Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/344

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   344   —

    — Posłuchajże — rzekł ten ostatni — o cztery mile stad czy już nie widać lądu?
    — Tak... niezawsze.
    — Jednakże... to zbyt daleko... i gdyby nie to, byłbym was prosił, abyście mnie z sobą zabrali, gdyż pragnąłbym zobaczyć to, czego jeszcze nigdy nie widziałem.
    — Cóż takiego?
    — A! żywą rybę morską.
    — To pan musi być z prowincji?... — spytał jeden z rybaków.
    — Ja jestem z Paryża.
    Bretończyk wzruszył ramionami, a potem zapytał:
    — Czy widziałeś pan pana Fouqueta w Paryżu?
    — O! często — odrzekł Agnan.
    — Często — zawołali rybacy, otaczając zbliska paryżanina. — Więc go pan znasz?
    — Cokolwiek; żyje on w ścisłej przyjaźni z moim panem.
    — Czy tak?... — zapytali wszyscy razem.
    — I widziałem — dodał d‘Artagnan — wszystkie jego zamki, w Saint-Malo, w Vaux, i jego pałac w Paryżu.
    — To muszą być piękne rzeczy?
    — Wspaniałe.
    — Ale to wszystko nie musi być tak piękne, jak Belle-Isle — odezwał się jeden z rybaków.
    — Cóż znowu?... — odparł d‘Artagnan, parsknąwszy śmiechem pogardliwym, który oburzył przytomnych.
    — Widać, że pan nie widziałeś Belle-Isle — zawołał jeden z rybaków. — Czy pan wiesz, że ma ona sześć mil rozległości i że tam są drzewa tak wielkie, iż niema takich wcale nawet na wałach w Nantes?
    — Jakto? Drzewa na morzu! A to chciałbym widzieć!
    — Nic łatwiejszego, będziemy łowili ryby przy wyspie Gredic, jedź pan z nami. Stamtąd będziesz pan widział jak gdyby raj, czarne drzewa wyspy Belle-Isle, rysujące się na niebie i mury zamku, które przecinają widnokrąg morza.