Przejdź do zawartości

Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
—   324   —

 — Dobrze, Planchecie, dobrze. Przejdźmy teraz do mojej osoby. Jest kolacja?...
 — Gotowa: gorąca pieczeń i białe wino, na deser nowalja, wiśnie świeże, drogi panie.
 — Poczciwy z ciebie chłopak, Planchecie: jedzmy zatem, a potem do łóżka.
 D‘Artagnan zauważył, że podczas kolacji Planchet często pocierał czoło, jakby chciał dopomóc sformułowaniu się jakiejś myśli, uwiezionej w jego ciasnym mózgu.
 D‘Artagnan patrzył życzliwie na zacnego towarzysza dawnych swoich losów i, trącając się z nim szklanką:
 — Przyjacielu Planchecie — rzekł — chcesz mi coś powiedzieć, a nie śmiesz! mordioux!... mów otwarcie, a prędko.
 — Zdaje mi się oto, że pan znowu wyjeżdżasz na jakąś wyprawę — rzekł Planchet.
 — Nie przeczę.
 — W takim razie masz pan coś na myśli?...
 — Bardzo być może.
 — A czy możnaby znowu jakiś kapitalik zaryzykować?... Ja na pańskie słowo daję pięćdziesiąt tysięcy liwrów... pan je pomnożysz...
 Mówiąc to, Planchet zacierał ręce, ciesząc się naprzód spodziewanym zyskiem.
 — Planchecie, — odparł d‘Artagnan, — zachodzi jedna tylko, lecz ważna przeszkoda.
 — Jaka?
 — Pomysł nie jest moim... Korzystać z niego nie mogę.
 Słowa te wydarły ciężkie westchnienie z piersi Plancheta.
 Planchet zakosztował łatwego zarobku, nie mógł się zatem powstrzymać od pragnienia coraz więcej, lecz że, pomimo chciwości, posiadał dobre serce, a d‘Artagnana uwielbiał, nie zmienił się dla niego i pozostał jak zawsze sługą i wiernym przyjacielem.

 Miał wielką ochotę zgłębić tajemnicę, jaką pan jego tak dobrze ukrywał, nie pomogły jednak podejścia, przemilczenia ani