Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/88

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   88   —

    Ludwik westchnął głęboko, jak człowiek, któremu zdjęto krepujące go więzy i rzekł do siebie półgłosem:
    — Tymczasem chyba już skończone.
    Po chwili przywołał pokojowca.
    — Nie wpuszczać nikogo, aż za dwie godziny.
    — Najjaśniejszy Panie — odrzekł pokojowiec — właśnie jest ktoś, co prosi o pozwolenie wejścia.
    — Kto taki?...
    — Porucznik muszkieterów.
    — Ten, który mi towarzyszył?...
    — Tak, Najjaśniejszy Panie!...
    — A... on?... Niech wejdzie.
    Porucznik wszedł.
    Król dał znak ręką, pokojowiec ukłonił się i wyszedł.
    Ludwik XIV-ty powiódł za nim wzrokiem, dopóki nie zniknął za drzwiami, a gdy już portjery zapadły, odwrócił się i rzekł do porucznika:
    — Obecnością swoją przypominasz; mi pan, iż nie poleciłem ci zachowania najściślejszej tajemnicy o tem, co się dziś stało.
    — O!... Najjaśniejszy Pan zbytecznie trudzi się podobnem przypomnieniem. Zaraz widać, że Wasza Królewska Mość mnie nie zna.
    — Tak, to prawda — odparł król — wiem, że pan jesteś dyskretny, ale ponieważ nie żądałem tajemnicy...
    Porucznik skłonił się głęboko.
    — Czy Wasza Królewska Mość nie ma nic więcej do powiedzenia?... — zapytał.
    — Nie, panie, możesz odejść.
    — A czy mogę prosić Waszą Królewską Mość o łaskawe pozwolenie wypowiedzenia słów kilku.
    — Cóż to takiego?... — proszę się wytłomaczyć.
    — Najjaśniejszy Panie, rzecz bardzo małej wagi dla Waszej Królewskiej Mości, mnie jednak obchodząca do najwyższego stopnia. Dlatego też proszę Waszą Królewską Mość, o wybaczenie mi, iż śmiem trudzić cię, Najjaśniejszy Panie. Gdyby