostatnie namaszczenie udzielone zostało kardynałowi w ścisłej tajemnicy, gdyż wierny nawyknieniu tajenia wszystkiego, teraz jeszcze walczył przeciw pozorom, przyjmował nawet w łóżku odwiedziny, jak człowiek przemijającem dotknięty cierpieniem.
Ludwik XIV-ty, trzymający się od dwóch dni zdala od kardynała, z okiem, wlepionem w akt darowizny, która tyle niepokoju nabawiała pierwszego ministra, nie miał pojęcia o stanie, w jakim znajdował się Mazarini.
Jako syn Ludwika XIII-go, wierny tradycjom ojcowskim, tak mało królem był dotąd, iż pomimo gorącego pragnienia objęcia rządów, pragnienie to łączył z rodzajem trwogi, nieodłącznej od wszystkiego, co jest nieznane.
Raz też powziąwszy postanowienie, którem nie podzielił się z nikim, umyślił zażądać rozmowy z Mazarinim.
Nieodstępująca kardynała Anna Austrjacka pierwsza usłyszała o zamiarze króla, i oznajmiła o tem umierającemu, na którym wieść ta wywarła silne wrażenie.
— Rad będę Jego Królewskiej Mości, rad niewymownie — zawołał, dając siedzącemu w nogach łóżka Colbertowi znak, który tenże zrozumiał wybornie. — Pani — mówił dalej Mazarini — może Wasza wysokość zechce łaskawie zapewnić osobiście króla o prawdzie słów moich?
Anna Austrjacka powstała; jej także było pilno dowiedzieć się czegoś stanowczego w sprawie czterdziestu miljonów. Gdy wyszła, Mazarini dźwignął się na łożu z najwyższym wysiłkiem i zwracając się do Colberta:
— Widzisz! Colbercie — rzekł — oto upłynęły już dwa dni nieszczęsne, śmierci się równające, a nic jeszcze nie powróciło stamtąd.
— Cierpliwości, monsiniorze — lakonicznie odparł Colbert.
— Czyś ty oszalał, nieszczęsny! cierpliwość mi radzisz! O! Colbercie, drwisz sobie ze mnie prawdziwie: ja umieram, a ty wołasz do mnie, abym czekał!
— Monsiniorze — przerwał mu Colbert z zimną krwią — niepodobieństwem jest, aby nie stało się tak, jak powiedziałem. Jego Królewska Mość przychodzi do Waszej Eminencji, ponieważ chce własnoręcznie zwrócić akt darowizny.
— Tak ci się zdaje? Ja sądzę zupełnie inaczej; przekonany jestem, że Jego Królewska Mość przychodzi mi podziękować.
W tejże chwili powróciła Anna Austrjacka; idąc do syna, spotkała w przedpokojach nowego znachora.
Radził on proszek, który miał uratować kardynała. Przyniosła więc próbkę tego lekarstwa.
Nie tego jednak wyglądał z utęsknieniem Mazarini; ani patrzeć więc nie chciał na leki.
Wygłaszając jednakże ów pewnik filozoficzny, nie był w stanie nie zdradzić myśli swej, tak długo tajonej w głębi duszy.
— Nie w tem, pani, leży najważniejszy punkt obecnego stanu rzeczy — rzekł — oto dwa dni już upływa, jak uczyniłem królowi maleńką darowiznę, a dotąd Jego Królewska Mość, przez delikatność zapewne, nie chciał o tem wspomnieć; lecz teraz nadchodzi chwila wyjaśnień, błagam więc Waszą wysokość, aby mi powiedziała, czy król postanowił już coś w tej kwestji.
Anna Austrjacka otworzyła usta, aby odpowiedzieć. Powstrzymał ją Mazarini.
— Pani, mów tylko prawdę — rzekł — prawdę, na imię boskie. Nie łudź umierającego próżną nadzieją.
Wypowiedziawszy te słowa, spotkał wejrzenie Colberta, ostrzegającego go, iż o mało nie zmylił drogi.
— Wiem o tem — odezwała się Anna Austrjacka, ujmując rękę kardynała — wiem o tem, jak szlachetnie postąpiłeś, robiąc darowiznę, nie tak maleńką, jak ją przez skromność nazywasz, lecz dar wielce wspaniały; wiem, jakby ci boleśnie było, gdyby król...
— Gdyby król... — podchwycił umierający.
— Gdyby król — ciągnęła dalej Anna Austriacka — nie przyjął dobrem sercem tego, co mu tak szlachetnie ofiarowałeś.
Mazarini z rozpaczą opadł bezwładnie na poduszki, jak rozbitek, czujący, że nie stawi czoła pochłaniającym go falom; tyle tylko mocy i przytomności umysłu zachował, aby utkwić w Colbercie jedno z tych spojrzeń znaczących więcej, niż dziesięć sonetów, a nawet niż tyleż długich poematów.
— Nieprawdaż — dodała królowa — że odmowę królewską uważałbyś za rodzaj zniewagi?
Mazarini potoczył po poduszce głową, ani jednego nie wydawszy dźwięku. Królowa udawała, lub może rzeczywiście mylnie tę oznakę pojęła.
— Dlatego — mówiła dalej — podstępu nieledwie użyć musiałam, aby umocnić go dobrą radą, niektóre umysły bowiem, zazdroszczą ci chwały, jaką zdobędziesz swoją szlachetnością, usiłowały dowieść królowi, iż obowiązkiem jego było odmówić przyjęcia tej darowizny; walczyłam tak mężnie, że mam nadzieję, iż przykrość ta cię nie spotka.
— A!... — wyszeptał Mazarini z omdlewającem spojrzeniem — a! to przysługa, która z pamięci ani na minutę mi nie wyjdzie, w ciągu tych niewielu godzin, które mi do przeżycia pozostają!
— Przyznać jednak muszę, że nie bez trudu przyszło mi wyświadczyć ją Waszej eminencji.
— A!.. do kaduka! i ja tak myślę. O! o!
— Co ci to, mój Boże?
— Pali mnie.
— Bardzo cierpisz?
— Jak potępieniec!
Colbert wolałby się był zapaść pod ziemię.
— Tak więc — odezwał się znowu Mazarini — Wasza wysokość myśli, że król... (zastanowił się na chwilę), że król ma tu przyjść... aby mi złożyć krótkie podziękowanie?
— Tak sądzę — rzekła królowa.
Mazarini ostatniem wejrzeniem spiorunował Colberta.
W tejże chwili woźni oznajmili króla w przedpokojach, przepełnionych gośćmi. Wieść ta sprawiła zamęt, z którego skorzystał Colbert, aby wymknąć się przez drzwiczki alkowy.
Anna Austrjacka powstała, oczekując ukazania się syna.
Ludwik XIV-ty stanął na progu z wzrokiem utkwionym w umierającego.
Jeden z woźnych zatoczył do łóżka fotel. Ludwik XIV-ty powitał ukłonem matkę, następnie kardynała, i usiadł. Królowa także zajęła miejsce.
Mazarini nareszcie pierwszy przerwał milczenie.
— Wasza Królewska Mość — rzekł — w Vincennes osiadłeś?
Ludwik XIV-ty skinął potakująco głową.
— Jest to pełna uprzejmości łaska — mówił dalej Mazarini — wyświadczona umierającemu, która śmierć lżejszą mu uczyni.
— Mam nadzieję — odpowiedział król — że nie umierającego, lecz, chorego, którego łatwo uleczyć, przychodzę odwiedzić.
Mazarini potrząsnął głową, jakgdyby chciał powiedzieć: „Zbytek dobroci Waszej Królewskiej Mości; lecz ja sam lepiej wiem, co mam o tem sądzić“.
— O, ostatnie to odwiedziny, Najjaśniejszy Panie — rzekł — ostatnie!...
— Gdyby tak być miało, panie kardynale — odezwał się Ludwik XIV-ty — przyszedłbym zasięgnąć rad od przewodnika młodości mojej, któremu wszystko zawdzięczam.
Anna Austrjacka była kobietą; nie mogła powstrzymać się od łez. Sam Ludwik XIV-ty wydawał się mocno wzruszonym, a najwięcej z nich Mazarini, lecz z pobudek wręcz przeciwnych.
I znowu nastało milczenie.
Królowa otarła łzy, a król powrócił do równowagi.
— Powiedziałem — ciągnął król — że dużo zawdzięczam Waszej Eminencji.
Kardynał pożerał oczami Ludwika XIV-go, gdyż czuł, iż zbliża się chwila stanowcza.
— A głównym przedmiotem odwiedzin moich, było najszczersze podziękowanie za ostatni dowód przyjaźni, który mi łaskawie przysłałeś.
Oblicze kardynalskie pokryły dziwne bruzdy, wargi rozchyliły się i srodze żałosne westchnienie rozsadzało mu piersi.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł on — gotów byłem obedrzeć rodzinę moją... wszystkich moich w nędzy pogrążyć... co mi za złe poczytane być może: lecz nikt nie powie przynajmniej, że nie chciałem poświęcić wszystkiego mojemu królowi.
— Uspokój się, drogi panie Mazarini — rzekł król ze smutnym uśmiechem, w którym przebijała ironja — panny de Mancini, tracąc ciebie, największą poniosą stratę; lecz niemniej pozostaną najbogatszemi dziedziczkami Francji; a ponieważ obdarzyłeś mnie ich posagiem...
Kardynałowi tchu już brakło.
— Ja im go oddaję — dokończył Ludwik XIV-ty, dobywając z zanadrza pergamin, zawierający akt darowizny, który tyle burz wywołał w ciągu ostatnich dwóch dni w umyśle kardynała.
— Czy nie mówiłem, monsiniorze?... — dał się słyszeć z przestrzeni pomiędzy łóżkiem a ścianą szept, jak tchnienie cichutki.
— Wasza wysokość zwraca mi darowiznę!... — wykrzyknął Mazarini, tak pomieszany radością, że zapomniał o roli dobroczyńcy.
— Wasza wysokość oddaje czterdzieści miljonów!... — wykrzyknęła Anna Austrjacka, — tak zdumiona, że zapomniała o roli zasmuconej.
— Tak, panie kardynale, tak, pani — odpowiedział Ludwik XIV-ty, drąc pergamin, którego Mazarini nie śmiał jeszcze odebrać.
— Tak, unicestwiam akt, pozbawiający mienia całą rodzinę. Majątek, nabyty przez jego Eminencję, w usługach moich, do niego a nie do mnie należy.
— Ależ, Najjaśniejszy Panie — zawołała Anna Austrjacka — czy pomyślałeś o tem, że nawet dziesięciu tysięcy talarów nie masz w swej szkatułce?
— Pani, spełniam pierwszy mój czyn królewski, godnie on rządy moje rozpocznie.
— A! Najjaśniejszy Panie, masz słuszność!... — zawołał Mazarini — to, coś uczynił jest prawdziwie wielkie, wspaniałe! I począł przepatrywać jeden po drugim wszystkie kawałki aktu, rozrzucone po łóżku, aby upewnić się ostatecznie, czy nie kopja czasami zamiast oryginału zniszczona została.
Wzrok jego nareszcie zatrzymał się na świstku, gdzie się znajdował podpis jego, a poznawszy go, pełen błogiego spokoju, opadł na węzgłowie.
— Panie kardynale — odezwał się król — a teraz, czy masz mi jeszcze co do zalecenia?
— Najjaśniejszy Panie — odrzekł Mazarini — jesteś uosobieniem mądrości; nie mówię już o najwyższej szlachetności; to, coś teraz uczynił, przenosi wszystko, co najszlachetniejsi ludzie w starożytności i współcześni nam spełnić byliby w stanie.
Król obojętnie wysłuchał tych pochwał.
— A zatem — rzekł — na podziękowaniu się ograniczasz, panie kardynale; a twoje doświadczenie, więcej jeszcze znane, niż moja mądrość i szlachetność, czyż ci nie nastręcza przyjacielskiej przestrogi, coby mi na przyszłość posłużyć mogła?
Mazarini zamyślił się chwilę.
— Wiele dobrego zrobiłeś dla mnie, czyli dla moich, Najjaśniejszy Panie.
— Nie mówmy o tem — przerwał mu król.
— Otóż!... — dalej prowadził Mazarini — wzamian za te czterdzieści miljonów, których tak po królewsku się zrzekasz, pragnę coś pozostawić Waszej wysokości.
Ludwik XIV-ty niecierpliwym ruchem okazał, że wszystkie te pochlebstwa przykrość mu sprawiają.
— Pragnę udzielić ci jednej rady; tak, rady, która więcej daleko warta, aniżeli czterdzieści miljonów.
— Panie kardynale!... — przerwał mu Ludwik XIV-ty.
— Najjaśniejszy Panie, posłuchaj tej rady.
— Słucham.
— Zbliż się, Najjaśniejszy Panie, gdyż coraz słabszym się czuje... Bliżej, bliżej, Najjaśniejszy Panie.
Król pochylił się nad łóżkiem umierającego.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł Mazarini tak cicho, że słowa oddechem samym prawie, jak przestroga z grobu pochodząca, doszły do uszu króla — Najjaśniejszy Panie!... nie miej nigdy... pierwszego ministra!...
Ludwik XIV-ty wyprostował się pełen zdziwienia. Rada była spowiedzią. W istocie, ta szczera spowiedź Mazariniego stała się skarbem oczywistym.
Przekaz kardynalski, pozostawiony młodemu królowi, z pięciu wyrazów się składał; lecz były one warte według słów Mazariniego, czterdzieści miljonów.
Ludwik XIV-ty był jak odurzony przez chwilę. Mazarini zaś miał taką minę, jakgdyby powiedział rzecz najprostszą w świecie.
— A teraz, pominąwszy twoją rodzinę, czy masz jeszcze kogo do polecenia mi, panie Mazarini?
Ktoś cichutko przesunął paznogciami wzdłuż firanek, dzielących łoże kardynała od ściany.
Mazarini zrozumiał ten znak.
— Tak! mam!... — żywo zawołał — tak, Najjaśniejszy Panie; jest to pan Colbert, mój intendent. O! wypróbuj go — dodał dobitnie Mazarini — wszystko się tak stało, jak on mi przepowiedział; ma on pewny rzut oka i nie pomylił się nigdy, ani na rzeczach, ani na ludziach, co jest jeszcze więcej zadziwiające. Dużo ci zawdzięczam, Najjaśniejszy Panie, lecz, dając ci Colberta, uiszczam się z długu.
— Zgoda — rzekł niedbale Ludwik XIV-ty, gdyż, jak powiedział Mazarini, nazwiska tego nie słyszał nigdy i zapał kardynała brał za majaczenie umierającego.
Głowa kardynała opadła na poduszki.
— Teraz już, żegnaj, Najjaśniejszy Panie... żegnaj — wyszeptał Mazarini... — Znużony jestem, a ciężka droga czeka mnie jeszcze, nim przed obliczem nowego Pana mojego stanę... Żegnaj, Najjaśniejszy Panie!
Młody król poczuł łzy w oczach. Pochylił się nad umierającym, trupem już prawie, a potem szybko się oddalił.




ROZDZIAŁ XXXI.
PIERWSZY WYSTĘP COLBERTA.

Noc ta przeszła pełna udręczeń, wspólnych dla umierającego, jak i dla króla: umierający oczekiwał wyzwolenia, a król swobody. Ludwik nie kładł się wcale. W godzinę po opuszczeniu pokoju kardynała, dowiedział się, że dogorywający, odzyskawszy trochę sił, rozkazał, aby go ubrano, wyróżowano, uczesano, i objawił chęć przyjęcia ambasadorów.
Anna Austrjacka nie pozostała już więcej u kardynała, nie miała już po co. Wymówką jej nieobecności były względy, nakazane przez przyzwoitość. Zresztą i kardynał nie zapytał nawet o nią; rada, z jaką królowa wystąpiła do syna, ciążyła mu mocno na sercu. Około północy Mazarini, wyróżowany jeszcze, począł widocznie konać.
Król, zamknąwszy się w swoich apartamentach, co godzina wyprawiał adjutanta swego do Mazariniego, z rozkazem przynoszenia dokładnych o zdrowiu kardynała wiadomości. Po wieści o wystrojeniu, uróżowaniu i utrefieniu Mazariniego, oraz przyjęciu ambasadorów, nadeszła druga, iż zaczęto czytać nad kardynałem modlitwy przy konających. O pierwszej o północy Guenaud spróbował ostatniego środka, zwanego cudownym.
Mazarini, zażywszy owo lekarstwo, oddychał jeszcze około dziesięciu minut. Król, usłyszawszy o tem, uczuł zimny pot, występujący mu na czoło; miał już jakoby objawienie swobody; niewola więc wydała mu się bardziej ponurą i cięższą, niż kiedykolwiek, do zniesienia. Lecz następny biuletyn zmienił całkowicie postać rzeczy. Mazarini przestał już oddychać i nie był w stanie powtarzać modlitw, jakie odmawiał nad nim proboszcz od Świętego Mikołaja. Król począł niespokojnym krokiem mierzyć pokój, przeglądając papiery, dobyte ze szkatułki, klucza od której nikomu nie powierzał.
Adjutant powrócił po raz trzeci. Pan Mazarini począł majaczyć. Około drugiej nad ranem nie mógł już król oprzeć się znużeniu; przez całą dobę oka nie zmrużył. I wszechwładny w jego wieku sen ogarnął go i obezwładnił na całą godzinę.
Nie położył się jednak, spoczywał tylko, siedząc w fotelu. Około czwartej znów powrócił adjutant i zbudził śpiącego.
— A co tam?... — zapytał król.
— O!... drogi mój Najjaśniejszy panie, — odparł adjutant z wyrazem głębokiego politowania, złożywszy dłonie — otóż i umarł!..
Król zerwał się na równe nogi, jakby za naciśnięciem sprężyny.
— Umarł?... — wykrzyknął.
— Niestety!.. tak.
— Czy to zupełnie pewne?...
— Tak.
— Urzędowo stwierdzone?...
— Tak.
— I ogłoszone już?...
— Nie jeszcze.
— Lecz któż tobie powiedział, że kardynał umarł?...
— Pan Colbert.
— Pan Colbert?...
— Tak.
— A czy on sam pewien jest tego, co mówił?...
— Wychodził właśnie z pokoju, gdzie przez kilka minut trzymał lustro przy ustach kardynała.
Król wykrzyknął lekko:
— A gdzież jest ten pan Colbert?
— Tylko co wyszedł z pokoju Jego Eminencji.
— Dokąd?...
— Za mną.
— Więc on jest?...
— Tutaj Najjaśniejszy Panie, oczekuje przy drzwiach twoich, kiedy raczysz łaskawie go przyjąć.
Ludwik podbiegł ku drzwiom, otworzył je, i spostrzegł stojącego w oczekiwaniu Colberta. Dreszcz przejął króla na widok tego posągu, od stóp do głowy ubranego czarno. Colbert, skłoniwszy się głęboko, postąpił dwa kroki ku Jego królewskiej mości. Ludwik cofnął się do pokoju, dając znak Colbertowi, aby szedł za nim.
Colbert przestąpił próg, Ludwik odprawił adjutanta, który wychodząc drzwi za sobą zamknął; Colbert z miną pełną skromności pozostał przy nich.
— Jaką wieść mi przynosisz?... — odezwał się Ludwik, mocno pomieszany, czując się jakoby schwytanym na gorącym uczynku i nie będąc w możności ukryć całkowicie głębi swoich myśli.
— Że pan kardynał przeniósł się do wieczności, Najjaśniejszy panie, i że przynoszę ci ostatnie jego pożegnanie.
Król zamyślił się chwilę. W ciągu tego czasu bacznie przypatrywał się Colbertowi; widocznem było, iż przyszła mu na pamięć ostatnia myśl kardynała.
— Wiec to pan jesteś panem Colbert?... — zapytał.
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Wierny sługa Jego Eminencji, jak mi to sam mówił?...
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Powiernik niektórych jego tajemnic?...
— Wszystkich.
— Przyjaciele i słudzy nieboszczyka kardynała drogimi dla mnie pozostaną, postaram się wiec, abyś pan był pomieszczony w moich biurach.
Colbert się skłonił.
— Pan jesteś biegłym w sprawach finansowych, jak mi się zdaje?...
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Pan kardynał powierzał ci zarząd swojego domu?...
— Czynił mi ten zaszczyt, Najjaśniejszy Panie.
— Dla mnie nic nigdy nie spełniałeś osobiście, jak sądzę?...
— Wybacz, Najjaśniejszy Panie; ja to miałem szczęście podać panu kardynałowi projekt oszczędności, która trzysta tysięcy franków rocznie przysparza do szkatuły Waszej Królewskiej Mości.
— Jakaż to oszczędność, mój panie?... — zapytał Ludwik XIV-ty.
— Wasza Królewska Mość wie, iż stu szwajcarów ma koronki srebrne po obu stronach wstęgi, jaką noszą?...
— Tak.
— Otóż, Najjaśniejszy Panie, ja podałem projekt, aby koronki te wyrabiano z fałszywego srebra; tego nie znać wcale, a sto tysięcy talarów stanowi wyżywienie całego pułku w ciągu jednego półrocza, lub cenę dziesięciu tysięcy dobrych muszkietów, albo wartość statku o dziesięciu działach, gotowego niezwłocznie wypłynąć na morze.
— To prawda — rzekł Ludwik XIV-ty, coraz baczniej przypatrując się tej osobistości — na honor, to bardzo właściwa oszczędność; zwłaszcza, iż śmiesznem jest nawet, aby te same koronki nosili żołnierze, co panowie.
— Szczęśliwym się czuje, otrzymując uznanie Waszej królewskiej mości.
— Czy ten jeden urząd przy panu kardynale piastowałeś?... — zapytał król.
— Mnie to zlecił Jego Eminencja, przejrzenie rachunków głównego nadzoru finansów, Najjaśniejszy Panie.
— A!... — wykrzyknął Ludwik XIV-ty; miał już zamiar odprawić Colberta, ale słowa te powstrzymały go — a!... to ty byłeś przez Jego Eminencje wyznaczony do kontrolowania pana Fouquet. I cóż było wynikiem tej kontroli?...
— Wiadomość, że jest deficyt, Najjaśniejszy Panie; lecz jeżeli Wasza Królewska Mość raczy mi pozwolić...
— Mów, panie Colbert.
— Winienem dać Waszej Królewskiej Mości niektóre objaśnienia.
— Zbyteczne, mój panie; kontrolowałeś rachunki, przedstaw mi ich wykaz.
— To będzie łatwe, Najjaśniejszy Panie.... Wszędzie pustki, nigdzie pieniędzy.
— Zastanów się, mój panie; ostro napadasz na rząd pana Fouqueta, który, jak mi mówiono, jest człowiekiem bardzo zdolnym.
Colbert sponsowiał i pobladł następnie, czuł bowiem, iż wchodzi w zapasy z człowiekiem, którego władza równoważyła prawie władzę tego, co przed chwilą wyzionął ducha.
— Tak, Najjaśniejszy Panie, to bardzo zdolny człowiek — powtórzył z ukłonem.
— Lecz, jeżeli pan Fouquet jest zdolnym człowiekiem, a pomimo to brak pieniędzy, czyjaż w tem wina?...
— Nie obwiniam nikogo, Najjaśniejszy Panie, tylko mówię, jak jest.
— To dobrze; zrób rachunki i przedstaw mi je. Mówisz, że jest deficyt?... Deficyt może być przemijającym; przychodzi kredyt i kapitały wracają.
— Nie, Najjaśniejszy Panie.
— Na rok bieżący może, rozumiem... ale na rok przyszły?...
— Najjaśniejszy Panie, rok przyszły tak samo jest zjedzony ze szczętem jak i bieżący.
— To rok po przyszłym będzie inny.
— Będzie taki sam, jak przyszły.
— Co ty mi prawisz, panie Colbert?...
— Mówię, że cztery lata naprzód już są obdłużone.
— Więc pożyczkę zaciągnięto.
— Nie jednę, lecz trzy, Najjaśniejszy Panie.
— To składać będziemy pieniądze z podatków.
— Niema sposobu, Najjaśniejszy Panie, i tak już naród jest ograbiony bez żadnej korzyści dla Waszej Królewskiej Mości.
Król się obruszył.
— Wytłomacz się jaśniej, panie Colbert.
— Niech Wasza Królewska Mość jasno wyraża myśl swoją i wypowie mi, czego sobie życzy, abym mu wytłumaczył.
— Masz słuszność; jasność przedewszystkiem, wszak prawda?.
— Tak, Najjaśniejszy Panie, jasność. Bóg jest Bogiem, bo stworzył światło.
— A zatem!... gdybym dziś naprzykład, skoro pan kardynał umarł, a ja zostałem królem, gdybym dziś chciał mieć pieniądze?...
— Nie dostałbyś ich. Najjaśniejszy Panie.
— A to szczególne, jakto, mój naczelny nadzorca nie znalazłby dla mnie pieniędzy?...
Colbert potrząsnął przecząco wielką swoją głową.
— Cóż znowu?... — odezwał się król — czyż dochody państwowe są zadłużane do tego stopnia, że przestały już być dochodami?...
— Tak, Najjaśniejszy Panie, do tego stopnia.
Król ściągnął brwi.
— Kiedy tak — rzekł — zwołam wszystkich posiadających przekazy na skarb, ażeby uzyskać od nich ustępstwa, nabędę przekazy tanim kosztem.
— Niepodobna, bo przekazy zostały zamienione na bilety bankowe, a dla dogodności obiegu i ułatwienia tranzakcyj, tak są rozdrobnione, iż niepodobna już dziś ich wydostać odrazu.
Ludwik, nader wzburzony, przechadzał się wzdłuż i wszerz, z brwiami mocno ściągniętemi.
— Lecz gdyby tak było, jak mówisz, panie Colbert — rzekł, nagle się przed nim zatrzymując, — to byłbym zrujnowany, zanim zacznę panować?...
— Tak jest, wistocie, Najjaśniejszy Panie — odparł niewzruszony zestawiacz cyfr.
— Jednakże pieniądze gdzieś są, mój panie?..
— Są, Najjaśniejszy Panie, a nawet na początek przynoszę Waszej Królewskiej Mości spis kapitałów, o których pan kardynał Mazarini nie chciał czynić wzmianki w swoim testamencie, ani w żadnym innym akcie, lecz mnie jednemu je powierzył.
— Tobie?...
— Tak, Najjaśniejszy Panie, z poleceniem, aby doręczyć je Waszej Królewskiej Mości.
— Jakto!... oprócz czterdziestu miljonów, w testamencie zawartych?...
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Pan Mazarini miał inne jeszcze kapitały?...
Colbert skłonił się na znak potwierdzenia.
— Ależ to otchłań, nie człowiek!... — mruknął król. — Pan Mazarini z jednej, pan Fouquet z drugiej strony; na dwóch więcej może niż sto miljonów; nie dziwie się wcale, że moje skrzynie świeca pustkami.
Colbert czekał nieruchomy.
— A czy warta zachodu suma, którą mi przynosisz?... — zagadnął król.
— Tak, Najjaśniejszy Panie, jest dość okrągła.
— Ileż wynosi?...
— Trzynaście miljonów liwrów.
— Trzynaście miljonów!... — wykrzyknął, drżąc z radości Ludwik — trzynaście miljonów, mówisz, panie Colbert?...
— Tak powiedziałem, trzynaście miljonów, Najjaśniejszy Panie.
— O których nikt nie wie?...
— O których nikt nie wie.
— I one znajdują się w twojem ręku?...
— W mojem ręku, Najjaśniejszy panie.
— I ja je mogę dostać?...
— W przeciągu dwóch godzin.
— A gdzież one są?...
— W piwnicy domu, który pan kardynał posiadał w mieście, a który raczył mi zapisać w testamencie.
— Znasz więc testament kardynała?...
— Posiadam duplikat z własnoręcznym jego podpisem.
— Duplikat?...
— Tak, Najjaśniejszy Panie, oto jest.
Colbert jak najspokojniej dobył akt z kieszeni i pokazał go królowi.
Król odczytał odnośny ustęp, co do darowizny owego domu.
— Ale — rzekł — tu tylko o domu jest mowa, a nigdzie niema wzmianki o pieniądzach.
— Wybacz, Najjaśniejszy Panie, ona w sumieniu mojem się znajduje.
— I do ciebie się z tem zwrócił pan Mazarini?...
— Czemużby nie, Najjaśniejszy Panie?...
— On, człowiek tak nieufny?...
— Względem mnie takim nie był, jak Wasza Królewska Mość widzi.
Ludwik z podziwem zatrzymał swój wzrok na tej pospolitej, lecz pełnej wyrazu głowie.
— Jesteś uczciwym człowiekiem, panie Colbert — rzekł.
— Nie jest to cnotą, lecz obowiązkiem, Najjaśniejszy Panie.
— Lecz — dodał Ludwik XIV-ty — czy te pieniądze nie należą do jego rodziny?...
— Gdyby do niej należały, byłyby objęte testamentem kardynała, tak jak i reszta majątku. Gdyby te pieniądze należały do rodziny, w takim razie ja, który redagowałem akt darowizny, sporządzony na korzyść Waszej Królewskiej Mości, byłbym dodał sumę trzynastu miljonów do ofiarowanych ci, Najjaśniejszy Panie, czterdziestu miljonów.
— Jakto, to ty, panie Colbert, redagowałeś akt darowizny!...
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Więc kardynał cię kochał?... — naiwnie dodał król.
— Zaręczyłem tylko Jego Eminencji, że Wasza Królewska Mość darowizny nie przyjmie — ciągnął dalej Colbert, spokojnie, nieledwie uroczyście.
Ludwik powiódł ręką po czole.
— O!... zbyt młodym się czuję, aby rozkazywać ludziom — szepnął do siebie.
Colbert czekał końca tego wewnętrznego monologu.
Ludwik podniósł nareszcie głowę.
— O której godzinie mam przysłać Waszej Królewskiej Mości pieniądze?... — zapytał.
— Dziś, o jedenastej w nocy. Żądam, aby nikt o tem nie wiedział, iż je posiadam.
Colbert pozostawił te słowa bez odpowiedzi, jak gdyby nawet mowy o tem nie było.
— Czy suma ta jest w sztabach, czy też w złotej monecie?...
— W monecie złotej, Najjaśniejszy Panie.
— Dobrze.
— Dokąd mam je przysłać?...
— Do Luwru. Dziękuję ci, panie Colbert.
Colbert ukłonił się i wyszedł.
— Trzynaście miljonów!... — zawołał Ludwik XIV-ty, gdy sam już pozostał — to chyba sen!...
I wsparł głowę na dłoniach, jak gdyby spał w istocie.
Lecz podniósł czoło po chwili, odgarnął piękne włosy i, otworzywszy gwałtownie okno, skąpał je w chłodnem powietrzu poranka, przesyconem ostrym zapachem drzew i łagodną wonią kwiatów. Pełna blasków zorza poranna wschodziła na widnokręgu, a pierwsze promienie słońca koroną ognistą otoczyły czoło młodego króla.




ROZDZIAŁ XXXII.
PIERWSZY DZIEŃ PANOWANIA LUDWIKA XIV-go.

Rankiem wieść o śmierci kardynała rozeszła się po zamku, a z zamku doszła do miasta.
Ministrowie Fouquet, Lyonne i Letellier weszli do sali posiedzeń, aby złożyć radę.
Król natychmiast rozkazał ich wezwać.
— Panowie — rzekł im — pan kardynał należy do przeszłości. Dozwalałem mu kierować mojemi sprawami, teraz sam niemi będę kierować. Radzić mi będziecie wtedy, gdy tego zażądam. Odejdźcie.
Ministrowie spojrzeli po sobie zdziwieni.
Z wielkim wysiłkiem zaledwie zdołali pokryć uśmiech, wiedzieli bowiem, iż książę, wychowany w zupełnej nieświadomości spraw państwa, obarczał się, przez miłość własną jedynie, ciężarem nad swoje siły. Fouquet pożegnał się z kolegami na schodach, mówiąc:
— Tem lepiej, panowie, mniej będzie pracy dla nas.
I pełen dobrego humoru wsiadł do karety.
Inni zaś, trochę zaniepokojeni obrotem, jaki przybrać mogły wypadki, razem wrócili do Paryża.
Około dziesiątej zrana, król poszedł do matki, z którą miał rozmowę na osobności; po obiedzie wsiadł do zamkniętego powozu i udał się prosto do Luwru. Tam przyjmował mnóstwo osób, doznając pewnej przyjemności w spostrzeżeniach nad niepewnością wszystkich wogóle i ciekawością każdego z osobna.
Pod wieczór wydał rozporządzenie, aby wszystkie bramy Luwru zostały zamknięte, z wyjątkiem jednej, wychodzącej na bulwar.
W tem miejscu postawił na warcie dwustu Szwajcarów, którzy ani słowa po francusku nie umieli, z rozkazem, aby prócz wozów nic nie wpuszczali innego, a niczemu, ani nikomu wyjść nie pozwolili.
Punkt o jedenastej usłyszał turkot ciężkiego wozu pod sklepieniem, potem drugiego, następnie trzeciego.
Nareszcie brama zaskrzypiała głucho na zawiasach, aby zamknąć się za niemi.
Wkrótce ktoś zlekka poskrobał paznogciem we drzwi gabinetu.
Król sam poszedł otworzyć i zobaczył Colberta, którego pierwszem słowem było:
— Pieniądze są w piwnicy Waszej Królewskiej Mości.
Ludwik zszedł do piwnicy i osobiście obejrzał baryłki z pogatunkowanem zlotem i srebrem, które, za staraniem Colberta, czterech ludzi, do niego należących, zatoczyło pod sklepienie, od którego klucz jeszcze tego rana król wręczył mu.
Po skończeniu tego przeglądu, Ludwik XIV-ty powrócił do siebie, a za nim Colbert, którego sztywności i chłodu nie ogrzał najmniejszy choćby promyk osobistego zadowolenia.
— Panie — odezwał się do niego król — co chcesz, abym ci dał w nagrodę za przywiązanie i prawość twoją.
— Nic zgoła, Najjaśniejszy Panie.
— Jakto, nic? nawet sposobności służenia mi?
— Niemniejbym ci służył, Najjaśniejszy Panie, choćbyś mi żadnej sposobności nie dał ku temu. Niepodobieństwem jest dla mnie przestać być najwierniejszym sługą królewskim.
— Zostaniesz intendentem skarbu, panie Colbert.
— Wszak jest nadintendent, Najjaśniejszy Panie.
— Właśnie.
— Najjaśniejszy Panie, nadintendent jest najpotężniejszym człowiekiem w królestwie.
— Tak sądzisz?... — wykrzyknął, czerwieniąc się, Ludwik XlV-ty.
— W prochby mnie starł w przeciągu tygodnia, Najjaśniejszy Panie; Wasza Królewska Mość polecasz mi kontrolę, do której nieodzowną jest siła. Przy nadintendencie intendent to znaczy niższość.
— Oparcia żądasz... nie polegasz więc na mnie?
— Miałem już zaszczyt powiedzieć Waszej Królewskiej Mości, iż za życia pana Mazariniego drugą figurą w królestwie był pan Fouquet; lecz ze śmiercią tamtego, on stał się pierwszą.
— Panie, dziś daję ci jeszcze swobodę mówienia mi wszystkiego, co ci się podoba; lecz pamiętaj, że jutro już tego nie ścierpię.
— W takim razie staję się bezużytecznym dla Waszej Królewskiej Mości.
— Już jesteś nim, skoro obawiasz się narażać, służąc mojej sprawie.
— Ja obawiam się tylko, aby mi nie zagrodzono drogi do tego.
— Czego więc żądasz?
— Żądam, aby Wasza Królewska Mość dodała mi pomocników w zajęciach intendentury.
— W takim razie urząd twój traci na wartości.
— Lecz zyskuje na bezpieczeństwie.
— Dobierz więc sobie towarzyszów.
— Panowie: Breteuil, Marin, Herrard.
— Jutro wyjdzie rozporządzenie.
— Dziękuję ci, Najjaśniejszy Panie!
— Czy to już wszystko, czego żądasz?
— Nie, Najjaśniejszy Panie, jeszcze jednej rzeczy..
— Jakiej?
— Pozwól mi utworzyć izbę sprawiedliwości.
— Nacóż ona?
— By oddać pod sąd tych, co wzięli w antrepryzę pobór podatków, i tych, co dzierżawią dochody, a którzy od lat dziesięciu czynią nadużycia.
— Lecz... cóż im za to zrobią?
— Trzech pójdzie na szubienicę, to zmusi innych do oddania tego, co zagarnęli.
— Niepodobna mi jednak rozpocząć panowanie od wyroków śmierci, panie Colbert.
— Wypadnie, Najjaśniejszy Panie, jeżeli nie chcesz, aby przyszło je zakończyć skazywaniem na tortury.
Król nic nie odpowiedział.
— Czy przystaje Wasza Królewska Mość?
— Pomyśle nad tem.
— Po rozwadze już będzie zapóźno.
— Dlaczego?
— Gdyż mamy do czynienia z ludźmi silniejszymi od nas, jeżeli zostaną ostrzeżeni.
— Utwórz więc izbę sprawiedliwości.
— Dobrze, utworzę ją.
— Czy to wszystko już?
— Nie, Najjaśniejszy Panie, pozostaje jeszcze jedna ważna rzecz. Jakie prawa przywiązuje Wasza Królewska Mość do tej intendentury?
— Ależ... ja nie wiem... są zwyczaje...
— Najjaśniejszy Panie, żądam, aby na tę intendenturę zostało przeniesione prawo odczytywania korespondencyj z Anglją.
— To niemożebne, mój panie, gdyż do tych korespondencyj zwołuje się radę; sam pan kardynał tak czynił.
— Sądziłem, że dziś rano Wasza Królewska Mość oświadczyła, iż rady mieć nie będzie.
— Tak, oświadczyłem.
— Niechże tedy Wasza Królewska Mość sam raczy wszystkie te listy, a nadewszystko z Anglji, odczytywać; przy tem szczególniej obstaję..
— Pan będziesz korespondencje te odbierał, a mnie zdawać będziesz z nich sprawę.
— Następnie, Najjaśniejszy Panie, co mam robić z finansami?
— Wszystko, czego nie robi pan Fouquet.
— Oto właśnie, czego od Waszej Królewskiej Mości żądałem. Dzięki, odchodzę spokojny.
To powiedziawszy, oddalił się; Ludwik XIV popatrzył za odchodzącym.
Colbert sto kroków jeszcze od Luwru nie uszedł, kiedy król odebrał depeszę z Anglji. Obejrzawszy kopertę na wszystkie strony, nagle ją odpieczętował i znalazł w niej list od króla Karola II-go.
Oto co król angielski pisał do swego królewskiego brata:
„Wasza Królewska Mość mocno zaniepokojony być musisz chorobą pana kardynała Mazarini; lecz ostateczny wynik tego niebezpieczeństwa może tylko wyjść na pożytek Waszej Królewskiej Mości. Kardynał skazany jest przez swego lekarza.. Dziękuję uprzejmie za łaskawą odpowiedź, udzieloną mi na moje oświadczenie, odnoszące się do lady Henryki Stuart, siostry mojej; księżniczka wyruszy za tydzień do Paryża wraz z swoim dworem.
„Miło mi jest widzieć ojcowską przychylność, jaką mi Wasza Królewska Mość okazałeś, tem słuszniejsze dającą mi prawo do uczuć braterskich. A nadewszystko miło mi jest dowieść Waszej Królewskiej Mości, ile mnie wszystko zajmuje, co tylko podobać ci się może.
Każesz Wasza Królewska Mość tajemnie fortyfikować Belle-Isle-en-Mer. To niesprawiedliwie. Pomiędzy nami nigdy nie przyjdzie do wojny. Nie zatrważają mnie, lecz zasmucają te środki ostrożności...
Daremnie Wasza Królewska Mość miljony wydajesz na ten cel, powiedz to swoim ministrom, i wierzaj, że policja moja dobrze jest powiadomioną w podobnym wypadku, wyświadcz mi, mój bracie, podobną przysługę“.
Król szarpnął gwałtownie za dzwonek, kamerdyner się ukazał.
— Tylko co wyszedł stąd pan Colbert i nie może być daleko... Przywołać go — rzekł.
Kamerdyner już wychodził, aby spełnić rozkaz, nagle król go zatrzymał.
— Nie, nie — zawołał. — Widzę ja tego człowieka w tem knowaniu. Belle-Isle do Fouqueta należy; ufortyfikowania są spiskiem pana Fouqueta, Odkrycie tego spisku to upadek nadintendenta, a odkrycie pochodzi z korespondencji z Anglją; oto dlaczego Colbert chciał mieć te korespondencje w ręku. O!... nie mogę jednakże całej siły mojej w tym człowieku pokładać; on jest tylko głową, a mnie potrzeba ramienia.
— Miałem — rzekł, zwracając się do kamerdynera — pewnego porucznika muszkieterów?..
— Tak, Najjaśniejszy Panie; pana d‘Artagnana.
— Porzucił on chwilowo moją służbę?...
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Trzeba go odnaleźć, i niech tu jutro od rana będzie.
Kamerdyner skłonił się i wyszedł.
— Trzynaście miljonów w mojej piwnicy — rzekł wtedy król do siebie — Colbertowi powierzam kasę, a d‘Artagnanowi szpadę moją, i jestem już królem!...




ROZDZIAŁ XXXIII.
NAMIĘTNOŚĆ.

Dnia tego, w którym przybył, Athos, wracając z Palais-Royal, jak już mówiliśmy, udał się prosto do swego mieszkania przy ulicy Świętego Honorjusza. Zastał tam wicehrabiego de Bragelonne, który go oczekiwał w gabinecie, gawędząc z Grimaudem. Niełatwą było rzeczą wciągnąć starego sługę do rozmowy; dwóch tylko ludzi posiadało tę sztukę; mianowicie Athos i d‘Artagnan.
Pierwszemu udawało się to dlatego, że sam Grimaud usiłował nieraz wyciągnąć go na słowo, d‘Artagnan zaś wprost przeciwnie, umiał je z niego wydobyć.
Raul zajęty był właśnie słuchaniem opowiadania o podróży do Anglji, z czego Grimaud wywiązywał się szczegółowo z pomocą pewnej liczby gestów, posiłkując się słowami w liczbie ośmiu najwyżej.
Nasamprzód więc zrobił ręką ruch falisty, dla oznaczenia, że jego pan wraz z nim przebył morze.
— Czy to było w celu jakiej wyprawy? — zapytał Raul.
Grimaud, pochyliwszy głowę, odpowiedział:
— Tak.
— Która niebezpieczeństwem groziła hrabiemu?... — badał Raul.
Grimaud lekko wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć:
— Nienazbyt wiele, ani też za mało.
— Lecz jakież to były niebezpieczeństwa wreszcie?... — nalegał Raul.
Grimaud wskazał szpadę, następnie ogień w kominie i muszkiet, wiszący na ścianie.
— Więc hrabia miał tam jakiegoś nieprzyjaciela?... — wykrzyknął Raul.
— Monck, — odpowiedział Grimaud.
— To szczególne — mówił Raul — że pan hrabia ciągle jeszcze uważa mnie za nowicjusza i nie dozwala mi dzielić z sobą ani zaszczytu, ani niebezpieczeństw w wyprawach swoich.
Grimaud się uśmiechnął.
Na to właśnie wszedł Athos.
Właściciel zajazdu świecił mu na schodach, a Grimaud, poznawszy kroki swego pana, wybiegł na jego spotkanie, co właśnie przerwało rozmowę. Lecz Raul rozpędził się już na drodze dociekań, nie mógł się więc powstrzymać, i, ujmując hrabiego serdecznie za obie ręce, zawsze pełen szacunku:
— Jak się to stało?... panie — rzekł, — że puściłeś się w niebezpieczną podróż, nie obdarzywszy mnie słowem pożegnania, nie żądawszy pomocy z mej szpady, ode mnie, który winienem być twoją podporą, odkąd wzrosłem w siły; ode mnie, którego wychowałeś na mężczyznę?... Ah!... panie, chceszże mnie wystawić na straszną próbę nieujrzenia cię już nigdy?...
— Kto ci powiedział, Raulu, że podróż moja była niebezpieczną?... — odparł hrabia, składając płaszcz i kapelusz na ręce Grimauda, który odpiął mu właśnie szpadę.
— Ja — rzekł Grimaud.
— I na cóż to?... — surowo przemówił Athos.
Zmieszał się Grimaud; Raul pośpieszył z odpowiedzią za niego.
— Wydaje mi się rzeczą naturalną, aby zacny Grimaud mówił mi prawdę o tem, co ciebie, panie, dotyczy. Któż, jeżeli nie ja, kochałby cię i wspierał?...
Athos nic nie odpowiedział. Przyjaznym ruchem ręki oddalił Grimauda, następnie zasiadł w fotelu, a Raul pozostał przed nim, stojąc.
— W każdym razie — ciągnął dalej Raul, — podróż twoja, panie, była jakąś wyprawą... w której groziły ci stal i ogień.
— Nie mówmy już o tem, wicehrabio, — łagodnie odezwał się Athos — wyjechałem nagle, to prawda; lecz służba króla Karola II-go tego wymagała. Wdzięczny ci jestem, że niepokoisz się o mnie, i wiem, iż zawsze mogę na ciebie liczyć... Czy nie zbywało ci na czem w mojej nieobecności, wicehrabio?...
— Nie, panie, dziękuję ci.
— Rozkazałem Blaisoisowi, aby wyliczył ci, w razie potrzeby, sto pistołów.
— Nie widziałem się z nim, panie.
— Obchodziłeś się więc bez pieniędzy?..
— Miałem jeszcze trzydzieści pistołów ze sprzedaży koni po ostatniej wojnie mojej, a książę pan był tyle łaskaw dozwolić mi wygrać w grze swojej dwieście pistolów, trzy miesiące temu.
— Ty grywasz?... Nie lubię tego, Raulu.
— Nigdy nie grywam, panie; tylko książę pan rozkazał mi grać za siebie w Chantilly... pewnego wieczora, gdy kurjer przybył od króla, — byłem posłuszny; wygraną kazał mi książę pan wziąć dla siebie.
— Czy to taki zwyczaj domowy, Raulu?... — zagadnął, brwi marszcząc, Athos.
— Tak, panie... książę pan każdego tygodnia, dla tej lub owej przyczyny daje zysk podobny jednemu ze swojej szlachty. Jest ich pięćdziesięciu u Jego książęcej mości; tym razem kolej padła na mnie.
— Dobrze!... Jeździłeś więc do Hiszpanji?...
— Tak, panie! piękną i mocno zajmującą podróż odbyłem.
— Już miesiąc temu powróciłeś?...
— Tak, panie.
— A od tego czasu?...
— Od tego czasu...
— Coś robił?...
— Pełniłem służbę moją, panie.
— Nie byłeś zatem u mnie, w La Fere?...
Raul zaczerwienił się.
Athos popatrzył na niego okiem badawczem i pełnem spokoju.
— Myliłbyś się, nie wierząc mi, panie, — mówił Raul, — czuję dobrze, iż się zarumieniłem, lecz to pomimowolnie. Pytanie, które raczyłeś mi zadać, jest tego rodzaju, że budzi we mnie tysiączne silne wrażenia. Rumienię się wiec, bo czuje się wzruszonym, a nie dlatego, abym kłamał.
— Wiem, Raulu, że nie kłamiesz nigdy.
— Nigdy, panie.
— Zwłaszcza, że toby źle było z twej strony; chciałem ci więc powiedzieć...
— Wiem dobrze, panie. Chcesz mnie zapytać, czy nie byłem w Blois?
— Nieinaczej.
— Nie byłem tam; nie widziałem nawet osoby, o której chcesz mówić.
Przy tych słowach głos Raula drżał.
Athos, wysoki znawca w kwestjach drażliwych, pośpieszył dodać:
— Raulu, ty mi odpowiadasz z bólem, ty cierpisz?...
— Ogromnie, panie; zabroniłeś mi jechać do Blois, aby odwiedzić pannę de La Valliere.
I na tych słowach młodzian zatrzymał się. Słodkie to imię, tak rozkoszne do wymawiania, rozdzierało mu serce, pieszcząc usta.
— I dobrze zrobiłem, Raulu — pośpieszył przerwać mu Athos. — Nie jestem okrutnym ani niesprawiedliwym ojcem; szanuję prawdziwą miłość; lecz dla ciebie myślę o przyszłości... o przyszłości wielkiej. Nowe rządy niby jutrzenka zabłysną; młodego, pełnego ducha rycerskiego króla wojna powołuje. Temu zapałowi bohaterskiemu potrzeba szeregu pomocników młodych i wolnych, którzy z zapałem pędzić będą na strzały i padając wołać: Niech żyje król!... zamiast wołać: Żegnaj mi, żono!... Pojmujesz to, Raulu. Jakkolwiek nieludzka wydaje ci się ta mowa, radzę ci jednak w nią wierzyć i odwrócić wzrok swój od tych pierwszych dni młodości, w których nawykłeś do kochania, od tych dni miłej nieopatrzności, która serce rozmiękcza i niezdolnem je czyni do napawania się cierpkim, pełnym goryczy napojem, który zowie się sławą i niedolą. Powtarzam ci też, Raulu, abyś w radach moich widział jedynie pragnienie być ci pożytecznym, jedyną ambicją — widzieć cię sławnym i szczęśliwym. Widzę w tobie zdolności, mogące uczynić cię człowiekiem niepospolitym. Idź sam tą drogą a prędzej i pewniej staniesz u celu.
— Rozkazałeś, panie — odparł Raul — jestem posłuszny.
— Rozkazałeś!... — zawołał Athos. — Tak mi więc odpowiadasz!... Ja ci rozkazałem!... O!... ty przekręcasz słowa moje, chęci me przeinaczasz!... ja nie rozkazuję, lecz proszę.
— Wcale nie, panie, bo rozkazałeś — rzekł z uporem Raul — lecz choćby to było tylko prośbą, skuteczniejszą ona byłaby nawet, niż rozkaz. Nie widziałem już więcej panny de La Valliere.
— Ale ty cierpisz!... ty cierpisz!... — nalegał Athos.
Raul nie odpowiadał.
— Zbladłeś i posmutniałeś... Czyż tak silnem jest to uczucie?...
— Ono jest namiętnością, — odparł Raul.
— Nie... to przyzwyczajenie.
— Panie, wiesz przecie, że dużo podróżowałem, że zdala od niej dwa lata przebyłem. Sądzę, że w ciągu takiego czasu najsilniejsze przyzwyczajenie może osłabnąć... Otóż przeciwnie, kochałem zawsze — nie więcej, gdyż to byłoby niepodobieństwem, lecz zawsze zarówno silnie. Panna de La Valliere jest dla mnie towarzyszką w całem znaczeniu tego wyrazu; lecz ty, panie, na ziemi jesteś dla mnie Bogiem... Wszystko bym dla ciebie poświęcił.
— I niesłuszniebyś uczynił, — rzekł Athos — nie mam żadnego prawa nad tobą. Wiek twój cię wyzwolił; obejść się nawet możesz bez mego zezwolenia. Wreszcie, nie odmówiłbym ci go nawet, po tem wszystkiem, coś mi powiedział. Jeżeli chcesz, ożeń się z panną de la Valliere.
Raul drgnął z radości, a potem nagle:
— Jakże dobry jesteś, panie — rzekł — zezwolenie to radością mnie przejmuje, lecz z niego nie skorzystam.
— Jakto?... więc teraz nie zgadzasz się na nie?...
— Tak, panie.
— Nie okażę ci najmniejszego niezadowolenia z tego powodu, Raulu.
— Lecz w głębi serca masz coś przeciw temu małżeństwu: nie z twego ono wyboru.
— To prawda.
— To wystarcza, abym nie upierał się przy niem... poczekam.
— Zastanów się, Raulu!... smutne jest to, coś powiedział.
— Wiem o tem, panie; ale mówię, że poczekam.
— Na co?... bym umarł?... — powiedział mocno wzruszony Athos.
— O!... panie!... — zawołał ze łzami w głosie Raul — czyż podobna, abyś mi tak serce rozdzierał, mnie, który nie dałem ci powodu do skargi.
— Drogie dziecię moje, to prawda — wyszeptał Athos, zaciskając wargi, aby zdławić w sobie wzruszenie, nad którem nie był już w stanie zapanować. — Nie, ja zasmucać cię nie chcę już więcej; ale nie pojmuję, na co masz czekać... Czyżby na to, aż kochać przestaniesz?...
— A!... nie... nie, panie; poczekam, aż zmienisz swe zdanie.
— Ja chcę tylko zrobić próbę, Raulu, chcę się przekonać, czy panna de La Valliere będzie czekała, tak jak ty.
— Mam nadzieję.
— Lecz strzeż się, Raulu!... gdyby nie chciała czekać?... O!... ty taki młody, ufny i prawy jesteś... Kobiety są zmienne.
— Nigdy mi, panie, źle nie mówiłeś o nich, nie miałeś nigdy powodu narzekać na nie; czemuż więc czynisz im zarzuty, gdy mowa o pannie de La Valliere?...
— To prawda — rzekł Athos, spuszczając oczy — nie mówiłem ci nigdy nic złego o kobietach; nigdy nie miałem powodu skarżyć się na nie, panna de La Valliere nigdy nie dała powodu do najmniejszego choćby podejrzenia; lecz, gdy ktoś przewiduje, zmuszony jest posunąć się do wyjątków, aż do nieprawdopodobieństw!.. Gdyby więc, jak powiedziałem, panna de La Valliere nie czekała na ciebie?...
— Jakto, panie?...
— Gdyby widoki swoje w inną zwróciła stronę?...
— Spojrzenia swoje na innego mężczyznę?... to chciałeś, panie, powiedzieć?... — przerwał mu Raul, blady z udręczenia.
— To właśnie.
— Zabiłbym wtedy tego człowieka, — rzekł w prostocie ducha Raul, — i wszystkich tych, na których padłby wybór panny de La Valliere, dopókiby mnie jeden z nich nie zabił lub panna de La Valliere oddałaby mi swoje serce.
Athos zadrżał.
— Zdawało mi się — począł zdławionym głosem — żeś przed chwilą nazwał mnie swoim Bogiem, wyrocznią swoją na tym świecie?...
— O!... — odezwał się Raul ze drżeniem — i pojedynkubyś mi zabronił?...
— A gdyby tak było, Raulu?...
— Wzbraniając mi nadziei, tem samem nie mógłbyś zabronić mi umrzeć.
Athos podniósł wzrok na wicehrabiego.
Wypowiedział on te słowa głosem zniżonym i z ponurem spojrzeniem.
— Dosyć już — odezwał się po długiem milczeniu Athos — dosyć już o tym smutnym przedmiocie, w którym obadwaj wpadamy w przesadę. Żyj, Raulu, z dnia na dzień; pełnij służbę twoją, kochaj pannę de La Valliere, słowem, postępuj, jak mężczyzna, skoro masz wiek po temu; o jednem tylko nie zapominaj, że ja ciebie kocham serdecznie i że ty, jak utrzymujesz. kochasz mnie, także.
— A!... panie hrabio!... — wykrzyknął Raul, cisnąc do serca rękę Athosa.
— Dobrze, drogie dziecię; zostaw mnie teraz, potrzebuję spoczynku. Ale, ale, pan d‘Artagnan powrócił ze mną, z Anglji; winieneś mu wizytę.
— Pójdę mu ją złożyć z prawdziwą radością; kocham bardzo pana d‘Artagnan.
— Dobrze robisz; jest to szlachetny i dzielny rycerz.
— Który cię kocha!... — powiedział Raul.
— Pewny tego jestem... Czy wiesz, gdzie on mieszka?...
— Wszak w Luwrze, w Palais-Royal, wszędzie tam, gdzie król się znajduje. Przecie dowodzi muszkieterami.
— Nie; pan d‘Artagnan jest chwilowo uwolnionym od służby, dla wypoczynku... Nie szukaj go zatem na stanowiskach służbowych. Dowiedzieć się możesz o nim u niejakiego pana Planchet.
— Niegdyś jego pachołka?...
— Tak właśnie ten, który został kupcem korzennym.
— Wiem; przy ulicy Lombardów.
— Coś w tym rodzaju... czy też przy ulicy de Areis.
— Znajdę, znajdę, panie.
— Pozdrowisz go ode mnie serdecznie i przyprowadzisz mi go na obiad przed wyjazdem moim do La Fere.
— Dobrze, panie.
— Dobranoc, Raulu.
— Panie, spostrzegam u ciebie order, którego nie znałem jeszcze; zechciej przyjąć moje powinszowanie.
— Złotego runa?... prawda... Bawidełko, mój synu... i to już nie bawi starego, jak ja, dziecka... Dobranoc, Raulu.




ROZDZIAŁ XXXIV.
NAUKI D‘ARTAGNANA.

Raul, wbrew swoim oczekiwaniom, poszedłszy nazajutrz do d‘Artagnana, nie zastał go w domu.
Spotkał tylko Plancheta, który wielce był uradowany z widoku młodzieńca i z tego powodu powiedział mu kilka rycerskich grzeczności, które bynajmniej nie trąciły handlem korzennym.
Lecz, gdy następnego dnia powracał Raul z Vincennes, odprowadzając pięćdziesięciu dragonów, powierzonych mu przez księcia pana, ujrzał na placu Baudoyoz mężczyznę z nosem podniesionym w górę, przypatrującego się jednemu z domów, tak zupełnie, jak się bada konia, którego nabyć mamy ochotę.
Mężczyzna ów, przybrany w suknię mieszczańską, wszelako zapiętą, jak kaftan wojskowy, w maleńkim kapelusiku na głowie i długą szpada, oprawną w safjan, przy boku, obejrzał się natychmiast, skoro tylko usłyszał tętent koni, zapominając o domu, aby przypatrzeć się dragonom.
Był to sobie poprostu pan d‘Artagnan; pan d‘Artagnan pieszo; d‘Artagnan z rękami w tył założonemi, który, przerwawszy przegląd gmachów, przypatrywał się teraz dragonom.
Nie było żołnierza, rzemyka, ani kopyta końskiego, któreby uszły uwagi jego bystrego oka.
Raul jechał przy boku swego oddziału; na ostatku więc spostrzegł go d‘Artagnan.
— E! e!... — zawołał — mordioux!
— Wszak się nie mylę?... — odezwał się Raul, spiąwszy konia.
— Wcale się nie mylisz; dzień dobry!... — odparł dawny muszkieter.
Raul pośpieszył uścisnąć serdecznie rękę starego przyjaciela.
— Uważaj, Raulu — rzekł d‘Artagnan — drugi koń z piątego szeregu zgubi podkowę, zanim dojedzie do mostu Marji; trzyma się tylko na dwóch gwoździach, u przedniej nogi, po lewej stronie.
— Zaczekaj na mnie, panie — rzekł Raul — w tej chwili powrócę.
— Opuszczasz swój oddział?
— Mam korneta, który mnie zastąpi.
— Pójdziesz ze mną na obiad?
— Jak najchętniej, panie d‘Artagnan.
— Śpiesz się zatem, zsiądź z konia lub każ mi podać drugiego.
— Wolę pójść z panem piechotą.
Raul pośpieszył zawiadomić korneta, który stanął na jego miejscu; następnie zsiadł z konia, oddał go jednemu z dragonów, i wielce uradowany ujął pod ramię pana d‘Artagnana, który z zadowoleniem znawcy rozważał wszystkie jego ruchy.
— Z Vincennes powracasz?... — najpierw go zagadnął.
— Tak, panie kawalerze.
— A kardynał?...
— Chory bardzo; mówią nawet, że umarł.
— Czy dobrze jesteś z panem Fouquet?... — zapytał d‘Artagnan, okazując wzgardliwym ruchem ramion, że śmierć Mazariniego nie przejmowała go zbytecznie.
— Z panem Fouquet?... — rzekł Raul. — Nie znam go wcale.
— Tem gorzej, tem gorzej, gdyż nowy król zawsze się stara otaczać swemi kreaturami.
— O! król nie jest źle usposobiony dla mnie — odparł młody człowiek.
— Nie mówię tu o koronie — rzekł d‘Artagnan — tylko o królu... Król, to pan Fouquet, zwłaszcza teraz, gdy umarł kardynał. Chodzi więc o to, aby być dobrze z panem Fouquet, jeżeli nie chcesz pleśnieć całe swoje życie tak, jak ja pleśniałem... Wprawdzie, masz ty innych protektorów, na szczęście.
— Nasamprzód, księcia pana.
— Zużyty, mój przyjacielu, zużyty.
— Pana hrabiego de la Fere.
— Athosa! o! to co innego; tak, Athosa... i jeżeli chcesz, aby ci się powiodło w Anglji, lepiej się udać nie możesz. Nawet ci powiem, bez żadnych przechwałek, że ja sam posiadam wpływy na dworze Karola II-go. To mi król, co się zowie!
— A!... — wykrzyknął Raul, przejęty naiwnością, właściwą dobrze urodzonym młodzieńcom, gdy zasługa i doświadczenie do nich przemawia.
— Tak, to mi król! bawi się, to prawda, lecz umiał pochwycić za oręż i ocenić ludzi pożytecznych. Athos jest w dobrych stosunkach w Karolem II-im. Tam zaciągnij się do służby i porzuć tych szalbierzy, przedsiębiorców podatkowych, którzy tak dobrze kradną francuskiemi rękami, jakgdyby posiadali włoskie palce; porzuć tego płaksę króla, który nam sprowadzi rządy Franciszka II-go. A znasz ty historję, Raulu?
— Znam, panie kawalerze.
— Wiesz zatem, że Franciszek II-gi bezprzestannie cierpiał na uszy?
— Nie, nie wiedziałem o tem.
— Że Karola IV-go wiecznie głowa bolała?
— A!
— A Henryk III-ci zawsze chorował na żołądek.
Raul śmiać się począł.
— Otóż! drogi mój chłopcze, Ludwik XIV ma nieustające mdłości; opłakany widok, gdy król od rana do wieczora wzdycha i w ciągu dnia ani razu nie powie: „Ventre-saint-gris!“ — albo „Corboeuf!“ lub coś takiego nakoniec, coby orzeźwiło człowieka.
— Więc to dla tej przyczyny, panie kawalerze, porzuciłeś służbę?... — zapytał Raul.
— Tak.
— Ależ ty sam, panie d‘Artagnanie, łatwo się zniechęcasz, porzucając rozpoczęte dzieło; nigdy się nie dorobisz.
— O! co do mnie — odparł d‘Artagnan tonem lekceważenia — ja mam już dosyć. Miałem majątek rodzinny.
Raul wpatrzył się w niego. Ubóstwo d‘Artagnana stało się przysłowiowem. Jako gaskończyk, przewyższył niepowodzeniem w sprawach pieniężnych wszelkie gaskonady Francji i Navarry; ze sto razy słyszał Raul zestawienie dwóch tych imion: Hiob i d‘Artagnan, jak zwykle chodzą w parze imiona Romulusa i Remusa.
D‘Artagnan podchwycił to zdziwione spojrzenie.
— A wreszcie twój ojciec musiał ci powiedzieć, że byłem, w Anglji?
— Tak, panie kawalerze.
— I że mnie tam spotkał szczęśliwy wypadek?
— O tem nie wiedziałem, panie.
— Tak, jeden z moich dobrych przyjaciół, pan bardzo wielki, wice-król Szkocji i Irlandji dopomógł mi w odnalezieniu spadku.
— Spadku?
— Dość okrągłego.
— To pan jesteś bogaty.
— Fiu!...
— Zechciej przyjąć moje najszczersze powinszowania.
— Dziękuję... Patrz, otóż i mój dom.
— Przy placu Greves?
— Tak; nie lubisz tej dzielnicy?
— Przeciwnie: piękny widok. O! jakiż to ładny, starożytny dom!
— Pod wezwaniem Panny Marji, jest to dawna winiarnia, którą od dwóch dni zamieniłem na dom mieszkalny.
— Lecz swoją drogą winiarnia pozostała?
— Pardieu!
— A pan gdzie mieszka?
— Ja mieszkam u Plancheta.
— A powiedziałeś mi pan przed chwilą: „oto mój dom!“
— Powiedziałem tak, bo on istotnie do mnie należy... kupiłem go.
— A!... — wykrzyknął na to Raul.
— Świetny interes, mój drogi Raulu, świetny interes!... Za ten dom zapłaciłem trzydzieści tysięcy liwrów z ogrodem, przytykającym do ulicy Mortellerie; winiarnie wraz z pierwszem piętrem wynajmuje się za tysiąc liwrów: strych, a raczej drugie piętro, za pięćset.
— To bardzo dobrze!
— Rozumie się.
— Pięćset liwrów za strych!... ależ tam niema mieszkań.
— Tak, nikt tam nie mieszka; ale jak widzisz, dwa okna z tego strychu wychodzą na plac.
— Widzę, panie.
— Otóż, za każdym razem, gdy kogo szarpią kołem, wieszają, ćwiartują, lub palą, dwa te okna wynajmuje się w cenie do dwudziestu pistoletów.
— O!... — ze zgrozą wykrzyknął Raul.
— To wstrętne, nieprawdaż?... — rzekł d‘Artagnan.
— O!... powtórzył Raul.
— Wstrętne to jest, lecz uświęcone zwyczajem... Ci gapie, paryżanie są czasem prawdziwymi ludożercami.
— Nie pojmuję tego, jak ludzie, chrześcijanie, mogą się puszczać na podobne spekulacje.
— To prawda.
— Co do mnie — ciągnął dalej d‘Artagnan — gdybym mieszkał w tym domu, to w dniu egzekucji wszystkie otworybym pozasłaniał, aż do dziurek od klucza, lecz ja tutaj nie mieszkam.
— I za pięćset liwrów wynajmujesz, panie, ten strych?
— Zdziczałemu karczmarzowi, który od siebie go odnajmuje... Zatem, jak mówiłem, tysiąc pięćset liwrów.
— Procent zwyczajny — rzekł Raul — pięć od sta.
— Co do grosza. Pozostaje mi jeszcze korpus domu od tyłu: składy, mieszkania i piwnice, co zimę wodą zalane, co czyni dwieście liwrów; przytem bardzo piękny ogród, dobrze zadrzewiony, mocno zacieniony murami i facjatą gmachu świętych Gerwazego i Protazego — tysiąc trzysta liwrów.
— Tysiąc trzysta liwrów! ależ to po królewsku.
— Rzecz taka jest. Mocno podejrzewam któregoś z kanoników parafji (ci kanonicy to prawdziwy Krezusi), podejrzewam go więc, iż najmuje ten ogród, aby miał gdzie pobaraszkować. Lokator podał nazwisko pana Godarda... Jest ono fałszywe albo prawdziwe; jeżeli prawdziwe, to kanonik, a jak fałszywe, to ktoś nieznajomy; co mi po tej wiadomości? Płaci zawsze zgóry. Przyszła mi właśnie myśl, gdy cię spotkałem, aby kupić przy placu Baudoyer dom, którego tyły łączą się z moim ogrodem i stworzyć wspaniałą posiadłość. Myśl tę wybili mi z głowy twoi dragoni. Patrz, zawróćmy na ulicę Vannerie, pójdziemy prosto do imci pana Plancheta.
Przyśpieszyli kroku i rzeczywiście stanęli u Plancheta, w pokoju, który kupiec ustąpił swojemu dawnemu panu.
Plancheta nie było w domu, lecz obiad był już gotowy. Jakkolwiek kupcem korzennym został, pozostały w nim jeszcze resztki systematyczności i punktualności żołnierskiej.
D‘Artagnan zwrócił rozmowę na tor przyszłości Raula.
— Ojciec twój krótko cię trzyma?... — rzekł.
— Sprawiedliwie, panie kawalerze.
— O! ja wiem, że Athos jest sprawiedliwy, lecz oszczędny może?
— Królewską ma rękę, panie d‘Artagnan.
— Nie krępuj się, chłopcze; jeżeli kiedy potrzebować będziesz kilku pistolów, masz tu starego muszkietera.
— Drogi panie d‘Artagnan...
— Grywasz czasami?
— Nigdy.
— Masz zatem szczęście do kobiet?... Rumienisz się... O! ty Aramisku! Mój drogi, to drożej jeszcze, niż karty kosztuje. Co prawda, jest odwet, bo przegrawszy, bić się można. Ba! ten płaksa król każe płacić karę tym, co wyjmują szpadę z pochwy. Co za rządy, biedny mój Raulu, co za rządy! Gdy pomyślę, jak za moich czasów oblegano muszkieterów po domach, jak niegdyś Hektora i Priama w mieście Troi; a na to kobiety dawaj płakać, a mury dawaj się śmiać, a setki uliczników dawaj klaskać w dłonie i krzyczeć: „Bij! zabij!“ gdy nie szło o muszkietera! Mordioux, wy tego już nie ujrzycie.
— Srogim jesteś dla króla, drogi panie d‘Artagnan, a zaledwie go znasz.
— Ja? Posłuchaj mnie, Raulu; dzień po dniu, godzina po godzinie — dobrze zachowuj w pamięci moje słowa — ja ci przepowiadam, co się będzie dziać. Gdy umrze kardynał, będzie go opłakiwał; dobrze: to jeszcze jedno z najmniejszych głupstw, tembardziej, jeżeli ani jednej łzy nie uroni.
— Następnie?
— Następnie, każe panu Fouquet, aby wyznaczył mu pensję i osiądzie w Fonteneblau dla pisania wierszy do jakichś tam Mancinich, którym królowa oczy wydrapie. Królowa, widzisz, jest hiszpanką, a za świekrę ma panią Annę Austrjacką. Znam ja ten ród Hiszpanów z domu Austrjackiego.
— Następnie?
— Następnie, zdarłszy srebrne galony ze swoich Szwajcarów, bo hafty za drogo kosztują, muszkieterów przemieni na piechotę, bo owies i siano na każdego konia kosztuje dziennie pięć soldów.
— O! panie, nie mów tego.
— Co mnie to obchodzi! wszak już nie jestem muszkieterem? Niech będą konni, czy piesi, niech noszą szpikulce, rożny, szpady albo nic, wszystko mi jedno!
— Drogi panie d‘Artagnan, błagam cię, nie mów tak źle o królu... Jestem prawie w jego służbie i ojciec mój miałby wielki żal do mnie, żem słuchał, z ust twoich nawet, słów ubliżających jego Wysokości.
— Twój ojciec?... E! to rycerz wszelkiej podejrzanej sprawy... Pardieu! tak, zapewne, twój ojciec to bohater, to Cezar, nie przeczę; lecz to człowiek, pozbawiony trafnego oka.
— Wybornie, kawalerze!... — rzekł śmiejąc się Raul — teraz już i ojca mojego poczniesz szkalować, tego, którego zwałeś wielkim Athosem; jesteś dzisiaj w złym sosie, a bogactwo cierpkim cię czyni, tak jak innych ubóstwo.
— Masz słuszność, do licha!... nicpoń ze mnie i plotę trzy po trzy; zestarzałem się, jestem stara, niezdatna cięciwa, dziurawy pancerz, but bez podeszwy, ostroga bez gwiazdek, zrób mi przyjemność i powiedz mi jednę rzecz.
— Co takiego?... drogi panie d‘Artagnanie.
— Powiedz mi to: „Mazarini był gałganem“. Słuchaj, powiedz to, dla mojej miłości.
— Z miłą chęcią.
— Powiedz!...
— Mazarini był gałganem — rzekł Raul, uśmiechając się do muszkietera, który rozjaśnił się jak za najpiękniejszych dni swoich.
— Zaczekaj troszkę — odezwał się d‘Artagnan. — Połowę zdania wypowiedziałeś dopiero; a teraz konkluzja. Powtarzaj, Raulu, powtarzaj: „Lecz ja będę Mazariniego żałował“.
— Kawalerze!...
— Nie chcesz tego wymówić, to ja po dwakroć powiem to za cię... Lecz będziesz Mazariniego żałował.
I śmieli się tak i sprzeczali dalej, kiedy wszedł chłopiec sklepowy.
— Panie, list do pana d‘Artagnan.
— Dziękuję... Patrzaj — wykrzyknął muszkieter.
— Pismo pana hrabiego — odezwał się Raul.
— Tak, tak.
I rozpieczętował list.
„Drogi przyjacielu — pisał Athos — proszony jestem ze strony króla, aby cię wezwać do niego“.
— Mnie?... — rzekł d‘Artagnan, opuszczając list na stół.
Podniósł go Raul i kończył czytać głośno:
„Śpiesz się... Jego Królewska Mość bardzo potrzebuje pomówić z tobą i oczekuje cię w Luwrze“.
— Mnie?... — raz jeszcze powtórzył muszkieter.
— Tak — rzekł Raul.




ROZDZIAŁ XXXV.
KRÓL.

D‘Artagnan, ochłonąwszy z pierwszego zdziwienia, odczytał po raz drugi bilecik Athosa.
— To coś dziwnego — rzekł — aby król kazał mnie wzywać.
— Dlaczego nie chcesz pan przypuścić, że król odczuwa brak takiego, jak ty, sługi?...
— O!... o!... — wykrzyknął stary wojak, uśmiechając się półgębkiem — co mi tam prawisz, mości Raulu. Gdyby król mnie żałował, nie puściłby mnie od siebie. Nie... nie... widzę ja w tem coś lepszego, lub może gorszego, jeżeli chcesz.
— Coś gorszego!... Co takiego, panie kawalerze?...
— Jesteś młody, ufny, godny podziwu... Jakżebym chciał być jeszcze na twojem miejscu. Mieć lat dwadzieścia cztery, czoło gładkie, a pod niem mózg, niczem nie zaprzątnięty, tylko kobietą, miłością lub chęciami... O!... Raulu!... dopóki nie dostąpisz uśmiechów królewskich i zwierzeń królowych, dopóki nie przeżyjesz dwóch kardynałów, jednego tygrysa, a drugiego z lisią naturą; dopóki... Lecz na co te wszystkie głupstwa?... Musimy się rozstać, Raulu!...
— Jak dziwnie przemawiasz; do mnie, panie!... Czemu tyle powagi na twojem obliczu!...
— E!... bo tu idzie o rzecz... Słuchaj mnie: mam ci dać ważne zlecenie.
— Słucham cię, panie d‘Artagnanie.
— Zawiadomisz twojego ojca o moim wyjeździe.
— Odjeżdżasz?...
— Pardieu!... Powiesz mu, że udałem się do Anglji i zamieszkałem tam w swojem zaciszu.
— W Anglji, ty panie!... A rozkaz królewski?...
— Coraz naiwniejszym mi się wydajesz: wyobrażasz sobie, że tak po prostu pójdę do Luwru i zdam się na łaskę tego ukoronowanego wilczęcia.
— Wilczę!... Król?... Ależ, panie kawalerze, oszalałeś chyba.
— Przeciwnie, nigdy jeszcze nie byłem przy równie zdrowych zmysłach. Więc ty nie wiesz, co chce ze mną zrobić ten godny synalek Ludwika Sprawiedliwego?... Mordioux, tu chodzi o politykę... Chce poprostu zapakować mnie do Bastylji, nic więcej.
— A to za co?... — zawołał wystraszony Raul.
— Za to, co kiedyś w Blois mu powiedziałem... Uniosłem się; nie zapomniał tego.
— Co mu powiedziałeś, panie?
— Że jest mazgaj, ladaco, niedołęga.
— A! mój Boże!... — jęknął Raul — czy to podobna, aby takie słowa wyszły z twoich ust?
— Być może, iż nie co do litery odtwarzam moją przemowę, lecz daję ci ją we właściwem jej znaczeniu.
— W takim razie król byłby cię zaraz kazał aresztować!
— Komu! Wszak to ja dowodziłem muszkieterami; mnieby więc należało rozkazać, abym sam się zaprowadził do więzienia; naturalnie byłbym nie przystał na to nigdy; sam sobiebym się oparł... Zresztą, czmychnąłem do Anglji... już po d‘Artagnanie... Dziś zaś kardynał jakby już nie żył: wiedzą, że jestem w Paryżu; przyłapali mnie.
— To kardynał był pańskim protektorem?
— Kardynał mnie znał; wiedział o niektórych moich sprawkach; ja o jego także wiedziałem... ocenialiśmy się wzajemnie... A wreszcie, duszę swoję djabłu oddając, mógł poradzić Annie Austrjackiej, aby mnie osadziła w bezpiecznem miejscu. Ruszaj więc do ojca, opowiedz mu rzecz całą, i bywaj zdrów!
— Drogi panie d‘Artagnan — zawołał wzruszony Raul, wyjrzawszy oknem, — nawet nie możesz uciekać.
— A to dlaczego?
— Bo tam na dole czeka na ciebie oficer od szwajcarów.
— Cóż stąd?
— Zaaresztuje cię!
D‘Artagnan wybuchnął homerycznym śmiechem.
— O! wiem ja dobrze, panie, iż stawisz mu opór, pokonasz go nawet, pewny jestem, że zwycięsko wyjdziesz z tej walki, ale to nazywa się buntem, a sam będąc oficerem, wiesz, co to karność wojskowa.
— Djabelski dzieciak! jak to wychowane, jakie to logiczne!... — mruknął d‘Artagnan.
— Przyznajesz mi pan słuszność, nieprawdaż?
— Rozumie się. Lecz zamiast wyjść na ulicę, gdzie ten gamoń oczekuje na mnie, wymknę się drzwiami od tyłu. Konia mam w stajni; dobry koń; padnie pode mną ze zmęczenia, mniejsza z tem, środki moje pozwalają mi na to, niech pada jeden po drugim, bylem się w ciągu jedenastu godzin dostał do Boulogne; znam ja drogę... Jednę rzecz tylko powiedz swemu ojcu.
— Jaką?
— To jest... że to, o czem on wie dobrze, umieszczone jest u Plancheta, z wyjątkiem piątego, i że...
— Lecz zastanów się, drogi panie d‘Artagnan; jeżeli uciekniesz, dwie rzeczy powiedzą.
— Jakie, mój drogi chłopcze?
— Pierwsza, że się boisz.
— Kto to może powiedzieć?
— Najpierw sam król.
— Zapewne! to... prawdę powie. Boję się.
— Druga, że czujesz się winnym.
— Winnym, czego?
— Zbrodni, którą podoba się im przypisać panu.
— I to prawda... Radzisz mi zatem iść i dać się zamknąć w Bastylji?
— Sam pan de la Fere tak jak ja panuby poradził.
— Pardieu, wiem ja o tem dobrze!... — rzekł, zamyślając się d‘Artagnan — masz słuszność, nie będę uciekał. Lecz jeżeli wrzucą mnie do Bastylji?
— Wydostaniemy pana z niej — rzekł Raul cicho i spokojnie.
— Mordioux!... — zawołał d‘Artagnan, ujmując go za rękę — szlachetnie odezwałeś się, Raulu — Athos przemawia przez ciebie. Niech się dzieje, co chce! Idę! Nie zapomnij moich ostatnich słów.
— Z wyjątkiem piątego — powtórzył Raul.
— Tak, śliczny z ciebie chłopak, chcę więc, abyś do tych ostatnich jeszcze coś dodał.
— Mów, panie.
— Oto, jeśli nie wydostaniecie mnie z Bastylji i mam tam umierać... o! ani myśleć inaczej... a będzie ze mnie więzień i nieznośny, chociaż niezgorszym byłem człowiekiem... w takim razie, tobie zostawiam trzy piąte, a czwartą część ojcu twojemu.
— Kawalerze!
— Mordioux! Każ tylko odprawić za mnie kilka mszy, od reszty cię zwalniam.
To rzekłszy, zdjął z gwoździa temblak, przypasał szpadę, wziął kapelusz z nowiutkiem piórem i wyciągnął rękę do Raula, który rzucił mu się w objęcia.
Znalazłszy się w sklepie, powiódł okiem po chłopcach sklepowych, przypatrujących się całej tej scenie z dumą i pewnym rodzajem niepokoju; następnie, zanurzywszy rękę w pace, pełnej korynckich rodzynków, poszedł prosto do oficera, który z filozoficznym spokojem oczekiwał na niego przed drzwiami sklepu.
— Znam te rysy!... To ty, pan Fridisch — wesoło zawołał muszkieter. — E! e! przyjaciół naszych aresztujemy?
— Aresztować!... — jednogłośnie powtórzyli chłopcy.
— To był ja — odparł szwajcar. — Zień topra, pan d‘Artagnan.
— Mamże ci oddać szpado? Uprzedzam, że długa i ciężka. Pozostaw mi ją chociaż do Luwru; kompletnie głupieje, gdy na ulicy nie mam przy boku szpady, a ty głupszym byłbyś jeszcze, mając ich dwie.
— Król nic nie powiedziała — odparł szwajcar — zatrzymaj pan swoja szpada.
— To bardzo ładnie ze strony króla, ani słowa! Ruszajmy więc.
Pan Fridisch nie był zbytecznie rozmowny, d‘Artagnan znów zanadto wielki natłok myśli miał w głowie, aby przerywać milczenie. Niedaleko było od sklepu Plancheta do Luwru; w dziesięć minut przebyli te drogę.
Noc już zapadła zupełna.
Pan Fridisch chciał wejść przez furtkę.
— Nie tędy — odezwał się d‘Artagnan — za wiele czasu stracimy; idźmy bocznemi schodami.
Szwajcar wykonał zlecenie d‘Artagnana i zaprowadził go do przedpokoju, poprzedzającego gabinet Ludwika XIV-go.
Przybywszy tam, ukłonił się swemu więźniowi i słowa nie rzekłszy, powrócił na stanowisko. Tyle nawet czasu nie pozostało d‘Artagnanowi, aby zadać sobie pytanie, czemu nie odebrano mu szpady, gdy otworzyły się drzwi gabinetu i pokojowiec zawołał:
— Pan d‘Artagnan!
Muszkieter przybrał postawę uroczystą i wszedł z okiem, śmiałem, pogodnem czołem i wąsem wysztywnionym.
W tejże chwili Ludwik XIV-ty zwrócił się ku niemu.
— Jesteś tu, panie d‘Artagnan?... — rzekł.
D‘Artagnan, naśladując ruch króla, odpowiedział:
— Jestem, Najjaśniejszy Panie.
— Dobrze: zechciej poczekać, niech skończę dodawanie.
D‘Artagnan, ukłoniwszy się, milczał.
— Dość grzecznie — pomyślał — niema co mówić.
Ludwik gwałtownie coś przekreślił piórem i ze złością odrzucił od siebie.
— Dalej, złość się dla podniecenia — myślał dalej muszkieter — dogodzisz mi bardzo... i ja też, onego czasu, w Blois, nie sięgnąłem jeszcze do dna mojego worka.
Powstał Ludwik, ręką przesunął po czole, a zatrzymując się następnie wprost d‘Artagnana, wpatrzył się w niego wzrokiem, rozkazującym i dobrotliwym zarazem.
— Czego on chce ode mnie, ciekawym? niechże już raz skończy — mówił sobie w duchu muszkieter.
— Panie, wiesz zapewne, że pan kardynał umarł?
— Przypuszczałem, Najjaśniejszy Panie.
— Z tego wynika, że wiesz, iż jestem panem u siebie?
— Rzecz ta nie ze śmiercią kardynała się rozpoczęła, Najjaśniejszy Panie; kto chce, zawsze jest u siebie panem.
— Tak, lecz czy przypominasz sobie to wszystko, coś mi powiedział w Blois?
— Otóż masz — pomyślał d‘Artagnan — nie omyliłem się. Ha! tem lepiej! to znaczy, że mam jeszcze delikatny węch.
— Nie odpowiadasz mi?... — zagadnął Ludwik.
— Najjaśniejszy Panie, zdaje mi się iż przypominam sobie...
— Zdaje ci się tylko?
— To dawno już temu.
— No... jeżeli ty zapomniałeś, to ja za to pamiętam, ja. Powiedziałeś mi wtedy; słuchaj uważnie.
— O! Najjaśniejszy Panie, słucham jak najuważniej, gdyż prawdopodobnie rozmowa weźmie obrót, bardzo dla mnie zajmujący.
Ludwik raz jeszcze popatrzył na muszkietera. Ten zaś pogładził ręką pióro u kapelusza, następnie wąsy, i czekał nieustraszony.
Ludwik XIV-ty ciągnął dalej:
— Porzuciłeś pan moją służbę, po wypowiedzeniu mi całej prawdy?
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Czyli oświadczywszy mi wszystko, coś uważał za prawdziwe o moim sposobie myślenia i postępowania. Zacząłeś od tego, iż od lat trzydziestu czterech służysz mojej rodzinie i czujesz się zmęczonym.
— Tak, Najjaśniejszy Panie, powiedziałem to.
— Wyznałeś następnie, iż zmęczenie owo było pretekstem, a rzeczywista przyczyna — niezadowolenie.
— Niezadowolony byłem, istotnie; lecz, o ile wiem, niezadowolenie to niczem się nie zdradziło, i jeżeli to mówiłem, jako człowiek, czujący godność własna, głośno przed Wasza Królewska Mością, wobec nikogo innego nawet myśli takiej nie miałem.
— Nie tłómacz się, d‘Artagnanie, i słuchaj mnie dalej. Gdyś mi wyrzucał niezadowolenie swoje, w odpowiedzi otrzymałeś obietnicę; powiedziałem ci: „Zaczekaj“. Wszak prawda?
— Tak, Najjaśniejszy Panie, prawda, jak to, co ci mówiłem.
— Odpowiedziałeś mi: „Później? Nie przystaję; natychmiast, zgoda!...“ Mówię ci, nie tłómacz się... To było bardzo naturalne; lecz byłeś bez miłosierdzia dla swego panującego, panie d‘Artagnan.
— Najjaśniejszy Panie... miłosierdzie!... dla króla!... od biednego żołnierza!
— Rozumiesz mnie doskonale; wiesz dobrze, iż potrzebowałem go; i o tem także wiesz, że nie byłem panem; że miałem nadzieję dopiero na przyszłość. Gdy tedy mówiłem o tej przyszłości, odpowiedziałeś mi: „Proszę o uwolnienie... natychmiast!...“
D‘Artagnan zagryzł wąsa.
— Prawda — mruknął.
— Nie schlebiałeś mi, gdym był w niedoli — dodał Ludwik XIV-ty.
— Tak — odezwał się d‘Artagnan, z godnością podnosząc głowę — nie schlebiałem ci, królu, w niedoli, ale nie zdradziłem cię bynajmniej. Dla fraszki przelewałem moja krew, jak pies u drzwi twoich czuwałem, wiedząc, że ani chleba, ani kości mi nawet nie rzuca. Ubogim będąc, niczego nie żądałem, oprócz uwolnienia, o którem Wasza Królewska Mość mówi.
— Wiem o tem, że jesteś uczciwym człowiekiem; lecz ja byłem młodzieńcem i obowiązkiem twoim było oszczędzać mnie... Co miałeś do zarzucenia królowi?... że Karola II-go zostawił bez pomocy?... wszystko powiedzmy... że nie miał zamiaru poślubić panny Mancini?
Mówiąc to, król utkwił badawcze spojrzenie w muszkieterze.
— A! a!... — mówił w duchu d‘Artagnan — nietylko pamięta, lecz zgaduje... Djablo!
— Sąd twój — kończył Ludwik XIV-ty — dotykał króla i człowieka zarazem... A bezsilność tę... gdyż uważałeś to za słabość moją...
D‘Artagnan milczał.
— Wyrzucałeś mi także uległość względem nieboszczyka pana kardynała; a czyż nie on mnie wychował, podtrzymywał?... wynosząc się i sam w siłę wzrastając, wiem o tem dobrze. Lecz koniec końców skutki dobrodziejstwa pozostały. Kochałżebyś mnie więcej, jako niewdzięcznika i samoluba?... czy służyłbyś mi lepiej?
— Najjaśniejszy Panie...
— Nie mówmy już o tem: za wiele żalu dla ciebie, a dla mnie przykrości.
D‘Artagnan nie został przekonany.
Młody król, przybierając ton wyższości, nie posuwał sprawy.
— Zastanowiłeś się już?... — podjął król.
— Nad czem, Najjaśniejszy Panie?... — układnie zapytał d‘Artagnan.
— Ależ nad tem, co ci powiedziałem.
— Tak, Najjaśniejszy Panie, zapewne...
— I nie korzystasz ze sposobności odwołania słów swoich?
— Najjaśniejszy Panie...
— Wahasz się, jak widzę...
— Nie pojmuję dokładnie, co Wasza Królewska Mość raczy mi mówić.
Ludwik zmarszczył brwi.
— Zechciej mi wybaczyć, Najjaśniejszy Panie, osobliwie tępą mam głowę... wiele rzeczy trudny ma dostęp do niej; co prawda jednak, że skoro raz już się tam dostaną, pozostają na zawsze.
— Tak, zdaje mi się, że masz dobrą pamięć.
— Prawie taką, jak Wasza Królewska Mość.
— Śpiesz się zatem z daniem mi stanowczej odpowiedzi... Czas mój jest drogi. Czem się zajmujesz od czasu swego uwolnienia?
— Moim losem, Najjaśniejszy Panie.
— Odpowiedź ostra, panie d‘Artagnan.
— Wasza Królewska Mość źle ją sobie tłomaczy, bezwątpienia. Dla króla mam tylko najgłębszy szacunek, a gdybym uchybił grzeczności, może to tłomaczyć się długiem nawyknieniem do obozu i koszar. Za wysoko Wasza Królewska Mość stoi nade inną, aby obrażać się słówkiem, które w najniewinniejszej myśli wyrwie się żołnierzowi.
— Wiem o tem, iż pan dokazałeś w Anglji świetnego czynu, przykro mi tylko, iż uchybiłeś swemu przyrzeczeniu.
— Ja?... — wykrzyknął d‘Artagnan.
— Bezwątpienia... Dałeś mi słowo, że nie będziesz służył żadnemu innemu panującemu, porzuciwszy służbę u mnie... Gdy tymczasem pracowałeś na rzecz Karola II-go przez cudowne porwanie pana Moncka.
— Wybacz mi, Najjaśniejszy Panie, pracowałem tylko dla siebie.
— I powiodło ci się?
— Jak wojownikom z XV-go wieku napady i inne hazardowne wyprawy.
— Co nazywasz powodzeniem? majątek?
— Sto tysięcy talarów, które posiadam, Najjaśniejszy Panie: i to w jednym tygodniu, czyli trzy razy więcej, niż posiadałem w ciągu lat pięćdziesięciu.
— Piękna suma... zdaje mi się, iż masz nielada dążności?
— Ja, Najjaśniejszy Panie? Czwarta część tego skarbem mi się zdawała, i zaręczam, iż powiększać go nie myślę.
— A! zamierzasz pozostać bezczynnym?
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Porzucić szpadę?
— To się już stało.
— To niepodobna, panie d‘Artagnan — stanowczo rzekł Ludwik.
— Ale, Najjaśniejszy Panie...
— Co takiego?
— Dlaczego?
— Bo ja tego nie chcę!... — wymówił młody król głosem tak poważnym i stanowczym, aż d‘Artagnan drgnął zdziwiony i prawie zaniepokojony.
— Czy pozwoli mi Wasza Królewska Mość dać słówko odpowiedzi?... — zapytał.
— Mów.
— Postanowienie to powziąłem, będąc ubogim i obdartym.
— Zgoda. Cóż dalej?
— Dziś tedy, gdy własnym przemysłem zdobyłem sobie dobrobyt, Wasza Królewska Mość miałby pozbawić mnie wolności, skazywać mnie?... na coś lepszego zasłużyłem.
— Kto ci pozwolił, mój panie, zgłębiać moje zamiary i liczyć się ze mną?... — gniewnie odparł Ludwik — kto ci powiedział, co ja zrobię i co ty sam robić będziesz?
— Najjaśniejszy Panie — z całym spokojem odparł muszkieter — jak widzę, otwartość w rozmowie nie jest już na porządku dziennym, jak onego czasu, gdyśmy rozmawiali w Blois.
— Nie, panie, wszystko uległo zmianie.
— Najserdeczniej ci tego winszuję, Najjaśniejszy Panie, ale...
— Ty w to nie wierzysz?
— Wielkim mężem stanu nie jestem, jednakże mam pewny rzut oka w sprawach tego rodzaju; nigdy mnie on nie myli; nie tak się zapatruję na nie, jak Wasza Królewska Mość. Skończyły się rządy Mazariniego, lecz zaczyna się panowanie finansistów. Oni mają pieniądze: Wasza Królewska Mość musisz nieczęsto spotykać się z niemi. Ciężko to dla człowieka, liczącego na niepodległość, żyć ściśniętemu w szponach tych zgłodniałych wilków.
W tejże chwili ktoś poskrobał do drzwi gabinetu, król z dumą podniósł głowę.
— Przepraszam cię, panie d‘Artagnan — rzekł — to pan Colbert przychodzi do mnie z raportem. Wejdź pan, panie Colbert.
D‘Artagnan usunął się na stronę. Colbert wszedł ze zwojem papierów w ręku i przystąpił prosto do króla.
Samo się przez się rozumie, że Gaskończyk nie pominął sposobności rzucenia bystrego i szybko orientującego się spojrzenia na nową postać, która się ukazała.
— Spełnione zostało już dochodzenie?... — zapytał król Colberta.
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— I cóż powiadają sędziowie śledczy?
— Powiadają, iż obwinieni zasłużyli na konfiskatę majątku i śmierć.
— A! a!... — wykrzyknął król ze spokojem w twarzy, spoglądając z pod oka na d‘Artagnana. — A twoje zdanie w tym względzie, panie Colbert?... — zapytał.
Colbert także spojrzał na d‘Artagnana. Krępująca obecność jego mówić mu nie dozwalała.
Zrozumiał to Ludwik XIV-ty.
— Swobodnie, panie Colbert — rzekł — to pan d‘Artagnan, — czy go nie poznajesz?
Dwaj ci ludzie obrzucili się wzajemnie wzrokiem, d‘Artagnan okiem śmiałem i błyszczącem; Colbert zaś napół przysłoniętem i zamglonem.
Jawna nieustraszoność jednego drugiemu nie podobała się mocno, podstępna przezorność finansisty nie przypadła do smaku żołnierzowi.
— A! a! to pan, któremu się tak powiodło w Anglji — odezwał się Colbert.
I lekko skłonił się d‘Artagnanowi.
— A! a!... — rzekł Gaskończyk — to pan, który szwajcarom oberżnął srebro z galonów... Chwalebna oszczędność!
I złożył mu ukłon głęboki.
Finansista sądził, iż zmiesza muszkietera; tymczasem muszkieter nawskoś przeszył finansistę.
— Panie d‘Artagnan — począł król, nie zwracając uwagi na wszystkie te odcienia, które w najdrobniejszym nawet szczególe nie uszłyby oka Mazariniego — chodzi tu o poborców podatkowych, którzy mnie okradli, podpiszę więc na nich wyrok śmierci.
D‘Artagnan zadrżał.
— O! o!... — wydarło mu się z piersi.
— Co mówisz?
— Nic, Najjaśniejszy Panie; sprawy te nie do mnie należą.
Król ujął już pióro i zbliżał je do papieru.
— Najjaśniejszy Panie — odezwał się Colbert półgłosem — uprzedzam Waszą Królewską Mość, że jeżeli przykład jest potrzebny, przykład ten jednak może pociągnąć za sobą niejakie trudności w wykonaniu.
— Co mówisz?... — rzekł król.
— Nie ukrywaj tego przed sobą, Najjaśniejszy Panie, iż zaczepić poborców znaczy to samo, co dotknąć spraw głównego nadzoru finansów. Dwaj ci nieszczęśliwi przestępcy, o których tu idzie, są osobistymi przyjaciółmi potężnej figury i w dzień egzekucji, którą zresztą możnaby spełnić cichaczem w Chatelet, bezwątpienia, wybuchną rozruchy.
Zarumienił się Ludwik i spojrzał na d‘Artagnana, który zlekka zagryzał wąsa, z nieznacznym uśmiechem politowania dla finansisty, jako też i dla króla, tak długo słuchającego jego mowy.
Wtedy Ludwik chwycił za pióro i ruchem tak nagłym, że ręka mu aż zadrżała, położył dwa podpisy u dołu papierów, podanych mu przez Colberta; następnie spojrzawszy mu oko w oko:
— Panie Colbert — rzekł — gdy będziesz rozmawiał ze mną o sprawach, wykreślaj często słowo trudności w omówieniu ich i radach twoich, co zaś do słowa niepodobieństwo, tego niech nigdy z ust twoich nie słyszę.
Colbert, mocno upokorzony odebraniem tej nauki wobec muszkietera, ukłonił się i gotował do wyjścia; lecz zapragnął jeszcze naprawić swoje niepowodzenie.
— Zapomniałem oznajmić Waszej Królewskiej Mości — rzekł — iż konfiskata dochodzi do sumy pięciu miljonów liwrów.
— Niczego — pomyślał d‘Artagnan.
— Co razem w mojej kasie wynosi?... — zagadnął król.
— Osiemnaście miljonów liwrów, Najjaśniejszy Panie — odrzekł Colbert z ukłonem.
— Mordioux!... — mruknął d‘Artagnan — prześlicznie!
— Panie Colbert — dodał król — proszę cię, przejdź przez galerję, gdzie pan de Lyonne oczekuje, i powiedz mu, aby przyniósł to, co zredagował... z mojego rozkazu.
— W tej chwili, Najjaśniejszy Panie, czy niepotrzebny już jestem dzisiaj Waszej Królewskiej Mości?
— Nie, panie, adieu!
Colbert wyszedł.
— Powróćmy do spraw naszych, panie d‘Artagnan — podjął Ludwik XIV-ty, jakgdyby nic nie zaszło. — Widzisz, że co do pieniędzy, znaczna już zaszła zmiana.
— Jak z zera na osiemnaście — odparł wesoło muszkieter. — A! tego tylko potrzeba było Waszej Królewskiej Mości, onego czasu, gdy jego Wysokość Karol II-gi przybył do Blois. Nie byłoby dzisiaj tej niechęci pomiędzy dwoma rządami; bo, przyznać muszę, iż widzę tam kamień obrazy z tego powodu.
— Najpierw — odciął się Ludwik — niesprawiedliwym pan jesteś; bo gdyby Opatrzność dozwoliła mi onego dnia dać miljon bratu mojemu, nie byłbyś porzucił mej służby, a stąd wynikłoby, iż nie zyskałbyś majątku... jak to sam przed chwilą mówiłeś... Lecz, prócz tego szczęścia, i ja w tem swoje znalazłem, a poróżnienie moje z Wielką Brytanją niech nie przejmuje cię obawą.
Przerwał królowi pokojowiec, oznajmiając pana de Lyonne.
— Wejdź pan — odezwał się król — punktualny jesteś, jak przystoi na dobrego sługę. Pokaż twój list do brata mego, Karola II-go.
D‘Artagnan nadstawił ucha.
— Chwilkę, panie — niedbale odezwał się do Gaskończyka Ludwik — muszę wyprawić do Londynu przyzwolenie na małżeństwo mojego brata, księcia Orleańskiego, z lady Henryką Stuart.
— Zdaje mi się, że jestem pobity — mruknął d‘Artagnan, gdy Ludwik kładł na liście podpis i odprawiał pana de Lyonne — lecz przyznaję, na honor, że im bardziej zostanę pobitym, tem bardziej będę zadowolonym.
Król przeprowadził oczami pana de Lyonne, dopóki drzwi się nie zamknęły; kilka kroków nawet postąpił, jakby chciał za nim podążyć. Zatrzymał się jednak, stanął i po chwili namysłu zbliżył się do muszkietera.
— A teraz, panie — rzekł do niego — zakończmy już raz tę sprawę. Onego czasu w Blois powiedziałeś mi, że wcale nie byłeś bogaty?
— Teraz nim jestem, Najjaśniejszy Panie.
— Tak, lecz mnie to nie obchodzi; masz swoje pieniądze, a nie moje, bo nie ode mnie zależne.
— Niezupełnie rozumiem, co Wasza Królewska Mość mówi.
— Kiedy tak, to mów lepiej sam, otwarcie. Czy dosyć ci będzie dwadzieścia tysięcy liwrów rocznie stałego dochodu?
— Ależ, Najjaśniejszy Panie... — rzekł d‘Artagnan, robiąc wielkie oczy.
— Czy zadowolisz się czterema końmi z utrzymaniem i obrokiem, i naddatkiem sumy, jakiej sam zażądasz, stosownie do okoliczności i potrzeb; czy też przekładasz cyfrę stałą, wynoszącą naprzykład, czterdzieści tysięcy liwrów. Odpowiedz mi?
— Najjaśniejszy Panie, Wasza Królewska Mość...
— Tak... zdziwiony jesteś, to bardzo słuszne, spodziewałem się tego; odpowiadaj, słucham, albo pomyślę, iż nie masz już owej szybkości sądu, który zawsze tak ceniłem w tobie
— Nie ulega wątpliwości, Najjaśniejszy Panie, że piękna to suma dwadzieścia tysięcy liwrów rocznie, ale...
— Bez ale. Tak, czy nie; czy jest to wynagrodzeniem dostatecznem?
— O! z pewnością...
— Poprzestałbyś wiec na tem? Bardzo dobrze. Zdałoby się jednakże policzyć osobno wydatki nadzwyczajne, ułożysz się co do tego z panem Colbert, a teraz przejdźmy do rzeczy najważniejszej.
— Ależ, Najjaśniejszy Panie — powiedziałem już Waszej Królewskiej Mości...
— Że chcesz odpocząć, wiem o tem dobrze, tylko, że ja odpowiedziałem ci, iż tego nie chcę... Ja tu jestem panem, o ile mi się zdaje?
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Tem lepiej! Niegdyś miałeś ochotę zostać kapitanem muszkieterów?
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Dobrze!... oto twój dyplom z podpisem. Składam go do szuflady. W dniu, w którym powrócisz z pewnej wyprawy, która ci chcę powierzyć, dyplom ten sam stamtąd zabierzesz.
D‘Artagnan stał ze zwieszona głowa i jeszcze się wahał.
— Cóż znowu, mój panie — odezwał się król — patrząc na ciebie, możnaby myśleć, że nie wiesz o tem, iż na dworze arcychrześcijańskim wódz generalny muszkieterów ma pierwszeństwo przed marszałkami Francji.
— Najjaśniejszy Panie, wiem o tem.
— A zatem możnaby myśleć, że nie ufasz mojemu słowu?...
— O!... nigdy w życiu. Najjaśniejszy Panie... nie przypuszczaj nawet podobnych rzeczy.
— Pragnąłem ci dowieść, że ty, taki niezrównany sługa, pozyskałeś dobrego pana: czy jestem takim panem, jakiego sobie życzysz?...
— Zaczynam wierzyć, że tak, Najjaśniejszy Panie.
— Zatem, mój panie, obejmiesz swoje obowiązki. Kompanja twoja od czasu twego wyjazdu jest w zupełnem rozprzężeniu, a ludzie z niej włóczą się i rozbijają po karczmach, pojedynkując się, pomimo edyktów moich i ojca mojego. Zaprowadzisz jak można najprędzej karność i porządek w służbie.
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Nie odstąpisz od mojej osoby.
— Dobrze.
— I w armji przy boku moim iść będziesz i obozować koło mojego namiotu.
— W takim razie, Najjaśniejszy Panie, jeżeli taki obowiązek wkładasz na mnie, nie potrzebuje Wasza Królewska Mość dawać mi dwudziestu tysięcy liwrów, których nie zarobię.
Ludwik XIV śmiać się począł.
— Przebiegły Gaskończyk z ciebie, panie d‘Artagnan; tajemnicę moją z pod serca mi wyciągasz.
— A!... to Wasza Królewska Mość ma tajemnicę?...
— Tak, mój panie.
— Przyjmuję zatem dwadzieścia tysięcy liwrów, a tajemnicę zachowam, gdyż w czasach, w których żyjemy, dyskrecja ceny niema. Czy Wasza Królewska Mość zechce teraz mówić?..
— Wdziejesz długie buty, panie d‘Artagnan, i wsiądziesz na konia.
— Natychmiast?...
— Za dwa dni.
— Tak, to dobrze, Najjaśniejszy Panie, gdyż, przed wyjazdem, mam własne sprawy do uregulowania, w razie, jeżeli tam przyjdzie guza oberwać.
— Może się i to przytrafić.
— Zgoda i na to. Ale, Najjaśniejszy Panie, przemawiałeś do chciwości, do chęci wyniesienia się, do serca d‘Artagnana przemawiałeś, a zapomniałeś o jednej rzeczy.
— O jakiej?...
— Nie przemawiałeś do próżności: kiedyż zostanę kawalerem orderu królewskiego?...
— Czy zależy ci na tem?...
— Ależ rozumie się. Mój przyjaciel Athos jest cały wyszamerowany, to mnie razi.
— Zostaniesz kawalerem orderu, w miesiąc po wzięciu dyplomu na kapitana muszkieterów.
— A! a!... — rzekł w zamyśleniu d‘Artagnan, — po skończonej wyprawie?...
— Nieinaczej.
— Dokąd mnie więc posyła Wasza Królewska Mość?...
— Czy znasz Bretanję?...
— Nie, Najjaśniejszy Panie.
— Masz tam przyjaciół?...
— W Bretanji?... nie, daję słowo!...
— Tem lepiej. Czy znasz się na fortyfikacjach?...
D‘Artagnan uśmiechnął się.
— Sądzę, że tak, Najjaśniejszy Panie.
— To znaczy, że umiesz odróżnić fortecę, od fortyfikacyj zwyczajnych, na jakie zezwala się naszym wasalom?...
— Tak odróżniam fort od szańca, jak można kirys od skóry na pasztecie odróżnić, Najjaśniejszy Panie. Czy to wystarcza?..
— Najzupełniej, mój panie. Zatem pojedziesz.
— Do Bretanji?...
— Tak.
— Sam?...
— Sam najzupełniej. To jest, nawet pachołka nie zabierzesz ze sobą.
— Czy mogę zapytać Waszą Królewską Mość, dlaczego?...
— Dlatego, mój panie, że najlepiej zrobisz, gdy sam przebierzesz się za lokaja z dobrego domu. Rysy twoje, panie d‘Artagnan, znane są dobrze na całą Francję.
— A potem, Najjaśniejszy Panie?...
— A potem będziesz się po całej Bretanji przechadzał i zbadasz starannie fortyfikacje w tym kraju.
— Wybrzeża?...
— I wyspy także.
— A!... a!...
— Zaczniesz od Belle-Isle-en-Mer.
— Należącej do Fouqueta?... — odezwał się d‘Artagnan poważnym tonem, podnosząc rozumne oczy na Ludwika XIV-go.
— Zdaje mi się, że powiedziałeś prawdę, panie d‘Artagnan, tak, Belle-Isle w istocie do pana Fouquet należy.
— Zatem Wasza Królewska Mość chce, bym się dowiedział, czy Belle-Isle dobrą jest miejscowością?...
— Tak.
— Czy fortyfikacje są tam nowe, czy stare?...
— O to właśnie mi chodzi.
— Czy na wszelki wypadek, wasale pana nadintendenta są dosyć liczni, aby utworzyć załogę?...
— Tak właśnie, tego od ciebie żądam; trafiłeś na punkt najważniejszy w tej kwestji.
— A jeśli są fortyfikacje, Najjaśniejszy Panie?...
— Przejedziesz się po Bretanji, nasłuchując, i sądząc tę cała rzecz.
D‘Artagnan szarpnął wąsa.
— Jestem szpiegiem królewskim — rzekł bez ogródki.
— Nie, panie.
— Przepraszam, Najjaśniejszy Panie, mam przecie szpiegować na rzecz Waszej Królewskiej Mości.
— Jedziesz robić odkrycie, mój panie. A gdybyś szedł na czele muszkieterów ze szpadą w dłoni, dla wyśledzenia gdziekolwiek bądź pozycji nieprzyjacielskiej...
Na te słowa d‘Artagnan zadrżał nieznacznie.
— Czybyś się i wtedy także miał za szpiega?...
— Nie, nie!... — rzekł zamyślony d‘Artagnan, — zmienia się postać rzeczy, gdy się śledzi nieprzyjaciela; wtedy jest się tylko żołnierzem... Więc jeżeli fortyfikują Belle-Isle?... — dodał niezwłocznie.
— Zdejmiesz dokładny plan fortyfikacji.
— A czy mnie tam wpuszczą?...
— To do mnie nie należy, twoja w tem rzecz. Czy nie słyszałeś, iż zastrzegłem ci naddatek dwudziestu tysięcy franków rocznie, jeżeli zażądasz.
— I owszem, Najjaśniejszy Panie; a jeżeli nie fortyfikują?...
— Powrócisz najspokojniej, nie męcząc swego konia.
— Gotów jestem, Najjaśniejszy Panie...
— Jutro, na początek, pójdziesz do pana nadintendenta, dla odebrania pierwszej pensji kwartalnej, którą ci wyznaczam. Czy znasz pana Fouquet?...
— Bardzo mało, Najjaśniejszy Panie; zwracam jednak uwagę Waszej Królewskiej Mości, iż nie jest tak nieodzownem, abym go znał.
— Przepraszani cię, mój panie, gdyż on odmówi ci tych pieniędzy, które ja ci wyznaczam, a tego ja oczekuję właśnie.
— A!... — wykrzyknął d‘Artagnan. — A potem, Najjaśniejszy Panie?...
— Po otrzymanej odmowie, udasz się po nie do pana Colbert. Ale, ale, czy masz dobrego konia?...
— Doskonałego, Najjaśniejszy Panie.
— Co zapłaciłeś za niego?...
— Sto pięćdziesiąt pistolów.
— Ja go kupię. Oto kwit na dwieście.
— Ależ, Najjaśniejszy Panie, ja potrzebuję konia do podróży?...
— Cóż stąd?...
— Pozbawiasz mnie go.
— Wcale nie; przeciwnie, ja ci go daję. Tylko, że skoro on do mnie, a nie do ciebie należy, pewny jestem, że nie będziesz go oszczędzał.
— Pilno więc Waszej Królewskiej Mości.
— Bardzo.
— Cóż mnie tedy zmusza do dwudniowego wyczekiwania?...
— Dwa powody, mnie tylko znane.
— To co innego. Koń może odbić te dwa dni na ośmiu, które ma do przebycia; a zresztą jest poczta.
— Nie, nie trzeba, poczta jest dość kompromitującą, panie d‘Artagnan. Jedź, lecz pamiętaj, że do mnie należysz.
— Najjaśniejszy Panie, nie mnie to zarzucać, żebym o tem kiedy zapomniał!... O jakiej porze mam się pożegnać pojutrze z Waszą Królewską Mością?...
— Gdzie mieszkasz?...
— Odtąd powinienem mieszkać w Luwrze.
— Ja tego nie chce. Zatrzymasz mieszkanie twoje w mieście; ja je zapłacę. Odjazd zaś oznaczam na nocna porę, ze względu, że nikt nie powinien cię widzieć, aby nie wiedziano, że z mego rozkazu wyjeżdżasz... Język za zębami, panie d‘Artagnan!...
— Tem słowem wszystko Wasza Królewska Mość popsułeś, coś dotąd powiedział.
— Pytałem cię, gdzie mieszkasz, bo niezawsze mogę posyłać po ciebie do pana hrabiego de la Fere.
— Mieszkam u pana Planchet, kupca korzennego, ulica Lombardów, pod „Złotym tłuczkiem“.
— Wychodź niewiele, mniej się jeszcze pokazuj i czekaj moich rozkazów.
— Trzeba mi jednak iść po pieniądze, Najjaśniejszy Panie.
— To prawda; lecz do intendentury takie tłumy zachodzą, że łatwo się możesz w nich zamieszać.
— Nie mam kwitu na odbiór, Najjaśniejszy Panie.
— Oto jest.
Król położył podpis.
Obejrzał go d‘Artagnan dla upewnienia się, czy wszystko w porządku.
— Adieu, panie d‘Artagnan — dodał król — sądzę, iż zrozumiałeś mnie należycie?...
— Zrozumiałem, iż Wasza Królewska Mość posyła mnie do Belle-Isle-en-Mer, nic więcej...
— By dowiedzieć się?...
— Jak postępują roboty pana Fouqueta; to wszystko.
— Dobrze; przypuszczam, że możesz być schwytany.
— Ja tego nie przypuszczam — zuchwale odparł Gaskończyk.
— Zabitym... — ciągnął król dalej.
— To nieprawdopodobne, Najjaśniejszy Panie.
— W pierwszym przypadku, milczysz; w drugim żaden świstek mówić za ciebie nie będzie.




ROZDZIAŁ XXXVI.
DOMY PANA FOUQUET.

Podczas gdy d‘Artagnan powraca do Plancheta, oszołomiony, z głową ociężałą, skutkiem tego, co go spotkało najniespodziewaniej, odbyła się scena w innym zupełnie rodzaju, która jednak nie była obcą rozmowie, jaką nasz muszkieter świeżo prowadził z królem.
Tylko, że to, co mamy opowiedzieć, działo się opodal Paryża, w wiosce Saint-Mande, w domu, należącym do ministra skarbu, pana Fouquet.
Minister, razem z pierwszym sekretarzem, dźwigającym wielką tekę, pełną papierów do przejrzenia i takich, którym brakowało już tylko ostatniego podpisu, przybył do swej wielkiej posiadłości.
Było koło piątej godziny wieczorem, domownicy już zjedli obiad; przygotowywano kolację dla dwudziestu zaproszonych osób.
Pan minister wyskoczył z karety, wbiegł szybko do sieni, minął cały rząd świetnych apartamentów, i udał się prosto do swojego gabinetu, oświadczając, iż zamyka się z powodu nawału pracy. Zapowiedział także, aby pod żadnym pozorem nie przerywano mu samotności, chyba tylko na rozkaz królewski.
Zaraz po tej zapowiedzi, Fouquet zamknął się, a dwóch przybocznych lokajów stanęło przy drzwiach na straży. Wtedy minister nacisnął sprężynę a ruchoma ściana zasłoniła wejście, zapobiegając, aby nie doszło do niczyich uszu ni oczu to, co się działo w gabinecie. Zdaje się jednak, że tym razem Fouquet obwarował się w ten sposób dla własnego bezpieczeństwa, gdyż poszedł prosto do biurka, otworzył tekę i zaczął przeglądać masę nagromadzonych dokumentów.
W dziesięć minut zaledwie po wyjściu i zabezpieczeniu się, o jakiem mówiliśmy, usłyszał lekkie pukanie, w równych przerwach, jakgdyby ktoś pragnął zwrócić jego uwagę.
Fouquet podniósł głowę z nad papierów, i słuchał.
Pukanie nie ustawało.
Minister wstał z wyrazem zniecierpliwienia i poszedł prosto do wielkiego lustra, z za którego dochodziły te uderzenia dawane ręką, czy też za pomocą ukrytego mechanizmu.
Zwierciadło było wielkie, wmurowane w ścianę. Trzy inne odpowiedniej wielkości, zdobiły symetrycznie pokój. Nie było żadnej pomiędzy niemi różnicy.
Nie ulegało już wątpliwości, że pukanie to oznaczało jakieś wezwanie, gdyż za zbliżeniem Fouqueta ponowiło się i nie ustawało.
— O, — mruczał minister zdziwiony — któż tam jest u licha?.. Nie oczekuję przecie dzisiaj nikogo...
Chcąc zapewne odpowiedzieć na sygnał, wyjął z pod lustra gwoździk złocony i potrzykroć nim poruszył. Następnie wrócił na miejsce i usiadł.
— O!.. na honor!.. niech zaczekają — powiedział.
Zanurzył się na nowo w oceanie rozłożonych papierów, i zdawało się, że myśli o pracy jedynie.
Pośród tego gorączkowego zajęcia, krótkie uderzenia poza lustrem powtarzały się, coraz szybsze i jakby nalegające.
— Oho!.. zdaje się, że to kobieta traci cierpliwość — rzekł Foquet — no, no, uspokój się, moja pani... musi to być hrabina; lecz nie, przecie hrabina pozostała w Rambouillet na całe trzy dni. Może to pani prezydentowa... O!.. prezydentowa nie byłaby tak śmiałą; zadzwoniłaby pokornie i czekała, aż mi się spodoba odpowiedzieć... Z tego wypada, że nie wiem, kto tam być może, lecz wiem dobrze, kogo tam nie ma... Ponieważ to nie ty, margrabino... ponieważ niepodobieństwem jest, żebyś to ty była, najdroższa moja... zatem, nie dbam o wszystkie inne...
I pracował dalej, pomimo nieustannych nawoływań. Po kwandransie jednak stracił cierpliwość, dokończył gwałtownie zajęcia, wsunął papiery w tekę i rzucił okiem na lustro, podczas gdy uderzenia powtarzały się coraz bardziej naglące.
— Do licha — powiedział — skąd ta gwałtowność?.. Co się tam stało?.. Co to za Arjadna, oczekująca mnie tak niecierpliwie?.. Zobaczmy nareszcie.
Dotknął palcem gwoździa, podobnego do tego, jakim się wpierw posługiwał.
Natychmiast lustro otworzyło się jak drzwi i odsłoniło otwór w murze, dość głęboki, w którym minister znikł jak w pudełku.
Tam nacisnął znów sprężynę, a ściana się rozsunęła; wyszedł tym otworem, który sam za nim się zamknął.
Wtedy Fouquet spuścił się po schodach kręconych pod ziemię, aż stanął w krytym korytarzu, oświeconym małemi otworami w górze, z podłogą, wyłożoną płytami kamiennemi, ściany podziemia pokrywały maty, podłogę zaścielały dywany.
Korytarz podziemny przechodził pod ulicą, oddzielającą dom Fouqueta od parku Vinceńskiego. Przy końcu znajdowały się schody, odpowiadające tym, któremi Fouquet spuścił się na dół.
Wszedł na te schody, nacisnął sprężynę, podobną do tej, jaka była w jego gabinecie, znalazł się znów w rodzaju szafy w murze, a następnie w pokoju dużym, samotnym, lecz umeblowanym z wytworną elegancją. Stanął, przejrzał się starannie, czy lustro zamknięte jest bez żadnego śladu, zadowolony widocznie z oględzin dobył mały kluczyk, i otworzył potrójny zamek w drzwiach, znajdujących się naprzeciwko.
Tym razem drzwi prowadziły do gabinetu, przybranego z przepychem, w nim zaś na sofie w guście wschodnim, siedziała kobieta cudnej urody, która, na odgłos otwieranego zamku, zerwała się i podeszła do ministra.
— Na Boga!.. co widzę, — zawołał tenże, cofając się zdziwiony; — pani margrabina de Bellieres tutaj?..
— Tak — wyszeptała margrabina; — tak, to ja, panie...
— Margrabino, najdroższa margrabino, — dodał Fouquet, gotów paść przed nią na kolana; — a!.. powiedz przez Boga żywego, jak się tu dostałaś?.. A ja ci czekać kazałem!..
— Czy nie słyszałeś wezwania?..
— Ależ, słyszałem doskonale, lecz przyjść nie mogłem. Czyż podobna było przypuścić, że to pani, znając twoją dla mnie surowość... po tylu odmowach?.. Gdybym był przeczuł szczęście, jakie mnie oczekiwało, wierz mi, margrabino, rzuciłbym wszystko i przybiegł upaść do nóżek twoich, jak to w tej chwili robię...
Margrabina obejrzała się dokoła.
— Co tu tajemnic, co ostrożności, — mówiła z goryczą, — jak znać, że pragniesz miłostki twoje ukryć przed światem.
— Margrabino, błagam, nie czyń mi wymówek.
— Wymówki?.. czyż mam do nich prawo?..
— Nie, na moje nieszczęście; lecz powiedz mi, pani, którą kocham od roku bez wzajemności i nadziei...
— Mylisz się, panie; bez nadziei, to prawda, lecz nie bez wzajemności.
— O!.. dla mnie w miłości jest tylko jeden dowód, a tego czekam od dawna napróżno...
— Przynoszę go panu obecnie.
Fouquet chciał wziąć w objęcia margrabinę, lecz ona odepchnęła go lekko.
— Czyż zawsze mylnie będziesz pan tłomaczył moje postępowanie, i wzbraniał mi jedynej rzeczy, jaką ci mogę i chcę ofiarować, a tem jest poświęcenie?...
— Zatem, nie kochasz mnie pani; poświęcenie jest tylko cnotą a miłość namiętnością!..
— Posłuchaj, błagam cię... i zrozum, że nie przyszłabym tutaj bez bardzo ważnego powodu.
— Co mnie obchodzą wszystkie na świecie powody, kiedy mam szczęście mieć panią u siebie, mówić z nią, patrzeć w jej cudne oczy!.. — Masz pan rację, najważniejszym jest, że przyszłam niedostrzeżona przez nikogo i że mogę rozmówić się z panem...
Fouquet upadł na kolana.
— Mów, pani, mów, — powiedział — słucham cię...
— Przed chwilą — zaczęła margrabina, przesuwając po oczach rączką, jak z marmuru przez Fidjasza wykutą — tak, przed chwilą gotowa byłam wszystko wypowiedzieć, myśl moja była jasna, odważna; obecnie straciłam pewność, mieszam się, drżę cała; lękam się tego właśnie, że złą ci przyniosłam wiadomość...
— Jeżeli temu zawdzięczam obecność twoją, niech ta zła wiadomość będzie błogosławioną, albo, najdroższa, ponieważ jesteś tutaj, ponieważ wyznałaś, że nie jestem ci zupełnie obojętnym, dajmy pokój tej złej wieści, a mówmy tylko o tobie, margrabino...
— Nie, nie, przeciwnie, wymagaj, żądaj, żebym ci ją powiedziała natychmiast, żebym się nie dała owładnąć uczuciu; Fouquet, mój przyjacielu, tu chodzi o rzecz niezmiernie ważną.
— Zadziwiasz mnie, margrabino, powiem nawet, że przerażasz prawie, ty, zawsze tak rozważna, pełna zastanowienia, która znasz tak dobrze ludzi, z którymi żyjemy. Więc to coś tak ważnego?..
— O!.. bardzo, bardzo, posłuchaj tylko!..
— Powiedz najpierw, jakim sposobem dostałaś się tutaj?..
— Dowiesz się zaraz; lecz zacznijmy od najważniejszego.
— Mów; margrabino, mów!... błagam cię, miej litość nademną.
— Czy wiesz, że Colbert został intendentem skarbu?..
— Ba?.. Colbert, nic nieznaczący Colbert?..
— Tak, Colbert, mały Colbert.
— Zaufany pana Mazariniego?..
— Ten sam właśnie.
— Cóż w tem widzisz zatrważającego, droga margrabino?.. Colbert intendentem, to dziwne wprawdzie, lecz wcale nie straszne.
— Czy myślisz, że król bez żadnych, powodów wyniósł na takie stanowisko togo, którego ty nazywasz marnym pisarkiem?..
— Najsamprzód warto się przekonać, czy król naprawdę oddał mu te posadę?..
— Tak mówią.
— Kto mówi?..
— Wszyscy.
— Wszyscy, to znaczy, że nikt; wymień kogo dobrze powiadomionego, coby to mówił.
— Pani Vanel.
— A!.. zaczynam być w strachu, rzeczywiście — rzekł Fouquet śmiejąc się; — to znaczy, że osoba, która wymieniłaś, najlepiej może być powiadomiona.
— Nie obmawiaj biednej Margerty, panie Fouquet, bo ona kocha cię stale.
— Czy tak?.. to nie do uwierzenia. Sądziłem, że mały Colbert, jak mówiłaś przed chwila, odziedziczył tę miłość, zostawił na niej ślad atramentu i zabazgrał swojem pismem.
— Fouquet, Fouquet!.. otóż jakim jesteś, dla tych, które kochać przestałeś?..
— Czy teraz stajesz w obronie pani Vanel, kochana margrabino?..
— Tak jest, bo powtarzam, ona cię kocha zawsze, a na dowód tego, ona cię ostrzega i ocala.
— Za twojem pośrednictwem, margrabino; to bardzo zręczne z jej strony. Żaden anioł nie mógłby mi być milszym i pewniej do zbawienia doprowadzić. Lecz skąd pani znasz Margeritę?..
— To przyjaciółka moja z pensji.
Powiadasz zatem, że ona ci doniosła o mianowaniu Colberta intendentem?..
— Tak.
— Otóż wytłomacz mi, margrabino; pan Colbert został intendentem, wszak tak?.. W czemże taki intendent, to jest mój podwładny, mój kancelista, może mi szkodzić lub ujmę przynosić, choćby nim był taki pan Colbert?..
— Nie zastanowiłeś się widać, mój panie — odrzekła margrabina.
— Nad czem?..
— Nad tem, że Colbert cię nienawidzi.
— Mnie!... — zawołał Fouquet — o mój Boże, margrabino, skądże przybywasz?... Mnie wszyscy przecie nienawidzą, tak samo Colbert jak i inni.
— On więcej, niż inni.
— Niech będzie więcej.
— On żądny jest wyniesienia.
— Któż nim nie jest, margrabino?...
— Tak, lecz jego ambicja jest bez granic.
— Miałem dowód, przecież pragnął mnie zastąpić u pani Vanel.
— I udało mu się; pamiętaj o tem...
— Czy chcesz przez to powiedzieć, że ma zamiar z intendenta przejść na ministra skarbu?...
— Czyż się tego nie obawiasz?...
— Oho!... — rzekł Fouquet, — być moim następcą u pani Vanel to możebne, ale przy królu... to zupełnie co innego. Francji nie kupuje się tak łatwo, jak żonę nauczyciela arytmetyki.
— E, panie, wszystko nabyć można, jeżeli nie złotem, to intrygą.
— Pani wiesz, że tak nie jest; pani, której ofiarowałem miljony...
— Zamiast tych miljonów, trzeba mi było ofiarować miłość prawdziwą, niepodzielną, wyłączną... byłabym przyjęła. Widzisz zatem, że wszystko kupić można... nie tym, to innym sposobem.
— Więc pan Colbert, według twego zdania, jest w trakcie targowania się o moją posadę ministra. No, no, uspokój się, margrabino, za mało ma jeszcze pieniędzy, ażeby mógł ją kupić.
— A jeżeli ci ją ukradnie?...
— O!... to co innego. Na nieszczęście jednak, zanim do mnie się dobierze, to jest do składu i podstawy mojego urzędu, musiałby zniweczyć wiele prac i przedsięwzięć w toku, a ja diabelnie się ufortyfikowałem, kochana margrabino.
— Co nazywasz swojemi dziełami w toku?... są to zapewne ludzie tobie oddani, przez ciebie wyniesieni?... twoi przyjaciele, wszak prawda?...
— Naturalnie.
— Pan d‘Emerys jest także twoją kreaturą?...
— Tak.
— A pan Lyodot twoim przyjacielem?...
— Bezwątpienia.
— A pan Vanin?...
— A!... Vanin, niech z nim robią co chcą, lecz...
— Lecz?...
— Lecz niech innych nie tykają.
— Otóż, jeżeli chcesz, żeby nie wzięli się do pana d‘Emerys i pana Lyodot, to czas pomyśleć o tem.
— Kto im grozi?...
— Czy wysłuchasz mnie teraz?... Nie będziesz przerywał?...
— Mów, słucham.
— Otóż, dziś rano, Margerita po mnie przysłała.
— A!...
— Tak.
— Czegóż chciała od siebie?...
— „Nie mam odwagi widzieć się z panem Fouquet“, — powiedziała do mnie.
— Ba!... czyż sądzi, że robiłbym jej wymówki?... O, mój Boże, myli się bardzo, biedna kobieta.
— „Idź do niego, i powiedz, żeby się strzegł pana Colberta“.
— Jakto!... każe mi strzec się swego kochanka?...
— Mówiłam już, że ona cię kocha jeszcze.
— Co dalej, margrabino?...
— „Pan Colbert, — dodała — przyszedł przed dwiema godzinami i oznajmił mi, że został intendentem“
— Powiedziałem ci, margrabino, że to nic nie szkodzi, będę miał Colberta pod ręką, to nawet daleko lepiej.
— Tak, lecz to nie wszystko, jak ci wiadomo, Margerita jest w przyjaźni z panią d‘Emerys i z panią Lyodot.
— Tak.
— Otóż Colbert dużo jej mówił o wielkich bogactwach tych dwóch panów i o przywiązaniu i oddaniu ich dla pana.
— O!... tych dwóch jestem pewny; do śmierci wierni mi pozostaną.
— Następnie, ponieważ pani Vanel z powodu jakiejś wizyty, musiała zostawić samego pana Colberta, a ten zawsze jest gotów do pracy, otóż zaledwie odeszła, wyjął ołówek z kieszeni, a ponieważ papier leżał na stole, zaczął tym ołówkiem robić notatki.
— Notatki o panu Emerys i panu Lyodot?...
— Tak, właśnie.
— Ciekaw byłbym wiedzieć, co było w tych notatkach.
— Otóż ja właśnie przyniosłam te papiery.
— Pani Vanel wzięła notatki Colberta i mnie je przysłała?...
— Nie, lecz trafem, bardzo podobnym do cudu, dostała się jej kopją jego pisma.
— Jakim sposobem?...
— Posłuchaj. Mówiłem przecie, że Colbert zastał papier na stole.
— Tak.
— Że wyjął z kieszeni ołówek.
— Tak.
— I pisał na tym papierze.
— Tak.
— Otóż, ołówek był twardy. Na wierzchnim arkuszu, mocno przyciskając, pisał czarno, a na drugim, pod spodem leżącym odbijał wyrazy.
— A potem?...
— Colbert podarł pierwszy arkusz, lecz drugi na myśl mu nie przyszedł.
— Cóż z tego?...
— Na drugim można było wyczytać, co na pierwszym było wypisane: pani Vanel przeczytała i przysłała po mnie...
— A!...
— Przekonawszy się, że jestem ci oddaną przyjaciółką, powierzyła mi papier i zarazem tajemnice tego domu.
— Gdzież ten papier?... — zapytał Fouquet nieco zmieszany.
— Oto jest, przeczytaj pan, — rzekła margrabina.
Fouquet czytał:
„Nazwiska poborców, których osądzić i skazać potrzeba, przez najwyższą Izbę sądową: d‘Emerys, przyjaciel M. F.; Lyodot, przyjaciel M. F.; de Vanin, obojętny“.
— D‘Emerys, Lyodot?... — zawołał Fouquet, odczytując po raz drugi.
— Przyjaciele M. F. — wskazała paluszkiem margrabina.
— Lecz co znaczą te słowa: „Skazać w Izbie sądowej?“...
— Na Boga!... — rzekła margrabina — to jasne, zdaje mi się. Nie doszedłeś do końca jeszcze, czytajże, czytaj.
Fouquet czytał dalej:
„Dwóch pierwszych na śmierć, trzeciego wydalić, wspólnie z panem d‘Hautemont, z panem de la Valette, których majątki będą jedynie skonfiskowane“.
— Wielki Boże!... — wykrzyknął Fouquet — na śmierć, na śmierć Lyodot i d‘Emerys!... Choćby nawet sąd najwyższy skazał ich na śmierć, to przecie król nie podpisze wyroku, a nie ścina się głowy bez podpisu królewskiego.
— Król mianował intendentem pana Golberta!...
— O!... — zawołał Fouquet, jakgdyby ujrzał przepaść, roztwierającą się niespodzianie — to niepodobieństwo!... niepodobieństwo!... Lecz kto pociągnął ołówkiem pismo Colberta?...
— Ja, z obawy, żeby się nie zatarło.
— O!... ja się dowiem o wszystkiem!...
— Nic się nie dowiesz; zanadto pogardzasz twoim nieprzyjacielem...
— Przebacz mi, droga margrabino; posłuchaj łaskawie; tak, Colbert jest moim wrogiem, wierze temu; Colbert jest człowiekiem, wzbudzającym obawę, przyznaje; lecz ja mam czas przed sobą... a ponieważ jesteś tutaj, ponieważ dowiodłaś mi swego poświecenia, pozwoliłaś uwierzyć w miłość swoją, ponieważ sami jesteśmy...
— Przyszłam, ażeby cię ocalić, panie Fouquet, lecz nie dla tego, aby siebie zgubić — rzekła margrabina, powstając — zatem strzeż się...
— Margrabino, wierz mi, przerażasz się zbytecznie, chyba, że ten przestrach jest pretekstem...
— Colbert to twarde, niezbadane serce; strzeż się...
Fouquet podniósł się także.
— A ja?... — zapytał.
— O!... ty, ty masz tylko szlachetne serce. Strzeż się, strzeż.
— Zatem...
— Uczyniłam, co mi kazała powinność, mój przyjacielu, nie zważając, że mogę stracić opinję uczciwej kobiety. Żegnaj...
— Nie, nie, do widzenia.
— Może... — rzekła margrabina.
I, podawszy Fouquetowi rączkę do ucałowania, zmierzała śmiało do drzwi, tak, że Fouquet nie odważył się jej zatrzymać.
Gdy pozostał sam, westchnął ciężko i z głową spuszczoną, z chmurą na czole, zawrócił w ciemne przejście, wzdłuż którego po drucie metalowym przebiegały gorączkowe nawoływania rozkochanych piękności.




ROZDZIAŁ XXXVII.
OPAT FOUQUET.

Fouquet przebiegł prędko korytarz podziemny, wszedł i starannie zasunął lustro na właściwe miejsce.
Zaledwie znalazł się w gabinecie, posłyszał stukanie do drzwi, a jednocześnie głos dobrze znany wołał:
— Otwórz, szanowny panie, otwórz, proszę.
Fouquet szybkiem poruszeniem uporządkował wszystko, co mogło zdradzać jego wzruszenie i nieobecność; rozrzucił papiery na biurku, wziął pióro do ręki i, ażeby zyskać na czasie, zapytał przez zamknięte drzwi.
— Kto tam?...
— Jakto?... pan mój mnie nie poznaje?... — odpowiedziano.
— Tak, tak — mówił Fouquet do siebie — tak, mój przyjacielu, poznaję cię wyśmienicie.
Głośno zaś dodał;
— Czy to ty, Gourvillu?...
— Tak, ja, proszę pana.
Fouquet podniósł się, rzucił ostatnie spojrzenie na lustro, poszedł do drzwi, odsunął rygle i wpuścił Gourvilla.
— O!... panie, panie — rzekł tenże — skąd ta surowość?...
— Dlaczego?...
— Od kwadransu już błagam, abyś otworzył, a pan mi nawet nie odpowiadasz.
— Wiesz o tem, że nie chcę aby mnie odrywano od pracy, chociaż ty czasem nie podlegasz tej ogólnej zasadzie, kochany Gourvillu, ale życzeniem jest mojem, aby inni szanowali ten rozkaz.
— O, panie, dziś nicby mnie nie powstrzymało: rozkazy, drzwi, zamki i mury, wszystkobym był skruszył, obalił, rozbił...
— Chodzi więc o coś bardzo ważnego?... — zapytał Fouquet.
— O tak, przysięgam panu — rzekł Gourville.
— Cóż się stało tak nadzwyczajnego?... — ciągnął Fouquet wzruszony trochę pomieszaniem swego najbliższego powiernika.
— Panie, utworzono tajny sąd przysięgłych.
— Wiem o tem, lecz czy już sędziowie rozpoczęli czynności, Gourvillu?...
— Nietylko już działają, ale wydali nawet wyrok....
— Wyrok?... — rzekł minister, nie mogąc ukryć bladości i dreszczu. — Wyrok!... na kogo?...
— Na dwóch pańskich przyjaciół.
— Lyodot i d‘Emery skazani, wszak prawda?...
— Tak, proszę pana.
— Jakiż to wyrok?...
— Wyrok śmierci.
— Już wydany?... Mylisz się, Gourvillu, to niepodobieństwo.
— Oto kopja wyroku, który król ma dziś podpisać, jeżeli go dotychczas nie podpisał.
Fouquet porwał chciwie papier, przeczytał i oddał Gourvillowi.
— Król tego nie podpisze — powiedział.
Gourville potrząsnął głową.
— Panie łaskawy, Colbert to śmiały doradca... nie spuszczaj się na to...
— Znowu Colbert!... — zawołał Fouquet — od kilku dni nazwisko to ciągle obija się o uszy moje, i ty znów je powtarzasz?... Niech Colbert wystąpi, a zobaczymy; niech tylko głowę podniesie... zmiażdżę go bez litości; lecz pojmujesz, iż potrzebuję jakiegoś punktu, na którym byłbym w stanie wzrok zatrzymać, jakiejś powierzchni, abym nogę postawił i stratował..
— Cierpliwości, miłościwy panie, mówisz tak, bo nie wiesz jeszcze, do czego zdolnym jest Colbert.... Przypatrz mu się dobrze, staraj się go poznać; ten ponury rachmistrz, prowadzący dzieło swe w ukryciu, ukaże się jak meteor; nie spodziejesz się nawet, jak spadnie, zaćmi cię i zabije...
— O! Gourville, tego już zanadto, — odparł Fouquet z uśmiechem; — pozwól, mój przyjacielu, że tak łatwo się nie przerażę. Pan Colbert meteorem!... on, on, pokaż mi dowody, a nie gołe słowa... Cóż on takiego zrobił?...
— Rozkazał katowi paryskiemu przygotować dwie szubienice — odparł Gourville spokojnie.
Fouquet podniósł głowę, oczy mu zabłysły.
— Czy pewnym jesteś tego, co mówisz?... — wykrzyknął.
— Oto dowód, proszę pana.
Gourville podał ministrowi rozkaz, który odpisał dla niego jeden z sekretarzy ratuszowych, oddany Fouquetowi.
— Tak, to prawda, — mruczał minister, — rusztowanie wznosi się... lecz król nie podpisał, Gourvillu... król nie podpisze...
— Będę wiedział niebawem, — rzekł Gourville.
— Jakim sposobem?...
— Jeżeli król podpisał, dziś wieczorem przyślą szubienicę do ratusza, aby do jutra ustawić...
— Ależ nie, nie, — zawołał raz jeszcze Fouquet — mylisz się i mnie w błąd wprowadzasz; przedwczoraj rano był u mnie Lyodot; przed trzema dniami biedny d‘Emerys przysłał właśnie transport wina syrakuskiego.
— Czegóż to dowodzi?... — odpowiedział Gourville — chyba tego, że nowy sąd zebrał się potajemnie, rozbierał motywy w nieobecności oskarżonych i że cała procedura była gotowa, gdy ich aresztowano.
— Więc zaaresztowani?...
— A jakże....
— Gdzie?... kiedy?... jak ich aresztowano?...
— Lyodota wczoraj przed świtem; d‘Emerysa onegdaj wieczorem, gdy powracał od swojej kochanki; nikt uwagi nie zwrócił na ich zniknięcie, lecz naraz Colbert zdjął maskę i kazał rozgłosić całą sprawę. Trąbią teraz o tem po wszystkich ulicach Paryża i doprawdy, łaskawy panie, ty jeden nie wiesz o tem zdarzeniu...
Fouquet zaczął chodzić po pokoju, z coraz bardziej wzrastającym niepokojem.
— Cóż postanowisz, panie mój?... — zapytał Gourville.
— Gdyby tak było, udam się do króla!... — zawołał Fouquet. — Jadąc do Luwru wstąpię najpierw do ratusza. Jeśli wyrok podpisany, no, to zobaczymy!...
— Jedźmy!... — dodał — każ otworzyć, Gourvillu.
— Ostrożnie, panie, — rzekł tenże, — pan opat Fouquet jest za drzwiami.
— A!.. mój brat?... — odparł Fouquet zgryźliwie, — to on się tam znajduje?... musi wiedzieć coś złego i rad jest, jak zawsze, że może mi to oznajmić?... Do djabła, jeżeli mój brat przyszedł, interesy moje źle idą, Gourvillu; czemużeś wpierw nie powiedział?... Byłbym się dał łatwiej przekonać.
— Obmawiasz go, panie łaskawy — rzekł Gourville, Śmiejąc się; — wcale nie w złych zamiarach przybywa.
— Teraz stajesz w jego obronie, — oburzył się Fouquet — to człowiek bez serca, bez zdrowego rozumu, pożeracz mojego majątku.
— Wie, żeś pan bogaty.
— Pragnie mnie zrujnować.
— Nie... pragnie tylko czerpać z pańskiego worka, ot i wszystko.
— Dosyć, dosyć!... sto tysięcy dukatów w przeciągu dwóch lat!... Do licha!... to z mojej kieszeni, Gourvillu, a ja znam swoje rachunki.
Gourville uśmiechnął się chytrze.
— Tak, chcesz powiedzieć, że to król płaci — rzekł minister; — a!... Gourvillu, nie pora na złośliwe żarty.
— Panie mój, nie gniewaj się...
— Idź, odpraw opata; nie mam teraz ani grosza.
Gourville podszedł do drzwi.
— Cały miesiąc nie był u mnie — ciągnął Fouquet — dlaczegóż nie przeciągnął swej nieobecności do dwóch miesięcy?...
— Bo żałuje, że spędza życie w złem towarzystwie — rzekł Gouryille, — chce pokazać, że przekłada pana nad swoje łotrowskie otoczenie.
— Dziękuję za takie wyróżnienie, zostałeś dziś adwokatem opata Fouqueta, Gourvillu... dziwnie to wygląda.
— Przecież każda rzecz, jak i każdy człowiek, ma swoją dobrą stronę, stronę użyteczną, panie łaskawy...
— Zatem i zbóje na żołdzie opata, których obdarza i poi, mogą być użyteczni?... proszę, dowiedź mi tego...
— Przy zdarzonej sposobności, proszę pana, bardzoby dobrze było mieć tych bandytów pod ręką.
— Więc radzisz pogodzić się z opatem?... — rzekł Fouquet z ironją.
— Radzę panu nie kłócić się ze stoma lub więcej hultajami, którzy, gdy połączą rapiry, utworzyć mogą łańcuch stalowy, zdolny opasać jakie trzy tysiące ludzi.
Fouquet spojrzał bystro na Gourvilla, a potem poszedł do drzwi:
— Rozumiem... Prosić opata Fouquet, — rzekł do lokaja... Masz rację, Gourvillu.
W dziesięć minut opat ukazał się na progu, z niskim ukłonem.
— Był to człowiek prawie czterdziesto-pięcioletni, w połowie duchowny, w połowie wojskowy: szermierz przebrany za księdza: nie miał szpady przy boku, lecz czuć było pistolety w kieszeni pod sutanną.
Fouquet powitał go, nie jak minister, lecz jak starszy brat.
— Czem mogę ci służyć?... — zapytał opata.
— O!... jakim tonem przemawiasz, mój bracie.
— Mówię, jak człowiek, któremu się śpieszy.
Opat spojrzał złośliwie na Gourvila, a niespokojnie na Fouqueta, i powiedział:
— Musze dziś wieczorem zapłacić panu de Bregi trzysta pistolów... dług karciany... dług święty.
— A potem?... — rzekł Fouquet odważnie, gdyż rozumiał, że dla takiej bagateli opatby go nie fatygował.
— Tysiąc mojemu rzeźnikowi, który nie chce mi już mięsa dostarczać.
— Co dalej?...
— Tysiąc dwieście krawcowi!... — ciągnął opat — ten łotr przeklęty zabrał mi siedem ubrań dla służby, przez co liberja moja nie w komplecie, a moja pani mówi już o zastąpieniu mnie poborcą podatków.
— Cóż jeszcze?... — rzekł Fouquet.
— Uważasz pan zapewne — rzekł opat pokornie — że nic nie żądałem dla siebie.
— To bardzo delikatnie — odparł Fouąuet — to też, jak widzisz, oczekuję...
— I nic nie żądam, o!... nic a nic... nie dlatego, ażebym nie potrzebował... zaręczam panu.
Minister myślał przez chwilę.
— Tysiąc dwieście pistolów krawcowi — powiedział — to bardzo wiele...
— Utrzymuję stu ludzi!... — rzekł opat z dumą — sadzę, że to kosztuje.
— Na co aż stu ludzi?... — powiedział Fouquet — czyż jesteś Richelieum albo Mazarinim, żeby się taka strażą otaczać?... Do czego ci służą ci ludzie, powiedz mi otwarcie?...
— Pan pytasz o to?... — rzekł opat; — a!... jak możesz podobne zapytania dawać, dlaczego trzymam stu ludzi?... A!...
— Ależ tak, jeszcze raz pytam, do czego ci taka zgraja, odpowiedz?...
— Niewdzięczny!... — ciągnął opat, rozczulając się coraz bardziej.
— Wytłomacz się, opacie.
— Ależ, panie ministrze skarbu, ja dla siebie, osobiście, miałbym dosyć jednego służącego, a nawet i bez tegobym się obszedł; ale pan, pan, który masz tylu wrogów... stu ludzi nie wystarcza mi na twoją obronę. Co znaczy ta setka!... trzebaby mieć z dziesięć tysięcy. Trzymam tę hołotę dlatego jedynie, ażeby w miejscach publicznych, na zebraniach, nikt nie ośmielił się przeciw tobie głosu podnosić. Bez tego, mój panie, obrzucanoby cię przekleństwami, na zębach rozniesiono; nie wytrwałbyś ani tygodnia, o tak, nawet siedmiu dni, czy rozumiesz pan?...
— Nie wiedziałem, panie opacie, że mam w tobie tak dzielnego sprzymierzeńca.
— Wątpisz może?... — zawołał opat. — Posłuchaj zatem, co się przytrafiło. Nie dawniej, jak wczoraj, na ulicy Hochette, jakiś jegomość targował kurczę.
— W czemże to mogło mi zaszkodzić?...
— Poczekaj, zaraz się dowiesz. Kupujący nie chciał dać osiemnaście sousów, mówiąc, że nie może płacić tak drogo za skórę kurczęcia, z którego wszystka tłustość zabrał dla siebie pan Fouquet.
— Cóż dalej?
— Żart ten rozśmieszył publiczność — ciągnął opat — bawiono się twoim kosztem... to śmierci się równa, do wszystkich djabłów!... tłum rósł co chwila. Żartowniś dodał te słowa: „Dajcie mi kurczę, wykarmione przez pana Colberta, a z ochotą zapłacę, co zażądacie“; pospólstwo klaskać zaczęło. Skandal okropny!... pojmujesz pan; skandal, który zmusił brata do zakrycia twarzy.
Fouquet poczerwieniał.
— I zakryłeś twarz?... — zapytał.
— Nie, gdyż, na szczęście, miałem pod ręką jednego z moich ludzi, świeży nabytek, prosto z prowincji, niejakiego Mennevilla, którego szczególnie lubię. Wyskoczył naprzód, i rzekł do żartownisia: „Kroćset djabłów, panie dowcipny, wypłazować warto twego Colberta!...“ — „Wygarbować skórę twemu Fouquetowi!...“ — odparł zaczepiony. — Poczem złapali się za łby przed sklepem rzeźnika, otoczeni murem ciekawych na ulicy a najmniej pięciuset wyglądającymi z okien.
— Jakże się skończyło?... — rzekł Fouquet.
— Oto mój Menneville nadział wesołego obywatela na szpadę, ku wielkiemu przerażeniu otaczających, i rzekł do rzeźnika: „Zabierz tego indyka, mój przyjacielu, tłuściejszy on od twego kurczęcia“. Widzisz teraz — kończył opat triumfująco — na co wydaję moje dochody; podtrzymuję honor rodziny, mój panie...
Fouquet spuścił głowę.
— A stu takich zuchów posiadam — dodał opat.
— Dobrze — rzekł Fouquet — oddaj listę twoich długów Gourvillowi, a sam zostań na wieczór u mnie.
— Czy będzie kolacja?
— Będzie.
— Ale kasa już zamknięta?....
— Gourville ją otworzy, bądź spokojny, wielebny opacie.
Opat się skłonił.
— Jesteśmy zatem przyjaciółmi?... — powiedział.
— Tak, serdecznymi. Chodź, Gourvillu.
— Wychodzisz, panie ministrze?... Nie usiądziesz z nami do stołu?...
— Za godzinę powrócę, przyrzekam ci, panie opacie.
A potem szepnął do Gourvilla.
— Niech zaprzęgną moje konie angielskie, pojedziemy do ratusza.




ROZDZIAŁ XXXVIII.
WINO PANA DE LA FONTAINE.

Powozy i karety zajeżdżały jedne po drugich, zwożąc gości pana Fouqueta do Saint-Mande.
Dom cały był w ruchu z powodu przygotowań do uczty, w chwili, gdy minister pędził drogą do Paryża swemi rumakami angielskiemi, nie mającemi równych w szybkości biegu.
Omijał główne ulice, aby nie napotkać tłumów, i bulwarami nadrzecznemi dostał się do ratusza. Było trzy kwadranse na ósmą.
Fouquet z Gourvillem wysiedli na rogu ulicy Długiego-Mostu, i piechotą udali się na plac Greve.
Na rogu placu ujrzeli jakiegoś mężczyznę w ubiorze czarno-fioletowym, przyzwoicie wyglądającego, który właśnie wsiadał do najętego powozu, i mówił woźnicy, aby go zawiózł do Vincennes.
Na przodzie powozu stał ogromny kosz, pełen butelek z winem, kupiony widocznie tuż obok, w winiarni, pod znakiem Panny Marji.
— To Vatel, mój marszałek!... — rzekł Fouquet do Gourvilla.
— Tak, proszę pana — odparł tenże.
— Co on tu robił?
— Zapewne wino kupował.
— To dla mnie wino kupuje się w karczmie?... — rzekł Fouquet. — Moja piwnica taka już mizerna?
Zbliżył się do marszałka dworu, ustawiającego wino z wielkiem staraniem:
— Hola!... Vatel!... — rzekł głosem rozkazującym.
— Ostrożnie, panie łaskawy — rzekł Gourville — możesz być poznanym.
— I owszem... nie dbam o to, Vatel?...
Mężczyzna, ubrany czarno i fjoletowo, odwrócił się.
Na twarzy miał wyraz dobroci profesora i słodycz matematyka, tylko bez zarozumiałości właściwej ludziom tego rodzaju. W oczach błyszczał ogień, uśmiech dosyć miły krasił usta, lecz dobry spostrzegacz domyśliłby się odrazu, że ten ogień i uśmiech nic nie oznaczał i nic nie oświecał.
Vatel śmiał się bezmyślnie, a zajmował się swoją robotą jak dziecko. Na dźwięk głosu posłyszanego, odwrócił się:
— O!... — rzekł, — jaśnie pan...
— Tak, ja sam. Co tu robisz, u djabła, Vatelu?... Kupujesz wina w szynku przy placu Greve?...
— Ależ, jaśnie panie, — odparł Vatel spokojnie, a patrząc na Gourvilla ponuro — poco się pan do tego miesza?... — Czyż źle utrzymuję piwnicę pańska?...
— No, nie, Vatelu, ale...
— Co za ale!... — odrzekł Vatel.
Gourville dotknął ręki ministra.
— Nie gniewaj się, Vatelu, sadziłem, że moja piwnica, to jest twoja piwnica, tak jest zaopatrzona, iż nie potrzebuje się uciekać do pomocy jakiejś tam winiarni.
— E!... panie, — rzekł Vatel, z niejaką pogardą, nie dodając już tytułu jaśnie-pańska piwnica jest w ten sposób uprowidowana, że niektórzy goście, zaproszeni na obiad, nie piją wcale.
Fouquet, zdziwiony, spojrzał na Gourvilla, potem na Vatela.
— Co ty mówisz?...
— Mówię, że pański piwniczy nie posiada wina, stosownego dla wszystkich; że pan de la Fontaine, pan Pellisson i pan Conard, nie piją wcale, gdy do nas przyjadą. Ci panowie nie lubią dobrych gatunków, cóż na to poradzić?...
— A zatem?...
— Znalazłem tu wino Joigny, za którem przepadają poprostu. Wiem, że schodzą się i zapijają je w winiarni pod znakiem Panny Marji, przynajmniej raz na tydzień. Otóż dlaczego tu się wybrałem i zrobiłem zakup.
Fouquet, wzruszony, nie wiedział, co odpowiedzieć. Vatel, przeciwnie, był podniecony i dużo miał jeszcze do powiedzenia.
— To zupełnie, jaśnie panie, jakbyś mi czynił wymówki, że jeżdżę na ulicę Planche-Mibray i kupuję osobiście jabłecznik, który pije pan Loret, gdy jest u nas na obiedzie.
— To Loret u mnie jabłecznik pije!... — zawołał Fouquet, śmiejąc się serdecznie.
— Tak, panie, tak!... dlatego właśnie z taką przyjemnością obiaduje u nas.
— Vatelu, — rzekł Fouquet, ściskając ręce swego marszałka dworu — tyś zacny człowiek!... Dziękuję ci za zrozumienie, że dla mnie La Fontaine, Conard i Loret tyle znaczą co najwyżsi dostojnicy, tyle co książęta, że daleko więcej dbam o nich, niż o siebie. Vatelu, jesteś dobrym służącym, podwajam ci wynagrodzenie.
Vatel nie podziękował, wzruszył lekko ramionami i mruknął:
— Odbierać podziękowanie za spełnioną powinność, to poniżające...
— Ma rację, — rzekł Gourville, zwracając gestem uwagę Fouqueta w inną stronę. Wskazywał mu niski wóz, ciągniony przez parę koni, na którym chwiały się dwie szubienice, związane ze sobą łańcuchami.
Fouquet zadrżał.
— Widzi pan, że to już postanowione; — rzekł Gourville.
— Przecież brakuje jeszcze mojego zatwierdzenia.
— Pan de Lyonne za pana to zrobił.
— Jadę do Luwru.
— Nie pojedziesz pan.
— Tybyś mi śmiał radzić taką nikczemność? — zawołał Fouquet, — radziłbyś mi opuścić przyjaciół?... chciałbyś, abym, mogąc walczyć, cisnął o ziemię broń, którą mam w ręku?...
— Nic z tego nie doradzam, łaskawy panie, ale czy możesz pan rzucić swój urząd w tej chwili?...
— Nie mogę.
— Gdyby jednak król chciał pana kim innym zastąpić?...
— W takim razie, czy pojadę do niego, czy nie...
— Tak, ale go przynajmniej nie obrazisz.
— Tak, ale zostanę podłym; a ja nie chcę dopuścić śmierci moich przyjaciół, i przysięgam, że ich ocalę.
— Na to potrzeba, abyś pan nie jechał do Luwru.
— Gourvillu?...
— Strzeż się, panie... bo gdy staniesz w Luwrze przed królem, to albo będziesz musiał bronić głośno swoich przyjaciół, czyli uczynić wyznanie wiary, lub będziesz zmuszony opuścić ich bez możebnego ratunku.
— Nigdy.
— Wybacz mi, panie... król postawi panu takie warunki, lub też pan mu je sam postawisz.
— To prawda
— Dlatego właśnie nie trzeba gmatwać sprawy... Wracajmy do Saint-Mande, panie mój.
— Gourvillu, nie ruszę się z tego miejsca, gdzie ma się dokonać zbrodnia, nie ruszę się, powtarzam, dopóki nie znajdę sposobu, zwalczenia moich wrogów.
— Panie — odparł Gourville — litowałbym się nad panem, gdybym nie wiedział, że jesteś najrozumniejszym na świecie człowiekiem. Posiadasz sto pięćdziesiąt miljonów, stanowisko twoje równa się królewskiemu, a bogactwem stoisz wyżej. Pan Colbert nie miał nawet tyle rozumu, ażeby przyjąć zapis Mazariniego. Otóż, gdy się jest najbogatszym w całym kraju, gdy się ma ochotę wydawać pieniądze, wtedy robi się wszystko, według własnej woli i co się chce żywnie, chyba, że się jest człowiekiem słabego charakteru. Wracajmy do Saint-Mande, proszę pana.
— Jedźmy!... — rzekł Fouquet z wzrokiem zaiskrzonym — tak, do Saint-Mande!...
Wsiadł do karety, Gourville za nim pośpieszył.




ROZDZIAŁ XXXIX.
GALERJA W PAŁACU FOUQUETA.

Pięćdziesiąt zebranych, osób oczekiwało ukazania się pana intendenta. On zaś nie pomyślał nawet o zmianie stroju, wyskoczył z karety i prosto z przedpokoju udał się do salonu, gdzie przyjaciele jego i znajomi zabawiali się rozmową. Starszy kamerdyner zamierzał właśnie podawać kolację; opat Fouquet wyglądał niecierpliwie ukazania się brata, a tymczasem starał się godnie czynić honory domu. Przybycie nadintendenta wywołało szmer radosny i przyjacielski. Fouquet, pełen ugrzecznienia, dobrego humoru, dowcipu, lubiany był ogólnie przez poetów, artystów i wyższy świat finansowy.
Fouquet zasiadł do stołu i wesoło przewodniczył zebraniu. Opowiadał la Fontainowi wyprawę Vatela. Pelissonowi opowiedział awanturę Mennevilla i historję o chudem kurczęciu, w ten sposób, aby ją słyszeli wszyscy siedzący u stołu.
Wesołość się wzmogła, śmiechy, żarty, dowcipy strzelały, pobudzone opowiadaniem, gdy naraz ucichły, powstrzymane poważnym i smutnym gestem Pelissona.
Pellisson głos zabrał:
— Mówią zatem o panu Colbert?...
— Dlaczegóżby nie mieli mówić — odparł Fouquet — jeżeli jest prawdą, że król zrobił go swoim intendentem!...
Zaledwie Fouquet z wyraźnym naciskiem powiedział te słowa zaraz krzyk się podniósł do koła.
— Ten skąpiec!... — rzekł jeden.
— Lichwiarz!... — mówił drugi.
— Hypokryta!... — dorzucił trzeci.
Pellison zamienił porozumiewawcze spojrzenie z Fouquetem.
— Panowie — powiedział — doprawdy, potępiamy człowieka, którego nikt z nas nie zna: nie dowodzimy tem ani miłości chrześcijańskiej, an rozsądku; jestem pewny, że pan minister podziela moje zdanie.
— Najzupełniej — odrzekł Fouquet. — Dajmy pokój tłustym kurczętom pana Colberta, a niech nas zajmą bażanty z truflami pana Vatela.
Słowa te zażegnały chmurę, zbierającą się nad współbiesiadnikami.
Przy drugiem daniu i deserze rozmawiano o testamencie Mazariniego, następnie Fouquet rozkazał przenieść naczynia kryształowe, pełne konfitur i fontanny tryskające drogiemi likierami do salonu, wychodzącego na galerję. Udał się tam, prowadząc jednę z dam, uznaną na ten wieczór za królowę, z powodu wyróżnienia przez pana ministra.
Potem orkiestra udała się na posiłek, zaczęły się spacery po galerji i ogrodzie, śród nocy wiosennej, ciepłej i aromatycznej.
Pellisson podszedł do ministra i odezwał się:
— Panie, widzę, że masz zmartwienie?
— O! bardzo wielkie — odpowiedział Fouquet — niech ci Gourville opowie.
Pelisson, odwróciwszy się, spostrzegł la Fontaine, który mu następował na pięty.
Chciał, aby wysłuchał wierszy łacińskich, jakie poeta ułożył na cześć Vatela.
La Fontaine od godziny chodził po wszystkich kątach i skandował, szukając kogoś, coby nakoniec wysłuchał i ocenił jego utwór.
Sądził, że złapał Pellissona, lecz ten, nie doczekawszy końca, umknął.
Zwrócił się do Loreta, ten znów ułożył czterowiersz na pochwałę kolacji i amfitrjona.
La Fontaine napróżno chciał mówić swoją poezję, Loret recytował jednocześnie swój czterowiersz....
Już chciał zwrócić zapał swój ku hrabiemu Chanost, lecz w tej chwili Fouquet uprowadził hrabiego.
Opat spostrzegł to i zrozumiał, że poeta, roztargniony jak zawsze, gotów iść za rozmawiającymi: zastąpił mu wiec drogę.
La Fontaine w tejże chwili uczepił się opata i prawił mu swoje wiersze.
Opat nie umiał po łacinie, kiwał tylko głową w takt poruszeń figury la Fontaina, jakiemi tenże akcentował sylaby długie i krótkie.
Gdy się to działo, poza stołem, zastawionym piramidami konfitur, Fouquet opowiadał wypadki tego wieczoru panu Chanost, swemu zięciowi.
— Trzeba wyprawić niepotrzebnych do ogrodu, niech się bawią fajerwerkami — mówił Pellisson do Gourvilla — my przez ten czas porozmawiamy.
— Dobrze — odpowiedział GourvilIe — i szepnął parę słów na ucho Vatelowi.
Ten zaprosił większą część młodzieży, kobiet i gadułów na spacer — podczas gdy ludzie poważni spacerowali w galerji, oświeconej trzystu świecami woskowemi, nie zwracając na siebie uwagi amatorów fajerwerków, zajętych bieganiem po całym ogrodzie.
Gourville przysunął się do Fouqueta i rzekł:
— Panie, jesteśmy tu wszyscy.
— Wszyscy?
— Chciej porachować.
Minister odwrócił się i rachował.
Osiem osób pozostało.
Pellisson z Gourvillem chodzili, trzymając się pod ręce, jakgdyby rozmawiali o rzeczach błahych i nic nieznaczących.
Loret i dwóch wojskowych naśladowali ich, spacerując opodal.
Opat Fouquet sam chodził.
Minister z panem Chanost chodził i słuchał niby pilnie, co opowiadał mu jego zięć.
— Panowie — odezwał się — niech żaden z was nie podnosi głowy i niech wszyscy udają, że nie zwracacie na mnie uwagi; nie zatrzymujcie się, jesteśmy sami, słuchajcie, co powiem.
Cisza nastała, przerywana jedynie dalekiemi okrzykami wesołych gości, rozproszonych po ogrodzie.
Oryginalny widok przedstawiali ci panowie, spacerujący w grupach, zajęci niby każdy czem innem, a jednak baczni na słowa jednego tylko z pośród siebie, który także zdawał się zwracać tylko do swego sąsiada.
— Panowie — mówił Fouquet — uważaliście zapewne, że brak dziś między nami dwóch moich przyjaciół... Na Boga! opacie, nie zatrzymuj się, nie potrzebujesz tego, ażeby dobrze słyszeć; bądź łaskaw spacerować jak najnaturalniej, a ponieważ posiadasz bystry wzrok, stań przy otwartem oknie, gdyby ktoś z gości powracał do galerji, uprzedź nas, kaszląc zcicha.
Opat zrobił, jak mu kazano.
— Nie zauważyłem nieobecnych — rzekł Pellisson, który, mówiąc to, tyłem był obrócony do Fouqueta i szedł w przeciwną stronę.
— Ja — rzekł Loret — nie widzę pana Lyodot, który mi zawsze wypłacał pensję.
— A ja — odezwał się opat od okna — nie widzę kochanego d‘Emerysa, który mi winien tysiąc sto liwrów, z ostatniej gry w brelan.[1]
— Loret — ciągnął Fouquet ponuro, chodząc pochylony — nie otrzymasz już pensji od Lyodota, a ty, opacie, nie odbierzesz na tym świecie swego tysiąca sto liwrów od d‘Emerysa, ponieważ obaj umrą...
— Umrą!... — zawołało jednogłośnie całe zgromadzenie, zatrzymane mimowoli tem okrutnem słowem.
— Spokojnie, panowie — rzekł Fouquet — szpiegują nas może... Powiedziałem umrą.
— Umrą!... — powtórzył Pellisson — przed sześcioma dniami widziałem tych ludzi zdrowych, wesołych, pełnych marzeń o przyszłości! Co to znaczy człowiek, wielki Boże! jedna choroba i po wszystkiem!
— To nie choroba żadna — rzekł Fouquet.
— Znajdzie się może jakie lekarstwo — rzekł Loret.
— Niema żadnego: Lyodot i d‘Emerys są w przededniu śmierci.
— Cóż jest przyczyną?... — zawołał jeden z oficerów.
— Zapytaj tego, kto im życie odbiera — odparł Fouquet.
— Tego, kto im życie odbiera? Więc ich zabijają?... — krzyknęli chórem wszyscy.
— Trochę lepiej, bo ich wieszają!... — mruknął Fouquet złowrogim głosem, który rozległ się grobowo w bogatej galerji, błyszczącej obrazami znakomitych mistrzów, strojnej w kwiaty, aksamity i złocenia.
Wszyscy mimowoli przestali chodzić, opat odstąpił od okna; pierwsze race sztucznych ogni poczęły wzbijać ponad wierzchołki drzew.
Długi okrzyk podziwu rozległ się w ogrodach; minister chciał także użyć widoku.
Podsunął się ku oknu, za nim stanęli przyjaciele, baczni na każde jego słowo.
— Panowie — zaczął znów minister — Colbert rozkazał uwięzić, osądzić i stracić dwóch moich przyjaciół. Radźcie, proszę, co wypada, abym uczynił?
— Mordioux!... — rzekł pierwszy opat — należy rozpłatać pana Colberta.
— Panie mój — odezwał się Pellisson — trzeba rozmówić się z Jego Królewska Mością.
— Król, kochany Pellissonie, podpisał wyrok śmierci.
— To — rzekł hrabia Chanost — to nie dopuścić wykonania wyroku, takie moje zdanie.
— Niepodobieństwo — rzekł Gourville — chyba przekupić dozorców.
— Albo komendanta — mówił Fouquet.
— Dzisiejszej nocy można ułatwić więźniom ucieczkę.
— Kto z was podejmie się układów?
— Ja — rzekł opat — zaniosę pieniądze.
— Ja — rzekł Pellisson — pójdę namawiać!...
— Słowo i pieniądze — powiedział Fouquet — pięćset tysięcy liwrów komendantowi Conciergerie, to dosyć, jeżeli będzie mało, znajdzie się miljon.
— Miljon!... — zawołał opat — za połowę tej sumy pół Paryża przewrócę do góry nogami!...
— Bez nadużyć, mój panie — przerwał Pellisson — komendant opłacony, więźniowie uciekają; dostawszy się na wolność, poruszają nieprzychylnych Colbertowi i dowodzą królowi, że młoda jego sprawiedliwość, nie jest nieomylną, jak wszystko, co jest przesadzone.
— Jedź do Paryża, Pellissonie — rzekł Fouquet — i sprowadź tu dwie nieszczęśliwe ofiary! jutro zobaczymy, co wypadnie zrobić. Gourville, daj pięćset tysięcy liwrów Pellissonowi.
— Pilnuj się pan, żeby cię wiatr nie porwał — oderwał się opat — co za odpowiedzialność, niech djabli porwą!... Pozwól mi pomóc ci cokolwiek.
— Sza!... — rzekł Fouquet — nadchodzą... O!... co za przecudowny fajerwerk!...
Właśnie w tej chwili deszcz gwiaździsty spadał na gałęzie drzew w parku.
Pellisson z Gourvillem wyszli razem drzwiami, prowadzącemi z galerji w głąb pałacu.
Fouquet zapuścił się w ogród wraz z pięcioma spiskowymi.




ROZDZIAŁ XL.
EPIKUREJCZYCY.

Po skończonych fajerwerkach, towarzystwo rozproszyło się w ogrodach i pod portykami z marmuru, z tą miłą swobodą, ujawniającą gościnność pełną wykwintu, przystępny humor i hojność bez troski gospodarza domu.
Poeci, prowadząc się pod rękę, błądzili po gajach; niektórzy z nich pokładli się na miękkich posłaniach z mchu, ku zagładzie swych aksamitnych szat, i fryzur, w których uwięzły drobne zeschłe listki i źdźbła przeróżnej zieleni. W niewielkiej liczbie zebrane damy przysłuchiwały się śpiewom artystów i wygłaszanym przez poetów wierszom; inne znowu rozkoszowały się prozą ułożoną artystycznie przez tych, co, nie będąc komediantami ani mistrzami, mieli jedynie młodość i zamiłowanie samotności, które rozwijały w nich tę niezwykłą wymowę, jaką damy zdawały się nad wszystko przekładać.
— Czemu, Epikur, gospodarz nasz nie przyszedł do ogrodu?... odezwał się La Fontaine. — Epikur nigdy nie odstępował uczniów swoich; źle czyni nasz gospodarz.
— Panie — odparł mu Conrart — jesteś w błędzie, podszywając się pod nazwę epikurejczyka; doprawdy, nic tu nie przywodzi na pamięć zasad nauki tego filozofa.
— Ba!... — odpowiedział La Fontaine — wszak napisane jest, iż Epikur nabył wielki ogród i żył w nim spokojnie z przyjaciółmi swymi?...
— To prawda.
— A czy pan Fouquet nie kupił wielkiego ogrodu w Saint-Mande i czy my wraz z nim i przyjaciółmi jego nie żyjemy w nim spokojnie.
— Tak, bezwątpienia, nieszczęściem tylko, że ogród i przyjaciele nie stanowią podobieństwa. Wskaż mi więc, w czem zasada pana Fouquet zbliżona jest do Epikura?
— Oto w tem: „Rozkosz daje szczęście“.
— Co dalej?
— Jakto?
— Sądzę, iż nie czujemy się nieszczęśliwymi, przynajmniej ja. Obfita biesiada, wino Joigny, które umyślnie dla mnie sprowadzają z mojej uprzywilejowanej winiarni; ani jednego niedorzecznego wybryku w ciągu kolacji trwającej całą godzinę, pomimo obecności dziesięciu miljonerów i dwudziestu poetów.
— Złapałem cie. Mówiłeś o winie Joigny i o obfitej biesiadzie i czy jeszcze trwasz przy swojem?
— Trwam, Antecho, jak mówią w Port-Royal.
— Przypomnij sobie zatem, że wielki Epikur karmił się chlebem, jarzynami i czystą wodą, uczniom swoim zalecając to samo.
— To nie jest pewnem — rzekł La Fontaine — i kto wie, czy nie mieszasz Epikura z Pytagorasem, drogi mój Conrarcie.
— Przypomnij sobie także, iż ten filozof starożytny niezbyt sprzyjał bogom i urzędnikom administracyjnym.
— O! i ja tego nie znoszę — odparł La Fontaine — Epikur to drugi pan Fouquet.
Przechodzący się po ogrodzie poczęli się zbierać pomału wkoło gęstwiny, zwabieni wykrzyknikami tych, co się tam sprzeczali.
Cała ta rozprawa wysłuchana została w wielkiem skupieniu ducha, sam Fouquet nawet, pomimo wzburzenia, pierwszy dał przykład powściągliwości.
W chwili, gdy ogólna wesołość objawiała się najżywszemi oznakami, z przeciwnej strony ogrodu zjawił się Gourville i, podchodząc do Fouqueta z wlepionemi w niego oczami, obecnością swoją oderwał go od towarzystwa.
Pan minister skarbu zachował na twarzy uśmiech najzupełniejszej swobody; lecz, zaledwie zszedł z oczu, pozbył się tej maski.
— A co tam!... — odezwał się żywo — gdzie jest Pellisson? co robi?
— Pellison powraca z Paryża.
— Przywiózł więźniów?
— Nawet nie mógł się zobaczyć z odźwiernym więzienia.
— Jakto! czyż mu nie powiedział, że ode mnie przychodzi?
— Powiedział, lecz odźwierny kazał mu odpowiedzieć: „Gdy się przychodzi od pana Fouquet, winno się mieć list od niego“.
— O!... — zawołał Fouquet — jeżeli o to tylko chodzi...
— Nigdy — odparł Pellisson, ukazując się z poza klombu — nigdy, jaśnie panie... Jedź sam i wystąp we własnem swojem imieniu.
— Tak, dobrze mówisz; odchodzę do siebie, jakobym miał pilne sprawy do załatwienia. Pellisson, niech nie wyprzęgają koni. Gourvile, zatrzymaj moich gości.
— Ostatnie słówko jeszcze, jaśnie panie — odezwał się ten ostatni.
— Mów Gourvillu.
— Nie jedź pan do odźwiernego, chyba w ostatecznym razie; to krok śmiały, lecz nie polityczny.
— Wybacz mi, panie Gourville, że różnię się z tobą w zdaniu.
— Wierzaj mi, jaśnie panie, poślij do burgrabiego z żądaniem ustnem, to człowiek bardzo uprzejmy; lecz nie udawaj się osobiście.
— Zaradzę ja temu — rzekł Fouquet — zresztą całą noc mamy przed sobą.
— Nie licz, panie, zbytecznie na czas, chociażby dwa razy tyle go było — odparł Pellisson — kto przybywa za wcześnie, nie błądzi.
— Adieu — odezwał się minister skarbu — chodź ze mną, Pellisson. Gourville, polecam ci moich gości.
Nie spostrzegli epikurejczycy, że brakło głowy ich szkoły; muzyka brzmiała noc całą.




ROZDZIAŁ XLI.
O KWADRANS ZAPÓŹNO.

Pomimo, że Fouquet drugi raz w tym samym dniu odbywał jednę i tę samę drogę, nie czuł bynajmniej zmęczenia.
Zwrócił się do Pellissona, który wsunięty w głąb karety, rozmyślał nad argumentami przeciw działalności Colberta.
— Kochany Pellissonie — przemówił Fouquet — jaka szkoda, że nie jesteś kobietą.
— Ja przeciwnie sądzę, że to wielkie szczęście — odparł tenże — przecież jestem okrutnie brzydki.
— Pellisson!... Pellisson!... — rzekł minister skarbu ze śmiechem, — za często mówisz o swej brzydocie, co daje do myślenia, że jest ci to bardzo przykre.
— Rzeczywiście, iż mnie to nie cieszy wcale, proszę pana; jestem najnieszczęśliwszym człowiekiem: byłem kiedyś pięknym, a ospa mnie tak zeszpeciła, iż nikomu nie mogę się podobać. Jestem pierwszym pańskim sekretarzem, znam i prowadzę interesy, a gdybym w dodatku był piękną kobietą, mógłbym panu oddać ważną przysługę.
— Jakąż mianowicie?...
— Poszedłbym wprost do burgrabiego, zaczął się umizgać i zbałamucił go, bo jest to człowiek niezmiernie czuły na wdzięki kobiece, a następnie uprowadziłbym naszych więźniów.
— Mam nadzieję sam to zrobić, chociaż nie jestem piękną kobietą — odparł Fouquet.
— Wierze, panu, lecz zanadto się kompromitujesz.
— O!... — zawołał Fouquet, z tajemnem uniesieniem, jakgdyby na wspomnienie jakiegoś słodkiego wzruszenia — o!... znam ja kobietę, któraby zawróciła głowę komendantowi Conciergerie, tak, jak nam potrzeba.
— Ja znam takich pięćdziesiąt, proszę pana, pięćdziesiąt papug, które roztrąbiłyby po całym świecie o twej szlachetności i poświeceniu dla przyjaciół, i naturalnie, prędzej czy później zgubiłyby pana i siebie.
— Nie o takich kobietach mówię, Pellissonie; mówię o istocie szlachetnej i pięknej, która posiada spryt właściwy płci swojej, a jednocześnie rozum i zimną krew mężczyzny, mówię o kobiecie tak pięknej, że mury więzienia pochyla się przed nią z szacunkiem, a tak dyskretnej, iż nikt nie posądzi nawet przez kogo została przysłana.
— Skarb prawdziwy — rzekł Pellisson — zrobiłbyś pan cudowny prezent komendantowi Conciergerie. Do djabła! straciłby może głowę, ale przed śmiercią, posiadłby kochankę, jakiej przed nim żaden żywy człowiek nie posiadał.
— A ja ci powiadam — mówił Fouquet — że nie zdjętoby wcale głowy komendantowi, albowiem dałbym mu moje konie do ucieczki i pięćset tysięcy liwrów, aby żył w Anglji spokojnie i dostatnio; przez tę kobietę nicby więcej nie otrzymał, na to ci daję słowo honoru, tylko pieniądze i konie. Jedźmy do tej kobiety, Pellissonie.
Minister wyciągnął rękę do jedwabnego sznura, umieszczonego wewnątrz karety.
Pellisson go powstrzymał.
— Panie mój — powiedział — stracisz tyle czasu, szukając podobnej kobiety, ile go stracił Kolumb na odkrycie nowego świata. A dwie godziny mamy jedynie, aby spełnić nasze zadanie; dozorca pójdzie spać, jakimże więc sposobem dostaniemy się do więzienia, bez zwrócenia uwagi? W biały dzień jak ukryć nasze działania? Idź sam, zacny panie, na dzisiejsza noc nie szukaj pomocy, ani kobiety, ani anioła....
— Kochany Pellissonie, otóż jesteśmy przy drzwiach...
— Anioła?
— O tak!
— Przecież to pałac hrabiny de Beliere.
— Tak...
— O wielki Boże!... — zawołał Pellisson.
— Co masz przeciw niej do powiedzenia?... — zapytał Fouquet.
— Niestety! nic a nic... to mnie właśnie do rozpaczy doprowadza... nic, absolutnie, nic...O! czemuż nie mogę nagadać o niej tyle złego, żeby aż przeszkodzić panu ja odwiedzić!
Lecz Fouquet już rozkazał woźnicy stanąć.
— Żadna siła na świecie nie jest w stanie przeszkodzić mi — rzekł Fouquet — ale tylko... do powiedzenia paru przyjemnych słów pani Plessis-Beliere; a wreszcie, kto wie, czy nie będziemy jej potrzebowali? Idziesz ze mną?
— O nie, panie mój, nie pójdę.
— Czekaj na mnie, proszę cię — odpowiedział Fouquet serdecznie.
— Jeszcze jeden powód, abym został; wiedząc, że tu czekam, krócej pan zabawisz tam na górze... Niech pan będzie ostrożny, jakaś kareta stoi na podwórzu; nie musi być samą!...
Fouquet otworzył portjerę.
— Słówko jeszcze — zawołał Pellisson — odwiedź pan te damę, lecz wracając z Conciergerie, błagam o to!
— Co znaczy pięć minut, Pellissonie!... — odrzekł Fouquet i wbiegł na schody ganku.
Pellisson został sam w powozie, z czołem zmarszczonem, pełen złych przeczuć...
Fouquet wszedł do apartamentów margrabiny, powiedział swe nazwisko lokajowi, co poruszyło całą służbę, prześcigającą się w oznakach uszanowania, a dawało miarę, jakim szacunkiem, gospodyni otaczała osobę przybywającego.
— Pan minister skarbu!... — zawołała margrabina, wychodząc blada i zmieniona na spotkanie Fouqueta. Co za niespodziewane szczęście!... — dodała.
A potem cicho...
— Strzeż się! Magerita Vanel jest u mnie.
— Pani — odpowiedział Fauquet zmieszany — przybywam w interesie... Parę słów, pilnych...
I wszedł do salonu.
Pani Vanel podniosła się, bledsza i żółciejsza niż zawiść sama. Na próżno Fouquet witał ja serdecznie, czule, odpowiedziała jedynie zjadliwem spojrzeniem, rzuconem na margrabinę i ministra.
Wzrok kobiety zazdrosnej to sztylet, co znajdzie zawsze słabe miejsce w najmocniejszym pancerzu; Margerita Vanel przeszyła jednym ciosem dwa serca.
Skłoniła się przed przyjaciółką, następnie jeszcze niżej przed ministrem, pożegnała ich pod pozorem kilku jeszcze wizyt do oddania, zanim margrabina zmieszana i Fouquet, przejęty obawą, pomyśleli o tem, aby ją zatrzymać.
Minister został sam z margrabiną; nie wyrzekł słowa, tylko przed nią ukląkł.
— Oczekiwałam pana — rzekła ze słodkim uśmiechem.
— O!... nie — odpowiedział — gdyby tak było, nie przyjęłabyś tej kobiety.
— Przybyła przed kwadransem zaledwie, nie przypuszczałam, że odwiedzi mnie dziś wieczór.
— Kochasz mnie więc trochę, margrabino?
— Nie o to chodzi, mój panie, lecz o to, co ci grozi; jak stoją twoje interesa?
— Dziś wieczorem uwolnię moich przyjaciół z Conciergerie.
— Jakim sposobem?
— Przekupię, uwiodę komendanta.
— Należy on do moich przyjaciół; czy mogę pomóc w czemkolwiek, nie szkodząc ci mimowoli?
— O! margrabino, byłaby to pomoc znakomita, lecz, jakże użyć jej bez skompromitowania ciebie? Nigdy, przenigdy, ani władza moja, ani wolność nawet, nie będą odkupione, jeżeli na to musiałaby spłynąć jedna łza z twoich oczu, lub boleść zachmurzyć twe czoło.
— Nie mów do mnie w ten sposób, panie, słowa twoje upajają mnie... moja wina, że chcąc ci się przysłużyć, nie obrachowałam sił swoich. Kocham cię, kocham, jak tkliwa przyjaciółka; wdzięczna ci jestem za twoja delikatność i szacunek, lecz niestety!... nigdy nie znajdziesz we mnie kochanki!
— Margrabino!... krzyknął Fouquet głosem pełnym boleści — dlaczego?
— Bo zanadto cię kocham — rzekła cichutko młoda kobieta — bo zawiele ludzi cię kocha... bo blask chwały i bogactwa razi moje oczy, a tylko cicha boleść przyciąga wzrok mój; bo nakoniec; ja, która odpychałam cię, gdyś był u szczytu potęgi, i zaledwie cię widziałam, gdyś błyszczał... ja, jak kobieta, zmysłów pozbawiona, rzuciłam się prawie w twoje objęcia, gdym ujrzała nieszczęście, zawisłe nad tobą... Zrozumiałeś mnie teraz, panie mój... Bądź znów szczęśliwym i wielkim, abym i ja pozostała czysta sercem i myślą; twój upadek, stałby się i moim również...
— Pani!... rzekł Fouquet ze wzruszeniem, jakiego dotąd nigdy nie uczuwał — choćbym upadł na ostatni stopień nędzy, a usłyszał z ust twoich to słowo, jakiego mi odmawiasz; omyliłby cię wtedy szlachetny twój egoizm; sadziłabyś, że pocieszasz najnieszczęśliwszego z ludzi, a rzekłabyś: „kocham“ do najdostojniejszego, najdumniejszego i najszczęśliwszego ze śmiertelników.
Klęczał jeszcze u nóg jej, całował rączki, kiedy Pellisson wpadł do salonu, wołając gniewnie:
— Pan mój!... pani!... Przez litość, racz pani wybaczyć... panie, od pół godziny czekam cię napróżno... O! nie patrzcie na mnie z wyrzutem... Powiedz mi pani, co to za kobieta wyszła stąd, gdy pan mój się ukazał?
— Pani Vanel — rzekł Fouquet.
— Więc nie omyliło mnie przeczucie...
— Cóż to znaczy?
— To znaczy, że wskoczyła blada do karety.
— Cóż mi to może szkodzić?... — rzekł Fouquet.
— Zaszkodzić mogą słowa, jakie rzuciła woźnicy.
— Co takiego? mój Boże!... — krzyknęła margrabina.
— „Jedź do pana Colberta“ — powiedział Pellisson złamanym głosem.
— Wielki Boże! jedź pan! jedź co prędzej — wołała margrabina, popychając ministra ku drzwiom, gdy Pellisson ciągnął go za rękę.
— Doprawdy — rzekł minister skarbu — czyż jestem dzieckiem, aby mnie straszono widmami?
— Jesteś olbrzymem — rzekła margrabina, — którego pragnie ukąsić gadzina...
Pellisson ciągnął Fouqueta aż do karety.
— Do Conciergerie, co koń wyskoczy!... — krzyknął stangretowi.
Rumaki pomknęły jak błyskawica; żadna przeszkoda nie była w stanie zwolnić na chwile ich biegu. Tylko przy arkadzie mostu Św. Jana, właśnie gdy mieli wjechać na plac Greve, długa linja konnicy zagrodziła ciasne przejście i zatrzymała karetę ministra skarbu.
Fouquet z Pellissonem o tyle zwrócili uwagę na to zdarzenie, że im zabrało chwile drogiego czasu. W pięć minut byli już u komendanta. Urzędnik ten spacerował w pierwszym dziedzińcu. Na dźwięk nazwiska Fouqueta, szepniętego przez Pellissona, komendant podbiegł śpiesznie do karety z odkryta głową, kłaniając się z szacunkiem.
— Jakiż to zaszczyt dla mnie, ekscelencjo!... — zawołał.
— Panie komendancie, bądź łaskaw, wejdź na chwilę do karety... Parę słów tylko powiem...
Urzędnik umieścił się na przedniem siedzeniu ciężkiego powozu.
— Żądam od pana pewnej przysługi — zaczął Fouquet.
— Słucham, ekscelencjo.
— Żądam przysługi, kompromitującej pana osobiście, lecz w zamian dającej ci na zawsze przyjaźń moją i opiekę.
— Gdyby nawet przyszło w ogień się rzucić, uczynię to z ochotą.
— Dziękuję — rzekł Fouquet — to, czego żądam, jest o wiele łatwiejsze.
— O co chodzi, ekscelencjo?
— O zaprowadzenie mnie do pokoju, gdzie się znajdują panowie Lyodot i d‘Emerys.
— Czy mogę wiedzieć, dlaczego?
— Powiem w ich obecności, panie komendancie, a jednocześnie dam ci sposób, aby zatrzeć ucieczkę...
— Ucieczkę! Więc nie chcesz, ekscelencjo?...
— O czem?
— Niema już tutaj panów Lyodot i d‘Emerys.
— Od kiedy?... — zawołał Fouquet zadrżawszy.
— Od kwadransa.
— Gdzież są obecnie?
— W wieży winseńskiej.
— Kto ich stąd zabrał?
— Rozkaz królewski.
— Nieszczęście!... — krzyknął Fouquet, bijąc się w czoło. — Nieszczęście!
Nie odezwał się więcej, siedział, jak martwy, z rozpaczą w duszy.
— Co teraz będzie?... — rzekł Pellison.
— Ha! przyjaciele moi zgubieni! Colbert zamknął ich w wieży... Ich to właśnie spotkaliśmy przy arkadach mostu św. Jana.
Pellison, jak piorunem rażony, milczał. Czuł dobrze, iż najlżejszą wymówką zabiłby swego pana.
— Dokąd jaśnie pan każe jechać?... — zapytał lokaj.
— Do Paryża, do mego pałacu. Pellisson wracaj do Saint-Mande i przywieź mi natychmiast opata. Śpiesz się!...




ROZDZIAŁ XLII.
PLAN BITWY.

Późno już w nocy opat Fouquet przybył do brata.
Gourville mu towarzyszył.
Trzech tych ludzi, bladych na myśl o tem, co miało nastąpić, podobniejszych było do spiskowców, układających akt jakiegoś gwałtu, niż do posiadających władzę i znaczenie.
Fouquet przechadzał się ze wzrokiem utkwionym w ziemię, łamiąc ręce, aż palce trzeszczały.
Nakoniec, zebrawszy całą odwagę, westchnął głęboko i zaczął:
— Mówiłeś mi, bracie, dziś właśnie, o jakichś ludziach na twoim żołdzie...
— Tak, panie — odpowiedział opat.
— Powiedz mi prawdę, co to są za jedni?...
Opat się zawahał.
— Nie obawiaj się, proszę, nie myślę gderać wcale; ale bez fanfaronady, bo to nie są żarty.
— Więc powiem wszystko, skoro pan wymagasz: mam stu dwudziestu przyjaciół, lub towarzyszy hulanki, oddanych mi duszą i ciałem, i przywiązanych, jak wisielcy do szubienicy.
— Możesz na nich rachować?...
— Zawsze i wszędzie.
— A sam się nie skompromitujesz?...
— Nie będzie o mnie nawet mowy.
— Czy to ludzie odważni?...
— Puszczą z dymem Paryż cały, gdy przyrzeknę im bezkarność.
— Żądam od ciebie, opacie — rzekł Fouquet, ocierając pot z czoła — żądam, abyś pchnął tych stu dwudziestu swoich na ludzi, których ci wskażę w pewnej danej chwili... Czy to możliwe?...
— Nie pierwszy raz podobna gratka im się przytrafia.
— Wierzę; lecz ci bandyci rzucą się... na siłę zbrojną?...
— Zatem, zwołaj wszystkich stu dwudziestu, opacie.[2]
— Zatem, zawołaj wszystkich stu dwudziestu, opacie.
— Dobrze!... a gdzie?...
— Na drodze do Vincennes, jutro, punkt o drugiej.
— Dla odbicia Lyodota i d‘Emerysa?... Lecz tam można dostać po skórze.
— I jak jeszcze. Czy boisz się?...
— O siebie, nie, lecz o pana...
— Czy twoi ludzie będą wtajemniczeni?...
— Zanadto są sprytni, ażeby nie odgadnąć. Minister, podnoszący broń przeciw swojemu królowi... naraża się bardzo.
— Co ci to szkodzi, przecież ja płacę?... W każdym razie mój upadek pociągnie i ciebie.
— Roztropniej byłoby siedzieć cicho, i pozwolić królowi na tę małą satysfakcję.
— Rozważ to dobrze, opacie, że zamknięcie Lyodota i d‘Emerysa w Vincennes, to początek ruiny całej mojej familji. Powtarzam ci, że gdy mnie zaaresztują, ciebie wsadzą do więzienia; a jeżeli mnie uwiężą, to ty niezawodne pojedziesz na wygnanie.
— Dosyć, panie. Czy masz mi jeszcze co rozkazać?...
— Mówiłem już: chcę, aby dwaj poborcy, których wydają na ofiarę, gdy tylu zbrodniarzom wszystko uchodzi bezkarnie, chcę, aby zostali wydarci z rąk wrogów moich... Przygotuj się i rozważ następstwa. Podejmujesz się tego?...
— Podejmuję.
— Przedstaw mi swój plan.
— Bardzo jest prosty. Skazanych otacza zwykle dwunastu łuczników.
— Jutro stu ich będzie.
— Tak myślę... A nawet z pewnością dwustu.
— Zatem to za mało twoich stu dwudziestu zuchów?...
— Przepraszam. W tłumie, złożonym ze stu tysięcy widzów, znajdzie się zawsze dziesięć tysięcy bandytów, lub złodziei kieszonkowych; ci tylko obawiają się zacząć...
— Cóż z tego?...
— Na placu Greve, jaki obieram za punkt działania, będzie dziesięć tysięcy pomocników dla moich stu dwudziestu. Moi rozpoczną napad, a tamci dokończą.
— Dobrze!... lecz co uczynicie z więźniami na placu Greve?...
— Wprowadzimy ich do pierwszego lepszego domu; musianoby chyba oblegać nas, ażeby ich odebrać... A jeszcze lepiej będzie się tak urządzić: niektóre domy mają dwa wyjścia, jedno na plac, drugie na ulicę Mortellerie, Vannerie, lub Fixeranderie. Wpuścimy więźniów jedną stroną, a uciekną drugą...
— Powiedzże przecie coś stanowczego.
— Szukam właśnie...
— A ja znalazłem — zawołał Fouquet. — Uważaj dobrze, co mi w tej chwili przyszło do głowy.
— Słucham.
Fouquet dał znak Gourvillowi, który zrozumiał odrazu, o co chodzi.
— Jeden z moich przyjaciół pożycza mi niekiedy kluczy od domu, wynajmowanego przy ulicy Boudoyer, z ogrodem przepysznym, ciągnącym się aż do jednego z domów przy placu Greve.
— Tego nam właśnie trzeba — rzekł opat. — Cóż to za dom?...
— Winiarnia, dosyć uczęszczana, mająca na szyldzie wizerunek Matki Boskiej.
— Znam ją doskonale — rzekł opat.
— Winiarnia, o jakiej mowa, stoi frontem do placu, ma także wyjście na dziedziniec i furtkę do ogrodu mojego znajomego.
— Wybornie!...
— Wejdziemy wraz z więźniami do winiarni, wy zatarasujecie drzwi i brońcie ich, a przez ten czas uciekną przez ogród i plac Baudoyer.
— To prawda, panie; byłby z ciebie znakomity dowódca, równy samemu księciu panu.
— Czy zrozumiałeś?...
— Doskonale.
— Ile potrzebujesz na upicie twoich bandytów winem i zadowolenie złotem?...
— O!... panie, cóż to za wyrażenie!... gdyby cię słyszeli!... Niektórzy z nich są nad wyraz podejrzliwi.
— Chcę powiedzieć, że potrzeba ich doprowadzić do takiego stanu, aby nie mogli odróżnić nieba od ziemi, ponieważ jutro wydaję walkę królowi i chcę zwyciężyć, słyszysz?...
— Zwyciężymy, panie... Co więcej rozkażesz?...
— Reszta do ciebie należy.
— Zatem, proszę o pieniądze.
— Gourvillu, wylicz opatowi sto tysięcy liwrów.
— Dobrze... wszak nie trzeba oszczędzać?...
— Nie trzeba.
— Kiedy tak, zwycięstwo pewne.
— Jaśnie panie — perswadował Gourville — gdy się to odkryje, nałożymy głową.
— E!... Gourvillu, — odparł Fouquet, czerwony z gniewu; — lituję się nad tobą; mów o sobie samym, poczciwcze. Moja głowa mocno siedzi na karku, chwała Bogu... No cóż, opacie, postanowione?...
— Tak, panie.
— Jutro o dwunastej?...
— O dwunastej; idę teraz uprzedzić w tajemnicy naszych pomocników.
— Nie oszczędzaj zapasów oberżysty.
— Nie będę oszczędzał ani jego wina, ani domu, — odparł ksiądz drwiąco. — Mam ja także swój plan; pozwólcie zabrać mi się do dzieła, a zobaczycie!...
— Gdzież się zbierzecie?...
— Wszędzie i nigdzie.
— W jakiż sposób zostanę zawiadomiony?...
— Przez umyślnego kurjera, dla którego koń stać będzie gotowy w ogrodzie pańskiego przyjaciela. Ale, ale, jak się nazywa ten przyjaciel?...
Fouquet spojrzał na Gourvilla, a ten, chcąc wybawić z kłopotu swego pana, odezwał się:
— Trzeba towarzyszyć panu opatowi, proszę pana; dom ten można poznać po znaku Panny Marji na froncie i dużym ogrodzie, jedynym w tej dzielnicy.
— Dobrze, dobrze, idę uprzedzić moich żołnierzy.
— Gourvillu, a ty idź z opatem, — rzekł Fouquet — wyliczysz mu zaraz potrzebną sumę. Zatrzymaj się chwilkę, opacie... Jaki pozór nadasz temu porwaniu?...
— Bardzo prosty... zaburzenie uliczne.
— Zaburzenie?... z jakiego powodu?... Nigdy chyba lud paryski nie jest skłonniejszym do uwielbienia monarchy, niż w chwili, gdy mają wieszać poborców podatkowych.
— Lecz ja to urządzę... — rzekł opat.
— Tak, lecz urządzisz w ten sposób, że wszyscy odgadną prawdę...
— Nie, nie... mam jeszcze jedną myśl...
— Jakąż?...
— Ludzie moi, z okrzykiem: „Niech żyje Colbert!...“ rzucą się na skazanych, wołając, iż szubienica za lekką jest karą dla takich zbrodniarzy i że, szarpiąc ich na kawały, sami wymierzą sprawiedliwość.
— O, rzeczywiście, to doskonała myśl — odezwał się Gourville.
— Do licha!... panie opacie, co za bujna fantazja!...
— Panie, to familijne — odparł wyniośle opat.
— Hultaj!... — mruknął Fouquet.
Następnie dodał:
— Dowcipnie pomyślane!... Zrób, jak mówiłeś, tylko pamiętaj, bez rozlewu krwi!...
Gourville i opat wyszli razem.
Minister skarbu wyciągnął się na sofie; rozmyślał o złowrogich zamiarach na dzień jutrzejszy, a jednocześnie marzył i o miłości.




ROZDZIAŁ XLIII.
WINIARNIA POD ZNAKIEM PANNY MARJI.

Nazajutrz o godzinie drugiej, dokoła dwóch szubienic, ustawionych obok siebie, tyłem do ufortyfikowanych wybrzeży Sekwany, oczekiwało pięćdziesiąt tysięcy widzów.
Od samego rana krzykacze uliczni sławetnego miasta Paryża, przebiegali wszystkie dzielnice stolicy, mianowicie place targowe i przedmieścia, i chrapliwym a jednostajnym głosem oznajmiali, iż król wymierzył sprawiedliwość dwom przeniewiercom, łotrom i obdzieraczom ludu... Lud zaś ten, którego interesa tak gorąco brano do serca, lud, aby nie ubliżyć swemu monarsze, rzucał zajęcia, sklepy, warsztaty, i biegł okazać wdzięczność swą Ludwikowi XIV-mu; tak, jak zaproszeni, którzy obawiają się popełnić niegrzeczność, nie stawiając się na wezwanie łaskawego Amfitrjona.
Według brzmienia wyroku, czytanego przez obwoływaczy i niemiłosiernie przekręcanego — dwóch poborców, przywłaszczycieli cudzego mienia, marnotrawców grosza publicznego, łupieżców i fałszerzy, ponieść miało śmierć przez powieszenie na placu Greve, a nazwiska ich wypisane będą na szubienicy; tak opiewał wyrok, nie wymieniając jednak nazwisk.
Ciekawość Paryżan pobudzona została do najwyższego stopnia i, jak wspominaliśmy, tłum nieprzeliczony oczekiwał z gorączkową niecierpliwością godziny, oznaczonej na spełnienie wyroku.
Rozeszła się już wieść, jako więźniów, przeniesionych do Vincennes, prowadzić będą stamtąd na plac Greve. To też przedmieścia i ulica Ś-go Antoniego zapchane były literalnie, albowiem ludność Paryża, w dnie wykonania wyroków śmierci, dzieli się na dwie kategorje: pragnących ujrzeć pochód skazanych (to są serca tchórzliwe i czułe, lecz ciekawe) i tych, co chcą patrzeć na śmierć delikwentów (są to znów serca chciwe wrażeń).
Tego dnia właśnie d‘Artagnan, po odebraniu ostatnich instrukcyj od króla i po pożegnaniu przyjaciół, których w chwili obecnej reprezentował jeden Planchet, ułożył sobie plan na dzień cały, jak powinien czynić każdy, nie mający nigdy chwili wolnej, ponieważ taki tylko zna prawdziwą wartość czasu.
— Wyjazd mój oznaczony — mówił sobie — o brzasku dnia, to jest o trzeciej rano; mam zatem piętnaście godzin przed sobą. Wypada odjąć z tego sześć godzin snu, które mi są niezbędne; godzina stracona na pożegnanie Athosa, osiem; dwie godziny na rzeczy nieprzewidziane. Razem dziesięć. Pozostają zatem jeszcze dwie godziny!... Mordieux!... co za obfitość wolnego czasu!
Mówiąc to, d‘Artagnan uczuwał radość dziwną, młodzieńczą; wspomnienia lat minionych, pięknych dni przeżytych, opadły go i upajały, jak woń kwiatów cudnych.
— Dwie godziny — myślał muszkieter — pójdę najprzód odebrać komorne z mojego domu pod znakiem „Panny Marji“. To mnie rozweseli. Trzysta siedemdziesiąt pięć liwrów!... Mordioux!... jakież to dziwne!... Gdyby biedak, posiadający jednego liwra, znalazł w kieszeni niespodzianie liwra i dwanaście denarów, byłoby to sprawiedliwem, lecz podobne niespodzianki nie trafiają się biedakom. Bogacz, przeciwnie, nie troszczy się, nie kłopocze, pieniądze same mnożą się, bez pracy... Trzysta siedemdziesiąt pięć liwrów, jak z nieba spadłych! Pójdę pod znak Panny Marji, a w dodatku wypiję z moim lokatorem szklaneczkę wina hiszpańskiego... nie omieszka mi jej ofiarować. Lecz, mości d‘Artagnan, pamiętaj, że porządek duszą wszystkiego... Ułóż zatem po kolei, co masz robić:
„1-mo Athos.
2-do Winiarnia Panny Marji.
3-io Pan Fouquet.
4-to Pan Colbert.
5-to Kolacja.
6-to Ubranie, buty, konie i tłomoczek.
7-mo i ostatnie. Sen“.
W następstwie tego rozkładu d‘Artagnan udał się prosto do hrabiego de la Fere i opowiedział mu skromnie, bez żadnych przechwałek, jakaś część z tego, co mu się przytrafiło.
Athos miał niejakie obawy z powodu bytności d‘Artagnana u króla; lecz kilka słów przyjaciela uspokoiło go zupełnie. Domyślił się, że Ludwik XIV-ty zlecił d‘Artagnanowi jakąś ważną misję i nie silił się nawet na wydobycie prawdy od towarzysza. Polecił mu tylko, aby dbał o siebie, i napomknął delikatnie, iż gotów jest iść z nim razem.
— Drogi przyjacielu — rzekł d‘Artagnan — przecież ja nie wyjeżdżam.
— Jakto! żegnasz się ze mną, i nie opuszczasz Paryża?
— Tak, tak, niby — rzekł d‘Artagnan, czerwieniąc się nieznacznie, — wyjadę może nabyć jakąś posiadłość.
— O! to co innego. Zmieniam zatem przestrogi. Zamiast: strzeż swego życia, powiem: „strzeż kieszeni“.
— Doniosę ci, kochany przyjacielu, jeżeli mi się spodoba jaka posiadłość ziemska, a może będziesz łaskaw poradzić mi przy kupnie.
— Tak, tak — rzekł Athos, delikatny, jak zawsze, nie pozwalając sobie nawet na uśmiech.
Raul naśladował delikatność ojcowską. D‘Artagnan czuł, że nie może opuścić przyjaciół, nie powiedziawszy im choćby, w którą udaje się stronę.
— Wybrałem Mans — rzekł do Athosa — czy to dobra okolica?
— Wyśmienita, przyjacielu — odparł hrabia, nie zwracając uwagi na to, że Mans leży w tej samej stronie, co Turenja, i że gdyby poczekał parę dni, mogliby jechać razem.
Lecz d‘Artagnan więcej był zmieszany, niż hrabia i przy każdem nowem tłomaczeniu czuł, że pogrąża się coraz bardziej.
— Wyjeżdżam jutro przed świtem — powiedział nakoniec. — Mam czas wolny do wieczora, Raulu, czy pójdziesz ze mną?
— Najchętniej, panie kawalerze — rzekł młody człowiek — jeżeli tylko nie jestem potrzebny hrabiemu.
— Nie, Raulu, mam dziś tylko posłuchanie u księcia brata królewskiego.
Raul zażądał szpady, Grimami podał mu ją niezwłocznie.
— Żegnaj więc, drogi przyjacielu — dodał d‘Artagnan, wyciągając ręce do Athosa.
Athos objął go i trzymał długo w uścisku, a nasz muszkieter wdzięczny za dyskrecję, szepnął mu do ucha: „Tajemnica stanu“, na co Athos odpowiedział znaczącym uściskiem ręki.
Rozstali się nakoniec. Raul ujął ramię starego przyjaciela, który poprowadził go przez ulicę św. Honorjusza.
— Zaprowadzę cię do świątyni bożka Plutosa — rzekł d‘Artagnan do młodzieńca — przygotuj się ujrzeć stosy złota. Boże mój! jak ja się zmieniłem!
— Oho! co to za tłumy na ulicy — odezwał się Raul.
— Czy to procesja dzisiaj?... — zapytał d‘Artagnan przechodnia.
— Wieszają, proszę pana — odrzekł tenże.
— Jakto! wieszają?... — mówił d‘Artagnan — na placu Greve?
— Tak, panie.
— Niech djabli porwą hultaja, którego muszą wieszać akurat w dniu, gdy ja potrzebuję iść odebrać komorne!... — zawołał d‘Artagnan. — Raulu, czy widziałeś, jak wieszają?
— Nigdy, panie... dzięki Bogu!
— Otóż to młodość... Gdybyś stał na posterunku w okopach, jak to już bywało, i gdyby szpieg... Przebacz, Raulu, zaczynam bajać... Masz rację, okropny widok... Panie, powiedz z łaski swojej, o której godzinie będą wieszać?
— O trzeciej, proszę pana, tak zapowiedziane — odrzekł zapytany z uszanowaniem, kontent z rozmowy z tak dostojnymi panami.
— Za półtorej godziny, to wyciągajmy nogi, a przybędziemy jeszcze na czas, aby odebrać moje trzysta siedemdziesiąt pięć liwrów i oddalić się przed przybyciem skazanego.
— Skazanych, proszę pana — ciągnął mieszczanin — bo jest ich aż dwóch.
— Tysiączne dzięki, mój panie — rzekł d‘Artagnan, który z wiekiem stał się niezmiernie ugrzecznionym.
Pociągnął Raula i skierował się szybko w stronę Greve.
Tłum coraz się zwiększał i gdyby nasz muszkieter nie posiadał silnej pięści i ramion, przywykłych do torowania sobie drogi w najciaśniejszych przejściach, ani on, ani Raul nie dotarliby nigdy do miejsca przeznaczenia.
Postępowali ciągle wybrzeżem, na jakie wydostali się z ulicy Św. Honorjusza po wyjściu od Athosa.
D‘Artagnan szedł pierwszy, zrobiwszy z ramienia trójkąt, który umiejętnie wpychał pomiędzy zgromadzonych — i zmuszał do rozstępowania się, bo rozlatywali się na wszystkie strony, jak kawałki drzewa z pod siekiery.
Uciekał się też do pomocy rękojeści od szpady. Wsuwał ją pomiędzy więcej upartych i, obracając jak świdrem, rozłączał nieraz męża z żoną, wuja z siostrzeńcem i brata z bratem. Wszystko to czynił tak naturalnie, z uśmiechem miłym i uprzejmym, że potrzeba chyba było być twardym, jak żelazo, aby nie przeprosić i nie ukłonić się, widząc muszkietera uśmiechniętego i pełnego ugrzecznienia.
Dotarli do stojących szubienic; Raul odwrócił się z obrzydzeniem. D‘Artagnan nie widział ich nawet, całą uwagę bowiem zwrócił na dom swój o szczycie zębatym, z oknami, pełnemi ciekawych... Rozróżnił na placu i około domów znaczną liczbę muszkieterów, będących na urlopie, niektórych z żonami, innych znów z przyjaciółmi, oczekujących chwili egzekucji. Najwięcej jednak radował go widok szynkarza, jego lokatora, który nie mógł nadążyć zapotrzebowaniom. Trzech chłopców do posługi roznosiło wino pijącym, a pełno ich było w sklepie, w izbach pobocznych, nawet na podwórzu.
Pomimo to, udało się d‘Artagnanowi uchwycić gospodarza za koniec fartucha i dać mu się poznać.
— A! panie kawalerze — rzekł szynkarz — zmiłuj się, poczekaj chwilę! mam tu ze stu szaleńców, którzy przewracają do góry nogami moją piwnicę.
— Mniejsza o piwnicę, byle się nie dobrali do twojej skrzyni.
— O! proszę pana, trzydzieści siedem i pół pistola, jakie się panu należą, dawno czekają w moim pokoju. Lecz właśnie w tym pokoju trzydziestu towarzyszy wysącza baryłkę wina Porto, jaką im tam zaniosłem dziś rano... Pozwól pan chwilkę... minutkę...
— Dobrze, dobrze.
D‘Artagnan i Raul odnaleźli tedy wolną ławkę i zasiedli, czekając na gospodarza.
Z miejsca, gdzie usiedli dwaj nowi goście, słyszeli wzrastający szmer napływającej publiczności, a zarazem nie stracili żadnego poruszenia, ani wykrzyku zebranych w winiarni i we wszystkich izbach. Gdyby d‘Artagnan pragnął być na czatach, podczas jakiej wyprawy, nie mógłby wybrać lepszego miejsca.
Drzewo, pod którem siedzieli, zasłaniało ich liśćmi, dosyć już gęstemi. Był to rozłożysty kasztan, o gałęziach obwisłych, ocieniających ławkę i stół krzywy i połamany. Jak mówiliśmy, z miejsca tego nic nie uszło baczności d‘Artagnana. Obserwował chłopów zdyszanych, śpieszących tu i tam, przybycie nowych amatorów wina, powitania raz przyjacielskie, to znów wrogie zarzuty, czynione przez niektórych przybyszów innym gościom. Patrzył na to wszystko dla zabicia czasu, albowiem trzydzieści siedem i pół pistola zwlekały swoje przybycie.
Raul zwrócił na to uwagę.
— Panie — odezwał się — nie naglisz wcale swego lokatora, a tu lada chwila przybędą delikwenci. Zrobi się straszny tłok i nie będziemy w stanie stąd wyjść.
— Masz rację — rzekł muszkieter. — Hola!... ho!... niech tu kto przyjdzie, mordioux!...
Napróżno jednak wołał, bił pięścią w spróchniały stół, aż kawały rozlatywały się na boki; nikt nie przychodził.
D‘Artagnan myślał właśnie osobiście poszukać gospodarza i zmusić go do skończenia interesu, gdy naraz furtka w parkanie, dotykającym do ogrodu, otworzyła sio, skrzypiąc niemiłosiernie na zardzewiałych zawiasach, i mężczyzna w ubraniu kawalerzysty wyszedł z ogrodu, trzymając w reku szpadę w pochwie. Minął podwórzec, rzuciwszy podejrzliwe spojrzenie na d‘Artagnana i jego towarzysza, i skierował się prosto do winiarni, wodząc dokoła oczami, jakby posiadał dar widzenia przez mury i przenikania do głębi sumienia ludzkiego.
— O!... — pomyślał d‘Artagnan — moja posiadłość ma komunikację... Pewnie to znów jakiś ciekawy dzisiejszej ceremonji...
W tej właśnie chwili krzyki pijących w górnych pokojach ucichły, jak na komendę. Cisza niespodziana w podobnych razach zwraca uwagę narówni z podwojonym hałasem.
D‘Artagnan zapragnął przekonać się, co znaczy to nagłe ustanie wrzawy.
Zobaczył, że mężczyzna w ubraniu kawalerzysty wszedł właśnie do głównej izby i przemawiał do zgromadzonych, którzy słuchali go z wielka uwagą.
D‘Artagnan słyszałby był może przemowę jego, gdyby nie odgłos wrzasków pospólstwa, stanowiący groźny akompanjament do wygłaszanej mowy.
Skończyła się ona niebawem, a wszyscy, będący w winiarni, poczęli grupować się w małe oddziały i wychodzić na ulicę.
Pozostało w pokoju sześciu tylko: jeden z nich, ten, który trzymał szpadę w ręku, pociągnął na bok gospodarza i starał się zająć go rozmową, podczas gdy reszta roznieciła wielki ogień na kominie, co było jakoś nienaturalnem ze względu u a pogodę i czas prawie upalny.
— To dziwne — rzekł d‘Artagnan do Raula — lecz przysiągłbym, że ci ludzie nie są mi obcy.
— Czy nie zdaje się panu — odezwał się Raul — że tu dym zalata?...
— Mnie się zdaje, że to więcej spiskiem pachnie — odparł d’Artagnan.
Jeszcze nie dokończył, gdy czterech ludzi weszło na podwórze i, nie zdradzając żadnych złych zamiarów, stanęło przy furtce, prowadzącej do ogrodu. Od czasu do czasu jednak spoglądali znacząco na d’Artagnana.
— Mordioux!... — szepnął d’Artagnan Raulowi — coś się święci. Czyś ty ciekawy, Raulu?...
— To zależy od okoliczności.
— Ja bo jestem ciekawy, jak stara baba. Wyjdźmy trochę i zobaczmy, jak plac wygląda. Grubo się założę, że się przedstawia ciekawie.
— Wiesz przecie, drogi kawalerze, że nie chcę być nieczynnym i obojętnym świadkiem wieszania tych dwóch biedaków.
— Cóż to myślisz, że ja jestem ludożercą?... Powrócimy tu przed egzekucją... Chodź...
Weszli do domu i umieścili się przy oknie, które, co było najdziwniejszem, pozostało niezajęte.
Dwóch tylko ludzi znajdowało się w tym pokoju, a ci, zamiast wyglądać oknem, podsycali ogień na kominie.
Zobaczywszy wchodzących, mruknęli do siebie:
— Oho!... pomoc!...
D‘Artagnan trącił łokciem Raula.
— Tak, moje zuchy, pomoc — powiedział. Mordieux!... przepyszny ogień... Kogóż to upiec zamierzacie?...
Zamiast odpowiedzi, roześmieli się jowialnie i dorzucili drzewa na ogień.
D‘Artagnan przypatrywał się badawczo.
— No, cóż — odezwał się jeden z palaczy — przysłano was, żeby nam oznajmić, kiedy mamy działać, wszak prawda?...
Bezwątpienia — rzekł d‘Artagnan, chcąc zbadać, co to znaczy. — Pocóż innego przyszlibyśmy tutaj?...
— Stańcie zatem przy oknie i patrzcie pilnie.
D‘Artagnan uśmiechnął się pod wąsem, skinął na Raula i stanął na czatach przy oknie.




ROZDZIAŁ XLIV.
NIECH ŻYJE COLBERT!

Plac Greve okropnie przedstawiał się w tej chwili.
Jak okiem sięgnąć, żywa fala głów ludzkich, kołysała się niby kłosy zboża na niwie.
Chwilami szum jakiś niewytłomaczony, hałas, dolatujący z oddali, chwiał głowami ludzkiemi i zapalał płomienie w tysiącach oczu.
Niekiedy znów odepchnięty tłum wzbierał, jak fale oceanu, i na podobieństwo przypływu, toczył bałwany od brzegów do środka, uderzając o zastęp łuczników, otaczających szubienicę.
Wtedy halabardnicy tłukli drzewcami po głowach i plecach zuchwałych; zdarzało się, że i żelazo było w robocie... wtedy pusta tworzyła się na chwilę dokoła straży przestrzeń.
Z wysokości swego obserwatorium, panującego nad placem, d‘Artagnan ujrzał z prawdziwą przyjemnością, że muszkieterowie i gwardziści w tłum zamięszani, wyśmienicie dawali sobie radę, za pomocą kułaków i rękojeści szabli. Zauważył nawet, iż udało im się, ze zręcznością i wprawą szeregowców, zgromadzić razem, i że oprócz kilkunastu zabłąkanych tu i owdzie, całą gromadą zajęli miejsce w bliskości okna.
Nietylko jednak na muszkieterów i gwardję d‘Artagnan zwracał uwagę. Dokoła szubienicy, a głównie przy wejściu pod arkady Ś-go Jana, burzył się tłum zajadły; fizjognomje zuchwałe, postawy odważne, odróżniały się pośród obojętnych widzów; zamieniano znaki, ściskano się za ręce.
D‘Artagnan zauważył, że w grupach najwięcej ożywionych, uwijał się mężczyzna, który wszedł był do winiarni furtką, komunikującą z ogrodem i który potem przemawiał do zebranych w izbie gościnnej. Mężczyzna ten organizował oddziały, cicho i tajemniczo wydawał rozkazy.
— Mordioux!... — mruknął d‘Artagnan — pamięć mnie nie zawiodła... ja znam tego człowieka... wszak to Menneville... Co on tu robi, u djabła?.
Szmer głuchy, wzmagający się stopniowo, przerwał mu i zwrócił uwago w inną stronę. Szmer ten spowodował ukazanie się delikwentów; silny oddział łuczników jechał przodem i mijał właśnie węgieł arkady.
Jeden wielki krzyk, na podobieństwo wycia szakali, podniósł się na placu.
D‘Artagnan spostrzegł, że Raul zbladł śmiertelnie; trącił go w ramię i spojrzał nań surowo.
Ludzie, podsycający ogień, słysząc wrzask, zapytali, co się tam dzieje?
— Skazani nadchodzą, — rzekł d‘Artagnan.
— Dobrze, — odpowiedzieli, rozdmuchując płomień w kominie.
D‘Artagnan patrzył na nich z niepokojem.
Nie ulegało wątpliwości, że podtrzymując taki ogień bez żadnej widocznej potrzeby, musieli mieć jakieś niedobre zamiary.
Skazani ukazali się na placu.
Szli piechotą; kat ich poprzedzał; pięćdziesięciu łuczników strzegło po bokach.
Obaj ubrani czarno, bladzi byli, lecz spokojni.
Wspinali się na palce i patrzyli ciekawie po przez tłumy.
D‘Artagnana zdziwiły ich poruszenia.
— Mordioux!... — powiedział, — a to im pilno zobaczyć szubienicę!...
Raul cofnął się, nie mając sił odejść od okna. Greve, jak przepaść, pociągała wzrok ku sobie.
— Na śmierć!... na śmierć!... — wrzeszczało pięćdziesiąt tysięcy głosów.
— Tak, niech giną!... przepadną!... — zawyła w odpowiedzi setka szaleńców.
— Na stryczek!... na stryczek!... — krzyczano jednocześnie — niech żyje król!...
— Nie!... nie!... precz z szubienicą!... — zawołała większość — niech żyje Colbert!...
— Patrzcie państwo!... — mruczał d‘Artagnan — to śmieszne doprawdy; byłem pewny, że to Colbert kazał ich powiesić.
W tej chwili masy się cofnęły i zatamowały na chwile pochód delikwentów. Ludzie o podstawach zuchwałych, których d‘Artagnan już widział, tłocząc się i pchając, zdołali nakoniec dotrzeć do szeregów łuczników. Orszak zaczął się posuwać. Nagle z okrzykiem: „Niech żyje Colbert!...“ ci, których d‘Artagnan śledził ciągle, rzucili się na eskortę.
Poza tymi ludźmi były tłumy. Pośród piekielnego hałasu nastało straszne zamieszanie. Już nie okrzyki zniecierpliwienia, ani radości, lecz słychać było jęki bolesne. Halabardy tłukły, szpady na wylot przeszywały, muszkieterzy dali ognia... Zamieszanie, wrzawa okrutna, pośród której d‘Artagnan nic już nie widział. W chaosie tym jednak widniała jakaś myśl przewodnia, Skazanych uwolniono z rąk zbrojnej eskorty i popychano ku budynkowi pod znakiem Panny Marji. Ci, co ich tam ciągnęli, wołali: niech żyje Colbert!... Lud wahał się, na czyją przychylić się stronę. Głównie to powstrzymywało masy, iż ci, co wszczęli awanturę z okrzykiem: „niech żyje Colbert...“ wołali obecnie: precz z powrozem!... precz z szubienicą!... na stos!... spalmy złodziei!... żywcem na ogień rabusiów!...
To wreszcie podnieciło ludność.
Przyszli wszakże, ażeby patrzeć na spełnienie kary, a oto nadarzała się sposobność, że sami mogą ją wymierzyć. Była to prawdziwa gratka dla tłumów.
To też w jednej chwili stanęli po stronie napastników, wołając znaczną większością:
— Tak, tak, na ogień podłych wyzyskiwaczy!... niech żyje Colbert!...
— Mordioux!... — krzyknął d‘Artagnan — to coś na serjo zakrawa.
Jeden z ludzi, siedzących przy kominie, podszedł z głównią w ręku.
— Oho!... — rzekł — zaczyna być gorąco.
Potem, zwracając się do towarzysza:
— Oto sygnał umówiony — i przytknął głownię płonącą do ściany.
Dom pod znakiem panny Marji stary był już bardzo i niewiele potrzebował, aby zająć się płomieniem.
W sekundę deski zatrzeszczały, ogień buchał, skry się posypały.
D‘Artagnan nic nie widział, ponieważ patrzył na plac przed siebie; naraz poczuł dym i gorąco pożaru.
— Hola!... — zawołał, odwracając się — czy tu się pali?... Czyście zwarjowali, czy wściekli się, moje zuchy?...
Obaj spojrzeli na niego zdziwieni.
— Jakto!... — zapytali — czyż nie tak było postanowione?...
— Ażeby puścić z dymem moją posiadłość?... — zawył d‘Artagnan, wyrywając głównie z ręki podpalacza i tłukąc nią o twarz jego.
Drugi pospieszył z pomocą, lecz Raul chwycił go wpół, uniósł w górę i oknem wyrzucił, podczas gdy d‘Artagnan swojego zepchnął ze schodów.
Widząc, że niema obawy pożaru, d‘Artagnan powrócił do okna.
Zamieszanie doszło do zenitu.
Krzyczano jednocześnie: pali się!... mordują!.. na stryczek!... na stos!... niech żyje Colbert! i niech żyje król!...
Skazani na śmierć, uwolnieni z rąk oprawców, coraz bliżej byli winiarni.
Menneville, na czele swej bandy, osłaniał ich, krzyczał, głośniej niż ktokolwiek:
— Gore!.. gore!... niech żyje Colbert!...
D‘Artagnan zrozumiał nareszcie.
Spalą winowajców, a dom jego stanie się stosem ofiarnym.
— Halt!... mości panowie!... — krzyknął, dobywając szpady i stając na oknie — Menneville, a ty tu co robisz?...
— Panie d‘Artagnan!... — zawołał tenże — przepuść nas!...
— Spalić!... spalić!... złoczyńców!.. niech żyje Colbert!... — wołano z dołu.
D‘Artagnan nie mógł już wytrzymać.
— Mordioux!... — zaklął, — jakto, upiec tych biedaków, skazanych na powieszenie jedynie?... to nikczemność!...
Przed drzwiami tymczasem gromada ciekawych zamykała dostęp do domu.
Menneville i jego pomocnicy wraz ze skazanymi byli już zaledwie o dziesięć kroków od wejścia.
Maneville uczynił ostatni wysiłek.
— Na bok!... na bok!... — wołał z pistoletem w ręku.
— Spalić!... spalić!... — powtarzały tłumy, — ogień pod znakiem Panny Marji, rzucimy w niego rabusiów.
Niema już wątpliwości, to na jego dom uwzięli się... D‘Artagnan przypomniał sobie dawne hasło, niezawodne, tyle razy przez niego używane.
— Do mnie, muszkieterowie!... odezwał się wielkim głosem... głosem, który panował nad hukiem armat i rykiem burzy morskiej; — do mnie, muszkieterowie!...
Zawisł na ręku u okna i spadł w środek tłumu, zaczynającego nieco ustępować z przed domu, z którego okien ludzie jak grad padali.
Raul podążył za przyjacielem.
Obaj dobyli szpady.
Ilu było mieszkańców na placu, wszyscy usłyszeli komendę i poznali d‘Artagnana.
— Do kapitana!... do kapitana!... rozległo się po placu.
Tłumy rozstąpiły się przed nimi, jak fale przed okrętem.
W tejże chwili d‘Artagnan i Menneville znaleźli się oko w oko.
— Na bok! na bok! — zawołał Menneville, widząc, że ręką prawie drzwi dostaje.
— Nie tędy, mości panie!... — rzekł d‘Artagnan.
— Masz. — odparł Menneville, mierząc prosto w twarz muszkietera.
Zanim jednak zdążył pociągnąć za cyngiel, d‘Artagnan podbił mu ramię rękojeścią szpady, a ostrzem na wylot go przebił.
— Mówiłem ci przecie, abyś siedział spokojnie i nie mieszał się do niczego, — rzekł do Mennevilla.
— Na bok!... na bok!... — wołali spiskowi, przejęci naprzód obawą, lecz teraz znacznie uspokojeni, widząc, że mają do czynienia tylko z dwoma.
A ci dwaj walczyli jak olbrzymi sturamienni, szpady migały w rękach, jak miecz ognisty w dłoni archanioła... Przeszywały końcem, uderzały płazem, cięły ostrzem. Każdy cios śmierć zadawał.
— Za króla!... — wołał d‘Artagnan każdemu, którego dosięgał, to jest, którego kładł trupem.
— Za króla!... — powtarzał Raul.
Okrzyk ten stał się hasłem muszkieterów, którzy wszyscy otoczyli d‘Artagnana.
Przez ten czas łucznicy ochłonęli z paniki, zajęli tył napastnikom i szli ścieśnionym szeregiem, tratując i miażdżąc, co napotkali.
Tłum, zobaczywszy błyszczące szpady i krew lejącą się strumieniami, począł pierzchać, a w popłochu przewracał się i dusił.
Nakoniec rozległy się krzyki rozpaczy i błagania o miłosierdzie, i to było ostatnie słowo zwyciężonych.
Łucznicy odbili napowrót skazanych.
D‘Artagnan przystąpił do nich, a widząc, bladych i ledwie żywych:
— Pocieszcie się, biedacy — powiedział, — nie będziecie wystawieni na męczarnie, jakie wam ci oto nędznicy gotowali. Król skazał was na powieszenie i to was tylko spotka.
— Hola!... na stryczek z nimi!...
Pod znakiem „Panny Marji“ ucichło zupełnie. W braku wody ogień zalano dwiema beczkami wina. Spiskowi przez ogród uniknęli.
Łucznicy ciągnęli skazanych ku szubienicy.
Cała sprawa od tej chwili poszła żwawo.
Wykonawca nie bawił się długo, nie zważał na przepisy, bez wielkich ceremonij powiesił delikwentów.
Otoczono d‘Artagnana, winszowano mu, wynoszono pod niebiosa odwagę i męstwo. On zaś ocierał czoło zlane potem, zakrwawioną szpadę, i wzruszał ramionami, patrząc na Mennevilla konającego u nóg jego. Podczas gdy Raul odwracał oczy, łzami litości zaszłe, stary muszkieter wskazał szubienicę, na której wisielcy bujali się, jak owoc dojrzały.
— Biedacy!... — rzekł — spodziewam się, że umierając, błogosławili mnie, albowiem wybawiłem ich z okropnego położenia.
Usłyszał te słowa Menneville, wijący się w śmiertelnych konwulsjach. Uśmiech gorzki i pełen ironji przebiegł mu po wargach. Chciał przemówić, lecz wysiłek przyspieszył ostatnią chwilę.
— O!.. jakież to wszystko okropne — mruknął Raul — odejdźmy, już panie d‘Artagnan.
— Możeś ty raniony?.. zapytał muszkieter.
— Nie, chwała Bogu.
— Otóż powiem ci, żeś zuch nie lada, mój Raulu. Posiadasz głowę ojca, a ramię Porthosa... O!... gdyby on był z nami, kochany Porthos, zobaczyłbyś, co potrafi...
Następnie, zapominając o tem, co go otaczało:
— Gdzie u djabła może być teraz, mój waleczny Porthos!.. — mruczał do siebie.
— Chodźmy już, kawalerze, chodźmy — nalegał Raul.
— Chwilkę tylko, młody przyjacielu, będę ci służył z ochotą tylko odbiorę moję trzydzieści siedem i pół pistola... Dom ten daje zanaczne dochody — dodał d‘Artagnan, wracając pod znak „Panny Marji“. — Powiem ci jednak otwarcie, Raulu, wolałbym, ażeby mniej przynosił, a znajdował się za to w innej dzielnicy Paryża.




ROZDZIAŁ XLV.
W JAKI SPOSÓB DJAMENT PANA D‘EMERYS, PRZESZEDŁ W RĘCE D‘ARTAGNANA.

Podczas gdy te wszystkie okropności działy się na placu Greve, gdy w jednej stronie ciała dwóch nieszczęśliwych bujały w powietrzu, a dołem krew lała się w zażartej walce, podczas tego mówimy, poza parkanem ogrodu kilkunastu zbrojnych podsadzało na koń jednego z pomiędzy siebie, poczem sami, jak stado ptaków spłoszonych, rozpierzchli się w różne strony, to przesadzając ogrodzenie, to z odwagą rozpaczy umykając wprost otwartą furtką.
Jeździec zaś spiął konia ostrogami, tak, że o mało biedne zwierzę murów nie przeskoczyło, i puścił się lotem błyskawicy przez plac Baudoyer, rozpychając, tratując tłumy, nie zważając na krzyki, groźby i przekleństwa. W dziesięć minut osadził konia przed drzwiami intendentury, bardziej jeszcze zadyszany, niż jego wierzchowiec.
Na odgłos kopyt końskich, rozlegający się po bruku, opat Fouquet ukazał się w oknie i zanim jeździec zdążył stanąć na ziemi:
— Hejże! Denicamp! Co słychać?.. — zawołał wychylając się oknem.
— Już po wszystkiem — brzmiała odpowiedź.
— Już po wszystkiem?.. — krzyknął opat — więc ocaleni?
— Nie, proszę pana, powieszeni.
— Powieszeni!.. — powtórzył opat, blednąc.
Drzwi boczne otwarły się gwałtownie i Fouquet wyjrzał, blady, zmieniony, z ustami, wykrzywionemi okrzykiem rozpaczy. Przystanął na progu i słuchał rozmowy, prowadzonej przy oknie.
— Nikczemni!.. — mówił opat — to tak walczyliście?
— Walczyliśmy jak lwy zażarte.
— Powiedz, jak tchórze.
— Panie!
— Stu ludzi zbrojnych w zasadzce znaczy tyle, co dziesięć tysięcy łuczników. Gdzie Menneville, ten śmiałek samochwał, który miał zwyciężyć lub zginąć?
— Panie, on dotrzymał słowa. Zginął!
— Nie żyje! kto go zabił?
— Szatan w ludzkiem ciele, olbrzym, zbrojny w dziesięć mieczów ognistych, szaleniec, który jednym zamachem ugasił pożar, stłumił rokosz i wywołał z pod ziemi stu muszkieterów.
Fouquet podniósł głowę do góry, zimny pot spływał mu z czoła.
— O! Lyodot i d‘Emerys nie żyją!.. wyszeptał — a jam shańbiony!
Opat odwrócił się i, spostrzegłszy brata, zsiniałego z bólu:
— Stało się — rzekł — takie widać było przeznaczenie; nie trzeba brać tego tak bardzo do serca. Ponieważ nie udało się nam, zatem sam Bóg...
— Milcz opacie!.. krzyknął Fouquet — twoja pociecha jest bluźnierstwem. — Zawołaj tego człowieka, każ mu przyjść i opowiedzieć szczegóły krwawego dramatu.
— Ależ bracie...
— Tak każe!.. — słyszysz, panie?
Opat skinął i za chwilą rozległy się kroki posłańca na schodach.
W tejże chwili ukazał się Gourville i stanął, jak anioł stróż, za ministrem. Położył palec na ustach, dla przypomnienia swemu panu, iż nie powinien się zdradzać, nawet pomimo wielkiej boleści. Fouquet odzyskał pozorny spokój.
Denicamp wszedł.
— Opowiadaj — rzekł Gourviile.
— Panie — zaczął posłaniec — otrzymaliśmy rozkaz porwania więźniów i wołania przytem: „Niech żyje Colbert!“.
— Ażeby żywcem ich spalić, wszak prawda, opacie?.. — przerwał Gourville.
— Taki rozkaz dostał Menneville. Wiedział on jak ma działać, lecz został zabitym...
Wiadomość ta, zamiast zasmucić, uspokoiła Gourvilla.
— Żeby ich żywcem spalić?.. — odrzekł posłaniec, jakgdyby wątpił, że ten rozkaz na serjo był wydany.
— Ależ tak, nieinaczej — podjął opat surowo.
— Wierzy, panie, wierzę — ciągnął Denicamp starając się wyczytać z twarzy pytających, co rzeczywiście ma opowiadać, ażeby im dogodzić.
— Mów dalej — rzekł Gourville.
— Osądzeni, według rozkazu, mieli być przyprowadzeni na plac Greve, a podniecony lud chciał ich spalić, zamiast dopuścić do szubienicy.
— Lud miał swoje powody — rzekł opat — mów dalej.
— Otóż w chwili, gdy rozpędziliśmy łuczników, w chwili, gdy ogień wszczął się w jednym z domów, położonych przy placu, a przeznaczonych na stos dla winowajców, szaleniec jakiś, szatan, ten właśnie olbrzym, o którym wspominałem, a który podobno jest właścicielem domu, wespół z młodym rycerzem wyrzucił oknem tych, co utrzymywali ogień, przywołał na pomoc muszkieterów, znajdujących się na placu, skoczył z piętra na dół i zaczął wywijać szablą w ten sposób, że zwycięstwo zostało przy łucznikach, więźniowie odebrani, a Menneyille zabity. W kilka minut potem skazańcy już wisieli na szubienicy.
Fouquet, pomimo panowania nad sobą, wydał jęk cichy.
— Jak się nazywa ten właściciel domu?... — zapytał opat.
— Nie mogę tego powiedzieć, bom go nie widział; kazali mi stać w ogrodzie, i nie ruszałem się z miejsca; opowiadano mi tylko. Polecono mi po skończeniu wszystkiego, jak najprędzej siąść na koń i donieść panu, jaki obrót rzeczy wzięły. Według rozkazu, ruszyłem z kopyta i jestem tutaj.
— Dobrześ się sprawił, nie potrzebujemy nic więcej wiedzieć — rzekł opat, coraz bardziej przybity na myśl, co powie bratu, gdy zostaną sami.
— Czyś pan zapłacony?... — zapytał Gourville.
— Dostałem coś na zadatek, proszę pana — odpowiedział Denicamp.
— Oto dwadzieścia pistolów, weź pan, i pamiętaj bronić zawsze, jak było teraz, prawdziwych interesów króla.
— Tak, panie, nie zapomnę, — rzekł Denicamp z ukłonem, chowając pieniądze do kieszeni.
Poczem opuścił pokój. Zaledwie wyszedł, gdy Fouquet, dotąd nieruchomy, posunął się szybko i stanął pomiędzy opatem i Gourvillem.
Oba mieli zamiar razem się odezwać.
— Nie chcę tłomaczenia!... — powiedział — nie obwiniam nikogo. Gdybym nie był fałszywym przyjacielem, nie powierzyłbym nikomu obrony Lyodota i d‘Emerysa. Ja sam jestem winien, mnie zatem należą się wymówki... Odejdź, opacie, zostaw mnie samego.
— A jednak, bracie, — odparł opat — nie przeszkodzisz mi odnaleźć nędznika, zostającego w usługach Colberta, który zniszczył plan, tak dobrze przez nas osnuty; przyznaję bowiem, że dobrze jest kochać mocno przyjaciół swoich, lecz przypuszczam także, iż źle jest nie ścigać zawzięcie wrogów.
— Dosyć tego, opacie, odejdź już, i proszę siedź cicho, dopóki cię nie przywołam; zdaje mi się, iż potrzebujesz teraz być bardzo spokojnym i przezornym. Miałeś straszny przykład dzisiaj. Zabraniam wszelkich kroków zaczepnych.
— Żaden rozkaz na świecie — mruczał opat — nie przeszkodzi mi pomścić wstydu, zadanego mojej rodzinie.
— A ja!... — krzyknął Fouquet takim głosem, iż czuć było, że niema na to odpowiedzi — jeżeli najmniejszy krok uczynisz przeciw mojej woli, każę cię wpakować do Bastylji, zanim będziesz miał czas opamiętać się... Stosuj swe czynności do tego, co słyszysz, opacie.
Opat skłonił się czerwony i pomięszany.
Fouquet skinął na Gourvilla, ażeby szedł za nim i już skierował się do gabinetu, kiedy właśnie pokojowiec oznajmił głosem doniosłym:
— Kawaler d‘Artagnan.
— Kto to taki?... — rzekł obojętnie Fouquet.
— Były porucznik muszkieterów Jego Królewskiej Mości — odparł równie obojętnie Gourville.
Fouquet nie zwracał na to uwagi i zaczął znów chodzić po pokoju.
— Wybacz, łaskawy panie!... — rzekł wtedy Gourville — przyszło mi na myśl, że ten człowiek opuścił służbę królewską i prawdopodobnie przychodzi odebrać swoją pensję.
— Pocóż, u djabła, taką złą chwilę wybrał!... — rzekł Fouquet.
— Pozwól, panie, powiedzieć mu o tem, że dziś nie dostanie pieniędzy; znam go bowiem, i wiem, że to jest człowiek, którego w obecnych okolicznościach lepiej mieć po swej stronie, niż przeciw sobie.
— Powiedz mu, co ci się podoba — odparł Fouquet.
— Cóż, u Boga!... — odezwał się opat, zawzięty, — powiedz mu bez ceremonij, że przedewszystkiem dla muszkieterów niema pieniędzy.
Jeszcze opat nie domówił tych niebacznych słów, gdy drzwi uchylone rozwarły się i ukazał się d‘Artagnan.
— E!... panie Fouquet — przemówił — wiedziałem dobrze, że dla muszkieterów niema pieniędzy, to toż przychodzę nie dlatego, żebyście mi wypłacili, ale dla tego, ażebyście odmówili. Ponieważ to się już stało, więc adieu, bądźcie zdrowi... pójdę prosto do pana Colberta po wypłatę należności.
Skłonił się i wyszedł.
— Gourville — rzekł Fouquet — biegnij za nim i sprowadź go napowrót.
Gourville dopędził d‘Artagnana na schodach.
D‘Artagnan, usłyszawszy kroki za sobą, odwrócił się i spostrzegł Gourvilla.
— Mordioux!... kochany panie — rzekł — dziwne obyczaje mają wasi urzędnicy skarbowi; przychodzę do pana Fouqueta, ażeby odebrać sumę, przekazaną mi przez Najjaśniejszego Pana, a tu przyjmują mnie jak żebraka, proszącego o jałmużnę, lub jak złodzieja, mającego zamiar przywłaszczyć sobie coś ze sreber pana ministra.
— Lecz, kochany panie d‘Artagnan, wymieniłeś pana Colberta i powiedziałeś nawet, że do niego idziesz?...
— I z pewnością pójdę, chociażby dlatego, aby żądać ukarania ludzi, którzy chcieli mój dom spalić, wołając: „Niech żyje Colbert!“...
Gourville nadstawił uszu.
— Aha!... — powiedział — czy o tem pan wspomina, co się na Greve stało?...
— O tem właśnie.
— W czemże to pana dotyczy?...
— Jakto!... pytasz pan, co mnie obchodzi, że pan Colbert chciał zrobić stos z mojego domu?...
— Więc to pański dom chciano podpalić...
— Tak, na Boga!...
— To winiarnia pod znakiem „Panny Marji“ do pana należy?...
— Od tygodnia.
— A!... to pan jest tym dzielnym kapitanem, tą waleczna szpadą, która rozpędziła tych, co chcieli spalić skazańców?...
— Kochany panie Gourville, postaw się na mojem miejscu: jestem urzędnikiem porządku publicznego i właścicielem zarazem. Moim obowiązkiem, jako kapitana, jest pilnować wykonania rozkazów królewskich. Jako właściciel, nie mogę pozwolić, aby dom mój spalono. Byłem zatem obrońcą prawa i własnego interesu, oddając panów Lyodot i d‘Emerys w ręce łuczników.
— Więc to pan wyrzuciłeś oknem człowieka?...
— Ja sam — odparł d‘Artagnan skromnie.
— Pan zabiłeś Mennevilla?...
— Byłem tym nieszczęśliwym — rzekł d‘Artagnan z ukłonem.
— To pan wreszcie sprawiłaś, że powieszono skazanych?...
— Tak, panie, przeze mnie ich nie upieczono, i szczycę się tem. Wybawiłem tych biedaków od strasznych męczarni. Pojmujesz, kochany panie Gourville, że chciano ich żywcem spalić?... To przechodzi, doprawdy, wszelkie wyobrażenie...
— Idź już, kochany panie d‘Artagnan — rzekł Gourvillet, chcąc oszczędzić Fouquetowi widoku człowieka, który mu tak; wielka boleść sprawił.
— Nie, nie — odezwał się minister, który słyszał całą rozmowę z przedpokoju — przeciwnie, panie d‘Artagnan, proszę, wróć się.
D‘Artagnan otarł rękojeść szpady, na której były jeszcze krwawe ślady i powrócił.
Wtedy znalazł się wobec trzech ludzi, o zupełnie różnym wyrazie twarzy: u księdza złość się malowała, u Gourvilla martwota, u Fouqueta przygnębienie.
— Wybacz, panie ministrze — odezwał się d‘Artagnan — lecz czas mój jest policzony, muszę jeszcze być w intendenturze, rozmówić się z panem Colbertem i odebrać, co mi się należy.
— Tutaj także znajdziesz pieniądze — rzekł Fouquet.
D‘Artagnan patrzył na ministra skarbu ze zdziwieniem.
— Odpowiedziano ci lekkomyślnie, wiem o tem, słyszałem — mówił Fouquet — człowiek, jak pan zasłużony, powinien być znanym powszechnie.
D‘Artagnan skłonił się.
— Masz pan kwit królewski?... — dodał Fouquet.
— Tak, panie.
— Daj pan, sam panu zapłacę; proszę pójść za mną.
Skinął na opata i Gourvilla, aby pozostali, i zaprowadził d‘Artagnana do swego gabinetu.
— Ile panu winien jestem?... — zapytał.
— Coś około pięciu tysięcy liwrów, panie łaskawy.
— Za żołd zaległy?...
— To kwartalna należność.
— Pięć tysięcy liwrów na kwartał!... — rzekł Fouquet, przeszywając wzrokiem muszkietera — więc to dwadzieścia tysięcy rocznie pensji król panu daje?...
— Tak, dwadzieścia tysięcy liwrów; czy sądzisz, panie ministrze skarbu, że to za wiele?...
— Ja?... — zawołał Fouquet, uśmiechając się gorzko. — O!... gdybym się był umiał poznać na ludziach; gdybym, zamiast być lekkim, próżnym i nieopatrznym, był roztropnym i zastanawiającym się nad przyszłością; gdybym, jednem słowem, umiał, jak potrafią inni, urządzić sobie życie, nie dwadzieścia tysięcy liwrów pobierałbyś pan rocznie, lecz sto tysięcy, i nie należałbyś do króla, lecz do mnie!...
D‘Artagnan poczerwieniał lekko.
W sposobie oddawania pochwał, w głosie tego, co je wygłasza, znajduje się zawsze słodka trucizna, która i najsilniejszym zawraca niekiedy głowy.
Minister zakończył przemowę otworzeniem szufladki, z której wyjął cztery rulony i położył przed d‘Artagnanem.
Gaskończyk jeden z nich rozwinął.
— Złoto?... — powiedział.
— Mniej pana obciąży.
— Lecz tu jest dwadzieścia tysięcy liwrów?...
— Bezwątpienia.
— A mnie się pięć tylko należy.
— Pragnę panu oszczędzić fatygi czterokrotnego przychodzenia do intendentury..
— Panie, tyle łaski...
— Spełniam tylko powinność moją, panie kawalerze, i mam nadzieję, że zapomnisz o tem, jak cie mój brat przyjął. Trzeba mu wybaczyć, zgorzkniały jest i pełen fantazyj...
— Panie — przerwał d‘Artagnan — nic mnie nie jest w stanie tak zmartwić, jak tłomaczenie się jego...
— To też przestaje i ograniczę się prośbą, abyś mi jednę łaskę uczynił.
— O!... panie.
Fouquet zdjął z palca djament, wartości najmniej tysiąca pistolów.
— Oto — rzekł — klejnot ten dostałem od przyjaciela z lat dziecięcych, od człowieka, któremu wyświadczyłeś wielką przysługę.
Głos Fouqueta stłumiło wzruszenie.
— Ja?... oddałem przysługę jednemu z pańskich przyjaciół?... — rzekł muszkieter.
— Niepodobna, żebyś pan nie pamiętał, gdyż to było dziś właśnie.
— Jakże on się nazywał.
— D‘Emerys.
— Jeden ze skazanych?...
— Tak, jedna z ofiar nieszczęśliwych. Otóż panie d‘Artagnan, w nagrodę usługi, jakąś mu wyświadczył, proszę cię, przyjmij ten oto djament. Zrób to przez miłość dla mnie.
— Panie...
— Przyjmij, mówię ci... dzień dzisiejszy jest dla mnie dniem żałoby, później, kiedyś, może się dowiesz dlaczego... dzisiaj straciłem przyjaciela, otóż próbuję znaleźć innego...
— Ale, panie Fouquet...
— Adieu, panie d‘Artagnan, żegnam — zawołał Fouquet — albo lepiej do widzenia...
Minister wyszedł z gabinetu, pozostawiając w rękach muszkietera pierścień i dwadzieścia tysięcy liwrów.
— O!... — rzekł d‘Artagnan, po chwili smutnych rozmyślań — czyżbym zrozumiał, co to znaczy?... Mordioux, jeżeli prawdą jest, co myślę, toż to zacny człowiek z pana Fouqueta!... Pójdę teraz do pana Colberta, niech mi to wszystko wytłomaczy.




ROZDZIAŁ XLVI.
JAKĄ RÓŻNICĘ ZNALAZŁ D‘ARTAGNAN POMIĘDZY INTENDENTEM A PANEM MINISTREM SKARBU.

Pan Colbert zajmował dom przy ulicy Małych-Pól, który należał przedtem do Bautru.
W kwadrans niespełna d‘Artagnan był już u nowego faworyta.
Podwórze zalegały tłumy łuczników i policjantów, przybyłych złożyć powinszowania lub usprawiedliwić swe postępowanie, stosownie do tego, co lepiej przypadać będzie do gustu panu intendentowi.
Pochlebstwo leży w charakterze ludzi niskiego stanowiska; jest ono ich zmysłem wrodzonym.
Pojęli oni odrazu, iż zrobią przyjemność panu Colbertowi, zdając mu sprawę, w jaki sposób imię jego powtarzane było podczas zaburzeń na placu Greve.
D‘Artagnan ukazał się właśnie w chwili, gdy dowódca straży zdawał raport i stanął przy drzwiach poza łucznikami.
— Jeżeli życzeniem pańskiem było — mówił — aby lud sam wymierzył sprawiedliwość dwom zdrajcom, najstosowniej byłoby zawiadomić nas o tem, albowiem, pomimo obawy nagany, lub pokrzyżowania zamiarów jego, musieliśmy wykonać dany rozkaz.
— Głupcze jakiś!... — odparł Colbert, wstrząsając gęstą czuprynę — co ty mi opowiadasz? — Jakto! ja miałbym zamiar wywołać zaburzenie? Czyś zwarjował, alboś się upił?
— Proszę pana... wszak wołano: „Niech żyje Colbert!..“ — odpowiedział zmieszany oficer.
— Cóż to znaczy, jakaś garstka spiskowców...
— Nie, nie, lud, cała masa!
— Doprawdy!... — rzekł Colbert rozjaśniony — lud cały wołał: „Niech żyje Colbert!“ Czy jesteś pewnym tego, co mówisz, mój panie?...
— A jakże, potrzeba było tylko słuchać a raczej zatkać uszy, tak straszliwie wrzeszczano.
— I to był lud... prawdziwy lud?...
— Tak jest, proszę pana; tylko, że ten lud rozbił nas zupełnie.
— O! to doskonale — ciągnął Colbert, odpowiadając swoim myślom. — Przypuszczam zatem, że to lud sam z siebie chciał spalić skazanych?
— Ależ tak, panie.
— To co innego... Spodziewam się, stawialiście dzielny opór?
— Trzech mamy zabitych, proszę pana.
— Lecz wy przynajmniej nie zabiliście nikogo?
— Zostało tam na placu kilku buntowników, a miedzy innymi jeden jakiś porządniejszy człowiek.
— Któż taki?
— Niejaki Menneville, na którego policja oddawna już miała zwrócone oczy.
— Menneville!... — zawołał Colbert — ten co na ulicy Hachette zabił porządnego obywatela, domagającego się tłustego kurczęcia?
— Ten sam, panie.
— I Menneville krzyczał także: „Niech żyje Colbert“.
— Głośniej jak wszyscy!... jak wściekły...
Zachmurzył się Colbert. Blask dumy, oświecający jego twarz, zagasł jak światełko robaczka świętojańskiego, zdeptanego w trawie.
— Cóż opowiadałeś zatem — zaczął Colbert rozczarowany — że inicjatywa od ludu wyszła? Menneville był moim wrogiem, gdybym go był dostał w ręce, byłby wisiał z pewnością; wiedział on o tem doskonale; Menneville oddany był opatowi Fouquet... Wszystko to jest, dziełem ministra skarbu; wiadomo przecie, że skazani byli jego przyjaciółmi z lat dziecięcych?
— To prawda — pomyślał d‘Artagnan — teraz zaczynam rozumieć... Niech co chcą mówią, ja swoje powiem, że pan Fouquet jest zacnym człowiekiem.
— Czy pewni jesteście, że Menneville nie żyje?.. — mówił Colbert.
D‘Artagnan osądził, że przyszła pora odezwać się.
— Jak najpewniejsi, panie — odpowiedział, podchodząc.
— O! to pan?... — rzekł Colbert.
— We własnej osobie — odpowiedział muszkieter zwykłym swobodnym tonem — pokazuje się, że miałeś pan w Mennevillu wroga, co się nazywa.
— Mylisz się, mój panie, to nie ja, lecz król miał w nim wroga — odpowiedział Colbert.
— Bydlę!... pomyślał d‘Artagnan — bawi się w hypokryzję ze mną... Otóż — dodał głośno — cieszę się bardzo, żem oddał prawdziwą usługę królowi: czy będziesz pan łaskaw zawiadomić o tem Najjaśniejszego Pana, mości intendencie?
— Cóż to za polecenie mi dajesz? uważaj pan na to, co mówisz — odparł Colbert głosem cierpkim i nieprzychylnym.
— Żadnego polecenia nie daję i o nic nie proszę — mówił d‘Artagnan ze spokojem prawdziwego szydercy. — Sądziłem, iż nic łatwiejszego, jak powiedzieć królowi, że to ja, znalazłszy się trafem, wymierzyłem sprawiedliwość Mennevillowi i doprowadziłem wszystko do porządku.
Colbert spojrzał pytająco na dowódcę straży.
— O! to najprawdziwsza prawda — rzekł tenże — ten pan był naszym wybawcą.
— Czemużeś pan od razu nie powiedział z czem przychodzisz? — mówił Colbert z ironją — wszystkoby się było wyjaśniło, z korzyścią dla pana więcej, niż dla kogo innego.
— Jesteś w błędzie, panie intendencie, nie przyszedłem wcale, aby ci cośkolwiek opowiadać.
— Zawsze to czyn waleczny, mój panie.
— O!... rzekł muszkieter niedbale, — zanadto jestem przyzwyczajony do tego, aby miało to na mnie robić wrażenie.
— Czemuż mam zawdzięczać zaszczyt pańskich odwiedzin?
— Najprostsza rzecz w świecie: rozkaz królewski.
— A!... — rzekł Colbert, odzyskując pewność siebie, ponieważ zobaczył, że d‘Artagnan wyjmuje papier z kieszeni — zapewne z żądaniem pieniędzy?
— Tak właśnie, panie intendencie.
— Chciej pan zaczekać, proszę cię: w tej chwili zajęty jestem raportem dowódcy straży.
D‘Artagnan wykręcił się impertynencko, potem stanął wprost Colberta i oddał ukłon, jakiegoby mu arlekin pozazdrościł; następnie powtórzył ruch pierwszy i zmierzał ku drzwiom krokiem elastycznym.
Colbert nie mógł pojąć takiego zuchwalstwa i lekceważenia, przyzwyczajony był bowiem, że panowie wojskowi tak zawsze potrzebowali pieniędzy, iż gdy przyszli po pensje, choćby im nogi wrosły w marmur posadzki, stali i czekali cierpliwie.
Czyżby d‘Artagnan poszedł stąd prosto do króla?.. miałżeby skarżyć się na złe przyjęcie, lub opowiedzieć o dokonanych czynach?... Było nad czem pomyśleć...
W każdym razie złą wybrał chwilę do odprawienia z niczem d‘Artagnana, czy to przychodził on z polecenia monarchy, czy z własnego natchnienia. Za wiele zasług położył waleczny muszkieter i zanadto świeże były te zasługi, aby mogły zostać puszczone w niepamięć.
To też Colbert osądził, iż stosowniej uczyni, gdy spuści z tonu i przywoła napowrót d‘Artagnana.
— Hola!... panie d‘Artagnanie — zawołał — jakto!.. w taki sposób ze mną się rozstajesz?...
— Czemu nie?... — rzekł spokojnie; — nie mamy już sobie nic do powiedzenia, wszak prawda?...
— Masz pan przecie odebrać pieniądze, ponieważ posiadasz polecenie królewskie na wypłatę.
— Ja, wcale nie, kochany panie Colbert.
— Masz podobno kwit?... Tak samo, jak pan oddajesz szpadę swoją na usługi monarchy, gdy tego od ciebie zażąda, tak ja też wypłacam, za okazaniem mi rozkazu królewskiego. Proszę mi go pokazać...
— Niema potrzeby, kochany panie Colbert, — rzekł d‘Artagnan, rad w duszy, że pomieszał szyki Colbertowi; — ten czek już zapłacony.
— Zapłacony!... — przez kogo?...
— Przez pana ministra skarbu.
Colbert zbladł widocznie.
— Proszę się wytłomaczyć — odezwał się stłumionym głosem — jeżeliś pan odebrał należność, pocóż mi kwit pokazujesz?...
— W następstwie rozkazu królewskiego, o jakim przed chwilą tak szeroko rozprawiałeś, kochany panie Colbert; król polecił mi, abym odebrał czwartą cześć pensji, którą mi łaskawie wyznaczył.
— Ode mnie?... rzekł Colbert.
— Niekoniecznie. Oto są słowa królewskie: „Udaj się do pana Fouquet; może minister skarbu nie będzie miał pieniędzy, wtedy idź do Colberta“.
Rozjaśniła się na chwilę twarz Colberta; taką już miał nieszczęśliwą fizjognomję, jak niebo przed burzą, to jasna, to zachmurzoną, stosownie do tego, czy błyskawica zajaśniała, czy obłok ją zasłonił.
— Więc... pan minister skarbu posiadał pieniądze?... — zapytał.
— Naturalnie, i to dużo pieniędzy — odrzekł d‘Artagnan; — a najlepszym tego dowodem, iż zamiast dać mi pięć tysięcy liwrów, jako czwartą część rocznej pensji...
— Czwartą część!... pięć tysięcy!... — zawołał Colbert, zdziwiony równie jak i Fouquet wielkością sumy, przeznaczonej na opłacenie służby żołnierza — to znaczy, że pan pobierasz dwadzieścia tysięcy pensji?...
— Rzeczywiście panie Colbert, do licha!... rachujesz pan, jak Pitagores; tak, tak, dwadzieścia tysięcy.
— Dziesięć razy tyle, ile wynosi pensja intendenta skarbu; można panu powinszować — rzekł Colbert z gorzkim uśmiechem.
O!... — rzekł d‘Artagnan, — król przepraszał mnie, że daje tak mało; to też obiecał dodać, jak będzie bogatszy; lecz muszę dokończyć, bo mi pilno...
— I pomimo wątpliwości króla, minister skarbu wypłacił?
— Tak samo, jak pomimo zapewnienia monarchy, pan odmówiłeś wypłaty.
— Nie odmówiłem przecie, prosiłem tylko, żebyś pan zaczekał... Powiadasz zatem, że pan Fouquet dał ci pięć tysięcy liwrów?...
— Tak samo, jakbyś pan był zrobił... Tylko że on trochę lepiej postąpił, kochany panie.
— Cóż on zrobił?...
— Wyliczył mi bardzo grzecznie okrągłą sumę, dodając, że dla króla skarb jest zawsze pełny.
— Okrągłą sumę!... Pan Fouquet wyliczył panu dwadzieścia tysięcy, zamiast pięciu?...
— Tak, panie.
— Z jakiego powodu?...
— Aby mi oszczędzić odwiedzin w kasie intendentury; to też mam tu w kieszeni dwadzieścia tysięcy nowiuteńkiem złotem, widzisz pan zatem, że mogę odejść, że nie potrzebuje pańskiej łaski i że wstąpiłem dla formy jedynie.
D‘artagnan, śmiejąc się, uderzał po kieszeni, pokazując Colbertowi trzydzieści dwa pyszne zęby, olśniewającej białości, które zdawały się wyrażać: „Dajcie nam trzydziestu dwóch intendentów, schrupiemy ich z ochotą“.
Colbert nie przeląkł się trzydziestu dwóch ostrych zębów; wyprostował się i zaczął:
— Pan minister skarbu nie miał prawa tak uczynić.
— Co pan mówisz?... — zapytał d‘Artagnan.
— Mówię, że pański czek... Czy zechcesz mi go pan pokazać?
— Z ochotą... oto jest.
Colbert porwał tak śpiesznie podany papier, że muszkieter zaniepokoił się, a przedewszystkiem żałował, że go oddał.
— Otóż, mój panie, zlecenie królewskie zawiera, co następuje:
„Na okaziciela; rozkazuję wypłacić panu d‘Artagnanowi sumę pięć tysięcy liwrów, stanowiącą czwartą część pensji, jaką mu przeznaczyłem“.
— Tak jest napisane — rzekł d‘Artagnan, udając spokój.
— Zatem król winien był panu tylko pięć tysięcy liwrów; dlaczegóż dano panu więcej?...
— Dlatego, że posiadano więcej i że chciano dać mi więcej; nikomu nic do tego.
— Bardzo naturalnie — rzekł Colbert z dumą — że pan nie masz pojęcia o rachunkowości, lecz, mój panie, jak postępujesz, gdy masz tysiąc liwrów do zapłacenia?...
— Nigdy jeszcze nie byłem w takiem położeniu — odparł d‘Artagnan.
— Dajmy na to... — zawołał Colbert, unosząc się — dajmy na to, mówię, że pan masz dług, wszak płacisz jedynie tyle, coś winien?...
— Dowodzi to jednej tylko rzeczy — rzekł d‘Artagnan — że pan masz swoje osobiste przekonania o rachunkowości, a pan Fouquet znów swoje...
— Moje przekonania są właściwe.
— Nie przeczę...
— A pan otrzymałeś to, co ci się nie należało.
Błyskawica zaświeciła w oczach d‘Artagnana.
— Co mi się jeszcze nie należało, chciałeś pan powiedzieć, bo gdybym był wziął, co mi się nie należy, równałoby się to kradzieży.
Colbert puścił te słowa mimo uszu.
— Zatem piętnaście tysięcy liwrów winien pan jesteś do kasy — powiedział, uniesiony chciwością.
— To mi pan zakredytujesz w takim razie — odpowiedział d‘Artagnan, z niezamąconą ironją.
— Wcale nie, mój panie.
— Dobryś!... jakżeż to będzie?... Odbierasz moje trzy rulony?... pan mi je odbierzesz?...
— Zwrócisz je pan do mojej kasy.
— Ja?... o!... panie Colbert, nie licz na to.
— Król potrzebuje swoich, pieniędzy, mój panie.
— A ja potrzebuje pieniędzy królewskich.
— Wierzę, lecz pan je zwrócisz...
— Ani myślę. Słyszałem zawsze, że, co się tyczy rachunkowości, jak pan powiadasz, dobry kasjer nie odbiera nigdy tego, co daje.
— Kiedy tak, mój panie, zobaczymy, co o tem powie król, któremu pokażę czek, na dowód, że Fouquet nietylko płaci, co się nie należy, lecz nawet nie odbiera kwitów.
— Rozumiem teraz — zawołał d‘Artagnan — dlaczegoś pan tak chciwie porwał ten papier!...
— Zobaczysz później, jaki on będzie użyteczny — odpowiedział Colbert, podnosząc papier do góry.
— O!... — krzyknął d‘Artagnan, chwytając zręcznie czek — rozumiem doskonale, panie Colbert, nie potrzebuję wcale na to czekać...
Schował do kieszeni papier, w locie złapany.
— Panie, panie!... — wołał Colbert — dopuszczasz się gwałtu...
— Daj pan spokój!... czyż warto zważać na maniery żołnierza?... — odparł muszkieter — żegnam pana i całuję serdecznie, najdroższy panie Colbert.
Wykręcił się na pięcie i wyszedł, śmiejąc się w nos przyszłemu ministrowi.
— Ten człowiek będzie mnie uwielbiał, — mruczał do siebie — szkoda wielka, że muszę mu trochę krwi napsuć.




ROZDZIAŁ XLVII.
OSTATNIE PRZYGOTOWANIA.

Dla człowieka wytrawnego, jakim był d.Artagnan, który tyle niebezpiecznych chwil w życiu liczył, zajście obecne z Colbertem komicznem było jedynie.
D‘Artagnan zatem pozwolił sobie śmiać się z pana intendenta, począwszy od ulicy Małych-Pól, aż do ulicy Lombardów.
Spory to kawał drogi. D‘Artagnan miał czas na wybuchy wesołości. Śmiał się jeszcze, gdy Planchet ukazał się na progu swego sklepu, także się śmiejący.
Planchet bowiem, od powrotu swego pana, od czasu zdobycia gwinej angielskich, większą cześć życia spędzał na tem, co d‘Artagnan robił teraz, idąc od ulicy Małych-pól do ulicy Lombardów.
— Przybywasz nareszcie, drogi mój panie, — zawołał Planchet.
— Tak, mój przyjacielu — odrzekł muszkieter — lecz odjeżdżam zaraz, to jest chcę mówić, zjem kolację, położę się, prześpię pięć godzin, a o świcie siadam na koń... Czy mój wierzchowiec dostał podwójną porcję?...
— O!... najdroższy panie, wiesz przecie, że wierzchowiec twój jest ulubieńcem wszystkich domowników; chłopcy moi całują go i pieszczą od rana do wieczora, pasą cukrem, orzechami i przeróżnemi przysmakami. Pytasz pan, czy dostał swoją porcję owsa?... zapytaj lepiej, czy nie pękł z przejedzenia.
— Dobrze, Planchecie, dobrze. Przejdźmy teraz do mojej osoby. Jest kolacja?...
— Gotowa: gorąca pieczeń i białe wino, na deser nowalja, wiśnie świeże, drogi panie.
— Poczciwy z ciebie chłopak, Planchecie: jedzmy zatem, a potem do łóżka.
D‘Artagnan zauważył, że podczas kolacji Planchet często pocierał czoło, jakby chciał dopomóc sformułowaniu się jakiejś myśli, uwiezionej w jego ciasnym mózgu.
D‘Artagnan patrzył życzliwie na zacnego towarzysza dawnych swoich losów i, trącając się z nim szklanką:
— Przyjacielu Planchecie — rzekł — chcesz mi coś powiedzieć, a nie śmiesz! mordioux!... mów otwarcie, a prędko.
— Zdaje mi się oto, że pan znowu wyjeżdżasz na jakąś wyprawę — rzekł Planchet.
— Nie przeczę.
— W takim razie masz pan coś na myśli?...
— Bardzo być może.
— A czy możnaby znowu jakiś kapitalik zaryzykować?... Ja na pańskie słowo daję pięćdziesiąt tysięcy liwrów... pan je pomnożysz...
Mówiąc to, Planchet zacierał ręce, ciesząc się naprzód spodziewanym zyskiem.
— Planchecie, — odparł d‘Artagnan, — zachodzi jedna tylko, lecz ważna przeszkoda.
— Jaka?
— Pomysł nie jest moim... Korzystać z niego nie mogę.
Słowa te wydarły ciężkie westchnienie z piersi Plancheta.
Planchet zakosztował łatwego zarobku, nie mógł się zatem powstrzymać od pragnienia coraz więcej, lecz że, pomimo chciwości, posiadał dobre serce, a d‘Artagnana uwielbiał, nie zmienił się dla niego i pozostał jak zawsze sługą i wiernym przyjacielem.
Miał wielką ochotę zgłębić tajemnicę, jaką pan jego tak dobrze ukrywał, nie pomogły jednak podejścia, przemilczenia ani delikatne zapytania, d‘Artagnan pod tym względem twardy był jak kamień.
Tak minął wieczór.
Po kolacji d‘Artagnan zajął się układaniem rzeczy, poszedł do stajni, głaskał i pieścił konia, opatrzył mu nogi i podkowy, a powróciwszy, przerachował pieniądze i rzucił się na posłanie.
Rozwidniło się. Jutrzenka obrzuciła ulicę Lombardów snopem różowych promieni i d‘Artagnan wstał z łóżka, świeży jak poranek majowy.
Nie zbudził nikogo, wziął pod pachę tłomoczek, zszedł lekko ze schodów, nie przerywając dźwięcznego chrapania, rozlegającego się od strychu aż do piwnic.
Osiodłał konia, zamknął za sobą stajnię, sklep Plancheta, skoczył na siodło i ruszył wolnym krokiem na wyprawę do Bretanji.
Dobrze zrobił, nie rozbierając w wilję wszystkich spraw politycznych, dyplomatycznych, które mu w głowie siedziały; świeżość poranku rozjaśniła myśli, a to, co ciemne było wczoraj, dziś wydało się jasnem i łatwem do odgadnięcia.
Nasamprzód tedy, przejeżdżając około domu Fouqueta, wrzucił w skrzynkę do listów, przybitą u drzwi ministra, błogosławiony czek, który tak szczęśliwie wydarł z drapieżnych rąk Colberta.




ROZDZIAŁ XLVIII.
PODRÓŻ.

Już może po raz pięćdziesiąty, od czasu jakeśmy go poznali, mąż ten z sercem żelaznem i członkami ze stali, opuszczał dom, przyjaciół, wszystko wreszcie, i szedł szukać szczęścia i śmierci. Pierwsza, śmierć, jak gdyby się go obawiała, bo ciągle go unikała; drugie, szczęście, od miesiąca dopiero zdawało się być z nim w przymierzu.
Pogarda bogactw, która nasz Gaskończyk przez pierwsze trzydzieści pięć lat swego życia wyznawał, długo była przez niego uważana za pierwszy artykuł kodeksu męstwa.
Artykuł I-szy, podług niego, brzmiał:
Jesteśmy mężni, bo nie mamy nic.
Nie mamy nic, ponieważ gardzimy bogactwy.
Temi przeto zasadami, jak mówiliśmy, rządził się d‘Artagnan przez trzydzieści pięć pierwszych lat swego życia, ponieważ zaś teraz został bogatym, musiał sam siebie zapytać, czy pomimo swego bogactwa, nie przestał być mężnym.
Dla każdego innego prócz d‘Artagnana świeży wypadek na placu Greve służyłby za dostateczna odpowiedź; ale d‘Artagnan był rzeczywiście tak mężnym, że nie wahał się pytać swego sumienia, czy to męstwo było rzetelne.
I na to pytanie odpowiedział sobie:
— Zdaje mi się, że dość żwawo wywijałem szpadą i dość dzielnie nacierałem na placu Greve, nie mam zatem powodu wątpić o mojem męstwie.
Lecz zaraz sam sobie zrobił następujący zarzut:
— Bardzo dobrze, dowódco!... ale to nie jest dostateczną odpowiedzią. Prawda, że byłeś mężny tego dnia, ponieważ palono twój dom, ale możnaby założyć się o sto, a nawet o tysiąc przeciw jednemu, że gdyby tym panom wichrzycielom nie przyszła była do głowy ta fatalna myśl, plan ich byłby im się udał, a przynajmniej ty nie byłbyś im w tem przeszkadzał. Teraz zaś cóż ciebie tam czeka?... W Bretanii nie masz domu do spalenia, ani skarbu, któryby ci można zabrać. Tak!... ale masz skórę, ową drogę skórę pana d‘Artagnana, która starczy za wszystkie domy i wszystkie skarby świata. Otóż ta skóra bardzo ciebie interesuje, albowiem pokrywa ona serce, które jeszcze mocno życzy sobie żyć. A więc i ty życzysz sobie jeszcze żyć, a to tem bardziej, iż żyjesz nierównie lepiej od czasu, jak jesteś bogaty. A cóż to będzie do pioruna!... jeżeli podwoję mój majątek i zamiast tego pręcika, co trzymam w ręce, będę w niej trzymał buławę marszałkowską?... I w rzeczy samej nie jest to bynajmniej sen; któż u kata będzie sprzeciwiał się, jeżeli król zrobi mnie księciem i marszałkiem, tak jak ojciec jego Ludwik XIII-ty zrobił księciem i konnetablem Alberta de Luignes?... Czyż nie jestem równie mężnym a nierównie roztropniejszym od owego głupca de Vitry?... Ale kto wie, czy właśnie to nie sprzeciwi się memu awansowi, że mam za wiele rozumu. Chwała Bogu, jeżeli jest sprawiedliwość na tym świecie, bo ja z losem mam niektóre rachunki do załatwienia. Winien mi on wynagrodzenie za wszystko, co zrobiłem niegdyś dla Anny Austriackiej, i zwrot tego wszystkiego, co ona zaniedbała dla mnie uczynić. Jakoż w tej chwili, zdaje się, iż jestem w dobrych stosunkach z królem, i to z królem, który, zdaje się, chce rządzić.
Lecz z drugiej strony serce moje zdaje się przemawiać do mnie za panem Fouquetem. Zobaczymy, kto to jest ten pan Fouquet obok króla?... Nie więcej tylko spiskowiec, który nawet nie zadaje sobie tyle pracy, aby zataić swoje spiski; dlatego też jakże broń moja byłaby ostra przeciw niemu, gdyby jego grzeczność i rozum nie były jej cokolwiek przytępiły. Powstanie zbrojne!... Gdyż w istocie pan Fouquet zrobił powstanie zbrojne? I kiedy król ma tylko niepewne podejrzenie, że pan Fouquet knuje coś skrycie, to ja wiem, i mogę tego dowieść, że pan Fouquet kazał przelewać krew poddanych królewskich.
Teraz, widząc to wszystko, milczę, wiec chyba moje czułe serce nie może zrobić więcej wzamian za grzeczny postępek pana Fouqueta, za zaliczkę piętnastu tysięcy franków, za pierścień, wartujący tysiąc pistolów i, za uśmiech, w którym było pół goryczy i pół uprzejmości?... Ja przecież ratuję mu życie. Spodziewam się jednakże, mówił dalej muszkieter, że teraz to głupie serce zamilknie, i że już na piękne skwitowało się z panem Fouquet. A więc w tej chwili król jest mojem słońcem, a ponieważ moje serce skwitowało się już z panem Fouquet, przeto biada temu, kto wejdzie w drogę mojemu słońcu. Naprzód zatem, naprzód!... Za Jego Królewska Mość Ludwika XIV-go.
Powyższe rozumowania były jedynemi zaporami, które mogły zwolnić nieco pośpiech podróży d‘Artagnana. Teraz, gdy je ukończył, przyspieszył biegu konia. Ale chociaż koń Zefir był doskonały, nie mógł pędzić bezustannie. Nazajutrz po wyjeździe z Paryża, zostawił go d‘Artagnan w Chartres u właściciela pewnego hotelu, swego dawnego znajomego. Od tej chwili nasz muszkieter odbywał podróż na koniach pocztowych. Dzięki temu rodzajowi jazdy przebiegł spiesznie odległość od Chartres do Chateaubriand. W tem ostatniem mieście, zanadto jeszcze oddalonem od morza, aby nasuwało podejrzenie, że d‘Artagnan udaje się ku morzu, i zanadto odległem od Paryża, aby ktoś przypuścił że z niego przybywa posłaniec Jego Królewskiej Mości Ludwika XIV-go, którego d‘Artagnan nazwał swojem słońcem, nie przeczuwając, że król weźmie kiedyś tę planetę za swoje godło — zakupił nasz podróżny szkapę najbiedniejszej postaci, której żaden oficer kawalerji nie odważyłby się dosiąść z obawy, aby nie ubliżył swojej godności. Prócz maści przypominała ona bardzo d‘Artagnanowi owego konia koloru pomarańczowego, na którym niegdyś z domu wyruszył w świat. Trzeba jednakże przyznać, że od chwili, jak się usadowił na tem nowonabytem bydlęciu zupełnie zmienił swą postać; nie był to już pan d‘Artagnan lecz jakiś poczciwiec w żupanie koloru stalowego i spodniach ciemno-bronzowych, a ubiór ten przypominał nawpół duchownego, nawpół świeckiego człowieka, najbardziej zaś czyniło go podobnym do duchownej postaci to, że włożył na głowę wytarta aksamitna piuskę, a na wierzch jej wielki czarny kapelusz; zamiast szpady zawiesił sznurkiem na ramieniu tęgi kij, lecz na wszelki nieprzewidziany wypadek ukrył pod płaszczem sztylet, doskonała klingę, dziesięć cali długa. Szkapa, kupiona w Chateaubriand, zupełnie odpowiadała przebraniu.
Po drodze podróżny nasz zbierał wieści, przeglądał okolice i szukał pozoru, pod jakim miał udać się do Belle-Isle-en-mer, bez ściągania na siebie podejrzeń. Tym sposobem mógł on przekonać się o ważności miejsca, w miarę jak zbliżał się do niego.
W tym odległym kraju, w tem dawnem księstwie Bretanji, które nie było francuskiem i które dziś jeszcze niem nie jest, lud nie znał bynajmniej króla Francji. I nietylko, że go nie znał, ale nawet znać go wcale nie chciał.
Jedna tylko okoliczność dawała jego mieszkańcom jakieś mętne wyobrażenie o polityce, mianowicie, że dawni książęta nie rządzili, i że w miejsce księcia dziedzicznego, panowie rządzili samowładnie po swoich dziedzictwach. A nad tymi panami był Bóg, o którym nigdy nie zapomniano w Bretanji. Pomiędzy udzielnymi panami zamków, najbogatszym, a nadewszystko najpopularniejszym był pan Fouquet, właściciel Belle-Isle.
W całej okolicy, nawet tam skąd widać było zaledwie ową tajemniczą wyspę, opowiadano o niej legendy.
Wyspa ta nie od dziś była sławna; nazwisko jej odnosiło się do dawnej starożytności, kiedy ją nazywano Kalonese, ód dwóch wyrazów greckich, znaczących piękna wyspa.
Tym to sposobem, przed ośmiuset laty, w innym języku miała ona tę samą co dziś nazwę.
Owa posiadłość pana nadintendenta zdawała się nie mieć nic wspólnego z resztą kraju, gdyż oprócz swego położenia, które ją czyniło już niezawisłą w morskiej samotności, wyglądała nadto jak wspaniały okręt niezmiernego rozmiaru, gardzący portem i zarzucający dumnie kotwice wśród oceanu.
D‘Artagnan dowiedział się o tem wszystkiem, nie okazawszy najmniejszego zdziwienia; dowiedział się również, że, aby zebrać najpewniejsze wiadomości, wypadało udać się do la Roche-Bernard, miasteczka dość znanego przy ujściu rzeki Vilaine.
Myślał, że może tam będzie mógł dostać się na statek.
Gdyby to się nie udało, miał zamiar przebyć bagna solne i udać się do Guerande, albo do Croisie, i tam oczekiwać sposobnej pory dla przeprawienia się na Belle-Isle.
Zamierzył przeto zjeść na wieczerzę cyrankę i placek w hotelu w Roche-Bernard, i kazał przynieść z piwnicy butelkę jabłecznika dla oblania tych potraw bretańskich, jabłecznika, który, przytknąwszy do ust, poznać było można, że jeszcze bardziej od potraw był napojem rodzinnym Bretanji.




ROZDZIAŁ XLIX.
D‘ARTAGNAN ZAPOZNAJE SIĘ Z POETĄ, KTÓRY UMYŚLNIE DLATEGO ZOSTAŁ DRUKARZEM, ABY WIERSZE JEGO MOGŁY WYJŚĆ NA WIDOWNIĘ ŚWIATA.

Nim d‘Artagnan usiadł do stołu, zaczął jak zwykle wypytywać o różne rzeczy, ale wiedząc, że każdy, kto chce użytecznie wypytywać, powinien najprzód wywołać to, iżby sam był zapytany, szukał ze znaną swą zręcznością kogoś, coby do takiej indagacji najwięcej się nadawał. Właśnie na pierwszem piętrze tego domu stało dwóch podróżnych, zajętych również przygotowaniem do wieczerzy.
D‘Artagnan obejrzał w stajni ich ekwipaże, i rzeczy, złożone w sali.
Jeden z nich podróżował z lokajem, jakby jaka znakomita osoba, i miał dwie piękne klacze.
Drugi, nieborak, dość ubogiej powierzchowności, w wytartej sukni, zużytej koszuli, w butach, które wskazywały, że więcej z brukiem niż strzemionami od siodła miewały do czynienia, przybył z Nantes wózkiem, ciągnionym przez konia tak nawet podobnego maścią do Fureta (tak nazwał d‘Artagnan swego nowonabytego konia), że na sto mil wokoło nie znalazłby się chyba koń podobniejszy.
W wózku tym były rozmaite, dość wielkie paki, pozawijane w stare szmaty.
— Ten podróżny — rzekł do siebie d‘Artagnan — jest taki, jakiego mi potrzeba.
To rzekłszy, zawołał gospodarza i kazał mu zanieść swoją cyrankę, placek i jabłecznik do pokoju owego skromnej postaci podróżnego.
Sam zaś wszedł na drewniane schody z talerzem, i zaczął pukać do drzwi.
— Proszę wejść!... — zawołał nieznajomy.
D‘Artagnan wszedł dobrodusznie z talerzem pod pachą, trzymając w jednej ręce kapelusz, a w drugiej świecę.
— Przebacz pan — rzekł wchodząc — równie jak pan, jestem podróżny, nie znam nikogo w oberży, a mam ten zły zwyczaj, że nudzę się, jedząc sam, i to do tego stopnia, że jedzenie szkodzi mi wtedy fatalnie. Pańska postać, gdy wchodząc, kazałeś sobie podać ostrygi, bardzo mi się podobała. Prócz tego dostrzegłem, że pan masz konia zupełnie podobnego do mego, i że gospodarz, dla tego podobieństwa, umieścił konie nasze obok siebie w stajni, gdzie są jakoby bardzo rade sobie. Nie widzę zatem przyczyny, mój kochany panie, dlaczego panowie mieliby być rozłączeni, skoro ich konie są razem. I dlatego przychodzę prosić pana, abyś mnie przyjął do swego stołu. Nazywam się Agnan, do usług pańskich, niegodny komisant pewnego bogatego pana, który w tej okolicy chce kupić kopalnie soli, i przysyła mnie, abym obejrzał przyszłe jego posiadłości. Prawdziwie chciałbym tak podobać się panu, jak pan mi się spodobałeś, gdyż istotnie czuję jakiś pociąg do jego osoby.
Nieznajomy, którego d‘Artagnan pierwszy raz widział, miał oczy czarne i połyskujące, cerę żółtą, czoło lekko zmarszczone, lat pięćdziesiąt, dobroduszność, wyryta w ogólnych rysach twarzy, lecz w spojrzeniu widać było przebiegłość.
— Zdawałoby się — pomyślał d‘Artagnan — że ten jegomość tylko wierzchnią część głowy miał czynną, to jest, mózg i oczy, i może to jaki uczony; usta zaś, nos i broda, nic zupełnie nie nie wyrażają.
— Mości panie — zawołał nasz nieznajomy — czynisz mi pan zaszczyt, nie dlatego, abym się nudził, bo ja mam — dodał — towarzystwo, które zawsze potrafi mnie zająć; z tem wszystkiem, bardzo jestem rad, z pańskiego przybycia.
Ale, mówiąc to, jegomość w starych butach spojrzał niespokojnie na swój stół, na którym już nie było ostryg, pozostał tylko kawałek solonej słoniny.
— Mój panie — szybko zawołał d‘Artagnan — gospodarz niesie tu za mną tłustą cyrankę i przepyszny tort.
D‘Artagnan bowiem wyczytał w spojrzeniu swego towarzysza obawę, czyli czasem jaki zgłodniały pieczeniarz nie nachodzi jego mieszkania. I nie pomylił się; gdyż na to oświadczenie oczy nieznajomego rozpogodziły się.
Jakoż i gospodarz, jakby wołany, przybył z zapowiedzianemu potrawami.
Tort i cyrankę postawiono obok kawałka wędzonej słoniny d‘Artagnan i jego towarzysz, skłoniwszy się wzajemnie, usiedli na przeciw siebie i jakby dwaj bracia podzielili się słoniną i innemi potrawami.
— Przyznaj pan — rzekł d‘Artagnan — że każde stowarzyszenie jest cudowna rzeczą.
— Dlaczego?... — zapytał nieznajomy, zapchawszy usta jedzeniem.
— Najprzód — rzekł d‘Artagnan — zamiast jednej świecy, którą miał każdy z nas, mamy ich teraz dwie. Potem widzę, że pan smaczniej zajadasz mój tort, również jak ja zajadam smaczniej pańską słoninę. W końcu, oprócz tego, że nam widniej i mamy więcej jedzenia do wyboru, ja znajduję nadto przyjemność w towarzystwie pańskiem.
— Widzę, że pan lubi żartować — rzekł uprzejmie nieznajomy.
— Tak, lubię żartować i jestem wesoły, jak wszyscy, co nie mają nic na głowie. Ale z panem, rzecz musi być inaczej — mówił dalej d‘Artagnan — z oczu pańskich widzę, że pan dużo myślisz.
— Tak!... panie.
— No, wyznaj mi pan jednę rzecz.
— Jaką?...
— Wszak prawda, że pan jesteś człowiekiem uczonym?...
— Jestem autorem.
— O!... — krzyknął d‘Artagnan ucieszony, klasnąwszy w dłonie — a widzisz pan, że nie omyliłem się; będę więc miał szczęście przepędzić noc w towarzystwie autora i to zapewne sławnego?...
— O!... nie, panie, sławnym wcale mnie nazwać nie można — odrzekł, rumieniąc się nieznajomy.
— To skromność!... Skromność ze strony pańskiej.
Poczem, przybierając ton rubaszny, zapytał:
— Ale powiedzże mi pan przecie tytuły dzieł swoich, bo lubo mi pan nie powiedziałeś swojego nazwiska, widzisz jednak, iż odgadłem, kto jesteś.
— Nazywam się Jupenet — rzekł autor.
— Piękne nazwisko — zawołał d‘Artagnan — daję słowo, że bardzo piękne, i doprawdy, zdaje mi się, że to nazwisko już gdzieś słyszałem.
— Bo ja piszę wiersze — rzekł skromnie poeta.
— To ja musiałem je kiedyś czytać.
— Napisałem tragedję.
— Musiałem być na niej.
Poeta raz się jeszcze zarumienił.
— Wątpię — rzekł — gdyż moje wiersze nie są jeszcze drukowane.
— No!... to zapewne, będąc na tragedji, dowiedziałem się o pańskiem nazwisku.
— I co do tego mylisz się pan, bowiem panowie artyści W pałacu Bourgogne nie chcieli jej grać — rzekł poeta, jakby z dumną zarozumiałością.
D‘Artagnan ugryzł się w język.
— Tak więc — mówił dalej poeta — widzisz pan, że jesteś w błędzie co do mojej osoby, że mnie pan nie znasz i nie mogłeś o mnie słyszeć.
— Tak, zdaje się. Jednakże nazwisko Jupenet wydaje mi się tak piękne, że godne jest, aby je znano, zarówno jak nazwiska panów Kornela, Routrou albo Garnier. Mam nadzieję, że pan raczysz później, przy wetach, przeczytać mi swoję tragedię. To zastąpi słodycze, do kroćset djablów!. A! przepraszam za ten mimowolny wykrzyknik przekleństwa, które przejąłem od mego pryncypała, i pozwalam sobie niekiedy, w jego nieobecności... Nieprawdaż, że ten jabłecznik jest niegodziwy, a dzbanek tak niekształtny, że chwieje się na stole.
— Trzebaby go podeprzeć.
— Ale czem?
— A! choćby tym nożem.
— Tak, a czem rozbierać będziemy cyrankę; czy pan nie myślisz jej skosztować?
— I owszem.
— A więc, cóż zrobić?
— Poczekaj pan.
Poeta zaczął przetrząsać swoją kieszeń i wyjął z niej mały kawałek odlanego metalu, czworograniasty, wąski i długi na jeden cal.
Ale zaledwie ten kawałek metalu ukazał się w ręku poety, gdy ten okazał widocznie jakieś pomieszanie i chciał go napowrót schować.
D‘Artagnan spostrzegł to, bo przed okiem tego człowieka nigdy nic nie uszło.
Wyciągnął więc rękę i rzekł:
— Za pozwoleniem, to coś ładnego, czy można zobaczyć?
— I owszem — rzekł poeta — możesz pan zobaczyć, ale, jeżeli panu nie powiem, do czego to służy, nie odgadniesz, chociażbyś oglądał jak najdłużej.
D‘Artagnan, spostrzegłszy pierwsze poruszenie poety, pomyślał natychmiast, że jest w tem coś podejrzanego. Dlatego też, skoro zwrócił uwagę na ten przedmiot, to już z właściwą sobie w każdym wypadku przezornością, nie spuszczał go z oka i, pomimo zapewnienia pana Jupeneta, poznał natychmiast, że była to czcionka drukarska.
— Czy pan nie zgadujesz, co to jest?... — mówił dalej poeta.
— Nie — odrzekł d‘Artagnan — doprawdy nie zgaduję.
— Otóż, mój panie — rzekł Jupenet — ten mały kawałek metalu to litera drukarska.
— Czy być może?
— Jest to duża litera.
— Czy podobna?... — podchwycił pan Agnan, wytrzeszczając oczy.
— Tak, to jest duże J., pierwsza litera mego nazwiska.
— Szczerze powiedziawszy, nic nie rozumiem... jeżeli to jest jedna litera, jakże z niej zrobić cały wyraz?
— E! bardzo łatwo. Zaraz to panu wytłomaczę.
— Bardzo proszę.
— Więc patrzże pan dobrze.
— Patrzę.
I w rzeczy samej d‘Artagnan zdawał się patrzeć z wielkiem zajęciem.
Jupenet wyjął z kieszeni osiem podobnych kawałków metalu, ale znacznie mniejszych.
— A! cóż znowu?... — zawołał d‘Artagnan — to pan, jak widzę, masz całą drukarnię w kieszeni, doprawdy rzecz wielce ciekawa.
— A widzisz pan!
— Ile to rzeczy można nauczyć się, podróżując.
— Zdrowie pańskie!... — zawołał Jupenet ucieszony.
— Piję za pańskie, do licha! Ale proszę zaczekać chwilkę; nie chcę pić pańskiego zdrowia tym lichym jabłecznikiem. To napój niegodny męża, który pija z źródła Hypokreny; zdaje mi się, że wy, panowie poeci, tak nazywacie wasze źródło?
— Nieinaczej; źródło nasze tak się nazywa. Nazwa pochodzi od dwóch wyrazów greckich, hippos, co znaczy koń... i...
— Mój panie — przerwał d‘Artagnan — napijemy się lepiej trunku, który pochodzi od jedno go wyrazu, francuskiego, a tym wyrazem jest winogrono; jabłecznik rozdyma mnie i sprawia mdłości. Pozwól pan, że zapytam naszego gospodarza, czy nie ma jakiej dobrej butelki Beaugency albo Cerana w kącie swojej piwnicy.
Gospodarz zawołany przybył natychmiast.
— Za pozwoleniem — przerwał poeta — nie wiem, czy będziemy mieli czas pić wino, bo trzeba się nam spieszyć, gdyż muszę korzystać z przypływu morza, aby zabrać się na statek.
— Na jaki statek?.... — spytał d‘Artagnan.
— Ależ na statek, który odpływa do Belle-Isle.
— Aha! do Belle-Isle — podjął muszkieter. — No, to dobrze!
— O! będziesz pan miał jeszcze dość czasu — zawołał gospodarz; otwierając butelkę — statek odpływa aż za godzinę.
— Któż mi da znać, gdy będzie czas?... — zapytał poeta.
— Pański sąsiad — odrzekł gospodarz.
— Lecz ja go prawie nie znam.
— Skoro pan usłyszysz, że odjeżdża, będzie czas i na pana.
— Czy i on jedzie do Belle-Isle?
— Tak.
— Ten pan, co ma lokaja?... — zapytał d‘Artagnan.
— Tak, ten sam.
— To zapewne jakiś szlachcic?
— Tego nie wiem.
— Jakto nie wiesz pan?
— Bynajmniej, nie znam go, i wiem tylko, że pije to samo wino, co panowie.
— Do szatana!... To wielki zaszczyt dla nas — rzekł d‘Artagnan, nalewając swemu towarzyszowi, gdy tymczasem gospodarz odszedł.
— Tak więc — zaczął poeta, wracając do poprzedniego przedmiotu — pan nigdy nie widziałeś, jak drukują?...
— Nigdy.
— Patrzże pan, oto tak, bierze się litery, składając wyraz, oto są: A. B. R. E. G. E.
I zebrał je i ułożył z szybkością i zręcznością, które nie uszły oka d‘Artagnana.
— Masz pan wyraz Abrege — rzekł skończywszy.
— Prawda — odpowiedział d‘Artagnan — że to są litery zebrane, ale jakże się trzymają, aby się nie rozpadły?...
I znowu nalał szklankę wina swemu gościowi. Pan Jupenet uśmiechnął się triumfująco, jako człowiek, który ma na wszystko odpowiedź, poczem wyjął z drugiej kieszeni małą linje metalową, składającą się z dwóch części równo od siebie odległych, pomiędzy któremi ułożył szczelnie litery, przytrzymując je wielkim palcem.
— A jakże się nazywa ta mała linja?... — zapytał d‘Artagnan — bo każda rzecz musi mieć swą nazwę.
— Nazywa się winkelak do składania liter — odrzekł Jupenet.
— To, jak widzę, nie omyliłem się, mówiąc, że pan masz całą drukarnię w kieszeni — zawołał d‘Artagnan, śmiejąc się z udaną dobrodusznością, którą poeta wziął za zupełnie naturalną.
— Nie — odrzekł tenże — lecz jestem leniwy do pisania i kiedy ułożę jeden wiersz w głowie, zaraz go składam do druku, i tym sposobem skracam sobie pracę.
— Do szatana — pomyślał sobie d‘Artagnan — trzeba koniecznie tę rzecz wyświetlić.
Wstał od stołu, zeszedł na dół, pobiegł do szopy, pod którą stał wózek, końcem sztyletu popróbował, co mieścił się w pakach, i przekonał się, że były one pełne takich samych liter, jakie poeta miał w kieszeni.
— Dobrze!... — rzekł do siebie d‘Artagnan — nie wiem jeszcze, czy pan Fouquet chce obwarować Belle-Isle, ale, jak widzę, już ją zaopatruje w zapasy duchowe.
I, zadowolony z tego odkrycia, wrócił i zasiadł do stołu.
Jakkolwiek d‘Artagnan dowiedział się już, czego mu było potrzeba, jednak nie opuszczał swego towarzysza aż do chwili, kiedy usłyszano w przyległym pokoju krzątanie się do podróży.
Poeta wstał natychmiast i kazał zaprzęgać.
Wózek czekał nań już przed bramą, zaś drugi podróżny wraz z lokajem wsiedli na konie.
D‘Artagnan odprowadził Jupeneta aż do portu i pomógł mu dostać się z koniem i wózkiem na statek, na którym umieścił się również drugi zamożniejszy podróżny wraz z dwoma końmi i lokajem.
Pomimo wszelkich atoli usiłowań, d‘Artagnan nie mógł dowiedzieć się jego nazwiska.
Poprzestał wiec na przypatrzeniu się dobrze jego twarzy, której rysy doskonale zapamiętał.
Miał wprawdzie wielką chęć zabrać się także na ów statek, lecz interes, ważniejszy nad prostą ciekawość, nakłonił go do powrotu.
Wszedł więc do oberży i natychmiast udał się na spoczynek, aby wypocząć i z świeżym umysłem wstać nazajutrz jak najwcześniej.




ROZDZIAŁ L.
D‘ARTAGNAN NIE USTAJE W POSZUKIWANIACH.

Równo ze świtem d‘Artagnan sam osiodłał Fureta, który w nocy pozjadał i swoją i swoich towarzyszy porcje. Muszkieter badał gospodarza, lecz przekonał się, że to człowiek przebiegły, podejrzliwy, dusza i sercem oddany panu Fouquetowi. Aby wiec nie nasunąć żadnego podejrzenia temu człowiekowi, d‘Artagnan opowiedział mu, że zamierza nabyć żupy solne. W Roche Bernard wsiadać na statek, byłoby to wystawiać się na domysły, które już może czyniono, a które niezawodnie doszłyby były do zamku na wyspie. Wreszcie uderzyło to d‘Artagnana, że, pomimo wszelkich zapytań, czynionych gospodarzowi, który zdawał się znać doskonale owego podróżnego i lokaja, nazwiska ich się nie dowiedział. Kazał więc udzielić sobie jak najdokładniejszych wiadomości o żupach i udał się drogą, prowadzącą na bagna. Tym sposobem, zostawiając morze na prawo, zapuścił się w owe równiny rozległe i puste, podobne do morza błota, którego wyniosłości posrebrzają gdzie niegdzie warstwy soli. Furet szedł cudownie cienkiemi żylastemi nóżkami po tej szosie, mającej stopę szerokości, a ciągnącej się wśród kopalni solnych. D‘Artagnan, upewniwszy się, że nie potrzebuje się obawiać, aby go spotkała nieprzewidziana zimna kąpiel z racji nieuwagi wierzchowca, wlepił wzrok w trzy wysmukłe wieżyczki, które, wychodząc nakształt trzech dzid z łona tej jałowej równiny, rysowały się na widnokręgu.
Były to Pirial, oraz miasteczka Batz i Croisie, zupełnie do siebie podobne. Pirial był to najpierwszy porcik na prawo. D‘Artagnan więc udał się do niego, zapytując o nazwiska znaczniejszych handlarzy soli. W chwili, gdy oglądał ten mały port, wypływały z niego cztery wielkie galary, napełnione kamieniami. D‘Artagnana zdziwił ten zapas kamieni w okolicy, gdzie nie było ich wcale. Z największą więc uprzejmością zapytał ludzi w porcie, skąd się wzięły te kamienie. Jakiś stary rybak odpowiedział panu d‘Artagnanowi, że przywożą je z Nantes i z Pain-boeuf, a wiozą do Belle-Isle, ponieważ pan Fonquet każe co rok naprawiać mury zamkowe.
— Być może — pomyślał d‘Artagnan — że to rzecz naturalna. Każdy właściciel ma prawo restaurować swoją posiadłość. To tak właśnie, jakgdybym ja kazał poprostu naprawiać swój dom pod znakiem obrazu Matki Boskiej, a tymczasem mogłoby się komuś zdawać, że ja go fortyfikuję. Doprawdy, zdaje mi się, że ktoś fałszywie zawiadomił króla i że jest on w błędzie.
— Jednakże przyznasz, mój przyjacielu — rzekł do rybaka — że te kamienie szczególniejszą odbywają podróż.
— Jakto?... — spytał rybak.
— Wszak z Nantes albo z Painboeuf spławiają je tu Loarą, nieprawdaż?
— Tak, panie.
— Prawda, że wodą to wygodnie; ale dlaczegóż nie zwożą ich prosto z Saint-Nazare do Belle-Isle?
— Dlatego, proszę pana, że takie galary przewozowe nie są zupełnie pewne na morzu — odrzekł rybak.
— I cóż stąd?
— Przepraszam pana, widać, że pan nigdy jeszcze nie odbywałeś podróży morskiej?... — dodał rybak z uśmiechem nieco szyderczym.
— Bądźże tak grzeczny i wytłomacz mi to, mój kochanku. Mnie się zdaje, że jechać z Painboeuf do Pirial, aby znowu z Pirial udawać się do Belle-Isle, to zupełnie tak, jakgdyby kto z Roche-Bernard, jadąc do Pirial, jechał przez Nantes.
— Jechać wodą byłaby najkrótsza droga — rzekł uporczywie rybak.
— Ależ niepotrzebnie nakładać tyle drogi, która tu tworzy kąt.
Rybak potrząsnął głową.
— A przecież każda droga najkrótsza z jednego punktu do drugiego jest linją prosta — mówił dalej d’Artagnan.
— Ale pan zapominasz o falach.
— No, to prawda.
— A wiatr?
— I temu nie przeczę.
— Otóż prąd Loary pędzi statki aż do Croisie. Jeżeli potrzebują naprawy albo odświeżenia zapasów, udają się do Pirial, płynąc nad brzegiem morskim. Z Pirial mają znowu inny prąd wody, wsteczny, który je pędzi aż do wyspy Dumet całe półtrzeciej mili.
— Masz słuszność, mój przyjacielu.
— Tam prąd rzeki Vilaine niesie je do innej wyspy zwanej Hoedie.
— I na to się zgadzam.
— Otóż, mój panie, z tej wysepki do Belle-Isle droga zupełnie prosta. Morze, przecięte na krzyż temi przeciwnemi prądami, ma tu gładką powierzchnię, podobna do zwierciadła, po którem statki przesuwają się jak kaczki po Loarze.
— Wszystko to dobrze — odrzekł uparty pan Agnan — jednakże to bardzo wiele nałożonej drogi.
— Zresztą!... Taka jest wola pana Fouquet — zakończył rybak, uchylając wełnianej czapki, przy wymówieniu tego szanownego nazwiska.
Spojrzenie d‘Artagnana, które przeszyło, jak klinga szpady, serce mówiącego starca, nie znalazło w nim nic prócz otwartości i zaufania, a na twarzy jego malowała się obojętność i zadowolenie.
D‘Artagnan dosyć już w tem miejscu postąpił w badaniach; zresztą, statki już odpłynęły, i w porcie Pirial pozostała tylko krypa starego rybaka, która nie była jeszcze przygotowaną do wypłynięcia na morze.
Muszkieter więc nasz pogłaskał Fureta, który w dowód posłuszeństwa puścił się żwawo wśród żup solnych, chwytając nozdrzami suchy wiatr, pod którym uginały się krzewy i liche chwasty tych rozległych równin.
Około godziny piątej przybył do Croisie.
Widząc, że niebo pogodne, i czując wonny wietrzyk, rzekł do siebie:
— Za pierwszym przypływem puszczę się na morze, choćby na łupinie z włoskiego orzecha.
W Croisie, również jak w Pirial, dostrzegł niezmierne stosy poskładanych kamieni na obszernym placu.
Te olbrzymie składy, zmniejszające się za każdym nowym transportem, wysyłanym do Belle-Isle, utwierdzały naszego muszkietera w domniemaniu, które już powziął był w Pirial.
Ale czy pan Fouquet naprawiał tylko mury, czy też budował warownię, to stwierdzić mógł tylko naocznie.
D‘Artagnan więc odesłał konia do stajni, zjadł wieczerzę, położył się, a nazajutrz zrana zaczął przechadzać się pomiędzy stosami kamieni.
Croisie ma port, pięćdziesiąt stóp rozległy, i strażnicę, wyglądającą zupełnie, jak piramida z ciasta na półmisku.
Na brzegu kilku rybaków rozmawiało o serdelach i rybach morskich.
Pan Agnan z okiem wypogodzonem i uśmiechniętą twarzą zbliżył się do nich.
— Czy będziecie dziś łowili ryby, moje dzieci?... — zapytał.
— Tak, panie, — odrzekł jeden z nich, — czekamy tylko na przypływ morza.
— A gdzież łowić będziecie?...
— Przy brzegach.
— Któreż brzegi są najlepsze?...
— Jak się zdarzy; ale najlepsze są około wysp.
— Ależ do wysp za daleko stąd.
— Niezbyt daleko. Cztery mile.
— Cztery mile!... To mała podróż?...
Rybak zaczął śmiać się pod nos panu Agnan.
— Posłuchajże — rzekł ten ostatni — o cztery mile stad czy już nie widać lądu?
— Tak... niezawsze.
— Jednakże... to zbyt daleko... i gdyby nie to, byłbym was prosił, abyście mnie z sobą zabrali, gdyż pragnąłbym zobaczyć to, czego jeszcze nigdy nie widziałem.
— Cóż takiego?
— A! żywą rybę morską.
— To pan musi być z prowincji?... — spytał jeden z rybaków.
— Ja jestem z Paryża.
Bretończyk wzruszył ramionami, a potem zapytał:
— Czy widziałeś pan pana Fouqueta w Paryżu?
— O! często — odrzekł Agnan.
— Często — zawołali rybacy, otaczając zbliska paryżanina. — Więc go pan znasz?
— Cokolwiek; żyje on w ścisłej przyjaźni z moim panem.
— Czy tak?... — zapytali wszyscy razem.
— I widziałem — dodał d‘Artagnan — wszystkie jego zamki, w Saint-Malo, w Vaux, i jego pałac w Paryżu.
— To muszą być piękne rzeczy?
— Wspaniałe.
— Ale to wszystko nie musi być tak piękne, jak Belle-Isle — odezwał się jeden z rybaków.
— Cóż znowu?... — odparł d‘Artagnan, parsknąwszy śmiechem pogardliwym, który oburzył przytomnych.
— Widać, że pan nie widziałeś Belle-Isle — zawołał jeden z rybaków. — Czy pan wiesz, że ma ona sześć mil rozległości i że tam są drzewa tak wielkie, iż niema takich wcale nawet na wałach w Nantes?
— Jakto? Drzewa na morzu! A to chciałbym widzieć!
— Nic łatwiejszego, będziemy łowili ryby przy wyspie Gredic, jedź pan z nami. Stamtąd będziesz pan widział jak gdyby raj, czarne drzewa wyspy Belle-Isle, rysujące się na niebie i mury zamku, które przecinają widnokrąg morza.
— A!... — rzekł d‘Artagnan — prawda, że musi to być piękne, ale czy wiecie, że na zamku pana Fouquet w Vaux jest sto wież.
Bretończyk podniósł głowę z głębokim podziwem, lecz nie był przekonany.
— Sto wież!... — podchwycił — a jednak Belle-Isle jest piękniejsza. Czy chcesz pan widzieć Belle-Isle?
— Alboż to można?... — zapytał pan Agnan.
— Można, za zezwoleniem gubernatora.
— Tak, ale ja nie znam gubernatora.
— Skoro pan znasz pana Fouqueta to dość panu będzie powiedzieć swoje nazwisko.
— Ależ, moi przyjaciele! nie bierzcie mnie za osobę znakomitą; ja nie jestem nawet szlachcicem.
— Wszyscy jeżdżą do Belle-Isle — ciągnął dalej rybak mocnym i czystym akcentem — byleby tylko nie chcieli szkodzić wyspie albo jej panu.
Muszkieter lekko wzdrygnął się:
— Gdybym się nie obawiał — rzekł — słabości morskiej.
— Na tej tu łodzi!... — zawołał rybak, wskazując dumnie swoją piękną łódź z okrągłym grzbietem.
— No, usłucham was i pojadę zobaczyć Belle-Isle, ale tylko zdaleka, bo do niej pewno mnie nie wpuszczą.
— Nas wpuszczają.
— Was, a to poco?
— Jakto poco?... Przecież sprzedajemy ryby korsarzom.
— Co, korsarzom, powiadasz?
— A tak, bo trzeba panu wiedzieć, że pan Fouquet każe budować dwa okręty korsarskie na ściganie Holendrów i Anglików, i że my dowozimy ryby dla osad tych okrętów.
— No, no — pomyślał d‘Artagnan — coraz to lepiej; drukarnia, bastjony i okręty korsarskie! To widzę nasz pan Fouquet nie jest pospolitym nieprzyjacielem, jak mi się to zrazu zdawało. Rzecz warta bliższego rozpatrzenia.
— Wyjeżdżamy punkt o wpół do szóstej — zapowiedział z powagą rybak.
— Jadę z wami.
Przez czas, pozostały do odjazdu, d‘Artagnan przypatrywał się, jak za pomocą kołowrotu ciągniono łodzie aż do wody.
Wreszcie nadszedł przypływ morza.
Pan Agnan pozwolił wsadzić się na szalupę, udając przestrach, czem wywołał śmiechy małych majtków, którzy go nie spuszczali z wielkich, przenikliwych oczu. Położył się na zwiniętym żaglu i szalupa po skończonych przygotowaniach wypłynęła na morze.
Rybacy zajęli się połowem i nie zważali bynajmniej na to, że ich podróżny nie pobladł, nie stękał i nie był cierpiący, i że pomimo silnego chwiania się statku, trącanego bałwanami, zachował zupełną przytomność umysłu i dobry apetyt.
Łowili ryby i połów był dosyć szczęśliwy.
Ryby różnego gatunku chwytały się na zastawione wędki. Wkrótce już trzy węgorze i stokfisze wiły się, wrzucone na spód szalupy.
Rybacy z uśmiechem zwracali się do d‘Artagnana, twierdząc, że im przyniósł szczęście.
A naszemu żołnierzowi tak się podobało łapanie ryb, że sam wzdął się do tego i okazywał głośno radość, ilekroć schwytana zdobycz wymagała natężenia całej siły jego potężnego ramienia.
Zabawa tak go zajęła, że na chwilę zapomniał o swem posłannictwie, właśnie gdy walczył z ogromnym stokfiszem i podparł się silnie jedną ręką, chcąc drugą przyciągnąć do siebie zdobycz, właściciel statku zawołał na niego.
— Strzeż się pan, aby nas nie zobaczono z wyspy Belle-Isle.
Te słowa takie uczyniły na d‘Artagnana wrażenie, jak pierwszy wystrzał artylerji na początku bitwy; puścił wędkę i rybę, które zniknęły w morzu.
D‘Artagnan o pół mili niespełna spostrzegł rysujące się na widnokręgu skały Belle-Isle, nad któremi panował wznoszący się dumnie zamek. Dalej nieco widać było zielone równiny pastwiska i pasące się trzody.
— Ho!... ho!... — rzekł d‘Artagnan, na widok tych ogromnych skał — zdaje mi się, że to są doskonale fortyfikacje naturalne, nie potrzebujące inżyniera, aby nie dopuścić do wyładowania. Ciekawy jestem, którędy możnaby dostać się na wyspę, kiedy ją sam Bóg tak doskonale obwarował.
— O to tedy — zawołał sternik, zmieniając kierunek szalupy, która też weszła wkrótce do zgrabnego porciku, zupełnie na nowo wyrestaurowanego.
— Cóż to ja widzę, u kata?... — rzekł d‘Artagnan.
— To jest Lokmarin — odpowiedział rybak.
— A to dalej?
— To Bangos.
— A to, w tej stronie?
— To pałac.
— Do stu katów! Co tu tego!... A! otóż i żołnierze.
— Jest ich tu tysiąc siedmiuset na wyspie Belle-Isle — rzekł rybak z dumą. — Czy wiesz pan, że tutejsza załoga składa się ni mniej ani więcej, jak z dwudziestu dwóch kompanij piechoty?
— Do licha!... Zawołał d‘Artagnan, uderzając nogą, i pomyślał, że Jego Królewska Mość może się nie omylił, podejrzewając Fouqueta o obwarowywanie wyspy Belle-Isle.
Wtem przybito do lądu. Podczas każdego wylądowania, chociażby to był najmniejszy statek, zawsze panuje pewna wrzawa i zamieszanie, które nie pozostawia umysłowi tej swobody, jakiej potrzebuje, chcąc na pierwszy rzut oka zbadać miejsce, do którego się przybywa. Most ruchomy, zwijający się, majtkowie, szum wody, odbijającej się o grunt kamienisty, wołania o pośpiech czekających na brzegu, oto są różnorodne szczegóły wylądowania. Dlatego też d‘Artagnan, po wylądowaniu, dopiero w kilka minut spostrzegł na wyspie mnóstwo zajętych robotników. Większe odłamy, nałożone na taczki, przewożono w tymże samym kierunku, to jest na miejsce prac, których rozmiaru d‘Artagnan nie mógł zrazu ocenić.
D‘Artagnan radby był posunąć dalej swój przegląd, lecz nie mógł tego uczynić bez wzburzenia podejrzeń o zbyteczną ciekawość; postępował przeto zwolna, nie przekraczając linji, wytkniętej przez rybaków, oglądając wszystko, nie mówiąc nic, i przygotowany odpowiadać na wszelkie pytania z miną obojętną i grzecznym ukłonem. Tymczasem zaś gdy jego towarzysze zachwalali swój towar i sprzedawali ryby robotnikom i mieszkańcom wyspy, on postępował coraz dalej, a widząc, że mało na niego zważają, zaczął pilniej okiem znawcy przypatrywać się robotnikom i pracom, nasuwającym mu się pod oczy. Jakoż zbadał wszystko okiem żołnierza, nie mogącem się omylić. Na dwóch krańcach portu spostrzegł wystawione baterje pod działa, któreby mogły w potrzebie utrzymywać ogień krzyżowy. Przy każdej z tych bateryj różni robotnicy ustawiali kosze, napełnione ziemią, mające osłaniać działa i ludzi. Przewodniczący tym pracom wołał ciągle na robotników i wskazywał im, jak mają za pomocą wici wiązać jedne z drugiemi pod różnemi kątami ponakładane gazony, chroniące otwory, w których miały być umieszczone działa. Widząc pośpiech, z jakim około tego wszystkiego pracowano, można było całą tę robotę uważać prawie za ukończoną. Nie było tam jeszcze dział, ale platformy i lawety już były ustawione. Ziemia ubita została starannie i w razie gdyby artylerja znajdowała się na wyspie, można ją było najdalej w ciągu dni trzech postawić w stanie zupełnie obronnym. Najbardziej zaś dziwiło to d’Artagnana, że, oglądając szyk bateryj, przekonał się, iż Belle-Isle została ufortyfikowana podług planu zupełnie nowego, o którym słyszał nieraz od hrabiego de La Fere, jako o ważnym wynalazku w sztuce wojennej. Fortyfikacje te nie były robione podług metody holenderskiej Maroliais, ani francuskiej kawalera Antoniego de Ville, lecz podług systemu Menesson Malleta, biegłego inżyniera, który przed sześciu czy ośmiu laty, opuściwszy służbę portugalską, wszedł do służby francuskiej. Prace te miały w sobie tę osobliwość, że przy nich, zamiast wyprowadzać wały w górę dla bronienia przystępu, jak to dawniej czyniono, kopano je w dół, i to stanowiło ich wyższość, że tworzyły wewnątrz głębokie fosy. D‘Artagnan w mgnieniu oka przekonał się, że taki system fortyfikacyj był nierównie korzystniejszym dla oblężonych, ponieważ strzały armatnie oblegających czynił bezskutecznemi. Fosy te, prócz tego, będąc niższe od poziomu morza, mogły z łatwością napełnione być wodą, za pomocą śluz podziemnych.
Zresztą, jak już powiedzieliśmy, prace te były na ukończeniu i robotnicy, wypełniając rozkazy inżyniera, już ostatnie układali kamienie. Most z desek rzucony był przez fosę dla przejazdu taczek. D‘Artagnan z naiwną ciekawością zapytał, czy wolno przejść przez ów most, na co mu odpowiedziano, iż żaden rozkaz się temu nie sprzeciwia. Przeszedł więc i zbliżył się do robotników, którym przewodził ów człowiek, którego d‘Artagnan już pierwej zauważył, a który wyglądał na naczelnego inżyniera. Plan leżał przed nim, rozłożony na wielkim kamieniu, służącym za stół, o kilka zaś kroków dalej stał szyldwach.
Inżynier ów, który z powoda swego znaczenia ściągnął na siebie wyłącznie uwagę d‘Artagnana, miał na sobie ubiór za bogaty jak na taki stan i zatrudnienie. Był to człowiek wysokiego wzrostu, szerokich pleców, silnie zbudowany, i nosił kapelusz, ozdobiony piórem. Rozprawiał dumnie, stojąc tyłem do d‘Artagnana, łajał robotników, że są leniwi i mało dokładają siły. D‘Artagnan zbliżał się ciągle. W tej właśnie chwili inżynier przestał mówić i oparłszy ręce na kolanach, pochylony, patrzył, jak sześciu robotników wysilało się, aby podnieść ogromny kamień o tyle, iżby można pod niego podłożyć linę, którą miał być windowany. Ludzie ci natężali siły, aby go podnieść o osiem lub dziesięć cali od ziemi, pocili się i stękali, a siódmy oczekiwał pory sposobnej do podłożenia pod niego walca; ale już po raz drugi kamień wymykał się im z rąk, zanim go zdołali podnieść do potrzebnej wysokości. Ilekroć kamień upadał, robotnicy odskakiwali z obawy, aby im nóg nie przytłukł, a on tymczasem coraz głębiej zapuszczał się w ziemię. I po raz trzeci nie lepiej im się udało, pomimo że ów człowiek z piórem wołał na nich potężnym głosem, aby silnie trzymali. Gdy to jednak nie pomagało, inżynier wyprostował się.
— No!... cóż u licha?... — zawołał, — czy jesteście ze słomy!... Usuńcie się, ja wam pokażę, jak się to robi.
— Co u djabła!... — pomyślał d‘Artagnan, — miałżeby zamiar sam podnieść tę skałę?...
Robotnicy usunęli się znużeni, potrząsając głowa; pozostał tylko ten, który trzymał walec.
Nieznajomy nasz zbliżył się do kamienia, schylił się, wsunął pod niego ręce, natężył swoje herkulesowe muskuły i zwolna, jakby za pomocą machiny, podniósł odłam do wysokości jednej stopy.
Robotnik, trzymający walec, skorzystał z tej chwili i podsunął go.
— A widzicie!... — zawołał olbrzym, nie puszczając kamienia z rąk, lecz zwolna kładąc go na walec.
— Do kroćset szatanów!... krzyknął d‘Artagnan — jednego tylko znam człowieka na świecie z podobną siłą.
— Co?... — odezwał się inżynier, obracając się.
— Porthos! — zawołał d‘Artagnan osłupiały — Porthos na Belle-Isle!...
— D‘Artagnan... — krzyknął Porthos.
I rumieniec wystąpił mu na twarz.
— Ciszej!... rzekł do d‘Artagnana.
— Ciszej!... — powtórzył ze swej strony muszkieter.
Równie jak d‘Artagnan zdziwił się widokiem Porthosa, tenże oniemiał na widok d‘Artagnana.
Zrazu zobopólny interes osobisty zajął ich wyłącznie; lecz, w mgnieniu oka, obaj rzucili się w objęcia.
Nie mieli oni potrzeby ukrywać swojej przyjaźni, wszakże wobec ludzi obcych, starali się zataić swe nazwiska.
Ale po uściskach nastąpiła rozwaga.
— Co u licha Porthos robi w Belle-Isle i naco podnosi kamienie?... — pomyślał d‘Artagnan. lecz pomyślał tylko.
Mniej biegły w dyplomacji od swego przyjaciela, Porthos zapytał go głośno:
— Co u djabła sprowadza cię na Belle-Isle? Jaki tu możesz mieć interes?...
Wypadało odpowiedzieć bez wahania, gdyż wahać się na chwilę w rozmowie z Porthosem, tego miłość własna d‘Artagnana nigdyby sobie przebaczyć nie mogła.
— Jakto?... mój przyjacielu, ja przybywam do Belle-Isle, dlatego, że ty tu jesteś.
— Czy podobna!... — zawołał Porthos, zmieszawszy się widocznie, i starając się, o ile możności, zebrać naprędce myśli.
— A tak — ciągnął dalej d‘Artagnan, nie dając swemu przyjacielowi czasu do namysłu — byłem u ciebie w Pierrefonds.
— Ale jakimże sposobem dostałeś się do mnie?... przecież wyjeżdżając nie powiedziałem nikomu, dokąd jadę.
— Mój kochany!... wielki pan, jak ty, zawsze zostawia ślad za sobą, a ja bardzo złe miałbym o sobie pojęcie, gdybym nie umiał odnaleźć śladu mego przyjaciela.
Tłomaczenie to, jakkolwiek pochlebne, nie zadowoliło zupełnie Porthosa.
— Ależ ja nie mogłem zostawiać śladu po sobie, bo przybyłem tu przebrany — rzekł Porthos.
— Aha!... To przybyłeś tu przebrany?... — zawołał d‘Artagnan.
— Tak jest.
— A to jak?...
— Przebrałem się za młynarza.
— Alboż to wielki pan, jak ty, Porthosie, może udać człowieka pospolitego tak dalece, aby oszukać ludzi?...
— A widzisz!... przysięgam ci, mój przyjacielu, że tak dobrze odegrałem swą rolę, iż nikt niczego się nie domyślał.
— A jednakże ja ciebie odkryłem.
— No tak, ale jakże mnie znalazłeś?...
— Cierpliwości.... Zaraz ci opowiem. Wyobraź sobie, ze Mouston...
— A!... ten hultaj, Mouston — wtrącił Porthos, marszcząc brwi.
— Cierpliwości... cierpliwości... Mouston nic nie winien, bo o niczem nie wiedział.
— Zapewne... zapewne... ale właśnie dlatego chciałbym się wszystkiego dowiedzieć.
— A!... panie Porthosie, jakże jesteś niecierpliwy!..
— Kiedy czego pojąć nie mogę, to mnie aż coś dusi.
— Natychmiast to zrozumiesz... Aramis pisał do pana de Pierrefonds, wszak prawda?...
— Pisał.
— I pisał, abyś przybył przed zrównaniem dnia z nocą?
— Prawda.
— A więc masz wszystko — rzekł d‘Artagnan, sądząc, że ta okoliczność wszystko wyjaśniła.
Porthos zdawał się mocno pracować umysłem.
— Tak, tak — odpowiedział — teraz rozumiem. Ponieważ Aramis pisał, abym przybył przed zrównaniem dnia z nocą, domyśliłeś się, że mam się z nim widzieć. Dowiedziałeś się, gdzie jest Aramis i powiedziałeś sobie: Gdzie będzie Aramis, tam będzie i Porthos, że zaś Aramis był w Bretanji, wywnioskowałeś z łatwością, że również jest tam i Porthos.
— A tak, panie Porthos. Zdaje się, że teraz już wszystko pojąłeś. Przybywszy do Roche-Bernard, dowiedziałem się o pięknych pracach fortyfikacyjnych na Belle-Isle. Opowiadanie o nich obudziło moją ciekawość i zabrałem się na łódź rybacką, nie wiedząc nawet, gdzie się znajdujesz. Przybyłem i ujrzałem zucha, który toczył kamienie, jakichby i Ajax nie poruszył. Zawołałem więc wtedy: tylko baron de Bracieux może być tak silnym. Ty usłyszałeś to, obróciłeś się i poznałeś mnie; uścisnęliśmy się i, jeżeli pozwolisz, drogi przyjacielu, powtórzymy to jeszcze.
— Otóż tak to się wszystko wyjaśniło — rzekł Porthos.
I tak serdecznie uścisnął d‘Artagnana, że muszkieter przez pięć minut nie mógł oddychać.
Kiedy d‘Artagnan wciągał w siebie powietrze, poznał, że trudną, ma do odegrania rolę.
Chodziło o to, aby wciąż zapytywać, a nigdy nie odpowiadać.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.
Tom II
ROZDZIAŁ I.
PRZYPUSZCZENIA D‘ARTAGNANA WYJAŚNIAJĄ SIĘ.

D‘Artagnan zaczął działać zaczepnie.
— TerazTeraz kiedy ci wszystko powiedziałem, kochany przyjacielu, albo raczej kiedy sam wszystko odgadłeś, powiedz mi, co tutaj robisz, pokryty kurzeni i błotem.
Porthos otarł czoło, spoglądając z dumą wkoło siebie.
— Zdaje mi się — rzekł — że widzisz, co ja tu robię.
— Zapewne, widziałem cię, jak dźwigałeś kamienie.
— Tak, aby pokazać leniuchom, co to jest siła mężczyzny. Rozumiesz?...
— Ale przecież dźwigać kamienie nie jest twojem rzemiosłem, chociaż lepiej to robisz, niż sami rzemieślnicy. Ja chciałem cię spytać temi słowy: Co robisz tutaj, baronie?...
— Uczę się geografji, rycerzu.
— Geografji?...
— No, a ty co robisz w tym mieszczańskim ubiorze?...
D‘Artagnan spostrzegł, że źle uczynił, zadziwiając swojem ubraniem. Porthos miał powód do zadawania mu pytań.
Szczęściem, że d‘Artagnan tego się spodziewał.
— Bo w rzeczy samej jestem mieszczaninem, mój drogi; suknia nie dziwi, kiedy jest stosowną do stanu.
— Aleś ty żołnierz, muszkieter!...
— Już nim nie jestem, wziąłem dymisję.
— E!...
— A tak.
— Wyszedłeś ze służby?
— Wyszedłem.
— Opuściłeś króla?...
— Zupełnie.
Porthos wzniósł ręce do góry, jak człowiek, który nadspodziewanej dowiaduje się rzeczy.
— A wiesz, to mnie bardzo zadziwia — rzekł.
— Jednakże tak jest, służba mi się sprzykrzyła, Mazarini obrzydł mi od dawna i zrzuciłem mundur do djabła.
— Ale Mazarini nie żyje.
— Wiem o tem; właśnie przed jego śmiercią żądałem dymisji, a dano mi ją przed dwoma miesiącami. Zostawszy wolnym, udałem się do Pierrefonds, aby odwiedzić mojego drogiego Porthosa. Usłyszałem o szczęśliwym twoim pobycie tutaj i chciałem go chociaż przez piętnaście dni z tobą podzielić.
— Mój przyjacielu, wiesz, że nietylko na piętnaście dni, ale na cały rok, na dziesięć lat, na całe życie nawet dom mój dla ciebie otwarty.
— Dziękuję ci, mój drogi.
— A czy nie potrzebujesz pieniędzy?... — zapytał Porthos, potrząsając kilkodziesięcioma luidorami, które miał w kieszeni.
— Nie potrzebuję; to, com uzbierał, umieściłem u Plancheta, aby mieć z tego dochód.
— Uzbierałeś?
— A tak — odpowiedział d‘Artagnan — dlaczegóż nie pozwalasz, abym coś zaoszczędził, jak inni?
— Ja nie pozwalam? i owszem, nawet myślałem, to jest nie ja, ale Aramis podejrzewał, że masz jakiś kapitalik. Ja nikogo nie obliczam, ale sądzę, że muszkieter może mało zaoszczędzić.
— Zapewne jak ty, co masz miljony dziedzicznego majątku; ale sam rozważ... Miałem najprzód dwadzieścia pięć tysięcy liwrów.
— Ładna sumka!... — rzekł Porthos.
— A 25-go ostatniego miesiąca — mówił dalej d‘Artagnan — dodałem do tego dwakroć sto tysięcy liwrów.
Porthos wytrzeszczył ogromne oczy, jakby zapytywał: a kogóżeś u djabia zrabował, przyjacielu?
— Dwakroć sto tysięcy liwrów!... — zawołał.
— A tak, co wszystko razem czyni z dwudziestu pięciu tysiakami dawniejszemi, i dwudziestu tysiącami, które miałem przy sobie, dwakroć czterdzieści pięć tysięcy.
— Ale skąd, przyjacielu, przyszedłeś do takiego majątku?
— Otóż w tem sęk! Wszystko ci to później opowiem, ale ponieważ ty masz wiele do mówienia, pilnujmy się porządku.
— Brawo!... — zawołał Porthos — więc obaj jesteśmy bogaci. Ale cóż ja mam ci powiedzieć?...
— Powiedz mi, jak Aramis został...
— Biskupem w Vannes.
— Tak! Poczciwy Aramis!... zrobił więc karjerę!
— Zapewne, tem bardziej, że to jeszcze nie koniec.
— Jakto! czy sądzisz, że niezadowolony z fjoletowych pończoch, zapragnie czerwonego kapelusza?
— Cicho! to mu już przyrzeczono.
— Przez kogo, czy przez króla?
— Przez pewną osobę, która więcej może, niż sam król.
— Ależ, mój przyjacielu, prawisz mi dziwne rzeczy.
— Jakto dziwne? alboż nie wiesz, że we Francji często kto inny większą ma, niżeli król, władzę?
— Tak, naprzykład, za Ludwika XIII-go Richelieu, za czasów regencji kardynał Mazarini, za czasów Ludwika XIV-go pan...
— Skończ, przyjacielu.
— Pan Fouquet.
— Jakto odrazu odgadłeś.
— A więc to pan Fouquet przyrzekł Aramisowi kapelusz kardynalski?
Porthos przybrał tajemniczą minę.
— Mój drogi — rzekł — niech mnie Bóg zachowa, abym wdawał się w cudze sprawy, mianowicie zaś takie, w których tajemnica może coś stanowić. Kiedy zobaczysz Aramisa, on sam ci powie, co będzie uważał za stosowne.
— Masz słuszność, Porthosie — ty jesteś prawdziwą kłódka dla cudzej tajemnicy. Ale wróćmy do ciebie.
— Dobrze — odpowiedział Porthos.
— Mówiłeś mi, że przybyłeś tutaj na naukę geografji?
— Nieinaczej.
— Ale, jak widzę, ślicznie się tu bawisz.
— Jakto?
— Te warownie są cudowne.
— Czy tak sadzisz?
— W rzeczy samej. Prawdę mówiąc, w razie oblężenia, Belle-Isle jest nie do wzięcia.
Porthos zatarł ręce.
— I ja tak myślę — odpowiedział.
— Ale któż u djabła ufortyfikował ten domek?
Porthos nadął się.
— Czy ci nic nie mówiłem?
— Ani słowa.
— A czy się nie domyślasz?
— Nic a nic — to tylko mogę powiedzieć, że człowiek, który zna rozmaite systemy fortyfikacji, wybrał z nich najlepszy.
— Na Boga!... — zawołał Porthos — miej wzgląd na moją skromność.
— Jakto — zawołał muszkieter — to ty, ty?
— Zmiłuj się, przyjacielu.
— A więc to ty obmyśliłeś, uplanowałeś, nakreśliłeś te bastjony, ten szaniec, te półkola, te kortyny i teraz budujesz drogę ukrytą?
— Ależ proszę cię...
— A więc ty wybudowałeś ten tak wspaniały okop?
— Przyjacielu...
— I to ty nadałeś tę wklęsłość oknom, że ich skutecznie można używać do dział?
— Tak ja, a któżby inny, mój Boże!
— A! Porthosie, klęknąć przed tobą potrzeba! ale dlaczegóż ukrywałeś twój genjusz? Sądzę, mój przyjacielu, że mi to wszystko po szczególe pokażesz.
— Nic łatwiejszego. Oto mój plan.
— Proszę cię, pokaż.
Porthos zaprowadził d‘Artagnana do kamienia, który zastępował miejsce stołu, gdzie plan był rozłożony.
U dołu planu widniało potworne pismo Porthosa, pismo, o którem mieliśmy już sposobność mówić:
„Zamiast używać kwadratu, lub prostokąta, jak to do dziś dnia czyniono, oznaczmy plac, zamknięty sześciobokiem foremnym; wielokąt ten będzie korzystniejszy dlatego, że więcej ma boków. Każdy bok wielokąta, którego rozmiar oznacza się stosownie do rozległości placu, podzielony będzie na dwie części, a w środku przejdzie prostopadła do wielokąta, równa długości szóstej części boku. Na rogach z każdej strony wielokąta, poprowadzi się przekątnie, które przecinać będą prostopadłą. Te dwa skrzydła stanowić będę linję obronną“.
— Do djabła!... — rzekł d‘Artagnan, przerywając — to najlepszy system.
— Najlepszy — odpowiedział Porthos — czy chcesz go dalej poznać?
— Dziękuję ci, już wszystko pojąłem; ale dlaczegóż, mój drogi, kiedy sam kierujesz pracami, potrzebujesz pismem objaśniać twój system?
— A gdybym umarł, mój drogi?
— Jakto?...
— Alboż nie jesteśmy wszyscy śmiertelni?
— Masz słuszność! ty, mój przyjacielu, na wszystko znajdziesz odpowiedź!...
I położył plan na kamieniu.
Lecz, jakkolwiek krótko miał plan w ręku, ujrzał, pod potwornem pismem Porthosa, inne, drobne i piękne, w którem poznał rękę Marji Michon, którą znał w młodości.
Pismo było nieco zatarte, ale nie uszło przenikliwego oka muszkietera.
— Brawo! Brawo! mój przyjacielu!... — zawołał d‘Artagnan.
— Teraz wiesz wszystko, co pragnąłeś wiedzieć — odezwał się Porthos, wykręcając się na pięcie.
— Jeszcze jednę uczyń mi łaskę, mój przyjacielu.
— Rozkaż; jestem tu panem.
— Powiedz mi, co to za pan tam się przechadza?
— Gdzie, tam?
— Za tym szeregiem wojska.
— Z lokajem?
— Tak jest.
— W towarzystwie tego hultaja, czarno ubranego?
— To, to, to.
— To pan Getard.
— Co to za pan Getard, mój przyjacielu?
— Jest to architekt domu. Ale on nic nie ma do fortyfikacyj, one wyłącznie do mnie należą. Zupełnie.
— Teraz zaś powiedz mi — pytał d‘Artagnan — czy ten hultaj, co idzie z panem Getard, także należy do domu pana Fouquet?
— To jest — odpowiedział Porthos z lekceważeniem — pan Jupenet, albo Juponet, rodzaj poety.
— Który tu osiadł?
— Pan Fouquet dosyć ma u siebie poetów: Scudery, Sorel, Pelisson, La Fontaine. A jeżeli mam ci prawdę powiedzieć, mój przyjacielu, ten poeta hańbę mu przynosi.
— Na szczęście, on tutaj nie jest poetą.
— Jakto, a czemże jest?
— Drukarzem. Dobrze, że mi przypomniałeś, mam temu hultajowi coś powiedzieć.
— Powiedz mu.
Porthos skinął na Juponeta, który, ujrzawszy d‘Artagnana, nie miał się ochoty zbliżyć.
Porthos powtórnie go przywołał.
Wezwanie było tak rozkazujące, że mu należało ulec.
Zbliżył się więc.
— Cóż u licha — rzekł Porthos — ledwieś wczoraj wylądował, a już broisz.
— Jakto, panie baronie?... — zapytał drżący Juponet.
— Twoja prasa całą noc jęczała — odrzekł Porthos — i spać mi nie dałeś;
— Panie... — bojaźliwie odezwał się Juponet.
— Nie masz zapewne co drukować, więc prasy naderemnie męczyć nie powinieneś.
— Drukowałem, panie, małą poezję mojego pióra.
— Małą poezję! a prasa jęczała, aż przykro było słuchać. Niech tego więcej nie będzie, rozumiesz!
— Dobrze, panie.
— Przyrzekasz?
— Przyrzekam.
— Na ten raz ci przebaczam. Idź sobie precz!...
Poeta odszedł z tą samą pokorą, z jaką przyszedł.
— Teraz — odezwał się Porthos — kiedy zmyłem głowę temu głupcowi, pójdźmy na śniadanie.
— Dobrze — odpowiedział d‘Artaguan — pójdźmy.
— Jednakże — rzekł Porthos — muszę ci zrobić uwagę, że mamy tylko dwie godziny wolnego czasu.
— Zdaje się, że to dosyć; ale dlaczegóż tylko dwie godziny?
— Ponieważ przypływ morza zaczyna się o pierwszej, a z przypływem morza wyjeżdżam do Vannes. Że zaś jutro powracam, zostań w moim domu i rządź, jak ci się podoba. Mam dobrego kucharza i wyborną piwnicę.
— Dziękuję ci — odrzekł d‘Artagnan — ja mogę coś lepszego uczynić.
— Jakto?...
— Mówisz, że jedziesz do Vannes?...
— Tak... Do Aramisa.
— Ja z Paryża umyślnie przybyłem, żeby się z nim widzieć.
— Prawda.
— A więc pojadę z tobą.
— Dobrze, kiedy chcesz.
— Zamierzyłem odwiedzić najprzód Aramisa, a potem ciebie, lecz homo proponit, Deus disponit. Zacząłem od ciebie, a skończę na Aramisie.
— Zgoda.
— A ile godzin jedziesz stad do Vannes?...
— Sześć. Trzy godziny morzem do Sarzeau, a trzy godziny lądem z Sarzeau do Vannes.
— Jak to wygodnie!... a często bywasz w Vannes?
— Raz na tydzień. Ale zaczekaj, niech zabiorę mój plan.
Porthos zwinął starannie plan i schował go w szeroką kieszeń.
— Wybornie!... — rzekł do siebie d‘Artagnan — teraz wiem, kto prawdziwie fortyfikuje Belle-Isle.
Po dwóch godzinach, z przypływem morza, Porthos i d‘Artagnan wyjechali do Sarzeau.




ROZDZIAŁ II.
PROCESJA W VANNES.

Podróż z Belle-Isle do Sarzeau odbyła się pośpiesznie, dzięki jednemu z owych statków korsarskich, o których mówiono d‘Artagnanowi w podróży, a który przeznaczony do przesyłki i łowów, zatrzymał się na chwilę w zatoce Locmaria, gdzie drugi podobny statek, z załogą wojskową, pełnił służbę pomiędzy Belle-Isle i stałym lądem. Tym razem przekonał się d‘Artagnan, że Porthos, jakkolwiek był wielkim inżynierem i topografem, nie był wcale przypuszczony do tajemnic państwa. Pomimo to, dla każdego innego, zupełna jego nieświadomość mogła była uchodzić za zręczne udawanie.
Ale d‘Artagnan doskonale znał Porthosa i umiałby z niego wydobyć każdą tajemnicę z równą łatwością, jak ci starzy lokaje, co to po ciemku znajdują, czego im potrzeba, albo jak wprawni bibliotekarze, którzy wiedzą, na której półce leży jaka książka.
Kiedy więc d‘Artagnan nic nie znalazł, mógł być pewnym, że nic nie było.
— Niech i tak będzie — pomyślał — za pół godziny dowiem się więcej w Vannes, niż Porthos na Belle-Isle wiedział przez dwa miesiące. Ażebym jednak mógł się czego dowiedzieć, potrzeba, aby Porthos nie użył tego samego wybiegu, jaki mu zostawiam do rozporządzenia. Trzeba, żeby nie uprzedził Aramisa o mojem przybyciu.
Wszystko więc w tej chwili ograniczyło się do czuwania nad Porthosem.
Jeżeli zaś powiedzieć szczerze, nieufność względem Porthosa była zbyteczna, bo on o niczem złem nie myślał.
Być może, że uczuł w pierwszej chwili, na widok d‘Artagnana, pewne podejrzenie: lecz niebawem przyjaciel odzyskał swoje miejsce w jego sercu i najmniejsza chmura nie zaciemniała wielkiego oka Porthosa, spoglądającego kiedy niekiedy czule na przyjaciela.
Wysiadłszy ze statku, zapytał Porthos o konie i w rzeczy samej ujrzał je przy krzyżu, na zakręcie drogi pod Sarzeau, która prowadziła wprost do Vannes. Koni było dwa; jeden pana du Vallon, drugi zaś jego koniuszego. Albowiem Porthos miał koniuszego od chwili, gdy Mousqueton potrzebował wózka do przenoszenia się z miejsca na miejsce. D‘Artagnan sądził, że Porthos pośle koniuszego po konia i zamierzał sprzeciwić się temu postanowieniu. Lecz obawa była zbyteczna. Porthos rozkazał poprostu zsiąść służącemu z konia i czekać swego powrotu w Sarzeau, d‘Artagnanowi zaś ofiarował jego konia.
— Mój drogi, bardzo jesteś przezornym, — rzekł d‘Artagnan, siedząc na koniu koniuszego.
— Tym razem jest to grzeczność Aramisa; albowiem ja nie mam tu koni. Aramis oddał swoja stajnię do mojej dyspozycji.
— Dobre konie, piękne konie biskupie; — wtrącił d‘Artagnan, — prawdę mówiąc, Aramis jest rzadkim biskupem.
— To święty człowiek — odpowiedział Porthos, wznosząc oczy do góry.
— Widać bardzo się zmienił — odrzekł d‘Artagnan, — bo myśmy go zwykle znali jako bardzo światowego.
— Widać go łaska boska natchnęła, — odrzekł Porthos.
— Brawo!... — zawołał d‘Artagnan, — tem więcej pragnę zobaczyć kochanego Aramisa.
I dał koniowi ostrogę, a rumak uniósł go z nową gwałtownością.
— Do djabła!... jeżeli tak będziemy jechać; zamiast dwóch godzin, jednej będzie nam dosyć.
— Aby przejechać ile drogi?...
— Trzy mile.
— Piękna przejażdżka.
— Moglibyśmy, mój drogi, popłynąć kanałem, ale niech djabli wezmą łodzie i konie pocztowe. Pierwsze idą jak żółwie, drugie jak ślimaki. Mojem zdaniem, kiedy można mieć tęgiego bieguna, lepsze to, niż każdy inny sposób podróżowania.
— Osobliwie dla ciebie, mój drogi, bo prześlicznie wyglądasz na koniu.
— Jestem za ciężki, w ostatnich czasach utyłem.
— Ile też ważysz?...
— Trzysta funtów — odpowiedział Porthos z dumą.
— Brawo!...
— I dlatego muszę szukać koni z szerokim krzyżem i mocnemi nogami, bo inne zajeżdżałbym we dwie godziny.
— Potrzebujesz olbrzymich koni, wszak prawda?...
— Tak, mój przyjacielu, — odpowiedział inżynier z nadętą powagą.
— W rzeczy samej. odezwał się d‘Artagnan — twój koń poci się.
— Bo też djablo gorąco. Ha!... ha!... czy widzisz Vannes?...
— Doskonale, to piękne miasto, jak sądzę.
— Śliczne, przynajmniej, zdaniem Aramisa, ale dla mnie zanadto czarne. Podobno artyści lubią czarne mury, ja ich nienawidzę.
— Dlaczego?...
— Bo kazałem wybielić, mój zamek w Pierrefonds, który wyglądał szaro ze starości.
— Zapewne, biały kolor jest weselszy.
— Tak, ale nie tak poważny, jak mówi Aramis; szczęście, że sprzedają sadze. Każę znowu przemalować Pierrefonds na czarno. Bo uważasz, jeżeli szary kolor jest pięknym, czarny powinien być wspaniały.
— Ba!... — odpowiedział d‘Artagnan, — to rzecz bardzo prosta.
— Czy nigdy nie byłeś w Vannes?...
— Nigdy.
— Patrzaj więc, — mówił Porthos unosząc się na strzemionach, że aż koń zachwiał się pod nim — czy widzisz te piękną wieżę?...
— Aha!... widzę ją.
— To katedra.
— Jaka?...
— Ś-go Piotra. Teraz, patrz tam, w przedmieście, na lewo, czy widzisz krzyż?...
— Doskonale.
— To kościół Ś-go Paterna, ulubiony Aramisa.
— A!...
— Mówią nawet, że dawniej był to kościół biskupi w Vannes. Ale Aramis temu zaprzecza, a on jest uczony, jak mało.
— Mój drogi — odezwał się d‘Artagnan — bądź łaskaw lepiej mnie jeszcze objaśnię. Co to za wielki biały gmach, pełen okien?...
— To jezuickie kolegjum. Na honor, szczęśliwa masz rękę. Czy widzisz przy kolegjum ten wielki dom, z wieżyczkami w stylu gotyckim, jak powiada ten głupiec Getard.
— Widzę go i cóż?...
— Tu właśnie mieszka Aramis.
— Jakto?... nie mieszka w biskupstwie?...
— Biskupstwo leży w gruzach. Prócz tego biskupstwo leży w mieście, a Aramis lubi przedmieścia. Otóż dlatego, jak ci mówiłem, lubi kościół Ś-go Paterna, tu na przedmieściu, gdzie są kręgle i dom dominikański. Patrzaj, oto wieża, co aż w niebo się wznosi.
— Widzę ją.
— Dalej, uważaj, że przedmieście tworzy jakby oddzielne miasto. Ma swoje mury, wieże i fosy. Gdyby nasz statek nie potrzebował głębszej wody, moglibyśmy podpłynąć pod same okna Aramisa.
— Mój przyjacielu — zawołał d‘Artagnan — jak widzę, jesteś prawdziwą studnią wiadomości, źródłem dowcipnych i głębokich zarazem domysłów. Porthosie, ty mnie zadziwiasz, ale i wielbić siebie zmuszasz.
— Otóż przybyliśmy — rzekł Porthos, zmieniając treść rozmowy ze zwykłą skromnością.
— W samą porę — pomyślał sobie d‘Artagnan, — bo koń Porthosa byłby się już roztopił.
I wjechali na przedmieście, lecz zaledwie sto kroków zrobili, zadziwiło ich, że ulica była zasłana liśćmi i kwiatami.
Na starych murach Vannes powiewały rozmaite stare kobierce francuskie.
Żaluzje okien były zamknięte i powietrze do domów dostawało się przez czarne szczeliny.
Nagle, na zakręcie ulicy, śpiew doszedł uszu naszych podróżnych. Tłum strojny ukazał się w dymie kadzideł, które unosiły się w niebiosa różowym płomieniem, dochodząc do pierwszych pięter.
Nad głowami pobożnych widać było krzyż i chorągwie, święte oznaki religji Chrystusa.
Pod krzyżem i chorągwiami stało wiele młodych dziewic, ubranych biało, w wieńcach z bławatków.
Po dwóch stronach ulicy, zamykając orszak, postępowało wojsko, niosąc w lufach broni bukiety. Była to procesja.
Kiedy d‘Artagnan i Porthos patrzyli chciwie, pragnąc dalej się dostać, wspaniały baldachim, poprzedzony przez stu jezuitów i dominikanów, otoczony kanonikami, archidiakonami i skarbnikiem, postępował zwolna.
Śpiewak z grzmiącym głosem, wyszukany widać w całej Francji, jak później tamburmażor gwardji cesarskiej, śpiewak wielkiego wzrostu, któremu czterech innych towarzyszyło, napełniał powietrze brzmieniem, od którego okna drżały.
Pod baldachimem ukazała się postać blada i szlachetna, z oczyma czarnemi i włosami tegoż koloru, nieco przypruszonemi siwizną, z podbródkiem wystającym i ostrym. Głowa tej postaci, pełna powagi, ubrana była w mitrę biskupią, która oprócz charakteru władzy, cechowała twarz ascetyzmem i ewangelicznem rozmyślaniem.
— Aramis!... — zawołał mimowoli muszkieter, kiedy ta postać przechodziła około niego.
Prałat zadrżał — zdawało mu się, że posłyszał głos podobny temu, jaki budzi zmartwychwstającego.
Wzniósł wielkie oczy i skierował je ku miejscu, z którego wyszedł okrzyk.
Ujrzał Porthosa i d‘Artagnana.
D‘Artagnan znowu, dzięki bystrości wzroku wszystko widział i zrozumiał. Cała postać prałata wbiła mu się w pamięć, aby więcej z niej nie wyjść.
Jedna rzecz mianowicie uderzyła d‘Artagnana.
Aramis, spostrzegłszy go, zarumienił się, następnie ukrył pod powieką ogień spojrzenia.
Widocznem było, że Aramis zadał sobie pytanie:
— Dlaczego d‘Artagnan przybył z Porthosem i co robi w Vannes?...
Aramis zrozumiał wszystko to, co działo się w myśli d‘Artagnana, gdy rzucił na niego spojrzenie, przed którem on nie zmrużył oczu.
Znał przebiegłość swego przyjaciela i lękał się, aby nie odgadł on przyczyny jego zarumienienia i podziwu. Był to zawsze ten sam Aramis, mający jakaś tajemnicę.
Aby raz skończyć z owem badawczem spojrzeniem, aby je w inną skierować stronę, wyciągnął Aramis piękną, białą rękę, na której błyszczał ametyst biskupiego pierścienia, zrobił znak krzyża i pobłogosławił dwóch przyjaciół.
Może zamyślony i roztargniony d‘Artagnan niebyłby się ugiął pod owem błogosławieństwem, lecz Porthos, oparłszy mu rękę na ramieniu, pochylił go, o mało co nie powaliwszy na ziemię.
Tymczasem Aramis przeszedł.
D‘Artagnan jak Anteusz zaledwie dotknął ziemi i odwrócił się ku Porthosowi, prawie rozgniewany.
Lecz nie można było mieć za złe walecznemu herkulesowi, albowiem uczynił to z religijnego uczucia.
Prócz tego wyrazy Porthosa, zawsze dokładnie myśl jego malowały, nie ukrywając prawdziwej.
— To bardzo grzecznie — rzekł, — nas samych błogosławić. W rzeczy samej święty to człowiek i bardzo poczciwy.
Mniej przekonany, niż Porthos, d‘Artagnan nic nie odpowiedział.
— Widzisz, kochany przyjacielu — mówił dalej Porthos — kiedy nas spostrzegł, zamiast iść zwyczajnym krokiem, patrz, jak się śpieszy. Poczciwy Aramis pragnie jak najprędzej zobaczyć nas i uściskać.
— Prawda — głośno odpowiedział d‘Artagnan.
Później dodał cicho:
— Lis, skoro tylko mnie zobaczył, chce się przygotować na moje przyjęcie.
Procesja przeszła i ulica opustoszała.
D‘Artagnan i Porthos udali się prosto do pałacu biskupiego, który otaczał nieprzeliczony tłum, pragnąc widzieć szanownego prałata.
D‘Artagnan zauważył, że tłum ten składa się z mieszczan i wojskowych.
Z powierzchowności stronników poznał zręczność swojego przyjaciela.
W rzeczy samej Aramis nie ubiegał się o bezużyteczną popularność. Nie chodziło mu wcale o to, aby kochali go ludzie, na nic nie przydatni.
Kobiety, dzieci, starcy, zwykły pobożny orszak, nie był jego orszakiem.
W dziesięć minut, gdy nasi przyjaciele przeszli próg biskupstwa, powrócił Aramis, jak triumfujący zdobywca; żołnierze prezentowali broń przed nim, mieszczanie witali go raczej jak protektora, niż jak naczelnika religijnego.
Aramis miał niejakie podobieństwo do owych rzymskich senatorów, których drzwi zawsze były zapełnione klientami.
Na dole, pod gankiem, jakiś jezuita poufale wetknął głowę pod baldachim i minutę czasu z nim rozmawiał.
Kiedy Aramis wszedł do swego mieszkania, drzwi za nim powoli się zamknęły, i tłum znikł, a kadzidła i pieśni jeszcze czuć się dawały w powietrzu.




ROZDZIAŁ III.
WIELKOŚĆ BISKUPA W VANNES.

Porthos i d‘Artagnan weszli do biskupstwa oddzielnemi drzwiami, znanemi tylko przyjaciołom.
Zbyteczne mówić, że Porthos służył za przewodnika d‘Artagnanowi. Zacny baron wszędzie był jakby u siebie. Przecież, czy uznając świętość osoby Aramisa i jego charakteru, czy też z przyzwyczajenia szanując to, co okazywało moralna wyższość, Porthos był u Jego wysokości jakoś nieśmiały, co d‘Artagnan zauważył po jego obejściu z lokajami i domownikami.
Nieśmiałość ta jednak nie przeszkadzała pytaniom.
Porthos pytał o wiele rzeczy.
Dowiedziano się więc, że Jego biskupia mość wrócił i że niebawem ukaże się, ale w mniej poważnym stroju, niż go owieczki widywać przywykły.
W rzeczy samej, po upływie kwadransa, w którym oczy dwóch przyjaciół w rozmaitym zwracały się kierunku, otwarły się drzwi sali, i biskup wszedł, przybrany w suknię prałata.
Aramis nosił głowę wzniesioną, jak człowiek, przywykły do rozkazywania; miał na sobie suknię fjoletową, a rękę opierał na biodrze.
Prócz tego zachował mały wąsik i małą bródkę z czasów Ludwika XIII-go.
Za jego wejściem, rozszedł się delikatny zapach, właściwy wytwornym mężczyznom i damom wielkiego świata, który zdaje się od nich rozchodzić.
Tym razem woń miała w sobie coś religijnego. Nie upajała, ale przenikała; nie obudzała żądzy, ale tchnęła poszanowaniem.
Aramis, wszedłszy do pokoju, nie wahał się ani chwili i nie mówiąc słowa, prosto udał się do muszkietera, zręcznie przebranego w ubiór pana Agnan, i tak czule uścisnął mu rękę, że nikt nie mógł posądzić go o obojętność, albo obłudę.
D‘Artagnan z równym uścisnął go zapałem.
Porthos delikatnie uścisnął rękę Aramisa w swej dłoni, a d‘Artagnan zauważył, że biskup ściskał mu lewę rękę, zapewne z obawy, aby jego delikatna dłoń nie dostała się w potężny szrubsztak. Aramis, raz sparzony serdecznym uściskiem, podawał dłoń, nie chcąc narażać palców, które, ściśnięte, bolały od pierścienia i drogich kamieni.
Po uściśnieniu podał biskup d‘Artagnanowi krzesło, stawiając je w świetle, sam zaś siadł w cieniu.
Krok ten znany dyplomatom i kobietom, bardzo jest podobny do tego, jakiego używają zręczni szermierze.
D‘Artagnan znał ten obrót, ale udał, że go nie spostrzega. Czuł, że go pochwycono, ale właśnie dlatego miał się na baczności; mało go obchodziło, że pozornie będzie pokonany, byle z przegranej umiał wyciągnąć korzyści zwycięstwa.
Aramis wszczął rozmowę.
— A! kochany, drogi d‘Artagnanie, jaki szczęśliwy przypadek?...
— Czyż przypadkiem, zacny przyjacielu — odpowiedział d‘Artagnan — przyjaźń nazywasz? Szukam cię, jak zawsze szukałem, ilekroć miałem przedstawić ci jakie przedsięwzięcie, albo gdy mogłem wolny czas tobie poświęcić.
— Jakto!... — zawołał Aramis — więc umyślnie dla mnie przybywasz?
— A tak — odezwał Porthos — i właśnie ciebie szukając, mnie znalazł na Belle-Isle. Wszak to przyjemnie, nieprawdaż?
— Tak, naturalnie — odrzekł Aramis — na Belle-Isle...
— Właśnie — przerwał d‘Artagnan.
— Na Belle-Isle, w tej dziurze, w tej jamie. A! to prześlicznie.
— I ja mu powiedziałem, że ty znajdujesz się w Vannes — mówił Porthos tym samym tonem.
D‘Artagnan uzbroił swoje usta uśmiechem prawie ironicznym.
— Wiedziałem o tem — rzekł — ale chciałem się przekonać.
— O czem?
— Czy nasza przyjaźń zawsze równie jest czuła i czy nasze serca, ostudzone wiekiem, wydadzą jeszcze ten okrzyk radości, jakim się wita dawno niewidzianego przyjaciela.
— Zatem musisz być zadowolony — odpowiedział Aramis.
— I tak i nie.
— Jakto?
— Tak, Porthos kazał mi milczeć, a ty...
— Co ja?
— Dałeś mi swoje błogosławieństwo.
— Cóż chcesz, mój przyjacielu — odpowiedział Aramis — czy biedny kapłan może czem droższem obdarzyć?
— Czy tak, mój przyjacielu?
— Naturalnie.
— Jednak mówią w Paryżu, że biskupstwo w Vannes jest jednem z najlepszych we Francji.
— Mówisz o dobrach doczesnych — odpowiedział Aramis zmieszany.
— Zapewne, bo mnie to najwięcej obchodzi.
— Kiedy ci się podoba, pomówmy o tem — odparł Aramis z uśmiechem.
— Wiec przyznajesz, że jesteś najbogatszym prałatem we Francji?
— Mój przyjacielu, skoro mnie pytasz o dochody, powiem ci więc, że biskupstwo w Vannes przynosi rocznie dwadzieścia tysięcy liwrów. Jest to djecezja, mająca sto sześćdziesiąt tysięcy dusz.
— Pięknie — podchwycił d‘Artagnan.
— Pysznie — odparł Porthos.
— Jednakże — zaczął znowu d‘Artagnan, przeszywając biskupa spojrzeniem — nie zagrzebałeś się tu na wieki?
— Przebacz, ale wyrazu „zagrzebać“, nie rozumiem.
— Ja sadzę, że w takiem oddaleniu od Paryża człowiek zagrzebuje się.
— Mój przyjacielu — odpowiedział Aramis — zgiełk i blask miasta już mnie nie łudzą. W pięćdziesiątym siódmym roku szuka się spokojności i chwały Bożej. Tutaj oboje znalazłem. Czy jest co piękniejszego i poważniejszego zarazem, jak ta stara Armoryka? Tutaj, mój przyjacielu, znajduje wszystko inne, niż to, co dawniej lubiłem, a czy przy schyłku życia potrzeba czego więcej, niż rzeczy wprost innych jak na początku? Resztki tego, co dawniej kochałem, i tu przychodzą mnie pocieszać, a nie odrywają mnie od zbawienia. Prawda, jestem jeszcze na tym świecie, ale co chwila zbliżam się do Boga.
— Wymowny, roztropny, ostrożny, jesteś prawdziwym, Aramisie, księdzem. Winszuję ci tego.
— Ale — odpowiedział Aramis z uśmiechem — zapewne nie przybyłeś, przyjacielu, po to tylko, abyś mi prawił grzeczności. Mów, co cię tu przyprowadza. Bardzo będę szczęśliwy, jeżeli w czem mogę ci być użytecznym.
— Bogu dzięki, przyjacielu — odpowiedział d‘Artagnan — niczego nie potrzebuję; bo jestem bogaty i nikomu nie służę.
— Bogaty?
— Jak na mnie, ale nie jak na ciebie, lub Porthosa, ma się rozumieć. Mam z jakie piętnaście tysięcy liwrów dochodu.
Aramis spojrzał na niego z niedowierzaniem. Nie mógł przypuścić, aby jego dawny znajomy, tak niepozornej powierzchowności, był bogatym.
D‘Artagnan widząc, że przyszła potrzeba wyjaśnień, opowiedział swoja historję w Anglji.
W czasie opowiadania, uważał, jak błyszczały oczy biskupa i ręce mu drżały.
Porthos nie podziwienie, ale zapał objawiał dla swojego przyjaciela.
Kiedy d‘Artagnan skończył opowiadanie, Aramis zapytał;
— I cóż dalej?
— Widzisz — odpowiedział d’Artagnan — że w Anglji mam przyjaciół i mienie, a skarb we Francji. Jeżeli twoje serce odgaduje go, poświęcam tobie. Oto dlaczego przybyłem tutaj.
Jakkolwiek spojrzenie jego było pewne, nie mogło jednak wytrzymać wzroku Aramisa. Zwrócił więc oczy na Porthosa.
— Jakkolwiekbadź — rzek! biskup — dziwny sobie ubiór obrałeś na drogę, mój przyjacielu.
— Wiem o tem. Pojmujesz dobrze, że nie chciałem podróżować, ani jak pan, ani jak rycerz. Od chwili jak zbogaciłem się, jestem skąpy.
— I mówisz, że na Belle-Isle przybyłeś?... — zapytał znowu Aramis.
— Tak jest — odpowiedział d‘Artagnan — spodziewałem się Porthosa i ciebie tam zastać.
— Mnie!... — zawołał Aramis — mnie? — Ja od roku ani razu nie byłem na morzu.
— Nie wiedziałem, że się tak zasiedziałeś.
— Mój przyjacielu, już ci powiedziałem, że nie jestem tym, jakim dawniej bywałem. Koń trudzi mnie, morze osłabia; jestem sobie biedny kapłan, cierpiący, przywykły do surowości życia, które przystoi staremu. Spoczywam już, mój d‘Artagnanie, spoczywam!...
— Tem lepiej, mój przyjacielu, osobliwie, że będziemy sąsiadami.
— Ba?... — rzekł Aramis, z niejakiem nawet nieukrywanem zdziwieniem — sąsiadami!
— A tak.
— Jakto?
— Mam kupić bardzo korzystne saliny w okolicy Poirak i Croisie. Wyobraź sobie, mój przyjacielu, kopalnię, przynoszącą dwanaście od sta rocznie, bez zawodu i kłopotu. Ocean jest dobrym dłużnikiem i co sześć godzin regularnie będzie wnosił procent do mojej kasy. I z tego to właśnie powodu wkrótce będziemy sąsiadami. Będę miał trzy mile ziemi za trzydzieści tysięcy liwrów.
Aramis spojrzał na Porthosa, jakby zapytywał, czy to wszystko prawda i czy nie ma ukrytego fortelu pod pozorem obojętności. Jednak w tej samej chwili, jakby się zawstydził, że do tak słabej ucieka się pomocy, i zebrał wszystkie siły do nowego ataku i nowej obrony.
— Mówiono mi — rzekł — że byłeś w nieporozumieniu z dworem: lecz wyszedłeś z niego, jak zawsze z chwałą i korzyścią.
— Ja!... — zawołał muszkieter, zanosząc sic od śmiechu, aby ukryć swoje pomieszanie, albowiem z tych słów Aramisa mógł się domyślać, że wie o stosunkach jego z królem. — Ja! opowiedz mi to, zacny biskupie.
— Mówiono mi, mnie biednemu kapłanowi, zagrzebanemu w pustyni, że król wziął cię za powiernika w swoich miłostkach.
— Z kim?
— Z panną Mancini.
D‘Artagnan odetchnął.
— O! ja temu nie przeczę — odpowiedział.
— Mówią, że król zabrał cię pewnego dnia na most Blois, gdy jechał na spotkanie z swoją kochanką.
— I to prawda — rzekł d‘Artagnan. — A to wiecie o tem? ale także i to wiedzieć wam należy, te tego samego dnia, prosiłem o uwolnienie ze służby.
— Naprawdę?
— Tak.
— I wtedy udałeś się do hrabiego de la Fere?
— Wtedy.
— I do mnie?
— Tak.
— I do Porthosa?
— I do Porthosa.
— Żeby nas tylko odwiedzić?
— Przeciwnie; myślałem, że nie macie nic do roboty i chciałem was zabrać do Anglii.
— Rozumiem, i wtedy wykonałeś to sam, cośmy we czterech mieli wykonać. Nie myślałem, abyś tak bardzo przyczynił się do przywrócenia króla, kiedy dowiedziałem się, jak cię przyjmował król Karol, który zdawał się być twoim przyjacielem.
— Ale skąd to wiesz, u diabła?... — zapytał d‘Artagnan lękając się, aby Aramis nie wiedział więcej, niż potrzeba.
— Mój przyjacielu — odpowiedział prałat — przyjaźń podobną jest do owego człowieka, co to w nocy czuwa na połów w naszej zatoce. Poczciwiec, co wieczór zapala światło, dla oświetlenia łodzi, płynących po morzu. Ukrytego w budce rybacy nie widzą, ale on na nich patrzy, odgaduje i wzywa do portu. Otóż ja podobny jestem do tego czatownika; kiedy niekiedy przychodzą do mnie wieści i przypominają tych, których niegdyś kochałem. Wtedy, patrzę za moimi przyjaciółmi na burzliwe morze i modlę się, aby ich Bóg szczęśliwie przyprowadził do portu.
— A po Anglji cóż robiłem?... — zapytał d‘Artagnan.
— O! to już za daleko na moje oczy — odpowiedział Aramis. — Po twoim powrocie z Anglji, nic nie wiedziałem i myśląc, że zapomniałeś o mnie, opłakiwałem twoje zapomnienie. Przyznaję, byłem niesprawiedliwy. Teraz zaś, kiedy cię widzę, przysięgam, że to wielka dla mnie uroczystość...
— A jak się miewa Athos?... — zaczął znowu Aramis.
— Bogu dzięki, bardzo dobrze.
— A nasz młody wychowaniec?
— Raul?
— Tak.
— Zdaje się, że odziedziczył zręczność swojego ojca Athosa, a siłę opiekuna Porthosa.
— I z czego to wnosisz?
— Miałem dowody w wigilję mego odjazdu.
— Czy tak?
— Nieinaczej. Właśnie była egzekucja na placu Greve, a po egzekucji, zamieszanie. My byliśmy tam i zaszła potrzeba użycia miecza. Otóż sprawił się wybornie.
— I cóż takiego uczynił?... — zapytał Porthos.
— Najprzód wyrzucił jednego człowieka oknem, jak piłka wełnianą.
— A! to pocieszne... — zawołał Porthos.
— Potem rąbał tak, jak my za naszych czasów rąbaliśmy.
— A z jakiego powodu było to zamieszanie?... — zapyta! Porthos.
D‘Artagnan zauważył zupełną obojętność w biskupie na to zapytanie.
— Z tego powodu — rzekł, patrząc na Aramisa — że wieszano dwóch przyjaciół Fouqueta.
Lekkie zmarszczenie brwi dało poznać, że prałat to słyszał.
— Jakże się nazywają ci przyjaciele pana Fouquet?... — zapytał Porthos.
— Panowie d‘Emery i Lyodot — odpowiedział d‘Artagnan. — Czy znałeś ich, biskupie?
— Nie znałem — z lekceważeniem odpowiedział prałat — a z nazwisk zdaje mi się, że to finansiści.
— A tak.
— Ale że pan Fouquet pozwolił wieszać swoich przyjaciół!... — zawołał Porthos.
— A dlaczego nie?... — rzekł Aramis.
— Zdaje mi się...
— Jeżeli powieszono tych nieszczęśliwych, to pewno z rozkazu królewskiego. Pan Fouquet zaś jako zawiadujący finansami, nie ma prawa życia i śmierci.
— Jednakże pan Fouquet... cedził przez zęby Porthos.
Aramis, snać lękając się, żeby Porthos nie powiedział jakiej niedorzeczności, przerwał rozmowę.
— Mój przyjacielu d‘Artagnanie — rzekł — dosyć nagadaliśmy o innych, mówmy teraz o sobie.
— Ja wszystka powiedziałem o sobie, co miałem do powiedzenia; mówmy zatem o tobie, kochany biskupie.
— I ja powiedziałem i nie mam co więcej mówić.
— Nawet i o Opacie d‘Herblay?
— Nawet i o nim. Widzisz człowieka, którego Bóg wziął za rękę i poprowadził na stanowisko, jakiego nigdy się nawet nie spodziewał.
— Bóg?... — zapytał d‘Artagnan.
— A tak.
— To szczególniejsza, a mnie mówiono, że to pan Fouquet.
— Któż ci o tem powiedział?... — zapytał Aramis, nie mogąc ukryć rumieńca, na twarz występującego.
— Na honor, Bazin.
— Głupiec!
— Ja też nie mówię, żeby to był człowiek genialny; ale powiedział mi to, a ja powtarzam.
— A ja przecież nigdy nie widziałem pana Fouquet — odpowiedział Aramis ze spojrzeniem tak spokojnem, jak spojrzenie dziewicy, która nigdy nie skłamała.
— Ale — odparł d‘Artagnan — choćbyś go i widział, nic w tem złego nie jest, bo to bardzo poczciwy człowiek.
— A!
— Wielki polityk.
Aramis wzruszył lekceważąco ramionami.
— Nadewszystko potężny minister.
— Ja zależę tylko od króla i papieża — rzekł Aramis.
— Co u licha!... — rzecze d‘Artagnan tonem naiwnym — dlatego ci mówię, że tutaj pan Fouquet jest na ustach wszystkich. Czyj kraj?... pana Fouquet; czyje saliny, które kupiłem?... pana Fouquet; czyja wyspa, na której Porthos jest topografem? pana Fouquet; czyja załoga?... pana Fouquet; czyje galery?... pana Fouquet. Przyznam, że tylko to mnie zadziwia, dlaczego tu inny jest pan, niż król, a jest prawie tak jak on potężny. Jak widzę, to cała djecezja jest feudalna.
— Bogu dzięki, nie jestem niczyim lennikiem i nie należę do nikogo — odpowiedział Aramis, który przez cały czas rozmowy uważał na każde poruszenie d‘Artagnana i każde mrugnięcie oka Porthosa.
Lecz d‘Artagnan był ostrożny, a Porthos nieporuszony, zręcznie zadawane razy, przeciwnik również zręcznie odbijał. Żaden go nie dotknął.
Lecz każdy z obecnych czuł utrudzenie z podobnej walki i wiadomość o wieczerzy była przez wszystkich dobrze przyjętą.
Wieczerza zmieniła treść rozmowy.
Prócz tego wszyscy pojęli, że przy ostrożności jednych względem drugich, żadnej nie osiągną korzyści.
Porthos nic nie pojmował z tego wszystkiego.
Dla niego wiec wieczerza była tylko wieczerzą, a to wystarczyło dla Porthosa.
I wieczerza odbyła się cudownie.
D‘Artagnan był nadzwyczajnie wesół.
Aramis sam siebie przewyższał w grzecznościach.
Porthos jadł jak nieboszczyk Pelops.
Rozmawiano o wojnie, finansach, sztukach i miłostkach.
Aramis udawał zdziwionego na każdy wyraz o polityce, z jakim się odzywał d‘Artagnan. Te ustawiczne zadziwienia obudziły nieufność w d‘Artagnanie, jak znów obojętność d‘Artagnana powiększyła nieufność Aramisa.
Nakoniec d‘Artagnan na los szczęścia rzucił imię Colberta.
Ten cios zachował na ostatek.
— Co to za Colbert?... — zapytał biskup.
— Tego za wiele — rzekł do siebie d‘Artagnan. — Miejmy się na baczności.
I dał o Colbercie wszystkie objaśnienia, jakich Aramis mógł żądać.
Wieczerza, albo raczej rozmowa przeciągnęła się aż do pierwszej zrana, ale tylko pomiędzy d‘Artagnanem a biskupem; Porthos bowiem o dziesiątej przechylił się na krześle i chrapał. O północy obudzono go i zaprowadzono spać.
— Hm!... — mówił — zdaje mi się, że zasnąłem, a jednak to, coście mówili, było interesujące.
O pierwszej zaprowadził Aramis d‘Artagnana do pokoju, dlań przeznaczonego, który był najlepszym z całego biskupiego mieszkania.
Dwóch służących oddano pod jego rozkazy.
— Jutro o ósmej — rzekł biskup, żegnając d‘Artagnana — zrobimy z Porthosem konną przejażdżkę.
— O ósmej!... tak późno?... — podchwycił d‘Artagnan.
— Potrzebuję siedem godzin spoczynku — odrzekł Aramis.
— Dobrze.
— Dobranoc, przyjacielu.
I serdecznie uściskał muszkietera.
D‘Artagnan pozwolił mu odejść.
— Dobrze... — rzekł, kiedy Aramis zamknął drzwi za sobą — o piątej rano będę na nogach.
Takie uczyniwszy postanowienie, położył się i zasnął.




ROZDZIAŁ IV.
PORTHOS GNIEWA SIĘ, ŻE PRZYBYŁ Z D‘ARTAGNANEM.

Zaledwie d‘Artagnan zgasił świecę, a już Aramis, który czatował za firankami, przeszedł korytarz na palcach i udał się do Porthosa.
Olbrzym, uśpiony od dwóch godzin, wyciągał się na piernatach. Właśnie był w pierwszym i najsmaczniejszym śnie, który mógł się oprzeć dzwonom i armatom; głowa jego pływała w pierzach, przypominając sobie lekkie kołysanie okrętu.
Wtem drzwi jego pokoju zlekka się otworzyły pod ciśnieniem delikatnej ręki Aramisa.
Biskup zbliżył się do śpiącego. Gruby kobierzec tłumił jego stąpanie. Porthos chrapaniem wszystko zagłuszał.
Położył mu rękę na ramieniu.
— Wstawaj — rzekł — wstawaj, mój kochany Porthosie.
Głos Aramisa był łagodny i przyjemny; lecz miał w sobie coś rozkazującego. Ręka jego była lekka, lecz wskazywała niebezpieczeństwo.
Porthos usłyszał głos i uczuł rękę Aramisa we śnie.
Zerwał się.
— Kto tu?... — zawołał olbrzymim głosem.
— Cicho!... to ja — odpowiedział Aramis.
— Ty, kochany przyjacielu — i dlaczego mnie budzisz?...
— Chcę ci powiedzieć, ażebyś jechał.
— Jechał?...
— Tak.
— Dokąd?...
— Do Paryża.
Porthos wyskoczył z łóżka i spojrzał na Aramisa obłąkanemi oczyma.
— Do Paryża?... — zapytał.
— Tak.
— O sto mil?...
— Sto cztery — odpowiedział biskup.
— A!... mój Boże, — westchnął Porthos, kładąc się znowu, jak dziecko, które od bony chce godzinę lub dwie snu wytargować.
— Trzydzieści godzin drogi, — dodał stanowczo Aramis. — Wiesz, że stacje są dobre.
Porthos ruszył nogą, wydając ciężki jęk.
— Dalej, dalej, mój przyjacielu, — nalegał prałat z pewnym rodzajem niecierpliwości.
Porthos wydobył drugą nogę z łóżka.
— I to koniecznie ja muszę jechać?... — zapytał jeszcze.
— Koniecznie.
Porthos wyprostował się na nogach, że aż podłoga zadrżała pod jego olbrzymią postacią.
— Psyt!... na miłość Boga, cicho, — rzekł Aramis — obudzisz kogoś.
— A!... prawda, — odpowiedział Porthos piorunującym głosem — zapomniałem; ale bądź spokojny, już się będę strzec.
To mówiąc, opuścił pas od płaszcza i pistolety, oraz kieskę, z której teraz z przeciągłym brzękiem wysypały się talary.
Brzęk ten zagotował krew w Aramisie, Porthos zaś zahuczał śmiechem.
— A to dziwne — rzekł zwyczajnym głosem.
— Ciszej, ciszej, Porthosie.
— A!... prawda.
I zniżył głos o pół tonu.
— Mówię — kończył Porthos — że nigdy nie jest się powolniejszym, jak kiedy się spieszymy, ani głośniejszym, jak kiedy chcemy być cicho.
— Prawda, ale niech kłamie przysłowie; my śpieszmy się i bądźmy cicho.
— Patrzaj, jak się spieszę, — odrzekł Porthos, wdziewając wierzchnią suknię.
— Dobrze.
— Widać, że to coś pilnego.
— Więcej niż pilne, bo ważne.
— Ho!... ho!... ho!...
— Czy cię o co badał d‘Artagnan?...
— Mnie?...
— Tak, na Belle-Isle?...
— O nic.
— Czyś tego pewny, Porthosie?...
— Na Boga, tak!...
— To być nie może, przypomnij sobie.
— Pytał mię, co robię i odpowiedziałem; że uczę się topografji. Chciałem powiedzieć wyraz, któregoś ty używał.
— Castramentacji.
— To, to, to — ale nie mogłem go sobie przypomnieć.
— Tem lepiej — a o co więcej pytał?...
— Co to za jeden pan Gerard.
— I jeszcze?...
— Co to za jeden pan Juponet?...
— Czy czasem nie widział naszego planu fortyfikacyj?...
— A gdyby...
— Co?... u djabła!...
— Bądź spokojny, zatarłem twoje pismo tak, że niepodobna było dojrzeć śladu twojej ręki.
— On ma dobry wzrok, przyjacielu.
— Czego się lękasz?...
— Lękam się, aby nie odkrył wszystkiego, idzie zatem o zapobieżenie wielkiemu nieszczęściu. Dałem rozkaz moim ludziom, aby wszystkie bramy zamknęli, niepodobna więc będzie wymknąć się d‘Artagnanowi przede dniem. Koń osiodłany jest, dostaniesz się na pierwsza stacje i o piątej rano, będziesz o piętnaście mil.
Aramis zaczął ubierać Porthosa tak śpiesznie i zręcznie, jakby całe życie był lokajem.
Porthos nawpół zmieszany, nawpół osłupiały, nie czynił żadnej wymówki.
Kiedy był gotów, wziął go Aramis za rękę i wyprowadził, każąc ostrożnie stąpać po schodach, aby o cokolwiek nie potrącił; słowem, kierował nim na wszystkie strony, jakby sam był olbrzymem, a Porthos karłem.
W rzeczy samej koń osiodłany czekał na dziedzińcu.
Porthos wskoczył na siodło.
Wtedy wziął Aramis konia za lejce i poprowadził go na słomę, którą był zasłany dziedziniec, dla stłumienia łoskotu. Jedną ręką prowadził konia, drugą zatykał mu nozdrza, aby nie rżał.
Przyprowadziwszy go do bramy, rzekł do Porthosa:
— Teraz puszczaj się, przyjacielu; jedź na koniu, pij na koniu, śpij na koniu i nie trać minuty czasu.
— Dobrze, nigdzie się nie zatrzymam.
— Oto list do pana Fouquet; cokolwiek to może kosztować, niech go jutro przed południem otrzyma.
— Będzie go miał.
— Pamiętaj...
— O czem?...
— Że kiedy dobrze się sprawisz, zostaniesz księciem lub parem.
Porthos wytrzeszczył oczy i odpowiedział:
— Kiedy tak, to stanę za dwadzieścia cztery godzin.
— Postaraj się o to.
— To ruszaj i popuść Goljatowi cugle.
Aramis puścił konia, odtykając mu nozdrza.
Porthos dał koniowi ostrogę i puścił się galopem.
Aramis, dopóki mógł widzieć w ciemnościach nocy, ścigał Porthosa oczyma; straciwszy go z oczu, wszedł na dziedziniec.
U d‘Artagnana było cicho.
Lokaj, postawiony przy drzwiach na straży, nie widzał światła i nie słyszał szelestu.
Aramis zamknął drzwi za sobą, kazał lokajowi iść spać i sam się położył do łóżka.
D‘Artagnan, nic się nie domyślając, sądził, że wszystkiego dokona, gdy wstanie o wpół do piątej.
Wstawszy, pobiegł w koszuli do okna. Okno wychodziło na dziedziniec.
Dzień zajaśniał.
Dziedziniec był pusty, nawet kury z grzęd nie poschodziły jeszcze.
Nikogo nie widać.
Wszystkie drzwi były zamknięte.
— Wybornie, — rzekł do siebie d‘Artagnan. — Ja wstałem najpierwszy. Ubierajmy się, i dalej do dzieła!...
I zaczął się ubierać.
Tym razem starał się pozbyć w ubraniu owego zaniedbania, właściwego mieszczanom; zapinając się i ściskając, kładąc na bakier kapelusz, usiłował nadać sobie minę żołnierska, której brak zwrócił uwagę Aramisa.
To uczyniwszy, wszedł niespodziewanie do pokoju Aramisa.
Ten spał, albo udawał, że śpi.
Wielka otwarta księga leżała przy nim na pulpicie; świeca woskowa paliła się jeszcze przy niej. Był to dowód cnotliwego spędzenia nocy i chęci obudzenia się w dobrej myśli.
Muszkieter uczynił to samo z biskupem, co biskup z Porthosem.
Uderzył go po ramieniu.
Widać, że Aramis udawał śpiącego, albowiem zamiast obudzić się nagle, pozwolił drugi raz się uderzyć.
— A!... to ty — rzekł, wyciągając rękę. — Na honor, zapomniałem we śnie, że mam przyjemność mieć cię w moim domu. Która godzina?...
— Nie wiem — odpowiedział d‘Artagnan mocno zmieszany. — Jeszcze dość wcześnie, jak sadzę. Wyobraź sobie, że nie mogę pozbyć się żołnierskiego nawyknienia wstawania rano.
— Może chcesz, żebyśmy pojechali?... — zapytał Aramis; — ale zdaje mi się, że jest bardzo wcześnie.
— Jak ci się podoba.
— Podobno ułożyliśmy się przejechać konno o godzinie ósmej.
— Być może, ale tak gorąco pragnąłem cię widzieć, że mówiłem do siebie; im prędzej, tem lepiej.
— A moje siedem godzin snu?... — rzekł Aramis — one są konieczne i muszę je uzupełnić.
— Mój przyjacielu, zdaje mi się, że dawniej nie byłeś takim śpiochem, żywy byłeś i nikt nie widział cię w łóżku.
— Otóż dlatego właśnie teraz lubię dłużej spać.
— Ale przecież nie dla spania kazałeś mi czekać do ósmej?...
— Bałem się, abyś ze mnie nie żartował, kiedy powiem ci prawdę.
— Powiedz więc.
— Mam zwyczaj mówić pacierze od szóstej do ósmej.
— Pacierze?...
— Tak.
— Nie wiedziałem, że biskupi są tak skrupulatni.
— Biskupi są obowiązani dawać przykład młodszym.
— Na Boga!... przyjacielu, to mnie pojedna z waszą wielebnością. Przykład!... brawo!... niech żyje przykład!...
— Przebacz mi zatem, przyjacielu.
— Czy mam cię pożegnać?...
— Potrzebuję skupić ducha, mój drogi.
— Dobrze, opuszczam cię, ale na prośby poganina, przyjaciela twojego, skróć modlitwy dzisiejsze.
— Za półtorej godziny...
— Półtorej godziny nabożeństwa?... A!... mój przyjacielu, pozwól co wytargować.
Aramis zaczął się śmiać.
— Zawsześ przyjemny, zawsześ wesoły, zawsześ młody, czyś na to przybył do mojej djecezji, abyś mnie z Bogiem poróżnił?...
— Ba!...
— Wszak wiesz, że nigdy odmówić ci nie byłem w stanie; ale drogo mnie będziesz kosztował.
D‘Artagnan przygryzł usta.
— Już ja grzech biorę na siebie — rzekł — zmów Ojcze nasz, przeżegnaj się i koniec.
— Psyt!... — odezwał się Aramis, — widzę, że nie jesteśmy sami, bo ktoś obcy przybywa.
— Odpraw go.
— Nie mogę, wczoraj oznaczyłem rozmowę, jest to pryncypał kolegjum jezuickiego i przeor dominikański.
— Twój sztab — niech i tak będzie.
— Cóż będziesz przez ten czas robił?...
— Pójdę, obudzę Porthosa i z nim zaczekam, aż skończysz naradę.
Aramis nie ruszył się z miejsca, nie mrugnął oczyma, nie wyrzekł ani słowa.
D‘Artagnan postąpił ku drzwiom.
— A czy wiesz, gdzie Porthos śpi?... — rzekł biskup.
— Nie wiem, ale zapytam.
— Idź korytarzem i otwórz drugie drzwi na lewo.
— Dziękuję, do widzenia.
I d‘Artagnan udał się w kierunku przez Aramisa wskazanym, lecz zaledwie dziesięć minut upłynęło, powrócił.
Zastał Aramisa, siedzącego pomiędzy przeorem dominikańskim i pryncypałem jezuickim, zupełnie w tej samej postawie, jak niegdyś go zastał w oberży Crevecoeur.
Towarzystwo to nie zmieszało muszkietera.
— Cóż takiego?... — spokojnie zapytał Aramis. — Może masz co do powiedzenia, mój przyjacielu?
— Chciałem ci powiedzieć, — odpowiedział D‘Artagnan, patrząc na Aramisa — że Porthosa niema.
— Ale czy napewno?... — spokojnie zapytał Aramis.
— Przychodzę z jego pokoju.
— Gdzież on być może?...
— Właśnie i ja o to pytam.
— A czemu się o to nie spytałeś?...
— Właśnie pytałem.
— I cóż ci powiedziano?...
— Że Porthos, mając zwyczaj codziennie rano wychodzić, pewnie i dzisiaj wyszedł.
— I cóżeś wtedy uczynił?...
— Poszedłem do stajni — obojętnie odpowiedział d‘Artagnan.
— Po co?...
— Aby się przekonać, czy czasem konno nie wyjechał.
— I...? — zapytał biskup.
— Pod nr. 5 żłobu brakuje konia Goljata.
Cała ta rozmowa utrzymana była w tonie nader grzecznym.
— O!... teraz rozumiem, co to znaczy, — rzekł Aramis, po chwili namysłu. — Porthos wyjechał, aby nam sprawić niespodziankę.
— Niespodziankę?...
— Tak. Kanał, prowadzący z Vannes do morza, jest pełen dzikich kaczek i bekasów, które Porthos nadzwyczaj lubi, i zaręczam, że ich z tuzin na śniadanie przyniesie.
— Czy tak?... — zapytał d‘Artagnan.
— Jestem tego pewny. A dokąd chcesz, aby poszedł?... pewnie fuzję wziął z sobą.
— To niepodobna — rzekł d‘Artagnan.
— A wiesz co, przyjacielu, siądź na konia i goń go.
— Masz słuszność, biskupie, pojadę.
— Czy chcesz towarzysza?...
— Dziękuję, Porthos łatwy jest do poznania, będę pytał o niego.
— Weź rusznicę.
— Dziękuję.
— Każ osiodłać konia, który ci się podoba.
— Tego, na którym wczoraj z Belle-Isle jechałem.
— Dobrze, zarządzaj jak u siebie.
Aramis zadzwonił i wydał rozkaz osiodłania konia, którego sobie wybrał d‘Artagnan.
Przybywszy do drzwi, służący tak stanął, aby zostawić d‘Artagnanowi wolne przejście.
W tej chwili jego oczy napotkały wzrok pana. Zmarszczenie brwi objaśniło przezornego sługę, że ma uważać, co d‘Artagnan będzie robił.
D‘Artagnan wsiadł na konia, a tętent doszedł do uszów Aramisa.
Po chwili służący wszedł.
— A co?... — zapytał biskup.
— Panie — rzekł służący, — pojechał kanałem ku morzu.
— Dobrze — odpowiedział Aramis.
W rzeczy samej d‘Artagnan, nic nie podejrzewając, pędził ku morzu, spodziewając się na obszernych równinach ujrzeć kolosalną postać Porthosa.
D‘Artagnan uporczywie szukał śladu konia.
Kilkakroć zdawało mu się, że słyszy wystrzały.
Złudzenie to trwało przez trzy godziny. Przez dwie godziny d‘Artagnan szukał Porthosa.
Podczas trzeciej godziny powrócił do domu.
— Pewnośmy się minęli — rzekł — i pewno obudwóch zastanę na mnie czekających.
D‘Artagnan się mylił. Nie zastał Porthosa w biskupstwie, jak go nie znalazł nad brzegiem kanału.
Aramis czekał go na schodach z miną rozpaczającą.
— A co, czy cię nie dopędzono, kochany d‘Artagnanie wołał zdaleka, spostrzegłszy muszkietera.
— Nie, czyś posyłał za mną?...
— A!... mój przyjacielu, jak mnie to martwi, że napróżno za tobą posyłałem; lecz około siódmej jałmużnik od Ś-go Paterna przyszedł do mnie i mówił, że Porthos, lękając się, aby w jego nieobecności Gerard nie wypłatał mu jakiego figla, skorzystał z rannego przypływu morza i udał się na Belle-Isle.
— Ale, jak mi się zdaje, Goljat czterech mil morzem przebyć nie zdoła.
— Sześć — odpowiedział Aramis.
— Tembardziej.
— Lecz Goljat, zaręczam ci, stoi w stajni zadowolony, że już nie dźwiga Porthosa.
W rzeczy samej, za staraniem prałata, który o wszystkiem wiedzieć musiał, konia odprowadzono z pierwszej stacji.
D‘Artagnan zdawał się być zadowolony z tego wyjaśnienia.
Jadł śniadanie, siedząc pomiędzy jezuitą i Aramisem wprost dominikanina, ustawicznie uśmiechając się do niego.
Śniadanie było długie i przepyszne; wyborne wino hiszpańskie, ostrygi z Morbihan, doskonałe ryby z Loary, ogromne raki z Paimboeuf i zwierzyna najdelikatniejsza, składały się na główniejsze dania.
D‘Artagnan jadł wiele, a pił mało.
Aramis nic nie pił prócz wody.
Po śniadaniu, odezwał się d‘Artagnan do biskupa:
— Ofiarowałeś mi rusznicę.
— Tak.
— Więc mi jej pożycz.
— Czy chcesz iść na polowanie?...
— Czekając na Porthosa, cóż lepszego mam robić?...
— Weź która ci się podoba ze zbrojowni.
— Ale pójdziesz ze mną na polowanie, biskupie?...
— Byłaby to dla mnie wielka przyjemność, mój przyjacielu, lecz łowy są zabronione biskupom.
— Nie wiedziałem o tem — rzekł d‘Artagnan.
— Prócz tego — mówił Aramis, — aż do południa mam zatrudnienie.
— Więc sam pójdę?...
— Niestety!... ale wracaj na obiad.
— Zbyt dobre u ciebie jedzenie, ażeby się nie spieszyć.
To rzekłszy, opuścił d‘Artagnan gospodarza, pożegnał gości, wziął rusznicę, lecz, zamiast na łowy, udał się prosto ku portowi Vannes.
Uważał, czy kto za nim nie idzie, ale nie spostrzegł nikogo.
„Najął łódź rybacką za dwadzieścia pięć liwrów i odpłynął o wpół do dwunastej, w tem przekonaniu, że nikt go nie śledzi.
Prawda, że nikt nie udał się za nim. Tylko braciszek jezuicki, umieszczony na wieży kościelnej od rana, z oka go nie spuścił przy pomocy wybornej lunety.
O trzy kwadranse na dwunastą, zawiadomiono Aramisa, że d‘Artagnan udał się na Belle-Isle.
Podróż d‘Artagnana była pospieszna, albowiem wiatr północny pędził go ku wyspie.
W miarę jak do niej się zbliżał, oczyma badał brzegi. Chciał on bądź przy brzegu, bądź na warowni ujrzeć jaskrawy strój Porthosa i jego olbrzymią postać.
Lecz patrzył napróżno; przypłynąwszy do brzegu, zapytał o Porthosa żołnierzy, którzy mu powiedzieli, że pan du Vallon jeszcze nie wrócił z Vannes.
Wtedy, nie tracąc chwili czasu, kazał łodzi kierować się ku Sarzeau.
Wiemy, że wiatr kilka razy na dzień zmienia kierunek; szczęście chciało, że wiatr północny zmienił się na południowy, przychylny drodze do Sarzeau. W trzy godziny dobił d‘Artagnan do lądu, a we dwie godziny przybył do Vannes.
Pomimo spieszności biegu pożerał d‘Artagnan oczyma przestrzeń i na pokładzie statku z niecierpliwości tupał nogami.
Rzec można, że lotem ptaka przybiegł do biskupiego pałacu.
Spodziewał się, że zmiesza Aramisa spiesznym swoim powrotem, i chciał mu wyrzucić jego dwuznaczność, zawsze jednak delikatnie i tak, aby w usprawiedliwieniu wyrwać mu część jakąś tajemnicy.
Liczył nakoniec na to, że przy gwałtownych wyrażeniach, które są dla tajemnic tem, czem bagnety dla wałów, tajemniczy Aramis nie zdoła być dosyć ostrożnym.
W przedsionku pałacowym zastał lokaja, który wzbronił mu przejścia z głupowatym uśmiechem.
— Do Jego Wielebności — rzekł d‘Artagnan, odpychając lokaja ręką.
Lokaj, zachwiany nieco na nogach, wyprostował się.
— Nadaremnie.
— Jakto nadaremnie?...
— Ponieważ Jego Wielebności niema w domu.
— Jego Wielebności niema w domu; a gdzież się podział?...
— Wyjechał.
— Wyjechał?...
— Tak.
— A dokąd wyjechał?...
— Ja nie wiem, ale może mówi panu o tem.
— Jakto?... jakim sposobem mówi?...
— W tym liście, który mi oddał do pana...
I wyjął list z kieszeni.
— Dawaj go, nudziarzu — rzekł d‘Artagnan, wydzierając mu pismo z rąk.
— A!... rozumiem — mówił dalej d‘Artagnan, spojrzawszy na list biskupa.
I czytał półgłosem, co następuje:

Drogi przyjacielu!

„Ważny interes wzywa mnie do jednej z parafij mojej djecezji. Myślałem, że się zobaczymy przed odjazdem, ale zwątpiłem o tem, przypuszczając, że może dwa, albo trzy dni zabawisz na Belle-Isle z naszym, poczciwym Porthosem.
„Baw się wesoło, ale nie mierz się z nim przy stole, jest to rada, którąbym dał nawet Athosowi w jego najświetniejszej epoce.
„Żegnam cię, mój drogi. Wierzaj mi, że bardzo mi przykro nie korzystać z twojego towarzystwa.“
— A!... to mnie dopiero wykierowano na dudka!... — zawołał d‘Artagnan — ale ten będzie się śmiał szczerze, kto się roześmieje ostatni. Zadrwiono ze mnie jak z małpy, której podano pusty orzech.
I, uderzywszy w twarz śmiejącego się lokaja, wybiegł z biskupiego pałacu.
D‘Artagnan udał się na pocztę i tam, wybrawszy konia, przekonał się, że nietylko jelenie szybkiemi są w biegu.




ROZDZIAŁ V.
D’ARTAGNAN BIEGNIE, PORTHOS CHRAPIE, ARAMIS RADZI.

W trzydzieści pięć godzin po wypadkach, któreśmy opowiedzieli, gdy pan Fouquet, według zwyczaju, zabroniwszy wejścia do siebie, pracował w osobnym gabinecie swojego domu, przy ulicy Saint-Mande, który już znamy, kareta, zaprzężona w cztery konie, spienione od potu, galopem wjechała na dziedziniec.
Zapewne czekano na tę karetę, bo trzech, czy czterech lokai poskoczyło ku drzwiczkom i otworzyło je, pan Fouquet zaś powstał z krzesła i podbiegł do okna. Tymczasem jakiś mężczyzna powoli wysiadał z karety, opierając się na ramionach lokaja.
Zaledwie wymówił swoje nazwisko, aliści jeden z lokai poskoczył i znikł w przedsionku.
Człowiek ten udał się, ażeby uprzedzić swojego pana, lecz nie potrzebował pukać do drzwi.
Fouquet stał już na progu.
— Jego Wielebność biskup z Vannes — rzecze lokaj.
— Dobrze — odpowiedział Fouquet.
I oparł się na poręczy schodów, po których zwolna wstępował Aramis.
— Czy to ty, kochany przyjacielu?... — rzekł.
— Tak, ja sam, panie, ale zmęczony i osłabiony.
— A!... biedaku — wyrzekł Fouquet, podając mu rękę, na której wsparł się Aramis, gdy słudzy oddalili się z uszanowaniem.
— Nic to nie znaczy — odpowiedział Aramis — skoro tylko przybyłem; o to głównie się starałem i uczyniłem to z boską pomocą.
— Mów prędzej — rzekł Fouquet, zamykając za sobą drzwi gabinetu, w którym był sam z Aramisem.
— Czy tylko sami jesteśmy?...
— Zupełnie sami.
— Czy nas nikt słyszeć nie może?...
— Bądź spokojny.
— A pan du Vallon przybył tu?...
— Przybył.
— I odebrałeś pan list ode mnie?...
— Odebrałem; interes musi być ważny, skoro spowodował twoją obecność w Paryżu w chwili, gdy gdzieindziej była potrzebną.
— Ważny!... nie może być ważniejszy.
— Dziękuję ci, dziękuję; o cóż idzie takiego?... ale, na Boga, przedewszystkiem odetchnij, przyjacielu, jesteś blady, że aż strach bierze.
— W rzeczy samej jestem cierpiący, ale na Boga, nie zważaj pan na to. Czy pan Vallon nic nie mówił, list mój oddając?...
— Usłyszawszy wielki hałas, udałem się do okna i zobaczyłem przed gankiem coś podobnego do rycerza z marmuru; zeszedłem na dół, on oddał mi list z konia, który padł trupem.
— A on?...
— Upadł wraz z koniem; wzięto go i zaniesiono do mieszkania; po przeczytaniu listu, udałem się do niego, aby zasięgnąć wiadomości, lecz usnął tak mocno, że niepodobna było go obudzić. Litość mnie nad nim wzięła, kazałem mu zdjąć buty i zostawić go w spokoju.
— Dobrze, to ja teraz powiem, o co chodzi. Wszak pan znasz d‘Artagnana?..
— Doskonale. — Jest to człowiek rozumny i odważny, chociaż przez niego zginęło dwóch moich najlepszych przyjaciół: Lyodot i d‘Emmeris.
— Tak, wiem o tem — spotkałem w Tours kurjera, który wiózł do mnie list od Gourvilla i Pelissona. Czy pan zastanowiłeś się nad tym wypadkiem?
— Zastanowiłem się.
— I czy pojąłeś, że to był cios, wymierzony wprost w twoją władzę?
— Czy tak?
— Ja przynajmniej tak sądzę.
— Przyznam ci się, że ta myśl przykra i mnie samemu przyszła.
— Na Boga, nie zaślepiaj się, panie; słuchaj... otóż wracam do d‘Artagnana.
— Słucham cię.
— W jakiem go pan poznałeś zdarzeniu?
— Był u mnie po pieniądze.
— Z czyim rozkazem?
— Z królewskim.
— Z królewskim?
— Podpisanym przez Jego Królewską Mość.
— A widzisz pan! d‘Artagnan przybył na Beile-Isle pod pozorem zakupienia salin dla swego pana. D‘Artagnan tylko królowi służy, zatem przybył w jego interesie i widział się z Porthosem.
— Z jakim Porthosem?
— Wybacz pan, omyliłem się, widział się z panem du Vallon na Belle-Isle i wie tak dobrze, jak i pan, że wyspa jest ufortyfikowana.
— I myślisz, że król go wysiał?.. — rzekł Fouquet zamyślony.
— Zapewne.
— Zatem d‘Artagnan jest niebezpiecznem narzędziem w rękach królewskich.
— Najniebezpieczniejszem ze wszystkich.
— Ja to na pierwszy rzut oka odgadłem.
— Jakto?
— Chciałem go do siebie przywiązać.
— Jeżeliś go pan uważał za najwaleczniejszego i najzręczniejszego w całej Francji, miałeś słuszność.
— Cokolwiek będzie kosztował, trzeba go ująć.
— D‘Artagnana?
— Czy to się z twojem zdaniem nie zgadza?
— I owszem, ale go pan ująć nie zdołasz.
— A to dlaczego?
— Nie umieliśmy korzystać z czasu; kiedy był poróżniony z dworem, trzeba go było pochwycić; od czasu, jak był w Anglji, od czasu, jak się przyczynił do przywrócenia monarchji, od czasu, jak zrobił majątek, przywiązał się do króla. Wszedł w służbę i widać dobrze mu płacą.
— My lepiej mu zapłacimy.
— Za pozwoleniem pańskiem, słowo d‘Artagnana jest święte i kiedy je komu raz da, pewnie dotrzyma.
— I cóż stąd wnosisz?... — zapytał Fouquet z niepokojem.
— Że, chociaż tymczasowo, trzeba się uchronić od strasznego ciosu.
— Ale jakim sposobem?
— Zaczekaj pan.
— Wszak d‘Artagnan niedługo przybędzie, aby zdać królowi rachunek ze swej wyprawy.
— Zapewne.
— Sądzę jednak, że dobrze go wyprzedziłeś.
— Może o dziesięć godzin.
— A więc w ciągu dziesięciu godzin...
Aramis potrząsnął głową.
— Czy widzisz pan te chmury, wiatrem pędzone, te jaskółki, latające w powietrzu; d‘Artagnan biegnie prędzej, niż chmury i ptaki, jego wiatr unosi.
— Więc...
— Powiadam panu, że to człowiek nadludzki; jest on w moim wieku, a znam go od lat trzydziestu pięciu.
— Cóż z tego?
— Uważaj więc pan na mój rachunek; wyprawiłem pana du Vallon o godzinie drugiej w nocy. Pan du Vallon wyprzedził mnie o osiem godzin. Kiedy du Vallon przybył?
— Blisko cztery godziny temu.
— Widzisz więc pan, że ja zyskałem w drodze cztery godziny. A jednak kamienny to człowiek ten Porthos, zajeździł osiem koni, których trupy znalazłem po drodze. Ja także pędziłem narówni z wiatrem, ale mam podagre, jestem cierpiący i trudy mnie zabijają. Musiałem chwile spocząć w Tours; stamtąd