Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/111

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   111   —

    — Do szlachcica francuskiego, znajdującego się wówczas pod szafotem.
    — A więc do ciebie, panie hrabio!...
    — Tak jest, Najjaśniejszy Panie, a każde słowo, jakie wówczas usłyszałem przez deski, nakryte czarnem suknem, dźwięczy dotychczas w moich uszach. Król, przyklęknąwszy na jedno kolano, zapytał: „Czy jesteś tam, hrabio de la Fere?...“ — „Jestem, Najjaśniejszy Panie‘“ — odpowiedziałem. Wówczas król pochylił się ku podłodze.
    I Karol również nachylił się, chcąc usłyszeć każde słowo, każdy wyraz, wypowiedziany przez ojca swego w ostatniej chwili życia. Głowa jego dotykała głowy Athosa.
    — Król pochylił się ku podłodze, jak gdyby się modlił. „Hrabio de La Fere — rzekł — nie mogłem być uratowany, pomimo twych zabiegów... widocznie nie zasłużyłem na to... Teraz jednak, choćbym miał popełnić świętokradztwo, chcę ci coś powiedzieć... Tak... rozmawiałem już z ludźmi... rozmawiałem już z Bogiem... do ciebie zwracam ostatnie me słowa... Dla podtrzymania sprawy, według mojego pojęcia, świętej, straciłem tron ojców i naraziłem na utratę spadku dzieci moje“.
    Karol II-go ukrył twarz w dłoniach, a kilka łez pociekło pomiędzy palce białej, wychudłej ręki.
    — „Mam jeszcze miljon w złocie — mówił król dalej. — Miljon ten zakopałem w piwnicy zamku Newcastle, w chwili, gdym opuszczał to miasto“.
    Karol podniósł głowę z wyrazem bolesnej radości, która zmusiłaby każdego, znającego dzieje tych strasznych nieszczęść do płaczu.
    — Miljon?... — szepnął król Karol.
    — „Ty jeden wiesz, gdzie są te pieniądze... Zrób z nich użytek wówczas, gdy zobaczysz, że są koniecznie potrzebne dla mego ukochanego najstarszego syna... A teraz, hrabio de La Fere, pożegnaj mnie!...“ — „Żegnaj!... Żegnaj mi, Najjaśniejszy Panie!...“ — zawołałem.