Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/273

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   273   —

    — Spokojnie, panowie — rzekł Fouquet — szpiegują nas może... Popiewiedziałem umrą.
    — Umrą!... — powtórzył Pellisson — przed sześcioma dniami widziałem tych ludzi zdrowych, wesołych, pełnych marzeń o przyszłości! Co to znaczy człowiek, wielki Boże! jedna choroba i po wszystkiem!
    — To nie choroba żadna — rzekł Fouquet.
    — Znajdzie się może jakie lekarstwo — rzekł Loret.
    — Niema żadnego: Lyodot i d‘Emerys są w przededniu śmierci.
    — Cóż jest przyczyną?... — zawołał jeden z oficerów.
    — Zapytaj tego, kto im życie odbiera — odparł Fouquet.
    — Tego, kto im życie odbiera? Więc ich zabijają?... — krzyknęli chórem wszyscy.
    — Trochę lepiej, bo ich wieszają!... — mruknął Fouquet złowrogim głosem, który rozległ się grobowo w bogatej galerji, błyszczącej obrazami znakomitych mistrzów, strojnej w kwiaty, aksamity i złocenia.
    Wszyscy mimowoli przestali chodzić, opat odstąpił od okna; pierwsze race sztucznych ogni poczęły wzbijać ponad wierzchołki drzew.
    Długi okrzyk podziwu rozległ się w ogrodach; minister chciał także użyć widoku.
    Podsunął się ku oknu, za nim stanęli przyjaciele, baczni na każde jego słowo.
    — Panowie — zaczął znów minister — Colbert rozkazał uwięzić, osądzić i stracić dwóch moich przyjaciół. Radźcie, proszę, co wypada, abym uczynił?
    — Mordioux!... — rzekł pierwszy opat — należy rozpłatać pana Colberta.
    — Panie mój — odezwał się Pellisson — trzeba rozmówić się z Jego Królewska Mością.
    — Król, kochany Pellissonie, podpisał wyrok śmierci.
    — To — rzekł hrabia Chanost — to nie dopuścić wykonania wyroku, takie moje zdanie.